Archiwum kategorii 'Felietony'

Trudno pisać dziś „felietonowo” – w dzień tak brzemienny w skutki naszych – poważnych i rozważnych – wyborów, już dokonanych, albo zamierzonych wkrótce po lekturze – myślę o tych, którzy czytają mnie jeszcze teraz, w niedzielę.

 

Aby nie być sądzonym za za łamanie ciszy wyborczej pozwolę sobie jedynie na zacytowanie fragmentu z lansowanego wczoraj na stronie OE tekstu o myśleniu krytycznym – jako moje „memento” przed wyjściem do lokalu wyborczego:

 

Dzięki myśleniu krytycznemu ludzie […] potrafią:

 

>analizować, tworzyć hipotezy, oceniać,
>rozpoznawać emocje swoje i innych osób,
>tworzyć logiczne powiązania,
>myśleć o konsekwencjach,
>sprawdzać fakty,
>odróżniać fakty od opinii,
>przetwarzać informacje,
>kwestionować oczywistości i własne założenia.

 

Jako ze w Polsce od pewnego czasu właściwie każdy temat może być uznany za „polityczny” np. krytykowanie zmian w systemie sądownictwa, czy okrzyki „Konstytucja!”, nie odważę się dziś na snucie rozważań, czy nazwiska Marka Suskiego – szefa Gabinetu Politycznego Prezesa Rady Ministrów i Mirosława Suskiego – dyrektor generalny Łódzkiego Urzędu Wojewódzkiego to „przypadkowa zbieżność”, czy może jednak…

 

 

Pozostaje mi zakończyć dzisiejszy felieton apelem-plakatem:

 

 

Włodzisław Kuzitowicz



Źródło: www.oskko.edu.pl/images/den2018.png

 

 

Powyżej pozwoliłem sobie na ten graficzny cytat, zaczerpnięty ze strony Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty – wierzę, że mi szefostwo OSKKO wybaczy.

 

Ja do tych życzeń dołożę jeszcze, że nie tylko naszym czytelniczkom i czytelnikom, ale wszystkim koleżankom  i kolegom „z branży” życzę wiary w siebie i dobrej (ale adekwatnej) samooceny, aby – zgodnie z najważniejszym przykazaniem – „miłowali ucznia  swego jak siebie samego”!

 

 

A przy tej okazji, którą jedni nazywają, tradycyjnie, Dniem Nauczyciela”, a inni „służbowo” – Dniem Edukacji Narodowej, sięgnąłem do źródeł, aby kilka – na co dzień zapomnianych – faktów przypomnieć.

 

Najmłodsi nie mogą pamiętać, że Dzień Edukacji Narodowej wszedł do kalendarza obchodów w Stanie Wojennym, a konkretnie, a wyniku uchwalenia 26 stycznia 1982 roku ustawy „Karta Nauczyciela”, w której ustawodawcy zapisali, iż od tego roku każdego 14 października będzie obchodzony Dzień Edukacji Narodowej, aby w ten sposób upamiętnić rocznicę powstania Komisji Edukacji Narodowej. 

 

Została ona utworzona z inicjatywy króla Stanisława Augusta Poniatowskiego i zrealizowana w dniu 14 października 1773 roku przez Sejm Rozbiorowy. Warto przypomnieć, że choć ogólna ocena tego „ciała”, funkcjonującego do 1974 roku, jest pozytywna, to nie wszyscy wiedzą, że pierwszym prezesem KEN został biskup wileński Ignacy Jakub Massalski, który na tym stanowisku dokonał wielu nadużyć finansowych w szkołach litewskich i w 1776 został usunięty z tego stanowiska. Poza nim członkami Komisji byli posłowie wywodzący się z magnackich rodzin, m.in.: Adam Kazimierz Czartoryski, Joachim Chreptowicz, Ignacy Potocki i Andrzej Zamoyski. Ponadto w pierwszym składzie Komisji był jeszcze jeden biskup – biskup płocki Michał Poniatowski oraz August Sułkowski i Antoni Poniński. [Źródło: www.pl.wikipedia.org]

 

KEN powołał, jak to napisałem, Sejm Rozbiorowy – sejm działający w latach 1773–1775, powołany przez trzy ościenne mocarstwa zaborcze: Rosję, Prusy i Austrię, w celu zatwierdzenia aneksji części Rzeczypospolitej w czasie I rozbioru Polski. [Źródło:www.pl.wikipedia.org]

 

Że też jeszcze rząd PiS-u i jego pani minister edukacji nie dostrzegli takich okoliczności, kompromitujących tradycję tego nauczycielskiego święta…

 

A przed 1982 rokiem, począwszy od roku1957, obchodzony był Dzień Nauczyciela, wprowadzony podczas zorganizowanej przez ZNP Światowej Konferencji Nauczycielskiej w Warszawie, kiedy to ustalono, że 20 listopada będzie Międzynarodowym Dniem Karty Nauczyciela i świętem nauczycieli.

 

 

Czytaj dalej »



Z wielu wydarzeń kończącego się tygodnia, które wywoływały moje – mniej czy bardziej emocjonalnie zabarwione – reakcje, ostatecznie wybrałem to, w którym uczestniczyłem, czyli debatę o szkolnictwie zawodowym, którą w piątek obserwowałem w auli Centrum Kształcenia Zawodowego przy ul.Żeromskiego w Łodzi i którą pokrótce zrelacjonowałem w materiale, zatytułowanym: Zmarnowana szansa poważnej rozmowy: „Jak doskonalić kształcenie zawodowe”.

 

Już ten tytuł jednoznacznie określał moją ocenę tego wydarzenia, Także pewne fragmenty owej relacji, takie jak ten poniżej przywołany, miały także poinformować czytelnika o merytorycznej jakości tego wydarzenia:

 

„Nie będziemy dalej relacjonować „minuta po minucie” przebiegu tej „debaty”, gdyż wypowiedzi panelistów którzy zasiedli na scenie, dla osób wprowadzonych w problemy kształcenia zawodowego – powiedzmy to delikatnie – nie były odkrywcze, zaś dla zgromadzonych w drugiej części auli uczniów – mało interesujące”

 

Ale zacznijmy od początku. Nie przpadkowo pierwszym zdaniem piątkowej relacji było: Zwiedzeni wielce obiecującą zapowiedzią, którą usłyszeliśmy 3 września, podczas ogólnołódzkiej inauguracji nowego roku szkolnego z ust samego pierwszego wiceprezydenta Łodzi Tomasza Treli…

 

Pora więc zacytować (zapisaną z poczynionego wówczas przeze mnie nagrania) ową zapowiedź:

 

„Dzisiaj ogłosiliśmy, że 5 października […] organizujemy w Łodzi wielką debatę na temat przyszłości szkolnictwa zawodowego i myślę, że ta przyszłość szkolnictwa zawodowego skupi w Łodzi 5 października osoby spoza naszego miasta, żeby podyskutować i wyznaczyć kierunek, jak powinna rozwijać się nowoczesna gospodarka […] w oparciu o szkolnictwo zawodowe.”

 

Na kilka dni przed realizacją tych wielkich planów o wielkiej debacie, na konferencji prasowej (2 października) ten sam wiceprezydent Trela zawęził cel owego przedsięwzięcia do poszukiwania odpowiedź na pytanie: co jeszcze może zrobić samorząd, aby wzmocnić tę formę kształcenia”.

 

W piątek, już na miejscu, niewtajemniczeni wcześniej (nieliczni) uczestnicy dowiedzieli się, że będzie ona dotyczyła wyłącznie branży tekstylno-odzieżowej... A czym okazała się w rzeczywistości – patrz przywoływana wcześniej relacja. W uzupełnieniu opisanych tam faktów dodam jeszcze kilka refleksji:

 

Czytaj dalej »



Trochę to trwało, ale się udało… Mimo „gorących tematów”, dostarczanych codziennie, wywiązuję się z obietnicy, którą złożyłem w zakończeniu niedzielnego felietonu. Oto obiecane komentarze, dotyczące wydarzeń minionego tygodnia:

 

III Kongres Zarządzania Oświatą – OSKKO

 

Po kilku rozmowach z uczestnikami kongresu i na podstawie moich  spostrzeżeń, dokonanych podczas analizy jego harmonogramu, mam takie refleksje:

 

Osoby z którymi rozmawiałem odniosły wrażenie, że wiodącym tematem było RODO i „techniczne” porady dla dyrektorów typu „jak sobie radzić z władzami”. Cała reszta to „wypełniacze”…

 

Ja dokonałem innego spostrzeżenia: na kongresie zabrakło przedstawicieli dwu nurtów „odnowy” naszej szkolnej metodyki kształcenia:

 

Centrum Edukacji Obywatelskiej, którego, wtedy jeszcze prezes – dr Jacek Strzemieczny na kongresie we Wrocławiu (2015) odbierał dyplom uznania, a jeszcze rok później – w Gdańsku – aktualny prezes CEO – Jędrzej Witkowski prowadził znakomite zajęcia o samorządności uczniowskiej, a Danuta Sterna przekonywała do projektu OK Zeszyt”.

 

Ruchu „Budzącej się Szkoły” – najbardziej progresywnego środowiska, promującego radykalną zmianę paradygmatu szkoły: „od nauczania do uczenia się”!

 

I ostatnia refleksja bardziej generalna: Przez wiele lat (a towarzyszę OSKKO od pierwszego kongresu w Łodzi) obserwowałem narastającą funkcję „transmisyjną”, jaką te spotkania spełniały między środowiskiem dyrektorów szkół a ministerstwem edukacji. W zasadzie na większości z kongresów dochodziło do spotkań ich uczestników z ministrem lub co najmniej wiceministrem edukacji, który otrzymywał od nich „informację zwrotną” – także w postaci wypracowanych uwag i postulatów pod adresem MEN. Od XI kongresu ta tradycja została przerwana… Nie tylko, że począwszy od zeszłorocznego XII kongresu odbywają się one bez honorowego patronatu MEN, to nie ma na nich nawet najniższej rangi przedstawiciela ministerstwa. I choć i w tym roku w programie znalazł się czas na wypracowanie stanowiska w sprawie zmian systemowych w oświacie, a organizatorzy zadeklarowali, że wystąpią do resortu edukacji z tym stanowiskiem, to efekt tej inicjatywy będzie zapewne podobny do analogicznej deklaracji sprzed roku, z Krakowa… Bez echa….

 

 

XXIV sesja Sejmu Dzieci i Młodzieży

 

Czytaj dalej »



Zaczynając przed tygodniem poprzedni felieton przypomniałem moje pytanie o to, czy nauczyciele aktualnie pracujący w polskich szkołach są gotowi do przeprowadzenia „oddolnej” rewolucji systemu. A ten jego fragment spuentowałem zdaniem:

 

Za tydzień będę już bogatszy o wnioski z uczestniczenia w założycielskim spotkaniu Łódzkiego Regionalnego Klubu Budzących się Szkół,mój optymizm w powodzenie oddolnej reformy naszego systemu szkolnego zostanie – no właśnie: wierzę, że umocniony.”

 

Wczoraj mogłem przekonać się „naocznie”, że moja intuicja nie tylko mnie nie zawiodła, ale rzeczywistość okazała się jeszcze wspanialsza. Sądząc po liczbie osób, które uczestniczyły w tej pierwszej regionalnej konferencji, zapowiadanej we wszystkich komunikatach hasłem „Razem zmienimy edukację” – mam prawo do optymizmu.

 

Ale… Ale doświadczenia, zdobyte w moim – wszak już bardzo wieloletnim – aktywnym uczestnictwie nie tylko w wielu rolach środowiska oświatowego, ale szerzej – społecznego, każą mi zachować pewną rezerwę w ogłaszaniu hurraoptymistycznych prognoz.

 

 

To czego wczoraj byłem świadkiem można przyrównać raczej do sytuacji punktu rekrutacyjnego ochotników do walki z zaborcą – np. podczas Powstania Listopadowego, niż do pierwszej zwycięskiej potyczki z wrogiem. Aby dalsze losy naszej rewolucji kopernikańskiej nie skończyły się jak wtedy – bitwą pod Olszynką Grochowską, która mimo ogromu ofiar nie przyniosła zwycięstwa, teraz jest czas na szkolenie kadr i szeregowych żołnierzy. Trzeba ich nie tylko wspierać, ale przede wszystkim wyposażyć w „broń”, którą są:  zdobycze współczesnej wiedzy o funkcjonowaniu ludzkiego mózgu,  przykłady „nowej metodyki uczenia się”, czyli tych wszystkich „lekcji odwróconych”, metody małych projektów „na co dzień”, zajęć (nie lekcji) typu „zobacz, dotknij, poszukaj”, aby – gdy już wypowiedzą posłuszeństwo swoim nawykom, „tradycji przodków” i politykom sprzyjającym szkole posłusznych dzieci (przyszłych obywateli) – nie stali na przegranych pozycjach. Aby mogli powiedzieć: swoim uczniom, ich rodzicom, całemu systemowi nadzoru i egzaminów zewnętrznych, ale także sobie samym:

 

PATRZCIE, UCZYLI SIĘ „PO NOWEMU”, A NIE TYLKO, ŻE ZDAJĄ TE EGZAMINY I MATURY, ALE – W PRAKTYCZNYM ŻYCIU – OSIĄGAJĄ WIĘKSZE SUKCESY OD TYCH WASZYCH „PRYMUSÓW”!

 

I w tm momencie skojarzył mi się Bartek Rosiak – absolwent SP nr 81 – pierwszej łódzkiej „obudzonej szkoły”! Przypomniał o sobie, nie po raz pierwszy, po tym, jak przeczytałem w komunikacie MEN, że minister Zalewska powołała III kadencję Rady Dzieci i Młodzieży RP przy Ministrze Edukacji Narodowej, i zobaczyłem tam, iz w składzie owej rady, jako jej pełnoprawny członek (nie zatępca członka), reprezentujący województwo łódzkie, jest właśnie Bartłomiej Rosiak.Nie mam wątpliwości, że wszystkie jego odniesione dotąd, ale wszak nie ostatnie, sukcesy mają swoje źródło właśnie w atmosferze, w której wzrastał w owej podstawówce, w jego „otwierających” i bazujących na mocnych stronach osobowości nauczycielach, w „treningu” kompetencji społecznych – autentycznych, nie „atrapowych” – jakie odbył w strukturach szkolnej samorządności.

 

 

Czytaj dalej »



Przed tygodniem zacząłem i zakończyłem mój felieton pytaniem: „Czy nauczyciele aktualnie pracujący w polskich szkołach – jako kategoria zawodowa, ale i jako określone tą profesją środowisko społeczne – są gotowi do przeprowadzenia „oddolnej” rewolucji systemu?”

 

Stawiając je miałem świadomość, że jest to pytanie retoryczne, że nie tylko w jednym krótkim felietonie nie ma możliwości udzielenia na nie pełnej, prawdziwej odpowiedzi, ale że w ogóle taka odpowiedź jest niemożliwa, gdyż w tak licznym i zróż- nicowanym środowisku jakie tworzą nauczyciele, nie można oczekiwać jednolitych postaw i zachowań.

 

Nie trudno więc było domyślić się, że był to rodzaj prowokacji intelektualnej, która za cel postawiła sobie dotarcie do tych wszystkich „niezdecydowanych” (bo przekonanych przekonywać nie ma potrzeby), którzy sprowokowani moimi „szpilkami” (czytaj – motywatorami) postawią sobie za punkt honoru dołączenie do owych „legionistów”. a może raczej do grona „hodowców kur grzebiących” (czytaj – nauczycieli pozwalających swoim uczniom na samodzielne poszukiwanie wiedzy i rozwiązywanie problemów) – choćby po to, aby wraz z nimi przeżywać radość odkrywców!

 

Za tydzień będę już bogatszy o wnioski z uczestniczenia w założycielskim spotkaniu Łódzkiego Regionalnego Klubu Budzących się Szkół,mój optymizm w powodzenie oddolnej reformy naszego systemu szkolnego zostanie … no właśnie: wierzę, że umocniony.

 

A dzisiaj, dzisiaj nie mogę udawać, że nie zauważyłem protestu członków ZNP i innych związkowców zrzeszonych w Ogólnopolskim Porozumieniu Związków Zawodowych, maszerujących wczoraj ulicami Warszawy z transparentami, na których wypisali hasła, takie, jak: „Chcemy godnie zarabiać! Teraz!”, „Mamy dość niskich zarobków”, „Mamy dość złego ministra edukacji”, „Reforma Zalewskiej to krzywda dzieci”, „Reforma Zalewskiej to krzywda nauczycieli”.

 

Zacytowałem kilka z nich, aby zilustrować w ten sposób dwie płaszczyzny owego protestu: socjalno-bytową, czyli walkę – wraz z całą „budżetówką” – o lepsze wynagrodzenia, ale także postulaty dotyczące „warsztatu pracy” nauczycieli, czyli tego, co władza nazywa „reformą”, a jej przymusowi realizatorzy (nauczyciele) i „ofiary” (uczniowie i ich rodzice) – deformą.

 

Dobrze się stało, że nauczyciele-uczestnicy tego protestu przeszli później pod gmach MEN, gdzie pod hasłem „Kumulacja chaosu” protestowali rodzice z ruchu „Rodzice Przeciwko Reformie Edukacji”.

 

Czytaj dalej »



Dziś nie będzie kontynuacji tematu o „sadzeniu róż świadomości obywatelskiej” w umysłach naszych uczniów. Dzisiaj zaryzykuję i wejdę na grunt, może nie grząski, ale bezapelacyjnie „śliski” i podejmę próbę odpowiedzi na pytanie:

 

Czy nauczyciele aktualnie pracujący w polskich szkołach – jako kategoria zawodowa, ale i jako określone tą profesją środowisko społeczne – są gotowi do przeprowadzenia „oddolnej” rewolucji systemu?”

 

A co do tego ma tytuł tego felietonu? Poczytajcie dalej, to się dowiecie!

 

Już na wstępie zastrzegam, że będzie to tylko próba, że mam świadomość iż temat przerasta skromne możliwości emeryta-felietonisty (co prawda z bogatą i różnorodną co do zdobytych doświadczeń przeszłością) i że tak naprawdę robię to nie po to, aby na tak sformułowany „problem badawczy” odpowiedzieć moją „jedynie słuszną” diagnozą (jak to lubią czynić różni utytułowani naukowcy), ale aby sprowokować (optymista ze mnie!) ewentualną dalszą dyskusję…

 

Skąd w ogóle takie pytanie? Bezpośrednim bodźcem stał się post z profilu dr Żylińskiej, który sprowokował mnie wczoraj do zamieszczenia materiału o dwu obliczach tej samej szkoły. Oto fragmenty tego tekstu, które „zasiały” ziarno dzisiejszego felietonu:

 

Nauczyciele mają w społeczeństwie złą opinię. To fakt, nad którym ubolewam, bo sama znam wielu świetnych i oddanych dzieciom /uczniom nauczycieli. Ale jak długo pracują w szkołach nauczyciele, którzy dzieci krzywdzą, i którzy dostarczają niemoralnych wzorców zachowania, tak długo wszyscy przedstawiciele tej grupy zawodowej będą mieli zły PR. Bo jeden nauczyciel, który wymusza podpisy pod takim dyktatem, psuje opinię stu świetnym pedagogom.[…]

 

Łódź to miasto, w którym chyba dzieje się najwięcej, jeśli chodzi o zmiany modelu szkoły. To miasto, w którym wielu nauczycieli stara się tworzyć uczniom przyjazne warunki, ale właśnie z Łodzi dostałam najgorsze regulaminy i „kontrakty.”

 

No właśnie! A już niedługo, bo 29 września, pod hasłem „Razem zmienimy edukację”, odbędzie się spotkanie założycielskie Łódzkiego Regionalnego Klubu Budzących się Szkół.

 

Sądząc po tak sformułowanym haśle, organizatorzy spotkania są przekonani, że taka zmiana jest możliwa. Kluczowy w nim jest jednak desygnat tego małego słowa „razem”. Bo można je interpretować wąsko: „Razem z tymi, którzy wstąpią do tego klubu”, ale można też szeroko: „Wszyscy nauczyciele w łódzkich (i ościennych) szkołach będą w stanie zmienić edukację„.  A my, członkowie tego Klubu, będziemy taką „Pierwszą Kadrową” na tej drodze do niepodległości ucznia w szkole…

 

Jeśli miałbym wyznać tutaj która z tych wersji, według mnie, jest bliższa prawdy, to opowiadam się za tą drugą. A to dlatego, że taka wizja „eduzmieniaczy„, żyjących w przekonaniu o „sprawczej sile własnego przykładu” może prowadzić jedynie do przekształcenie owych „klubowiczów” w oświatową sektę, traktowaną przez pozostałe „masy nauczycielskie” co najwyżej tak, jak Amisze są traktowani w USA, albo ortodoksyjni Żydzi, paradujący w swych chałatach po uliczkach Jerozolimy, będący w tłumie pozostałych obywateli Izraela swoistą „atrakcją turystyczną”.

 

I taka wersja jest wersją optymistyczną. Bo możliwa jest także taka, w której członkowie Regionalnych Klubów Budzących się Szkół zaczną być postrzegani przez pozostałą brać nauczycielską jako zagrożenia dla ich „małej stabilizacji”. A to może wywołać działania „obronne”, przejawiające się w jeszcze mocniejszym „okopaniu się na zajmowanych pozycjach„, a być może także w formie swoistych działań „sanitarnych” – dążeniu do zniszczenia ognisk „zarazy”!

 

Dlatego ja opowiadam się za wersją „Pierwszej Kadrowej”. Byle by nie powtarzać błędów Piłsudskiego, który nie przewidział, że nikt w Kongresówce, a konkretnie w Kielcach, nie będzie ich witał entuzjastycznie. Jak wspominał po latach generał Felicjan Sławoj Składkowski „Ludność przyjęła nas dość obojętnie. Pojedynczy ludzie witali nieśmiało”.

 

 

Czytaj dalej »



W felietonie nr 228. „O pilnej potrzebie sadzenia róż świadomości obywatelskiej” po raz pierwszy, zainspirowany przysłowiem „Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy” ogłosiłem hasło „Sadźmy róże”. Bo zrozumiałem że właśnie teraz, właśnie po tym wszystkim co już się w naszym kraju z prawem i wolnościami obywatelskimi stało i co – jasno to już widać – zapewne jeszcze się stanie”, że właśnie teraz powinienem skierować apel do nieobojętnych na wszystko nauczycieli, do świadomych tego nieszczęścia rodziców i do wszystkich innych, którym nie jest wszystko jedno w jakim kraju żyją – byle z dużym kontem w banku.

 

To wtedy zrozumiałem,że naszym wspólnym i najważniejszym obowiązkiem jest „sadzić róże”! Róże wartości demokratycznych i wolnościowych, róże podstaw wiedzy o zasadach funkcjonowania państwa prawa, sadzone w głowach naszych uczniów, tych jeszcze bardzo młodych (bo czym skorupka…), a zwłaszcza tych, którzy już w tym roku, a także w przyszłym i w latach następnych dołączą do grona obywateli z czynnym prawem wyborczym, okażą się najbardziej skutecznym orężem walki z rzekomo „wstającymi z kolan małymi ludźmi”, wtrącającymi nas w „mroki średniowiecza”…

 

Obiecałem wtedy, że będę do tego wracał, że na pewno za tydzień będzie ciąg dalszy o „sadzeniu róż świadomości obywatelskiej”…

 

Lecz za tydzień, 29 lipca, w felietonie nr 229. O sadzeniu róż będzie we wrześniu. A dziś o roli rozumu – napisałem, że „już we wtorek nabrałem poważnych wątpliwości, czy dobrze zrobię kontynuując podjęty wówczas temat „ogrodnictwa obywatelskiego”, który w myśl mojej różanej metafory miałby polegać na „zasadzaniu” w świadomości naszych uczniów, zwłaszcza tych, którzy już wkrótce staną się wyborcami, podstawowej wiedzy o naszej Konstytucji, a co za tym idzie – o funkcjonowaniu demokratycznego państwa, o trójpodziale władzy, o roli parlamentu, o reprezentatywnej ordynacji wyborczej – pisząc o tym wszystkim w środku wakacji, gdy afrykańskie upały nie pomagają w czytaniu poważnych i mających aspiracje wywołania konkretnych działań, popełniam błąd.

 

Dlaczego zmieniłem zdanie i złożyłem deklarację, że do tematu „sadzenia róż świadomości obywatelskiej” powrócę, ale na początku września. Nie wywiązałem się z tej deklaracji przed tygodniem – czynię to dzisiaj.

 

 

Czytaj dalej »



Jeszcze wczoraj, do wczesnych godzin popołudniowych, byłem przekonany, że tematem kolejnego felietou będzie ów „tasiemiec”, zamieszczony w środę na stronie MEN, która to informacja – rekordowo długa i niespotykana w takiej formule jaką jest oficjalna strona internetowa – miała zapewne w intencji jej redaktorów, a zwłaszcza tej która to zatwierdziła „do druku” – minister Zalewskiej – „zagadać” wszystkie, dochodzące z różnych stron od nauczycieli, ale także i od rodziców, obawy co do czekających nasze szkoły problemów tego nowego roku szkolnego.

 

Jednak nie mogę pozostawić bez komentarza tego, co wydarzyło się wczoraj w III Liceum Ogólnokształcącym w Gdyni, gdzie Pierwszy Obywatel RP jawnie, bo w obecności kamer telewizyjnych, złamał prawo oświatowe. I nie zdołała go przed tym powstrzymać jego małżonka – jak powszechnie wiadomo – nauczycielka, zdająca sobie doskonale sprawę z niestosowności czasu i miejsca do tak jawnego uprawiania polityki.

 

Należy w tym miejscu przypomnieć, że jednoznaczną wykładnię artykułu w Ustawie Prawo Oświatowe, mówiącego o działalności politycznej na terenie szkoły, dała osobiście minister Zalewska, gdy w 1917 roku odpowiadała w Sejmie na pytanie posłanki PO, aby przedstawiciel rządu wyjaśnił opinii publicznej, dlaczego nauczycielki z Zabrza stanęły przez komisją dyscyplinarną. Przypomnę, że to „przestępstwo” polegało na tym, iż owa nauczycielka podczas tzw. „czarnego protestu”, wraz z koleżankami, przyszła do pracy ubrana na czarno…

 

Przypomnę też, że minister Zalewska podkreśliła wtedy, iż w ustawie jest jednoznacznie zapisane, iż na terenie szkoły nie można prowadzić działalności politycznej, ani agitacji politycznej.

 

Kto w tym gdyńskim przypadku powinien zostać postawiony przed komisją dyscyplinarną? Wiadomo, że nie Pan Prezydent RP – przynajmniej nie teraz, bo broni go immunitet. Dyrektor szkoły, który zaprosił go na to spotkanie, o którym w mediach napisano, iż „Andrzej Duda razem z Agatą Kornhauser-Dudą na uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego wybrali III Liceum Ogólnokształcące, jedną z najlepszych szkół średnich w Gdyni.”?

 

 

Czytaj dalej »



W zasadzie dziś powinienem pisać felieton o kolejnym numerze 133. Niestety, Już Jan Kochanowski w swym Psalmie 112 napisał: Taki co w głowie uradzi, do skutku nie doprowadzi„. Tak było i w moim przypadku. I trudno nie wierzyć w to, że 13 przynosi pecha. gdyż właśnie 13 sierpnia dostałem od tej Białej Pani z kosą sms-a „Uważaj koleś, bo mam cię już na mojej liście usług!”

 

Tym razem udało się (skutki mikroudaru zaczęły żwawo ustępować już po dwu dniach}, ale… Dlatego niedzielę 19 sierpnia spędziłem na szpitalnym łóżku, bez mojego stałego oprzyrządowania i podłączenia „do sieci”.

 

Dziś jest już czwarty dzień mojego funkcjonowania w warunkach domowych i .pełnego powrotu do dotychczasowych zajęć – w tym do redagowania materiałów do OE. I oczywiście do pisania kolejnego felietonu. Mam nadzieję, że nie będzie on przydługi – wszak wena twórcza została już wczoraj wyeksploatowana podczas pisania kolejnego eseju wspomnieniowego..[Jak nie stałem się „kolegą z pracy” zabójcy ks. Popiełuszki]

 

Nie będę komentował faktu powołania (już drugiej w tej kadencji) Łódzkiej Wicekurator Oświaty – poczekam do czasu, gdy jej działania na tym stanowisku wydadzą jakieś owoce, po których poznamy ją.

 

Odpuszczam sobie i inne wydarzenia, zarejestrowane w piątkowym subiektywnym wyborze publikacji o ogólnopolskim zasięgu, z wyjątkiem jednego – podpisania przez minister Zalewską rozporządzenia w sprawie doradztwa zawodowego.Nie zostało ono do dzisiaj opublikowane w Dzienniku Ustaw, przeto nie będę analizował jego, nie posiadających jeszcze mocy prawnej, konkretnych sformułowań. Skomentuję jedynie te informacje, które 21 sierpnia zamieszczono w komunikacie o podpisaniu tego rozprządzenia na stronie MEN.

 

Zacznę od sprawy podstawowej. A jest nią terminologia, od pewnego czasu używana dla określenia tych działań edukacyjnych, których zmianę można było wprowadzić przy tej okazji.

 

Czytaj dalej »