Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'

Jak zapowiedział Prezes ZNP Sławomir Broniarz: „22 października Zarząd Główny ZNP podejmie uchwałę o projekcie obywatelskim. – Pójdziemy do nowo wybranego Sejmu i poprzez tryb procedowania sejmowego będziemy chcieli zwiększyć poziom wynagrodzenia zasadniczego nauczycieli.”  [Źródło: www.prawo.pl/oswiata/]

 

Problem w tym, że jutro w Sejmie nie będzie nowowybranych posłów i senatorów, że nie będzie ich tam do 12 listopada, że nowego rządu, a więc i nowego ministra edukacji nie będzie jeszcze przez wiele następnych tygodni.

Powstaje pytanie: Jaki sens ma rozpoczynanie właśnie teraz protestu, określanego przez centrale związkowe „strajkiem włoskim”. I co to właściwie jest ten „włoski strajk”?

 

Sporo wyjaśnia tekst „Strajk włoski to nie strajk”, zamieszczony dzisiaj na portalu PRAWO.PL, którego autorem jest Robert Stępień – radca prawny w Kancelarii Raczkowski Paruch. Przytaczamy ten artykuł w całości – pogrubienia czcionek jego fragmentów – także (bo niektóre to redakcja portalu PRAWO.PL) redakcja OE:

 

 

Foto: www.raczkowski.eu

 

Robert Stępień – radca prawny w Kancelarii Raczkowski Paruch

 

 

 

Strajk włoski narusza prawo. Jest sprzeczny z podstawowymi obowiązkami pracownika wynikającymi z istoty stosunku pracy. Stanowi naruszenie w szczególności obowiązku wykonywania pracy rzetelnie, zgodnie z umową o pracę – uważa radca prawny Robert Stępień z Kancelarii Raczkowski Paruch.

 

Strajk włoski jest nielegalny. Nazwa strajk jest w tym przypadku myląca. Nie jest to bowiem typowy strajk, ale de facto inna niż strajk akcja protestacyjna w rozumieniu przepisów o rozwiązywaniu sporów zbiorowych – prowadzenie akcji protestacyjnej w takiej formie jest niezgodne z tymi przepisami.

 

 

Strajk włoski bez podstawy prawnej

 

Czytaj dalej »



Rys. Danuta Sterna [Źródło: www. sus.ceo.org.pl]

 

Wczoraj na portalu EDUNEWS.PL zamieszczony został artykuł Danuty Sterny, zatytułowany „O pytaniach zadawanych uczniom – rady dla nauczycieli”. Poniżej przytaczamy jego pierwszą część i wykaz wskazówek, zamieszczonych w jego drugiej części:

 

Każdy z nauczycieli zadaje uczniom wiele pytań. W pierwszej części tego tekstu przytoczę zdanie naukowców na temat pytań zadawanych podczas lekcji. W drugiej podam kilka rad dla nauczycieli i przedstawię efektywną procedurę pracy z pytaniami.

 

Według Johna Hattiego podstawowe powody zadawania przez nauczycieli pytań uczniom to: sprawdzenie wiedzy uczniów oraz inicjowanie dyskusji. (J.Hattie, 2017. Visible learning for teachers: Maximizing impact on learning). Marzano z kolei uważa, że pytania utrzymują koncentrację uczniów na lekcji i na jej temacie. (R. J. Marzano, 2017. The new art and science of teaching). Niestety często pytania wyglądają jak gra w ping ponga pomiędzy nauczycielem i uczniami – pytanie o wiedzę i natychmiastowa odpowiedź ucznia. Szczególnie jest to widoczne, gdy zadawane pytania to pytania o wiedzę, czyli z niższych poziomów taksonomii Blooma (K. Sedova, Z. Salamounova, R. Svaricek, 2014. Troubles with dialogic teaching. Learning, Culture and Social Interaction, 3(4), 274-285).

 

Można udoskonalić rodzaje pytań, które stawiamy uczniom. Warto dokonać korekty pytań, aby pogłębić myślenie i zaangażowanie uczniów.

 

Czytaj dalej »



Sobota, to najlepsza pora na to, aby tydzień nie zakończyć z trudną do wybaczenia zaległością. A taki zarzut można by nam postawić, gdybyśmy przeoczyli ważny tekst ze strony „Wokół Szkoły”. Bo tam we środę Jarosław Pytlak napisał o tym „Co szkoła robi, gdy ‚nic nie robi’?” Jako że, jak Autor ma to w „wewnętrznej potrzebie”, tekst ów do krótkich nie należy, poniżej zamieszczamy jedynie wybrane (subiektywnie) fragmenty (w nich pogrubioną czcionką zaznaczony tekst to także sprawka redakcji OE) i – oczywiście – link do źródła z pełną wersją owego minieseju o trudnych relacjach na linii „nauczyciel – rodzic”:

 

Foto: www.youtube.com

 

Rozmowa nauczyciela z mamą i uczennicą

 

 

Tyle się dzieje, że tematy same cisną się na klawiaturę. Nie, żebym wierzył, że swoją pisaniną coś zmienię, ale możliwość konstruktywnego dania ujścia własnym emocjom powoduje, że idąc codziennie do pracy jestem w stanie przywdziać uśmiech i czynić to jeszcze w miarę szczerze.

 

Nie po raz pierwszy i zapewne nie ostatni na tym blogu podejmę dzisiaj temat relacji w szkole, tej najważniejszej, i nie mam bynajmniej na myśli relacji pomiędzy uczniami i nauczycielami. Chodzi o nauczycieli i rodziców. Od z górą dwóch lat piszę, że obie te grupy są w stanie głębokiego konfliktu, i że jest to największy obecnie problem polskiej szkoły, który w bagnie reformy mniej rzuca się w oczy, niż kilka innych, ale w sposób decydujący wpływa na atmosferę, w której funkcjonują dzieci i dorośli. Ci, którzy nie wytrzymują, wybierają edukację domową (rodzice dla swoich dzieci), albo odejście z zawodu (nauczyciele). Proces narasta i będzie dalej narastał, a to, co najlepsze można zrobić tu i teraz, to próbować ogarnąć rozumem jego przyczyny i potencjalne skutki.

 

Bezpośredniej inspiracji dostarczył mi wpis na poczytnym blogu (już ex)nauczyciela, Jarosława Blocha pt. „Gdy ośmiolatek trzęsie szkołą…” (tutaj) oraz artykuł Martyny Bundy w najnowszej „Polityce” pt. „Szkoły wzywają policję”. Kolega-bloger z pasją pisze o wychowaniu w domach, „które ma coraz mniej wspólnego z wpajaniem pewnych zasad”. O bezradności szkoły i nauczycieli wobec rosnącej liczby dzieci, których nikt nie potrafi okiełznać, nawet ich rodzice. Wskazuje, że w imię poprawności politycznej stworzyliśmy system, który nie radzi sobie i coraz bardziej nie będzie sobie radził z patologiami, które stają się normą.

 

Dziennikarka „Polityki” prezentuje nieco inny punkt widzenia. Nie atakuje wprost szkoły i nauczycieli, ale podkreśla trudną sytuację dzieci, które mają specjalne potrzeby edukacyjne. Zarzuca spychologię zamiast adekwatnej pomocy i coraz częstsze sięganie przez dyrektorów szkół po pomoc policji. Widzi we wzywaniu funkcjonariuszy porażkę szkoły i pójście na łatwiznę, nie widzi natomiast wystarczająco ostro bezsilności tej instytucji.

 

Prawda leży, moim zdaniem pośrodku, i trzeba będzie kiedyś zdać sobie sprawę, że nauczyciele sami nie opanują problemu agresji i niedostosowań społecznych, a niezbędne są w tym celu także rozwiązania systemowe, wcale niekoniecznie całkowicie zgodne z „dobrem dziecka”, a może inaczej – zgodne z dobrem dziecka, ale uwzględniające też dobro innych dzieci. Napiszę na ten temat więcej innym razem – jestem pewny, że taki artykuł będzie na czasie i za miesiąc, i za rok, i nawet za lat pięć. Dzisiaj natomiast chciałbym przybliżyć Czytelnikowi problem, co (być może) robi szkoła, choć brak efektów jej działań skłania rodziców do gniewnego stwierdzenia, że „szkoła nic nie zrobiła, żeby…”.

Czytaj dalej »



Rys.: www.krytykapolityczna.pl

 

 

Wczoraj na stronie KrytykaPolityczna.pl zamieszczono zapis rozmowy, jaką Agnieszka Wiśniewska – jej redaktorka naczelna – przeprowadziła z tajemniczym publicystą, kryjącym się pod pseudonimem Galopujący Major”, któremu dała tytuł: „Gówniarzeria, która ucieka z lekcji”. Tak o młodzieży myśli prawica”.

 

Nietrudno zgadnąć, że jest tam mowa nie tylko o Grecie Thunberg i Młodzieżowym Strajku Klimatycznym, ale szerzej – o stosunku partii prawicowych do dzieci i młodzieży, którym odmawia ona prawa do wyrażania swoich poglądów, w ogóle – do podmiotowości.

 

Poniżej przytaczamy fragmenty zapisu tej rozmowy i link do jego pełnej wersji na stronie krytykapolityczna.pl , gdzie można także znaleźć linki do wielu innych interesujących tekstów:

 

 

Agnieszka Wiśniewska: Przygotowałeś Słownik prawicowej polszczyzny, ale przecież język żyje i wciąż pojawiają się nowe frazy, o które powinieneś swój słownik poszerzać. Coś ciekawego ostatnio ci wpadło w oko, co powinno się znaleźć w suplemencie i kolejnym wydaniu?

Galopujący Major: Klaudia Jachira to zdzira”. Przepraszam za słowo. Ale ostatnie wzmożenie wokół Jachiry świetnie pokazuje stosunek prawicy do kobiet, które ośmielają się podjąć działalność prowokacyjno-polityczną. No i jeszcze hasło „Greta”, jako metahasło, które skupia w sobie inne pojęcia ze Słownika prawicowej polszczyzny.

 

Co to znaczy? To „meta-”?

Słownik to z jednej strony niekończący się rezerwuar zwrotów i haseł, ale z drugiej widać, jak pewne formy się w różnych hasłach powtarzają i jak jedno hasło potrafi zawierać w sobie wiele haseł szczegółowych.

 

I Greta się właśnie powtarza?

W tym sensie, że dzięki istnieniu pewnych schematów myślowych prawica nie musi się w ogóle zastanawiać, jak zaatakować Gretę Thunberg, nastoletnią aktywistkę na rzecz walki ze zmianami klimatycznymi.

 

Jak to działa?

W prosty sposób. Nastolatka to dla prawicy w sumie dziecko. A dobro dzieci jest najważniejsze.

 

Zaglądam więc do Słownika i czytam hasło: „Dobro dzieci – mityczny stan, możliwy do rozpoznania jedynie przez prawicę, mający być rozstrzygającym argumentem w sporach ideologicznych”.

Istotą postrzegania dzieci przez prawicę jest ich przedmiotowość. Nie są traktowane w sposób podmiotowy, bo przecież „dzieci i ryby głosu nie mają”. Muszą słuchać rodziców, są przedłużeniem ich poglądów, nie powinny się im sprzeciwiać, ale i nie za bardzo mogą – hasło „resortowe dzieci” pokazuje przecież, że zdaniem prawicy niejako dziedziczymy poglądy po rodzicach.

 

Czytaj dalej »



Foto:www.jaroslawbloch.ovh

 

Jarosław Bloch

 

Dawno nie zaglądaliśmy na stronę „Co z tą edukacja” Jarosława Blocha. Ale dziś, poszukując tekstu, który mógłby pobudzić naszych czytelników do pedagogicznych refleksji, trafiliśmy na post, zamieszczony tam przed kilkoma dniami (13 października), którego tytuł przykuł naszą uwagę: „Gdy ośmiolatek trzęsie szkołą…”.

 

Poniżej jego obszerne fragmenty, link do pełnej wersji i… nadzieja, że nie pozostanie on bez Waszej opinii na temat prezentowanych tam poglądów:

 

Czytałem ostatnio o ośmiolatku, który sparaliżował życie jednej ze szkół w Sieradzu. Wcale mnie to nie dziwi, bo sam niejednokrotnie znajdowałem się w sytuacjach, w których trudno było opanować jakąś rogatą duszę. Wychodziłem z tych sytuacji różnie, przeważnie zwycięsko, choć rzadko z satysfakcją, bo porażką było to, że w ogóle do takiej sytuacji doszło. Niestety dochodzi coraz częściej. Wychowanie w domach ma coraz mniej wspólnego z wpajaniem pewnych zasad. Albo tych zasad brak, albo dziecko działa na zasadach ustalanych przez rodziców, tyle że zupełnie niepasujących do życia w szkole i społeczeństwie. Szkoła i nauczyciele są bezradni.

 

Podejmowane w szkołach działania są nieskuteczne, bądź są jedynie fikcją. Kiedyś od podnoszenia poziomu dyscypliny była linijka, dziś nie tylko za linijkę, ale nawet za mocniejsze szarpnięcie lub niewłaściwie dobrane słowa można mieć kłopoty, a nawet wylecieć z pracy. Łatwo powiedzieć „Pan (pani) się nie nadaje”… Więc gdzie rodzą się tacy co się nadają? Lata mijają, a jakoś nie zauważyłem tabunów absolwentów pedagogiki nadających się do pracy z uczniem agresywnym… To co? Przy każdym sprawiającym kłopoty uczniu trzeba postawić ochroniarza? Co znaczy, że się nie nadaje? Jak to jest, że nauczycielka, która kiedyś radziła sobie z każdym chuliganem, dziś jest bezsilna? Obniżyła standardy swej pracy? Tamten chuligan do dziś kłania się na ulicy w pas, bo wie że gdyby nie ona, to skończyłby źle. Ten dzisiejszy, który ma nauczycielkę głęboko, zasili grupę wiecznie niezadowolonych, z poczuciem krzywdy, którą wyrządził mu świat. Świat oszalał? Kiedy w końcu MEN i kuratoria przyznają, że nie ma sposobu w dzisiejszym prawodawstwie na dzieci, których jedynym celem jest destrukcja? Że sposoby te trzeba na bazie dzisiejszych doświadczeń wypracować na nowo, dobrać metody i procedury, a przede wszystkim egzekwować. Obecne procedury zawodzą.

 

Dzisiejsze procedury są (mówiąc wprost) do dupy. Uczniowie – chuligani się z nich śmieją. Są dla nich zupełnie niedotkliwe, a trwają przeważnie na tyle długo, że zanim za cokolwiek zostaną w szkole ukarani, mija wiele tygodnie. Dawno temu rodzicom krnąbrnego ucznia szkoła mogła wysłać powiadomienie do pracy. Ależ się wstydzili… Dziś nie mogę nawet rodzica zapytać gdzie pracuje, co dopiero wysłać mu do pracy cokolwiek. RODO + poprawność polityczna = niemoc w czystej postaci… […]

 

Czytaj dalej »



Dzisiaj ponownie zamieszczamy tekst zaczerpnięty z portalu EDUNEWS.PL, ale nie mogliśmy tego nie uczynić. Sprawił to temat artykułu Pauli Bruszeskiej, zasygnalizowany już w jego tytule:Dlaczego młodzi Polacy nie głosują w wyborach?” Jako że jest to tekst niedługi i zwarty wewnętrzną logiką wywodu – przytaczamy go w całości. Pogrubienia fragmentów – redakcja OE:

 

Foto:Agencja Gazeta[wwwwiadomosci.gazeta.pl]

 

Wśród wyborców zapełniających lokal wyborczy nie widać młodzieży…

 

 

Młodzi Polacy głosują najrzadziej ze wszystkich grup wiekowych. Frekwencja wśród osób w wieku 18-29 wyniosła zaledwie 46,4%. W mojej opinii, winić za to powinniśmy szkołę i szerzej nasze metody wychowawcze. Jak nagle możemy oczekiwać poczucia, że „mój głos ma znaczenie”, od osób, od których na co dzień oczekujemy nauki pod klucz odpowiedzi i przestrzegania zasad szkolnego współżycia, na które przeważnie nie dajemy im żadnego wpływu?

 

Funkcjonowanie w tradycyjnej polskiej szkole nie daje poczucia sprawczości. Młodzież spędza kilkanaście lat w szkole, w której bardzo rzadko ma możliwość ćwiczyć podejmowanie własnych decyzji lub decydować o własnych zainteresowaniach i kierunku rozwoju. A co dopiero mieć realny wpływ na swoją społeczność. Nawet młodych dorosłych 18-latków traktujemy według zasady „róbcie co wam mówimy”. Niestety takie szkoły jak słynna „Bednarska”, gdzie uczniowie współtworzą szkolny sejm mający ogromną władzę, to dalej rzadkość. Miałam to niesamowite szczęście być uczennicą tej szkoły. Pamiętam jak szkolny parlament zdecydował się skrócić lekcje z 45 do 40 minut. Tak, taką władzę mieliśmy jako uczniowie. Szybko to odkręciliśmy, bo ten semestr okazał się prawdziwym dramatem. Trudniej było prowadzić lekcje, przez co mieliśmy dużo więcej pracy w domu. To wtedy nauczyliśmy się, że mamy ogromną moc, ale też bierzemy za nasze wybory odpowiedzialność. I ta postawa towarzyszy nam dziś przy urnach.

 

Sprawa jest poważna. Młodzi rzadko decydują się pójść głosować, tymczasem to oni najdłużej będą żyli w Polsce, którą ukształtuje nowy rząd. Ale jeśli młodzi nie głosują, to po co rząd miałby się kierować ich interesem? Czarny scenariusz to duże rozczarowanie całego pokolenia jak za 10-20 lat zrozumieją swoje zaniechanie.

 

Sprawa nie jest jednak beznadziejna. Wiele możemy zrobić jako rodzice. Dajmy naszym młodym głos w kwestii nawet najważniejszych domowych zasad i zacznijmy tego oczekiwać od szkoły. Nie mam wątpliwości, że jak damy im okazję, to młodzi z niej skorzystają, choć może nie od razu. Widzę to po własnej działalności z młodymi w ramach olimpiady Zwolnieni z Teorii, gdzie zapraszamy młodych do zrobienia własnego projektu społecznego. Efekt – w ciągu 4 lat staliśmy się największą olimpiadą szkolną w Polsce przyciągając młodzież już z co trzeciej szkoły średniej w Polsce. Uczą się przy tym współpracy, podejmowania decyzji, ale co najważniejsze, doświadczają tego, że mogą kreować świat wokół siebie i brać sprawy w swoje ręce. Wspiera ich w tym 600 mądrych nauczycieli, którzy nie narzucają, a dają przestrzeń do rozwoju i realizacji własnych pomysłów. To taka nasza długoterminowa kampania profrekwencyjna. Nie taka, gdzie spoko sloganem zachęcamy do udziału w wyborach, lecz taka, gdzie dajemy realną przestrzeń na własne inicjatywy, by młoda osoba poczuła znaczenie swojego głosu. Bo czego Jaś nie poczuje, tego Jan nie będzie cenił!

 

 

Źródło: www.edunews.pl



Foto: www.fakt.pl

 

Tomasz Tokarz

 

 

Dzisiaj, w dzień po wczorajszym świątecznym dniu, portal EDUNEWS.PL zamieścił tekst Tomasza Tokarza o tytule „Niby-Święto Edukacji Narodowej?, który wpisuje się w ton tytułu naszego wczorajszego materiału, zaczynającego się od słów „Trudne świętowanie nauczycieli …”

 

Uznaliśmy, że nie będziemy dokonywali żadnych skrótów i zamieszczamy tę diagnozę, zakończoną prognostyczną konkluzją, w całości:

 

 

14 października – nauczycielskie święto: Dzień Edukacji Narodowej. Chyba jeden ze smutniejszych w historii – ze względu na wciąż żywe nastroje postrajkowe. Trudno nazwać je optymistycznymi. Aby zrozumieć ich genezę, nie wystarczy skupiać się na kwestiach płacowych. Były ważne, ale powiedzmy sobie szczerze: chyba nikt nie wybierał tego zawodu w oczekiwaniu na wielkie finansowe profity.

 

U źródeł frustracji i zniechęcenia leży coś głębszego: zachwianie podstawami nauczycielskiej motywacji. Takich skruszonych filarów możemy wyróżnić przynajmniej pięć.

 

SENS. Sporo nauczycieli przez lata miało przekonanie, że robi coś niezwykle ważnego – dba o rozwój młodego pokolenia. Żyło w poczuciu realizacji zawodu wybranego. „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie” – jak często widziałem to zdanie na nauczycielskich forach. Ostatnie lata jednak takim poczuciem zachwiały. Pod wpływem merkantylizacji praca nauczyciela utraciła walor niezwykłości. Wiele osób zaczęło traktować nauczycieli po prostu jak usługodawców, od których wymaga się realizowania usługi zgodnie z ich wolą (zmienną zresztą, i chwiejną). Zdjęło to z profesji nimb misji, zadania kluczowego dla realizacji interesu publicznego. Upadło przekonanie o szczególnym powołaniu tego zawodu. Poczucie sensu, celowości działań uległo mocnej dewaluacji.

 

Czytaj dalej »



Foto:www.juniorowo.pl

 

W szkole demokratycznej – niepublicznej

 

W czwartek (10 października) na portalu EDUNEWS.PL zamieszczono wywiad z Aleksandrem Bajem z Wydawnictwa Element i Marianną Kłosińską z Fundacji Bullerbyn, zatytułowany „Bo szkoły mogą wyglądać zupełnie inaczej…” Rozmawiał Marcin Polak. Poniżej zamieściliśmy wybrane fragmenty tej rozmowy i link do jej pełnego zapisu:

 

 

Wielu nauczycieli i rodziców jest przekonanych, że tradycyjna edukacja w szkole publicznej jest jedyną sensowną możliwością. Tymczasem 26.10 br. w Muzeum POLIN w Warszawie zbierają się osoby, które uważają, że jest jeszcze inna droga i które już dziś wdrażają nowe, kreatywne podejścia do edukacji, nie czekając na odgórne czy oddolne zmiany systemu oświaty. O tym, jak wiele można zrobić w warunkach, które mamy, rozmawiamy z Aleksandrem Bajem z Wydawnictwa Element i Marianną Kłosińską z Fundacji Bullerby na rzecz wspólnoty dzieci i dorosłych.

 

Marcin Polak: Co to takiego edukacja kreatywna? Skąd taki pomysł na konferencję?

 

Foto:www.youtube.com

 

Aleksander Baj

 

Aleksander Baj: Kreatywność pojawia się w tytule z kilku powodów. Pierwszym jest oczywiście obecność Kena Robinsona, o którego obecność w Polsce od kilku lat zabiegam. Jesteśmy pod nieustającym wrażeniem jego wpływu na zmiany w edukacji na świecie. Musiałeś widzieć na Youtube jego wykład z 2006 roku na konferencji TED Czy szkoły zabijają kreatywność? Tym wystąpieniem zyskał światową sławę. Do dziś obejrzało go ponad sześćdziesiąt dwa miliony ludzi!

 

Robinson pracował w edukacji przez całą zawodową karierę – jako nauczyciel, wykładowca i doradca. W 1998 roku w Wielkiej Brytanii przewodniczył narodowej komisji do spraw kreatywności, edukacji i ekonomii, złożonej z przedstawicieli oświaty, biznesu i sztuki. Gdy opublikowano materiały z jej prac The Times napisał, że Raportem Robinsona „każdy prezes czy dyrektor do spraw zasobów ludzkich powinien uderzyć w stół i domagać się działań”.

 

Robinson mówi dlaczego dzisiejsze szkoły nie przygotowują młodych ludzi do życia w XXI w. ale też wskazuje kierunki rozwoju i dobre praktyki. W książce Kreatywne Szkoły, którą wydałem po polsku, opisuje szkoły z całego świata, które już dziś realizują nowe, innowacyjne i kreatywne podejścia do edukacji.

 

 

Foto: www.bullerbyn.org.pl

 

Marianna Kłosińska

 

Marianna Kłosińska: Taki jest jego najważniejszy przekaz – że już dziś, w ramach takich ustrojów i systemów edukacji publicznej, jakie mamy, można zapewnić dzieciom lepszą edukację. Taki też cel przyświecał nam, kiedy tworzyliśmy Konferencję Edukacji Kreatywnej. Zaprosiliśmy osoby z Polski i ze świata, żeby pokazać uczestnikom, że już dziś szkoły mogą wyglądać inaczej.

 

Czytaj dalej »



Poniżej zamieszczamy, znaleziony dzisiaj na stronie „Krytyki Politycznej” wywiad z Dorotą Łobodą – „twarzą protestu przeciw reformie edukacji”, która kandyduje do Sejmu w Warszawie z listy Koalicji Obywatelskiej, zatytułowany „ Łoboda: W polskiej edukacji wszyscy się wszystkich boją. Chcę to zmienić”.

 

Poniżej zamieściliśmy fragmenty zapisu tej rozmowy i link do jej pełnej wersji na stronie „Krytyki Politycznej”:

 

 

Foto: www.tokfm.pl

Dorota Łoboda

 

 

Katarzyna Przyborska (KP): Wyobraźmy sobie, że opozycja tworzy po wyborach rząd i chce posprzątać po reformie ministry Zalewskiej. Jakie będą pierwsze kroki?

Dorota Łoboda: Na pewno nie cofniemy tej reformy. Nie przywrócimy gimnazjów, bo wiązałoby się to z kolejną rewolucją, a tego szkoła i dzieci mogą już nie znieść. Dość eksperymentów. To, co planujemy, to uelastycznienie tej struktury.

 

 

To znaczy?

Można pozostawić system 8 plus 4, natomiast pozwolić samorządom na przykład na decyzję o tym, jak podzielić szkołę podstawową.

 

Rozumiem, że chodzi o wykorzystanie infrastruktury, budynków, które pozostały po gimnazjach?

Tak. Mamy budynki po gimnazjach, które bardzo często nie są wypełnione jako szkoły podstawowe. Mamy też dużo małych, wiejskich szkół podstawowych, które muszą zostać, ale nie są odpowiednio wyposażone, nie mają odpowiednich pracowni chemiczno-fizycznych, odpowiedniej kadry nauczycielskiej – a o tę kadrę jest trudno, bo nikt nie przyjedzie do małej wioski na dwie godziny fizyki w tygodniu.

Samorząd, znając potrzeby mieszkańców i swoją infrastrukturę, może zorganizować klasy 1–6 albo 1–5 lokalnie, a starsze klasy dowozić do pobliskiej miejscowości, w której został budynek po gimnazjum, z pracowniami, z kadrą.

 

Zatrzymajmy się na tej brakującej kadrze.

Warto wyjaśnić, że braki dotyczą dużych miast. Tu nauczycielom stosunkowo łatwo było znaleźć inną pracę, przejść do szkół prywatnych czy na rynek korepetycji – na co się decydowali i w rezultacie reformy, i w wyniku frustracji po zakończeniu strajku.

W małych miejscowościach sytuacja jest inna. Bo jeśli do tej pory funkcjonował zespół szkół dziewięcioletni − sześcioletnia podstawówka i trzyletnie gimnazjum − a teraz jest tylko osiem lat i większe szkoły − sporo nauczycielek po prostu straciło pracę, a mają mniejsze możliwości, żeby się przekwalifikować.[…]

 

A co zrobić z przepełnionymi liceami? Musi minąć kilka lat, zanim ta fala opadnie. W dużych miastach jest problem z infrastrukturą. Czy da się podzielić klasy na mniej liczne? Skąd wziąć kadrę nauczycielską?

To nie jest problem, który łatwo rozwiązać. Na razie każde dziecko ma miejsce w liceum.

 

W niektórych liceach ustalono ruch jednokierunkowy, tak bardzo szkoły są przepełnione.

 

Czytaj dalej »



Foto: Adam Stępień/Agencja Gazeta[www.warszawa.wyborcza.pl]

 

Jarosław Pytlak

nauczyciel biologii i chemii, dyrektor Zespołu Szkół STO na Bemowie w Warszawie

 

 

Jeszcze ciepły”. Bo zamieszczony wczorajszego wieczora tekst Jarosława Pytlaka, który niezwłocznie upowszechniamy na „Obserwatorium Edukacji”, gdyż jego treść, o czym świadczy tytuł tego postu, dotyczy najbardziej aktualnego w tym tygodniu tematu – wyborów: „Nie zagłosuję na nauczyciela!”. Poniżej udostępniamy fragmenty tego wyznania i link do jego pełnej wersji. Pogrubienia fragmentów przytaczanego tekstu – redakcja OE:

 

Jak doniosły media, w kolejce po mandat parlamentarny ustawiła się w tegorocznych wyborach silna grupa prominentnych nauczycieli. Poselskiego fotela w Sejmie pozazdrościli ministrowi edukacji narodowej, Dariuszowi Piontkowskiemu, jego najbliżsi współpracownicy: Maciej Kopeć, Marzena Machałek oraz Iwona Michałek. Kandyduje również pani kurator oświaty z Mazowsza, Aurelia Michałowska. Wszyscy wymienieni, jak jeden mąż, nauczyciele z wieloletnim stażem, choć już od jakiegoś czasu politycy.

 

Kandydują oni z list Komitetu Wyborczego Prawo i Sprawiedliwość, czemu akurat trudno się dziwić, bowiem tylko to ugrupowanie jest obecnie szafarzem wysokich funkcji państwowych. Moje rozważania proszę jednak odnieść również do prominentnych nauczycieli o innej przynależności politycznej, którzy funkcje rządowe pełnili w poprzednich rozdaniach władzy. Bycie nauczycielem bowiem, to nie tylko zawód, ale też pewien ponadpartyjny stan ducha, który – taką stawiam tutaj tezę – nie jest z mojego, obywatelskiego punktu widzenia dobrą rekomendacją do kariery politycznej, nawet tylko w systemie oświaty. Choć funkcja urzędnicza w MEN jest czymś odmiennym niż praca przy tablicy, pewne nauczycielskie cechy wspomnianych wyżej pań i panów odciskają na niej swoje wyraźne piętno.[…]

 

Zarówno pan minister (Piontkowski), jak jego poprzedniczka, choć dawno już odeszli od tablicy, wciąż manifestują poczucie przynależności do macierzystej grupy zawodowej. Stąd zwrot „Koleżanki i koledzy!”, jakim opatrzyli w kolejnych latach swoje listy na początek roku szkolnego kierowane do środowiska oświatowego. Cóż więc takiego się stało, że znaczna część adresatów owej korespondencji w pierwszym odruchu reagowała oburzeniem, odrzucając samą możliwość istnienia więzów koleżeństwa z ministrami, w powszechnym odczuciu działającymi wbrew interesowi systemu oświaty w ogóle, a nauczycieli w szczególności? Jaki mechanizm spowodował, że dobrzy nauczyciele, obejmujący w ramach swojej kariery politycznej wysokie funkcje w systemie oświaty, tak dramatycznie oderwali się od swojego środowiska? To ciekawe pytania, na które odpowiedź wiele mówi o tych osobach, a jeszcze więcej – jak śmiem twierdzić – o nauczycielach w ogóle. […]

Czytaj dalej »