Archiwum kategorii 'Eseje i wywiady'

Skoro Esej wspomnieniowy: Mój rok 1960 – początek drogi ku wychowawstwu” zakończył się opowieścią o wydarze- niach, które miały miejsce nocą 3. na 4. stycznia 1961 roku, to ten esej, choć ma tytuł „Mój rok 1970”, zacznie się od wspomnień, które swój początek miały jeszcze w ostatnich dniach grudnia 1969 roku.

 

Jak napisałem w eseju Mój rok 1969, czyli lato w Poddąbiu z Leokadią” –  już po niespełna roku od powrotu do Łodzi z Gdyni, gdzie odbywałem moją niechcianą służbę w Marynarce Wojennej, po kilkumiesięcznej pracy w Komendzie Chorągwi Łódzkiej ZHP, od marca 1969, wróciłem do „mojego” poleskiego hufca ZHP, gdzie zostałem wybrany zastępcą komendanta tego hufca, przez jego instruktorów, na konferencji sprawozdawczo-wyborczej.

 

Ów obóz w Poddąbiu był moim pierwszym autorskim dziełem w nowej roli, którego powodzenie dało mi mocny atut w wyrabianiu sobie „marki” na tak poważnym jak na mój wiek (25 lat) stanowisku zastępcy komendanta hufca ZHP, czyli w strukturze władz był to szczebel dzielnicy wielkiego miasta. (w „terenie” to szczebel powiatu.)

 

Ale nie mogłem na tym poprzestać – wiedziałem wszak, że każdy mój krok jest bacznie obserwowany „z dwu stron”: przez władze zwierzchnie (harcerskie i partyjne!), ale także przez kręgi „starych” instruktorów, którzy niekoniecznie kibicowali mojemu wyborowi.

 

Nie wiem skąd wziąłem pomysły na takie a nie inne działania, mające na celu integracją środowiska instruktorów Hufca, ale na pewno nie były one skutkiem szkoleń dla kierowników, bo takich mi nie tylko nie zafundowano, a gdyby nawet – nikt w tych czasach jeszcze nie słyszał o liderowaniu i modelu przywództwa w kierowaniu zespołami ludzkimi. A dzisiejszej ekspertki od tych stylów kierowania – pani profesor Joanny Madalińskiej-Michalak – zapewne nie było jeszcze na świecie…

 

Muszę chyba przyjąć, że była to intuicja młodzieńca, który z dotychczasowych doświadczeń funkcjonowania w różnych strukturach społecznych (klasa szkolna, krąg instruktorów drużyn zuchowych – byłem jego kierownikiem przed powołaniem do wojska, różne role społeczne w załodze OH „Bałtyk”) wyciągnął wniosek, że najważniejsze dla skutecznego kierowania ludźmi jest zdobycie u nich autorytetu i stworzenie z nich grupy, czyli jak to nazywał A. Makarenko – kolektywu.

 

Dlatego już we wrześniu 1969 roku zorganizowałem dwudniowe, wyjazdowe, szkolenie w ośrodku kolonijnym Inspektoratu Oświaty w Grotnikach pod Łodzią. Dziś określiłbym to wyjazdem integracyjnym dla drużynowych, gdyż uczestniczyli w nim, obok absolwentów kursu z Poddąbia, także drużynowi pełniący tę funkcje już wcześniej. Kilka miesięcy później, na okres zimowej przerwy świątecznej w okresie Bożego Narodzenia i Nowego Roku (nie było wtedy ferii zimowych jakie dziś znamy) zorganizowałem zimowisko szkoleniowo-wypoczynkowe dla instruktorów (tych „młodych” oczywiście) w Lutowiskach – bieszczadzkiej wsi na „wielkiej pętli”, na południe od Ustrzyk Dolnych.

 

Foto: www.swiatmap.pl

 

 

I to w Lutowiskach, 27 grudnia 1969 roku, tak naprawdę zaczął się mój rok 1970!

 

Na potrzeby tego felietonu przywołam jedynie kilka faktów, kilka „fleszy” pamięci z owej bieszczadzkiej eskapady:

 

Dokładnie już nie pamiętam ile osób w tym wyjeździe uczestniczyło, ale zapewne było nas tam około trzydziestki – w tym cztery osoby „ścisłej kadry” (czwórka do brydża!). Jechaliśmy z Łodzi pociągiem osobowym, dalekobieżnym, bez przesiadek, do ostatniej najbliższej naszemu celowi stacji Zagórz, bo tam tory kończyły się. Dalsza podróż odbyła się wynajętym autobusem PKS: przez Sanok, Ustrzyki Dolne, Czarną – do Lutowisk. Tam zamieszkaliśmy w drewnianym budynku, noszącym dumną nazwę „Hotel Borowik”. Jako że po tylu latach obiekt ten, odremontowany, nadal tam stoi i nadal pełni funkcję turystycznej bazy noclegowej – choć już pod inna nazwą – prezentuję go na zdjęciu poniżej:

 

Foto: www.bdpn.pl

 

Ośrodek Informacji i Edukacji Turystycznej Bieszczadzkiego Parku Narodowego w Lutowiskach

 

 

Zima była wtedy śnieżna, ale niezbyt mroźna. Na dalsze wyprawy piesze w te dzikie tereny nie było szans ani możliwości – nikt z nas nie był na to odpowiednio wyposażony. Ale po szosie dojść do niedawno co odremontowanej drewnianej cerkiewki w Smolniku było możliwe, tak samo jak do miejsca, gdzie dwa lata wcześniej, specjalnie dla potrzeb filmu „Pan Wołodyjowski”, zbudowano stanicę Chreptiów:

 

Czytaj dalej »



Postanowiłem nie czekać, jak to czyniłem w poprzednich latach, do wakacji i już dziś zamieścić mój pierwszy esej wspomnieniowy z nowego cyklu „Moje lata … dziesiąte”. Jako że wydarzenia roku 1960 były oczywistą kontynuacją tego, co działo się w roku poprzednim – zacznę od przypomnienia pierwszego eseju z zeszłorocznej serii, zatytułowa- nego „Mój rok 1959, czyli zauroczenie Antonim Makarenką. Wspominałem tam wakacje u wujka Hipolita – kierownika szkoły w podwarszawskim Janówku, gdzie podczas wakacji 1959 roku przeczytałem „Poemat pedagogiczny” Antoniego Makarenki. 

 

Doskonałym wstępem do dzisiejszego, w którym powrócę pamięcią do wydarzeń roku 1960, będzie ten oto fragment moich zeszłorocznych wspomnień:

 

Wakacje się skończyły, wróciłem do moich szkolnych obowiązków, w zasadzie po kilku miesiącach o tej lekturze powoli zapominałem. Aż po roku, jesienią, trochę z ambicjonalnych pobudek (bo nie ja zostałem drużynowym mojej drużyny harcerskiej, gdy jej dotychczasowy lider stworzył szczep drużyn i został jego komendantem), postanowiłem założyć na Nowym Złotnie pierwszą w dziejach tego osiedla, drużynę zuchów. I dzięki temu mieć prawo do noszenia granatowego sznura z lewego pagonu mundurka..

 

Ale po kolei: zanim dojdziemy do jesiennych miesięcy tego roku, roku XVII Letnich Igrzysk Olimpijskich w Rzymie (gdzie Polacy zdobyli 4 złote medale: Kazimierz Paździor w boksie, Zdzisław Krzyszkowiak w biegu na 3000 m z przeszkodami, Józef Szmidt w trójskoku i Ireneusz Paliński w podnoszeniu ciężarów), roku w którym na statku „Sputnik 2” dwa pieski: Biełka i Striełka po okrążeniu Ziemi, jako pierwsze żywe istoty powróciły na Ziemie, roku w którym niekwestionowanym królem polskich kin był film Aleksandra Forda „Krzyżacy”, zaś na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych AP wybrano Johna F. Kennedy’ego, muszę opowiedzieć jak upływały pierwsze jego miesiące w moim – wtedy ucznia Szkoły Rzemiosł Budowlanych – życiu.

 

Pierwsze 2 miesiące 1960 roku były czasem, który zapamiętałem jako kontynuację pierwszego etapu mojej „ścieżki murarskiej kariery zawodowej”, realizowanej w ramach programu dla drugiej klasy tej szkoły. Jak to opisałem w moim wspomnieniu, zamieszczonym w okolicznościowej broszurce, wydanej z okazji 60-lecia „mojej BUDOWLANKI” – były to ostatnie dwa miesiące pierwszych dwu okresów tego roku szkolnego 1959/1969 (bo rok szkolny dzielił się wtedy na cztery okresy) mojej „manualnej” nauki zawodu – najpierw „na sucho”, później już „na mokro, ale nadal „na niby” – w ramach praktycznej nauki zawodu (3 razy w tygodniu), prowadzonej w parterowym baraku przy ul. Wojska Polskiego, pełniącym funkcję pracowni zajęć praktycznych. Od połowy lutego – do wakacji – praktyczna nauka zawodu odbywała się już w warunkach rzeczywistej budowy. Więcej o tym we fragmencie (wyróżnionym „na niebiesko”) w załączonym pliku pdf, który jest „wypisem” z owej jubileuszowej broszury – TUTAJ

 

Ale w tym eseju przywołam inną historię, która zaczęła się właśnie wtedy i która – jak dziś to oceniam – wiele powie o ujawnionej wówczas mojej szczególnej kompetencji społecznej. To wówczas, w sieci koleżeńskich więzów naszej klasy, wykrystalizowała się szczególna struktura „paczki” jaką stworzyliśmy we czterech: Jurek P. Jurek T. Janusz S. i ja – występujący wtedy jako Włodek. (Bo cały okres nauki w szkole podstawowej występowałem pod imieniem Władek) To o tej grupie wspomniałem w owym jubileuszowym tekście, gdy pisałem o szczególnej roli pani profesor Wiktorii Kupiszowej w stymulowaniu naszego ogólnokulturowego rozwoju. Ale nasza czwórka spotykała się regularnie nie tylko w prywatnym mieszkaniu Pani Profesor i na owych, wspomnianych tam, artystycznych wydarzeniach, ale także w naszych domach – nie tylko dla wspólnego odrabiania prac domowych, ale także aby dyskutować na najróżniejsze tematy – także o przeczytanych książkach.

 

Bo przyznam nieskromnie – w tym nieformalnym klubie odegrałem rolę lidera, a także – można to tak określić – „mitotwórcy”. Dowodem na to ostatnie jest zachowany do dziś, napisany tamtego roku, wiersz, zatytułowany KULA

 

 

Bo właśnie tak nazwaliśmy ten nasz klub. Mieliśmy nawet jego symbol – przezroczystą szklaną kulę, która podczas naszych spotkań zawsze leżała na stole.

 

 

Także moim pomysłem było wprowadzenie miesięcznej składki – po 20 zł. Tak utworzony fundusz przeznaczany był na zakupy nowości książkowych (tytuły podpowiadała Pani Profesor), na które to zakupy nikogo z nas, samodzielnie, nie byłoby stać. Wszyscy byliśmy dziećmi niezamożnych, robotniczych rodzin. Mądrość naszego systemu polegała na tym, że ten z nas, któremu na danej pozycji najbardziej zależało – musiał zainwestować 1/4 ceny tej książki, uzupełniając brakującą kwotę z owego funduszu (uzyskawszy uprzednio akceptację na ten zakup od pozostałych „składkowiczów”) i stawał się jej właścicielem. Jednak był on zobowiązany do wypożyczenia jej w pierwszej kolejności członkom Klubu „Kuli”.

 

Ale i w tym roku przyszedł czas na wakacje. O ile w poprzednim nie miałem oferty ze strony ZHP, to tego lata sierpień spędziłem na obozie nad morzem, w nadmorskim lesie w pobliżu Jarosławca. Był to pierwszy obóz, zorganizowany przez naszą drużynę z Nowego Złotna, do której wstąpiłem w lutym 1957 roku – w trzy miesiące po Łódzkim Zjeździe (8-9 grudnia 1956), który zainicjował reaktywowanie Związku Harcerstwa Polskiego.

 

 

Obóz w Jarosławcu zapamiętałem z dwu powodów: bo po raz pierwszy mogłem wtedy tak długo, codziennie, oglądać morze z wysokiego nadmorskiego klifu:

 

Czytaj dalej »



Foto:Grzegorz Gałasiński [www.dzienniklodzki.pl]

 

19 czerwca 2019 roku szkolna społeczność Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 1 przy ul. Czajkowskiego w Łodzi pożegnała odchodzącą na emeryturę dyrektor Aleksandrę Bonisławską

 

Przed rokiem rozpoczęliśmy cykl wywiadów z dyrektorami szkół – weteranami, którzy po kilkudziesięciu latach pełnienia funkcji kierowniczych w oświacie podjęli decyzję o przejściu na emeryturę. W sierpniu ub. roku zamieściliśmy wywiad z Panią Dyrektor Alicją Wojciechowską, która od 1984 roku była dyrektorką XXV LO w Łodzi, a także z Panem Dyrektorem Józefem Kolatem, który przez 35 lat kierował działalnością – w zasadzie tej samej szkoły zawodowej, która w tym czasie wielokrotnie zmieniała nie tylko nazwy, ale i siedziby.

 

Dziś zapraszamy do lektury zapisu rozmowy z Panią Dyrektor Aleksandrą Bonisławską, która nauczycielką została, gdy w Łódzkim Kuratorium Oświaty i Wychowania rządził Henryk Grenda, a Ministrem Oświaty i Wychowania był Henryk Jabłoński. Pierwszy raz usłyszała skierowany do niej zwrot „Pani Dyrektor” od nauczycieli i uczniów Szkoły Podstawowej nr 87 przy ul. Minerskiej – we wrześniu 1985 roku. I tytuł ten przysługiwał jej już przez następne 34 lata – aż do dziś!

 

Jak widzicie – to „kawał czasu”… Będzie więc o czym rozmawiać z Koleżanką Dyrektor, która dziś, w Zespole Szkół Ogólnokształcących nr 1 w Łodzi, żegna się ze swoimi współpracownikami, a także zaproszonymi tam przyjaciółmi i „starymi” znajomymi „z dawnych lat”.

 

 

Wywiad przeprowadził i treść tej rozmowy spisał Włodzisław Kuzitowicz. Zapraszam:

 

 

Włodzisław Kuzitowicz: Zanim rozpoczniemy rozmowę o przebiegu Pani nauczycielskiej „ścieżki kariery” (jak lubią to dziś nazywać doradcy zwodowi), nie mogę nie zadać pytania o początki, czyli o to, czy w dzieciństwie i w latach szkolnych były jakieś przesłanki, okoliczności, wydarzenia, które zapowiadały wybór przyszłego zawodu, podjęcie przez Panią decyzji: „będę nauczycielką”?

 

Aleksandra Bonisławska: To stało się w sposób niezamierzony. Co prawda, kiedy miałam 5 – 7 lat, to ustawiałam na podwórku dzieci sąsiadów w pary i „uczyłam” je, jak dostałam jakieś pieniądze na cukierki to kupowałam lizaki i rozdawałam je, prowadzałam dzieciaki parami – bo to, jak mi się zdawało, była najważniejsza czynność w szkole: że się chodzi parami… Zawsze się uśmiecham jak sobie myślę o tych początkach, bo nigdy w jakiś świadomy sposób nie orientowałam się na zawód nauczyciela. Ja wtedy po prostu robiłam to, co lubiłam, bez świadomości, że muszę mieć jakiś zawód.

 

 

WK: A może w rodzinie byli jacyś nauczyciele, którzy mogli stać się, nawet nieświadomą, inspiracją przyszłego wyboru?

 

AB: Moja mama w czasie wojny nauczała dzieci na wsi w województwie łódzkim, gdzie podczas okupacji przebywała. Miała 16 lat gdy wybuchła wojna i w sytuacji, gdy nie było tam nikogo z profesjonalnych, przedwojennych nauczycieli, uznała, że będzie uczyła miejscowe dzieci czytania i pisania. To były takie „tajne komplety”… Wiem też, że jakaś dalsza ciotka była nauczycielką, ale nie miałam z nią bezpośrednich kontaktów. Można powiedzieć, że w domu rodzinnym nie było „klimatu pedagogicznego”. Mój ojciec, już po wojnie, pracował w centrali handlu zagranicznego jako księgowy, mama miała zainteresowania i zdolności matematyczne…

 

 

WK: A jak przebiegała Pani edukacja szkolna? Może tam pojawiło się zainteresowanie przyszłym zawodem?

 

AB: Jeszcze w szkole podstawowej rozwinęła się u mnie potrzeba czytania. Każde pieniążki przeznaczałam na zakup książeczek z serii „Poczytaj mi mamo” (pamiętam – były po 1,50 zł), czytałam je siostrze. W ogóle bardzo lubiłam czytać, lektury, ale nie tylko. Aż pewnego razu tata wygrał w jakimś konkursie całą walizkę książek. Gdy przyniósł ją do domu i otworzył, ja rzuciłam się do ich przeglądania, a potem czytania. Pamiętam, że były tam książki Čapka, Orzeszkowej… i, że zakochałam się…. w „Nad Niemnem”.

 

I muszę jeszcze wspomnieć moją nauczycielkę j. polskiego ze szkoły podstawowej, która zadawała nam takie na przykład tematy: „Dalsze losy Antka…”. I ja pisałam „dalsze losy Antka”. Polecała nam także pisanie opowiadań na zadany temat, albo zadawała swoiste ćwiczenia gramatyczno-językowe, np. dyktowała zestaw słów bliskoznacznych, których należało użyć w jakiejś wypowiedzi. U mnie to były oczywiście rozbudowane opowiadania. Była wtedy też taka lektura „Historia o Janaszu Korczaku i pięknej Miecznikównie” Kraszewskiego, do której pani kazała dopisać dalsze losy bohaterów… To była taka szkoła z końca lat pięćdziesiątych, w której pracowali jeszcze nauczyciele sprzed wojny, dobrzy, wspaniali…

 

Przejawiła się w tym czasie moja dusza artystyczna. Należałam do harcerstwa, uczestniczyłam w konkursach piosenkarskich, byłam też solistką, nawet „mnie w radiu nadali”, jak śpiewałam „Nadeszła już jesień złocista”…

 

Potem wybrałam X Liceum Ogólnokształcące im. (nomen omen) Marii Konopnickiej w Łodzi. Mieściło się ono w tym samym budynku przy ul. Kościuszki 65 , w którym działało też VII LO. To była żeńska szkoła „z zasadami”. Panował tam dryl w stylu „pensjonarskim”, przestrzegano, aby uczennice miały „odpowiedni strój” (np. bawełniane rajstopy, tarcze, broń Boże kozaki na wysokich obcasach!).

 

Zaistniałam w tej szkole na lekcjach polskiego, gdyż pewnego dnia pani profesor Dębska zapytała: „A kto to był Owidiusz?”, to wtedy jedynie ja – wówczas Kaczmarkówna – podniosłam rękę i mówię: „To autor „Sztuki kochania’”. I tak zarobiłam sobie punkty u pani profesor. Później były różne wypracowania, dobrze oceniane, potem teatr szkolny, pamiętam moją rolę „Żony Modnej”… Nauczycielka sądziła, że pójdę do szkoły aktorskiej…

 

Ale za skromna byłam dziewczynka na to, żeby w ogóle o czymś takim pomyśleć. Moja klasa była sprofilowana raczej na humanistykę, ale spora grupa uczennic była dobra z biologii, chemii – dziewczyny wybierały się na medycynę. Pozostałe wylądowały głównie na prawie. Z niektórymi z nich spotykamy się do dzisiaj – w coraz mniej licznej grupie…

 

Ja wybrałam polonistykę jako jedyna z klasy. Studia minęły szybko, dobrze je wspominam i to po ich ukończeniu w 1971 roku stanęłam przed problemem: Co tu robić? Pracy dla polonistów w Łodzi nie było. Zaczęłam jako nauczycielka j. rosyj- skiego w Zaocznym Technikum Kinematografii. Takie było wtedy, miało siedzibę w budynku Szkoły Podstawowej nr 14 przy ul. Wigury. Ale to było krótko. Jakiś czas później pracowałam w innej podstawówce na Żwirki, a później w SP nr 136 przy ul. Ogrodowej. Prowadziłam tam teatr. to było bardzo ciekawe doświadczenie… Ale po roku dyrektor musiał ograniczyć liczbę etatów, wezwał polonistów i powiedział: „Jedną osobę muszę zwolnić”. No to Bonisławska, elegancko, mówi: „Przyszłam tu ostatnia, to chyba mnie.” I choć później dowiedziałam się od niego, że chciał mnie zostawić, a zwolnic inną osobę, to nie miał wyboru.

 

Kolejnym miejscem mojej pracy w roli nauczycielki j. polskiego była Szkołą Podstawowa nr 87 przy ul. Minerskiej na osiedlu Zdrowie. Pracowałam tam od roku 1973 do 1985, kiedy to objęłam funkcję dyrektorki tej szkoły.

 

 

WK: Co z tych pierwszych lat zdobywania doświadczeń w roli kierownika placówki oświatowo-wychowawczej, jak to się wówczas nazywało, chciałaby Pani dziś przywołać?

 

Czytaj dalej »



Kończąc przed tygodniem kolejny esej wspomnieniowy „Mój rok 1999, czyli mała stabilizacja w „mojej Budowlance”, zamieściłem w postscriptum taką informację:

 

To już ostatni esej z cyklu „Moje lata . . . dziewiąte”. Na otwarcie pojemnika pamięci sprzed dziesięciu lat jeszcze trochę za wcześnie – musi upłynąć więcej czasu, aby łatwiej było oddzielić ziarno wydarzeń rzeczywiście wartych pamiętania od plew nieistotnych epizodów…

 

Minęło kilka dni i… i zmieniłem zdanie. Głównie pod wpływem ostatnich moich wizyt u lekarzy i kolejnych badań diagnostycznych. Nie mam przekonania, że za kolejnych 10 lat będę na tyle sprawny, nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim mentalnie, aby obiektywnie wspominać „mój rok 2009”. A jednak wiem, już dziś, bez najmniejszych wątpliwości, że był to mój najlepszy z dotychczas przeżytych lat w roli emeryta – i nie mam wątpliwości co do tego, jakie wydarzenia i sytuacje, jakich wówczas byłem uczestnikiem, ale niektórych z nich także sprawcą, o tym przesądziły.

 

Po „usprawiedliwieniu” tej tak szybkiej zmiany decyzji przechodzę do „stałego elementu gry”, to znaczy do skrótowej relacji najważniejszych zmian, jakie zaszły w moim życiu zawodowym od owego 1999 roku, jak go określiłem – mojego „roku spokojnego Słońca”. Przez kolejnych 6 lat kierowałem „moją Budowlanką”, która w 2002 roku ,w wyniku uchwały RMŁ (będącej konsekwencją realizowanej wówczas polityki oświatowej ówczesnego rządu, ale także lewicowego w tym czasie łódzkiego magistratu), zmieniła nazwą z „Zespół Szkół Budowlanych nr 2” na nic nie mówiącą nikomu „co zacz” – „Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych nr 15”.

 

Niezależnie od zmiany szyldu i pieczątek kontynuowałem moją strategię rozwoju szkoły, dostosowując jej strukturę i bazę do wymogów zmieniającej się rzeczywistości. Jedną z bardziej znaczących decyzji jaką musiałem podjąć, to decyzja o likwidacji warsztatów szkolnych. Powód w zasadzie był jeden – ekonomiczny. Według obowiązującego prawa warsztaty, będąc „statutowo” integralną częścią zespołu szkół, musiały działać jako gospodarstwo pomocnicze, czyli w ramach wyodrębnionego budżetu – na zasadzie samofinansowania swojej działalności. A to w warunkach utrwalającego się systemu gospodarki rynkowej w praktyce, przynajmniej w branży budowlanej, było niemożliwe. Konsekwencją tej decyzji było przeniesienie zajęć praktycznych uczniów klas zasadniczej szkoły zawodowej do pracodawców, przy zachowaniu etatów nauczycieli zajęć praktycznych, którzy realizowali wraz z przypisanymi im grupami uczniów, program tych zajęć praktycznych na terenie zakładów pracy i przedsiębiorstw meblarskich i wykonawstwa budowlanego – na podstawie umów, zawartych przez szkołę z tymi firmami.

 

Budynek przy ul. Pomorskiej 46/48, w którym przez poprzednie dziesięciolecia działały Międzyszkolne Warsztaty Budowlane (taką nazwę nadano im w „głębokim” PRL-u) stał pusty… Ale nie niewykorzystany! Bo już kilka lat wcześnie, gdy wiedziałem, że sytuacja prędzej czy później wymusi likwidacje warsztatów, ograniczyliśmy powierzchnię wykorzystywaną do realizacji ich statutowych celów do parteru, a pierwsze i drugie piętro wynająłem, jako siedzibę utworzonej w 1997 roku przez Anielę Bednarek prywatnej Wyższej Szkoły Informatyki. Działała (WSInf) ona pod tym adresem trzy lata – do przeprowadzki do zakupionych przez właściciela (spółka AbiS) i zaadoptowanych do potrzeb uczelni pofabrycznych budynków przy ul. Rzgowskiej 17A. Kolejne trzy lata przystosowane już przez pierwszego właściciela do potrzeb szkoły wyższej powierzchnie, przez kolejne 3 lata, wynajmowane były mającej swoją siedzibę po przeciwnej stronie ulicy Pomorskiej, także prywatnej (założyciel – dr Makary Stasiak) Wyższej Szkole Humanistyczno-Ekonomicznej (w 2009 roku zmieniła ona nazwę na Akademia Humanistyczno-Ekonomiczna). Gdy i tej uczelni nie były już te pomieszczenia potrzebne…. wprowadziła się tam, założona przez Małgorzatę Cyperling, Wyższa Szkoła Pedagogiczna.

 

Ale o moich związkach z małżonkami Cyperling i ich działalnością w obszarach edukacji już pisałem przy innych okazjach.

 

Nie będę ukrywał, ze dzięki takim „zasługom” w pierwszych latach działalności tych dwu niepaństwowych szkół wyższych: WSInf i WSP, otrzymałem od jednej i drugiej ofertę powrotu do mojej dawnej formy aktywności – wykładowcy przedmiotów pedagogicznych. Jako pierwsza zaproponowała mi to WSInf, która już w październiku, w swym oddziale zamiejscowym w Opatówku, a rok później – w swej łódzkiej siedzibie, otworzyła wydział pedagogiczny. Jego pierwszym dziekanem był dr. hab. Tadeusz Szewczyk, z którym nasze drogi przecięły się w latach siedemdziesiątych XX wieku, kiedy pracowałem w Zakładzie Pedagogiki Społecznej UŁ, a on bywał tam regularnie na seminariach pedagogiki społecznej, prowadzonych przez przez doc. Irenę Lepalczyk. Zamiętał mnie z tamtych lat i dlatego zaproponował mi wykłady oraz ćwiczenia z pedagogiki społecznej: najpierw w Opatówku – od II sem roku 1999/2000, a po roku także w łódzkiej siedzibie WSInf-u. Później doszły inne „moje” przedmioty, takie jak „teoretyczne podstawy pracy op,-wychowawczej”, „pedagogika czasu wolnego” i inne… Od 2003 roku, czyli od uruchomienia zajęć dydaktycznych przez WSP, został tam zatrudniony także Tadeusz. Tym razem zostaliśmy „kolegami z pracy”, gdyż i w tej uczelni powierzano mi prowadzenie zajęć dydaktycznych, w coraz większym wymiarze, w miarę jej rozwoju….

 

I tak doszliśmy do roku 2005, kiedy to, po głębokiej analizie aktualnego etapu mojej „kariery” zawodowej, doszedłem do wniosku, że mam dość. Dość pokonywania absurdalnych przeszkód administracyjno-biurokratycznych, które w lawinowy sposób narastały, jako konsekwencja dwuwładzy nad szkołami: KO jako organ nadzoru i Wydział Edukacji UMŁ – jako organ prowadzący. Dodatkową okolicznością, która pogarszała sytuację były skrajnie różne orientacje polityczne obu tych organów: W kuratorium (tak jak w MEN) rządził SLD, a w mieście prezydent Kropiwnicki (Chrześcijański Ruch Samorządowy), w którego imieniu szkołami zarządzała Maria Piotrowicz – przedtem dyrektorka XXXIII LO im. Armii Krajowej na łódzkiej Retkini, a przez cały czas – prezes łódzkiego oddziału Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”. Po jej odwołaniu, za dyrektorskim biurkiem zasiadł, jako p.o. dyrektora Wydziału, dotychczasowy zastępca, nauczyciel matematyki – Jacek Człapiński. W mojej ówczesnej ocenie – człowiek pozbawiony podstawowej kompetencji każdego szefa – decyzyjności…

 

A poza tym, nie ukrywam, nęciło mnie całkowite poświęcenie się dydaktyce akademickiej…

 

Z dniem 31 sierpnia 2005 roku pożegnałem się z nauczycielami i pracownikami „Budowlanki”, z zatrudnieniem w systemie edukacji publicznej w ogóle i dzień później rozpocząłem życie aktywnego emeryta. Z każdym kolejnym rokiem akademickim prowadziłem coraz to więcej zajęć dydaktycznych, nie tylko w WSP, ale także, nadal, w WSInfie, tak w Łodzi, jak i w Opatówku.

 

Jak o już tym pisałem – od września 2006 roku rozpoczął się kolejny rozdział w mojej życiowej drodze – zostałem redaktorem naczelnym „Gazety Edukacyjnej”, a niedługo potem – stałym współpracownikiem „Gazety Szkolnej”.

 

I właśnie ten „bohater” dzisiejszego eseju – „mój rok 2009” był takim okresem, w którym wszystkie te moje „emeryckie” formy aktywności osiągnęły swoje apogeum. Przy nieco mniejszym zaangażowaniu w dydaktykę w Wyższej Szkole Informatyki, mogłem w większym stopniu włączać się w wielopłaszczyznową aktywność na rzecz WSP i… i „Gazety Szkolnej”.

 

Czytaj dalej »



Ten piąty już tekst z cyklu esejów wspomnieniowych „Moje lata . . . dziewiąte” będzie pod wieloma względami różny od poprzednich. Przede wszystkim dlatego, że nie będzie koncentrował się na jednym, wiodącym, uznanym przeze mnie za najbardziej godny wspomnienia, wydarzeniu tego roku, jak to było w poprzednich esejach. Tak samo jak wspomnienie z 1989 roku nie będzie dotyczyło pory wakacyjnej – bo i w tym roku nic z tych dwu letnich miesięcy nie utkwiło w mej pamięci.

 

Przedostatni rok XX wieku zapisał się w mojej pamięci jako – chyba jeden z nielicznych w moim życiu zawodowym – rok konsumowania owoców aktywności, przejawianej w latach poprzednich. I choćby dlatego, podobnie jak to już robiłem, nie mogę nie zdać sprawozdania z tego co działo się w owej kolejnej dekadzie jaka minęła od czasu, opisanego w poprzednim eseju „Mój rok 1989, czyli ostatni dzwonek dla samorządności”.

 

A działo się trochę, oj działo…

 

Jak to już opisałem w innym tekście, z 1 września 2018 roku, w „Eseju o tym, że 30 lat temu zostałem dyrektorem WPW-Z i czym to się skończyło31 października 1992 roku przestałem być dyrektorem WPW-Z w Łodzi, i po kilku epizodach pracowniczych [2,5 miesiąca jako kierownik Środowiskowego Ogniska Wychowawczego TPD na Widzewie-Wschodzie oraz 7,5 miesiąca w strukturach Wojewódzkiego Biura Pracy w Łodzi – jako kierownik Wydziału Rynku Pracy (!)] – z dniem 1 września 1993 roku, po wygraniu, ogłoszonego w trybie nagłym konkursu na to stanowisko, zostałem dyrektorem Zespołu Szkół Budowlanych nr 2 w Łodzi. Nie przypadkiem w tytule tego eseju użyłem określenia „moja Budowlanka”. Pełną informację, uzasadniającą ten zaimek, znajdą czytelnicy w tekście mojego autorstwa, zamieszczonym w okolicznościowym wydawnictwie, powstałym z okazji 70-lecia tej szkoły” „Moja Budowlanka – dwa wspomnienia” – od strony 37 do 47 – patrz plik pdf    –   TUTAJ

 

Wspominany dziś rok był szóstym rokiem mojego dyrektorowania w tej szkole, pierwszym rokiem drugiej kadencji, na którą kurator oświaty powołał mnie w trybie „bezkonkursowym” – po pozytywnym zaopiniowaniu mojej pierwszej „pięciolatki” przez radę pedagogiczną i wcześniejszej wyróżniającej ocenie mojej pracy, dokonanej przez wizytatora KO.

 

Był to także pierwszy rok po dwu poprzednich, które obfitowały w stresujące wydarzenia z pogranicza polityki i potencjalnych (kolejnych!) zmian mojej ścieżki kariery zawodowej.

 

Rok 1997 był rokiem kolejnych wyborów do Parlamentu. Muszę w tym miejscu poinformować o mojej aktywności politycznej. Otóż w historycznym 1990 roku, kiedy to Lech Wałęsa ogłosił „wojnę na górze”, kiedy wymuszono na Jaruzelskim rezygnację z urzędu Prezydenta i ogłoszono pierwsze w dziejach Polski bezpośrednie wybory na ten urząd (w II RP prezydentów wybierało Zgromadzenie Narodowe), postanowiłem włączyć się w ruch poparcia dla Tadeusza Mazowieckiego, kandydującego na ten urząd i wstąpiłem do ROAD (Ruch Obywatelski Akcja Demokratyczna). Byłem w dniu pierwszej tury wyborów (25 listopada 1990 r.) mężem zaufania tej partii w jednej z retkińskich komisji wyborczych. Po przegraniu przez Mazowieckiego, już w pierwszej turze (z tajemniczym „spadochroniarzem, niejakim Stanisławem Tymińskim) ROAD przekształcił się w Unię Demokratyczną – oczywiście z Tadeuszem Mazowieckim jako jej przewodniczącym, której „z automatu” zostałem członkiem. Gdy w 1993 roku Unia Demokratyczna połączyła się z Kongresem Liberalno-Demokratycznym i ta nowa partia przyjęła nazwę „Unia Wolności” – w oczywisty sposób kontynuowałem tam moją działalność partyjną. Nie wnikając w szczegóły – byłem członkiem Zarządu Koła Retkinia i członkiem Rady Regionalnej UW. Nie muszę chyba dodawać, że moja działalność ogniskowała się na obszarach oświaty i wychowania.

 

I tak dochodzimy do okresu poprzedzającego kampanię wyborczą przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi, wyznaczonymi na 21 września 1997 roku. Na kilka miesięcy przed tą datą, podczas jednego z posiedzeń Łódzkiej Rady Regionalnej UW, ówczesna łódzka posłanka z ramienia UW – Maria Dmochowska zaproponowała, abym został jednym z kandydatów do Sejmu na łódzkiej liście UW. Oczywiście – na dalekim „niebiorącym” miejscu, ale z intencją poszerzenia spektrum ewentualnych wyborców o środowisko oświatowe.

 

Czytaj dalej »



Dziś proponuję Czytelnikom kolejny odcinek moich wspomnień – tym razem z roku 1989. Nie będzie to jednak, jak miało to miejsce w trzech poprzednich esejach, wspomnienie z wakacji. Tym razem nie wakacje były czasem, w którym rozegrały się wydarzenia, które uznałem za godne wspomnienia, ważne nie tylko dla mnie, ale – mam takie przekonanie – także dla tych, w których interesie były przeze mnie spowodowane.

 

Przypominam, że był to rok, który rozpoczął się obradami „Okrągłego Stołu”, które zaowocowały czerwcowymi wyborami do Sejmu i pierwszymi po II Wojnie Światowej wyborami do Senatu, których konsekwencją było utworzenie pierwszego „niekomunistycznego” rządu z premierem Tadeuszem Mazowieckim, a który to rok zakończył się ustawą przyjętą przez tenże Parlament, która przywróciła naszemu państwu nazwę „Rzeczpospolita Polska” i orła w koronie na Godle Państwowym. I zapis w znowelizowanej, jeszcze starej Konstytucji, że Polska jest „demokratycznym państwem prawnym”.

 

Zanim przejdę do opowieści o tym, co wtedy (dziś tak samo uważam) było dla mnie najważniejszym wydarzeniem roku, muszę – tradycyjnie – poinformować, że także i ta dekada, dzieląca czas studenckiego obozu naukowego w Bieszczadach od „roku przełomu” obfitowała w kilka zwrotów w mojej biografii zawodowej. Zacznę od tego, że po kilku latach mojej pracy w charakterze nauczyciela akademickiego utraciłem zapał do dalszego uprawiania nauki pedagogiki w tej formule, którą miałem czas poznać „od podszewki” i – na własne życzenie, świadomie rezygnując dwa lata wcześniej z pisania pracy doktorskiej – rozstałem się 31 sierpnia 1983 roku z Uniwersytetem Łódzkim. W latach 1983 – 1987 pracowałem jako wychowawca w internacie III Państwowego Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego w Łodzi, kończąc w 1986 roku podyplomowe studia pedagogiki specjalnej w zakresie resocjalizacji w Instytucie Pedagogiki Specjalnej im. M. Grzegorzewskiej w Warszawie (dziś to APS w Warszawie). Od 1 września 1987 do 31 sierpnia 1988 byłem zatrudniony w łódzkim ODN na stanowisku nauczyciela-metodyka przedmiotu „przysposobienie do życia w rodzinie”, z równoległą pracą na pół etatu jako wykładowca przedmiotów pedagogicznych na kursach kwalifikacyjnych dla nauczycieli. 1 Września 1988 roku, niespodziewanie dla mnie, zostałem powołany przez ówczesną kurator oświaty i wychowania – Iwonę Bartosik na stanowisko dyrektora Wojewódzkiej Poradni Wychowawczo-Zawodowej w Łodzi. Okoliczności tego powołania to temat na oddzielne opowiadanie.

 

I właśnie w tej nowej roli przyszło mi działać w tym burzliwym roku. Także dlatego, że tyle ważnych rzeczy wydarzyło się wtedy zupełnie nie pamiętam gdzie i jak spędziłem tamte wakacje. Ale dokładnie pamiętam, że już w pierwszych dniach września zacząłem myśleć o ponownym podjęciu tematu samorządności młodzieży. Tym razem nie jako przedmiotu badań, a jako realnej rzeczywistości – formie wpłynięcia na postrzeganie i realizowanie w szkołach samorządów uczniowskich. Krótko mówiąc – powstał w mojej głowie projekt kilkudniowego seminarium dla nowowybranych przewodniczących samorządów w liceach i szkołach zawodowych ówczesnego województwa łódzkiego, w którego skład, obok Miasta Łodzi, wchodziły także miasta i gminy: Pabianice, Zgierz, Aleksandrów, Konstantynów, ale także Stryków, Ozorków i Głowno.

 

Idea takiego przedsięwzięcia zrodziła się u mnie podczas pełnienia cotygodniowych dyżurów przy Młodzieżowym Telefonie Zaufania, jaki od kilku lat funkcjonował przy poradni wojewódzkiej. Te dyżury to było moje dyrektorskie pensum, i stały się one niezastąpionym źródłem wiedzy o problemach i trudnościach, z jakimi borykali się wówczas młodzi ludzie – uczniowie szkół. To od dzwoniących tam anonimowo rozmówców dowiadywałem się, że obok problemów rodzących się młodzieńczych uczuć i dojrzewania, oraz mających swoje korzenie w ich rodzinach, najczęściej powodem stresów, a czasami nawet stanów depresyjnych, było środowisko szkolne, gdzie uczeń traktowany był przedmiotowo, gdzie w zasadzie miał tylko obowiązki i żadnych praw. Praw, o których, że je ma, nawet nie wiedział…

 

Pomysł był – należało teraz go zrealizować. W tym celu musiałem pozyskać niezbędne środki finansowe (trzy dni pobytu poza Łodzią, a więc noclegi, wyżywienie, dojazdy) i znaleźć odpowiedni obiekt, który będzie gotów w dogodnej porze nas przyjąć.

 

Czytaj dalej »



Od wydarzeń opisanych w poprzednim eseju [Mój rok 1969, czyli lato w Poddąbiu z Leokadią] minęło kolejnych 10 lat i – jak to u mnie – także w tej dekadzie zaszło wiele zmian w moim życiu. Do najważniejszych należą: 1970 – rozpoczęcie studiów (zaocznych) na UŁ – „Pedagogika – kierunek wiedza o kulturze”, 1971 – rezygnacja ze stanowiska komendanta hufca ZHP Łódź-Polesie, 1972 – zawarcie związku małżeńskiego, 1 wrzesień 1973 – 31 sierpnia 1975 – pełnienie funkcji wicedyrektora d.s. domu dziecka w OSz-W nr 2 w Łodzi, czerwiec 1975 – obrona pracy magisterskiej,    1 październik 1975 – zatrudnienie na stanowisku st. asystenta w Zakładzie Pedagogiki Społecznej na Uniwersytecie Łódzkim.

 

Powyższe informacje były niezbędne, aby nie była dla czytelnika zaskoczeniem ta opowieść o czterech tygodniach wakacji w 1979 roku, przeżytych także na obozie harcerskim, ale w jakże innej roli i okolicznościach. Ale po kolei:

 

Abym mógł w owym roku znaleźć się  na harcerskiej stanicy Chorągwi Łódzkiej ZHP, na polanie, noszącej nazwę od wsi łemkowskiej, która tam kiedyś była (do akcji „Wisła”) – o nazwie „Przysłup”, u podnóża Połoniny Caryńskiej, musiało wcześniej „zadziać się” kilka innych wydarzeń:

 

Po pierwsze: Związek Harcerstwa Polskiego, z zamiarem „przypodobania się” ówczesnej władzy PRL, proklamował w 1974 roku akcję o nazwie „Operacja Bieszczady 40”, w ramach której przez następne lata – aż do rocznicy obchodów 40-lecia Polski Ludowej – miały być organizowane na terenie tych gór obozy-stanice – po jednej przez każdą komendę chorągwi.

 

Po drugie: Chorągiew Łódzka ZHP zainaugurowała swój udział w tej Operacji po raz pierwszy latem 1975 roku – na przydzielonym jej terenie, czyli właśnie na Przysłupiu Caryńskim. Ówczesne władze KChŁ zaproponowały mi, abym został komendantem pierwszego turnusu na tej stanicy. Zgodziłem się – ale, ale pod warunkiem, że będę tam wraz z poślubioną przed trzema laty żoną Krystyną (też instruktorką ZHP, w „swoim czasie” była zastępcą komendanta (czyli mnie) w Hufcu Polesie, oraz naszym dwuletnim synkiem – Kubusiem. Bardzo nam tam wtedy było dobrze…

 

Po trzecie: Na aktualnym stanowisku pracy – w Zakładzie Pedagogiki Społecznej UŁ – moją wakacyjną specjalnością stało się prowadzenie tzw. obozów naukowych, organizowanych podczas wakacji dla studentów po drugim roku studiów, podczas których mogli zapoznawać się (i ćwiczyć) z metodologią padań „terenowych”. Celem tej formy było przygotowanie do czekającego ich zbierania materiałów do pracy magisterskiej. Przed Bieszczadami poprowadziłem już dwa takie obozy – zawsze we wrześniu, w latach: 1976 i 1977 – oba w Bielsku-Białej. Miejscowość tę wybrałem nieprzypadkowo – po zajęciach „programowych” (badania funkcjonowania systemu opieki nad dzieckiem: w placówkach opiekuńczo-wychowawczych, ale także w szkołach i śródrocznych placówkach środowiskowych) – głównie w soboty i niedziele – uprawialiśmy (ja i studenci) turystykę po pięknym Beskidzie Żywieckim.

 

 

 

Widok na Połoninę Caryńską z równiny, na której w 1979 roku stały namioty stanicy Chorągwi Łódzkiej ZHP

 

Tym razem, bazując na moich „zasługach” dla Operacji „Bieszczady-40”, postanowiłem zakwaterować grupę mojego studenckiego obozu naukowego w łódzkiej stanicy, u podnóża Połoniny Caryńskiej, gdzie przed czterema laty kierowałem pionierskim dla łodzian turnusem tej „Operacji”. Władza harcerska ofertę przyjęła – musiało jeszcze powstać dobre „alibi”, czyli temat naukowy obozu, uzasadniający lokalizacje tego przedsięwzięcia właśnie tam. Z tym nie miałem najmniejszych trudności – już wtedy interesowałem się (zainspirowany pracą A. Kamińskiego „Samorząd młodzieży jako metoda wychowawcza”) samorządnością. Temat sformułowałem więc krotko i treściwie: Samorządność harcerzy w Operacji „Bieszczady 40.

 

 

Po takim wprowadzeniu mogę już przejść do opowieści o tej bieszczadzkiej przygodzie turystyczno-naukowej – z polityką w tle.

 

Czytaj dalej »



Dla niektórych rok 1969 może kojarzyć się z premierą filmu „Pan Wołodyjowski”, dla innych z pomyślnym zakończeniem samotnego rejsu Leonida Teligi dookoła świata. Bezsprzecznie wszystkim – z pierwszym lądowaniem człowieka na Księżycu. Ale ja chcę dziś w tym, drugim w chronologicznej kolejności, eseju wspomnieniowego z cyklu „Moje lata . . . dziewiąte” przywołać z głębokiej pamięci cztery tygodnie, spędzone przed pięćdziesięcioma laty w harcerskim anturażu nad Bałtykiem, w miejscowości, wówczas mało komu znanej – w Poddąbiu.

 

 

Jednak nim przejdę do wspomnień z równie upalnego jak tegoroczne lato, sierpnia 1969 roku powinienem możliwie krótko zrelacjonować przynajmniej najważniejsze wydarzenia, które były moim udziałem w okresie tych dziesięciu lat, które minęły od wakacji 15-latka u wuja Hipolita do dni, które są treścią tego odcinka moich wspomnieniowych esejów. Aby nie rozbijać toku narracji – odsyłam po informacje na ten temat do załącznika – TUTAJ

 

Już po niespełna roku od powrotu do Łodzi z Gdyni, gdzie odbywałem moją niechcianą służbę w Marynarce Wojennej, po kilkumiesięcznej pracy w Komendzie Chorągwi Łódzkiej ZHP, od marca 1969, wróciłem do „mojego” poleskiego hufca ZHP, wybrany zastępcą komendanta tego hufca – na konferencji sprawozdawczo-wyborczej przez jego instruktorów.

 

I właśnie to co jest przedmiotem tych wspomnień miało być pierwszym, autorskim dziełem, które miało stać się moim „znakiem firmowym” w roli nowego wicekomendanta. A tym dziełem był obóz szkoleniowy dla ponad czterdziestoosobowej grupy nastoletnich harcerek i harcerzy – kandydatów do funkcji drużynowej/drużynowego drużyn harcerskich. Nie zuchowych tym razem!

 

Mając świadomość znaczenia tego wakacyjnego przedsięwzięcia, przygotowywałem się do niego już na wiele tygodni przed rozbiciem namiotów na skraju nadmorskiego lasu, na terenach – wtedy mało znanej w głębi kraju – wiosce Poddąbie, która do 1945 roku nosiło nazwę Neu Strand (Nowa Plaża). Zależało mi na tym, aby ten letni kurs drużynowych pod namiotami był niezależnym, kameralnym obozem (nie wchodzącym w skład większego zgrupowania) i by został zlokalizowany w atrakcyjnej, ale nie będącej kurortem, miejscowości.

 

Muszę w tym miejscu przypomnieć, że zaledwie 4 lata przed opisywanymi to zdarzeniami spędziłem 6 miesięcy w CSSMW w Ustce, gdzie nie tylko przebyłem typowe szkolenie dla rekrutów i złożyłem przysięgę wojskową, ale przede wszystkim byłem szkolony na operatora radiolokacji do pracy w jednostkach Marynarki Wojennej. I to dlatego, nieprzypadkowo, w maju 1969 roku, osobiście pojechałem na tzw. „zwiad kwatermistrzowski” do Ustki. Pierwsze kroki skierowałem do miejscowego nadleśnictwa, bo wszak obóz harcerski musi być w lesie. I tam pokazano mi bardzo dokładne mapy podległego im terenu i zasugerowano, że najodpowiedniejszą dla moich planów będzie lokalizacja właśnie w Poddąbiu. Jeszcze tego samego dnia dotarłem tam, pokonując ostatni odcinek drogi – z Machowinka do Poddąbia, w obie strony – pieszo. PKS-y jeszcze tam, poza sezonem, nie jeździły.

 

Foto: www.mojeurlopy.pl

 

Klifowy brzeg morza w Poddąbiu – jedyny widok, który od 1969 roku tam się nie zmienił…

 

Spodobało mi się tam, znalazłem konkretną łąkę, na której można było rozstawić namioty i obozową kuchnię, skąd niedaleko było do oficjalnego zejścia z wysokiego klifu na piękną szeroką, prawie dziką plażę, a przede wszystkim zawarłem wstępne porozumienie z kierownictwem jednego z (wtedy) dwu pobliskich zakładowych ośrodków kolonijno-wczasowych o prawie do (bezpłatnego) pobierania z ich studni głębinowej słodkiej wody dla potrzeb obozowej kuchni.

 

Minęły dwa miesiące i równo pół wieku temu, w ostatnim tygodniu lipca, stanął w wybranym przeze mnie miejscu obóz kursowy. Było tak jak sobie zaplanowałem: ok. czterdzieścioro uczestniczek i uczestników kursu, podzielonych na 5 zastępów, nieliczna kadra szkoleniowa, ratownik, kwatermistrz-zaopatrzeniowiec, księgowa i kucharka.

 

Foto: www.ustka.naszemiasto.pl

 

Schody na plażę w Poddąbiu. Wtedy były mniej eleganckie, ale z podobną ilością stopni…

 

Życie toczyło się w normalnym rytmie obozu harcerskiego: pobudka, zaprawa poranna (w naszym przypadku to truchcik do zejścia na plażę, tam klika ćwiczeń gimnastycznych, mycie w morzu, powrót po liczących kilkadziesiąt stopni schodach), ścielenie łóżek, apel z wciągnięciem flagi na maszt, śniadanie, blok zajęć przedpołudniowych (najczęściej praktycznych, ale także w formie „wykładu pod sosną”, obiad, relaks poobiedni, zajęcia sportowe, rekreacyjne (także plaża, kąpiel morska), kolacja… Wieczorem, na każdym obozie do tradycji należy ognisko, wokół którego siedzą harcerze, śpiewają piosenki, ktoś opowiada gawędę…

 

Ale nie tego roku z Poddąbiu… I nie tylko tam. Zapewne także na wszystkich obozach w północnej Polsce – bo od czerwca nie spadła tam ani kropla deszczu i nadleśnictwa wydały całkowity zakaz rozpalania ognisk w lesie…

 

Miała ta sytuacja swoje bardzo ważkie konsekwencje dla organizacji obozowych wieczorów. Nie wiem jak radzili sobie z tym zakazem komendanci innych obozów – pamiętam dokładnie czym ów zakaz zaowocował u nas, w Poddąbiu. Aby nie zubożyć obozowego życia o ten najbardziej więzotwórczy element jakim jest harcerskie ognisko, zdecydowałem, aby w specjalnym namiocie „świetlicowym”, przygotowanym na dni deszczowe, zamocować w jego centralnym miejscu świecznik, za który robił znaleziony na plaży, wypłukany przez morskie fale, odwrócony korzeniami ku górze, pieniek drzewa. Jego przycięte korzenie stały się ramionami tego świecznika, a do nich przymocowaliśmy świece… I przy ich blasku, jak wokół ogniska, gromadziliśmy się każdego wieczora.

 

Czytaj dalej »



Korzystając z wakacyjnej pory, gdy „gorących tematów”, które w trakcie roku szkolnego zwykle zajmowały miejsce na stronie „Obserwatorium Edukacji” jest mniej, postanowiłem raz w tygodniu prezentować jeden odcinek z serii moich „esejów wspomnieniowych”, których cykl zatytułowałem „Moje lata . . . dziewiąte. Będę w nich wracał pamięcią do wydarzeń z okresu wakacji – począwszy od roku 1959 – które zasługują na ich przywołanie. I będą to, kolejno, wspomnienia z wakacji roku 1969, 1979, 1989… Jeszcze nie wiem, czy poświęcę także tekst wspomnieniom sprzed dziesięciu lat… Ale w każdym z tych wspomnień będzie coś takiego, co jak najbardziej pasuje do tradycyjnego profilu tematycznego tego redagowanego przeze mnie informatora edukacyjnego.

 

Co takiego godnego wspomnienia wydarzyło się w moim życiu przed 60-oma laty?

 

Tamtego lata moja złotniańska drużyna harcerska nie uczestniczyła w żadnym obozie, więc i ja zostałem bez zorganizowanej formy wakacyjnego wypoczynku. Kolonii letnich, w skali, takiej, jak to w późniejszych peerelowskich czasach bywało, władza jeszcze nie organizowała, a moich rodziców na wspólne ze mną wakacje nie było stać. Stąd wziął się pomysł, aby dać mi trochę kasy na przejazdy, i abym – po raz pierwszy w życiu samodzielnie (w wieku 15-u lat) – pojechał w odwiedziny do mamy krewnych w okolice dzisiejszego pogranicza Mazowsza i Podlasia. Ale po drodze miałem odwiedzić brata mamy, wujka Hipolita – nauczyciela, kierownika szkoły podstawowej w Janówku k.Starej Miłosnej – na wschód od Warszawy, miejsce, gdzie rozwidlają się szosy na Siedlce, Terespol i na Garwolin, Lublin. Dziś ten teren określany jest nazwą „Zakręt” i bezpośrednio sąsiaduje z zachodnią granicą warszawskiej dzielnicy Wesoła.

 

Wujek Hipolit Malinowski był tam kierownikiem małej czteroizbowej szkoły wiejskiej od niedawna…

 

Bo wcześniej – w latach 1949 – 1954 odsiedział cały zasądzony pięcioletni wyrok we Wronkach – za powojenną działalność w organizacji WiN (był szefem wywiadu Obwodu Zambrów, pseudonim „Łęk”)*, przedtem –  w czasie wojny, walczył w oddziałach AK w okolicach Zambrowa. W 1947 roku wujek Hipolit wraz z żoną Heleną (też nauczycielką) przeprowadził się ze wsi Szepielaki, w której od przedwojny pracowali w małej wiejskiej szkółce, właśnie do owego Janówka. Ale i tam wkrótce znalazło go UB. Został aresztowany i po krótkim procesie – skazany na 5 lat ciężkiego więzienia we Wronkach. Po odbyciu kary wujek nie miał prawa wrócić do zawodu – pracował jako magazynier w warszawskiej fabryce cukierków „22 LIPCA (dawniej E. Wedel). Dopiero w ramach „popaździernikowej odwilży”, poluzowania reżimu przez Władysława Gomółkę, został zrehabilitowany, mógł wrócić do nauczycielskiego zawodu. Został ponownie kierownikiem szkoły, którą od chwili jego aresztowaniu kierowała jego żona. I tam właśnie, w dwa lata po tym fakcie, dotarłem w owe słoneczne lipcowe dni.

 

Foto:www.szkola-zakret.pl

 

Wujek Hipolit Malinowski przed szkołą w Janówku (dziś Zakręt)

 

 

Musiałem przypomnieć ten fragment wujkowej biografii, nie po to aby pochwalić się, że miałem w rodzinie „żołnierza wyklętego”, ale aby na tym tle jeszcze wyraziściej zaistniało wydarzenie, które miało swoje konsekwencje w mojej późniejszej drodze do zawodu pedagoga-wychowawcy.

 

Przechodząc do sedna tematu – spędziłam tam kilka dni w sielankowym klimacie wylegiwania się na kocu w sadku, pojadania pajd chleba domowego wypieku, smarowanych masłem własnego wyrobu, polanych miodem z wujowej pasieki. Do popicia – zimne zsiadłe mleko wprost z piwnicy – takie, że można je było krajać nożem..

.

Ale nie to jest tematem tych wspomnień. Zaraz pierwszego dnia, zwiedzając pomieszczenia opustoszałej szkoły, trafiłem do salki,w której stała szafa, pełniąca funkcję szkolnej biblioteki. Była szeroko otwarta, a znaczna część liczącego kilkaset egzemplarzy księgozbioru leżała nieopodal, porozkładana na stolikach i krzesłach. Naszedł mnie na tym wuj, i zachęcił: Śmiało, śmiało. Poszukaj co cię z tego zainteresuje, i czytaj sobie do woli.

 

Dziś już nie pamiętam, czy wybrałem kilka książek, czy od razu tylko ten jeden, opasły tom, który przez najbliższe dni przeczytałem „jednym tchem”, od deski do deski. Oto okładka tego dzieła – znalazłem to zdjęcie w internecie, ale dokładnie taką sama okładkę miała książka, która mnie wtedy, latem 1959 roku, tak zafascynowała:

 

Foto: www.lubimyczytac.pl/ksiazka/

 

Czytaj dalej »



Esej okolicznościowy

dość długi, ale też długie jest nie tylko życie Jubilata, ale i Jego aktywność zawodowa w oświacie.

 

 

Foto: screen z obrazu wideo [www.youtube.com]

 

Janusz Moos, inspirator m.in. zawodu mechatronik, na swym analogowym stanowisku pracy (2014 rok)

 

 

 

Zamiar był inny. W tym miejscu miał być zamieszczony wywiad-rzeka z dyrektorem Łódzkiego Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego – Januszem Moosem, Jubilatem, fetującym dziś swe 80-te urodziny. Niestety – Jubilat nie wyraził zgody na te wspomnieniowe przepytywanki. Nie pozostało mi nic innego jak podjąć trud zaprezentowania drogi zawodowej tego – jak Go określiłem w tytule Felietonu nr 173. – Człowieka-Instytucji, demiurga łódzkiej edukacji zawodowej.

 

Ów felieton zawierał taki, kończący go, akapit:

 

Nie znam tak dokładnie drogi zawodowej Bohatera tego felietonu aby wiedzieć kiedy podjął pracę nauczyciela w Technikum Energetycznym przy ul. Skrzywana, nie wiem też kiedy rozpoczął swą działalność w roli nauczyciela-metodyka ówczesnego WOM. Być może mogłyby one dać asumpt zorganizowania benefisu Jego działalności zawodowej”

 

Benefisu – jak dotąd – współpracownicy nie zorganizowali, a ja – wobec niepowodzenia projektu „wywiad” – podjąłem trud dotarcia do pamiętających te odległe lata „świadków historii”, a także do własnych wspomnień i dostępnych źródeł pisanych, aby z tej tak niebywałej okazji, zaprezentować drogę zawodową Jubilata. A okazja jest rzeczywiście ekstraordynaryjna: nie znam drugiego takiego przypadku (nie licząc Królowej Elżbiety II), aby w wieku 80-u lat – przynajmniej w obszarze instytucji oświatowych – ktoś inny był faktycznie i czynnie kierującym swą placówką dyrektorem! I aby ktoś inny mógł poszczycić się tym, że – niezależnie od szyldu pod którym działał – zajmował się, tworzył i walczył o sprawy szkolnictwa zawodowego, nieprzerwanie, od 1973 roku, czyli OD 46 LAT!!!

 

Ale zacznijmy od początku…

 

W jedynym dostępnym w internecie źródle można przeczytać taką informację: „Moos Janusz – ur.10.07.1939 Lwów.”  W oparciu o znane mi źródła twierdzę, że dwa podane tam fakty nie są prawdziwe: owo urodzone wtedy dziecko Ludwiki i Zygmunta Moosów dostało na chrzcie imię Jan (co osobiście widziałem w paszporcie podczas wspólnego z dzisiejszym Jubilatem przekraczania granicy z NRD w listopadzie 1988 roku), a rzeczywistym miejscem urodzenia jest miasteczko Rohatyn – dziś to terytorium Ukrainy, ale w II Rzeczypospolitej była to stolica powiatu w ówczesnym województwie stanisławowskim. Przed I Wojną Światową była to Galicja – autonomiczna część Cesarstwa Austro-Węgierskiego.

 

Gdyby było mi dane zapytać o to Jubilata, być może dowiedziałbym się jakie były koleje losu Jego i Jego Rodziny po wybuchu II Wojny Światowej, po zajęciu (w niewiele ponad dwa miesiące od Jego narodzin) tego terytorium przez Armię Czerwoną i przyłączeniu tych ziem do ZSRR, także po wkroczeniu tam w czerwcu 1941 roku armii III Rzeszy, a następnie po ponownym „wyzwoleniu” przez wojska sowieckie w 1944 roku. No i po powstaniu PRL w 1945 roku. Jak przeżyli tę wojenną hekatombę, jakimi drogami dotarli do powojennej Polski, co sprawiło, że nie osiedlili się, jak większość repatriantów z Ukrainy, na Śląsku lub na Opolszczyźnie, że zamieszkali w Łodzi, a nie np. we Wrocławiu…

 

Ale skoro nie udało się przekonać Dostojnego Jubilata do takiej rozmowy – nadal „białą plamą” w tej biografii pozostaną te najwcześniejsze lata Jego życia, w tym także etap bycia uczniem. Nie dowiemy się która szkoła średnia, gdzie zdał maturę, ma prawo szczycić się Takim Absolwentem. Nic mi o Jego życiu nie wiadomo – aż do roku 1966, kiedy to – co już można było ustalić bezsprzecznie – jako absolwent Wydziału Elektrycznego Politechniki Łódzkiej, z tytułem magistra inżyniera, rozpoczął pracę w charakterze nauczyciela teoretycznych przedmiotów zawodowych w Technikum Energetycznym nr 1 w Łodzi – mającym w tamtych latach adres przy ul. Skrzywana. Dziś w tym samym budynku działa „spadkobierca” tamtej szkoły – Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych nr 9, z tym że ma adres „Al. Politechniki 38”.

 

Współcześnie moglibyśmy to Jego pierwsze miejsce pracy nazwać zespołem szkół, ale wówczas pod wspólnym szyldem technikum funkcjonowały w tym samym budynku i pod tą sama dyrekcją Jana Dawidowskiego także: Wydział dla Pracujących Technikum Energetycznego, Technikum Zawodowe (elektromechanik urządzeń przemysłowych) i Zasadnicza Szkoła Energetyczna, a także Policealne Studium Techniczne (PST). Na uwagę zasługuje też fakt, że w tym konglomeracie szkół prowadzone było również kształcenie w ramach 6-letniego Technikum Przemysłowo-Pedagogicznego, którego absolwenci otrzymywali uprawnienia do pracy w charakterze nauczycieli praktycznej nauki zawodu. Czy mgr inż. Moos prowadził tam lekcje – nie udało mi się ustalić.

 

W roli nauczyciela został przez byłych uczniów zapamiętany jako osoba im życzliwa, acz wymagająca, i – co można potraktować jako zapowiedź przyszłego kierunku Jego zainteresowań – już w roli projektanta nowoczesnego kształcenia zawodowego – jako nauczyciel promujący wśród nich zagadnienia automatyki. Niektórzy z nich pisali na ten temat, z Jego inspiracji i pod Jego kierunkiem, prace dyplomowe.

 

Udało mi się ustalić, że już po 6-u latach pracy temu młodemu nauczycielowi (w wieku 33 lat) powierzono obowiązki kierownika (bo nie miało wówczas to stanowisko statusu wicedyrektora) PST i Wydziału dla Pracujących. Niestety (dla szkoły) już po dwu latach – w 1973 roku, ówczesny łódzki Kurator Oświaty i Wychowania Henryk Grenda (wcześniej był on dyrektorem zlikwidowanego w tym czasie Studium Nauczycielskiego nr 2, mieszczącego się przy ul. Wólczańskiej 222 (to późniejszy adres OOM, IKNiBO, IKN ODN i WODN) zatrudnił Jana Moosa w Kuratorium – na stanowisku wizytatora metodyka d.s. kształcenia zawodowego.

 

W tym miejscy należy się czytelnikom informacja, że właśnie 1 stycznia tego roku zlikwidowano istniejący od 1960 r. Centralny Ośrodek Metodyczny i powołano w jego miejsce Instytut Kształcenia Nauczycieli (IKN). Na szczeblu wojewódzkim skutkowało to likwidacją Okręgowych Ośrodków Metodycznych (OOM), których role przejęły zespoły wizytatorów przedmiotowo-metodycznych, podporządkowane kuratorom oświaty. Natomiast na miejscu dawnych okręgowych ośrodków w miastach wojewódzkich powstały terenowe oddziały IKN, nazwane Instytutami Kształcenia Nauczycieli i Badań Oświatowych (IKNiBO).

 

I to właśnie ten rok (1973) jest datą początku najważniejszego w karierze zawodowej Janusza Moosa, trwającego przez 46 lat, etapu pracy, pracy na rzecz wspierania i doskonalenia – najpierw nauczycieli, a po kilku latach także szkół, a w końcu całych systemów kształcenia zawodowego.

 

Czytaj dalej »