Archiwum kategorii 'Felietony'

Ostatni tydzień przyniósł sporo okazji do przeżywania zaskoczeń dla tych z nas, którzy śledzili rozwój afery samolotowej z marszałkiem Sejmu Markiem Kuchcińskim w roli głównej. Po dniach publikowanie kolejnych kłamliwych wersji o liczbie dysponowanych przez niego lotów na stałej trasie Warszawa – Rzeszów, o zbieżności ich terminów z wydarzeniami kampanii wyborczej do Parlamentu UE, o tym kto mu towarzyszył, czy była tam jego rodzina, czy zdarzyło się, że samolotem leciała tylko żona, bez Marszałka… Później był dzień tajnych narad w siedzibie PiS na Nowogrodzkiej, spekulacje dziennikarzy: „odwoła czy nie odwoła” (prezes Kaczyński Marszałka), a na końcu niespodzianka. Ale nie ta, że odwołał, ale na kogo wskazał „Palec Prezesa”… Nie na wicemarszałka Ryszarda Terleckiego, nie na którąś z funkcjonujących na dziennikarskiej „ giełdzie” posłanek: Małgorzatę Gosiewską, ani Małgorzatę Wassermann.

 

Prezes Kaczyński wybrał Elżbietę Witek, w swoim czasie „panią od historii i WOS” w Szkole Podstawowej nr 2 w Jaworze na Dolnym Śląsku. Po kilku latach została ona jej dyrektorką, a po tym jak – z inicjatywy dyrektor Witek– połączono tę szkołę z powstałym gimnazjum, także dyrektorką utworzonego tam Zespołu Szkół Ogólnokształcących.

 

Zaprawdę, niezbadane są wyroki – nie tylko Opatrzności Bożej, ale także Prezesa z Nowogrodzkiej! Dlaczego tak uważam? Już śpieszę uzasadnić

 

. Czytaj dalej »



Dzisiaj nie będę pisał o rekrutacji do szkół średnich, nie będę poszukiwał powodów braku chętnych na dziesiątki tysięcy wakujących nauczycielskich etatów. Odpuszczę sobie także ministra z Podlasia oraz kuratorów oświaty i biskupów (także arcy…) – „obrońców naszych dzieci przed ideologią LGBT”.

 

Postanowiłem spojrzeć na otaczającą nas społeczno-polityczną rzeczywistość naszego kraju, jak na trądzik na twarzy dojrzewającego młodzieńca. To musi przejść wraz z wiekiem. Oby jak najprędzej, ale tymczasem trzeba wziąć na przetrzymanie i wierzyć, że „jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie...

 

I z tą wiarą postanowiłem podzielić się moimi refleksjami, powstałymi po przeczytaniu tego, co napisała wczoraj pani dyrektor Ewa Radanowicz na swym facebook’owym blogu. Jest to, przy okazji, sposób na ocalenie tych przemyśleń, gdyż z nieznanych mi powodów dzisiejsza próba otwarcia całego postu skończyła się na odczytaniu komunikatu „Ups! Nie udało się znaleźć pożądanej strony”. Ale ja skopiowałem cały ten tekst już wczoraj. Oto on – TUTAJ

 

Wskazówkę, jak należy odczytywać to co napisała, dała nam sama autorka, tytułując ów post: „Edukacja? Wiem co zrobić, by ją uzdrowić! Hmmmm….” Bo właśnie owo powątpiewanie w słuszność i skuteczność pojawiających się jak grzyby po deszczu pomysłów i projektów, dotyczących uzdrowienia polskiej edukacji, zwłaszcza mających swe źródło w kręgach takich czy innych partii politycznych, jest sednem tego tekstu.

 

Piszę taki właśnie dzisiejszy felieton, gdyż mam podobny pogląd, do poglądów koleżanki Radanowicz:

 

O zmianie, jej trwałości i o tym co trzeba zrobić, zmienić! wypowiadają się ci sami co do tej pory niewiele zrobili dla zmiany i innowacji w szkołach, przedszkolach w skali mikro i makro …

 

Dodam, że spostrzeżenie to nie dotyczy tylko polityków i urzędników z obozu aktualnie sprawującego władzę. Także ich poprzednicy, a także poprzednicy poprzedników, mają wiele na sumieniu jeśli chodzi o grzechy zaniedbania. Mam prawo aby dziś to napisać – wystarczy sprawdzić jak komentowałem niektóre decyzje i działania MEN, gdy rządziła koalicja PO – PSL. Wszak moje felietony piszę od 2013 roku.

 

Czytaj dalej »



Przed tygodniem starałem się zainteresować Czytelników rzadko podejmowanym w mediach tematem repetentów ostatnich klas gimnazjów, którzy nie zdali – najpierw do drugiej, a po roku – do trzeciej klasy.

 

Trochę z tym wiąże się temat dzisiejszego felietonu. Ten związek zachodzi poprzez nierozpoznane przeze mnie co do jego zakresu zjawisko niezaliczenia klasy trzeciej i nieuzyskania świadectwa ukończenia gimnazjów przez tegorocznych trzecioklasistów. Nierozpoznane – mam na myśli brak potwierdzonych danych źródłowych, tak jak udało mi się to uzyskać przed dwoma laty. Jadnak mam, graniczące z pewnością przypuszczenie, że okrojone liczebnie rady pedagogiczne gimnazjów podejmowały decyzje o ukończeniu tych szkół wobec nieomal wszystkich, a może nawet wszystkich uczniów, którzy dotrwali w tych klasach do końca. Motywacja takiej postawy „ciała pedagogicznego” jest w zasadzie zrozumiała: „Już i tak tyle zła wyrządziła wam władza – chociaż my nie rzucajmy kłód pod nogi!”

 

Ale takie „bony rekompensujące”, z tego co docierają do mnie – z różnych, ale zawsze wiarygodnych źródeł – informacje, to nie tylko brak repetentów. To także fala zawyżonych ocen na świadectwach ukończenia szkoły, i to nie tylko gimnazjów, ale także szkół podstawowych. Fala, której najbardziej widomym obrazem jest zalew świadectw z tzw. „czerwonym” (a naprawdę biało-czerwonym) paskiem”! Zgodnie z obowiązującym prawem oświatowym uczeń, aby mógł takie świadectwo otrzymać, musi spełnić określone warunki: uzyskać średnią ocen z wszystkich przedmiotów minimum 4,75 oraz bardzo dobrą lub wzorową ocenę zachowania.

 

Czy to normalne, że w tym roku – na przykład w Warszawie – aż 3173 kandydatów aplikujących do szkół średnich nie dostało się do żadnej, a ponad 82 proc. z nich to uczniowie, którzy chcieli uczyć się w liceach – w tym co czwarty (756 osób) miał świadectwo z czerwonym paskiem?

 

Ale nie tylko nauczyciele w tym szczególnym roku „produkowali” na świadectwach – w dobrej wierze – dużą ilość punktów dla systemu rekrutacji do szkół średnich. Swoje dołożyła także Centralna Komisja Egzaminacyjna i okoliczności, w jakich odbywały się tegoroczne egzaminy – gimnazjalny (10 – 12 kwietnia) i ósmoklasisty (15 – 17 kwietnia).

 

Bo na to wszystko nałożył się kwietniowy strajk nauczycieli i „przepychanki” między rządem a strajkującymi o to, czy te egzaminy w ogóle się odbędą, czy będzie miał kto je przeprowadzić i nadzorować. Jak pamiętamy – w przeważającej liczbie odbyły się one dzięki „pospolitemu ruszeniu”, czyli z udziałem katechetów, emerytów i kto tam jeszcze wyraził chęć, a miał, przynajmniej formalne po temu „uprawnienia”. Jak dochodzą mnie opinie od osób, które miały szansę obserwować tak nadzorowane egzaminy – ze ściąganiem nie było żadnych problemów…

 

Już 17 kwietnia 2019 r. na portalu „Wp wiadomości” można było przeczytać taki – proroczy jak się okazało – tekst, zatytułowany „Strajk nauczycieli 2019. Nowa forma protestu – na świadectwach tylko najwyższe oceny”:

 

Nauczyciele zapowiadają nową formę walki. Chcą unieważnić jeden z istotnych elementów systemu systemu oświaty, czyli oceny. Jak? Wystawiając absolwentom szkół tylko stopnie bardzo dobre albo celujące. Tym sposobem każdy z uczniów dostanie świadectwo z tak zwanym „czerwonym paskiem”.

 

Taka forma strajku i wywiązywania się z obowiązku przez pedagogów przyczyni się do komplikacji w przyjmowaniu uczniów do szkół. […] –Teraz system się posypie – mówi nam jeden z pomysłodawców takiego protestu, polonista z II LO im. Stanisława Staszica w Tarnowskich Górach, Michał Sporoń. [Źródło: www.wiadomosci.wp.pl]

 

Czytaj dalej »



Poprzedni felieton zakończyłem słowami: „Do kolejnego felietonu – już wiem o czym on będzie”. I to prawda – już przed tygodniem „chodził za mną” temat, dla którego miałem już nawet tytuł:

 

Wszyscy klną na skutki deformy edukacji, ale są i tacy, którzy mają za co być jej wdzięczni!

 

A więc zaczynam – od przypomnienia pewnego szczegółu, którym już przed dwoma laty mało kto się zajmował. Mam na myśli dalsze losy edukacyjne ostatnich uczennic i uczniów pierwszych klas gimnazjów, którzy nie otrzymali promocji do klasy drugiej, a którzy z powodu wygaszania tego typu szkoły, czyli nie tworzenia następnych klas pierwszych, zostali cofnięci do szkół podstawowych (które już raz ukończyli – przed rokiem) i tam kontynuowali naukę w klasach siódmych – razem ze swoimi młodszymi o rok koleżankami i kolegami. Nie był to oczywiście statystycznie znaczący problem, ale…

 

We wrześniu 2017 roku, w trybie prośby o dostęp do informacji publicznej, o którą wystąpiłem do Wydziału Edukacji UMŁ, otrzymałem już po kilku dniach tabelę, z której mogłem dowiedzieć się, że w 42 łódzkich gimnazjach promocji do klasy drugiej nie otrzymało 160 uczniów (płci obojga). Na tę liczbę złożyły się przypadki braku promocji w 35 szkołach, gdyż w 7 gimnazjach zdali do drugiej klasy wszyscy uczniowie klas pierwszych. Ale i w szkołach, w których zdarzyły się przypadki repetentów sytuacja była bardzo zróżnicowana: w 6 gimnazjach nie zdał tylko jeden uczeń, w 5-u – po dwie osoby nie otrzymały promocji, w 4-ech – było takich po 3 osoby, w 6-u – po 5 osób, zaś w 4-ech gimnazjach – to 6 lub 7 osób, które musiały wrócić do podstawówek.. Ale były także 3 gimnazja, w których promocji do drugiej klasy nie otrzymało po 11 uczniów i 2 gimnazja z 9-oma osobami bez promocji.

 

Rodzi się pytanie: czy to dużo czy mało? Według danych z Systemu Informacji Oświatowej (SIO)* w roku szkolnym 2016/2017 we wszystkich klasach I gimnazjów dla młodzieży (bez szkół specjalnych) promocji do klasy II nie otrzymało 8 800 uczniów.

 

To właśnie oni, jeśli to traumatyczne przeżycie z czerwca 2017 roku podziałało na nich mobilizująco, zdając przed rokiem do klasy VIII – zakładam że w przeważającej większości – ukończyli w tym roku szkolnym podstawówkę – aplikowali do szkół średnich i, zapewne w ostateczności, do szkół branżowych. W tej rekrutacji spotkali się ze swoimi kolegami z ówczesnej klasy pierwszej gimnazjów, czyli DZIĘKI REFORMIE ZALEWSKIEJ nie stracili roku w swej ścieżce edukacyjnej!

 

Sytuacja powtórzyła się po roku. W Łodzi z drugiej do trzeciej klasy promocji nie otrzymało 138 gimnazjalistów*. I oni także (od 1 września 2018 roku) wrócili do szkół podstawowych – do VIII klas i także w tym roku zostali absolwentami, walczącymi o miejsca w szkołach ponadpodstawowych, równolegle ze swymi byłymi kolegami gimnazjalistami. Zakładam, że w skali Polski było takich osób także niewiele mniej niż w roku 2017 i przyjmuję, że było ich około 8 000. W sumie daje to liczbę ponad 16 tysięcy „szczęściarzy”, którzy mają za co dziękować pomysłodawcom, inicjatorom i wykonawcom deformy polskiej edukacji.

 

Może ta liczba jest nieprecyzyjna. Może. Ale to znaczy, że w tysiącach liczy się tych, którzy w gimnazjach nie garnęli się zbytnio do nauki i tylko dzięki likwidacji gimnazjów nic na tym nie stracili. A to znaczy, że w ok. szesnastu tysiącach domów ich rodzice mają za co być wdzięczni „Dobrej Zmianie”. A to znaczy, że może ich być nawet 30 tysięcy – potencjalnych wyborców!

 

A wybory tuż tuż…

 

Napisałem o o tym niezauważanym przez nikogo zjawisku tak trochę z przekory: żeby nie było, że nie ma nikogo, kto ma powody aby się cieszyć podczas tegorocznej rekrutacji do szkół ponadpodstawowych.

 

Na koniec jeszcze jeden ważny szczegół tej sytuacji. Ci z „bohaterów” tego felietonu którzy dostali się do liceów i techników, jeśli dotąd sobie tego nie uświadomili, wkrótce do tego dojdą, że i tak stracą jeden rok w uczniowskim życiu, gdyż w liceum i w technikum będą uczyli się o rok dłużej niż ich byłe koleżanki i koledzy z gimnazjów.

 

Ale za to nie będą z nimi konkurowali o miejsca w szkołach wyższych. I – zdaniem twórców zreformowanych podstaw programowych – będą o wiele lepiej naumiani…

 

 

Włodzisław Kuzitowicz

 

 

*Źródło: Portal Samorządowy

 

**Podaję za publikacją z łódzkiego dodatku „Gazety Wyborczej”



5. maja mój felieton, zatytułowanyJak wiceminister od przedsiębiorczości widzi nowoczesną szkołę”, który był komentarzem kolejnej odsłony tzw. „okrągłego stołu oświatowego”, zakończyłem takimi słowami:

 

A nas, prawdziwych orędowników i „bojowników” o naprawdę nowoczesną – to znaczy nowoczesną w swej metodyce rozbudzania „apetytu na wiedzę” i w wyposażaniu swych uczniów w narzędzia pozyskiwania, wartościowania (prawda-fałsz) i przetwarzania wiedzy, a następnie posługiwania się nią w rozwiązywaniu problemów, cały ten teatrzyk rzekomego odwoływania się władzy do obywateli, nie tylko że do tego nie „zaagitował”, ale jeszcze bardziej utwierdził w przekonaniu, że nie ma co na tę władzą liczyć!

 

Prawdziwa zmiana – w szkołach wymaga prawdziwej zmiany – w państwie!”

 

Minęły dwa miesiące, jesteśmy bogatsi w wiedzę o zamiarach dotyczących polskiej edukacji dwu głównych sił politycznych – po konwencjach programowych w katowickim Centrum Kongresowym (PiS) i warszawskim Pałacu Kultury i Nauki (Koalicja Obywatelska). I, przyznam się „bez bicia” – mam coraz częściej „czarne myśli”…

 

O wizji polskiej szkoły w przypadku ewentualnej kontynuacji polityki edukacyjnej przez PiS informowałem 7. lipca w materiale, zatytułowanymZ Konwencji w Katowicach: Przyszłość polskich szkół po wygranych przez PiS wyborach”. Tu przytoczę tylko jeden fragment, zaczerpnięty z przemówienia Mateusza Morawieckiego: „Chcemy, żeby klasy były mniejsze, by nauczyciel miał czas na przekazanie wiedzy uczniom. Będziemy starali się dalej reformować oświatę, by to było źródło naszej przewagi gospodarczej, technicznej, kulturowej”

 

Strach się bać… Kontynuacja szkoły wkuwających wiedzę uczniów, ścigających się w kolejnych testach i egzaminach, rywalizująych o to „kto ma więcej punktów”, kto dostanie się do „lepszego” liceum, do szkoły wyższej, skuteczniej obiecującej wizję przyszłej kariery… I ten cel, jaki ewentualnie przyszli sternicy naszej nawy państwowej stawiają przed edukacją: „by to było źródło naszej przewagi gospodarczej, technicznej, kulturowej”. Nie możliwie harmonijny rozwój młodego człowieka, nie realizacja jego osobistych planów, także marzeń, nie satysfakcja z prywatnego życia. Celem „Polska, Polska über… ponad wszystko!

 

Czy ewentualna wygrana w jesiennych wyborach głównej siły opozycyjnej, jaka dopiero co zakończyła swe dwudniowe spotkanie, nazwane „Forum Programowe Koalicji Obywatelskiej”, jest gwarancją, że nareszcie powstanie rząd, w ramach którego nowe kierownictwo ministerstwa edukacji (może udałoby się przy tej okazji pobyć owego przymiotnika „narodowa”), będzie gwarancją rzeczywistego unowocześnienia naszych szkół, radykalnego zerwania z dziedzictwem pruskiego modelu szkoły posłusznych, wkuwających uczniów, gwarancją wolności do poszukiwania przez nauczycieli indywidualnych dróg wspierania rozwoju każdego ucznia – na miarę jego potrzeb i możliwości?

 

Czytaj dalej »



Zdecydowałem, że – choć dziś także żar leje się z nieba – to jednak napiszę kolejny felieton. Bo wszak nie ogłosiłem – jak uczynił to wczoraj czołowy bloger z branży edukacyjnej – dwumiesięcznych wakacji. Z resztą – jakie to wakacje mogą należeć się emerytowi….

 

Rozmyślając o tym co powinno stać się tematem tego tekstu miałem kilka pomysłów: o moim rozczarowaniu tematyką problemów rozważanych przy tzw. „kwadratowym stole”, o właśnie ujawnionych skutkach „postawienia się” łódzkiego magistratu kuratorowi Wierzchowskiemu i „dogorywaniu” naszych gimnazjów „w pojedynkę” (b. duża liczba nauczycieli tychże w roli bezrobotnych), czy o ewentualnych skutkach powierzenia w ramach sztabu wyborczego PO-KO „spraw edukacji i szkolnictwa” prezydentowi Sopotu…

 

Ten ostatni temat, w pewnym stopniu, został już przeze mnie skomentowany w ramach zamieszczonego pod informacją o tym „Komentarza redakcji”. O 348 nauczycielach zwolnionych w konsekwencji ostatecznego wygaśnięcia łódzkich gimnazjów też w zasadzie – w takim samym trybie – wyraziłem, acz lapidarnie, swój pogląd. A za mało wiem o pracy przy „kwadratowym stole”, by – bez narażania się na zarzut o niepoparte faktami zarzuty – cokolwiek komentować.

 

Cóż mi zatem pozostało? Mam pisać o spotkaniu kierownictwa ZNP z nowym ministrem edukacji? I jakiż byłby „w tym temacie” felietonowy „smaczek”? Wszak całe to wydarzenie to taki „stały element gry” na boisku, zwanym „Centrum Dialogu Społecznego”. Spotkanie odbyło się „na wniosek ZNP” – żeby nie było, że związek bojkotuje nowego szefa resortu, a tenże nie mógł odmówić spotkania, aby – po tym jak dzień wcześniej spotkał się z przedstawicielami KSOiW NSZZ „Solidarność” – nie dać związkowcom z ZNP argumentu, że nierówno traktuje centrale nauczycielskich związków zawodowych. A kto i co tam mówił – każdy może sobie przeczytać i wyciągnąć – moim zdaniem – oczywiste wnioski.

 

W zasadzie pozostało mi tylko jedno: podzielę się moim – egoistycznym – zadowoleniem, że nie jestem dyrektorem mojej „Budowlanki” i nie muszę przeżywać stresu, jaki bez wątpienia towarzyszy od kilku dni nie tylko aktualnej dyrektorce tej szkoły, ale w zasadzie wszystkim dyrektorkom i nielicznym dyrektorom szkół ponadgimnazjalnych/ponadpodstawowych w czasie, gdy już znane są efekty internetowej rekrutacji. A temat musi być trudny, sądząc po tym, że do dziś żadna redakcja naszych lokalnych mediów nie zamieściła na ten temat, choćby bardzo lapidarnej, informacji.

 

Czytaj dalej »



Jak ten czas szybko leci. Tak niedawno, przynajmniej ja tak to odczuwam, świętowałem 250-y felieton. Był wtedy 30 grudnia ub. roku. I – nie wiadomo kiedy – dotarłem do dnia, w którym ten dzisiejszy zacząłem od napisania „Felieton nr 275.” Wniosek – już niedługo „dojadę” do dnia, w którym pisany wówczas felieton opatrzę liczbą 300!

 

Ale dzisiejsza liczba 275 to nie nie jest jeszcze okazja do jakichkolwiek refleksji i podsumowań. Natomiast mam inny powód do odbycia „podróży w czasie”: data 23. czerwca 2006 roku – pamiętna, bo wtedy też był to „Dzień Ojca”. Na ten dzień, na wczesne godziny popołudniowe, zostałem zaproszony do gabinetu ówczesnego rektora Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Łodzi – profesora Bogusława Śliwerskiego „w ważnej sprawie”. Byłem już wówczas nauczycielskim emerytem i uczelnia ta zatrudniała mnie (na umowy o dzieło) jako wykładowcę.

 

Szedłem na to spotkanie prosto z cmentarza, gdzie byłem zapalić znicz na grobie mojego, zmarłego przed dwunastoma laty, ojca i zastanawiałem się co może być powodem tego – przekazanego mi przez sekretarkę Rektora bez bliższych informacji, ale w trybie nieomal wezwania – zaproszenia. Zupełnie nie kojarzyłem sobie tego ze świeżo wydrukowanym, ostatnim papierowym, numerem „Gazety Edukacyjnej”:

 

 

Ostatni numer „papierowej” „Gazety Edukacyjnej”

 

Gazeta Edukacyjna” była takim, nieregularnie ukazującym się periodykiem, którego wydawcą, od roku 2000, był pierwszy w Łodzi, niepubliczny ośrodek doskonalenia nauczycieli Centrum Szkoleniowo-Promocyjne „Edukacja”, którego założycielką była Małgorzata Cyperling. Redaktorem naczelnym GE, od pierwszego numeru, był Juliusz Cyperling, prywatnie mąż Małgorzaty, wieloletni dziennikarz „Dziennika Łódzkiego”. Po utworzeniu w roku 2003 Wyższej Szkoły Pedagogicznej, której założycielką, właścicielką i kanclerzem została ta sama Małgorzata Cyperling, „Gazeta Edukacyjna”, pod tą samą nazwą i redakcją, ukazywała się nadal. Aż do początku 2006 roku, kiedy to po krótkiej i ciężkiej chorobie, zmarł Juliusz Cyperling. Ten ostatni numer (patrz zdjęcie powyżej) był wydany przez przyjaciół Julka, a decyzją Jego żony – kanclerza WSP – zapowiedziano w nim, że od wakacji tamtego roku wychodzić będzie w wersji elektronicznej on line, pod adresem www.gazeta.edu.pl .

 

 

Oto jedyna pamiątka po „Gazecie Edukacyjnej” – archiwalny screen z jedynej dostępnej w Internecie notatki o jej istnieniu. Nowy właściciel WSP nie tylko doprowadził do likwidacji uczelni, ale także zlikwidował domenę o tej nazwie i wszystkie zapisy na serwerze.

 

 

W gabinecie siedziało już Kierownictwo WSP in corpore, t.zn. Pani Kanclerz Cyperling i Pan Rektor Śliwerski. Oboje z poważnymi minami… Rozmowę rozpoczęła Kanclerz Cyperling, informując, że „zdecydowaliśmy, iż gazeta.edu.pl ruszy jeszcze przed początkiem nowego roku szkolnego, a tobie proponujemy, abyś był jej redaktorem naczelnym. I jest to propozycja nie do odrzucenia.”

 

Czytaj dalej »



Nie mam wyjścia – muszę zacząć od bicia się w piersi: „mea culpa, mea culpa…” Jakieś zaćmienie umysłu musiało na mnie spaść przed tygodniem, skoro felieton pisany 9 czerwca rozpocząłem od słów: „Ta ostatnia niedziela…” – wypadałoby dzisiaj zaśpiewać. Ostatnia niedziela tego trudnego i obfitującego w dramatyczne chwile roku szkolnego. Za tydzień będzie to już pierwsza niedziela wakacji.” Jedynym tego usprawiedliwieniem zapewne był upał, a może podświadomość, która w tych warunkach „ugotowanego umysłu” przemówiła, dając w ten sposób znać, jak bardzo czekam, aby ten rok wreszcie się skończył.

 

Trudno, stało się i się nie odstanie! Jeszcze raz przepraszam z ten falstart i biorę się do pracy, skoro to jeszcze nie wakacje.

 

A w minionym tygodniu działo się wiele, wobec których to wydarzeń nie pozostawałem obojętny. Począwszy od pierwszej konferencji prasowej następcy nieżałowanej minister Zalewskiej, dzięki której nie mam już cienia wątpliwości, że moja ocena dokonanej zmiany na tym stanowisku trafnie została skwitowana stwierdzeniem, że „zamienił stryjek siekierkę na kijek”, poprzez komunikat na stronie RPD o odpowiedzi, jakiej udzielił pan mecenas Mikołaj Pawlak na otrzymane wcześniej pismo RPO Adama Bodnara w sprawie adekwatnej do współczesnego stanu wiedzy edukacji seksualnej w szkołach, aż do piątkowej gali 33. Podsumowania Ruchu Innowacyjnego w Edukacji.

 

Bo o wczorajszej konferencji „Szkoła DziałaMy” dziś za wcześnie cokolwiek pisać.

 

Po chwili zastanowienia postanowiłem postąpić zgodnie ze starą zasadą, że „koszula bliższa ciału niż marynarka” i pozostawić stołeczną „wielką politykę” innym, a podjąć – ktoś powie: mój obsesyjny temat – jakim jest najnowszy odcinek serialu „Podsumowanie Ruchu Innowacyjnego w Edukacji”, kiedy to -jak zakomunikował w dzisiejszym wpisie na swym blogu prof. Śliwerski – „wyróżniani są certyfikatami uznania PEDAGOGODZY – NAUCZYCIELE I WSPIERAJACY ICH MISJĘ SOJUSZNICY. Wszyscy są PRIMUS INTER PARES”.

 

 

Nie będę robił uników i przyznam: Tak, ten doroczny spektakl od lat budzi moje liczne wątpliwości, a czasami nawet sprzeciwy. I to z wielu powodów, z których kilka spróbuję nie tylko wymienić, ale i – możliwie racjonalnie – uzasadnić.

 

Już we wstępie do zamieszczonej w piątek informacji (bo tym razem nie jest to relacja, gdyż nie byłem uczestnikiem i świadkiem tego wydarzenia) o tegorocznej gali napisałem:

 

Nie udało się nam odnaleźć, upublicznionych, ani kryteriów, które powinny spełniać osoby i instytucje aby mogły one zostać posiadaczami certyfikatu w określonej kategorii, ani procedury zgłaszania kandydatów do tychże. Nie jest nam także znany skład kapituły decydującej o przyznaniu tych wyróżnień.

 

Taki brak transparentności musi skutkować rodzeniem się przypuszczeń, że o tym kto i jak zatytułowany certyfikat dostanie w kolejnym roku, decydują jakieś „siły tajemne”, a może po prostu wola jednego człowieka… Informacja, że jest tam jakowaś kapituła, to pewnie tylko taka pseudodemokratyczna „przykrywka”… Obym się mylił! Obym doczekał pełnego ujawnienia procedur i składu owej kapituły.

 

Kolejnym, przynajmniej dla mnie – człowieka dla którego słowa miały określone znaczenia – sama nazwa tego święta, jako „podsumowanie innowacji w edukacji”, w zestawieniu z konkretnymi osobami i instytucjami odbierającymi owe certyfikaty, musi budzić sprzeciw. Uprzedzając apologetów tego unikatowego w skali kraju przedsięwzięcia” oświadczę, że naprawdę wiem, iż dzisiaj edukacja nie odbywa się tylko w murach szkoły. I takie szerokie pojmowanie procesów edukacyjnych jest mi bliskie od ponad 45 lat, kiedy to wszedłem w obszary pedagogiki społecznej, kiedy poznałem publikacje prof. Heleny Radlińskiej, prof. Aleksandra Kamińskiego i innych pedagogów tego nurtu nauki o wychowaniu. Ale to nie pozwala mi na bezkrytyczną aprobatę stanu rzeczy, w którym przy okazji wyróżniania osób i instytucji mających faktycznie sukcesy w zmienianiu naszych szkół i przedszkoli tak, aby przestawały one odtwarzać pruski model edukacji, poprzez wdrażanie rzeczywistych innowacji (innowacjawprowadzenie nowości do użytku, działania; nowatorstwo – SJP) załatwia się jakieś (partykularne?) interesiki, wymyślając coraz to bardziej „piętrowe” tytuły owych certyfikatów, aby móc je wręczyć osobom, które… No właśnie, które co?

 

O ile nie budzi moich wątpliwości dowartościowywanie firm (i ich szefostwa), które wspierają, zwłaszcza szkolnictwo zawodowe, w unowocześnianiu procesów edukacyjnych (w ostatniej edycji np. Veolia Energia Łódź S.A., ABB Sp. z o.o. Lub BSH Sprzęt Gospodarstwa Domowego Sp. z o.o), to jaki wkład w innowacje edukacyjne w łódzkich szkołach mają:

 

Marek Kostrzewski z Okręgowego Inspektoratu Pracy w Łodzi, Grażyna Bąkiewicz – autorka książek dla dzieci, młodzieży i dorosłych, st. aspirant Marzanna Boratyńska z Wydziału Ruchu Drogowego Komendy Miejskiej Policji w Łodzi, Mateusz Szewc i Agnieszka Zdyb z Miejskiej Arena Kultury i Sportu Sp. z o.o?

 

A dostali oni certyfikat „Partner Przyjazny Edukacji”. Czy samo „bycie przyjaznym” to wystarczający wkład w innowacyjność pracy szkół?

 

Czytaj dalej »



Ta ostatnia niedziela...” – wypadałoby dzisiaj zaśpiewać. Ostatnia niedziela tego trudnego i obfitującego w dramatyczne chwile roku szkolnego. Za tydzień będzie to już pierwsza niedziela wakacji. Świadomość tego faktu stawia przed felietonistą trudniejsze niż zwykle zadanie: znaleźć i skomentować takie wydarzenie, taki temat, który nie będzie „jednym z wielu”, a – niejako symbolicznie – zwieńczy roczny cykl tych felietonów.

 

W pierwszą niedzielę września 2018 roku pisałem o tym, jak to Prezydent Andrzej Duda złamał prawo, zabraniające działalności i agitacji politycznej w szkołach, wplatając w swe wystąpienie, wygłaszane w III LO w Gdyni z okazji rozpoczęcia nowego roku szkolnego, zdanie: „…w Sądzie Najwyższym orzekają ludzie, którzy w stanie wojennym wydawali wyroki na podziemie”.

 

Jako że kończący się rok szkolny był także rokiem dwu wyborów, wypada przypomnieć felieton z 28 października, zatytułowany Wybory samorządowe sprzed tygodnia to oblany egzamin z WOS!” Także wart przywołania jest – proroczy jak się okazało – felieton, zatytułowany „O pozycji min. Zalewskiej w rankingu ministrów. I o czym to świadczy?

 

20 stycznia 2019 roku zamieściłem felieton, który był moim, bardzo osobistym „pedagogicznym przepracowaniem” tragedii w Gdańsku – zabójstwa prezydenta Adamowicza: Nie przekreślajmy ‚słabych’ uczniów – oni też mogą mieć sukcesy.

 

28 kwietnia, w czasie gasnącej „gorączki” nauczycielskiego strajku napisałem felieton „Nikt nas nie zdradził, a strajk włoski – to droga donikąd”.

 

Przed miesiącem, po pierwszym tygodniu matur, który zapewne przejdzie do historii jako „bombowy tydzień”, napisałem felieton, zatytułowany „O telepatycznych diagnozach i szokujących konkluzjach urzędników”.

 

Co zatem powinno stać się taką „wisienką” na wieńczącym ten rok „torciku” moich felietonów?

 

Pomysłu na wisienkę nie mam. Przyszła mi tylko na myśl „laska cynamonu”….

 

Ale po chwili namysłu zmieniłem zdanie. Na temat pana Piontkowskiego, który w 30. rocznicę historycznych wyborów parlamentarnych, kiedy to Polacy pokazali partii wówczas rządzącej „gest Kozakiewicza”, został (rzekomo) na wniosek premiera powołany przez lokatora pałacu – w swoim czasie (nomen omen) nazywanego „Pałacem Namiestnikowskim” – na urząd Ministra Edukacji Narodowej, nie ma sensu już nic więcej pisać, niż zrobiły to dotąd niezależne media (w tym i OE). Nie widzę takiej konieczności, bo – jak stwierdził to w „Nowych Atenach” ks. Benedykt Chmielowski – „koń jaki jest każdy widzi”. Z tym koniem to chyba także przesada… Nie widzę w nim „czarnego konia” w wyścigu ku lepszej przyszłości polskiej szkoły. Co najwyżej „konia rasy polskiej”, narodowej….

 

Moim zdaniem nie warto zajmować się tymczasowymi rozwiązaniami, jako że i tak o wszystkim zadecydują jesienne wybory parlamentarne. Jeżeli wygra je PiS – to i tak posadzi na tym „gorącym fotelu” kogoś innego. Mnie martwi bardziej ewentualna alternatywa.

 

Czytaj dalej »



Zacznę od oświadczenia w sprawie Międzynarodowego Dnia Dziecka. Piszę o tym prewencyjnie, aby zapobiec oskarżeniom, że „Obserwatorium Edukacji” wczoraj nie świętowało.

 

Otóż oświadczam, jako redaktor OE, że każdego dnia daję dowód, iż dziecko, uczeń, jego prawa, jego dobro, są wiodącym motywem wszystkich zamieszczanych tu materiałów. Z tego powodu mam prawo stwierdzić, że na stronie „Obserwatorium Edukacji” przez cały rok trwa permanentny Dzień Dziecka.

 

A teraz pora na coniedzielne dzielenie się z Wami, Szanowni – Czytelniczki i Czytelnicy, najnowszymi refleksjami wokół wydarzeń, problemów, które w minionym tygodniu wzbudziły moje emocje. W oczekiwaniu na poniedziałkową konferencje Nasze sprawy w naszych rękach – dzieci o swoich prawach”, czekając na nadesłanie materiałów o obradującej w dniach 31 maja – 1 czerwca na Wydziale Nauk o Wychowaniu UŁ Ogólnopolskiej Interdyscyplinarnej Konferencji „Dziecko wobec szans współczesnego świata”, zorganizowanej przez Koło Naukowe Doktorantów Wydziału Nauk o Wychowaniu UŁ, a także mając nadzieję, że wkrótce pozyskamy „źródłową” informacje o tym, czy powstał nowy podmiot, który będzie w przyszłości organizatorem uroczystości wręczania Medali „Serce Dziecku”, mając nadzieję na obszerne „przecieki” z obrad XXV Sesji Dzieci i Młodzieży (których, nie licząc posta na blogu PEDAGOG, nie ma) – dziś wrócę jeszcze do wtorkowej informacji o konferencji naukowej „Szkoła i nauczyciel. Osiągnięcia – Dylematy – Perspektywy, która – za postem z bloga prof. Śliwerskiego – obejmowała jedynie fragmenty jego refleksji z pierwszego dnia tego spotkania w zamku Joannitów w Łagowie Lubuskim.

 

Nim dalej poczytacie moje przemyślenia – odsyłam najpierw do lektury kolejnego postu na blogu PEDAGOG, zatytułowanego „Co to znaczy być uczestnikiem praktyki szkoły”   –   TUTAJ.

 

W tym miejscu zacytuję, jedyny z resztą zamieszczony pod tym postem, komentarz:

 

Konferencja – spotkanie było naprawdę cudowne. Interesujące, mądre, przyjazne. Krytyczne spojrzenie na testowanie prof. Agnieszki Gromkowskiej- Melosik, propozycja metodologiczna prof. Piekarskiego, analiza politycznych uwikłań polskiej oświaty dokonana przez prof. Śliwerskiego, panegiryk na cześć książki (czytanej, pisanej) prof. Melosika i pozostałe wystąpienia pokazują, że jako środowisko badamy szkołę, rozumiemy szkołę, potrafimy też projektować, diagnozować i organizować edukację. Jesteśmy naprawdę dobrzy. Róbmy dalej swoje. Pozdrawiam. Mirka Dziemianowicz. [Pogrubienia w cytowanym tekście – WK]

 

I jeszcze jeden cytat tego posta:

 

Z ogromną przyjemnością wysłuchałem też wystąpienia prof. Jacka Piekarskiego.. […] Łódzki pedagog społeczny zasygnalizował różnorodne odmiany praktycznego zaangażowania badacza z perspektywy sensownej obecności w praktyce różnych typów jego zaangażowania. Badacz staje się bowiem użytkownikiem i twórcą różnych odmian wiedzy. Jak mówił: „Pojmując uczestnictwo, podobnie jak związaną z nim sensowną obecność, jako dziedzinę wciąż kształtujących się decyzji i wyborów, można dzięki temu wyznaczyć i naszkicować swoiste pole problemowe, które być może warto brać łącznie pod uwagę gdy podejmuje się próby określenia badawczej perspektywy uczestniczącej.”


SZKOŁA kształtuje nadzieję na przyszłość, zostawia ślad doświadczenia w nas wszystkich. Badacz nie daje się separować z obszaru praktyki, którą bada. Nie można nie być uczestnikiem świata społecznego. Domaga się ono jakiegoś doświadczania obecności w sprawczości działania. Praktyka szkoły jest nie tylko obiektem jej obmyślania, czymś, co stanowi opór poznania, ale to także zasób naszych doświadczeń, które sprawdzają się w niej.

 

 

Dzięki tym informacjom – jak, przykładowo, ta o wystąpieniu prof. Piekarskiego – wiecie już jak o codziennie nas dotykającej, często traumatycznej, rzeczywistości szkolnej ostatnich lat mówili uczeni, z takim uznaniem przywoływani w obu postach przez ich reprezentanta w świątyni nauki polskiej – w Polskiej Akademii Nauk – profesora dr hab. Bogusława Śliwerskiego. Przypominam jeszcze jak ową konferencję nazwali jej organizatorzy:„Szkoła i nauczyciel. Osiągnięcia – Dylematy – Perspektywy”.

 

Wielka szkoda, że do dziś nie udało mi się odnaleźć w sieci szczegółowego programu tej konferencji. Dostępny jest tam jedynie w takiej oto wersji „dla wtajemniczonych”. Przypuszczam, że uczestnicy otrzymali minutowy wykaz, zawierający nie tylko wymienionych pleno titulo wszystkich prelegentów, ale i tematy ich wystąpień. Jako że obie relacje prof. Śliwerskiego dają nam jedynie fragmentaryczny obraz poruszanej podczas obrad w zamku Joannitów w Łagowie problematyki, trudno mi wyrazić, odwołującą się do konkretnych przykładów, jakąkolwiek opinię na temat stopnia wypełnienia obietnic, zawartych w nazwie tego spotkania. Ile tam było o dylematach nauczycieli, czy w ogóle zauważono jakieś ich osiągnięcia, a najbardziej interesowałoby mnie jakie owi uczeni widzą perspektywy przed polską edukacja…

 

Pozwolę sobie jedynie na taką ogólną puentę: Było tam według od lat przyjętych dla takich konferencji standardów: spotkało się utytułowane (lub aspirujące do tytułów) towarzystwo mniej lub bardziej dobrych znajomych, powiązane licznymi więziami zależności (kto komu co recenzował, lub chciał(a)by aby to zrobił(a) w przyszłości), każdy wygłosił to co na tę okazje spłodził, co słuchający nagrodzili oklaskami i zawiłymi kryptopanegirykami w ewentualnej paradyskusji.

 

Ale najważniejsze, że konferencja odbyła się, że można ją będzie dopisać do „dorobku naukowego”, a za rok (lub później) będzie jeszcze można wzbogacić wykaz swych publikacji o kolejną pozycję: o referat, wydrukowany w wydanej przez organizatora okolicznościowej książce. Która zostanie na półkach domowych bibliotek jej uczestników i w uczelnianych księgozbiorach…

 

A jaki to wszystko ma związek ze skrzeczącą oświatową rzeczywistością? Czy choćby w najmniejszym stopniu „dorobek” tej konferencji stanie się drogowskazem dla wymagającej natychmiastowej, w ratowniczym wręcz trybie podejmowanej, aktywności tych wszystkich, którzy mają jeszcze wolę i siły, aby dla dobra przyszłych pokoleń ratować w edukacji co jeszcze się da? To już patronów, organizatorów i uczestników owego eventu wyraźnie nie obchodziło.

 

 

Włodzisław Kuzitowicz