Archiwum kategorii 'Felietony'

Przed tygodniem, 6 grudnia, profesor Bogusław Śliwerski na swoim blogu, w tekście zatytułowanym Związkowe gry w „oczko” z władzami oświatowymi w minionym trzydziestoleciu budowania demokracji w Polsce, podjął problem, który – przyznam – że i mnie od czasu do czasu dręczy. Profesor kwestionuje prawo oświatowych związków zawodowych do wypowiadania się, postulowania lub podejmowania działań, wykraczających poza obronę interesów pracowniczych ich członków.

 

Wszystkich zainteresowanych odsyłam do tego posta prof. Śliwerskiego, zaś dla potrzeb felietonu przytaczam jego jeden fragment:

 

[…] Dziś postanowiłem przyjrzeć się oczekiwaniom/roszczeniom z punktu widzenia statutowych celów obu związków, które zgodnie ze statutowymi celami- są przecież związkami zawodowymi pracowników oświaty i wychowania, szkolnictwa wyższego i nauki, a nie obocznymi komisjami edukacji czy oświaty w Sejmie czy (ukrytym w swej formie) resortem edukacji.

 

Zastanawia mnie, dlaczego podmiot rejestrujący Statut związków zawodowych zaakceptował prawo organizacji związkowej (tak ZNP jak i NSZZ „Solidarność”) do ingerowania w sprawy, które wykraczają poza typowe dla związków zawodowych cele i zadania.

 

Absolutnie nie budzą żadnych wątpliwości zareoświatowe związki zawodowjestrowane cele obu Związków, gdyż są zgodne z ustanowionym prawem. Uważam jednak, że powinny one dotyczyć jego członków – nauczycieli, wychowawców, pedagogów, pracowników administracyjno-technicznych, ale już nie rozwiązań programowo-metodycznych polskiej edukacji. To nie jest rola związku zawodowego.[…]

 

Idąc tropem rozumowania prof. Śliwerskiego sięgnąłem do definicji związków zawodowych w encyklopedii PWN:

 

Związki zawodowe – organizacje społeczne, zrzeszające na zasadzie dobrowolności pracowników najemnych w celu obrony i reprezentowania ich wspólnych interesów ekonomicznych i socjalnych, tworzone wg kryterium zawodu, gałęzi produkcji lub regionu.” [Źródło: www.encyklopedia.pwn.pl]

 

Jako legalista uczyniłem kolejny krok – sprawdziłem co o przedmiocie działania związków zawodowych mówi Ustawa z dnia 23 maja 1991 r. o związkach zawodowych. I nie zawodłem się – już na samym początku tak został ten temat zapisany:

 

Art. 1.1. Związek zawodowy jest dobrowolną i samorządną organizacją ludzi pracy, powołaną do reprezentowania i obrony ich praw, interesów zawodowych i socjalnych. [Żródło: www.isap.sejm.gov.pl]

 

Po tej lekturze pomyślałem aby porównać zadania określone w statutach związków nauczycielskich [ZNP – TUTAJ], a skoro KSOiW NSZZ „Solidarność” nie ma odrębnego statutu, także w statucie jej „Centrali” – TUTAJ,  z innym związkiem – np. związkiem zawodowym pracowników budownictwa (wiadomo, „po znajomości”)

 

Czytaj dalej »



350 – to nie jest „okrągła” liczba, której osiągnięcie uzasadnałoby jakąś większą fetę. Co nie znaczy, że pominę ten fakt całkowitym milczeniem. Gdy przed rokiem, 15 grudnia, pisałem mój trzechsetny felieton, zakończyłem go takim oświadczeniem:

 

Otóż nie po raz pierwszy oświadczam, że znam definicję felietonu: „Gatunek publicystyczny, krótki utwór dziennikarski (prasowy, radiowy, telewizyjny) utrzymany w osobistym tonie, lekki w formie, wyrażający punkt widzenia autora.

 

Jednak nie jestem w stanie w pełni podporządkować się tej definicji. Zwłaszcza w tym aspekcie, że to „krótki utwór dziennikarski”. Trudno, ale będziecie musieli Szanowni Czytelnicy zaakceptować moją skłonność do rozwijania i pogłębiania tematów, do posługiwania się w wielu przypadkach techniką hipertekstu, do odchodzenia od formy felietonu w stronę eseju…

 

W zamian za to zobowiązuję się do podejmowania tematów ważnych, aktualnych, może nawet czasem kontrowersyjnych, „niepolitycznych”

 

Czy dotrzymałem słowa? Wiecie o tym Ci, którzy te felietony czytacie. Ja, z okazji dzisiejszej kolejnej „pół setki”, przywołam 10 z nich, które – moim zdaniem – są najlepszym dowodem na to, że – tak jak potrafiłem – starałem się dotrzymać złożonej przed rokiem deklaracji:

 

19.01.2020 Felieton nr 305. Dlaczego mi smutno, że od Freineta nie ma nowego lidera tej miary

 

1.03.2020 Felieton nr 311. Wszystko co leżało mi „na wątrobie” po Wojewódzkiej Konferencji SU

 

8.03.2020 Felieton nr 312. Kto się w opiekę oddał … radiu toruńskiemu

 

17.05.2020. Felieton nr 321. O potrzebie przywrócenia rangi funkcji opiekuńczej szkoły. Po nowemu!

 

7.06.2020 Felieton nr 324. Votum separatum wobec tez o przydatności diagnoz uniwersyteckich

 

Czytaj dalej »



Dwie informacje minionego tygodnia dały asumpt do moich głębszych przemyśleń na temat rzeczywistej beznadziei naszego systemu edukacji, w którym szkoły podstawowe nauczają swoich uczniów, aby przygotować ich do sprawdzianu ósmoklasisty, którego wyniki dają ich absolwentom „bon punktowy”, za który mogą „kupić” prawo dalszej nauki w „lepszej” lub „:gorszej: szkole ponadpodstwowej. Później licea ładują uczniom bity wiedzy, które pozwolą im jak najlepiej zdać egzamin maturalny, którego wyniki dają lepsze lub gorsze szanse dostania się na wybrane studia wyższe. Szkoły branżowe uczą zawodów, które zostały przez odpowiednie gremia uznane za potrzebne gospodarce narodowej, po ukończeniu których wielu z nich nie podejmuje zatrudnienia, bo… bo nie ma tam gdzie mieszkają zapotrzebowania na ich kwalifikacje, albo – bo chcąc zostać technikami – uczą się dalej, zwykle w tym samym zespole szkół, gdyż ich dyrekcja postarała się o to, aby mieć kandydatów do szkół branżowych II stopnia. W technikach – także kształcących w określonych ściśle branżach, tyle że na tzw. „średnim” poziomie, po to, aby ich absolwenci… no, właściwie –  tego nikt nie wie po co to robią: czy aby poszli pracować do firm jako tzw. „średnia kadra techniczna” (jeśli w zupełnie innej niż w czasach minionych strukturze współczesnych, małych i średnich firm jest jeszcze zapotrzebowanie na takie stanowiska), albo… albo – jeśli im się uda (bo mają z reguły słabsze wyniki matur niż ich koledzy z „ogólniaków”) – kontynuowali naukę w szkołach wyższych. Ciekawe, czy na kierunkach zgodnych ze  zdobytymi już kwalifikacjami… Tego nie wie nikt.

 

Skąd wzięło mi się takie kompleksowo-strategiczne myślenie? Zaczęło się ono w poniedziałek 23 listopada, gdy zamieszczałem na OE materiał „Skąd takie nagłe przyspieszenie wdrożenia starego projektu?”. A było tam o tym, że „Portal Samorządowy” zamieścił informację pt. „Kariery absolwentów szkół ponadpodstawowych mają być regularnie monitorowane”. A w niej, jako główna wiadomość, że „monitoring karier absolwentów ma być prowadzony na podstawie danych z systemu informacji oświatowej, danych zawartych w Zintegrowanym Systemie Informacji o Szkolnictwie Wyższym i Nauce POL-on, a także informacji gromadzonych przez okręgowe komisje egzaminacyjne oraz Zakład Ubezpieczeń Społecznych na kontach ubezpieczonych lub kontach płatników składek.

 

Już wtedy nie mogłem powstrzymać się przed komentarzem, i to nadzwyczaj obszernym – patrz TUTAJ

 

Następnego dnia, 24 listopada, uraczyłem siebie i wszystkich czytających mój informator edukacyjny fragmentami artykułu Macieja Kałacha z „Dziennika Łódzkiego”, zatytułowanego „Licea w Łodzi, które dają najwyższy przyrost wiedzy! Badanie EWD 2020. Listy LO z przedmiotów humanistycznych oraz ścisłych”.

 

Nie będę szerzej rozwijał szczegółowych problemów, które za tymi publikacjami się kryją, ale kilka z nich, choć skrótowo, muszę tu zasygnalizować:

 

W sprawie ministerialnego „odkrycia Ameryki”, czyli nagłego olśnienia pilną potrzebą uruchomienia badań losów absolwentów szkół ponadpodstawowych i uczelni wyższych, obok tych uwag które już poczyniłem w poniedziałek  [ TUTAJ] muszę przypomnieć, że o potrzebę śledzenia ścieżek dalszej kariery absolwentów, zwłaszcza w odniesieniu do absolwentów szkół zawodowych, środowisko ekspertów dopominało się już od wielu lat. Ja przypomnę jedynie, że już w 2015 roku Instytut Badań Edukacyjnych opublikował obszerny raport z badań, prowadzonych w ramach projektu „Badanie losów szkół zawodowych” o przydługim tytule „Habitus zawodowy,współpraca, narracje aktorów społecznych i praca, która nie uszlachetnia. Raport z badania systemu kształcenia zawodowego i jego interesariuszy przy wykorzystaniu metod jakościowych[TUTAJ], a Łódzkie Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego także już 24 lutego 2015 roku było inicjatorem i współorganizatorem poważnej konferencji Monitorowanie losów absolwentów szkół zawodowych, o której relację z obszerną rekomendacją (dla wszystkich decydentów w tym obszarze działania) zamieszczono na stronie ŁCDNiKP – TUTAJ

 

Czytaj dalej »



Tak naprawdę to najbardziej korci mnie zajęcie się, w ramach felietonowej formuły, problemem, który podjęła Agnieszka Miastowska w swoim tekście Oceny i kartkówki kontra bezstresowa szkoła. Nauczyciele mówią, jak wychować nieodporne fajtłapy”, który wczoraj rano zamieściłem na OE. Konkretnie narasta we mnie potrzeba wyrażenia osobistego poglądu w sprawie kierunku i zakresu zmian w polskim systemie edukacji szkolnej, aby rzeczywiście był on odpowiedzią na potrzebę właściwego przygotowania kolejnych roczników młodych Polaków do ich skutecznego funkcjonowania w dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości technologicznej, ekonomicznej, zawodowej i społecznej.

 

Ale nie chcę tego robić tak ad hoc, bez głębszego przemyślenia i merytorycznego przygotowania. Obiecuję, ze wrócę do tego i – w dziś jeszcze nieokreślonej przyszłości – podzielę się z Wami informacją do jakich wniosków doszedłem.

 

A teraz kilka pytań i wątpliwości, jakie zrodziło pewne zeszłotygodniowe wydarzenie, zakończonych apelem do Czytelniczek i Czytelników:

 

Poinformowałem o nim w poniedziałek news’em: „Za lojalność i zasługi, za staż w tym urzędzie długi…” Oczywiście rzecz będzie dotyczyła tego o czym nie było ani słowa w tamtej informacji o tym, że minister Czarnek powołał na stanowisko wicekuratora oświaty w łódzkim kuratorium – do niedawna po. Łódzkiego Kuratora Oświaty – Andrzeja Krycha.

 

Może nie wszyscy czytający ten tekst pamiętają, że w łódzkim kuratorium od 20 sierpnia 2018 roku, na stanowisku, zwolnionym po nagłym i tajemniczym odwołaniu z urzędu wicekuratora pani  Elżbiety Ratyńskiej, pracowała jako wicekurator, powołana jeszcze przez minister Zalewską, pani Jolanta Kuropatwa. Muszę także przypomnieć, że ta była wieloletnia wicedyrektorka i dyrektorka Gimnazjum im. Czesława Miłosza w Topoli Królewskiej, zanim awansowała na wicekuratorkę, była zatrudniona w ŁKO jako wizytatorka w Wydziale Nadzoru Pedagogicznego. Tego samego, którego dyrektorem był w owym czasie pan Andrzej Krych. Z nieznanych mi także powodów został on latem 2019 roku, jaszcze gdy kuratorem był Grzegorz Wierzchowski, odwołany i musiał  zadowolić się stanowiskiem zastępcy dyrektora Wydziału Rozwoju Edukacji.

 

Ale wróćmy do pani Jolanty Kuropatwy. Pierwsze co zrobiłem po przeczytaniu informacji o tym że Andrzej Krych został wicekuratorem, to wszedłem na stronę ŁKO i w podzakładce »Kuratorium» Kierownictwo sprawdziłem, że urząd ten ma tylko jednego wicekuratora – Andrzeja Krycha. Co zatem z panią Jolantą?

 

Jako że pamiętałem, iż jej stosunek pracy z tym urzędem został zawarty jeszcze w 2018 roku na stanowisko wizytatora, niezwłocznie kliknąłem na kolejną podzakladką »Kuratorium » Struktura » Wydział Nadzoru Pedagogicznego. Co zobaczyłem – zobaczcie sami TUTAJ

 

Czytaj dalej »



W dzisiejszym felietonie szerzej skomentuję problem, na który zwrócił uwagę dr Tomasz Tokarz w poście na swoim fejsbukowym profilu, którego obszerne fragmenty, opatrzone tytułem „Tokarz szczery do bólu: W szkołach nic się nie zmienia bo… minister nie zarządził” zamieściłem we wtorek 10 listopada.

 

Zacznę od przywołania pierwszego akapitu tego tekstu:

 

Słyszę czasem tezę, że wiadomo co robić, ale nic się nie zmienia. Nic się nie zmienia, bo mało kto chce realnej zmiany. Środowisko nauczycielskie będzie dużo o zmianie opowiadać i formułować kolejne postulaty, ale to jest tylko taki manewr odwracający uwagę, mający zasugerować, że dopiero musi przyjść zmiana odgórna, by naprawić sytuację, no a skoro zmiany nie zadekretowano – to trzeba robić, to co się robiło (czyli kartkówki, odpytywania i ocenianie).”

 

Ja odebrałem ten tekst jak próbę (rozpaczliwą) sprowokowania nauczycieli – czytelników postów dra Tokarza na jrgo profilu – do sprzeciwu, że się myli, że to nieprawda, że przecież my działamy, zmieniamy nasze szkoły, zmieniamy siebie, swoje postawy do uczniów, do procesu edukacji szkolnej…

 

Ale jedynym odzewem było osiem zamieszczonych pod postem komentarzy – zobacz TUTAJ

 

Moim zdaniem tylko jeden z nich – Wiesława Mariańskiego zawierał myśl, która była odpowiedzią na istotę problemu, sformułowanego w zdaniu: „ Nic się nie zmienia, bo mało kto chce realnej zmiany”. Oto co napisał Wiesław Mariański:

 

Zdecydowana większość ludzi, a nauczyciele są ludźmi, nie jest gotowa do zmiany, nie ma zdolności do zmienia siebie samego od wewnątrz.”

 

I ta teza stała się inspiracją do moich na ten temat przemyśleń:

 

Zacznę od tego, że do żadnych konstruktywnych wniosków nie mogą prowadzić uogólnienia, traktowanie ludzkich zbiorowości – terytorialnych, wyznaniowych czy zawodowych jako jednolitej pod względem posiadanych cech społeczności. Bo wszyscy Ślązacy to…, bo wszyscy mahometanie to…, bo wszyscy nauczyciele…

 

Czytaj dalej »



Dwa, zamieszczone w minionym tygodniu materiały: z 3 listopada –O pokoleniu .JPG’ – wychowanym przez internet, memy, Netflix, k-pop i influencerów” i z 6 listopada – „O tym, że młodzież swymi protestami odrzuciła kulturową hegemonię Kościoła w Polsce” wzbudziły, nie tylko podczas pracy redakcyjnej nad nimi, moje refleksje.

 

Jednak postanowiłem skomentować tylko ten pierwszy tekst – wybaczcie mi młodzi czytelnicy – będą to myśli weterana polskiej edukacji z kategorii 75+, a dokładniej „rówieśnika Polski Ludowej”

 

Zacznę chronologicznie – od tekstu Jakuba Wencla (rocznik 1991) – młodego dziennikarza- publicysty, czyli od jego opisu młodych ludzi, których określił mianem „pokolenia JPG””

 

Moje pokolenie (75+), jak także pokolenie od mojego młodsze – tzw. „boomersów” (osoby urodzone w latach 1946-1964) – dla określenia ludzi, którzy w zasadzie nie czytają książek, a posługują się przede wszystkim przekazem obrazkowym, nigdy nie posłużyłoby się tym skrótem – bo znaczącemu procentowi owych „starszych”,(„grzybów”, „pierników”, „pryków” „wapniaków” czy jak ich tam jeszcze dzisiejsi młodzi nazywają) skrót jpg nic nie mówi.

 

Ja akurat jestem przedstawicielem tej „średnio ucyfrowionej mniejszości” owego pokolenia, który redagując swoje „Obserwatorium Edukacji” musiał posiąść nie tylko wiedzę, że „JPG to format danych do przechowywania informacji w formie obrazu. Został on zdefiniowany w 1992 roku przez Joint Photographic Experts Group, że od tego czasu JPG jest stale dalej rozwijany. Informacja w formie obrazu nie musi być typową ilustracją, chodzi także o zeskanowane strony tekstów, które później można przekonwertować na dokument w formacie PDF”, ale także musiałem nabyć umiejętność posługiwania się tymi plikami w codziennej pracy redakcyjnej. Ale ja także, poszukując możliwie lapidarnego określenia dla opisanego przez Jakuba Wencla pokolenia, posłużyłbym się raczej słowem „ obrazkowe”, może nawet bardziej „uczenie” – „pokolenie ikoniczne”.

 

Jednak nie mogę się dziwić, że ktoś kto urodził się w 1991 roku, kto miał roczek, gdy wraz z grupą Seo Taiji and Boys pojawił się K-pop, 13 lat – gdy powstał Facebook, a 14 – gdy ruszył Yoy Tube, ma takie właśnie skojarzenia. I gdy sobie na te kalendarzowe daty owych „przełomowych”, nie tylko dla techniki przekazu i komunikacji, wynalazków (2004 r – Facebook, 2005 r. – Yoy Tube) nałoży się daty narodzin dominujących na ulicznych protestach młodych ludzi, protestach wywołanych co prawda ogłoszeniem przez Trybunał Konstytucyjny wyroku zakazującego aborcji ze względu na uszkodzenie płodu, ale które po kilku dniach przeistoczyły się w protesty przeciw rządom PiS-u, a nawet w ogóle – elit z czasów rządów „budowniczych III RP” [To moje określenie – WK]

 

Gdy przyjmie się tylko przedział wieku uczniów szkół ponadpodstawowych i studentów, czyli 15-o – 25-o latków, to pojawią się nam daty urodzin od 1995 do 2006 roku. Przypominam: Facebook – 2004 r., Yoy Tube – 2005 r. Nie wiem jak Wy, ale ja nie mam wątpliwości, że Jakub Wencel ma rację pisząc:

 

 

To pokolenie, które ma gdzieś nie tylko konserwatywno-kościelny panteon wartości, bo wychowały je internet, memy, Netflix, k-pop i influencerzy.* To pokolenie, które nie czuje się w jakikolwiek sposób zobowiązane do przestrzegania konwenansów życia społecznego i jakichś estetycznych reguł, które miałyby wyznaczać sposób, w jaki mogą wyrażać własną opinię. Większość swojego życia spędzili całkowicie zanurzeni w anglocentryczną przestrzeń informacyjną, strumień treści kulturowych, który pokazywał im, że to, co dla konserwatywnej prawicy i tradycjonalistycznych dziadków oraz rodziców jest bolszewicką egzotyką (czyli np. prawo do aborcji), dla śledzonych przez nich youtuberów*, tiktokerów* czy bohaterów seriali jest świętym standardem. Co więcej, standardem, którego należy się domagać i który można afirmować.”

 

Nie mam także wątpliwości, że autor tekstu Pokolenie JP2 kontra pokolenie .JPG” słusznie napisał przypominając, iż agresywny język, czasem także określany jako wulgarny, to nie „wynalazek” młodych uczestników protestów, jakie w o minionych dniach przechodziły ulicami polskich miast:

 

Zresztą nie jest też tak, że prawica za wychowanie młodzieży zupełnie nie odpowiada – co najmniej od dekady, mniej więcej od Smoleńska, prawicowy przekaz i budowanie politycznej tożsamości prawicowego wyborcy polega przecież na dociskaniu pedału gazu w kolejnych kierunkach nagonki i agresji, kompletnie bez żadnego opamiętania.[…] … wszystkie te narracje były użyteczne co prawda raczej w ramach tradycyjnych środków przekazu, dla mobilizacji grup społecznych, które korzystają głównie z nich i na prawicę głosują, ale przez tyle lat i przy takiej, nieustannie wysokiej temperaturze politycznego sporu stały się kluczowym elementem polskiej kultury i debaty publicznej, od Radia Maryja po memy na Kwejku*. Czy naprawdę tak nieoczekiwane było, że młodzież, wychowana właściwie większość swojego świadomego życia w świecie nieustającej naparzanki i nagonki politycznej, nie uodporni się na ten język i nie zawaha się krzyknąć „wypierdalać” – kiedy związane z partią rządzącą ośrodki komunikacji od dekady bezustannie każą wypierdalać drugiej połowie Polski?”

 

Może Wencel trochę przerysował ten obraz, bo jednak związane z partią rządzącą ośrodki komunikacji nie określały słowem „wypierdalać” swoich zamiarów pozbycia się oponentów. Co nie zmienia faktu, że liderzy rządzącej koalicji, z prezesem PiS na czele, nie wahali się mówić o zdradzieckich mordach, obywatelach drugiego sortu albo o kwiczeniu świń oderwanych od koryta”, mając na myśli uczestników protestów organizowanych przez KOD.

 

Nie znaczy to, że jestem symetrystą, ale warto przypomnieć, iż język naszych elit politycznych, niezależnie od ich przynależności partyjnej, już dawno przestał być językiem – nazwijmy go „literackim”. Stary dobry zwrot „wypowiedział się w sposób nieparlamentarny” – w znaczeniu użycia wulgaryzmów i określeń powszechnie uznawanych za uwłaczające – też już utracił dawne znaczenie. Nie muszę tu chyba przypominać tzw.„afery taśmowej”, czyli nagrań kelnera z restauracji „Sowa i przyjaciele”, na których można usłyszeć jakim językiem posługują się „prywatnie” nasi politycy i biznesmeni.

 

Przechodząc do konkluzji moich rozważań, wyrażam swoją nadzieję, że nie tylko „praw fizyki pan nie zmienisz”, ale także odwiecznych procesow wymiany pokoleń w instytucjach sprawowania władzy, ale i „rządu dusz”. I wkrótce, ci z nas „starych którzy pożyją jeszcze kilka lat, będą świadkami, jak owo – określając je za Jakubem Wenclem „pokoleni .JPG” – zasiądzie w ławach sejmowych i senackich, obejmie ministerialne teki i zacznie urządzać naszą polską rzeczywistość na swój sposób..

.

Czy odbędzie się to w pokojowej, demokratycznej formie wyborów, czy też będzie miało charakter rewolucji – to juz inny problem. Moim zdaniem będzie to wyłącznie zależało od tego, czy obecni włodarze będą bronili swoich stołków (i koryt), na wzór Łukaszenki – do upadłego, czy – choć z oporami, jak Tramp – rozstaną się z władzą „bez jednego wystrzału”..

.

Włodzisław Kuzitowicz

 

*Słowniczek pojęć użytych przez Jakuba Wencla – TUTAJ



 

Grób Aleksandry Majewskiej na Starym Cmentarzu w Łodzi (kwatera 5, linia 2, numer grobu – 29)

 

 

Stalo się już tradycją, że 1 listopada, w dniu, który w tradycji polskich katolików nazywany jest Dniem Wszystkich Świętych, a który ja wolę, nie tylko dlatego, że jestem „rówieśnikiem Polski Ludowej”, bardziej adekwatnie do dorocznej rzeczywistości nazywać Dniem Zmarłych, zamieszczam wspomnienie o nauczycielach, pedagogach, których od dawna nie mam wśród nas. Są to najczęściej osoby, z którymi splotły się przed laty moje drogi życiowe. [Zobacz TUTAJ]

 

Dziś osobą, której pamięć chcę przywołać, nie tylko na użytek własny, ale i zbiorowej pamięci środowiska łódzkich nauczycieli, wychowawców, pedagogów, jest dr Aleksandra Majewska, której 30 rocznica śmierci minęła 10 czerwca tego roku.

 

Już raz poświęciłem Jej wspomnienie – 1 listopada 2015 roku – w felietonie nr 97. „Dzień Wspomnień o Tych Którzy Odeszli”. Zdecydowałem się powrócić do Jej Osoby po 5-u latach, gdyż dziś jeszcze wyraźniej widzę, że obok opisanych przeze mnie wydarzeń na kolonii letniej w Grabownie Wielkim w sierpniu 1963 roku [„Przypadek czy Palec Boży?” –TUTAJ], to Ona miała swój niezwykle znaczący, ale i długotrwały wpływ na przemianę romantycznego młodzieńca „nałogowo” pisującego wiersze, w refleksyjnego pedagoga-wychowawcę. A ponadto, przygotowując się do napisania tego tekstu, trafiłem na notatkę w Wikiperdii, której błędy i przekłamania dodatkowo zmotywowały mnie do ich „wyprostowania”.

 

Postaram się nie powtarzać informacji zawartych we wspomnieniu z 2015 roku, dlatego proponuję przed dalszą lekturą tego tekstu przypomnieć sobie tamten felieton – TUTAJ. Jednak będę do tamtych treści nawiązywał, aby je rozwinąć i uszczegółowić.

 

Zacznę od przypomnienia drogi życiowej Aleksandry Majewskiej – począwszy od Jej młodych lat – po I Wojnie Światowej, aż do ostatnich lat życia. I, przy okazji, będę prostował błędy biografii (nie wiem przez kogo napisanej), zamieszczonej w Wikipedii.

 

Zacznę od pierwszego akapitu tej notki biograficznej:

 

Urodzona [16 listopada 1907 w Łodzi – WK] w rodzinie urzędniczej (ojciec poległ podczas I wojny światowej w armii rosyjskiej). Była najstarszą z trójki rodzeństwa. By utrzymać rodzinę w trudnych czasach podjęła pracę już w okresie nauki szkolnej – była higienistka i opiekunką dzieci na koloniach. Maturę zdała w 1928 w Gimnazjum im. Emilii Sczanieckiej w Łodzi. Od 1928 do 1930 pracowała jako świetliczanka w V Domu Wychowawczym im. Stefana Żeromskiego.

 

To, że była uczennicą jednej z najlepszych w tamtym czasie łódzkich szkół średnich dla dziewcząt, i do tego szkoły o profilu humanistycznym było – moim zdaniem – pierwszym istotnym elementem Jej przyszłej, takiej a nie innej, drogi życiowej. Ale miało to także swe bardzo daleko sięgające konsekwencje – wpłynęło na sploty wydarzeń, które zaowocowały moim z Nią spotkaniem. W jaki sposób?

 

Otóż do tego samego gimnazjum uczęszczała jedna z dwu córek – Maria (w rodzinie zwana Niunią) pewnej mieszkanki podłódzkiej osady Cyganka o nazwisku Kraucka – z domu Zaremba – spokrewnionej z rodziną Malinowskich z Zalesia – przysiółku w dzisiejszym powiecie Wysokie Mazowieckie na Białostoczczyźnie. To do niej w ostatnich latach dwudziestych ub. wieku przyjechała „za pracą w Łodzimieście” dwudziestolatka – Michalina „Malinowianka” – moja późniejsza mama. Jako że ciocia Anna Kraucka prowadziła na Cygance knajpkę i – jak na owe czasy – nieźle jej się powodziło, jej córka Niunia często zapraszało do swojego domu niezamożną szkolną koleżankę – Olę Majewską.

 

I tak poznały się – nie tylko Michalina (dla rodziny i znajomych Hala) z Olą, ale i Ola z narzeczonym Hali – jeszcze nastoletnim (rocznik 1909) Tadeuszem Kuzitowiczem – moim późniejszym tatą

 

Zapamiętajcie ten fakt, bo odegra on swoją rolę w 1963 roku…

 

Czytaj dalej »



Tydzień temu napisałem pod wykresem, obrazującym dramatyczny wzrost liczby potwierdzonych testami, dobowych zakażeń wirusem SARS CoV 2 , wywołujących chorobę COVID-19”

 

Mając przed oczyma takie dane – mam prawo zakładać, że do określonej przeze mnie przed dziesięcioma dniami daty 26 października będziemy świadkami przejścia WSZYSTKICH szkół na nauczanie zdalne. No – może z wyłączeniem klas I – III w podstawówkach…”

 

Tym razem władza mnie nie zawiodła – od poniedziałku 26 października, na razie przez najbliższe dwa tygodnie, będzie tak jak napisałem. Oby decyzja ta zaowocowala „spłaszczeniem” krzywej dobowych zachorowań.

 

 

x            x            x

 

 

A teraz pora na „normalny”, czyli pochodzący z naszej, edukacyjnej „łączki”, temat, który uznałem za wymagający głębszej penetracji i mojego komentarza.

 

Tym tematem-zagadką jest problem, który ja określę pytaniem: „Jak właściwie nazywa się ministerstwo, któremu podlegają – za pośrednictwem odpowiednich dla terenu ich działania kuratorów oświaty – dyrektorki i dyrektorzy polskich szkół?”

 

Drodzy czytający ten tekst: nie myślcie, że na starość mam amnezję i nie pamiętam, że od 19 października pracuje na Szucha w Warszawie, powołany na urząd Ministra Edukacji i Nauki przez (jeszcze zdrowego) Prezydenta Andrzeja Dudę – już pono zdrowy – dr hab. Przemysław Czarnek.

 

Co prawda w dniu powołania nie było jeszcze rozporządzenia Prezesa Rady Ministrów w sprawie szczegółowego zakresu działania Ministra Edukacji i Nauki, które to rozporządzenie opublikowano w Dzienniku Ustaw 20 października, ale nie ma wątpliwości, że rządzi nami Minister Edukacji i Nauki, bo – przytomnie – napisano w jego zakończeniu, że „Rozporządzenie wchodzi w życie z dniem ogłoszenia, z mocą od dnia 19 października 2020 r.

 

Skąd więc moje wątpliwości co do nazwy ministerstwa? Otóż…

 

Otóż w dniu 23. października, na oficjalnej stronie resortu, zamieszczono taką, ilustrowaną, informację: „Powołanie nowych członków kierownictwa MEN. Żeby nie było, że zmyśliłem – oto screen fragmentu tej strony:

 

 

A poniżej jeszcze taki tekst:

 

Bardzo cieszę się, że mogłem przekazać dziś powołania Pana Premiera Mateusza Morawieckiego dla dwóch wiceministrów edukacji. Pan Dariusz Piontkowski i Pani Marzena Machałek to wybitni eksperci, którzy do tej pory świetnie troszczyli się o rozwój oświaty. Będą wspaniałym wsparciem w naszych dalszych dążeniach na rzecz rozwoju edukacji w Polsce – powiedział po wręczeniu nominacji minister Przemysław Czarnek.

 

W składzie kierownictwa ministerstwa pozostaje również Maciej Kopeć, z czego się bardzo cieszę – dodał minister Przemysław Czarnek.

 

A jeszcze niżej:

 

Informacja na temat kierownictwa Ministerstwa Edukacji Narodowej.

 

A tam takie cztery fotki – zwracam uwagę na podpis pod zdjęciem Marzeny Machałek:

 

 

Źródło wszystkich cytatów i screen’ów: www.gov.pl/web/edukacja

 

 

I tak dotarłem do kolejnej „ciekawostki”: Jak „odchudza się” rząd, nie pozbawiając nikogo pracy, a „przy okazji” zatrudnia się jeszcze znajomych.

 

Zacznę od przykładu pani Machałek. Jak wiemy, była ona sekretarzem stanu w MEN – od 10 marca 2017 roku, a od 1 lipca 2019 roku premier powierzył jej funkcje Pełnomocnika Rządu do spraw wspierania wychowawczej funkcji szkoły i placówki.

 

Czytaj dalej »



8 października, w materiale zatytułowanym „W Polsce – nadal coraz gorzej, w szkołach – wynik gorszy o 0,44% zamieściłem taki tekst – w ramach „Komentarza redakcji”:

 

A my przyjmujemy zakłady: „Od jakiej daty nowy minister EiN zarządzi przejście wszystkich szkół w Polsce na nauczanie zdalne”.

 

Nasza prognoza: Po obchodach Dnia Edukacji Narodowej – najpóźniej 26 października 2020 roku.

 

Nie dziwcie się, że od tego zaczynam dzisiejszy felieton.

 

Po pierwsze – dlatego, że sytuacja lawinowego wzrostu dziennych liczb zakażonych, skutkująca bliskim już, prawdopodobnie nieomal całakowitym, paraliżem systemu opieki zdrowotnej, jest absolutnie najważniejszym problemem tego czasu.

 

Po drugie – bo aktualna sytuacja szkół, a w nich uczniów i nauczycieli, jest jak igranie z ogniem, a bardziej „malowniczo” – jak dziesiątki tysięcy bardzo ważnych i wartościowych spektakli, granych w teatrach, posadowionych na kruchej tafli topniejącego lodu…

 

Przyznam – od początku tego roku szkolnego nie ukrywałem mojego poglądu, że „naoczna” nauka w szkołach jest nie tylko pierwszakom, ale i pozostałym uczniom bardzo potrzebna.

 

Ale byłbym gorszy od przysłowiowej krowy, gdybym wobec codziennie pogarszającej się w naszym kraju sytuacji epidemicznej nadal optowal za stacjonarną nauką. Dlatego już 8. października pozwoliłem sobie na – nie tyle przepowiednię, co prognozę, że nawet aktualnie rządzący nami nie będą w stanie dłużej wmawiać nam, że „czarne jest białe”, i podejmą jednak dezyzję o powszechnym przejściu na nauczanie zdalne. Oszacowałem wtedy, że stanie się to po Dniu Edukacji Narodowej, a najpóźniej do 26 października.

 

I, jak wiecie, już w czwartek 15 października premier Morawiecki ogłosił, że ponad połowa powiatów i miast (w tym nieomal wszystkie największe miasta wojewódzkie) zostają objete tzw. „czerwoną strefą”, w której szkoły wyższe i ponadpodstawowe będą pracowały zdalnie.

 

Od tej, na razie połowicznej, decyzji mijają kolejne dni, w których dobowa liczba potwierdzonych zakażeń nie spada, i – z niewielkimi wahaniami – ma tendencję wzrostową: 15 X – 8009; 16 X – 7705; 17 X – 9622, 18 X – 8536.

 

Czytaj dalej »



W oczekiwaniu na „owocobranie” działań szefa połączonych resortów z Szucha i z Hożej, dotrzymując danego przed tygodniem słowa, będę dziś snuł moje refleksje na tematy, które w ubiegłym tygodniu stały się przyczyną moich – silniejszych lub słabszych – emocji…

 

Zacznę od moich myśli, które zostały wywołane podczas lektury posta z bloga Anny Konarzewskiej „Być nauczycielem…”, zatytułowanego „O potrzebie czułości w edukacji…” Już w trakcie czytania, gdy z treści tego tekstu zorientowałem się o czym koleżanka Konarzewska pisze, nabrałem wątpliwości, czy użycie w tytule słowa „czułość” było właściwe. Chcąc sam siebie sprawdzić czy moje obawy są słuszne, sięgnąłem do wiedzy internetowo dostępnych słowników.

 

Już Wikipedia poinformowała mnie, że słowo to ma aż 9 znaczeń, przy czym na pierwszym miejscu napisano tam, że „czułość” to cecha…

 

Ale nie było tam linku do precyzyjniejszej definicji. Szukałem więc dalej. Słownik PWN poinformował, że „czuły” ma 4 główne znaczenia, w tym pierwsze dwa, to ”odnoszący się do kogoś z tkliwą miłością, serdecznością; też: będący wyrazem takich uczuć” i „wrażliwy, wyczulony na coś”.

 

Trochę się uspokoiłem, bo ja tym słowem posługuję się właśnie w tym pierwszym znaczeniu i nie użyłbym go dla określenia moich relacji z uczniami. Aby nie nadawać komunikatu, który może zabrzmieć dwuznacznie – wolałbym mówić o potrzebie bycia empatycznym, wrażliwym właśnie na sygnały stanów psychicznych, wysyłane, nie zawsze werbalnie, przez uczniów.

 

Ale może jestem za stary, zbyt „konserwatywny” na dzisiejsze czasy, może – nie będąc polonistą – nie zinterioryzowałem tak bardzo, cytowanych w tm poście przez Annę Konarzewską, tekstów naszej noblistki – Olgi Tokarczuk.

 

 

x           x           x

 

 

Drugim tekstem, a właściwie fragmentem jednego z całej ich serii, zamieszczonych 8 października, którym dałem tytuł „Podstawowe pytania i próby odpowiedzi na nie refleksyjnego Tomasza Tokarza”, z którym nie do końca się zgadzam, jest ten oto akapit, zacytowany z fejsbukowego profilu dra Tokarza, który został tam przez niego zamieszczony rankiem 7. października:

 

Otóż moim zdaniem jeśli 15-latek (po 8 latach regularnego kształcenia a nawet 11 jeśli liczyć przedszkole), rzeczywiście nie ma zielonego pojęcia o tym co go interesuje i w jakim kierunku powinien zmierzać to jest to najlepszym dowodem na potężny kryzys szkoły i niespełnianie przez nią swojej podstawowej funkcji: czyli przygotowania młodego człowieka do dojrzałego życia.

 

Czytaj dalej »