Archiwum kategorii 'Eseje i wywiady'

Dotąd opisałem już w kolejnych esejach „zwrotne” dla mej biografii wydarzenia, które miały miesce przed 60-oma, 55-oma, 50-om i 40-oma laty. Dziś pora na kolejne wspomnienie takiego „słupa milowego” w mojej drodze zawodowej – trzydziestej rocznicy objęcia przeze mnie stanowiska dyrektora Wojewódzkiej Poradni Wychowawczo-zawodowej w Łodzi.

 

Nie wracam do tamtych wydarzeń z potrzeby „pochwalenia się” czym to ja nie byłem. Bo też nie ma się czym tak bardzo chwalić – ot – takie małe ogniwo ówczesnego wojewódzkiego systemu oświaty. Młodszym przypominam, że takich wojewódzkich poradni było wtedy tyle, ile województw – 49!

 

Uzasadnienie decyzji napisania także i o tym rozdziale mojej biografii znajdzie się w końcowych zdaniach tego tekstu. Teraz przejdźmy do rzeczy:

 

Na początek, dosłownie w kilku zdaniach, muszę wspomnieć o mojej sytuacji zawodowej po tym jak postanowiłem zrezygnować z kontynuowania „kariery” naukowej na UŁ. I dlaczego ta nominacja w pierwszej chwili bardziej mnie zaskoczyła niż ucieszyła.

 

Szerzej opiszę cały ten kontekst w eseju (jeśli na to się zdecyduję),  poświęconym 35-leciu mojego powrotu „z teorii do praktyki”, czyli do lata 1983 roku, kiedy to szukałem pracy w łódzkiej oświacie. Dzisiaj muszę wspomnieć jedynie, że właśnie od owego lata byłem na indeksie „głównej kadrowej” z Komitetu Łódzkiego PZPR, bez zgody której to towarzyszki Iwony B. (starsi już wiedzą kto kryje się pod tym inicjałem) nikt nie mógł zająć żadnego, choć trochę eksponowanego, stanowiska w łódzkiej oświacie.

 

I właśnie ta towarzyszka w pierwszych dniach wakacji 1983 roku została szefową Łódzkiego Kuratorium Oświaty i Wychowania. I właśnie tego roku, w ostatnim tygodniu sierpnia, po powrocie z wakacji (a był to – mój ostatni jak się okazało – obóz harcerski w Lubiatowie) odebrałem telefon z Kuratorium, że mam sie tam zgłosić w ważnej sprawie.

 

Kiedyś wyjaśnię dlaczego szedłem tam „z duszą na ramieniu” i skąd to zaskoczenie taką niespodzianą propozycją zostania szefem instytucji, w której jeszcze cztery lata wcześniej nie mogłem zostać zatrudniony nawet jako zwykły jej pracownik. Na dziś niech wystarczy przypomnienie faktu, że stało się to na kilka miesięcy przed obradami „Okrągłego Stołu” i na 9 miesięcy przed historycznymi wyborami z 4 czerwca 1989 roku, kiedy – jak to ogłosiła trochę „na wyrost” pewna aktorka – „upadł w Polsce komunizm!”

 

Pierwszy rok mojego dyrektorowania przebiegł pod znakiem możliwie szybkiego „wejścia w rolę”, poznania pracowników Poradni, dogłębnego studiowania wszystkich obowiązujących przepisów, ale przede wszystkim poznania podległych poradni, które wówczas nosiły nazwę dzielnicowych lub miejskich. A było ich w Łodzi 6 (bo na Bałutach były dwie – zwane rejonowymi) i po jednej w Pabianicach, Zgierzu, Konstantynowie, Aleksandrowie, Ozorkowie i Głownie. W tym czasie, jako pedagog z wykształcenia, skupiłem się na realizacji zadań orientacji zawodowej i na… cotygodniowym dyżurowaniu (zawsze w czwartki) przy Młodzieżowym Telefonie Zaufania. (Tak, tak – był wtedy taki…)

 

Ale jak już wspomniałem – wkrótce skończył się czas systemu, ktory osadził mnie na tym stanowisku. 24 sierpnia nowy premier – Tadeusz Mazowiecki – dostał od Sejmu Kontraktowego votum zaufania dla swego rządu.Pamiętam te chwile, gdyż właśnie na ten dzień zwołałem – jeszcze przed wakacjami – posiedzenie Rady Pedagogicznej naszej Poradni. Przerwaliśmy nasze prace, aby śledzić transmisję z Sejmu, w tym także historyczne expoze Premiera, przerwane Jego kilkuminutowym zasłabnięciem.

 

W tym nowym rządzie tekę ministra edukacji jako pierwszy sprawował Henryk Samsonowicz (do grudnia 1990 r.), a później – w rytmie dość częstych wówczas zmian premierów – Robert Głębocki i Andrzej Stelmachowski. We wszystkich tych rządach, przy tych trzech ministrach (aż do 1992 r.), funkcję podsekretarza stanu w MEN pełniła pani dr Anna Radziwłł. Nie był to „człowiek znikąd”, nie była to osoba „z partyjnego awansu”. Przez ponad 30 lat była nauczycielką w warszawskich szkołach średnich. W latach 1970–1982 pełniła funkcję zastępcy dyrektora XLI Liceum Ogólnokształcącego im. Joachima Lelewela w Warszawie. Krótko mówiąc – był to „właściwy (na te czasy) człowiek na właściwym miejscu”!

 

 

Dr Anna Radziwiłł jaką pamiętam, która zawsze będzie dla mnie – jak ów „wzorzec metra w Sèvres” – wzorcem urzędnika państwowego, który sprawuje swój urząd nie dla własnej chwały, lecz by służyć społeczeństwu – najlepiej jak potrafi..

 

 

I to jej osoba odegra w tym co dalej się działo – i w mojej historii – rolę spiritus movens.

 

 

Czytaj dalej »



„Obserwatorium Edukacji” już w relacjach z zakończenia roku szkolnego, zapowiadało wywiady z dyrektorami-weteranami, którzy po kilkudziesięciu latach kierowania szkołą przechodzą właśnie na emeryturę. Dzisiaj publikujemy kolejny zapis rozmowy z”rekordzistą” nieprzerwanego pełnienia obowiązków dyrektora – jak nam rozmówca sam powie – w zasadzie w tej samej szkole od 35 lat – z dyrektorem Józefem Kolatem.

 

Dziś był Jego ostatni dzień w pracy – niechaj ten wywiad będzie jeszcze jednym uświetnieniem tego zwrotnego w życiu każdego człowieka kończącego aktywność zawodową momentu.

 

 

A tak żegnały Go w poniedziałek 27 sierpnia władze Łodzi – w osobie Pani Prezydent Hanny Zdanowskiej i Pierwszego Wiceprezydenta Tomasza Treli.

 

 

Wywiad z Józefem Kolatem – od 35-u lat dyrektorem szkoły zawodowej

 

Włodzisław Kuzitowicz: – Dowiedzieliśmy się, że 31 sierpnia tego roku przechodzi Pan na emeryturę. Po ilu latach pracy w ogóle, a po ilu w roli dyrektora szkół?

 

Józef Kolat: Pracę zawodową jako nauczyciel rozpocząłem w 1969 roku, a moim pierwszym stanowiskiem kierowniczym była objęta po 9-u latach funkcja kierownika warsztatów szkolnych – wszystko to w ówczesnym Zespole Szkół Zawodowych nr 5 w Łodzi, przy ul. Wodnej. Już po roku kierowania warsztatami szkolnymi powierzono mi w tej samej szkole obowiązki wicedyrektora, a po kolejnych czterech latach – w 1983 roku zostałem jej dyrektorem. A to oznacza, że odchodzę na emeryturę po 49 latach pracy nauczycielskiej, w tym po – nieprzerwanym – 35-letnim okresie dyrektorowania szkołom zawodowym – zawsze tym samym, ale ciągle ewoluującym, choć w tym czasie nie tylko zmieniały one wielokrotnie nazwy, ale także – dwa razy – siedziby.

 

 

WK: – Zanim przejdziemy do tego jak to było z tymi przeprowadzkami, proszę jeszcze powiedzieć jaka była pana droga do zawodu nauczyciela?

 

J.K. – Zaczynając pracę 1 września 1969r. roku byłem absolwentem Technikum Przemysłowo-Pedagogicznego – szkoły średniej, dającej uprawnienia do pracy w charakterze nauczyciela praktycznej nauki zawodu w warsztatach szkolnych. Ale tak się złożyło, że ówczesny dyrektor ZSZ nr 5 zaproponował mi od razu stanowisko nauczyciela teoretycznych przedmiotów zawodowych – brakowało wtedy nauczycieli. Studia wyższe ukończyłem na Politechnice Łódzkiej, uzyskując tytuł inżyniera mechanika w specjalności „obrabiarki, narzędzia, technologia budowy maszyn”. Tytuł magistra uzyskałem po studiach na Uniwersytecie Łódzkim na kierunku „technika”.

 

 

WK: – Przez te minione 35 lat, od 1983 roku kiedy został pan dyrektorem, była to w zasadzie jedna i ta sama szkoła, choć jej nazwa kilkakrotnie się zmieniała. Czy mógłby pan wymienić pod jakimi pieczątkami nagłówkowymi podpisywał się pan jako dyrektor?

 

J.K. – Na początku, w latach 1983 – 1988 szkoła nosiła nazwą Zespół Szkół Zawodowych nr 5. Od 1988 do1991 (w konsekwencji fuzji z Technikum Mechanicznym im. T. Duracza) kierowana przeze mnie szkoła nosiła nazwę Zespół Szkół Mechanicznych nr 3 im. T. Duracza. byłem wtedy dumny bo „Duracz” to Szkoła, której jestem absolwentem. Kolejna reforma struktury łódzkiego szkolnictwa zawodowego sprawiła, że w latach 1991 – 2002 trafiłem po wygranym konkursie do Zespołu Szkół Mechanicznych nr 5 przy ul. Nałkowskiej, a po wejściu w życie reformy systemu oświaty, która wprowadziła gimnazja i – w jej konsekwencji – nowej polityce władz miasta (łączenia szkół zawodowych) – po kolejnym konkursie kontynuowałem moje dyrektorowanie w Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych nr 17 przy al. Politechniki 37, który przyjął imię Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Od 1 stycznia 2012, dla lepszej identyfikacji kierunków kształcenia, szkoła działa pod nazwą Zespół Szkół Techniczno-Informatycznych im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego.

 

 

WK: – Niesamowita jest w tej tak długiej historii Pana drogi zawodowej wielka odporność na liczne zmiany, i to nie tylko nazw i adresów, ale i systemu społeczno-politycznego. Gdy zostawał Pan dyrektorem Polską, od dwu lat – po Stanie Wojennym, rządził gen. Jaruzelski, a ministrem oświaty był prof. Jacek Fisiak. Upadek PRL i narodziny III RP przeżył Pan jako dyrektor ZSM nr 5, a przy ul. Nałkowskiej objął Pan dyrektorski fotel już w wyniku wygrania konkursu – pod rządami nowej Ustawy o Systemie oświaty. Naliczyłem, że ”przetrzymał” Pan 4-ech ministrów oświaty w PRL i 19-oro w III RP! Jakie, z tej perspektywy, widzi Pan różnice w „byciu dyrektorem szkoły” przed i po zmianie ustrojowej? Inaczej mówiąc: jak było się dyrektorem w czasach peerelu, a na czym polegała istotna różnica w warunkach kierowania szkołą w IV RP?

 

J.K – W okresie peerelu praca była spokojniejsza. Robiło się wszystko znacznie wolniej, starannie – bo obowiązywały tylko dwa dokumenty: Ustawa z dnia 15 lipca 1961 r. o rozwoju systemu oświaty i wychowania i Karta Nauczyciela. W związku z tym człowiek mógł te dwa dokumenty znać na pamięć. Można więc było spokojnie realizować wszystkie zadania zgodnie z przepisami. Dzisiaj ilość spływających do dyrektorów szkół dokumentów – ustaw, rozporządzeń, dyrektyw – jest tak duża, że te wszystkie zmiany i zmiany do zmiany powodują, że człowiek zaczyna się gubić. Nie mamy szansy zapoznania się z tym wszystkim dogłębnie, bo gdy tylko w czymś zaczęliśmy się orientować, to nagle pojawia się kolejna zmiana do poprzedniej zmiany. I ciągle trzeba dostosowywać do nich prawo szkolne, aby ich zapisy były zgodne z aktualnie obowiązującym stanem prawnym.

 

Jeszcze jedno: tempo pracy znacznie się w ostatnim czasie zwiększyło. Dlatego, że nasi zwierzchnicy uważają, iż powinniśmy na przysyłane przez nich pytania udzielać odpowiedzi w ciągu godziny czy dwóch. Np. o godz. 14-tej słyszę:”Proszę do godziny 16-ej przesłać informację zwrotną.”

 

 

Czytaj dalej »



„Obserwatorium Edukacji” już w relacjach z zakończenia roku szkolnego, zapowiadało wywiady z dyrektorami-weteranami, którzy po kilkudzięsięciu latach kierowania szkołą przechodzą właśnie na emeryturę. Dzisiaj pierwszy zapis takiej rozmowy -z Panią Dyrektor Alicją Wojciechowską – która pre 34 lata kierowała nieprzerwanie XXV Liceum Ogólnokształcącym im. S. Żeromskiego w Łodzi:

 

 

 

Pani Dyrektor Wojciechowska odbiera z rąk Prezydenta Łodzi Hanny Zdanowskiej list z podziękowaniami za jej wieloletni trud w kierowaniu szkołą.

 

Włodzisław Kuzitowicz: – Zanim zaczniemy rozmawiać o tych 34 latach pracy na stanowisku dyrektora jednej szkoły – XXV LO w Łodzi – zapytam o genezę: Jak trafiła Pani do zawodu?

 

Alicja Wojciechowska: – W roku 1972 ukończyłam filologię rosyjską na Uniwersytecie Łódzkim i dostałam „nakaz pracy” (kiedyś takie były) – do VI LO w Łodzi przy ul. Podmiejskiej, gdzie – oczywiście – uczyłam j. rosyjskiego. Po przerwie spowodowanej urodzeniem dziecka powróciłam do pracy, ale już w XXV LO – wówczas mieszczącym się przy ul. Łęczyckiej. Jednak wkrótce podjęłam pracę w Liceum dla Dorosłych na Podmiejskiej, Była to doskonała „szkoła życia” nauczycielskiego – moimi uczniami byli ludzie starsi ode mnie, kobiety-matki, milicjanci, ludzie innych zawodów, w których wówczas wprowadzono wymóg posiadania średniego wykształcenia. Miałam także kilka godzin w XX LO.

 

Pewnego dnia (w 1984 r.) dostałam propozycę pracy w XXV liceum – ale tym razem na stanowisku dyrektora. Oferta pochodziła od inspektora Wydziału – pana Zygmunta Fiderka. Długoletni Dyrektor liceum p. Stefan Korycki właśnie odchodził na emeryturę. Przemyślałam tę propozycję, przyjęłam ją, i z dniem 1 września 1984 roku zostałam powołana przez ówczesne władze oświatowe na stanowisko dyrektora XXV LO – nadal mieszczącego się przy ul. Łęczyckiej. Liceum wchodziło wówczas w skład zespołu szkół, wraz ze Szkołą Podstawową.nr 5. Nowy rok szkolny 1985/86 po przeprowadzce wakacyjnej licealiści rozpoczęli naukę w nowej siedzibie przy ul Podhalańskiej, gdzie wcześniej miała swoją siedzibę Szkoła Podstawowa nr 191 im. Heleny Marusarzówny. I pod tym adresem kierowałam XXV LO aż do teraz.

 

 

WK: – Powrócę jeszcze do początku Pani drogi zawodowej. Właściwie co spowodowało, że została Pani nauczycielką? Bo chyba nie nakaz pracy?

 

AW: – Trafiłam do tego zawody dlatego, że lubiłam pracę z młodzieżą. A także dlatego, że w szkole podstawowej miałam wspaniałą nauczycielkę, która była dla nas wzorem nauczyciela, wychowawcy. Byliśmy w nią wszyscy wpatrzeni, była jak matka – ciepła, mądra i do tego bardzo ładna. I to zaowocowało – po latach poszłam pracować w szkole, bo lubiłam pracę z dziećmi. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś pracował w szkol, jeżeli nie lubi tej pracy. Robi krzywdę sobie, a jeszcze większą dzieciom.

 

 

Czytaj dalej »



Po esejach, których treściami były moje wspomnienia wydarzeń sprzed 50-u lat (wyjście do cywila po trzyletniej służbie w MarWojce), sprzed 55-u lat, czyli o pomyślnym zdaniu matury w liceum ogólnokształcącym – na przekór złemu losowi i tych sprzed 60-u lat, kiedy to ukończyłem nie tylko peerelowską, ale początkowo stalinowską podstawówkę, przyszedł czas na wspomnienie wydarzeń sprzed 40-u laty.

 

Był rok 1978. Od 7-u lat pierwszym sekretarzem KC PZPR był Edward Gierek, Polska rosła w siłę, a ludzie (rzekomo) żyli dostatniej. Miałem wtedy za sobą 3 lata pracy na stanowisku starszego asystenta w Zakładzie Pedagogiki Społecznej na UŁ i bardzo dobrego kolegę, który od niedawna osiedlił się w Szwecji i który przysłał mi zaproszenie, abym przyjechał do niego na całe długie akademickie wakacje…

 

Tak zarysowane tło wydarzeń które zamierzam opowiedzieć jest niezbędne dla młodszych czytelników, aby mogli lepiej zrozumieć na czym polega „smaczek” tego przypadku.

 

Cała historia miała swój początek w maju, podczas jednej z przerw w zajęciach zaocznych studiów na kierunku pedagogika kulturalno-oświatowa, gdzie w wyniku decyzji kierowniczki mojego zakładu prowadziłem zajęcia z – obowiązkowego wtedy na wszystkich kierunkach pedagogicznych – przedmiotu „Metodyka wychowania w ZHP”. Moimi słuchaczami byli studenci, w znacznym procencie sporo ode mnie starsi, bardzo różnych zawodów i z licznych instytucji – w tym towarzysze z komitetów partyjnych niższego szczebla i funkcjonariusze MO. Jednym i drugim, aby mogli zachować swe stanowiska, postawiono wymóg ukończenia studiów wyższych – obojętne jakich.

 

W czasie jednej z przerw „na papierosa” (a byłem wtedy jeszcze „palaczem”) zagadnął mnie jeden ze starszych studentów, o którym wiedziałem tylko, że pracuje „na Lutomierskiej” (już wtedy mieściła się tam Wojewódzka Komenda, tyle że nie Policji, a Milicji Obywatelskiej) i że jest pułkownikiem. „Jakie pan magister ma plany wakacyjne?” – niewinnie zapytał. A ja, jak to mam w naturze, „palnąłem szerze i otwarcie”: – Chciałbym pojechać do Szwecji, gdzie mieszka mój przyjaciel, ale nie mam paszportu i już nie zdążę go wyrobić.

 

Na tym rozmowa zakończyła się. Ale tylko tego dnia…

 

Czytaj dalej »



Zgodnie z zapowiedzią – powracam do  wspomnień z czasu nauki w podstawówce na Nowym Złotnie.  Powodem jest moje przekonanie, że na utrwalenie zasługuje jeszcze jeden wątek mojego przepoczwarzania się z dziecka w świadomego młodzieńca. A będzie to historia o tym jak założyłem tajną antypaństwową organizację i czym to się skończyło.

 

Wszystko miało swój początek podczas wakacji, latem 1955 roku. Właśnie dostałem promocję do V klasy i  – co w mojej rodzinie było już tradycją – pojechałem wraz z rodzicami na wieś, jak to się wówczas mówiło – „na ojcowiznę”. Tu należy się kilka słów wyjaśnienia, bez których wszystko o czym będę dalej opowiadał mogłoby być niezrozumiałe, zwłaszcza dla osób znających historię Polski lat czterdziestych i pięćdziesiątych  XX wieku powierzchownie.

 

Trzeba Wam wiedzieć, że moja mama – Michalina z domu Malinowska – przyjechała do Łodzi „za  pracą” w drugiej połowie lat dwudziestych z przeludnionej wsi – wówczas mówiło się  „białostockiej” – a konkretnie z Zalesia-Stefanowa. Tak naprawdę to nie tyle była to wieś, co – dziś mówimy na to  -„siedlisko”: zabudowania gospodarcze (chałupa, stodoła, obora i chlewik), otoczone kilkunastoma hektarami ziemi ornej i pastwisk. Moi dziadkowie: Franciszka i Marian Malinowscy mieli pięć córek i dwu synów. Moja mama (z dziewczyn przedostatnia) w wieku ok 20 lat została namówiona przez krewnych swojej mamy, osiedlonych już wcześniej w podłódzkiej (wtedy) osadzie Cyganka, do porzucenia domu rodzinnego i wyje- chania z nimi. Tak znalazła się „w Łodzimieście”, gdzie wkrótce poznała mojego ojca Tadeusza. Konsekwencją tej znajomości był ich ślub w 1930 roku.

 

A na Zalesiu, po śmierci mojego dziadka Mariana (zmarł w jeszcze przed wojną – nie miałem szansy go poznać) najstarszy brat mamy – Stefan przejął po zmarłym ojcu gospodarstwo, kolejne siostry wychodziły za mąż i zakładały własne rodziny w pobliskich wsiach, zaś najmłodszy brat Hipolit wykształcił się na nauczyciela i został  kierownikiem wiejskiej szkółki w pobliskiej wiosce Krzeczkowo-Szepielaki…

 

O wujku Hipolicie  muszę chyba napisać kolejny esej, bo jego życiorys „żołnierza wyklętego” jest godny upamiętnie- nia, a i w moim dojrzewaniu – patriotyczno-obywatelskim, ale i zawodowym – odegrał pewną rolę. Przy tej okazji przypomnę Czytelnikom, że  po 17 września1939roku tereny „za Bugiem” znalazły się pod władzą Rosji Sowieckiej, w czerwcu 1941 zajęli je Niemcy, zaś latem 1944 wkroczyła tam ponownie Armia Czerwona. Nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem, że przedstawiciel miejscowej elity – wujek Hipolit – odegrał znaczącą rolę w strukturach walki podziemnej, i to nie tylko z niemieckim okupantem…

 

Ale wróćmy do moich wakacji z lata 1955 roku. Za mojego życia po raz pierwszy pojechałem „na wieś” na Zalesie w 1948 roku (ta podróż – w jej 70 rocznicę też jest godna oddzielnego wspomnienia), a później jeździliśmy tam w zasadzie corocznie – aż do lat, w których zaanektowało mnie harcerstwo. Do tradycji należało, że odwiedziny zaczynały się od kilkudniowego pobytu na Zalesiu, a później wujek Stefan przewoził nas furką do którejś z ciotek – najczęściej do najmłodszej siostry mamy –  cioci Waci, która mieszkała na tzw. kolonii Andrzejewo. To było także „wolnostojące” gospodarstwo, do którego od szosy z Andrzejewa było prawie kilometr, a z drugiej strony, do najbliższej wsi za rzeczką Mały Brok – Przeździecko – także kilkaset metrów. Te informacje są bardzo istotne dla kontekstu wkrótce opisanych przeze mnie wydarzeń.

 

 

 

Strzałką zaznaczyłem lokalizację  gospodarstwa, w którym miały miejsce opisane poniżej antysocjalistyczne czyny.

 

Jest więc ostatni tydzień sierpnia 1955 roku, jesteśmy z moimi rodzicami u cioci Waci i wujka Aleksandra Jankowskich. W pobliskim Andrzejewie – wsi kościelnej (to tutaj swe dzieciństwo spędził późniejszy Prymas Tysiąclecia Stefan Wyszyński; jego ojciec od 1910 roku był tam organistą) odbywa się doroczny odpust Św. Bartłomieja. Jesteśmy tam obiema rodzinami. Słyszę jak ciocia tłumaczy mojej mamie skąd tak wiele panien ma na sobie białe bluzki z takiego samego białego nylonu: „To wszystko uszyte z balonów, które zimą nadlatywały z Zachodu…”

 

Czytaj dalej »



Dziś przyszedł czas na wspomnienia, które jak lawina posypały się w mojej pamięci, przy okazji sięgnięcia pamięcią do wydarzeń sprzed 60-u laty – z czerwca 1958 roku. To wówczas zrobione zostało to zdjęcie:

 

 

Absolwent Szkoły Podstawowej nr 135 w Łodzi-Nowym Złotnie –  14-letni Władysław* Kuzitowicz otrzymuje z rąk kierownika tej szkoły – pana Jana Stępczyńskiego, wraz ze świadectwem ukończenia szkoły, nagrodę za bardzo dobre wyniki w nauce.

 

 

Ale zanim przejdę do opowieści o wydarzeniach, które na wiele lat zdeterminowały moją dalszą drogę edukacyjną, chciałbym jeszcze powrócić do lat, które spędziłem w tej szkole. Z myślą o młodych czytelnikach tego tekstu chcę, choć fragmentarycznie, zobrazować jak wyglądała edukacja uczniów szkoły podstawowej, szkoły  pracującej na peryferiach dużego miasta Łodzi, których pierwsze lata edukacji przypadły na lata, określane dziś jako kulminacja okresu, zwanego stalinizmem.

 

A zaczęło się wszystko w poniedziałek, 3 września 1951 roku, kiedy to po raz pierwszy zasiedliśmy w naszej pierwszej klasie. Zaskoczę wszystkich, gdy powiem, że klasy pierwsze (aż do początku lat sześćdziesiątych XX w.) odbywały swoją naukę nie w głównej siedzibie SP nr 135 przy ul. Garnizonowej 38, a w sali domu przy ul Płatowcowej 3, w którym prawdopodobnie jeszcze przed I Wojną Światową działała złotniańska szkoła powszechna…

 

Obecny stan budynku, w którym na parterze obywały się lekcje naszej klasy pierwszej.

 

„Naszą Panią” była Danuta Pabiniak – młoda nauczycielka, być może po jakimś kursie, którą jednak pamiętam jako bardzo sprawną dydaktycznie, życzliwą i zaangażowaną w swoją pracę. Uczyliśmy się z elementarza, który w swej ogólnej strukturze był w formule elementarza Falskiego, jednak został  zmodyfikowany do potrzeb „nowych czasów”. Przygotowując się do tej publikacji dotarłem do archiwalnego egzemplarza tej pomocy dydaktycznej – rok wydania 1951, czyli takiego  samego, jaki kupili mi rodzice.. Oto zdjęcia okładki i kilku, wybranych jego stron:

 

 

 

 

 

 

Czytaj dalej »



28 kwietnia zamieściłem pierwszy esej jubileuszowy, którego tematem były wspomnienia, związane z 50. rocznicą zakończenia trzyletniej służby w Marynarce Wojennej i powrotem „do cywila”. Pod koniec czerwca planuję  wspomnienie 60. rocznicy ukończenia Szkoły Podstawowej nr 135 w Nowym Złotnie, nieudanego ubiegania się o przyjęcie do I LO im. M. Kopernika w Łodzi i rozpoczęcia nauki w 3-letniej Szkole Rzemiosł Budowlanych, która funkcjonowała wtedy  przy Technikum Budowlanym nr  1 w Łodzi.

 

 

 

Książka, którą – jako nagrodę – otrzymałem podczas wręczania świadectw maturalnych

 

Jednak podczas majowych lektur o trwających maturach doszedłem do wniosku, że powinienem poświęcić oddzielny tekst, dla którego pretekstem będzie właśnie 55. rocznica nieźle zdanej matury. Bo wszystko co ją poprzedziło w dużym stopniu uzasadnia zdarzenia, jakie miały miejsce  po tym fakcie (w tym  moje „przygody” w Marwojce). Warto wspomnieć te wszystkie okoliczności, które  doprowadziły mnie do odebranie Świadectwa Dojrzałości w 1963 roku z rąk dyrektorki XVIII LO pani Zofii Grębeckie, a nie – jak to mogłoby się zdarzyć gdybym bierne realizował moje „przeznaczenie” – rok później, po ukończeniu 3-letniego Technikum Budowlanego.

 

A więc do rzeczy. Jak do tego doszło, że zostałem uczniem liceum ogólnokształcącego i byłem nim tylko kilkanaście miesięcy: od lutego 1962 roku (drugie półrocze X klasy) do czerwca 1963, kiedy to zostałem maturzystą – absolwentem  „Śniadeckiego”. Bo liceum to za patrona miało, i ma do dziś, Jędrzeja Śniadeckiego. A jest o czym opowiadać…

 

Jednak dla pełnego naświetlenia całej sytuacji muszę cofnąć zegar do lata 1958 roku, kiedy to „świeżo upieczony” absolwent SP nr 135 w Nowym Złotnie, z najlepszą cenzurką i nagrodą, zdecydował o kontynuowaniu nauki w I LO im. Mikołaja Kopernika! A była to wówczas wyłącznie męska szkoła, ponownie nawiązująca po latach PRL-owsko-bierutowskiej „prawie jedenastolatki” (XV LO TPD) do przedwojennej tradycji „Kopra”. Pominę szczegóły, poprzestając na tym,  że w wyniku pierwszej „popaździernikowej” rekrutacji nie zostałem przyjęty do – wówczas mojej wymarzonej – szkoły i w konsekwencji czego mój ojciec, stolarz z zawodu, postanowił wziąć sprawy mojej dalszej edukacji w swoje ręce. Zadecydował, że będzie to Szkoła Rzemiosł Budowlanych, kończąca się egzaminem na murarza. „Będziesz się uczył ‘męskiego’ zawodu – skwitował”.

 

 

Jedno z nielicznych zachowanych zdjęć, dokumentujących praktyczną naukę zawodu „murarz”

 

 

O tym jak mi było w tej szkole napisałem we wspomnieniu [Cała ta publikacja TUTAJ], o które poproszono mnie z okazji 70-lecia Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych nr 15, który jest kolejną formułą organizacyjna, kontynuującą kształcenie dla zawodów budowlanych, zapoczątkowanego w 1945 roku przez Państwową Szkołę Budownictwa Lądowego, której kontynuatorką od 1951 roku było Technikum Budowlane nr 1. Przytoczę tu jedynie jeden fragment tamtego tekstu, wyjaśniający dalsze przywoływane przeze mnie teraz zdarzenia:

 

Wolę wspomnieć, z okazji tego jubileuszu, osobę, która owe humanistyczne zdolności we mnie, uczniu SRB, dostrzegła i umiejętnie rozwinęła – nie bacząc na notorycznie robione przez tego ucznia błędy ortograficzne… Była nią nauczycielka języka polskiego – pani mgr Wiktoria Kupiszowa. To ona przez te wszystkie lata stawiała mi z prac domowych i wypracowań, konsekwentnie, dwie oceny: pierwszą – zazwyczaj dwójkę – za ortografię, drugą – najczęściej piątkę – za treść. Ale przede wszystkim, to ona wobec mnie i trzech moich przyjaciół z tej samej klasy – dwóch Jurków i Janusza – stosowała daleko idącą indywidualizację procesu dydaktycznego. Polegała ona nie tylko na tym, że stawiała przed nami dodatkowe zadania i wymogi, ale przede wszystkim stosowała pozaszkolne bodźce stymulujące nasz ogólnokulturalny rozwój, inicjując nasze wizyty w teatrze, filharmonii, muzeum…

 

Dziś trudno w to uwierzyć, ale to Pani Wiktorii ja i moi koledzy zawdzięczamy, że byliśmy na przedstawieniu Teatru 13 Rzędów Jerzego Grotowskiego, gdy ten przyjechał do Łodzi i dał przedstawienie w pałacyku przy Piotrkowskiej. W czasach, kiedy jeszcze niewielu wiedziało kto to Henryk Tomaszewski – my widzieliśmy pierwsze etiudy jego Teatru Pantomimy… Do dziś mam w domowym archiwum program z koncertu w Łódzkiej Filharmonii, z autografem Wandy Wiłkomirskiej… I nie zdołam wymienić wszystkich tytułów książek, które przynosiła nam ze swojej domowej biblioteki Pani Profesor. To z tego źródła czytałem książki Sartre’a („Drogi wolności”), jego żony Simone de Beauvoir („Mandaryni”) i wiele, wiele innych książek, niebędących przecież w wykazie lektur, zalecanych uczniom SRB…   [Więcej o tym okresie – w wyciągu z rocznicowej publikacji  (w poliku pdf)  –  TUTAJ

 

 

Czytaj dalej »



W pierwszym tegorocznym felietonie, zatytułowanym „To będzie rok problemów w szkołach i jubileuszy”, po wyszczególnieniu tych prognozowanych problemów, z którymi będą musieli się zmierzyć wszyscy, w jakikolwiek sposób związani z naszymi szkołami, napisałem:

 

Ale dla mnie będzie to przede wszystkim rok kilku „okrągłych” jubileuszy.

 

I po wymienieniu ich w kolejności  „od najwyższej do najniższej liczby je określających”: 60-o, 50-o, 30-o i 25-o lecie – złożyłem deklarację, że „każdemu z tych jubileuszy zamierzam poświęcić oddzielny esej wspomnieniowy, który dla wielu czytelników będzie dodatkowym źródłem wiedzy historycznej o tym, ”jak to drzewiej, nie tylko w oświacie, bywało”.

 

I oto czytacie pierwszy tekst z tej jubileuszowo-wspomnieniowej serii. Zaczyna ją  wspomnienie wydarzenia, od którego zaczęła się nie tylko moja biografia zawodowa, ale tak naprawdę całe moje późniejsze, trwające do dziś, dojrzałe życie. To właśnie w ostatnich dniach kwietnia 1968 roku, czyli dokładnie 50 lat temu, po trzech latach służby wojskowej, odbytej w jednostkach Marynarki Wojennej, powróciłem do rodzinnej Łodzi. Wszystko co potem „zadziało się” w moim życiu ułożyło się w dość logiczny ciąg konsekwentnego realizowania celu, jaki określiłem sobie w sierpniu 1963 roku. (55 lat temu!) To uświadomione wtedy symptomy mojego „powołania” spowodowały odstąpienie od wcześniejszych, młodzieńczych planów „humanisty-polonisty. Opisałem to szerzej 27 marca 2017 roku, w tekście „Jak to się stało, że zostałem magistrem pedagogiki a nie filologii”.

 

Skutkami owej „iluminacji”, której doznałem, gdy  dziwnym zbiegiem okoliczności znalazłem się – w roli wychowawcy – na kolonii letniej dla niedostosowanych społecznie, prowadzonej pod auspicjami łódzkiego Sądu dla Nieletnich w Grabownie Wielkim, było przerwanie studiów polonistycznych na UŁ  i – w konsekwencji tej decyzji – wcielenie mnie  w kwietniu 1965 r., w wieku 21 lat, a nie jak to było wtedy zasadą – 19-u,  do Marynarki Wojennej. Tym celem wówczas uświadomionym, którego  „ceną” była właśnie 3-letnia służba w „marwojce”, były studia  pedagogiczne i praca w zawodzie wychowawcy…

 

Ale wszystko mogło potoczyć się także inaczej… Los kusił mnie jeszcze kilka miesięcy przed owym kwietniem 1968 roku inną propozycją, którą, gdybym przyjął, nie wróciłbym do Łodzi, został nadal w mundurze i pracował w Gdyni – w redakcji tygodnika Marynarki Wojennej „Bandera”. Ten epizod opisałem już przed rokiem, przy okazji 50-olecia mojego „debiutu publicystycznego” w felieton nr 162. „Dziś obchodzę 50-lecie mojego debiutu w roli dziennikarza-publicysty”.

 

Ale wróćmy do głównego nurtu tego wspomnienia.  A jest nim wykazanie, że nawet obiektywnie niesprzyjające okoliczności zewnętrzne wcale nie muszą zniszczyć woli dążenia do osiągnięcia, uznanego za ważny, celu życiowego – pod warunkiem, że chce się być wiernym swoim przekonaniom i że się w siebie wierzy.

 

 

Do zaprezentowanej powyżej tezy upoważniają mnie doświadczenia owych trzech lat, przeżytych w pięknym, (ale zakładanym tylko „wyjściowo”) granatowym mundurze z „romantycznym” kołnierzem i w czapce bez daszka.

 

Nie ukrywam – pierwsze tygodnie były trudne. Przeżyłem je w 10. kompanii Centrum Szkolenia Specjalistów Marynarki Wojennej w Ustce. Jednak udało mi się dotrwać do przysięgi bez większych trudności, a nawet „zawalczyć” o to, abym nie został skierowany na kurs dla „pisarzy” (takie stanowisko kancelaryjne w każdej jednostce – także na każdym okręcie), bo jako faceta po maturze początkowo tam mnie zakwalifikowano, i zostać skierowanym na kurs dla operatorów radiolokacji.

 

W tym czasie przeżyłem dwa epizody, z których każdy mógł w sposób znaczący przestawić zwrotnicę mojej dalszej „kariery” wojskowej, a nawet życiowej. Pierwszym była oferta podjęcia nauki w  Oficerskiej Szkole Wojsk Radiotechnicznych w Jeleniej Górze (wycofałem się z tego pomysłu podczas badań lekarskich w Centralnym Szpitalu MW w Gdańsku-Oliwie), a drugim – manifestacyjna odmowa wstąpienia do PZPR – (w sytuacji, gdy prawie wszyscy z mojej „klasy” na kursie zgłosili chęć zapisania się). Za karę, ów agitujący  podporucznik – dowódca klasy, przyrzekł mi odbywanie dalszej służby prze radarze, ale  na Helu…

 

Ale i te przeciwności pokonałem – przy wsparciu jedynego rozsądnie myślącego oficera w tym szkoleniowym batalionie, zwanym tam „cyklem – i w ostatnich dniach października tego samego roku zostałem zaokrętowany, jako operator radiolokacji poza etatem, na Okręcie Hydrograficznym „Bałtyk”, którego portem macierzystym był Port Wojenny Gdynia-Oksywie.

 

OH „Bałtyk”na pełnym morzu

 

I to było owym „szczęściem w nieszczęściu”, najlepszą wersja odbycia tego, co było nieuchronne – 2,5-letniej służby na okrętach polskiej Marynarki Wojennej. Nie będę tu wyjaśniał czym ta służba różniła się od tej, którą odbywali moi koledzy na niszczycielach, trałowcach czy nawet kutrach torpedowych. Nie mówiąc o okrętach podwodnych. No, może gdybym trafił  do bazy tych ostatnich – zostałbym „kolegą z wojska”, młodszego ode mnie o 2 lata, Leszka Millera

 

Czytaj dalej »



„Jeżeli mam swe życzenia przekazać młodym dni dzisiejszych – tym, którzy mnie rozumieją – to nade wszystko życzę, by coraz silniej odczuwali smak ‘dawania’, a coraz słabiej – smak ‘brania’. ‘Dawania’ bliskim i dalekim, znanym i nieznanym, żyjącym i tym, którzy żyć będą kiedyś. W ‘dawaniu’ bowiem rośnie prawdziwa radość życia.”

 

Aleksander Kamiński w swym bogatym i niełatwym życiu powiedział i napisał tysiące sentencji i wartych utrwalenia myśli. Jednak w moim przeświadczeniu zdania, które zacytowałem powyżej, najbardziej lapidarnie oddają istotę Jego życiowego przesłania, któremu był wierny w swej codziennej „służbie” – nie tylko w wierności harcerskiemu przyrzeczeniu „służby Bogu i Ojczyźnie”, ale we wszystkich relacjach z innymi ludźmi: bliskimi i dalekimi, znanymi i nieznanymi, żyjącymi i tymi, którzy żyć będą kiedyś…

 

Nie jest moim celem snucie opowieści o Jego biografii, której pełne dramatycznych zdarzeń  i cudownych „ocaleń” zwroty mogą  posłużyć za kanwę niejednego filmu sensacyjnego…  Wszystkich, którzy tego życiorysu tak dokładnie nie znają odsyłam do tekstu „Biografia Aleksandra Kamińskiego” na stronę mariolade89.wordpress.com.

 

Zasiadłem do napisania tego wspomnienia z jednym głównym celem: wykazania, że jestem jednym z tych „dalekich i nieznanych”, którym Aleksander Kamiński dał wiele, siejąc ziarna swej działalności pisarskiej, społecznej i pedagogicznej wszędzie tam, gdzie tylko zaistniały warunki do tego siewu.

 

A było to tak:

 

Zacznę od tego, że mnie, tak jak i Jego, stworzyło harcerstwo. Z tą różnicą, że On dostał tę szansę dzięki Andrzejowi Małkowskiemu (oddał mu należną pamięć pisząc jego biografię), a ja zawdzięczam ten „inkubator rozwoju mej osobowości” właśnie Jemu. Bo to Aleksander Kamiński, a nie żaden „aparatczyk” byłego ZMP sprawił, że na łódzkim zjeździe działaczy harcerskich w grudniu 1956 roku wypracowano kompromis, którego efektem było reaktywowania Związku Harcerstwa Polskiego. Mogłem wreszcie zacząć śpiewać „Harcerską dolę” czy „Płonie ognisko i szumią knieje”, a nawet „Pałacyk Michla” i „Marsz Mokotowa”. Jednak przede wszystkim, od zimy roku 1967, kiedy to do mojej podstawówki na  Nowym Złotnie przyszedł 19-letni druh Bogdan Lobka i założył 60 ŁDH, moim hymnem stała się pieśń „Wszystko co nasze Polsce oddamy,”, a nie śpiewany wcześniej na każdym szkolnym apelu hymn Światowej Federacji Młodzieży Demokratycznej, zaczynający się od słów „Naprzód młodzieży świata…”

 

Ale nie to było największą, zawdzięczaną właśnie „Kamykowi”, zmianą. Nareszcie miałem szansę przestać być, „maminsynkiem”, chowanym od wczesnego dzieciństwa „pod kloszem” owej maminej nadopiekuńczości, zrozumiałej co prawda –  ze względu na moje wcześniactwo (siedmiomiesięczny bliźniak, ten jeden, który przeżył poród, odbyty na poddaszu bez wygód, bez inkubatora, w schyłkowej epoce ogólnej biedy na przedmieściu okupowanej Łodzi  (vel Lizmanstadt).

 

Pierwszy wyjazd na obóz (lipiec 1958r.) w lesie opodal Stężycy Królewskiej na Kaszubach. Pieszo kilka kilometrów od stacji Gołubie Kaszubskie na „dziewiczą” polanę, na której trzeba było własnoręcznie postawić namioty, zbić prycze, napchać w pobliskim gospodarstwie słomą sienniki, aby przespać pierwszą noc.  A potem dzień po dniu, ze służbą w kuchni (nie było kucharek!), z nocnymi grami terenowymi, pracą społecznie-użyteczną przy zbiorze truskawek…

 

Po kolejnym obozie, w Jarosławcu nad morzem, gdzie byłem już zastępowym (był to rok 1960), podjęta została decyzja o przekształceniu dotychczasowej drużyny koedukacyjnej w szczep drużyn. Jako że nie ja zostałem drużynowym utworzonej właśnie męskiej drużyny, postanowiłem… założyć w naszej SP nr 135 pierwszą w dziejach Nowego Złotna, drużynę zuchów! I w tym momencie – już imiennie, bo swoją książką – wkracza w moje życie Aleksander Kamiński. Tą książką była Książka drużynowego zuchów”, bo pod takim tytułem został wówczas wznowiony, wydany przed wojną pod nazwą „Książka wodza zuchów” , ów poradnik drużynowego.

 

Po latach, czytając pedagogiczne teksty Profesora, poznałem Jego koncepcję trzech form bycia wychowawcą: jako działalność podstawowa – w bezpośredniej relacji nauczyciel – uczeń, wychowawca – wychowanek (np. w domu dziecka, bursie), jako działalność towarzysząca – np. w zawodzie lekarza, sędziego, policjanta, ale i instruktora harcerskiego, a także jako działalność pośrednia: w roli pisarza, dziennikarza…   I dowodem na funkcjonalność tej trzeciej formuły jest właśnie mój (i zapewne tysięcy innych czytelników Jego książek) przypadek.

 

 

Czytaj dalej »



Foto: www.google.pl

Barbara Zielonka

 

 

Wczoraj portal JUNOPROWU zamieścił wywiad z Barbarą Zielonką – polską nauczycielką pracującą w szkole w Norwegii, która znalazła się w ścisłym finale Global Teacher Prize 2018. Wywiad przeprowadził  dziennikarz radia RMF FM Wojciech Musiał. Zapraszamy – najpierw do wybranych fragmentów, a później do całości zapisu tej rozmowy:

 

Wojciech Musiał: Jest pani Polką, urodziła się pani i wychowała w Katowicach, ale pracuje pani w Norwegii. Co zdecydowało o wyborze zawodu nauczyciela i dlaczego zdecydowała się pani na emigrację?

 

Barbara Zielonka:  Wychowałam się w środowisku nauczycielskim i miałam okazje obserwować jak ważną rolę dobry pedagog może odebrać w życiu młodych ludzi. Moi rodzice byli nauczycielami i od wczesnych lat byłam stałym gościem podczas ich zajęć. Nie uczęszczałam do tej samej szkoły, w której pracowali, ale często po skończonych zajęciach zajmowałam miejsce w ostatniej ławce i odrabiałam prace domowe oraz czytałam lektury szkolne. Decyzję o zostaniu nauczycielem podjęłam dość wcześnie, w wieku 17 lat będąc wolontariuszem w Domu Dziecka w Bogucicach. Właśnie tam miałam możliwość nauczania podstaw języka angielskiego dzieci w różnym wieku.

 

Będąc nastolatką miałam okazję zwiedzić Norwegię wielokrotnie. Te podróże na pewno zaważyły na mojej późniejszej decyzji. Po skończonych studiach w Nauczycielskim Kolegium Języków Obcych w Sosnowcu oraz na Uniwersytecie Śląskim (filologia angielska) postanowiłam spróbować swoich sił poza granicami Polski i przeprowadziłam się do Norwegii. Była to ryzykowna decyzja, ale bardzo się cieszę, że ją wtedy podjęłam.[…]

 

 

Jest pani laureatką prestiżowych nagród, a teraz jeszcze ma pani szansę na zdobycie „nauczycielskiego Nobla”. Kim według pani jest dobry pedagog i jakie warunki musi spełnić idealna szkoła?

 

Każdy uczeń, z którym współpracuję, to indywidualna jednostka wnosząca bogactwo do moich zajęć. Dopiero odkrycie tego potencjału w moich uczniach pozwala na osiągnięcie kolektywnego sukcesu w klasie. Idealna szkoła to miejsce, w którym uczniowie i nauczyciele uwielbiają przebywać oraz w którym rozwijają swe zainteresowania i potencjał.

 

Dobry pedagog to nauczyciel, coach, mentor, learning experience architect oraz osoba ucząca się przez całe życie (lifelong learner). Posiada wiedzę z zakresu pedagogiki i psychologii i świadomie wybiera metody i strategie, które przyczyniają się do stworzenia “digital citizens and learners”. Idealna szkoła to miejsce, w którym każdy uczeń rozwija swój potencjał, poszerza horyzonty oraz skupia się na umiejętnościach, bez których ani rusz we współczesnym świecie. Mam tutaj na myśli kompetencje XXI wieku ( 21st century skills), kompetencje globalne, wiedzę na temat prowadzenia własnej działalności gospodarczej, programowania, działania giełdy papierów wartościowych.

 

W 2014 roku byłam współautorem podręcznika do nauki angielskiego na terenie Norwegii, ale od 2015 w mojej klasie uczniowie korzystają z cyfrowych pomocy naukowych co oznacza, że nauka nie jest ograniczona do jednego medium. W czasach, w których żyjemy informacja jest łatwo dostępna dla każdego, dlatego więc nauczyciele powinni skupić się na rozwijaniu umiejętności miękkich i predyspozycji osobowościowych (soft skils) oraz ciągłemu nastawieniu na rozwój (growth mindset).[…]

 

 

Czytaj dalej »