Archiwum kategorii 'Felietony'

Jeszcze zanim zasiadłem przed klawiaturą mojego kompa, długo  zastanawiałem się jak mam zacząć ten kolejny list otwarty do Łódzkiego Kuratora Oświaty – Pana Grzegorza Wierzchowskiego, doktora nauk humanistycznych w zakresie historii. Już na wstępie oświadczam, że to co dalej mam zamiar napisać nie wynika z mojej chęci „przypięcia  kolejnej łatki” do jego wizerunku przedstawiciela MEN na teren województwa łódzkiego, a wypływa z pokładów mojej humanistycznej wiary w człowieka i wrodzonego (?) optymizmu pedagogicznego. Krótko mówiąc – pragnę udzielić mu porady w zakresie skutecznego wspierania tego, o czym 30 sierpnia mówił podczas swego wystąpienia prof. dr hab. Grzegorz Bąk – prorektor d.s. kształcenia Politechniki Łódzkiej. A informacje, które pan kurator wtedy usłyszał, tak bardzo go zafrapowały, że od tego zaczął swoje wystąpienie przed dyrektorami szkół ponadgimnazjalnych: „… to co pan rektor powiedział, to jest fundamentalne dla reformy edukacji. […] Zobaczcie Państwo czego wymaga się od absolwenta: kreatywności, kreatywnego myślenia, stwarzania sobie problemów i ich rozwiązywania.”

 

Spróbuję więc zastosować zwrot, jaki użył pewien poseł zwracając się do Marszałka Sejmu:

 

 

Panie Kuratorze Kochany!

 

Piszę do Pana już po raz drugi w formule listu otwartego. Po raz pierwszy miało to miejsce po Pana wystąpieniu podczas łódzkiej edycji debaty Radia TOK FM „Usłysz Swoją Szkołę” – w ramach mojego (nr 171) felietonu, zamieszczonego na stronie „Obserwatorium Edukacji” 21 maja tego toku.

 

Nie będę dziś dalej drążył wiodącego wówczas tematu – twierdził Pan wtedy arbitralnie, że „Szkoła nie wychowuje”choć i w środę nie ustrzegł się Pan zasugerowania obecnym na sali dyrektorom szkół, że nie przywiązywali dotąd należytej wagi do funkcji wychowawczej szkoły, mówiąc: „w momencie kiedy cała praca wychowawcza szkoły zostanie zaniedbana, no to wtedy problemy wychowawcze narastają i często skutkują sytuacjami skrajnymi. […] Dlatego moja prośba, mój apel do Państwa: Przyjrzyjcie się pracy wychowawczej waszych szkół, waszych nauczycieli. Podkreślam – NAUCZYCIELI, a nie tylko wychowawców klas. Każdy nauczyciel również pracę wychowawczą jest zobowiązany realizować.”

 

Ja będę dzisiaj pisał o tym, że i Pan może wykonać rewolucyjny ruch w kierunku budowania NAPRAWDĘ DOBREJ SZKOŁY – odchodząc od formuły organizowania pseudonarad, które tak naprawdę są  hybrydą postpeerelowskich „operatywek” i wielkopostnych rekolekcji.

 

Po raz pierwszy na ten mankament zwróciłem Panu uwagę już przed rokiem, pisząc w zamieszczonej wówczas na „OE” relacji z ówczesnych – zorganizowanych w auli Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych nr 19 w Łodzi – „narad”:

 

Obserwatorium Edukacji” na godzinę zawitało na to drugie zebranie, które było klasyczną formułą odprawy szefostwa z podwładnymi i nie maiło żadnej cechy narady, czyli jak określają to słowo słowniki – „uzgadniania poglądów w jakiejś sprawie przez większą liczbę osób”.

 

Jak widać – ta moja ówczesna uwaga albo do Pana nie dotarła, albo ją Pan zlekceważył…

 

Więc może to co dzisiaj napiszę dotrze do Pana i przyjmie Pan ten tekst, pisany w dobrej wierze, jako projekt nowej formuły spotkań Urzędu Kuratora Oświaty z „solą edukacyjnej ziemi”, jaką są i zawsze będą dyrektorzy szkół.

 

Czytaj dalej »



Pewien znajomy, który czytał moje wakacyjne felietony, będący człowiekiem w żaden sposób nie związanym ze szkołą  – nawet niemający dzieci (bo na wnuki za młody) w wieku szkolnym, zarzucił mi w trakcie odbytej niedawno rozmowy, że – jego zdaniem – lansowanie przeze mnie tej idei „róbmy swoje” –  nawet w ramach pisowskiej reformy, to bardzo szkodliwa działalność, gdyż w ostatecznym rachunku  prowadzi to do propagowania postawy zaniechania oporu wobec tej destrukcyjnej zmiany i – w konsekwencji – działanie na korzyść władzy ją wprowadzającej.

 

W pierwszym odruchu wyraziłem swoje oburzenia takim posądzeniem i nagadałem mu coś w stylu „nie wypowiadaj się w sprawach, o których nie masz pojęcia”. Ale po pewnym czasie, gdy emocje opadły, już „sam ze sobą na sam”, zacząłem  całą sprawę analizować… A może rzeczywiście, mój znajomy ma rację?

 

I właśnie zapisem owych przemyśleń jest ten felieton.

 

Zacznę od przypomnienia  słów, którymi przed dwoma tygodniami uzasadniałem motywy, którymi kierowałem się, pisząc ten cykl felietonów:

 

Ale, jak mój Mistrz (prof. Aleksander Kamiński) przed sześćdziesięcioma laty, dziś uważam, że skoro zło już się stało, skoro nie uda się powstrzymać wdrażania uchwalonych przez parlament i podpisanych przez prezydenta  ustaw, nie mają sensu zachowania fiksacyjne – bicie głową w nie do rozbicia mur! Trzeba się „zebrać w kupę” ( bo – jak mawiali starożytni Polacy – „w kupie jest siła, kupy nikt nie ruszy”) i czynić dobro, na ile to jest możliwe, także w granicach, jakie określiła aktualna władza.

 

Będę bronił tej tezy także i dzisiaj, zdając sobie sprawę z sytuacji setek nauczycieli, tracących pracę w konsekwencji  wykreślenia z polskiego systemu szkolnego gimnazjów i powrotu do 8-klasowej szkoły podstawowej. Mam świadomość tego, że  jeszcze liczniejsza ich rzesza  będzie musiała pracować w niepełnym wymiarze, lub realizować swe pensum w więcej niż jednej szkole. Ale przecież nie zapobiegniemy temu kolejnymi manifestacjami przed ministerstwem, ani ewentualnymi strajkami. Nie twierdzę, że nie należy organizować protestów – jednak nie z wiarą, że mogą one cofnąć deformę edukacji, a jedynie po to, aby rządzący wiedzieli, że nie jest prawdą, co tak lubi powtarzać pani minister Zalewska i jej przedstawiciele w terenie, że „reforma edukacji została bardzo dobrze przygotowana, że już wkrótce „Dobra szkoła” stanie się faktem.”

 

Uświadomiono sobie tę prawdę także w centrali ZNP. Dowodem  tego jest opublikowany 26 lipca list prezesa ZNP do nauczycieli, w którego tytule zawarte jest jego główne przesłanie: „My, nauczyciele musimy podjąć obywatelski wysiłek minimalizowania negatywnych skutków reformy edukacji!”   List ten był głównym tematem  felietonu z poprzedniej niedzieli,  ale i dziś – jako argument za słusznością moich postulatów – ponownie przytoczę jego końcowe frazy:

 

Mamy uczyć prawdy i wychowywać w duchu uniwersalnych wartości, a nie ideologicznego nacisku Poszanowanie drugiego człowieka, jego odmienności kulturowej, religijnej, narodowościowej powinny być podstawą wychowania i nauczania. Podobnie jak zachowanie prawdy historycznej, ważniejszej niż wizja polityki historycznej lansowana przez rządzących polityków.

 

To właśnie nauczyciele mają być tymi, którzy w burzliwych czasach będą dla uczniów gwarantem stabilności, przestrzegania podstawowych zasad życia społecznego i etycznym drogowskazem. Jeśli nie sprostamy tym wyzwaniom, poniesiemy porażkę, tracąc to, co najważniejsze w naszym zawodzie – wiarygodność i autorytet.”

 

Jestem przekonany, że bardzo z tym apelem prezesa Broniarza współgra moje przesłanie, adresowane do dziesiątków tysięcy nauczycieli, którzy pracując nadal w swych szkołach – dziś głownie podstawowych, ale w niedalekiej przyszłości, jestem pewien, także w liceach,  technikach i szkołach uczących zawodu – postanowią włączyć się w, na razie raczkujący, nurt „Szkół w Drodze” i „tu i teraz”, w swojej szkole, razem z pracującymi tam koleżankami i kolegami, podejmą to przełomowe dla dalszych losów młodego pokolenia Polaków dzieło zastąpienia szkoły nauczającego nauczyciela szkołą uczących się uczniów.

 

Czytaj dalej »



Nie myślałem, że tydzień po felietonie, który zamykał ośmioodcinkowy cykl moich rozważań o szkole  która ma szansę na przebudzenie, a który powstał jako konsekwencja mojego przekonania, że – jak to przed tygodniem napisałem – „skoro nie uda się powstrzymać wdrażania uchwalonych przez parlament i podpisanych przez prezydenta  ustaw, nie mają sensu zachowania fiksacyjne – bicie głową w nie do rozbicia mur! Trzeba się „zebrać w kupę” […] i czynić dobro, na ile to jest możliwe, także w granicach, jakie określiła aktualna władza”,  powrócę do tego wątku.

 

A powracam do niego za sprawą listu, jaki prezes ZNP – Sławomir Broniarz skierował do nauczycieli, w którego tytule napisał:

 

My, nauczyciele musimy podjąć obywatelski wysiłek minimalizowania negatywnych skutków reformy edukacji!

 

Bardzo umocnił mnie ten list w przekonaniu, że nastał już czas nie na kontestowanie i protesty, a na pogodzenie się z nieodwracalnym i „zwarcie szeregów” w owym „minimalizowaniu negatywnych skutków reformy edukacji”.

 

Pozwolę sobie dzisiaj na rozwinięcie kilku myśli z owego listu prezesa Broniarza. W pełni podzielam wyrażony tam pogląd, że największym nieszczęściem tej „reformy”  jest  ideologizacja procesu kształcenia i ograniczenie autonomii nauczycieli. Mój szacunek budzą także dalsze  zdania tego listu:

 

Mamy uczyć prawdy i wychowywać w duchu uniwersalnych wartości, a nie ideologicznego nacisku. Poszanowanie drugiego człowieka, jego odmienności kulturowej, religijnej, narodowościowej powinny być podstawą wychowania i nauczania. Podobnie jak zachowanie prawdy historycznej, ważniejszej niż wizja polityki historycznej lansowana przez rządzących polityków.”

 

Wiśta wio, łatwo powiedzieć” – że przywołam tu ulubioną „odzywkę” Andrzeja Talara – głównego bohatera kultowego kiedyś serialu ”Dom”. Czy zawsze i każdy nauczyciel, w każdej polskiej szkole: w Warszawie, w innych dużych miastach wojewódzkich, ale i w szkołach „powiatowych”: i „gminnych” będzie chciał, a przede wszystkim będzie mógł pozwolić sobie na taką „asertywność edukacyjną”? Jeśli będzie zatrudniony przez dyrektora szkoły, którego powołał na to stanowisko prezydent miasta, starosta lub wójt, który wybory na to stanowisko wygrał z listy PiS-u, czy znajdzie w sobie tyle motywacji i woli, aby w imię owych wartości ryzykować swoje zatrudnienie? Przecież przez najbliższe lata w szkołach, nie tylko na skutek zmian strukturalnych ale i z przyczyn demograficznych, będą zwalniani nauczyciele…

 

Czytaj dalej »



I tak dotarliśmy (Wy – czytając, a ja – pisząc) do ostatniego odcinka „Refleksji starego praktyka o szkole, która ma szansę na przebudzenie”. Zgodnie z zapowiedzią postaram się dokonać dziś  syntezy mojego przesłania, adresowanego do możliwie szerokiego spektrum czytelników, którzy – mam taką nadzieję – także dzięki tym tekstom poczują „bożą wolę” aby wyjść poza rutynę i uczynić swoją klasę, swoją szkołę,  środowiskiem pobudzającym uczniów do samowychowania i autoedukacji.

 

Początkiem tego cyklu tekstów, z „rozpędu” funkcjonujących pod zakładką „Felietony”, a będących tak naprawdę esejami, prezentującymi moje przemyślenia, opinie i pomysły, była konkluzja felietonu z 18 czerwca, w którym  napisałem, że przewiduję w środowisku nauczycielskim dwie zasadnicze postawy wobec uruchamianej z początkiem nowego roku szkolnego reformy:

 

Można oczywiście zachować się konformistycznie, czyli nie wyrywać się do przodu, ale położyć przysłowiowe uszy po sobie, realizować wszelkie dyrektywy wdrażanej reformy, posłusznie wykonywać wszystkie zalecenia władzy.[…] Będzie zapewne obserwowana także jeszcze inna postawa i „program przetrwania”: pojawią się zapewne apologeci tej zmiany, jej gorliwi „wdrażacze”. [,,,] Ale ja chcę się dzisiaj zwrócić do tych koleżanek i kolegów nauczycieli, którzy […] znajdą w sobie wolę włączenia się w nieformalny ruch oddolnej transformacji: ze szkoły w której to nauczyciele nauczają uczniów w szkołę, w której nauczyciele stwarzającą podniety i warunki do uczenia się uczniów.

 

Felieton zakończyłem zdaniem:

 

Dziś deklaruję, że postanowiłem wszystkie wakacyjne niedziele*  przeznaczyć na pisanie, w ramach zakładki „Felietony”, kolejnych odcinków „Refleksji starego praktyka o szkole, która ma szansę na przebudzenie”.

 

Po tygodniu, w pierwszym odcinku tego cyklu, zaprezentowałem moją autorską, opracowaną wyłącznie na użytek tych refleksji, typologię nauczycieli – oczywiście z punktu widzenia jednej głównie cechy: stosunku do innowacji. Jako pierwszy typ  opisałem t.zw. „branżowca”, czyli nauczyciela, który  na co dzień pracuje dokładnie tak, jak go przygotowano do zawodu podczas form kształcenia nauczycieli. To ktoś, kto stara się robić możliwie poprawnie i dobrze wszystko tak, jak go tego nauczono, zawsze w ramach poprawności, ale i dostarczanych „instrukcji obsługi”. Dziś dodam  (mam takie przekonanie), że „branżowców” jest w naszych szkołach najwięcej, i że to głownie do nich adresowałem wszystkie następne odcinki tego „serialu”.

 

Nauczyciele, którzy odnaleźli siebie w mojej definicji typu refleksyjnego, a zwłaszcza innowatora, a jeszcze bardziej – kreatora, prawdopodobnie czytali wszystkie kolejne felietony tego cyklu, znajdując w nich przede wszystkim potwierdzenie swoich przemyśleń i dotychczasowych działań. Jeśli umocniłem ich w tym co robili dotąd i co planują na nadchodzący czas – znaczy, że mój czas na pisanie tych tekstów także nie był czasem zmarnowanym.

 

Najwięcej radości sprawi mi informacja zwrotna, że po lekturze tych „Refleksji starego praktyka…” liczna grupa nauczycieli, których los (lub życiowa konieczność) sprawił, iż wykonują zawód nauczyciela – jak to nazwałemz przypadku albo konieczności, którzy dotąd traktowali  to co robią przede wszystkim  jako sposób na zapewnienie sobie stałej pensji, odnaleźli w sobie motywację do włączenia się w nurt „Szkół w Drodze” i że nauczyciele ci odkryli piękno swego zawodu.

 

Kontynuacją tego wątku o typach nauczycieli był kolejny odcinek, w którym – posługując się metodologicznym schematem procedury diagnozy rozwiniętej – starałem się poprowadzić czytelnika po ścieżce autodiagnozy,  czyli samopoznania.

 

Czytaj dalej »



Jak zapowiedziałem przed tygodniem – tak realizuję. Dziś będzie o tym, że bez pozyskania wsparcia rodziców żadna reforma się nie uda. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że nic w tym odkrywczego. Ale…

 

Ale o pewnych, zdawałoby się „oczywistych oczywistościach” trzeba od czasu do czasu przypominać. Tym bardziej jest to potrzebne w przypadkach, w których taka oczywistość staje się zespołem zrutynizowanych struktur i procedur, zatracając istotę i pierwotny cel owej oczywistości . A – według mojego rozeznania – wcale nierzadko tak właśnie dzieje się w wielu szkołach w obszarze współpracy z rodzicami uczniów. Jest to nie do przyjęcia w szkole,  w której grupa zapaleńców postanowiła odejść od sztampy i stworzyć szkołę uczących się uczniów. Dlatego problemowi roli rodziców jako sojuszników zmiany przeznaczyłem oddzielny odcinek moich „Refleksji starego praktyka…”

 

I jeszcze jedno zastrzeżenie: Nie będzie to poradnik dla wychowawcy klasy jak prowadzić zebrania z rodzicami, ani wskazówki dla dyrektora szkoły jak współpracować ze szkolną radą rodziców. Będzie to raczej esej o tym, jak można zaadoptować teorie i poradniki z obszaru organizacji i zarządzania, dotyczące zarządzania zmianą, dla pozyskania sojuszników „szkolnej rewolucji” wśród rodziców uczniów naszej klasy, naszej szkoły.

 

Zacznę od uzasadnienia dlaczego napisałem, że bez wsparcia rodziców żadna reforma w szkole się nie uda. Są tego dwie kategorie powodów: prawne i – nazwijmy je – psycho-społeczne. Te pierwsze, to artykuły i paragrafy obowiązujących ustaw, określające prawa rodziców. Zacznę od tego, że w artykule 48. Ustawy Zasadniczej  –  Konstytucji – zapisano: Rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Wychowanie to powinno uwzględniać stopień dojrzałości dziecka, a także wolność jego sumienia i wyznania oraz jego przekonania.” Warto jeszcze przytoczyć art. 53, którego punkt 3. ma taką oto treść: Rodzice mają prawo do zapewnienia dzieciom wychowania i nauczania moralnego i religijnego zgodnie ze swoimi przekonaniami.[…]”

 

Te prawa zostały  potwierdzone i skonkretyzowane  w Kodeksie rodzinnym i opiekuńczym (KRiO),  w którego artykule 92. zapisano: „Dziecko pozostaje aż do pełnoletności pod władzą rodzicielską”. Godny uwagi (z naszego punktu widzenia) jest artykuł. 95, w którego paragrafie 3 zapisano: „Władza rodzicielska powinna być wykonywana tak, jak tego wymaga dobro dziecka i interes społeczny”. Zacytuję jeszcze jedne fragment tego kodeksu, którego treść może stanowić dla reformatorów argument w kontaktach z rodzicami: „Rodzice wychowują dziecko pozostające pod ich władzą rodzicielską i kierują nim. Obowiązani są troszczyć się o fizyczny i duchowy rozwój dziecka i przygotować je należycie do pracy dla dobra społeczeństwa odpowiednio do jego uzdolnień.[…] (Art.96. § 1)

 

Jednak, moim zdaniem, o wiele istotniejszym od owych „prawnych podstaw” uzasadniających konieczności pozyskania rodziców jako sojuszników naszych edukacyjnych reformatorskich zamierzeń są powody, które nazwałem „psycho-społecznymi. A są to przesłanki, wywiedzione z metodologii zarządzania zmianą, wypracowanej na gruncie teorii organizacji i zarządzania.


Czytaj dalej »



Zgodnie z obietnicą sprzed tygodnia – dzisiaj napiszę o tym, dlaczego nie ma sprzeczności w tym, że poszukiwacze sposobów dostosowania współczesnej edukacji do potrzeb przyszłej cywilizacji znajdują  inspiracje w przeszłości.

 

Dowodów na to, że tak jest nie trzeba daleko szukać. Ot – choćby w tekstach, popularyzowanych przez liderki ruchu „Budząca Się Szkoła”, które ostatnio zaczęły używać także nowego określenia dla swoich szkół: „Szkoły w Drodze”. Bardzo często przywoływane są przez nie (dr. Marzena Żylińska i  dyrektor Bożena Będzińska-Wosik) – oczywiście obok tekstów i wypowiedzi  prof. Joachima Bauera – poglądy Janusza Korczaka, a ostatnio zorganizowały warsztat przybliżający zasady Planu Daltońskiego.  

 

Niemieccy twórcy ruchu  „Budzących Się Szkół” uznali, „że ulepszanie obecnego modelu edukacji jedynie go utrwala i zamyka drogę do prawdziwych zmian. Ciągłe poprawianie dotychczasowego modelu nie przynosi oczekiwanych zmian, bo zmienić trzeba fundament, na którym go zbudowano. Uczniowie nie powinni być w szkole nauczani, ale powinni się uczyć. Aby stworzyć system edukacji uwzględniający wiedzę o mechanizmach procesu uczenia się, potrzebujemy nowych wizji i odwagi do działania, bo szkołę XXI wieku trzeba zbudować na zupełne nowym fundamencie.”

 

A jaka – ich zdaniem – ma być ta szkoła przyszłości? Oto kolejny cytat z materiałów tego ruchu:

 

Świat wokół nas w ostatnich dziesięcioleciach radykalnie się zmienił, dlatego w myśleniu o szkole musimy wyjść poza bezpieczne, znane od stuleci schematy i szukać nowych rozwiązań. Współczesny świat nie potrzebuje ludzi, którzy potrafią wykonywać cudze polecenia i reprodukować wiedzę, ale mądre i odpowiedzialne jednostki myślące nie tylko o swoich potrzebach, ale dostrzegających też potrzeby innych, ludzi odważnych, potrafiących przełamywać znane schematy i szukać nowych rozwiązań. Ani odwagi, ani odpowiedzialności, ani wielu innych miękkich kompetencji nie można nauczyć się z książek. Dlatego naukę trzeba zorganizować w taki sposób, by uczniowie mogli rozwijać niezbędne w pozaszkolnym życiu kompetencje.” [Źródło obu cytatów: www.sp81lodz.edu.pl/budzaca-sie-szkola]

 

Przytoczyłem te dwa fragmenty, aby wykazać, że mam świadomość, iż moja teza o czerpaniu przez współczesnych „rewolucjonistów  edukacyjnych” inspiracji od ich poprzedników z przeszłości  wydaje się być sprzeczna z przytoczonymi tu poglądami. Napisałem „wydaje się być sprzeczna”, gdyż zaraz wykażę, że tak nie jest.

 

Moim zdaniem pogląd, że szkoła z kilkudziesięcioma uczniami siedzącymi w klasie i słuchającymi przekazującego wiedzę nauczyciela była zawsze, bierze się z dominującego stereotypu szkoły, do której chodzili nasi dziadkowie i ich dziadkowie…  A prawda jest inna!

 

Robert Kwaśnica – pedagog, rektor Dolnośląskiej Szkoły Wyższej, w jednym ze swoich artykułów napisał, że wciąż dominujący  (nie tylko w Polsce) model szkoły, to szkoła uzasadniona potrzebami sprzed, bez mała, 150 lat. Powołano ją […] żeby kształcić rzesze jednakowo przygotowanych urzędników, masowe kadry dla rozwijającego się przemysłu, no i zdolnych wojskowych dla masowych armii. […] Dalej czytamy, że współczesne szkoły w swej podstawowej strukturze działają w identycznym kształcie, jak je stworzono. Z tym, że potrzeb, które uzasadniały istnienie takiej szkoły, dziś już nie ma. Taka „klasyczna” szkoła jest coraz mniej wrażliwa na aktualne potrzeby, ale trwa mocą kulturowej oczywistości.[Źródło: www.newsweek.pl]

 

Aby nie przedłużać tego wątku – tak to zrekapituluję: 

 

Czytaj dalej »



Przed tygodniem tak zapowiedziałem kolejny odcinek „Refleksji starego praktyka o szkole”:

 

Za tydzień będzie o tym, że „w kupie jest siła”, czyli że nikt nie musi i nie powinien czuć się osamotniony w swych zamiarach nowatorskiego działania. Opowiem gdzie można się zgłaszać, u kogo szukać porady i wsparcia, czyli innymi słowy – PANORAMA EDUKACYJNYCH ŚRODOWISK PROGRESYWNYCH.

 

Z własnego doświadczenia wiem, że w każdym działaniu, a szczególnie takim, które wykracza poza przyjęte w danym środowisku normy i zwyczaje, które zakłóca „naszą małą stabilizację” i staje się wyzwaniem dla innych, ważną rolę odgrywa poczucie, że nie jest się samotnym w swoich dążeniach, że to co chcę robić znajduje potwierdzenie w działaniach innych podobnie myślących, u których mogą znaleźć nie tylko wsparcie duchowe, ale i konkretne porady w sytuacjach dla mnie nowych i trudnych.

 

Taka właśnie motywacja, aby ułatwić wszystkim, którzy już to robią, albo którzy przymierzają się, aby do tego ruchu dołączyć,  towarzyszy mi przy redagowaniu tej „Panoramy edukacyjnych środowisk progresywnych” Długo poszukiwałem określenia, które zawierałoby w sobie te wszystkie cechy, które charakteryzują owe, tak różnorodne w oferowanych treściach, formach działania i posiadanym dorobku te fundacje, stowarzyszenia, nieformalne środowiska i osoby prywatne, które składają się na tę prezentacje. Uznałem, że przymiotnik „progresywny” będzie tu najbardziej oddającym istotę tych wszystkich inicjatyw i działań, bo „progresywny”  oznacza „rozwijający się, wzrastający, postępowy, rozwojowy,  nastawiony na rozwój”. (Źródło: ONET. Portal Wiedzy)

 

Tyle wstępu. Czas na zaprezentowanie tej panoramy „progresywistów”. Kolejność w jakiej będę prezentował jej elementy jest moim subiektywnym wyborem, co nie znaczy, że nie starałem się w tym wprowadzić jakiś porządek. Jego głównymi wyznacznikami są: chronologia i siła oddziaływania na środowisko nauczycielskie.

 

 

Obie te cech każą mi przedstawić jako pierwsze Centrum Edukacji Obywatelskiej. Ta fundacja, zarejestrowana w Polsce w 1994, posiadająca status organizacji pożytku publicznego, przeniosła przez te wszystkie lata atmosferę i wiarę w sens pozytywnego działania z pierwszych lat polskiej transformacji. Jej dobrym duchem i liderem od początku jest dr Jacek Strzemieczny – współzałożyciel i prezes zarządu. Aby podkreślić, że nie jest to „czysty teoretyk”, ani „człowiek znikąd” dodam, że w latach 1980–89 był on dyrektorem  przedszkola i Ośrodka Rozwoju Umiejętności Wychowawczych przy PTP, a w  latach 1989–1994 był dyrektorem Departamentu Kształcenia i Doskonalenia Nauczycieli w Ministerstwie Edukacji Narodowej.

 

Oto jak CEO informuje na oficjalnej stronie internetowej o swojej działalności (fragmenty):

 

     Pracujemy z dyrektorkami i dyrektorami wszystkich typów i poziomów szkół na rzecz zmian podnoszących efektywność prowadzonego w nich nauczania i wychowania, w tym wprowadzania i rozwijania oceniania kształtującego, metody projektów, samorządności uczniowskiej.[…]

     Propagujemy wprowadzanie oceniania kształtującego do pracy szkoły i wspieramy współpracę nauczycieli w zespołach. Z realizowanych tam programów najbardziej znanym jest program Szkoła Ucząca Się. W okresie 16 lat objął swoimi bezpośrednimi działaniami ponad 3000 szkół

     Zorganizowano szkolenia dla blisko 100 tys. nauczycieli i dyrektorów. Większość szkół uczestniczących w programie znajduje się w miejscowościach do 20 tys. mieszkańców.

 

Polecamy jeszcze ten fragment:

 

Uważamy, że dzisiejsza szkoła wymaga:

>Zwiększenia koncentracji na uczeniu się uczniów i służącej mu poprawie metod nauczania

>Szerszego stosowania oceniania kształtującego, pomagającego nauczycielom lepiej nauczać, a uczniom lepiej się uczyć

>Wprowadzania systemu zapewnienia jakości opartego o profesjonalizację, w tym refleksję i umożliwiające ją skuteczne praktyki pracy i współpracy nauczycieli..

 

O tym i o bardzo wielu innych programach można dowiedzieć się z oficjalnej strony CEO  –  TUTAJ

 

 

 

 

Drugim zorganizowanym środowiskiem, które w formule stowarzyszenia zrzesza głównie dyrektorów szkół i przedszkoli jest Ogólnopolskie Stowarzyszenie Kadry Kierowniczej Oświaty. Ta zarejestrowana w 2002 roku organizacja zrzesza ok. 5000 członków rzeczywistych, ma 9000 korespondentów oraz 32 000 czytelników „wchodzących” na prowadzone przez nich strony internetowe.

 

Unikatową formułą wsparcia jest prowadzone przez stowarzyszenie internetowe forum dyrektorskie. Tak piszą o nim jego organizatorzy: Stanowi doskonałą platformę wymiany doświadczeń praktyków zarządzania oświatą. Co dzień tysiące dyrektorów czytają wieści, dowiadują się o nowych obowiązkach, pytają innych o poradę i pomagają sami. Poznajemy tu przyjaciół z całego kraju. Dzięki OSKKO dyrektor nie jest sam.

 

OSKKO to także organizator Międzynarodowych Kongresów Zarządzania Oświatą, w których uczestniczy rokrocznie około 1000 osób. Relacjonowałem na stronie OE trzy ostatnie, które odbyły się:

 

Czytaj dalej »



Przed tygodniem obiecałem, że w dzisiejszym, 4. odcinku „Refleksji starego praktyka o szkole” napiszę o tym, że można będzie swój tradycyjny warsztat pracy nauczyciela zmieniać i dostosowywać do wyzwań współczesności także pod rządami nowego prawa oświatowego. Że to prawda – zaraz to udowodnię. Pokażę, iż nawet tak krytykowana (generalnie słusznie) nowa podstawa programowa może stać się swoistą tarczą dla innowatorów i reformatorów.

 

Piszę to „ku pokrzepieniu serc” tych wszystkich koleżanek i kolegów nauczycieli, którzy w atmosferze wszechogarniającej apatii, jaką po miesiącach buntów i protestów przeciw owej rzekomej „Dobrej Zmianie” zrodziła sejmowa obstrukcja wniosku o ogólnokrajowe referendum w sprawie powstrzymania reformy edukacji, zajęli pozycję biernego trwania…

 

Przeto, bez dalszych wstępów, przechodzę do konkretów:

 

Ustawa Prawo Oświatowe w zamyśle jej twórców ma zagwarantować zbudowanie systemu szkolnego, który wielu z nas (tym wcześniej urodzonym) kojarzy się z PRL-em, czyli ze szkolnictwem funkcjonującym w Polsce na mocy Ustawy o systemie oświaty z 1961 roku. I to nie tylko ze względu na strukturę systemu szkolnego: 8 + 4 (lub 5 albo 3 + 2), ale także dlatego, że jak tamta, ma wyraźny rys zamysłu indoktrynacji uczniów w duchu rządzącej partii.

 

Jako że ja także do tych „wcześnie urodzonych” należę, to posłużę się teraz cytatem przywódcy z tamtych lat, który –  tak jak dzisiaj PiS – także miał „dobre intencje” – „aby Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej”. Jednym z jego (Edwarda Gierka) ulubionych (i – nie da się ukryć – trafionych) haseł było: „Polak potrafi!”  I do tego będą Was dalej przekonywał. Że polski nauczyciel, gdy tylko zechce, potrafi modernizować swój warsztat pracy, swoją szkołę, także pod rządami tego, skąd inąd złego, pisowskiego prawa oświatowego.

 

Ale musi chcieć. I nie może się bać, że za takie działania może grozić mu jakaś kara. I niech nie myśli, że wpuszczam go „w maliny”, że nowa władza tego zabrania. Otóż ta władza w ustanowionym przez siebie prawie oświatowym nie tylko tego nie zabrania, ale – miejscami – nawet zaleca!

 

Oto dowody:

 

Zacznę od poparcia mojej tezy fragmentami teksu Ustawy prawo oświatowe. .Nawiasem mówiąc, gdyby ta ustawa miała być pracą magisterską przedstawioną przez studenta  swojemu promotorowi, to źle by się to dla niego skończyło, gdyż bez problemu można wykazać, że nie jest to praca samodzielna: szacując „na oko” twierdzę, że ok. 80% jej treści to przeniesiona techniką „kopiuj – wklej” zawartość obowiązującej jeszcze do 31 sierpnia Ustawy o systemie oświaty z 1991r. Dla nas to bardzo sprzyjająca okoliczność: dzięki pośpiechowi i wygodnictwu twórców tego dokumentu zachowało się wiele bardzo dobrych zapisów tamtej – w całości jednak nienajlepszej – ustawy.

 

Już pierwszy jej fragment, zwany preambułą, jest tego dowodem.. I właśnie przywołując jej „żywcem” przekopiowaną treść możemy  uzasadniać motywy  jakie nami kierują, gdy podejmujemy działania, zmierzające do zastąpienia szkoły nauczającej szkołą uczących się uczniów:

 

„.Szkoła winna zapewnić każdemu uczniowi warunki niezbędne do jego rozwoju, przygotować go do wypełniania obowiązków rodzinnych i obywatelskich w oparciu o zasady solidarności, demokracji, tolerancji, sprawiedliwości i wolności.”

 

Jeśli to zdanie nie przekona nadgorliwego urzędnika miłościwie nam panującej władzy kuratoryjnej,  tropiącego wszelkie odstępstwa od oficjalnej linii – strzelamy z grubszej rury:

 

  Czytaj dalej »



Pewnie zauważyliście już, że moje felietony z cyklu „Refleksje starego praktyka o szkole, która ma szansę na przebudzenie” piszę „na zakładkę. Tekst kończonego wieńczy zapowiedź o czym będzie w kolejnym, a początkiem następnego jest przypomnienie tamtej zapowiedzi. Tak jest i dzisiaj. Poprzedni felieton kończył się słowami:

 

Za tydzień kolejny odcinek […]. Będzie o tym, czy przeforsowanie przez władze ogłoszonej i zapisanej w ustawach reformy edukacji, jej wdrażanie już od września tego roku […], to czynnik utrudniający, czy może ułatwiający rzeczywistą reformę naszych szkół.

 

Gdy to pisałem nie znałem jeszcze treści postu, jaki Jarosław Pytlak zamieścił na swoim blogu, który zatytułował Kot żywy i martwy, czyli paradoksy w wydaniu szkolnym”. Z tym większą radością przeczytałem tam we wtorek te słowa:

 

Obecna reforma naprawdę otwiera nowe perspektywy (choć przy okazji burzy zastany porządek).

 

Co prawda dalej Autor realizuje swój pomysł tekstu o paradoksie, wychodząc od eksperymentu austriackiego fizyka Erwina Schrödingera, koncentruje się na paradoksie nieskuteczności systemu oceniania ucznia i nadopiekuńczości, to ja odebrałem to przytoczone wyżej stwierdzenia jako poparcie mojego podejścia do rujnującej system szkolny pisowskiej reformy, w której upatruję okoliczności, sprzyjające wdrażaniu w szkołach innowacji, przekształcających je w środowiska sprzyjające „uczącym się uczniom”, poprzez fundamentalną zmianę w filozofii roli nauczyciela. Zakładam też, iż dążenie władzy centralnej do zwiększenia kontroli nad tym co dzieje się w szkołach spowoduje (paradoksalnie) odwrotny skutek: nauczyciela, na przekór tym zapędom ministerstwa, będą bardziej zmotywowani do pracy „po swojemu”.

 

Okazuje się, że takie myślenie, iż „im gorzej tym lepiej” nie tylko ja prezentuję. W najnowszym Magazynie Świątecznym „Gazety Wyborczej” można przeczytać podobną opinię – co prawda o całokształcie polityki realizowanej przez prezesa PiS – którą wypowiedział Lech Wałęsa w wywiadzie jaki przeprowadziła z nim redaktor Agnieszka Kublik:

 

Agnieszka Kublik: Podziwia pan Jarosława Kaczyńskiego, że mu się tak wszystko udaje?

 

Lech Wałęsa: Tak, podziwiam go. Tak jak się podziwia wybitne zło. Negatywnie go podziwiam. Ale może mu jeszcze pomnik postawimy. Bo on niechcący, wbrew sobie, nas przerabia w świadomych obywateli. Do tej pory obywatelsko spaliśmy. Wyłączyliśmy się z demokracji, nie chodziliśmy na wybory.                                               [Źródło: www.wyborcza.pl/magazyn/]

 

Skąd u mnie takie przekonanie, że narzucona przez rządzącą większość parlamentarną reforma edukacji może sprzyjać rzeczywistym zmianom naszych szkół jakie są niezbędne, aby kolejne, wchodzące w dorosłe życie pokolenia młodych Polek i Polaków nie były edukowane w fabryczkach, produkujących taśmowo (w systemie klasowo-lekcyjnym) posłusznych robotników i podatników, jakie wymyślono w czasach rodzącego się kapitalizmu „wielkofabrycznego”? (Od przedszkola do „robola”!)

 

Pierwszą przesłanką jest (moja własna) adaptacja do potrzeb projektowania reform instytucjonalnych systemów społecznych starej teorii dezintegracji pozytywnej – teorii zdrowia psychicznego, sformułowanej ponad pół wieku temu przez Kazimierza Dąbrowskiego*. Sprowadza się ona do następujących tez:

 

Rozwój polega na szeregu procesów o charakterze dezintegracyjnym i integracyjnym.

 

Dezintegracja to rozpadanie się całości na części składowe, przetwarzanie się jednych struktur osobowości w drugie, rozchwianie i popadanie ze skrajności w skrajność, brak harmonii i równowagi wewnętrznej, czemu towarzyszy cierpienie.

 

Integracja jest to scalanie, zespolenie się cech osobowości, tworzenie całości z części, zwarta struktura odpowiadająca harmonii i równowadze wewnętrznej człowieka.

 

Profesor Dąbrowski głosił także, iż proces rozwoju ma trzy główne etapy:

 

1. Dążenie do rozbicia pierwotnych struktur, które jednostka zaczyna postrzegać jako nużące, niewystarczające.

2. Rozbicie dotychczasowej struktury jednostki z jednoczesną utratą wewnętrznej jedności. Okres przygotowania dla nowych, niedostatecznie jeszcze uświadomionych i ugruntowanych wartości.

3. Wyraźne ugruntowanie się nowych wartości; celowe przekształcenie struktury; odzyskanie zachwianej równowagi, scalenie jednostki na wyższym niż dotychczasowy poziomie.

 

Teorią tą posługuję się od lat, zarówno w w mojej praktyce pedagogicznej (zwłaszcza w okresie mej pracy w placówkach opiekuńczo-wychowawczych i resocjalizacyjnych), jak i dla wyjaśniania procesów społecznych w skali makro. Bo popatrzcie: czy nie jest wielką prawdą, że aby zbudować coś nowego na miejscu zagospodarowanym od dawien dawna przez skostniałe struktury rodem z minionych epok nie trzeba najpierw ich zburzyć? I czy nie przećwiczyliśmy na sobie tej prawdy, że aby osiągnąć w swym życiu nowe cele musimy przedtem uświadomić sobie, że to jak teraz żyjemy jest miałkie, nudne, otępiające? Zapamiętajmy te trzy etapy procesu rozwoju (nie mylić z „dobrą zmianą”), bo podejmę ten temat w następnych odcinkach „Refleksji starego praktyka…”.

 

Dziś powracam do głównego nurtu uzasadniania tezy, że pisowska deforma edukacji stanowi – paradoksalnie – okoliczność sprzyjającą prawdziwym reformom – zwłaszcza tym, które dotykają istoty procesu edukacji: relacji nauczyciel – uczeń oraz systemów pobudzania i wzmacniania procesów poznawczych u uczniów.

 

Czytaj dalej »



Tydzień temu mój tekst zakończyłem słowami:

 

głównym moim celem jest zainspirowanie Czytelnika do autodiagnozy: Który z[…] skrótowo zaprezentowanych, typów nauczyciela najbardziej opisuje mój styl i sposób działania? A o tym co z tą wiedzą mogę i powinienem zrobić – już za tydzień. Będzie o tym, jak „przepracować” swój „indywidualny przypadek” (case study), czyli trzy kolejne diagnozy cząstkowe: fazy, znaczenia i prognozy…”

 

A więc, bez zbędnych wstępów, do dzieła. Zakładam, że czytają to osoby, które w wyniku introspekcji, ale także możliwie obiektywnego „przymierzenia” swojego sposobu realizowania roli zawodowej nauczyciela do charakterystyk zaproponowanych przeze mnie typów nauczycieli, podjęli już decyzję w którym z nich się odnajdują. I niech to będzie punktem wyjścia do dalszych rozważań.

 

Kolejnym, niezbędnym elementem kontynuowania tej diagnozy jest przypomnienie jej celu. A jest nim pozyskanie koleżanek i kolegów nauczycieli, którzy znajdą w sobie wolę włączenia się w nieformalny ruch oddolnej transformacji: ze szkoły w której to nauczyciele nauczają uczniów w szkołę, w której nauczyciele stwarzają podniety i warunki do uczenia się uczniów. I właśnie od tego dziś zaczniemy.

 

Na etapie diagnozy znaczenia, nazywanej także celowościową, poszukuje się tego elementu określonego „stanu rzeczy”, w naszym przypadku – ustalonego typu nauczycielskiej roli, który jest znaczący – czytaj: decydujący – dla określonego wcześniej celu, do którego należałoby dążyć.

 

Idąc tym tropem – osoba, która stwierdziła, że jest nauczycielem-branżowcem powinna rozpoznać w sobie jaki jest jej stosunek do wizji szkoły aktywnych uczniów i tutorskiej odmiany roli nauczycieli: czy taki model ją zaciekawia, intryguje, pobudza do odejścia od utartych schematów działania, czy jest on jej obojętny (niech sobie tak pracują ci, którym to się podoba, ja zostanę przy swoim), czy może jest do tej wizji nastawiona nieprzychylnie (wrogo?) i uważa, że należy wszelkimi możliwymi sposobami temu się przeciwstawiać, bo „w szkole powinno tak być jak jest, bo tak jest dobrze”.

 

Osoba, która uznała, że należy do kategorii nauczyciela refleksyjnego powinna rozpoznać do jakich wniosków prowadzą jej dotychczasowe przemyślenia, odnoszące się do jej sukcesów i porażek, do stosowanych przez nią metod pracy, do systemu w jakim pracowała dotychczas i tego, który zacznie obowiązywać w szkołach po wdrożeniu „reformy Zalewskiej”. Odpowiedzi na te pytania pozwolą jej na znalezienie owego, znaczącego dla owej diagnozy, elementu: czy bliżej mi do działania pozasystemowego, jakie przybliży uczniów klas w których uczę do wizji szkoły „otwierającej uczniów na przygodę poszukiwania wiedzy”, czy jednak moja refleksyjność pozostanie na usługach aktualnie obowiązującego systemu, który co najwyżej będę „zmiękczać”…

 

Czytelnik, którzy bez wahania odnalazł się w kategorii „nauczyciel innowator” ma na etapie diagnozy celowościowej także do wykonania zadanie, które będzie polegało na określeniu, na jak dalekie zmiany jest gotów.

 

Czytaj dalej »