Archiwum kategorii 'Felietony'

To będzie takie moje ćwiczenie z empatii… Jego pomysł zrodził się wczoraj: podczas mojej obecności na uroczystości 28 Święta Okręgu Łódzkiego ZNP, na które zostałem zaproszony do Klubu Nauczyciela przez Prezesa Zarządu tegoż okręgu. To – jednak lokalne – wydarzenia zostało dowartościowane obecnością Prezesa ZNP Sławomira Broniarza, a także jednego posła na Sejm RP (i to nie wybranego głosami łodzian –startował w okręgu Sieradz :Zgierz, Pabianice, Kutno, gdzie w 2015 r. dostał 8082 głosów),oraz jednego byłego, kiedyś bardzo medialnie popularnego, młodego  posła partii, która w ostatnich wyborach nie weszła do Sejmu, który z niej wystąpił wiosną tego roku i jest teraz jednym z liderów pewnego bardzo lewicowego stowarzyszenia.

 

Bo to, że zaszczycił tę uroczystość Pierwszy Wiceprezydent m. Łodzi Tomasz Trela, nadzorujący (jak piszą niektórzy – odpowiedzialny za)  łódzką oświatę, to nie może nikogo dziwić. I nie jest organizatorów „winą”, że jest on szefem łódzkich struktur SLD i wiceprzewodniczącym tej partii w skali krajowej.

 

W rzędzie vipów, obok reprezentującej ŁKO pani wicekurator Elżbiety Ratyńskiej (wręczała  w imieniu MEN medale KEN), zasiadł jeszcze jeden, świeżo upieczony polityk – nowy szef łódzkiej struktury Partii „Nowoczesna” – 37-letni adiunkt w Instytucie Filologii Germańskiej UŁ. Myślę, że nie tylko mnie rozbawiło jego wystąpienie, w którym usiłował „podbić serca” obecnych na uroczystości weteranów ZNP zwierzeniem: „wychowałem się od dziecka z ZNP, bo do tego związku należała moja mama”.

 

W jakim celu tak precyzyjnie  prezentuję  polityków, obecnych na wczorajszym związkowym święcie? Jest mi to potrzebne, jako punkt wyjścia, do snucia kolejnych refleksji wokół problemu, który sformułowałem siedząc wczoraj w Klubie Nauczyciela: „Kto komu jest bardziej potrzebny: politycy działaczom związkowym, czy przeciwnie – to politycy szukają „dojścia” i popularności w szeregach członków związków zawodowych?”

 

Czytaj dalej »



Jeszcze w piątek byłem prawie pewien, że felieton będzie moim komentarzem do wywiadu, jakiego Aleksandrze Pucułek – redaktorce „Gazety Wyborczej.Łódź” udzielił sam prof. dr hab. Bogusław Śliwerski. Rozmowę opublikowano w piątkowym dodatku pod tytułem „Po co praca domowa”. Jako że temat to ostatnio „chodliwy” i wiele osób już w tej sprawie zabierało głos – byłem ciekaw co o „odrabianiu” lekcji (językowo nic to nie różni się od odrabiania pańszczyzny) ma do powiedzenia przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN. Będąc posiadaczem piątkowego, papierowego, wydania GW zagłębiłem się niezwłocznie w lekturę rzeczonego wywiadu.

 

Co chwila czytanie przerywały mi myśli: „No nie – co on mówi…” I stąd ten pomysł napisania o tym felietonu. Jednak wszystko „załatwił” merkantylizm wydawców „Gazety Wyborczej”. W wersji drukowanej wywiad został zamieszczony na 6. stronie łódzkiego dodatku…  Jednak w e-wersji nie tak łatwo go znaleźć. Spróbujcie sami jakie tematy pojawiają się w wykazie prezentowanych tekstów na stronie internetowej GW –  TUTAJ

 

Dopiero wpisanie w wyszukiwarkę fragmentu tekstu pozwoliło na jego znalezienie – pod tytułem „Po co uczniom praca domowa? Dzieci potrzebują czasu wolnego. Tyle tylko, że  dostępny jest on jedynie dla prenumeratorów. [Kto może – niechaj czyta]

 

Byłoby nie fair wobec czytelników (ale i wobec prof. Śliwerskiego), gdybym komentował tekst, którego wszyscy czytelnicy nie mieli szansy przeczytać. A nie chcę „robić” za naganiacza kasy wydawnictwu AGORA. Dlatego – mimo, że palce aż mnie świerzbią, aby wystukać moje refleksje, które towarzyszyły mi  podczas zapoznania się z niektórymi poglądami o potrzebie uczniowskich prac domowych, jakie ujawnił w tym wywiadzie  prof. Śliwerski –  nie będzie to dalej tematem tego felietonu…

 

Ale.. Ale choć jeden cytat i mój do niego komentarz:

 

Aleksandra Pucułek: – Więc po co ta praca domowa?

Bogusław Śliwerski: – Jest formą sprawdzania, czy uczeń zrozumiał materiał z lekcji. W ten sposób nauczyciel dostaje sygnał, co poprawić w swoim kontakcie z podopiecznymi. Po drugie to element samokontroli dla dziecka. Uczeń który dopiero zaczyna szkołę musi mieć prace domowe, nie dlatego, żeby ułatwić nauczycielowi pracę, tylko dlatego, żeby móc wdrożyć go do samokształcenia. (! WK) […]

 

Merytoryczny dyskurs z przywołanymi tezami prof. dr hab. Bogusława Śliwerskiego pozostawiam fachowcom-praktykom: nauczycielom i WSPÓŁCZESNYM metodykom – zwłaszcza w obszarze nauczania zintegrowanego. To nie moja działka.

 

Czytaj dalej »



W dzisiejszym felietonie zaryzykuję i wejdę na nie swoje podwórko. A konkretnie w rejony ”wiedzy dla wielu tajemnej”, czyli etyki. Nie czuję się na tym gruncie nie tylko ekspertem, ale nawet adeptem. Co nie znaczy, że nie mam o tej dziedzinie zielonego pojęcia. Co prawda było to dawno, bo  w lutym 1972 roku, ale mam w indeksie wpis zaliczający wykład z etyki (nie było to egzamin, ale krótka rozmowa „na temat” z Panią Profesor) z podpisem samej prof. Iji Lazari-Pawłowskiej. A ona – uprzedzając tropicieli wychowanków komunistycznych uczelni – to ostatnia osoba, która w tamtych czasach mogłaby swym studentom „wciskać”  – jakkolwiek to zabrzmi, poniekąd jak oksymoron – etyką socjalistyczną!

 

Postanowiłem podjęć dziś temat wywołany przez autorów ustawy o finansowaniu zadań oświatowych, której projekt „ni  z gruszki ni z pietruszki”  zawiera zapis,  że  prezentowanie postawy moralnej i etyczne postępowanie nauczyciela będzie przedmiotem stałej oceny przez dyrektora szkoły. Jak podały media – rządowy projekt ustawy w tej sprawie został 3 października przyjęty przez sejmową podkomisję nadzwyczajną. Trudno powiedzieć, że informacja o tym rozpętała wielką burzę medialną, ot, przez pierwszych kilka dni pojawiały się wypowiedzi – przede wszystkim przedstawicieli partii opozycyjnych i  liderów ZNP, a później, jak to zwykle bywa, przyszły inne news’y i temat prawie że popadł w zapomnienie.

 

Prawdopodobnie w wyniku tych głosów krytycznych ministerstwo edukacji wypuściło komunikat, że projekt rozporządzenia MEN w sprawie szczegółowych kryteriów i trybu dokonywania oceny pracy nauczyciela, dołączony został do projektu ustawy o finansowaniu zadań oświatowych jako materiał informacyjny.  Jak podano, prace nad projektem rozporządzenia zostaną wznowione w terminie późniejszym, a  wtedy projekt  ten  będzie przedmiotem uzgodnień międzyresortowych i konsultacji społecznych, także ze związkami zawodowymi.

 

A tak à propos związków zawodowych, to muszę się przyznać, że w stronę  etycznych rozważań o zawodzie nauczyciela nakierował mnie pewien tekst, który niedawno pojawił się na jednej ze stron administrowanych przez ZNP i który bardzo szybko z tej strony zniknął. Tym tekstem był Kodeks_Etyki Nauczycielskiej, który powstał przed dwudziestoma laty, w środowisku nieistniejącego już Polskiego Towarzystwa Nauczycieli Apostolicum. Przypuszczam, że osoba, która zamieściła ów tekst, działała na zasadzie szybkich skojarzeń: rząd chce oceniać nauczycielską moralność, a przecież my mamy już swój kodeks. Dopiero  przeczytanie całości i dotarcie do projektu tekstu nauczycielskiego ślubowania – z formułą potwierdzającą „Tak mi dopomóż Bóg” oraz drobnym druczkiem napisanej informacji gdzie powstał ów tekst, spowodowało jego nagłe zdjęcie ze strony.

 

Dlatego ja postanowiłem podjąć ten temat, to znaczy ideę wypracowania neutralnego światopoglądowo Kodeksu Etyki Nauczyciela. Nazwa podobna, ale z istotną różnicą, mającą swoją konsekwencję nie tyle w nazewnictwie, co przede wszystkim w semantyce.

 

Ale sięgnijmy do korzeni, czyli wiedzy elementarnej. Etyka definiowana jest najczęściej jako „dział filozofii, zajmujący się badaniem moralności i tworzeniem systemów myślowych, z których można wyprowadzać zasady moralne”.

 

Przypomnijmy sobie teraz co kryje się za słowem „moralne”. Najkrótsza definicja mówi, że jest to „zbiór zasad (norm), które określają, co jest dobre, a co złe”. Mówiąc bardziej prostym językiem można przyjąć, że etyka tworzy systemy zasad, dzięki którym człowiek może oceniać swoje postępowanie w dychotomii dobre – złe. Pominę tu bardziej subtelne rozważania o związkach i zależnościach etyki i moralności z religią i światopoglądem. Przejdę od razu do sedna sprawy, do pojęcia etyki zawodowej. W Wikipedii czytamy, ze są to „spisane normy odpowiadające na pytanie, jak – ze względów moralnych – przedstawiciele danego zawodu powinni, a jak nie powinni postępować”. I dalej – jako przykład – podano: Pojęcie etyki zawodowej odnosi się przede wszystkim do norm postępowania danej grupy zawodowej (np. nauczycieli). W tym sensie etyka zawodowa jest etyką normatywną, starającą się opisać wzór osobowy pedagoga, cele etyczne zawodu, normy postępowania w praktyce pedagogicznej i typowe konflikty etyczne mogące się pojawić w praktyce zawodowej.

 

Czytaj dalej »



Już od czwartku przemyśliwałem o temacie niedzielnego felietonu. Miałem różne pomysły: od popodśmiewywania się z wyników badań, ogłoszonych w raporcie Brainly, że to, czy uczniowie lubią nauczyciela czy nie, ma ogromne przełożenie na ich stosunek do zajęć”, poprzez „poczepianie się” trochę pani Marii Lorek za jej  rolę w strategii „jedynego darmowego elementarza” –  realizowanej za czasów  Joanny  Kluzik-Rostkowskiej, aż do podjęcia rękawicy i „dania odporu” pewnemu internetowemu trollowi o ksywce „trumann”, który  tak oto skomentował  mój zeszłotygodniowy felieton  o spotkaniu Rady Społeczno-Doradczej Łódzkiego Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego:

 

…”poziom niewiedzy”… w każdym tekście tym się Pan popisuje. Czy przystoi staremu człowiekowi machać swoją krótką szabelką na lewo i prawo? ….moralny dramat. Ubogość z gruntu rzeczy.

 

 

Musisz jeszcze poczekać na moją obszerniejszą odpowiedź, ty tchórzu, któremu brak odwagi, aby podjąć rzeczową polemikę z moimi tekstami pod swoim nazwiskiem i wykazać ten poziom mej  niewiedzy oraz ów moralny dramat. Ciekawe, że używasz nick’a który takim staruszkom jak ja kojarzy się ze znienawidzonym przez propagandystów PRL-u Harry Trumanem – w latach 1945–1953 prezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Ale może – skoro są tam  dwa „n” –  to ksywka ta pochodzi  od  siedmiotysięcznego miasteczka Trumann w stanie Arkansas?

 

Dzisiaj jeszcze ci odpuszczę, bo  MUSZĘ ustosunkować się do pisma, jakie w piątek przyszło pocztą elektroniczną na adres „Obserwatorium Edukacji”, Ale imiennie na mnie i podpisane przez samego Łódzkiego Kuratora Oświaty! Oto link do pliku PDF z jego treścią  –  << Pismo podpisane przez kuratora Wierzchowskiego >>

 

Lecz zacznijmy od początku tej „sprawy”.

 

Czytaj dalej »



W środę, 11 października, po raz kolejny, spotkała się Rada Społeczno-Doradcza Łódzkiego Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego, by – jak czytamy w poście blogera, członka tego gremium w randze wiceprzewodniczącego, czyli prof. Śliwerskiego podjąć kwestie związane z postnowoczesną edukacją i doradztwem edukacyjno-zawodowym. Jak informuje to jedyne dostępne źródło, informacji o tym wydarzeniu, czyli  blog PEDAGOG – dokonano tam  podsumowania wyjątkowych osiągnięć pedagogów w zakresie mechatronizacji techniki, która już jest faktem. Trzeba jedynie nadać tej edukacji wymiar transdyscyplinarny.

 

Nie mogę odmówić sobie i Wam, Czytelnicy, jeszcze jednego cytatu:

 

[…] Otwierający posiedzenie dyr. Janusz Moos mówił o tym, jak to wiele lat temu wnioskowano o włączenie nowych przedmiotów oraz specjalności mechatronicznych do szkolnictwa zawodowego,i to się udało. Zainteresowano tym szkoły i dyrektorów w całym kraju. Implementacja do praktyki edukacyjnej modeli edukacji mechatronicznej j jest zatem zakorzeniona w różnych formach kształcenia zawodowego.[…]

 

Wszystkie cytaty pochodzą z tekstu, jaki przedwczoraj (13 października) zamieścił na swym blogu prof. Bogusław Śliwerski, opatrując ten post tytułem Edukacja mechatroniczna w Łodzi na światowym poziomie, tylko woda w szkole leci uczniom na głowę”. Do tej wody jeszcze powrócę, a teraz muszę podzielić się z Wami kilkoma refleksjami, jakie zrodziła lektura tego tekstu:

 

Przede wszystkim nie mogę nie skomentować samego wiodącego tematu tego posiedzenia Rady Społeczno-Doradczej tej jedynej w naszym mieście instytucji, która w § 7 swego statutu ma zapisane:

 

Do zadań Centrum w zakresie funkcjonowania placówki doskonalenia, należy w szczególności:

1)organizowanie i prowadzenie doskonalenia zawodowego nauczycieli w zakresie:

a)wynikającym z kierunków polityki oświatowej oraz wprowadzonych zmian w systemie oświaty,

b)wymagań stawianych wobec szkół i placówek, których wypełnianie jest badane przez organy sprawujące nadzór pedagogiczny w procesie ewaluacji zewnętrznej, zgodnie z przepisami w sprawie nadzoru pedagogicznego,

c)realizacji podstaw programowych, w tym opracowywania programów nauczania,[…]

 

Szkoły, zwłaszcza podstawowe, od ponad miesiąca są miejscem, w którym dyrektorzy i nauczyciele muszą mierzyć się z efektami polityki oświatowej oraz wprowadzonymi w konsekwencji jej realizacji zmianami w systemie oświaty, wkrótce trafią do nich kuratoryjni rewizorzy, realizujący zadania nadzoru pedagogicznego w ramach ewaluacji zewnętrznej, a przede wszystkim w klasach; pierwszej, czwartej i siódmej są zmuszeni pracować według nowych, przez wiele środowisk eksperckich bardzo krytykowanych, podstaw programowych

 

A Rada Społeczno-Doradcza jedynego w mieście ośrodka powołanego do wspierania nauczycieli kompletnie to wszystko ignoruje i zajmuje się… kształceniem w obszarze mechatroniki, czyli tematem – po pierwsze od lat w tej placówce nie tylko znanym, ale z powodzeniem i wieloma sukcesami wdrażanym do praktyki szkolnej, a po drugie – aktualnym przecież nie w szkołach podstawowych, nie w gimnazjach czy liceach… A to nauczyciele tych właśnie szkół potrzebują teraz najbardziej wsparcia.

 

Ale jak tu podjąć, na przykład taki temat: „Reforma systemowa i programowa oraz jej wpływ na w codzienną pracę łódzkich szkół  –  sposoby minimalizowania szkód”, w takim składzie personalnym owej rady?

 

Czytaj dalej »



I tym razem nie będzie podsumowania XII Kongresu Zarządzania Oświatą. Od jego organizatorów uzyskałem informację, że cały czas trwają prace redakcyjne nad ostatecznym zapisem stanowiska kongresu w sprawie zmian systemowych w oświacie.

 

W tej sytuacji mogę poświęcić ten felieton temu, co w kończącym się tygodniu wywołało moją najbardziej emocjonalną reakcję, niestety – było to oburzenie, przechodzące w stan depresyjny…

 

Pewnie was zaskoczę: tym wydarzeniem było sobotnie przemówienie Jarosława Kaczyńskiego na partyjnej konwencji „Solidarnej Polski”. Jednak nie zostało to spowodowane jawną manifestacją wzajemnego poparcia i sympatii obu prezesów: Kaczyńskiego i Ziobry, przebijającym z przemówień obu panów sojuszem w działaniach wobec prezydenta Dudy, nawet nie zarysowaniem przez lidera PiS jego wizji państwa, które chce nam, wspólnie z partią Ziobry, urządzić  i „za jakiś czas, w sensie historycznym, nieodległym, powiedzieć: uzyskaliśmy to, o czym marzyły pokolenia Polaków i co niektórzy uważali za niemożliwe”.

 

Zdołowało mnie to co Kaczyński mówił o planach budowy „nowego, lepszego, bardziej sprawiedliwego kształtu polskiego społeczeństwa – takiego, które byłoby kształtem pozwalającym na pełne swobody. – Polska musi być i jest dzisiaj wyspą wolności w Europie – dodał.  Równie groźnie zabrzmiały jeszcze inne wypowiedziane tam słowa: „Demokracja ma służyć temu, by to wszystko zostało skoordynowane i żeby ten zwykły obywatel miał na to wpływ. Żeby te skonsolidowane siły były pod kontrolą”.

 

I to jest dla mnie po stokroć gorsza wizja, niż wszystkie jego zapowiedzi budowy „silnego, skomprymowanego* co do funkcji, ale sprawnego państwa”.

 

Jak przypominam to od czasu do czasu – mój PESEL zaczyna się od liczby 44. I nie jest to mickiewiczowska liczba tajemna, a informacja, z której nie trudno wyprowadzić wniosek, że na własnej biografii przetestowałem już jeden taki system, który postawił sobie za cel stworzenie „nowego, lepszego, bardziej sprawiedliwego kształtu polskiego społeczeństwa”.

 

Nie będę tu przypominał jak ów system „demokracji ludowej”  realizował  swe rzeczywiste cele, o mistrzowskich rozwiązaniach „demokracji kierowanej”, o „surowej ręce sprawiedliwości społecznej” i o milionach ludzi maszerujących co roku w pierwszomajowych pochodach  – częściowo zaczadzonych hasłami partyjnych agitatorów, częściowo „aparatczyków”skorumpowanych stanowiskami i przywilejami, ale w znakomitej większości – obywateli zastraszonych realną groźbą prześladowań, pozbawienia możliwości realizacji swych aspiracji: zawodowych, naukowych, artystycznych, prześladowań, mających nierzadko swój finał w pozbawieniu wolności.

 

Czytaj dalej »



Nadal nie został spełniony podstawowy warunek, który dałby mi możliwość podsumowania XII Kongresu Zarządzania Oświatą, jaki odbył się w Krakowie w dniach 16 – 18 września. OSKKO do dzisiaj  nie zamieściło na swej stronie stanowiska kongresu w sprawie zmian systemowych w oświacie. Poczekam więc kolejny tydzień, a dzisiaj podzielę się z Wami moimi refleksjami wokół najnowszej mody ministerialnej, czyli uczniowskiego wolontariatu.

 

Zaczęło się wszystko od redakcji art. 85 nowej Ustawy prawo oświatowe, w którym znalazły się wszystkie zapisy dawnego art. 55 Ustawy o systemie oświaty, wzbogacone o dwa nowe punkty:

 

>Samorząd w porozumieniu z dyrektorem szkoły lub placówki może podejmować działania z zakresu wolontariatu.

>Samorząd może ze swojego składu wyłonić radę wolontariatu.

 

Gdy szedłem w środę na Dni Otwarte łódzkiego WODN wiedziałem, że pierwszą ofertą, adresowaną do dyrektorów szkół był warsztat, nazwany Prowadzenie szkolnego wolontariatu zgodnie z ustawą Prawo Oświatowe”. Nie byłbym sobą, gdybym, choć na krótko, tam nie zajrzał. Zastanowiły mnie w tej propozycji dwa aspekty: pierwszy – to  wybór właśnie tego tematu na inaugurację Dni Otwartych (Czyżby chęć „zasłużenia się” władzy ministerialno-kuratoryjnej?), drugi – to owo uściślenie merytorycznego zakresu oferty: zgodnie z ustawą Prawo Oświatowe. Pominę tu problem braku w ofercie choćby drobnego akcentu metodycznego, nierozerwalnie związanego ze specyfiką zajęć warsztatowych, czyli – na przykład – „Jak motywować uczniów do podejmowania aktywności wolontaryjnej, aby nie zatraciła ona swej istoty – dobrowolności?”

 

Nie mam zamiaru dokonywania oceny owego wydarzenia, gdyż byłem tam zaledwie kilkanaście minut, i „czepiania się”, że to co zobaczyłem (rzutnik i prezentacja slajdów, na których były fragmenty tekstów ustaw i inne „wytyczne”) najmniej przypominało zajęcia o charakterze warsztatowym, gdyż może to być krzywdzące dla osoby prowadzącej, jako że – być może – takowe były prowadzone w drugiej  części spotkania, czego już świadkiem nie byłem. Ale nie mogę powstrzymać się przed sformułowaniem uwagi, dotyczącej tej samej sprawy, którą zarzucałem w moim „Liście otwartym” Łódzkiemu Kuratorowi Oświaty:  Czy nie szkoda czasu na pokazywanie na slajdach tekstów prawa oświatowego, które są ogólnodostępne na stronach internetowych? Czy aż tak nisko oceniani dyrektorzy szkół i nauczyciela, jako użytkownicy „sieci”?

 

A teraz zajmę się samą ideą uczniowskiego wolontariatu, tym bardziej, że jest ona wyraźnym „konikiem” pani minister Zalewskiej.

 

Czytaj dalej »



W ubiegłotygodniowym felietonie zapowiedziałem, że „moimi refleksjami o kongresie podzielę się za tydzień”. Oczywiście – miałem na myśli XII Kongres Zarządzania Oświata, który w poniedziałek zakończył się w Krakowie.Niestety! Nie wywiążę się ze złożonej obietnicy, gdyż jak dotąd organizatorzy nie opublikowali na stronie OSKKO materiałów pokongresowych na które liczyłem, a szczególnie – stanowiska kongresu w sprawie zmian systemowych w oświacie. Przeto odkładam ten temat na kolejną niedziele, a dziś zajmę Waszą uwagę moimi refleksjami wokół narastającego konfliktu miedzy dwiema największymi nauczycielskimi centralami związków zawodowych, który został bez żadnego owijania w dyplomatyczną bawełnę ujawniony 20 września w oświadczeniu Prezydium Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania [NSZZ „SOLIDATNOŚĆ”] dotyczącym – jak to nazwano – oszczerstw ZNP.

 

Zanim cokolwiek dalej napiszą na ten „śliski temat” (Karta nauczyciela – bronić jej „jak niepodległości”, czy zastąpić ją innymi, przystającymi do współczesnych warunków obowiązujących na polskim i europejskim rynku pracy, przepisami pragmatyki zawodowej) muszę złożyć oświadczenie, że od 1994 roku nie należałem i nie należę do żadnego związku zawodowego. Wcześniej – od 1972 roku (gdy rozpocząłem pracę wychowawcy w domu dziecka) zostałem członkiem ZNP. Ale wówczas nikogo nie pytając, odciągano z pensji składkę, a szef komórki związkowej na najbliższym spotkaniu rady pedagogicznej podsunął mi do podpisu deklarację. Przynależność ta „szła” za mną, niejako zwyczajowo, przez kolejne miejsca pracy w branży edukacyjnej – także gdy byłem nauczycielem akademickim na UŁ. To wówczas byłem najbardziej aktywnym związkowcem – po odpowiednim kursie zostałem wybrany przez koleżanki i kolegów społecznym inspektorem pracy [SIP] w Instytucie Pedagogiki i Psychologii UŁ

 

Nigdy nie byłem członkiem NSZZ „Solidarność”.

 

Z ZNP wystąpiłem kiedy objąłem obowiązki dyrektora szkoły – pracodawcy, który musiał rozmawiać, na równych zasadach, z szefostwem szkolnych struktur obu związków zawodowych. Dodam, że wówczas nauczyciel zajęć praktycznych w tej szkole był przewodniczącym międzyszkolnej struktury Sekcji Oświata i Wychowanie „Solidarności”.

 

Musiałem to wszystko opowiedzieć, aby żadna ze stron nie zarzuciła mi brak obiektywizmu w przedstawionej poniżej opinii o wzajemnych oskarżeniach obu central, oskarżeniach o zdradę interesów nauczycieli.

 

Zacznę od owych oszczerstw, zarzucanych Związkowi Nauczycielstwa Polskiego. Jeszcze 4 września na stronie tej centrali zamieszczono, przez nikogo nie podpisany, komunikat, w którym można przeczytać, że „za cenę wzrostu wynagrodzeń o 15 proc. związek ten [Solidarność] zgadza się na likwidację „przywilejów” nauczycielskich. Związek Nauczycielstwa Polskiego stanowczo stwierdza, że w Karcie Nauczyciela zapisane są obowiązki i uprawnienia nauczycieli, a nie przywileje.”

 

Czytaj dalej »



Gdyby nie problemy zdrowotne moich domowych podopiecznych (żony i goldenki Sendi) byłbym teraz na kongresie OSKKO w Krakowie i – najprawdopodobniej – nie pisałbym tego felietonu. Ale nie mogłem zostawić moich cierpiących domowniczek i XII Kongres Zarządzania Oświatą śledzę z oddali, skazany na fotki i informacje „z drugiej ręki”. Za to mam (w wolnych od domowych obowiązków chwilach) warunki do pisania kolejnego felietonu.

 

Moimi refleksjami o kongresie podzielę się za tydzień. Dzisiaj zajmę się tematem, którego próżno szukać w harmonogramie krakowskiego kongresu OSKKO – edukacją zawodową. Od dawna obiecuję, że napiszę obszerny, pogłębiony artykuł na ten temat, obnażający dyletanctwo aktualnego kierownictwa MEN w tym, co nazywają radykalną zmianą w tej edukacji. Jak dotąd  jeszcze nie jestem do tego gotowy – nie tyle mentalnie (bo emocje narastają), co  – nazwę to – logistycznie.

 

Przeto zdecydowałem, że choć w formule felietonowej dam upust tej krwi, która mnie zalała, gdy czytałem, zamieszczony 8 września w „Gazecie Prawnej” artykuł, zatytułowany Anna Zalewska zdradziła szczegóły reformy szkół branżowych: Pracodawca sam założy szkołę, a uczeń podpisze lojalkę. Bez dalszych wstępów – skomentuję stwierdzenia szefowej i wiceszefowej MEN, jakie podły podczas ich występu w ramach panelu „Pracodawca – kluczowy partner w kształceniu zawodowym”, zorganizowanego podczas Forum Gospodarczego w Krynicy:

 

 

Zacznę od rozreklamowanej zmiany terminologicznej.Minister Zalewska powiedziała tam, iż zmiana szkół zawodowych na branżowe „ choć kosmetyczna była niezbędna, aby odczarować dotychczasowe mity wokół tych szkół. – Moje pokolenie przez całe lata słyszało od rodziców: „Ucz się, bo pójdziesz do zawodówki”, albo jeszcze gorzej: „Do zawodówy”.

 

Jako były uczeń trzyletniej Szkoły Rzemiosł Budowlanych (tytuł murarza uzyskałem w czerwcu 1961 roku) oświadczam, że nie w nazwie tkwi sedno problemu.

 

Czytaj dalej »



Od poprzedniego felietonu minęło kolejnych 6 dni, wypełnionych przekazywanymi codziennie przez media licznymi wydarzeniami w kraju i na świecie. Nawiasem mówiąc – najprawdopodobniej szybciej będę wiedział o czym rozmawiali w piątek Prezydent RP i prezes rządzącej partii, niż to, czy pan kurator Wierzchowski przeczytał mój list otwarty, adresowany do niego

 

A w ogóle mam takie demobilizujące myśli, że z moimi niszowymi tematami z poletka edukacyjnego mam niewielkie szanse przebicia się do świadomości czytelników, atakowanych dzień i noc news’ami o huraganach nad Karaibami, trzęsieniu ziemi w Meksyku, ewentualnie groźnych skutkach  kolejnych demonstracji atomowo-rakietowych możliwości reżimu z Pjongjangu, czy nowymi odcinkami „Ucha prezesa”…

 

Racjonalna strona mojej osobowości podpowiada mi, że mogę postąpić według jednej z dwu, skrajnych, strategii: zaakceptować „prawa rynku medialnego”, czyli pisać o bulwersujących t.zw. opinię publiczną sprawach – skandalach z udziałem nauczycieli (najlepiej obyczajowych), wybrykach „zwyrodniałych” uczniów, o super roszczeniowych rodzicach, reprezentujących skrajne poglądy religijne lub polityczne, albo… albo nadal pozostać wiernym swej deklaracji, złożonej przed czterema laty w pierwszym Felietonie na dzień dobry”, inaugurującym 4 września 2013 roku działalność „Obserwatorium Edukacji”:

 

Nie obiecują jednak całkowitego równouprawnienia wszystkim publikacjom. Już teraz informuję, że nie znajdzie tu miejsca tania sensacja, także skrajnie fanatyczne i pozbawione racjonalnych podstaw poglądy nie mogą liczyć na ich upowszechnianie.

 

Inaczej rzecz określając – iść, jak dotąd, swoją drogą, nie zabiegać o „wyniki oglądalności” i  pisać nadal te felietony, adresowane do czytelników ”którzy znają Józefa”*.

 

Świadom tej alternatywy postanawiam nie dać się uwieść błogiej wizji popularności i pozostać nadal redaktorem i felietonistą  niszowego „informatora edukacyjnego” – jak skategoryzował to co redaguję „Wielki Brat” Google. I dlatego napiszę dziś o pozornie małoznaczącej w skali wielkiego systemu edukacji sprawie, jaką jest obsada na stanowiskach dyrektorów w przeznaczonych do likwidacji za dwa lata łódzkich gimnazjach.

 

Czytaj dalej »