Archiwum kategorii 'Felietony'

Trochę to trwało, ale się udało… Mimo „gorących tematów”, dostarczanych codziennie, wywiązuję się z obietnicy, którą złożyłem w zakończeniu niedzielnego felietonu. Oto obiecane komentarze, dotyczące wydarzeń minionego tygodnia:

 

III Kongres Zarządzania Oświatą – OSKKO

 

Po kilku rozmowach z uczestnikami kongresu i na podstawie moich  spostrzeżeń, dokonanych podczas analizy jego harmonogramu, mam takie refleksje:

 

Osoby z którymi rozmawiałem odniosły wrażenie, że wiodącym tematem było RODO i „techniczne” porady dla dyrektorów typu „jak sobie radzić z władzami”. Cała reszta to „wypełniacze”…

 

Ja dokonałem innego spostrzeżenia: na kongresie zabrakło przedstawicieli dwu nurtów „odnowy” naszej szkolnej metodyki kształcenia:

 

Centrum Edukacji Obywatelskiej, którego, wtedy jeszcze prezes – dr Jacek Strzemieczny na kongresie we Wrocławiu (2015) odbierał dyplom uznania, a jeszcze rok później – w Gdańsku – aktualny prezes CEO – Jędrzej Witkowski prowadził znakomite zajęcia o samorządności uczniowskiej, a Danuta Sterna przekonywała do projektu OK Zeszyt”.

 

Ruchu „Budzącej się Szkoły” – najbardziej progresywnego środowiska, promującego radykalną zmianę paradygmatu szkoły: „od nauczania do uczenia się”!

 

I ostatnia refleksja bardziej generalna: Przez wiele lat (a towarzyszę OSKKO od pierwszego kongresu w Łodzi) obserwowałem narastającą funkcję „transmisyjną”, jaką te spotkania spełniały między środowiskiem dyrektorów szkół a ministerstwem edukacji. W zasadzie na większości z kongresów dochodziło do spotkań ich uczestników z ministrem lub co najmniej wiceministrem edukacji, który otrzymywał od nich „informację zwrotną” – także w postaci wypracowanych uwag i postulatów pod adresem MEN. Od XI kongresu ta tradycja została przerwana… Nie tylko, że począwszy od zeszłorocznego XII kongresu odbywają się one bez honorowego patronatu MEN, to nie ma na nich nawet najniższej rangi przedstawiciela ministerstwa. I choć i w tym roku w programie znalazł się czas na wypracowanie stanowiska w sprawie zmian systemowych w oświacie, a organizatorzy zadeklarowali, że wystąpią do resortu edukacji z tym stanowiskiem, to efekt tej inicjatywy będzie zapewne podobny do analogicznej deklaracji sprzed roku, z Krakowa… Bez echa….

 

 

XXIV sesja Sejmu Dzieci i Młodzieży

 

Czytaj dalej »



Zaczynając przed tygodniem poprzedni felieton przypomniałem moje pytanie o to, czy nauczyciele aktualnie pracujący w polskich szkołach są gotowi do przeprowadzenia „oddolnej” rewolucji systemu. A ten jego fragment spuentowałem zdaniem:

 

Za tydzień będę już bogatszy o wnioski z uczestniczenia w założycielskim spotkaniu Łódzkiego Regionalnego Klubu Budzących się Szkół,mój optymizm w powodzenie oddolnej reformy naszego systemu szkolnego zostanie – no właśnie: wierzę, że umocniony.”

 

Wczoraj mogłem przekonać się „naocznie”, że moja intuicja nie tylko mnie nie zawiodła, ale rzeczywistość okazała się jeszcze wspanialsza. Sądząc po liczbie osób, które uczestniczyły w tej pierwszej regionalnej konferencji, zapowiadanej we wszystkich komunikatach hasłem „Razem zmienimy edukację” – mam prawo do optymizmu.

 

Ale… Ale doświadczenia, zdobyte w moim – wszak już bardzo wieloletnim – aktywnym uczestnictwie nie tylko w wielu rolach środowiska oświatowego, ale szerzej – społecznego, każą mi zachować pewną rezerwę w ogłaszaniu hurraoptymistycznych prognoz.

 

 

To czego wczoraj byłem świadkiem można przyrównać raczej do sytuacji punktu rekrutacyjnego ochotników do walki z zaborcą – np. podczas Powstania Listopadowego, niż do pierwszej zwycięskiej potyczki z wrogiem. Aby dalsze losy naszej rewolucji kopernikańskiej nie skończyły się jak wtedy – bitwą pod Olszynką Grochowską, która mimo ogromu ofiar nie przyniosła zwycięstwa, teraz jest czas na szkolenie kadr i szeregowych żołnierzy. Trzeba ich nie tylko wspierać, ale przede wszystkim wyposażyć w „broń”, którą są:  zdobycze współczesnej wiedzy o funkcjonowaniu ludzkiego mózgu,  przykłady „nowej metodyki uczenia się”, czyli tych wszystkich „lekcji odwróconych”, metody małych projektów „na co dzień”, zajęć (nie lekcji) typu „zobacz, dotknij, poszukaj”, aby – gdy już wypowiedzą posłuszeństwo swoim nawykom, „tradycji przodków” i politykom sprzyjającym szkole posłusznych dzieci (przyszłych obywateli) – nie stali na przegranych pozycjach. Aby mogli powiedzieć: swoim uczniom, ich rodzicom, całemu systemowi nadzoru i egzaminów zewnętrznych, ale także sobie samym:

 

PATRZCIE, UCZYLI SIĘ „PO NOWEMU”, A NIE TYLKO, ŻE ZDAJĄ TE EGZAMINY I MATURY, ALE – W PRAKTYCZNYM ŻYCIU – OSIĄGAJĄ WIĘKSZE SUKCESY OD TYCH WASZYCH „PRYMUSÓW”!

 

I w tm momencie skojarzył mi się Bartek Rosiak – absolwent SP nr 81 – pierwszej łódzkiej „obudzonej szkoły”! Przypomniał o sobie, nie po raz pierwszy, po tym, jak przeczytałem w komunikacie MEN, że minister Zalewska powołała III kadencję Rady Dzieci i Młodzieży RP przy Ministrze Edukacji Narodowej, i zobaczyłem tam, iz w składzie owej rady, jako jej pełnoprawny członek (nie zatępca członka), reprezentujący województwo łódzkie, jest właśnie Bartłomiej Rosiak.Nie mam wątpliwości, że wszystkie jego odniesione dotąd, ale wszak nie ostatnie, sukcesy mają swoje źródło właśnie w atmosferze, w której wzrastał w owej podstawówce, w jego „otwierających” i bazujących na mocnych stronach osobowości nauczycielach, w „treningu” kompetencji społecznych – autentycznych, nie „atrapowych” – jakie odbył w strukturach szkolnej samorządności.

 

 

Czytaj dalej »



Przed tygodniem zacząłem i zakończyłem mój felieton pytaniem: „Czy nauczyciele aktualnie pracujący w polskich szkołach – jako kategoria zawodowa, ale i jako określone tą profesją środowisko społeczne – są gotowi do przeprowadzenia „oddolnej” rewolucji systemu?”

 

Stawiając je miałem świadomość, że jest to pytanie retoryczne, że nie tylko w jednym krótkim felietonie nie ma możliwości udzielenia na nie pełnej, prawdziwej odpowiedzi, ale że w ogóle taka odpowiedź jest niemożliwa, gdyż w tak licznym i zróż- nicowanym środowisku jakie tworzą nauczyciele, nie można oczekiwać jednolitych postaw i zachowań.

 

Nie trudno więc było domyślić się, że był to rodzaj prowokacji intelektualnej, która za cel postawiła sobie dotarcie do tych wszystkich „niezdecydowanych” (bo przekonanych przekonywać nie ma potrzeby), którzy sprowokowani moimi „szpilkami” (czytaj – motywatorami) postawią sobie za punkt honoru dołączenie do owych „legionistów”. a może raczej do grona „hodowców kur grzebiących” (czytaj – nauczycieli pozwalających swoim uczniom na samodzielne poszukiwanie wiedzy i rozwiązywanie problemów) – choćby po to, aby wraz z nimi przeżywać radość odkrywców!

 

Za tydzień będę już bogatszy o wnioski z uczestniczenia w założycielskim spotkaniu Łódzkiego Regionalnego Klubu Budzących się Szkół,mój optymizm w powodzenie oddolnej reformy naszego systemu szkolnego zostanie … no właśnie: wierzę, że umocniony.

 

A dzisiaj, dzisiaj nie mogę udawać, że nie zauważyłem protestu członków ZNP i innych związkowców zrzeszonych w Ogólnopolskim Porozumieniu Związków Zawodowych, maszerujących wczoraj ulicami Warszawy z transparentami, na których wypisali hasła, takie, jak: „Chcemy godnie zarabiać! Teraz!”, „Mamy dość niskich zarobków”, „Mamy dość złego ministra edukacji”, „Reforma Zalewskiej to krzywda dzieci”, „Reforma Zalewskiej to krzywda nauczycieli”.

 

Zacytowałem kilka z nich, aby zilustrować w ten sposób dwie płaszczyzny owego protestu: socjalno-bytową, czyli walkę – wraz z całą „budżetówką” – o lepsze wynagrodzenia, ale także postulaty dotyczące „warsztatu pracy” nauczycieli, czyli tego, co władza nazywa „reformą”, a jej przymusowi realizatorzy (nauczyciele) i „ofiary” (uczniowie i ich rodzice) – deformą.

 

Dobrze się stało, że nauczyciele-uczestnicy tego protestu przeszli później pod gmach MEN, gdzie pod hasłem „Kumulacja chaosu” protestowali rodzice z ruchu „Rodzice Przeciwko Reformie Edukacji”.

 

Czytaj dalej »



Dziś nie będzie kontynuacji tematu o „sadzeniu róż świadomości obywatelskiej” w umysłach naszych uczniów. Dzisiaj zaryzykuję i wejdę na grunt, może nie grząski, ale bezapelacyjnie „śliski” i podejmę próbę odpowiedzi na pytanie:

 

Czy nauczyciele aktualnie pracujący w polskich szkołach – jako kategoria zawodowa, ale i jako określone tą profesją środowisko społeczne – są gotowi do przeprowadzenia „oddolnej” rewolucji systemu?”

 

A co do tego ma tytuł tego felietonu? Poczytajcie dalej, to się dowiecie!

 

Już na wstępie zastrzegam, że będzie to tylko próba, że mam świadomość iż temat przerasta skromne możliwości emeryta-felietonisty (co prawda z bogatą i różnorodną co do zdobytych doświadczeń przeszłością) i że tak naprawdę robię to nie po to, aby na tak sformułowany „problem badawczy” odpowiedzieć moją „jedynie słuszną” diagnozą (jak to lubią czynić różni utytułowani naukowcy), ale aby sprowokować (optymista ze mnie!) ewentualną dalszą dyskusję…

 

Skąd w ogóle takie pytanie? Bezpośrednim bodźcem stał się post z profilu dr Żylińskiej, który sprowokował mnie wczoraj do zamieszczenia materiału o dwu obliczach tej samej szkoły. Oto fragmenty tego tekstu, które „zasiały” ziarno dzisiejszego felietonu:

 

Nauczyciele mają w społeczeństwie złą opinię. To fakt, nad którym ubolewam, bo sama znam wielu świetnych i oddanych dzieciom /uczniom nauczycieli. Ale jak długo pracują w szkołach nauczyciele, którzy dzieci krzywdzą, i którzy dostarczają niemoralnych wzorców zachowania, tak długo wszyscy przedstawiciele tej grupy zawodowej będą mieli zły PR. Bo jeden nauczyciel, który wymusza podpisy pod takim dyktatem, psuje opinię stu świetnym pedagogom.[…]

 

Łódź to miasto, w którym chyba dzieje się najwięcej, jeśli chodzi o zmiany modelu szkoły. To miasto, w którym wielu nauczycieli stara się tworzyć uczniom przyjazne warunki, ale właśnie z Łodzi dostałam najgorsze regulaminy i „kontrakty.”

 

No właśnie! A już niedługo, bo 29 września, pod hasłem „Razem zmienimy edukację”, odbędzie się spotkanie założycielskie Łódzkiego Regionalnego Klubu Budzących się Szkół.

 

Sądząc po tak sformułowanym haśle, organizatorzy spotkania są przekonani, że taka zmiana jest możliwa. Kluczowy w nim jest jednak desygnat tego małego słowa „razem”. Bo można je interpretować wąsko: „Razem z tymi, którzy wstąpią do tego klubu”, ale można też szeroko: „Wszyscy nauczyciele w łódzkich (i ościennych) szkołach będą w stanie zmienić edukację„.  A my, członkowie tego Klubu, będziemy taką „Pierwszą Kadrową” na tej drodze do niepodległości ucznia w szkole…

 

Jeśli miałbym wyznać tutaj która z tych wersji, według mnie, jest bliższa prawdy, to opowiadam się za tą drugą. A to dlatego, że taka wizja „eduzmieniaczy„, żyjących w przekonaniu o „sprawczej sile własnego przykładu” może prowadzić jedynie do przekształcenie owych „klubowiczów” w oświatową sektę, traktowaną przez pozostałe „masy nauczycielskie” co najwyżej tak, jak Amisze są traktowani w USA, albo ortodoksyjni Żydzi, paradujący w swych chałatach po uliczkach Jerozolimy, będący w tłumie pozostałych obywateli Izraela swoistą „atrakcją turystyczną”.

 

I taka wersja jest wersją optymistyczną. Bo możliwa jest także taka, w której członkowie Regionalnych Klubów Budzących się Szkół zaczną być postrzegani przez pozostałą brać nauczycielską jako zagrożenia dla ich „małej stabilizacji”. A to może wywołać działania „obronne”, przejawiające się w jeszcze mocniejszym „okopaniu się na zajmowanych pozycjach„, a być może także w formie swoistych działań „sanitarnych” – dążeniu do zniszczenia ognisk „zarazy”!

 

Dlatego ja opowiadam się za wersją „Pierwszej Kadrowej”. Byle by nie powtarzać błędów Piłsudskiego, który nie przewidział, że nikt w Kongresówce, a konkretnie w Kielcach, nie będzie ich witał entuzjastycznie. Jak wspominał po latach generał Felicjan Sławoj Składkowski „Ludność przyjęła nas dość obojętnie. Pojedynczy ludzie witali nieśmiało”.

 

 

Czytaj dalej »



W felietonie nr 228. „O pilnej potrzebie sadzenia róż świadomości obywatelskiej” po raz pierwszy, zainspirowany przysłowiem „Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy” ogłosiłem hasło „Sadźmy róże”. Bo zrozumiałem że właśnie teraz, właśnie po tym wszystkim co już się w naszym kraju z prawem i wolnościami obywatelskimi stało i co – jasno to już widać – zapewne jeszcze się stanie”, że właśnie teraz powinienem skierować apel do nieobojętnych na wszystko nauczycieli, do świadomych tego nieszczęścia rodziców i do wszystkich innych, którym nie jest wszystko jedno w jakim kraju żyją – byle z dużym kontem w banku.

 

To wtedy zrozumiałem,że naszym wspólnym i najważniejszym obowiązkiem jest „sadzić róże”! Róże wartości demokratycznych i wolnościowych, róże podstaw wiedzy o zasadach funkcjonowania państwa prawa, sadzone w głowach naszych uczniów, tych jeszcze bardzo młodych (bo czym skorupka…), a zwłaszcza tych, którzy już w tym roku, a także w przyszłym i w latach następnych dołączą do grona obywateli z czynnym prawem wyborczym, okażą się najbardziej skutecznym orężem walki z rzekomo „wstającymi z kolan małymi ludźmi”, wtrącającymi nas w „mroki średniowiecza”…

 

Obiecałem wtedy, że będę do tego wracał, że na pewno za tydzień będzie ciąg dalszy o „sadzeniu róż świadomości obywatelskiej”…

 

Lecz za tydzień, 29 lipca, w felietonie nr 229. O sadzeniu róż będzie we wrześniu. A dziś o roli rozumu – napisałem, że „już we wtorek nabrałem poważnych wątpliwości, czy dobrze zrobię kontynuując podjęty wówczas temat „ogrodnictwa obywatelskiego”, który w myśl mojej różanej metafory miałby polegać na „zasadzaniu” w świadomości naszych uczniów, zwłaszcza tych, którzy już wkrótce staną się wyborcami, podstawowej wiedzy o naszej Konstytucji, a co za tym idzie – o funkcjonowaniu demokratycznego państwa, o trójpodziale władzy, o roli parlamentu, o reprezentatywnej ordynacji wyborczej – pisząc o tym wszystkim w środku wakacji, gdy afrykańskie upały nie pomagają w czytaniu poważnych i mających aspiracje wywołania konkretnych działań, popełniam błąd.

 

Dlaczego zmieniłem zdanie i złożyłem deklarację, że do tematu „sadzenia róż świadomości obywatelskiej” powrócę, ale na początku września. Nie wywiązałem się z tej deklaracji przed tygodniem – czynię to dzisiaj.

 

 

Czytaj dalej »



Jeszcze wczoraj, do wczesnych godzin popołudniowych, byłem przekonany, że tematem kolejnego felietou będzie ów „tasiemiec”, zamieszczony w środę na stronie MEN, która to informacja – rekordowo długa i niespotykana w takiej formule jaką jest oficjalna strona internetowa – miała zapewne w intencji jej redaktorów, a zwłaszcza tej która to zatwierdziła „do druku” – minister Zalewskiej – „zagadać” wszystkie, dochodzące z różnych stron od nauczycieli, ale także i od rodziców, obawy co do czekających nasze szkoły problemów tego nowego roku szkolnego.

 

Jednak nie mogę pozostawić bez komentarza tego, co wydarzyło się wczoraj w III Liceum Ogólnokształcącym w Gdyni, gdzie Pierwszy Obywatel RP jawnie, bo w obecności kamer telewizyjnych, złamał prawo oświatowe. I nie zdołała go przed tym powstrzymać jego małżonka – jak powszechnie wiadomo – nauczycielka, zdająca sobie doskonale sprawę z niestosowności czasu i miejsca do tak jawnego uprawiania polityki.

 

Należy w tym miejscu przypomnieć, że jednoznaczną wykładnię artykułu w Ustawie Prawo Oświatowe, mówiącego o działalności politycznej na terenie szkoły, dała osobiście minister Zalewska, gdy w 1917 roku odpowiadała w Sejmie na pytanie posłanki PO, aby przedstawiciel rządu wyjaśnił opinii publicznej, dlaczego nauczycielki z Zabrza stanęły przez komisją dyscyplinarną. Przypomnę, że to „przestępstwo” polegało na tym, iż owa nauczycielka podczas tzw. „czarnego protestu”, wraz z koleżankami, przyszła do pracy ubrana na czarno…

 

Przypomnę też, że minister Zalewska podkreśliła wtedy, iż w ustawie jest jednoznacznie zapisane, iż na terenie szkoły nie można prowadzić działalności politycznej, ani agitacji politycznej.

 

Kto w tym gdyńskim przypadku powinien zostać postawiony przed komisją dyscyplinarną? Wiadomo, że nie Pan Prezydent RP – przynajmniej nie teraz, bo broni go immunitet. Dyrektor szkoły, który zaprosił go na to spotkanie, o którym w mediach napisano, iż „Andrzej Duda razem z Agatą Kornhauser-Dudą na uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego wybrali III Liceum Ogólnokształcące, jedną z najlepszych szkół średnich w Gdyni.”?

 

 

Czytaj dalej »



W zasadzie dziś powinienem pisać felieton o kolejnym numerze 133. Niestety, Już Jan Kochanowski w swym Psalmie 112 napisał: Taki co w głowie uradzi, do skutku nie doprowadzi„. Tak było i w moim przypadku. I trudno nie wierzyć w to, że 13 przynosi pecha. gdyż właśnie 13 sierpnia dostałem od tej Białej Pani z kosą sms-a „Uważaj koleś, bo mam cię już na mojej liście usług!”

 

Tym razem udało się (skutki mikroudaru zaczęły żwawo ustępować już po dwu dniach}, ale… Dlatego niedzielę 19 sierpnia spędziłem na szpitalnym łóżku, bez mojego stałego oprzyrządowania i podłączenia „do sieci”.

 

Dziś jest już czwarty dzień mojego funkcjonowania w warunkach domowych i .pełnego powrotu do dotychczasowych zajęć – w tym do redagowania materiałów do OE. I oczywiście do pisania kolejnego felietonu. Mam nadzieję, że nie będzie on przydługi – wszak wena twórcza została już wczoraj wyeksploatowana podczas pisania kolejnego eseju wspomnieniowego..[Jak nie stałem się „kolegą z pracy” zabójcy ks. Popiełuszki]

 

Nie będę komentował faktu powołania (już drugiej w tej kadencji) Łódzkiej Wicekurator Oświaty – poczekam do czasu, gdy jej działania na tym stanowisku wydadzą jakieś owoce, po których poznamy ją.

 

Odpuszczam sobie i inne wydarzenia, zarejestrowane w piątkowym subiektywnym wyborze publikacji o ogólnopolskim zasięgu, z wyjątkiem jednego – podpisania przez minister Zalewską rozporządzenia w sprawie doradztwa zawodowego.Nie zostało ono do dzisiaj opublikowane w Dzienniku Ustaw, przeto nie będę analizował jego, nie posiadających jeszcze mocy prawnej, konkretnych sformułowań. Skomentuję jedynie te informacje, które 21 sierpnia zamieszczono w komunikacie o podpisaniu tego rozprządzenia na stronie MEN.

 

Zacznę od sprawy podstawowej. A jest nią terminologia, od pewnego czasu używana dla określenia tych działań edukacyjnych, których zmianę można było wprowadzić przy tej okazji.

 

Czytaj dalej »



Sięgając do korzeni narodzin koncepcji tych niedzielnych felietonów, które miały być takim refleksyjnym komentarzem ich autora do wydarzeń mijającego tygodnia, powinienem dzisiaj podjąć temat, który zdominował zamieszczane na stronie OE news’y: premier RP i związki zawodowe. Ale uznałem, że nie ma co tu komentować – wszystko już zostało powiedziane – głównie tytułami zamieszczanych informacji.

 

Ale jest inny temat, przemilczany przez niemal wszystkie publiczne media, jakim jest wykonanie przez minister Zalewską wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego, który ostatecznie zakończył niemal dwuletnią batalię fundacji „Przestrzeń dla Edukacji” w tej sprawie. Ostatecznie te 182 nazwiska autorów-kolaborantów „Dobrej Zmiany” trafiły do fundacji „Przestrzeń dla Edukacji” – jednak nie zostały zamieszczone, do publicznego wglądu, na stronie MEN.

 

Więcej informacji na ten temat, w tym pełną listę owych autorów, znajdziecie w publikacji „MEN ujawnia autorów podstaw programowych” na stronie dziennik.pl.

 

Nie obyło się bez drobnej wpadki: Jedna z osób, które pojawiły się na tej liście, zgłosiła swój sprzeciw wobec zaliczenia jej w poczet autorów owych podstaw. To Joanna Wojdon, która napisała na Facebooku:

 

„Na liście, w której MEN ujawniło autorów podstaw programowych, znalazło się też moje – choć przekręcone – nazwisko. Oświadczam stanowczo, że nie brałam udziału w tych pracach – poza przesłaniem alternatywnej propozycji podstawy dla klasy IV szkoły podstawowej, która nie doczekała się żadnej odpowiedzi i za którą nie dostałam ani grosza.”

 

Choć na samym wstępie tego felietonu napisałem, że „powinienem dzisiaj podjąć temat”, to jednak tego nie uczynię. Jedynym komentarzem niech będzie stwierdzenia, że po raz kolejny pani Zalewska pokazała swój perfidny, złośliwy, ale i małostkowy charakter. Skoro już została zmuszone wyrokiem sądu, od którego nie ma się gdzie odwołać, do publikacji wykazu nazwisk autorów nowych podstaw programowych, wymuszonych „deformą” systemu oświaty jej autorstwa, to postanowienie wyroku wykonała literalnie: przesłała do „strony ją pozywającej” wykaz WYŁĄCZNIE imion i nazwisk – bez przypisania im jakich to podstaw programowych byli oni autorami. I w taki oto sposób pokazała SN, ale i całemu nieakceptującemu jej rządów środowisku oświatowemu „gest Kozakiewicza”. Bardziej subtelnie można to skwitować, parafrazując znany kiedyś powszechnie wiersz K.I. Gałczyńskiego:

 

„Chcieliście listę, no to ją macie!
(Skumbrie w tomacie, pstrąg.)”

 

A na kompleksowy komentarz tej sprawy przyjdzie czas wtedy, gdy fundacja „Przestrzeń dla Edukacji” opublikuje wykaz, z którego będzie wiadomo kto za który „bubel” jest odpowiedzialny.

 

Włodzisław Kuzitowicz

 

P.s.
Pragnę podziękować Osobie, która widząc w tytule jednego z zamieszczonych na stronie OE materiałów błąd ortograficzny (w wyrazie mrzawka, zamiast mżawka!) napisała o tym na adres redakcji. I tak trzymać – bardzo o analogiczne reakcje proszę Szanownych Czytelników na przyszłość. Tym bardziej, że korektorki (-a) redakcja nie zatrudnia…

 

Oczywiście – dołożę wszelkiej staranności, aby podobne zdarzenie nie miało już miejsca, ale…

 

Ale uważni czytelnicy moich wspomnieniowych esejów pewnie zauważyli, że opowiadałem tam, i to chyba dwukrotnie, o tej mojej przypadłości, z którą próbowali walczyć moi nauczyciele j, polskiego: w podstawówce – pan Kazimierz Ilnicki i w „Budowlance” – pani Wiktoria Kupiszowa. Jak widać – przypadłość owa nie została wyleczona do końca i czasami daje o sobie znać jeszcze po tylu latach… [WK]



Drugi tydzień afrykańskich upałów… Nasze organizmy, w setkach lat genetycznie utrwalanej adaptacji do warunków jakie dyktuje środowisko, potrafią funkcjonować w klimacie, który nauczyliśmy się nazywać „klimatem umiarkowanym”. Ale – jak widać i czuć – nic nie jest dane raz na zawsze…

 

Jedyny pożytek jaki z takiego stanu rzeczy może być (ale to także nie jest pewne), to przekonanie dotąd nieprzekonanych, że proces ocieplania klimatu naszej planety jest faktem empirycznie sprawdzalnym i że postępuje.

 

Zakładam, że Szanowni Czytelnicy nie poczują się zawiedzeni dzisiejszym „short programem”, i że zrozumieją starszego pana wykończonego upałem…

 

Ale żeby nie było „pustego przebiegu” – skomentuję „felietonowo” jeden temat, który nie daje mi spokoju od kiedy dotarła do mnie ta informacja. A rzecz dotyczy komunikatu MEN o przedłużeniu do 20 sierpnia (pierwotny termin upłynął 31 lipca) naboru do trzeciej kadencji Rady Dzieci i Młodzieży Rzeczypospolitej Polskiej przy Ministrze Edukacji Narodowej.

 

Pierwsze o czym muszę napisać, co zasygnalizowałem już w we wprowadzeniu do materiału, zamieszczonego na stronie OE 31 lipca, to optymizm, jaki mnie ogarnął, gdy pomyślałem sobie, że nie jest tak źle, jak niektórzy myślą, ze świadomością t.zw. „współczesnej młodzieży” o otaczającej ich rzeczywistości. Mam – wiem, nie poparte empirycznie – takie przekonanie, że to po prostu spadło zainteresowanie wśród uczniów naszych szkół uczestniczeniem w tym „teatrzyku” rzekomych konsultacji społecznych. Kolejne roczniki uczniów, zwłaszcza tych trochę starszych i zainteresowa- nych działalnością pisowskiego rządu (w tym ministerstwa edukacji) już wiedzą, iż na nic się zdały liczne postulaty uczestników tego gremium w jego pierwszej i drugiej kadencji. Okazuje się, iż niewielu daje się nabrać na taką obietnicę – cytuję z informacji MEN z 2016 roku:

 

Rada ma charakter konsultacyjny. Zadaniem Rady Dzieci i Młodzieży RP przy MEN jest wyrażanie opinii, w tym przedstawianie propozycji w kwestiach dotyczących dzieci i młodzieży, a także tych związanych z planowanymi zmianami.

 

Wtedy reforma edukacji była jeszcze w fazie projektu. I co?: I nic!  Zobacz: „Reforma edukacji. Uczniowie, których min. Zalewska powołała do specjalnej rady, apelują do prezydenta o… weto jej reformy”.  [TUTAJ]

 

I jeszcze muszę (bo inaczej się uduszę) obśmiać ten fragment ministerialnej informacji:

 

W związku z licznymi prośbami ze strony uczniów i rodziców…”

 

Wyobrażacie sobie tych zaangażowanie w wolontariat, w działalność społeczną oraz życie społeczności lokalnych i życie publiczne, tych  laureatów olimpiad i konkursów, zdobywców stypendiów Premiera – w roli maminsynków, w których imieniu mama lub tata (a może oboje) telefonują lub mejlują do Pani Minister, aby ta przesunęła termin naboru, bo… No właśnie, bo co? Bo ich „cudowne dziecko” jest na Seszelach, bo ma depresję, a może się zakochało i nie zdąży zgłosić się do 31 lipca?

 

Nie spodziewałem się, nawet po redaktorach tekstów na oficjalną stronę MEN, aż takiego braku elementarnej przyzwoitości (nie mówiąc o rozsądku!) wobec odbiorców tego medium.

 

Strach pomyśleć czym zakończy się tak prowadzona rekrutacja do trzeciej kadencji RDiM, kto w wyniku ostatecznej selekcji ministerialnej tam zasiądzie i  jak będzie przejawiała się aktywność tego „Towarzystwa Cyklicznych Spotkań w Stolicy”. Bo nie spodziewam się, że zasiądą tam sami Wallenrodowie…!

 

Włodzisław Kuzitowicz



Poprzedni felieton (nr 228) zakończyłem słowami:

 

Będę jeszcze do tego wracał – na pewno za tydzień będzie ciąg dalszy o „sadzeniu róż świadomości obywatelskiej”…”

 

Jednak już we wtorek nabrałem poważnych wątpliwości, czy dobrze zrobię kontynuując podjęty wówczas temat „ogrodnictwa obywatelskiego”, który w myśl mojej różanej metafory miałby polegać na „zasadzaniu” w świadomości  naszych uczniów, zwłaszcza tych, którzy już wkrótce staną się wyborcami, podstawowej wiedzy o naszej Konstytucji, a co za tym idzie – o funkcjonowaniu demokratycznego  państwa, o trójpodziale władzy, o roli parlamentu, o reprezentatywnej ordynacji wyborczej…

 

Dlaczego tak szybko zmieniłem zdanie? Było to spowodowane nikłym odzewem (tylko 3 udostępnienia) fejsbukowych znajomych na apel o udostępnianie owego felietonu, który – tradycyjnie – zamieściłem jeszcze w niedzielę, 22 lipca, na moim profilu. To dało mi „do myślenia”, że środek wakacji i afrykańskie upały nie są najlepszą porą na takie poważne i mające aspiracje wywołania konkretnych działań, teksty.

 

Przeto oświadczam, że do tematusadzenia róż świadomości obywatelskiej” powrócę, ale na początku września.

 

A dzisiaj podejmę inny temat, a właściwie także jeden z kluczowych problemów naszych czasów, w tym edukacji: kompetencje cyfrowe, ale w symbiozie z kompetencjami etycznymi. Będzie to wprowadzenie do relacji z łódzkiego pilotażu najnowszego programu Fundacji „ABCXXI-Cała Polska czyta dzieciom”, przy  wsparciu Google, czyli Mądrzy Cyfrowi”. Ten pilotaż już się zakończył, a ja cały czas czekałem na szczegółowe materiały (informację i zdjęcia) od jego realizatorów – jak dotąd bezskutecznie. Dlatego jutro zamieszczę to co już mam, a dzisiaj kilka zdań o celach tego projektu i jego założeniach organizacyjnych, a przede wszystkim swoiste  przygotowanie, nie tyle artyleryjskie co filozoficzne, które pozwoli jeszcze lepiej osadzić ten projekt w strategicznych celach edukacji „na miarę wyzwań przyszłości”.

 

 

Najpierw o projekcie Mądrzy Cyfrowi”:

 

Mądrzy Cyfrowi to pierwszy program dla nastolatków obejmujący teren całej Polski, polegający na kształtowaniu odpowiedzialnych postaw społecznych z wykorzystaniem nowych technologii.[…]

 

Aby odnaleźć się dzisiaj w świecie nowych technologii, potrzebne są – tak jak w codziennym życiu – pozytywne wartości, którymi się kierujemy.[…]

 

Młodzież w kreatywny sposób nauczy się praktykowania wartości takich jak szacunek, uczciwość, mądrość oraz odwaga cywilna, a wszystko przy pomocy zajęć rozwijających umiejętności cyfrowe, w tym z tworzenia wirtualnej rzeczywistości, podstaw montażu trójwymiarowego wideo, narzędzi do pracy zespołowej, czy zasad bezpiecznego i odpowiedzialnego korzystania z internetu. […]

 

W każdym województwie, w ramach “lata i zimy w mieście” wybrane szkoły oraz biblioteki, w tym także z obszarów wiejskich, zorganizują zajęcia dla uczniów w wieku 12-13 lat.[…]

 

Projekt „Mądrzy Cyfrowi” ruszył w formie pilotażowej w czerwcu 2018 r., a zimą 2019 r. obejmie swoim zasięgiem kilkaset szkół z całego kraju.[…]      [Źródło:www.madrzycyfrowi.pl]

 

 

A teraz dzisiejsza wisienka na tym felietonowym torciku: los zrządził, że właśnie we wczorajszym wydaniu „Gazety Wyborczej”, na stronach „Magazynu Świątecznego” zamieszczono wywiad, jaki red. Magdalena Grochowska przeprowadziła z prof. dr hab. Tadeuszem Gadaczem, zatytułowany „Tadeusz Gadacz: Kiedy student ma przeczytać 300 stron, pyta, dlaczego wymagam heroizmu”, który w wersji papierowej zatytułowano bardziej adekwatnie do treści: ”Drugi bunt mas. Proroctwo Fryderyka Nitzschego spełnia się na naszych oczach”.

 

 

Czytaj dalej »