Archiwum kategorii 'Eseje i wywiady'

Ten piąty już tekst z cyklu esejów wspomnieniowych „Moje lata . . . dziewiąte” będzie pod wieloma względami różny od poprzednich. Przede wszystkim dlatego, że nie będzie koncentrował się na jednym, wiodącym, uznanym przeze mnie za najbardziej godny wspomnienia, wydarzeniu tego roku, jak to było w poprzednich esejach. Tak samo jak wspomnienie z 1989 roku nie będzie dotyczyło pory wakacyjnej – bo i w tym roku nic z tych dwu letnich miesięcy nie utkwiło w mej pamięci.

 

Przedostatni rok XX wieku zapisał się w mojej pamięci jako – chyba jeden z nielicznych w moim życiu zawodowym – rok konsumowania owoców aktywności, przejawianej w latach poprzednich. I choćby dlatego, podobnie jak to już robiłem, nie mogę nie zdać sprawozdania z tego co działo się w owej kolejnej dekadzie jaka minęła od czasu, opisanego w poprzednim eseju „Mój rok 1989, czyli ostatni dzwonek dla samorządności”.

 

A działo się trochę, oj działo…

 

Jak to już opisałem w innym tekście, z 1 września 2018 roku, w „Eseju o tym, że 30 lat temu zostałem dyrektorem WPW-Z i czym to się skończyło31 października 1992 roku przestałem być dyrektorem WPW-Z w Łodzi, i po kilku epizodach pracowniczych [2,5 miesiąca jako kierownik Środowiskowego Ogniska Wychowawczego TPD na Widzewie-Wschodzie oraz 7,5 miesiąca w strukturach Wojewódzkiego Biura Pracy w Łodzi – jako kierownik Wydziału Rynku Pracy (!)] – z dniem 1 września 1993 roku, po wygraniu, ogłoszonego w trybie nagłym konkursu na to stanowisko, zostałem dyrektorem Zespołu Szkół Budowlanych nr 2 w Łodzi. Nie przypadkiem w tytule tego eseju użyłem określenia „moja Budowlanka”. Pełną informację, uzasadniającą ten zaimek, znajdą czytelnicy w tekście mojego autorstwa, zamieszczonym w okolicznościowym wydawnictwie, powstałym z okazji 70-lecia tej szkoły” „Moja Budowlanka – dwa wspomnienia” – od strony 37 do 47 – patrz plik pdf    –   TUTAJ

 

Wspominany dziś rok był szóstym rokiem mojego dyrektorowania w tej szkole, pierwszym rokiem drugiej kadencji, na którą kurator oświaty powołał mnie w trybie „bezkonkursowym” – po pozytywnym zaopiniowaniu mojej pierwszej „pięciolatki” przez radę pedagogiczną i wcześniejszej wyróżniającej ocenie mojej pracy, dokonanej przez wizytatora KO.

 

Był to także pierwszy rok po dwu poprzednich, które obfitowały w stresujące wydarzenia z pogranicza polityki i potencjalnych (kolejnych!) zmian mojej ścieżki kariery zawodowej.

 

Rok 1997 był rokiem kolejnych wyborów do Parlamentu. Muszę w tym miejscu poinformować o mojej aktywności politycznej. Otóż w historycznym 1990 roku, kiedy to Lech Wałęsa ogłosił „wojnę na górze”, kiedy wymuszono na Jaruzelskim rezygnację z urzędu Prezydenta i ogłoszono pierwsze w dziejach Polski bezpośrednie wybory na ten urząd (w II RP prezydentów wybierało Zgromadzenie Narodowe), postanowiłem włączyć się w ruch poparcia dla Tadeusza Mazowieckiego, kandydującego na ten urząd i wstąpiłem do ROAD (Ruch Obywatelski Akcja Demokratyczna). Byłem w dniu pierwszej tury wyborów (25 listopada 1990 r.) mężem zaufania tej partii w jednej z retkińskich komisji wyborczych. Po przegraniu przez Mazowieckiego, już w pierwszej turze (z tajemniczym „spadochroniarzem, niejakim Stanisławem Tymińskim) ROAD przekształcił się w Unię Demokratyczną – oczywiście z Tadeuszem Mazowieckim jako jej przewodniczącym, której „z automatu” zostałem członkiem. Gdy w 1993 roku Unia Demokratyczna połączyła się z Kongresem Liberalno-Demokratycznym i ta nowa partia przyjęła nazwę „Unia Wolności” – w oczywisty sposób kontynuowałem tam moją działalność partyjną. Nie wnikając w szczegóły – byłem członkiem Zarządu Koła Retkinia i członkiem Rady Regionalnej UW. Nie muszę chyba dodawać, że moja działalność ogniskowała się na obszarach oświaty i wychowania.

 

I tak dochodzimy do okresu poprzedzającego kampanię wyborczą przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi, wyznaczonymi na 21 września 1997 roku. Na kilka miesięcy przed tą datą, podczas jednego z posiedzeń Łódzkiej Rady Regionalnej UW, ówczesna łódzka posłanka z ramienia UW – Maria Dmochowska zaproponowała, abym został jednym z kandydatów do Sejmu na łódzkiej liście UW. Oczywiście – na dalekim „niebiorącym” miejscu, ale z intencją poszerzenia spektrum ewentualnych wyborców o środowisko oświatowe.

 

Czytaj dalej »



Dziś proponuję Czytelnikom kolejny odcinek moich wspomnień – tym razem z roku 1989. Nie będzie to jednak, jak miało to miejsce w trzech poprzednich esejach, wspomnienie z wakacji. Tym razem nie wakacje były czasem, w którym rozegrały się wydarzenia, które uznałem za godne wspomnienia, ważne nie tylko dla mnie, ale – mam takie przekonanie – także dla tych, w których interesie były przeze mnie spowodowane.

 

Przypominam, że był to rok, który rozpoczął się obradami „Okrągłego Stołu”, które zaowocowały czerwcowymi wyborami do Sejmu i pierwszymi po II Wojnie Światowej wyborami do Senatu, których konsekwencją było utworzenie pierwszego „niekomunistycznego” rządu z premierem Tadeuszem Mazowieckim, a który to rok zakończył się ustawą przyjętą przez tenże Parlament, która przywróciła naszemu państwu nazwę „Rzeczpospolita Polska” i orła w koronie na Godle Państwowym. I zapis w znowelizowanej, jeszcze starej Konstytucji, że Polska jest „demokratycznym państwem prawnym”.

 

Zanim przejdę do opowieści o tym, co wtedy (dziś tak samo uważam) było dla mnie najważniejszym wydarzeniem roku, muszę – tradycyjnie – poinformować, że także i ta dekada, dzieląca czas studenckiego obozu naukowego w Bieszczadach od „roku przełomu” obfitowała w kilka zwrotów w mojej biografii zawodowej. Zacznę od tego, że po kilku latach mojej pracy w charakterze nauczyciela akademickiego utraciłem zapał do dalszego uprawiania nauki pedagogiki w tej formule, którą miałem czas poznać „od podszewki” i – na własne życzenie, świadomie rezygnując dwa lata wcześniej z pisania pracy doktorskiej – rozstałem się 31 sierpnia 1983 roku z Uniwersytetem Łódzkim. W latach 1983 – 1987 pracowałem jako wychowawca w internacie III Państwowego Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego w Łodzi, kończąc w 1986 roku podyplomowe studia pedagogiki specjalnej w zakresie resocjalizacji w Instytucie Pedagogiki Specjalnej im. M. Grzegorzewskiej w Warszawie (dziś to APS w Warszawie). Od 1 września 1987 do 31 sierpnia 1988 byłem zatrudniony w łódzkim ODN na stanowisku nauczyciela-metodyka przedmiotu „przysposobienie do życia w rodzinie”, z równoległą pracą na pół etatu jako wykładowca przedmiotów pedagogicznych na kursach kwalifikacyjnych dla nauczycieli. 1 Września 1988 roku, niespodziewanie dla mnie, zostałem powołany przez ówczesną kurator oświaty i wychowania – Iwonę Bartosik na stanowisko dyrektora Wojewódzkiej Poradni Wychowawczo-Zawodowej w Łodzi. Okoliczności tego powołania to temat na oddzielne opowiadanie.

 

I właśnie w tej nowej roli przyszło mi działać w tym burzliwym roku. Także dlatego, że tyle ważnych rzeczy wydarzyło się wtedy zupełnie nie pamiętam gdzie i jak spędziłem tamte wakacje. Ale dokładnie pamiętam, że już w pierwszych dniach września zacząłem myśleć o ponownym podjęciu tematu samorządności młodzieży. Tym razem nie jako przedmiotu badań, a jako realnej rzeczywistości – formie wpłynięcia na postrzeganie i realizowanie w szkołach samorządów uczniowskich. Krótko mówiąc – powstał w mojej głowie projekt kilkudniowego seminarium dla nowowybranych przewodniczących samorządów w liceach i szkołach zawodowych ówczesnego województwa łódzkiego, w którego skład, obok Miasta Łodzi, wchodziły także miasta i gminy: Pabianice, Zgierz, Aleksandrów, Konstantynów, ale także Stryków, Ozorków i Głowno.

 

Idea takiego przedsięwzięcia zrodziła się u mnie podczas pełnienia cotygodniowych dyżurów przy Młodzieżowym Telefonie Zaufania, jaki od kilku lat funkcjonował przy poradni wojewódzkiej. Te dyżury to było moje dyrektorskie pensum, i stały się one niezastąpionym źródłem wiedzy o problemach i trudnościach, z jakimi borykali się wówczas młodzi ludzie – uczniowie szkół. To od dzwoniących tam anonimowo rozmówców dowiadywałem się, że obok problemów rodzących się młodzieńczych uczuć i dojrzewania, oraz mających swoje korzenie w ich rodzinach, najczęściej powodem stresów, a czasami nawet stanów depresyjnych, było środowisko szkolne, gdzie uczeń traktowany był przedmiotowo, gdzie w zasadzie miał tylko obowiązki i żadnych praw. Praw, o których, że je ma, nawet nie wiedział…

 

Pomysł był – należało teraz go zrealizować. W tym celu musiałem pozyskać niezbędne środki finansowe (trzy dni pobytu poza Łodzią, a więc noclegi, wyżywienie, dojazdy) i znaleźć odpowiedni obiekt, który będzie gotów w dogodnej porze nas przyjąć.

 

Czytaj dalej »



Od wydarzeń opisanych w poprzednim eseju [Mój rok 1969, czyli lato w Poddąbiu z Leokadią] minęło kolejnych 10 lat i – jak to u mnie – także w tej dekadzie zaszło wiele zmian w moim życiu. Do najważniejszych należą: 1970 – rozpoczęcie studiów (zaocznych) na UŁ – „Pedagogika – kierunek wiedza o kulturze”, 1971 – rezygnacja ze stanowiska komendanta hufca ZHP Łódź-Polesie, 1972 – zawarcie związku małżeńskiego, 1 wrzesień 1973 – 31 sierpnia 1975 – pełnienie funkcji wicedyrektora d.s. domu dziecka w OSz-W nr 2 w Łodzi, czerwiec 1975 – obrona pracy magisterskiej,    1 październik 1975 – zatrudnienie na stanowisku st. asystenta w Zakładzie Pedagogiki Społecznej na Uniwersytecie Łódzkim.

 

Powyższe informacje były niezbędne, aby nie była dla czytelnika zaskoczeniem ta opowieść o czterech tygodniach wakacji w 1979 roku, przeżytych także na obozie harcerskim, ale w jakże innej roli i okolicznościach. Ale po kolei:

 

Abym mógł w owym roku znaleźć się  na harcerskiej stanicy Chorągwi Łódzkiej ZHP, na polanie, noszącej nazwę od wsi łemkowskiej, która tam kiedyś była (do akcji „Wisła”) – o nazwie „Przysłup”, u podnóża Połoniny Caryńskiej, musiało wcześniej „zadziać się” kilka innych wydarzeń:

 

Po pierwsze: Związek Harcerstwa Polskiego, z zamiarem „przypodobania się” ówczesnej władzy PRL, proklamował w 1974 roku akcję o nazwie „Operacja Bieszczady 40”, w ramach której przez następne lata – aż do rocznicy obchodów 40-lecia Polski Ludowej – miały być organizowane na terenie tych gór obozy-stanice – po jednej przez każdą komendę chorągwi.

 

Po drugie: Chorągiew Łódzka ZHP zainaugurowała swój udział w tej Operacji po raz pierwszy latem 1975 roku – na przydzielonym jej terenie, czyli właśnie na Przysłupiu Caryńskim. Ówczesne władze KChŁ zaproponowały mi, abym został komendantem pierwszego turnusu na tej stanicy. Zgodziłem się – ale, ale pod warunkiem, że będę tam wraz z poślubioną przed trzema laty żoną Krystyną (też instruktorką ZHP, w „swoim czasie” była zastępcą komendanta (czyli mnie) w Hufcu Polesie, oraz naszym dwuletnim synkiem – Kubusiem. Bardzo nam tam wtedy było dobrze…

 

Po trzecie: Na aktualnym stanowisku pracy – w Zakładzie Pedagogiki Społecznej UŁ – moją wakacyjną specjalnością stało się prowadzenie tzw. obozów naukowych, organizowanych podczas wakacji dla studentów po drugim roku studiów, podczas których mogli zapoznawać się (i ćwiczyć) z metodologią padań „terenowych”. Celem tej formy było przygotowanie do czekającego ich zbierania materiałów do pracy magisterskiej. Przed Bieszczadami poprowadziłem już dwa takie obozy – zawsze we wrześniu, w latach: 1976 i 1977 – oba w Bielsku-Białej. Miejscowość tę wybrałem nieprzypadkowo – po zajęciach „programowych” (badania funkcjonowania systemu opieki nad dzieckiem: w placówkach opiekuńczo-wychowawczych, ale także w szkołach i śródrocznych placówkach środowiskowych) – głównie w soboty i niedziele – uprawialiśmy (ja i studenci) turystykę po pięknym Beskidzie Żywieckim.

 

 

 

Widok na Połoninę Caryńską z równiny, na której w 1979 roku stały namioty stanicy Chorągwi Łódzkiej ZHP

 

Tym razem, bazując na moich „zasługach” dla Operacji „Bieszczady-40”, postanowiłem zakwaterować grupę mojego studenckiego obozu naukowego w łódzkiej stanicy, u podnóża Połoniny Caryńskiej, gdzie przed czterema laty kierowałem pionierskim dla łodzian turnusem tej „Operacji”. Władza harcerska ofertę przyjęła – musiało jeszcze powstać dobre „alibi”, czyli temat naukowy obozu, uzasadniający lokalizacje tego przedsięwzięcia właśnie tam. Z tym nie miałem najmniejszych trudności – już wtedy interesowałem się (zainspirowany pracą A. Kamińskiego „Samorząd młodzieży jako metoda wychowawcza”) samorządnością. Temat sformułowałem więc krotko i treściwie: Samorządność harcerzy w Operacji „Bieszczady 40.

 

 

Po takim wprowadzeniu mogę już przejść do opowieści o tej bieszczadzkiej przygodzie turystyczno-naukowej – z polityką w tle.

 

Czytaj dalej »



Dla niektórych rok 1969 może kojarzyć się z premierą filmu „Pan Wołodyjowski”, dla innych z pomyślnym zakończeniem samotnego rejsu Leonida Teligi dookoła świata. Bezsprzecznie wszystkim – z pierwszym lądowaniem człowieka na Księżycu. Ale ja chcę dziś w tym, drugim w chronologicznej kolejności, eseju wspomnieniowego z cyklu „Moje lata . . . dziewiąte” przywołać z głębokiej pamięci cztery tygodnie, spędzone przed pięćdziesięcioma laty w harcerskim anturażu nad Bałtykiem, w miejscowości, wówczas mało komu znanej – w Poddąbiu.

 

 

Jednak nim przejdę do wspomnień z równie upalnego jak tegoroczne lato, sierpnia 1969 roku powinienem możliwie krótko zrelacjonować przynajmniej najważniejsze wydarzenia, które były moim udziałem w okresie tych dziesięciu lat, które minęły od wakacji 15-latka u wuja Hipolita do dni, które są treścią tego odcinka moich wspomnieniowych esejów. Aby nie rozbijać toku narracji – odsyłam po informacje na ten temat do załącznika – TUTAJ

 

Już po niespełna roku od powrotu do Łodzi z Gdyni, gdzie odbywałem moją niechcianą służbę w Marynarce Wojennej, po kilkumiesięcznej pracy w Komendzie Chorągwi Łódzkiej ZHP, od marca 1969, wróciłem do „mojego” poleskiego hufca ZHP, wybrany zastępcą komendanta tego hufca – na konferencji sprawozdawczo-wyborczej przez jego instruktorów.

 

I właśnie to co jest przedmiotem tych wspomnień miało być pierwszym, autorskim dziełem, które miało stać się moim „znakiem firmowym” w roli nowego wicekomendanta. A tym dziełem był obóz szkoleniowy dla ponad czterdziestoosobowej grupy nastoletnich harcerek i harcerzy – kandydatów do funkcji drużynowej/drużynowego drużyn harcerskich. Nie zuchowych tym razem!

 

Mając świadomość znaczenia tego wakacyjnego przedsięwzięcia, przygotowywałem się do niego już na wiele tygodni przed rozbiciem namiotów na skraju nadmorskiego lasu, na terenach – wtedy mało znanej w głębi kraju – wiosce Poddąbie, która do 1945 roku nosiło nazwę Neu Strand (Nowa Plaża). Zależało mi na tym, aby ten letni kurs drużynowych pod namiotami był niezależnym, kameralnym obozem (nie wchodzącym w skład większego zgrupowania) i by został zlokalizowany w atrakcyjnej, ale nie będącej kurortem, miejscowości.

 

Muszę w tym miejscu przypomnieć, że zaledwie 4 lata przed opisywanymi to zdarzeniami spędziłem 6 miesięcy w CSSMW w Ustce, gdzie nie tylko przebyłem typowe szkolenie dla rekrutów i złożyłem przysięgę wojskową, ale przede wszystkim byłem szkolony na operatora radiolokacji do pracy w jednostkach Marynarki Wojennej. I to dlatego, nieprzypadkowo, w maju 1969 roku, osobiście pojechałem na tzw. „zwiad kwatermistrzowski” do Ustki. Pierwsze kroki skierowałem do miejscowego nadleśnictwa, bo wszak obóz harcerski musi być w lesie. I tam pokazano mi bardzo dokładne mapy podległego im terenu i zasugerowano, że najodpowiedniejszą dla moich planów będzie lokalizacja właśnie w Poddąbiu. Jeszcze tego samego dnia dotarłem tam, pokonując ostatni odcinek drogi – z Machowinka do Poddąbia, w obie strony – pieszo. PKS-y jeszcze tam, poza sezonem, nie jeździły.

 

Foto: www.mojeurlopy.pl

 

Klifowy brzeg morza w Poddąbiu – jedyny widok, który od 1969 roku tam się nie zmienił…

 

Spodobało mi się tam, znalazłem konkretną łąkę, na której można było rozstawić namioty i obozową kuchnię, skąd niedaleko było do oficjalnego zejścia z wysokiego klifu na piękną szeroką, prawie dziką plażę, a przede wszystkim zawarłem wstępne porozumienie z kierownictwem jednego z (wtedy) dwu pobliskich zakładowych ośrodków kolonijno-wczasowych o prawie do (bezpłatnego) pobierania z ich studni głębinowej słodkiej wody dla potrzeb obozowej kuchni.

 

Minęły dwa miesiące i równo pół wieku temu, w ostatnim tygodniu lipca, stanął w wybranym przeze mnie miejscu obóz kursowy. Było tak jak sobie zaplanowałem: ok. czterdzieścioro uczestniczek i uczestników kursu, podzielonych na 5 zastępów, nieliczna kadra szkoleniowa, ratownik, kwatermistrz-zaopatrzeniowiec, księgowa i kucharka.

 

Foto: www.ustka.naszemiasto.pl

 

Schody na plażę w Poddąbiu. Wtedy były mniej eleganckie, ale z podobną ilością stopni…

 

Życie toczyło się w normalnym rytmie obozu harcerskiego: pobudka, zaprawa poranna (w naszym przypadku to truchcik do zejścia na plażę, tam klika ćwiczeń gimnastycznych, mycie w morzu, powrót po liczących kilkadziesiąt stopni schodach), ścielenie łóżek, apel z wciągnięciem flagi na maszt, śniadanie, blok zajęć przedpołudniowych (najczęściej praktycznych, ale także w formie „wykładu pod sosną”, obiad, relaks poobiedni, zajęcia sportowe, rekreacyjne (także plaża, kąpiel morska), kolacja… Wieczorem, na każdym obozie do tradycji należy ognisko, wokół którego siedzą harcerze, śpiewają piosenki, ktoś opowiada gawędę…

 

Ale nie tego roku z Poddąbiu… I nie tylko tam. Zapewne także na wszystkich obozach w północnej Polsce – bo od czerwca nie spadła tam ani kropla deszczu i nadleśnictwa wydały całkowity zakaz rozpalania ognisk w lesie…

 

Miała ta sytuacja swoje bardzo ważkie konsekwencje dla organizacji obozowych wieczorów. Nie wiem jak radzili sobie z tym zakazem komendanci innych obozów – pamiętam dokładnie czym ów zakaz zaowocował u nas, w Poddąbiu. Aby nie zubożyć obozowego życia o ten najbardziej więzotwórczy element jakim jest harcerskie ognisko, zdecydowałem, aby w specjalnym namiocie „świetlicowym”, przygotowanym na dni deszczowe, zamocować w jego centralnym miejscu świecznik, za który robił znaleziony na plaży, wypłukany przez morskie fale, odwrócony korzeniami ku górze, pieniek drzewa. Jego przycięte korzenie stały się ramionami tego świecznika, a do nich przymocowaliśmy świece… I przy ich blasku, jak wokół ogniska, gromadziliśmy się każdego wieczora.

 

Czytaj dalej »



Korzystając z wakacyjnej pory, gdy „gorących tematów”, które w trakcie roku szkolnego zwykle zajmowały miejsce na stronie „Obserwatorium Edukacji” jest mniej, postanowiłem raz w tygodniu prezentować jeden odcinek z serii moich „esejów wspomnieniowych”, których cykl zatytułowałem „Moje lata . . . dziewiąte. Będę w nich wracał pamięcią do wydarzeń z okresu wakacji – począwszy od roku 1959 – które zasługują na ich przywołanie. I będą to, kolejno, wspomnienia z wakacji roku 1969, 1979, 1989… Jeszcze nie wiem, czy poświęcę także tekst wspomnieniom sprzed dziesięciu lat… Ale w każdym z tych wspomnień będzie coś takiego, co jak najbardziej pasuje do tradycyjnego profilu tematycznego tego redagowanego przeze mnie informatora edukacyjnego.

 

Co takiego godnego wspomnienia wydarzyło się w moim życiu przed 60-oma laty?

 

Tamtego lata moja złotniańska drużyna harcerska nie uczestniczyła w żadnym obozie, więc i ja zostałem bez zorganizowanej formy wakacyjnego wypoczynku. Kolonii letnich, w skali, takiej, jak to w późniejszych peerelowskich czasach bywało, władza jeszcze nie organizowała, a moich rodziców na wspólne ze mną wakacje nie było stać. Stąd wziął się pomysł, aby dać mi trochę kasy na przejazdy, i abym – po raz pierwszy w życiu samodzielnie (w wieku 15-u lat) – pojechał w odwiedziny do mamy krewnych w okolice dzisiejszego pogranicza Mazowsza i Podlasia. Ale po drodze miałem odwiedzić brata mamy, wujka Hipolita – nauczyciela, kierownika szkoły podstawowej w Janówku k.Starej Miłosnej – na wschód od Warszawy, miejsce, gdzie rozwidlają się szosy na Siedlce, Terespol i na Garwolin, Lublin. Dziś ten teren określany jest nazwą „Zakręt” i bezpośrednio sąsiaduje z zachodnią granicą warszawskiej dzielnicy Wesoła.

 

Wujek Hipolit Malinowski był tam kierownikiem małej czteroizbowej szkoły wiejskiej od niedawna…

 

Bo wcześniej – w latach 1949 – 1954 odsiedział cały zasądzony pięcioletni wyrok we Wronkach – za powojenną działalność w organizacji WiN (był szefem wywiadu Obwodu Zambrów, pseudonim „Łęk”)*, przedtem –  w czasie wojny, walczył w oddziałach AK w okolicach Zambrowa. W 1969 roku wujek Hipolit wraz z żoną Heleną (też nauczycielką) przeprowadził się ze wsi Szepielaki, w której od przedwojny pracowali w małej wiejskiej szkółce, właśnie do owego Janówka. Ale i tam wkrótce znalazło go UB. Został aresztowany i po krótkim procesie – skazany na 5 lat ciężkiego więzienia we Wronkach. Po odbyciu kary wujek nie miał prawa wrócić do zawodu – pracował jako magazynier w warszawskiej fabryce cukierków „22 LIPCA (dawniej E. Wedel). Dopiero w ramach „popaździernikowej odwilży”, poluzowania reżimu przez Władysława Gomółkę, został zrehabilitowany, mógł wrócić do nauczycielskiego zawodu. Został ponownie kierownikiem szkoły, którą od chwili jego aresztowaniu kierowała jego żona. I tam właśnie, w dwa lata po tym fakcie, dotarłem w owe słoneczne lipcowe dni.

 

Foto:www.szkola-zakret.pl

 

Wujek Hipolit Malinowski przed szkołą w Janówku (dziś Zakręt)

 

 

Musiałem przypomnieć ten fragment wujkowej biografii, nie po to aby pochwalić się, że miałem w rodzinie „żołnierza wyklętego”, ale aby na tym tle jeszcze wyraziściej zaistniało wydarzenie, które miało swoje konsekwencje w mojej późniejszej drodze do zawodu pedagoga-wychowawcy.

 

Przechodząc do sedna tematu – spędziłam tam kilka dni w sielankowym klimacie wylegiwania się na kocu w sadku, pojadania pajd chleba domowego wypieku, smarowanych masłem własnego wyrobu, polanych miodem z wujowej pasieki. Do popicia – zimne zsiadłe mleko wprost z piwnicy – takie, że można je było krajać nożem..

.

Ale nie to jest tematem tych wspomnień. Zaraz pierwszego dnia, zwiedzając pomieszczenia opustoszałej szkoły, trafiłem do salki,w której stała szafa, pełniąca funkcję szkolnej biblioteki. Była szeroko otwarta, a znaczna część liczącego kilkaset egzemplarzy księgozbioru leżała nieopodal, porozkładana na stolikach i krzesłach. Naszedł mnie na tym wuj, i zachęcił: Śmiało, śmiało. Poszukaj co cię z tego zainteresuje, i czytaj sobie do woli.

 

Dziś już nie pamiętam, czy wybrałem kilka książek, czy od razu tylko ten jeden, opasły tom, który przez najbliższe dni przeczytałem „jednym tchem”, od deski do deski. Oto okładka tego dzieła – znalazłem to zdjęcie w internecie, ale dokładnie taką sama okładkę miała książka, która mnie wtedy, latem 1959 roku, tak zafascynowała:

 

Foto: www.lubimyczytac.pl/ksiazka/

 

Czytaj dalej »



Esej okolicznościowy

dość długi, ale też długie jest nie tylko życie Jubilata, ale i Jego aktywność zawodowa w oświacie.

 

 

Foto: screen z obrazu wideo [www.youtube.com]

 

Janusz Moos, inspirator m.in. zawodu mechatronik, na swym analogowym stanowisku pracy (2014 rok)

 

 

 

Zamiar był inny. W tym miejscu miał być zamieszczony wywiad-rzeka z dyrektorem Łódzkiego Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego – Januszem Moosem, Jubilatem, fetującym dziś swe 80-te urodziny. Niestety – Jubilat nie wyraził zgody na te wspomnieniowe przepytywanki. Nie pozostało mi nic innego jak podjąć trud zaprezentowania drogi zawodowej tego – jak Go określiłem w tytule Felietonu nr 173. – Człowieka-Instytucji, demiurga łódzkiej edukacji zawodowej.

 

Ów felieton zawierał taki, kończący go, akapit:

 

Nie znam tak dokładnie drogi zawodowej Bohatera tego felietonu aby wiedzieć kiedy podjął pracę nauczyciela w Technikum Energetycznym przy ul. Skrzywana, nie wiem też kiedy rozpoczął swą działalność w roli nauczyciela-metodyka ówczesnego WOM. Być może mogłyby one dać asumpt zorganizowania benefisu Jego działalności zawodowej”

 

Benefisu – jak dotąd – współpracownicy nie zorganizowali, a ja – wobec niepowodzenia projektu „wywiad” – podjąłem trud dotarcia do pamiętających te odległe lata „świadków historii”, a także do własnych wspomnień i dostępnych źródeł pisanych, aby z tej tak niebywałej okazji, zaprezentować drogę zawodową Jubilata. A okazja jest rzeczywiście ekstraordynaryjna: nie znam drugiego takiego przypadku (nie licząc Królowej Elżbiety II), aby w wieku 80-u lat – przynajmniej w obszarze instytucji oświatowych – ktoś inny był faktycznie i czynnie kierującym swą placówką dyrektorem! I aby ktoś inny mógł poszczycić się tym, że – niezależnie od szyldu pod którym działał – zajmował się, tworzył i walczył o sprawy szkolnictwa zawodowego, nieprzerwanie, od 1973 roku, czyli OD 46 LAT!!!

 

Ale zacznijmy od początku…

 

W jedynym dostępnym w internecie źródle można przeczytać taką informację: „Moos Janusz – ur.10.07.1939 Lwów.”  W oparciu o znane mi źródła twierdzę, że dwa podane tam fakty nie są prawdziwe: owo urodzone wtedy dziecko Ludwiki i Zygmunta Moosów dostało na chrzcie imię Jan (co osobiście widziałem w paszporcie podczas wspólnego z dzisiejszym Jubilatem przekraczania granicy z NRD w listopadzie 1988 roku), a rzeczywistym miejscem urodzenia jest miasteczko Rohatyn – dziś to terytorium Ukrainy, ale w II Rzeczypospolitej była to stolica powiatu w ówczesnym województwie stanisławowskim. Przed I Wojną Światową była to Galicja – autonomiczna część Cesarstwa Austro-Węgierskiego.

 

Gdyby było mi dane zapytać o to Jubilata, być może dowiedziałbym się jakie były koleje losu Jego i Jego Rodziny po wybuchu II Wojny Światowej, po zajęciu (w niewiele ponad dwa miesiące od Jego narodzin) tego terytorium przez Armię Czerwoną i przyłączeniu tych ziem do ZSRR, także po wkroczeniu tam w czerwcu 1941 roku armii III Rzeszy, a następnie po ponownym „wyzwoleniu” przez wojska sowieckie w 1944 roku. No i po powstaniu PRL w 1945 roku. Jak przeżyli tę wojenną hekatombę, jakimi drogami dotarli do powojennej Polski, co sprawiło, że nie osiedlili się, jak większość repatriantów z Ukrainy, na Śląsku lub na Opolszczyźnie, że zamieszkali w Łodzi, a nie np. we Wrocławiu…

 

Ale skoro nie udało się przekonać Dostojnego Jubilata do takiej rozmowy – nadal „białą plamą” w tej biografii pozostaną te najwcześniejsze lata Jego życia, w tym także etap bycia uczniem. Nie dowiemy się która szkoła średnia, gdzie zdał maturę, ma prawo szczycić się Takim Absolwentem. Nic mi o Jego życiu nie wiadomo – aż do roku 1966, kiedy to – co już można było ustalić bezsprzecznie – jako absolwent Wydziału Elektrycznego Politechniki Łódzkiej, z tytułem magistra inżyniera, rozpoczął pracę w charakterze nauczyciela teoretycznych przedmiotów zawodowych w Technikum Energetycznym nr 1 w Łodzi – mającym w tamtych latach adres przy ul. Skrzywana. Dziś w tym samym budynku działa „spadkobierca” tamtej szkoły – Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych nr 9, z tym że ma adres „Al. Politechniki 38”.

 

Współcześnie moglibyśmy to Jego pierwsze miejsce pracy nazwać zespołem szkół, ale wówczas pod wspólnym szyldem technikum funkcjonowały w tym samym budynku i pod tą sama dyrekcją Jana Dawidowskiego także: Wydział dla Pracujących Technikum Energetycznego, Technikum Zawodowe (elektromechanik urządzeń przemysłowych) i Zasadnicza Szkoła Energetyczna, a także Policealne Studium Techniczne (PST). Na uwagę zasługuje też fakt, że w tym konglomeracie szkół prowadzone było również kształcenie w ramach 6-letniego Technikum Przemysłowo-Pedagogicznego, którego absolwenci otrzymywali uprawnienia do pracy w charakterze nauczycieli praktycznej nauki zawodu. Czy mgr inż. Moos prowadził tam lekcje – nie udało mi się ustalić.

 

W roli nauczyciela został przez byłych uczniów zapamiętany jako osoba im życzliwa, acz wymagająca, i – co można potraktować jako zapowiedź przyszłego kierunku Jego zainteresowań – już w roli projektanta nowoczesnego kształcenia zawodowego – jako nauczyciel promujący wśród nich zagadnienia automatyki. Niektórzy z nich pisali na ten temat, z Jego inspiracji i pod Jego kierunkiem, prace dyplomowe.

 

Udało mi się ustalić, że już po 6-u latach pracy temu młodemu nauczycielowi (w wieku 33 lat) powierzono obowiązki kierownika (bo nie miało wówczas to stanowisko statusu wicedyrektora) PST i Wydziału dla Pracujących. Niestety (dla szkoły) już po dwu latach – w 1973 roku, ówczesny łódzki Kurator Oświaty i Wychowania Henryk Grenda (wcześniej był on dyrektorem zlikwidowanego w tym czasie Studium Nauczycielskiego nr 2, mieszczącego się przy ul. Wólczańskiej 222 (to późniejszy adres OOM, IKNiBO, IKN ODN i WODN) zatrudnił Jana Moosa w Kuratorium – na stanowisku wizytatora metodyka d.s. kształcenia zawodowego.

 

W tym miejscy należy się czytelnikom informacja, że właśnie 1 stycznia tego roku zlikwidowano istniejący od 1960 r. Centralny Ośrodek Metodyczny i powołano w jego miejsce Instytut Kształcenia Nauczycieli (IKN). Na szczeblu wojewódzkim skutkowało to likwidacją Okręgowych Ośrodków Metodycznych (OOM), których role przejęły zespoły wizytatorów przedmiotowo-metodycznych, podporządkowane kuratorom oświaty. Natomiast na miejscu dawnych okręgowych ośrodków w miastach wojewódzkich powstały terenowe oddziały IKN, nazwane Instytutami Kształcenia Nauczycieli i Badań Oświatowych (IKNiBO).

 

I to właśnie ten rok (1973) jest datą początku najważniejszego w karierze zawodowej Janusza Moosa, trwającego przez 46 lat, etapu pracy, pracy na rzecz wspierania i doskonalenia – najpierw nauczycieli, a po kilku latach także szkół, a w końcu całych systemów kształcenia zawodowego.

 

Czytaj dalej »



Foto:Archiwum CAF’PAP [www. dzieje.pl]

 

Procesja Bożego Ciała – Warszawa 1947r. Z monstrancją Kardynał August Hlond, po jego lewej ręce – ówczesny wiceszef MON Piotr Jaroszewicz

 

 

W dzisiejszy świąteczny czwartek, który we wszystkich kalendarzach, obok informacji, że imieniny obchodzą dziś Bogna i Florentyna, zaznaczony jest ten dzień kolorem czerwonym z dodatkową informacją: „Boże Ciało”, przeto nie wypada, aby na stronie „Obserwatorium Edukacji” dzień ten niczym nie różnił się od innych „dni powszednich”. Pełna, właściwa nazwa tego Święta, to Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa i zostało ono ustanowione jako święto powszechne dla całego Kościoła Rzymskokatolickiego w roku 1317. W Polsce jest obchodzone od 1320 roku. Właśnie uświadomiłem sobie, że jest to jedyne święto kościelne (poza Bożym Narodzeniem i Wielkanocą), które w okresie PRL nie zostało zlikwidowane, tak jak stało się to z dniem 6. stycznia – Świętem Trzech Króli, zlikwidowanym decyzją Gomułki w 1960 roku czy z dniem 15. sierpnia – Dniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, który decyzją władz komunistycznych przestał być dniem wolnym od pracy w 1955 r.

 

Jak wyczytałem – święto to zostało przez władze Kościoła Zachodniego ustanowione niejako pod naciskiem mas wiernych, które to masy domagały się wyraźnej afirmacji obecność Chrystusa pod postacią chleba w hostii. A wszystko wzięło się stąd, że w XI i XII wieku w gronach „specjalistów” (teologów) toczyły się spory o to, czy w „chlebie i winie” podczas Mszy Św. rzeczywiście dochodzi do obecności Chrystusa, czy jak to dowodzili inni (np. Berengara z Tours), jest to tylko symbol tej obecności.

 

Ale skoro „lud boży” chciał wierzyć, że „w tej Hostyi jest Bóg żywy, choć zakryty lecz prawdziwy”, to hierarchowie Kościoła nie mieli innego wyjścia i dali ludowi doroczne święto publicznej, rzekłbym – ulicznej manifestacji tej wiary. I nawet komuniści bali się narazić w tej sprawie wierzącym (jeszcze) „robotnikom, chłopom, a także inteligencji pracującej miast i wsi”…

 

Jako że historia vitae magistra est, uświadomienie sobie tej historycznie potwierdzonej prawdy, iż wiedza uczonych z trudem, a często wręcz bezskutecznie, toruje sobie drogę do mas, postanowiłem moje dalsze rozważania poprowadzić w oparciu o informację, którą w swoim tekście zamieszczonym na blogi „Pedagog” zamieścił wczoraj prof. Śliwerski. Tekst ma tytuł „Komitet Nauk Pedagogicznych PAN o sytuacji w szkolnictwie publicznym w III RP” i z oczywistych dla mnie względów godny jest przeczytania.

 

Nim rozwinę moje rozważania wokół zasygnalizowanych tam problemów, upraszam Szanownych Czytelników o przeczytanie tego tekstu, gdyż z powodu większej klarowności moich myśli, nie będą dalej posługiwał się obszernymi z niego cytatami.

 

Post z bloga „Pedagog”    –    TUTAJ

 

 

Czytaj dalej »



Dziś kontynuujemy nasz cykl wywiadów z dyrektorami łódzkich szkół. Zaczęliśmy w ostatnich dniach sierpnia 2018 roku od rozmów “pożegnalnych” z dwojgiem dyrektorów-weteranów, odchodzących po kilkudziesięcioletnim okresie kierowania swoimi szkołami na emeryturę: Alicją Wojciechowską – dyrektorką XX LO, która dyrektorką została została w 35 roku życia i była nią przez 34 lata i Józefem Kolatem – dyrektorem ZST-I, który kierowniczą funkcję obiął w wieku 35 lat. I pełnił ją przez 35 lat. Po prawie półrocznej przerwie – 23 stycznia 2019 roku – zamieściliśmy wywiad z Zofią Wrześniewską, która od 1 lipca 2018 r. kieruje Zespołem Szkół Gastronomicznych. Dyrektorką została także jeszcze przed “czterdziestką” – w wieku 39 lat.

 

Zapraszamy do lektury zapisu rozmowy z kolejnym trzydziestokilkulatkiem, który co prawda dyrektoruje Zespołowi Szkół Rolniczych już drugi rok, ale sami się przekonacie, że jest to wywiad nie tylko z młodym dyrektorem, zwolennikiem zmieniania szkoły z nauczającej na uczącą, ale przede wszystkim z nietuzinkową OSOBĄ…

 

Foto:www.facebook.com/marcin.jozefaciuk

 

Marcin Józefaciuk w roli dyrektora, przemawiającego do uczniów na szkolnej uroczystości

 

 

 

Wywiad z Marcinem Józefaciukiem

dyrektorem Zespołu Szkół Rzemiosła w Łodzi

 

Włodzisław Kuzitowicz: Zanim zacznę zadawać pytania o sprawy najbardziej interesujące naszych czytelników – to znaczy o Pana związki i deklaracje, wynikające z afiliacji do ruchu „Budzących się Szkół” – nie mogę nie zapytać o początki nauczycielskiej biografii, które wyjaśnią skąd wziął się – najpierw nauczyciel języka angielskiego, a od półtora roku – dyrektor Zespołu Szkół Rzemiosła. Bo przyznam, że nie jest to typowa kariera absolwentów anglistyki. Nie tłumacz, nie specjalista od kontaktów/marketingu w dużej korporacji o zasięgu międzynarodowym, a nauczyciel angielskiego. Gdzie i kiedy zaczęło się to „nierynkowe” układanie swego życiorysu?

 

Marcin Józefaciuk: Anglistyka dlatego, że jedyne w czym byłem dobry w liceum, to były języki obce. Chłonąłem tę wiedzę jak gąbka, więc ten kierunek dalszej edukacji był oczywisty. Ale musiało to być Nauczycielskie Kolegium Języków Obcych. (W tamtym czasie było takie na UŁ) Nie wyobrażałem sobie siebie w innym zawodzie. I było tak „od zawsze”, jeszcze w czasach szkoły podstawowej.

 

 

WK: Skąd się to wzięło?

 

MJ: W rodzinie mam wujka i ciotkę nauczycieli. Ale tak naprawdę zawsze czułem, tam „w środku”, że chcę uczyć i jak najszybciej chciałem to robić. W wieku 18 lat ukończyłem kurs dla wychowawców kolonijnych, aby choć w tej roli móc pracować z dzieciakami. To było coś, co mnie interesowało, co mnie nigdy nie męczyło… Dlatego zawsze gdy myślałem o zawodzie nauczyciela, to miałem „motyle w brzuchu”. I ciągle je mam. W żadnym wypadku inny zawód. Jak to kiedyś usłyszałem ”Wybierz sobie zawód, który lubisz, a całe życie nie będziesz musiał pracować” [Konfucjusz] Do niedawna wstydziłem się powiedzieć, że szkoła jest moją pracą. Wiem, że formalnie jest to moje miejsce pracy, ale dla mnie nie jest to miejsce, do którego idzie się z konieczności, zarabiać pieniądze, gdzie jest trudno… Ja w szkole odżywam.

 

 

WK: Pierwszą szkołą, w której mógł Pan realizować swoje marzenia była…

 

MJ: Było to PG nr 14 – tylko dwa tygodnie zastępstwa, jeszcze w trakcie studiów. Później zatrudniłem się, już na stałą umowę o pracę, w PG nr 6 i przepracowałem tam parę lat. Kolejną szkołą było XXX Liceum Ogólnokształcące. A później nastąpiła przerwa – podjąłem pracę w Wydziale Edukacji UMŁ.

 

 

WK: Jak do tego doszło?

 

MJ: Zaczęło się od kryzysu XXX LO; coraz mniej przychodziło tam uczniów, było coraz mniej klas… Musiałem uzupełniać etat w innych szkołach. I w tych okolicznościach pojawiła się możliwość spróbowania swoich sił w innej roli. Od pewnego czasu miałem taką potrzebę dowiedzenia się o edukacji czegoś więcej, z innego punktu widzenia. Ale zawsze wiedziałem, że do szkoły i tak wrócę.

 

 

 

WK: I jak widać – tak się stało. Ale zanim przejdziemy do współczesności, zapytam o pewien szczegół z czasów, kiedy pracował Pan w XXX LO. Otóż w internecie trafiłem na informację, że w roku 2013 został Pan wyróżniony przez Kapitułę tego odznaczenia Orderem „Serce Dziecku”, wręczanym dorocznie w Dniu Dziecka na uroczystości pod pomnikiem „Pękniętego Serca” w Parku „Szarych Szeregów”. Jako człowiek towarzyszący od lat temu wydarzeniu wiem, że na ogół medalami tymi wyróżniane są osoby, będące – nazwijmy to – „w drugiej połówce” swej kariery zawodowej lub społecznikowskiej. A pana uznano za godnego tego wyróżnienia właściwie na jej początku, po kilku zaledwie latach pracy. Jak to się stało?

 

MJ: Była to i dla mnie wielka niespodzianka. W tajemnicy przede mną zgłosił mnie do owej Kapituły samorząd uczniowski XXX LO. Byłem wówczas opiekunem tego samorządu, szkolnym Rzecznikiem Praw Ucznia. W uzasadnieniu uczniowie opisali co robię, moją postawę otwartości na ich potrzeby i problemy… I gdy stanąłem obok innych odznaczonych tego dnia Medalem „Serce Dziecku”, pomyślałem także: „Jeszcze tyle nie zrobiłem, co oni, aby się z nimi równać.” Kapituła uważała inaczej…

 

 

WK: Tym bardziej gratuluję, choć z tyloletnim opóźnieniem.

 

MJ: Dzięki. Medal ten zawsze noszę przy sobie. Kiedykolwiek wychodzę na bardziej uroczystą okazję, na marynarce zawsze mam przypięty ten medal… A przy okazji: to jest ta okoliczność, w której poznałem panią dyrektor SP nr 81 – Bożenę Będzińską-Wosik, bo to w jej szkole, po uroczystości, przygotowano dla odznaczonych i gości honorowych poczęstunek. I to wtedy dowiedziałem się o „Budzących się Szkołach”, tam „uwiodła mnie” ich idea…

 

 

WK: To teraz najwyższa już pora na zadanie kluczowego pytania: Jak to się stało, że inspektor merytoryczny Wydziału Edukacji UMŁ został dyrektorem Zespołu Szkół Rzemiosła?

 

Czytaj dalej »



Rozmowa z uczniami Publicznego Liceum Ogólnokształcącego Uniwersytety Łódzkiego – pomysłodawcami projektu MILO

 

 

Włodzisław Kuzitowicz: Dowiedziałem się, że to właśnie Wy jesteście tymi, którzy wpadli na pomysł takich międzyszkolnych igrzysk. Skąd ten pomysł?

 

Bartek Skupiński: Pomysł tak naprawdę narodził się w mojej głowie, jako pewna inicjatywa, która pierwotnie wyglądała trochę inaczej. Wzięło się to z tego, że chciałem stworzyć jakąś płaszczyznę rywalizacji pomiędzy szkołami, która nie byłaby na tyle formalna, poważna, jak olimpiady przedmiotowe. Moim pomysłem od razu podzieliłam się z Kubą i Zuzią, którzy pomogli mi ukształtować ten projekt do takiej formy, jaka mamy teraz. Skontaktowaliśmy się ze znajomymi w innych szkołach, żeby skoordynować pierwsze plany, pierwsze działania na większą skalę. Od tamtego momentu to już była tylko nasza pomoc dyrektorom szkół w organizacji kolejnych imprez. I tak to się stało…

 

 

WK: Jak dalece Wasz projekt został potem zmodyfikowany przez dyrektorów szkół?

 

Kuba Malarczyk: Generalnie – nasz projekt zakładał dużo mniejszy rozmach. Myśleliśmy, że nie uda się tego wszystkiego zorganizować bez sponsorów, bez finansów. Dyrektorzy podali nam pomocną dłoń. Nie było żadnych problemów, np. dotyczących nagród czy organizacji kolejnych konkursów. Uczniowie szkół także, w większości, podeszli do projektu z entuzjazmem i ta wspólna energia przełożyła się na to, co obserwujemy dzisiaj, ale była ona widoczna już podczas imprezy inaugurującej MILO. Wszystko miało charakter profesjonalny. Dzisiaj to już prawie taka gala oskarowa. Myślę, że było przy tym bardzo dużo dobrej zabawy. A my przy tej okazji mieliśmy po raz pierwszy okazję wystąpić tak publicznie. To był dla nas bardzo duży zaszczyt

 

 

. Czytaj dalej »



Dzisiaj zapraszamy do lektury wywiadu z Zofią Wrześniewską, która od niedawna kieruje Zespołem Szkół Gastronomicznych w Łodzi. W ten sposób kontynuujemy cykl wywiadów z dyrektorami łódzkich szkół średnich. Tym razem rozmówczynią jest osoba, która dopiero od pół roku pełni swoje obowiązki – w przeciwieństwie do dwu wywiadów, zamieszczonych w ostatnich dniach sierpnia 2018 roku: 31 sierpnia – z dyrektorem Józefem Kolatem, który odchodził na emeryturę z Zespołu Szkół Techniczno-Informatycznych im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego – po 35 latach nieprzerwanego pełnienia tej funkcji, a dzień wcześniej – z Alicją Wojciechowską, która z tych samych powodów żegnała się z XXI LO – po 34 latach pełnienia tam obowiązków dyrektora.

 

Zapraszamy do zapisu rozmowy z nauczycielką „z dziada pradziada”, która w roku gdy Józef Kolat rozpoczynał swoją dyrektorską misję miała 4 lata.

 

Foto: zdjęcie ze zbiorów prywatnych Zofii Wrześniewskiej

 

Dyrektor Zofia Wrześniewska

 

 

Wywiad z Zofią Wrześniewską – dyrektorką Zespołu Szkół Gastronomicznych w Łodzi

 

Włodzisław Kuzitowicz: Zanim przejdziemy do pytań bezpośrednio dotyczących objęcia przez Panią obowiązków dyrektora łódzkiego „Gastronomika” – najpierw kilka pytań o to „co było wcześniej. Zacznę od pytania o to, jak to się stało, że została Pani nauczycielką?

 

Zofia Wrześniewska:  Ja to jestem nauczycielką „z dziada pradziada”.I to dosłownie, bo i moi pradziadkowie byli nauczycielami i mój dziadek był nauczycielem, i moja mama była nauczycielką – teraz emerytowaną. Dla mnie to było normalne, że w tym środowisku przebywam, że o szkole się mówi. Większość moich „przyszywanych” cioć i wujków to byli nauczyciele, więc dla mnie to była naturalna kolej rzeczy. I mimo tego, że mama mnie ostrzegała że nie jest to zawód dobrze płatny,,nie jest lubiany, aczkolwiek zawsze mówiła, że jest niesłychanie wdzięczny. Jednak ja poszłam w tę stronę: „na złość mamie odmrożę sobie uszy” i zostałam nauczycielką historii. A historii – bo poszłam w ślady dziadka – historyka właśnie.

 

WK: Czy praca w ZSG jest Pani pierwszym miejscem zatrudnienia jako nauczycielki?

 

ZW: Tak, zatrudniłam się w w tej szkole prosto po studiach.

 

 

WK: Jakie były początki? Czy było to rozczarowanie, czy spełnienie oczekiwań co do roli nauczyciela?

 

ZW: Może właśnie przez to, że wyrosłam w środowisku szkolnym, to w zasadzie wiedziałam czym to pachnie, jak to się je, jak praca nauczyciela wygląda, z czym to się wiąże. Widziałam ile moja mama pracowała„po pracy”, po przyjściu do domu, czym się zajmowała… Dlatego dużych rozczarowań ani zaskoczeń nie było. Rozczarowań nie pamiętam. Na początku był entuzjazm,ogromny zapał, i stąd od razu poczułam się w tej szkole jak u siebie, na właściwym miejscu i tu te korzenia zaczęłam zapuszczać. I tak już 16. rok w „Gastronomiku” je zapuszczam.

 

 

WK: No właśnie, a dlaczego akurat w „Gastronomiku”?

 

ZW: To był przypadek. Akurat kiedy szukałam pracy w szkole, w „Gastronomiku” szukali historyka. Miało to być tylko na rok, ale tak się złożyło, że po roku te godziny były i zostałam na dłużej.

 

 

WK: Z Internetu wiem, że jakiś czas temu zainteresowała się Pani neurodydaktyką, co w konsekwencji doprowadziło Panią do środowiska „Budzących się Szkół”? Jak to się stało?

 

ZW. Od początku mojej pracy starałam się, najpierw intuicyjnie, aby moje lekcje były wartościowe, ale też interesujące. Starałam się coś w moim warsztacie zmieniać. Jak się okazało z czasem – to co ja robię, to się sprawdza. A później dowiedziałam się, że ma to swe uzasadnienie w teorii – w neurodydaktyce. Pierwszym impulsem był wykład doktora Kaczmarzyka, na którym byłam w Klubie Nauczyciela. To wtedy oczy mi się otworzyły, stwierdziłam, że to co robię, to nie jest tyko tym, co mnie się wydaje, tylko że ma to potwierdzenie naukowe.

 

I dzięki temu zaczęłam zgłębiać temat: od doktora Kaczmarzyka trafiłam do doktor Żylińskiej, potem udało mi się nawiązać nią kontakt. I tak trafiłam do „Budzącej się Szkoły”…

 

 

WK: …i zaczęłam tam pisać bloga...

 

ZW:Też. Jeszcze były edukatoria, – materiały edukacyjne, które zaczęłam opracowywać. Potem były konferencje: na których prowadziłam warsztaty dla anauczycieli: jedna, druga, trzecia… I rzeczywiście – te idee są mi wyjątkowo bliskie. Głównie dlatego, że widzę, że to dział, że ten feedback, informacja zwrotna od uczniów jest tak pozytywna. Pamiętam taki moment, kiedy żegnając się z kolejnym rocznikiem maturzystów, usłyszałam od jednego z moich uczniów: „Wie pani,te pani lekcje to były najciekawsze z całej szkoły”. Takie informacje potwierdzają, że to co robię – ma sens, że to rzeczywiście się sprawdza.

 

WK: Ze swej strony dodam, że pojawienie się Pani wśród nauczycieli ze środowiska „Budzących się Szkół” wzbudziło moje zainteresowanie, gdyż jest to ruch, w którym uaktywniają się głównie nauczyciele ze szkół podstawowych, do niedawna także niektórych gimnazjów. Aż tu nagle pojawia się osoba ze szkoły zawodowej… 

 

ZW: Ja uważam, że polska edukacja wymaga gruntownych zmian. I to powinien być proces, który się zacznie od przedszkola i będzie trwać aż do matury, na wszystkich etapach edukacji. Z drugiej strony, w szkolnictwie zawodowym połączenie praktyki z teorią, nauczanie przez działanie odbywa się właśnie na przedmiotach zawodowych. I u nas się to sprawdza. Nasi uczniowie na bardzo wysokim poziomie zdają egzamin zawodowy. Dlaczego? Bo uczą się przez działanie. Tak sobie pomyślałam: skoro sprawdza się to u zawodowców, skoro sprawdza się to na niższych szczeblach edukacji, to tak samo sprawdzi się na historii, polskim, matematyce… Ale wymaga to dużej determinacji nauczycieli – w sytuacji, w której w znakomitej większości trafiają do nas uczniowie, którzy w swoich szkołach nigdy w ten sposób nie byli traktowani i jest to dla nich szokiem. Na początku ta zmiana z „muszę” na „chcę” powoduje, że „odpuszczają”. Bo skoro nic nie muszą, to po co się uczyć. I wymaga to trochę czasu zanim „zaskoczą”, że jednak lepiej jest chcieć. I to przynosi efekty.

 

 

WK: W szkole podstawowej rodzice bardziej monitorują to co dzieje się w szkole ich dziecka i takie zmiany wymagają ich akceptacji. Czy w rodzice w Pani szkole reagują w jakiś sposób na tak zmienioną edukacji?

 

ZW: Jeżeli już, to ja się spotkałam z pozytywnym reakcjami: „Córka mi mówiła, że pani lekcje są takie fajne”. Ale rzeczywiście, w naszej szkole rodzice aż tak bardzo nie monitorują swoich dzieci.

 

 

WK: A teraz przejdźmy do aktualnego rozdziału Pani kariery zawodowej. Kiedy i z jakimi motywacjami podjęła Pani decyzję o przystąpieniu do konkursu na stanowisko dyrektora ZSG?

 

Czytaj dalej »