Archiwum kategorii 'Felietony'

Dwa wydarzenia minionego tygodnia wywołały u mnie potrzebę felietonowego ich „skwitowania”: nauczycielski protest pod siedzibą ministerstwa edukacji i Ogólnopolska Konferencja Dyrektorów Szkół i Centrów Kształcenia Praktycznego – „Integralność edukacji ogólnej i zawodowej – nowe wyzwania XXI wieku”, której organizatorem było ŁCDNiKP. W tym pierwszym nie uczestniczyłem, to drugie  miałem możliwość – w znacznej jego części – oglądać i wysłuchać „organoleptycznie”. Jednak, choć logika podpowiada, żeby przede wszystkim komentować to co przeżyło się osobiście, nie podejmę dzisiaj  tematów, które stały się źródłem moich emocji na owej konferencji, bo byłoby to nieuczciwe wobec czytelników, którzy nic o  niej nie wiedzą – zanim nie zamieszczę pogłębionej i  możliwie obiektywnej relacji z tego spotkania teorii i praktyki edukacyjnej.

 

Dlatego ten felieton będzie rozwinięciem i pogłębieniem myśli, która towarzyszyła mi podczas formułowania sobotniej relacji z nauczycielskiej pikiety pod MEN: „Ten protest, to takie nauczycielskie Westerplatte”. W przypisie przypomniałem czytelnikom słowa, wypowiedziane przez „Papieża Polaka”, które skierował 12 czerwca 1987roku do młodzieży, właśnie na owym – symbolicznym dla Polaków – Westerplatte, podczas Jego trzeciej pielgrzymki do Polski. Przytoczę je jeszcze i tutaj:

 

„Każdy z was, młodzi przyjaciele, znajduje w życiu jakieś swoje „Westerplatte”. Jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić. Jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć. Jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić. Nie można „zdezerterować”. Wreszcie – jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba „utrzymać” i „obronić”, tak jak to Westerplatte, w sobie i wokół siebie”.

 

Robię to z premedytacją! Bo w ten sposób chcę wyrazić swoją oceną  takich form walki z władzą, która to władza jest – jak na razie –  w demokratyczny sposób nie do obalenia i działa autorytarnie i arogancko. Tak jak obrona polskiej placówki na półwyspie Westerplatte w 1939 roku była jedynie formą manifestacji postawy sprzeciwu Polaków wobec brutalnej napaści na nasz kraj – z góry skazaną na porażkę, ale będącą, podobnie jak jeszcze dłużej broniący się Hel, przez następne dziesięciolecia symbolem „polskiego bohaterstwa w imię honoru” – tak i owa nauczycielska pikieta, transparenty niesione przez jej uczestników i wygłaszane tam przemówienia liderów, miały jedynie symboliczny i „honorowy” charakter. Umocniła mnie w tym przeświadczeniu wypowiedź pani minister, przytoczona przez telewizje, że  „protest (jest) oparty na nieprawdziwych przesłankach m.in. na tym, że nie zostały wypłacone podwyżki dla nauczycieli” i że ZNP dlatego urządza takie protesty, bo jest politycznym przeciwnikiem rządów PiS.

 

Nie zmieniam mojej opinii, że udział tysięcy nauczycieli w tym sobotnim proteście – członków lub sympatyków Związku Nauczycielstwa Polskiego (bo KSOiW NSZZ „Solidarność”, jak dotąd, nie protestuje), to jedynie taka walka o słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć, od której nie można się uchylić, nie można „zdezerterować”. Ale walka, która nic nie załatwi, nie przyniesie zwycięstwa.

 

Czytaj dalej »



Ze wszystkich tematów minionego tygodnia, zauważonych i niezauważonych przez „Obserwatorium Edukacji”, wybrałem do skomentowania te jeden. Będzie  o tym, co zostało wczoraj przedstawione Czytelnikom OE bez komentarza, czyli o raporcie opublikowanym na stronie Obserwatorium Rynku Pracy dla Edukacji (ORPdE), zatytułowanym „Decyzje edukacyjne i zawodowe uczniów łódzkich szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych.

 

Przyznam, że ośmieliłem się podjąć ten problem po przeczytaniu postu prof. Śliwerskiego, który w czwartek,12 kwietnia, zamieścił na swym blogu tekst, zatytułowany Żenujący brak podstawowej wiedzy metodologicznej doktora habilitowanego i afirmatorów jego ignorancji” *. Wiem, wiem: nie jestem profesorem pedagogiki (co prawda specjalizującym się w teorii wychowania), a autorka owego raportu –  Dorota Cierniak-Dymarczyk – nie jest doktorem habilitowanym. To jednak nie usprawiedliwia, abym – mając świadomość, określę to łagodnie, uchybień metodologicznych, które nie upoważniają autorów cytowanych badań do formułowania ogólnych wniosków – udawał, że nic się nie stało.

 

A ta moja świadomość ma swą genezę w fakcie, że jeszcze podczas studiów pedagogicznych przeszedłem solidny kurs metodologii badań społecznych w ramach zajęć, prowadzonych przez  Izę Muchnicką-Diakow – absolwentkę znanej i cenionej łódzkiej szkoły socjologicznej, będącą już wówczas pracownicą Zakłady Pedagogiki Społecznej w Instytucie Pedagogiki i Psychologii UŁ. Ale moja wiedza w obszarze metodologii badań społecznych ugruntowała się przede wszystkim dzięki temu, że podczas mojej ośmioletniej pracy w tymże Zakładzie (od 1981 roku – katedrze), przez kilka lat  asystowałem pani doc. dr hab. Irenie Lepalczyk – następczyni prof. Aleksandra Kamińskiego na stanowisku kierownika tego Zakładu –  w prowadzonych przez nią seminariach magisterskich.

 

I dzięki temu nikt mi nie wmówi, że badania prowadzone metodą, którą prof. Kamiński nazywał sondażem diagnostycznym, realizowane techniką ankiety anonimowej, przeprowadzonej w sposób – jak to opisano we wstępie do przytoczonego wczoraj raportu z owych badań – upoważnia do nadania mu tytuł: Decyzje edukacyjne i zawodowe uczniów łódzkich szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych”.

 

 

Czytaj dalej »



Nie będzie chyba dla nikogo z czytelników zaskoczeniem, że z wszystkich możliwych tematów edukacyjnych najbliższy jest mi problem edukacji zawodowej (12 lat dyrektorowania łódzkiej „Budowlance”).I to chyba wyjaśnia, że nie mogę pozostawić bez komentarza, przygotowywanego przez MEN od kilku miesięcy, Kongresu Powiatów „Dobry Zawód”, który odbył się 6 kwietnia we Wrocławskim Centrum Kongresowym.

 

Dziś znamy relację o jego przebiegu głównie z komunikatu, zamieszczonego na ministerialnej stronie internetowej. Trudno spodziewać się po tym źródle obiektywizmu, wiec podjąłem trud zweryfikowania ukazanego tam obrazu owego „wielkiego wydarzenia” w innych, niezależnych źródłach. Nie wliczając do tej kategorii informacji na fanpage „Radia Maryja i obszernego komunikatu Centrum Prasowego PAP – wyszukiwarka zaproponowała jedynie kilka lokalnych mediów, linki na strony paru szkół zawodowych i… i na stronę posłanki Mirosławy Stachowiak-Różeckiej (PiS), znanej z tego, że – podobnie jak Aleksander Kwaśniewski –  uznała, iż jeśli doszło się do tzw. absolutorium, to choć pracy magisterskiej się nie obroniło, ma się wyższe wykształcenie.

 

Do informacji tam zamieszczonej za chwilę powrócę, ale wcześniej jeszcze o tym, czym chwaliły się w związku z wrocławskim kongresem niektóre szkoły zawodowe. Jako pierwszy zasłużył na zacytowanie Zespół Szkół Przemysłu Spożywczego  w Kielcach. Już 20 marca  poinformowano tam dumnie, że jako jedyna szkoła z województwa świętokrzyskiego będzie współtworzyć wraz z Ministerstwem Edukacji Narodowej Kongres Powiatów „Dobry Zawód”. To z tego źródła dowiedziałem się, że swoją obecność na kongresie obiecał sam Mateusz Morawiecki. Niestety – wtedy nie przewidziano, że właśnie tego samego dnia premier będzie musiał towarzyszyć prezesowi swej partii w odsłonięciu pomnika ofiar katastrofy/zamachu (?) pod Smoleńskiem, który to pomnik, jeszcze przed warszawskim – na życzenie Viktora Orbána – odsłaniano akurat 6 kwietnia w Budapeszcie. I – niestety – nie zaszczycił pan premier swą obecnością tego „wiekopomnego” wydarzenia we Wrocławskim Centrum Kongresowym!

 

I teraz możemy już wrócić do posłanki Stachowiak-Różeckiej. To ona, w konsekwencji nieobecności Premiera Rządu RP, dostąpiła wielkiego wyróżnienia, czym pochwaliła się na swojej internetowej stronie: Miałam zaszczyt odczytać list od Prezesa Rady Ministrów Mateusza Morawieckiego skierowany do uczestników Kongresu Powiatów”. A w nim, między innymi, takie oto „górnolotne” zdania:

 

„Szanowni Uczestnicy Kongresu, to nasze dzieci i wnuki będą budowały Polskę, za którą tęsknimy. Państwo nowoczesne, stawiające na innowacyjność, uczestniczące na pełnych prawach w rewolucji technologicznej. Wpisujące się w Strategię na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju zmiany w systemie kształcenia zawodowego to inwestycja w taką przyszłość. Inwestycja, która nie tylko zapewni kadry dla polskiej gospodarki, ale wzmocni też społeczną odpowiedzialność biznesu.”

 

Prawda, że łza że wzruszenia w oku się kręci, i dech w piersi zapiera….

 

 

Czytaj dalej »



Kończący się tydzień upłynął w „Obserwatorium Edukacji” z dominacją problematyki oddolnych inicjatyw, których celem jest „wyjmowanie kolejnych cegieł z pruskiego muru XVIII-wiecznego modelu edukacji”. O tym były relacje z łódzkiego spotkania ruchu „Budzących Się Szkół’, wywiad z dr. Żylińską, a także podkast, którego treścią była rozmowa Państwa Sowińskich z Joanną Białobrzeską dyrektorką Prywatnej Szkoły Podstawowej nr 98 w Warszawie. Także w tym nurcie mieści się, choć miejscem tamtej akcji nie jest Polska, informacja o tegorocznej zdobywczyni „Nauczycielskiego Nobla” – Andrii Zafirakou, nauczycielce z Alperton Community College, szkole działającej na peryferiach Wielkiego Londynu. Na tym tle proponuję powrócić jeszcze pamięcią do „tematu tygodnia”, który w dniach 12 – 14 marca wystąpił w kilku materiałach, a który został zapoczątkowany publikacją autorstwa Sławka Kińczyka: „Bunt w ursynowskiej podstawówce. „Tato, czemu pani dyrektor kłamie?, zamieszczoną na stronie „halo Ursynów.pl”.

 

Rozmyślam o tym, o czym za chwilę przeczytacie, już od tamtego dnia –  od 12. marca, gdy zapoznałem się z owym tekstem o pani dyrektor warszawskiej Szkoły Podstawowej nr 323, z którego jawi się obraz „niosącej kaganek odnowy” pani dyrektor Wioletty Krzyżanowskiej i ujawniających swój sprzeciw wobec jej działań nauczycieli i rodziców. Dodatkowej „oliwy do ognia” moich rozterek dolała „obserwacja uczestnicząca” łódzkiego spotkania „Budzących Się Szkół”, a zwłasz- cza roli, jaką w prezentowaniu doświadczeń „reklamujących się” tam szkół odgrywały dyrektorki, a jaką – nauczycielki  owych placówek.

 

Pora sprecyzować problem, który tak mnie zaintrygował. Oto jego werbalizacja: Co jest decydującym czynnikiem sprawczym skutecznego wdrażania innowacji dydaktycznych do pracy konkretnych szkół: dyrektor, który potrafi przekonać (uwieść) do nowych idei i praktyk dydaktycznych znaczącą większość rady pedagogicznej kierowanej przez siebie szkoły, czy może dyrektor, który wykorzystując swe formalne uprawnienia, narzuca „swoim” nauczycielom innowacje, które uważa za promujące szkołę, często także używa ich jako trampoliny osobistej kariery?

 

Wbrew pozorom odpowiedź – jak jest – wcale nie jest taka oczywista. Obie sytuacje zilustruję przykładami dwu szkół publicznych, gdyż w przypadku szkół prywatnych rzecz ma się zasadniczo inaczej. Tam właściciel o wszystkim decyduje, o wiele łatwiej jest do obranego modelu edukacji rekrutować popierającą go kadrę, także  rodzice zapisują tam swe dzieci dobrowolnie, wiedząc „w co wchodzą”.

 

W szkołach publicznych, w zakresie zatrudniania nauczycieli i powoływania dyrektora, funkcjonuje prawo oświatowe, w tym Karta Nauczyciela, ale także dwubiegunowy (kurator – organ prowadzący), hierarchiczny system władzy oświatowej, zaś  uczniowie i ich rodzice – w przypadku szkół podstawowych –  są w zasadzie przypisani zgodnie z rejonem tej szkoły.

 

I właśnie w takich realiach działa zarówno pani dyrektor Krzyżanowska w Ursynowskiej podstawówce przy ul. Hirszfelda, jak i pani dyrektor Będzińska-Wosik w łódzkiej SP nr 81, która była gospodarzem ostatniego spotkania BSSz. Nie będę tu obszernie wykazywać różnic w strategii działania obu pań. Podkreślę jedynie najbardziej znaczące dla sytuacji w obu tych szkołach różnice: w szkole warszawskiej – tak ja to widzę na podstawie dostępnych relacji –  dyrektorka jest typem autorytarnego szefa-wodza, zaś w łódzkiej –  dyrektor Będzińska-Wosik, to dyrektor-lider. W obu przypadkach, zwłaszcza przy powierzchownym oglądzie, osobą grającą „pierwsze skrzypce”, najczęściej prezentującą się medialnie, są dyrektorki. Aby dotrzeć do całej prawdy o stosowanym przez każdą z tych osób stylu kierowania trzeba wejść w głąb tych organizacji, poznać rodzaje relacji dyrektor – rada pedagogiczna (partnerska, czy „służbowa”), używane przez dyrektora sposoby (techniki?) motywowania (wywierania wpływu) nauczycieli do przechodzenia z klasycznego, podającego, na wspierający uczniów w aktywnym uczeniu się system pracy, a także – czy ma tam miejsce stopniowa decentralizacja i „kolektywi- zacja” procesów sterowania realizowaną w szkole „rewolucją” dydaktyczną, czy może przez cały ten czas dyrektor zarządza nią autorytarnie, dążąc do tego, aby na zewnątrz promować siebie, jako jedyny symbol zmiany.

 

Najbardziej dostrzegalnym wskaźnikiem tego jak w konkretnej szkole jest naprawdę, są – pojawiające się lub nie – skargi    i protesty rodziców. Bywa, że także są to skargi, kierowane do mediów, ale i do organu prowadzącego, których autorami są nauczyciele. Ale może się tak zdarzyć, że ostatecznym sprawdzianem tego, czy szkoła – jako środowisko wychowawcze (nauczyciele, uczniowie i ich rodzice) – stała się na trwale placówką, w której panuje klimat wspierania rozwoju i aktyw- ności uczniów w ich drodze ku wiedzy i trenowaniu kompetencji społecznych, jest jej przetrwanie w tym stanie nawet wtedy, gdy –  z różnych wszak przyczyn – dojdzie tam do zmiany na stanowisku dyrektora.

 

Bo w ludzkiej naturze już tak jest, że jeśli sami dochodzimy, nawet w wyniku zewnętrznej inspiracji, do określonych przekonań, to będziemy im wierni, także w niesprzyjających okolicznościach. Natomiast działając pod przymusem, nawet gdyby to była tylko „miękka” forma nacisku, oparta na skłonności niektórych ludzi do „konformistycznej uległości”, kiedy tylko owa presja znika – ludzie najczęściej zdradzają narzucone im poglądy i porzucają tak naprawdę nie zasymilowane przez nich  formy pracy.

 

Bo z niewolnika nie ma robotnika!

 

To wszystko co powyżej napisałem, to takie rozważania „starego praktyka” pod wpływem informacji o tym jak wprowadzane są  w niektórych szkołach innowacje edukacyjne. I taki mój autorski „przypis” do tekstu, zatytułowanego „Misja Budzącej się szkoły”, zamieszczonego na stronie Budząca się Szkoła”.

 

Włodzisław Kuzitowicz



Jeszcze „nie ostygłem” po pisaniu „eseju bardzo osobistego”, podczas której to pracy przestawiłem się na snucie refleksyjnych wspomnień tego co było, a już dziś „aktualności szarej codzienności” sprowadzają mnie do coniedzielnej, felietonowej „recenzji” wydarzeń minionego tygodnia. Po ich pobieżnym przeglądzie zdecydowałem się podjąć temat, tylko pozornie wkraczający w świat polityki. Można powiedzieć, że „czara się przelała”, gdyż od dawna wzbierała we mnie potrzeba skomentowania roli związków zawodowych w szkołach i pozostałych placówkach oświatowo-wychowawczych. Na obszerniejsze analizy przyjdzie jeszcze czas. Dziś  czynię to tylko na jeden temat – po informacjach o protestach, kierowanych przez obie główne centrale nauczycielskich trede-union’ów do minister Zalewskiej,  w sprawie tak zwanych „podwyżek płac”, a szerzej – systemu wynagradzania nauczycieli.

 

Przypomnę tylko, że mam tu na myśli informację o stanowisku KSOiW  NSZZ „solidarność” z dnia  5 marca 2018 roku [Wzywamy Ministerstwo Edukacji Narodowej do konstruktywnego dialogu ze stroną związkową. W przypadku braku satysfakcjonujących efektów negocjacji w terminie do 30 kwietnia 2018 r. nasz Związek podejmie czynną akcję protestacyjną – podkreślił przewodniczący KSOiW Ryszard Proksa.], a także pismo, skierowane 12 marca przez władze ZNP do minister Anny Zalewskiej. [W nawiązaniu do pisma z 9 lutego 2018 r. Ministerstwa Edukacji Narodowej, dotyczącego projektu rozporządzenia w sprawie wysokości minimalnych stawek wynagrodzenia zasadniczego nauczycieli, (…) Związek Nauczycielstwa Polskiego negatywnie opiniuje przedłożony projekt.]

 

Na tle wielu minionych lat taka zbieżność stanowisk obu central związkowych jest sytuacją nową. Z tym większym zaskoczeniem można przyjąć najnowszą inicjatywę, z jaką do – w pewnym sensie – konkurentów (w przestrzeni „bazy społecznej”), czyli do związkowców z oświatowej „Solidarności” zwróciło się kierownictwo ZNP. Mam tu na myśli t. zw. „list do Proksy”, który został opublikowany na oficjalnej stronie ZNP 16 marca z taką zapowiedzią: „Związek Nauczycielstwa Polskiego apeluje do Przewodniczącego Ryszarda Proksy o wspólne działanie na rzecz istotnego zwiększenia nakładów na oświatę.” [Całość TUTAJ]

 

Czy to w ogóle jest możliwe?  Czy dotychczasowe doświadczenia opowiadania się za polityką rządu, sprawowanego przez politycznych sojuszników każdego z tych związków, pozwoli na przełamanie tego stereotypu i wspólne wystąpienie przeciw – tak naprawdę – „złej zmianie”?

 

Dla przypomnienia zacznę od przywołania „zaszłości z przeszłości”. Żeby nie wiem jak się starali liderzy obu tych przedstawicielstw pracowniczych odżegnywać od konotacji politycznych – powszechnie wiadomym jest, ze każdy ze związków zawodowych związany jest z określonymi siłami politycznymi.  ZNP od zarania swego istnienia (a mam tu  na myśli jego powstanie jako jednolitej struktury, czyli rok 1930) orientował się na partie lewicowe. Przetrwał także 45 lat PRL –  musiał się więc podporządkować „przewodniej sile narodu”, gdyż w inaczej nie miałby szansy na działalność. Po zmianie systemowej z lat 1989/90 działa nadal w bliskich relacjach – najpierw z SDRP, a później z SLD. Jego liderzy startowali w wyborach do Sejmu z list tej partii i zasiadali, także gdy tworzyła one kolejne rządy, w jej klubie poselskim. Sztandarową postacią takiego związkowca w rządzie stała się Krystyna Łybacka, nie tylko posłanka z ramienia SLD, ale także minister edukacji w rządzie Leszka Millera.

 

Ale i „Solidarność” także nie jest partyjnie nieskalana. Trudno nie pamiętać rządu AWS, który to skrót bez żadnych wątpliwości wskazuje na główną siłę tej struktury: Akcję Wyborczą Solidarność. Wszyscy pamiętamy, że ówczesny przewodniczący „Solidarności” – Marian Krzaklewski, po zwycięskich dla AWS wyborach w 1997 roku, nie przyjął funkcji premiera rządu (został nim prof. Jerzy Buzek), ale – jak to się wówczas mówiło – kierował rządem „z tylnego siedzenia”. W ministerstwie edukacji szefem też został profesor – Mirosław Handke, ale wiceministrem przez wszystkie lata tego rządu (także po objęciu teki ministra przez Edmunda Wittbrodta) był znany lider gdańskiej solidarności oświatowej – Wojciech Książek. Był on przed pracą w MEN, ale także po odejściu ze stanowiska, i jest do dzisiaj, przewodniczącym  Sekcji Oświaty Regionu Gdańskiego.

 

Przypomniałem te związki związkowców z władzą w tym celu, aby na tym tle wyrazić moją wielką obawę o to, że oferta prezesa ZNP, skierowana do przewodniczącego krajówki oświatowej „Solidarności”, podjęcia skoordynowanych działań w celu wywarcia tym większej presji na kierownictwo ministerstwa edukacji  i skutecznego wpłynięcia na poprawę sytuacji płacowej nauczycieli, jest  jedynie działaniem ze sfery „pobożnych życzeń”, albo może to, ze strony ZNP, taka pokerowa zagrywka typu „sprawdzam”. Zobaczymy, czy oświatowa „Solidarność” naprawdę stanie po stronie nauczycieli, czy te wszystkie ogłaszane dotąd protesty, to tylko taki  pijarowy zabieg, obliczony na  wywarcie dobrego wrażenia u swych członków.

 

Włodzisław Kuzitowicz

 

 

 

 



Mój zeszłotygodniowy short-felieton zakończyłem słowami: „Bardzo chciałem odnieść się jeszcze do jakości, a przede wszystkim – przydatności, imprez towarzyszących. Ale muszę to zostawić na później – dziś już nie daję rady!” Tydzień minął, od wtorku uznałem się „za nie chorego”, co wcale nie oznacza, że jestem już zdrowy. Oszczędzę Wam szczegółów – poprzestanę na stwierdzeniu, że nadal normalne funkcjonowanie uprzykrzają mi typowe dla przeziębieniowych infekcji objawy  – z kaszlem na czele!

 

Odpuszczam więc ów sygnalizowany temat – napiszę czy nie napiszę o żenująco upadającym z roku na rok poziomie oferowanych imprez towarzyszących – z „flagowym” dla ŁCDNiKP  Forum pracodawców i dyrektorów szkół zawodowych *na czele – i tak nie będzie to , niestety, miało większego znaczenia  dla przyszłości  tej imprezy!
W to miejsce podzielę się  moimi refleksjami wokół informacji,  dla której nie znalazłem miejsca na stronie OE, ale do której postanowiłem wrócić – nie tylko dlatego, że dotyczy szkolnictwa zawodowego. Otóż 2 marca, w ramach Aktualności, na głównej stronie UMŁ zamieszczono informację, której tytuł sam w sobie mówił wiele: „Na nowe wyposażenie, staże i specjalistyczne szkolenia. Ponad 13 mln zł dla szkół zawodowych”. Jak czytamy dalej „Dzięki temu uczniowie będą odbywać praktyki i staże u pracodawców, nauczyciele doskonalić swój warsztat, a szkoły zyskają wyposażenie do pracowni nauki zawodu.”

 

Aby nie było żadnych wątpliwości, w ramach autoreklamy, zacytowano wypowiedź Tomasza Treli – wiceprezydenta (SLD) odpowiedzialnego za łódzką edukacje, że „Łódź jest liderem regionu ponieważ startowała we wszystkich konkursach o unijne dofinansowanie jakie były ogłoszone. I to z powodzeniem, dzięki czemu nasze szkoły są coraz nowocześniejsze, a uczniowie zyskują umiejętności cenione przez pracodawców. […] Inwestujemy w szkoły zawodowe i nadal będziemy to robić, ponieważ chcemy zachęcić uczniów, by przekonali się do tego rodzaju kształcenia. Zyskują zawód, szansę na pracę, czyli samodzielność, a nic nie stoi na przeszkodzie, by dalej się kształcili.”

 

Gdyby to było takie proste…  Rzecz w tym, że te kolejne unijne miliony wcale nie muszą zmienić utrzymującego się od kilkunastu lat trendu malejącej popularności kształcenia zawodowego, jako atrakcyjnej drogi kariery zawodowej. O ile w przypadku kilku zawodów, cieszących się tradycyjnie popularnością (gastronomia, informatyka, czy od pewnego czasu ładnie brzmiąca mechatronika), to –  nie tylko łódzkie zawodówki  – od lat mają problemy z naborem do klas pierwszych . Często, aby utworzyć klasę, muszą  uciekać się do tworzenia klas dwu- lub nawet trzyzawodowodowych. I nic nie zmieniła w tej sprawie nowa nazwa „szkoły branżowe” – nadal rodzice wolą posłać swoje dzieci do liceum, którego nazwy trudno szukać w rankingu „Perspektyw”, niż do „Budowlanki”, do klasy dekarzy, gdzie po trzech latach zdobędą zawód, pozwalający im na zarobki porównywalne nie tylko z lekarzami rezydentami…

 

Jednak moją uwagę przykuł inny fragment tej informacji:

 

Bardzo ciekawy jest konkurs dla szkół zawodowych ze strefy rewitalizacji, oczywiście będziemy aplikować o te środki, ponieważ takiego konkursu jeszcze nie było, a szkoły mogą wiele zyskaćmówi Agnieszka Lewandowska z Biura Strategii UMŁ.

 

Nie wiem od jak dawna pani Agnieszka Lewandowska pracuje w Biurze Strategii UMŁ, nie wiem jaki jest tam jej szczegółowy zakres obowiązków. Wiem jednak, że nie ma zielonego pojęcia o tym, o czym się wypowiedziała! Bo nawet taki emeryt jak ja, karmiony od dawna informacjami o programach rewitalizacji obszarowej, niejednokrotnie widział, zaznaczone na planie miasta, te obszary i wie, że nie działa tam ŻADNA łódzka szkoła zawodowa! Są natomiast, i to aż 6, szkoły podstawowe, które przede wszystkim stracą na parę lat swą „bazę społeczną” – wszak z remontowanych kamienic i oficyn mieszkańcy już zostali, lub wkrótce zostaną wyprowadzeni, a nowi zamieszkają  tam dopiero za kilka lat…

 

Tylko czy pieniądze z programów unijnych cokolwiek im w rozwiązaniu tego problemu pomogą? Czy ich dotychczasowi uczniowie, którzy od lat tam chodzą, mają swych kolegów, przyjaciół, ulubionych nauczycieli, będą zmuszeni kończyć szkołę pod innym adresem? A może miasto załatwi im dowóz do dotychczasowych szkół?

 

A szkoły zawodowe nie miały i nie będą miały z terenami rewitalizacji obszarowej miasta Łodzi nic wspólnego…

 

Włodzisław Kuzitowicz

 

*Zamiast moich komentarzy niech wystarczy porównanie frekwencji i programu forum z 2015 roku do tegorocznego.

 

 



Już w czwartek, podczas gdy uczestniczyłem w otwarciu i kilku ,wybranych, wydarzeniach pierwszego dnia XXI ŁTE powstał zamysł treści tego felietonu. A miał on być moją, kolejną już, opinią o nieadekwatności formuły targów edukacyjnych do współczesnej rzeczywistości technologicznej w obszarze upowszechniania informacji. Bo koncepcja zebrania pod jednym dachem oferty edukacyjnej wszystkich szkół ponadpodstawowych i sprowadzenie tam ósmoklasistów, aby się z nią zapoznali, narodziła się pod koniec ostatniej dekady XX wieku, a pierwsze takie targi odbyły się w roku 1998. Internet był wtedy jeszcze w powijakach, a jedynym kanałem upowszechnienia wśród potencjalnych kandydatów na pierwszoklasistów w  liceach i szkołach zawodowych wiedzy i tym, co te szkoły oferują była drukowana broszura  informatora.

 

Jako że nadal nie jestem jeszcze w pełni sprawny (choroba niedoleczona), muszę się dzisiaj skracać. Będzie to więc felieton ze skrótami myślowymi…

 

Teza 1.

Targi edukacyjne nie są do niczego potrzebne szkołom. Z nieoficjalnych źródeł w WE UMŁ wiem, że prowadzono tam badania sondażowe, w których pytano pierwszoklasistów z jakich źródeł czerpali wiedzę, która zadecydowała o wyborze tej, a nie innej szkoły ponadgimnazjalnej. Okazało się, że na pierwszym miejscu znaleźli się koledzy, na drugim – internet, a na jednym z końcowych – targi edukacyjne!

 

Teza 2.

Najbardziej organizacją targów są zainteresowane… Targi! Znaczy – Międzynarodowe Targi Łódzkie, którym za powierzchnię wystawienniczą zajmowaną przez placówki oświatowe, dla których organem prowadzącym jest UMŁ, płaci… Urząd Miasta Łodzi! Właściciel Spółki MTŁ! No i wejściówki odwiedzających także wpływają na ich konto.

 

Teza 3.

Targi podobają się niektórym mediom, dla których blichtr tej imprezy  i malownicze obrazki pokazywane na fotkach i filmowych migawkach są przyciągającym wzrok czytelników i widzów surogatem pogłębionej informacji.

 

Teza 4.

Chętnie uczestniczą w targach edukacyjnych szkoły wyższe, zwłaszcza te prywatne, dla których jest to jeszcze jedna, w generalnym rozliczeniu nie tak droga, forma reklamy i pozyskiwania przyszłych studentów. Na „moje oko” wśród tegorocznych odwiedzających tę imprezę przeważali uczniowie ostatnich klas szkół średnich…

 

Teza 5

Wizyty na targi bardzo lubią przyprowadzani tam w zorganizowanych  grupach uczniowie, którzy zamiast siedzieć w szkole na lekcjach, mieć jakąś kartkówkę lub odpytywanko, mają to przedpołudnie zagospodarowane bezstresowo…

 

I na tym zakończę. Bardzo chciałem odnieść się jeszcze do jakości, a przede wszystkim – przydatności, imprez towarzyszących. Ale muszę to zostawić na później – dziś już nie daję rady!

 

Włodzisław Kuzitowicz

 

 



Jak to dobrze, że nie jestem nauczycielem historii, szczególnie nauczycielem  w miejscowościach, w których prowadził swe „akcje bojowe” niejaki Romuald Rajs, ps. „Bury”.  Piszę to po obejrzeniu migawek z tego, co działo się wczoraj w Hajnówce, gdzie jedni – ONR –  maszerowali pod hasłem „Cześć waszej pamięci, żołnierze wyklęci”, a drudzy – „Obywatele RP” – z transparentem  „Bury nie jest bohaterem”.  Ale to mi nie grozi. Mogą spokojnie, z pozycji emeryta -niezależnego obserwatora, komentować wszystko, co w obszarze edukacji wzbudzi mój sprzeciw lub uznanie.

 

Temat do dzisiejszego felietonu dostarczył mi – jakże by inaczej – facebook. Otóż na mojej osi czasu  23 lutego zobaczyłem, udostępnioną przez fanpage „Rodzice przeciwko reformie edukacji” informację:

 

Do tej pory – zgodnie z art. 7 rozporządzenia z 1992 roku – nauczyciel religii mógł wchodzić w skład rady pedagogicznej, ale nie mógł „przyjmować obowiązków wychowawcy klasy”. Minister Anna Zalewska proponuje zmienić te zasady. […] Naszym zdaniem pogłębi to dyskryminację dzieci innych, niż katolickie, wyznań oraz dzieci niewierzących. Trudno sobie wyobrazić, że katecheta w pracy wychowawczej nie będzie kierował się nauką Kościoła katolickiego.”

 

A poniżej zdjęcie sardonicznie uśmiechniętej minister Zalewskiej i link do artykułu Szczęść Boże, Księże Wychowawco. Minister Zalewska chce zmienić rozporządzenieze strony OKO Press. A jeszcze niżej przeczytałem pierwszy, zamieszczony pod tym news’em komentarz pewnego Adama Ł:

 

Niezbyt mądrzy rodzice wraz z usłużnym ZNP robią kolejną g…burzę o nic.

 

Nie mogłem się powstrzymać od dopisanie poniżej:

 

A komu usłużny jesteś, panie Ł?

 

I oto co przeczytałem w odpowiedzi:

 

Uczniom, panie Kuzitowicz

 

Uznałem, że dalsze prowadzenie tej wymiany  zdań nie ma sensu…

 

 

Ale problem najnowszego pomysłu MEN i reakcja społeczna  jaką wywołał on na forach społecznościowych, nie dawały o sobie zapomnieć przez całą sobotę i dzisiejszy, słoneczny i mroźny poranek. Nie mogę nie dołożyć swojej cegiełki do owego społecznego sprzeciwu…

 

Zanim do tego przejdę jeszcze kilka słów o owym Adamie Ł., który – jak napisał – ”służy uczniom”. Pomijając brzmienie jego nazwiska, postanowiłem dowiedzieć się więcej o moim adwersarzu. I tak, dzięki nieocenionemu Googl’owi,  dotarłem do jego facebook’owego prifilu Okazało się, że odezwał się do mnie „patriota nie faszysta”, obchodzący  dnia 11 listopada Narodowe Święto Niepodległości, ale nie obchodzący halloween, fotografujący się (w cywilu) na tle  zagranicznych widoczków lub z kotką…  Ale największą niespodzianką był komentarz pewnego Artka Ko pod zdjęciem „spakowanego kota”:

 

ostatnio ks umiescil zdj biletu… na lot do ???? Duninowa… moze kot juz spakowany… i gotowy do lotu:)”

 

Zakładam, że ten skrót „ks” nie oznacza księcia…

 

A teraz już o projekcie nowelizacji rozporządzenia o nauczaniu religii.

 

 

Czytaj dalej »



Najpierw mieliśmy być „drugą Japonią”, potem „drugą Irlandią”. Czy teraz moglibyśmy  się stać, choćby tylko w edukacji, „drugą Finlandią”? Skąd to pytanie? To taka nić nadziei na „fińską wiosnę”, której jaskółką mogłaby być  wizyta polskiej minister edukacji w Finlandii.

 

Bo nasza pani profesor (szkoły średniej) od polskiego poleciała do Finlandii po nauki…  Jak poinformowała rzecznik prasowa ministerstwa Anna Ostrowska „minister edukacji narodowej Anna Zalewska przybyła do Finlandii, gdzie […] ma zapoznać się z fińską polityką edukacyjną bazującą m.in. na innowacyjnych metodach nauczania”

 

Dzięki serwisowi Infogmina (?), bo nie z oficjalnej strony MEN, wiemy, że „swój pobyt w Finlandii Zalewska rozpoczęła od wizyty w sąsiadującym z Helsinkami regionie Espoo. Mieści się tam wielodyscyplinarne centrum edukacyjne Omnia, które oferuje możliwości kształcenia ustawicznego na różnych poziomach nauki dla młodzieży i dorosłych. W instytucji rocznie w szkoleniach zawodowych uczestniczy ponad 10 tys. osób, a m.in. ponad 2,7 tys. zdobywa naukę zawodu w przedsiębiorstwach.”

 

Inne źródło podaje, że Omnia”  ma podpisanych już ponad 3,5 tys. umów z pracodawcami, u których młodzi ludzie uczą się i odbywają praktyki zawodowe.

 

I to głównie te informacje (udostępnione na OE wczoraj) stały się inspiracją do moich refleksji felietonisty. Gównie, bo od pewnego czasu „chodziła za mną”  myśl. aby podjąć temat poziomu niekompetencji osób, kierujących edukacją w naszym kraju.  Od razu powiem, że z powodów formalnych (ograniczona „pojemność” formy felietonowej) nie będę cofał się do ekipy poprzedniczek obecnej szefowej MEN, a i tam byłoby o czym pisać. (Np. dziennikarka z wykształcenia i wykonywanego zawodu  – Joanna Kluzik-Rostkowska, która bez oporów, pod różnymi „sztandarami partyjnymi”, podejmowała się pełnienia bardzo odpowiedzialnych obowiązków w bardzo różnych dziedzinach (od 2013 do 2015 minister edukacji narodowej, w 2007 minister pracy i polityki społecznej, w 2007 podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego, od 2005 do 2007 podsekretarz stanu w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej).

 

Ale wróćmy do naszej „srebrnej medalistki” (ex aequo z aktualnym premierem Morawieckim: 75 100 zł) w rankingu nagrodzonych członków rządu byłej premier z Brzeszcz. Jakie trzeba mieć „ego”, aby z takim samozaparciem, bez wahania, jak taran i walec drogowy jednocześnie, w niecałe dwa lata zrujnować system szkolny  i na jego gruzach stworzyć coś, co bardziej przypomina skansen szkolnictwa z okresu PRL, niż współczesny model systemu edukacji, stwarzający optymalne warunki rozwoju młodym ludziom – przyszłym obywatelom postnowoczesnego, cyfrowego, zrobotyzowanego świata wolnych ludzi.

 

Dziś zatrzymam się jedynie na jej najnowszym „koniku” –  szkołach branżowych, a idąc dalej –  na  pomysłach  reformy , jak to lubią w MEN nazywać, systemu szkolnictwa branżoweg.

 

 

Czytaj dalej »



Wczoraj na swoim fejsbukowym profilu Marek Ćwiek zamieścił „cytat na weekend”:

 

„W środowisku nauczycielskim obecnie przeważa chęć przetrwania. Ta chęć przetrwania tłumi wszelki bunt. Pozwala przejść do porządku dziennego nad chaosem programowym, nad bieganiem między szkołami, nad śmiesznymi na te czasy zarobkami. Kierowani chęcią przetrwania jesteśmy (znowu) gotowi poświęcić kolejne eksperymentalne roczniki (prawdziwych i żywych) dzieci. Odwrócić głowę, zamknąć oczy, przetrwać. W imię czego? – się pytam. Kolejnej wypłaty?”

 

Nie jest to tekst nowy – został zaczerpnięty z obszerniejszego artykułu Jarosława Blocha, zatytułowanego „Miałkie charaktery. Został on zamieszczony 25 października 2017 roku na stronie portalu „Edukacja, Internet, Dialog”.

 

Prezes Zarządu Okręgu Łódzkiego ZNP – Marek Ćwiek – zacytował także pierwszy akapit tej publikacji, której oryginał pojawił się także 25 października na blogu Jarosława Blocha „Co z tą edukacją”:

 

Spoglądając na protest lekarzy rezydentów trudno oprzeć się wrażeniu, że lekarze i nauczyciele to ludzie z innej gliny ulepieni. […] Dlaczego jesteśmy tak miałcy? Dlaczego można nas urabiać jak plastelinę? Dlaczego nikt się poważnie z nami nie liczy? Może należy w nasze słodkie samozadowolenie wlać łyżkę dziegciu i poddać nasze zachowania konstruktywnej krytyce?

 

 

Po takim nietypowym jak na felieton „cytatowym” wstępie – przechodzę już do prezentacji moich własnych przemyśleń i poglądów na tematy poruszone przez Jarosława Blocha:

 

Zacznę od zarzutu, że nauczyciele – jako społeczność zawodowa, w odróżnieniu od lekarzy, są pasywni, ugodowi, „można nas urabiać jak plastelinę” i „nikt się poważnie z nami nie liczy”. Dla uproszczenia – zrezygnuję z rozważań, czy jest to sąd odzwierciedlający stan faktyczny i założę, że tak jest w rzeczywistości.

 

Przypomnę, że już raz zabrałem w tej sprawie głos – w felietonie nr 196, zatytułowanym: Nauczyciele – „żołnierze niezłomni” czy tchórzliwi chałturnicy?. Był on sprowokowany postem  na blogu Dariusza Chętkowskiego – z jednej strony, i wpisem Katarzyny Lubnauer na blogu „Liberte” – z drugiej. Moją odpowiedzią na prezentowane  przez owych blogerów – rozbieżne – sądy, był „aotocytat” , z mojego z kolei postu na blogu „Liberte”: „O tym, że szkoła to nie monolit, a nauczyciel nie jest jej jedynym fundamentem”:

 

Otóż moja diagnoza środowiska nauczycieli jest właśnie taka: nie ma takiej, jednorodnej, kategorii, określanej terminem „nauczyciele”, którzy mogą być „fundamentem stabilnym i mocnym, którego nie wzruszą ani naciski, ani zmiany programów, ani nawet zmiany na liście kanonu lektu”.

 

Dzisiaj poszerzę i wzbogacę o dodatkowe elementy ten mój osąd społeczności nauczycielskiej i jej reakcji (lub ich braku) na to wszystko, co od ponad dwu lat robi rząd PiS z polskim systemem edukacji.

 

Otóż pragnę  zwrócić uwagę na pierwszą i zasadniczą różnicę między sytuacją zawodową lekarzy i nauczycieli. Ci pierwsi funkcjonują na rynku pracy, który w ich przypadku jest „rynkiem pracownika”, zaś nauczyciele – zwłaszcza w ostatnich latach – są (z nielicznymi wyjątkami) skazani na „rynek pracodawcy”. O ile lekarze rezydenci, a za nimi i inne kategorie zawodów medycznych, mogli wywierać  (skutecznie) wpływ na rządzących, gdyż w placówkach ochrony zdrowia już teraz występuje ostry deficyt zatrudnienia w tych zawodach, a poszerzanie się protestu, polegającego na wypowiadaniu klauzuli optout realnie zagrażał paraliżem systemu, to zatrudnienie w oświacie charakteryzuje się „nadpodażą” nauczycieli poszukujących zatrudnienia, w stosunku do, zawężającej się corocznie (niż demograficzny, skutki likwidacji gimnazjów) liczby miejsc pracy. Mówiąc wprost: nauczyciele boją się „narazić” pracodawcy (także temu „pośredniemu” – z kuratorium oświaty), bo może to skutkować zwolnieniem, nieprzedłużeniem umowy na czas określony, albo przeszkodami w ścieżce awansu zawodowego.

 

Nie prowadziłem nigdy żadnych badań naukowych tego zjawiska, to co za chwilę napiszę, to  jedynie owoc moich kilkudziesięcioletnich „obserwacji uczestniczących” i aktualnie utrzymywanych kontaktów ze szkołami. Jestem jednak przekonany, że zjawisko to nie jest przeze mnie wymyślone na użytek felietonu. Wiem, że wiele z Was, czytających ten tekst, potwierdzi, że to rzeczywisty obraz nauczycielskiego losu.

 

Czytaj dalej »