Archiwum kategorii 'Felietony'

Dziś mam ten sam jak przed dwoma tygodniami problem: na jaki temat napisać coniedzielny felieton, aby nie podpaść pod paragraf złamania ciszy wyborczej. Wtedy wybawiła mnie data moich imienin, sąsiadująca z dniem pierwszej tury wyborów prezydenckich. A dzisiaj?

 

Dzisiaj, pragnąc zachować się podobnie, pomyślałem, aby także „przypiąć się” do daty i wyprowadzić z niej „neutralny” wyborczo temat. Rzecz w tym, że w mojej biografii, przynajmniej w perspektywie minionych kilkunastu lat, do których mogę sięgnąć swą nadszarpniętą mikroudarem pamięcią, nic godnego refleksyjnego wspomnienia, co wydarzyło się 12 lipca, nie przypomniałem sobie.

 

Może więc – co w Kraju i na Świecie? Niezwłocznie zwróciłem się o pomoc do Googla. I cóż mi ten niezawodny przyjaciel współczesnego, ciekawego świata człowieka, pokazał?

 

Że dzień 12 lipca jest 194 dniem w tym (przestępnym) roku, że będzie trwał 16 godz. 24 min i będzie krótszy od najdłuższego o 21 min oraz dłuższy od najkrótszego o 8 godz. i 42 min., że imieniny obchodzą Bruno, Andrzej, Jan, Feliks oraz Leon i Weronika…

 

I jeszcze, że dziś jest niedziela „niehandlowa”.

 

Czytając bardzo długi wykaz wydarzeń z minionych lat które właśnie tego dnia zaistniały, nie odnalazłem takiego, które – w mojej ocenie – zasługiwałoby na uczynienie go tematem felietonu. No bo czy mogę coś „wysnuć” z faktu, że tego lipcowego dnia 2120 lat temu urodził się Juliusz Cezar? [Et tu Brute contra me] Albo że 58 lat temu (w 1962r.) w Londynie odbył się pierwszy koncert grupy The Rolling Stones – idoli ówczesnych hipisów i narkomanów, a więc nie ma wątpliwości że i tego, który Korę uczył palić trawkę, znanego wtedy jako „Pies”…. ?

 

Dowidziałem się jeszcze, że w dniu 12 lipca obchodzony jest Dzień Walki i Męczeństwa Wsi Polskiej, uchwalony przez Sejm RP 29 września 2017 roku, jako upamiętnienie tragicznych zdarzeń w świętokrzyskiej wsi Michniów, gdzie w 1943 roku Niemcy spacyfikowali jej mieszkańców. Od razu przesunąłem stronę ku górze, abym nie kontynuował pierwszych myśli na ten temat: Dlaczego akurat zbrodnia w Michniowie, a nie daty, kiedy mieszkańców innych wsi mordowali ludzie „Ognia” albo „Łupaszki”?….

 

Także nie nadaje się na temat mojego dzisiejszego felietonu informacja, że tego dnia w 1934 roku, otworzono Miejsce Odosobnienia w Berezie Kartuskiej, powstałe na mocy rozporządzenia prezydenta Ignacego Mościckiego. Ten obóz urządził ówczesny rząd sanacyjny w celu odizolowania oraz psychicznego i fizycznego dręczenia oponentów politycznych… No, jak to: sanacja, czyli uzdrowienie… Oponenci polityczni… Prezydent, który podpisywał wszystko, co mu podsuwali… STOP ! ! !

 

Koniec poszukiwań tematu, wynikającego z dzisiejszej daty.

 

Czytaj dalej »



 Dawno nie było takiej sytuacji, że siadając do pisania niedzielnego felietonu nie miałem wątpliwości o czym będę pisał. Już zamieszczając wczoraj fragmenty artykułu Moniki SewastianowiczPrezydent: Lekcje prowadzone przez organizacje tylko za zgodą rodziców” nie mogłem się oprzeć przed skwitowaniem tego materiału komentarzem:

 

 

Ale to jedynie mały fragment lawiny myśli, która po tym jak dotarła do mnie informacja o tej rozpaczliwej inicjatywie „tonącego, który brzytwy się chwyta” została zainicjowana. I o tym, czego w formule komentarza redakcji nie mogłem zmieścić jest ten felieton.

 

Skoro owa nowelizacja „Prawa oświatowego” ma zapewnić wszystkim rodzicom możliwości współdecydowania o rodzajach, treści oraz sposobie prowadzenia zajęć dodatkowych, każdy kto pracował w szkole, kto zna realia i codzienność jej funkcjonowania, słysząc lub czytając coś takiego ma najprawdopodobniej takie same jak ja wątpliwości, zastrzeżenia i obawy. Ja moje poniżej wyłuszczę:

 

Zacznę od rozwinięcia myśli zaprezentowanej we wczorajszym komentarzu. Skoro celem owej zmiany ma być zapewnienie wszystkim rodzicom możliwości współdecydowania – nie będzie o tym decydowała Szkolna Rada Rodziców, czyli pozostaje jedyna forma – głosowanie powszechne.

 

Przyjęcie takiej opcji, w klasycznej dla demokracji wersji, o ostatecznej decyzji przesądza większość głosów. I tu powstają pytania: jaka byłaby, zapisana w tej znowelizowanej ustawie, większość? Zwykła, bezwzględna czy kwalifikowana? Czy wolno będzie wstrzymać się od głosu? Czy głosowanie byłoby obowiązkowe, czy dobrowolne? Czy obowiązywałaby dolna granica procentowa liczby uprawnionych do głosowania, aby było ono ważne i stanowiące?

 

Czytaj dalej »



Cisza…. Cisza wyborcza. Ustawowy zakaz prowadzenia, pod groźbą kary grzywny (od 20 do 5 tyś zł..) jakikolwiek agitacji politycznej. Siedzę i rozmyślam: czy jest coś takiego, co wydarzyło się ostatnio w obszarze edukacji, co mnie poruszyło na tyle, że chciałbym to skomentować, a co żaden ortodoks z kręgów zbliżonych do zarządzających organami ścigania nie mógłby zakwalifikować jako agitację, lub antyagitację wyborczą.

 

I strach mnie paraliżujący obleciał, bo co bym o zakończeniu roku szkolnego, albo o planach WŁADZY dla szkół na przyszły rok, lub o egzaminach – tych jeszcze trwających albo już zakończonych – nie napisał, to niewykluczone, że jakiś gorliwy „strażnik praworządności” mógłby doszukać się w tym krypto-agitacji lub jawnego zniechęcania do oddania głosu „za” tym czy innym kandydatem, ubiegającym się o prawo zamieszkania przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie.

 

Ale przecież nie odstąpię od mojej „świeckiej tradycji” coniedzielnych felietonów tylko dlatego, że tak się narobiło, iż nawet mówienie o pogodzie może mieć „polityczny” podtekst.

 

Cóź mi zatem zostało?

 

Imieniny! Moje imieniny, które zgodnie z kalendarzem obchodziłem wczoraj. Powie ktoś – co w tym takiego, co mogłoby zaciekawić czytelników tych felietonów? Otóż – poczytajcie, a przekonacie się, że jest to historia, która ma także wątek historii prawa oświatowego.

 

 

Jak widzicie – na tej kartce z kalendarza zaznaczyłem dwa imiona: Władysław i Włodzisław. Dlaczego?

 

Czytaj dalej »



19 czerwca zamieściłem na OE post z profilu Mikołaja Marceli, któremu dałem tytuł Mikołaj Marcela pyta: Co właściwie oznacza słowo „wychowanie”?” Materiał ten pozostawiłem bez komentarza redakcyjnego, ale nie znaczy, że to co kolego Mikołaj tam napisał nie wzbudziło moich refleksji.

 

Moich refleksji – to znaczy absolwenta pedagogiki na UŁ, byłego st. asystenta w Zakładzie (od 1982 roku Katedrze) Pedagogiki Społecznej, placówki, której twórcą i kierownikiem w latach 1962 – 1972 był Aleksander Kamiński, ten sam, który w jednym z napisanych przez siebie życiorysów napisał „zawodem moim było wychowawstwo”. Moich – to znaczy dziś już starszego pana, od 15-u lat nauczycielskiego emeryta, który w kolejnych esejach wspomnieniowych odtwarza swoją drogę do „bycia wychowawcą”...

 

Zacznę od tego, od czego zaczął także Mikołaja Marcela – od etymologii. Napisał on:

 

...termin ten wywodzi się od „chowu” i pierwotnie oznaczał „żywienie”. A więc hodowlę. Wiem, zmienił swoje znaczenie w ciągu ostatnich dwustu lat, ale jednak ilekroć słyszę to słowo, pobrzmiewa w nim dla mnie jego rdzeń.”

 

To prawda, ale gdyby z podobnych powodów deprecjonować wszystkie polskie słowa, to należałoby wykreślić także słowo „kultura”.

 

Nie będę tu robił wykładu na temat definiowanie pojęcia wychowanie, ale zacytuję jedynie to co o tym w 1964 roku napisał prof. Zygmunt Mysłakowski, a zainteresowanych odeślę linkiem do szerszych źródeł – TUTAJ

 

Wychowanie istnieje prawdopodobnie tak dawno jak cywilizacja, i objawia się we wszystkich rasach i pod wszystkimi szerokościami geograficznymi. Jest to więc olbrzymia masa faktów stanowiąca część socjalnego wychowania człowieka” (Z. Mysłakowski,1964)   [Źródło: www.wychowanieprace.wordpress.com]

 

I właśnie na ten aspekt – społeczny – muszę koniecznie zwrócić uwagę koledze Marceli i Czytelników. Otóż o ile „hodowla” to rzeczywiście troszczenie się o zaspokajanie potrzeb biologicznych niesamodzielnych jednostek, to w treści i istocie działań wychowawczych jest przekazywanie młodym ludziom tego wszystkiego, co jest, a zwłaszcza co będzie, im potrzebne do funkcjonowania w społeczeństwie. Bo gatunek homo sapiens w bardzo niewielkim stopniu posiada instynkty, które umożliwiają jego osobnikom – jak np. ptakom wędrownym odbywanie sezonowych migracji i powroty do swych gniazd – funkcjonowanie w strukturach społecznych. A edukacja, zawężona jedynie do przekazywania wiedzy, czyli „suchych” informacji, nie załatwia sprawy.

 

Napisał Pan także: „…wychowanie ma z nas zrobić ludzi. Cóż, tak się składa, że w swoim życiu trochę interesowałem się historią, sporo czytałem o naszych ludzkich „dokonaniach” i nie wiem, czy akurat człowiek jest dobrym wzorem do naśladowania”. Słowa te – przyznam – nie tyle mnie oburzyły, co zaskoczyły. Bo nie spodziewałem się po Panu takiego uproszczenia. To tak jakby deprecjonować macierzyństwo i ojcostwo tylko z tego powodu, że znamy setki, tysiące przykładów maltretowania dzieci przez swoich rodziców, albo – dziś aktualny temat – pedofilii w rodzinie.

 

Albo inna teza: „…straszne jest nieustanne myślenie o ludziach w kategoriach ich wartości. To nieustanne ocenianie i wartościowanie, które jest zmorą szkoły i edukacji (gdzie zaczyna się od ocen, średnich, świadectw z paskiem i rankingów uczniów i szkół), ale też dorosłego życia.”

 

Drogi Panie Mikołaju! Coś się Panu pomyliło. Wychowanie nie polega na myśleniu o ludziach w kategoriach ich wartości, rozumianym jak w pracy brakarza w fabryce, a na wprowadzaniu młodego człowieka w świat wartości, które stanowią fundament bytu społecznego wspólnot, w których będzie on funkcjonował.

 

A przy okazji muszę dodać, jako uczeń szkoły pedagogiki społecznej, to o czym nie tylko wiem, ale co praktycznie realizowałem całe moje dotychczasowe życie: wychowanie nigdy się nie kończy, może/powinno towarzyszyć człowiekowi przez całe jego życie. Zmieniają się tylko jego formy i „nadawcy”. Jak to przed dziesiątkami lat określił prof. Kamiński „najlepsze wyniki osiąga ten wychowawca, który nie dyryrguje i nie manipuluje ludźmi, lecz przoduje, inspiruje, pobudza i dopomaga”.

 

I dlatego Pana słowa „…wychowanie najczęściej utożsamiane jest z uległością, posłuszeństwem, zachowywaniem tak jak powinno się zachować. W tym terminie pobrzmiewa dla mnie tłumienie buntu i oporu, zakaz robienia rzeczy po swojemu i bycie sobą, nawet jeśli nie podoba się to osobom, które mają nad nami jakąś władzę” traktuję nie jako wytknięcie tych okropnych cech wychowaniu jako takiemu, a jedynie – i słusznie – jego patologicznym wynaturzeniom!

 

Kończąc: mam nadzieję, że znajdzie Pan, Panie Mikołaju, trochę czasu na zgłębienie prawdziwej wiedzy o tym czym jest i powinno być wychowanie w procesach społecznego wrastania kolejnych pokoleń w społeczności, i że uzna Pan za nieporozumienie słowa, od których zaczął Pan ów post z 11 czerwca: „Jest jedno słowo, którego absolutnie nie znoszę. Tym słowem jest „wychowanie”.

 

 

Włodzisław Kuzitowicz

 



Za dwa tygodnie będą już wakacje. Po raz pierwszy w moim, już dość długim, życiu nie będzie to dla uczniów sytuacja wyraźnego końca codziennego obowiązku odsiadywania po kilka godzin w szkole i radosnej eksplozji czasu „WOLNOŚCI” – wolności nie tylko od lekcji w szkole, ale także od „pracy domowej”. Nie będzie też sytuacji, z którymi zawsze kojarzył się ten dzień: uroczystością wręczania nagród „prymusom” i z nie dla wszystkich radosnym powrotem ze świadectwem do domu. Tegoroczne wakacje zaczną się – nie wiem jak to określić – nijako, „miękko”, a i perspektywa wakacyjnych wyjazdów – z rodzicami i/lub bez nich, na kolonie, obozy – także będzie o wiele mniej oczywista niż w poprzednich latach. Wiadomo – „czas zarazy”…

 

Za dwa tygodnie będę już zapewne po wizycie w obwodowej komisji wyborczej i oddaniu głosu na „mojego” kandydata. Będę z niecierpliwością czekał na studio wyborcze (w oczywistej dla mnie telewizji z ul.Wiertniczej na warszawskim Wilanowie), aby dowiedzieć się „jeszcze ciepłych” wyników sondażu exit poll. Może się ucieszę, może zdenerwuję, a może opadnie mnie rezygnacja…

 

A niejako w tle tych zbliżających się „kulminacji” toczą się, także w „pandemicznym rygorze”, dwa egzaminacyjne seriale: maturalny i „ósmoklasistów”. Do tego drugiego od wtorku, przez kolejne trzy dni, zasiądzie 34 700 uczennic i uczniów. Natomiast egzaminy maturalne, w ich najważniejszej części, to znaczy egzaminów najbardziej masowo zdawanych przez absolwentów (j. polski, matematyka, j. angielski) już się odbyły, Od jutra, z przerwą na weekend, przez najbliższe dwa tygodnie, będą jeszcze przeprowadzane – także w formule pisemnych testów – egzaminy z pozostałych przedmiotów, które zdający mogli wybrać według swoich zainteresowań lub potrzeb rekrutacji na studia wyższe.

 

Z obszaru zdarzeń maturalnych nie ma co komentować najbardziej medialnie nagłośnionego incydentu, jakim był „przeciek” tematu z rozprawki na j. polskimi, bo nie na tym poziomie refleksji staram się pisać te felietony. O tym, czy podjęcie decyzji o przeprowadzeniu obu tych egzaminów w warunkach wcale nie wygaszonego stanu zagrożenia epidemicznego było trafną decyzją „partii i rządu” dowiemy się za około 2- 3 tygodnie. Przeto ja dziś nie o tym.

 

Czytający ten tekst mogą się zastanawiać czemu mają służyć te przedstawione powyżej informacje o wyborach i maturach. Przecież wszyscy o tym wiemy. A jednak nieprzypadkowo właśnie od przywołania tych faktów zacząłem główny nurt tego felietonu.

 

Wracam do wyborów, a właściwie do kampanii wyborczej w wykonaniu naszego „niemiłościwie nam panującego” w mediach „prorządowych”, piąty rok urzędującego w roli Prezydenta RP w pałacu – słusznie zwanym namiestnikowskim – przy Krakowskim Przedmieściu, pana doktora prawa Andrzeja Dudy. Na dwa tygodnie przed „godziną zero” ów pan, podczas spotkania przedwyborczego w Brzegu, powiedział: „Próbuje się nam proszę państwa wmówić, że to ludzie, a to jest po prostu ideologia. Jeżeli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości, czy to jest ideologia, czy nie, to niech zajrzy w karty historii i zobaczy, jak wyglądało na świecie budowanie ruchu LGBT.”

 

Najsmutniejsze jest to, że tematyka mniejszości seksualnych w Polsce stała się stałym elementem wypowiedzi tego kandydata przy każdej nadarzającej się okazji. Występując w stacji TVN powiedział, że sprzeciwia się „indoktrynacji seksualnej” małych dzieci. „… mnie interesuje to, żeby dzieci w szkole nie były poddawane indoktrynacji seksualnej w wieku bardzo małoletnim, kiedy one mają dosłownie kilka lat, kiedy one są w pierwszych klasach szkoły”.

 

Czytaj dalej »



W ubiegłym roku święto „Bożego Ciała” wypadło 20 czerwca. To wtedy zamieściłem Esej na Boże Ciało. O przemożnej sile woli ludu. I jak to się ma do modernizacji edukacji”. Mając ten fakt w pamięci postanowiłem i w tym roku ów dzień, nadal uznawany przez bardzo wielu Polaków za świąteczny, choć dziś pozbawiony wielowiekowej tradycji tłumnych procesji do czterech ołtarzy i obrazu dziewczynek sypiących płatki kwiatowe przed księdzem niosącym monstrancję, zaznaczyć zmianą codziennego rytuału zamieszczania na stronie OE news’ów i artykułów „z innych źródeł”.

 

Przed rokiem był to esej, dziś będzie to formuła felietonu, aczkolwiek „nadzwyczajnego”, czyli nienumerowanego. Motywem przewodnim tego tekstu będzie pytnie: „Czy coś co było ‚od zawsze’ musi być zawsze, tylko dlatego, że było ‚od zawsze’?” A treścią poszukiwanie odpowiedzi na nie.

 

Przed rokiem przedstawiłem krótka historię święta Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, która zaczęła się w 1317 roku. W Polsce święto to było obchodzone od 1320 roku. Jak to przypomniałem, nawet rządy w okresie PRL nie zdecydowały się na jego likwidację. Można by powiedzieć że Boże Ciało, jak potocznie i kalendarzowo jest ono u nas nazywane, z całą jego liturgiczną i kulturową oprawą, jest czymś tak oczywistym i niezmiennym, jak tradycja urządzania wesel czy pogrzebów.

 

Jednak od kilku miesięcy my wszyscy, nie tylko w Polsce, już wiemy, że nawet to co było „od zawsze” nie musi być „na zawsze”.. Wystarczył mikroskopijny wirus, aby to wszystko unieważnić, wykazać całą umowność owych „konieczności”, obnażyć fasadowość tradycyjnych obrządków i uroczystości.

 

Nagle okazało się, że dziesiątki tysięcy zmarłych ofiar epidemii COVID19 można „hurtowo” kremować lub spychaczami zasypywać ziemią w zbiorowych mogiłach, bez obecności nawet najbliższych. I świat toczy się dalej… To prawda, jest to szokiem i traumą dla osób najbliższych w ten sposób grzebanych zmarłych, ale pozostaje bez istotnego wpływy na codzienność pozostałych tysięcy, milionów innych ludzi, żyjących obok, „równolegle”, oglądających te sceny w telewizjach i portalach internetowych. Świat toczy się dalej….

 

Miliony wiernych w Polsce, a zapewne także w Badenii-Wirtembergii, Bawarii, Hesji, Północnej Nadrenii-Westfalii, Nadrenii-Palatynacie, Kraju Saary, Saksonii i Turyngii, gdzie dzień ten jest także dniem wolnym od pracy i też odbywały się tego dnia procesje, przekona się, że choć tych obrzędów w tym roku nie będzie – świat się nie zatrzyma, a życie będzie toczyć się dalej…

 

Bo niezmienne są tylko prawa natury. Wschody i zachody słońca, pory roku – ale tylko co do położenia słońca na firmamencie. Bo jeśli chodzi o warunki atmosferyczne, tu już przekonalismy się, że i one są pochodną ludzkiej ingerencji w prawa przyrody. Wszystko co stworzył człowiek – człowiek może zmieniać.

 

Czytaj dalej »



Wczoraj na swym blogu PEDAGOG prof. Bogusław Śliwerski zamieścił post, którego tytuł wzbudził moje zainteresowanie: Ministerstwu Edukacji nie jest potrzebna naukowa wiedza o (zdalnej) edukacji”. W trakcie lektury zwróciłem szczególną uwagę na trzy akapity, które dla wygody czytelników przytoczę:

 

[…] Ministerstwo Edukacji Narodowej nie zamówiło badań naukowych na temat sytuacji dzieci, młodzieży, nauczycieli i rodziców w okresie zamknięcia szkół. Po co, prawda? Przecież ministrowi D. Piontkowskiemu oraz jego zastępcom nie jest potrzebna wiedza naukowa na temat tego, co dzieje się ze zdalną edukacją. On ma „swoich” kuratorów, którzy pozamykani w gabinetach wiedzą tyle, ile wymuszą od dyrektorów szkół. […]

 

W uczelniach prowadzi się mnóstwo lokalnych diagnoz w ramach przygotowywanych przez studentów prac dyplomowych (licencjackich, magisterskich). Powstają rozprawy doktorskie i habilitacyjne, w których autorzy dokonują analizy stanu najnowszej wiedzy o edukacji oraz przedstawiają wyniki swoich badań.


W MEN nikogo to nie obchodzi, nikt się tym nie interesuje, z jednym może wyjątkiem. Kiedy trzeba znaleźć poplecznika deformy oświatowej, to szuka się go wśród młodszych lub starszych naukowców. […]

 

Bardzo mnie to zaintrygowało, gdyż od dawna interesują mnie wzajemne relacje trzech światów edukacji: polityki edukacyjnej, nauki o edukacji i praktyki edukacyjnej. Wszystko zaczęło się jeszcze na przełomie lat 2009/2010, kiedy to pisywałem do tygodnika „Gazeta Szkolna”, w którym opublikowano mój tryptyk edukacyjny „Trzy światy edukacji”. Był to cykl trzech obszernych artykułów, noszących takie oto tytuły (zainteresowani mogą się z nim zapoznać w wersji pliku PDF) :

 

Trzy światy edukacji. Świat polityki edukacyjnej” – TUTAJ

 

„Trzy światy edukacji. Nauka o edukacji” –  TUTAJ

 

Trzy światy edukacji. Praktyka edukacyjna” – TUTAJ

 

 

Oto fragment swoistej introdukcji do tego „tryptyku”:

 

Będzie to więc panorama polskiej edukacji mijającego roku, widziana moimi oczyma, lecz ukazana w trzech różnych perspektywach, a może raczej będą to „trzy światy edukacji”, istniejące równolegle, często się przenikające, ale jakże często, niestety, funkcjonujące nieomal w całkowitej od siebie izolacji. Te trzy światy, to: świat polityki edukacyjnej – czyli sejmowe, rządowe i ministerialne „owoce” tych organów, czyli akty prawa oświatowego z politycznym kontekstem ich tworzenia, świat nauki o edukacji – czyli czym zajmują się nasi polscy uczeni-pedagodzy i czy to ma jakiś związek z rzeczywistością oświatową i pomysłami polityków oraz świat trzeci czyli świat praktyki edukacyjnej – a więc o tym czym naprawdę żyją na co dzień polskie szkoły. [Źródło:Trzy światy edukacji. Świat polityki edukacyjnej]

 

Wracałem do tych tematów także później, już w latach, kiedy redagowałem „Obserwatorium Edukacji” – w kilku zamieszczonych tu felietonach:

 

Felietonie nr 62. O tym, że nihil novi w naszych edukacyjnych światach

 

Felietonie nr 122. Czy neurodydaktyka to szamaństwo i czy tylko szkoła szkodzi na mózg

 

Temat ten (związku świata uczonych ze światem nauczycieli) podjąłąm także w Felietonie nr 272. Czy reformatorzy mogą liczyć na wskazówki od uczonych pedagogów? Po próbie rekonstrukcji programu konferencji naukowej „Szkoła i nauczyciel. Osiągnięcia – Dylematy – Perspektywy”, która odbyła się w zamku Joannitów w Łagowie Lubuskim w dniach 27-28 maja 2019 roku (na podstawie postów z bloga „Pedagog”), tak spuentowałem ten felieton:

 

Czytaj dalej »



Jak zwykle – najpierw musiałem odbyć „stały element gry”, czyli „co tym razem będzie tematem kolejnego felietonu”. Dokonałem przeglądu wydarzeń minionego tygodnia, o których zamieszczałem informacje na OE, ale nie wyłowiłem żadnego, o którym chciałbym napisać coś więcej, bo wywołało ono u mnie jakieś refleksje, potrzebę jego komentowania. No bo, od czasów ks. Benedykta Chmielowskiego i jego „Nowych Aten” – „koń jaki jest każdy widzi”. Cóż można więcej napisać na temat decyzji samorządowych władz Łodzi, ale i Zgierza (i różnic między nimi) w sprawie otwarcia i nieotwarcia szkół podstawowych dla uczniów klas I – III, a także ewolucji stanowiska łódzkiego magistratu w tej sprawie i można powiedzieć – półgębkiem – przekazanej informacji o tym przez dyrektora departamentu Piotra Borsa, a nie – jak to dotąd bywało – wiceprezydentkę Małgorzatę Moskwa-Wodnicką? Tym bardziej że już się wyjaśniło – Pani Wiceprezydent 29 maja na swoim profilu przesłała swoim fanom bogato ilustrowaną informację, że bawi w Nałeczowie.

 

Było jeszcze o tym czym zajmują się rzecznicy – praw obywatelskich i praw dziecka, ale tam nic nowego: RPO broni praw dzieci-uczniów, a RPD realizuje „linię polityki partii i rządu”. Było także o odważnym wystąpieniu KSOiW NSZZ „Solidarność” do MEN „w sprawie niskiej jakości stanowionego prawa”, nie wspominając bieżących informacji o aktywności naszego nieomylnego sternika nawy oświatowej – ministra Dariusza Piontkowskiego.

 

Jedyny materiał, który już w chwili jego zamieszczania wywołał u mnie potrzebę zabrania w tej sprawie głosu to informacja z dnia 28 maja o problemach edukacji w programie wyborczym kandydata na Prezydenta RP Szymona Hołowni „Edukacja dla przyszłości, Przyszłość dla edukacji.”

 

Jednak dziś nie jestem do tego gotowy, także dlatego, że brak mi jeszcze „tła porównawczego”, czyli kompletu analogicznych fragmentów programów wyborczych jego konkurentów. Ale obiecują – wkrótce ten temat podejmę i rozwinę.

 

Cóż mi zatem pozostało?

 

W takiej sytuacji zdecydowałem, że mogę dziś kilka zdań poświęcić, ale tyko jednemu, zarzutowi jaki w swym komentarzu do zeszłotygodniowego felietonu skierował pod moim adresem Robert Raczyński. Zanim jednak to uczynię uprzejmie proszę, abyście się Państwo zapoznali z ową repliką, którą zamieściłem pod owym felietonem –  zobacz TUTAJ

 

Czytaj dalej »



20 maja zamieściłem na OE materiał, zatytułowany Druzgocąca krytyka publicystyki, promującej zmiany w edukacji. Prowokacja?”. Udostępniłem tam fragmenty tekstu Roberta Raczyńskiego – autora bloga „Eduopticum”, który 18 maja zamieścił tam tekst, zatytułowany Publicystyka zmiany”.

 

Mój tytuł nieprzypadkowo kończy to pytanie: „Prowokacja?” To był jedyny sposób, abym mógł zasygnalizować czytelnikom „Obserwatorium Edukacji”, że poglądy jakie w swoim tekście zaprezentował Robert Raczyński publikuję na stronie „Obserwatoroium” nie dlatego, że je w pełni podzielam.

 

Dziś postanowiłem, że ten felieton przeznaczę wyłącznie na odnotowanie moich refleksji, powstałych podczas lektury tekstu „Publicystyka zmiany”.

 

Zacznę od zacytowania fragmentu, który u niejednego czytelnika mógł wywołać gniew, a może i nawet bardziej skrajne emocje:

 

Głównym konsumentem podobnych objawień, biernym, pozbawionym jakiegokolwiek wpływu na opisywaną sytuację, bezrefleksyjnym, ale entuzjastycznym potakiwaczem jest tu internetowy różowy kisiel, publiczność gotowa zalajkować każdą, „nowocześnie” inną ideę, pasującą ideologicznie jej, lub jej duchowemu guru, w rodzaju Kena Robinsona.”

 

Nie twierdzę, że jestem typowym przedstawicielem środowiska nauczycielskiego, które jest odbiorcą tekstów i materiałów ikonograficznych, zamieszczanych na portalach, fanpejdżach i prywatnych profilach fejsbukowych, promujących ruchy dążące do „zmiany” skostniałej struktury naszego szkolnictwa. Ale wiem, że znakomita większość tych, których przez lata mojej aktywnosci w „sieci” poznałem, a także ci poznani w realu”, nie zasługują na określenie ich różowym kisielem, że sąbezrefleksyjnymi ale entuzjastycznymi potakiwiczami”. Nawet jeżeli część z nich swoje zaangażowanie w ruch zmiany rzeczywiście kończy na zalajkowaniu jednego czy drugiego reformatorskiego tekstu, to jeszcze nie musi oznaczać, że są oni owym różowym (?) kisielem.

 

Bo mogą to być nauczycielki/nauczyciele mający już tylko kilka lat do wieku emerytalnego, może pracują w szkole, której dyrekcja jest rodzinnie lub towarzysko powiązana z lokalną władzą, pochodzącą spod sztandarów aktualnej większości sejmowej, a może są młodymi adeptami nauczycielskiej profesji, zatrudnionymi na umowę okresową, na etapie stażysty, którzy z obawy przed utratą pracy nie mają odwagi lansować „nowinek” w swojej szkole, zdominowanej przez jej konserwatywne kierownictwo i podstarzałe (mentalnie) „ciało pedagogiczne”.

 

Czytaj dalej »



Podobnie jak przed tygodniem, także i dziś nie będę zajmował się żadnym z tzw. „gorących tematów” minionego tygodnia. Natomiast dwa teksty, które zaistniały „w sieci” tego samego dnia – 11 maja – pobudziły moje – byłego praktyka i w swoim czasie początkującego teoretyka pedagogiki opiekuńczej – refleksje. Pierwszym z nich był post prof. Bogusława Śliwerskiego, zatytułowany Pedagogika opiekuńcza zatrzymała się na poziomie praktyki”. Przypadek sprawił, że tego samego dnia zamieściłem na OE informację o tekście Danuty Sterny „Jak lubić swoich uczniów na odległość?”, której to informacji nadałem tytuł „Danuta Sterna o sposobach zdalnego realizowania funkcji opiekuńczej szkoły”.

 

Zacznę od problemu, który prof. Śliwerski określił jako zatrzymanie się pedagogiki opiekuńczej na poziomie metodyki sprawowania opieki nad dzieckiem lub na utyskiwaniu nad jej niedoskonałością. Kluczową dla jego wywodów jest teza, iż „trudno się dziwić, że metodyka pracy opiekuńczo-wychowawczej jest niedopracowana, skoro nie ma dla niej teoretycznych podstaw.” Stoimy więc wobec klasycznego pytania: „Co było pierwsze – jajo czy kura?”

 

Nikogo nie zaskoczę, gdy powiem, że jestem przedstawicielem szkoły, która stoi na stanowisku, iż we wszystkich naukach „praktycznych” – a do takich należy pedagogika i jej gałąź: pedagogika społeczna oraz jej córa – pedagogika opiekuńcza – bazą i punktem wyjścia jest rzeczywistość, w ich przypadku – rzeczywistość społeczna. Dopiero na drugim etapie rozwoju tych nauk możemy oczekiwać „sprzężenia zwrotnego”, czyli wypracowywania zasad i postulatów pod adresem praktyki. Tym drugim etapem, możliwym dopiero po procesie opisywania rzeczywistości, zakończonym diagnozą i jej konkluzją, pedagogika – także opiekuńcza, jak każda teoria (tzn. całość logicznie spoistych uogólnień, wywnioskowanych na podstawie ustalonych faktów naukowych, której celem jest wyjaśnienie przyczyny lub układu przyczyn, warunków, okoliczności powstawania i określonego przebiegu danego zjawiska lub zjawisk) może stać się teoretyczną podstawą dla wypracowania metodyki pracy opiekuńczo-wychowawczej.

 

To tyle wykładni moich poglądów – wróćmy do felietonistyki. Nie miałem możliwości zapoznania się z pracą pani dr hab. Grażyny Genowefy Gajewskiej, profesora Uniwersytetu Zielonogórskiego, zatytułowaną „Współczesne tendencje, problemy i wyzwania w opiece i wychowaniu. Teoria, metodyka i praktyka w opinii studentów” – jestem więc skazany na opinię o niej profesora Śliwerskiego. W jednym zgadzam się z nim bezdyskusyjnie: poproszenie studentów, co prawda II stopnia (tzw. magisterskich), o wyrażenie opinii na temat współczesnych problemów i wyzwań w opiece oraz wychowaniu ma niską wartość poznawczą. Z innymi zawartymi w tym poście opiniami i poglądami Profesora nie będę dziś polemizował – może przy innej okazji.

 

Z całego pakietu problemów kryjących się w nazwie „praca opiekuńcza”, tak naprawdę „opiekuńczo-wychowawcza” (bo nie ma opieki bez wychowania, a dobrego wychowania bez elementów opieki) dziś podejmę jedynie ten jej obszar, który nie realizuje się w tzw. „opiece kompensacyjnej”, nazywanej także „opieką całkowitą”, współcześnie także „zastępczą”, lecz który realizowany jest na terenie szkoły, wobec jej uczniów. Skłonił mnie do tej refleksji tekst Danuty Sterny o tym czego potrzebują uczniowie ze strony nauczycieli w okresie nauki zdalnej, bardziej niż wtedy, gdy przebywali na ternie szkoły. Świadomie spuentowałem jej wywód tym tytułem: „…o sposobach zdalnego realizowania funkcji opiekuńczej szkoły”, bo w moim głębokim przekonaniu właśnie ta niedoceniana jak dotąd funkcja szkoły – funkcja opiekuńcza – powinna stawać się podstawową funkcją nowoczesnej, zorientowanej na wyzwania współczesności i nadchodzącej przyszłości, szkoły.

 

Czytaj dalej »