Ostatni zamieszczony tu esej wspomnieniowy z cyklu „Moje lata dziesiąte..” zakończyłem deklaracją, że „postanowiłem zmienić formułę tych wspomnień i przystąpić do „zapełniania” kolejnymi wspomnieniami wydarzeń, jakie były moim udziałem w latach, które dzieliły dotychczas wspominane, te z lat „dziewiątych” i „dziesiątych”.” Jednak po zastanowieniu zdecydowałem, że nie będę uzupełniał „luk czasowych” kolejnymi 11-oma esejami, lecz uczynię to w formule „dekadowych” odcinków, syntetyzujących kolejne dziesięciolecia mojej biografii. Wyjątkiem od tej zasady będzie ten pierwszy esej nowego cyklu, obejmujący okres 14-u lat:

 

 

Od narodzin „wcześniaka” w 1944 roku do ucznia Szkoły Rzemiosł Budowlanych w 1958 roku

 

 Historia mojego życia zaczęła się od dramatycznych wydarzeń, jakie rozegrały się 11 kwietnia 1944 roku, we wtorek, dzień po Świętach Wielkanocnych, w niewielkiej izbie (15 m² ) na poddaszu rodzinnego domu dziadków Kuzitowiczów przy ulicy, która do 1939 roku nazywała się ul. Źeromskiego, a w tym czasie – w czasie okupacji Polski przez III Rzeszę – nazwana została Messingweg (mosiężna dróżka). Tym dramatycznym wydarzeniem był poród bliźniaczy, w którym rodzącej przedwcześnie (w siódmym miesiącu ciąży) mojej mamie, już niemłodej, 38-letniej kobiecie, pomagała okoliczna akuszerka. Dziś takie porody odbywają się w specjalnie do tego przystosowanych, odpowiednio wyposażonych salach szpitalnych, z udziłem lekarzy-ginekologów, mających do dyspozycji inkubatory i inne niezbędne wyposażenie ratujące życie noworodków.

 

 

Za tymi oknami, zaznaczonymi kolorową obwódką, przyszedłem na świat

 

Wtedy przyjmująca poród miała do dyspozycji tylko miednicę, gotowaną wodę, ręczniki i prześcieradła. Z dwu rodzących się w tych okolicznościach „wcześniaków” tylko jeden miał szczęście. Tym szczęściarzem byłem ja. Mój braciszek nie przeżył porodu.

 

Przez wiele tygodni, jak mi opowiadała mama, byłem na granicy życia i śmierci. Zamiast w inkubatorze leżałem w wyścielonym watą łóżeczku, byłem okładany butelkami z ciepłą wodą. Na przekór tym wszystkim przeciwnościom – przeżyłem! Ale te pierwsze tygodnie i miesiące leżenia – w zasadzie – bez ruchu spowodowały, że plastyczne w tym okresie kości czaszki trochę się odkształciły i moja główka nie wzrastała prawidłowo, była trochę zdeformowana. Gdy mama – już po wojnie – poszła ze mną do lekarza (a był nim późniejszy profesor Tadeusz Pawlikowski – w latach 1968 – 1992 rektor Akademii Medycznej w Łodzi) i zapytała go czy ta deformacja może mieć jakiś wpływ na moje dalsze życie, ten jej odpowiedział: „Niech się pani nie martwi. Z taką głową to ministrami zostają!”

 

Skąd o tym wiem? Bo przez wiele lat, w sytuacjach nie zawsze dla mnie najszczęśliwszych, mama przypominała mi tę „diagnozę”.

 

 

 

Mały Włodziu w przydomowym ogrodzie

 

Także późniejsze miesiące i lata były czasem, w którym rodzice „chuchali i dmuchali” na wątłego i chorowitego dzieciaka. Nie ma co owijać w bawełnę – byłem w tych pierwszych latach mojego życia takim maminsynkiem.

 

I jeszcze jeden epizod, który zapamiętałem z tych pierwszych lat mojego życia, który muszę tu przywołać: Zapewne mialem okoł 5 – 6 lat, kiedy mama zaprowadziła mnie do naszego „złotniańskiego” przedszkola przy ul. Artylerzystów. Szczegółów i wszystkich okoliczności mojego tam pobytu nie przypominam sobie, ale wiem jedno: jeszcze tego dnia po powrocie do domu oświtczyłem, że więcej tam nie chcę chodzić! I postawiłem na swoim.

 

x           x           x

 

Zacząłem od opisu narodzin i pierwszych lat mojego życia nie bez powodu. Bez tego nie zrozumielibyście dalszych etapów mojej biografii, począwszy od tego, który rozpoczął się 3 września 1951 roku, kiedy to zostałem przyprowadzony do pierwszej klasy Szkoły Podstawowej nr 135 w Łodzi. Ten okres wspominałem już w eseju Jak 60 lat temu skończyłem podstawówkę i nie poszedłem do „Kopra”. Teraz uzupełnię opisane tam fakty i zdarzenia o nowe wspominki.

 

Zacznę od tego, że zasiadając w tradycyjnych, „przedwojennych” ławkach szkolnych naszej pierwszej klasy, w owym filialnym budynku SP nr 135 przy ul. Płatowcowej, umiałem już czytać. Gorzej było z pisaniem. Z tą sztuką (w aspekcie t.zw. „charakteru pisma”, ale później także ortografii) miałem problemy także w następnych latach mojej edukacji, a w zasadzie mam je i dzisiaj. Znajomość liter (drukowanych) i umiejętność czytania posiadłem dzięki temu, że miałem – mieszkające w tym samym domu – starszą o 10 lat siostrę rodzoną i o 5 lat starszą siostrę cioteczną. Dzięki temu nauczyłem się czytać książeczki dla dzieci – w tym utwory Juliana Tuwima. I nauczyłem się na pamięć wiersza „Lokomotywa”. Dlatego mogłem już w pierwszych dniach chodzenia do szkoły „zabłysnąć” występem przed całą klasą, recytując „z pamięci”: „Stoi na stacji lokomotywa”.

 

Foto: Jacek Wystop

 

Budynek przy ul. Garnizonowej, w którym po II Wojnie Światowej, do połowy lat 60-ych XX wieku, miała swą siedzibę SP nr 135. Obecnie jest on siedzibą przychodni zdrowia i filii Miejskiej Biblioteki Publicznej.

(Zdjęcie ilustruje stan obecny)

 

Opisane już wcześniej wspomnienia z późniejszych lat mojej kariery w szkole przy ul, Garnizonowej uzupełnię takimi „fleszami” pamięci, jak wspomnienie dnia, w którym poinformowano nas o śmierci Stalina (5 marca 1953 r). Pamiętam „apel”, zorganizowany z tego powodu na przyszkolnym placu, żałobną przemowę kierownika szkoły i te łezki w oczach. Nie tylko u uczennic i uczniów.[Więcej – TUTAJ]

 

A także dzień, już po VIII Plenum KC PZPR, czyli była to jesień 1956 roku, kiedy dosunęliśmy stół nauczycielski do ściany z tablicą, nad którą wisiał portret Rokossowskiego. Wszedłem na stół i… co prawda nie rzuciłem kałamarzem, ale zdjąłem go – już na zawsze. Była to scena, świadomie nawiązująca do opowieści, którą nas karmiono: o młodym uczniu Bolku Bierucie, który w klasie rzucił kałamarzem w portret cara Mikołaja II-go.

 

Jak bardzo byłem wówczas „zaangażowany” w klimaty popaździernikowej „odwilży” niech świadczy fakt, że… że na gwoździu po portrecie Rokossowskiego zawiesiłem krzyż. Muszę jednak dodać, że tak jak w stanie wojennym chodzenie do kościoła stało się, także dla niewierzących, formą manifestowania swojej „opozycyjności”, tak dla mnie w tym czasie był to bardziej akt polityczny niż czyn obrońcy wiary…

 

Co nie znaczy, że nie uczestniczyłem w tradycyjnych obrządkach religijnych. Jak wszystkie ówczesne dzieci na Złotnie – ja także przystąpiłem (i to rok przed rocznikowym „obowiązkiem”) do Pierwszej Komunii, a po kilku latach – do bierzmowania. Jednak nigdy nawet nie pomyślałem, aby zostać ministrantem.

 

A tak w ogóle, to połowa lat pięćdziesiątych ub. wieku także i w moim małoletnim życiu był to czas niezwykle bogaty w doświadczenia „ideologiczne”. Opisałem to szczegółowo we wspomnieniu moich wakacji 1955 roku (o słuchaniu z kryształkowego detektora Wolnej Europy i założeniu „tajnej organizacji” Wolna Polska – Orzeł Biały”), a także w felietonie nr 167. „Refleksje rówieśnika Polski Ludowej” – w przededniu Święta 1 Maja. [TUTAJ]

 

Co nie przeszkodziło mi w tym, że zaledwie rok później byłem jednym z uczniów-aktywistów, organizujących w naszej szkole drużynę Organizacji Harcerskiej Polski Ludowej [OH PL] Bo to miało być coś lepszego od dotychczaso- wego OH ZHP, do której – jak prawie wszyscy uczniowie – należałem.

 

Jednak do powstania tej drużyny nie doszło, bo – jak wiadomo – 4 grudnia na Zjeździe Łódzkim reaktywowano Związek Harcerstwa Polskiego. W styczniu 1957 roku zjawił się w naszej szkole „powojenny harcerz” – druh Bogdan Lobka, który ogłosił nabór do drużyny ZHP. Jeszcze przed wakacjami, podczas pierwszego biwaku Hufca ZHP Łódź Polesie w łódzkim Lesie Łagiewnickim, 16 czerwca 1957 roku, na ręce pierwszego komendanta nowo utworzonego Hufca Polesie – dh Mariana Pietrzyckiego złożyłem przyrzeczenie harcerskie. I to był – jak czas pokazał – początek mojej nowej drogi rozwoju, zupełnie niezależnej od systemu szkolnego, drogi którą na wiele następnych lat stało się harcerstwo.

 

To dzięki odrodzonemu, choć pozostającemu pod kuratelą rządzącej Partii, Związkowi Harcerstwa Polskiego, mogłem odkryć, a później rozwijać, swoje predyspozycje lidera, zdobywać kompetencje do kierowania zespołami – najpierw rówieśników, potem młodszych podopiecznych (w drużynie zuchowej), a jeszcze później – dużych zespołów instruktorów harcerskich.

 

Pierwszym, symbolicznym wręcz, wydarzeniem, które stało się moim wyzwoleniem spod rodzicielskiej nadopiekuńczości, stał się obóz harcerski, na który pojechałem tuż po ukończeniu podstawówki – w lipcu 1958 roku. Było to zgrupowanie obozów Hufca Polesie, składające się z kilku podobozów, Komendantem zgrupowania był ówczesny Hufcowy – druh Marian Pietrzycki.

 

Dzisiejsi harcerze nie mogą mieć takich wspomnień obozowych, jakie mam ja. Dla przykładu opiszę jak wyglądały pierwsze godziny i dni naszego obozowania.

 

 

Na mapie zaznaczono stację kolejową oraz teren, na którym latem 1958 roku rozbito obozy Hufca Łódź-Polesie.

 

 

Wszyscy uczestnicy – harcerki, harcerze i kadra instruktorska – przyjechaliśmy nocnym pociągiem z Łodzi do stacji Gołubie Kaszubskie. Do pociągu doczepiono wagon towarowy, w którym był załadowany cały sprzęt obozowy, to znaczy namioty (głównie tzw. „kanadyjki” – jednomasztowe namioty na planie kwadratu),wyposażenie kuchni dla czterech podobozów i „sprzęt saperski”, czyli piły, młotki, obcęgi i gwoździe…

 

Po opuszczeniu pociągu i przeładowaniu z owego wagonu towarowego całego sprzętu na wiejskie fury – wszyscy, pieszo, powędrowaliśmy – każda grupa – harcerek oraz haarcerzy – bo wówczas owe podobozy były „jednopłciowe” – na wyznaczone wcześniej polany, czyli miejsca, w których miały byś naszymi obozowiskami, ale gdzie jeszcze nic nie było… Do wieczora musieliśmy postawić tam namioty.. I jeszcze wyprawa do pobliskiej wioski z przywiezionymi z domu siennikami, które trzeba była nabić słomą. To na nich, leżących wprost na ziemi, przespaliśmy pierwszą noc. Bo dopiero następnego dnia, z żerdzi wyciętych w okolicznym lesie, zbudowaliśmy – własnoręcznie – prycze. Pamiętam, że ta, zbudowana w namiocie naszego zastępu, była bardzo wysoka..

.

A tym zastępem był był zastęp „Bawołów”, który tworzyliśmy my – harcerze z 60 ŁDH działającej przy SP nr 135 z Nowgo Zotna. Nazwa zastępu powstała w odwróconej w stosunku do tradycji kolejności. Zwykle do ustalonej wcześniej nazwy zastępu szukało się w lesie tzw. totemu, czyli ustawionego przed namiotem znaku-symbolu. U nas zaczęło się od znalezienia w lesie wyrwanego pniaka z korzeniami, który po niewielkiej „obróbce adaptacyjnej” przypominał łeb tego właśnie zwierzęcia – z rogami, oczywiście. I dlatego nazwaliśmy się „Bawołami”.

 

Na tym obozie byłem szeregowym harcerzem. Zastępowym został starszy o rok kolega, który poprzedniego lata „załapał się” na pierwszy po reaktywowaniu ZHP obóz, zorganizowany przez Komendę Hufca Polesie latem 1957 roku, w lesie w pobliżu wsi Bąkowa Góra nad Pilicą. Ale to że nie ja byłem zastępowym nie przeszkodziło mi w wymyśleni sobie innej roli, wyróżniającej mnie wśród pozostałych szeregowych członków zastępu. Tą rolą był czarownik plemienia „Bawołów”, w ramach której mogłem inicjować zabawy w Indian, podczas których opatulony kocem odgrywałem swoją rolę, „odczyniając” uroki, przepowiadając przyszłość itp. Skąd pomysł? Bo byłem po lekturze książki Arkadego Fiedlera „Mały Bizon”.

 

Dość tych obozowych wspomnień. Dobrze że byłem na tym obozie, i to nie tylko dlatego, że był to dla mnie pierwszy poligon samodzielności – cztery tygodnie bez opiekuńczo-ubezwładniającej „władzy rodzicielskiej”. Ten czas przeżyty na obozie złagodził mi rozczarowanie po nieudanym egzaminie do I LO, czyli sławnego „Kopra” i obawy, jakie budziła wizja rozpoczęcia następnego etapu edukacji w szkole dla murarzy.

 

Ale o tym wspomniałem już w tekście Jak 60 lat temu skończyłem podstawówkę i nie poszedłem do ‚Kopra’ ”.

 

W kolejnej części moich wspomnień „posklejam” te już powstałe wcześniej i uzupełnię je nowymi, o tym, co wydarzyło się w moim życiu w okresie od jesieni 1958 do maja 1968 roku.

 

Włodzisław Kuzitowicz



Jedna odpowiedź to “Esej wspomnieniowy: Od narodzin „wcześniaka” do ucznia SRB”

  1. Grzegorz napisał:



    Niestety, dzisiejsza młodzież może tylko pomarzyć o takim dzieciństwie. Myślę, że dla obecnych nastolatków czytanie Twoich wspomnień jest takim samym science fiction jak dla nas życie bohaterów Fiedelera. To se ne wrati. A szkoda.

Zostaw odpowiedź