Archiwum kategorii 'Eseje i wywiady'

Realizując deklarację, jaką złożyłem w zakończeniu poprzedniej częci moich wspomnień: Rozdział VIII cz. 5. Ostatnie lata, polityczne tło, świadoma decyzja i pożegnanie”, prezentuję kolejny, IX rozdział moich wspomnień, który zatytułowałem „Powrót do pracy w szkolnictwie wyższym”. Będzie on tekstem jednolitym, to znaczy opublikowanym jako całość, jednak wewnętrznie podzielonym na części – z przyczyn wyłącznie merytorycznych.

 

 

Okoliczności, które sprawiły, że mogłem ponownie stać się wykładowcą w szkole wyższej

 

Zacznę od przypomnienia, że raz już byłem nauczycielem akademickim – w latach 1975 – 1983, kiedy to pracowałem jako starszy asystent w Zakładzie Pedagogiki Społecznej, (przekształconym w 1981 roku w Katedrę)  na Uniwersytecie Łódzkim. Jak to opisałem w 5. części rozdziału IV  „Pierwsze kroki w mojej pracy naukowej. I o jej końcu” – decyzję o rezygnacji z robienia doktoratu, i co za tym idzie – z kontynuowania po wrześniu 1983 roku pracy na UŁ, podjąłem już w 1982 roku, kiedy to ostatecznie utwierdziłem się w przekonaniu, że robienie karieru naukowej w tej dyscyplinie nie jest moim powołaniem. Jednak odchodziłem z tej pracy z poczuciem, że będzie mi brakowało jej ulubionego przeze mnie nurtu – dydaktycznego…

 

I ta potrzeba dzielenia się swoją wiedzą i doświadczeniem z młodymi adeptami studiów pedagogicznych tkwiła we mnie przez lata.  Aż tu nagle… Może nie tak nagle, ale w wyniku kilku zupełnie nieprzewidywalnych zdarzeń taka możliwość nie tylko się pojawiła, ale nawet zrealizowała. A było to tak:

 

Najpierw musiała pojawić się pani Aniela Bednarek z propozycją ulokowania w budynku szkolnych warsztatów przy ul. Pomorskiej Wyższej Szkoły Informatycznej (WSInf).  Ale o tym już opowiedziałem. Teraz o tej nieprzewidywalnej w chwili powstania tej uczelni sytuacji. Jak już wspomniałem – WSInf z roku na rok się rozrastała i przez kolejne trzy lata rozwijała swoją działalność. Po tym czasie uczelnia na tyle okrzepła  – także finansowo – że mogła sobie pozwolić na zakup własnej siedziby. Były to budynki po nieczynnych od kilku lat zakładach ARELAN przy ul. Rzgowskiej 17a. I był jeszcze inny efekt tej prosperity – prawo do otwarcia oddziału zamiejscowego w Opatówku pod Kaliszem. I właśnie tam, od października 1999 roku, po otrzymaniu zgody na otwarcie drugiego po informatyce  wydziału – pedagogicznego, w październiku 1999 roku, uruchomiono studia zaoczne na tym kierunku. Pierwszym dziekanem tego wydziału został dr hab. Tadeusz Szewczyk.

 

I to był drugi, sprzyjający dla realizacji moich cichych pragnień, element tej sytuacji. Muszę  przypomnieć, że w latach 1975-76 Tadeusz Szewczyk, pracujący wówczas w Wojskowej Akademii Medycznej, w Katedrze Nauk Społecznych, prowadził także gościnnie zajęcia dydaktyczne w Zakładzie Pedagogiki Społecznej na UŁ, w której wówczas pracowałem. To wtedy poznaliśmy się, jako że uczestniczył on także w seminariach pedagogiki społecznej, prowadzonych przez panią doc. dr hab. Irenę Lepalczyk –  ówczesną kierownik Zakładu Pedagogiki Społecznej..

 

I oto, po 20-u latach, spotkaliśmy się: ja, jako dyrektor szkoły-gospodarza, udzielającego przestrzeni dla zajęć dydaktycznych owej szkoły wyższej, i on – nowo powołany dziekan Wydziału Pedagogiki WSInf… I to od niego wyszła inicjatywa, abym poprowadził w Opatówku, od II semestru, zajęcia dla studentów I roku pedagogiki – na początku – oczywiście – z pedagogiki społecznej: wykłady  i ćwiczenia.

 

 

Moje praca wykładowcy w Wyższej Szkole Informatyki

 

I dzięki takim okolicznościom od lutego 2000 roku datuje się mój powrót do roli dydaktyka w szkole wyższej. Zaczęło się od tego, że raz na kilka tygodni, jeździłem do Opatówka w soboty i w niedziele. W kolejnych latach zajęć przybywało – już nie tylko pedagogika społeczna była moim przedmiotem, ale także – na powołanym kierunkach „Pedagogika  opiekuńcza” oraz „Praca socjalna” – takie przedmioty jak: „Metodyka pracy opiekuńczo-wychowawczej”, „Prawne podstawy pracy opiekuńczo-wychowawczej”, „Prawne podstawy pracy socjalnej”. Były jeszcze i inne, ale po latach ich nazwy zatarły się w mojej pamięci. Tym bardziej, że po roku od uruchomienia tych studiów w Opatówku otwarto także kierunki pedagogiczne w głównej siedzibie WSInf w Łodzi. A po kolejnym roku w łódzkiej siedzibie WSInf otwarto także studia stacjonarne na wydziale pedagogicznym.

 

Doszło do takiej sytuacji, że nie miałem żadnego wolnego weekendu, gdyż co dwa tygodnie jechałem na sobotę i niedzielę do Opatówka, a w „przemienne” soboty i/lub niedziele miałem zajęcia w Łodzi. Do tego przynajmniej jednego popołudnia w dni robocze miałem wykłady i ćwiczenia na studiach stacjonarnych w Łodzi.

 

Podczas weekendowych pobytów w Opatówku, gdzie zajęcia odbywały się w miejscowym Zespole Szkół Ogrodniczych, który miał obok budynku dydaktycznego także budynek internatu, wykładowcy, którzy mieli zaplanowane zajęcia na sobotę i niedzielę, nocowali  w pokojach tegoż internatu. Po sobotnich zajęciach stało się zwyczajem, że na kolację chodziliśmy do pobliskiego motelu „Czarnuszka”, gdzie zespół przyjezdnych dydaktyków – z bardzo odległych dyscyplin – integrował się.

 

I  o jeszcze jednej, tym razem nie dydaktycznej, a w pewnym sensie opiekuńczo-wychowawczej funkcji, jaką mi właścicielka szkoły – Aniela Bednarek – powierzyła muszę opowiedzieć. Dokładnie nie pamiętam, ale zapewne było to w trzecim roku mojej tam pracy, kiedy zostałem mianowany Pełnomocnikiem Kanclerza WSInf do spraw studenckich. W dniach mojego pobytu w Opatówku oraz w określonym dniu tygodnia w siedzibie Szkoły w Łodzi miałem dyżur, podczas którego przyjmowałem studentów w sprawach próśb o odroczenie opłat czesnego – zazwyczaj z ważnych powodów rodzinnych lub losowych.  Także w tym czasie rozpatrywałem skargi i odwołania, które przekazywały mi dziekanaty – w Opatówku i w siedzibie Szkoły przy Rzgowskiej.

 

Nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, jeśli powiem, że w przytłaczającej większości rozpatrywanych przeze mnie podań przychylałem się do prośby i podejmowałem decyzję o odroczeniu wpłaty, a nierzadko także o umorzeniu części miesięcznych rat.

 

Jako że moja decyzja, jako pełnomocnika Kanclerza WSIinf, była ostateczna – oficjalnie nikt nie mógł jej podważyć. Jednak informacje o finansowych skutkach moich decyzji docierały do pani Bednarek, przeto nie byłem zaskoczony, kiedy po roku funkcja pełnomocnika ds. studenckich została zlikwidowana i od tej pory decyzje te podejmowała osobiście pani kanclerz…

 

Lata mijały, z każdym kolejnym rokiem spadała liczba studentów na kierunkach pedagogicznych, malała liczba godzin dydaktycznych, co skutkowało ograniczeniem oferty dydaktycznej dla osób, które nie były zatrudnione w uczelni na etatach. Tracili na tym tacy „wolni strzelcy” jak ja. Skutkiem tego procesu była coraz mniejsza oferta kierowana pod moim adresem, a w konsekwencji jej brak.

 

Ostatnie zajęcia dla studentów pedagogiki na Rzgowskiej w Łodzi poprowadziłem 4 czerwca 2009 roku. Trochę dłużej wygaszanie tego kierunku trwało w oddziale zamiejscowym w Opatówku –  ostatni raz byłem tam w roli wykładowcy  5 lutego 2011 toku – aby wpisać studentom do indeksu oceny z ostatnich dwu prowadzonych tam przeze mnie przedmiotów: „Prawne podstawy pracy opiekuńczej” i „Prawne podstawy pracy socjalnej”.

 

 

Moje praca wykładowcy w Wyższej Szkole Pedagogicznej

 

Ale – jak już wiecie – od roku akademickiego 2002/2003 powstała Wyższa Szkoła Pedagogiczna, której właścicielką była Małgorzata Cyperling (poprzednio właścicielka działającego w ZSB nr 2 przy ul. Kopcińskiego Centrum Szkoleniowo-Promocyjnego „EDUKACJA”), a jej pierwszą siedzibą był budynek  po zlikwidowanych warsztatach szkolnych przy ul. Pomorskiej. Nikogo nie zaskoczę, jeśli powiem, że i ta uczelnia zaproponowała mi poprowadzenie wykładów i ćwiczeń – tradycyjnie – najpierw z pedagogiki społecznej – bo ten przedmiot na kierunkach pedagogicznych zawsze jest na drugim semestrze pierwszego roku studiów.

 

Jednak sytuacja zaczęła się radykalnie zmienień, kiedy po roku WSP przeniosła swoją siedzibę do budynków po dawnych warsztatach szkolnych Technikum Włókienniczego przy ul. Żeromskiego i kiedy rektorem szkoły został… profesor Bogusław Śliwerski .Z roku na rok wzrastała liczba powierzanych mi do prowadzenia przedmiotów – wykładów i/lub ćwiczeń na studiach tak zaocznych jak i stacjonarnych. Zostałem także wykładowcą, a jednego roku także kierownikiem, podyplomowych studiów organizacji i zarządzania oświatą.

 

Gdy w roku akademickim 2008/2009 uczelnia pobiła swój rekord w rekrutacji na I rok studiów – zapisało się  ok. 1000 studentów, z tego ponad 800 na studia zaoczne – naprawdę miałem dużo roboty. Wykłady dla studentów niestacjonarnych nie mogły już odbywać się w żadnej z auli przy Żeromskiego – w tym celu wynajęto aulę Sołtana na Politechnice Łódzkiej. Poza wykładami i ćwiczeniami, prowadzonymi z kilku przedmiotów – w obu trybach studiów – zostałem jeszcze kierownikiem specjalności „pedagogika opiekuńcza”.

 

Jednak i ta uczelnia zaczęła odczuwać  ujawniające się z każdym kolejnym rokiem powszechne zjawisko drastycznego spadku kandydatów na studia w szkolnictwie niepaństwowym, które było oczywistym skutkiem coraz mniej licznych roczników kończących szkoły  średnie, a także wyczerpaniem się „zasobów” osób aspirujących do wyższego wykształcenia, którzy w minionych latach nie mieli szansy ich realizacji w systemie uczelni państwowych.

 

Konsekwencją tego procesu była coraz mniejsza liczba studentów na kolejnych latach, a co za tym idzie –  mniejsze zapotrzebowanie na zajęcia dydaktyczne. Pierwszymi, którzy tracili na tym były osoby na umowach o dzieło – godziny musiały być dla etatowych doktorów i profesorów.

 

Ostatnie zajęcia na WSP,  a był to test wiadomości – także  z pedagogiki społecznej –  dla studentów I roku, odbyłem 2 lutego 2011 roku. I tak – tym razem definitywnie – zakończyłem mój drugi – tym razem jedenastoletni – okres aktywności w roli nauczyciela szkoły wyższej.

 

 

Co jeszcze należy do obowiązków prowadzącego zajęcia dydaktyczne, oprócz ich prowadzenia

 

Czytaj dalej »



Foto: www.audiovis.nac.gov.pl

 

Prymas kard. Stefan Wyszyński wraz z duchownymi podczas modlitwy u stóp ołtarza przed kościołem św. Anny przy ul. Krakowskie Przedmieście – Boże Ciało – 20 czerwca 1957 roku

 

 

Kontynuując tradycję wypracowaną w ostatnich latach, która polega na niezamieszczaniu w świąteczny czwartek „Bożego Ciała” żadnych bieżących materiałów o edukacji, ale publikowaniu moich felietonów lub –  czasami – okolicznościowych esejów, których tematyka nawiązuje to tego święta, piszę i dzisiaj taki okolicznościowy esejo-felieton.

 

Mając w pamięci tezy ze środowego posta prof. Śliwerskiego o postępującej sekularyzacji społeczeństwa polskiego (pominę tu diagnozę przyczyn tego zjawiska), postanowiłem dzisiaj przypomnieć kilka, zapewne powszechnie mało albo wcale, nieznanych faktów z historii narodzin tego – wcale nie „odwiecznego” – święta. Posłużę się „gotowcami”, cytowanymi z innych  – wiarygodnych – źródeł:

 

Święto to powstało w XIII w., w pełnym rozkwicie kultury średniowiecznej i wyraźnie nosi jej znamiona. Ludzie tamtych czasów rzadko przystępowali do Komunii św., nawet, jeśli mieli ku temu okazję. Wynikało, to z tego, że zalecenie soboru laterańskiego IV, aby przynajmniej raz do roku Komunię św. Przyjmować.

 

W 1263 r. wydarzyły się cuda eucharystyczne w Bolsenie i Orvieto. Największe jednak znaczenie przypisuje się widzeniom, jakie otrzymała mniszka św. Julianna z Cornillon. Pan Jezus domagał się od niej ustanowienia specjalnego święta Eucharystii. Brzmi to dość znajomo, kiedy przypomnimy sobie historię s. Faustyny, której Jezus objawił wolę ustanowienia święta Miłosierdzia Bożego.

 

Jej powiernikiem był Jacques Pantaleon z Troyes, późniejszy papież Urban IV, który bullą „Transiturus de hoc Mundo” z 11 sierpnia 1264 r., ustanowił właśnie Święto Najświętszego Ciała naszego Pana Jezusa Chrystusa. Liturgicznym opracowaniem święta zajęli się dominikanie, przy znaczącym udziale św. Tomasza z Akwinu.

 

Papieżowi nie udało się ogłosić bulli z powodu śmierci. Dokonał tego w 1334 r. papież Jan XXII, a papież Bonifacy IX polecił w 1391 r. wprowadzić święto Bożego Ciała wszędzie tam, gdzie jeszcze nie było ono obchodzone..

 

W Polsce pierwszy wprowadził to święto bp Nankier w 1320 r. w diecezji krakowskiej. W Kościele unickim – wprowadził je synod zamojski w 1720 r. Pod koniec XIV w. w Kościele katolickim w Polsce święto Bożego Ciała było obchodzone we wszystkich diecezjach. Od końca XV w. udzielano wówczas błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem.

[Źródło: https://dzieje.pl/dziedzictwo-kulturowe/uroczystosc-bozego-ciala-w-kosciele-katolickim]

 

W Polsce po 1945 roku były różne okresy stosunku władz państwowych do procesji „Bożego Ciała”.

 

Pierwszych kilka powojennych lat upływało, tak jak w całym kraju, na kultywowaniu wspólnego kościelno-państwowego świętowania Bożego Ciała. Podobnie jak w okresie międzywojennym podczas procesji, kapłana, który niósł monstrancję, prowadzili przedstawiciele miejscowych władz. W 1945 r. podczas uroczystości Bożego Ciała w Katowicach w procesji bpa Stanisława Adamskiego prowadzili m.in. wicewojewoda Jerzy Ziętek, prezydent Katowic oraz starosta katowicki. Jest także dostępne zdjęcie z takiej procesji, w której gen. Piotr Jaroszewicz – ówczesny wiceminister Obrony narodowej prowadzi kardynała Augusta Hlonda z monstrancją. Pierwsze poważne ograniczenia tradycyjnego świętowania Bożego Ciała wystąpiły w 1949 r, kiedy powstała Polska Zjednoczona Partia Robotnicza..

 

Od tego czasu władze komunistyczne podejmowali różne próby ograniczenia skali procesji Bożego Ciała, uważanej za najbardziej masową, powszechną i tradycyjną formę „demonstracji ulicznej”. Jedną z metod ograniczania frekwencji na tych uroczystościach było organizowanie tego dnia atrakcyjnych imprez i wycieczek.

 

[Źródło: https://przystanekhistoria.pl/pa2/teksty/69384,Imprezowe-czwartki-dzialania-wladz-komunistycznych-wobec-procesji-Bozego-Ciala-w.html]

 

Po 1990 roku w Polsce w procesjach Bożego Ciała w Warszawie, obok prymasa Polski kardynała Józefa Glempa, brali udział członkowie najwyższych władz państwowych z ówczesnym prezydentem Lechem Wałęsą. W innych miastach, miasteczkach i wsiach także miejscowi włodarze i politycy.

 

 

Włodzisław Kuzitowicz



I tym razem dotrzymuję obietnicy, którą zakończyłem 4. część rozdziału VIII moich wspomnień, zatytułowanąCo jeszcze udało mi się zdziałać w ‘Budowlance’ ”, gdzie zobowiązałem się że już wkrótce przedstawię ostatnią część tego rozdziału, w której opowiem o ostatnich latach mojej pracy w „Budowlance”, zwłaszcza o tych, w których nasza szkoła – w konsekwencji reformy strukturalnej systemu edukacji (utworzeniu gimnazjów po 6-letniej podstawówce), po raz kolejny zmieniła nazwę na niewiele mówiącą – Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych nr 15. I o tym, a także o genezie decyzji przejścia na emeryturę oraz jak żegnałem się ze szkołą i łódzką oświatą. Oto ta obiecana, piąta część wspomnień o mojej pracy w charakterze dyrektora „Budowlanki”:

 

 

Ostatnie lata, polityczne tło, świadoma decyzja i pożegnanie

 

Jak już o tym wspomniałem – w 1999 roku organem prowadzącym naszą szkołę przestało być Łódzkie Kuratorium Oświaty – przeszliśmy, jak już kilka lat wcześniej inne szkoły, także licea i zespoły szkół zawodowych nie prowadzące  warsztatów szkolnych, pod zarząd samorządowej władzy miasta Łodzi. Problem polegał na tym, że w ŁKO nadal władzę sprawował – w imieniu rządu AWS-UW – Leszek Surosz, zaś w mieście władzę rządził  Sojusz Lewicy Demokratycznej. O pierwszym zagrożeniu jakie z tego dualizmu zwierzchności wynikło dla „Budowlanki” już napisałem, opowiadając o zamiarze magistratu zlikwidowania  naszej szkoły i o jej skutecznym  wybronieniu.

 

Wkrótce owe siły polityczne wymieniły się miejscami sprawowania władzy. Od października 2001 roku w kraju rządził premier Leszek Miller (SLD), a od marca 2002 roku na Łódzkiego Kuratora Oświaty został powołany Jerzy Posmyk – w mojej ocenie – bezpartyjny fachowiec.  Od listopada 2002 roku prezydentem Łodzi został Jerzy Kropiwnicki (ZChN). Dla mnie oznaczało to, że w kuratorium mam oparcie u „starego  znajomego”, który  w 1993 roku – wtedy jeszcze  jako  członek ekipy kuratora Walczaka – wprowadzał mnie na fotel dyrektora „Budowlanki”.  Ale za to w Wydziale Edukacji UMŁ pojawiła się nowa dyrektorka – z nominacji Kropiwnickiego, poprzednio – krótko – dyrektorka XXXIII LO na łódzkim osiedlu Retkinia, znana przede wszystkim jako prezeska łódzkiego oddziału Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” – Maria Piotrowicz.

 

Po takim przypomnieniu łatwiej będzie interpretować wspominane przeze mnie wydarzenia.

 

Jako pierwsze przywołam rozpoczęcie roku szkolnego 2001/2002. Jako że dzień 1 września przepadł wtedy w sobotę – uroczyste rozpoczęcie odbyło się w poniedziałek, 3 września, na boisku szkolnym. Zostało ono uświetnione obecnością aktualnego Ministra Rozwoju Regionalnego i Budownictwa, którym w ówczesnym rządzie premiera Jerzego Buzka był łodzianin – Jerzy Kropiwnicki. Jak to się stało, że akurat naszą szkołę spotkał taki zaszczyt? Był to owoc koincydencji dwu faktów: naszej dobrej pozycji w oczach władz Polskiej Izby Przemysłowo-Handlowej Budownictwa, której biuro mieściło się w tym samym gmachu co owo ministerstwo  i . . .  i faktu, że aktualny pan minister był łodzianinem i najłatwiej było mu w poniedziałek rano odwiedzić właśnie szkołę budowlaną w jego  rodzinnym mieście.

 

Z tego wydarzenia zapamiętałem, iż pan minister miał niewiele do powiedzenia o aktualnej polityce swojego resortu, ale za to bardzo długo i szczegółowo opowiadał, jak to – jako prześladowany przez SB opozycjonista – zmylił tropy i udało mu się przedostać na teren lotniska Aeroklubu Łódzkiego na Lublinku, gdzie 13 czerwca 1987 roku miało miejsce spotkanie Papieża Jana Pawła II z wiernymi Diecezji Łódzkiej.

 

Jeśli już mowa o Kropiwnickim i JP II, to muszę – z pominięciem chronologii – opowiedzieć przy tej okazji o innym niecodziennym wydarzeniu, które miało miejsce w październiku 2003 roku – z okazji 25. rocznicy wyboru Karola Wojtyły na papieża. Ale jeszcze przed tym muszę poinformować, że przez wszystkie lata w których kierowałem „Budowlanką”, działając „po sąsiedzku” z kościołem pod wezwaniem  Św. Teresy i Św. Jana Bosko, w sposób bardzo konsekwentny dbałem o to, aby zachowywać zasadę świeckości szkoły – w ramach  realizacji postanowień konkordatu. Dlatego w szkole była salka katechetyczna, ale w klasach nie wisiały krzyże. Nie wpływało to na fakt, że znaczny procent uczennic i uczniów uczestniczył w lekcjach religii, co przy dużej liczbie oddziałów skutkowało dwoma etatami katechetów. Jednym z nich był zawsze ksiądz „z za miedzy”, a drugim – świecki katecheta  – pan Paweł. I to właśnie jego zasługą było, że w szkole z tej rocznicowej okazji zostało zorganizowane spotkania z pewnym zakonnikiem – bratem Marianem Markiewiczem, człowiekiem, który był kierowcą, wiozącym Karola Wojtyłę z lotniska w Rzymie na konklawe, gdzie wybrano go kolejnym papieżem. A spotkanie bratem Marianem było możliwe, gdyż obaj – on i nasz katecheta Paweł – pochodzili z  Sulejowa, i stąd ich znajomość.

 

Nie ma co udawać – inicjatywa odbiła się szerokim echem we władzach. Na to spotkanie, obok przedstawicieli Wydziału Edukacji UMŁ, przybyli także przedstawiciele władz kościelnych, ale przede wszystkim ówczesny Prezydent Łodzi – pan Jerzy Kropiwnicki.

 

 

Brat Marian Markiewicz opowiada o wydarzeniach sprzed 25. Lat w Rzymie, a w pierwszym rzędzie słuchającej go widowni siedzą goście.

 (Zamyślonego (?) prezydenta Kropiwnickiego wskazuje strzałka. Dyrektorka WE – Maria Piotrowicz – nie przyszła)

 

x           x           x

 

Kolejnym wydarzeniem – ale już w  roku szkolnym 2003/2004, którego nie mogę pominąć, był finał projektu edukacyjnegoŻyjemy w Europie”, przygotowującego uczniów „Budowlanki” do wejścia Polski do Unii Europejskiej. Był to konkurs, w którym uczestniczyły reprezentacje klas, nazwany Znaszli ten kraj, czyli z UE na ty…”. Polegał on na tym, że każda klasa wylosowała jedno z 15-u państw należących do Unii i podczas finału konkursu musiała zainscenizować kilka charakterystycznych dla tego państwa scenek, pieśni i zwyczajów. Impreza odbyła się w sali gimnastycznej – wszyscy świetnie się bawili i wyszli bogatsi w wiedzę o naszych przyszłych partnerach. Powstał także Szkolny Klub Europejski. Owocem tych działań było otrzymanie rąk wojewody Krzysztofa Makowskiego certyfikatu „Wolontariusza Europejskiego”

 

Zwieńczeniem tego projektu był dzień 1 maja 2004 roku, kiedy reprezentanci szkoły uczestniczyli w Marszu do Europy – paradzie z okazji wstąpienia Polski w struktury Unii Europejskiej.

 

 

 Ostatnim akcentem  dobiegającego końca okresu świetności naszej szkoły było otrzymanie w roku 2004 certyfikatu „Szkoła z Klasą”.

 

 

Warto przypomnieć, że w owym czasie szkoły które go otrzymywały musiały wykazać się następującymi cechami:

 

1.Szkoła dobrze uczy każdego ucznia.

2.Szkoła ocenia sprawiedliwie.

3.Szkoła uczy myśleć i rozumieć świat.

4.Szkoła rozwija społecznie, uczy wrażliwości.

5.Szkoła pomaga uwierzyć w siebie, tworzy dobry klimat.

6.Szkoła przygotowuje uczniów do przyszłości.

 

Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Szko%C5%82a_z_Klas%C4%85

 

 

Cezurą, oddzielającą czasy rozwoju szkoły od nadchodzących trudnych lat, był właśnie czerwiec 2004 roku, kiedy opuścili ją ostatni absolwenci Liceum Technicznego. Ale  tak naprawdę „cienkie lata” nastały już w roku 2002 roku, kiedy w konsekwencji wprowadzenia gimnazjów nie było naboru do klas pierwszych. To wtedy gwałtownie spadła liczba oddziałów do poziomu poniżej 24, co skutkowało decyzją władz  WE o likwidacji drugiego etatu wicedyrektora. Udało mi się, ale tyko na rok, przesunąć wykonanie tej decyzji, jednak już z dniem 1 września 2003 roku pożegnaliśmy Danielę Adamską – dotychczasową wieloletnią  wicedyrektorkę ds. dydaktyczno-wychowawczych.

 

Było to bolesne, ale najbardziej optymalne rozwiązanie tej trudnej dla mnie sytuacji. Bo z jednej strony – ja, pedagog humanista nie mogłem ryzykować dalszego kierowania szkołą bez wicedyrektora z kompetencjami do nadzorowania kształcenia zawodowego, czyli dać wypowiedzenie koleżance Halinie Chruściel, a z drugiej strony – Daniela Adamska właśnie uzyskała prawo do nauczycielskiej emerytury i na pożegnanie otrzymała jeszcze znaczną odprawę.

 

x            x            x

 

Rok 2003 będę zawsze wspominał z jeszcze jednego powodu. Otóż to właśnie wtedy upływał okres 10-u lat mojego dyrektorowania i ogłoszony został konkurs na dyrektora „Budowlanki”. Jak zawsze  przygotowałem się do niego jak należy, napisałem obszerny dokument mojej koncepcji kierowania placówką i – oczywiście – otrzymałem pozytywną opinie od Rady Pedagogicznej.

 

Ale także i wtedy – jak to już wielokrotnie przećwiczyłem w mojej zawodowej biografii – uznałem, że powinienem wcześniej dowiedzieć się, czy aktualne kierownictwo Wydziału Edukacji widzi mnie nadal na tej funkcji. W tym celu złożyłem wizytę niedawno powołanej przez nowego Prezydenta Miasta dyrektorce Wydziału – pani Marii Piotrowicz. Po moim tradycyjnym zapytaniu, czy widzi mnie nadal jako dyrektora  „Budowlanki”, usłyszałem, że ona nie rozumie tego pytania, że nie ma żadnych przeciwwskazań i że  nie słyszała aby ktokolwiek inny szykował się na to stanowisko.

 

Faktycznie – w dniu konkursu potwierdziło się, że byłem jedynym kandydatem. Członkowie komisji konkursowej nie mieli wiele pytań, a i jej obrady trwały krótko. Poproszony na ogłoszenie decyzji dowiedziałem się, że konkurs wygrałem „większością głosów”.

 

Nie byłbym sobą, gdybym nie dążył do zdobycia informacji któż to nie oddał m głosu za moją kandydaturą. Po tylu latach funkcjonowania w tym środowisku miałem swoich zaufanych ludzi, dzięki którym dowiedziałem się, że przeciw mojej kandydaturze zagłosowali przedstawiciele… desygnowani do komisji konkursowej przez panią dyrektor Wydziału Edukacji oraz reprezentant  nauczycielskiej  „Solidarności”.

 

Ten ostatni sprzeciw mnie nie zaskoczył – wszak przez te wszystkie lata byłem na co dzień pod obstrzałem przyjaciela mojego poprzednika, cały czas formalnie zatrudnionego na etacie tej szkoły i będącego członkiem Rady Pedagogicznej, który w tym czasie zrobił związkową karierę i został szefem łódzkiej regionalnej struktury Sekcji Oświata i Wychowanie NSZZ „Solidarność”. Jednak informacja, że także „ludzie” pani dyrektor Piotrowicz w komisji  (jak się dowiedziałem – na jej polecenie) byli przeciw – była dla mnie przykrą niespodzianką.

 

I dzisiaj nie mam wątpliwości, że to był początek końca mojej pracy w Zespole Szkół Budowlanych nr 2, który od 1 września 2002 roku musiał przyjąć narzuconą nazwę Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych nr 15.

 

Zmniejszająca się każdego kolejnego roku liczba nowo otwieranych oddziałów,  konieczność ograniczania liczby zatrudnionego personelu administracyjnego i obsługi, a przede wszystkim brak wsparcie od organu prowadzącego, a także brak perspektyw na poprawę sytuacji – nieuchronnie prowadził mnie do podjętej przeze mnie zimą 2005 roku decyzji.

 

Jednak wcześniej, bo na progu roku szkolnego 2004/2005, było mi jeszcze dane przeżyć kilka chwil, będących potwierdzeniem, że moja dotychczasowa działalność spotkała się z  pozytywną oceną – i to nie tylko na szczeblu Marszałka Województwa, ale także poza granicami kraju.

 

W ostatnich dniach sierpnia odebrałem telefon z Urzędu Marszałkowskiego, że w najbliższych dniach do Łodzi przejeżdżają: Heinrich-Dieter Hischer – dyrektor Zakładu Kształcenia Budowlanego Hesji i Turyngii (Bildungswerk BAU Hessen-Thüringen) i Johann Sebastian Richter –  kierownik  Biura HVBI w Brukseli. Celem ich wizyty jest nawiązanie współpracy z łódzką szkoła budowlaną, której uczniowie będą  mogli odbywać praktyki w centrum kształcenia praktycznego na terenie Niemiec i do której będą mogli przyjeżdżać  uczniowie niemieckiej szkoły kształcącej budowlańców. I że tą szkołą ma być Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych nr 15 i że jestem w tej sprawie zaproszony do siedziby Urzędu Marszałkowskiego, w celu nawiązania z nimi pierwszych kontaktów, gdzie 1 września 2004 roku odbędzie się oficjalne spotkanie Gości z Niemiec z Zarządem Województwa Łódzkiego.

 

 

Przemawia Stanisław Witaszczyk (PSL) – Marszałek Województwa. Po jego obu stronach siedzą goście z Niemiec.

 

 

Po części oficjalnej, która odbyła się w sali posiedzeń Sejmiku Wojewódzkiego, doszło do nieformalnych kontaktów:

 

 

 

 Na zdjęciu (od lewej) Goście z Niemiec, Marszałek Województwa Łódzkiego, tłumaczka i piszący te słowa.

 

Czytaj dalej »



11 maja 2022 roku zamieściłem na Fejsbuku link do materiału z „Obserwatorium Edukacji”. Było tam o dwu uczniach Technikum nr 3 w Łodzi, którzy postanowili uruchomić w szkole radiowęzeł. I niespodzianie pod tym linkiem pojawił się taki oto komentarz nieznanego fejsbukowicza – w zasadzie nie odnoszący się do tekstu owego materiału:

 

Grzegorz Szewczyk

 

Technika to przeżytek. Ich rola skończyła się wraz z postępem techniki. Nie przystają do współczesnego modelu postępu naukowo-technicznego. Niestety reforma szkolnictwa w Polsce jest najczęściej punktowa i zależy od widzimisię aktualnie rządzących. Należałoby się głęboko zastanowić czego, jak i kiedy uczyć, szczególnie w szkolnictwie zawodowym, ale patrząc na edukację od szkoły podstawowej po doktorat.

 

 

Wkrótce na taką opinię zareagowała Zofia Wrześniewska – dyrektorka łódzkiego „Gstronomika”:

 

Niestety chyba dawno nie był Pan w technikum… Na przykładzie swojej szkoły, wiem, że pracownie technologiczne i warsztat są wyposażone co najmniej tak samo (a często lepiej) niż nie jeden zakład gastronomiczny, do tego prowadzimy działalności usługową, więc warunki, jak najbardziej współczesne i rzeczywiste oczywiście wyposażenie dzięki 14 projektom unijnym, które zrealizowaliśmy i realizujemy

 

 

Nie trzeba było długo czekać na replikę G. Szewczyka:

 

Ja nie przeczę, że nauczyciele się starają. To tylko raduje duszę. Moje doświadczenie mówi mi jednak inaczej. Po prostu żyję i pracowałem (jestem już na emeryturze) w innej rzeczywistości*, która per saldo okazuję się bardziej efektywna z punktu widzenia postępu technologicznego niż rzeczywistość polska, mimo że istnieją tak wspaniałe zespoły jak ten, którym Pani kieruje. Polska pozbawiona jest ogólnej koncepcji rozwoju, a zatem trudno jest określić zadania dla szkolnictwa, w tym i dla szkolnictwa zawodowego, niezależnie od poziomu. W nowoczesnych systemach innowacyjnych i ich podsystemach edukacyjnych właściwie nie ma miejsca dla techników. Składa się na to kilka istotnych czynników. Do tego kompletnie nieudane wdrożenie procesu bolońskiego też zrobiło swoje. Jestem przekonany, że zapał i doświadczenie zespołu, którym Pani kieruje można wykorzystać bardziej efektywnie w innym układzie. To temat rzeka, ale niestety decydenci nie znając sytuacji na świecie wiedzą lepiej. Może będziemy mieli okazję kiedyś porozmawiać na ten temat.

 

Serdecznie pozdrawiam.

 

 

Dyrektor Wrześniewska odpowiedziała:

 

Zgadzam się, że cały system edukacji jest przestarzały, nieefektywny a do tego opresyjny i wymaga gruntownej zmiany. Jednak akurat technika, jeśli dobrze wyposażone, współpracujące z pracodawcami i działające na rynku pracy, na tle pozostałych szkół, działają całkiem sprawnie. Nie jest to akurat pierwsza rzecz, jaką zmieniłabym w polskiej szkole. Raczej jedna z ostatnich i to pod kątem dalszego rozwoju a nie likwidacji.To rzeczywiście temat rzeka… Pozdrawiam

 

 

Na to Grzegorz Szewczyk odpisał:

 

Tu nie chodzi o to aby zmienić jeden typ szkoły na inny czy bronić jakiegoś typu. To myślenie klanowe, które jest jednym z hamulców reformy systemu innowacyjnego, w tym systemu edukacji, w Polsce. To też myślenie typu – jak reforma, to u NICH, u mnie jest OK. W nowoczesnych systemach produkcyjnych nie ma miejsca dla techników; za dużo na robotnika, za mało na inżyniera odpowiedzialnego za utrzymanie ruchu. Ale najpierw trzeba mieć koncepcję rozwojową, potem system innowacyjny, który pozwoli tą koncepcję realizować, a na końcu opracować system edukacyjny przemyślany od pierwszej klasy szkoły podstawowej do doktoratu. Brałem udział w opracowywaniu i wdrażaniu takiego systemu. Nie jest to łatwe, ale możliwe i daje dużo satysfakcji, z tym że w tym przypadku mieliśmy bardzo dobrze przygotowany grunt

 

 

 Zofia Wrześniewska:

 

Nie przekonuje mnie to. I to nie dla tego, że bronię swojego. Cały system edukacji wysłałabym w kosmos, mimo, że jestem jego częścią. W wielu obszarach sama biję się w pierś. Nie zgadzam się jednak, że szkolnictwo zawodowe od A do Z jest niedostosowane i uważam, że akurat właśnie to jest gałąź, która ma potencjał – oczywiście mądrze zarządzane i nadążające za zmianami na rynku. Akurat w branży, w której my szkolimy, mogę z pełną świadomością powiedzieć, że nadążamy, chociaż akurat u nas wciąż większym potencjałem jest człowiek a nie technologia, sprzęt jedynie wspiera. To jednak na baaardzo długą rozmowę… Chyba nie tutaj

 

 

 

Źródło: www.facebook.com

 

 

*Po nawiązaniu kontaktu przez Messenger’a z tym komentatorem okazało się, że był nim dr inż. Grzegorz Szewczyk – emerytowany profesor Central Ostrobothnia University of Applied Sciences w Kokkola i Pietarsaari w Finlandii, który w 1989 roku wyemigrował z Polski, a który znał mnie w czasie, kiedy będąc – najpierw uczniem XXI LO w Łodzi a później studentem Politechniki Łódzkiej –  działał jako instruktor harcerski na terenie Hufca ZHP Łódź Polesie, także w czasie, kiedy piszący te słowa był tam komendantem hufca.

 

 

 

Po dalszej wymianie informacji z Kolegą Grzegorzem Szewczykiem dowiedziałem się, że wkrótce przyjedzie on na tydzień do Łodzi i że proponuje mi spotkanie. W konsekwencji naszych kontaktów doszło do zorganizowania przeze mnie spotkania Kolegi Grzegorza Szewczyka z Koleżanką Dyrektor Zofią Wrześniewską – na terenie kierowanego przez nią Zespołu Szkół Gastronomicznych – i do trwającej prawie półtorej godziny wymiany poglądów, którą  utrwaliłem na dyktafonie.

 

 

 

To w tym gmachu – w siedzibie Zespołu Szkół Gastronomicznych w Łodzi – odbyło się opisane poniżej spotkanie

 

 

 

Oto wybrane fragmenty zapisu tej odbytej 23 maja 2022 roku rozmowy, bezpośrednio odnoszące się do istoty sporu zapoczątkowanego na Fecebooku:

 

Dr Grzegorz Szewczyk: – To co napisałem to jest na kanwie doświadczeń tam (w Finlandii) zdobytych, ale również na kanwie doświadczeń pracy w przemyśle. A znam również sytuację w Polsce i wiem, że nie postrzega się procesów innowacyjnych, czy postępu naukowego w ten sam sposób jak u nas. [w Finlandii].

 

Dyr. Zofia Wrześniewska: – To na pewno. Jak w ogóle będziemy porównywać model fiński i polski to wiadomo, ze jesteśmy bardzo, bardzo daleko. Jest bardzo różne podejście do edukacji i reforma trwa tam 29 lat…

 

G Sz: – Reformę wprowadzono w Finlandii w 1973 roku. Są inne założenia w edukacji fińskiej – te najbardziej fundamentalne. Każdy uczeń powinien otrzymać taką samą edukację i na tym samym poziomie, niezależnie od tego w którym miejscu Finlandii mieszka i jaki jest jego status materialny. Na początku zreformowano system kształcenia nauczycieli. Tam nie wybiera się zawodu nauczyciela przypadkiem, bo nie można dostać innej pracy. Każdy nauczyciel kończy studia mając trzy specjalności.

 

 

Po etapie, na którym dr Szewczyk – rysując na kartce schemat – prezentował nam fiński system edukacji [patrz poniżej] i kiedy wskazywaliśmy na elementy, które różnią polski system od fińskiego, rozmowa mogła powrócić do tematów, które legły u podstaw decyzji o zorganizowaniu tego spotkania:

 

Czytaj dalej »



 

To w murach tego budynku działy się wszystkie opisane poniżej wydarzenia.

 

 

Jako człowiek konsekwentny – przedstawiam obiecaną w zakończeniu poprzedniej części rozdziału VIII., zatytułowanej Jak pozyskiwałem środki na rozwój i unowocześnianie bazy szkołyjego kolejną, już 4. część:

 

Co jeszcze udało mi się zdziałać w „Budowlance”

 

A .W obszarze dydaktyki i jej bazy

 

Zacznę od. kontynuacji wątku z pierwszej części tego rozdziału, gdzie opowiedziałem jak  dotychczasową ofertę kształcenia ZSB nr 2 na poziomie technikum (technik budownictwa i technik technologii drewna) otraz zasadniczej szkoły zawodowej (murarz, malarz-tapeciarz, posadzkarz-glazurnik i stolarz) wzbogaciłem o klasy liceum technicznego w profilach: kształtowanie środowiska, leśnictwo i technologia drewna oraz profil społeczno-socjalny.

 

Kilka lat później pojawiła się jeszcze możliwość nauki w policealnym studium zawodowym (PSZ) – w drugim zawodzie: technik architekt. Bo gdy objąłem kierownictwo w ZSB nr 2 realizowane już było kształcenie w zawodzie technik budownictwa.

 

Ale zanim to było możliwe musieliśmy doprowadzić do dopisania tego zawodu do klasyfikacji zawodów szkolnictwa zawodowego. Jednak aby MEN mogło tego dokonać musiałem najpierw postarać się o to, aby do naszego ministerstwa wpłynął w tej sprawie wniosek z Ministerstwa Rozwoju Regionalnego i Budownictwa (MRRIB). Ale wcześniej musiał powstać opis takiego zawodu, uzasadnienie jego utworzenia oraz  uzyskiwania go w formule PSZ. Dokument taki powstał w naszej szkole – opracował go zespół nauczycieli teoretycznych przedmiotów zawodowych, a ja – korzystając z kontaktów jakie zawarłem dzięki wizytom składanym tam w ramach kontaktów Zarządu Sekcji Szkół Budowlanych IP-HB – doręczyłem ten dokument komu należało w MRRiB i przekonałem o celowości dalszych działań tego resortu w naszej sprawie.

 

Kolejnym wzbogaceniem naszej oferty kształcenia było otwarcie w ZSZ klasy w zawodzie „monter instalacji i urządzeń sanitarnych”, co było konsekwencją całkowitej rezygnacji z kształcenia na poziomie zawodów robotniczych przez Zespół Szkół Energetyczno-Instalacyjnych przy ul. Kilińskiego 159. To  dyrektor tej szkoły zdecydował, że będą tam kształceni tylko technicy. Po trzech latach od uruchomienia tego zawodu na poziomie ZSZ podjąłem decyzję o otwarciu 3-letniego technikum, w którym absolwenci tego zawodu mogli kontynuować naukę w zawodzie „technik urządzeń sanitarnych”. A skoro skompletowałem już nauczycieli w tej dziedzinie, to otworzyliśmy także technikum pięcioletnie, czym bardzo naraziłem się mojemu koledze – dyrektorowi ZSE-I – Januszowi Bębnowi.

 

Ostatnią nowością, której wprowadzenie przypominam sobie teraz, było zastąpienie kształcenia w zawodach robotniczych „malarz-tapeciarz”, glazurnik” oraz „monter suchej zabudowy” zawodem, łączącym wszystkie te kwalifikacje, o bardzo ładnej nazwie:  „technolog robót wykończeniowych”.

 

x          x          x

 

Jako że od wyposażenia i uruchomienia pierwszych pracowni komputerowych minęło już kilka lat – przystąpiliśmy w roku 2002 r. do projektu Pracownia internetowa w każdej szkole w wyniku którego otrzymaliśmy 15 najnowocześniejszych komputerów oraz 4-ostanowiskowe multimedialne centrum informacji, które stanęło w ogólnodostępnym  pomieszczeniu czytelni szkolnej biblioteki.

 

 

B.W obszarze warunków socjalno-bytowych

 

Jak już wspomniałem w poprzedniej części VIII rozdziału tych wspomnień, ważnym zadaniem jakie przed sobą postawiłem było pozyskiwanie środków pozabudżetowych, za  które mogłem modernizować warunki socjalne szkolnego budynku. Jednym z pierwszych zadań jakie – stopniowo – udało się dzięki temu zrealizować była modernizacja szkolnych toalet, które nie zmieniły swego wyglądu i „wyposażenia” od początku istnienia tego budynku, czyli od 1960 roku!

 

Przy okazji modernizacji WC udało się wymienić część okien – równie starych i zniszczonych. W szczególnie złym stanie były okna od strony zachodniej budynku,i to nie tylko w toaletach.  I te wymieniane  byały w pierwszej kolejności. W jednym z WC nowe okna dostarczył i zamontował ich łódzki producent – firma „Petecki” – w ramach promocji, dzięki kontaktom nawiązanym podczas targów „INTERBUD”.

 

Prowadzone były także remonty adaptacyjne, dzięki którym zapomnianym dotąd, zapuszczonym pomieszczeniom, służącym często za graciarnię, przywracano funkcję pomieszczeń do zajęć lekcyjnych i pracowni. A wszystko to było możliwe bez dodatkowych kosztów dzięki temu, że prace te wykonywali nasi uczniowie pod kierunkiem nauczycieli zajęć praktycznych – w ramach praktycznej nauki zawodu.

 

Jednym z ciekawszych i wartych wspomnienia sposobów na remonty były organizowane w szkole kursy dla bezrobotnych, zlecane przez Rejonowe Biuro Pracy. Przy okazji jednego z nich – dającego kwalifikacje w zawodzie glazurnik – który prowadził jeden z naszych nauczycieli zajęć praktycznych, został zmodernizowany WC (męski) dla pracowników szkoły. Materiały niezbędne do realizacji tego celu szkoleniowego zakupione zostały ze środków RBP i w ten sposób to odnowienie szkolnej „infrastruktury” odbyło się całkowicie bezkosztowo. W podobnym trybie, ale w ramach kursu dla bezrobotnych do zawodu „malarz”, odmalowana została szkolna świetlica. Skąd takie kursy właśnie w naszej szkole? Przypomnę, że jej nowy dyrektor, zanim objął tę funkcję, był kierownikiem Wydziału Rynku Pracy w Wojewódzkim Biurze Pracy…

 

 x          x          x

 

Przywołam jeszcze kilka wprowadzonych przeze mnie rozwiązań, wzbogacających lub modernizujących warunki pobytu uczniów na terenie szkoły.

 

Pierwszym takim rozwiązaniem było urządzenie dodatkowej szatni. Dotąd uczniowie mieli do dyspozycji klasyczne w polskich szkołach, zamykany boksy – pierwotnie działające na zasadzie „jede3n boks dla uczniów tego samego oddziału”. Niestety – klas przybywało, a boksów nie. Sytuacja dojrzała do zdecydowanej interwencji, gdyż w jednym boksie odzież wierzchnią wieszali uczniowie dwu, a czasami i trzech oddziałów! Zaczynali i kończyli lekcje  b. często o różnych porach. Nawet obecność nauczyciela mającego ostatnią lekcję, który sprowadzał klasę i asystował podczas ubierania się uczniów, nie mogła zapobiec zdarzającym się coraz częściej kradzieżom. Koniecznością stało się zaradzenie tej sytuacji.

 

I takim rozwiązaniem stał się projekt „szatni za numerkami”. Powstała ona dzięki opróżnieniu i wyremontowaniu kolejnej graciarni, znajdującej się w suterenie – w sąsiedztwie boksów szatni. Aby pomieszczenie to mogło pełnić nową funkcję zostało wykonane specjalne okno od strony korytarza, zainstalowano tam odpowiednie, ponumerowane, wieszaki, zakupiono  blaszane numerki i został utworzony dodatkowy etat szatniarza. Prawo do korzystania z tej szatni mieli słuchaczki i słuchacze PSZ oraz uczennice i uczniowie klas maturalnych. W godzinach popołudniowych oraz w weekendy szatnia ta obsługiwała studentki i studentów uczelni i szkół policealnych, którym wynajmowaliśmy pomieszczenia. Obsługę szatni opłacali wtedy – proporcjonalnie –  podmioty wynajmujące.

 

Kolejną nowością i wzbogaceniem oferty było utworzenie siłowni w opróżnionej po wyprowadzeniu się kierowanego przez Janusza Moosa zespołu nauczycieli metodyków kształcenia zawodowego  salki konferencyjnej. Została ona wyposażona w kilka najbardziej ulubionych przez młodzież urządzeń i wzbogaciła naszą bazę wychowania fizycznego. Także jako ofertę zajęć pozalekcyjnych.

 

Swoistym signum temporis było uruchomienie ogólnodostępnego, ale odpłatnego, punktu ksero. Cieszył się on dużym powodzeniem – nie tylko wśród naszych uczniów. Przede wszystkim zarabiał on na siebie podczas weekendów, gdy szkołę zaludniali studenci.

 

 

C.W obszarze pracy wychowawczej – ze szczególnym uwzględnieniem samorządu uczniowskiego

 

Czytaj dalej »



W zakończeniu drugiej części rozdziału VIII. moich wspomnień „Dwanaście lat w mojej Budowlance”, którą zatytułowałem Pierwsze lata – pierwsze decyzje” zadeklarowałem, że kole3jna część o tytule „Jak pozyskiwałem środki na rozwój i unowocześnianie bazy szkoły” zostanie zamieszczona już wkrótce. Dziś spełniam tamtą obietnicę:

 

 

Jak pozyskiwałem środki na rozwój i unowocześnianie bazy szkoły,

czyli jak „Budowlanka” stała się inkubatorem niepublicznych szkół wyższych

                     

Opowiadając w poprzedniej części tego rozdziału o uczestnictwie  szkoły w programach  UPET/IMPROVE  i  „Liceum Techniczne”,  za każdym razem podkreślałem jakimi to korzyściami  materialnymi, a konkretnie jakim wzbogaceniem bazy techno dydaktycznej szkoły to skutkowało. Bo niezależnie od merytorycznych – ważne były dla mnie – wszak administratora tej oświatowej placówki – także warunki pracy szkoły.

 

Nie będę ukrywał, że objąłem kierowanie szkołą, która była nowoczesną, ale w „minionym okresie”. Od mebli szkolnych, przez pomoce naukowe, aż do szkolnych toalet – wszystko było z epoki Gierka. Te ostatnie nawet jeszcze starsze – tak jak i okna – pamiętające czasy powstania szkoły. W pierwszych latach III RP nie było programów dofinansowywania takich zadań z budżetu wojewódzkiego – bo szkoły ponadpodstawowe były prowadzone przez kuratora, czyli administracje rządową.  Dlatego postanowiłem skorzystać z możliwości, jaką było gromadzenie środków pozabudżetowych na tzw. konto środków specjalnych. A najłatwiej można je było zarobić wynajmując pomieszczenia szkolne – na działalność edukacyjna lub sportową, prowadzoną przez podmioty  prywatne.

 

Zaczęło się od tego, że  zastałem już sytuację, którą musiałem jedynie kontynuować. A był to odpłatny najem sal lekcyjnych – w soboty i niedziele – na zajęcia dla szkoły pomaturalnej o bardzo chwytliwej nazwie „Business College”.  Taką nazwę miała szkoła, której organem prowadzącym było Stowarzyszenie Oświatowców Polskich.  Ale personalnie założył tę szkołę i zarządzał nią dr. Roman Patora – na co dzień pracujący w zespole wizytatorów-metodyków, kierowanym przez Janusza Moosa i mającym siedzibę w ZSB nr 2.

 

Jednak już w grudniu 1994 roku, na bazie owego „Business College”, powstała – jako uczelnia niepublicznaSpołeczna Wyższa Szkoła Przedsiębiorczości i Zarządzania (SWSPiZ). Od razu pojawiła się większa liczba jej słuchaczy, a co za tym idzie – większa liczba wynajmowanych pomieszczeń, czyli znaczący przypływ środków pozabudżetowych.  Nie trwało to długo – po kilku latach SWSPiZ zakupiła budynek przy ul. Sienkiewicza 9 (na tyłach wieżowca TVP) i tam rozpoczęła już kolejny rok akademicki 1996/1997.  Dla nas skutkowalo to tym, że kończył się dopływ dodatkowych środków finansowych.

 

Foto: www.wikiwand.com/pl

 

Ten budynek, w głębi posesji przy ul. Sienkiewicza 9, był pierwszą własną siedzibą Społecznej Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Zarządzania. (zdjęcie współczesne) 

 

 

Nie tylko przyroda nie znosi próżni. Także i w przypadku „Budowlanki” miejsce po SWSPiZ wkrótce zajęły dwie szkoły dla dorosłych

 

Pierwszą była Szkoła Detektywów i Ochrony Fizycznej Osób i Mienia „Rutkowski i Czerwiński”, o tajemniczej nazwie  „MARLOW”, która także wynajmowała nasze pomieszczenia dydaktyczne na soboty i niedziele. Oba nazwiska, a zwłaszcza to drugie, było owym marketingowym magnesem, przyciągającym słuchaczy. Zarówno Waldemar Czerwiński jak i Krzysztof Rutkowski to dwaj sławni już wtedy ze spektakularnych osiągnięć prywatni detektywi. Jednak żaden z nich nie miał głowy ani czasu do prowadzenia szkoły. Dlatego pod koniec 2002 szkoła zmieniła właściciela. Szkołę przejęła spółka Centrum Nauki i Biznesu „ŻAK”, której prezesem był Andrzej Prusik. Ale i to pociągnięcie nie uratowało szkoły przed upadkiem, do którego doszło rok później.

 

W tym samym nieomal czasie, bo w latach 1999 – 2002,  opuszczone przez SWSPiZ pomieszczenia administracyjne, organizując tam swoją siedzibą, wprowadziła się Łódzka Korporacja Oświatowa, która otworzyła zaoczną szkołę dla dorosłych, a w jej ramach działało tam technikum ekonomiczne i liceum ogólnokształcące. Szefową owej korporacji i dyrektorką owych szkół była Anna Bułka-Baranowska – do 1995 roku dyrektorka Zespołu Szkół Chemicznych przy ul. Tamka 12 w Łodzi. Także i ten najemca po trzech latach działalności nabył budynek na swoją działalność i szkoły przeprowadziły się na ul. Jaracza 70.

 

I tym razem  miejsce po ŁKO , już w roku 2002, zajął kolejny najemca – znany już z okresu działalności „Business College” –  Społeczny Zespół Szkół Policealnych Stowarzyszenia Oświatowców Polskich. W  ramach tego zespołu prowadzono kształcenie w zawodach: technik technologii odzieży, technik BHP i technik optyk. Dyrektorką tych szkół była Elżbieta Jaros, która wcześniej kierowała warsztatami szkolnymi łódzkiego Zespołu Szkół Gastronomicznych. Jako zaplecze kształcenia praktycznego optyków wynajmowane były pod stałe użytkowanie trzy pomieszczenia, które najemca wyposażył w niezbędne urządzenia.

 

I był to chyba najdłużej prowadzący swoją działalność edukacyjną najemca – ostatnia szkoła Stowarzyszenia Oświatowców Polskich zaprzestała działalności po prawie dwudziestu latach.

 

x          x          x

 

Teraz przerywam opowieść o „zarabianiu” na wynajmowaniu pomieszczeń w budynku przy ul. Kopcińskiego i przenoszę się na Pomorską 46/48, gdzie na tyłach posesji, na której od frontu stal gmach przedwojennego Gimnazjum Męskiego o profilu technicznym, którego właścicielem było Żydowskie Towarzystwo Krzewienia Oświaty, a  po wojnie był siedzibą kilku szkół średnich, od lat siedemdziesiątych działały Międzyszkolne Warsztaty Budowlane ZSB nr 2. Owo „międzyszkolne” w nazwie było pozostałością dawniejszych czasów – w opisywanym okresie  warsztaty służyły jedynie uczniom naszej szkoły.  

 

Już w pierwszych miesiącach mojej kadencji podjąłem decyzję o zmianie systemu praktycznej nauki zawodu. Aby dzisiejszy czytelnik mógł zrozumieć powody – nie tylko merytoryczne – tej decyzji, muszą przypomnieć, że warsztaty szkolne funkcjonowały jako tzw. gospodarstwo pomocnicze, czyli samodzielne finansowo ogniwo struktury zespołu szkół. Mówiąc prościej – warsztaty musiały prowadzić działalność produkcyjną, aby sprzedając swoje produkty i usługi zarobić na koszty utrzymania, w tym na etaty pracowników administracji, bo nauczyciele zajęć praktycznych – w tym kierownik warsztatów – byli na liście płac szkoły. O ile w „minionym systemie” na usługi budowlane warsztatów był jeszcze popyt, to po 1989 roku, w systemie rynkowym, chętnych na powierzenie budowy domu, nawet jednorodzinnego czy choćby remontu, grupie uczących się zawodu młodym  ludziom, zwłaszcza z gwarancją krótkiego terminu realizacji, w zasadzie nie było. Nawet w ramach zawodu stolarz nie było popytu na choćby prostą produkcję warsztatów szkolnych.

 

Z tych powodów podjąłem decyzję o przeniesieniu zajęć praktycznych do przedsiębiorstw budowlanych i meblarskich, gdzie wraz z naszymi nauczycielami realizowali program zajęć praktycznych, pozostawiając jedynie maszyny do obróbki drewna, aby uczniowie pierwszej klasy ZSZ stolarzy mogli tam, zanim pójdą do przedsiębiorstw, nabyć podstawowych umiejętności ich obsługi.

 

W konsekwencji tej decyzji ten trzykondygnacyjny budynek przy ul. Pomorskiej 46/48 opustoszał. Zbędne wyposażenie zostało złomowane, to co nadal miało służyć uczniom zostało zgromadzone wyłącznie w pomieszczeniach parteru. Opróżnione dwa piętra stały się przestrzenią do wynajęcia. Jako pierwszy zgłosił swe zainteresowanie dr Makary Stasiak – założyciel Wyższej Szkoły Humanistyczno-Ekonomicznej, na siedzibę  której wykupił pofabryczne obiekty miedzy ulicami Rewolucji 1905 roku a Pomorską – dokładnie na wysokości  naszych warsztatów. To że doszło do takiej transakcji nie było przypadkiem – z dr Stasiakiem poznaliśmy się w czasie kiedy byłem dyrektorem WPW-Z, a on odwiedzał, pracującą tam jako psycholog, swoją żonę.

 

Nie był to wymagający najemca – do opustoszałych pomieszczeń wstawił tylko swoje podstawowe wyposażenie – krzesła i stoliki dla studentów oraz  biurka, tablice, ekrany i rzutniki dla wykładowców. A co miesiąc na konto szkoły warsztatów wpływały określone środki.

 

Jednak nie trwało to długo – po roku WSHS wycofała się z najmu – w tym czasie dokończono remontu adaptacyjnego w jej własnych budynkach pofabrycznych. I wtedy – bez mojej jakiejkolwiek inicjatywy – zgłosiły się do mnie na Kopcińskiego dwie, zupełnie nieznane mi osoby. Gdy się przedstawili dowiedziałem się, że byli to: Aniela Bednarek i prof. Edward Kącki. Ta pierwsza była właścicielką prywatnej policealnej szkoły informatycznej, pod działalność której wynajmowała pomieszczenia w Zespole Szkół Techniczno-Przemysłowych przy ul. Żeromskiego 115, zaś prof. Kącki był emerytowanym profesorem Politechniki  Łódzkiej, który zorganizował tam, już w 1980 roku,  Instytut Informatyki. Okazało się, że przeszli do mnie z ofertą wynajęcia pomieszczeń w budynku  naszych warsztatów szkolnych, aby tam poprowadzić Wyższą  Szkołę Informatyki [WSInf], którą owa pani Bednarek postanowiła otworzyć, a której  profesor Kącki miał być rektorem.

 

Czytaj dalej »



W zakończeniu pierwszej części rozdziału VIII. moich wspomnień „Dwanaście lat w mojej Budowlance”, którą zatytułowałem „Jak do tego doszło że wygrałem”, zadeklarowałem, że o tym jak dalej działałem jako nowy dyrektor tej szkoły opowiem w kolejnej części tego rozdziału. Oto i ona – zapraszam do lektury:

 

Pierwsze lata – pierwsze decyzje

 

Pamiętam, że moją pierwszą decyzją jako dyrektora ZSB nr 2, którą podjąłem dosłownie w pierwszych dniach pełnienia tych obowiązków było oficjalne zgłoszenie szkoły do programu UPET, programu wspieranego finansowo przez Europejską Wspólnotę Gospodarczą (EWG), Jego celem było wprowadzenie do kształcenia zawodowego programów o budowie modułowej. Nie było to jeszcze kształcenie modułowe w zawodach, gdzie nie tylko że nie funkcjonuje podział na przedmioty teoretyczne i zajęcia praktyczne, ale które podporządkowane jest osiąganiem przez uczniów konkretnych kompetencji zawodowych. Innowacja wprowadzana w ramach UPET  polegała jedynie na łączeniu w tematyczne moduły wiedzy, przekazywanej dotąd podczas lekcji z różnych teoretycznych przedmiotów zawodowych i na jej operacjonalizacji, pozwalającej na pomiar stopnia jej przyswojeni przy pomocy opracowanych testów wiadomości.

 

W programie tym uczestniczyły 44 szkoły zawodowe z całej Polski. Udział w programie otwierał drogę do pozyskania środków na unowocześnienie bazy dydaktycznej szkoły, m.in. o nowoczesne pracownie komputerowe. I to właśnie dzięki tej decyzji już w pierwszym roku mojego dyrektorowania w szkole uruchomiona została pierwsza pracownia informatyczna, wyposażona w najnowsze na owe czasy komputery PC. Program ten był po dwu latach kontynuowany pod nową nazwą IMPROVE – dzięki temu do szkoły trafiło także oprogramowanie AutoCAD – komputerowe wspomaganie projektowania. Pozyskaliśmy także pozabudżetowe środki na zakup nowoczesnego wyposażenia dwu sal lekcyjnych w jednoosobowe stoliki i krzesła, pozwalające na prowadzenie zajęć aktywizujących w dowolnie konfigurowanych grupach uczniowskich.

 

Nie będę przemilczał informacji, że było to możliwe jedynie dzięki – najpierw  przekazanym  informacjom, a później czynnemu poparciu naszego wniosku ze strony łódzkiego lidera kształcenia zawodowego – wicedyrektora WODN – Janusza Moosa.

 

 

 x          x            x

 

 

Rok szkolny 1994/1995 był okresem, w którym nasza „Budowlanka” przystąpiła do kolejnego eksperymentu, który także przyniósł nowe środki pozabudżetowe na unowocześnienie bazy dydaktycznej szkoły. Tym projektem było Liceum Techniczne – koncepcja kształcenia zawodowego w 4-o letniej szkole licealnej, w której obok programu kształcenia ogólnego, realizowanego na poziomie podstawowym, uczniowie zdobywaliby wiedzę ogólnozowodową, będącą wspólną bazą dla wielu pokrewnych zawodów. I dopiero po jego ukończeniu absolwenci podejmowaliby decyzje, czy chcą kontynuować dalsze kształcenie w szkołach wyższych, czy też wejść na ścieżkę edukacji, prowadzącą do zdobycia tytułu technika w konkretnym zawodzie, ale w ramach krótkiego cyklu (w zależności od zawodu – od 0,5 do 1,5 roku) w policealnych studiach zawodowych.

 

Już w roku szkolnym 1995/1996 otworzyliśmy klasy pierwsze tego liceum w dwu profilach: „kształtowanie środowiska” i „leśnictwo i technologia drewna”.  W kolejnym roku przyjęliśmy pierwszoklasistów w trzecim profilu – „społeczno-socjalnym”. Decyzja ta pociągnęła za sobą konieczność powiększenia grona nauczycielskiego o nauczycieli przedmiotów, których w programie technikum nigdy nie było: do biologii, geografii, j. angielskiego, a także – „przedsiębiorczości”.

 

W 1998 r w całej Polsce działało 145 takich liceów, a w lipcu 1998 r MEN rozporządzeniem wprowadził do systemy szkolnego ten typ szkoły średniej. Jednak licea techniczne działały tylko do roku 2002, kiedy w konsekwencji reformy systemu oświaty z 1999  ostatni uczniowie liceów technicznych zdali maturę.

 

Okres wprowadzenia do ZSB nr 2 liceum technicznego zbiegł się w czasie z decyzją Janusza Moosa o otworzeniu Wojewódzkiego Centrum Kształcenia Praktycznego, którego on został dyrektorem, co skutkowało przeprowadzką jego ekipy do własnej siedziby przy ul. Kopcińskiego 29. Zwolnione pomieszczenia, po przeprowadzeniu remontu (silami warsztatów szkolnych), umożliwiły utworzenie dwu kolejnych pracowni informatycznych, wyposażonych w najnowocześniejsze komputery PC, zakupione z funduszy programu LT, podłączonych do miejskiej sieci szybkiego Internetu.

x          x          x

 

Już w lutym 1994 roku zaistniała pewna, zupełnie nowatorska, inicjatywa, jaką była oferta prezesa niedawno powstałej firmy wystawienniczej INTERSERVIS, aby nasza szkoła miała swoje stoisko na pierwszych targach „Interbud”, które odbyły się w łódzkiej Hali Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji przy ul. ks. Skorupki 21. Nie był to przypadek, lecz konsekwencja wieloletniej znajomości z twórcą i prezesem firmy INTERSERVIS – Pawłem Babijem. To ta sama osoba, która najpierw była moim „kolegą z pracy” na UŁ, później komendantem Chorągwi Łódzkiej ZHP, jeszcze później wicenaczelnikiem ZHP.

 

Były to pionierskie czasy realizacji projektów, których wcześniej nikt nie podejmował. Paweł,  który wiedział, ze zostałem dyrektorem szkoły kształcącej w zawodach dla budownictwa, zaproponował mi to stoisko promocji szkoły w zamian za pomoc naszych uczniów w urządzaniu targów. I tak, jako pierwsza szkoła – nie tylko w Łodzi – mogliśmy zdobywać doświadczenia w sztuce promocji, ale przede wszystkim było to olbrzymią szansą na nawiązywanie współpracy z przedsiębiorstwami branży budowlanej – głównie producentami materiałów budowlanych.

 

W trakcie targów odwiedziłem nieomal wszystkie stoiska promujące najnowsze w tamtym czasie materiały i technologie, rozmawiałem z wieloma ich szefami i… i załatwiłem, że wystawiane tam materiały zostały po zakończeniu targów przekazane nieodpłatnie naszej szkole. W wielu przypadkach razem z kasetami wideo, na których były filmy instruktażowe o technologiach ich zastosowania.

 

Od tego roku szkoła nasza na długo stała się trwałym elementem kolejnych Targów INTERBUD.  W roku 1997 dostaliśmy specjalne wyróżnienie od organizatora targów „za wykorzystanie Targów Budownictwa INTERBUD w promocji działań marketingowych w celu stworzenia miejsc pracy dla swoich absolwentów”.

 

x          x          x

 

Opisując udział szkoły w targach INTERBUD nie mogę nie wspomnieć o tym, że byliśmy także od samego początku uczestnikami targów edukacyjnych. Ich prapoczątkiem były targi łódzkich szkół zawodowych, adresowane do uczniów ósmych klas szkół podstawowych, zorganizowane z inicjatywy dyrektora Janusza Moosa w 1994 roku w… w naszej sali gimnastycznej. Oczywiście – nie bez naszego wkładu organizacyjnego.

 

Rok później odbyły się kolejne takie targi – tym razem w pomieszczeniach Szkoły Podstawowej nr 32 przy ul. Kopcińskiego 54. Organizatorem tych targów była prywatna firma, której właścicielem był syn ówczesnej dyrektorki tej szkoły. Oczywiście „Budowlanka” miała tam także swoje, wpadające w oko, stoisko. Mogliśmy tam brylować, korzystając z naszych doświadczeń, wyniesionych z targów budownictwa.

 

W kolejnym 1996 roku odbyły się pierwsze Łódzkie Targi Edukacyjne, zorganizowane już  przez władze miasta w nowo wybudowanej hali targowej przy ul. Stefanowskiego. Pamiętam, że promowaliśmy tam zawody budowlane ekspozycją fragmentu muru z pustaków, a uwagę zwiedzających nasze stoisko przyciągało… mrocznym wnętrzem, rozświetlanym pulsującym światłem i płynącą z głośników „dyskotekową” muzyką. Nie był to pusty „chwyt reklamowy”, gdyż w tym czasie samorząd uczniowski był organizatorem takich szkolnych dyskotek.

 

A po tych pierwszych targach były kolejne i kolejne. W 1998 roku szkoła otrzymała od organizatorów wyróżnienie za aranżację stoiska i ofertę promocyjną szkoły. Jako jedni z pierwszych zaczęliśmy przygotowywać na targi specjalne foldery edukacyjne. Oto,  przykładowo, jeden z takich folderów

 

 

 

Czytaj dalej »



Jak obiecałem w zakończeniu VII rozdziału moich wspomnień: „Stanęło na tym, że […] oświadczyłem stanowczo, że na pewno przystąpię do konkursu na dyrektora „Budowlanki” i że „wszystko opowiem w kolejnym VIII rozdziale moich wspomnień – zapraszam do tego kolejnego rozdziału moich opowieści o meandrach mojej drogi zawodowej w roli wychowawcy, wykładowcy, nauczyciela i dyrektora, ale zawsze pedagoga – „ze szkoły” profesora Aleksandra Kamińskiego.

 

Jak to się stało, że zostałem dyrektorem „Budowlanki”? Determiniści powiedzieliby zapewne, że „tak było mi pisane”! Uznaliby, że właśnie po to w 1962 roku odszedłem z tej szkoły, maturę zrobiłem w XVIII liceum, zdałem na studia polonistyczne, aby w tym samym czasie uświadomić sobie, ze „od najciekawszej książki o wiele bardziej ciekawym jest każdy spotkany człowiek”, po to o wiele później ukończyłem studia pedagogiczne i pokierowałem (przez ostatnie cztery lata jej istnienia) Wojewódzką Poradnią Wychowawczo-Zawodową, aby w konsekwencji przemian systemowych, latem 1993 roku, szukać kolejnego miejsca pracy… Jednak ja – jak wiecie – nie wierzę w przeznaczenie i uważam, że po raz  kolejny w mojej drodze życiowej sprzyjało mi szczęście. Akurat wtedy – z przyczyn ode mnie niezależnych – pojawił się vacat na funkcji dyrektora ZSB Nr 2 w Łodzi i kurator ogłosił, w nietypowym czasie, bo w sierpniu, konkurs na to stanowisko. No i – jak to zwykle u mnie – przypadkowo spotkałem życzliwego i dobrze poinformowanego człowieka…

 

Przystąpiłem do tego konkursu nie mając w zasadzie stażu pracy nauczycielskiej w szkole, rywalizując z kandydatem, popieranym przez większość Rady Pedagogicznej i delegatów Rady Rodziców tej szkoły. Dodam, że był nim niemłodym już nauczyciel matematyki, a przy tym szefem szkolnej komórki oświatowej „Solidarności”.

 

Foto: www.grabski.edu.pl

 

Jerzy Posmyk – zdjęcie zrobione podczas uroczystości nadania imienia Władysława Grabskiego Zespołowi Szkół nr 3 w Kutnie – 17 grudnia 2006 roku, kiedy – od 4 lat – pełnił urząd Łódzkiego Kuratora Oświaty.

 

 

Po podliczeniu głosów komisji konkursowej okazało się, że wygrałem przewagą jednego głosu. Po kilku dniach stanąłem za stołem prezydialnym w szkolnej świetlicy, tej samej, w której jesienią 1961 roku prowadziłem – jako przewodniczący Samorządu Uczniowskiego Technikum Budowanego nr 1 –  akademię z okazji Dnia Nauczyciela. Wprowadzał mnie na stanowisko dyrektora szkoły, w imieniu Kuratora Oświaty, Jerzy Posmyk –dyrektor Wydziału Szkół Zawodowych ŁKO. Ten sam, który parę tygodni temu, podczas przypadkowego spotkania na ulicy, poinformował mnie o konkursie na dyrektora tej szkoły i namówił, abym do niego przystąpił.

 

Ale abym mógł ponownie mówić o tej szkole „moja Budowlanka” – wcześniej musiało się jeszcze wiele wydarzyć.

 

Mając świadomość, że nie tylko nie mam doświadczenia w roli nauczyciela (nie licząc kilku miesięcy przepracowanych w XXIII LO na Widzewie jako nauczyciel metodyk – zaledwie 6 lekcji w tygodniu), ale także zero aktualnej wiedzy o szkole w której chcę być dyrektorem, o jej strukturze, specyfice i problemach, wiedziałem że muszę szybko zdobyć niezbędne informacje i w oparciu o nie tak napisać moją ofertę kierowania szkołą, która (tak – ja idealista wierzyłem w to) przekona członków komisji konkursowej do oddania głosu za moją kandydaturą.

 

Gdy zwierzyłem się z tych moich problemów Jerzemu Posmykowi, usłyszałem, że powinienem skontaktować się z Januszem Moosem, którego siedziba – jako (ówczesnego) wicedyrektora WODN – znajduje się w budynku ZSB nr 2 i który z tego powodu wie wiele o tej szkole. I na pewno mi pomoże.

 

Jako że od czasu naszego wspólnego wyjazdu w listopadzie 1988 roku do Karl Marxstadt byliśmy z Januszem po imieniu – bez zahamowań umówiłem się z nim na spotkanie – oczywiście w jego gabinecie, czyli w budynku szkoły budowlanej. I nie zawiodłem się. Dowiedziałem się nie tylko o kulisach sytuacji, która doprowadziła do odwołania, zaledwie po dwu latach od objęcia stanowiska, dotychczasowego dyrektora, ale przede wszystkim wiele konkretów o funkcjonowaniu tego dużego zespołu szkół zawodowych (32 oddziały!), z własnymi warsztatami szkolnymi. Także  Januszowi Moosowi zawdzięczam to co było najważniejsze: aktualną wiedzę o najnowszych trendach w metodyce i organizacji kształcenia zawodowego.

 

Tak przygotowany zasiadłem do pisania mojej oferty.

 

Teraz, po latach, przeglądając moje domowe archiwum, obok wielu zapomnianych zdjęć i oferty  konkursowej na dyrektora poradni, znalazłem także kopię maszynopisu oferty na dyrektora ZSB nr 2.

 

Czytaj dalej »



W zakończeniu drugiej części VI rozdziału mojego eseju wspomnieniowego „Między starymi a nowymi czasy w WPW-Z”, po tym jak poinformowałem, że w konsekwencji przegranego konkursu na stanowisko dyrektora Specjalistycznej Poradni Pedagogiczno-Psychologicznej Doradztwa Zawodowego i dla Dzieci z Wadami Rozwojowymi”, na własną prośbę, zostałem zwolniony z dniem 30 września 1992 roku z funkcji p.o. dyrektora tej placówki, napisałem: „…w dniu 2 listopada nowa dyrektorka udzieliła mi urlopu wypoczynkowego za rok 1992 (w dniach 3 – 26 listopada) oraz 4 dni urlopu bezpłatnego (27 – 30 listopada). Dzięki temu nie musiałem już bywać w poradni w roli pracownika, podlegającego władzy nowej pani dyrektor. A co w tym czasie robiłem i jak potoczyły się moje dalsze losy zawodowe – o tym będzie w kolejnym – VII rozdziale moich wspomnień.”

 

Co niniejszym czynię.

 

Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że nie była to dla mnie sytuacja komfortowa. Oczywiście każdego kolejnego dnia tego urlopu podejmowałem próby poszukiwania nowej pracy, pracy, która będzie mieściła się zarówno w zakresie moich kwalifikacji, jak i – nie ukrywam – pewnych, niewygórowanych, aspiracji. A nie było to łatwe na rynku pracy placówek oświatowych, w których ruchy kadrowe odbywają się, z zasady w czasie wakacji i z początkiem roku szkolnego wszystko jest już zapięte na ostatni guzik.

.

W tej trudnej sytuacji pierwsza podała mi rękę ta sama osoba, która latem 1987 roku skutecznie zarekomendowała mnie ówczesnemu dyrektorowi łódzkiego IKN ODN – doktorowi Marianowi Lelonkowi, dzięki czemu mogłem przez rok pracować tam w dwu rolach: jako nauczyciel-metodyk ds. pdż – na całym etacie i wykładowca na kursach kwalifikacyjnych – na 1/2 etatu. Tą osobą była ówczesna wicedyrektorka IKN ODN w Łodzi, teraz już dyrektorka Wojewódzkiego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli – dr Grażyna Tadeusiewicz.

 

 Foto: www.ahe.lodz.pl/dydaktyk/1726/dr-grazyna-tadeusiewicz

 

Dr Grażyna Tadeusiewicz – w latach 1992 – 2010 dyrektorka Wojewódzkiego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli w Łodzi

 

 

Już z dniem 1 października podpisała ona ze mną umowę o pracę na stanowisko nauczyciela-konsultanta – w wymiarze 1/2 etatu. Tak naprawdę do moich obowiązków (w generalnie nienormowanych godzinach pracy, zależnych głównie od realizowanych zadań) należało pełnienie raz w tygodniu stałych dyżurów konsultacyjnych dla nauczycieli oraz… prowadzenie zajęć na kursach kwalifikacyjnych. Wybaczcie, ale zatarło się już w mojej pamięci w zakresie jakich to problemów byłem konsultantem – może ponownie przysposobienie do życia w rodzinie, może praca opiekuńczo-wychowawcza, może wychowanie resocjalizacyjne – nie pamiętam.

 

Dzięki tej przyjacielskiej inicjatywie dwa ważne wówczas dla mnie problemy miałem rozwiązane: miałem zajęcie, które lubiłem, które choć częściowo wypełniało mi czas, a już wkrótce – po rozwiązaniu umowy o pracę z poradnią – możliwość kontynuowania stażu pracy nauczycielskiej.

 

Ale praca w ODN nie przeszkadzała mi w kontynuowaniu poszukiwań docelowego miejsca pracy. A z tym, jak już napisałem, nie było łatwo…

 

Aż pewnego dnia, idąc z przystanku autobusowego do domu spotkałem… moją byłą studentkę z czasów pracy na UŁ. Była ona z tego rocznika studentów pedagogiki opiekuńczej, z którego rekrutowali się uczestnicy mojego drugiego obozu naukowego w Bielsku-Bialej, tego we wrześniu 1977 roku. I ona także była na tym obozie. Po ukończeniu studiów podjęła pracę w Towarzystwie Przyjaciół Dzieci, aktualnie pełniła tam odpowiedzialną funkcję dyrektorki biura Zarządu Wojewódzkiego. Nie wiedziałem o tym – aż do tej chwili.

 

Jako że po wyjściu za mąż, już w latach osiemdziesiątych, zamieszkała na tym samym osiedlu, na którym ja mieszkałem od 1977 roku – stąd to nasze spotkanie.

 

Po powitaniu popatrzyła na mnie i zapytała: Czemu pan taki smutny? Więc opowiedziałem jej o najnowszych wydarzeniach w moim życiu zawodowym, że szukam pracy i – jak dotąd – nic nie znalazłem. I wtedy ona, bez chwili wahania, oświadczyła: To się dobrze składa, bo ja właśnie szukam odpowiedniej osoby na funkcję kierownika Środowiskowego Ogniska Wychowawczego TPD na Widzewie-Wschodzie.

 

I dopiero wtedy dowiedziałem się, że jest ona dyrektorką Biura Zarządu Wojewódzkiego TPD i z tego tytułu zna sytuację we wszystkich oddziałach dzielnicowych w Łodzi. Od razu ustaliliśmy, że ona skontaktuje się z Zarządem Dzielnicowym TPD na Widzewie, a ja mam zadzwonić tam i rozmawiać w sprawie zatrudnienia z panią Ireną Choińską, która jest tam sekretarzem Zarządu Dzielnicowego.

 

Dalej wszystko potoczyło się sprawnie – dowiedziałem się, że kierownikiem Ogniska TPD mogę zostać na zasadzie oddelegowania, to znaczy zachowując stosunek pracy z poradnią, której dyrektorka powinna udzielić mi urlopu bezpłatnego do pracy w TPD. W tym celu dostałem odpowiednie pismo, w którym Zarząd Dzielnicowy TPD Łódź-Widzew prosi o udzielenie takiego urlopu. Tak się też stało i z dniem 1 grudnia 1992 roku przekroczyłem progi Środowiskowego Ogniska Wychowawczego TPD przy ul. Gorkiego.

 

 

Na parterze tego wieżowca (zaznaczono niebieską obwódką okna tych pomieszczeń) działało Środowiskowe Ognisko Wychowawcze TPD, którego kierownikiem zostałem z dniem 1 grudnia 1992 roku. (Zdjęcie współczesne)

 

 

Ognisko mieściło się na parterze typowego wieżowca z lat siedemdziesiątych – w dwu połączonych mieszkaniach, zaadoptowanych do potrzeb świetlicy środowiskowej. Działało ono – oczywiście – w godzinach popołudniowo-wieczornych. Przychodzili tam uczniowie starszych klas pobliskiej Szkoły Podstawowej nr 198 z ulicy Czajkowskiego – głównie chłopcy. To dla nich stał tam stół do ping ponga i „piłkarzyki”. Pamiętam, że był także telewizor – i to chyba było wszystko. Po rozpoznaniu sytuacji niezwłocznie podjąłem decyzję i po uzyskaniu środków, oczywiście od zarządu TPD, natychmiast ją zrealizowałem. Był to zakup najnowszego modelu komputera, na którym podopieczni ogniska mogli oddawać się, już wtedy popularnej formie rozrywki, jaką były pierwsze gry komputerowe.

 

Nie pracowałem tam sam. Zatrudniona była jeszcze jedna osoba – kobieta w wieku emerytalnym. Kolejną moją decyzją było uzyskanie zgody władz na zatrudnienie, choćby na pół etatu, jeszcze jednej osoby która lepiej znalazłaby wspólny język z młodzieżą – zwłaszcza z chłopakami. Ja czułem się na to już trochę za stary… I wtedy przypomniałem sobie sytuację ze zorganizowanej przez dra Bogusława Śliwerskiego Międzynarodowej Konferencji „Edukacja alternatywna. „Dylematy teorii i praktyki”, która w dniach 15 – 17 października tego roku odbyła się w ośrodku konferencyjnym w Dobieszkowie. Przypomniałem sobie, że uczestniczył w niej pewien student UŁ, który w dyskusji po jednym z referatów zabrał głos w tak nonkonformistyczny wobec prezentowanych tam teorii antypedagogiki sposób, że zwrócił moją uwagę na tyle, iż postanowiłem go bliżej poznać.

 

Wtedy dowiedziałem się, że jest studentem III roku pedagogiki kulturalno-oświatowej, że jest instruktorem ZHP i że ma na imię Witosław, co mnie Włodzisławowi szczególnie utkwiło w pamięci. Także jego nazwisko Madej nie było mi obce – przypominam, że tak nazywał się przyboczny mojej drużyny zuchów ze Złotna, w którego rodziców gospodarstwie rolnym, na strychu obory, moje zuchy spotkały Pana Twardowskiego. Dalsze wydarzenia każą mi przyjąć, że musieliśmy wtedy wymienić numery telefonów..

.

Dlatego gdy tylko uznałem że potrzebna jest tutaj „świeża krew” – natychmiast pomyślałem,iże muszę namówić do tej pracy owego studenta-harcerza. Po nawiązaniu kontaktu i przedłożeniu mu mojej oferty spotkałem się z jego pozytywną reakcją. Pozostało tylko załatwić wszystkie formalności z panią Ireną Choińską w Zarządzie Dzielnicowym TPD.

 

Mój plan został niezwłocznie zrealizowany i Witek (bo taką wersję swojego imienia pozwalał na co dzień używać) podjął pracę. Zapowiadała się bardzo ciekawa przyszłość – jako owoc sojuszu doświadczenia z młodością…

 

Ale sytuacja ta nie trwała długo. Tym razem zwrotnicę torów po których potoczyła się moja dalsza aktywność zawodowa przerzucił Andrzej Domagała – w okresie gdy byłem dyrektorem WPW-Z psycholog zatrudniony na 1/2 etatu w Dziale orientacji zawodowej. Ale podstawowym miejscem jego pracy było Wojewódzkie Biuro Pracy, mieszczące się przy ulicy Wólczańskiej 49.

 

Czytaj dalej »



Zgodnie ze złożoną w zakończeniu I części VI rozdziału moich wspomnień Między starymi a nowymi czasy – w WPW-Z” deklaracją, że w nieodległej przyszłości opublikuję następne trzy podrozdziały, przedstawiam rozwinięcie zaprezentowanych tam podtytułów. Jednocześnie przepraszam, że ten „niedługi czas” tak się przdłużył – ale stało się to z przyczyn ode mnie niezależnych. Oto obiecana II część rozdziału VI:

 

Foto: www.polskaniezwykla.pl

 

Budynek, który był siedzibą Wojewódzkiej Poradni Wychowawczo-Zawodowej w Łodzi – widok od strony ul. Zielonej.

 

 

4.Zmiany w państwie – rząd Tadeusza Mazowieckiego i nowy kurator

 

Na początek przypomnę, że na stanowisko dyrektora WPW-Z powołała mnie z dniem 1 września 1988 roku, krótko po tym gdy sama została Kuratorem Oświaty i Wychowania w Łodzi, dotychczasowa instruktorka Wydziału Nauki, Oświaty i Kultury Komitetu Łódzkiego PZPR – Iwona Bartosik. Pamiętacie jak wspominałem, jakim to było wtedy dla mnie zaskoczeniem – wszak jeszcze przed pięcioma laty nie godziła się na to, abym w tej samej poradni pracował jako zwykły pedagog.

 

Po kilku miesiącach, pewna znajoma osoba, bardzo dobrze zorientowana w sytuacji kadrowej ówczesnych łódzkich vipów, powiedziała mi, że Bartosikowa decyzję o moim awansie podjęła w jednym celu: aby „pokazać światu”, jaka to ona jest otwarta na wszelkie zmiany i niepamiętliwa… Bo ona już wtedy wiedziała, że wszystko zmierza ku „sztandar wyprowadzić” i miała nadzieję, że to pomoże jej przetrwać nadchodzące zmiany. Bo że idą nieuchronne zmiany, to dowiedziała się od swojego męża – doktora habilitowanego, pracującego na Politechnice Łódzkiej, który w tym czasie nie tylko był pierwszym sekretarzem Komitetu Uczelnianego PZPR na PŁ, ale także członkiem Komitetu Centralnego PZPR i z tego tytułu orientował się w jakim kierunku zmierzać będzie kierownictwo tej partii.

 

Jak wiadomo – w sprawie tych zmian mąż pani kurator miał rację.

 

Jak dziś wiemy – w okresie od 6 lutego do 5 kwietnia 1989 roku w Pałacu (wtedy nazywanym) Namiestnikowskim toczyły się prace tzw, „Okrągłego Stołu”. Jego efektem było porozumienie w sprawie przeprowadzenia w czerwcu wolnych wyborów do odtworzonego Senatu i „częściowo wolnych” do Sejmu – według uzgodnionej procedury: 35% miejsc miało być przedmiotem autentycznej rywalizacji wyborczej, pozostałe 65% zastrzeżono dla kandydatów obozu władzy.

 

To otworzyło drogę do bezkrwawej zmiany nie tylko władzy, ale i ustroju w Polsce. W niedzielę 4 czerwca (uzupełniające 18 czerwca) odbyły się wybory, w wyniku których całe 35% miejsc w Sejmie zajęli kandydaci opozycji, prawie cały Senat (99 na 100 mandatów) – także. Po tym, jak namówiono posłów Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i Stronnictwa Demokratycznego do porzucenia dotychczasowego sojuszu z PZPR – w dniu 24 sierpnia Sejm wybrał premierem pierwszego niekomunistycznego rządu w powojennej Polsce Tadeusza Mazowieckiego.

 

Właśnie tego dnia odbywało się w Poradni powakacyjne posiedzenie Rady Pedagogicznej. Na zawsze utkwiły mi w pamięci tamte chwile. Wiedzieliśmy o posiedzeniu Sejmu, przerwaliśmy nasze obrady i po włączeniu telewizora śledziliśmy to historyczne wydarzenie – z owym tragicznym epizodem zasłabnięcia nowego premiera podczas wygłaszania expose.

 

12 września 1989 r. Sejm RP zatwierdził skład nowego rządu – ministrem Edukacji Narodowej został Henryk Samsonowicz, a podsekretarzem stanu została Anna Radziwiłł. Pełniła tą funkcję w dwu następnych rządach solidarnościowych – aż do 1992 roku.

 

Napisałem o tych faktach z co prawda niezbyt odległej, ale przez wielu już zapomnianej, przeszłości, gdyż nie pozostały one bez (pozytywnego) wpływu na moje funkcjonowanie w roli dyrektora WPW-Z.

 

 

x           x          x

 

 

Tak się złożyło, że w czasie gdy w państwie trwało polityczne trzęsienie ziemi, ja zacząłem (w październiku 1989 r.) kolejne, trzysemestralne studia podyplomowe – tym razem w zakresie „Organizacji i Zarządzania oświatą dla kadry kierowniczej oświaty”, prowadzone przez Centrum Doskonalenia Nauczycieli w Warszawie, ale którego zajęcia odbywały się w Centrum Szkoleniowym w Sulejówku.

 

Foto: www.ore.edu.pl

 

                                            Centrum Szkoleniowe CDN w Sulejówku. Zdjęcie współczesne

 

 

Nawiasem mówiąc, w tamtym czasie do swoistego symbolu urosła okoliczność, że idąc od stacji kolejowej do Centrum Sulejówka, przechodziło się koło dworku „Milusin” (w latach dwudziestych mieszkał tam Józef Piłsudski), w którym co prawda funkcjonowało jeszcze – umieszczone tam w latach pięćdziesiątych – miejskie przedszkole, ale wszyscy wiedzieli, że jest to miejsce symboliczne.

 

Wspominam o tym, gdyż owe półtora roku, kiedy tam co kilka tygodni przyjeżdżałem, stało się – nie tylko dla mnie – obok czasu na zdobywanie wiedzy o organizowaniu i zarządzaniu placówkami oświaty, także miejscem „pobudzenia historyczno-patriotycznego”. Wieczorami, po zajęciach, gromko śpiewaliśmy przedwojenne pieśni wojskowe – w tym „My Pierwsza Brygada”. Jednak to co było tam niepowtarzalne i najcenniejsze to to, że było to miejsce źródłem najbardziej aktualnych informacji o zmianach intensywnie trwających w ministerstwie edukacji oraz o pracach legislacyjnych, prowadzonych w sejmowej Komisji Edukacji. Było to zasługą kierownictwa tego Centrum, które zadbało, aby przyjeżdżali do nas na wykłady i spotkania nie tylko standardowi wykładowcy z CDN, ale także nowi pracownicy ministerstwa i posłowie z komisji edukacji. To tam, jeszcze na etapie projektu, poznałem treść przygotowywanej nowej Ustawy o systemie oświaty i mogłem dzięki tej wiedzy nie tylko planować moją działalność, ale także dzielić się nią z innymi – w tym z liderami samorządów uczniowskich, podczas wyjazdowych szkoleń.

 

Studia te ukończyłem w lutym 1991 – pochwalę się – z wynikiem bardzo dobrym z wyróżnieniem.

 

 

x           x           x

 

Od utworzenia rządu premiera Mazowieckiego musiało minąć kilka miesięcy, aby fala zmian dotarła do Łodzi – w tym do łódzkiego kuratorium. Dopiero – jak pamiętam – w czerwcu 1990 roku rozstrzygnięto pierwszy (historyczny) konkurs na kuratora oświaty i wychowania. Było wielu kandydatów, wszyscy „z nowych zasobów kadrowych”. Ale ostatecznie nowym kuratorem został… niespełna 31-letni magister psychologii – Wojciech Walczak.

 

Foto: www. lodz.naszemiasto.pl

 

Wojciech Walczak – zdjęcie z 2006 roku.

 

 

Kolejnym krokiem były – oczywiste – zmiany kadrowe na niższych stanowiskach. Z czterech dotychczasowych wicekuratorów pozostał tylko jeden – ten, który odpowiadał za sprawy finansowe. Tym wicekuratorem (przed objęciem tego stanowiska był on przez wiele lat inspektorem oświaty na Widzewie), który pozwolił młodemu, nie mającemu doświadczenia w zarządzaniu finansami żadną placówką oświatową kuratorowi przetrwać bez katastrofy, był Edmund Wawrzyński. Pozostali – w tym mój bezpośredni zwierzchnik, czyli Roch Kopacki oraz zarządzający kształceniem zawodowym Henryk Sobierajski, a także wicekurator ds. obronnych (nie pamiętam jak się nazywał) zostali zwolnieni.

 

Mijały kolejne dni, atmosfera w szkołach i placówkach oświatowych była podminowana – wielu ich dyrektorek i dyrektorów wyczekiwało na decyzję co do swojego dalszego losu: zwolni, czy nie zwolni…

 

Jak pamiętam – jeszcze w lipcu podjąłem decyzję, że nie ma co wyczekiwać – trzeba sytuacji wyjść naprzeciw. Nie będę czekał aż o tym że będę odwołany dowiem się, jak ten przysłowiowy zdradzany mąż, ostatni – od moich pracowników… Umówiłem więc wizytę u nowego kuratora i w wyznaczonym terminie zapukałem do drzwi sekretariatu, przez który jeszcze tak niedawno wchodziło się do pani kurator Bartosik.

 

I aby dalszy przebieg opisanego wydarzenia był zrozumiały, muszę w mej opowieści cofnąć się o 9 lat. Pamiętacie jak w eseju O tym, że nie tylko dydaktyką i pracą naukową żyłem opowiadając o końcowej fazie mojej przynależności do PZPR, wspominałem o strajku studentów z przełomu stycznia i lutego 1981 roku?:

 

Pracami Komitetu Strajkowego kierowały dwie osoby: Marek Perliński – student psychologii i filozofii i Wojciech Walczak – także z psychologii. Ten pierwszy w Stanie Wojennym wyemigrował do Szwecji, zaś Walczak, po tym, jak w noc 13/14 grudnia, razem z kierownictwem łódzkiej „Solidarności”został internowany, i w dalszej konsekwencji tego – skreślony z listy studentów, ale niedługo potem  wrócił na studia i skończył je w 1984 roku, a po 1989… odegrał pewną, ważna rolę, nie tylko w mojej biografii zawodowej. Ale o tym opowiem w jednej z następnych części moich wspomnień.”

 

I jeszcze jeden fragment tamtego eseju – o moich relacjach ze strajkującymi studentami:

 

W ogóle byłem na co dzień blisko strajkujących, bywałem częstym gościem Komitetu Strajkowego, kierującego protestem w siedzibie IPiP. Na jego czele stał student pedagogiki – Paweł Januszkiewicz, który bywał na odprawach w strajkowej „centrali”, która działała w siedzibie Wydziału Filologicznego przy Kościuszki. Pewnego dnia, gdy stamtąd wrócił, przyszedł do mnie – w stanie lekkiego wzburzenia – i powiedział: „Panie magistrze, Walczak (jeden z liderów łódzkiego strajku) powiedział mi przy ludziach, że na pedagogice to strajkiem rządzi sekretarz partii. Czy to prawda?” Na co ja do niego: „Ty mnie nie pytaj, zapytaj siebie, czy czujesz się przeze mnie rządzony”. Chwilę pomyślał i powiedział: „No nie. Ale dlaczego pan z nami siedzi?” Na co ja: „Bo popieram wasze żądania.” I już bez obaw i zahamowań z jego strony towarzyszyłem im aż do końca.

 

I oto teraz ja, co prawda były, ale jednak – pierwszy sekretarz POP w Instytucie Pedagogiki i Psychologii na UŁ, aktualnie dyrektor wojewódzkiej poradni, powołany na to stanowisko przez poprzednią „komunistyczną” kuratorkę, składa wizytę nowemu, z nadania solidarnościowej władzy, kuratorowi wizytę.

 

Powitanie było – takie odniosłem wrażenie – szczerze serdeczne. Nie było co prawda „kawa czy herbata”, ale było poproszenie abym zajął miejsce nie – jak petent – po drugiej stronie kuratorskiego biurka, a jak gość – przy stoliku obok. Na pytanie „Co pana do mnie sprowadza?” wyłożyłem, bez owijania w bawełnę istotę sprawy: „Panie kuratorze. Jestem przekonany że pan wie iż znamy się z dawnych czasów. Ja jestem człowiekiem-realistą; zrozumiem jeśli ma pan zamiar powołać na funkcję dyrektora WPW-Z „nowego” człowieka. I przyszedłem tu po to, aby powiedział mi pan to teraz, abym nie dowiadywał się o tym od pracowników poradni”.

 

Reakcja kuratora Walczaka była – powiedziałbym – spontaniczna (przytaczam to tak jak zapamiętałem, ale zawsze można to skonfrontować z pamięcią Wojciecha Walczaka):

 

Panie dyrektorze! Z posiadanych przeze mnie informacji wiem, że bardzo dobrze kieruje pan działalnością poradni. Nie miałem i nie mam zamiaru odwołania pana z tej funkcji. Proszę dalej, bez obaw pracować.

 

Dodam jeszcze, że Wojciech Walczak, po tym jak umożliwiono mu powrót na studia, które ukończył z tytułem magistra psychologii w 1984 roku, przez cztery lata – do 1988 – był zatrudniony w Rejonowej Poradni Wychowawczo-Zawodowej nr 2 przy ulicy Hipotecznej na Bałutach. Dyrektorką tej poradni była Wiesława Polak – ta sama, która przed laty była dyrektorką domu dziecka im. J. Korczaka i w tej roli była ze swoimi wychowankami na moim obozie harcerskim w 1971 roku w Jasieniu. I to ona najprawdopodobniej była jego źródłem informacji o mojej pracy w roli dyrektora WPW-Z.

 

I od tej pory, już z poczuciem stabilizacji mojego zatrudnienia, mogłem zająć się realizacją moich planów, a nawet podejmować zupełnie nowe zadania.

 

A było to nie tylko opisane już wspieranie samorządności uczniowskiej, ale także inne działania, które dopiero teraz miały dobry klimat do ich podejmowania. Najbardziej spektakularną inicjatywą, której idea mogła zostać zrealizowana tylko w klimacie jaki stworzyła zmiana systemu politycznego, a w jej konsekwencji także sposobu postrzegania spraw społecznych, w tym wychowania, opieki i wspierania rozwoju, było utworzenie – zanim jeszcze zaistniały po temu nowe podstawy prawne – Poradni dla Młodzieży.

 

Czytaj dalej »