Archiwum kategorii 'Felietony'

Nie będę ukrywał, że od chwili, kiedy przeczytałem tekst Odpowiedź na list Pani Kurator Michałowskiej”, jaki na swoim blogu „Wokół szkoły” opublikował dyrektor Jarosław Pytlak jestem pod wrażeniem tego oświadczenia. I nie mam tu na myśli jedynie stanowczości prezentowania swoich poglądów, które ich Autor adresował do „naczelnej nadzorczyni pedagogicznej” Województwa Mazowieckiego, ale przede wszystkim sam fakt zamieszczania na tak popularnym blogu owego listu otwartego przez – jak by nie było – „szeregowego” dyrektora jednej z setek podległych tej pani placówek oświatowych.

 

Wielu czytających ten tekst, którzy są także na kierowniczych stanowiskach w szkołach, nie tylko na Mazowszu, zapewne pomyślało sobie: „kamikadze”, albo… „takiemu to wszystko wolno”. Wszak on jest dyrektorem szkoły Społecznego Towarzystwa Oświatowego, czyli nie kieruje placówką publiczną. Ale już po chwili zastanowienia prawdopodobnie przypomnieli sobie, że jeśli chodzi o podległość władzy kuratoryjnej, to nie ma żadnego znaczenia. Bo jedyna różnica w statusie dyrektorskim kolegi Pytlaka polega na tym, że organem prowadzącym „jego” szkoły nie jest samorząd terenowy a Samodzielne Koło Terenowe nr 69 Społecznego Towarzystwa Oświatowego, gdyż i dla tej szkoły organem sprawującym nadzór pedagogiczny nad jej działalnością jest Mazowiecki Kurator Oświaty.

 

Czyli jednak – „samobójca”. A może jednak, po prostu, „Człowiek z zasadami”?

 

Zgodnie z prawami empatii wyobraziłem sobie, że to ja jestem na Jego miejscu. Wszak przez 12 lat także byłem dyrektorem szkoły. Czy gdybym teraz był tam gdzie On – odważyłbym się na taki „list otwarty”? Uczciwie przyznam się – mam pewne wątpliwości… Choć w okresie mojej dyrektorskiej kadencji (lata 1993 – 2005) podlegałem różnym władzom: zaczynałem jako dyrektor szkoły „kuratoryjnej”, ale od 1999 roku miałem już „dwu panów”: Urząd Miasta Łodzi i ŁKO, i to ze zmieniającymi się tychże władz „barwami partyjnymi” (co gorsze – w tym samym czasie – przeciwstawnymi), to i ja mam w swoim dorobku „wojenkę” – tyle że z organem prowadzącym. Ale była to walka o dalsze istnienie szkoły, którą ów organ zamierzał zlikwidować. Tak czy siak – na szali miałem ryzyko utraty stanowiska… Szkołę udało się – z wielkim udziałem całej społeczności szkoły, wraz rodzicami uczniów – obronić, ale ja, po kilkudziesięciu latach pracy w edukacji, przez żadną władzę nie zostałem uznany za godnego Medalu KEN. Ale nigdy tego nie żałowałem…

 

Dlaczego więc mam wątpliwości? Bo to co zrobił kolega Pytlak, to jest działanie nie tylko przeciw lokalnej władzy, ale tak naprawdę protest wobec polityki całej władzy rządzącej, nie tylko edukacją, ale funkcjonowaniem całego państwa. Nie wiem, czy ja odważyłbym się na to…

 

Tym bardziej, że kolega Pytlak jest w innej sytuacji niż ja bylem. Nie musiał tego pisać, a jednak napisał. Uczynił to, bo takie są Jego przekonania. Myślę, że miał świadomość faktu, iż stał się głosem całego, a przynajmniej przygniatającej większości, środowiska dyrektorek i dyrektorów szkół Województwa Mazowieckiego. Patrząc na to szerzej – nie tylko tego województwa, z całej Polski.

 

Żeby było jasne: dyrektor Pytlak, mimo że jest dyrektorem szkoły już 31 lat, nie jest taki odważny, bo… bo ma uprawnienia emerytalne. On nabędzie je dopiero w 2027 roku!

 

Dlaczego w ogóle o tym piszę?

 

Bo przypomniałem sobie co napisałem w felietonie z 29 sierpnia: Żeby oni (dyrektorzy) chcieli chcieć – być dyrektorami”:

 

Ale jeśli…. boję się to napisać (tfu, tfu, tfu przez lewe ramię), jeśli aktualna władza po raz trzeci potwierdzi swój mandat. Jeśli by tak się stało… Nie jestem w stanie nawet wyobrazić sobie konsekwencji tego. I to nie tylko w obszarze polityki kadrowej kategorii „dyrektor szkoły”, ale dla całej branży nauczycielskiej...”

 

A zakończyłem tamten felieton apelem” Ducha nie gaście!”. I tak sobie pomyślałem, że list kolegi Pytlaka do pani kurator Michałowskiej jest dowodem na to, że są wśród nas  tacy, którzy nie tylko nie gaszą swego ducha, ale – dając przykład swoją postawą – mogą motywować do tego innych.

 

Niech ostatnim akordem tego felietonu będą ostatnie słowa Jarosława Pytlaka z owego listu:

 

… będę również czynił co w mojej mocy, aby zapobiec stanowienia prawa złego, prowadzącego do ograniczenia autonomii placówek, centralizacji i upolitycznienia edukacji. I w tym kontekście proszę odebrać mój list, powodowany głębokim niepokojem o stan polskiej edukacji i sprzeciwem wobec szkodliwej ingerencji polityków w jej materię.

 

Włodzisław Kuzitowicz



Czy stanie się tradycją, że moje niedzielne felietony będą echem środowych spotkań w „Akademickim Zaciszu”? Bo to już taki drugi raz. Jak by co, to nie moja wina. Wszystko za sprawą profesora Romana Lepperta, który zaprasza tam takich rozmówców i proponuje im takie tematy do rozmowy, że wypowiadane tam poglądy „chodzą” – pewnie nie tyle za mną – przez kilka następnych dni. A w tym tygodniu, jakby tego było mało, na treści tez tam głoszone przez Mikołaja Marcelę nałożył się jeszcze opublikowany wczoraj przez „Krytykę Polityczną” wywiad z nim, którego tytuł nie może nikogo zaangażowanego w edukacyjny dyskurs o przeszłości systemu szkolnego pozostawić obojętnym: „Szkoły w tym kształcie nie ma sensu ratować”.

 

Jeśli Szanowna Osobo Czytająca ten felieton nie widziałaś owego środowego wystąpienia autora niedawno wydanej przez – nomen omen – wydawnictwo „Znak” książki „Selekcje. Jak szkoła niszczy ludzi, społeczeństwa i świat”, a której treść była osią przewodnią tamtego środowego spotkania, jeśli nie możesz nawet teraz poświecić dwu godzin, aby wejść na You Tube i zapoznać się z pytaniami gospodarza Zacisza – prof. Leperta i odpowiedziami, jakie na nie udzielał dr Marcela – dla uzasadnienia tego co w reakcji na tamte twierdzenia za chwilę mam zamiar napisać – muszę choć dwie „reprezentatywne” dla głoszonych tam przez owego szkołoburcę z cenzusem naukowym poglądów zacytować. Oto one:

 

Jeżeli w ogóle chcemy myśleć o bardzo głębokim przebudowaniu fundamentów szkoły, musimy rozciągnąć tą dopuszczalna dla nas myśl tak szeroko, żeby wprowadzenie bardzo głębokich zmian nie wydawało się czymś szalonym, tylko żeby wydawało się czymś rozsądnym – w porównaniu z likwidacją szkoły.

 

Ja jestem bardziej [niż za likwidacją szkoły] za zniesieniem obowiązku szkolnego, zastąpieniem go prawem do edukacji, a z drugiej strony[…] mimo całego mojego optymizmu, i tego że jestem utopistą, […] to nie mam złudzeń, że nie będzie tak, że uda się tak z dnia na dzień coś zlikwidować, czy cokolwiek nagle przestanie istnieć. Ja bym chciał, abyśmy zaczęli dopuszczać myśli, że można odejść od tego modelu funkcjonowania, że możemy sobie wyobrazić rozmaite inne sposoby funkcjonowania szkoły w systemie publicznym…

 

Ale pewnie nie zdecydowałbym się w tak krótkim odstępie czasu (po zaledwie dwu tygodniach) uczynić tematem felietonu treści debaty w „Akademickim Zaciszu”, gdyby nie wywiad, jaki Katarzyna Przyborska przeprowadziła z Mikołajem Marcelą, którego zapis opatrzony tytułem „Szkoły w tym kształcie nie ma sensu ratować”,który zamieszczono wczoraj (18 września 2021 r.) na stronie „Krytyki Politycznej”.

 

Oto zapis pierwszego pytania i odpowiedzi:

 

Wydaje się, że instytucja szkoły rozpada się na naszych oczach. Nauczyciele odchodzą z pracy, pod hasłem Wolna Szkoła protestują samorządowcy, organizacje nauczycielskie, uczniowskie i obywatelskie. A pan zdaje się wołać: „Do dna, do dna! Niech sczeźnie!”.

 

Mikołaj Marcela: Szkoły w tym kształcie nie ma sensu ratować. Oczywiście hasło Wolna Szkoła bardzo mi się podoba, ale trzeba zdefiniować, co przez to rozumiemy. To nie jest tak, że szkoła traci autonomię i staje się ideologiczna dopiero teraz, odkąd do pracy wzięli się ministra Zalewska, minister Piątkowski i minister Czarnek. Dotychczasowy model szkoły z zasady nie jest autonomiczny, jest ideologicznym narzędziem państwa i wolności jest w nim niewiele, o czym całkiem niedawno w wywiadzie dla Krytyki Politycznej mówiła Zofia Grudzińska. […]

 

Cały zapis wywiadu z Mikołajem Marcelą TUTAJ

 

Na wszelki wypadek, z myślą o „mniej czasowych” czytających, wybrałem kilka wypowiedzi Mikołaja Marceli, jakie padły podczas tamtego wywiadu i te „wypisy” utrwaliłem na pliku PDF – TUTAJ

 

Jako swoistą inspirację moich refleksji wybrałem ten fragment wypowiedzi Mikołaja Marceli:

 

Trzeba sobie to jasno powiedzieć: szkoła tłamsi i przygotowuje do pokornego znoszenia narzucanych obowiązków, do pracy, często pracy bez sensu. […] Potrzebę szkoły często uzasadnia się właśnie tym, że przygotowuje ona do dorosłego życia, w którym będzie trzeba wiele godzin codziennie ślęczeć przy biurku i wykonywać jakieś bezsensowne zadania.

 

I – moim zdaniem – na tym polega ta niezniszczalność modelu pruskiej szkoły w oświacie XXI wieku. Jak wiadomo – jej celem było takie kształcenia młodych ludzi, aby ich to „trenowała” do posłuszeństwa i podporządkowania się formalnym autorytetom, czyli aby byli oni posłuszni poleceniom swoich przełożonych. Rewolucja przemysłowa w XIX wieku spowodowała boom na ten typ „absolwenta” – fabryki potrzebowały takich posłusznych robotników i urzędników.

 

Czytaj dalej »



Zastanawiając się nad tym co uczynić tematem dzisiejszego felietonu – nie znalazłem w wydarzeniach oświatowych minionego tygodnia takiego, które zainspirowałoby mnie do pogłębionych refleksji. I dopiero czasowa koincydencja dwu informacji: tej o 20. rocznicy samobójczego ataku islamskich fundamentalistów na nowojorskie wieże World Trade Center oraz na Pentagon, z artykułem o kolejnym „wynalazku” edukacyjnym ministra Czarnka, polegającym na wprowadzeniu do podręcznika do wos dla szkół podstawowych – uzupełnienia od lat powszechnie znanego rysunku „piramidy”, obrazującej pięć kategorii potrzeb człowieka: fizjologicznej, bezpieczeństwa, przynależności, uznania i samorealizacji, dołożoną na jej czubku szóstą potrzebą – duchowości, jako tej najwyższej i zapewne – najważniejszej.

 

Co prawda jeszcze tego samego dnia kiedy zamieściłem ów artykuł na OE, na fejsbuku został on przez koleżankę dyrektor Zofię Wrześniewską skomentowany korygującą mylnie podaną przez autorkę owej publikacji w „Gazecie Wyborczej” informację, jakoby była to inicjatywa ministra Czarnka, udokumentowaną zdjęciem uwagą: „Dla uczciwości zdjęcie z podręcznika do WOS dla szkoły ponadpodstawowej (wyd. Nowa era) z 2019 r., czyli przed min. Czarnkiem

 

 

Jak widać – już na tym rysunku widnieje na czubku szósta kategoria potrzeb – co biorąc pod uwagę rok wydania tego podręcznika – musiał on być konsultowany przez kierownictwo wydawnictwa „Nowa Era” jeszcze z panią minister Zalewską.

 

Ale, w moim przekonaniu, ta korekta nie zmienia mojego postanowienia, aby ten fakt skomentować.. Świadczy ona jedynie o jeszcze groźniejszym zjawisku, że te dążenia do narodowo-katolickiej indoktrynacji uczniów polskich szkół, to nie autorska inicjatywa ministra Czarnka, a długofalowa polityka partii rządzącej.

 

Pominę tu powierzchowność podejścia do analizy istoty tej typologii, a zwłaszcza niedoczytania pełnego indeksu potrzeb, określonych w piątym stopniu mianem „samorealizacji”, pod którym to skrótem myślowym kryją się potrzeby takie jak: potrzeba rozwoju swojej osobowości, talentów i zdolności, ale także duchowości (!). Mnie w tej kolejnej inicjatywie scentralizowanego ataku na kształtowanie u uczniów polskich szkół pożądanych przez „talibów” partii rządzącej postaw i wartości, zaniepokoiło, żeby nie powiedzieć – przeraziło – co innego:

 

Czytaj dalej »



Profesor Śliwerski chwali uniwersyteckie kształcenie nauczycieli.

Moje zdanie odrębne w tej sprawie. I nie tylko w tej…

 

 

Za nami tydzień, który kojarzy się z pierwszymi dniami w szkole – najpierw z uczestnictwem w dorocznym obrządku tzw. „uroczystego rozpoczęcia nowego roku szkolnego”, który dla rządowych (i nie tylko) vipów jest okazją do medialnego zaistnienia i przemówienia, a później – do bardziej codziennych obowiązków nauczycielskich i uczniowskich. Jednak nie w tych wydarzeniach znalazłem temat dzisiejszego felietonu.

 

Ale zanim o tym – nie mogę powstrzymać się od wspomnienia, że wczoraj, 4 września, była 8. rocznica pierwszego tekstu w moim „Obserwatorium Edukacji”, którym był pierwszy Felieton na dzień dobry”. Po nim były kolejne, aż do dzisiejszego – 388.!

 

Ale wracam do współczesności. To, co stało się bodźcem moich dzisiejszych refleksji zaistniało w „akademickim zaciszu” u profesora Romana Lepperta, wieczorem 2. września. Przypominam, że była to rozmowa z profesorem Bogusławem Śliwerskim i doktorem Michałem Paluchem o problemach, które są treścią ich wspólnie napisanej książki pt.: „Uwolnić szkołę od systemu klasowo-lekcyjnego”. Nie obawiajcie się – nie będą dziś pisał o wszystkim co mnie z tamtej rozmowy poruszyło. Ograniczę się tylko do tych treści wypowiadanych tam, które wyzwoliły u mnie największy sprzeciw. Oto one”

 

Jako pierwszą skomentuję wypowiedź profesora Bogusława Śliwerskiego, chwalącego polskie uniwersytety, jako miejsca dobrego przygotowywania kandydatów do zawodu nauczyciela.

 

Na pytanie „co ze szkołą wyższą”, w kontekście „jak przygotowuje kandydatów do zawodu nauczycielskiego” – profesor Śliwerski tak odpowiedział:

 

Musimy pamiętać, że to kształcenie nauczycieli ma trzy wymiary: pierwszy wymiar, pierwsza przestrzeń, to są uczelnie akademickie. Ja wymienię te uczelnie, które mają uprawnienia do nadawania tytułów naukowych […]: Mamy znakomite studium profesor Klus-Stańskiej,[…] to szkolnictwo akademickie mamy świetne uniwersytety […], Poznań […], mamy Gdańsk […], to Kraków, to Łódź, to APS (Akademia Pedagogiki Specjalnej). Te kultury świetnej dydaktyki akademickiej są znakomicie rozwijane.

 

Natomiast drugi obszar to są wyższe szkoły, które dzięki politykom, zostały uwolnione od „wysokiego „C”. Powiedziano im: zamiast profesora wystarczy dwóch doktorów, zamiast jednego doktora zatrudniajcie dwóch magistrów. Nie mam nic przeciwko temu żeby zatrudniać dobrych dydaktyków, tylko pytanie: czy ci dydaktycy są dydaktykami eksperymentalnymi, czy mają swoje kliniki, czy maja swoje doświadczenia, którymi mogą promieniować na innych. […]

 

I wreszcie mamy trzeci obszar kształcenia nauczycieli, to jest ten obszar doskonalenia zawodowego, który jest przejęty przez resort władzy. To jest Ośrodek Rozwoju Edukacji […], Instytut Badań Oświatowych, czyli wszystkie te ;podporządkowane władzy struktury […] One będą, rzecz jasna, transponować z góry na dół sposoby wdrażania tego co chce władza. […]

 

Tak jak szkoła szkole jest nie równa, nauczyciel nauczycielowi, tak samo i uczelnie, katedry, instytuty, ten system kształcenia mają większe poczucie oryginalności, nowoczesności, albo jednak utrwalają to co jest powszechnie, od lat pięćdziesiątych utrzymywane w polskim szkolnictwie.

 

W Łodzi Monika Wiśniewska-Kin uzyskała światową nagrodę, pierwsze miejsce, za nowoczesne środki dydaktyczne do nauczania, do alfabetyzacji. […] To oznacza, że my mamy potencjał, że my mamy kadry, że mamy laboratoria w uniwersytetach, tylko że nauczyciele przez nas kształceni w sposób otwarty, światowy, wchodzą do systemu… […] Co z tego, że wejdzie oświecony, świetnie wykształcony, zaangażowany nauczyciel , jak może wpaść w sidła, z których nie ma wyjścia.”

 

Zacznę od zdecydowanego sprzeciwu wobec takiej oceny uniwersyteckich szkół wyższych. Po pierwsze – pojedyncze „rodzynki” typu prof. Kluz-Stańska z UG, tak jak i jedna jaskółka wiosny nie czyni, tak i jej – nietypowy wszak przykład – nie może być argumentem, że uniwersytety dobrze kształcą kandydatów na nauczycieli. Także „targowe” osiągnięcie prof. Moniki Wiśniewskiej-Kin z Katedry Pedagogiki Wieku Dziecięcego z UŁ nie może być argumentem za taką uogólnioną oceną. Bo nie od takich osobowości zależy ostateczny efekt właściwego przygotowania studentów – nie tylko z kierunków pedagogicznych – do ich przyszłej roli nauczyciela. Bo nauczycielami w szkołach – podstawowych, średnich i zawodowych – przede wszystkim zostają absolwenci polonistyki, historii, biologii, chemii, matematyki i wielu innych kierunków. I to nie od sukcesów katedr i instytutów pedagogicznych, a od tych, którzy uczą metodyk tych przedmiotów, którzy potrafią wykazać, że można uczyć – przynajmniej w szkołach podstawowych – wiedzy o społeczeństwie, kulturze i przyrodzie, bez podziału na przedmioty…

 

I jeszcze jeden – moim zdaniem – najważniejszy element, kluczowy w owym przygotowaniu do zawodu: to praktyki – nie wiem dlaczego, nazwane praktykami pedagogicznymi, a nie metodycznymi. Tak długo, jak długo uczelnie wyższe nie będą dysponowały szkołami ćwiczeń, w których jako nauczyciele będą pracowali wybitni w swojej dziedzinie metodycy, ale także nauczyciele akademiccy, prowadzący zajęcia z metodyki (aby nie utracili kontaktu z rzeczywistością), tak długo uczelnie te nie będą miały szans na dobre przygotowanie swoich studentów do zawodu.

 

O tych praktykach wiem co mówię – w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Łodzi (której rektorem w latach 2004 – 2009) był prof. Śliwerski), gdy jego już tam nie było – w latach 2010 – 2012 realizowany był, z wielkim powodzeniem, projekt „Praktyka na miarę szyta. Program praktyk pedagogicznych podnoszących jakość kształcenia w zawodzie nauczyciela”, który choć nie mógł być realizowany w szkołach ćwiczeń, bo ich nie było, był prowadzony w zaprzyjaźnionych szkołach podstawowych. O dorobku tego projektu można przeczytać w publikacji „Dobre praktyki pedagogiczne szansą innowacyjnej edukacji [plik PDF – TUTAJ

 

 

Reasumując:

 

Nie po raz pierwszy czułem się zobowiązany do wypowiedzi w sprawie faktycznego oderwania świata nauki pedagogicznej od rzeczywistości szkolnej. Pierwszą moją, i to od razu bardzo obszerną publikacją na ten temat, zamieszczaną w tygodniku „Gazeta Szkolna”, którego byłem stałym publicystą, była trylogia „Trzy światy edukacji” w ramach której, po opisaniu świata polityki edukacyjnej, jego drugą częścią był tekst „Trzy światy edukacji. Nauka o edukacji”TUTAJ . Trzecia część była o praktyce edukacyjnej.

 

Do tego problemu wracałem później jeszcze kilkakrotnie – ostatni raz w Felietonie nr 324. Votum separatum wobec tez o przydatności diagnoz uniwersyteckich.

 

Czytaj dalej »



Poprzedni felieton zakończyłem słowami:„Nie poruszyłem dziś w ogóle problemu aktualnych nastrojów wśród dyrektorskiego środowiska. Ilu z nich ma jeszcze motywacje by myśleć o szkolnej rewolucji, a ilu zastanawia się kiedy odejść ze stanowiska. Ten problem spróbuje podjąć za tydzień…”

 

Jak to mówią – „słowo się rzekło…” Co prawda nie chodzi tu o darowanie komukolwiek kobyłki, ale… Ale dziś myślę, że złożyłem ową deklarację zbyt pochopnie. Tak naprawdę mam za mało informacji, aby formułować tu jakąkolwiek diagnozę sytuacji i spuentować ją konkluzją. Ale żeby nie być posądzonym o obiecywanie przysłowiowych gruszek na wierzbie – podzielę się tu moimi spostrzeżeniami i – w oparciu o raczej intuicyjnie odbierane sygnały od znanych mi dyrektorek i dyrektorów łódzkich szkół – nazwijmy je proroctwami w sprawie dalszego rozwoju sytuacji kadrowej na kierowniczych stanowiskach polskich szkół.

 

Raz jeszcze przypominam, że nie jestem w tak komfortowej sytuacji, jaką mają sondażownie, publikujące diagnozy wybranych elementów środowiska społecznego, formułowane w oparciu o setki, nawet tysiące przebadanych osób. Ja wystąpię tu raczej w roli szamana, szeptuchy, wróża, który zaryzykuje dziś nie tyle diagnozę, co przepowiednię – głównie w oparciu o posiadaną wiedzę o funkcjonowaniu systemów społecznych i doświadczenie życiowe. No i oczywiście o nieformalne rozmowy ze znajomymi dyrektorkami i dyrektorami szkół. Pewnym źródłem informacji były także liczne wywiady z osobami kierującymi szkołami, publikowane przez media.

 

I jakie formułuję wnioski na podstawie tych tak zróżnicowanych, ale wszak niereprezentatywnych źródeł wiedzy?

 

Pierwsze co dostrzegłem w docierających do mnie informacjach, to stan wielkiego niepokoju, ale i wyczekiwania na rozwój sytuacji. Nie odnotowałem jakiegoś masowego zjawisko opuszczania stanowisk. Znam nawet kilka przypadków, z ostatnich miesięcy, decyzji o przystąpieniu, po upływie pięcioletniej kadencji, do nowego konkursu i wygrania go. Ale znam także przypadki, gdy osoby, którym pozostał jeszcze rok do kolejnego konkursu, mówią, że bardzo poważnie rozważają rezygnację z niego… Jedna osoba bezdyskusyjnie oświadczyła, że za rok nie będzie się ubiegała o kolejną kadencję.

 

Docierały także do mnie informacje o konkursach, do których nie przystąpiła osoba aktualnie kierująca szkołą, a które zostały nierozstrzygnięte… Różnie mówi się o przyczynach: że w ogóle nie było kandydatów, albo że była jedna osoba, ale „słaba”. Bo „dobrzy” nie chcieli kandydować!

 

Najmniej wiem o nastrojach i postawach tych „ze środka kadencji”, którzy mają zagwarantowane jeszcze trzy lub dwa lata pracy na tym stanowisku. Z tego co słyszałem, to większość z nich, podobnie jak w przypadkach opisanych powyżej, przyjęło postawę „pożyjemy, zobaczymy”. Deklarują oni, że jeśli rzeczywistość wdrażania nowego prawa oświatowego faktycznie okaże się tak dla nich tak opresyjna, jak to się dziś przewiduje, to będą woleli odejść ze stanowiska „na własną prośbę” – nie czekając na odwołanie ich przez kuratora.

 

W specyficznej sytuacji są dyrektorki i dyrektorzy, którym do nabycia uprawnień emerytalnych pozostało bardzo niewiele lat. Myślę, że zrozumiałą winna być ich postawa „zacisnę zęby i wytrzymam”. Nawet za cenę przyjęcia postawy oportunisty…

 

Odrębną sprawą jest próba antycypacji przyszłości kadrowej kierownictw polskich szkół w dalszej perspektywie. Mam na myśli wizję bardziej długofalową – jak sytuacja kadrowa będzie wyglądała za dwa, trzy i więcej lat. Ale tu nie uciekniemy od polityki. Wszystko będzie zależało od terminu, w który Polacy będą wybierali nowe władze. I oczywiście od ostatecznego tych wyborów wyniku.

 

Jeżeli dojdzie do zmiany – jeśli wygrają partie prodemokratyczne, proeuropejskie, prorozwojowe – będzie można mówić o szansie na „nowe otwarcie”, na „kadrową zmianę pokoleniową”, na pojawienie się w polskich szkołach dyrektorek i dyrektorów, będących liderami eduzmiany, którzy staną na czele zespołów nauczycielskich, w których ton będą nadawali zwolennicy uczenia się – nie nauczania, motywowania – nie oceniania, nabywania i rozwijania kompetencji przydatnych w przyszłości – a nie rozwiązywania testów…

 

Ale jeśli…. boję się to napisać (tfu, tfu, tfu przez lewe ramię), jeśli aktualna władza po raz trzeci potwierdzi swój mandat…

 

Jeśli by tak się stało… Nie jestem w stanie nawet wyobrazić sobie konsekwencji tego. I to nie tylko w obszarze polityki kadrowej kategorii „dyrektor szkoły”, ale dla całej branży nauczycielskiej, a przede wszystkim dla losu najmłodszych roczników młodych Polek i Polaków…

 

Ale nie czas na krakanie. Trwa „Kampus Polska przyszłości”, jest cała sieć ruchów obywatelskich: feministycznych, młodzieżowych, samorządowych…

 

Niech mi Czytelniczki i Czytelnicy wybaczą ten cytat, ale lepszego nie znalazłem na zakończenie tego felietonu:

 

DUCHA NIE GAŚCIE ! ! !”

 

 

Włodzisław Kuzitowicz



Od chwili, kiedy przeczytałem Krystiana Ostrowskiego „List do dyrektora szkoły, problem ten zdominował wszystkie ewentualne tematy tego felietonu. A zwłaszcza po tym, gdy przeczytałem taką wymianę myśli-komentarzy:

 

Bogusław Olejniczak (Dyrektor IX LO w Łodzi)

Miłe, prawdziwe i takie młode. Sięgaj tam gdzie wzrok nie sięga. Oby się powiodło. Chociaż w małym ułamku. Warto.

 

Zofia Wrześniewska (Dyrektorka Zespołu Szkół Gastronomicznych w Łodzi)

Kilka lat temu wydawało mi się, że to takie proste, że komu jak nie mnie się to uda? Niestety okazuje się, że proces łatwy nie jest i nie każdy nauczyciel chce być autonomiczny. Nie poddaję się jednak i próbuję dalej…

 

Na co autor tamtego listu odpowiedział:

 

Christian Ostrowski

Oczywiście każdy może i powinien działać u siebie lokalnie. Ja jednak marzę o zjednoczeniu wszystkich w kraju. tak mocnym, że ten głos będzie słyszalny i nieustający. I wywrze nacisk na opinię publiczną a nawet rząd.

 

To były komentarze na moim profilu na Fb, gdzie zamieściłem link na OE z owym listem. Ale koniecznie muszę zamieścić jeszcze jeden komantarz – tym razem z fejsbukowego profilu Krystiana (Chrystiana?) Ostrowskiego – także pod tym listem:

 

Joanna Grzywińska-Dybek (Dyrektorka Szkoły Podstawowej im. Armii Krajowej w Blichowie)

 

Piękny przekaz i myślę że każdy, świadomy dyrektor chciałbym dążyć to takiej zmiany… zmiany prowadzącej do lepszego i bardziej przyjaznego postrzegania szkoły. Ale proszę mi wierzyć, że same chęci i drobne działania nie wystarczą dopóki nie zmieni się system wartości edukacyjnych i społecznych… dopóki organy prowadzące będą nas rozliczać za wyniki egzaminacyjne …. dopóki organ nadzorujący będzie pełnił funkcję wyłącznie kontrolującą….. dopóty my dyrektorzy będziemy się tylko „boksować” z dynamicznie zmieniającym się prawem oświatowym i biurokracją …. mając coraz mniej czasu dla Nauczycieli i Uczniów.

 

Pesymistycznie to brzmi ale po kilku latach pracy na stanowisku dyrektora, którą rozpoczynałam z rozłożonymi skrzydłami… dziś te skrzydła mam coraz bliżej ciała….

 

 

x           x          x

 

 

Ale zanim zacznę właściwy felieton – jeszcze kilku cytatów, tym razem wybranych fragmentów „Listu do dyrektora” Krystiana Ostrowskiego:

 

Bo gdyby każdy Dyrektor nagle zaczął patrzeć sercem – nie tylko na ucznia, ale też na swoich nauczycieli, których ma być silnym liderem i przewodnikiem, oraz na każdego rodzica, szkoła stałaby się niezwykłym miejscem, do którego mali ludzie biegliby z rana z radością i chęcią poznawania świata?”

 

A gdyby tak wszyscy Dyrektorzy zjednoczyli się w jednym wielkim proteście i stanęli po stronie tych, dla których istnieje szkoła, gdyby zbuntowali się przeciwko temu wszystkiemu, co ogranicza ich pracę, co zniewala ich kreatywne umysły, co nie pozwala ich nauczycielom na bycie tym, kim powinni być?”

 

Ty, jako Dyrektor, masz możliwość to ZMIENIĆ! Nie potrzebujesz żadnej dodatkowej ustawy, żadnej zmiany prawa! Nie chciałbyś, by zapamiętali Ciebie jako tego, który zaczął kruszyć ten betonowy mur postawiony przez system edukacji? Nie chciałbyś by uczniowie zaczęli Cię kochać i uwielbiać? By rodzice dostrzegli w Tobie człowieka zmian, któremu faktycznie zależy na dobru ich dzieci?”

 

Doceniaj tych nauczycieli, którzy się starają, którym zależy, którzy kochają swoją pracę. Rozwijaj ich skrzydła i pomagaj lecieć coraz wyżej i wyżej. Broń ich przed wszystkim, co ich osłabia.”

 

Nie pozwól, by Twoja szkoła była fabryką produkującą podobnie myślących obywateli, realizujących bezmyślnie podstawę programową, rywalizujących o niewiele znaczące w życiu oceny czy świadectwo z paskiem, skupionych na sprawdzianach czy egzaminach.”

 

Bądź zmianą, którą chciałbyś zobaczyć w świecie. Bądź inspiracją. Bądź światłem! Nie po to się urodziłeś i zostałeś Dyrektorem, by marnować czas na biurokrację. Nie po to zostałeś Dyrektorem, by potwierdzać sensowność istnienia systemu edukacji, którego korzenie sięgają czasów, gdy Polski nie było na mapie świata.”

 

 

x           x           x

 

 

A muszę jeszcze dodać,że – jak to wszyscy czytający mogli zobaczyć – pierwszym materiałem, i w pierwotnym założeniu, jedynym na ten dzień zaplanowanym, było nagranie rozmowy z Wiesławą Mitulską, który zatytułowałem Rozmowa „ku pokrzepieniu serc” – na progu nowego roku szkolnego”.

 

Dopiero po tym, gdy pojawił się ten materiał także na moim profilu, otrzymałem od Krystiana Ostrowskiego (jesteśmy znajomymi na Fb) prośbę o zamieszczenie na OE także jego „Listu do dyrektora”. Taka jest geneza tej zbieżności w czasie obu wypowiedzi: nauczycielki edukacji zintegrowanej, która od wielu lat realizuje autorski program nauczania, zakładający pracę z dziećmi bez ocen, podręczników oraz ćwiczeń, z apelem do dyrektorów szkół, napisanym przez żarliwego „misjonarza” „nauczania po nowemu”, który nauczycielem jast – ale we własnej, prywatnej szkole j. angielskiego, a dyrektorowanie szkołą zna zapewne z obserwacji funkcjonowania dyrektorek/dyrektorów szkół, których był uczniem. Jeśli jest z tym dyrektorskim doświadczeniem inaczej – przepraszam zainteresowanego, ale nigdzie nie mogłem znaleźć jego nauczycielskiej biografii.

 

A jak uczy stare polskie przysłowie – punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

 

Czytaj dalej »



Piszę ten felieton szczególnego dnia, w równie szczególnym tygodniu. Dwa słowa są przebojem tych dni: reasumpcja i kumulacja. To pierwsze zrobiło karierę dzięki naszej starej znajomej, koleżance, nauczycielce historii w szkołach w Jaworze, która zrobiła o wiele większą karierę od innej belferki – „pani od niemieckiego” w krakowskim I LO im. B. Nowodworskiego, która co prawda nazywana jest „pierwszą damą”, ale nie jest – tak jak pani marszałek Elżbieta Witek – „drugą osobą w państwie”.

 

To co pani marszałek Witek zrobiła w środę 11 sierpnia przejdzie do historii, jako majstersztyk w żonglowaniu regulaminem Sejmu dla przeforsowania woli Prezesa. Jako że wszyscy którzy to czytają doskonale wiedzą co działo się w siedzibie polskiego parlamentu przy Wiejskiej owego wieczora nie muszę nic więcej pisać.

 

Ale dlaczego uważam, ze drugim słowem tego tygodnia jest kumulacja? Bo w piątek – nomen omen – 13-ego, media doniosły, że w losowaniu Eurojackpot, w którym skumulowała się rekordowa kwota wygranej – w przeliczeniu na naszą walutę – 410 mln zł, padły dwie wygrane: jedna w Polsce a druga w Finlandii. Każda z tych osób stała się posiadaczem kwoty 206 550 000 zł, oczywiście pomniejszonej (w przypadku Polski) o 10-o procentowy podatek, co oznacza, że ktoś z województwa śląskiego stał się tego dnia multimilionerem, posiadającym kapitał w wysokości ok. 186 mln zł.!

 

Dziś jest także kumulacja dwu świąt: państwowego – Święta Wojska Polskiego i święta kościelnego – Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny. Gdy to piszę wiem tylko, że z okazji tego pierwszego nie odbędzie się tradycyjna defilada – jak poinformował minister Błaszczak – z powodu pandemii. Widziałem także wiernych uczestniczących w obchodach tego drugiego święta – pod Jasną Górą w Częstochowie i wnioskuje, że tam jakimś cudem pandemia nie jest groźna – nikt nie stał w tym tłumie z maseczką na twarzy! O przekazie słownym podczas wystąpień „osób znaczących” na każdym z tych obchodów nie będę się wypowiadał – uczynią to lepiej zawodowcy w wolnych mediach…

 

O czym więc będzie w moim felietonie? O ambiwalencji. To znaczy o tym z jakimi to ambiwalentnymi uczuciami przyszło mi się zmierzyć, kiedy dowiedziałem się o najnowszej decyzji niemiłościwie nam (ludziom oświaty) panującego ministra Czarnka. A takie sprzeczne uczucia wzbudziła we mnie informacja z 10 sierpnia o tym, że został powołany zespół roboczy dla wypracowania rządowego programu wsparcia Młodzieżowych Drużyn Pożarniczych.

 

Tak naprawdę pierwszym moim komentarzem do tej wiadomości był tytuł, jakim opatrzyłem ten materiał, zamieszczając go w OE: MEiN inwestuje w przyszłość… Przyszłość wyborów na wsiach i małych miasteczkach…Już te słowa sygnalizują moją negatywną oceną tego przedsięwzięcia. Znając dotychczasowe przykłady wykorzystywania przez aktualnie rządzących każdej okazji „dojścia” do różnych środowisk dla budowania sobie poparcia w najbliższych wyborach, nie mam cienia wątpliwości, że po Kołach Gospodyń Wiejskich, właśnie Ochotnicze Straże Pożarne we wsiach i małych miastach (po wypchnięciu z nich PSL) są takim środowiskiem kupowania sobie poparcia. A teraz wymyślili sobie, że trzeba jeszcze zainwestować w młode pokolenie. Bo Związek Harcerstwa Rzeczypospolitej gromadzi ten typ młodzieży głównie w dużych miastach, a koła ministrantów to zbyt „elitarne” formuły indoktrynowania młodych ludzi. I nie ma tam dziewcząt…

 

Niech nikogo nie zwiedzie deklaracja, że to wsparcie ma tam trafiać wyłącznie po to, aby Młodzieżowe Drużyny Pożarnicze „mogły prowadzić zajęcia z pierwszej pomocy oraz uczestniczyć w przedsięwzięciach, których celem jest poznawanie kultury i historii swojego regionu.” W tym ostatnim sformułowaniu zakamuflowana jest wszak znana nam panaczarnkowa wizja tej historii i tradycji. Bo inaczej nie podkreśliłby, że ich działalność powinna mieć systematyczny charakter, że mu bardzo zależy, by spotykali się nie tylko okazjonalnie w związku z zawodami strażackimi, ale na zbiórkach cały rok.”

 

I to są powody, które stały się źródłem moich emocji sprzeciwu, woli wyrażenia protestu, delikatnie to określając – niechęci….

 

A gdzie ta ambiwalencja uczuć?

 

Otóż czytając tamtą informację o wsparciu dla Młodzieżowych Drużyn Pożarniczych natychmiast przypomniałem sobie pierwsze miesiące mojej przynależności do ZHP na Nowym Złotnie – peryferyjnej dzielnicy Łodzi. Wtedy to, w ramach naszej 60 LDH, powstał zastęp pożarniczy, którego zostałem członkiem. Naszą „bazą” co prawda nie była OSP, ale jednostka Zawodowej Straży Pożarnej, która właśnie wtedy zaczęła swą działalność w świeżo zbudowanym obiekcie przy ul. Czołgistów. Jej pracownicy prowadzili z nami szkolenia p.pożarowe, udostępnili nam hełmy, pasy i toporki strażackie. A raz w roku, w maju, z okazji Dnia Strażaka, na zabytkowym samochodzie z wysuwaną drabiną, uczestniczyliśmy w paradzie po ulicy Piotrkowskiej.

 

Do dziś pamiętam te chwile, jak bardzo było to dla nas atrakcyjne, ale także jak mocno „wdrukowały się” (przynajmniej w moją) pamięć otrzymywane tam nauki. Ale choć to były lata 1958/1959, czasy PRL, nikt przy tej okazji nie przekonywał nas do panującej wtedy w Polsce władzy.

 

I to było to drugie, przeciwstawne poprzednio opisanemu, uczucie: sentymentalnej życzliwości do projektu, że także i dziś chłopcy i dziewczęta będą mogli, choć w takie formule, realizować swe dziecięce marzenia: „kim chciałbyś zostać”…

 

I tak – jak to powyżej udokumentowałem – „przepracowałem” moje spontaniczne ambiwalentne stany emocjonalne, podtrzymując tylko jedną emocję: sprzeciwu i protestu!

 

 

Włodzisław Kuzitowicz



Zacznę w nietypowy jak na felieton sposób:

 

W miniony piątek Tomasz Tokarz napisał na swoim fejsbukowym profilu:

 

Kiedy politycy zaczynają się zajmować edukacją…

Jeden chce krzyży, inny nie chce.

Jeden chce więcej patriotyzmu, inny mniej.

Jeden chce więcej JPII, inny mniej.

Lewica chce bez krzyży, prawica chce krzyży.

Obie siły chcą narzucać uczniom swoje fantazje.

Czy wszystko musi być ustalane centralnie?

Jeśli rodzicom, uczniom i nauczycielom to odpowiada to mogą sobie nawet wieszać hełm Vadera.

Oddajmy szkoły obywatelom – niech sobie decydują, co, jak, kto.

 

Pod postem pojawił się komentarz Barbary Martysiuk:

 

Obywatele też są podzieleni zarówno rodzice jak i nauczyciele. No chyba że budynek szkoły podzielić; z krzyżem i bez.

 

Na co Tokarz odpisał:

 

To niech sobie to przedyskutują.

 

 

x           x           x

 

 

Zacząłem od tej wymiany poglądów, bo stanowi ona doskonały punkt wyjścia, a także uzasadnienie, tematu dzisiejszego felietonu. Pojawił się on w mojej głowie już w czwartek, gdy przeczytałem: „Tusk krytykuje krzyże w szkołach. Czarnek odpowiada: ‚Wolność, a nie dyktatura lewactwa i ateizmu””.


Donald Tusk uczestniczył w czacie z internautami. Zapytany, czy jego zdaniem w szkołach, w salach lekcyjnych, powinny wisieć krzyże odpowiedział: „Uważam, że nie”. Rozwijając swoje stanowisko dodał „Bardzo chciałbym, żeby tym miejscem, w którym ci, którzy wierzą, mogli się spotkać w pokoju i wzajemnym zaufaniu, pomodlić się, żeby to były kościoły, a nie urzędy publiczne, czy szkoły. Szkoła powinna uczyć nas wzajemnego respektu i szacunku, niezależnie od tego, czy ktoś jest wierzący, czy nie.”


Nie trzeba było długo czekać, aby przeczytać co o takim stanowisku Tuska myśli najbardziej „wyznaniowy” z wszystkich dotychczasowych ministrów edukacji:

 

Na szczęście w Polsce mamy wolność religijną i to rodzice wraz z dyrekcją decydują czy w szkole są i jakie są symbole religijne, zresztą zgodnie z orzecznictwem ETPC i polskich sądów. Wolność, a nie dyktaturę lewactwa i ateizmu jak na Zachodzie” – napisał na Twitterze minister Przemysław Czarnek.


Otóż oświadczam, że nie zgadzam się z taką wizją wojen religijnych w polskich szkołach, wojen prowadzonych pod hasłem wolności obywatelskich.

 

Ciekawe, że Tomasz Tokarz ma w tej sprawie taki sam pogląd, jak minister Czarnek:To niech sobie to przedyskutują” – napisał Tokarz.Taką samą wizję rozwiązania tego dylematu widzi minister: „To rodzice wraz z dyrekcją decydują czy w szkole są i jakie są symbole religijne.”

 

Nie wiem jak obaj panowie wyobrażają sobie taką dyskusję. I według jakich zasad miałaby być podejmowana decyzja. Czy, gdy dojdzie do głosowania w tej sprawie, będzie decydowała większość uprawnionych do głosowania? Czy tylko większość obecnych na zebraniu? Bo już od Sejmu Czteroletniego Polacy wiedzą, że można mieć większość w chwili głosowania, nie mając większości w liczbie uprawnionych do udziału w danym zgromadzeniu.

 

Jeśli tak – to jaka większość? Zwykła, bezwzględna, czy kwalifikowana? Czy będzie można organizować głosowania online? W tym ostatnim rozwiązaniu – co z rodzicami „wykluczonymi sieciowo”? A co z ewentualną wersją głosowania korespondencyjnego – drogą pocztową, „papierowo”? Jak wtedy zagwarantować, że wszyscy o głosowaniu wiedzieli? Że kartkę z odpowiedzią na pytanie referendum wypełnił rzeczywiście rodzic tego konkretnego ucznia? A jeśli dwoje rodziców tego samego ucznia ma w sprawie krzyży w szkole odmienne poglądy? Czyj głos powinien być wzięty pod uwagę przy liczeniu?

 

Czytaj dalej »



Felieton pisany w Polsce 1 sierpnia, w zasadzie powinien mieć jeden oczywisty temat: kolejną rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Nie będe od tego uciekał, choć nie mam zamiaru dołączać do serii państwowych, a zapewne także wielu „oddolny”, rocznicowych uroczystości.

 

Jako urodzony w tym samym roku, w którym nasze polskie, mickiewiczowskie „mierz siły na zamiary” kazało dowództwu Armii Krajowej, w zasadzie z pobudek polityczno-patriotycznych a nie taktycznych, wywołać ów armagedon stolicy Polski, mam szereg osobistych refleksji…

 

Pierwsze mają swoje źródła w dzieciństwie, kiedy to oficjalny przekaz ówczesnych władz, w tym także ten szkolny, był bardzo skąpy lub stronniczy. Jedyna osoba, w gronie dalszych krewnych, będąca „świadkiem historii” – „ciocia Niunia”, która uczestniczyła w Powstaniu jako sanitariuszka i została dwukrotnie odznaczona Krzyżem Walecznych, niewiele zdążyła mi opowiedzieć o tym „jak tam było na prawdę”, gdyż zmarła gdy ja miałem 13 lat. A w ówczesnej szkole, z tamtych gazet i radia niewiele prawdy mogłem się dowiedzieć.

 

Ale żył w rodzinie mit Powstania i bohaterstwa jego Żołnierzy. Jako że równolegle do przekazu oficjalnych władz, także wśród młodych, funkcjonował nurt „zakazanych” źródeł informacji, głównie z zagłuszanych stacji radiowych „Wolna Europa” i „Głos Ameryki”, a także ze słynnego „bum, bum, bum..”, czyli z Radia BBC, kultywowanie pamięci Powstania Warszawskiego było elementem młodzieńczej przekory. Taka stara zasada „zakazanego owocu”, który właśnie dlatego, że jest zakazany, lepiej smakuje.

 

 

Foto:Leszek Łożyński/REPORTER[www.wyborcza.pl]

 

 

Dlatego gdy w wieku 25 lat prowadziłem w 1979 roku mój pierwszy kurs dla kandydatów na harcerskich drużynowych w Poddąbiu, gdy „dopiero co” zakończyły się oficjalne obchody XXV-lecia Polski Ludowej, i nadeszła „ta” data – nie miałem wątpliwości, żeby nie tylko napisać krótki, ale o dużym poziomie emocji, tekst okolicznościowy, w czytanym na porannym apelu rozkazie komendanta, ale także poprowadzić wieczorny „kominek przy świecach” (bo z powodu suszy obowiązywał zakaz rozpalania oignisk), na którym śpiewaliśmy, powszechnie wszystkim znane, choć nie uczone w szkołach, powstańcze piosenki: „Marsz Mokotowa”, „Warszawskie dzieci…”, „Pałacyk Michla”, a także „Sanitariuszka Małgorzatka…” i wiele, wiele innych.

 

Dlaczego tyle o tym piszę? Bo „na tym tle” chcę przejść do wyrażenia moich poglądów o najnowszej inicjatywie Rzecznika Praw Dziecka, a szerzej – ministerialnych zamiarów zwiększenia liczby godzin z historii, jak informują – historii najnowszej. To znaczy tej historii, którą w znaczącym procencie uczniowie znają, lub mogą poznać, z opowieści swoich rodziców, dziadków czy innych krewnych i starszych osób zaprzyjaźnionych. A póki co – oni pamiętają, że to nie Kaczyńscy byli przywódcami strajków sierpniowych w 1980 roku…

 

Przez chwilę, zanim zacząłem pisać dalej, zastanowiłem się: czy mam – jak należało się spodziewać – głośno protestować przeciw tym projektom, czy… czy może im przyklasnąć?

 

To prawda – zwiększanie w szkołach średnich liczby godzin historii do 5 – 6 lub więcej godzin w tygodniu (jak to postuluje Kaczyński) to czysty absurd. W tym czasie prawie pełnoletni uczniowie powinni zdobywać niezbędne kompetencje potrzebne im w bliskiej już przyszłości, a nie tracić czas na oglądanie się za siebie i „rozgrzebywanie” martyrologicznej przeszłości swojego narodu.

 

A czemu miałoby służyć „ukazanie losów najmłodszych ofiar ludobójczej polityki III Rzeszy – także upamiętnienie gehenny dzieci na terenach Polski okupowanej przez ZSRR, powojennych losów sierot wojennych, a także dzieci Żołnierzy Wyklętych, bohaterów polskiego podziemia niepodległościowego”? Czy przymusowe dowiadywanie się przez dzisiejszych uczniów podsatwówek o tym, że przed osiemdziesięcioma laty tamtejsi dorośli zgotowali ówczesnym dzieciom taki tragiczny los, a inni dorośli nie potrafili temu w żaden sposób zaradzić, pomoże im w budowaniu sensu życia w XXI wieku?

 

Protestowałbym przeciw tym pomysłom, jak tylko potrafię, ale… Ale przecież ten protest, jak i wszystkie inne organizowane przeciw temu co robi rząd, nie ma na nich wpływu. I tak zrobią co zamierzyli, nawet z jeszcze większą determinacją.

 

Więc może przyklasnąć tym „hiperpatriotycznym” pomysłom? Uczniowie, zmuszani do czytania tych nowych podręczników historii, do „zaliczania” obowiązkowych wycieczek do „miejsc kaźni”, do czczenia „nowych bohaterów” i „bojowników” o „prawo” i o „sprawiedliwość” w wersji PiS, w znakomitej większości (bo oportuniści byli w każdych czasach) wyjdą z tej „obróbki” z przekonaniem, że to „pic na wodę”, i zajmą się, na własną rękę i przy wsparciu mądrych rodziców, realnymi problemami, takimi jak: ich kompetencje przyzłości, rozwój robotyki i sztucznej inteligencji, ale także kryzys klimatyczny, ekologia i problem zaśmiecenia Ziemi… I swoim osobistym szczęściem…

 

 

 

Włodzisław Kuzitowicz



W internetowym kalendarzu Kalbi, obok tego, że dziś imieniny świętują: Jakub i Krzysztof, oraz jeszcze trzynaścioro „nosicieli” innych imion, wyczytałem, że jest to: „Światowy Dzień Dziadków i Osób Starszych” oraz „Dzień Bezpiecznego Kierowcy”. Jako że nie jestem ani kierowcą, ani dziadkiem i uważam, że starość to stan duch, a ja się jeszcze w tej kategorii nie widzę – przeszedłem w lekturze dalej. A tam przeczytałem takie trzy przysłowia:

 

Ciepły święty Jakub, zimne Boże Narodzenie”

Gdy Jakub z pogodą, w zimie wiele lodu”

Gdy słońce świeci na Jakuba, to będzie zima długa”

 

Wychowałem się na przekazie, że „przysłowia są mądrością narodu”. Ale wszystko wskazuje na to, że w ostatnim stuleciu zmieniły się nie tylko środki podróżowania, przekazywania informacji i sposoby ubierania się, ale przede wszystkim to, co wydawało się nam odwieczne: klimat! I dlatego nie wierzę, iż najbliższa zima będzie mroźna i długa, a Boże Narodzenie zimne.

 

Ale jest tam jeszcze cytat dnia – fragmencik z mickiewiczowskiej „Pieśni Filaretów”* autorstwa Adama Mickiewicza:

 

Nie zamiar podług sił!…”

 

Nie wiem co kierowało autorem/autorami tego kalendarza, że akurat na dzisiaj zadedykowali ten hiperromantyczny apel, który już nie raz doprowadził Polaków do klęski. Bo cała zwrotka, którego cząstką jest ten cytat, zawiera takie przesłanie:

 

Cyrkla, wagi i miary

Do martwych użyj brył;

Mierz siłę na zamiary,

Nie zamiar podług sił.

 

Coś mi się zdaje, że owa sentencja musiała przyświecać od pewnego czasu klubom opozycyjnym, których posłowie skierowali do Prezydium Sejmu wniosek o wotum nieufności wobec ministra Czarnka. Mierzyli siły (swych głosów) na swoje zamiary, a powinni dostosować swe zamiary do realnie posiadanych sił. Nie tylko nic nie ugrali, ale jeszcze wzmocnili pozycję pana uczelnianego profesora w rządzie. I stworzyli mu dodatkową możliwość brylowania przed kamerami telewizji wszystkich opcji…

 

A wielka szkoda, że owi wnioskodawcy nie przeczytali zwrotki, która poprzedza tą z poprzednio przywołanym cytatem:

 

Dziś gdy chce ruszać światy

Jego Newtońska Mość,

Niechaj policzy braty

I niechaj powie: dość.

 

A tak w ogóle, to od początku tej inicjatywy z owym wotum nieufności miałem przekonanie, że to tylko taka inscenizacja „ku pokrzepieniu serc”. Bo nawet gdyby się powiodła, to co by dało odwołanie Czarnka? Moim zdaniem – jedynie zmianę wizytówki na drzwiach gabinetu ministra i wymianę pieczątki – starej na nową. Jak mogłem przeczytać w piątkowej (z 23 lipca 2021r.) „Gazecie Wyborczej”, nie tylko ja jestem tego zdania. A tam, co prawda dopiero na 10. stronie, zamieszczono zapis rozmowy z Igą Kazimierczyk – prezeską Fundacji „Przestrzeń dla Edukacji”, zatytułowany „Wszystkie grzechy Czarnka”. Tekst ten w e-wersji ma tytuł „Świat zastanawia się nad przyszłością, my debatujemy o cnotach. Za co Czarnkowi należy się dymisja

 

Może to nie w stylu felietonowym, ale muszę zacytować wypowiedź pani dr Kazimierczyk z tego wywiadu:

 

Czytaj dalej »