Archiwum kategorii 'Felietony'

20 maja zamieściłem na OE materiał, zatytułowany Druzgocąca krytyka publicystyki, promującej zmiany w edukacji. Prowokacja?”. Udostępniłem tam fragmenty tekstu Roberta Raczyńskiego – autora bloga „Eduopticum”, który 18 maja zamieścił tam tekst, zatytułowany Publicystyka zmiany”.

 

Mój tytuł nieprzypadkowo kończy to pytanie: „Prowokacja?” To był jedyny sposób, abym mógł zasygnalizować czytelnikom „Obserwatorium Edukacji”, że poglądy jakie w swoim tekście zaprezentował Robert Raczyński publikuję na stronie „Obserwatoroium” nie dlatego, że je w pełni podzielam.

 

Dziś postanowiłem, że ten felieton przeznaczę wyłącznie na odnotowanie moich refleksji, powstałych podczas lektury tekstu „Publicystyka zmiany”.

 

Zacznę od zacytowania fragmentu, który u niejednego czytelnika mógł wywołać gniew, a może i nawet bardziej skrajne emocje:

 

Głównym konsumentem podobnych objawień, biernym, pozbawionym jakiegokolwiek wpływu na opisywaną sytuację, bezrefleksyjnym, ale entuzjastycznym potakiwaczem jest tu internetowy różowy kisiel, publiczność gotowa zalajkować każdą, „nowocześnie” inną ideę, pasującą ideologicznie jej, lub jej duchowemu guru, w rodzaju Kena Robinsona.”

 

Nie twierdzę, że jestem typowym przedstawicielem środowiska nauczycielskiego, które jest odbiorcą tekstów i materiałów ikonograficznych, zamieszczanych na portalach, fanpejdżach i prywatnych profilach fejsbukowych, promujących ruchy dążące do „zmiany” skostniałej struktury naszego szkolnictwa. Ale wiem, że znakomita większość tych, których przez lata mojej aktywnosci w „sieci” poznałem, a także ci poznani w realu”, nie zasługują na określenie ich różowym kisielem, że sąbezrefleksyjnymi ale entuzjastycznymi potakiwiczami”. Nawet jeżeli część z nich swoje zaangażowanie w ruch zmiany rzeczywiście kończy na zalajkowaniu jednego czy drugiego reformatorskiego tekstu, to jeszcze nie musi oznaczać, że są oni owym różowym (?) kisielem.

 

Bo mogą to być nauczycielki/nauczyciele mający już tylko kilka lat do wieku emerytalnego, może pracują w szkole, której dyrekcja jest rodzinnie lub towarzysko powiązana z lokalną władzą, pochodzącą spod sztandarów aktualnej większości sejmowej, a może są młodymi adeptami nauczycielskiej profesji, zatrudnionymi na umowę okresową, na etapie stażysty, którzy z obawy przed utratą pracy nie mają odwagi lansować „nowinek” w swojej szkole, zdominowanej przez jej konserwatywne kierownictwo i podstarzałe (mentalnie) „ciało pedagogiczne”.

 

Czytaj dalej »



Podobnie jak przed tygodniem, także i dziś nie będę zajmował się żadnym z tzw. „gorących tematów” minionego tygodnia. Natomiast dwa teksty, które zaistniały „w sieci” tego samego dnia – 11 maja – pobudziły moje – byłego praktyka i w swoim czasie początkującego teoretyka pedagogiki opiekuńczej – refleksje. Pierwszym z nich był post prof. Bogusława Śliwerskiego, zatytułowany Pedagogika opiekuńcza zatrzymała się na poziomie praktyki”. Przypadek sprawił, że tego samego dnia zamieściłem na OE informację o tekście Danuty Sterny „Jak lubić swoich uczniów na odległość?”, której to informacji nadałem tytuł „Danuta Sterna o sposobach zdalnego realizowania funkcji opiekuńczej szkoły”.

 

Zacznę od problemu, który prof. Śliwerski określił jako zatrzymanie się pedagogiki opiekuńczej na poziomie metodyki sprawowania opieki nad dzieckiem lub na utyskiwaniu nad jej niedoskonałością. Kluczową dla jego wywodów jest teza, iż „trudno się dziwić, że metodyka pracy opiekuńczo-wychowawczej jest niedopracowana, skoro nie ma dla niej teoretycznych podstaw.” Stoimy więc wobec klasycznego pytania: „Co było pierwsze – jajo czy kura?”

 

Nikogo nie zaskoczę, gdy powiem, że jestem przedstawicielem szkoły, która stoi na stanowisku, iż we wszystkich naukach „praktycznych” – a do takich należy pedagogika i jej gałąź: pedagogika społeczna oraz jej córa – pedagogika opiekuńcza – bazą i punktem wyjścia jest rzeczywistość, w ich przypadku – rzeczywistość społeczna. Dopiero na drugim etapie rozwoju tych nauk możemy oczekiwać „sprzężenia zwrotnego”, czyli wypracowywania zasad i postulatów pod adresem praktyki. Tym drugim etapem, możliwym dopiero po procesie opisywania rzeczywistości, zakończonym diagnozą i jej konkluzją, pedagogika – także opiekuńcza, jak każda teoria (tzn. całość logicznie spoistych uogólnień, wywnioskowanych na podstawie ustalonych faktów naukowych, której celem jest wyjaśnienie przyczyny lub układu przyczyn, warunków, okoliczności powstawania i określonego przebiegu danego zjawiska lub zjawisk) może stać się teoretyczną podstawą dla wypracowania metodyki pracy opiekuńczo-wychowawczej.

 

To tyle wykładni moich poglądów – wróćmy do felietonistyki. Nie miałem możliwości zapoznania się z pracą pani dr hab. Grażyny Genowefy Gajewskiej, profesora Uniwersytetu Zielonogórskiego, zatytułowaną „Współczesne tendencje, problemy i wyzwania w opiece i wychowaniu. Teoria, metodyka i praktyka w opinii studentów” – jestem więc skazany na opinię o niej profesora Śliwerskiego. W jednym zgadzam się z nim bezdyskusyjnie: poproszenie studentów, co prawda II stopnia (tzw. magisterskich), o wyrażenie opinii na temat współczesnych problemów i wyzwań w opiece oraz wychowaniu ma niską wartość poznawczą. Z innymi zawartymi w tym poście opiniami i poglądami Profesora nie będę dziś polemizował – może przy innej okazji.

 

Z całego pakietu problemów kryjących się w nazwie „praca opiekuńcza”, tak naprawdę „opiekuńczo-wychowawcza” (bo nie ma opieki bez wychowania, a dobrego wychowania bez elementów opieki) dziś podejmę jedynie ten jej obszar, który nie realizuje się w tzw. „opiece kompensacyjnej”, nazywanej także „opieką całkowitą”, współcześnie także „zastępczą”, lecz który realizowany jest na terenie szkoły, wobec jej uczniów. Skłonił mnie do tej refleksji tekst Danuty Sterny o tym czego potrzebują uczniowie ze strony nauczycieli w okresie nauki zdalnej, bardziej niż wtedy, gdy przebywali na ternie szkoły. Świadomie spuentowałem jej wywód tym tytułem: „…o sposobach zdalnego realizowania funkcji opiekuńczej szkoły”, bo w moim głębokim przekonaniu właśnie ta niedoceniana jak dotąd funkcja szkoły – funkcja opiekuńcza – powinna stawać się podstawową funkcją nowoczesnej, zorientowanej na wyzwania współczesności i nadchodzącej przyszłości, szkoły.

 

Czytaj dalej »



Rozmyślając nad tym co tym razem stanie się tematem kolejnego felietonu, długo nie mogłem sprecyzować nawet jego problematyki. Generalnie przyjąłem wersję, że nie będę dokładał jeszcze od siebie do – nazwę to – kakofonii „antyrządowych” oświadczeń i komentarzy, będących reakcjami opozycyjnych polityków i mediów niezwiązanych z obozem rządzącym. Przyznam się, że gdy słyszę po raz enty o tym jak to PiS prowadzi nas do dyktatury i kpi sobie z demokracji parlamentarnej oraz trójpodziału władzy, organizuje farsę wyborów prezydenckich i oszukuje w sprawach walki z koronawirusem – odczuwam przesyt, graniczący z alergią…

 

Zapewne znajdą się tacy czytelnicy tego tekstu, którzy w tym momencie najchętniej określiliby mnie symetrystą, nawet kapitulantem, kolaborantem, a najchętniej „zdrajcą Sprawy” i – być może – na tym zakończą lekturę felietonu.

 

Spróbuję, możliwie syntetycznie, wyjaśnić powody takiego stanowiska. Broń Boże nie uważam, że te przykładowo przytoczone opinie są niesłuszne, ale stosowane w nadmiarze przestają odnosić zamierzony efekt społeczny. Uważam, że w konsumpcji informacji działa ta sama zasada, jaką wszyscy znamy z konsumpcji spożywczej.

 

Najlepiej zilustruje to stary dowcip o górniku, który bardzo, bardzo lubił grochówkę. Po tym, jak wielokrotnie domagał się owej grochówki od swojej żony, ta postanowiła go raz na zawsze zadowolić. Uwarzyła wielki gar tej zupy i… gdy pierwszego dnia podała mu wieką misę z grochówką nie tylko że usłyszała od męża kilkakrotne wyrazy zadowolenia, ale jeszcze Gustlik ją ucałował. Następnego dnia mąż zjadł talerz grochówki i pięknie podziękował. Trzeciego dnia także zjadł, ale już nic się nie odezwał. Gdy kolejnego dnia po szychcie, spracowany, wróci do domu i znów znalazł na stole miskę z grochówką – ździwoczuny, ciepnął ją za okno… Na piąty dzień Gustlik po pracy zasiadł za stołem – a stół pusty. Patrzy – żona idzie z parującą misą jakiejś zupy (czuć, że nie grochówki), ale nie stawia jej na stole, tylko otwiera okno i ją wyrzuca. „Coś ty zgłupła?” woła górnik. Na to żona: „Ni, jo myśloła, ze ty i dziś w ogrodku bydziesz jod…”

 

Dlatego postanowiłem nie tylko odkazić odpowiednim płynem swoje dłonie, klawiaturę laptopa i myszkę, (bo maseczki na twarzy w mieszkaniu nie mam obowiązku nosić), ale też zachować wyraźny dystans do tego zalewu krytyki rządzących i wystąpić z pozycji „higienisty”, ale językowego.

 

Powodem decyzji, aby to właśnie ten problem stał się tematem dzisiejszego felietonu, stały się komentarze do mojego komentarza do wpisu, jaki na swym fejsbukowym profilu zamieścił w piątek, znany zapewne wielu Czytelnikom nauczyciel-polonista w sopockim liceum – Paweł Łęcki. Aby nie było, że przedstawiam coś „wyrwanego z kontekstu” proponuję najpierw lekturę tego posta – TUTAJ

 

Przygotowując ten plik zaznaczyłem czerwonym kolorem słowa, których użycie przez autora tego, zgadzam się, w emocjach zredagowanego tekstu, tak bardzo mnie poruszyły, że zareagowałem na nie takim komentarzem:

 

Generalnie słuszne. Tylko po co takim językiem, Panie Profesorze od „polaka”. Chyba nie to miał na myśli „czwarty wieszcz”, gdy pisał: „Odpowiednie rzeczy dać słowo”… Bo chyba nie posłużył się pan tą „konwencją”, aby dotrzeć do swoich uczniów? I uczennic?…

 

I zaczęło się! Do niedzielnego przedpołudnia pod tym co napisałem pojawiło się 20 (!) komentarzy. Ich autorami byli, generalnie, nieznani mi ludzie, z wyjątkiem tego, który zareagował jako jeden z pierwszych: Bogusława Olejniczaka – osoby, która nie tylko jest moim długoletnim, dobrym znajomym, ale przede wszystkim cenionym i szanowanym byłym (od początku, nieomal do końca jego istnienia) dyrektorem Gimnazjum nr 1 w Łodzi, aktualnie dyrektorem dwujęzycznego XI LO w Łodzi, którego jest inicjatorem i twórcą. Oto co on napisał:

 

To trafne słowa właśnie, oddają prawdę nastrojów. Możemy być wkurwieni. A do uczniów można iść po korepetycje ze słownictwa. Niech żyje hipokryzja”

 

Gdy mu odpowiedziałem: Oto signum temporis… Już nie jesteśmy zdegustowani, wyprowadzeni z równowagi, zdenerwowani, a KONIECZNIE wkurwieni”, w jego kolejnym komentarzu przeczytałem:

 

Czytaj dalej »



Gdy przed dwoma dniami, w roli redaktora OE zamieszczałem materiał okolicznościowy „W 16. rocznicę przyjęcia Polski do Unii Europejskieji nie tylko, że przywołałem tam fragment opracowania „Nasza Europa: 15 lat Polski w Unii Europejskiej”, ilustrujący wyniki badań postaw Polaków wobec Unii Europejskiej, ale opatrzyłem to wszystko komentarzem redakcji – poleciałem, dziś tak to oceniam, „o jeden most za daleko”…

 

Bo już we wprowadzeniu napisałem, że czynię to z nadzieją , iż te informacje staną się się bodźcem do nauczycielskiej refleksji – nie tylko tych koleżanek i kolegów, którzy realizują treści przedmiotu WOS – co takiego „zawaliliśmy”, że patrząc na otaczającą nas rzeczywistość, nie tylko tą ze świata polityki, dostrzegamy jakby smutniejszy obraz przywiązania naszych rodaków do wartości unijnych, niż ten, ukazany w przytoczonym poniżej fragmencie owego jubileuszowego opracowania. W komentarzu jeszcze bardziej ten wniosek skonkretyzowałem, pisząc, że „widzimy wszędzie wokół nas, że jest o wiele gorzej z proeuropejskimi postawami Polaków? […] Także u tych młodych, którzy dorastali już po wejściu Polski do Unii Europejskiej?

 

Naprawdę nie wiem co mną wówczas gdy to pisałem kierowało – być może chęć, żeby było jeszcze lepiej niż jest… Ale czemu zarzuciłem koleżankom i kolegom „z pierwszej linii”, że coś „zawalili”?

 

Przecież gdybym się tak nie pośpieszył, gdybym poszukał bardziej aktualnych sondaży, jak ten przeprowadzony przez CBOS z lutego tego roku „Postrzeganie Unii Europejskiej i jej instytucji” [TUTAJ ], to znalazłbym tam na samym początku raportu tę informację, zilustrowaną Tabelą 1:

 

Poziom poparcia dla członkostwa Polski w Unii Europejskiej pozostaje bardzo wysoki. W lutowym badaniu aprobatę dla obecności Polski w UE wyraża 89% respondentów. Do przeciwników przynależności naszego kraju do UE zalicza się 7% ankietowanych.

 

 

I jak tu mieć do kogoś pretensje, że są winni złym skutkom, kiedy jest tak dobrze?

 

Ale, jak wiadomo, wyniki sondaży na ogół zależą od tego, na czyje zlecenie są wykonywane. Aby nie popaść w przesadne zadowolenie, poszukałem także informacji z bardziej niezależnych (po powstałych poza naszym krajem) źródeł.

 

Oto wyniki badań Eurobarometru – pochodzą z opublikowanego w sierpniu 2019 r. raportu „Standardowego Eurobarometru nr 91 (wiosna 2019). Opinia publiczna w Unii Europejskiej”.

 

 

Źródło: www.konkret24.tvn24.pl

 

Czytaj dalej »



Dzisiejszy felieton jest powrotem do – ostatnio zarzuconej – tradycji pisania o kilku sprawach, czyli takich, które w minionym tygodniu stały się bodźcem, wywołującym moje emocje. Lub przynajmniej refleksje.

 

Zacznę od „koszuli bliższej ciału”, czyli od piątkowego news’a o powołaniu dotychczasowego wicedyrektora łódzkiej OKE – Marka Szymańskiego – na jej szefa. Powie ktoś – też mi wydarzenie! Rzeczywiście, gdyby znaczenie mierzyło się jego rozgłosem, to trudno byłoby tę nominację uznać za godną uwagi: z wszystkich łódzkich mediów fakt ten odnotował jedynie „Dziennik Łódzki”.

 

Ale już wcześniej tylko ta gazeta, dzięki redaktorowi Maciejowi Kałachowi, prawidłowo zdiagnozowała znaczenie zmiany na kierowniczym stanowisku w tej oświatowej instytucji ds. egzaminów. Przypomnę, że sprawa zaczęła się od tajemniczej, bo nie uzasadnionej w żaden racjonalny sposób, dymisji poprzedniej dyrektorki OKE Danuty Zakrzewskiej, do której doszło jeszcze w grudniu 2019 roku. Można powiedzieć, że dyrektor CKE, pytany o powody tego odwołania odpowiedział redakcji: „Bo ja tak chciałem”. [W rzeczywistości wyjaśnienie brzmiało tak: „… działalnością okręgowej komisji egzaminacyjnej kieruje dyrektor, którego powołuje i odwołuje dyrektor Centralnej Komisji Egzaminacyjnej”.]

 

Taka niedookreślona sytuacja trwała aż do 3 lutego, kiedy to na stronie CKE zamieszczono ogłoszenie o konkursie na stanowisko dyrektora OKE w Łodzi. Chętni na fotel dyrektora mogli zgłaszać się do 18 lutego. Jako że decydowała data stempla pocztowego na kopercie ze zgłoszeniem – z informacją o tym ilu jest kandydatów czekano do 21 lutego, kiedy to „wyciekło do prasy”, że na konkurs wpłynęły cztery oferty.

 

Tu przerwał, lecz róg trzymał…”

 

Od chwili, gdy w łódzkim środowisku oświatowym rozeszły się te wiadomości, pojawiły się różne hipotezy o ewentualnych powodach decyzji o odwołaniu dyrektor Zakrzewskiej – bez podania powodu… To wtedy pojawiła się plotka (mówią, że w każdej plotce jest ziarno prawdy), iż to stanowisko zostało zwolnione dla zapewnienia „miękkiego lądowania” szefowi innej ważnej wojewódzkiej instytucji oświatowej.

 

Nie będę zaprzeczał – ja także zacząłem przychylać się do tej hipotezy – zwłaszcza po informacjach o – aż dwu w krótkim odstępie czasu (6 lutego i 4 marca) – wizytach kuratora Wierzchowskiego w toruńskim „Radiu Maryja”. [Zobacz: 6 marca ŁKO gwiazdą ‚Rozmów niedokończonych’ w „Radiu Maryja”, a także 8 marca Felieton nr 312. Kto się w opiekę oddał … radiu toruńskiemu”]

 

Wracam do résumé wydarzeń wokół powołania nowego dyrektora OKE w Łodzi.

 

Co jest w tej sprawie najbardziej zastanawiające? Czas, jaki minął od zamknięcia zgłoszeń kandydatów na to stanowisko – 18 lutego, do dnia ogłoszenia decyzji o wyborze kandydata – 24 kwietnia: 68 dni! Tyle czasu dyrektor Smolik (o ile tak naprawdę to do niego należała ta decyzja) zwlekał z podjęciem ostatecznej decyzji personalnej o obsadzeniu stanowiska dyrektora łódzkiej „okręgówki”. Przez ponad dwa miesiące „trwały procedury” pierwszego etapu konkursowego, czyli sprawdzenia wymogów formalnych, który zakończył się w połowie marca (jak wiemy dwójka kandydatów wtedy odpadła), a następnie drugiego etapu, czyli właściwego konkursu, polegającego na przeprowadzeniu rozmów sprawdzających stopień przygotowania kandydatów do pełnienia tej funkcji. Jak znam życie – wystarczą na takie „wysłuchanie” dwu kandydatów dwie do trzech godzin.

 

Ale wszystko to okryte jest głęboką tajemnicą: nie tylko nie znamy danych personalnych pozostałych kandydatów (nawet ich płci), ale nie znany jest także skład komisji konkursowej…

 

Minęło 68 dni, podczas których w Polsce rozwinął się stan epidemii koronawirusa, zamknięte zostały szkoły, przedszkola i inne placówki oswiatowo-wychowawcze, setki tysięcy ludzi traciło prace, rosła liczba zakażonych, zmarłych z powodu wirusa COVID19, zainteresowanie społeczeństwa skupiło się na innych sprawach… Można było spokojnie, nie obawiając się, że ktoś przypomni sobie o wakacie w łódzkiej OKE, poczekać na ostateczne wyklarowanie się decyzji w tej drugiej łódzkiej sprawie kadrowej. I – jak widać – w końcu decyzja zapadła: Marek Szymański mógł już zostać powołany na dyrektorskie stanowisko, które na zasadzie p.o. pełnił już od grudnia ubiegłego roku.

 

I tylko nie wiem który czynnik bardziej pomógł obu panom: ojciec dyrektor, czy koronawirus…

 

 

X           X           X

 

 

Drugim wydarzeniem, a właściwie całym ciągiem, także „niewydarzeń”, było to, czego początkiem była piątkowa konferencja prasowa „trzech tenorów”, czyli trzech ministrów: edukacji, szkolnictwa wyższego i nauki oraz zdrowia. Zaczął ją „nasz” minister, i to od razy takimi słowami, które spowodowały, że przysłowiowy scyzoryk otworzył mi się w kieszeni:

 

Czytaj dalej »



Przed chwilą przejrzałem o czym informowałem w minionym tygodniu na stronie OE. Przypomniałem sobie także (robiąc szybki research tematyki edukacyjnej na stronach widących mediów krajowych) o czym w tym samym okresie informowały media krajowe. I podjąłem decyzję: felieton będzie o tym, o czym nigdzie nie znalazłem informacji!

 

Cóż to za tajemniczy temat? Są nim nieznane losy „Obywatelskiego projektu ustawy o zmianie ustawy o dochodach jednostek samorządu terytorialnego oraz niektórych innych ustaw”, który w informacji, zamieszczonej o jego pierwszym czytaniu na stronie ZNP, nazwano „naszym projektem ‚Pensje z budżetu’”.

 

Przedziwna, żeby jej nie nazwań – podejrzana – atmosfera towarzyszyła temu projektowi już od pierwszych chwil jego prezentacji. Jak można o tym przeczytać w owej relacji ZNP (Pierwsze czytanie naszego projektu Pensje z budżetu) – prezes ZNP musiał zejść z mównicy po 5 minutach swojego wystąpienia, ponieważ Marszałek Sejmu Ryszard Terlecki odebrał mu głos, informując, że wystąpienie zostało skrócone do 5 minut.

 

Zamieszczoną na stronie OE informację o tym wydarzeniu zatytułowałem Pierwsze czytanie projektu „nauczycielskiej” ustawy – w pakiecie z „antyaborcyjną”. Nie była to pełna prawda, gdyż w ramach – jak to wyjaśniała marszałek Witek – czyszczenia zamrażarki, do pierwszego czytania w owym pakiecie skierowano pięć obywatelskich projektów ustaw, które nie doczekały się zakończenia procesu legislacyjnego w sejmie poprzedniej kadencji, a którego to wznowienie, jak mówi prawo, musiało nastąpić najpóźniej przed upływem sześciu miesięcy nowej kadencji. Pierwsze posiedzenie aktualnej, IX kadencji Sejmu odbyło się 12 listopada 2019 roku.

 

Warto przypomnieć jakie to były, obok nauczycielskiego przedstawionego jako pierwszy, projekty – w kolejności ich prezentowania:

 

 

>Obywatelski projekt ustawy o zmianie ustawy „Prawo łowieckie” – zawierający zapis zezwalający oosobom niepełnoletnim na udział w polowaniach;

 

>Obywatelski projekt ustawy o ochronie własności w RP przed roszczeniami dotyczącymi mienia bezdziedzicznego – tak naprawdę dotyczący mienia pożydowskiego;

 

>Obywatelski projekt ustawy o zmianie ustawy „Kodeks karny” – nazywany „Stop pedofilii”, przewidujący kary za edukację seksualną, postrzeganą przez jego wnioskodawców jako promocja wśród uczniów homoseksualizmu, masturbacji i innych czynności seksualnych;

 

>Obywatelski projekt ustawy o zmianie ustawy „O planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży” – zawierający zakaz wykonywania aborcji ze względu na duże prawdopodobieństwo ciężkich i nieodwracalnych wad płodu.

 

 

Owe „pierwsze czytania” odbyły się w środę 15 kwietnia. Do dzisiaj nie zamieszczono na stronie Sejmu stenogramu z tego posiedzenia – nie możemy więc sprawdzić, czy owe 5 minut na przedstawienie projektu mieli wszyscy przedstawiciele komitetów owych inicjatyw ustawodawczych, w tym pani Kaja Godek, czy ten limit przestrzegano jedynie wobec prezesa Broniarza.

 

Czytaj dalej »



Wszystko zaczęło się od wywiadu Katarzyny Pawłowskiej z Mikołajem Marcelą, zatytułowanego Koronawirus zabije szkołę, jaką znamy. I dobrze.To on dał mi impuls do napisania zeszłotygodniowego felietonu, w którym wyłożyłem mój pogląd na jedną z wypowiedzi, wygłoszonych przez pana Marcela, w której na pytanie co by zrobił, gdyby został ministrem edukacji i mógł podjąć tylko jedną decyzję naprawiającą polską edukację, powiedział: „Zniósłbym podstawę programową”.

 

Ten mój pogląd podsumowałem w ostatnim akapicie tamtego felietonu takimi słowami:

 

Reasumując: po głębszej analizie futurologicznej, popartej wiedzą o realiach praktyki szkolnej, jawi mi się obraz systemu kształcenia bez podstaw programowych w ogóle, jako coś, co w praktyce nie tylko że nie zadziałałoby tak, jak to sobie wyobrażają idealizujący edukacyjną rzeczywistość marzyciele, ale który byłby źródłem XXI-wiecznego społeczeństwa kastowego, w którym owa kastowość byłaby dziedziczona nie tyle miejscem urodzenia, co miejscem edukowania…”

 

Dwa dni później umożliwiłem Czytelnikom OE zapoznanie się z komentarzem Mikołaja Marceli do moich poglądów w sprawie całkowitej rezygnacji z podstaw programowych, jako „mapy drogowej” w codziennej pracy dydaktycznej polskich nauczycieli na wszystkich poziomach edukacji i w ramach wszystkich przedmiotów.

 

Podjąłem dziś decyzję, że jestem winien – tak czytelnikom OE, jak i panu Mikołajowi Marceli – podjęcie tego „dialogu na odległośc” i skomentowanie zaprezentowanych w tej replice poglądów.

 

Zacznę od tego fragmentu:

 

Dziś ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuje młody człowiek, jest jeszcze większa ilość informacji narzucanych odgórnie przez podstawę programową, a podstawa programowa jest właśnie potrzebna, by zapewnić nam spokój ducha, że wszyscy dostają to samo i mogą liczyć na podobne wykształcenie w ramach systemu edukacji.

 

Wszyscy, którzy od lat śledzą treści, które upowszechniam na stronie OE, a także w pisanych przeze mnie felietonach wiedzą, że nie tylko nie jestem obrońcą podstaw programowych w ich obecnej formule, ale wielokrotnie dawałem dowody moich przekonań o pilnej potrzebie ich znacznego ograniczenia i sprowadzenia do niezbędnego minimum, bedącego „wspólnym mianownikiem” wiedzy, którą posiadłby każdy młody Polak – bez względu na to której szkoły był uczniem. Ten wspólny mianownik jest niezbędny nie tylko z powodów prktyczno-formalnych: np. w przypadku konieczności zmiany szkoły, ale przede wszystkim jako podstawowa baza rozumienia przez młodych ludzi świata który ich otacza, w którym przyjdzie im żyć: świata przyrody, kultury, świata społecznego…

 

Ale takie zawężone podstawy programowe, będące wspólnym pniem wiedzy, którą każdy uczeń powinien mieć, nie wwykluczają możliwości tworzenia w szkołach szerokiej przestrzeni dla indywidualnego rozwoju, samokreacji, samorealizacji…

 

X           X           X

 

 

Kolejny fragment poglądów Mikołaja Marceli i mój do nich komentarz:

 

Co do skrajnych wersji: myślę, że skrajną – i pożądaną – byłaby sytuacja, w której mielibyśmy tyle uczniowskich ścieżek edukacyjnych, ilu uczniów. Bo ja nie sądzę, że nauczyciel jest od nauczania – według mnie jest on od wspierania procesu uczenia i celów wyznaczanych przez samego ucznia. Jestem też zdania, że obecne myślenie o wieńczeniu poszczególnych etapów edukacji egzaminami jest zupełnie anachroniczne.”

 

Popłynął Pan Mikołaj w marzenia: tyle uczniowskich ścieżek edukacyjnych, ilu uczniów. Już kiedyś tak w Polsce było – kiedy w domach arystokracji i bogatej szlachty, w każdym pałacu i dworku, pracowali zatrudniani tam: guwernantki lub guwernerzy, najczęściej obcego – francuskiego bądź włoskiego pochodzenia. I to oni, w warunkach całkowitej indywidualizacji procesu edukacyjnego, mieli wszelkie warunki do wspierania indywidualnych ścieżek rozwoju ich uczniów – rzadziej – uczennic. Tyle tylko, że – jak uczy nas historia – i wówczas nie uczniowie byli podmiotami takiej edukacji domowej. Decydowali rodzice i po części owi guwernerzy.

 

Lecz czy w XXI wieku, w naszym kraju, możliwe jest zrealizowanie takiego modelu „ tyle ścieżek edukacyjnych, ilu uczniów”? W polskich warunkach oddziałów dwudziestokilkoro – trzydziestokilkoro uczniów liczących?

 

I oczywiście w pełni zgadzam się, że nauczyciel nie jest od nauczania a od wspierania procesu uczenia się ucznia. W zasadzie mógłbym także poprzeć myśl, że wieńczenie poszczególnych etapów edukacji egzaminami jest zupełnie anachroniczne.”

 

Gdyby nie pamięć czasów, gdy egzaminy, zwane wówczas egzaminami dojrzałości, organizowane były absolutnie autonomicznie przez każdą szkołę średnią. Kiedy to nauczyciele, którzy uczyli poszczególnych przedmiotów, przygotowywali tematy egzaminów pisemnych i zestawy pytań na egzaminy ustne, a później zasiadali w komisjach egzaminacyjnych. Pomijam już patologiczne sytuacje, w których nauczyciel potrafił zrobić wszystko (z podrzucaniem ściagi włącznie), aby uczeni przez niego abiturienci dostawali jak najlepsze oceny, bo co pomyśli o nim dyrektor, gdy okaże się, że ich niczego nie nauczył? Oceny uzyskiwane przez uczniów na tak organizowanych egzaminach były całkowicie nieporównywalne i w niewielkim stopniu mogły służyć jako wskaźnik poziomu wiedzy absolwenta przy rekrutacji do szkół wyższych. I stąd wziął  się pomysł, jaki realizowała wówczas np. Politechnika Łódzka, że na takie egzaminy maturalne do partnerskich szkół przysyłała swojego obserwatora, który był – choć w niewielkim stopniu – takim „bespiecznikiem” prawidlowości przebiegu owego egzaminu.

 

Przy okazji przypomnę, że idea zewnętrznych egzaminów nie narodziła się w Polsce, lecz w krajach „demokratycznego świata”, że ich wprowadzenie w naszym kraju było podyktowane właśnie potrzebą wyrównywania standardów edukacyjnych szkół, niezależnie od miejsca ich funkcjonowania, i że reforma ta była gorąco popierana właśnie przez szkoły wyższe…

 

Czy dzisiaj sytuacja dojrzała już do rezygnacji z ”urawniłowki” egzaminów zewnętrznych (tak po szkole podstawowej, jaki średniej) i ponownego powrotu do egzaminów wstępnych, organizowanych przez placówki edukacyjne „wyższego szczebla”? Oto jest pytanie. Dziś nie mam na ten temat wyrobionego zdania.

 

Czytaj dalej »



Postanowiłem, że dzisiaj nie będę pisał o niczym, co jest treścią informacji i komentarzy od ponad dwu tygodni: o zawie- szeniu zajęć w szkołach, o zdalnym nauczaniu, o problemach i trudnościach, z jakimi – w konsekwencji tych decyzji – muszą się na co dzień mierzyć dyrektorzy szkół, nauczyciele, ale także uczniowie i ich rodzice.

 

Nie wiem jak Wy, ale ja na widok tego typu newsów i analiz zaczynam już odczuwać coś na kształt „odruchu obronnego” – doszło do tego, że zdarza mi się, iż wyłączam radio, telewizor, zmieniam oglądaną na laptopie stronę.

 

W poszukiwaniu czegoś z większą perspektywą niż utuskiwanie na „epidemiczną” codzienność, trafiłem wczoraj w dodatku „Gazety Wyborczej” – „Wysokie Obcasy” na wywiad Katarzyny Pawłowskiej z Mikołajem Marcelą, zatytułowany „Koronawirus zabije szkołę, jaką znamy. I dobrze.. Po wstępnych utyskiwniach na system szkolny, którego wszystkie słabości obnażył aktualny stan zagrożenia epidemicznego, na pytanie: Szkoła w dotychczasowej formie to zło? – padła odpowiedź: „Nie. Ona po prostu działa w przestarzałym modelu”. Na kolejne pytanie o to czym należałoby zastąpić ów anachroniczny system rozmówca odpowiedział: „Mnie się bardzo podobają pomysły i rozwiązania w edukacji demokratycznej czy Montessori. Takie podejście, które bazuje na motywacji wewnętrznej i w ramach którego traktuje się dzieci holistycznie.”

 

Do tego momentu nic nie budziło mojego sprzeciwu. Jednak gdy przeczytałem co zrobiłby ten wykładowca sztuki pisania – na filologii polskiej, oraz projektowania gier i przestrzeni wirtualnej – wszystko to na Uniwersytecie Ślaskim, gdyby zostawszy ministrem edukacji mógł zmienić tylko jeden element dotychczasowego systemu – odpowiedział: „Zniósłbym podstawę programową”. – odczułem przemożną potrzebę zabrania „w tym temacie” głosu.

 

Ale nim wyłożę mój pogląd na takie rozwiązanie – proponuję, abyście przeczytali cały wywiad z Mikołajem Marcelą – TUTAJ, albo – jeśli go macie – w wersji drukowanej tego dodatku.

 

Właśnie uprzytomniłem sobie, że nie wszyscy mają wykupiony abonament na lektury ze strony „Gazety Wyborczej” – tym proponuję zapoznanie się z obszernymi fragmentami zapisu tej rozmowy, przygotowanymi przeze mnie w wersji pdf – TUTAJ

 

Jak zauważyliście, ów autor książki „Jak nie spieprzyć życia swojemu dziecku.Wszystko, co możesz zrobić, żeby edukacja miała sens” w dalszej części rozmowy podejmował jeszcze inne wątki, takie jak testomania, sens oceniania w jego dotychczasowej wersji, przydatność egzaminów zewnętrznych (matura), depresje wśród nastolatków, używanie przez uczniów smarfonów, fascynacja młodych ludzi instagramerami, youtuberami i gwiazdami na TikToku.

 

Ja dziś podejmę tylko temat jego wizji szkoły bez podstaw programowych.

 

Wiem, że nie tylko Mikołaj Marcela lansuje model szkoły bez podstaw programowych. Z tego co dotąd słyszałem i czytałem – znakomita większość eduzmieniaczy: „teoretyków”, udzielających światłych rad, pisujących książki, blogi i długie posty na swych fejsbukowych profilach, ale także liczni praktycy – dyrektorki i dyrektorzy szkół, nauczycielki i nauczyciele „oddolnie” wyjmujący cegła po cegle z murów pruskiej szkoły relikty XIX-owiecznego paradygmatu edukacji, w takiej czy innej wersji – także marzą o wyzwoleniu się z ram podstaw programowych. Tylko czy tak radykalnie, w ogóle i definitywnie?

 

Zdążyłem przez tych moich, już prawie 76 przeżytych lat przekonać się, że najczęściej coś, co na pierwszy rzut oka mogło wydawać się cudownym rozwiązaniem problemu, w przypadku bezwyjątkowego zastosowania może w skutkach okazać się gorsze od choroby, którą miało uleczyć. No bo jak by nie patrzeć – owsiakowa idea „róbta co chceta” w zastosowaniu do edukacji prowadzi do jednego: do całkowitej nierówności startu do „poszkolnych” etapów życiowej drogi młodych ludzi.

 

Czytaj dalej »



To pierwszy felieton pisany w „stanie epidemii”, ogłoszonym Rozporządzeniem Ministra Zdrowia z dn. 20.03.2020. Ciekawe, że w rozdziale 4. tego aktu prawnego, zatytułowanym „Ograniczenia funkcjonowania określonych instytucji lub zakładów pracy”, a konkretnie w     § 6. w którym podane są podmioty, w których w okresie o którym mowa w § 1, ustanawia się czasowe ograniczenie, nie wymieniono szkół ani przedszkoli. Nie znalazły się tam także szkoły wyższe. Po krótkiej chwili zastanowienia uznałem, że to kolejny dowód na to, iż w oczach naszych prawodawców placówki oświatowe traktowane są jako instytucje, które nie mogą zostać potraktowane na równi ze sklepami, kinami czy nawet teatrami. Edukacja działa na specjalnych prawach. Bo instytucjom kultury nie pomogło nawet to, że ich minister ma rangę wicepremiera.

 

Od razu poczułem się, w imieniu wszystkich koleżanek i kolegów nauczycieli, dowartościowany.

 

Ale wróćmy do felietonu. O czym to dzisiaj należałoby napisać? Po szybkim przeglądzie tematów minionego tygodnia wybrałem temat, który pojawił się w wywiadzie Slawomira Broniarza, a który nie został tam szerzej rozwinięty. Prezes ZNP w rozmowie z dziennikarzem Radia TOK FM powiedział: „Szkoła powinna w krótkim czasie zorientować się, kto może, a kto nie może mieć dostęp do łączy zarówno po stronie nauczycieli jak i uczniów.”. Co ciekawe – ma świadomość tej bardzo zróżnicowanej sytuacji także minister Piontkowski, który na konferencji prasowej 20 marca powiedział:„Trzeba brać pod uwagę, że nie każdy uczeń ma dostęp do szybkiego internetu, czy nie zawsze ma najnowszy komputer”.

 

Ale nawet świadomość takich sytuacji nie wpłynęła nastanowisko ministra edukacji, który – choć szkoły do 14 kwietnia będą zamknięte, więc „klasyczna” dydaktyka szkolna nie jest prowadzona już od 12 marca – nadal podtrzymuje pogląd, że nic nie zagraża terminom egzaminów maturalnych, także egzaminów dla ósmoklasistów, które zgodnie z organizacją roku szkolnego 2019/2020 mają odbyć się w dniach 21 – 23 kwietnia.

 

Zanim podzielę się z Wami moimi przemyśleniami na ten temat, zaproponuję lekturę tekstu Joanny Cieśli „’Radźcie sobie w szkołach sami’. MEN gra na czas”, który wczoraj zamieszczono na portalu tygodnika „Polityka”. Są tam zebrane wszystkie problemy, wątpliwości i sugestie, jakie w ostatnim czasie można było usłyszeć i przeczytać w innych źródłach na temat sytuacji dyrektorów szkół, nauczycieli, uczniów i ich rodziców wobec zbliżających się nieuchronnie terminów egzaminów, przy – jak dotąd – konsekwentnie powtarzanym stanowisku MEN, że są one, rzekomo, niezagrożone.

 

To teraz 5 minut lektury tekstu „’Radźcie sobie w szkołach sami’. MEN gra na czas”   –   TUTAJ

 

Cóż jeszcze do tego mogę dodać?

 

Niewiele… Może tylko to, że rządzący NASZYM krajem, w tym polską edukacją, nadal grają w lotto z epidemią       i liczą na główną wygrana w majowych wyborach prezydenckich (bo przecież „ich” elektorat nie boi się jakiegoś wirusa i stawi się karnie w lokalach wyborczych), której to gry ofiarami mogą stać się przede wszystkim uczniowie klas ósmych i maturzyści oraz ich rodzice. Bo – moim zdaniem – to właśnie z powodu zbieżności terminu tych wyborów (11 maja) z terminami pisemnych egzaminów maturalnych (począwszy od 4 maja, codziennie, aż do 21 maja) władza niezłomnie twierdzi, że są one niezagrożone! No bo jakby to wyglądało, gdyby odwołać maturę, a kazać ludziom iść do wyborów.

 

Czytaj dalej »



 Zasiadłem przed klawiaturą laptopa, aby napisać kolejny, 313 już, mam nadzieję że nie pechowy, felieton i… i uświadomiłem sobie, że na tle wydarzeń minionego tygodnia wszystkie inne tematy, które nie wynikają z nadzwyczajnego stanu, w jaki wprowadziło nie tylko Polaków, zagrożenie epidemią koronawirusa, tracą na swojej „wadze”. Dziś najważniejsze jest to, w jaki sposób potrafimy zatrzymać wzrost zachorowań, nie rujnując totalnie gospodarki i życia społecznego – w tym edukacji.

 

Nie będę silił się na oryginalność i nie zaproszę Was dziś, na przekór powszechnemu trendowi, do lektury zapisu moich rozważań o „odroczonym” przed tygodniem temacie oddolnych inicjatyw jednoczenia ruchów „eduzmieniaczy”, czy inaczej ich nazywając – „chałupników uczenia inaczej”. Wierzę, że przyjdzie i na to czas, a dzisiaj popłynę głównym nurtem tego, czym żyją nie tylko wszystkie media, ale i – z tego co obserwuje – znacząca większość naszego społeczeństwa: epidemią koronawirusa i jej skutkami. W moim, w naszym przypadku, dla nas – są to bezpośrednie, ale i odroczone, a prawdopodobnie także dalekosiężne skutki zamknięcia szkół.

 

Zacznę od decyzji o zamknięciu na okres 14 dni, czyli do środy 25 marca, przedszkoli, szkół i innych typów (z nie zawsze uzasadnionymi wyjątkami) placówek oświatowo-wychowawczych. W mojej opinii decyzja ta jest dowodem na to, jak rząd traktuje obywateli: jak nieodpowiedzialne dzieci, albo zdziecinniałych staruszków, którym nie można powiedzieć prawdy o skali i stopniu zagrożenia, bo wpadną w histerię. Bo przecież jest dla mnie oczywiste, że w gronie decydentów już 11 marca posiadano wiedzę o tym, iż 14 dni to nierealny czas na wygaszenie stanu zagrożenia, że 25 marca będziemy mieli sytuację podobną do tej, w jakiej dziś jest Hiszpania, czy Niemcy lub Francja, że nadal będzie rosła liczba osób u których potwierdzono zakażenie, a więc uczniowie i studenci nie będą mogli wrócić do szkół i na uczelnie. I że nie będzie można wznowić ich działalności po tych dwu tygodniach, ale – najprawdopodobniej – przynajmniej po dwu miesiącach!

 

Jednak nadal utrzymuje się ósmoklasistów w złudnym przekonaniu, że ich egzaminy odbędą się zgodnie z planem (21 – 23 kwietnia), a terminy egzaminów maturalnych (4 – 22 maja) – rzekomo – także nie ulegną zmianie. Jeszcze wczoraj minister Piontkowski w wywiadzie dla Onetu podtrzymywał tę złudę…

 

Czytaj dalej »