Archiwum kategorii 'Eseje i wywiady'

Osiem lat w akademickim świecie. Od dumy do rozczarowania

 

Jak szukałem nowej pracy i kto mi w tym przeszkadzał

 

Realizując zapowiedź daną w zakończeniu części IV.6 moich wspomnień „Moje prace dodatkowe i warte wspomnienia wakacje”, że „opowiem o moich poszukiwaniach „nowego miejsca zawodowego życia”, i że jest to „historia – z wielu powodów – warta utrwalenia. Dla pamięci potomnych „jak wtedy bywało”…” – przystępuję do opowieści o tym „pouczającym” doświadczeniu polityczno-historycznym:

 

Jak już wiecie – o tym, że nie będę już kontynuował kariery naukowca na UŁ, decyzję podjąłem ponad rok przed terminem wygaśnięcia mojej umowy o pracę na stanowisku starszego asystenta w Katedrze Pedagogiki Społecznej UŁ. I po wakacjach 1982 roku zacząłem informować zaprzyjaźnione kręgi i osoby, że szukam pracy w wyuczonym zawodzie.

Pierwszym, i jak się okazało – bardzo owocnym dla moich poszukiwań wydarzeniem – było zimowisko w Karpaczu, jakie na przełomie lat 1982/1983 zorganizowała Komenda Chorągwi Łódzkiej ZHP (KChŁ) dla „zasłużonych instruktorów – z rodzinami”. Zostałem tam zaproszony i wraz z żoną Krystyną (wszak także instruktorką, choć wtedy już „w stanie spoczynku”) i niespełna dziesięcioletnim synem Kubą, spędziliśmy tam mile ten czas – z powitaniem nowego 1983 roku włącznie. Na owym zimowisku byli także małżonkowie Wiesława i Bogusław Śliwerscy z synami i wiele innych znanych nam harcerskich małżeństw. Ale był tam także wicekurator Roch Kopacki, zaproszony tam, dla „ocieplenia relacji” między KChŁ a ŁKOiW przez ówczesnego komendanta chorągwi – Pawła Babija.

 

Kilka słów informacji: Paweł Babij jeszcze parę lat wcześniej był moim „kolegą z pracy” – gdy w 1978 roku skończył studia na pedagogice i po obronie pracy magisterskiej został asystentem w Zakładzie Teorii Wychowania na UŁ. Dzielił biurko ze starszym (stażem) o rok Bogusławem Śliwerskim. Wcześniej Paweł był instruktorem harcerskim – działał najpierw w Hufcu Górna, a od kadencji Maćka Łukowskiego jako komendanta Hufca Polesie – także w moim macierzystym hufcu.. A kiedy latem 1981 roku otrzymał propozycję pracy w Głównej Kwaterze ZHP, którą przyjął, rozstał się, jak się okazało – na zawsze, z karierą pracownika nauki. Gdy w roku 1982 w KChŁ powstał kryzys kadrowy” – został tam komendantem. I to on zorganizował to „rodzinne” zimowisko w Karpaczu.

 

Z kolei o Rochu Kopackim wypada abym poinformował, że w gronie ówczesnego kierownictwa Łódzkiego Kuratorium Oświaty i Wychowania to do jego zakresu obowiązków należał nadzór nad kształceniem ogólnym i sprawami wychowania – w szerokim tego słowa rozumieniu. I ten fakt ma w tej historii istotne znaczenie.

 

To podczas owego podsudeckiego relaksu, z nocą sylwestrową w roli głównej, w ramach powszechnego w tym towarzystwie „starych znajomych” „tykania się”, także ja z owym wicekuratorem przeszliśmy „na ty”. I to jest pierwszy, istotny dla dalszych wypadków, fakt.

 

Drugim, o którym wspomniałem już kiedy opowiadałem o okolicznościach mojego pierwszego spotkania z Markiem Kotańskim, był ten zbieg okoliczności, że w czasie kiedy ja szukałem pracy, w łódzkim KOiW była zatrudniona jako wizytator metodyk ds. profilaktyki niedostosowania społecznego dzieci i młodzieży Lili Madalińska – moja dobra znajoma z czasów wspólnej działalności z zuchami w Hufcu ZHP Łódź-Polesie. A znaliśmy się od 1961 roku, kiedy ja prowadziłem na Nowym Złotnie drużynę zuchów-chłopców „Kaczora Donalda”, a ona w szkole na Osiedlu im. Montwiłła Mireckiego – drużynę zuchów-dziewcząt „Myszki Miki”. Przypomnę jeszcze, że to ona, będąc wówczas namiestnikiem zuchów w naszym hufcu, prowadziła owo zgrupowanie kursowe w Harkabuzie na Orawie w 1964 roku, na którym ja byłem komendantem kursu dla kandydatów na drużynowych zuchów.

 

A w tamtych czasach słowa pieśni śpiewanej w kręgu „druh druhowi druh” nie były tylko pustym sloganem, a zasadą wcielaną w życie na co dzień, niezależnie od upływających lat…

 

I to Lilka Madalińska, podczas naszego spotkania z Kotańskim, poinformowała mnie, że właśnie zakończyła się ministerialna kontrola jej „działki” kuratoryjnych obowiązków i jedynym zaleceniem pokontrolnym był wniosek o potrzebie wzmocnienia kadrowego, czyli zatrudnienia drugiej osoby z tym samym zakresem obowiązków. I stąd wziął się pomysł, abym to ja na ten nowy etat został zatrudniony. Madalińska obiecała porozmawiać o tym z wicekuratorem Kopackim. Po kilku dniach skontaktowałem się z nim w tej sprawie. Usłyszałem, że nie ma do tego projektu zastrzeżeń i że wrócimy do sprawy „we właściwym czasie”, aby ją sfinalizować.

 

Mając w pamięci tamte ustalenia, tak gdzieś na początku lipca, zapowiedziałem się z wizytą u wicekuratora Kopackiego, aby rozpocząć procedurę zatrudnienia mnie w kuratorium. Spotkanie odbyło się w przyjacielskiej atmosferze, a jego efektem było ustalenie, że mam za tydzień przyjść z podaniem i życiorysem. (pojęcia CV wtedy nie znano).

 

Foto: www. pl.wikipedia.org

 

W tym skrzydle kompleksu budynków, będących siedzibą Urzędu Miasta i Urzędu Wojewódzkiego, od strony Placu im. Komuny Paryskiej, na II pietrze, do 1991 roku mieściło się Kuratorium Oświaty i Wychowania. (okna KOiW zaznaczone obwódką)

 

Po tygodniu zapukałem do gabinetu wicekuratora Rocha Kopackiego z owymi pismami. Już po chwili wyczułem całkiem zmienioną atmosferę. Zaczęło się od „kawa czy herbata”, a przy kawie, po kilku zdaniach rozmowy „o niczym” usłyszałem: „Ja cię bardzo przepraszam, ale sytuacja się zmieniła. Okazało się, że jednak nie otrzymaliśmy tego dodatkowego etatu wizytatora-metodyka.”. Podczas dalszej części rozmowy dowiedziałem się, że mam się nie martwić, bo on już znalazł rozwiązanie, że jest po rozmowie z dyrektorem Wojewódzkiej Poradni Wychowawczo-Zawodowej (WPW-Z), z którym uzgodnił, że będę zatrudniony w tej placówce – z tym samym zakresem obowiązków, jaki miałbym na etacie kuratoryjnym. I abym jak najszybciej zadzwonił do poradni i umówił się w sprawie zatrudnienia z jej dyrektorem.

 

Uspokojony, choć zaskoczony – pożegnałem się, dziękując mojemu rozmówcy za tą inicjatywę.

 

Czytaj dalej »



Osiem lat w akademickim świecie. Od dumy do rozczarowania

 

Moje prace dodatkowe i warte wspomnienia wakacje

 

Kończąc poprzednią 5. część roz. IV poinformowałem, że zanim opiszę miesiące i tygodnie, poprzedzające podjęcie nowej pracy – po wygaśnięciu umowy o pracę na UŁ, dotrzymam słowa i napiszę obiecaną już część, w której będzie o moich pracach dodatkowych (poza UŁ) i o tym, co robiłem podczas wakacji – prywatnie. W pierwszej części roz. IV. napisałem:

 

Będą jeszcze dwie części, swoiste aneksy do owej historii o pracy na UŁ. Pierwsza – to wspomnienie kolejnych (w latach 1976 i 1977) obozów harcerskich (z Kubusiem) oraz krótka opowieść o mojej wakacyjnej „przygodzie” w Szwecji, którą przeżyłem latem 1978 roku, a której nie mogą pominąć z powodu jej związku z wcześniejszymi wspomnieniami, w których już kilkakrotnie pojawiał się Lucek – ten poznany w 1964 roku na obozie w Harkabuzie. W drugim aneksie wspomnę o dwu miejscach pracy poza uczelnią, na które otrzymałem zgodę „pierwszego pracodawcy”, a którymi były: Studium Pracowników Socjalnych (tak nazwę tej szkoły zapamiętałem) oraz Zespół Szkół Budowlanych nr 3 przy ul. Kilińskiego 159 w Łodzi.

 

Po przemyśleniu tego pomysłu i wstępnej analizie materiałów którymi dysponuję, postanowiłem, że o wszystkim zapowiedzianym wtedy napiszę w jednym „aneksie”, i to w odwrotnej kolejności. Postanowiłem tę część o numeracji IV.6. zatytułować „Moje prace dodatkowe i warte wspomnienia wakacje”.

 

Zacznę od pracy w owym studium, którego nawę podałem poprzednio mylnie, jako „Studium Pracowników Socjalnych”. Bo też tak ten ośrodek kształcenia pracowników socjalnych zapamiętałem – prawdopodobnie dlatego, że po raz pierwszy jego progi przekroczyłem jeszcze w czasie, gdy w ramach urlopu z marynarskiej służby w Gdyni (najprawdopodobniej był to 1967 rok), po tym kiedy dowiedziałem się że uczy się tam Lucek (ten z Harkabuza i późniejszego wspólnego autostopu), i gdy pochwalił się on, że ma tam wykłady psychologii z dr Natalią Han-Ilgiewicz. I to wtedy, oczywiście w cywilnym stroju, postanowiłem „przemycić się” na jej wykład. Co z powodzeniem zrealizowałem. I właśnie wtedy byłem tam po raz pierwszy.

 

x          x          x

 

Dlaczego przypominam to wydarzenia właśnie teraz? Bo ma to swój „smaczek” – w ramach całej narracji mojej biografii oraz wyjaśni dlaczego tak zależało mi na spotkaniu z panię doktor Han-Ilgiewicz. A przede wszystkim dlatego, abym mógł opowiedzieć o pewnym epizodzie z okresu kiedy byłem uczniem XVIII LO, o którym zapomniałem wspomnieć, gdy pisałem tamten rozdział moich opowieści. Bo to co się wtedy wydarzyło, po latach traktowałem jako rodzaj proroctwa, przepowiedni, a co było po prostu trafnym zdiagnozowaniem moich predyspozycji.

 

Zacząć muszę od tego, że już jako uczeń liceum byłem stałym czytelnikiem jedynej wówczas w Łodzi wypożyczalni książek z wolnym dostępem do półek. Meściła się ona na parterze Łódzkiego Domu Kultury. I ja – jako dobry czytelnik – byłem częstym gościem gmachu przy ul. Traugutta. Dzięki temu mogłem systematycznie czytać liczne ogłoszenia o organizowanych w ŁDK przedsięwzięciach. Miedzy innymi zainteresowało mnie ogłoszenie o „wykładach otwartych” z psychologii, które prowadziła tam raz w tygodniu, wtedy jeszcze mi nieznana, pani dr Natalia Han-Ilgiewicz. Postanowiłem pójść i wysłuchać co też ciekawego mówi się na takich spotkaniach. Nie mogłem wówczas przewidzieć, że to co się tam wydarzy będzie miało swoje konsekwencje dla podejmowanych przeze mnie w przyszłości decyzji. I – oczywiście – że stanie się to motywem mojego dążenia do posłuchania wykładu Pani Natalii ponownie – i to po tylu latach…

 

Otóż, akurat tego dnia pani doktor opowiadała o testach osobowości – jaka jest ich funkcja w diagnostyce psychologicznej oraz o ich zastosowaniu w pracy wychowawczej z młodzieżą.

 

I najdłużej demonstrowała test, którego nazwy po owych prawie 60-u latach nijak nie mogłem sobie przypomnieć. Dopiero konsultacja ze znajomą profesor psychologii pozwoliła mi ustalić, że był to test Szondiego, o którym znaleziona w Internecie informacja upewniła mnie, że to był właśnie ten test:

 

W ramach testu, każdy badany otrzymywał zestaw 6 serii zdjęć, na których umieszczono po 8 twarzy. Zadaniem badanego było wskazanie w każdej serii dwóch najbardziej zdaniem badanego sympatycznych portretów i dwóch najmniej sympatycznych. […] test miał […] pokazywać […] w jaki sposób badany podejmuje decyzję i w jakim kierunku zmierza.”

[Źródło: www.pozmierzchuprzedswitem.blogspot.com/]

 

 

Po wykładzie dr Han-Ilgiewicz zaproponowała,, że jeśli ktoś chce, to ona może go zdiagnozować tym testem. Z tego co pamiętam, to zgłosiłem się tylko ja jeden. I już po kilkunastu minutach wysłuchałem taką oto diagnozę (odtwarzam z pamięci): Masz łatwość nawiązywania kontaktów z ludźmi, jesteś predestynowany do pracy z zespołami ludzkimi, masz zdolności przywódcze”.

 

Teraz już wiecie skąd moja atencja do Natalii Han-Ilgiewicz. Dodam jeszcze, że dowiedziawszy się od niej jakie książki wydała – niezwłocznie je zakupiłem. A były to:

-”Potrzeby psychiczne dziecka”

-”Nieznośni chłopcy”

-”Trudności wychowawcze i ich tło psychiczne”

Zwłaszcza ta druga książka bardzo mnie zainteresowała – wtedy jako drużynowego chłopięcej drużyny zuchów. A wszystkie one były moim pierwszym kontaktem z wiedzą o psychice młodych ludzi. Wielokrotnie wracałem do ich lektury w późniejszych latach, kiedy – w różnej formalnej roli i w różnych placówkach – pracowałem jako wychowawca.

 

 

A po latach, konkretnie w 1975 roku, kiedy dowiedziałem się że wyszła książka jej autorstwa pt. „Mozajkowe ścieżki”, będąca opowieścią o jej „przeszłości pedagogicznej”, niezwłocznie ją kupiłem i przeczytałem „od deski do deski”. Do dziś mam ją „pod ręką” na półce mojej domowej biblioteki i wracam do lektury jej fragmentów. W pewnym stopniu stała się ona inspiracją pomysłu, abym spisał moje wspomnienia z bycia wychowawcą…

 

x          x          x

 

Teraz kolejny przeskok czasowy – wracam do głównego nurtu wspomnień. W 1975 roku ta kształcąca pracowników socjalnych szkoła nosiła już nazwę „Medyczne Studium Zawodowe Wydział Pracowników Socjalnych”. Była to dwuletnia szkoła pomaturalna, w której od dawna był zwyczaj zatrudniania w roli wykładowców nauczycieli akademickich z Zakładu Pedagogiki Społecznej. Mieściła się ona w oficynie posesji, której frontową budowlą był tzw. Palac Haertiga przy ul. Piotrkowskiej 234/236, który wówczas był siedzibą Łódzkiego Zarządu Okręgowego PCK . Dziś tamtych budynków już nie ma – zostały wyburzone. Na ich miejscu powstały nowe, które są siedzibą Towarzystwa Ubezpieczeń i Reasekuracji „Warta” .

 

Foto: www.urbanity.pl

 

Pałac Augusta Haertiga, Piotrkowska 234/236. Zdjęcie współczesne.

(Obwódką zaznaczono część budynku, którego w latach siedemdziesiątych nie było)

 

 

Na wykłady z pedagogiki społecznej skierowała mnie tam pani doc. Lepalczyk, jak pamiętam – było to w II półroczu roku 1975/1976. Wspomnienie, które tu przywołuję nie dotyczy zajęć (bo o tych nic wartego przywołania nie pamiętam), a egzaminów końcowych. Tak się złożyło, że w wyznaczonym dniu nie przeegzaminowałem wszystkich słuchaczy (oczywiście były także słuchaczki) w siedzibie Studium – pozostałych kilka osób zaprosiłem na mój dyżur na UŁ – na ulicę Uniwersytecką.

 

Wyznaczonego dnia stawiło się owych kilka osób – w tym także słuchacz o imieniu Arkadiusz, z którego egzaminem miałem wówczas pewien dylemat. Pamiętałem go z zajęć jako studenta aktywnego, który często zabierał głos, zadawał pytania, jednak na ten egzamin przyszedł wyraźnie nieprzygotowany. Po serii moich pytań i „cienkich” odpowiedzi wziąłem jego indeks i wpisując mu ocenę skomentowałem: „Wiem, że stać pana na dużo więcej. Dziś nie mogę panu postawić nic innego, jak 3+. Ale proszę się tym nie załamywać. Zapraszam pana za rok na egzamin wstępny na pedagogikę.

 

Minął prawie rok. Wiosną 1976 roku byłem sekretarzem Komisji Rekrutacyjnej na pedagogikę, gdy na mój dyżur przyszedł… ów ubiegłoroczny słuchacz owego Medycznego Studium Zawodowego. Przyprowadził jeszcze ze sobą kolegę – Mirosława. Poinformowali mnie, że właśnie złożyli dokumenty na pedagoikę i że przygotowują się do egzaminu wstępnego.

 

Egzaminy zdali, obaj zostali studentami: Arkadiusz – na kierunku pedagogika szkolna, a Mirosław – pedagogika opiekuńcza. Prace magisterskie obronili w 1981 roku. Arek został na uczelni – jako asystent w Katedrze Teorii Wychowania, lecz po latach – podobnie jak ja – odszedł z uczelni Wiele lat pracował jako wychowawca w domu dziecka w Grotnikach, a ostatnio, już od wielu lat, jest pracownikiem ŁCDNiKP, gdzie w Ośrodku Doradztwa Zawodowego jest konsultantem doradztwa zawodowego.

 

Zaś Mirosław poszedł do pracy „w zawodzie”: między innymi pracował w ośrodku dla dzieci niedowidzących przy ul. Dziewanny, cztery lata zajmował się dziećmi w domu małego dziecka przy ul. Lnianej, a od 2001 roku jest . . . . jako jedyny, chyba nie tylko w Łodzi, kierownikiem jednego z łódzkich żłobków.

 

I tak, po raz kolejny, mogłem przekonać się jak bardzo nieprzewidywalne i brzemienne w dalekosiężne skutki mogą być nasze słowa…

 

x          x          x

 

Foto:www.facebook.com/LodzkieTargiEdukacyjne/

 

W tym budynku w1978 roku działał Zespół Szkół Budowlanych nr 3.

(Zdjęcie współczesne)

 

 

W zupełnie innych okolicznościach doszło do mojej kolejnej pracy dodatkowej – w Zespole Szkół Budowlanych nr 3 przy ul. Kilińskiego 159. Otóż 1 września 1978 roku jego dyrektorem został pan Djakow (imienia nie znam). Fakt ten jest w tej historii kluczowy – bo był to mąż mojej koleżanki z Zakładu – pani dr Izy Muchnickiej-Djakow. I to ona, wiedząc o mojej działalności prelegenckiej w TWP, w tym o tym że podejmuję się tam problematyki wychowania seksualnego, dowiedziawszy się, że jej mąż szuka nauczyciela do prowadzenia w tej szkole zajęć z pdż, namówiła mnie, abym się tego podjął.

 

Muszę tu przypomnieć, że to zapotrzebowanie na osoby podejmujące się prowadzenia spotkań z młodzieżą na tematy problematyki seksuologicznej wzięło się stąd, że w 1973 roku Ministerstwo Oświaty i Wychowania wprowadziło do szkół nadobowiązkowy przedmiot Przysposobienie do życia w rodzinie socjalistycznej. Oczywiście – jak prawie wszystko w tamtym okresie – i ta problematyka mogła w szkołach funkcjonować wyłącznie z tym przymiotnikiem. Co nie znaczy, że nie można było realizować po prostu merytorycznych spotkań. Tylko od osoby prowadzącej zależał sposób przedstawienia tej ważnej dla młodych ludzi w okresie dojrzewania problematyki.I socjalistyczny „sos” był do tego absolutnie zbędny!

 

Od pomysłu do jego realizacji była krótka droga – także dlatego, że korciło mnie sprawdzenie siebie w roli szkolnego nauczyciela. Przyznam się, że niewiele faktów z tego zatrudnienia pamiętam, nawet dokładnej daty rozpoczęcia tej pracy – prawdopodobnie było to od 1 września 1979 roku. Wiem tylko, że musiałem nieźle sobie radzić w tej roli i z tymi tematami w owej prawie wyłącznie męskiej szkole, bo – z tego co zapmiętałem – uwzględniając, że uczestniczenie w tych zajęciach nie było obowiązkowe – na brak słuchaczy nie narzekałem. Nawet nie wiem jak długo zajęcia te prowadziłem, ale zapewne tylko jeden rok. I dziś już nie jestem w stanie przypomnieć sobie dlaczego nie dłużej.

 

Ale jedno wiem na pewno – była to znakomita praktyka, która umożliwiła mi w 1987 roku przyjęcie propozycji zatrudnienia – tym razem już w charakterze nauczyciela-metodyka – kolejnej, nowej pracy. Ale o tym opowiem we właściwym czasie…

 

Więcej prac dodatkowych w okresie zatrudnienia na UŁ nie podejmowałem.

 

 

x           x           x

 

 

Teraz powspominam miesiące letnie, z okresu gdy jako nauczyciel akademicki dysponowałem długimi wakacjami. Postanowiłem o tym napisać nie tylko z powodów kronikarskich, ale także dlatego, że niektóre z relacjonowanych tu wydarzeń będą uzupełnieniem opowiadanych wcześniej historii, a niektóre – zapowiedzią przyszłych opowieści. Uczynię to chronologicznie.

 

Czytaj dalej »



Osiem lat w akademickim świecie. Od dumy do rozczarowania

 

O moich pierwszy krokach w pracy naukowej i o jej definitywnym końcu.

 

Zgodnie ze słowami, którymi kończyłem poprzedni odcinek moich wspomnień – „ O tym, że nie tylko dydaktyką i pracą naukową żyłem”, że „wkrótce przeczytacie opowieść o tym co robił starszy asystent Kuzitowicz w ramach jego pracy naukowej” – zapraszam do tej obiecanej opowieści:

 

Już podczas pierwszej rozmowy z panią doc. Lepalczyk dowiedziałem się, że będę zatrudniony jako starszy asystent, który jest pracownikiem naukowo-dydaktycznym. Co to w praktyce może oznaczać wiedziałem w odniesieniu do dydaktyki. Wszak jako student byłem przez pięć lat „obserwatorem uczestniczącym” tej roli – w wykonaniu moich nauczycieli akademickich. Ale na czym będzie polegała moja praca naukowa – miałem mętne wyobrażenie…

 

Jej pierwszym, niejako oczywistym obowiązkiem, było uczestniczenie w seminariach pedagogiki społecznej, czyli cyklicznych spotkaniach pracowników Zakładu i zaproszonych gości – także z innych uczelni w Polsce – podczas których wygłaszano referaty i „doniesienia z badań”, a „młodzi pracownicy nauki” referowali fragmenty swoich przygotowywanych prac doktorskich.

 

Jednak bardzo szybko kierowniczka Zakładu zmobilizowała mnie do kolejnej formy owych naukowych obowiązków, jakim były publikacje naukowe. Na początek poleciła mi napisanie artykułu, który będzie streszczeniem mojej pracy magisterskiej. I tak powstała moja pierwsza publikacja, opatrzona – oczywiście – tytułemOśrodek szkolno-wychowawczy”, który wszedł do II części pracy zbiorowej pt. „Pedagogika opiekuńcza”, jaka pod redakcją Ireny Lepalczyk i Brygidy Butrymowicz była wydawana przez Instytut Kształcenia Nauczycieli i Badań Oświatowych w Łodzi. Część II ukazała się drukiem w 1976 roku.

 

Drugą publikacją, której z przyczyn formalno-prawnych byłem współautorem, a która weszła do IV części tej samej serii wydawniczej, był artykuł zatytułowany „Profilaktyka wykolejenia dzieci i młodzieży. Na przykładzie działalności Milicji Obywatelskiej w Miasteczku”. Od razu muszę poinformować, że nie był to przejaw mojej nagłej miłości do MO, lecz polecenie służbowe kierowniczki Zakładu, abym zrobił artykuł z pracy magisterskiej pani Kazimiery Kubickiej pt. „Działalność prewencyjna i postpenitencjarna Milicji Obywatelskiej w Ł.” Dodam, że owa pani była funkcjonariuszką tych organów i, podobnie jak ja, terenem zbierania materiału do pracy magisterskiej uczyniła miejsce swojej pracy. A owo „Miasteczko” Ł, to był Łask…

 

 

Ale pierwszą publikacją naukową, wydaną przez Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, w której znalazły się aż trzy moje artykuły, był wydany w 1981 roku tom „Praca opiekuńczo-wychowawcza. Wybór artykułów i opracowań”, także pod wspólną redakcja Ireny Lepalczyk i Brygidy Butrymowicz. Jako pierwszy znalazł się tam artykuł „Ośrodek Szkolno-Wychowawczy” (s. 330 – 370), którego zamieszczenie w tym tomie (po drobnych poprawkach redakcyjnych) było efektem decyzji pani doc. Lepalczyk.

 

Jednak pierwszym tekstem, będącym owocem mojego studiowania źródeł naukowych, był drugi z zamieszczonych w tym tomie artykułów: „Współpraca domu dziecka ze środowiskiem” (s. 371 – 401).

 

 

Zwracam uwagę, że publikacja ta ma datę 1981 rok, czyli już po tym, jak podjąłem decyzję, że nie będę kontynuował pracy nad moim doktoratem, a kiedy miałem już za sobą pracę nad jej pierwszym rozdziałem „Problem w literaturze”. Najkrócej rzecz wyjaśniając, było to lekkie przeformatowanie tamtego materiału, który gromadzony był pod kątem opisu środowiskowego tła, zakładanego hipotetycznie, współdziałania domu dziecka z rodzicami wychowanków. Dzięki temu moja praca nad tym rozdziałem nie poszła całkowicie na marne…

 

Ale dopiero trzeci z zamieszczonych w tomie artykułów był całkowicie moją inicjatywą i wynikał z moich prawdziwych zainteresowań: „Nauczyciel-wychowawca w placówce opiekuńczej. Próba konstrukcji modelu” (s. 472 – 492). Powstał on jako owoc mojej niezrealizowanej koncepcji, aby tematem doktoratu było poszukiwanie optymalnych elementów wzorca wychowawcy, czyli: wiedzy, cech osobowościowych i kompetencji (wtedy nazywanych umiejętnościami), jakie powinien posiadać dobry wychowawca placówek opiekuńczo-wychowawczych. Artykuł ten napisałem gdy po fiasku tematu o współpracy domu dziecka z rodzicami wychowanków, zaproponowałem kierowniczce mojego Zakładu nowy doktorat – właśnie na taki temat, i kiedy usłyszałem od niej krótkie i stanowcze: „To niech pan sobie poszuka promotora gdzie indziej!”

 

I właśnie chcąc jej udowodnić, ze jest to temat nie tylko ciekawy i ważny, ale temat, który mam przemyślany i zgłębiony, napisałem ów artykuł. Poniżej zamieszczam fotokopię strony, na której jest diagram, w syntetycznej formie obrazujący owoc moich rozważań:

 

 

x          x          x

 

Zanim zaprezentuję jeszcze dwie (i ostatnie) moje publikacje naukowe, muszę informację o nich poprzedzić opowieścią o dwu jeszcze innych przejawach mojej aktywności naukowej. Pierwszą z nich było uczestniczenie w konferencjach i seminariach naukowych, poświęconych problematyce pedagogiki opiekuńczej. Pamiętam takie, organizowane w Bydgoszczy, Gdańsku, Kielcach i Warszawie. Z Bydgoszczy pamiętam jedynie, że po raz pierwszy znalazłem się w towarzystwie ludzi zajmujących się naukowo tą samą problematyka jak ja, że poznałem tam profesora Edmunda Trempałę, rektora Wyższej Szkoły Pedagogicznej – organizatora tej konferencji, wtedy pełniącego już obowiązki przewodniczącego Zespołu Pedagogiki Opiekuńczej Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN oraz liczne grono koleżanek i kolegów „po fachu”.

 

Ale dopiero z tego drugiego miasta – z Gdańska – mam do dziś pamiątkowe „materiały źródłowe”:

 

 

Uczestnicy konferencji na Uniwersytecie Gdańskim w dniach 8 – 10 listopada 1979 roku. Ja siedzę z prawej strony najlepiej widocznego stołu. (zaznaczony strzałką)

 

Ale ważniejszą pamiątką jest zachowane zaproszenie na tę konferencję.Oto strony z programem tej konferencji:

 

Czytaj dalej »



Osiem lat w akademickim świecie. Od dumy do rozczarowania

 

O tym, że nie tylko dydaktyką i pracą naukową żyłem w czasie pracy na UŁ

 

Zgodnie z zapowiedzią, którą zakończyłem poprzednią część moich wspomnień – Esej wspomnieniowy IV.3. O studenckich obozach naukowych, zapraszam do ich kolejnego fragmentu, którego tematem jest moja, prowadzona równolegle z pracą nauczyciela akademickiego, działalność społeczna.

 

Zacznę od opowiedzenia o mojej aktywności świeżo upieczonego magistra pedagogiki w roli – jak to się wówczas określało – prelegenta Towarzystwa Wiedzy Powszechnej. Wielu z czytających tę informację ma prawo mieć bardzo złe konotacje tego stowarzyszenia – jako „miękkiej” przybudówki propagandowej ówczesnej władzy. Nie przecząc tej opinii, muszę jednak powiedzieć, że – jak wszystko – także i to czym konkretnie zajmowały się poszczególne oddziały TWP zależało od osób nimi kierujących. I właśnie w Łodzi ton nadawali ludzie, którzy w ramach w jakich przyszło im działać – robili dobrą robotę.

 

Wszystko zaczęło się od tego, że podczas studiów była ze mną na roku koleżanka, która pracowała w biurze łódzkiego oddziału TWP przy ul.Piotrkowskiej. I to ona namówiła mnie, abym po ukończeniu studiów odwiedził ją tam – bo oni rozwijają właśnie nurt pracy oświatowej z rodzicami łódzkich szkół (pedagogizacja rodziców) i poszukują osób dobrze przygotowanych merytorycznie do prowadzenia pogadanek – nie tylko z rodzicami, ale i uczniami – na różne, intreresujące te środowiska, tematy. W ofercie chcieliby mieć także odczyty, wspierające nauczycieli w ich pracy wychowawczej

.

Jeszcze jesienią 1975 roku złożyłem wizytę w siedzibie Łódzkiego Oddziału TWP gdzie zostałem przedstawiony jego prezesce, którą okazała się… moja znajoma, była komendantka Hufca ZHP Łódź-Widzew (z pierwszych lat po reaktywowniu ZHP w 1956 roku)  – Freda Sołtysiak. Od razu dostałem konkretne propozycje tematów oraz adresy placówek, do których będę umawiał się na spotkania. Moją pierwszą prelekcję odbyłem w świetlicy środowiskowej na Chełmach pod Zgierzem. Słuchaczami byli okoliczni mieszkańcy w „wieku rodzicielskim”, a mówiłem – tak to dziś pamiętam – „o rozsądnym wspieraniu ich dzieci w roli ucznia”.

 

Muszę jeszcze wyjaśnić, że realizacja zadań prelegenta TWP, choć w swych funkcjach miała charakter działalności społecznej, to – w potocznym tego słowa znaczeniu – „społeczną” nie była, gdyż wygłoszenie prelekcji było usługą płatną. Każdy prelegent, dostając „zlecenie” konkretnej prelekcji, otrzymywał jednocześnie druk „delegacji”, na której były wymienione: adres, termin i temat prelekcji, oraz pozostawione miejsce na potwierdzenie jej przeprowadzenia – podpisem osoby upoważnionej oraz pieczątką instytucji, na terenie której ona się odbyła.Nie były to duże kwoty, z tego co pamiętam – dwadzieścia kilka złotych…

 

Ale nie ze względu na te pieniądze stałem się stałym i „pracowitym” prelegentem. Po prostu – każda prelekcja był swoistą premierą w teatrze „jednego aktora”. Nawet jeśli wygłaszałem kilka (a bywało, że kilkanaście, a nawet więcej) prelekcji na ten sam temat – każda z nich była do innej „widowni”, towarzyszyły jej różne okoliczności, inne były reakcje słuchaczy. I za każdym razem było to dla mnie wyzwaniem, było źródłem adrenaliny. A ta, jak wiadomo, potrafi uzależniać.

 

Niezbyt obciążający tygodniowy plan zajęć na uczelni stanowił dodatkową okoliczność sprzyjającą mojej tewupowskiej aktywności. Mogłem wieczorami upowszechniać kulturę pedagogiczną wśród rodziców uczniów, ale także nie miałem trudności, aby przyjmować zamówienia na prelekcje przedpołudniowe: do uczniów – podstawówek, liceów i zawodówek, a także wygłaszać pogadanki do nauczycieli na zebraniach rad pedagogicznych tych szkół.

 

Bardzo szybko wyrobiłem sobie markę „wziętego” prelegenta, zwłaszcza wtedy, gdy podjąłem się tematów, które – i w tamtych czasach – były swego rodzaju „gorącym kartoflem”: „Problemy dojrzewania” – w ostatnich klasach szkół podstawowych, i „Wychowanie seksualne” – w szkołach ponadpodstawowych. Prelekcje na takie tematy były bardzo chętnie zamawiane przez szkoły, bo niewielu nauczycieli było przygotowanych do tej problematyki, a także – bardzo często – krępowali się oni rozmawiać ze swoimi uczniami na „te” tematy. Zanim ja podjąłem się roli prelegenta z tego obszaru tematycznego – TWP poszukiwało prelegentów wśród lekarzy. A tych – z przygotowaniem z zakresu seksuologii – też prawie nie było. A jeśli już podejmowali się tego zadania lekarze innych specjalności, najczęściej interniści, to później do TWP docierały dość krytyczne recenzje, że „mówią fachowym, niezrozumiałym dla dzieci językiem”, że „wypowiadają się wyłącznie na tematy fizjologii organów płciowych”, że „nie chcą odpowiadać na większość zadawanych przez uczniów pytań”.

 

Wyjaśnię jeszcze jak do tego doszło, że akurat do mnie (wszak nie seksuologa) skierowano ofertę podjęcia się tych tematów prelekcji. Otóż wszystkiemu była winna owa pracująca w TWP koleżanka ze studiów, której jeszcze wtedy opowiedziałem o przypadku nastoletniego chłopca z „mojego” domu dziecka, którego przyłapano na podglądaniu dziewczynek w WC, z którym odbywałem wizyty u doktora Barczewskiego w poradni seksuologicznej, i o tym, że częste wizyty tam składane spowodowały moje zainteresowanie problematyką okresu dojrzewania oraz, że – dzięki wskazówkom doktora – przeczytałem wtedy wiele wartościowych, popularno-naukowych książek na ten temat. A ona te opowieści zapamiętała i teraz, w sytuacji kierowanych przez szkoły zapotrzebowań na prelekcje o tej tematyce, przypomniała sobie o tym. Więcej o owej historii z domu dziecka –TUTAJ

 

W okresie dwudziestu kilku lat mojej prelegenckiej aktywności takich spotkań z obszaru wychowania seksualnego odbyłem kilkaset…

 

Ale nie tylko na „te tematy” wygłaszałem prelekcje. Bardzo lubiłem i chętnie podejmowałem się spotkań, także cyklicznych, w których realizowałem misję „pedagogizacji rodziców”. Były takie szkoły, które zapraszały mnie na kolejne „okresowe” wywiadówki. Były one organizowane w ten sposób, że rodzice, zanim poszli na spotkanie z wychowawcą klasy swojego dziecka, uczestniczyli w ogólnym zebraniu, organizowanym zazwyczaj w szkolnej sali gimnastycznej. A tam, po krótkim wystąpieniu „dyrekcji” szkoły i organizacyjnych komunikatach Komitetu Rodzicielskiego – czekałem już ja, z kolejną pogadanką…

 

I muszę jeszcze pochwalić się odniesionym w tej działalności sukcesem. Otóż Zarząd Główny TWP zorganizował konkurs na najlepszą prelekcję. Namówiono mnie, abym do niego przystąpił. Pamiętam, że na ten konkurs przygotowałem prelekcję pt. „Czy to musiało się tak skończyć”. Adresatami byli rodzice jednej z „moich” szkół, a przekaz owej pogadanki dotyczył problemu samobójstw wśród dzieci i młodzieży oraz sposobów zapobiegania im. Powiem krótko: Moja prelekcja w ocenie trzyosobowej komisji konkursowej (która in corpore uczestniczyła w spotkaniu w tylnym rzędzie) zdobyła w ich ocenie maksymalną liczbę punktów i w konsekwencji zajęła pierwsze miejsce! W skali ogólnopolskiej było tylko kilka takich wyróżnień…

 

Oprócz nagrody finansowej, owocem tego sukcesu było włączenie mnie do grona „zespołu konsultantów”, co obok prestiżu i bywaniu na ogólnopolskich spotkaniach tychże, skutkowało zwiększoną stawką wynagrodzenia za każdą prelekcję…

 

No i nie będę krył, że moja działalność w TWP została doceniona poprzez przyznanie mi w 1982 roku Srebrnej Odznaki Honorowej „Zasłużony Popularyzator Wiedzy TWP:

 

 

Już po zakończeniu pracy na UŁ stałem się łódzkim specjalistą od jeszcze jednego tematu prelekcji. Była nim problematyka narkomanii wśród młodzieży – w wydaniu „jak nie dać się wkręcić w branie”. Ale o tym opowiem więcej w kolejnej części moich wspomnień (w części V – z lat 1983 – 1988), bo jest o czym opowiadać…

 

x            x           x

 

Jeśli ma się w swej osobowości „gen społecznego ADHD”, to długo nie wytrzyma się bez możliwości „rozładowania” tej potrzeby aktywności. Tak było i ze mną w czasie funkcjonowania w społeczności nauczycieli akademickich Instytutu Pedagogiki i Psychologii UŁ. Wystarczyły dwa lata, a ja dałem się namówić na pełnienie funkcji Zakładowego Społecznego Inspektora Pracy – funkcji, na którą jest się wybieranym przez ogół pracowników – członków związku zawodowego. W tamtym czasie jedynym związkiem zawodowym, do którego należeli nieomal wszyscy pracownicy IPiP, był Związek Nauczycielstwa Polskiego. I to właśnie oni wybrali mnie na zwołanym w tym celu zebraniu, na okres 4 lat, takim SIP-owcem. Nie pamiętam czyj to był pomysł – kto mnie zgłosił…

 

Jednak abym mógł swoje nowe obowiązki wykonywać kompetentnie, zostałem wysłany na specjalne – chyba dwutygodniowe – szkolenie. Pamiętam, że odbywało się ono w jakimś ośrodku w Wieliczce. Nie wnikając w merytorykę tego „dokształtu” powiem, że nie byłbym sobą, gdybym nie skorzystał z tej szansy, aby najpierw zwiedzić słynną kopalnię soli, ale także – i to nie jeden raz – pobliski Kraków.

 

Samo pełnienie obowiązków SIP-owca nie było zbyt angażujące czasowo i emocjonalnie. Nie przypominam sobie żadnego „wypadku przy pracy”, a okresowe przeglądy stanowisk pracy były tylko cykliczną formalnością.

 

x           x           x

 

Kolejną opowieścią o mojej, wykraczającej poza obowiązki pracownika naukowo-dydaktycznego, działalności będzie historia mojej niespodzianej „kariery” w PZPR i jeszcze szybszego i definitywnego jej końca. Z dalekosiężnymi konsekwencjami tegoż.

 

Czytaj dalej »



Osiem lat w akademickim świecie. Od dumy do rozczarowania

 

O studenckich obozach naukowych

 

Kontynuując IV cykl moich wspomnień „Osiem lat w akademickim świecie. Od dumy do rozczarowania”, po ich drugiej części „O tym co zapamiętałem o mojej roli dydaktyka” , prezentuję kolejną, gdzie opowiem o studenckich obozach naukowych, które – gdy zasmakowałem w tej formie przygotowania studentów do czekającego ich zbierania materiałów do pracy magisterskiej, stały się moją ulubioną formą pracy na uczelni. Bo nie były realizowane na uczelni!

 

Obozy naukowe organizowane były dla studentów po drugim roku studiów (dla uproszczenia będę w dalszej części wspomnień używał tylko formy „studentów”, ale zawsze będzie to, w przytłaczającej większości, dotyczyło studentek i studentów, występujących jednak w jednostkowych przypadkach.) Ich podstawowym celem było praktyczne zaznajomienie uczestników obozu z metodami i narzędziami badawczymi, stosowanymi w pedagogice społecznej, którymi będą się posługiwali podczas zbierania materiałów do pracy magisterskiej, pisanej w obszarze zainteresowania pedagogiki społecznej. A w tym obszarze znajdowała się także pedagogika opiekuńcza. Tradycyjnie obozy odbywały się we wrześniu. Udział w obozie nie był obowiązkowy – jego organizator musiał zadbać o jego skuteczną promocję. Istniała możliwość prowadzenia ich poza Łodzią – ale wówczas organizator musiał uzyskać z UŁ środki finansowe na przejazdy i zakwaterowanie.

 

Po raz pierwszy prowadzenie takiego obozu pani doc. Lepalczyk zaproponowała mi już pod koniec pierwszego roku mojej pracy, czyli jeszcze przed wakacjami 1976 roku. Naturalną koleją rzeczy był wybór metody badawczej, której będę uczył jego uczestników: metody monografii placówki. Bo w takiej metodzie przygotowałem moją pracę magisterską i w tej mogłem uchodzić za „fachowca”

 

Kolejną decyzją, którą musiałem podjąć, była lokalizacja tego „obozu”. Nie miałem wątpliwości, że nie może on odbywać się w Łodzi – najlepiej w miejscowości, która może być atrakcyjną, z innych niż naukowo-poznawcze, względów. Mój wybór padł na Beskid Śląski i Żywiecki, przede wszystkim dlatego, że ja dotąd nigdy tam nie byłem, ale także ze względu na optymalny charakter jego walorów turystycznych – wszędzie blisko i góry nie za wysokie. Ale były także brane pod uwagę względy logistyczne. Mam tu na myśli fakt, iż centrum tego regionu – Bielsko-Biała – było liczącym sto kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców miastem, w tamtym czasie – stolicą jednego z 49 województw, mającym dobrze rozwiniętą infrastrukturę oświatową, w tym kilka placówek całkowitej opieki nad dzieckiem. Wszystko to sprawdziłem wcześniej w rozmowach telefonicznych, najpierw – strategicznie – z pracownikami tamtejszego Kuratorium Oświaty i Wychowania, a później, już w trybie roboczym, z Wydziałem Oświaty, istniejącego od trzech lat (w miejsce dawniejszego Prezydium Miejskiej Rady Narodowej) bielskiego Urzędu Miejskiego.

 

Uzyskawszy od szefostwa Wydziału Oświaty zgodę na przeprowadzenie na ich terenie tego obozu, uzgodniłem z nimi program i listę placówek opieki nad dzieckiem, ale także szkół, do których będziemy mogli wchodzić i prowadzić nasze „treningowe” techniki badań środowiskowych.

 

Pozostało jeszcze załatwić bazę na zakwaterowanie i . . . i pozyskać na ten projekt środki finansowe. Oraz zrekrutować uczestników. A adres, pod którym możemy zamieszkać w czasie pobytu w Bielsku-Białej, wskazano mi w Wydziale Oświaty. Był to Dom Turysty PTTK, w centrum Bielska, przy ul. Krasińskiego nr 38 – niedaleko stacji kolejowej.

 

Foto: www.google.com/travel/hotels/

 

Dom Turysty PTTK w Bielsku, ul.Zygmunta Krasińskiego 38 (zdjęcie współczesne)

 

 

Mając rozeznanie we wszystkich kosztach (ceny biletów PKP, koszt noclegu, projektowaną liczbę osób i dodatkowe środki na „czas wolny”) wystąpiłem o dotację, którą – oczywiście – otrzymałem. Z rekrutacją też nie miałem problemu. Z taką ofertą turystyczną na dni wolne – jeszcze na długo przed sesją egzaminacyjną po II semestrze – miałem już komplet uczestników. Właściwie – uczestniczek, gdyż nie zgłosił się ani jeden student. Dziś nie pamiętam, czy w ogóle na II roku pedagogiki opiekuńczej taki studiował.

 

I w tym miejscu muszę opowiedzieć o jeszcze jednym, niespodzianym, elemencie tego przedsięwzięcia.

 

Zacznę od informacji, że pani doc. Irena Lepalczyk postanowiła po raz kolejny powiększyć liczbę pracowników Zakładu Pedagogiki Społecznej, Tym razem swe poszukiwania skoncentrowała na absolwentach socjologii. Był to kierunek poszukiwań praktykowany już przez prof. Kamińskiego. Wszak od wielu lat pracowała już w Zakładzie, także absolwentka socjologii, dr Iza Muchnicka-Diakow. Tym razem propozycję zatrudnienia na stanowisku asystenta stażysty przyjęły dwie osoby, które właśnie obroniły prace magisterskie na socjologii: Barbara Mrozińska i Jacek Piekarski. Ta pierwsza, zrobiwszy doktorat, po dwudziestu kilu latach pracy porzuciła karierę naukowca, aby zostać dziennikarką – na krótko w „Gazecie Wyborczej”, a od wielu już lat, najpierw w roli redaktora naczelnego, a od 2007 – na stanowisku prezesa Telewizji TOYA . I prezesuje tam do dziś…

 

Natomiast z tym drugim – z Jackiem Piekarskim – zawarłem znajomość jeszcze zanim oficjalnie został moim kolegą z pracy. Stało się tak, gdyż pani docent zdecydowała, że jeszcze przed formalnym jego zatrudnieniem, weźmie on udział w „moim” obozie w Bielsku-Białej. Z jego punktu widzenia była to propozycje nie do odrzucenia. Miał być – jako magister socjologii – moim konsultantem oraz prowadzić szkolenia studentów z technik badań, przed ich wyruszeniem do placówek. A ja usłyszałem, że mam go „wprowadzić w rolę nauczyciela akademickiego”.

 

Jedyne co musiałem w tej nagłej sytuacji zrobić, to zamienić w Domu Turysty zarezerwowaną dla mnie „jedynkę” na pokój dwuosobowy.

 

I tak starszy asystent dostał asystenta stażystę. Współpraca układała się nam dobrze, mnie było znacząco łatwiej realizować zadania prowadzącego ten obóz, a on pewnie także nie żałował tej „praktyki”. Dziś, po 45 latach, mogę chyba powiedzieć, że była to dla Jacka dobra inicjacja przyszłej kariery pracownika nauki, w ramach której został profesorem zwyczajnym, dziekanem Wydziału Nauk o Wychowaniu, a po latach pracy w Katedrze Pedagogiki Społecznej, wykonywanej, już po przejściu prof. Lepalczyk na emeryturę, także pod kierunkiem prof. Ewy Marynowicz-Hetki, usamodzielnił się i został kierownikiem „własnej”– nie trudno zgadnąć jakiej – Katedry Badań Edukacyjnych. A od niedawna jest już emerytem…

 

Pora wrócić do relacji z owego obozu. Najgorsze, że nie mogę sobie na sto procent przypomnieć iludniowe było to przedsięwzięcie, ale jestem prawie pewiem, że dwutygodniowe. Jestem przekonany, że obóz musiał się rozpocząć w połowie drugiego tygodnia września (np. 9-ego), gdyż nie mogłem prowadzać studentów do szkół i placówek tuż po rozpoczęciu roku szkolnego. Także nie mogłem kończyć obozu tuż przed początkiem roku akademickiego.

 

 

Fragment z „Kalendarza Stuletniego” – rok 1976. Zaznaczone są dni, w których – według mojej rekonstrukcji pamięci – odbył się studencki obóz naukowy

w Bielsku-Białej.

 

 

Ale miałem jeszcze jeden powód aby rozpoczynać obóz w połowie tygodnia. Zależało mi na dwu niedzielach z poprzedzającymi je sobotami. Bo choć w 1976 roku urzędowo była tylko jedna „wolna sobota” – w owym roku wyznaczono ją na 4 września – to ja tak planowałem nasze zadania, aby wcześniej odrobić wszystko co zostało zaplanowane na ten tydzień i mieć wolną sobotę i niedzielę do dyspozycji zajęć turystyczno-krajoznawczych. Dzięki takiemu terminowi obozu mieliśmy dwie takie możliwości.

 

Foto: www.google.com

 

W ramach tych ostatnich zajęć zwiedziliśmy okolice Bielska-Białej, a także Szczyrk. Byliśmy też nad Jeziorem Żywieckim.

 

 

Najtrudniej jest mi przypomnieć sobie konkretne fakty z realizacji oficjalnego programu obozu. Pamiętam, że zaczęliśmy od spotkania z dyrektorem Wydziału Oświaty Urzędu Miasta Bielsko-Biała, który przedstawił nam sieć podległych mu placówek, w tym domy dziecka i placówki realizujące środowiskową opieką nad dziećmi. I to one były głównym celem wizyt „badawczych” studentek.

 

Trochę na zasadzie dedukcji (ze strzępów mojej pamięci wiem, że byliśmy także w Technikum Włókienniczym, mającym swą siedzibę niedaleko naszego zakwaterowania) przypuszczam, że zapewne pan dyrektor pochwalił się, iż w kilku bielsko-bialskich szkołach zatrudnieni zostali pedagodzy szkolni – w ramach programu pilotażowego Ministerstwa Oświaty i Wychowania z 1973 roku. I pewnie wymienił także Technikum Włókiennicze, bo innego powodu naszej wizyty w tej szkole zawodowej być nie mogło. A wizytę w tej szkole zapamiętałem dlatego, że była to szkoła bardzo podobna, także w swej historii, do łódzkiego Technikum Włókienniczego.

 

Obóz zakończył się planowo, wszyscy wrócili zadowoleni, sprawozdanie o jego przebiegu złożyłem kierowniczce Zakładu i – zapewne po nieformalnym zasięgnięciu „języka” u jego uczestniczek – został on przez nią dobrze oceniony. Skąd taki mój wniosek? Bo gdyby było inaczej, nie otrzymałbym w następnym roku polecenia zorganizowania kolejnego….

 

 

x           x           x

 

 

Jednak rok 1977 był dla mnie trudnym rokiem. W tym roku, w lipcu, przeprowadzałem się z moją rodziną (ja – młody pracownik nauki, żona Krystyna – młoda matka oraz urodzony w marcu 1973 r. synek Kubuś) z dotychczasowego mieszkania (jeden pokój – 25 m kw. na poddaszu, bez wygód – w domu, który w latach dwudziestych zbudował mój dziadek i gdzie się urodziłem) do nowego mieszkania m-4 (55 m kw.) na IV piętrze w nowo zbudowanym bloku Osiedla „Pienista” Spółdzielni Mieszkaniowej „Osiedle Młodych”. M-4 dostała rodzina trzyosobowa, bo dodatkowe „M” przysługiwało mi, jako nauczycielowi…

 

Czytaj dalej »



Osiem lat w akademickim świecie. Od dumy do rozczarowania

 

O tym co zapamiętałem o mojej roli dydaktyka

 

W poprzednim eseju wspomnieniowym „Osiem lat w akademickim świecie. O specyfice nowej pracy.obiecałem, że kolejna część tego IV rozdziału mojej autobiografii będzie poświęcona prowadzonym przeze mnie zajęciom dydaktycznym.  Zacznę ja od tego, że niewiele konkretów na ten temat zostało w mej pamięci. Na pewno wiem, że – generalnie – prowadzi- łem ćwiczenia, nie wykłady, które – w zasadzie – mógł mieć dopiero nauczyciel akademicki od stopnia doktora wzwyż. Muszę w tym miejscu poinformować, że w tamtym czasie studia magisterskie na uniwersytecie trwały o rok krócej niż „za mich czasów”, to znaczy 4 lata i nie było już jednolitych studiów pedagogiki, a funkcjonowały studia sprofilowane. Na UŁ można było studiować: pedagogikę szkolną, pedagogikę opiekuńczą i pedagogikę kulturalno-oświatową. Nie muszę uzasadniać dlaczego ja prowadziłem zajęcia (z pewnym wyjątkiem, ale o tym później) na kierunku pedagogika opiekuń- cza.. A tam moim „koronnym” przedmiotem była metodyka pracy opiekuńczo-wychowawczej, w ramach którego – WYJĄTKOWO – zezwolono mi na prowadzenie także wykładu. Każda grupa miała ze mną 1 godzinę wykładu i 2 go- dziny ćwiczeń. Przedmiot ten był w programie studiów na II i III roku .Pamiętam, że ich programy były moimi programami autorskimi – nikt nie narzucał mi swoich koncepcji, a moja oferta programowa była wypadkową tego, co wyczytałem w dostępnych w owym czasie na ten temat publikacjach a moimi doświadczeniami, wyniesionymi z okresu pracy w domach dziecka.

 

A zaczynałem od przeglądu dorobku klasyków polskiej opieki nad dzieckiem: od Janusza Korczaka z jego Jak kochać dziecko” na czele, poprzez Kazimierza Jeżewskiego z nierozerwalnie związanymi z nim Wioskami Kościuszkowskimi oraz Czesława Babickiego – twórcę systemu rodzinkowego, który ostatni etap swego życia spędził w Łodzi, kierując domem dziecka przy ul. Przędzalnianej. Ale było w tych programach także o warszawskim Zespole Ognisk Wychowaw- czych założonym i prowadzonym przez Kazimierza Lisieckiego, którym po jego śmierci kierowała dr Maria Łopatkowa

 

 A skoro już wspomniałem Zespół Ognisk Wychowawczych „Dziadka” Lisieckiego – nie mogę nie powiedzieć o tym, że studenci dowiadywali się także o współczesnych formach, nie tylko opieki „zakładowej”, ale także środowiskowej: o świetli- cach prowadzonych przez Towarzystwo Przyjaciół Dzieci, a nawet o działalności profilaktyczno-wychowawczej ORMO ! Tak, tak, nie wszyscy członkowie tej ochotniczej przybudówki MO byli „pałkarzami”, o czym w uniwersyteckim periodyku Acta Universitstis Lodzienzis z 1983 roku można dziś przeczytać w publikacji Barbary Mrozińskiej, zatytułowanej „Działacz ORMO jako wychowawca społeczny w środowisku zamieszkania„. [TUTAJ]

 

Prowadziłem także ćwiczenia w przedmiocie „Pedagogika Społeczna”. Wykłady mieli inni – oczywiście – pani docent Lepalczyk, ale także pozostali pracownicy Zakładu (od 1980 roku Katedry) w stopniu doktora.

 

x           x           x

 

Foto: www. baedekerlodz.blogspot.com

 

Budynek przy ul. Wólczańskiej 202 w Łodzi, w którym na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku odbywały się zajęcia zaocznych studiów pedagogiki UŁ. (Zdjęcie współczesne)

 

Zajęcia dydaktyczne miałem nie tylko dla studentów „dziennych” w siedzibie Zakładu przy ul. Uniwersyteckiej, ale także dla studiujących „zaocznie”, które w soboty i niedziele odbywały się – gościnnie – w siedzibie łódzkiego INNiBO przy ul. Wólczańskiej. Był to budynek, w którym na II i III piętrze do końca lat sześćdziesiątych mieściło się Studium Nauczycielskie, a na jego dwu pierwszych kondygnacjach działała szkoła ćwiczeń. Szkoła – już nie w funkcji „ćwiczeniówki”, funkcjonowała także w czasach, gdy prowadziłem tam zajęcia. Budynek miał dwa wejścia i dwie klatki schodowe: północne było „szkolne”, a południowym (widocznym na zdjęciu) wchodziło się wyłącznie na II i III piętra, gdzie mieścił się oddział łódzki Instytutu Kształcenia Nauczycieli i Badań Oświatowych (IKNiBO), przekształconego w 1981 roku w Instytut Kształcenia Nauczycieli Oddział Doskonalenia Nauczycieli (IKN ODN). Nie było między tymi użytkownikami budynku żadnego połączenia. Informuję o tym, gdyż ma to znaczenie dla tego, o czym chcę teraz opowiedzieć.

 

Pewnej soboty, późnym popołudniem, prowadziłem tam zajęcia – w sali na III piętrze, mającej okna na ulicę Wólczańską. (Na zdjęciu zaznaczone zostały żółtą obwódką.) Nagle usłyszeliśmy syreny wozów strażackich, które zatrzymały się przed naszym budynkiem Przerwałem zajęcia i podeszliśmy do okien, aby zobaczyć co się dzieje. A tam zobaczyliśmy strażaków, rozkładających drabinę, którą przestawiali do budynku. Wtedy uświadomiliśmy sobie, że od pewnego czasu czuliśmy zapach spalenizny. Gdy otworzyłem drzwi na korytarz – do sali buchnęły kłęby czarnego, duszącego dymu. Wypełniał on szczelnie nie tyko korytarz, ale i jedyną dostępną klatkę schodową. Natychmiast zamknąłem drzwi i pootwie- raliśmy wszystkie okna. Po niedługim czasie do jednego z okien zajrzał strażak i zawołał, abyśmy – bez paniki – ewakuowali się z pomieszczenia po drabinie, bo droga przez korytarz i schody jest odcięta – grozi uduszeniem.

 

Wszyscy, bez paniki, ewakuowaliśmy się z pomieszczenia po owej drabinie. Nikomu nic złego się nie stało, ale emocji było co niemiara. Oczywiście tego dnia zajęcia zostały odwołane. Okazalło się, że przyczyną owego wydarzenia było zaprószenie ognia w magazynku szkolnej sali gimnastycznej, gdzie były składowane materace do ćwiczeń. Już dużo później dowiedziałem się, że ten straszny, trujący dym pochodził z owych tlących się materacy, zrobionych z gąbki ze sztucznego tworzywa…

 

I to jest moje najlepiej zapamiętane wydarzenie z zajęć dydaktycznych, prowadzonych dla studiujących zaocznie pedagogikę opiekuńczą…

 

Ale dydaktyka na Wólczańskiej przyniosła mi jeszcze inne „zagrożenie”.

 

Zanim o tym opowiem, dodam jeszcze informację, że owym wyjątkiem w generalnej zasadzie przypisania mojej osoby do zajęć na kierunki „pedagogika opiekuńcza” było powierzenie mi wykładu z, wprowadzonej niedawno jako obowiązkowy przedmiot na wszystkich kierunkach pedagogicznych, „Metodyki wychowania w ZHP” – właśnie na studiach zaocznych – na wszystkich prowadzonych tam kierunkach, w tym na „pedagogice kulturalno-oświatowej”. Ten wyjątek został uczyniony najprawdopodobniej z tego powodu, że osoba, która miała te wykłady dla studentów stacjonarnych – dr Maria Kuźnik – nie była zainteresowana prowadzeniem zajęć w soboty i niedziele. Prawdopodobnie przekonała decydentów, że ja, jako instruktor ZHP w stopniu harcmistrza, były komendant hufca, znakomicie sobie z tymi wykładami poradzę.

 

I jeszcze jedna uwaga wprowadzająca, dotycząca pedagogiki k-o na studiach zaocznych. Otóż był to kierunek ulubiony przez pragnących uzyskać cenzus wyższego wykształcenia pracowników niższego szczebla aparatu partyjnego PZPR. Najczęściej byli to instruktorzy komitetów dzielnicowych i powiatowych, którzy awansowali tam, „za zasługi dla Partii” jeszcze w epoce Gomułki, ale nie mieli wyższego wykształcenia. Studiowali tam także oficerowie „bez cenzusu”, zajmujący kierownicze stanowiska w milicji. Jak się okazało – także z pionu Służby Bezpieczeństwa. Wszyscy oni przychodzili na zajęcia „po cywilnemu”…

 

Po takim wstępie mogę już przejść do wspomnienia owej pamiętnej dla mnie historii, która wydarzyła się w 1978 roku. W tym celu posłużę się fragmentami eseju „Jak nie stałem się „kolegą z pracy” zabójcy ks. Popiełuszki”:

 

[…] W czasie jednej z przerw „na papierosa” (a byłem wtedy jeszcze „palaczem”) zagadnął mnie jeden ze starszych studentów, o którym wiedziałem tylko, że pracuje „na Lutomierskiej” (już wtedy mieściła się tam Wojewódzka Komenda, tyle że nie Policji, a Milicji Obywatelskiej) i że jest pułkownikiem. „Jakie pan magister ma plany wakacyjne?” – niewinnie zapytał. A ja, jak to mam w naturze, „palnąłem szerze i otwarcie”: – Chciałbym pojechać do Szwecji, gdzie mieszka mój przyjaciel, ale nie mam paszportu i już nie zdążę go wyrobić.

 

Na tym rozmowa zakończyła się. Ale tylko tego dnia…

 

Po dwu tygodniach, na następnym zjeździe, także podczas przerwy, ten sam pułkownik doszedł do mnie gdy stałem samotnie i zaczął skarżyć się, że ma problemy z napisaniem pracy zaliczeniowej jaką im zdałem, bo nigdy nie był w harcerstwie i nie ma czasu na szersze poszukiwanie i czytanie lektur z tej dziedziny. I że prosi mnie o dłuższą konsultację. Podałem mu termin dyżuru w zakładzie i zaprosiłem na ul. Uniwersytecką. Na to on stwierdził, że o tej porze nie ma szans wyjść na tak długo z pracy, i czy ja zgodziłbym się przyjechać do niego… Na moje „Ale to niemożliwe, konsultacje tylko podczas dyżurów” chwilę pomilczał i powiedział – „Panie magistrze, przysługa za przysługę. Pan mi pomoże, a ja panu także pomogę – w otrzymaniu paszportu jeszcze przed początkiem lipca.”

 

I tak dałem się „skorumpować” obietnicą możliwości skorzystania z zaproszenia do Szwecji. […]

 

Zainteresowanych szczegółami dalszego rozwoju sytuacji odsyłam do obszernego fragmentu tamtego eseju –TUTAJ .

 

 

Foto: www.tulodz.pl

 

W tym wieżowcu, w czerwcu 1978 roku, otrzymałem ofertę zatrudnienia w Wojewódzkiej Komendzie Milicji Obywatelskiej – w VI Wydziale łódzkiej SB. Okna do gabinetu w którym odbyła się ta rozmowa zaznaczyłem żółtą obwódką. (Zdjęcie współczesne)

 

Dodam jeszcze informację, którą podałem, jako post scriptum, także w tamtym eseju:

 

To w tym VI Wydziale łódzkiej SB zaczynał swą karierę i gorliwą służbą zasłużył sobie na przeniesienie do „centrali” w Warszawie, były nauczyciel matematyki w Technikum Ekonomicznym przy ul. Drewnowskiej, który przeszedł do historii jako zabójca ks. Jerzego Popiełuszki – Grzegorz Piotrowski.”

 

Czytaj dalej »



Hipolit Malinowski – 1909 – 1996

 

 

25 lat temu – 21 lipca 1996 roku – zmarł mój wuj – Hipolit Malinowski. Postanowiłem napisać i zamieścić na stronie „Obserwatorium Edukacji” wspomnienie o Nim, nie dlatego, że by to najmłodszy brat mojej mamy – z domu Malinowskiej. Tak się złożyło, że nie zostałem powiadomiony o jego śmierci i pogrzebie, nie byłem także, do dziś, przy Jego grobie. Uznałem, że choć w ten sposób oddam cześć Jego pamięci – jako pierwszemu w mojej rodzinie nauczycielowi i kierowni- kowi szkoły, ale także żołnierzowi Armii Krajowej, a od 1945 roku – organizacji Wolność i Niezawisłość, więźniowi peerelowskich kazamatów. Mam także pewien osobisty powód, o którym napisałem już przed trzema laty – w zamieszczo- nym 19 lipca 2019 roku na OE eseju wspomnieniowym: „Mój rok 1959, czyli zauroczenie Antonim Makarenką”.

 

Jest to historia moich pierwszych samodzielnych wakacji (w wieku lat 15-u), kiedy to przyjechałem do Janówka, k. Starej Miłosnej, gdzie wuj Hipolit był kierownikiem wiejskiej szkółki. Oto fragmenty tamtego eseju:

 

[…] Przechodząc do sedna tematu – spędziłam tam kilka dni w sielankowym klimacie wylegiwania się na kocu w sadku, pojadania pajd chleba domowego wypieku, smarowanych masłem własnego wyrobu, polanych miodem z wujowej pasieki. Do popicia – zimne zsiadłe mleko wprost z piwnicy – takie, że można je było krajać nożem..

 

Ale nie to jest tematem tych wspomnień. Zaraz pierwszego dnia, zwiedzając pomieszczenia opustoszałej szkoły, trafiłem do salki,w której stała szafa, pełniąca funkcję szkolnej biblioteki. Była szeroko otwarta, a znaczna część liczącego kilkaset egzemplarzy księgozbioru leżała nieopodal, porozkładana na stolikach i krzesłach. Naszedł mnie na tym wuj, i zachęcił: Śmiało, śmiało. Poszukaj co cię z tego zainteresuje, i czytaj sobie do woli.

 

Dziś już nie pamiętam, czy wybrałem kilka książek, czy od razu tylko ten jeden, opasły tom, który przez najbliższe dni przeczytałem „jednym tchem”, od deski do deski. […]

 

Ktoś powie: nie masz się czym chwalić. To wszak sztandarowe dzieło sowieckiego autora na usługach reżimu. Ale ja mam w tej sprawie odmienne zdanie. Tak, to prawda: wszystkie poglądy autora-praktyka o sposobach wychowania „bezprizornych” są tam ubrane w obowiązującą wówczas stylistykę i słownictwo oraz „polane ideologicznym sosem socjalizmu”. Jednak zza tych obowiązkowych formułek przebija prawda doświadczeń i przemyśleń refleksyjnego pasjonata-wychowacy, który nic tam nie zmyślał, wszystko o czym napisał zostało wcześniej zweryfikowane w jego codziennej praktyce.

 

Do dziś jest dla mnie tajemnicą to zauroczenie pedagogiką kolektywu i wychowania przez pracę u piętnastoletniego ucznia Szkoły Rzemiosł Budowlanych. […]

 

Ale cała ta wiedza i merytoryczna analiza treści „Poematu Pedagogicznego” – jak się okazało – była dopiero przede mną. Tamtego lata, niezależnie od wszelkich ocen i polityczno-historycznych kontekstów, zostałem – tak to oceniam dzisiaj – zainfekowany chorobą, na którą zapadłem wiele lat później. Po raz pierwszy posmakowana wówczas wiedza o pracy wychowawczej z tzw. „trudną młodzieżą” przydała mi się już cztery lata później, kiedy jako dziewiętnastoletni młodzieniec, także podczas wakacji, w konsekwencji pewnych niezwykłych zbiegów okoliczności, stanąłem wobec wyzwań, nieświadomie podjętej roli wychowawcy na kolonii letniej dla – jak to się wówczas określało – „młodzieży niedostosowanej społecznie”. […]

 

 

x           x           x

 

 

Już zawsze będę twierdził, że – choć nieświadomie – tu wuj Hipolit, więzień komunistycznej bezpieki, dając mi do ręki książkę sowieckiego pedagoga, zainicjował proces, który po kilku latach, w połączeniu z innymi impulsami, doprowadzi mnie do decyzji o wyborze zawodu – powiem za prof. Aleksandrem Kamińskim – zawodu wychowawcy, realizowanego          w różnej formule i w różnych instytucjach….

 

I dlatego, choć tym wspomnieniem, postanowiłem podziękować Mu za tamte wakacyjne dni w Janówku.

 

W owym eseju sprzed trzech lat, zamieszczonym – jak się okazało – w stanie niewiedzy że było to nieomal w 23 rocznicę Jego śmierci, zawarłem także część biograficzną o wujku Hipolicie Malinowskim. Dziś wiem, że jest ona pełna błędnych informacji – pisałem ten tekst w oparciu o „flesze” pamięci z dzieciństwa, o opowieści mojej mamy – jak teraz wiem – w dużym stopniu oparte na półprawdach. Te półprawdy były przede wszystkim skutkiem skrywania przez wuja Hipolita szczegółów jego działalności partyzanckiej, a zwłaszcza o pobycie w więzieniach..

 

Z tego powodu nie odsyłam linkiem do tamtego wspomnienia. Dziś będę posługiwał się autobiografią Hipolita Malinowskiego – najmłodszego syna Mariana i Franciszki Malinowskich, urodzonego 14 lipca we wsi Zaręby Ciemne w powiecie Ostrów Mazowiecka oraz pozyskanymi w wyniku research’u w Internecie materiałami o okresie Jego działalności w strukturach WiN.

 

Z Jego autobiografii dowiedziałem się, że szkołę powszechną ukończył w Rosochatem Kościelnem (pow. Wysokie Mazowieckie). Wnioskuję, że w tym czasie jego rodzice byli już właścicielami gospodarstwa rolnego z wolno położonym siedliskiem (poza pobliskimi wsiami), w miejscu, które nazwane zostało Zalesie Stefanowo, leżącym kilka zaledwie kilometrów od Rosochatego. A ten przymiotnik zapewne wziął się od imienia Jego starszego brata Stefana, który zgodnie z ówczesną tradycją został wyznaczony na spadkobiercę tego majątku.

 

Natomiast On, jako młodszy brat, musiał poszukać sobie innego niż bycie rolnikiem sposobu na życie. Bo tak interpretuję informację, że w 1926 roku, w wieku 17-u lat, podjął naukę w Państwowym Seminarium Nauczycielskim w Szczuczynie Nowogródzkim.

 

 

W swej autobiografii Hipolit Malinowski wspomina, że podczas nauki w Seminarium Nauczycielskim należał do ZHP. Po trzech latach nauki został drużynowym działającej tam drużyny harcerskiej. Już wtedy ujawniły się nie tylko Jego zdolności przywódcza, ale także organizatorskie – bo zainicjował powstanie drużyny harcerskiej także w miejscowej szkole powszechnej. Jej drużynowym został Jego kolega – Rajmund Zdanowicz – późniejszy oficer w armii Andersa, ranny w bitwie pod Monte Cassino. Druhowi Hipolitowi i tego było mało – zorganizował w tej samej szkole gromadę zuchów. Jej „wodzem” (drużynowym) został inny Jego kolega – Piotr Mockałło, który podczas wojny – w 1944 roku – zginął w pobliżu Lidy z rąk „wyzwolicieli” – żołnierzy Armii Czerwonej.

 

Po ukończeniu Seminarium w 1931 roku, jako dwudziestodwuletni jego absolwent, rozpoczął pracę nauczyciela w szkole powszechnej w Lidzie, gdzie także prowadził drużynę harcerską. Nie było Mu dane pracować zbyt długo w jednej szkole – był przenoszony do szkół w innych miejscowościach tego powiatu: pracował we wsi Iwja, a potem w Honczarach. W tej ostatniej wsi pracował przez dwa lata poprzedzające wybuch wojny, a później kolejne dwa lata – już po zajęciu tej części Polski przez Armię Czerwoną i włączeniu tych ziem do ZSRR. Ale wtedy nie był już kierownikiem tej szkoły, gdyż „nowa władza” przysłała na jej kierowniczkę młodą komsomołkę. W czerwcu 1941 roku, gdy wkroczyły tam wojska niemieckie, skorzystał z okazji i wraz z niedawno poślubioną żoną Heleną (też nauczycielką) oraz nowo narodzoną córeczką Zosią – jak to opisał „na wózku jednokonnym przewiózł swoją rodzinę do domu rodziców w Zalesiu k. Rosochatego Kościelnego”.

 

Z dalszej części Jego autobiografii, z bardzo lapidarnej informacji, można dowiedzieć się, że nie czekał biernie na rozwój wypadków, lecz czynnie włączył się do walki z okupantem. I to na dwu płaszczyznach. W Zalesiu, wraz żoną, prowadzili dla okolicznych dzieci tajne nauczanie, a On – równolegle – wstąpił do Związku Walki Zbrojnej, który od lutego 1942 roku został przemianowany na Armię Krajową. Nie był tam zwykłym żołnierzem – najpierw był w konspiracyjnej podchorążówce, a po jej ukończeniu rozpoczął pracę w wywiadzie miejscowego Obwodu AK. W 1944 roku został mianowany podporucznikiem i objął obowiązki szefa wywiadu Obwodu III „Zambrów” w okręgu białostockim. W biogramie owych kilka linijek informacji o tym okresie swego życia kończy informacją; „W konspiracji pracowałem do maja 1944 r.

 

Czytaj dalej »



Osiem lat w akademickim świecie. Od dumy do rozczarowania

 

Esej wspomnieniowy – cz. IV

 

 

Ta część moich wspomnień, zapowiedziana w poprzednim odcinku,  dotyczyć będzie wydarzeń w okresie od 1 października 1975 do 31 sierpnia 1983 roku. Niektóre z nich zostały już opisane w „jubileuszowych” esejach w ramach serii „Moje lata dziewiąte” i „Moje lata dziesiąte”. Były to:

 

>Esej wspomnieniowy: „Mój rok 1979, czyli też obóz, ale naukowy. W Bieszczadach.

 

>Esej wspomnieniowy: Mój rok 1980. Jak sierpniowe strajki zamieszały w moim życiu

 

Były także inne:  opublikowany jako wspomnienia z wydarzeń roku 1978, którego tytuł mówi sam za siebie: Esej wspomnieniowy: Jak nie stałem się „kolegą z pracy” zabójcy ks. Popiełuszki”, oraz ten, który powstał najwcześniej, którego znaczna część także dotyczy okresu mojej pracy na Uniwersytecie Łódzkim: Esej bardzo osobisty: Aleksander Kamiński – patronem mojej pedagogicznej drogi

 

Będę się do nich odwoływał, będę cytował ich fragmenty, a w przypadku powoływania się na ich obszerniejsze części – udostępnię je jako załączony plik PDF

 

Tyle wprowadzenia, a teraz do rzeczy:

 

Pierwszy dzień października 1975 roku wypadł w środę. Przyznam się, że nic z tego dnia nie utrwaliło się w mojej pamieci. Wiem tylko jedno: nie byłem jedynym nowozatrudnionym pracownikiem w Zakładzie Pedagogik Społecznej na UŁ, który dopiero co ukończył zaoczne studia pedagogiki – kierunek wiedza o kulturze. Razem ze mną tego dnia stał się, także od razu, starszym asystentem mój kolega z roku – Kazimierz Zawadzki, mieszkaniec Koluszek, który podobnie jak ja miał już za sobą ładnych kilka lat stażu pracy jako nauczyciel historii w Zespole Szkół Budowlanych w tychże Koluszkach. Z tą różnicą, że on pisał pracę magisterską u pani, wtedy jeszcze doktor, Olgi Czerniawskiej, która już wówczas dała się poznać jako specjalistka od edukacji dorosłych. Kazimierz Zawadzki dołączył do „frakcji” andragogów, która powoli krystalizowała się wokół niej w Zakładzie Pedagogiki Społecznej.

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.baedekerlodz.blogspot.com

 

Kamienica przy ul. Uniwersyteckiej nr 3, w której w latach mojej tam pracy mieścił się Zakład Pedagogiki Społecznej UŁ, podniesiony w 1981 roku do rangi katedry.

 

 

W roku w którym rozpocząłem tam pracę cały Zakład Pedagogiki Społecznej, który funkcjonował w ramach większej struktury o nazwie Instytut Pedagogiki i Psychologii UŁ, (i to jego ówczesny dyrektor – prof. Karol Kotłowski – podpisał moją umowę o pracę) mieścił się w kamienicy przy ul. Uniwersyteckiej 3, w dwu pomieszczeniach na I piętrze, których okna wychodziły na ulicę. (Na zdjęciu zaznaczone pomarańczową obwódką). Musiało to wystarczyć jako miejsce odbywania spotkań oraz dyżurów dla studentów zespołowi pracowników, liczącemu – razem z naszą dwójką – 10 osób. Zanim tam dołączyliśmy, w Zakładzie pracowali: kierowniczka – doc. dr hab. Irena Lepalczyk, doktorzy: Olga Czerniawska, Brygida Butrymowicz, Iza Muchnicka-Diakow, oraz magistrowie: Ewa Marynowicz-Hetka, Jan Badura, Barbara Juraś-Krawczyk i Ewelina Krakowska.

 

Dopiero rok później, po zwolnieniu sąsiednich pomieszczeń na I piętrze, które dotychczas były mieszkaniem, zajmowanym przez profesorów UŁ poprawiły się warunki lokalowe. Nie pamiętam kto był jago ostatnim lokatorem, ale wiem, że po wojnie, po przyjeździe do Łodzi, mieszkała tam założycielka katedry Pedagogiki Społecznej na UŁ prof. Helena Radlińska. Po połączeniu tych pomieszczeń z dotychczas zajmowanymi pokojami – zakład dysponował sześcioma pomieszczeniami i wreszcie miał odpowiednie warunki lokalowe (Na zdjęciu nowa sytuacja zaznaczona żółtą obwódką).

 

 

x           x           x

 

 

Dalsze wspomnienia przedstawię w innej niż robiłem to dotychczas formule. Nie będzie to chronologiczna opowieść, rok po roku, a historia tego etapu mojej biografii zawodowej będzie opisana problemowo. Pierwszą będzie część, poświęcona opisowi obowiązujących tam zasad prawnych, regulujących organizację pracy, oraz tradycyjnych form organizowanych spotkań. W następnej bardziej szczegółowo opowiem czym zajmowałem się tam jako nauczyciel akademicki, czyli o prowadzonych przeze mnie zajęciach dydaktycznych. Oddzielny fragment przeznaczę na wspomnienie mojej „specjalności”, którą było prowadzenie studenckich obozów naukowych. W kolejnej części opiszę moją działalność społeczno-polityczną, w tym – prowadzoną „równolegle” aktywność jako „prelegenta” w Towarzystwie Wiedzy Powszechnej. Zakończę opowieścią o – nie zwieńczonej obroną pracy doktorskiej – mojej pracy naukowej, czyli o przygotowaniach rozprawy doktorskiej, o pisanych artykułach i uczestnictwie w konferencjach naukowych.

 

Będą jeszcze dwie części, swoiste aneksy do owej historii o pracy na UŁ. Pierwsza – to wspomnienie kolejnych (w latach 1976 i 1977) obozów harcerskich (z Kubusiem) oraz krótka opowieść o mojej wakacyjnej „przygodzie” w Szwecji, którą przeżyłem latem 1978 roku, a której nie mogą pominąć z powodu jej związku z wcześniejszymi wspomnieniami, w których już kilkukrotnie pojawiał się Lucek – ten poznany w 1964 roku na obozie w Harkabuzie. W drugim aneksie wspomnę o dwu miejscach pracy poza uczelnią, na które otrzymałem zgodę „pierwszego pracodawcy”, a którymi były: Studium Pracowników Socjalnych (tak nazwę tej szkoły zapamiętałem) oraz Zespół Szkół Budowlanych nr 3 przy ul. Kilińskiego 159 w Łodzi. Co tam robiłem i jakie tego były dalsze konsekwencje – to także będzie ciekawe…

 

 

x           x         x

 

 

O specyfice pracy w nowej roli nauczyciela akademickiego

 

Cz. IV. 1.

 

Gdybym napisał, że zmiana miejsca pracy była dla mnie tylko kolejną – przerabianą już wszak kilkakrotnie – zmianą miejsca pracy, to bym sklamał. W porównaniu do poprzednich była to wręcz rewolucyjna zmiana. Przede wszystkim w aspekcie godzin pracy. Jeśli porównać mój poprzedni etat wicedyrektora, a także ten w ŁDK – 40 godzin tygodniowo, a nawet etat wychowawcy w domu dziecka – 36 godzin, realizowanych w zaplanowanym, tygodniowym rytmie pracy, to na UŁ moje tzw. „pensum dydaktyczne” wynosiło – uwaga – 270 godzin w skali roku! To oznacza w każdym semestrze po 135 godzin.

 

Czytaj dalej »



Esej: Dlaczego uważam, że należy na nowo przemyśleć ścieżki dochodzenia do kwalifikacji w zawodach robotniczych a także na poziomie technika – jeśli w ogóle technicy nadal są potrzebni

 

Jest kilka „gorących kartofli” w problemach edukacji, przed którymi od lat stają decydenci i których – jak dotąd – żadna władza nie odważyła się podjąć i definitywnie rozwiązać. Do takich należą: stosowanie tzw. „stopni” (cyfrowych ocen) szkolnych, system klasowo-lekcyjny, czy zadawanie prac domowych. Ale – moim zdaniem – jest nim także system kształcenia zawodowego. Tak jak w przypadku tych wcześniej wymienionych, także i prowadzenie szkół zawodowych uznawane jest za swoistą „oczywistą oczywistość”, za coś, co jest, bo było od zawsze.

 

Otóż to podstawowy błąd, zarówno metodologiczny, jak i historyczny. Metodologiczny – bo wszelki postęp był, jest i bę- dzie możliwy tylko wtedy, gdy jego początkiem jest kwestionowanie „odwieczności” zastanej rzeczywistości i empiryczna analiza jej słabych punktów. A że powoływanie się na wiekową tradycję szkół zawodowych jest zakłamywaniem historii – postaram się za chwilę wykazać, zanim przejdę do innych argumentów, przemawiających za postawioną przeze mnie w ty- tule tezą o potrzebie likwidacji dotychczasowego systemu nabywania kwalifikacji zawodowych i zastąpienia go innymi ścieżkami dochodzenia do tychże, adekwatnymi do współczesnej rzeczywistości technologiczno-zawodowej i tempa jej ewoluowania – najczęściej w nieprzewidywalnych kierunkach.

 

W części historycznej przypomnę tylko, że szkoły zawodowe powstały dopiero w czasach rewolucji przemysłowej, gdy wynalazek maszyny parowej stał się przyczyną zastępowania manufaktur wielkimi fabrykami, zatrudniającymi setki, tysiące robotników, obsługujących bliźniacze maszyny, a więc posiadających te same umiejętności. Wcześniej, przez setki lat – od czasu gdy w wyniku podzialu pracy wykrystalizowały się pierwsze zawody – umiejętności w każdym z nich przekazywane były – w wersji „zakładu rodzinnego” – z ojca na synów, a w przypadku warsztatu zatrudniającego większą ilość pracowników – poprzez „przyuczenie do zawodu”. Z upływem wieków wypracował się system samoorganizacji poszczególnych zawodów rzemieślniczych, ich struktura, hierarchia, zasady. Tak powstały cechy, mistrzowie, czeladnicy   i uczniowie, system egzaminów, pozwalających na wchodzenie na kolejne stopnie wtajemniczenia zawodowego. Kto chce dowiedzieć się więcej o cechach rzemieślniczych w Średniowieczu, także zaskakujących informacji – odsyłam do artykułu Wady i zalety średniowiecznych cechów rzemieślniczych”.

 

Spragnionym informacji z bardziej naukowego źródła proponuję opracowanie prof. Henryka SamsonowiczaCechy rzemieślnicze w średniowiecznej Polsce : mity i rzeczywistość”.

 

A teraz najwyższa pora, aby przypomnieć historię szkolnictwa zawodowego. Jako łodzianin nie mogę nie przywołać tu informacji, że pierwszą taką szkołą, nie tylko w Łodzi, ale na ziemiach Królestwa Kongresowego, a nawet w skali całego Imperium Rosyjskiego, była utworzona w roku 1869 Wyższa Szkoła Rzemieślnicza. Dodam, że kolejna taka szkoła techniczna powstała dopiero w 1880 w Irkucku i że obie wzorowały się na niemieckich szkołach o takim samym profilu, szczególnie na szkole w Chemnitz. Więcej o historii tej pierwszej, najstarszej, łódzkiej szkoły zawodowej – TUTAJ

 

Wracając do łódzkiej szkoły – wbrew nazwie, tak naprawdę była to średnia szkoła techniczna, kształcąca fachowców – co chyba nie jest dla nikogo zaskoczeniem – w dziedzinie włókiennictwa, a – przy okazji – także mechaniki. Przypomnę też, że niemiecki fabrykant Ludwik Geyer zbudował w Łodzi tzw. „Białą Fabrykę” w latach 1835 – 38 i wyposażył ją w pierwszą w tym mieście maszynę parową. Lata 1848–1853 były czasem największego rozkwitu tej fabryki – jedynego w Łodzi całkowicie zmechanizowanego przedsiębiorstwa włókienniczego o pełnym cyklu produkcyjnym. Pracowały tu 3 maszyny parowe, a zatrudnionych było około 655 robotników. Po nim w rozwijały się w tym mieście inne, zatrudniające setki, a póź- niej tysiące – głównie robotnic – kompleksy przemysłowe branży włókienniczej: fabryki Karola Scheiblera, Izraela Poznańskiego, Oskara Kona…

 

Muszę w tym miejscu podkreślić, że była to szkoła, którą dziś nazwalibyśmy technikum, bo kształciła tzw „średnia kadrę techniczną”. Owe tysiące robotnic i robotników przyuczało się do zawodu „przywarsztatowo” – w dosłownym tego słowa znaczeniu: stojąc przy krośnie czy przędzarce, patrząc jak robią to inni, następnie podejmując – pod okiem osoby wykwalifikowanej – próby samodzielnego obsługiwania określonej maszyny.

 

I stan taki trwał aż do pierwszych dziesięcioleci XX wieku. Niewiele jest źródeł historycznych o początkach szkolnictwa zawodowego – w dzisiejszym rozumieniu tego pojęcia – w Polsce. To które udało mi się znaleźć bez wychodzenia z domu, to dostępne w Internecie opracowanie Janusza Żmijskiego, zatytułowane „Podstawowe informacje o systemie szkolnym w II RP w 1926 r.”. Jest tam jednak tylko krótki fragment o szkołach zawodowych, z którego można dowiedzieć się ile takich szkół było w naszym kraju w 1926 roku. Oto ten fragment:

 

Ponadto w 1245 szkołach zawodowych uczyło się 114 035 uczniów. Były to głównie szkoły rzemieślnicze i handlowe, gdyż rozmiary i struktura szkolnictwa zawodowego odzwierciedlały kształt i stan ówczesnej polskiej gospodarki. Dominowały szkoły dokształcające przemysłowe, handlowe, gospodarcze dla kobiet i rolnicze. W zbiorze znajdują podpisy uczniów i nauczycieli m.in. z liceów i szkół handlowych, ogrodniczych, rolniczych, ekonomiczno-handlo- wych, mierniczych, drogowych, rzemieślniczych, przemysłowych, włókienniczych, kołodziejsko-kowalskich czy górniczych.” [Źródło:Janusz Żmijski, Podstawowe informacje o systemie szkolnym w II RP w 1926 r. – TUTAJ]

 

Pierwszą próbą systemowego zorganizowania szkolnictwa zawodowego była tzw. „Reforma jędrzejewiczowska” z 1932 roku, która obok systemu szkół ogólnokształcących (szkół podstawowych, gimnazjów i liceów) zawierała także część poświęconą kształceniu zawodowemu. Zainteresowanych odsyłam do obszernego (385 stron, bez bibliografii) opracowania autorstwa Joanny Sadowskiej – „Jędrzejewiczowska reforma oświaty w latach 1932-1933” TUTAJ, a dysponującym mniejszymi zasobami czasu – do pliku PDF, w którym zawarłem tą część tej publikacji, która odnosi się do kształcenia zawodowego – TUTAJ

 

Na użytek tej narracji zamieszczam jedynie rysunek, obrazujący schemat zakładanego w Reformie Jędrzejewiczowskiej systemu szkolnictwa zawodowego:

 

 

x              x            x

 

 

Potem wybuchła II Wojna światowa, a jej konsekwencją dla Polski było znalezienie się w strefie wpływów ZSRR, czyli funkcjonowania jako formalnie niezależne państwo, ale poddane całkowitej dominacji tego komunistycznego mocarstwa.

 

W pierwszych powojennych latach szkolnictwo w naszym kraju działało, niejako „z rozpędu” w strukturze przedwojennej. Dopiero po wprowadzeniu uchwały Prezydium Rządu PRL z 23 czerwca 1951 roku zaczęły obowiązywać nowe formy organizacyjne: dwuletnie zasadnicze szkoły zawodowe i 3-letnie technika, ponadto technika wieczorowe, koresponden- cyjne, zaoczne dla pracujących i różne specjalistyczne kursy zawodowe. Dotychczasowe szkoły dokształcające przekształcono w 2- i 3-letnie zasadnicze szkoły zawodowe o pełnym wymiarze godzin. Uchwała ta wprowadziła także technika oparte na podbudowie wykształcenia ogólnego w zakresie 9 klas szkoły ogólnokształcącej. Absolwenci zasadniczych szkół zawodowych mogli kształcić się dalej w 3-letnich technikach dziennych, wieczorowych i zaocznych.

 

Wtedy wprowadzono także szkoły przysposobienia zawodowego jako najniższe formy przygotowania do pracy zawodowe. System szkolnictwa zawodowego ukształtowany w 1951 przetrwał do 1961 roku, z tym, że począwszy od 1957 roku powstały nowe rodzaje szkół, takich jak szkoły przysposobienia rolniczego, a następnie zasadnicze szkoły zawodowe przyzakładowe dla młodzieży pracującej. Przygotowywano się również do organizacji szkół zawodowych dla absolwentów liceów ogólnokształcących, tzw. szkoły pomaturalne. [Na podstawie opracowania: Barbara Moraczewska, Szkolnictwo polskie w latach 1945–1975 z uwzględnieniem miasta WłocławkaTUTAJ]

 

System szkolnictwa zawodowego, jaki tak naprawdę obowiązuje (z niewielkimi zmianami) do dzisiaj został wprowadzony w ramach generalnej zmiany systemu oświaty, dokonanej Ustawą z dnia 15 lipca 1961 r. o rozwoju systemu oświaty i wychowania. [TUTAJ]

 

W skrócie – system ten obejmował: 3-letnie zasadnicze szkoły zawodowe (dziś szkoły branżowe I stopnia), także w wersji szkół przyzakładowych, 2-letnie szkoły przysposobienia rolniczego, 4 lub 5-letnie technika zawodowe i licea zawodowe, 2 lub 3- letnie technika i licea dla absolwentów zasadniczych szkół zawodowych i szkół przysposobienia zawodowego (dzisiejsze szkoły branżowe II stopnia). Technika i licea zawodowe mogły być także tworzone w wersji przyzakładowej. [Artykuły od 11. do 19. Ustawy]

 

Z przedstawionego powyżej rysu historycznego wynika prosty wniosek: sposoby przygotowania kandydatów do zawodów od zawsze były pochodną aktualnej „konstrukcji” systemów gospodarczych, w tym ich poziomu technologicznego. Powstanie pierwszych szkół zawodowych był konsekwencją rewolucji przemysłowej, jej okresu „pary   i elektryczności”, powstaniem wielkich zakładów przemysłowych i zapotrzebowaniem na wykwalifikowaną kadrę w ilościach dotąd w historii niewystępujących.

 

Szkoły zawodowe, do których chodzili ojcowie i dziadowie dzisiejszych uczniów, to instytucje, które były dopasowane do potrzeb centralnie planowanej gospodarki systemu socjalistycznego. Powojenna odbudowa kraju, zarówno w aspekcie zasobów mieszkaniowych, jak i odtworzenie zdewastowanych zakładów produkcyjnych, a później faza „wielkich budów socjalizmu” i budowy „drugiej Polski” w tzw, „epoce gierkowskiej” generowały olbrzymie zapotrzebowanie na setki tysięcy wykwalifikowanych robotników i średniej kadry technicznej. W tamtym czasie zakładano, że raz wyuczony zawód można będzie wykonywać aż do emerytury. Wiem co piszę, bo jeszcze pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku, kiedy ówczesna władza postawiła mnie na stanowisku dyrektora Wojewódzkiej Poradni Wychowawczo-Zawodowej w Łodzi, miałem możliwość „z autopsji” poznać nie tylko ideę, ale przede wszystkim praktykę ówczesnego systemu poradnictwa     i orientacji zawodowej. Do dziś pamiętam wizytę w analogicznej poradni bratniego miasta Karl Marx Stad (listopad 1988 roku) i informację tamtejszej dyrektorki, jak sprawnie i skutecznie działa ichni systemy selekcji uczniów tamtejszej szkoły podstawowej, (diagnostyka i orzeczenie co dalej, powszechnie wykonywane w ósmej klasie, bez możliwości odwołania się od niego), zapełniające uczniami tamtejsze berufsausbildung – szkoły zawodowe.

 

Ale od tamtej epoki minęło trzydzieści lat. Nie tylko nie ma już RWPG i Układu Warszawskiego, nie ma ZSRR, ale przede wszystkim dokonała się trzecia trzecia rewolucja przemysłowa, która choć zaczęła się jeszcze w latach 70. XX wieku, to naszą gospodarkę tak naprawdę zaczęła radykalnie zmieniać dopiero pod koniec lat dziewięćdziesiątych – po owych przemianach politycznych i po okresie przejściowym – dekompozycji dawnej gospodarki, odziedziczonej po PRL.

 

Jako że nie jestem w tych sprawach kompetentny – zacytuję fragment tekstu ze strony portalu Desoutter:

 

Trzecia rewolucja przemysłowa zaczęła się w latach 70. XX wieku wraz z wdrożeniem częściowej automaty- zacji produkcji za pomocą programowalnych sterowników z pamięcią i komputerów. Od kiedy wprowadzono te technologie, zyskaliśmy możliwość automatyzacji całego procesu produkcji, dzięki czemu może odbywać się bez udziału człowieka. Znanymi przykładami zastosowania tego podejścia jest wykorzystanie robotów wykonujących zaprogramowane sekwencje czynności bez ludzkiej interwencji.

 

Obecnie trwa czwarta rewolucja przemysłowa. Charakteryzuje się ona wykorzystaniem technologii informacyj- nych i komunikacyjnych w przemyśle i często jest określana mianem „Przemysł 4.0”. Bazuje ona na osiągnięciach trzeciej rewolucji przemysłowej. Skomputeryzowane systemy produkcji wyposaża się dodatkowo w łącza sieciowe oraz tworzy się ich cyfrowe systemy bliźniacze, jeśli tak można powiedzieć. Umożliwia to komunikację z innymi obiektami oraz przekazywanie informacji o samych urządzeniach. Jest to kolejny krok na drodze ku automatyzacji produkcji. Połączenie w sieć wszystkich systemów prowadzi do powstawania „cyber-fizycznych systemów produk- cji” i inteligentnych fabryk, w których systemy produkcji, komponenty i ludzie porozumiewają się za pośrednictwem sieci, a produkcja odbywa się prawie autonomicznie.

[Źróło: www.desouttertools.pl]

 

I ta kolejna rewolucja będzie, także w naszym kraju (mimo aktualnie konserwatywnego rządu) będzie nabierała tempa. Przemiany w technologiach i organizacji produkcji wszelkich dóbr będą zachodziły tak szybko, że stare myślenie o zdoby- waniu kwalifikacji do zawodów w trybie trzyletnich szkół zawodowych będzie po prostu absurdalne. A co dopiero mówić o pięcioletnich technikach…

 

 

x           x           x

 

 

Nie uzurpuję sobie prawa do posiadania wiedzy o tym, jaki system wchodzenia do zawodów powinien być wdrożony „tu      i teraz”. Ale nie mogę nie podzielić się kilkoma refleksjami, do jakich upoważnia mnie moja biografia i posiadana wiedza –    i to zarówno ta zdobywana w trybie „instytucjonalnym” jak i – przede wszystkim – ta, do której dochodziłem ścieżką samokształcenia, a także w drodze analizy obserwowanej rzeczywistości.

 

Nim jednak napiszę o tych moich postulatach, podejmę jeszcze wątek, zasygnalizowany w zakończeniu felietonu z minionej niedzieli O tym, że nie jestem jak Kononowicz, ale zlikwidowałbym zawodówki:

 

Czytaj dalej »



Foto: www.p.lodz.pl/arch/pl/

 

W tym budynku, przy ul. Worcella (dziś ul. ks. Skorupki) w okresie mojej tam pracy mieścił się Państwowy Dom Dziecka im. Hanki Sawickiej w Łodzi.

 

Zaznaczyłem okno, za którym znajdowała się „uczelnia” grupy II, gdzie spędziłem najwięcej godzin w roli wychowawcy.

 

 

Tak naprawdę to pierwszym dniem mojej pracy jako pedagoga był właśnie ten dzień 1 września 1972 roku. Poprzednie miesiące zatrudnienia w Łódzkim Domu Kultury miały co prawda pewne aspekty pracy wychowawczej, ale jedynie w tym szerokim tego pojęcia znaczeniu, lansowanym przez pedagogikę społeczną. Dopiero w pałacyku przy ulicy Worcella mogłem sprawdzić się w realnych, codziennych sytuacjach roli opiekuna-wychowawcy. To była ta rola, której po raz pierwszy, amatorsko i intuicyjnie, podjąłem się latem 1961 roku, jako komendant kolonii zuchowej w Złockiem k. Muszyny. Byłem teraz o 11 lat starszy, bogatszy o wiedzę zdobytą podczas pierwszych lat moich studiów pedagogicznych i już wiedziałem, że w marcu przyszłego roku będę ojcem.

 

Oczywiście – o specyfice pedagogiki opiekuńczej nie miałem żadnej wiedzy teoretycznej – musiałem zdać się na „przywarsztatowe” przyuczanie do tego zawodu przez starszych – koleżanki i kolegę, pracujących w tym domu dziecka już od wielu lat.

 

Przydzielono mi obowiązki trzeciego wychowawcy w grupie II. Wspominając te dwie koleżanki, z którymi zapewnialiśmy opieką wychowawczą nad około dwudziestoosobową grupą dziewczynek i chłopców z klas III, IV i V pobliskich szkół podstawowych, dziś mogę po imieniu, przywołać tylko jedną z nich – tę starszą, o imieniu Wanda. Bo to ona stała się – określając tę rolę dzisiejszą nazwą – moją mentorką. Była wieloletnią wychowawczynią w tym domu dziecka, a w sąsiedniej grupie (starszaków) pracował, także jako wychowawca, jej mąż – Tadeusz. On także, na zasadzie „męskiej solidarności”, wielokrotnie służył mi radą i wspierał mnie w trudnych sytuacjach zawodowych.

 

A praca – pozornie – na tzw. „pierwszy rzut oka” nie wydawała się być trudną. Jednak zanim ją opiszę, nie mogę nie opowiedzieć jak w tamtych czasach funkcjonował dom dziecka.

 

Była to placówka – jak to się wtedy nazywało – „całkowitej opieki nad dzieckiem”, co w praktyce sprowadzało się do zapewnienia podopiecznym wychowankom wszelkich potrzeb: biologicznych – w tym wyżywienia, snu, także ubrania, ale też odpoczynku, zabawy, starszym także rozrywki, i – oczywiście – wychowankom w wieku szkolnym – warunków do realizowania „obowiązku szkolnego”.

 

Gdy spojrzycie na fotografię pałacyku, który był siedzibą tej placówki, będzie mi łatwiej opisać lokalową organizację życia wychowanków. Na piętrze mieściły się sypialnie. Były to duże pomieszczenia, podobne do tych na koloniach letnich, w których stało po kilkanaście łóżek. Pomieszczenia te funkcjonowały jedynie na czas przygotowania do snu, podczas ciszy nocnej i w okresie porannej toalety oraz przygotowania wychowanków do wyjścia do szkoły. Gdy dzieci, po zaścieleniu łóżek, schodziły do jadalni na śniadanie (mieściła się ona, obok kuchni, w pomieszczeniach „niskiego parteru” – bo trudno nazwać je „piwnicznymi”), sypialnie były zamykane i pozostawały niedostępne dla wychowanków aż do wieczora. Wychowawcy (po jednej osobie na grupę) przychodzili do pracy na pobudkę na 7. rano, dopilnowywali toalety porannej, ubierania się, ścielenia łóżek, schodzili z dziećmi do stołówki, jedli z nimi śniadanie i dopilnowywali, aby uczniowie starszych klas wyszli o właściwej porze do pobliskich szkół. Wychowawcy klas I i II odprowadzali dzieci do szkoły. Tylko z wychowankami w wieku przedszkolnym zostawała wychowawczyni na dyżurze. Pozostali wychowawcy wracali do swoich domów.

 

Głównym czasem pracy wychowawczej z dziećmi w wieku szkolnym był okres od ich powrotu ze szkoły, do ciszy nocnej. Gdzie dzieci przebywały w tym czasie? – W tzw. „uczelniach”, czyli salach, gdzie były stoliki z krzesłami do odrabiania lekcji, szafy z pomocami „naukowymi” i stół wychowawców grupy. „Uczelnie” były zlokalizowane na wysokim parterze. Do naszych obowiązków, obok nadzorowania i pomocy w odrabianiu lekcji, należało także spożywanie, wspólnie z dziećmi, obiadów i kolacji, organizowanie im czasu wolnego (była – też na parterze – świetlica, z kolorowym dużym telewizorem), w tym umożliwianie zabaw w ogrodzie, wychodzenie z nimi na spacery do pobliskiego parku, organizowanie wspólnych wyjść do kina, czasem i teatru. Na indywidualne rozmowy z wychowankami nie było warunków i sprzyjających okoliczności…

 

Jeśli pamięć mnie nie zawodzi – cisza nocna zarządzana była o godzinie 21-ej – wtedy pieczę nad dziećmi przejmowała tzw. „niania nocna”. Wychowawcy kończyli pracę – mogli wracać do swoich domów.

 

Wniosek z tak zarysowanej organizacji funkcjonowania domu dziecka jest oczywisty: najczęściej główny dyżur trwał – przynajmniej w mojej grupie – od 13-ej do 21-ej, czyli 8 godzin, a poranny – te tak zwane „pobudki” – od 7-ej do 8:30. W dniu w którym miało się „pobudkę”, do pracy już się nie przychodziło. No, chyba że zaistniała jakaś nadzwyczajna potrzeba, np. zastępstwo chorej osoby…

 

Proszę pamiętać, że w tamtym czasie w soboty dzieci chodziły normalnie do szkoły. I że były jeszcze dyżury niedzielne…

 

Etat wychowawcy w domu dziecka wynosił wówczas 36 godzin tygodniowo. Proste obliczenie pozwala wykazać, że dla zapewnienia opieki nad grupą wychowanków według takiej organizacji pracy placówki – gdyby miał to być jeden człowiek – musiałby pracować: 6 x1,5 godz. + 6 x 8godz. = 7,5 + 48 = 55,5 godziny. Wniosek – to prawie 2 etaty, a konkretnie 72 godziny. Ale przy „odrabiankach” i do godzin wieczornych musiały z grupą pracować dwie osoby… A pozostawały jeszcze dyżury niedzielne…

 

Właśnie takie potrzeby były powodem zatrudnienia w grupie trzeciego wychowawcy. A i tak wszyscy „wyrabialiśmy” nadgodziny…

 

Myślę, że ten opis pozwoli Czytelnikowi tych wspomnień lepiej wyobrazić sobie charakter i specyfikę mojej pracy w PDDz im. Hanki Sawickiej – bo taką patronkę miała tamta placówka. Piszę o tym, aby niezwłocznie złożyć oświadczenie, że podczas mojej pracy ani razu nie spotkałem się, aby w jakiejkolwiek formie była tam kultywowana pamięć owej patronki. Przeciwnie – znaczna część wychowanków należała do ZHP, a drużynę prowadziła tam przez wiele lat druhna Hanka Miecznikowska – żona Jerzego Miecznikowskiego, w latach 1967–1969 zastępcy komendanta hufca Łódź-Polesie, osoby o jednoznacznej, antykomunistycznej biografii…

 

 

x           x           x

 

 

Gdy zacząłem intensywnie poszukiwać w mej pamięci jakichś interesujących historii z okresu mojej tam pracy, którą – jak to czyniłem w poprzednich częściach moich wspomnień – mógłbym teraz przywołać, to – z jednym wyjątkiem – nic takiego nie udało mi się przypomnieć. Bo tak naprawdę to była to taka „praca u podstaw”, dzień do dnia podobny, „proza dnia powszedniego”.

 

Ale było takie jedno zdarzenie, które dziś, z perspektywy minionych lat, oceniam jako swoisty egzamin w roli opiekuna-wychowcy, a które w ocenie koleżanek i kolegów, a przede wszystkim pani dyrektor Ireny Możejko, stało się źródłem opinii, że Włodek to „człowiek do zadań specjalnych”. A było to tak:

 

Pewnego dnia wieczorem sprowadziłem moją grupę na kolację do stołówki. A tam zastaliśmy sytuację niczym z horroru: W pustej przestrzeni między stolikami zobaczyłem ośmiolatka z „najmłodszej” grupy, który – czerwony na twarzy – trzymając krzesło za oparcie, obracał się z nim dookoła, krzycząc przeraźliwie. Już wcześniej słyszałem, że są z nim problemy, że miewa ataki agresji. Wychowankowie stali w bezpiecznej odległości i czekali na rozwój wydarzeń. Koleżanki wychowawczynie także. Na ich wezwania, aby odstawił krzesło i się uspokoił – reagował jeszcze głośniejszym wrzaskiem i szybszymi obrotami.

 

Nie pamiątam już jak ów „problemowy” wychowanek miał na imię, ale na potrzeby tego wspomnienia przyjmijmy, że Sławek. Byłem jedynym dorosłym facetem w tym pomieszczeniu. Nie miałem wyboru. Widząc, że kilku starszych chłopców zmawia się „na stronie”, aby go „siłowo” obezwładnić, postanowiłem działać. Trzymając ręce podniesione przed sobą, trochę w intencji samoobrony, ale także jako taką „mowę ciała”, deklarację wobec Sławka: „nie chcę cię skrzywdzić”, zacząłem, powoli, zbliżać się do niego, mówiąc spokojnym, nie podniesionym głosem: „Sławku, postaw krzesło i chodź do mnie. Nic ci nie zrobię. Pójdziemy do sypialni i się położysz.” Powtarzałem te słowa kilkakrotnie, jak zaklęcia, spokojnym głosem… I poskutkowało. Sławek postawił krzesło, ja najpierw go przytuliłem, a po chwili wziąłem go za rękę i wyprowadziłem ze stołówki…

 

Po kilku tygodniach, jako konkluzja badań lekarskich, zapadła decyzja o skierowaniu Sławka w celu terapii na oddział dla dzieci do Specjalistycznego Szpitala dla Nerwowo Chorych w Miliczu na Dolnym Śląsku. I kogo pani dyrektor wydelegowała, aby go tam zawiózł? Oczywiście – mnie, choć nie był on wychowankiem naszej II grupy! Podróż (koleją, z przesiadką) odbyła się bez żadnych incydentów, w pełnej komitywie. W szpitalu na Sławka czekało już wolne miejsce, a ja – po pożegnaniu z moim podopiecznym – miałem jeszcze dość czasu, aby zwiedzić Milicz, zobaczyć jeden ze słynnych milickich stawów rybnych konkretnie ten najbliższy miasta i wysłuchać opowieści mieszkańców, jak to najsławniejszy polski kolarz szosowy – Ryszard Szurkowski – swoją karierę zaczynał w LZS Milicz, trenując na szosach w okolicach tej miejscowości…

 

 

x           x           x

 

 

Również i w tym okresie losy mojej pracy zawodowej i życia osobistego potoczyły się tak, że wypadło mi godzić jedne i drugie obowiązki. Bo krótko po północy we wtorek 20 marca, w szpitalu położniczym na łódzkim Karolewie, przyszedł na świat nasz synek – Kubuś. Jako że i w tamtych czasach nie wypisywano tak szybko matki po trudnym porodzie, a przy niej pozostawał także noworodek, świeżo upieczony tatuś, gdy już przygotował w domu wszystko co potrzebne do przyjęcia noworodka, mógł w niedzielę wybrać się ze swoimi wychowankami z domu dziecka na zorganizowany przez Komendę Hufca Łódź-Polesie jednodniowy rajd „Marzanna 1972”, który zaczynał się w podłódzkiej Kolumnie (dojechaliśmy tam i z powrotem pociągiem), a którego finałem było topienie słomianej kukły „Marzanny” w stawie przy młynie w Baryczy, na rzece Grabia.

 

Krysię z Kubusiem odebrałem ze szpitala w poniedziałek.

 

Następne tygodnie, aż do wakacji, upłynęły mi na – ograniczonym do niezbędnego minimum – wykonywaniu obowiązków zawodowych w domu dziecka, i przede wszystkim na, realizowanych przy moim pełnym zaangażowaniu, obowiązkach ojca. Powiem tylko, że to ja wykonałem pierwszą kąpiel (Krysia bała się, że zrobi mu krzywdę…), prałem solidarnie z Krysią pieluchy (nie było jeszcze „jednorazówek”), chodziłem na spacery z Kubusiem w wózeczku, a gdy taka była potrzeba – karmiłem synka z butelki…

 

 

 

 

Ale nie były to wszystkie moje obowiązki. Wszak cały czas byłem studentem – III roku zaocznej pedagogiki na UŁ. I przy moim zaangażowaniu w rolę taty i obowiązkach zawodowych, musiałem znajdować czas nie tylko na uczestnictwo w zajęciach (co drugie weekendy), ale także na zaliczenia, a przede wszystkim na przygotowanie się do sesji egzaminacyjnych – po V i VI semestrze! Na moje nieszczęście plan studiów przewidział w sesji zimowej tylko jeden egzamin (z literatury – oczywiście zdałem na 5), zaś w sesji letniej było ich aż cztery! I tu już nie miałem szansy zabłysnąć. Z dwu – jak by nie było – podstawowych przedmiotów: dydaktyki i psychologii zdałem tylko na trójki, dużo lepiej poszło mi z historii wychowania – na 4+. Jedyną ocenę 5 w tej sesji dostałem z … ekonomii politycznej. I tu muszę wyjaśnić, że to nie znaczy, iż tak się „obryłem” z ekonomii socjalistycznej. Ocena ta była owocem znakomitych wykładów mgr Stanisława Rudolfa – młodego jeszcze ekonomisty z Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego UŁ, zafascynowanego ekonomią kapitalizmu. Za nic miał on oficjalny program tego przedmiotu – dzielił się z nami swoją wiedzą, zdobywaną przez niego podczas przygotowań do jego pracy doktorskiej, którą na temat Próba weryfikacji celów państwa dobrobytu na przykładzie Szwecji” obronił w 1974 roku. Jego wykłady były tak frapujące, że same zapadały w pamięć. Do egzaminu nie musiałem się uczyć, tym bardziej, że egzaminator nie przepytywał z zapamiętanych treści wykładów, a zadawał pytania problemowe. [Więcej o późniejszym profesorze Stanisławie Rudolfie – TUTAJ]

 

 

x           x           x

 

 

Kolejny rok studiów zaliczyłem już w połowie czerwca, a wakacje były z każdym tygodniem coraz bliżej. W Komendzie Hufca Polesie zaszła kolejna zmiana na stanowisku komendanta. Na początku tego roku mój następca – Maciej Łukowski – został szefem nowopowstałej Rady Wojewódzkiej Socjalistycznych Związków Młodzieży Polskiej w Łodzi, a na jego miejsce powołano nikomu nieznaną w naszym środowisku, „importowaną z hufca Łodź-Bałuty – Annę Błaszczyk. Nie wnikając w szczegóły powiem tylko, że zostałem zaproszony do komendy hufca, gdzie nowa komendantka długo i sugestywnie prosiła mnie, abym zgodził się poprowadzić, w II turnusie, zgrupowanie obozów w Strużnicy, w Karkonoszach. Była bardzo zdeterminowana, gdyż jako „spadochroniarka” nie miała kontaktów w tym nowym dla niej środowisku, a akcja letnia zbliżała się wielkimi krokami. Strużnica, to było to miejsce, które przed rokiem wynalazł Maciek Łukowski, a które wśród poleskich instruktorów nie było jeszcze „oswojone”. Dlatego nowa szefowa hufca kandydatów na funkcję komendanta zgrupowania w II turnusie nie miała. I turnus zgodził się poprowadzić Jacek Broniewski (prywatnie syn bibliotekarki w mojej podstawówce na Nowym Złotnie).

 

Czytaj dalej »