Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'

 

Wczoraj (17 listopada) na stronie „Gazety Prawnej” zamieszczono artykuł, zatytułowany „Państwo i my. Osiem grzechów głównych Rzeczypospolitej – 5 lat później [RAPORT]” Oto początkowe akapity tego tekstu:

 

Grupa ekspertów Open Eyes Economy HUB stworzyła raport „Państwo i my – osiem grzechów głównych Rzeczypospolitej – 5 lat później” pod redakcją prof. Jerzego Hausnera, w którym prezentuje szeroką analizę polskiej państwowości z uwzględnieniem poszczególnych sektorów. […]

 

 

Pięć lat wcześniej – osiem grzechów głównych

 

W raporcie „Państwo i my” eksperci zwracają uwagę m.in. na brak wyobraźni strategicznej i suwerennej myśli rozwojowej. Według nich w przypadku nadzwyczajnego wydarzenia o dużej skali państwo nie podejmuje natychmiastowych skutecznych działań zaradczych i ratunkowych. Pełne działania naprawcze wychodzą mu jeszcze gorzej, podobnie jak zmiany strukturalne, które mogą zapobiec negatywnym wydarzeniom bądź ograniczyć ich skutki. Kraj traci zdolność do uruchamiania zbiorowego wysiłku, który jest niezbędny, aby osiągać długofalowe cele i ze skutecznością odpowiadać na wyzwania. Nieskuteczne działania podejmowane ad hoc osłabiają przywództwo państwowe. […]

 

Druga część raportu „Państwo i my” to szczegółowa analiza dotycząca gospodarki, ochrony zdrowia, samorządności terytorialnej, społeczeństwa obywatelskiego, kultury, edukacji i kompetencji oraz gospodarowania wodą w kontekście kryzysu wywołanego koronawirusem. Została opracowana na podstawie 82 alertów opracowanych przez 8 zespołów eksperckich, 7 raportów syntetycznych podsumowujących te alerty oraz 25 dodatkowych ekspertyz. Blisko 150 ekspertów zajmujących się różnymi dziedzinami życia społecznego i gospodarczego od marca br. analizowało sytuację wywołaną pandemią COVID-19, opisywało, jaki wpływ wywierała na owe dziedziny, oraz formułowało rekomendacje potrzebnych działań. Eksperci pracowali jako wolontariusze. […]

 

 

Edukacja i kompetencje

 

Czytaj dalej »



Kontynuując nasze poszukiwania na stronie ŁKO aktualnego terminarza Wojewódzkich Konkursów Przedmiotowych [przypominamy: stan z 12 listopada, udokumentowany w naszym materiale: Łamigłówki i preferencje oficjalnej strony Łódzkiego Kuratorium Oświaty, oraz z 16 listopada: Za lojalność i zasługi, za staż w tym urzędzie długi…], dzisiaj także wejrzeliśmy pod wiadomą zakładkę, i… i SUKCES! Oto co tam zobaczyliśmy:

 

 

Terminarz Wojewódzkich Konkursów Przedmiotowych 2020/2021” – plik do pobrania w formacie .doc – TUTAJ

 

 

Zainteresowani organizacją szkolnego etapu z fizyki, geografii i j. francuskiego niechaj tam zajrzą już teraz, gdyż będą je musieli przeprowadzić – odpowiednio – w dniach 25, 26 i 27 listopada!

 

I tylko zaskoczyła nas możliwość posługiwania się przez redaktora(ów) oficjalnej strony ŁKO zaawansowaną techniką (z kategorii filmów science fiction) podróży w czasie: przy zamieszczonej dziś lub wczoraj o bardzo, bardzo późnej porze informacji, widnieje data < Listopad 12, 2020 >.



Foto: www.prawo.pl

 

Dzisiaj proponujemy lekturę tekstu zaczerpniętego z portalu mama:Du, zatytułowanego Ta nauczycielska metoda pogłębia podziały i wzbudza strach. Znamy ją wszyscy, dzieci też”. Jego autorka – Sandra Skorupa podjęła w nim nieczęsto nagłaśniany temat, który w minionych latach był przez nikogo nie kwestionowaną, oczywistością, lecz który współcześnie nabrał zupełnie nowego znaczenia. Tym tematem jest publiczne ogłaszanie, na forum wszystkich uczniów klasy, jaką kto otrzymał ocenę ze sprawdzianu czy innej pracy.

 

Oto fragmenty tego tekstu i link do jego pełnej wersji:

 

Przyspieszone bicie serca, spocone dłonie i skurcze żołądka to uczucia towarzyszące wielu uczniom podczas ogłaszania szkolnego „wyroku”. Bo właśnie w ten sposób uczniowie nazywają lekcje, podczas których nauczyciel czyta na głos na forum klasy oceny z kartkówek czy sprawdzianów. Psychologowie tłumaczą, komu służą oceny i jak oswoić dziecko z czytaniem ich na głos.

 

 

Czytanie ocen na głos na forum klasy

 

Docierają do nas głosy, że wciąż w wielu szkołach nauczyciele praktykują czytanie ocen na głos. Część pedagogów wskazuje, że nie jest to zgodne z RODO i mieli w swoich placówkach szkolenia w tym zakresie. W niektórych szkołach zakazuje się nie tylko czytania na głos ocen, ale również nazwisk.

 

Czytaj dalej »



Foto: www.wychowaniefizyczne.net

 

Zdjęcie jest ilustracją artykułu Piotra Nowaka „6 grzechów głównych nauczyciela wychowania fizycznego”, opublikowanego na portalu „wychowaniefizyczne.net

 

Wczoraj prof. Bogusław Śliwerski zamieścił na swoim blogu post, którego tytuł jest wystarczającym uzasadnieniem naszej decyzji, aby go bez zbędnych srótów zamieścić na OE: „Przemoc w szkole jako trauma w pamięci dorosłych”:

 

 

Pisze do mnie dorosła już osoba. Przypomniała mi swoim listem jakże aktualną tezę z psychoanalitycznych badań Alice Miller na temat toksycznego dzieciństwa. Jeszcze długo nasze społeczeństwo nie wyjdzie z aprobaty i aplikacji przemocy w instytucjach edukacyjnych i opiekuńczo-wychowawczych.

 

Być może kary fizyczne i upokarzanie dzieci znika z większości szkół, to jednak zdarzają się tacy pseudonauczyciele kultury fizycznej, trenerzy sportowi, którzy uzurpują sobie prawo do tresowania dzieci i młodzieży. Niby nic takiego, ale kiedy na lekcji wuefu pojawia  się komentarz takiego toksycznego sadysty „Ja wam pokażę, już robić pompki, 20-30-40 …; biegać dookoła sali gimnastycznej – 10-20 -30 okrążeń …itd.”.  Są też i tacy, którzy nie reagują na szyderstwa jednych uczniów w stosunku do tych najsłabszych, najmniej sprawnych.

 

Po latach wraca to we wspomnieniach wywołanych jakimś impulsem. Tak pisze o tym wspomniany czytelnik bloga:

 

Proszę wybaczyć, że się ośmielam, ale chciałbym nieśmiało zapytać o rzecz delikatną, a mianowicie przeszłość związaną z moją szkołą podstawową. Otóż, rzecz miała miejsce w latach 1993 – 1997, miałem wówczas wychowawcę, który rozpoczynał wówczas swoją pracę w szkole podstawowej na wsi, w księstwie łowickim…  Ów nauczyciel znęcał się nade mną, raz nawet w sposób bestialski wyszarpał mnie za uszy przy całej klasie, w obecności nauczycielki od języka polskiego. Za co? Za nic. A może tylko dlatego, że miał poczucie bezkarności,  może chciał się popisać przed swoją koleżanką z pracy? 


Nie mogłem zgłosić tego problemu dyrektorowi szkoły, gdyż on, chociaż nie bił, stosował przemoc mentalną. Wiedziałem, że nic nie mogę osiągnąć. Wstydziłem się o tym powiedzieć w domu, a właściwie wstydziłem się zachowania nauczyciela do dzisiaj. Nie byłem w tym odosobniony, bo bił nie tylko mnie, ale także innych uczniów. 

 

Czytaj dalej »



 

Dziś, idąc tropem pokolenia .JPG – w miejsce publikowanych o tej porze tekstów problemowo-metodycznych, proponujemy serię rysunkowych refleksji znanej także z tej formy wyrazu autorki materiałów metodycznych i publikacji dla nauczycieli oraz autorki bloga „Moja oś świata”Danuty Sterny:

 

 

Problemy zdalnego w rysunkach. Niebieski – uczeń lub uczennica, czerwony – nauczycielka, nauczyciel.

 

Rysunki: Danuta Sterna

 

 

Źródło: www.facebook.com/danuta.sterna



Foto: Shutterstock.[www.dobrebadanie.pl]

 

 

W miniony wtorek, 10 listopada, na portalu Juniorowo zamieszczono artykuł Elżbiety Manthey, zatytułowany „Cyfrowe podwórko czyli dlaczego dzieci potrzebują gier komputerowych”. Uznaliśmy, że z powodu jego myśli przewodniej, która obala powszechne mity o szkodliwości gier komputerowych w ogóle, a w przypadku dzieci w szczególności, powinniśmy udostępnić ten tekst na stronie OE.

 

Jako że jest to tekst bardzo obszerny – zamieszczamy tylko jego pierwszą i końcową część, informując o tytułach pominiętych fragmentów:

 

Gry komputerowe i małolaty. To jedna z podstawowych trosk współczesnych rodziców. Zamiast wyjść na dwór pobiega z kolegami, dzieci sięgają po smartfona albo siadają przed komputerem. Specjaliści straszą krzywym kręgosłupem, ruiną wzroku, uzależnieniem. Włos się jeży na rodzicielskiej głowie i najchętniej zabronilibyśmy dzieciom tych minecraftów i fortnitów, prawda? To jednak nie jest dobry pomysł, a gry komputerowe to nie jest samo zło. Musimy spojrzeć na nie bardziej obiektywnie, przyjrzeć się im bez uprzedzeń i zweryfikować nasze obawy. Jeśli obok zagrożeń, poznamy też ich potencjał i wartość, będziemy mogli znacznie lepiej zarządzić tą częścią życia naszych dzieci, którą spędzają w wirtualnym świecie. Bo że w nim żyją – tego już raczej nie zmienimy.

 

Cyfrowe podwórko

 

Gry komputerowe są współczesnym podwórkiem i – chcemy czy nie – pełnią ważną rolę w świecie małolatów. I nie ma co wzdychać z sentymentem, jak to za „naszych czasów” bawiliśmy się na trzepaku. Trzepakowe dzieciństwo to nasze dzieciństwo, które przygotowywało nas do życia w analogowym świecie. Współczesne dzieci żyją w innej rzeczywistości i jako rodzice musimy za tym nadążyć. Dlatego zamiast marzyć o powrocie na trzepak, powinniśmy dowiedzieć się więcej o cyfrowym podwórku i umiejętnie nim zarządzić.

 

Jeśli przyjrzycie się bliżej grom komputerowym, zobaczycie, że one bardzo przypominają podwórkowe zabawy z naszego dzieciństwa. Na przykład Minecraft jest jak budowanie szałasów, baz i kryjówek oraz podchody. Popularna ostatnio gra Among Us to coś, co znamy jako zabawę pod nazwą Mafia. Mnóstwo gier polega na pokonywaniu toru przeszkód – jak na wypasionym placu zabaw, są też gry „wyścigowe” (my ścigaliśmy się np. grając w kapsle) oraz „strzelanki”, czyli odpowiednik naszych podwórkowych harców pod hasłem „czterej pancerni i pies”. Różnica polega na tym, że 30 lat temu we wszystkich zabawach uczestniczyliśmy osobiście, angażując w nie własne ciała i będąc w bezpośrednim fizycznym kontakcie z grupą rówieśników. Cyfrowe podwórko współczesnych gier komputerowych polega zaś na zaangażowaniu nieco innym – młody organizm siedzi w fotelu, aktywując przede wszystkim swój umysł, zmysł wzroku, słuchu oraz palce na kontrolerze lub klawiaturze. Nie przeczę, że dla kondycji fizycznej całego organizmu korzystanie z tego cyfrowego podwórka w nadmiarze to nie jest najlepsza opcja. Jednak gry komputerowe we współczesnym świecie są sposobem na zaspokojenie istotnych potrzeb małolatów. […]

 

W dalszych częściach autorka podjęła jeszcze takie tematy:

 

Czytaj dalej »



 

Wczoraj dyrektor Zespołu Szkół STO na warszawskim Bemowie – Jarosław Pytlak, po kilkunastodniowej przerwie w blogerskiej aktywności, zamieścił na swoim blogu tekst, zatytułowany Od amerykańskich wyborów do najważniejszej misji polskiej szkoły”. Tradycyjnie dla tego blogera – jest to obszerny materiał (13 714 znaków!), z którego przytoczymy tylko kilka (subiektywnie) wybranych fragmentów. Ale mamy nadzieję, że spełnią one swoją funkcje – zaciekawienia w takim stopniu, że sięgniecie do źródła po pełną wersję tego, budzącego refleksje, tekstu:

 

Podobno nic nie poprawia humoru bardziej, niż świadomość, że ktoś inny ma gorzej. Albo chociaż równie źle. I ja nie jestem wolny od tej ludzkiej słabostki. Dlatego śledząc amerykańską walkę o prezydenturę czerpię jakąś otuchę, że oni także doświadczają, tam w Ameryce, głębokich podziałów społeczeństwa i mają za przywódcę psychopatę-cynika-cwaniaka-narcyza (właściwe podkreślić, można wszystko), próbującego zdemolować mechanizmy demokracji w imię utrzymania władzy. Która mu się po prostu należy…[…]

 

Najwyraźniej kłopoty, jakie przeżywamy w Polsce nie są efektem tego, że jesteśmy jacyś wyjątkowo nieudani. Choć to nieładnie, czuję się nieco lepiej ze świadomością, że zaraza populizmu tak samo dotyka kraj z dużo większą tradycją demokracji. A rozmyślając nad kondycją naszego społeczeństwa dochodzę do wniosku, że warto dojść do przyczyny rozpowszechnienia tego zjawiska, by zastanowić się, jak przywrócić w rodzimej edukacji prymat rozumu nad emocjami. Bo dość powszechne dzisiaj przekonanie inteligentów starej daty, że cała nasza obecna elita polityczna, ze szczególnym uwzględnieniem nowego ministra od kształcenia, jest żywym świadectwem totalnej porażki jej nauczycieli, to jedynie sposób dania ujścia emocjom, a nie rzetelna diagnoza. Istota rzeczy wydaje się bardziej złożona.

 

Wielu ludzi, czy to snujących piękne wizje polskiej oświaty po Zalewskiej/Piontkowskim/Czarnku, czy też spacerujących sobie w geście poparcia Strajku Kobiet, albo trzymających kciuki za powodzenie implementacji Joe Bidena na Kapitolu, zdaje się wyznawać pogląd, że wystarczy odsunąć obecnie rządzących od władzy, a świat od razu stanie się lepszy. Zastąpić Przemysława Czarnka Przemkiem Staroniem, Jarosława Kaczyńskiego kimkolwiek bardziej przystającym do współczesności, a Donalda Trumpa – prezydentem-elektem i większość trosk zniknie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

 

Otóż nie zniknie. […]

Czytaj dalej »



Źródło: www.isap.sejm.gov.pl

 

Fotokopia Dekretu o obowiązku szkolnym z dnia 7 lutego 1919 roku; Dziennik Praw nr 14, poz. 147

 

Pragnąc zaznaczyć – na nasz, edukacyjny sposób – świąteczny charakter dzisiejszego dnia – Święta Niepodległości, zamieszczamy obszerny fragment tekstu, zatytułowanego „Edukacja w II Rzeczpospolitej” . Jest to ta część owego opracowania, która opisuje początki tworzenia jednolitego systemu szkolnego na terenach powstającej Rzeczypospolitej, powstałej z połączenia terenów, będących przez ponad sto lat w administracji trzech zaborców. A w każdym z tych państw – Rosji, Prusach i Monarchii Autro-Węgierskiej obowiązywały bardzo różne systemy szkolne.

 

Oto jak autor tego opracowania – dr Sebastian Adamkiewicz – opisał początki polskiego systemu oświaty w pierwszych latach II Rzeczpospolitej:

 

 

[…]

 

 

Przed władzami niepodległej Rzeczypospolitej stanęło więc poważne zadanie stworzenia jednolitego i efektywnego systemu edukacyjnego. Większość stronnictw politycznych funkcjonujących przed 1914 rokiem postulowała w swoich programach upowszechnienie nauczania. Dostrzegano bowiem wagę edukacji nie tylko w procesie postępu cywilizacyjnego, ale także w dziele budowania tożsamości narodowej. Wprowadzenie powszechnej edukacji było więc nieuniknione. Jeszcze w czasie I wojny światowej Tymczasowa Rada Stanu Królestwa Polskiego powołana przez władze okupacyjne (niemieckie i austriackie) wydała dekret o tymczasowej organizacji szkół elementarnych. […]

 

Żadna ustawa o obowiązku szkolnym nie weszła w życie przed zakończeniem działań wojennych. Uczestnicy debaty publicznej zgadzali się jednak co do tego, że w odrodzonej Polsce musi funkcjonować szkolnictwo powszechne, przynajmniej na poziomie elementarnym.

 

Pierwszą zapowiedź realizacji tych postulatów odnaleźć można w odezwie rządu lubelskiego Ignacego Daszyńskiego, w której informowano, że jedną z pierwszych reform, jakie rząd planuje zrealizować, jest wprowadzenie „powszechnego, obowiązkowego i bezpłatnego świeckiego nauczania szkolnego”.

 

Postulat powszechności nauczania zgłosił także na pierwszym posiedzeniu rządu Jędrzej Moraczewski, premier powołany przez Józefa Piłsudskiego po przekazaniu władzy przyszłemu Marszałkowi przez Radę Regencyjną. W swoim inauguracyjnym przemówieniu stwierdził, iż szkoła odrodzonej Rzeczypospolitej powinna opierać się na zasadach powszechności, bezpłatności, dostępności dla najuboższych oraz świeckości. Miała wychowywać odpowiedzialnych obywateli oraz wydobywać talenty.

 

Dekret

 

Odpowiedzialnym za organizację systemu szkolnego w rządzie Moraczewskiego był Ksawery Prauss, członek PPS. Postulował on wprowadzenie nauczania bezpłatnego, obejmującego wychowanie przedszkolne, szkolne na poziomie podstawowym, szkolne na poziomie średnim oraz uczelnie wyższe. Pierwsze chwile niepodległości nie pozwalały jednak na tak poważną inwestycję. Zdecydowano, że system winien być wprowadzany stopniowo.

 

Priorytetem była organizacja szkół na terenie byłej Kongresówki, gdzie wcześniej obowiązek szkolny nie obowiązywał. 7 lutego 1919 roku Józef Piłsudski wydał dekret o obowiązku szkolnym, który początkowo obejmować miał jedynie dawne Królestwo Polskie. Wprowadzał on siedmioletnie szkoły powszechne oraz ustanawiał obowiązek szkolny dla dzieci w wieku od 7 do 14 lat. Przy czym obowiązek ten nie musiał być realizowany w szkołach państwowych – dopuszczano możliwość edukacji indywidualnej lub w szkołach prywatnych. Programy edukacji domowej i prywatnej miały być jednak dostosowane do programów szkoły powszechnej, a wiedza uczniów miała być sprawdzana za pomocą specjalnych egzaminów nadzorowanych przez inspektora oświatowego.

Czytaj dalej »



 

Po tym jak wczoraj przeczytałem [WK] na profilu Tomasza Tokarza najnowszy post – nie miałem wątpliwości, że muszę go zamieścić na OE. Co niniejszym czynię – bez skrótów, oczywiście:

 

Słyszę czasem tezę, że wiadomo co robić, ale nic się nie zmienia. Nic się nie zmienia, bo mało kto chce realnej zmiany. Środowisko nauczycielskie będzie dużo o zmianie opowiadać i formułować kolejne postulaty, ale to jest tylko taki manewr odwracający uwagę, mający zasugerować, że dopiero musi przyjść zmiana odgórna, by naprawić sytuację, no a skoro zmiany nie zadekretowano – to trzeba robić, to co się robiło (czyli kartkówki, odpytywania i ocenianie).

 

 

Kiedy czytam „zwiększenie autonomii nauczyciela” (w sytuacji, kiedy trudno o bardziej autonomiczny zawód), albo „zmiana systemu oceniania” (na jaki? skoro jest w tej kwestii totalna dowolność i każda szkoła, a nawet każdy nauczyciel może oceniać, jak chce), albo „powołanie samorządu nauczycielskiego” (ale kto ma go powołać? – minister?), „albo wprowadzenie do podstawy programowej nacisku na współpracę i komunikację, krytyczne myślenie i samorozwój” (w sytuacji, kiedy ona właśnie na to kładzie nacisk), albo „obligatoryjne wprowadzenie przedmiotów uczących demokracji i otwartości” (uczenie demokracji pod przymusem, a pomocą kartkówek?) albo „domagamy się szanowania zawodu nauczyciela” (najlepiej ustawowy nakaz szacunku) to wiem, że chodzi tylko o zasłonę dymną.

 

Prawdziwa zmiana, która jest w zasięgu ręki (!) polegałaby na zwykłej zmianie podejścia do ucznia – potraktowania go jako osoby, który szuka swojego miejsca w świecie, a my mamy go wspierać na tej drodze. Naprawdę – to wystarczy. Zobaczenie w uczniu człowieka, nie obiektu do tresury.

 

Ale o taką zmianę najtrudniej – bo oznacza utratę kontroli i odbiera narzędzia obrabiania. A jak bez nich wymuszać na uczniach wykonywanie poleceń – których nie rozumieją, które nic im nie dają, które nie sprawiają im przyjemności, nie są zgodne z ich potrzebami i które są dla nich bezbrzeżnie nudne, ale które robić „trzeba”, bo wydawnictwa przysłały je wraz z podręcznikiem.

 

 

Polecam także Waszej uwadze zamieszczone pod tym tekstem komentarze:

 

Czytaj dalej »



Foto: www.se.pl

 

Profesor dr hab. Jacek Raciborski – kierownik Zakładu Socjologii Polityki na UW

 

 

W niedzielę 8 listopada – w wersji elektronicznej, opatrując tekst tytułem „Analiza socjologa: Młodzież się przebudziła, ale ten bunt może zgasnąć”, a dzień później – w wersji papierowej pt. „Młodzież się przebudziła” Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł prof. dr hab. Jacka Raciborskiego kierownika Zakładu Socjologii Polityki w Instytucie Socjologii na Wydziale Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Poniżej zamieszczamy obszerne fragmenty tej publikacji, zachęcając do lektury jej pełnej wersji „u źródła”:

 

 

Mamy w Polsce bunt. Gwałtowny i na ogromną skalę*, jeśli weźmiemy pod uwagę, że odbywa się w warunkach pandemii COVID-19. Powód protestu pozornie jest oczywisty: skandaliczny wyrok Trybunału Konstytucyjnego, trybunału, którego legalność jest w masowej skali kontestowana. Ale to tylko zapalnik. Grunt pod pokoleniowy bunt młodych uformował się wcześniej. Zapowiedziały go wybory prezydenckie 2020 roku. Socjologowie nie zdążyli tej prognozy ogłosić w artykułach naukowych. Ich napisanie i opublikowanie wymaga czasu. Na razie wstępne wyniki analizy ogłaszam w formie publicystycznej, mając na względzie pewne publiczne powinności mojej dyscypliny. Bo zmiana postaw politycznych młodzieży, zwłaszcza młodych kobiet, i jej zachowań wyborczych wydaje się epokowa.

 

W Polsce nigdy w przeszłości młode pokolenie wyborców aż tak wyraźnie nie odróżniło się od pokoleń starszych, a zwłaszcza od pokolenia dziadków. Spektakularny przyrost frekwencji w wyborach prezydenckich 2020 w młodym pokoleniu zlikwidował prawidłowość obserwowaną prawie we wszystkich demokracjach świata, że młodzi ludzie uczestniczą w wyborach istotnie rzadziej niż starsi. Frekwencja w II turze wyborów prezydenckich w kohorcie 18-29 lat wyniosła 67 proc., tyle samo, co w następnej kohorcie wiekowej 30-39 lat.

 

 

Po 2015 r. nastąpiła epokowa zmiana

 

To zupełne novum. W wyborach prezydenckich 2015 roku luka między tymi kohortami wynosiła 10 pkt proc., a w wyborach parlamentarnych 2019 roku była nawet wyższa, bo wyniosła 14 pkt proc. (46 proc. młodzież i 60 proc. trochę starsi)*. A więc w ostatnich wyborach prezydenckich młode pokolenie się zmobilizowało, całkowicie zasypało lukę i wyraziło przy tym istotnie odmienne preferencje.

 

Czytaj dalej »