Archiwum kategorii 'Felietony'

Zasiadłem do pisania tego felietonu w niedzielne przedpołudnie, mając co prawda w pamięci wczorajszy „Dzień Myślenia Pozytywnego”, ale widząc za oknem niebo zasnute chmurami z których siąpi deszcz, odczuwając – jak każdy meteopata – bardzo dotkliwie niż baryczny, w –  generalnie –  kiepskim nastroju…

 

W takiej sytuacji bardzo trudno będzie mi dzisiaj kontynuować sobotnie optymistyczne klimaty. Gdybym jeszcze mógł nawiązać do jakichś napawających optymizmem wydarzeń minionego tygodnia, byłoby mi łatwiej wyjść z tego „doła”. Ale – przynajmniej w mojej świadomości – nic takiego nie zaistniało. No bo czy można szukać optymistycznych inspiracji w kolejnym odcinku serialu Rozmowy MEN i nauczycielskich związków zawodowych o podwyżkach wynagrodzeń”? Albo w wypowiedziach małopolskiej kurator o lekcjach na temat mowy nienawiści? Trudno także szukać jasnych punktów widzenia na przyszłość, czytając informację o absurdalnej odpowiedzi MEN na petycję w sprawie obowiązującej podstawy programowej, podpisaną przez 16 tys. rodziców i nauczycieli ze środowiska „Nie dla chaosu w szkole”. Do tego wszystkiego dochodzą kolejne informacje o strajkach nauczycieli, już planowanych na dni, w których ma się odbyć „egzamin ósmoklasisty” (15 -17 kwietnia), a być może także egzamin gimnazjalny (10 – 12 kwietnia), i ten „najważniejszy, maturalny – od 6 maja.

 

To może spróbuję spojrzeć optymistycznie na wtorkowe wydarzenie, zrelacjonowane w materialeFestiwal Zawodów Technicznych...”? No to do dzieła!

 

Pierwszym argumentem za pozytywną oceną tego wydarzenia jest sama jego nazwa: festiwal. Wszak łaciński źródłosłów tego słowa – festivus – oznaczał coś radosnego, wesołego, świątecznego. Taka nazwa, którą organizatorzy nadali owemu przedsięwzięciu, zapowiadała coś pozytywnego. A do tego treść „przedmiotowa” owego wydarzenia – oferta kształcenia zawodowego, której nigdy za wiele w sytuacji powszechnie głoszonej sytuacji „zapaści” tego nurtu edukacji „ponadpodstawowej” – powinna także rodzić pozytywne nastawienie do takiej inicjatywy.

 

Drugą przesłanką pozytywnej oceny „Festiwalu Zawodów Technicznych” jest tandem jego organizatorów: ŁCDNiKP – zasłużona placówka wsparcia metodycznego nauczycieli, której organem prowadzącym jest – za pośrednictwem Wydziału Edukacji UMŁ – samorząd, czyli Rada Miejska m. Łodzi, w której większość ma Platforma Obywatelska sprzymierzona z SLD, oraz Łódzka Specjalna Strefa Ekonomiczna, struktura formalnie „pozapartyjna”, ale na czele której od od kwietnia 2016 roku stoi – jako jej prezes – mgr historii Marek Michalik, do niedawna prominentny polityk PiS w łódzkiej Radzie Miejskiej (wieloletni przewodniczący Klubu Radnych PiS), były wiceprezydent miasta za czasów prezydentury Jerzego Kropiwnickiego. To nie przypadek, że zastąpił on na tym stanowisku młodego polityka PO Tomasza Sadzyńskiego (wcześniej komisarycznego prezydenta Łodzi), w kilka miesięcy po zwycięskich dla PiS wyborach parlamentarnych z jesieni 2015 roku. Wygląda na to, że „w słusznej sprawie” możliwe jest porozumienie „ponad podziałami”!

 

I trzeci element wtorkowego wydarzenia – promocja Technikum Robotyki i Automatyki, którego utworzenie zapowiedziano szumnie już w grudniu 2017 toku, nagłaśniając w mediach akt podpisania porozumienia w tej sprawie między ŁSSE a Politechniką Łódzką. Bo na co, jak nie na wyrazy uznania zasługuje taka inicjatywa, dzięki której przyszli absolwenci tej nowo tworzonej placówki będą jedynymi w kraju specjalistami w, dotąd nieistniejącym w wykazie, zawodzie „technik robotyki i informatyki”? I do tego kształconymi w szkole, której współudziałowcami formalnego właściciela tej placówki są firmy – potencjalni pracodawcy!

 

Czytaj dalej »



I znowu okazało się, że stare przysłowia mówią prawdę: „Co nagle, to po diable!” Pośpieszyłem się z tematem o młodości Stefana W – zabójcy prezydenta Adamowicza, oparłem swój zeszłotygodniowy felieton na, rozproszonych po różnych źródłach, niemożliwych do weryfikacji, informacjach, a następnego dnia okazało się że były one nie do końca prawdziwe. W poniedziałek, 21 stycznia, „Gazeta Wyborcza” w dodatku „Duży Format” zamieściła wywiad z matką Stefana [Przepraszam za syna i proszę o wybaczenie], która wiele podawanych przez inne źródła rzekomych faktów skorygowała „źródłowo”.

 

Między innymi nieprawdą okazała się podawana w innych mediach liczba dzieci w tej rodzinie (nie dwie córki i sześciu synów, a dwie córki i czterech synów – w tym najmłodszy już nie mieszka w Gdańsku – przygotowuje się do życia zakonnego (nowicjat?), matka nie jest już przedszkolanką – skończyła resocjalizację (!), mieszkanie, w którym w ostatnim okresie zamieszkiwał Stefan wraz z braćmi nie jest komunalne a własnościowe, zaś istotna dla podjętego przeze mnie problemu „kariery” szkolnej przyszłego mordercy informacja o nieukończeniu gimnazjum też musi zostać skorygowana, gdyż w wypowiedzi matki można przeczytać, iż „naukę zakończył w szóstej klasie, bo wagarował”.

 

Jednak te wszystkie korekty nie mają wpływu na główny nurt moich zeszłotygodniowych rozważań o traktowaniu przez szkołę uczniów, nieosiągających pozytywnych wyników w opanowywaniu podstaw programowych, i możliwych tego skutkach, których tragicznym przykładem jest dalsza, „poszkolna” biografia Stefana W.

 

To tyle tytułem sprostowania nieścisłości w informacjach, podanych przeze mnie w poprzednim felietonie. Dziś zajmę się tematem, który „chodzi za mną” już od dłuższego czasu, a dziś mam „świeży” bodziec, aby go podjąć. Właśnie przeczytałem post na fejsbukowym profilu Tomasza Tokarza, który upublicznił list, jaki otrzymał od dyrektorki niedawno utworzonego, „alternatywnego” liceum. Post zaczyna się od takiej zapowiedzi tego listu:

 

W jednym z miast średniej wielkości ruszyło od września autorskie liceum, gdzie uczniowie są twórcami i partnerami, gdzie kreują otaczającą ich rzeczywistość, gdzie projektują własne rozwiązania i podejmują realne decyzje gospodarcze, w duchu empatii i zrozumienia.”

 

Całość można przeczytać TUTAJ, a ja – jako „zaczyn” dalszych rozważań, przytoczę dwa fragmenty owego listu:

 

Niesamowicie jest obserwować jak ludzie po kilkunastu latach funkcjonowania w konwencji budzą się i zaczynają brać odpowiedzialność za swoje życie. To jest magia, której nie doświadczałam w szkole podstawowej, bo dzieciaki w tym wieku nie są jeszcze tak zniszczone przez system jak licealiści. […] Tu zaczynają być sobą, czasami pierwszy raz dowiadując się kim tak naprawdę są. […]

 

Czytaj dalej »



Gdy przed tygodniem zamieszczałem felieton, w którym zająłem się rozgrywką między minister Zalewską a nauczycielskimi związkami zawodowymi oraz prezentowałem mój pogląd na ranking szkół średnich, po raz 21. przygotowany przez tygodnik „Perspektywy”, na gdańskich ulicach kwestował z puszką WOŚP prezydent tego miasta Paweł Adamowicz, a na Targu Węglowym przygotowywano finał tej akcji z tradycyjnym „światełkiem do nieba”. I tylko jeden człowiek już wtedy wiedział co się w tym miejscu – na kilka chwil przed dwudziestą – stanie…

 

Był nim 27-letni Stefan W., sprawca napadów na banki, który po odbyciu zasądzonej w 2013 roku kary 5,5 roku więzienia, od ponad miesiąca cieszył się wolnością. I „nakręcał się” do realizacji pragnienia zemsty, zemsty wymierzonej w „system”, system. który – jego zdaniem – tak strasznie go skrzywdził, który w jego świadomości nosił nazwę „Platforma Obywatelska”. Z nieznanych do końca powodów personifikacją tego „systemu” stał się – w jego przekonaniu – prezydent Gdańska Paweł Adamowicz.

 

I stało się. Na oczach setek gdańszczan obecnych na Targu Węglowym, a później milionów telewidzów, którzy mogli to obejrzeć dzięki przekazom telewizyjnym, przez nikogo nie powstrzymany, wskoczył na estradę i sprawnie, a przede wszystkim skutecznie, zadał Panu Prezydentowi, śmiertelne jak się okazało, ciosy nożem. Przez następne kilkadziesiąt sekund biegał po estradzie z podniesionymi w geście tryumfu rękoma, wykrzykując: „Halo, halo! Nazywam się Stefan W(…). Siedziałem niewinny w więzieniu. Siedziałem niewinny w więzieniu. Platforma Obywatelska mnie torturowała. Dlatego właśnie zginął Adamowicz

 

 

Nie zamierzam kontynuować tego felietonu, rozważając czy i w jakim stopniu za to co się wydarzyło w Gdańsku odpowiadają politycy, z partii sprawującej władzę lub z partii opozycyjnych, nie będę także snuł marzeń o Polsce bez mowy nienawiści… Nie podejmę się tego, bo ani nie mam o całym zdarzeniu wystarczających, wiarygodnych informacji, ani nie czuję się „w tym temacie” kompetentny. I nie wierzę, że wypowiedziane podczas pogrzebu Prezydenta Adamowicza słowa arcybiskupa Głódzia i dominikanina ojca Zielińskiego spowodują jakąkolwiek realną zmianę w stylu uprawiania rywalizacji politycznej przez polityków i sprzyjające im media – zwłaszcza w roku dwu kampanii wyborczych.

 

Ale jeden aspekt tej tragedii chciałbym tu podjąć i przedstawić mój pogląd na ten temat. Będąc z wykształcenia i zawodowego doświadczenia pedagogiem, pracującym także kilka lat w obszarze resocjalizacji, nie mogą nie zastanowić się nad problemem etiologii czynu Stefana W. I nie interesują mnie ewentualne błędy w procesie resocjalizacji, jak i możliwe skutki oglądania w zakładach karnych – najprawdopodobniej – jedynie programów TVP. Interesuje mnie to, co było wcześniej, zanim Stefan W. stał się przestępcą. Jak dotąd skąpe są informacje o jego dzieciństwie i młodości, a to przecież wtedy formułowały się jego przekonania i systemy wartości, które stoją za takim sposobem zaspokojenia jego potrzeby „bycia kimś”, jaki wybrał i zrealizował.

 

Czytaj dalej »



Zacznę od poinformowania Sz. Czytelników, ze jest to mój pierwszy, pisany na nowym laptopie (marki Lenowo) felieton. Nie piszę o tym, aby się pochwalić (bo wszak tak w ogóle to nie ma czym!), ale dlatego, by uspokoić Was, że – przynajmniej z przyczyn awarii sprzętu – redagowanie „Obserwatorium Edukacji” nie jest już zagrożone.

 

Przychodząc do meritum – mam dylemat, które z wydarzeń tego tygodnia powinno stać się motywem moich refleksji. A były takie dwa, nad którymi nie chciałbym przejść bez ich skomentowania. Aby dłużej „nie bić się z myślami” – choć w możliwie zwartej formie – zaprezentuję moje poglądy o każdym z nich.

 

Zacznę od najnowszego odcinka serialu „MEN versus nauczycielskie związki zawodowe”, którego najbardziej spektakularne sceny rozegrały się 10 stycznia w Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog”. Jak na razie jesteśmy na etapie „ciąg dalszy nastąpi”, a swoistą zapowiedzią następnych odcinków są komunikaty, ogłoszone przez MENKSOiW NSZZ „Solidarność”  i  Związek Nauczycielstwa Polskiego.

 

Idąc na skróty, zanim przedstawię mój punkt widzenia na te „rokowania” i ewentualne skutki decyzji o strajku, proponuję lekturę zamieszczonego wczoraj na stronie „Wokół Szkoły” najnowszego tekstu Jarosława Pytlaka, zatytułowanego „Gambit minister Zalewskiej”. Zróbcie to teraz – TUTAJ, bo dalsza część mojego tekstu będzie nawiązaniem do zaprezentowanych tam poglądów i ocen. Poniżej przytoczę ostatni akapit tego postu:

 

Takie jest moje spojrzenie na sytuację zaistniałą 10 stycznia i jej potencjalne konsekwencje. Czy może się ona rozwinąć z pożytkiem dla społeczeństwa, którego celem powinno być wycofanie tych wszystkich elementów deformy Zalewskiej, które można wycofać bez szkody dla uczniów (czyli, na przykład, radykalne ograniczenie zawartości podstawy programowej), wywalczenie godziwych warunków pracy i płacy dla nauczycieli, a w dalszej perspektywie sprowadzenie polskiej oświaty na tory adekwatne do realiów końca drugiej dekady XXI wieku? Niestety, obawiam się, że bez protestów nauczycieli szansa na to jest znikoma. Dlatego, choć wielokrotnie nie zgadzałem się z różnymi działaniami podejmowanymi przez ZNP, szczerze popieram zamiar wejścia w oficjalny spór z rządem, nawet jeśli ostatecznie doprowadzi on do strajku. Uważam też, że czas hamletyzowania się skończył i nauczyciele powinni zadbać o swoje zdrowie, aby w tym szukać poczucia własnej, prawdziwej tym razem solidarności.

 

Podzielając generalnie zdanie kolegi Pytlaka dodam od siebie, że nie jestem takim optymistą w sprawie skuteczności ewentualnego strajku nauczycieli. Obawiam się, że bez wcześniejszego pozyskania rodziców naszych uczniów do takiej właśnie formy protestu (strajk, uniemożliwiający przeprowadzenie egzaminu dla uczniów klas ósmych szkół podstawowych i klas trzecich gimnazjów, a później, w maju – egzaminu maturalnego) cała ta akcja może obrócić się przeciw nauczycielom

 

Czytaj dalej »



Dzisiejszy felieton nie będzia miał jednego tematu wiodącego. Zdecydowałem, że najpierw podzielę się refleksjami, których źródłem jest alarm w sprawie lekcji w soboty, wywołany przez oburzonych rodziców, podjęty w artykule na portalu „Wirtualna Polska”, a w jego drugiej części zaprezentuję bardziej „przekrojową” ideę: gotowość do podejmowania działań, których celem jest oddolna inicjatywa zmieniania szkoły i „obywatelskiego nieposłuszeństwa” wobec centralistycznej władzy PiS możliwa jest wszędzie tam,gdzie znajdą się twórczo i niezależnie myślący nauczyciele i dyrektorzy szkół – niezależnie od tego, czy jest to publiczna szkoła, której organem prowadzącym jest samorząd, stowarzyszenie lub fundacja, czy prywatna szkoła „neutralna” religinie, czy jednoznacznie „wyznaniowa”, podstawowa czy średnia.

 

Ale na początek kilka zdań o tym, jak brak umiejętności czytania ze zrozumieniem może wywołać „burzę w szklance wody”, jaką w tym konkretnym pezypadku był artykuł 6-dniowy tydzień nauki w szkołach oburzył rodziców. MEN rozwiewa wątpliwości, opartym na tekstach, zamieszczonych na fejsbukowym profilu „Dom nie jest filią szkoły”, o którym informowaliśmy 2 stycznia. Oto cytat z cytatu, jaki tam zamieszczono:

 

Ministerstwo na swoich stronach publikuje 11 zmian w zapisach ustawy (?!) oświatowej. Jedna z nich, w na pozór niewinny sposób, może postawić na głowie życie rodzinne! Wydaje się, że jest to również pomysł Pani Minister na przeładowaną podstawę programową” – czytamy we wpisie. Po wprowadzeniu zmian art. 111 pkt 14 brzmi:„Organizację tygodnia pracy szkoły, z uwzględnieniem kształcenia w formie dziennej, stacjonarnej lub zaocznej, w tym przypadki, w których kształcenie w formie dziennej może odbywać się przez 6 dni w tygodniu”.

 

Dobrze by było, aby – nie tylko pani Hanna Szczesiuak z „Wirtualnej Polski” – zanim o czymś napisze, najpierw zrozumiała to co przeczytała, a następnie osobiście sprawdziła u źródeł informację, którą zamierza nagłośnić. W tym konkretnym przypadku najpierw została bezkrytycznie powtórzona informacja, jakoby Ministerstwo na swoich stronach publikowało 11 zmian w zapisach ustawy (?!) oświatowej. Wszak elementarną dla każdego komentatora prawa oświatowego powinna być wiedza, że minister nie może rozporządzeniami zmieniać tekstu ustawy sejmowej. Kolejną deziformacją jest dalsza część tego tekstu: „Po wprowadzeniu zmian art. 111 pkt 14 brzmi:’Organizację tygodnia pracy szkoły, z uwzględnieniem kształcenia w formie dziennej, stacjonarnej lub zaocznej, w tym przypadki, w których kształcenie w formie dziennej może odbywać się przez 6 dni w tygodniu’ ”.

 

Czytaj dalej »



Los tak zrządził, że – dla mnie znaczący, bo 250. – felieton piszę w przedostatnim dniu roku 2018. Dodatkowym zadaniem przed jakim dziś stanąłem jest fakt, że piszę ten tekst na zupełnie nieznanym mi (wypożyczonym od przyjaciół na okres „do zakupu nowego”) sprzęcie, pracującym w obcym mi programie Linux i „rozpoznawanym w boju” edytorze. Jak ten cały splot okoliczności wpłynie na jakość tego „jubileuszowego dzieła” – przekonam się wkrótce. Jeśli uznam, że mieści się to w podstawowych standardach – przekonacie się także i Wy – Czytelnicy.

 

A teraz – do roboty.

 

Takie „okrągłe jubileusze” stają się zazwyczaj okazją do podsumowań dotychczasowego „dorobku” – w tym przypadku owych 250. felietonów mojego autorstwa. Przygotowując się do tego zadania szybko uznałem, że pójdę na „łatwiznę” i nie będę powracał do rasumpcji pietrwszych dwustu felietonów, gdyż uczyniłem to już przy okazji fetowania Felietonu nr 200, którego publikacja wypadła także w grudniu, ale ub. roku. Zatytułowałem go „Jubileusz, czyli coś się kończy, coś się zaczyna”. Kto nie czytał, lub już apomniał jego treść – zachęcam do lektury.

 

Uczciwość nakazuje mi przypomnieć jakie złożyłem tam zobowiązanie: „W nadchodzącym nowym 2018 roku będę w niedzielę zamieszczał prawdziwie felietonowe felietony, nieprzekraczające 5 tys. znaków!”. Sami wiecie, że nie zawsze dotrzymałem tej obietnicy. Jedynym usprawiedliwieniem jest, wygląda na to że wrodzona, moja skłonność do opowiedzenia wszystkiego, co mnie akurat poruszylo, która w połączeniu z trudnością przeprowadzania „twardej” selekcji i oddzielenia tego co naprawdę ważne od tego co mnie się wydaje, że też jest ważne – skutkuje takimi „tasiemcami”.

 

Zakładając, że przekroczenie obiecanego limitu znaków w felietonie nie deprecjonuje go w ocenie merytorycznej, pozwolę sobie na przypomnienie kilku z tych, które powstały po 17 grudnia 2017 roku, a z których napisania do dziś jestem szczególnie dumny. Będzie to jednocześnie moje podsumowanie tego, co z niezliczonych news’ów mijającego roku uznałem za godne skomentowania, a dzisiaj – przypomnienia:

 

Czytaj dalej »



Już w połowie tygodnia miałem świadomość, że najbliższy felieton będzie upubliczniony na dzień przed Wigilią. Postanowiłem więc, że tematem najlepiej współgrającym z atmosferą opłatkowo-„christmasową” będzie kilka moich przemyśleń wokół wiodącego pytania, zadawanego dzieciom przez, chyba wszystkich, Św. Mikołajów, odwiedzających w tym czasie dzieci: „A powiedz no mi ….. (tu imię delikwentki” lub „delikwenta”), czy byłaś(eś) grzeczna(y)?” Bo – oczywiście – prezenty dostają tylko grzeczne dzieci!

 

Jak bardzo ten bezdyskusyjny atrybut mikołajowych usług wrósł w model Świąt Bożego Narodzenia w chrześcijańskiej i post- chrześcijańskiej kulturze (i popkulturze)  uświadomiłem sobie wysłuchując wielokrotnie pewną reklamę, w której dziecko pytało: „Mamo, a ty byłaś grzeczna?” Na co mama, trochę zakłopotana: „No,chyba… taaak.. Ale dlaczego pytasz?” Dziecko na to: „Bo piszę list do Św. Mikołaja i poproszę o prezent także dla ciebie.”

 

Ta krótka rozmowa dobitnie ilustruje hipokryzję dorosłych w ich działaniach wobec dzieci. Bo to one – dzieci – mają być grzeczna. Nas – dorosłych – tak ortodoksyjnie rozumiana „grzeczność” nie obowiązuje!

 

No właśnie. Co właściwie oznacza zwrot „grzeczne dziecko? Słownik języka polskiego tak definiuje pojęcie „grzeczny”: „dobrze wychowany; o dzieciach też: posłuszny i spokojny. Dwa ostatnie określenia w zasadzie nie wymagają uściśleń ich znaczenia, natomiast – w moim odczuciu – nieostre jest określenie „dobrze wychowany„.

 

Z kilkunastu kategorii, wymienianych jako synonimy  „dobrego wychowania” wybrałem dla moich dalszych rozważań takie:

>jako cecha osoby pokornej
>jako określenie dżentelmena
>w odniesieniu do człowieka obytego towarzysko
>odnośnie człowieka o wysokiej kulturze osobistej
> jako określenie człowieka „dobrze wychowanego”, czyli takiego, który jest: cichy, grzeczny, karny, kulturalny, pokorny, posłuszny, potulny, spokojny, uległy, zdyscyplinowany.

 

Nie trzeba chyba szerzej uzasadniać, że do dzieci (a więc i młodszych uczniów) odnosi się przede wszystkim pierwsza i ostatnia z wymienionych tu kategorii synonimów określenia „dobrze wychowany”. Wniosek nasuwa się sam: jakby nie patrzeć – dziecko grzeczne, to dziecko spokojne, posłuszne, potulne, uległe, karne, zdyscyplinowane.

 

Tak pojęte „dobre wychowanie” dziecka zaczyna się już w domu rodzinnym,  często kontynuowane jest w przedszkolu, później w szkole. Pozwolę sobie stwierdzić, że – w moim pojęciu – to nie jest wychowywanie, lecz tresura dziecka. Zgodnie z klasyczną zasadą kształtowania odruchów warunkowych (wg Pawłowa): za oczekiwane zachowanie – nagroda (cukierek, zabawka, dla starszych – „premia finansowa”, za zachowanie penalizowane przez dorosłych – kara: zakaz wyjścia do rówieśników, grania w gry komputerowe, pełna blokada komputera i smartfona, pozbawienie dotąd otrzymywanych apanaży, a w wielu jeszcze domach – kara cielesna.

 

W szkole takim narzędziem kształtowania uległej, łatwo podporządkowującej się każdej władzy osobowości, jest regulamin ucznia, statut szkoły z zapisanym tam indeksem kar i nagród, a ich zwieńczeniem – szkolny system oceniania zachowania ucznia.

 

W tym miejscu, uprzedzając krytyczne głosy moich czytelników, oświadczam, że nie jestem zwolennikiem zasady „róbta co chceta„. Jak najbardziej popieram wszelkie szkolne regulaminy, nawet (z pewnym wahaniem) kryteria ustalania oceny zachowania ucznie, ale takie, które wynikają z ogólnie przyjętych zasad współżycia społecznego, konieczności zapewnienia bezpieczeństwa i które prowadzą do ukształtowania postaw, określanych w dorosłym życiu jako „grzeczność na co dzień”, „kultura osobista”, lub z francuska – savoir-vivre.

 

Czytaj dalej »



Tak naprawdę, to od środy wiedziałem już o czym napiszę w najbliższym felietonie. I nie potrafiło zmienić tego postanowienia nawet takie wydarzenie jak „przyklepanie” przez Senat (bo to nie był- jak podawały niektóre media – wybór) uchwały Sejmu o powołania na urząd Rzecznika Praw Dziecka trzeciego już (moim zdaniem najgorszego z tej trójki) kandydata rządzącej partii – byłego adwokata od rozwodów kościelnych – Mikołaja Pawlaka. Nie mówiąc już o kolejnej fazie MILO w XXI LO, czy stypendiach od władz Łodzi dla prymusów – w ramach miejskiego systemu wspierania uczniów „Miasto Zdolnych”.

 

Na każdy z tych dwu ostatnio wymienionych tematów mam swoje przemyślenia, ale nie wydaje mi się, aby mogły one przebić w te refleksje, które za chwilę zaprezentuję.

 

Wszystko zaczęło się od tego, że trochę przypadkowo włączyłem w środę przed południem telewizor – nie wiedząc, że TVN24 właśnie transmituje posiedzenia Sejmu, podczas którego premier Morawiecki wygłaszał przemówienie -w ramach zgłoszonego przez niego wniosku o wyrażenie votum zaufania dla kierowanegoprzez siebie – od 11 grudnia 2017 r. – rządu.

 

Nie mam najmniejszego zamiaru prowadzenia tu analizy politologicznej, czy oceniania poziomu sztuki (mówiąc elegancko) public relations, jaką zaprezentował w tym przydługim spiczu Mateusz Morawiecki – niech zrobią to specjaliści w tych dziedzinach. Mnie uderzyło – zapewne mimowolne – pozycjonowanie ministrów, którym w pierwszej części tej mowy dziękował premier za ich wkład w – jego zdaniem niewątpliwy (?) – sukces tego rządu.

 

To, że w pierwszej kolejności dziękował trojgu wicepremierom nie może dziwić. Jedynie zaskoczyło mnie to, że na pierwszym miejscu nie była jego – jeszcze przed rokiem – szefowa, a obecnie wicepremier Beata Szydło, tylko Piotr Gliński, któremu dziękował jako ministrowi kultury i dziedzictwa narodowego. Warto przypomnieć za co: za nieistniejące jeszcze Muzeum Historii Polski i za… podwyższenie kwoty kosztów uzysku przy umowach o dzieło dla twórców! Ostatniemu z wicepremierów (bo wszak to nie pisowiec) dziękował Jarosławowi Gowinowi za to, że ten – jako minister nauki i szkolnictwa wyższego – podjął się zadania poprawy (?) stanu polskiej nauki!

 

Z pozostałego grona „zwykłych” ministrów na pierwszym miejscu odebrał podziękowania nie kto inny, jak… minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Wiadomo za co: „że wdrożyliśmy tak fundamentalne zmiany dla podniesienia poziomu niezawisłości (!) sędziów”…

 

Teraz będzie pytanie – ale tylko do tych czytelników, którzy nie wysłuchali, ani nie czytali tekstu owego przemówienia: Na którym miejscu w tym rankingu „zasłużonych dla sukcesu tego rządu” znalazła się „nasza” pani minister Zalewska?

 

Czytaj dalej »



Już po Mikołajkach, za nieco ponad dwa tygodnie Święta, za następny tydzień – Nowy, 2019 Rok! Jak ten czas szybko płynie… Tak niedawno tematem mojego felietonu – 2 września – było polityczne wystąpienie prezydenta Andrzeja Dudy podczas inauguracji nowego roku szkolnego w III LO w Gdyni… Kto dziś o tym pamięta?

 

A jak długo pozostanie w społecznej pamięci to o czym dziś napiszę? Panta Rhei – jak głosił Heraklit prawie dwa i pół tysiąca lat temu. Przeto i ja nie powinienem się przeciw temu buntować. I zapewne nie usprawiedliwiła by mnie ta sentencja przed Wami, Szanowni Czytelnicy, gdybym nagle uznał, że to całe moje coniedzielne pisanie „psu na budę”.

 

A jeśli nawet, to budy psom też są potrzebne…

 

Dość tych demotywujących tekstów – na przekór dzisiejszej niżowej i deszczowej pogodzie biorę się do pisania. A będzie o inteligencjach wielorakich i o tym, że to nie jest tylko wydumana w 1983 roku przez profesora Uniwersytetu Harvarda niejakiego Howarda Gardnera teoria, a po prostu trafne uogólnienie empirycznych prawidłowości, znanych nam wszystkim nie tylko z zawodowych, nauczycielskich doświadczeń. I to – jak za chwilę wykażę – od dawna.

 

Mając świadomość, że o inteligencjach wielorakich nie jest już tak głośno, jak to było jeszcze przed kilkunastoma laty, Czytelników młodszego pokolenia, którzy nie „załapali się” na ówczesny boom medialny wokół postaci i teorii Gardnera odsyłam do tekstu Małgorzaty Szustakiewicz Inteligencje Wielorakie wg Howarda Gardnera

 

Dla potrzeb mojego dalszego wywodu przypomnę tu, że teoria ta wyróżnia 8 typów inteligencji: językową,matematyczno-logiczną, ruchową,wizualno-przestrzenną, muzyczną (słuchowo-rytmiczną), przyrodniczą (środowiskową), intrapersonalną (intuicyjną), interpersonalną (społeczną). Dla porządku dodam jeszcze, że – według tej teorii – inteligencja, jako cecha naszej psycho-fizycznej osobowości, jest dynamiczna i wielopłaszczyznowa, wykraczająca poza zdolności lingwistyczno-logiczne, które tradycyjnie testujemy i oceniamy w nauczaniu.

 

Każdy człowiek posiada wszystkie rodzaje inteligencji, rozwinięte w różnym stopniu, które współpracują ze sobą i tworzą profil niepowtarzalny – w porównaniu z profilami innych ludzi. Takie specyficzne dla każdego człowieka profile są dynamiczne i zmieniają się w trakcie rozwoju człowieka.

 

Ale ja przecież piszę felieton, a nie esej na temat zapomnianej teorii Gardnera i jej przydatności dla współczesnych reformatorów modelu polskiej szkoły. Przypomniałem sobie o tych ośmiu inteligencjach [nie jest to kanon zamknięty, sam jego autor uzupełnił go jeszcze o kolejne: inteligencję egzystencjalną (mistyczną) i moralno-etyczną] pod wpływem lektury pewnego tekstu w „Gazecie Wyborczej”. Tym tekstem jest artykuł Piotra Głuchowskiego pt. „Skąd się wziął ojciec Rydzyk”.

 

Czytaj dalej »



Jeszcze w czwartek, zamieszczając informację o konferencji prasowej min. Zalewskiej, byłem przekonany, że gdy tylko dożyję do niedzieli, to muszę koniecznie uczynić z tego właśnie wydarzenia temat mojego felietonu. Ale minęło kilka dni, pojawiło się już kilka komentaży na ten temat, moje emocje ostygły… Niech mówią i piszą o tym ci, którzy są na pierwszej linii tego boju o normalność w polskiej szkole.

 

A temat na dzisiejszy felieton narodził się wczoraj – z chwilą zapoznania się z postem prof. Śliwerskiego „Nareszcie jest rozprawa o paradygmatach współczesnej dydaktyki”. Pierwszym sygnałem, że tego tematu już nie odpuszczę był tytuł, pod którym zamieściłem informację o tym tekście: „Nie ma nic bardziej praktycznego niż DOBRA teoria”.

 

Nie było także przypadkiem, że w notce biograficznej o autorce recenzowanej przez prof. Śliwerskiego książki – Doroty Klus-Stańskiej, „wytłuściłem” ten właśnie fragment: „Założyła i w latach 1994-2002 prowadziła eksperymentalną Autorską Szkołę Podstawową „Żak” w Olsztynie.

 

Nie ukrywam, że bardzo ucieszyła mnie wiadomość o tej publikacji – wydanej przez PWN nie przypadkowo, bo wszak jest to praca naukowa, której autorką jest nie tylko wysokiej klasy naukowcem (teoretykiem), ale przede wszystkim osobą, która to co dziś bada i o czym pisze, wcześniej praktykowała, doświadczała dzień po dniu wszystkich realiów szkoły, rzekłbym „organoleptycznie” poznawała warsztat pracy nauczyciela.

 

Ci, którzy znają mnie dłużej i bliżej wiedzą, że problem uprawiania nauki w obszarze pedagogiki przez osoby, które wiedzą o nauczaniu i wychowaniu tyle tylko, ile pamiętają z czasu, kiedy sami w młodości byli „przedmiotem” oddziaływań jako uczniowie i (lub) podopieczni-wychowankowie innych niż szkoła placówek, jest moim „bolesnym doświadczeniem”, rzekłbym nawet traumą, wyniesioną z czasów, kiedy los dał mi szansę bycia „pracownikiem naukowo-dydaktycznym” w Zakładzie (później już Katedrze) Pedagogiki Społecznej na Uniwersytecie Łódzkim. To tam, trafiwszy do „świata nauki” po kilku latach pracy w placówkach opiekuńczo-wychowawczych, zobaczyłem ten bolesny (dla mnie) dysonans między teoriami tworzonymi i publikowanymi przez utytułowane osoby z licznych zakładów, katedr i instytutów, uprawiających pedagogikę w uczelniach wyższych, a ich rzeczywistymi kompetencjami w obszarze dydaktyki, wychowania, pracy opiekuńczej…

 

To wtedy dostrzegłem tę zasadniczą różnicę między pedagogiką a medycyną. Obie należą do rodziny nauk praktycznych, ale – podobnie jak profesorowie w akademiach muzycznych, wyższych szkołach sztuk plastycznych lub teatralnych czy filmowych – nie wyobrażamy ich sobie wyłącznie jako wygłaszających porywające wykłady. Bo nie do pomyślenia jest kariera naukowa profesora medycyny – szefa katedry chirurgii, który nie przeprowadziłby (pokazowej) operacji na najwyższym poziomie sprawności, stając się tym samym dla swych studentów wzorem i przykładem. Niestety – w gronie profesorów i doktorów habilitowanych pedagogiki, pracujących w polskich uczelniach, miałem okazję poznać bardzo wielu takich, którzy NIGDY nie skalali się pracą w szkole lub innej placówce, a których widoczne braki niezbędnych do tej pracy kompetencji powodują, że – jak to „palnąłem” w 1983 roku do kierowniczki mojej katedry – sprawiają, że bałbym się posłać mojego syna na kolonię – z nimi jako wychowawcami.

 

Czytaj dalej »