Archiwum kategorii 'Felietony'

Niejeden już raz wyobrażałem sobie taką sytuację, że zasiadam przed klawiaturą mego kompa i…  i nie mam „w głowie” żadnego „gorącego” tematu z wydarzeń bądź publikacji minionego tygodnia, który na tyle zadziałał na moje przekonania i emocje, że  nie mam wątpliwości, iż właśnie o tym będzie ten felieton. I właśnie dzisiaj zaistniały takie okoliczności.

 

Pozostaje mi „poplotkować” na kilka tematów…

 

Zacznę od dysonansu poznawczego, jakiego doznałem czytając w czwartek dwie informacje zamieszczone na stronie  oswiata.abc.com. Pierwsza z nich informowała:

 

Resort rodziny i pracy poinformował, że na ferie zimowe wyjechała „rekordowo wysoka liczba dzieci” „Także w wyjazdach indywidualnych obserwujemy spory ruch. Od 2016 r. liczba wyjazdów w okresie ferii zwiększyła się o 28 proc.” – napisano. [Źródło: www.oswiata.abc.com.pl]

 

Ale trzy pozycje niżej zamieszczono inną informację:

 

Ponad 7 tys. uczniów z Podkarpacia spędzi ferie na zorganizowanym wypoczynku. To niecałe 3 proc. wszystkich uczniów z regionu i nieznacznie więcej niż w latach ubiegłych – powiedziała w środę na konferencji prasowej w Rzeszowie Podkarpacka Kurator Oświaty Małgorzata Rauch. [Źródło: www.oswiata.abc.com.pl]

 

Dziwić muszą prorocze zdolności minister Elżbiety Rafalskiej, która już  w pierwszym tygodniu ferii zimowych, których dobrodziejstwa konsumują uczniowie zaledwie czterech województw, a których pełny cykl skończy się dopiero 25 lutego, ogłasza, że na ferie zimowe wyjechała „rekordowo wysoka liczba dzieci„!

 

Moje zdziwienia budzi także pani kurator Małgorzaty Rauch z Podkarpacia. Wszak uczniowie z podległych jej szkół i przedszkoli rozpoczną ferie dopiero  29 stycznia.  Ale, jak widać, wystarczy statystyka zgłoszeń, aby ogłaszać to jako stan lepszy niż w latach ubiegłych.

 

Te komunikaty obu pań kojarzą mi się z zachowaniem przedszkolaków, które stojąc za kulisą, wyrywają się na scenę, bo nie mogą doczekać się  pory, kiedy będą mogły wyrecytować przed rodzicami swój wyuczony wierszyk!,

 

Kolejnym powodem moich zadziwień był list, jaki  do pani minister Anny Zalewskiej wystosowali  szefowie dwu oświatowych związków zawodowych, w którym  „domagają się spotkania z premierem Mateuszem Morawieckim, by porozmawiać o znaczących podwyżkach dla pracowników oświaty, a także zmiany formuły pracy Zespołu do spraw statusu zawodowego pracowników oświaty”.

 

Jak się choć chwilę nad tym zastanowić  –  przypomina to sytuację w której uczniowie okrutnej nauczycielki składają na jej ręce pismo z prośbą, aby umówiła ich z dyrektorem szkoły, do którego chcą iść i poskarżyć się na jej stosunek do nich.

 

W mojej ocenie obaj panowie mogliby  z dużym powodzeniem kandydować do nagrody (gdyby taka była) „Idealista- Superoptymista”!

 

I jeszcze jedna refleksja , która zrodziła się po lekturze artykułu w DGP „MEN rezygnuje z oceny nauczycielskiej moralności”, w którym można przeczytać taką wypowiedź prezesa ZNP Sławomira Broniarza: „Wyobrażam sobie sytuacje, że dyrektor szkoły sympatyzujący z PiS będzie chciał wiedzieć, czy nauczyciele chodzą do kościoła lub na manifestacje, bo według jego systemu wartości może to mieć wpływ na ocenę. Dlatego od początku całej tej afery domagaliśmy się usunięcia przepisów dotyczących postaw moralnych nauczycieli”.

 

Nie wiem jak Wy, Szanowni Czytelnicy, ale ja nie widzą związku między tym czy ktoś chodzi do kościoła czy nie (bo przecież  to nie znaczy czy wierze w Boga czy nie, czy przestrzega przykazań czy nie) jak i to, czy chodzi na manifestacje (w domyśle – antyrządowe) czy nie, z postawą moralną nauczyciela ! (Patrz definicja moralności).

 

Ale zgadzam się z tezą, aby dyrektor szkoły nie był zmuszany do „pozawarsztatowej” oceny jakości pracy nauczyciela. Cała reszta to prywatna sprawa każdego człowieka, a jeśli jego zachowanie łamie zakazy Kodeksu Karnego, to od tego są „organa ścigania” i niezależny sąd.

 

Włodzisław  Kuzitowicz



Trudno dzisiaj nie zacząć felietonu od refleksji na temat kolejnego, już 26. finału WOŚP i manifestowanych przez różne ośrodki opinii publicznej, delikatnie mówiąc, niechętnych postaw wobec tej bezprecedensowej, akcji, której inicjatorem i medialną twarzą jest Jurek Owsiak. To, że politycy partii PiS i jej akolici, a co z tego wynika – kontrolowane przez ten rząd media – prezentują, jeżeli nie otwartą wrogość, to co najmniej niechęć wobec tej inicjatywy, nie powinno nas dziwić. Wszak od „robienia dobrze” Polkom i Polakom jest  tylko PiS, na czele ze swoim prezesem i namaszczonymi przez niego – premierami i ministrami.

 

 

Ale dlaczego przytłaczająca większość funkcyjnych polskiego kościoła katolickiego nie widzi miłości bliźniego w tym wielkim zrywie dobroczynności? Dlaczego wielu z nich obrzuca twórcę tego ruchu „ludzi dobrej woli” oskarżeniami? Z jakichże to powodów doznają oni  selektywnej amnezji i nie przestrzegają słów założyciela swej religii: „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali”?  Może uznali, że to odnosi się jedynie do tych, którzy siedzą w kościelnych ławach, którzy na wezwanie księdza „przekazują sobie znak pokoju”? Ale nie trzeba być doktorem teologii, aby wiedzieć, że należy te słowa odczytywać w kontekście innego zalecenia, zapisanego we wszystkich  świętych księgach: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego”.

 

Przytoczę jeszcze jedną z wypowiedzi najwyższego zwierzchnika tych kapłanów – Papieża Franciszka:

 

 

To tyle na ten temat – wierzę, że znakomita większość moich Rodaków, niezależnie od tego, czy byli ochrzczeni, czy nie, czy uważają się za „lud boży” – w znaczeniu – słuchający swych pasterzy, czy też  nie, zachowa się dziś  zgodnie ze wskazówką profesora Bartoszewskiego: „Jeśli nie wiesz, jak się zachować, to na wszelki wypadek zachowaj się przyzwoicie.

 

Drugim tematem tego felietonu  będzie mój komentarz do reakcji dwu blogerów z obszaru edukacji, którzy w swych postach odnieśli się do ogłoszonego najnowszego rankingu tygodnika „Perspektywy”.

 

Zacznę od Belferbloga”. Na stronie OE udostępniliśmy ten wpis kolegi Chętkowskiego. Tu przytoczę ten jego fragment:

 

Czytaj dalej »



Tak los sprawił, że kolejną, już trzecią setkę moich felietonów pisanych do „Obserwatorium Edukacji”, w formule zadeklarowanej w jubileuszowym dwusetnym felietonie zaczynam w pierwszą niedzielę nowego 2018 roku. Nie da się więc uciec od tradycji noworocznych antycypacji…

 

Jaki będzie ten rok – dla ogółu Polaków, dla  ludzi zaangażowanych w sprawy  polskiego systemu edukacji,  dla mnie osobiście?

 

A więc – po kolei: W 2018 roku wszyscy  będziemy skazani na  obchody 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości – według scenariuszy pisanych przez partię rządzącą. Już widzę oczyma wyobraźni te setki tysięcy schludnych, krótko wystrzyżonych, o zadbanych na siłowniach muskularnych sylwetkach, młodych syperpatriotów maszerujących ulicami naszych miast z okolicznościowym hasłem, które będzie głosiło oczywiście oczywistą zasadę, że po 100 latach od odzyskania niepodległości Polska musi być tylko dla Polaków.

 

Będę także  z wielkim zainteresowaniem czekał na dalsze „dobrązawianie” Piłsudskiego, spodziewając się pośmiertnego przyznania mu, specjalnie dla niego utworzonego orderu „Za Długomiesięczne Bohaterskie  Internowanie w Magdeburgu” I klasy, bez którego to odosobnienia  nie miałby szans na objęcie władzy jesienią 2018 roku. Przy okazji można by uczcić stulecie narodzin nazwy  „szczypiorniak”, w którego namiętnie grali w tym czasie internowani w Szczypiornie k/Kalisza  żołnierze Legionów.

 

Będę także zainteresowany wszelkimi rekonstrukcjami przyjazdu Piłsudskiego  11 listopada 1918 roku  na dworzec w  Warszawie: czy wzorcem do tych inscenizacji będą dokumenty źródłowe, czy jednak zdjęcie, kolportowane po latach i mylnie interpretowane jako powitanie w tamtym historycznym, listopadowym dniu. [Zobacz: TUTAJ]

 

Natomiast w polskich szkołach rok 2018 przejdzie do historii choćby z dwu powodów: po raz drugi po raz pierwszy w szkołach podstawowych zasiądą uczniowie klasy VIII (pierwszy raz zdarzyło się to w roku 1966 w wyniku reformy systemu oświaty z 1961 roku) i zapamiętają go dyrektorzy, nauczyciele i uczniowie polskich gimnazjów, gdyż 1 września nowy rok szkolny zainaugurują samotnie uczniowie wyłącznie klas trzecich!

 

Będzie to bez wątpienia kolejny rok utraty pracy przez tysiące nauczycieli, których minister Zalewska od dawna zapewniała, że nikt z nich nie zostanie bezrobotnym…  Może nie będzie tak źle; jeśli minister Szyszko nie utraci stanowiska – jest nadzieja, że będą mogli dorobić sobie do zasiłku dla bezrobotnych  jako płatni naganiacze na licznych polowaniach, a młodsi z nich (dzięki superministrowi Antoniemu) może zdecydują się na służbę w Wojskach Obrony Terytorialnej.  Szczęściarze mogą liczyć na zatrudnienie w roli rodziców zastępczych, a ci z nieposzlakowaną opinią od proboszcza będą mogli przekwalifikować się na katechetów.

 

Ale dla mnie będzie to przede wszystkim rok kilku „okrągłych” jubileuszy.

 

Czytaj dalej »



Drodzy Czytelnicy! Wybaczcie, że dzisiaj zaproponuję Wam lekturę tekstu, który jest efektem mojej skłonności do dokumentowania „dorobku”. Tym razem pretekstem do takiego remanentu jest, oczywiście, owa „okrągła” liczba na liczniku moich – jak te twory” z uporem nazywałem – felietonów. Najwyższy czas, abym się wytłumaczył skąd ta – tak nieadekwatna do ich zawartości – nazwa.

 

Bo nie myślicie chyba, że nie wiem, i nie wiedziałem przed ponad czterema laty, jaka jest definicja felietonu: „Felieton  – specyficzny rodzaj publicystyki, krótki utwór dziennikarski, utrzymany w osobistym tonie, lekki w formie, wyrażający – często skrajnie złośliwie – osobisty punkt widzenia autora.”.

 

Ja naprawdę we wrześniu 2013 roku, gdy instalowałem się w Internecie z moją nową stroną „Obserwatorium Edukacji”, miałem taki zamiar – że będę pisywał i zamieszczał tam felietony. Bo w ich pisaniu trenowałem, ćwiczyłem się, niemal aż do uzależnienia, w latach 2007 – 20011, kiedy to w „Gazecie Szkolnej”,  na jej przedostatniej stronie, co tydzień publikowano nowy tekst pod stałym nadtytułem „Mój punkt widzenia”. I przez te wszystkie lata pani sekretarz redakcji restrykcyjnie egzekwowała ode mnie teksty w rozmiarze około 2500 znaków!

 

Tutaj moje (i Wasze) nieszczęście wzięło się stąd, że w OE nie ma sekretarza redakcji. Teksty stawały się coraz dłuższe i dłuższe, a ja nie byłem w stanie sam sobie nałożyć ogranicznika. I poleciało… Aż do dwustu razy. Ale wszystkie owe „tasiemcowe” felietony spełniały (najczęściej) pozostałe elementy definicji felietonu.

 

Zostawmy już ten wątek z obszaru teorii form publicystyki dziennikarskiej i – pozwólcie – że przejdę do owego remanentu.

 

Nie mogę nie przypomnieć, że pierwszym tekstem jaki w ogóle został zamieszczony na stronie OE był właśnie Felieton na dzień dobry (4 września 2013 r.). Już w pierwszym zdaniu sygnalizowałem ile treści w nim zawarłem:

 

To jest felieton, inauguracyjny, powitalny, zapoznawczy.” A dalej złożyłem taką deklarację: „Nie obiecują jednak całkowitego równouprawnienia wszystkim publikacjom. Już teraz informuję, że nie znajdzie tu miejsca tania sensacja, także skrajnie fanatyczne i pozbawione racjonalnych podstaw poglądy nie mogą liczyć na ich upowszechnianie. Ale będą to jedyne kryteria, obok poprawności językowej, stosowane przy kwalifikowaniu tekstów do publikacji.”

 

Czy słowa dotrzymałem – osądźcie sami…

 

Kolejne trzy felietony zamieszczałem trochę „jak popadło” (dwa w soboty, czwarty w poniedziałek  (30 września). Jednak szybko doszedłem do ustalenia najbardziej optymalnego dnia dla publikowania, ale i czytania, tych tekstów: NIEDZIELA. Po raz pierwszy stało się to 6 października i od tamtego dnia (z kilkoma wyjątkami) stało się to regułą. Bo w niedziele zwykle prawie nie ma newsów edukacyjnych, bo można wtedy skomentować najciekawsze wydarzenia  minionego tygodnia, bo czytelnicy mają, odciążeni od codziennych aktualności, „wolniejszą głowę” do czytania tego co napisałem…

 

Przez cały pierwszy rok felietony nie były numerowane.  Ale 7 września 2014 r. zdecydowałem, że będę je opatrywał kolejną liczbą. Dziś wydaje mi się, że był to efekt nabrania pewności, że „Obserwatorium Edukacji” nie będzie internetową efemeryda, że będę tę stronę redagował stabilnie i odpowiedzialnie jeszcze długo… Nie wiem, czy już wtedy zakładałem, że będzie tych felietonów 200 i więcej.  Ale uznałem, że warto je liczyć. I policzyłem. Okazało się, że od 4 września 2013,  ten po roku jest już 44., bo nie we wszystkie niedziele ferii i wakacji zamieszczałem nowe teksty.  I już później licznik odliczał… Aż do dzisiaj.

 

Przy okazji warto przypomnieć, że ów 44. felieton miał tytuł Polak potrafi i komentował dwa skrajne przykłady owych zdolności naszych rodaków.

 

Czytaj dalej »



Dzisiejszy felieton nie będzie, wyjątkowo, na temat związany bezpośrednio z edukacją, ale nadal podejmie problemy z obszaru, tradycyjnie określanego wychowaniem.  Bodźcem, który wyzwolił moje myślenie na taki temat była informacja o 40 Zjeździe ZHP, a zwłaszcza komentarze na jego temat, jakie pojawiły się na fejsbuku.  Jeden z moich znajomych, bardzo zainteresowany owym wydarzeniem, śledził transmitowane „na żywo” obrady Zjazdu i oto co napisał:

 

Piątek, 8. grudnia:

Oglądam „na żywo” obrady Zjazdu ZHP… Smutna refleksja: bardzo wiele uogólnień, ogólników i haseł słusznych ale oklepanych. Kandydaci na Naczelnika: blondynka Jola, brunetka Ania i … Krzyś. […]

 

Sobota, 9. grudnia

Mam wrażenie że obserwujący Zjazd ZHP w internecie bardziej są zainteresowani Zjazdem niż jego Delegaci… Trwa prezentacja kandydatów na Przewodniczącego ZHP. Delegaci w znaczącej części są obecni tylko ciałem, nie obchodzi ich ciężar MANDATU DELEGATA! Smutne to! Takie osoby mają decydować o przyszłości ZHP????? Pora umierać…

 

Nie jest moim celem formułowanie uwag i opinii o trwającym zjeździe, ani o tym co współcześnie dzieje się w tym związku, bo nie mam żadnej na ten temat wiedzy szczegółowej. Jednak przy okazji owego, drugiego już w tym roku, spotkania delegatów ZHP (7-9 kwietnia odbył się 39 Nadzwyczajny Zjazd ZHP) podzielę się kilkoma ogólniejszej natury spostrzeżeniami i niepokojami.

 

Zacznę od decyzji owego zjazdu nadzwyczajnego. To na nim zdecydowano o tym, że nadal wstępujący do tej organizacji będą składali przyrzeczenie o następującej treści:

 

Mam szczerą wolę całym życiem pełnić służbę Bogu i Polsce, nieść chętną pomoc bliźnim i być posłusznym prawu harcerskiemu.

 

Konsekwencje tej decyzji są wielorakie: po pierwsze – że jest to organizacja wyłącznie dla osób wierzących w Boga – należy domniemywać, że tego z  judeochrześcijańskiej tradycji. Wszyscy inni: ateiści i wyznawcy innych religii, jeśli nie chcą być krzywoprzysięzcami, mają  zamkniętą drogę wstępu do ZHP! Po drugie – jeśli ktoś kto składał tę rotę przyrzeczenia po latach straci wiarę – stanie przed dylematem: wystąpić z ZHP, czy „grać” nadal rolę Polaka-Katolika?

 

I tak dochodzimy do sedna tego problemu. Zachowanie w przyrzeczeniu  zwrotu o „pełnieniu służby Bogu i Polsce” nabrało w ostatnich latach o wiele groźniejszego znaczenia. W ten sposób ZHP wpisało się w narrację  pisowskiej ideologii, uznającej za jedyny właściwy model Polaka-Katolika.

 

Czytaj dalej »



Stali bywalcy strony „Obserwatorium Edukacji” wiedzą, że mam pewną słabość, umiejętność, (określenie tego zdolnością byłoby zapewne przesadą) układania okolicznościowych wierszyków (rymowanek). Zamieszczam je zwykle z okazji świąt i Nowego Roku. Ale ten obyczaj od lat kultywuję przede wszystkim w gronie rodziny i przyjaciół, których imieniny i urodziny fetuję, przez siebie układanymi specjalnie na tę okoliczność, wierszykami. Niedawno takie właśnie urodzinowe życzenia napisałem dla siostrzenicy mojej żony, która „zaliczyła” czterdzieste urodziny. Zacytuję obszerny fragment tego „rękodzieła”, gdyż w kontekście lektury wywiadu z dr Aleksandrą Przegalińską będzie to doskonały punkt wyjścia do dalszych refleksji na temat: Przydatność klasycznych systemów szkolnych (zwłaszcza kształcenia zawodowego) dla efektywnego funkcjonowania w aktualnej i prognozowanej formule cywilizacji postindustrial- nego świata.

 

Gdy narodziłaś się Kasiu Miła,

Papieżem nie był jeszcze Wojtyła.

Breżniew na Kremlu wciąż dzierżył władzę,

Husak-prezydent – rok drugi  – w Pradze.

Wałęsa ojcem był czwórki dzieci,

Nie wiedział wcale kiedy poleci

Nasz kosmonauta – dotąd jedyny.

Gierek Polaków wpuszczał w maliny…

Mało kto jeszcze znał Kaczyńskiego,

Nie było – w planach nawet – Jakiego…

Nikt nie znał maili ani Facebuka,

Nikt w Internecie wiedzy nie szukał,

W sklepach gotówką wszyscy płacili…

I bez smartfonów szczęśliwie żyli

Patrz: urodziłaś się w innym świecie!

A tak niewiele lat żyjesz przecie.

 

Pójdę dalej tym tropem i powspominam jakie wtedy działały w Łodzi szkoły zawodowe. Była druga połowa lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Robotnicza, głównie włókiennicza, Łódź potrzebowała wykwalifikowanych pracowników, których dostarczały zespoły szkół włókienniczych (a w nich zasadnicze szkoły zawodowe i technika) – na czele z tym wiodącym, o numerze 1, przy ul. Żeromskiego. Dla przemysłu odzieżowego kształciły dwa zespoły szkół odzieżowych. Wielkie kombinaty budowlane realizowały sztandarowy program wielkopłytowego budownictwa mieszkaniowego – kadry dla nich kształcono w trzech zespołach szkół budowlanych, liczących po ponad tysiąc uczniów każdy. Działało pięć zespołów szkół mechanicznych, w tym jeden kształcący mechaników precyzyjnych, czyli kadry dla Łódzkiej Fabryki Zegarów. Nie brakowało szkół przygotowujących do zawodów w przemyśle spożywczym (mięsnym, piekarniczo-cukierniczym) i gastronomii. Działało także kilka zespołów szkół ekonomicznych, szkoła dla księgarzy, poligrafów, a także zespoły szkół samochodowych, energetycznych, zespół szkół elektrycznych a także szkół chemicznych. Nie potrafię tak z pamięci wymienić ich nazw, ale było także kilka szkół przyzakładowych (np. MPK i PKS, Zakładu Energetycznego), szkoła kolejowa i szkoły Zakładu Doskonalenia Zawodowego oraz Szkoła Rzemiosła. Oczywiście – były także szkoły artystyczne: muzyczne, plastyczna, baletowa…

 

A liceów ogólnokształcących było jedynie dwadzieścia kilka…

 

Po co to wszystko napisałem? Aby uświadomić sobie i Czytelnikom, że system ten, z niewielkimi korektami, funkcjonował jeszcze przez około 20 lat. Absolwenci tych szkół mają dziś po czterdzieści kilka – pięćdziesiąt kilka lat. Ciekawe byłoby prześledzenie ich losów zawodowych w tym okresie czasu, kiedy nie tylko radykalnie zmienił się system polityczny i społeczno-gospodarczy, ale kiedy przez świat przeszła kolejna fala rewolucji – tym razem już nie tyle przemysłowej, co informatycznej – ze wszystkimi jej konsekwencjami dla technologii produkcji, usług i komunikacji.

 

Czytaj dalej »



W moich planach było pisanie tego felietonu, jako komentarza do  wniosków i postulatów młodzieży zgłoszonych wokół problemów, jakie zadano im do  dyskusji  w 7. grupach, na jakie podzieleni zostali uczestnicy Forum Uczniów Województwa Łódzkiego, jakie odbyło się 16 listopada  w Łodzi.

 

Niestety, nie po raz pierwszy sprawdziła się wielka mądrość z Psalmów Dawida: Taki co w głowie uradzi, do skutku nie doprowadzi[Psalm 111] Do dzisiaj organizatorzy nie przekazali na adres OE obiecanych materiałów, uzasadniając tę zwłokę faktem, iż liderzy Fundacji „Osnowa”, jako trzecioklasiści, mają teraz na głowie przygotowania do matury….

 

Jako, że jest to argument nie do zbicia – muszę się z tą sytuacją nie tylko pogodzić, ale ją zaaprobować. A liderzy z Fundacji „Osnowa” mają okazję przekonać się na własnym przykładzie jak trudno jest chwytać dwie sroki za ogon…

 

Będzie więc dziś o tym, dlaczego mam inny pogląd  niż ZNP i – o dziwo – Biuro Analiz Sejmowych, na wydłużenie ścieżki awansu zawodowego nauczycieli, zapisane w czekającej na podpis Prezydenta Ustawie o finansowaniu zadań oświatowych. Aby nie było niedomówień – pokrótce streszczę na czym owa „straszna” zmiana ma polegać i czego w jej konsekwencji obawia się Biuro Analiz Sejmowych:

 

Z 10 do 15 lat planowane jest wydłużenie podstawowej ścieżki awansu zawodowego […]   Powstaje jednak wątpliwość, czy planowane zmiany nie wpłyną demotywująco na młodych nauczycieli, w szczególności tych, którzy będą otrzymywać ocenę wyróżniającą.” [Opinia merytoryczna i prawna dotycząca rządowego projektu ustawy o finansowaniu zadań oświatowych,  s. 20  –  TUTAJ ]

 

Godna przytoczenia jest też interpretacja stanowiska BAS, dokonana na stronie  oswiata.abc.kom. Oto fragmenty informacji z piątku 24 listopada, zatytułowanej Nowe przepisy zniechęcą do wybierania zawodu nauczyciela?”:

 

Proponowane zmiany znacznie wydłużają czas potrzebny do osiągnięcia najwyższego szczebla zawodowego, jakim jest nauczyciel dyplomowany.” – zauważają sejmowi prawnicy. […]

Oznacza to, że młody nauczyciel będzie musiał pracować dłużej, aby osiągnąć najwyższy stopień awansu, nie mogąc specjalnie liczyć ani na ułatwienia, ani na nagrody za dobrą pracę.

 

Przepisy wprowadzają dodatek za wyróżniającą naukę tylko dla nauczycieli dyplomowanych, co w przyszłości będzie prowadziło do zwiększenia rozwarstwienia dochodowego wśród nauczycieli i może działać demotywująco na młodych nauczycieli, zwłaszcza tych, którzy będą otrzymywać ocenę wyróżniającą” – podkreślają prawnicy z Biura Analiz Sejmowych. [Źródło: www.oswiata.abc.com.pl]

 

Przypomnę, że według aktualnie obowiązującej procedury, osoba wchodząca do zawodu nauczycielskiego, od chwili podpisania umowy o pracę nauczyciela stażysty, potrzebuje 9 lat, aby osiągnąć najwyższy stopień awansu zawodowego – zostać nauczycielem dyplomowanym! Następne kilkadziesiąt lat pracuje bez wizji na podwyższenie swego statusu zawodowego, nie mówiąc o znaczącym wzroście wynagrodzenia. Może liczyć jedynie na okazjonalnie przyznawane za wyróżniającą pracę nagrody z okazji Dnia Edukacji Narodowej: Nagrodę Dyrektora Szkoły, Kuratora Oświaty lub Ministra Edukacji Narodowej.

 

Jakiej skali jest to problem? Oto diagram, ukazujący populację nauczycieli w podziale na stopnie awansu zawodowego – stan w roku szk. 2014/2015:

 

 

 

 Źródło: Nauczyciele w roku szkolnym 2014/2015. ORE, s. 17

 

Czytaj dalej »



Ostatnio dużo mówiono w kręgach „elity pisowskiej” o praniu brudów we własnym domu i o „totalnej Targowicy”. Pomijając problem, czy owo kresowe miasteczko może być totalne, bo wszak to jego nazwa stała się synonimem zdrady narodowej, skupmy się na karierze wzorca młodopolskiej, mieszczańskiej dulszczyzny rodem z Galicji, jaką  robi w kręgach popleczników współczesnego „inteligenta z Żoliborza”.

 

Okazuje się, że zachowania przez  dziesięciolecia wykpiwane i pogardzane, stają się nagle – jak ów wzorzec metra w Sèvres pod Paryżem – wzorcem, według którego ocenia się zachowania, nie tylko polskich europosłów, gdy tylko ktoś, w poszukiwaniu poparcia  swoich starań o przestrzeganie w Polsce reguł demokratycznego świata, podzieli się wiedzą o efektach destrukcyjnych rządów obecnej większości parlamentarnej przed jakimkolwiek gremium poza granicami kraju.

 

Do czego prowadzi konsekwentne stosowanie owej zasady prania brudów we własnym domu możemy coraz częściej dowiadywać się z mediów, informujących o kolejnym, zakatowanym we własnym domu, bezbronnym dziecku. Przy bierności krewnych i sąsiadów, palących post factum żałobne znicze, składających pod domem maskotki  i maszerujących w marszach sprzeciwu…

 

Dlatego dzisiaj, będąc głęboko przekonanym, że jeśli źle się dzieje w jakimś środowisku (wszak minister Ziobro właśnie za rzekomy brak takowych zachowań w – jak to on nazywa – korporacji sędziowskiej przygotował ustawę wasalizującą KRS)) należy o tym mówić głośno i odważnie, podejmę temat, choćby taki, na który na swym blogu zwrócił niedawno uwagę Dariusz Chętkowski – znany nauczyciel łódzkiego XXI LO.

 

Pretekstem do napisania krytycznych zdań, opisujących klimat, panujący w środowisku nauczycieli, był dla belferblogera manifest „Strajku Młodych Nauczycieli”. „Obserwatorium Edukacji” informowało o tej inicjatywie już 26 października w materiale, zatytułowanym Po rezydentach – młodzi nauczyciele? Szykują się do strajku. Oto fragmenty postu „Młodzi nauczyciele żądają, zamieszczonego na Belferblogu w piątek, 17 listopada, w którym kolega Chętkowski postawił swoją diagnozę stanu gotowości, nie tylko młodych, nauczycieli do podejmowania akcji protestacyjnych:

 

Jak patrzę na szkoły, moją bądź inne, gdzie bywam, to młodych prawie nie widzę. Nie dlatego, że ich tam nie ma fizycznie, ale dlatego, że gonią za swoimi sprawami, najczęściej pozaszkolnymi (np. doktoratem, nowymi kwalifikacjami, fuchami, drugą pracą itd.), więc przez szkołę przemykają jak błyskawica. Robią zatem to samo, co starzy.

 

Nauczycielom – młodym i starym – nie opłaca się strajkować, ponieważ na szkołę położyli lachę, a sens swojego życia i pracy znaleźli gdzie indziej. Ludzi z taką mentalnością jest sporo w szkołach, chociaż są też pasjonaci (koleżanki i koledzy, staram się być sprawiedliwy).

 

Czytaj dalej »



To będzie takie moje ćwiczenie z empatii… Jego pomysł zrodził się wczoraj: podczas mojej obecności na uroczystości 28 Święta Okręgu Łódzkiego ZNP, na które zostałem zaproszony do Klubu Nauczyciela przez Prezesa Zarządu tegoż okręgu. To – jednak lokalne – wydarzenia zostało dowartościowane obecnością Prezesa ZNP Sławomira Broniarza, a także jednego posła na Sejm RP (i to nie wybranego głosami łodzian –startował w okręgu Sieradz :Zgierz, Pabianice, Kutno, gdzie w 2015 r. dostał 8082 głosów),oraz jednego byłego, kiedyś bardzo medialnie popularnego, młodego  posła partii, która w ostatnich wyborach nie weszła do Sejmu, który z niej wystąpił wiosną tego roku i jest teraz jednym z liderów pewnego bardzo lewicowego stowarzyszenia.

 

Bo to, że zaszczycił tę uroczystość Pierwszy Wiceprezydent m. Łodzi Tomasz Trela, nadzorujący (jak piszą niektórzy – odpowiedzialny za)  łódzką oświatę, to nie może nikogo dziwić. I nie jest organizatorów „winą”, że jest on szefem łódzkich struktur SLD i wiceprzewodniczącym tej partii w skali krajowej.

 

W rzędzie vipów, obok reprezentującej ŁKO pani wicekurator Elżbiety Ratyńskiej (wręczała  w imieniu MEN medale KEN), zasiadł jeszcze jeden, świeżo upieczony polityk – nowy szef łódzkiej struktury Partii „Nowoczesna” – 37-letni adiunkt w Instytucie Filologii Germańskiej UŁ. Myślę, że nie tylko mnie rozbawiło jego wystąpienie, w którym usiłował „podbić serca” obecnych na uroczystości weteranów ZNP zwierzeniem: „wychowałem się od dziecka z ZNP, bo do tego związku należała moja mama”.

 

W jakim celu tak precyzyjnie  prezentuję  polityków, obecnych na wczorajszym związkowym święcie? Jest mi to potrzebne, jako punkt wyjścia, do snucia kolejnych refleksji wokół problemu, który sformułowałem siedząc wczoraj w Klubie Nauczyciela: „Kto komu jest bardziej potrzebny: politycy działaczom związkowym, czy przeciwnie – to politycy szukają „dojścia” i popularności w szeregach członków związków zawodowych?”

 

Czytaj dalej »



Jeszcze w piątek byłem prawie pewien, że felieton będzie moim komentarzem do wywiadu, jakiego Aleksandrze Pucułek – redaktorce „Gazety Wyborczej.Łódź” udzielił sam prof. dr hab. Bogusław Śliwerski. Rozmowę opublikowano w piątkowym dodatku pod tytułem „Po co praca domowa”. Jako że temat to ostatnio „chodliwy” i wiele osób już w tej sprawie zabierało głos – byłem ciekaw co o „odrabianiu” lekcji (językowo nic to nie różni się od odrabiania pańszczyzny) ma do powiedzenia przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN. Będąc posiadaczem piątkowego, papierowego, wydania GW zagłębiłem się niezwłocznie w lekturę rzeczonego wywiadu.

 

Co chwila czytanie przerywały mi myśli: „No nie – co on mówi…” I stąd ten pomysł napisania o tym felietonu. Jednak wszystko „załatwił” merkantylizm wydawców „Gazety Wyborczej”. W wersji drukowanej wywiad został zamieszczony na 6. stronie łódzkiego dodatku…  Jednak w e-wersji nie tak łatwo go znaleźć. Spróbujcie sami jakie tematy pojawiają się w wykazie prezentowanych tekstów na stronie internetowej GW –  TUTAJ

 

Dopiero wpisanie w wyszukiwarkę fragmentu tekstu pozwoliło na jego znalezienie – pod tytułem „Po co uczniom praca domowa? Dzieci potrzebują czasu wolnego. Tyle tylko, że  dostępny jest on jedynie dla prenumeratorów. [Kto może – niechaj czyta]

 

Byłoby nie fair wobec czytelników (ale i wobec prof. Śliwerskiego), gdybym komentował tekst, którego wszyscy czytelnicy nie mieli szansy przeczytać. A nie chcę „robić” za naganiacza kasy wydawnictwu AGORA. Dlatego – mimo, że palce aż mnie świerzbią, aby wystukać moje refleksje, które towarzyszyły mi  podczas zapoznania się z niektórymi poglądami o potrzebie uczniowskich prac domowych, jakie ujawnił w tym wywiadzie  prof. Śliwerski –  nie będzie to dalej tematem tego felietonu…

 

Ale.. Ale choć jeden cytat i mój do niego komentarz:

 

Aleksandra Pucułek: – Więc po co ta praca domowa?

Bogusław Śliwerski: – Jest formą sprawdzania, czy uczeń zrozumiał materiał z lekcji. W ten sposób nauczyciel dostaje sygnał, co poprawić w swoim kontakcie z podopiecznymi. Po drugie to element samokontroli dla dziecka. Uczeń który dopiero zaczyna szkołę musi mieć prace domowe, nie dlatego, żeby ułatwić nauczycielowi pracę, tylko dlatego, żeby móc wdrożyć go do samokształcenia. (! WK) […]

 

Merytoryczny dyskurs z przywołanymi tezami prof. dr hab. Bogusława Śliwerskiego pozostawiam fachowcom-praktykom: nauczycielom i WSPÓŁCZESNYM metodykom – zwłaszcza w obszarze nauczania zintegrowanego. To nie moja działka.

 

Czytaj dalej »