Archiwum kategorii 'Eseje i wywiady'

Foto:Archiwum CAF’PAP [www. dzieje.pl]

 

Procesja Bożego Ciała – Warszawa 1947r. Z monstrancją Kardynał August Hlond, po jego lewej ręce – ówczesny wiceszef MON Piotr Jaroszewicz

 

 

W dzisiejszy świąteczny czwartek, który we wszystkich kalendarzach, obok informacji, że imieniny obchodzą dziś Bogna i Florentyna, zaznaczony jest ten dzień kolorem czerwonym z dodatkową informacją: „Boże Ciało”, przeto nie wypada, aby na stronie „Obserwatorium Edukacji” dzień ten niczym nie różnił się od innych „dni powszednich”. Pełna, właściwa nazwa tego Święta, to Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa i zostało ono ustanowione jako święto powszechne dla całego Kościoła Rzymskokatolickiego w roku 1317. W Polsce jest obchodzone od 1320 roku. Właśnie uświadomiłem sobie, że jest to jedyne święto kościelne (poza Bożym Narodzeniem i Wielkanocą), które w okresie PRL nie zostało zlikwidowane, tak jak stało się to z dniem 6. stycznia – Świętem Trzech Króli, zlikwidowanym decyzją Gomułki w 1960 roku czy z dniem 15. sierpnia – Dniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, który decyzją władz komunistycznych przestał być dniem wolnym od pracy w 1955 r.

 

Jak wyczytałem – święto to zostało przez władze Kościoła Zachodniego ustanowione niejako pod naciskiem mas wiernych, które to masy domagały się wyraźnej afirmacji obecność Chrystusa pod postacią chleba w hostii. A wszystko wzięło się stąd, że w XI i XII wieku w gronach „specjalistów” (teologów) toczyły się spory o to, czy w „chlebie i winie” podczas Mszy Św. rzeczywiście dochodzi do obecności Chrystusa, czy jak to dowodzili inni (np. Berengara z Tours), jest to tylko symbol tej obecności.

 

Ale skoro „lud boży” chciał wierzyć, że „w tej Hostyi jest Bóg żywy, choć zakryty lecz prawdziwy”, to hierarchowie Kościoła nie mieli innego wyjścia i dali ludowi doroczne święto publicznej, rzekłbym – ulicznej manifestacji tej wiary. I nawet komuniści bali się narazić w tej sprawie wierzącym (jeszcze) „robotnikom, chłopom, a także inteligencji pracującej miast i wsi”…

 

Jako że historia vitae magistra est, uświadomienie sobie tej historycznie potwierdzonej prawdy, iż wiedza uczonych z trudem, a często wręcz bezskutecznie, toruje sobie drogę do mas, postanowiłem moje dalsze rozważania poprowadzić w oparciu o informację, którą w swoim tekście zamieszczonym na blogi „Pedagog” zamieścił wczoraj prof. Śliwerski. Tekst ma tytuł „Komitet Nauk Pedagogicznych PAN o sytuacji w szkolnictwie publicznym w III RP” i z oczywistych dla mnie względów godny jest przeczytania.

 

Nim rozwinę moje rozważania wokół zasygnalizowanych tam problemów, upraszam Szanownych Czytelników o przeczytanie tego tekstu, gdyż z powodu większej klarowności moich myśli, nie będą dalej posługiwał się obszernymi z niego cytatami.

 

Post z bloga „Pedagog”    –    TUTAJ

 

 

Czytaj dalej »



Dziś kontynuujemy nasz cykl wywiadów z dyrektorami łódzkich szkół. Zaczęliśmy w ostatnich dniach sierpnia 2018 roku od rozmów “pożegnalnych” z dwojgiem dyrektorów-weteranów, odchodzących po kilkudziesięcioletnim okresie kierowania swoimi szkołami na emeryturę: Alicją Wojciechowską – dyrektorką XX LO, która dyrektorką została została w 35 roku życia i była nią przez 34 lata i Józefem Kolatem – dyrektorem ZST-I, który kierowniczą funkcję obiął w wieku 35 lat. I pełnił ją przez 35 lat. Po prawie półrocznej przerwie – 23 stycznia 2019 roku – zamieściliśmy wywiad z Zofią Wrześniewską, która od 1 lipca 2018 r. kieruje Zespołem Szkół Gastronomicznych. Dyrektorką została także jeszcze przed “czterdziestką” – w wieku 39 lat.

 

Zapraszamy do lektury zapisu rozmowy z kolejnym trzydziestokilkulatkiem, który co prawda dyrektoruje Zespołowi Szkół Rolniczych już drugi rok, ale sami się przekonacie, że jest to wywiad nie tylko z młodym dyrektorem, zwolennikiem zmieniania szkoły z nauczającej na uczącą, ale przede wszystkim z nietuzinkową OSOBĄ…

 

Foto:www.facebook.com/marcin.jozefaciuk

 

Marcin Józefaciuk w roli dyrektora, przemawiającego do uczniów na szkolnej uroczystości

 

 

 

Wywiad z Marcinem Józefaciukiem

dyrektorem Zespołu Szkół Rzemiosła w Łodzi

 

Włodzisław Kuzitowicz: Zanim zacznę zadawać pytania o sprawy najbardziej interesujące naszych czytelników – to znaczy o Pana związki i deklaracje, wynikające z afiliacji do ruchu „Budzących się Szkół” – nie mogę nie zapytać o początki nauczycielskiej biografii, które wyjaśnią skąd wziął się – najpierw nauczyciel języka angielskiego, a od półtora roku – dyrektor Zespołu Szkół Rzemiosła. Bo przyznam, że nie jest to typowa kariera absolwentów anglistyki. Nie tłumacz, nie specjalista od kontaktów/marketingu w dużej korporacji o zasięgu międzynarodowym, a nauczyciel angielskiego. Gdzie i kiedy zaczęło się to „nierynkowe” układanie swego życiorysu?

 

Marcin Józefaciuk: Anglistyka dlatego, że jedyne w czym byłem dobry w liceum, to były języki obce. Chłonąłem tę wiedzę jak gąbka, więc ten kierunek dalszej edukacji był oczywisty. Ale musiało to być Nauczycielskie Kolegium Języków Obcych. (W tamtym czasie było takie na UŁ) Nie wyobrażałem sobie siebie w innym zawodzie. I było tak „od zawsze”, jeszcze w czasach szkoły podstawowej.

 

 

WK: Skąd się to wzięło?

 

MJ: W rodzinie mam wujka i ciotkę nauczycieli. Ale tak naprawdę zawsze czułem, tam „w środku”, że chcę uczyć i jak najszybciej chciałem to robić. W wieku 18 lat ukończyłem kurs dla wychowawców kolonijnych, aby choć w tej roli móc pracować z dzieciakami. To było coś, co mnie interesowało, co mnie nigdy nie męczyło… Dlatego zawsze gdy myślałem o zawodzie nauczyciela, to miałem „motyle w brzuchu”. I ciągle je mam. W żadnym wypadku inny zawód. Jak to kiedyś usłyszałem ”Wybierz sobie zawód, który lubisz, a całe życie nie będziesz musiał pracować” [Konfucjusz] Do niedawna wstydziłem się powiedzieć, że szkoła jest moją pracą. Wiem, że formalnie jest to moje miejsce pracy, ale dla mnie nie jest to miejsce, do którego idzie się z konieczności, zarabiać pieniądze, gdzie jest trudno… Ja w szkole odżywam.

 

 

WK: Pierwszą szkołą, w której mógł Pan realizować swoje marzenia była…

 

MJ: Było to PG nr 14 – tylko dwa tygodnie zastępstwa, jeszcze w trakcie studiów. Później zatrudniłem się, już na stałą umowę o pracę, w PG nr 6 i przepracowałem tam parę lat. Kolejną szkołą było XXX Liceum Ogólnokształcące. A później nastąpiła przerwa – podjąłem pracę w Wydziale Edukacji UMŁ.

 

 

WK: Jak do tego doszło?

 

MJ: Zaczęło się od kryzysu XXX LO; coraz mniej przychodziło tam uczniów, było coraz mniej klas… Musiałem uzupełniać etat w innych szkołach. I w tych okolicznościach pojawiła się możliwość spróbowania swoich sił w innej roli. Od pewnego czasu miałem taką potrzebę dowiedzenia się o edukacji czegoś więcej, z innego punktu widzenia. Ale zawsze wiedziałem, że do szkoły i tak wrócę.

 

 

 

WK: I jak widać – tak się stało. Ale zanim przejdziemy do współczesności, zapytam o pewien szczegół z czasów, kiedy pracował Pan w XXX LO. Otóż w internecie trafiłem na informację, że w roku 2013 został Pan wyróżniony przez Kapitułę tego odznaczenia Orderem „Serce Dziecku”, wręczanym dorocznie w Dniu Dziecka na uroczystości pod pomnikiem „Pękniętego Serca” w Parku „Szarych Szeregów”. Jako człowiek towarzyszący od lat temu wydarzeniu wiem, że na ogół medalami tymi wyróżniane są osoby, będące – nazwijmy to – „w drugiej połówce” swej kariery zawodowej lub społecznikowskiej. A pana uznano za godnego tego wyróżnienia właściwie na jej początku, po kilku zaledwie latach pracy. Jak to się stało?

 

MJ: Była to i dla mnie wielka niespodzianka. W tajemnicy przede mną zgłosił mnie do owej Kapituły samorząd uczniowski XXX LO. Byłem wówczas opiekunem tego samorządu, szkolnym Rzecznikiem Praw Ucznia. W uzasadnieniu uczniowie opisali co robię, moją postawę otwartości na ich potrzeby i problemy… I gdy stanąłem obok innych odznaczonych tego dnia Medalem „Serce Dziecku”, pomyślałem także: „Jeszcze tyle nie zrobiłem, co oni, aby się z nimi równać.” Kapituła uważała inaczej…

 

 

WK: Tym bardziej gratuluję, choć z tyloletnim opóźnieniem.

 

MJ: Dzięki. Medal ten zawsze noszę przy sobie. Kiedykolwiek wychodzę na bardziej uroczystą okazję, na marynarce zawsze mam przypięty ten medal… A przy okazji: to jest ta okoliczność, w której poznałem panią dyrektor SP nr 81 – Bożenę Będzińską-Wosik, bo to w jej szkole, po uroczystości, przygotowano dla odznaczonych i gości honorowych poczęstunek. I to wtedy dowiedziałem się o „Budzących się Szkołach”, tam „uwiodła mnie” ich idea…

 

 

WK: To teraz najwyższa już pora na zadanie kluczowego pytania: Jak to się stało, że inspektor merytoryczny Wydziału Edukacji UMŁ został dyrektorem Zespołu Szkół Rzemiosła?

 

Czytaj dalej »



Rozmowa z uczniami Publicznego Liceum Ogólnokształcącego Uniwersytety Łódzkiego – pomysłodawcami projektu MILO

 

 

Włodzisław Kuzitowicz: Dowiedziałem się, że to właśnie Wy jesteście tymi, którzy wpadli na pomysł takich międzyszkolnych igrzysk. Skąd ten pomysł?

 

Bartek Skupiński: Pomysł tak naprawdę narodził się w mojej głowie, jako pewna inicjatywa, która pierwotnie wyglądała trochę inaczej. Wzięło się to z tego, że chciałem stworzyć jakąś płaszczyznę rywalizacji pomiędzy szkołami, która nie byłaby na tyle formalna, poważna, jak olimpiady przedmiotowe. Moim pomysłem od razu podzieliłam się z Kubą i Zuzią, którzy pomogli mi ukształtować ten projekt do takiej formy, jaka mamy teraz. Skontaktowaliśmy się ze znajomymi w innych szkołach, żeby skoordynować pierwsze plany, pierwsze działania na większą skalę. Od tamtego momentu to już była tylko nasza pomoc dyrektorom szkół w organizacji kolejnych imprez. I tak to się stało…

 

 

WK: Jak dalece Wasz projekt został potem zmodyfikowany przez dyrektorów szkół?

 

Kuba Malarczyk: Generalnie – nasz projekt zakładał dużo mniejszy rozmach. Myśleliśmy, że nie uda się tego wszystkiego zorganizować bez sponsorów, bez finansów. Dyrektorzy podali nam pomocną dłoń. Nie było żadnych problemów, np. dotyczących nagród czy organizacji kolejnych konkursów. Uczniowie szkół także, w większości, podeszli do projektu z entuzjazmem i ta wspólna energia przełożyła się na to, co obserwujemy dzisiaj, ale była ona widoczna już podczas imprezy inaugurującej MILO. Wszystko miało charakter profesjonalny. Dzisiaj to już prawie taka gala oskarowa. Myślę, że było przy tym bardzo dużo dobrej zabawy. A my przy tej okazji mieliśmy po raz pierwszy okazję wystąpić tak publicznie. To był dla nas bardzo duży zaszczyt

 

 

. Czytaj dalej »



Dzisiaj zapraszamy do lektury wywiadu z Zofią Wrześniewską, która od niedawna kieruje Zespołem Szkół Gastronomicznych w Łodzi. W ten sposób kontynuujemy cykl wywiadów z dyrektorami łódzkich szkół średnich. Tym razem rozmówczynią jest osoba, która dopiero od pół roku pełni swoje obowiązki – w przeciwieństwie do dwu wywiadów, zamieszczonych w ostatnich dniach sierpnia 2018 roku: 31 sierpnia – z dyrektorem Józefem Kolatem, który odchodził na emeryturę z Zespołu Szkół Techniczno-Informatycznych im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego – po 35 latach nieprzerwanego pełnienia tej funkcji, a dzień wcześniej – z Alicją Wojciechowską, która z tych samych powodów żegnała się z XXI LO – po 34 latach pełnienia tam obowiązków dyrektora.

 

Zapraszamy do zapisu rozmowy z nauczycielką „z dziada pradziada”, która w roku gdy Józef Kolat rozpoczynał swoją dyrektorską misję miała 4 lata.

 

Foto: zdjęcie ze zbiorów prywatnych Zofii Wrześniewskiej

 

Dyrektor Zofia Wrześniewska

 

 

Wywiad z Zofią Wrześniewską – dyrektorką Zespołu Szkół Gastronomicznych w Łodzi

 

Włodzisław Kuzitowicz: Zanim przejdziemy do pytań bezpośrednio dotyczących objęcia przez Panią obowiązków dyrektora łódzkiego „Gastronomika” – najpierw kilka pytań o to „co było wcześniej. Zacznę od pytania o to, jak to się stało, że została Pani nauczycielką?

 

Zofia Wrześniewska:  Ja to jestem nauczycielką „z dziada pradziada”.I to dosłownie, bo i moi pradziadkowie byli nauczycielami i mój dziadek był nauczycielem, i moja mama była nauczycielką – teraz emerytowaną. Dla mnie to było normalne, że w tym środowisku przebywam, że o szkole się mówi. Większość moich „przyszywanych” cioć i wujków to byli nauczyciele, więc dla mnie to była naturalna kolej rzeczy. I mimo tego, że mama mnie ostrzegała że nie jest to zawód dobrze płatny,,nie jest lubiany, aczkolwiek zawsze mówiła, że jest niesłychanie wdzięczny. Jednak ja poszłam w tę stronę: „na złość mamie odmrożę sobie uszy” i zostałam nauczycielką historii. A historii – bo poszłam w ślady dziadka – historyka właśnie.

 

WK: Czy praca w ZSG jest Pani pierwszym miejscem zatrudnienia jako nauczycielki?

 

ZW: Tak, zatrudniłam się w w tej szkole prosto po studiach.

 

 

WK: Jakie były początki? Czy było to rozczarowanie, czy spełnienie oczekiwań co do roli nauczyciela?

 

ZW: Może właśnie przez to, że wyrosłam w środowisku szkolnym, to w zasadzie wiedziałam czym to pachnie, jak to się je, jak praca nauczyciela wygląda, z czym to się wiąże. Widziałam ile moja mama pracowała„po pracy”, po przyjściu do domu, czym się zajmowała… Dlatego dużych rozczarowań ani zaskoczeń nie było. Rozczarowań nie pamiętam. Na początku był entuzjazm,ogromny zapał, i stąd od razu poczułam się w tej szkole jak u siebie, na właściwym miejscu i tu te korzenia zaczęłam zapuszczać. I tak już 16. rok w „Gastronomiku” je zapuszczam.

 

 

WK: No właśnie, a dlaczego akurat w „Gastronomiku”?

 

ZW: To był przypadek. Akurat kiedy szukałam pracy w szkole, w „Gastronomiku” szukali historyka. Miało to być tylko na rok, ale tak się złożyło, że po roku te godziny były i zostałam na dłużej.

 

 

WK: Z Internetu wiem, że jakiś czas temu zainteresowała się Pani neurodydaktyką, co w konsekwencji doprowadziło Panią do środowiska „Budzących się Szkół”? Jak to się stało?

 

ZW. Od początku mojej pracy starałam się, najpierw intuicyjnie, aby moje lekcje były wartościowe, ale też interesujące. Starałam się coś w moim warsztacie zmieniać. Jak się okazało z czasem – to co ja robię, to się sprawdza. A później dowiedziałam się, że ma to swe uzasadnienie w teorii – w neurodydaktyce. Pierwszym impulsem był wykład doktora Kaczmarzyka, na którym byłam w Klubie Nauczyciela. To wtedy oczy mi się otworzyły, stwierdziłam, że to co robię, to nie jest tyko tym, co mnie się wydaje, tylko że ma to potwierdzenie naukowe.

 

I dzięki temu zaczęłam zgłębiać temat: od doktora Kaczmarzyka trafiłam do doktor Żylińskiej, potem udało mi się nawiązać nią kontakt. I tak trafiłam do „Budzącej się Szkoły”…

 

 

WK: …i zaczęłam tam pisać bloga...

 

ZW:Też. Jeszcze były edukatoria, – materiały edukacyjne, które zaczęłam opracowywać. Potem były konferencje: na których prowadziłam warsztaty dla anauczycieli: jedna, druga, trzecia… I rzeczywiście – te idee są mi wyjątkowo bliskie. Głównie dlatego, że widzę, że to dział, że ten feedback, informacja zwrotna od uczniów jest tak pozytywna. Pamiętam taki moment, kiedy żegnając się z kolejnym rocznikiem maturzystów, usłyszałam od jednego z moich uczniów: „Wie pani,te pani lekcje to były najciekawsze z całej szkoły”. Takie informacje potwierdzają, że to co robię – ma sens, że to rzeczywiście się sprawdza.

 

WK: Ze swej strony dodam, że pojawienie się Pani wśród nauczycieli ze środowiska „Budzących się Szkół” wzbudziło moje zainteresowanie, gdyż jest to ruch, w którym uaktywniają się głównie nauczyciele ze szkół podstawowych, do niedawna także niektórych gimnazjów. Aż tu nagle pojawia się osoba ze szkoły zawodowej… 

 

ZW: Ja uważam, że polska edukacja wymaga gruntownych zmian. I to powinien być proces, który się zacznie od przedszkola i będzie trwać aż do matury, na wszystkich etapach edukacji. Z drugiej strony, w szkolnictwie zawodowym połączenie praktyki z teorią, nauczanie przez działanie odbywa się właśnie na przedmiotach zawodowych. I u nas się to sprawdza. Nasi uczniowie na bardzo wysokim poziomie zdają egzamin zawodowy. Dlaczego? Bo uczą się przez działanie. Tak sobie pomyślałam: skoro sprawdza się to u zawodowców, skoro sprawdza się to na niższych szczeblach edukacji, to tak samo sprawdzi się na historii, polskim, matematyce… Ale wymaga to dużej determinacji nauczycieli – w sytuacji, w której w znakomitej większości trafiają do nas uczniowie, którzy w swoich szkołach nigdy w ten sposób nie byli traktowani i jest to dla nich szokiem. Na początku ta zmiana z „muszę” na „chcę” powoduje, że „odpuszczają”. Bo skoro nic nie muszą, to po co się uczyć. I wymaga to trochę czasu zanim „zaskoczą”, że jednak lepiej jest chcieć. I to przynosi efekty.

 

 

WK: W szkole podstawowej rodzice bardziej monitorują to co dzieje się w szkole ich dziecka i takie zmiany wymagają ich akceptacji. Czy w rodzice w Pani szkole reagują w jakiś sposób na tak zmienioną edukacji?

 

ZW: Jeżeli już, to ja się spotkałam z pozytywnym reakcjami: „Córka mi mówiła, że pani lekcje są takie fajne”. Ale rzeczywiście, w naszej szkole rodzice aż tak bardzo nie monitorują swoich dzieci.

 

 

WK: A teraz przejdźmy do aktualnego rozdziału Pani kariery zawodowej. Kiedy i z jakimi motywacjami podjęła Pani decyzję o przystąpieniu do konkursu na stanowisko dyrektora ZSG?

 

Czytaj dalej »



Dotąd opisałem już w kolejnych esejach „zwrotne” dla mej biografii wydarzenia, które miały miesce przed 60-oma, 55-oma, 50-om i 40-oma laty. Dziś pora na kolejne wspomnienie takiego „słupa milowego” w mojej drodze zawodowej – trzydziestej rocznicy objęcia przeze mnie stanowiska dyrektora Wojewódzkiej Poradni Wychowawczo-zawodowej w Łodzi.

 

Nie wracam do tamtych wydarzeń z potrzeby „pochwalenia się” czym to ja nie byłem. Bo też nie ma się czym tak bardzo chwalić – ot – takie małe ogniwo ówczesnego wojewódzkiego systemu oświaty. Młodszym przypominam, że takich wojewódzkich poradni było wtedy tyle, ile województw – 49!

 

Uzasadnienie decyzji napisania także i o tym rozdziale mojej biografii znajdzie się w końcowych zdaniach tego tekstu. Teraz przejdźmy do rzeczy:

 

Na początek, dosłownie w kilku zdaniach, muszę wspomnieć o mojej sytuacji zawodowej po tym jak postanowiłem zrezygnować z kontynuowania „kariery” naukowej na UŁ. I dlaczego ta nominacja w pierwszej chwili bardziej mnie zaskoczyła niż ucieszyła.

 

Szerzej opiszę cały ten kontekst w eseju (jeśli na to się zdecyduję),  poświęconym 35-leciu mojego powrotu „z teorii do praktyki”, czyli do lata 1983 roku, kiedy to szukałem pracy w łódzkiej oświacie. Dzisiaj muszę wspomnieć jedynie, że właśnie od owego lata byłem na indeksie „głównej kadrowej” z Komitetu Łódzkiego PZPR, bez zgody której to towarzyszki Iwony B. (starsi już wiedzą kto kryje się pod tym inicjałem) nikt nie mógł zająć żadnego, choć trochę eksponowanego, stanowiska w łódzkiej oświacie.

 

I właśnie ta towarzyszka w pierwszych dniach wakacji 1983 roku została szefową Łódzkiego Kuratorium Oświaty i Wychowania. I właśnie tego roku, w ostatnim tygodniu sierpnia, po powrocie z wakacji (a był to – mój ostatni jak się okazało – obóz harcerski w Lubiatowie) odebrałem telefon z Kuratorium, że mam sie tam zgłosić w ważnej sprawie.

 

Kiedyś wyjaśnię dlaczego szedłem tam „z duszą na ramieniu” i skąd to zaskoczenie taką niespodzianą propozycją zostania szefem instytucji, w której jeszcze cztery lata wcześniej nie mogłem zostać zatrudniony nawet jako zwykły jej pracownik. Na dziś niech wystarczy przypomnienie faktu, że stało się to na kilka miesięcy przed obradami „Okrągłego Stołu” i na 9 miesięcy przed historycznymi wyborami z 4 czerwca 1989 roku, kiedy – jak to ogłosiła trochę „na wyrost” pewna aktorka – „upadł w Polsce komunizm!”

 

Pierwszy rok mojego dyrektorowania przebiegł pod znakiem możliwie szybkiego „wejścia w rolę”, poznania pracowników Poradni, dogłębnego studiowania wszystkich obowiązujących przepisów, ale przede wszystkim poznania podległych poradni, które wówczas nosiły nazwę dzielnicowych lub miejskich. A było ich w Łodzi 6 (bo na Bałutach były dwie – zwane rejonowymi) i po jednej w Pabianicach, Zgierzu, Konstantynowie, Aleksandrowie, Ozorkowie i Głownie. W tym czasie, jako pedagog z wykształcenia, skupiłem się na realizacji zadań orientacji zawodowej i na… cotygodniowym dyżurowaniu (zawsze w czwartki) przy Młodzieżowym Telefonie Zaufania. (Tak, tak – był wtedy taki…)

 

Ale jak już wspomniałem – wkrótce skończył się czas systemu, ktory osadził mnie na tym stanowisku. 24 sierpnia nowy premier – Tadeusz Mazowiecki – dostał od Sejmu Kontraktowego votum zaufania dla swego rządu.Pamiętam te chwile, gdyż właśnie na ten dzień zwołałem – jeszcze przed wakacjami – posiedzenie Rady Pedagogicznej naszej Poradni. Przerwaliśmy nasze prace, aby śledzić transmisję z Sejmu, w tym także historyczne expoze Premiera, przerwane Jego kilkuminutowym zasłabnięciem.

 

W tym nowym rządzie tekę ministra edukacji jako pierwszy sprawował Henryk Samsonowicz (do grudnia 1990 r.), a później – w rytmie dość częstych wówczas zmian premierów – Robert Głębocki i Andrzej Stelmachowski. We wszystkich tych rządach, przy tych trzech ministrach (aż do 1992 r.), funkcję podsekretarza stanu w MEN pełniła pani dr Anna Radziwłł. Nie był to „człowiek znikąd”, nie była to osoba „z partyjnego awansu”. Przez ponad 30 lat była nauczycielką w warszawskich szkołach średnich. W latach 1970–1982 pełniła funkcję zastępcy dyrektora XLI Liceum Ogólnokształcącego im. Joachima Lelewela w Warszawie. Krótko mówiąc – był to „właściwy (na te czasy) człowiek na właściwym miejscu”!

 

 

Dr Anna Radziwiłł jaką pamiętam, która zawsze będzie dla mnie – jak ów „wzorzec metra w Sèvres” – wzorcem urzędnika państwowego, który sprawuje swój urząd nie dla własnej chwały, lecz by służyć społeczeństwu – najlepiej jak potrafi..

 

 

I to jej osoba odegra w tym co dalej się działo – i w mojej historii – rolę spiritus movens.

 

 

Czytaj dalej »



„Obserwatorium Edukacji” już w relacjach z zakończenia roku szkolnego, zapowiadało wywiady z dyrektorami-weteranami, którzy po kilkudziesięciu latach kierowania szkołą przechodzą właśnie na emeryturę. Dzisiaj publikujemy kolejny zapis rozmowy z”rekordzistą” nieprzerwanego pełnienia obowiązków dyrektora – jak nam rozmówca sam powie – w zasadzie w tej samej szkole od 35 lat – z dyrektorem Józefem Kolatem.

 

Dziś był Jego ostatni dzień w pracy – niechaj ten wywiad będzie jeszcze jednym uświetnieniem tego zwrotnego w życiu każdego człowieka kończącego aktywność zawodową momentu.

 

 

A tak żegnały Go w poniedziałek 27 sierpnia władze Łodzi – w osobie Pani Prezydent Hanny Zdanowskiej i Pierwszego Wiceprezydenta Tomasza Treli.

 

 

Wywiad z Józefem Kolatem – od 35-u lat dyrektorem szkoły zawodowej

 

Włodzisław Kuzitowicz: – Dowiedzieliśmy się, że 31 sierpnia tego roku przechodzi Pan na emeryturę. Po ilu latach pracy w ogóle, a po ilu w roli dyrektora szkół?

 

Józef Kolat: Pracę zawodową jako nauczyciel rozpocząłem w 1969 roku, a moim pierwszym stanowiskiem kierowniczym była objęta po 9-u latach funkcja kierownika warsztatów szkolnych – wszystko to w ówczesnym Zespole Szkół Zawodowych nr 5 w Łodzi, przy ul. Wodnej. Już po roku kierowania warsztatami szkolnymi powierzono mi w tej samej szkole obowiązki wicedyrektora, a po kolejnych czterech latach – w 1983 roku zostałem jej dyrektorem. A to oznacza, że odchodzę na emeryturę po 49 latach pracy nauczycielskiej, w tym po – nieprzerwanym – 35-letnim okresie dyrektorowania szkołom zawodowym – zawsze tym samym, ale ciągle ewoluującym, choć w tym czasie nie tylko zmieniały one wielokrotnie nazwy, ale także – dwa razy – siedziby.

 

 

WK: – Zanim przejdziemy do tego jak to było z tymi przeprowadzkami, proszę jeszcze powiedzieć jaka była pana droga do zawodu nauczyciela?

 

J.K. – Zaczynając pracę 1 września 1969r. roku byłem absolwentem Technikum Przemysłowo-Pedagogicznego – szkoły średniej, dającej uprawnienia do pracy w charakterze nauczyciela praktycznej nauki zawodu w warsztatach szkolnych. Ale tak się złożyło, że ówczesny dyrektor ZSZ nr 5 zaproponował mi od razu stanowisko nauczyciela teoretycznych przedmiotów zawodowych – brakowało wtedy nauczycieli. Studia wyższe ukończyłem na Politechnice Łódzkiej, uzyskując tytuł inżyniera mechanika w specjalności „obrabiarki, narzędzia, technologia budowy maszyn”. Tytuł magistra uzyskałem po studiach na Uniwersytecie Łódzkim na kierunku „technika”.

 

 

WK: – Przez te minione 35 lat, od 1983 roku kiedy został pan dyrektorem, była to w zasadzie jedna i ta sama szkoła, choć jej nazwa kilkakrotnie się zmieniała. Czy mógłby pan wymienić pod jakimi pieczątkami nagłówkowymi podpisywał się pan jako dyrektor?

 

J.K. – Na początku, w latach 1983 – 1988 szkoła nosiła nazwą Zespół Szkół Zawodowych nr 5. Od 1988 do1991 (w konsekwencji fuzji z Technikum Mechanicznym im. T. Duracza) kierowana przeze mnie szkoła nosiła nazwę Zespół Szkół Mechanicznych nr 3 im. T. Duracza. byłem wtedy dumny bo „Duracz” to Szkoła, której jestem absolwentem. Kolejna reforma struktury łódzkiego szkolnictwa zawodowego sprawiła, że w latach 1991 – 2002 trafiłem po wygranym konkursie do Zespołu Szkół Mechanicznych nr 5 przy ul. Nałkowskiej, a po wejściu w życie reformy systemu oświaty, która wprowadziła gimnazja i – w jej konsekwencji – nowej polityce władz miasta (łączenia szkół zawodowych) – po kolejnym konkursie kontynuowałem moje dyrektorowanie w Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych nr 17 przy al. Politechniki 37, który przyjął imię Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Od 1 stycznia 2012, dla lepszej identyfikacji kierunków kształcenia, szkoła działa pod nazwą Zespół Szkół Techniczno-Informatycznych im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego.

 

 

WK: – Niesamowita jest w tej tak długiej historii Pana drogi zawodowej wielka odporność na liczne zmiany, i to nie tylko nazw i adresów, ale i systemu społeczno-politycznego. Gdy zostawał Pan dyrektorem Polską, od dwu lat – po Stanie Wojennym, rządził gen. Jaruzelski, a ministrem oświaty był prof. Jacek Fisiak. Upadek PRL i narodziny III RP przeżył Pan jako dyrektor ZSM nr 5, a przy ul. Nałkowskiej objął Pan dyrektorski fotel już w wyniku wygrania konkursu – pod rządami nowej Ustawy o Systemie oświaty. Naliczyłem, że ”przetrzymał” Pan 4-ech ministrów oświaty w PRL i 19-oro w III RP! Jakie, z tej perspektywy, widzi Pan różnice w „byciu dyrektorem szkoły” przed i po zmianie ustrojowej? Inaczej mówiąc: jak było się dyrektorem w czasach peerelu, a na czym polegała istotna różnica w warunkach kierowania szkołą w IV RP?

 

J.K – W okresie peerelu praca była spokojniejsza. Robiło się wszystko znacznie wolniej, starannie – bo obowiązywały tylko dwa dokumenty: Ustawa z dnia 15 lipca 1961 r. o rozwoju systemu oświaty i wychowania i Karta Nauczyciela. W związku z tym człowiek mógł te dwa dokumenty znać na pamięć. Można więc było spokojnie realizować wszystkie zadania zgodnie z przepisami. Dzisiaj ilość spływających do dyrektorów szkół dokumentów – ustaw, rozporządzeń, dyrektyw – jest tak duża, że te wszystkie zmiany i zmiany do zmiany powodują, że człowiek zaczyna się gubić. Nie mamy szansy zapoznania się z tym wszystkim dogłębnie, bo gdy tylko w czymś zaczęliśmy się orientować, to nagle pojawia się kolejna zmiana do poprzedniej zmiany. I ciągle trzeba dostosowywać do nich prawo szkolne, aby ich zapisy były zgodne z aktualnie obowiązującym stanem prawnym.

 

Jeszcze jedno: tempo pracy znacznie się w ostatnim czasie zwiększyło. Dlatego, że nasi zwierzchnicy uważają, iż powinniśmy na przysyłane przez nich pytania udzielać odpowiedzi w ciągu godziny czy dwóch. Np. o godz. 14-tej słyszę:”Proszę do godziny 16-ej przesłać informację zwrotną.”

 

 

Czytaj dalej »



„Obserwatorium Edukacji” już w relacjach z zakończenia roku szkolnego, zapowiadało wywiady z dyrektorami-weteranami, którzy po kilkudzięsięciu latach kierowania szkołą przechodzą właśnie na emeryturę. Dzisiaj pierwszy zapis takiej rozmowy -z Panią Dyrektor Alicją Wojciechowską – która pre 34 lata kierowała nieprzerwanie XXV Liceum Ogólnokształcącym im. S. Żeromskiego w Łodzi:

 

 

 

Pani Dyrektor Wojciechowska odbiera z rąk Prezydenta Łodzi Hanny Zdanowskiej list z podziękowaniami za jej wieloletni trud w kierowaniu szkołą.

 

Włodzisław Kuzitowicz: – Zanim zaczniemy rozmawiać o tych 34 latach pracy na stanowisku dyrektora jednej szkoły – XXV LO w Łodzi – zapytam o genezę: Jak trafiła Pani do zawodu?

 

Alicja Wojciechowska: – W roku 1972 ukończyłam filologię rosyjską na Uniwersytecie Łódzkim i dostałam „nakaz pracy” (kiedyś takie były) – do VI LO w Łodzi przy ul. Podmiejskiej, gdzie – oczywiście – uczyłam j. rosyjskiego. Po przerwie spowodowanej urodzeniem dziecka powróciłam do pracy, ale już w XXV LO – wówczas mieszczącym się przy ul. Łęczyckiej. Jednak wkrótce podjęłam pracę w Liceum dla Dorosłych na Podmiejskiej, Była to doskonała „szkoła życia” nauczycielskiego – moimi uczniami byli ludzie starsi ode mnie, kobiety-matki, milicjanci, ludzie innych zawodów, w których wówczas wprowadzono wymóg posiadania średniego wykształcenia. Miałam także kilka godzin w XX LO.

 

Pewnego dnia (w 1984 r.) dostałam propozycę pracy w XXV liceum – ale tym razem na stanowisku dyrektora. Oferta pochodziła od inspektora Wydziału – pana Zygmunta Fiderka. Długoletni Dyrektor liceum p. Stefan Korycki właśnie odchodził na emeryturę. Przemyślałam tę propozycję, przyjęłam ją, i z dniem 1 września 1984 roku zostałam powołana przez ówczesne władze oświatowe na stanowisko dyrektora XXV LO – nadal mieszczącego się przy ul. Łęczyckiej. Liceum wchodziło wówczas w skład zespołu szkół, wraz ze Szkołą Podstawową.nr 5. Nowy rok szkolny 1985/86 po przeprowadzce wakacyjnej licealiści rozpoczęli naukę w nowej siedzibie przy ul Podhalańskiej, gdzie wcześniej miała swoją siedzibę Szkoła Podstawowa nr 191 im. Heleny Marusarzówny. I pod tym adresem kierowałam XXV LO aż do teraz.

 

 

WK: – Powrócę jeszcze do początku Pani drogi zawodowej. Właściwie co spowodowało, że została Pani nauczycielką? Bo chyba nie nakaz pracy?

 

AW: – Trafiłam do tego zawody dlatego, że lubiłam pracę z młodzieżą. A także dlatego, że w szkole podstawowej miałam wspaniałą nauczycielkę, która była dla nas wzorem nauczyciela, wychowawcy. Byliśmy w nią wszyscy wpatrzeni, była jak matka – ciepła, mądra i do tego bardzo ładna. I to zaowocowało – po latach poszłam pracować w szkole, bo lubiłam pracę z dziećmi. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś pracował w szkol, jeżeli nie lubi tej pracy. Robi krzywdę sobie, a jeszcze większą dzieciom.

 

 

Czytaj dalej »



Po esejach, których treściami były moje wspomnienia wydarzeń sprzed 50-u lat (wyjście do cywila po trzyletniej służbie w MarWojce), sprzed 55-u lat, czyli o pomyślnym zdaniu matury w liceum ogólnokształcącym – na przekór złemu losowi i tych sprzed 60-u lat, kiedy to ukończyłem nie tylko peerelowską, ale początkowo stalinowską podstawówkę, przyszedł czas na wspomnienie wydarzeń sprzed 40-u laty.

 

Był rok 1978. Od 7-u lat pierwszym sekretarzem KC PZPR był Edward Gierek, Polska rosła w siłę, a ludzie (rzekomo) żyli dostatniej. Miałem wtedy za sobą 3 lata pracy na stanowisku starszego asystenta w Zakładzie Pedagogiki Społecznej na UŁ i bardzo dobrego kolegę, który od niedawna osiedlił się w Szwecji i który przysłał mi zaproszenie, abym przyjechał do niego na całe długie akademickie wakacje…

 

Tak zarysowane tło wydarzeń które zamierzam opowiedzieć jest niezbędne dla młodszych czytelników, aby mogli lepiej zrozumieć na czym polega „smaczek” tego przypadku.

 

Cała historia miała swój początek w maju, podczas jednej z przerw w zajęciach zaocznych studiów na kierunku pedagogika kulturalno-oświatowa, gdzie w wyniku decyzji kierowniczki mojego zakładu prowadziłem zajęcia z – obowiązkowego wtedy na wszystkich kierunkach pedagogicznych – przedmiotu „Metodyka wychowania w ZHP”. Moimi słuchaczami byli studenci, w znacznym procencie sporo ode mnie starsi, bardzo różnych zawodów i z licznych instytucji – w tym towarzysze z komitetów partyjnych niższego szczebla i funkcjonariusze MO. Jednym i drugim, aby mogli zachować swe stanowiska, postawiono wymóg ukończenia studiów wyższych – obojętne jakich.

 

W czasie jednej z przerw „na papierosa” (a byłem wtedy jeszcze „palaczem”) zagadnął mnie jeden ze starszych studentów, o którym wiedziałem tylko, że pracuje „na Lutomierskiej” (już wtedy mieściła się tam Wojewódzka Komenda, tyle że nie Policji, a Milicji Obywatelskiej) i że jest pułkownikiem. „Jakie pan magister ma plany wakacyjne?” – niewinnie zapytał. A ja, jak to mam w naturze, „palnąłem szerze i otwarcie”: – Chciałbym pojechać do Szwecji, gdzie mieszka mój przyjaciel, ale nie mam paszportu i już nie zdążę go wyrobić.

 

Na tym rozmowa zakończyła się. Ale tylko tego dnia…

 

Czytaj dalej »



Zgodnie z zapowiedzią – powracam do  wspomnień z czasu nauki w podstawówce na Nowym Złotnie.  Powodem jest moje przekonanie, że na utrwalenie zasługuje jeszcze jeden wątek mojego przepoczwarzania się z dziecka w świadomego młodzieńca. A będzie to historia o tym jak założyłem tajną antypaństwową organizację i czym to się skończyło.

 

Wszystko miało swój początek podczas wakacji, latem 1955 roku. Właśnie dostałem promocję do V klasy i  – co w mojej rodzinie było już tradycją – pojechałem wraz z rodzicami na wieś, jak to się wówczas mówiło – „na ojcowiznę”. Tu należy się kilka słów wyjaśnienia, bez których wszystko o czym będę dalej opowiadał mogłoby być niezrozumiałe, zwłaszcza dla osób znających historię Polski lat czterdziestych i pięćdziesiątych  XX wieku powierzchownie.

 

Trzeba Wam wiedzieć, że moja mama – Michalina z domu Malinowska – przyjechała do Łodzi „za  pracą” w drugiej połowie lat dwudziestych z przeludnionej wsi – wówczas mówiło się  „białostockiej” – a konkretnie z Zalesia-Stefanowa. Tak naprawdę to nie tyle była to wieś, co – dziś mówimy na to  -„siedlisko”: zabudowania gospodarcze (chałupa, stodoła, obora i chlewik), otoczone kilkunastoma hektarami ziemi ornej i pastwisk. Moi dziadkowie: Franciszka i Marian Malinowscy mieli pięć córek i dwu synów. Moja mama (z dziewczyn przedostatnia) w wieku ok 20 lat została namówiona przez krewnych swojej mamy, osiedlonych już wcześniej w podłódzkiej (wtedy) osadzie Cyganka, do porzucenia domu rodzinnego i wyje- chania z nimi. Tak znalazła się „w Łodzimieście”, gdzie wkrótce poznała mojego ojca Tadeusza. Konsekwencją tej znajomości był ich ślub w 1930 roku.

 

A na Zalesiu, po śmierci mojego dziadka Mariana (zmarł w jeszcze przed wojną – nie miałem szansy go poznać) najstarszy brat mamy – Stefan przejął po zmarłym ojcu gospodarstwo, kolejne siostry wychodziły za mąż i zakładały własne rodziny w pobliskich wsiach, zaś najmłodszy brat Hipolit wykształcił się na nauczyciela i został  kierownikiem wiejskiej szkółki w pobliskiej wiosce Krzeczkowo-Szepielaki…

 

O wujku Hipolicie  muszę chyba napisać kolejny esej, bo jego życiorys „żołnierza wyklętego” jest godny upamiętnie- nia, a i w moim dojrzewaniu – patriotyczno-obywatelskim, ale i zawodowym – odegrał pewną rolę. Przy tej okazji przypomnę Czytelnikom, że  po 17 września1939roku tereny „za Bugiem” znalazły się pod władzą Rosji Sowieckiej, w czerwcu 1941 zajęli je Niemcy, zaś latem 1944 wkroczyła tam ponownie Armia Czerwona. Nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem, że przedstawiciel miejscowej elity – wujek Hipolit – odegrał znaczącą rolę w strukturach walki podziemnej, i to nie tylko z niemieckim okupantem…

 

Ale wróćmy do moich wakacji z lata 1955 roku. Za mojego życia po raz pierwszy pojechałem „na wieś” na Zalesie w 1948 roku (ta podróż – w jej 70 rocznicę też jest godna oddzielnego wspomnienia), a później jeździliśmy tam w zasadzie corocznie – aż do lat, w których zaanektowało mnie harcerstwo. Do tradycji należało, że odwiedziny zaczynały się od kilkudniowego pobytu na Zalesiu, a później wujek Stefan przewoził nas furką do którejś z ciotek – najczęściej do najmłodszej siostry mamy –  cioci Waci, która mieszkała na tzw. kolonii Andrzejewo. To było także „wolnostojące” gospodarstwo, do którego od szosy z Andrzejewa było prawie kilometr, a z drugiej strony, do najbliższej wsi za rzeczką Mały Brok – Przeździecko – także kilkaset metrów. Te informacje są bardzo istotne dla kontekstu wkrótce opisanych przeze mnie wydarzeń.

 

 

 

Strzałką zaznaczyłem lokalizację  gospodarstwa, w którym miały miejsce opisane poniżej antysocjalistyczne czyny.

 

Jest więc ostatni tydzień sierpnia 1955 roku, jesteśmy z moimi rodzicami u cioci Waci i wujka Aleksandra Jankowskich. W pobliskim Andrzejewie – wsi kościelnej (to tutaj swe dzieciństwo spędził późniejszy Prymas Tysiąclecia Stefan Wyszyński; jego ojciec od 1910 roku był tam organistą) odbywa się doroczny odpust Św. Bartłomieja. Jesteśmy tam obiema rodzinami. Słyszę jak ciocia tłumaczy mojej mamie skąd tak wiele panien ma na sobie białe bluzki z takiego samego białego nylonu: „To wszystko uszyte z balonów, które zimą nadlatywały z Zachodu…”

 

Czytaj dalej »



Dziś przyszedł czas na wspomnienia, które jak lawina posypały się w mojej pamięci, przy okazji sięgnięcia pamięcią do wydarzeń sprzed 60-u laty – z czerwca 1958 roku. To wówczas zrobione zostało to zdjęcie:

 

 

Absolwent Szkoły Podstawowej nr 135 w Łodzi-Nowym Złotnie –  14-letni Władysław* Kuzitowicz otrzymuje z rąk kierownika tej szkoły – pana Jana Stępczyńskiego, wraz ze świadectwem ukończenia szkoły, nagrodę za bardzo dobre wyniki w nauce.

 

 

Ale zanim przejdę do opowieści o wydarzeniach, które na wiele lat zdeterminowały moją dalszą drogę edukacyjną, chciałbym jeszcze powrócić do lat, które spędziłem w tej szkole. Z myślą o młodych czytelnikach tego tekstu chcę, choć fragmentarycznie, zobrazować jak wyglądała edukacja uczniów szkoły podstawowej, szkoły  pracującej na peryferiach dużego miasta Łodzi, których pierwsze lata edukacji przypadły na lata, określane dziś jako kulminacja okresu, zwanego stalinizmem.

 

A zaczęło się wszystko w poniedziałek, 3 września 1951 roku, kiedy to po raz pierwszy zasiedliśmy w naszej pierwszej klasie. Zaskoczę wszystkich, gdy powiem, że klasy pierwsze (aż do początku lat sześćdziesiątych XX w.) odbywały swoją naukę nie w głównej siedzibie SP nr 135 przy ul. Garnizonowej 38, a w sali domu przy ul Płatowcowej 3, w którym prawdopodobnie jeszcze przed I Wojną Światową działała złotniańska szkoła powszechna…

 

Obecny stan budynku, w którym na parterze obywały się lekcje naszej klasy pierwszej.

 

„Naszą Panią” była Danuta Pabiniak – młoda nauczycielka, być może po jakimś kursie, którą jednak pamiętam jako bardzo sprawną dydaktycznie, życzliwą i zaangażowaną w swoją pracę. Uczyliśmy się z elementarza, który w swej ogólnej strukturze był w formule elementarza Falskiego, jednak został  zmodyfikowany do potrzeb „nowych czasów”. Przygotowując się do tej publikacji dotarłem do archiwalnego egzemplarza tej pomocy dydaktycznej – rok wydania 1951, czyli takiego  samego, jaki kupili mi rodzice.. Oto zdjęcia okładki i kilku, wybranych jego stron:

 

 

 

 

 

 

Czytaj dalej »