Archiwum kategorii 'Eseje i wywiady'

Zgodnie ze złożoną w zakończeniu I części VI rozdziału moich wspomnień Między starymi a nowymi czasy – w WPW-Z” deklaracją, że w nieodległej przyszłości opublikuję następne trzy podrozdziały, przedstawiam rozwinięcie zaprezentowanych tam podtytułów. Jednocześnie przepraszam, że ten „niedługi czas” tak się przdłużył – ale stało się to z przyczyn ode mnie niezależnych. Oto obiecana II część rozdziału VI:

 

Foto: www.polskaniezwykla.pl

 

Budynek, który był siedzibą Wojewódzkiej Poradni Wychowawczo-Zawodowej w Łodzi – widok od strony ul. Zielonej.

 

 

4.Zmiany w państwie – rząd Tadeusza Mazowieckiego i nowy kurator

 

Na początek przypomnę, że na stanowisko dyrektora WPW-Z powołała mnie z dniem 1 września 1988 roku, krótko po tym gdy sama została Kuratorem Oświaty i Wychowania w Łodzi, dotychczasowa instruktorka Wydziału Nauki, Oświaty i Kultury Komitetu Łódzkiego PZPR – Iwona Bartosik. Pamiętacie jak wspominałem, jakim to było wtedy dla mnie zaskoczeniem – wszak jeszcze przed pięcioma laty nie godziła się na to, abym w tej samej poradni pracował jako zwykły pedagog.

 

Po kilku miesiącach, pewna znajoma osoba, bardzo dobrze zorientowana w sytuacji kadrowej ówczesnych łódzkich vipów, powiedziała mi, że Bartosikowa decyzję o moim awansie podjęła w jednym celu: aby „pokazać światu”, jaka to ona jest otwarta na wszelkie zmiany i niepamiętliwa… Bo ona już wtedy wiedziała, że wszystko zmierza ku „sztandar wyprowadzić” i miała nadzieję, że to pomoże jej przetrwać nadchodzące zmiany. Bo że idą nieuchronne zmiany, to dowiedziała się od swojego męża – doktora habilitowanego, pracującego na Politechnice Łódzkiej, który w tym czasie nie tylko był pierwszym sekretarzem Komitetu Uczelnianego PZPR na PŁ, ale także członkiem Komitetu Centralnego PZPR i z tego tytułu orientował się w jakim kierunku zmierzać będzie kierownictwo tej partii.

 

Jak wiadomo – w sprawie tych zmian mąż pani kurator miał rację.

 

Jak dziś wiemy – w okresie od 6 lutego do 5 kwietnia 1989 roku w Pałacu (wtedy nazywanym) Namiestnikowskim toczyły się prace tzw, „Okrągłego Stołu”. Jego efektem było porozumienie w sprawie przeprowadzenia w czerwcu wolnych wyborów do odtworzonego Senatu i „częściowo wolnych” do Sejmu – według uzgodnionej procedury: 35% miejsc miało być przedmiotem autentycznej rywalizacji wyborczej, pozostałe 65% zastrzeżono dla kandydatów obozu władzy.

 

To otworzyło drogę do bezkrwawej zmiany nie tylko władzy, ale i ustroju w Polsce. W niedzielę 4 czerwca (uzupełniające 18 czerwca) odbyły się wybory, w wyniku których całe 35% miejsc w Sejmie zajęli kandydaci opozycji, prawie cały Senat (99 na 100 mandatów) – także. Po tym, jak namówiono posłów Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i Stronnictwa Demokratycznego do porzucenia dotychczasowego sojuszu z PZPR – w dniu 24 sierpnia Sejm wybrał premierem pierwszego niekomunistycznego rządu w powojennej Polsce Tadeusza Mazowieckiego.

 

Właśnie tego dnia odbywało się w Poradni powakacyjne posiedzenie Rady Pedagogicznej. Na zawsze utkwiły mi w pamięci tamte chwile. Wiedzieliśmy o posiedzeniu Sejmu, przerwaliśmy nasze obrady i po włączeniu telewizora śledziliśmy to historyczne wydarzenie – z owym tragicznym epizodem zasłabnięcia nowego premiera podczas wygłaszania expose.

 

12 września 1989 r. Sejm RP zatwierdził skład nowego rządu – ministrem Edukacji Narodowej został Henryk Samsonowicz, a podsekretarzem stanu została Anna Radziwiłł. Pełniła tą funkcję w dwu następnych rządach solidarnościowych – aż do 1992 roku.

 

Napisałem o tych faktach z co prawda niezbyt odległej, ale przez wielu już zapomnianej, przeszłości, gdyż nie pozostały one bez (pozytywnego) wpływu na moje funkcjonowanie w roli dyrektora WPW-Z.

 

 

x           x          x

 

 

Tak się złożyło, że w czasie gdy w państwie trwało polityczne trzęsienie ziemi, ja zacząłem (w październiku 1989 r.) kolejne, trzysemestralne studia podyplomowe – tym razem w zakresie „Organizacji i Zarządzania oświatą dla kadry kierowniczej oświaty”, prowadzone przez Centrum Doskonalenia Nauczycieli w Warszawie, ale którego zajęcia odbywały się w Centrum Szkoleniowym w Sulejówku.

 

Foto: www.ore.edu.pl

 

                                            Centrum Szkoleniowe CDN w Sulejówku. Zdjęcie współczesne

 

 

Nawiasem mówiąc, w tamtym czasie do swoistego symbolu urosła okoliczność, że idąc od stacji kolejowej do Centrum Sulejówka, przechodziło się koło dworku „Milusin” (w latach dwudziestych mieszkał tam Józef Piłsudski), w którym co prawda funkcjonowało jeszcze – umieszczone tam w latach pięćdziesiątych – miejskie przedszkole, ale wszyscy wiedzieli, że jest to miejsce symboliczne.

 

Wspominam o tym, gdyż owe półtora roku, kiedy tam co kilka tygodni przyjeżdżałem, stało się – nie tylko dla mnie – obok czasu na zdobywanie wiedzy o organizowaniu i zarządzaniu placówkami oświaty, także miejscem „pobudzenia historyczno-patriotycznego”. Wieczorami, po zajęciach, gromko śpiewaliśmy przedwojenne pieśni wojskowe – w tym „My Pierwsza Brygada”. Jednak to co było tam niepowtarzalne i najcenniejsze to to, że było to miejsce źródłem najbardziej aktualnych informacji o zmianach intensywnie trwających w ministerstwie edukacji oraz o pracach legislacyjnych, prowadzonych w sejmowej Komisji Edukacji. Było to zasługą kierownictwa tego Centrum, które zadbało, aby przyjeżdżali do nas na wykłady i spotkania nie tylko standardowi wykładowcy z CDN, ale także nowi pracownicy ministerstwa i posłowie z komisji edukacji. To tam, jeszcze na etapie projektu, poznałem treść przygotowywanej nowej Ustawy o systemie oświaty i mogłem dzięki tej wiedzy nie tylko planować moją działalność, ale także dzielić się nią z innymi – w tym z liderami samorządów uczniowskich, podczas wyjazdowych szkoleń.

 

Studia te ukończyłem w lutym 1991 – pochwalę się – z wynikiem bardzo dobrym z wyróżnieniem.

 

 

x           x           x

 

Od utworzenia rządu premiera Mazowieckiego musiało minąć kilka miesięcy, aby fala zmian dotarła do Łodzi – w tym do łódzkiego kuratorium. Dopiero – jak pamiętam – w czerwcu 1990 roku rozstrzygnięto pierwszy (historyczny) konkurs na kuratora oświaty i wychowania. Było wielu kandydatów, wszyscy „z nowych zasobów kadrowych”. Ale ostatecznie nowym kuratorem został… niespełna 31-letni magister psychologii – Wojciech Walczak.

 

Foto: www. lodz.naszemiasto.pl

 

Wojciech Walczak – zdjęcie z 2006 roku.

 

 

Kolejnym krokiem były – oczywiste – zmiany kadrowe na niższych stanowiskach. Z czterech dotychczasowych wicekuratorów pozostał tylko jeden – ten, który odpowiadał za sprawy finansowe. Tym wicekuratorem (przed objęciem tego stanowiska był on przez wiele lat inspektorem oświaty na Widzewie), który pozwolił młodemu, nie mającemu doświadczenia w zarządzaniu finansami żadną placówką oświatową kuratorowi przetrwać bez katastrofy, był Edmund Wawrzyński. Pozostali – w tym mój bezpośredni zwierzchnik, czyli Roch Kopacki oraz zarządzający kształceniem zawodowym Henryk Sobierajski, a także wicekurator ds. obronnych (nie pamiętam jak się nazywał) zostali zwolnieni.

 

Mijały kolejne dni, atmosfera w szkołach i placówkach oświatowych była podminowana – wielu ich dyrektorek i dyrektorów wyczekiwało na decyzję co do swojego dalszego losu: zwolni, czy nie zwolni…

 

Jak pamiętam – jeszcze w lipcu podjąłem decyzję, że nie ma co wyczekiwać – trzeba sytuacji wyjść naprzeciw. Nie będę czekał aż o tym że będę odwołany dowiem się, jak ten przysłowiowy zdradzany mąż, ostatni – od moich pracowników… Umówiłem więc wizytę u nowego kuratora i w wyznaczonym terminie zapukałem do drzwi sekretariatu, przez który jeszcze tak niedawno wchodziło się do pani kurator Bartosik.

 

I aby dalszy przebieg opisanego wydarzenia był zrozumiały, muszę w mej opowieści cofnąć się o 9 lat. Pamiętacie jak w eseju O tym, że nie tylko dydaktyką i pracą naukową żyłem opowiadając o końcowej fazie mojej przynależności do PZPR, wspominałem o strajku studentów z przełomu stycznia i lutego 1981 roku?:

 

Pracami Komitetu Strajkowego kierowały dwie osoby: Marek Perliński – student psychologii i filozofii i Wojciech Walczak – także z psychologii. Ten pierwszy w Stanie Wojennym wyemigrował do Szwecji, zaś Walczak, po tym, jak w noc 13/14 grudnia, razem z kierownictwem łódzkiej „Solidarności”został internowany, i w dalszej konsekwencji tego – skreślony z listy studentów, ale niedługo potem  wrócił na studia i skończył je w 1984 roku, a po 1989… odegrał pewną, ważna rolę, nie tylko w mojej biografii zawodowej. Ale o tym opowiem w jednej z następnych części moich wspomnień.”

 

I jeszcze jeden fragment tamtego eseju – o moich relacjach ze strajkującymi studentami:

 

W ogóle byłem na co dzień blisko strajkujących, bywałem częstym gościem Komitetu Strajkowego, kierującego protestem w siedzibie IPiP. Na jego czele stał student pedagogiki – Paweł Januszkiewicz, który bywał na odprawach w strajkowej „centrali”, która działała w siedzibie Wydziału Filologicznego przy Kościuszki. Pewnego dnia, gdy stamtąd wrócił, przyszedł do mnie – w stanie lekkiego wzburzenia – i powiedział: „Panie magistrze, Walczak (jeden z liderów łódzkiego strajku) powiedział mi przy ludziach, że na pedagogice to strajkiem rządzi sekretarz partii. Czy to prawda?” Na co ja do niego: „Ty mnie nie pytaj, zapytaj siebie, czy czujesz się przeze mnie rządzony”. Chwilę pomyślał i powiedział: „No nie. Ale dlaczego pan z nami siedzi?” Na co ja: „Bo popieram wasze żądania.” I już bez obaw i zahamowań z jego strony towarzyszyłem im aż do końca.

 

I oto teraz ja, co prawda były, ale jednak – pierwszy sekretarz POP w Instytucie Pedagogiki i Psychologii na UŁ, aktualnie dyrektor wojewódzkiej poradni, powołany na to stanowisko przez poprzednią „komunistyczną” kuratorkę, składa wizytę nowemu, z nadania solidarnościowej władzy, kuratorowi wizytę.

 

Powitanie było – takie odniosłem wrażenie – szczerze serdeczne. Nie było co prawda „kawa czy herbata”, ale było poproszenie abym zajął miejsce nie – jak petent – po drugiej stronie kuratorskiego biurka, a jak gość – przy stoliku obok. Na pytanie „Co pana do mnie sprowadza?” wyłożyłem, bez owijania w bawełnę istotę sprawy: „Panie kuratorze. Jestem przekonany że pan wie iż znamy się z dawnych czasów. Ja jestem człowiekiem-realistą; zrozumiem jeśli ma pan zamiar powołać na funkcję dyrektora WPW-Z „nowego” człowieka. I przyszedłem tu po to, aby powiedział mi pan to teraz, abym nie dowiadywał się o tym od pracowników poradni”.

 

Reakcja kuratora Walczaka była – powiedziałbym – spontaniczna (przytaczam to tak jak zapamiętałem, ale zawsze można to skonfrontować z pamięcią Wojciecha Walczaka):

 

Panie dyrektorze! Z posiadanych przeze mnie informacji wiem, że bardzo dobrze kieruje pan działalnością poradni. Nie miałem i nie mam zamiaru odwołania pana z tej funkcji. Proszę dalej, bez obaw pracować.

 

Dodam jeszcze, że Wojciech Walczak, po tym jak umożliwiono mu powrót na studia, które ukończył z tytułem magistra psychologii w 1984 roku, przez cztery lata – do 1988 – był zatrudniony w Rejonowej Poradni Wychowawczo-Zawodowej nr 2 przy ulicy Hipotecznej na Bałutach. Dyrektorką tej poradni była Wiesława Polak – ta sama, która przed laty była dyrektorką domu dziecka im. J. Korczaka i w tej roli była ze swoimi wychowankami na moim obozie harcerskim w 1971 roku w Jasieniu. I to ona najprawdopodobniej była jego źródłem informacji o mojej pracy w roli dyrektora WPW-Z.

 

I od tej pory, już z poczuciem stabilizacji mojego zatrudnienia, mogłem zająć się realizacją moich planów, a nawet podejmować zupełnie nowe zadania.

 

A było to nie tylko opisane już wspieranie samorządności uczniowskiej, ale także inne działania, które dopiero teraz miały dobry klimat do ich podejmowania. Najbardziej spektakularną inicjatywą, której idea mogła zostać zrealizowana tylko w klimacie jaki stworzyła zmiana systemu politycznego, a w jej konsekwencji także sposobu postrzegania spraw społecznych, w tym wychowania, opieki i wspierania rozwoju, było utworzenie – zanim jeszcze zaistniały po temu nowe podstawy prawne – Poradni dla Młodzieży.

 

Czytaj dalej »



1.Wprowadzenie, czyli o tym jak do tego doszło i jak się zaczęło

 

Poprzedni rozdział wspomnień zakończyłem informacją o tym, że w ostatnich dniach sierpnia 1988 roku otrzymałem zaproszenie do wicekuratora Rocha Kopackiego i że „w tym momencie przypomniałem sobie, że przecież od niedawna w kuratorium rządzi Iwona Bartosik. Wyobraźnia zaczęła mi podsuwać czarny scenariusz: pewnie postanowiła – już jako szefowa łódzkiej oświaty – wywalić mnie z ODN-u…Wyznaczonego dnia jechałem na Piotrkowską 104 z duszą na ramieniu…

 

Pan wicekurator przyjął mnie w tym samym gabinecie, w którym toczyła się moja pierwsza z nim „kadrowa” rozmowa latem 1983 roku. Przypomnę, że już od tamtego roku byliśmy z wicekuratorem Kopackim „na ty”. Powtórzyła się nawet scena „kawa czy herbata”. Ale dalej sytuacja rozwijała się już według odmiennego scenariusza.

 

Usłyszałem informację, że Kuratorium stanęło przed nieprzewidzianym problemem, jaki powstał z powodu niezapowiedzianej rezygnacji Możdżenia z funkcji dyrektora Wojewódzkiej Poradni Wychowawczo-Zawodowej (WPW-Z). W kolejnej części wypowiedzi wicekuratora usłyszałem zaskakującą ofertę: „Jest taka propozycja, abyś został dyrektorem tej poradni. Co ty na to?”

 

Przyznam, że zachowałem się jak przysłowiowy idiota, bo zapytałem: „A czy Bartosikowa o tym wie?” Na co Kopacki ze śmiechem odrzekł: „A czy ja bym z tobą o tym rozmawiał, gdyby ona o tym nie wiedziała? Mało tego – to jest jej pomysł.” Zamurowało mnie. Tak niedawno, bo pięć lat temu, ta sama Iwona Bartrosik, wtedy z Komitetu Łódzkiego, zabroniła mi pracy w tej samej poradni na szeregowym stanowisku pedagoga, a teraz proponuje mi tam fotel dyrektorski?

 

Usłyszałem, że na odpowiedź mam 24 godziny. Po zaledwie chwili, podczas której dokonałem błyskawicznej oceny sytuacji, która skończyła się myślą „bierz co ci los i Bartosikowa daje, bo gdy nie przyjmiesz – będziesz żałował” – odpowiedziałem: „Szkoda czasu – już teraz mówię tak”.

 

I już po kilku dniach, w jednym z ostatnich dni wakacji – pewnie był to wtorek 30 sierpnia – podczas posiedzenia rady pedagogicznej WPW-Z zostałem zaprezentowany jej pracownikom jako nowy dyrektor poradni – osobiście przez wicekuratora Rocha Kopackiego.

 

Jak stali czytelnicy moich wspomnień wiedzą – nie po raz pierwszy podjąłem się zadania na zupełnie nowym dla mnie polu działalności. Tak było gdy podjąłem się organizowaniem pracy zespołu pieśni i tańca w ŁDK, gdy zostałem dyrektorem domu dziecka, kiedy zatrudniałem się w placówce resocjalizacyjnej czy jako metodyk w ODN…

 

Ale to było wyzwanie z o wiele wyższej ligi – wszak była to instytucja rangi wojewódzkiej, zatrudniająca specjalistów nie tylko od wsparcia wychowawczego, ale przede wszystkim diagnozująca kandydatów do szkolnictwa zawodowego i prowadząca kompleksową diagnostykę i wsparcie uczniów z niepełnosprawnościami. Poza tym pełniła ona rolę zwierzchnika w stosunku do 6 -u poradni w Łodzi: (4 dzielnicowych i dwu rejonowych na Bałutach, zwanych rejonowymi) i po jednej poradni w Pabianicach, Zgierzu, Konstantynowie, Aleksandrowie, Ozorkowie i Głownie.

 

Dla mnie ta nowa rola miała dodatkowy „smaczek”. To właśnie w tej poradni, gdy jeszcze mieściła się ona w gmachu przedwojennej IMCA, w której po wojnie działał Młodzieżowy Dom Kultury, przemianowany później na Pałac Młodzieży, przy ul. Moniuszki, kiedy nazywała się jeszcze Okręgową Poradnią Wychowawczo-Zawodową, w latach 1964 – 1965 bywałem u pani dr Aleksandry Majewskiej, u boku której jako nieformalny i poufny jej asystent, amatorsko praktykowałem wychowawcze poradnictwo rodzinne. Poznałem nawet wtedy ówczesną dyrektorkę tej poradni – legendarną w tym środowisku panią Marię Woyczyńską. I oto teraz, po 24 latach, ja zostałem dyrektorem tej placówki.

 


Foto:www.lodz.dominikanie.pl

 

Budynek który w opisywanym okresie był siedzibą Wojewódzkiej Poradni Wychowawczo-Zawodowej w Łodzi. Narożnik ulic Wólczańskiej i Zielonej. Obecnie jest on siedzibą klasztoru Ojców Dominikanów. (Zdjęcie współczesne)

 

Pierwsze tygodnie pracy w nowym miejscu poświęciłem na zapoznaniu się z prawnymi podstawami poradni, zatrudnionymi w niej ludźmi i infrastrukturą tej placówki. Szybkie wejście w rolę i elementarną wiedzę o strukturze organizacyjnej tej instytucji zawdzięczam dwu paniom: Annie Sławińskiej, która pełniła tam, jeszcze od czasu, gdy poradnią kierowała pani Maria Woyczyńska, obowiązki wicedyrektorki, oraz pani Jadwidze Motylkierowniczce administracyjnej z pięcioletnim już stażem na tym stanowisku.

 

Dzięki temu „przywarsztatowemu” szkoleniu szybko zorientowałem się, że tak jak na to wskazuje jej nazwa – poradnia realizuje swe zadanie, generalnie, w dwu nurtach. Pierwszym jest diagnostyka, orzecznictwo i wspieraniu uczniów z niepełnosprawnościami oraz – na drugim biegunie szkolnego systemu – diagnostyce i orzecznictwie uczniów wybitnie uzdolnionych. Drugim nurtem było wspieranie nauczycieli realizujących w szkołach zadania orientacji zawodowej oraz diagnostykę psycho-pedagogiczną i lekarską, poprzedzającą orzecznictwo w sprawach przydatności do kształcenia zawodowego.

 

Znając swoje możliwości kompetencyjne i poznawszy dotychczasowy zakres obowiązków koleżanki wicedyrektor nie miałem wątpliwości, że ja zajmę się pionem orientacji i poradnictwa zawodowego, pozostawiając Annie Sławińskiej jej dotychczasowy zakres przewodzenia zadaniom pierwszego nurtu. Muszę w tym miejscu stwierdzić, że bez życzliwości i wparcia koleżanki wicedyrektor nie byłoby możliwe tak szybkie i sprawne moje wejście w nową rolę dyrektora nieznanej przedtem instytucji.

 

Druga ze wspomnianych pań – Jadwiga, zwana przez wszystkich Motylową, była, nie tylko w początkowym okresie, ale przez cały czas mojej pracy w poradni, osobą niezastąpioną we wszystkich sprawach administracyjnych. Mogłem zawsze na niej polegać, nigdy mnie nie zawiodła. Nawet gdy akurat podczas mojej kadencji doszło do dwu włamań do budynku: raz przez piwnice – magazyn koksu i kotłownię, a drugi raz – z dachu sąsiedniej kamienicy, po wybiciu dziury w murze do naszych pomieszczeń na IV piętrze! I teraz, po tylu latach, mamy ze sobą kontakt na Facebooku, z którego korzystałem, konsultując z nią fakty, o których chciałem w tym wspomnieniu napisać, a co do których zawiodła mnie pamięć szczegółów.

 

Bo cóż zrobiłby, każdy, dyrektor bez lojalnych współpracowników !

 

x           x           x

 

Na koniec tej wprowadzającej części dodam jeszcze informację, że twórcy modelu poradni wojewódzkich zadbali o to, aby ich pracownicy nie byli odrerwani od codziennych problemów z którymi muszą sobie radzić psycholodzy i pedagodzy poradni dzielnicowych i miejskich. Pod bezpośrednią opieką WPW-Z były dwie szkoły: Szkoła Podstawowa nr 159 przy ul. 1 maja 89 w Łodzi oraz wiejska Szkoła Podstawowa w podłódzkich Mileszkach.

 

Foto: www.m.facebook.com

 

SP nr 159 w Łodzi przy ul. 1 Maja 89. Od utworzenia w jej budynku gimnazjum szkoła ta już nie istnieje.

 

 

Foto: Google Street View [www.dzienniklodzki.pl]

 

Szkoła Podstawowa w Mileszkach

 

 

 

2. Pierwsze miesiące w nowej roli i od razu zagraniczna delegacja

 

Aby dziś, z perspektywy minionych trzydziestu kilku lat, wspominać wydarzenia z jesieni 1988 roku, muszę choć w kilku zdaniach przywołać klimat polityczny tamtego czasu:

 

Pewnie niewielu czytających ten tekst pamięta, że nieomal dokładnie w tym samym czasie kiedy obejmowałem obowiązki dyrektora poradni – 31 sierpnia 1988 r. w Warszawie doszło do pierwszego od wprowadzenia stanu wojennego spotkania pomiędzy szefem MSW gen. Czesławem Kiszczakiem i Lechem Wałęsą. Panowie (z osobami towarzyszącymi) ponownie spotkali się 15 września. Już wtedy narodził się projekt zwołania spotkania „Okrągłego Stołu”. Ostatecznie jesienią do tego nie doszło, ale proces szukania przez władze PRL kompromisu ze środowiskiem zdelegalizowanego z chwilą ogłoszenia Stanu Wojennego związku zawodowego „Solidarność” już trwał…

 

Nikt z nas szczegółów tych spotkań wtedy nie znał, ale ówczesne radia nadające na falach krótkich („Wolna Europa”, „Głos Ameryki” i BBC „Tu mówi Londyn”) co nieco o tym  informowały. I w tym czasie – jak pamiętam już w październiku – zostałem poinformowany, że w listopadzie z Kuratorium ma wyjechać „z braterską wizytą” delegacja do NRD, do władz oświatowych miasta partnerskiego Łodzi, którym było Karl-Marx-Stadt – stolica okręgu na południowy zachód od Drezna, graniczącego od południa z Czechosłowacją. I że ja, jako dyrektor WPW-Z, zostałem dokooptowany do tej delegacji, której szefem będzie wicekurator ds. kształcenia zawodowego Henryk Sobierajski, a towarzyszyć mu będzie Janusz Moos – kierownik Zakładu Przedmiotów Zawodowych łódzkiego IKN ODN. Tego drugiego znałem z widzenia, z zebrań pracowników ODN-u, w czasie gdy tam pracowałem. Ale nie miałem wtedy pojęcia o wieloletniej znajomości obu panów…  Ale przede wszystkim nie wiedziałem o roli jaką ów wicekurator odegrał w stworzeniu ahistorycznego systemu nazw zespołów szkół zawodowych – budowlanych. Szkołom które przy ulicy Siemiradzkiego powstały kilkadziesiąt lat po szkołach z ulicy Kopcińskiego, ale których był dyrektorem, zanim awansowano go na wicekuratora od szkolnictwa zawodowego, nadał nazwę Zespół Szkół Budowlanych nr 1, a tamte z Kopcińskiego nazwano ZSB nr 2….

 

Przepraszam za ten wtręt, ale te fakty będą jeszcze przywołane w kolejnych wspomnieniach. Teraz wracam do opowieści o mojej podróży zagranicznej. Dokładnej daty nie pamiętam, ale na pewno było to w drugiej połowie listopada 1988 roku. Jechaliśmy służbowym samochodem Kuratorium (samochód prowadził jego etatowy kierowca) przez Wrocław, przejście graniczne Zgorzelec/Görlitz, a dalej przez Drezno – do Karl-Marx-Stadt. Po zjednoczeniu Niemiec miasto to ponownie nazywa się Chemnitz.

 

 

Ale wtedy – jeszcze – obowiązywała nie tylko ta nadana w 1950 roku nazwa, ale także cały „demoludowy” obrządek takich wizyt – nawet na tak niskim szczeblu. Na miejsce dojechaliśmy wieczorem – wprost na nocleg. Zostaliśmy zakwaterowani w specjalnie dla takich wizyt prowadzonym przez władze tego miasta hoteliku – na podobieństwo tego, który Łódź prowadziła przy al. Róż na Julianowie. Pokoje były dwuosobowe – oczywiście ja zamieszkałem z panem kierowcą, a panowie Sobierajski i Moos w drugiej „dwójce”. W każdym pokoju, obok miejsc do spania, był kolorowy telewizor i . . . bogato zaopatrzona w napoje (także wysokoprocentowe) lodówka.

 

I tu nie mogę nie pochwalić się, że dzięki tej okoliczności mogę od tego wieczoru datować uproszczenie relacji z obu panami. Bo po kilkudziesięciu minutach zagospodarowywania się w zajętych lokalach zostałem przez Janusza Moosa zaproszony do pokoju, w którym zamieszkał z wicekuratorem Sobierajskim. Gdy tam wszedłem, zobaczyłem obu panów w stroju już mało reprezentacyjnym, a na stole przygotowane „szkło” na trzy osoby i butelkę jakiegoś mocnego trunku z miejscowych delikatesów.

 

Krótko mówiąc – po kilku pierwszych „kolejkach”, padła ze strony wicekuratora propozycja: „Panie dyrektorze, przestańmy sobie „panować” – wypijmy brudzia – Henryk jestem!” Oczywiście to samo powtórzyło się z Moosem. I od tego wieczoru nie tylko byłem po imieniu z wicekuratorem Rochem (Kopackim), lecz i z Henrykiem, ale także i z Januszem. Ta ostatnia fraternizacja już za 5 lat odegra bardzo pozytywną rolę na kolejnym wirażu mojej zawodowej biografii…

 

Czytaj dalej »



Ponowna zmiana pracodawcy na IKN ODN i XXIII LO w Łodzi

 

O tym, że jednak udało się – mimo ponownej blokady tow. Bartosik

 

Poprzednią część moich wspomnień zakończyłem taką informacją:

 

Jak już wiecie […] jeszcze przed wakacjami rozpowiedziałem wśród znajomych, że chcę zmienić pracę i czekam na interesujące propozycje. I jak to w moim życiu zdarzało się już kilkakrotnie – także i w tym przypadku nie obyło się to bez zaskakujących wydarzeń...”

 

Przeto przechodzę już do opowieści jak to się stało, że zostałem zatrudniony w łódzkim Oddziale Doskonalenia Nauczycieli przy ul. Wólczańskiej.

 

Wszystko zaczęło się od tego, że odzew na moje zapotrzebowanie na zmianę przyszedł z najmniej spodziewanej strony – od wicedyrektorki łódzkiego IKN ODN dr. Grażyny Tadeusiewicz. A pośredniczyła w tym kontakcie – nie kto inny jak moja dotychczasowa dobroczyńczyni, czyli Lilka Madalińska. Obie panie znały się z czasów, gdy Grażyna Tadeusiewicz, zanim została wicedyrektorką w ODN, była także wizytatorką-metodykiem kuratoryjnym, tyle że od orientacji zawodowej. I dzięki tym koneksjom zostałem umówiony na rozmowę z panią wicedyrektor ODN.

 

Kiedy dr Grażyna Tadeusiewicz wysłuchała relacji o mojej dotychczasowej drodze zawodowej i towarzyszącym jej działalnościom społecznym – w tym o dorobku w TWP – pomyślała chwilę, a następnie oświadczyła: „Aktualnie poszukujemy kompetentnej osoby, która podjęłaby się obowiązków nauczyciela-metodyka, który pokierowałby wprowadzaniem do szkół programu pdż. Z tego co pan mówił, ma pan w tej dziedzinie duże doświadczenie. Czy podjąłby się pan tej roli?”

 

Długo się nie zastanawiałem. Przypomniałem sobie, że mam nie tylko doświadczenie jako prelegent TWP, ale także – choć niewielkie – doświadczenie z prowadzenia tych zajęć w Zespole Szkół Budowlanych nr 3 przy Kilińskiego, pomyślałem, że pojawia się kolejne wyzwanie na mojej pedagogicznej drodze i … oczywiście zgodziłem się.

 

Ale powstał nowy problem: podejmując się pracy na etacie nauczyciela, nawet z przymiotnikiem „metodyk”, miałbym o dużo mniejsze wynagrodzenie niż dotąd – jako wychowawca w ośrodku wychowawczym. Ale i na to pani wicedyrektor szybko znalazła sposób. Zaproponowała mi pół etatu jako wykładowcy w IKN-ODN, który prowadziłby zajęcia z pedagogiki opiekuńczej i z resocjalizacji na kursach kwalifikacyjnych dla nauczycieli. Z radością przyjąłem tą ofertę – jak wiecie – bardzo lubię rolę wykładowcy.

 

Po tych „roboczych” uzgodnieniach cały ów projekt musiał zatwierdzić rzeczywisty pracodawca, czyli dyrektor łódzkiego IKN – Oddziału Doskonalenia Nauczycieli, którym w tamtym czasie był dr Marian Lelonek – późniejszy (od 2001 roku) właściciel i rektor Wyższej Szkoły Humanistyczno-Ekonomicznej w Pabianicach. Ale tamtego lipcowego dnia wszedłem do jego gabinetu, wprowadzony tam przez panią wicedyrektor Grażynę Tadeusiewicz, która w zwartej i podbudowanej poznanymi wcześniej faktami formie, zarekomendowała moja kandydaturę do obu funkcji: nauczyciela-matodyka ds. pdż i wykładowcy na kursach kwalifikacyjnych. Finał tej rozmowy kadrowej był dla mnie ze wszech miar pozytywny. Pan dyrektor Lelonek w pełni zaakceptował projekt przedstawiony mu przez dr. Tadeusiewicz i poinformował mnie, że sekretariat zatelefonuje do mnie za kilka dni, abym zgłosił się w celu załatwienia formalności związanych z rozpoczęciem w dniu 1 września 1987 roku pracy. Do tego czasu zostanie ustalona która szkoła średnia będzie moją szkoła bazowa, co w praktyce oznaczało, ze będę tam zatrudniony jaki nauczyciel – z właściwą dla nauczyciela-metodyka zniżką godzin.

 

Minęło kilka dni. Telefonu nie było. Po nieco ponad tygodniu znalazłem w skrzynce na listy kopertę z pieczątką IKN ODN w Łodzi. Była w niej mala kartka papieru z krótką treścią, opatrzoną pieczątką nagłówkową i imienną pieczątką z podpisem dyrektora Mariana Lelonka. Jej treść cytuję z pamięci:

 

Z przykrością informuję, że nasze wcześniejsze ustalenia w sprawie Pana zatrudnienia w IKN ODN w Łodzi są nieaktualne z powodu braku etatu.”

 

Domyślacie się zapewne mojej reakcji. Bo nie miałem cienia wątpliwości, że po raz kolejny zadziałała towarzyszka Iwona Bartosik z KŁ PZPR! Wściekłość moja była na poziomie maksymalnym – aż dziw, że nie skończyło się to udarem, wylewem lub zawałem. Ale, jak to bywa – mówiąc po dawnemu – z cholerykami, dość szybko fala bezsilnego gniewu minęła i obudziła się inna cecha mojej osobowości.

 

Uruchomiłem mechanizm racjonalizacji. Wściekanie się i wiązanki niecenzuralnych słów mogły spełnić jedynie funkcję terapeutyczną, jako „rozładowywacze” pierwszego wybuchu złości. Ale nie mogły rozwiązać problemu. Pierwsze co zrobiłem, to powiedziałem do siebie: „Dość! Jak dlugo jeszcze ta kobieta będzie stała na mojej drodze zawodowej? Muszę ją spacyfikować, ale metodami, które mogą być skuteczne w jej świecie”. A w świecie aparatczyków partyjnych działały te same mechanizmy jak w wojsku. Szeregowa towarzyszka będzie musiała posłuchać osoby, postawionej wyżej w hierarchii władz partyjnych.

 

Zacząłem zastanawiać się, czy znam kogoś, kto jest w tym systemie znacząco wyżej usytuowany od owej instruktorki Wydziału Nauki, Oświaty i Kultury KŁ PZPR. I nagle przypomniałem sobie, ze niedawno ktoś z kręgów harcerskich powiedział mi, że była komendantka Hufca Bałuty z czasów, kiedy ja byłem komendantem na Polesiu, a później w latach 1973–1978 komendantka Chorągwi Łódzkiej (to za jej czasów zostałem komendantem stanicy w Bieszczadach) – Ela Wójcikowska-Ociepa jest teraz pierwszym sekretarzem Komitetu Dzielnicowego PZPR na Bałutach. Postanowiłem po raz kolejny sprawdzić, czy i w tym przypadku zadziała zasada „druh druhowi druh” – niezależnie od czasu, który upłynął od naszej „równoległej” działalności, a przede wszystkim mimo tego wszystkiego, co aktualnie nas dzieli – na płaszczyźnie politycznej.

 

Nie miałem nic do stracenia. Zdobyłem do niej numer telefonu i zadzwoniłem. Nie od razu mnie z nią połączono, ale w końcu się udało. Już po pierwszych zdaniach które od niej usłyszałem po tym jak się przedstawiłem, byłem pewny, że nadal jest to kontakt „starych, dobrych druhów”. Powiedziałem jej, że mam sprawę, ale „nie na telefon” i czy możemy się spotkać. Od razu zaproponowała termin – prosiła tylko, abym przyjechał do niej, do Komitetu.

 

Nie będę opisywał szczegółowo dalszego rozwoju wydarzeń – powiem tylko, że podczas tego spotkania opowiedziałem jej, szczerze całą historię mojego rozbratu z PZPR, sytuacje poszukiwania pracy latem 1983 roku i o roli jaka kilkakrotnie odegrała w tym towarzyszka Iwona Bartosik. I zapytałem się Elżbiety, czy jej zdaniem tak być powinno, a jeśli nie – czy mogłaby ona wpłynąć na ową towarzyszkę, aby mi „odpuściła” i nie zabraniała dyrektorowi Lelonkowi zatrudnienia mnie w łódzkim ODN-ie.

 

Otrzymałem zapewnienie, że przy pierwszym najbliższym pobycie na Kościuszki będzie z nią rozmawiała i na pewno załatwi sprawę jak należy.

 

Nie minął tydzień od naszego spotkania, gdy odebrałem telefon z sekretariatu dyrektora Lelonka, że mam się zgłosić z dokumentami w sprawie załatwienia zatrudnienia, bo sytuacja się zmieniła, etat się znalazł”.

 

Nigdy nie doszło do rozmowy między mną a dyrektorem ODN-u, podczas której ja dowiedziałbym się od niego o prawdziwym powodzie zmiany decyzji, ani ja nie przyznałem się mu, że był to efekt moich zakulisowych działań.

 

A – uprzedzając fakty o kilka lat – już niedługo mogłem się Elżbiecie Wójcikowskiej-Ociepie zrewanżować. Ale o tym opowiem w kolejnej części moich wspomnień.

 

 

x           x           x

 

 

Z dniem 1 września 1987 roku zostałem nauczycielem XXIII Liceum Ogólnokształcącego, mieszczącego się w kompleksie szkolnym im. Tekli Borowiak przy ul. Głównej (dzisiaj im. J. Piłsudskiego) – naprzeciw stadionu RKS Widzew, która stała się moją „szkołą bazową”, jako nauczyciela-metodyka ds. pdż. Jednocześnie – jak już o tym informowałem – rozpocząłem pracę na pół etatu jako wykładowca na kursach kwalifikacyjnych IKN ODN w Łodzi przy ul. Wólczańskiej 222. Jednym z pierwszych kursów jaki zorganizowałem, którym kierowałem i na którym prowadziłem zajęcia z niektórych przedmiotów, był kurs dający uprawnienia do pracy na stanowisku nauczyciela-wychowawcy w placówkach resocjalizacyjnych. Był to pierwszy taki kurs prowadzony w łódzkim ODN.

 

Foto:Grzegorz Galasiński [www.dzienniklodzki.pl]

 

Budynek w którym także w latach osiemdziesiątych XX wieku działało XXIII Liceum Ogólnokształcące (zdjęcie współczesne).

 

 

Nie pamiętam już dzisiaj dokładnie ile wynosiło obowiązkowe pensum godzin dydaktycznych, które jako nauczyciel-metodyk realizowałem w XXIII LO. Wydaje mi się, że było to 8 godzin. Pamiętam, że godziny te realizowałem w dwu dniach, chyba po 4 godziny. I pamiętam jeszcze, że obok owego pdż prowadziłem także lekcje w klasie o profilu pedagogicznym (tak, tak – takowy profil miało wtedy owe liceum w swojej ofercie) – przedmiot nazywał się (chyba) Podstawowe wiadomości z pedagogiki”.

 

W sumie bardzo dobrze wspominam tych kilka miesięcy tam przepracowanych, z wyjątkiem lokalizacji owej placówki. Bo jednak dla mieszkańca Retkini, i do tego osiedla, które od niej oddzielały tory kolejowe, dojazd na Widzew był pewnym problemem.

 

I o jeszcze jednym fakcie pracy w tym liceum muszę wspomnieć. Otóż jego dyrektorką była Barbara Zduniak – przez wiele lat instruktorka ZHP w hufcu widzewskim. Bardzo szybko zgadaliśmy się o tym wspólnym rysie naszych biografii i miałem już zapewniony dobry klimat w nowym miejscu pracy. I jak to w mojej biografii jest już regułą – moje i Barbary Zduniak drogi zawodowe przetną się w nadchodzącej przyszłości jeszcze dwukrotnie….

 

 

x           x          x

 

 

Ale wracam do głównego nurtu moich wspomnień. Jako metodyk zajęć przysposobienia do życia w rodzinie działałem w zupełnie pionierskich warunkach. Na początek musiałem dokonać inwentaryzacji szkół i nauczycieli, którzy prowadzili te zajęcia. W drugiej kolejności zorganizować dla nich wsparcie merytoryczne i metodyczne: zbiorowe – w formie zebrań, oraz indywidualne – podczas dyżurów w siedzibie ODN przy Wólczańskiej. Ale aby dziś, po 35-u latach od tamtych wydarzeń, czytający mogli lepiej wyobrazić sobie owe pionierskie czasy, muszę poinformować, że przedtem nie było żadnych podręczników, które mogły stanowić wsparcie dla nauczycieli. I dopiero po wakacjach 1987 roku pojawił się w księgarniach podręcznik dla uczniów trojga autorów: Wiesława Sokoluka, Dagmary Andziak i Marii Trawińskiej, zatytułowany „Przysposobienie do Życia w Rodzinie”.

 

Czytaj dalej »



Kontynuując opowieść z Eseju wspomnieniowego cz. V. 1. Cztery lata w III PMOW i rok w IKN ODN w Łodzi, która nosi tytuł „O mojej pracy resocjalizatora „trudnych” dziewcząt” – proponuję drugą zapowiedzianą część:

 

 

Kolejne lata działalności w TWP – o profilaktyce narkomanii i problemach dojrzewania

 

Aby „wejść w temat” muszę odwołać się do opowieści z eseju „O tym, że nie tylko dydaktyką i pracą naukową żyłem”, w którym opisałem początki mojej działalności w Towarzystwie Wiedzy Powszechnej. Tych którzy nie pamiętają opisanej tam historii odsyłam do specjalnie przygotowanego pliku z wybranym fragmentem opisanej tam historii – TUTAJ 1

 

W tym miejscu przypomnę jedynie, że wspominam  tam nie tylko okoliczności zostania członkiem i prelegentem TWP, ale także o tym, jak to „koronnym” tematem moich prelekcji do uczniów w starszych klasach szkół podstawowych i w szkołach  ponadpodstawowych stała się problematyka wychowania seksualnego. Ten fragment wspomnień podsumowałem zdaniem: „W okresie dwudziestu kilku lat mojej prelegenckiej aktywności takich spotkań z obszaru wychowania seksualnego odbyłem kilkaset…

 

Jako że tamta opowieść kończyła się na roku 1983 przywołaniem faktu, iż „moja działalność w TWP została doceniona poprzez przyznanie mi w 1982 roku Srebrnej Odznaki Honorowej ‚Zasłużony Popularyzator Wiedzy TWP’”, teraz pociągnę ją dalej.

 

Muszę tu przypomnieć, że to zapotrzebowanie na osoby podejmujące się prowadzenia spotkań z młodzieżą na tematy problematyki seksuologicznej wzięło się stąd, że w 1973 roku Ministerstwo Oświaty i Wychowania wprowadziło do szkół nadobowiązkowy program „Przysposobienie do życia w rodzinie socjalistycznej”. Tylko od osoby prowadzącej zależał sposób przedstawienia tej ważnej dla młodych ludzi w okresie dojrzewania problematyki, a ów przymiotnik pełnił jedynie funkcje „alibi”, umożliwiającego prezentowanie uczniom polskich szkół tej tak ważnej w okresie dojrzewania problematyki.

 

Przez kolejne lata, także te w których pracowałem jako wychowawca w III PMOW na Drewnowskiej, także nie unikałem podejmowania się tej tematyki. Ale od wakacji 1983 roku, podczas których odbyłem dwutygodniowy staż w monarowskim ośrodku w Głoskowie [Zobacz TUTAJ] pojawił się drugi, równie ważny, a okresami nawet spychający wychowanie seksualne na drugi plan, temat. Była nim profilaktyka narkomanii – również bardzo często zamawiana przez szkoły w TWP.

 

Już od pierwszych miesięcy po przyjeździe z Głoskowa podjąłem bardzo intensywnie działania dla poszerzenia i ugruntowania mojej wiedzy o mechanizmach uzależnienia od narkotyków i o sposobach zapobiegania narkomanii w środowisku młodzieży. Pierwszym krokiem było sformalizowanie moich więzów z MONAR-em w ten sposób, że zostałem członkiem tego stowarzyszenia. Dzięki temu miałem ułatwiony dostęp do aktualnych materiałów o tym uzależnieniu i częsty kontakt z jego liderami – w tym i z Markiem Kotańskim.

 

 

Przy okazji opowiem, że kiedy podczas jednego z pobytów na zajęciach moich studiów podyplomowych na Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie wyrwałem się po południu w odwiedziny do Głoskowa, zastałem tam Kotańskiego z grupą najbliższych współpracowników, gorąco nad czymś debatujących. Gdy wszedłem do pokoju, po chwili gorących powitań, nagle Kotan wykrzyknął: „Z nieba nam spadłeś! Ty będziesz najlepszym kierownikiem w Rybienku!” Na moje pytanie: „O co chodzi, jakie Rybienko, jaki kierownik?” dowiedziałem się, że w eksperymentalnym ośrodku dla młodzieży w Rybienku koło Wyszkowa musieli nagle odwołać jego kierownika i właśnie od kilku godzin nie maja pomysłu kto powinien tą placówkę teraz poprowadzić. I Kotański, z typową dla siebie żywiołowością decyzji, już mnie prawie mianował tym kierownikiem, przekonując pozostałych o moich walorach i kompetencjach.

 

Wystarczyło abym wtedy powiedział „tak” – i moja biografia wyglądałaby od tamtego dnia zupełnie inaczej. Ja jednak podziękowałem za uznanie i zaufanie, ale odmówiłem, mówiąc, że mam już 42 lata, że mam w Łodzi rodzinę, mam syna trzynastolatka w podstawówce, że nie zostawię wszystkiego i nie przyjadę do Wyszkowa na nieznane, a już na pewno żony i syna tam nie przeprowadzę.

 

Nie powiem – od tamtego wieczora znacznie ochłodły moje z Kotańskim relacje…

 

Ale na tym źródle informacji o zjawisku narkomanii nie poprzestałem. Jeszcze w 1984 roku zostałem członkiem Towarzystwa Zapobiegania Narkomanii i uczestniczyłem w kilku organizowanych przez to stowarzyszenie konferencjach. Nie zachowały się z tych wydarzeń żadne materiały, ale pamiętam, że na jednej z nich, która odbywała się w Pałacu Kultury i Nauki, zawarłem znajomość z jednym z liderów TZN (jego nazwisko także zatarło się w mej pamięci), bardzo aktywnym w działaniach na polu leczenia narkomanów profesorem, który doradził mi kilka dobrych na ten temat lektur.

 

Także i moje macierzyste TWP potraktowało problematykę narkomanii priorytetowo, organizując w marcu 1984 roku, wspólnie z Ministerstwem Zdrowia i Opieki Społecznej oraz Ministerstwem Oświaty i Wychowania seminarium na ten temat.

 

Ja także nie zasypiałem przysłowiowych gruszek w popiele – podejmowałem się coraz to bardziej rosnącej ilości prelekcji na te tematy, nie tylko do młodzieży, ale także do rad pedagogicznych szkół, a także do rodziców, które dostarczały mi materiałów do pogłębionych refleksji o metodyce zapobiegania narkomanii, realizowanej w formule pogadanek. Ich zwieńczeniem był poradnik, który napisałem z zamiarem upowszechnienia go wśród prelegentów TWP, chcących także podejmować się takiej działalności. Poradnik został wydany przez Zarząd Główny TWP w formie broszur i rozesłany do wszystkim oddziałów wojewódzkich.

 

Czytaj dalej »



Od wychowawcy dziewcząt z problemami do propagatora wychowania seksualnego

 

Realizując zapowiedź, daną w zakończeniu poprzedniej części moich wspomnień Esej wspomnieniowy cz. IV.7. Jak szukałem nowej pracyw zdaniu: „O kolejnych latach mojej pedagogicznej pracy, aż do „epokowego” przełomu w 1988 roku, opowiem w kolejnym, już V rozdziale moich wspomnieniowych esejów, który będzie nosił tytuł „Od wychowawcy dziewcząt z problemami do propagatora wychowania seksualnego”, przystępuję do kolejnej części mojej opowieści. Tym razem będzie to materiał trzyczęściowy:

 

1.O mojej pracy resocjalizatora „trudnych” dziewcząt.

 

2.Kolejne lata działalności w TWP – o profilaktyce narkomanii i problemach dojrzewania

 

3.Ponowna zmiana pracodawcy na IKN ODN i XXIII LO w Łodzi.

 

 

x           x           x

 

 

O mojej pracy resocjalizatora „trudnych” dziewcząt

 

O tym jak doszło do tego, że od 1 września 1983 roku moim nowym miejscem pracy stał się III Państwowy Młodzieżowy Ośrodka Wychowawczy w Łodzi opowiedziałem już w poprzednim odcinku moich wspomnień – TUTAJ

 

Foto: www.facebook.com/mow3lodz

 

Budynek, który w początku lat osiemdziesiątych XX wieku stał się siedzibą III Państwowego Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego (III PMOW) – od 1986 roku noszącego imię Marii Grzegorzewskiej. Ośrodek ten funkcjonuje tam nadal pod nazwą Młodzieżowy Ośrodek Wychowawczy nr 3 im. Marii Grzegorzewskiej. [Zdjęcie współczesne.]

 

 

Na początek kilka informacji organizacyjnych. III PMOW był ośrodkiem dla dziewcząt, w którym przebywało – w pięciu grupach – ok. 60 wychowanek w wieku od 13 lat do pełnoletniości lub do ukończenia zasadniczej szkoły zawodowej, nauczającej w zawodzie krawcowej. W ośrodku działały dwie szkoły specjalne dla niedostosowanych społecznie: szkoła podstawowa z klasami V – VIII i Zasadnicza Szkoła Odzieżowa. Nie licząc nauczycieli przedmiotów ogólnokształcących i zawodowych – na etacie wychowawcy pracowało tam kilkanaście osób – kobiet i mężczyzn. O ile szkoły funkcjonowały tylko w dni robocze, to wychowawczynie i wychowawcy pracowali we wszystkie dni tygodnia, w których dziewczyny były w szkole – od godziny kiedy kończyły one zajęcia szkolne – teoretyczne lub praktyczne, do godziny 22-ej, a także w niedziele i święta. Ponadto jedna/jeden wychowawczyni/wychowawca dyżurował(-a) w godzinach nocnych – od 22-ej do 8-ej dnia następnego. W dalszej części opowieści o pracy w III PMOW, dla ułatwienia relacji, będę używał wyłącznie formy „wychowawcy” – zawsze w znaczeniu „kobiety i mężczyźni”.

 

Grupy wychowawcze kompletowane były według zasady, że wychowanki były uczennicami tej samej lub „sąsiedniej” klasy szkoły podstawowej lub szkoły zawodowej.Ta zasada wynikała z potrzeb organizacji pracy wychowawców – dzięki temu że dziewczyny kończyły lekcje w szkole o tej samej porze i można było dopasować godziny rozpoczęcia dyżuru wychowawcy. Ja zostałem przydzielony do grupy drugiej, w której były dziewczyny uczące się w Zasadniczej Szkole Odzieżowej, w której pracowałem w parze z Bożeną Kwasiborską, pracującą tam w tej roli już od wielu lat. Ale dyżury wychowawcze z naszą grupą miała także… Lili Madalińska. Bo III PMOW był jej placówką „bazową” – jako wizytatora-metodyka ds. profilaktyki i resocjalizacji.

 

 

Na zdjęciu wychowanki grupy II w towarzystwie dyrektora Zbigniewa Gaberkowicza (siedzi w pierwszym rzędzie w środku) oraz wychowawców: Bożeny Kwasiborskiej (po lewej stronie) i piszącego te wspomnienia (po stronie prawej). Zdjęcie zrobiono prawdopodobnie w dniu nadania Ośrodkowi imienia Marii Grzegorzewskiej.

 

 

I jeszcze jedna informacja z kategorii prawno-organizacyjnycj, która wszak jest ważna dla kontekstu obrazu tej mojej nowej pracy. Otóż może nie wszyscy czytający te wspomnienia wiedzą, że wychowawca w placówce typu młodzieżowy ośrodek wychowawczy podlegał Ministerstwu Edukacji Narodowej i obowiązywała tam także Karta Nauczyciela. Co za tym idzie – to ta ustawa regulowała czas pracy i zasady wynagradzania. W latach osiemdziesiątych etat wychowawcy w tego typu placówce to 24 godziny zegarowe w tygodniu. Natomiast wynagrodzenie było określane według tych samych zasad jak dla nauczycieli szkolnych, to znaczy w zależności od poziomu wykształcenia i stażu pracy, ale z powodu „trudnych warunków pracy” zwiększone o 60%. Także Karta Nauczyciela regulowała liczbę dni urlopu – jak dla placówek nieferyjnych, czyli 42 dni.

 

Nie wchodząc w szczegóły: z powodu potrzeby zapewnienia opieki wychowawczej nad dziewczynami przez wszystkie dni tygodnia, także w niedziele i święta oraz ferie szkolne, a także co kilka tygodni pełnienie nocnego dyżuru, opłacanego z dodatkiem za pracę w nocy – do podstawowej pensji, obok owego dodatku za trudne warunki pracy dochodziła spora kwota za godziny ponadwymiarowe, co w sumie czyniło miesięczną wypłatę znacząco wyższą od tej, którą mógłbym dostawać, gdybym zrobiwszy doktorat, pracował jako adiunkt na UŁ. Także o wiele, wiele wyższą, niż miałbym w wojewódzkiej poradni. Można więc powiedzieć, iż sprawdziło się powiedzenie, że „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło...

 

Ale nic darmo…

 

Pierwszą „ceną” były godziny pracy. Średnio 4 razy w tygodniu wychodziłem z domu około 13-ej i wracałem dobrze po 22-ej. O pracy – co prawda tylko „od czasu do czasu” – w niedziele, oraz o owych „nockach” już informowałem. Ale były to także dyżury w dni świąteczne.

 

Drugą „specyficzną” cechą tej pracy było jej „twórcze improwizowanie”, czyli w odróżnieniu od pracy nauczyciela, który ma obowiązek realizowania ministerialnego programu nauczania, wychowawca tak naprawdę realizował swój autorski program działań wychowawczo-resocjalizacyjnych, w znacznym procencie powstający jako reakcja na zaistniałą „tu i teraz” sytuację. Bo niezależnie od tego co sobie zaplanował na dany tydzień, na ten konkretny dzień – i tak o tym co będzie z dziewczynami robił zawsze zależało od nieprzewidywalnych, przypadkowych zdarzeń, od zachowań konkretnych dziewczyn, albo od aktualnej sytuacji w grupie, będącej wypadkową zupełnie nieprzewidywalnych czynników.

 

 

x          x          x

 

 

Nie bójcie się, nie będę tu opisywał wszystkich moich dni spędzonych w Ośrodku przy Drewnowskiej. Na całe szczęście, nawet gdybym chciał, to czas zrobił swoje i niewiele już z tamtego okresu pamiętam. Ale, tak dla ilustracji, o kilku zdarzeniach opowiem. Lecz zanim o tym – dla uspokojenia purystów prawa oświatowego, najpierw o moich pierwszych studiach podyplomowych.

 

Jak wiadomo – podejmując pracę w ośrodku wychowawczym powinienem mieć kwalifikacje z obszaru pedagogiki resocjalizacyjnej. Jako że takich nie miałem – zostałem zatrudniony warunkowo: że w najbliższym możliwym terminie uzupełnię moje wykształcenie. A możliwe to było wyłącznie w trybie zaocznych studiów podyplomowych w Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie. Na rozpoczęcie nauki w roku akademickim 1983/84 szans już nie miałem, dlatego studentem owej szacownej uczelni zostałem dopiero w październiku 1984 roku. Studia te trwały trzy semestry. Realizowałem program studiów w zakresie pedagogika specjalna – resocjalizacja. Niestety nie pamiętam żadnych konkretnych szczegółów, nazw przedmiotów i nazwisk wykładowców. Zaginął gdzieś indeks. Nie wiem co spowodowało, że jedyną osobą, której personalia mogę dziś podać, to psycholog – profesor Kazimierz Pospiszyl. Być morze to pod jego kierunkiem pisałem pracę dyplomową. Bezsprzecznie miałem z nim zajęcia, zapamiętałem je nie tylko jako ciekawe, ale bardzo wartościowe – w znaczeniu przydatne w mojej codziennej pracy z dziewczynami.

 

A jedynym materialnym „świadkiem” tych studiów jest znaleziony w domowym archiwum rękopis pisanej wtedy pracy (być może była to nawet praca dyplomowa), której tytuł jest kolejnym dowodem jak bardzo właśnie ten temat stał się moim „prelegenckim” hobby prowadzonej w tym czasie działalności w TWP: „Analiza porównawcza systemów resocjalizacji narkomanów: „SYNANON” w USA i „MONAR” w Polsce”.

 

Studia ukończyłem 27 kwietnia 1986 roku – inny by się chwalił, ja jedynie poinformuję: „z wynikiem bardzo dobrym”. Od tej pory byłem już w pełni wykwalifikowanym nauczycielem-wychowawcą w III PMOW w Łodzi.

 

 

x          x          x

 

 

A teraz kilka „fleszy pamięci” o mojej tam pracy. Z oczywistych powodów (w pamięci najsilniej utrwalają się wydarzenia niestandardowe)  nie będą to opowieści o codziennych dyżurach wychowawczych. Bo one były – z jednej strony – zrutynizowane porządkiem dnia (posiłki, odrabiane lekcji, przygotowania do snu), zaś z drugiej strony – nieprzewidywalne, bo zależne od indywidualnych problemów i stanów psychicznych dziewczyn i przez to szybko zacierające się w pamięci, bo po nich następowały wciąż nowe i nowe, każdego kolejnego dnia…

 

Oto co z owych niecodziennych wydarzeń pamiętam do dziś, choć upłynęło od tamtych dni ponad trzydzieści lat.

 

Czytaj dalej »



Osiem lat w akademickim świecie. Od dumy do rozczarowania

 

Jak szukałem nowej pracy i kto mi w tym przeszkadzał

 

Realizując zapowiedź daną w zakończeniu części IV.6 moich wspomnień „Moje prace dodatkowe i warte wspomnienia wakacje”, że „opowiem o moich poszukiwaniach „nowego miejsca zawodowego życia”, i że jest to „historia – z wielu powodów – warta utrwalenia. Dla pamięci potomnych „jak wtedy bywało”…” – przystępuję do opowieści o tym „pouczającym” doświadczeniu polityczno-historycznym:

 

Jak już wiecie – o tym, że nie będę już kontynuował kariery naukowca na UŁ, decyzję podjąłem ponad rok przed terminem wygaśnięcia mojej umowy o pracę na stanowisku starszego asystenta w Katedrze Pedagogiki Społecznej UŁ. I po wakacjach 1982 roku zacząłem informować zaprzyjaźnione kręgi i osoby, że szukam pracy w wyuczonym zawodzie.

Pierwszym, i jak się okazało – bardzo owocnym dla moich poszukiwań wydarzeniem – było zimowisko w Karpaczu, jakie na przełomie lat 1982/1983 zorganizowała Komenda Chorągwi Łódzkiej ZHP (KChŁ) dla „zasłużonych instruktorów – z rodzinami”. Zostałem tam zaproszony i wraz z żoną Krystyną (wszak także instruktorką, choć wtedy już „w stanie spoczynku”) i niespełna dziesięcioletnim synem Kubą, spędziliśmy tam mile ten czas – z powitaniem nowego 1983 roku włącznie. Na owym zimowisku byli także małżonkowie Wiesława i Bogusław Śliwerscy z synami i wiele innych znanych nam harcerskich małżeństw. Ale był tam także wicekurator Roch Kopacki, zaproszony tam, dla „ocieplenia relacji” między KChŁ a ŁKOiW przez ówczesnego komendanta chorągwi – Pawła Babija.

 

Kilka słów informacji: Paweł Babij jeszcze parę lat wcześniej był moim „kolegą z pracy” – gdy w 1978 roku skończył studia na pedagogice i po obronie pracy magisterskiej został asystentem w Zakładzie Teorii Wychowania na UŁ. Dzielił biurko ze starszym (stażem) o rok Bogusławem Śliwerskim. Wcześniej Paweł był instruktorem harcerskim – działał najpierw w Hufcu Górna, a od kadencji Maćka Łukowskiego jako komendanta Hufca Polesie – także w moim macierzystym hufcu.. A kiedy latem 1981 roku otrzymał propozycję pracy w Głównej Kwaterze ZHP, którą przyjął, rozstał się, jak się okazało – na zawsze, z karierą pracownika nauki. Gdy w roku 1982 w KChŁ powstał kryzys kadrowy” – został tam komendantem. I to on zorganizował to „rodzinne” zimowisko w Karpaczu.

 

Z kolei o Rochu Kopackim wypada abym poinformował, że w gronie ówczesnego kierownictwa Łódzkiego Kuratorium Oświaty i Wychowania to do jego zakresu obowiązków należał nadzór nad kształceniem ogólnym i sprawami wychowania – w szerokim tego słowa rozumieniu. I ten fakt ma w tej historii istotne znaczenie.

 

To podczas owego podsudeckiego relaksu, z nocą sylwestrową w roli głównej, w ramach powszechnego w tym towarzystwie „starych znajomych” „tykania się”, także ja z owym wicekuratorem przeszliśmy „na ty”. I to jest pierwszy, istotny dla dalszych wypadków, fakt.

 

Drugim, o którym wspomniałem już kiedy opowiadałem o okolicznościach mojego pierwszego spotkania z Markiem Kotańskim, był ten zbieg okoliczności, że w czasie kiedy ja szukałem pracy, w łódzkim KOiW była zatrudniona jako wizytator metodyk ds. profilaktyki niedostosowania społecznego dzieci i młodzieży Lili Madalińska – moja dobra znajoma z czasów wspólnej działalności z zuchami w Hufcu ZHP Łódź-Polesie. A znaliśmy się od 1961 roku, kiedy ja prowadziłem na Nowym Złotnie drużynę zuchów-chłopców „Kaczora Donalda”, a ona w szkole na Osiedlu im. Montwiłła Mireckiego – drużynę zuchów-dziewcząt „Myszki Miki”. Przypomnę jeszcze, że to ona, będąc wówczas namiestnikiem zuchów w naszym hufcu, prowadziła owo zgrupowanie kursowe w Harkabuzie na Orawie w 1964 roku, na którym ja byłem komendantem kursu dla kandydatów na drużynowych zuchów.

 

A w tamtych czasach słowa pieśni śpiewanej w kręgu „druh druhowi druh” nie były tylko pustym sloganem, a zasadą wcielaną w życie na co dzień, niezależnie od upływających lat…

 

I to Lilka Madalińska, podczas naszego spotkania z Kotańskim, poinformowała mnie, że właśnie zakończyła się ministerialna kontrola jej „działki” kuratoryjnych obowiązków i jedynym zaleceniem pokontrolnym był wniosek o potrzebie wzmocnienia kadrowego, czyli zatrudnienia drugiej osoby z tym samym zakresem obowiązków. I stąd wziął się pomysł, abym to ja na ten nowy etat został zatrudniony. Madalińska obiecała porozmawiać o tym z wicekuratorem Kopackim. Po kilku dniach skontaktowałem się z nim w tej sprawie. Usłyszałem, że nie ma do tego projektu zastrzeżeń i że wrócimy do sprawy „we właściwym czasie”, aby ją sfinalizować.

 

Mając w pamięci tamte ustalenia, tak gdzieś na początku lipca, zapowiedziałem się z wizytą u wicekuratora Kopackiego, aby rozpocząć procedurę zatrudnienia mnie w kuratorium. Spotkanie odbyło się w przyjacielskiej atmosferze, a jego efektem było ustalenie, że mam za tydzień przyjść z podaniem i życiorysem. (pojęcia CV wtedy nie znano).

 

Foto: www. pl.wikipedia.org

 

W tym skrzydle kompleksu budynków, będących siedzibą Urzędu Miasta i Urzędu Wojewódzkiego, od strony Placu im. Komuny Paryskiej, na II pietrze, do 1991 roku mieściło się Kuratorium Oświaty i Wychowania. (okna KOiW zaznaczone obwódką)

 

Po tygodniu zapukałem do gabinetu wicekuratora Rocha Kopackiego z owymi pismami. Już po chwili wyczułem całkiem zmienioną atmosferę. Zaczęło się od „kawa czy herbata”, a przy kawie, po kilku zdaniach rozmowy „o niczym” usłyszałem: „Ja cię bardzo przepraszam, ale sytuacja się zmieniła. Okazało się, że jednak nie otrzymaliśmy tego dodatkowego etatu wizytatora-metodyka.”. Podczas dalszej części rozmowy dowiedziałem się, że mam się nie martwić, bo on już znalazł rozwiązanie, że jest po rozmowie z dyrektorem Wojewódzkiej Poradni Wychowawczo-Zawodowej (WPW-Z), z którym uzgodnił, że będę zatrudniony w tej placówce – z tym samym zakresem obowiązków, jaki miałbym na etacie kuratoryjnym. I abym jak najszybciej zadzwonił do poradni i umówił się w sprawie zatrudnienia z jej dyrektorem.

 

Uspokojony, choć zaskoczony – pożegnałem się, dziękując mojemu rozmówcy za tą inicjatywę.

 

Czytaj dalej »



Osiem lat w akademickim świecie. Od dumy do rozczarowania

 

Moje prace dodatkowe i warte wspomnienia wakacje

 

Kończąc poprzednią 5. część roz. IV poinformowałem, że zanim opiszę miesiące i tygodnie, poprzedzające podjęcie nowej pracy – po wygaśnięciu umowy o pracę na UŁ, dotrzymam słowa i napiszę obiecaną już część, w której będzie o moich pracach dodatkowych (poza UŁ) i o tym, co robiłem podczas wakacji – prywatnie. W pierwszej części roz. IV. napisałem:

 

Będą jeszcze dwie części, swoiste aneksy do owej historii o pracy na UŁ. Pierwsza – to wspomnienie kolejnych (w latach 1976 i 1977) obozów harcerskich (z Kubusiem) oraz krótka opowieść o mojej wakacyjnej „przygodzie” w Szwecji, którą przeżyłem latem 1978 roku, a której nie mogą pominąć z powodu jej związku z wcześniejszymi wspomnieniami, w których już kilkakrotnie pojawiał się Lucek – ten poznany w 1964 roku na obozie w Harkabuzie. W drugim aneksie wspomnę o dwu miejscach pracy poza uczelnią, na które otrzymałem zgodę „pierwszego pracodawcy”, a którymi były: Studium Pracowników Socjalnych (tak nazwę tej szkoły zapamiętałem) oraz Zespół Szkół Budowlanych nr 3 przy ul. Kilińskiego 159 w Łodzi.

 

Po przemyśleniu tego pomysłu i wstępnej analizie materiałów którymi dysponuję, postanowiłem, że o wszystkim zapowiedzianym wtedy napiszę w jednym „aneksie”, i to w odwrotnej kolejności. Postanowiłem tę część o numeracji IV.6. zatytułować „Moje prace dodatkowe i warte wspomnienia wakacje”.

 

Zacznę od pracy w owym studium, którego nawę podałem poprzednio mylnie, jako „Studium Pracowników Socjalnych”. Bo też tak ten ośrodek kształcenia pracowników socjalnych zapamiętałem – prawdopodobnie dlatego, że po raz pierwszy jego progi przekroczyłem jeszcze w czasie, gdy w ramach urlopu z marynarskiej służby w Gdyni (najprawdopodobniej był to 1967 rok), po tym kiedy dowiedziałem się że uczy się tam Lucek (ten z Harkabuza i późniejszego wspólnego autostopu), i gdy pochwalił się on, że ma tam wykłady psychologii z dr Natalią Han-Ilgiewicz. I to wtedy, oczywiście w cywilnym stroju, postanowiłem „przemycić się” na jej wykład. Co z powodzeniem zrealizowałem. I właśnie wtedy byłem tam po raz pierwszy.

 

x          x          x

 

Dlaczego przypominam to wydarzenia właśnie teraz? Bo ma to swój „smaczek” – w ramach całej narracji mojej biografii oraz wyjaśni dlaczego tak zależało mi na spotkaniu z panię doktor Han-Ilgiewicz. A przede wszystkim dlatego, abym mógł opowiedzieć o pewnym epizodzie z okresu kiedy byłem uczniem XVIII LO, o którym zapomniałem wspomnieć, gdy pisałem tamten rozdział moich opowieści. Bo to co się wtedy wydarzyło, po latach traktowałem jako rodzaj proroctwa, przepowiedni, a co było po prostu trafnym zdiagnozowaniem moich predyspozycji.

 

Zacząć muszę od tego, że już jako uczeń liceum byłem stałym czytelnikiem jedynej wówczas w Łodzi wypożyczalni książek z wolnym dostępem do półek. Meściła się ona na parterze Łódzkiego Domu Kultury. I ja – jako dobry czytelnik – byłem częstym gościem gmachu przy ul. Traugutta. Dzięki temu mogłem systematycznie czytać liczne ogłoszenia o organizowanych w ŁDK przedsięwzięciach. Miedzy innymi zainteresowało mnie ogłoszenie o „wykładach otwartych” z psychologii, które prowadziła tam raz w tygodniu, wtedy jeszcze mi nieznana, pani dr Natalia Han-Ilgiewicz. Postanowiłem pójść i wysłuchać co też ciekawego mówi się na takich spotkaniach. Nie mogłem wówczas przewidzieć, że to co się tam wydarzy będzie miało swoje konsekwencje dla podejmowanych przeze mnie w przyszłości decyzji. I – oczywiście – że stanie się to motywem mojego dążenia do posłuchania wykładu Pani Natalii ponownie – i to po tylu latach…

 

Otóż, akurat tego dnia pani doktor opowiadała o testach osobowości – jaka jest ich funkcja w diagnostyce psychologicznej oraz o ich zastosowaniu w pracy wychowawczej z młodzieżą.

 

I najdłużej demonstrowała test, którego nazwy po owych prawie 60-u latach nijak nie mogłem sobie przypomnieć. Dopiero konsultacja ze znajomą profesor psychologii pozwoliła mi ustalić, że był to test Szondiego, o którym znaleziona w Internecie informacja upewniła mnie, że to był właśnie ten test:

 

W ramach testu, każdy badany otrzymywał zestaw 6 serii zdjęć, na których umieszczono po 8 twarzy. Zadaniem badanego było wskazanie w każdej serii dwóch najbardziej zdaniem badanego sympatycznych portretów i dwóch najmniej sympatycznych. […] test miał […] pokazywać […] w jaki sposób badany podejmuje decyzję i w jakim kierunku zmierza.”

[Źródło: www.pozmierzchuprzedswitem.blogspot.com/]

 

 

Po wykładzie dr Han-Ilgiewicz zaproponowała,, że jeśli ktoś chce, to ona może go zdiagnozować tym testem. Z tego co pamiętam, to zgłosiłem się tylko ja jeden. I już po kilkunastu minutach wysłuchałem taką oto diagnozę (odtwarzam z pamięci): Masz łatwość nawiązywania kontaktów z ludźmi, jesteś predestynowany do pracy z zespołami ludzkimi, masz zdolności przywódcze”.

 

Teraz już wiecie skąd moja atencja do Natalii Han-Ilgiewicz. Dodam jeszcze, że dowiedziawszy się od niej jakie książki wydała – niezwłocznie je zakupiłem. A były to:

-”Potrzeby psychiczne dziecka”

-”Nieznośni chłopcy”

-”Trudności wychowawcze i ich tło psychiczne”

Zwłaszcza ta druga książka bardzo mnie zainteresowała – wtedy jako drużynowego chłopięcej drużyny zuchów. A wszystkie one były moim pierwszym kontaktem z wiedzą o psychice młodych ludzi. Wielokrotnie wracałem do ich lektury w późniejszych latach, kiedy – w różnej formalnej roli i w różnych placówkach – pracowałem jako wychowawca.

 

 

A po latach, konkretnie w 1975 roku, kiedy dowiedziałem się że wyszła książka jej autorstwa pt. „Mozajkowe ścieżki”, będąca opowieścią o jej „przeszłości pedagogicznej”, niezwłocznie ją kupiłem i przeczytałem „od deski do deski”. Do dziś mam ją „pod ręką” na półce mojej domowej biblioteki i wracam do lektury jej fragmentów. W pewnym stopniu stała się ona inspiracją pomysłu, abym spisał moje wspomnienia z bycia wychowawcą…

 

x          x          x

 

Teraz kolejny przeskok czasowy – wracam do głównego nurtu wspomnień. W 1975 roku ta kształcąca pracowników socjalnych szkoła nosiła już nazwę „Medyczne Studium Zawodowe Wydział Pracowników Socjalnych”. Była to dwuletnia szkoła pomaturalna, w której od dawna był zwyczaj zatrudniania w roli wykładowców nauczycieli akademickich z Zakładu Pedagogiki Społecznej. Mieściła się ona w oficynie posesji, której frontową budowlą był tzw. Palac Haertiga przy ul. Piotrkowskiej 234/236, który wówczas był siedzibą Łódzkiego Zarządu Okręgowego PCK . Dziś tamtych budynków już nie ma – zostały wyburzone. Na ich miejscu powstały nowe, które są siedzibą Towarzystwa Ubezpieczeń i Reasekuracji „Warta” .

 

Foto: www.urbanity.pl

 

Pałac Augusta Haertiga, Piotrkowska 234/236. Zdjęcie współczesne.

(Obwódką zaznaczono część budynku, którego w latach siedemdziesiątych nie było)

 

 

Na wykłady z pedagogiki społecznej skierowała mnie tam pani doc. Lepalczyk, jak pamiętam – było to w II półroczu roku 1975/1976. Wspomnienie, które tu przywołuję nie dotyczy zajęć (bo o tych nic wartego przywołania nie pamiętam), a egzaminów końcowych. Tak się złożyło, że w wyznaczonym dniu nie przeegzaminowałem wszystkich słuchaczy (oczywiście były także słuchaczki) w siedzibie Studium – pozostałych kilka osób zaprosiłem na mój dyżur na UŁ – na ulicę Uniwersytecką.

 

Wyznaczonego dnia stawiło się owych kilka osób – w tym także słuchacz o imieniu Arkadiusz, z którego egzaminem miałem wówczas pewien dylemat. Pamiętałem go z zajęć jako studenta aktywnego, który często zabierał głos, zadawał pytania, jednak na ten egzamin przyszedł wyraźnie nieprzygotowany. Po serii moich pytań i „cienkich” odpowiedzi wziąłem jego indeks i wpisując mu ocenę skomentowałem: „Wiem, że stać pana na dużo więcej. Dziś nie mogę panu postawić nic innego, jak 3+. Ale proszę się tym nie załamywać. Zapraszam pana za rok na egzamin wstępny na pedagogikę.

 

Minął prawie rok. Wiosną 1976 roku byłem sekretarzem Komisji Rekrutacyjnej na pedagogikę, gdy na mój dyżur przyszedł… ów ubiegłoroczny słuchacz owego Medycznego Studium Zawodowego. Przyprowadził jeszcze ze sobą kolegę – Mirosława. Poinformowali mnie, że właśnie złożyli dokumenty na pedagoikę i że przygotowują się do egzaminu wstępnego.

 

Egzaminy zdali, obaj zostali studentami: Arkadiusz – na kierunku pedagogika szkolna, a Mirosław – pedagogika opiekuńcza. Prace magisterskie obronili w 1981 roku. Arek został na uczelni – jako asystent w Katedrze Teorii Wychowania, lecz po latach – podobnie jak ja – odszedł z uczelni Wiele lat pracował jako wychowawca w domu dziecka w Grotnikach, a ostatnio, już od wielu lat, jest pracownikiem ŁCDNiKP, gdzie w Ośrodku Doradztwa Zawodowego jest konsultantem doradztwa zawodowego.

 

Zaś Mirosław poszedł do pracy „w zawodzie”: między innymi pracował w ośrodku dla dzieci niedowidzących przy ul. Dziewanny, cztery lata zajmował się dziećmi w domu małego dziecka przy ul. Lnianej, a od 2001 roku jest . . . . jako jedyny, chyba nie tylko w Łodzi, kierownikiem jednego z łódzkich żłobków.

 

I tak, po raz kolejny, mogłem przekonać się jak bardzo nieprzewidywalne i brzemienne w dalekosiężne skutki mogą być nasze słowa…

 

x          x          x

 

Foto:www.facebook.com/LodzkieTargiEdukacyjne/

 

W tym budynku w1978 roku działał Zespół Szkół Budowlanych nr 3.

(Zdjęcie współczesne)

 

 

W zupełnie innych okolicznościach doszło do mojej kolejnej pracy dodatkowej – w Zespole Szkół Budowlanych nr 3 przy ul. Kilińskiego 159. Otóż 1 września 1978 roku jego dyrektorem został pan Djakow (imienia nie znam). Fakt ten jest w tej historii kluczowy – bo był to mąż mojej koleżanki z Zakładu – pani dr Izy Muchnickiej-Djakow. I to ona, wiedząc o mojej działalności prelegenckiej w TWP, w tym o tym że podejmuję się tam problematyki wychowania seksualnego, dowiedziawszy się, że jej mąż szuka nauczyciela do prowadzenia w tej szkole zajęć z pdż, namówiła mnie, abym się tego podjął.

 

Muszę tu przypomnieć, że to zapotrzebowanie na osoby podejmujące się prowadzenia spotkań z młodzieżą na tematy problematyki seksuologicznej wzięło się stąd, że w 1973 roku Ministerstwo Oświaty i Wychowania wprowadziło do szkół nadobowiązkowy przedmiot Przysposobienie do życia w rodzinie socjalistycznej. Oczywiście – jak prawie wszystko w tamtym okresie – i ta problematyka mogła w szkołach funkcjonować wyłącznie z tym przymiotnikiem. Co nie znaczy, że nie można było realizować po prostu merytorycznych spotkań. Tylko od osoby prowadzącej zależał sposób przedstawienia tej ważnej dla młodych ludzi w okresie dojrzewania problematyki.I socjalistyczny „sos” był do tego absolutnie zbędny!

 

Od pomysłu do jego realizacji była krótka droga – także dlatego, że korciło mnie sprawdzenie siebie w roli szkolnego nauczyciela. Przyznam się, że niewiele faktów z tego zatrudnienia pamiętam, nawet dokładnej daty rozpoczęcia tej pracy – prawdopodobnie było to od 1 września 1979 roku. Wiem tylko, że musiałem nieźle sobie radzić w tej roli i z tymi tematami w owej prawie wyłącznie męskiej szkole, bo – z tego co zapmiętałem – uwzględniając, że uczestniczenie w tych zajęciach nie było obowiązkowe – na brak słuchaczy nie narzekałem. Nawet nie wiem jak długo zajęcia te prowadziłem, ale zapewne tylko jeden rok. I dziś już nie jestem w stanie przypomnieć sobie dlaczego nie dłużej.

 

Ale jedno wiem na pewno – była to znakomita praktyka, która umożliwiła mi w 1987 roku przyjęcie propozycji zatrudnienia – tym razem już w charakterze nauczyciela-metodyka – kolejnej, nowej pracy. Ale o tym opowiem we właściwym czasie…

 

Więcej prac dodatkowych w okresie zatrudnienia na UŁ nie podejmowałem.

 

 

x           x           x

 

 

Teraz powspominam miesiące letnie, z okresu gdy jako nauczyciel akademicki dysponowałem długimi wakacjami. Postanowiłem o tym napisać nie tylko z powodów kronikarskich, ale także dlatego, że niektóre z relacjonowanych tu wydarzeń będą uzupełnieniem opowiadanych wcześniej historii, a niektóre – zapowiedzią przyszłych opowieści. Uczynię to chronologicznie.

 

Czytaj dalej »



Osiem lat w akademickim świecie. Od dumy do rozczarowania

 

O moich pierwszy krokach w pracy naukowej i o jej definitywnym końcu.

 

Zgodnie ze słowami, którymi kończyłem poprzedni odcinek moich wspomnień – „ O tym, że nie tylko dydaktyką i pracą naukową żyłem”, że „wkrótce przeczytacie opowieść o tym co robił starszy asystent Kuzitowicz w ramach jego pracy naukowej” – zapraszam do tej obiecanej opowieści:

 

Już podczas pierwszej rozmowy z panią doc. Lepalczyk dowiedziałem się, że będę zatrudniony jako starszy asystent, który jest pracownikiem naukowo-dydaktycznym. Co to w praktyce może oznaczać wiedziałem w odniesieniu do dydaktyki. Wszak jako student byłem przez pięć lat „obserwatorem uczestniczącym” tej roli – w wykonaniu moich nauczycieli akademickich. Ale na czym będzie polegała moja praca naukowa – miałem mętne wyobrażenie…

 

Jej pierwszym, niejako oczywistym obowiązkiem, było uczestniczenie w seminariach pedagogiki społecznej, czyli cyklicznych spotkaniach pracowników Zakładu i zaproszonych gości – także z innych uczelni w Polsce – podczas których wygłaszano referaty i „doniesienia z badań”, a „młodzi pracownicy nauki” referowali fragmenty swoich przygotowywanych prac doktorskich.

 

Jednak bardzo szybko kierowniczka Zakładu zmobilizowała mnie do kolejnej formy owych naukowych obowiązków, jakim były publikacje naukowe. Na początek poleciła mi napisanie artykułu, który będzie streszczeniem mojej pracy magisterskiej. I tak powstała moja pierwsza publikacja, opatrzona – oczywiście – tytułemOśrodek szkolno-wychowawczy”, który wszedł do II części pracy zbiorowej pt. „Pedagogika opiekuńcza”, jaka pod redakcją Ireny Lepalczyk i Brygidy Butrymowicz była wydawana przez Instytut Kształcenia Nauczycieli i Badań Oświatowych w Łodzi. Część II ukazała się drukiem w 1976 roku.

 

Drugą publikacją, której z przyczyn formalno-prawnych byłem współautorem, a która weszła do IV części tej samej serii wydawniczej, był artykuł zatytułowany „Profilaktyka wykolejenia dzieci i młodzieży. Na przykładzie działalności Milicji Obywatelskiej w Miasteczku”. Od razu muszę poinformować, że nie był to przejaw mojej nagłej miłości do MO, lecz polecenie służbowe kierowniczki Zakładu, abym zrobił artykuł z pracy magisterskiej pani Kazimiery Kubickiej pt. „Działalność prewencyjna i postpenitencjarna Milicji Obywatelskiej w Ł.” Dodam, że owa pani była funkcjonariuszką tych organów i, podobnie jak ja, terenem zbierania materiału do pracy magisterskiej uczyniła miejsce swojej pracy. A owo „Miasteczko” Ł, to był Łask…

 

 

Ale pierwszą publikacją naukową, wydaną przez Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, w której znalazły się aż trzy moje artykuły, był wydany w 1981 roku tom „Praca opiekuńczo-wychowawcza. Wybór artykułów i opracowań”, także pod wspólną redakcja Ireny Lepalczyk i Brygidy Butrymowicz. Jako pierwszy znalazł się tam artykuł „Ośrodek Szkolno-Wychowawczy” (s. 330 – 370), którego zamieszczenie w tym tomie (po drobnych poprawkach redakcyjnych) było efektem decyzji pani doc. Lepalczyk.

 

Jednak pierwszym tekstem, będącym owocem mojego studiowania źródeł naukowych, był drugi z zamieszczonych w tym tomie artykułów: „Współpraca domu dziecka ze środowiskiem” (s. 371 – 401).

 

 

Zwracam uwagę, że publikacja ta ma datę 1981 rok, czyli już po tym, jak podjąłem decyzję, że nie będę kontynuował pracy nad moim doktoratem, a kiedy miałem już za sobą pracę nad jej pierwszym rozdziałem „Problem w literaturze”. Najkrócej rzecz wyjaśniając, było to lekkie przeformatowanie tamtego materiału, który gromadzony był pod kątem opisu środowiskowego tła, zakładanego hipotetycznie, współdziałania domu dziecka z rodzicami wychowanków. Dzięki temu moja praca nad tym rozdziałem nie poszła całkowicie na marne…

 

Ale dopiero trzeci z zamieszczonych w tomie artykułów był całkowicie moją inicjatywą i wynikał z moich prawdziwych zainteresowań: „Nauczyciel-wychowawca w placówce opiekuńczej. Próba konstrukcji modelu” (s. 472 – 492). Powstał on jako owoc mojej niezrealizowanej koncepcji, aby tematem doktoratu było poszukiwanie optymalnych elementów wzorca wychowawcy, czyli: wiedzy, cech osobowościowych i kompetencji (wtedy nazywanych umiejętnościami), jakie powinien posiadać dobry wychowawca placówek opiekuńczo-wychowawczych. Artykuł ten napisałem gdy po fiasku tematu o współpracy domu dziecka z rodzicami wychowanków, zaproponowałem kierowniczce mojego Zakładu nowy doktorat – właśnie na taki temat, i kiedy usłyszałem od niej krótkie i stanowcze: „To niech pan sobie poszuka promotora gdzie indziej!”

 

I właśnie chcąc jej udowodnić, ze jest to temat nie tylko ciekawy i ważny, ale temat, który mam przemyślany i zgłębiony, napisałem ów artykuł. Poniżej zamieszczam fotokopię strony, na której jest diagram, w syntetycznej formie obrazujący owoc moich rozważań:

 

 

x          x          x

 

Zanim zaprezentuję jeszcze dwie (i ostatnie) moje publikacje naukowe, muszę informację o nich poprzedzić opowieścią o dwu jeszcze innych przejawach mojej aktywności naukowej. Pierwszą z nich było uczestniczenie w konferencjach i seminariach naukowych, poświęconych problematyce pedagogiki opiekuńczej. Pamiętam takie, organizowane w Bydgoszczy, Gdańsku, Kielcach i Warszawie. Z Bydgoszczy pamiętam jedynie, że po raz pierwszy znalazłem się w towarzystwie ludzi zajmujących się naukowo tą samą problematyka jak ja, że poznałem tam profesora Edmunda Trempałę, rektora Wyższej Szkoły Pedagogicznej – organizatora tej konferencji, wtedy pełniącego już obowiązki przewodniczącego Zespołu Pedagogiki Opiekuńczej Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN oraz liczne grono koleżanek i kolegów „po fachu”.

 

Ale dopiero z tego drugiego miasta – z Gdańska – mam do dziś pamiątkowe „materiały źródłowe”:

 

 

Uczestnicy konferencji na Uniwersytecie Gdańskim w dniach 8 – 10 listopada 1979 roku. Ja siedzę z prawej strony najlepiej widocznego stołu. (zaznaczony strzałką)

 

Ale ważniejszą pamiątką jest zachowane zaproszenie na tę konferencję.Oto strony z programem tej konferencji:

 

Czytaj dalej »



Osiem lat w akademickim świecie. Od dumy do rozczarowania

 

O tym, że nie tylko dydaktyką i pracą naukową żyłem w czasie pracy na UŁ

 

Zgodnie z zapowiedzią, którą zakończyłem poprzednią część moich wspomnień – Esej wspomnieniowy IV.3. O studenckich obozach naukowych, zapraszam do ich kolejnego fragmentu, którego tematem jest moja, prowadzona równolegle z pracą nauczyciela akademickiego, działalność społeczna.

 

Zacznę od opowiedzenia o mojej aktywności świeżo upieczonego magistra pedagogiki w roli – jak to się wówczas określało – prelegenta Towarzystwa Wiedzy Powszechnej. Wielu z czytających tę informację ma prawo mieć bardzo złe konotacje tego stowarzyszenia – jako „miękkiej” przybudówki propagandowej ówczesnej władzy. Nie przecząc tej opinii, muszę jednak powiedzieć, że – jak wszystko – także i to czym konkretnie zajmowały się poszczególne oddziały TWP zależało od osób nimi kierujących. I właśnie w Łodzi ton nadawali ludzie, którzy w ramach w jakich przyszło im działać – robili dobrą robotę.

 

Wszystko zaczęło się od tego, że podczas studiów była ze mną na roku koleżanka, która pracowała w biurze łódzkiego oddziału TWP przy ul.Piotrkowskiej. I to ona namówiła mnie, abym po ukończeniu studiów odwiedził ją tam – bo oni rozwijają właśnie nurt pracy oświatowej z rodzicami łódzkich szkół (pedagogizacja rodziców) i poszukują osób dobrze przygotowanych merytorycznie do prowadzenia pogadanek – nie tylko z rodzicami, ale i uczniami – na różne, intreresujące te środowiska, tematy. W ofercie chcieliby mieć także odczyty, wspierające nauczycieli w ich pracy wychowawczej

.

Jeszcze jesienią 1975 roku złożyłem wizytę w siedzibie Łódzkiego Oddziału TWP gdzie zostałem przedstawiony jego prezesce, którą okazała się… moja znajoma, była komendantka Hufca ZHP Łódź-Widzew (z pierwszych lat po reaktywowniu ZHP w 1956 roku)  – Freda Sołtysiak. Od razu dostałem konkretne propozycje tematów oraz adresy placówek, do których będę umawiał się na spotkania. Moją pierwszą prelekcję odbyłem w świetlicy środowiskowej na Chełmach pod Zgierzem. Słuchaczami byli okoliczni mieszkańcy w „wieku rodzicielskim”, a mówiłem – tak to dziś pamiętam – „o rozsądnym wspieraniu ich dzieci w roli ucznia”.

 

Muszę jeszcze wyjaśnić, że realizacja zadań prelegenta TWP, choć w swych funkcjach miała charakter działalności społecznej, to – w potocznym tego słowa znaczeniu – „społeczną” nie była, gdyż wygłoszenie prelekcji było usługą płatną. Każdy prelegent, dostając „zlecenie” konkretnej prelekcji, otrzymywał jednocześnie druk „delegacji”, na której były wymienione: adres, termin i temat prelekcji, oraz pozostawione miejsce na potwierdzenie jej przeprowadzenia – podpisem osoby upoważnionej oraz pieczątką instytucji, na terenie której ona się odbyła.Nie były to duże kwoty, z tego co pamiętam – dwadzieścia kilka złotych…

 

Ale nie ze względu na te pieniądze stałem się stałym i „pracowitym” prelegentem. Po prostu – każda prelekcja był swoistą premierą w teatrze „jednego aktora”. Nawet jeśli wygłaszałem kilka (a bywało, że kilkanaście, a nawet więcej) prelekcji na ten sam temat – każda z nich była do innej „widowni”, towarzyszyły jej różne okoliczności, inne były reakcje słuchaczy. I za każdym razem było to dla mnie wyzwaniem, było źródłem adrenaliny. A ta, jak wiadomo, potrafi uzależniać.

 

Niezbyt obciążający tygodniowy plan zajęć na uczelni stanowił dodatkową okoliczność sprzyjającą mojej tewupowskiej aktywności. Mogłem wieczorami upowszechniać kulturę pedagogiczną wśród rodziców uczniów, ale także nie miałem trudności, aby przyjmować zamówienia na prelekcje przedpołudniowe: do uczniów – podstawówek, liceów i zawodówek, a także wygłaszać pogadanki do nauczycieli na zebraniach rad pedagogicznych tych szkół.

 

Bardzo szybko wyrobiłem sobie markę „wziętego” prelegenta, zwłaszcza wtedy, gdy podjąłem się tematów, które – i w tamtych czasach – były swego rodzaju „gorącym kartoflem”: „Problemy dojrzewania” – w ostatnich klasach szkół podstawowych, i „Wychowanie seksualne” – w szkołach ponadpodstawowych. Prelekcje na takie tematy były bardzo chętnie zamawiane przez szkoły, bo niewielu nauczycieli było przygotowanych do tej problematyki, a także – bardzo często – krępowali się oni rozmawiać ze swoimi uczniami na „te” tematy. Zanim ja podjąłem się roli prelegenta z tego obszaru tematycznego – TWP poszukiwało prelegentów wśród lekarzy. A tych – z przygotowaniem z zakresu seksuologii – też prawie nie było. A jeśli już podejmowali się tego zadania lekarze innych specjalności, najczęściej interniści, to później do TWP docierały dość krytyczne recenzje, że „mówią fachowym, niezrozumiałym dla dzieci językiem”, że „wypowiadają się wyłącznie na tematy fizjologii organów płciowych”, że „nie chcą odpowiadać na większość zadawanych przez uczniów pytań”.

 

Wyjaśnię jeszcze jak do tego doszło, że akurat do mnie (wszak nie seksuologa) skierowano ofertę podjęcia się tych tematów prelekcji. Otóż wszystkiemu była winna owa pracująca w TWP koleżanka ze studiów, której jeszcze wtedy opowiedziałem o przypadku nastoletniego chłopca z „mojego” domu dziecka, którego przyłapano na podglądaniu dziewczynek w WC, z którym odbywałem wizyty u doktora Barczewskiego w poradni seksuologicznej, i o tym, że częste wizyty tam składane spowodowały moje zainteresowanie problematyką okresu dojrzewania oraz, że – dzięki wskazówkom doktora – przeczytałem wtedy wiele wartościowych, popularno-naukowych książek na ten temat. A ona te opowieści zapamiętała i teraz, w sytuacji kierowanych przez szkoły zapotrzebowań na prelekcje o tej tematyce, przypomniała sobie o tym. Więcej o owej historii z domu dziecka –TUTAJ

 

W okresie dwudziestu kilku lat mojej prelegenckiej aktywności takich spotkań z obszaru wychowania seksualnego odbyłem kilkaset…

 

Ale nie tylko na „te tematy” wygłaszałem prelekcje. Bardzo lubiłem i chętnie podejmowałem się spotkań, także cyklicznych, w których realizowałem misję „pedagogizacji rodziców”. Były takie szkoły, które zapraszały mnie na kolejne „okresowe” wywiadówki. Były one organizowane w ten sposób, że rodzice, zanim poszli na spotkanie z wychowawcą klasy swojego dziecka, uczestniczyli w ogólnym zebraniu, organizowanym zazwyczaj w szkolnej sali gimnastycznej. A tam, po krótkim wystąpieniu „dyrekcji” szkoły i organizacyjnych komunikatach Komitetu Rodzicielskiego – czekałem już ja, z kolejną pogadanką…

 

I muszę jeszcze pochwalić się odniesionym w tej działalności sukcesem. Otóż Zarząd Główny TWP zorganizował konkurs na najlepszą prelekcję. Namówiono mnie, abym do niego przystąpił. Pamiętam, że na ten konkurs przygotowałem prelekcję pt. „Czy to musiało się tak skończyć”. Adresatami byli rodzice jednej z „moich” szkół, a przekaz owej pogadanki dotyczył problemu samobójstw wśród dzieci i młodzieży oraz sposobów zapobiegania im. Powiem krótko: Moja prelekcja w ocenie trzyosobowej komisji konkursowej (która in corpore uczestniczyła w spotkaniu w tylnym rzędzie) zdobyła w ich ocenie maksymalną liczbę punktów i w konsekwencji zajęła pierwsze miejsce! W skali ogólnopolskiej było tylko kilka takich wyróżnień…

 

Oprócz nagrody finansowej, owocem tego sukcesu było włączenie mnie do grona „zespołu konsultantów”, co obok prestiżu i bywaniu na ogólnopolskich spotkaniach tychże, skutkowało zwiększoną stawką wynagrodzenia za każdą prelekcję…

 

No i nie będę krył, że moja działalność w TWP została doceniona poprzez przyznanie mi w 1982 roku Srebrnej Odznaki Honorowej „Zasłużony Popularyzator Wiedzy TWP:

 

 

Już po zakończeniu pracy na UŁ stałem się łódzkim specjalistą od jeszcze jednego tematu prelekcji. Była nim problematyka narkomanii wśród młodzieży – w wydaniu „jak nie dać się wkręcić w branie”. Ale o tym opowiem więcej w kolejnej części moich wspomnień (w części V – z lat 1983 – 1988), bo jest o czym opowiadać…

 

x            x           x

 

Jeśli ma się w swej osobowości „gen społecznego ADHD”, to długo nie wytrzyma się bez możliwości „rozładowania” tej potrzeby aktywności. Tak było i ze mną w czasie funkcjonowania w społeczności nauczycieli akademickich Instytutu Pedagogiki i Psychologii UŁ. Wystarczyły dwa lata, a ja dałem się namówić na pełnienie funkcji Zakładowego Społecznego Inspektora Pracy – funkcji, na którą jest się wybieranym przez ogół pracowników – członków związku zawodowego. W tamtym czasie jedynym związkiem zawodowym, do którego należeli nieomal wszyscy pracownicy IPiP, był Związek Nauczycielstwa Polskiego. I to właśnie oni wybrali mnie na zwołanym w tym celu zebraniu, na okres 4 lat, takim SIP-owcem. Nie pamiętam czyj to był pomysł – kto mnie zgłosił…

 

Jednak abym mógł swoje nowe obowiązki wykonywać kompetentnie, zostałem wysłany na specjalne – chyba dwutygodniowe – szkolenie. Pamiętam, że odbywało się ono w jakimś ośrodku w Wieliczce. Nie wnikając w merytorykę tego „dokształtu” powiem, że nie byłbym sobą, gdybym nie skorzystał z tej szansy, aby najpierw zwiedzić słynną kopalnię soli, ale także – i to nie jeden raz – pobliski Kraków.

 

Samo pełnienie obowiązków SIP-owca nie było zbyt angażujące czasowo i emocjonalnie. Nie przypominam sobie żadnego „wypadku przy pracy”, a okresowe przeglądy stanowisk pracy były tylko cykliczną formalnością.

 

x           x           x

 

Kolejną opowieścią o mojej, wykraczającej poza obowiązki pracownika naukowo-dydaktycznego, działalności będzie historia mojej niespodzianej „kariery” w PZPR i jeszcze szybszego i definitywnego jej końca. Z dalekosiężnymi konsekwencjami tegoż.

 

Czytaj dalej »



Osiem lat w akademickim świecie. Od dumy do rozczarowania

 

O studenckich obozach naukowych

 

Kontynuując IV cykl moich wspomnień „Osiem lat w akademickim świecie. Od dumy do rozczarowania”, po ich drugiej części „O tym co zapamiętałem o mojej roli dydaktyka” , prezentuję kolejną, gdzie opowiem o studenckich obozach naukowych, które – gdy zasmakowałem w tej formie przygotowania studentów do czekającego ich zbierania materiałów do pracy magisterskiej, stały się moją ulubioną formą pracy na uczelni. Bo nie były realizowane na uczelni!

 

Obozy naukowe organizowane były dla studentów po drugim roku studiów (dla uproszczenia będę w dalszej części wspomnień używał tylko formy „studentów”, ale zawsze będzie to, w przytłaczającej większości, dotyczyło studentek i studentów, występujących jednak w jednostkowych przypadkach.) Ich podstawowym celem było praktyczne zaznajomienie uczestników obozu z metodami i narzędziami badawczymi, stosowanymi w pedagogice społecznej, którymi będą się posługiwali podczas zbierania materiałów do pracy magisterskiej, pisanej w obszarze zainteresowania pedagogiki społecznej. A w tym obszarze znajdowała się także pedagogika opiekuńcza. Tradycyjnie obozy odbywały się we wrześniu. O udział w konkretnym obozie jego organizator musiał zadbać, bo choć każdy student powinien uczestniczyć w tej formie zajęć, to nie było żadnych obligatoryjnych wskazań u kogo i gdzie.. O jego skuteczną promocję musiał zadbać organizator. Istniała możliwość prowadzenia obozów poza Łodzią – ale wówczas organizator musiał uzyskać z UŁ środki finansowe na przejazdy i zakwaterowanie.

 

Po raz pierwszy prowadzenie takiego obozu pani doc. Lepalczyk zaproponowała mi już pod koniec pierwszego roku mojej pracy, czyli jeszcze przed wakacjami 1976 roku. Naturalną koleją rzeczy był wybór metody badawczej, której będę uczył jego uczestników: metody monografii placówki. Bo w takiej metodzie przygotowałem moją pracę magisterską i w tej mogłem uchodzić za „fachowca”

 

Kolejną decyzją, którą musiałem podjąć, była lokalizacja tego „obozu”. Nie miałem wątpliwości, że nie może on odbywać się w Łodzi – najlepiej w miejscowości, która może być atrakcyjną, z innych niż naukowo-poznawcze, względów. Mój wybór padł na Beskid Śląski i Żywiecki, przede wszystkim dlatego, że ja dotąd nigdy tam nie byłem, ale także ze względu na optymalny charakter jego walorów turystycznych – wszędzie blisko i góry nie za wysokie. Ale były także brane pod uwagę względy logistyczne. Mam tu na myśli fakt, iż centrum tego regionu – Bielsko-Biała – było liczącym sto kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców miastem, w tamtym czasie – stolicą jednego z 49 województw, mającym dobrze rozwiniętą infrastrukturę oświatową, w tym kilka placówek całkowitej opieki nad dzieckiem. Wszystko to sprawdziłem wcześniej w rozmowach telefonicznych, najpierw – strategicznie – z pracownikami tamtejszego Kuratorium Oświaty i Wychowania, a później, już w trybie roboczym, z Wydziałem Oświaty, istniejącego od trzech lat (w miejsce dawniejszego Prezydium Miejskiej Rady Narodowej) bielskiego Urzędu Miejskiego.

 

Uzyskawszy od szefostwa Wydziału Oświaty zgodę na przeprowadzenie na ich terenie tego obozu, uzgodniłem z nimi program i listę placówek opieki nad dzieckiem, ale także szkół, do których będziemy mogli wchodzić i prowadzić nasze „treningowe” techniki badań środowiskowych.

 

Pozostało jeszcze załatwić bazę na zakwaterowanie i . . . i pozyskać na ten projekt środki finansowe. Oraz zrekrutować uczestników. A adres, pod którym możemy zamieszkać w czasie pobytu w Bielsku-Białej, wskazano mi w Wydziale Oświaty. Był to Dom Turysty PTTK, w centrum Bielska, przy ul. Krasińskiego nr 38 – niedaleko stacji kolejowej.

 

Foto: www.google.com/travel/hotels/

 

Dom Turysty PTTK w Bielsku, ul.Zygmunta Krasińskiego 38 (zdjęcie współczesne)

 

 

Mając rozeznanie we wszystkich kosztach (ceny biletów PKP, koszt noclegu, projektowaną liczbę osób i dodatkowe środki na „czas wolny”) wystąpiłem o dotację, którą – oczywiście – otrzymałem. Z rekrutacją też nie miałem problemu. Z taką ofertą turystyczną na dni wolne – jeszcze na długo przed sesją egzaminacyjną po II semestrze – miałem już komplet uczestników. Właściwie – uczestniczek, gdyż nie zgłosił się ani jeden student. Dziś nie pamiętam, czy w ogóle na II roku pedagogiki opiekuńczej taki studiował.

 

I w tym miejscu muszę opowiedzieć o jeszcze jednym, niespodzianym, elemencie tego przedsięwzięcia.

 

Zacznę od informacji, że pani doc. Irena Lepalczyk postanowiła po raz kolejny powiększyć liczbę pracowników Zakładu Pedagogiki Społecznej, Tym razem swe poszukiwania skoncentrowała na absolwentach socjologii. Był to kierunek poszukiwań praktykowany już przez prof. Kamińskiego. Wszak od wielu lat pracowała już w Zakładzie, także absolwentka socjologii, dr Iza Muchnicka-Diakow. Tym razem propozycję zatrudnienia na stanowisku asystenta stażysty przyjęły dwie osoby, które właśnie obroniły prace magisterskie na socjologii: Barbara Mrozińska i Jacek Piekarski. Ta pierwsza, zrobiwszy doktorat, po dwudziestu kilu latach pracy porzuciła karierę naukowca, aby zostać dziennikarką – na krótko w „Gazecie Wyborczej”, a od wielu już lat, najpierw w roli redaktora naczelnego, a od 2007 – na stanowisku prezesa Telewizji TOYA . I prezesuje tam do dziś…

 

Natomiast z tym drugim – z Jackiem Piekarskim – zawarłem znajomość jeszcze zanim oficjalnie został moim kolegą z pracy. Stało się tak, gdyż pani docent zdecydowała, że jeszcze przed formalnym jego zatrudnieniem, weźmie on udział w „moim” obozie w Bielsku-Białej. Z jego punktu widzenia była to propozycje nie do odrzucenia. Miał być – jako magister socjologii – moim konsultantem oraz prowadzić szkolenia studentów z technik badań, przed ich wyruszeniem do placówek. A ja usłyszałem, że mam go „wprowadzić w rolę nauczyciela akademickiego”.

 

Jedyne co musiałem w tej nagłej sytuacji zrobić, to zamienić w Domu Turysty zarezerwowaną dla mnie „jedynkę” na pokój dwuosobowy.

 

I tak starszy asystent dostał asystenta stażystę. Współpraca układała się nam dobrze, mnie było znacząco łatwiej realizować zadania prowadzącego ten obóz, a on pewnie także nie żałował tej „praktyki”. Dziś, po 45 latach, mogę chyba powiedzieć, że była to dla Jacka dobra inicjacja przyszłej kariery pracownika nauki, w ramach której został profesorem zwyczajnym, dziekanem Wydziału Nauk o Wychowaniu, a po latach pracy w Katedrze Pedagogiki Społecznej, wykonywanej, już po przejściu prof. Lepalczyk na emeryturę, także pod kierunkiem prof. Ewy Marynowicz-Hetki, usamodzielnił się i został kierownikiem „własnej”– nie trudno zgadnąć jakiej – Katedry Badań Edukacyjnych. A od niedawna jest już emerytem…

 

Pora wrócić do relacji z owego obozu. Najgorsze, że nie mogę sobie na sto procent przypomnieć iludniowe było to przedsięwzięcie, ale jestem prawie pewiem, że dwutygodniowe. Jestem przekonany, że obóz musiał się rozpocząć w połowie drugiego tygodnia września (np. 9-ego), gdyż nie mogłem prowadzać studentów do szkół i placówek tuż po rozpoczęciu roku szkolnego. Także nie mogłem kończyć obozu tuż przed początkiem roku akademickiego.

 

 

Fragment z „Kalendarza Stuletniego” – rok 1976. Zaznaczone są dni, w których – według mojej rekonstrukcji pamięci – odbył się studencki obóz naukowy

w Bielsku-Białej.

 

 

Ale miałem jeszcze jeden powód aby rozpoczynać obóz w połowie tygodnia. Zależało mi na dwu niedzielach z poprzedzającymi je sobotami. Bo choć w 1976 roku urzędowo była tylko jedna „wolna sobota” – w owym roku wyznaczono ją na 4 września – to ja tak planowałem nasze zadania, aby wcześniej odrobić wszystko co zostało zaplanowane na ten tydzień i mieć wolną sobotę i niedzielę do dyspozycji zajęć turystyczno-krajoznawczych. Dzięki takiemu terminowi obozu mieliśmy dwie takie możliwości.

 

Foto: www.google.com

 

W ramach tych ostatnich zajęć zwiedziliśmy okolice Bielska-Białej, a także Szczyrk. Byliśmy też nad Jeziorem Żywieckim.

 

 

Najtrudniej jest mi przypomnieć sobie konkretne fakty z realizacji oficjalnego programu obozu. Pamiętam, że zaczęliśmy od spotkania z dyrektorem Wydziału Oświaty Urzędu Miasta Bielsko-Biała, który przedstawił nam sieć podległych mu placówek, w tym domy dziecka i placówki realizujące środowiskową opieką nad dziećmi. I to one były głównym celem wizyt „badawczych” studentek.

 

Trochę na zasadzie dedukcji (ze strzępów mojej pamięci wiem, że byliśmy także w Technikum Włókienniczym, mającym swą siedzibę niedaleko naszego zakwaterowania) przypuszczam, że zapewne pan dyrektor pochwalił się, iż w kilku bielsko-bialskich szkołach zatrudnieni zostali pedagodzy szkolni – w ramach programu pilotażowego Ministerstwa Oświaty i Wychowania z 1973 roku. I pewnie wymienił także Technikum Włókiennicze, bo innego powodu naszej wizyty w tej szkole zawodowej być nie mogło. A wizytę w tej szkole zapamiętałem dlatego, że była to szkoła bardzo podobna, także w swej historii, do łódzkiego Technikum Włókienniczego.

 

Obóz zakończył się planowo, wszyscy wrócili zadowoleni, sprawozdanie o jego przebiegu złożyłem kierowniczce Zakładu i – zapewne po nieformalnym zasięgnięciu „języka” u jego uczestniczek – został on przez nią dobrze oceniony. Skąd taki mój wniosek? Bo gdyby było inaczej, nie otrzymałbym w następnym roku polecenia zorganizowania kolejnego….

 

 

x           x           x

 

 

Jednak rok 1977 był dla mnie trudnym rokiem. W tym roku, w lipcu, przeprowadzałem się z moją rodziną (ja – młody pracownik nauki, żona Krystyna – młoda matka oraz urodzony w marcu 1973 r. synek Kubuś) z dotychczasowego mieszkania (jeden pokój – 25 m kw. na poddaszu, bez wygód – w domu, który w latach dwudziestych zbudował mój dziadek i gdzie się urodziłem) do nowego mieszkania m-4 (55 m kw.) na IV piętrze w nowo zbudowanym bloku Osiedla „Pienista” Spółdzielni Mieszkaniowej „Osiedle Młodych”. M-4 dostała rodzina trzyosobowa, bo dodatkowe „M” przysługiwało mi, jako nauczycielowi…

 

Czytaj dalej »