Archiwum kategorii 'Felietony'

Nie będę nic pisał o kolejnym, już 32. rozdawaniu kartoników w ramkach, odbywającym się corocznie w początkach czerwca, a nazywanym „Podsumowaniem ruchu innowacyjnego w edukacji”. Nie uczynię tego przynajmniej z trzech powodów: po pierwsze – byłoby to nudne dla czytających (bo ile racy można czytać o tym samym), po drugie – bo o tym, co najbardziej cisnęło mi się na klawiaturę wystukałem przy okazji zamieszczonej wczoraj relacji, a po trzecie – bo to i tak nie miałoby żadnego wpływu na przebieg analogicznego eventu w latach następnych…

 

Dlatego postanowiłem podzielić się z Czytelnikami  tych felietonów moimi refleksjami, wywołanymi obserwacją uczestniczącą IV Kongresu ŁTP. Także i w tym przypadku napiszę na ten temat (kongresu ŁTP) nie pierwszy raz, ale w tym roku sytuacja stała się wręcz dramatyczna, świadcząca o zjawiskach, wykraczających poza środowisko członków tego stowarzyszenia.

 

Nie ma powodu, abym ponownie podnosił problem sensowności posługiwania się nobliwą nazwą „kongres” dla określenia tego lokalnego, wręcz niszowego spotkania miłośników…  no właśnie, do końca nie wiadomo czego (lub kogo?). Wszystko co na ten temat napisałem w felietonie nr 107 z 17 stycznia 2016 roku, zatytułowanym  Konteksty i zaszłości w tle dwu łódzkich spotkań edukacyjnych, po III Kongresie, który odbył się w dniach 11 i 12 stycznia 2016r. (wtedy jeszcze w Dużej Sali Posiedzeń RMŁ) pod tytułemW poszukiwaniu efektywnych form wspierania uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi” nie tylko nie utraciło na aktualności, ale w jeszcze większym stopniu znalazło swe uzasadnienie. (W styczniu 2016 roku w III Kongresie Edukacyjnym Łódzkiego Towarzystwa Pedagogicznego uczestniczyło, szacunkowo, sto kilkadziesiąt osób!)

 

Idąc tropem  starego powiedzenia: „Jak się zwał, tak się zwał, byle by się dobrze miał” odpuszczę sobie ten wątek megalomanii nomenklaturowej, bo o wiele ważniejszym jest ów wyraźnie objawiony problem zanikającego w środowisku zainteresowania tego typu wydarzeniami.

 

Wystarczy porównać zdjęcie sali z 2016 roku z obrazem auli Pałacu Młodzieży w minioną  środę. W relacji nie napisałem, że kiedy rozpoczynała się dyskusja panelowa, to w fotelach „na widowni” siedziało niewiele więcej osób niż tych na estradzie. Gzie szukać przyczyn tego zjawiska?

 

 

Czytaj dalej »



Po tym, jak zmobilizowałem swe „moce twórcze” przy pisaniu zamieszczonego wczoraj „Drugiego eseju jubileuszowego”, dzisiejszy felieton będzie wyłącznie na jeden temat: o Parlamencie Dzieci i Młodzieży, czyli wyrażeniem tego wszystkiego, czego nie wypadało dopisywać, nawet w formule „komentarz redakcji” pod zamieszczoną 1 czerwca informacją, której tytuł: Dysydenci SDiM i ich sojusznicy obradowali dziś w Audytorium Maximum UW” zawierał jedyną możliwą refleksję.

 

Zacznę od przytoczenia, jak dotąd jedynej udostępnionej przez organizatorów, dość ogólnikowej informacji, że w obradach Parlamentu Dzieci i Młodzieży uczestniczyło 400 młodych ludzi –  w tym od 150 do 200 to osoby wybrane do odwołanego przez marszałka Kuchcińskiego XXIV Sejmu Dzieci i Młodzieży. Pewnie jest gdzieś jakaś lista obecności, na podstawie której można by precyzyjnie podać, że takich ”wybrańców” do niedoszłego XXIV Sejmu Dzieci i Młodzieży było na owym alternatywnym mityngu – na przykład 175, albo tylko 151, czy nawet 198! Jednak z jakichś nieznanych mi powodów do dziś tego nie wiemy. Ale jak by nie liczyć – w najlepszym przypadku (owych 200 osób), to  43,5%, a wersji minimum (150 osób) – tylko 32,6% ogółu wybranych przez pisowskich organizatorów posłów  na –  jak podano – przeniesioną na wrzesień, szesję XXIV SDiM.

 

Ten fakt miałem na myśli, formułując tamten tytuł ze słowem „dysydenci”. Bo jest nie podlegającym dyskusji faktem, że wszyscy z tamtej listy wyselekcjonowanych przez pisowskich „diagnostów” potencjalnych posłów SDiM, którzy zdecydowali się uczestniczyć, a wielu z nich – o zgrozo – zainicjować i współorganizować to piątkowe spotkanie młodych, zwołane w kontrze do owej nieodpowiedzialnej decyzji marszałka Kuchcińskiego, to dysydenci, a pewnie przez wielu „z tamtego obozu” uważani są za zdrajców polityki „dobrej zmiany”. Ciekawe, czy zechcą oni uczestniczyć we wrześniowej sesji. A jeśli tak – czy zostaną na to posiedzenie wpuszczeni… Jeśli nie – na jakiej podstawie?

 

Będzie ciekawie…

 

I to jest zapewne powód nieujawniania ich nazwisk, a pewne także  zastosowania tych „widełek”, określających skalę ich udziału w Parlamencie Dzieci i Młodzieży. Bo choć rozpiętość w skali 11 procent między podanymi dwiema możliwościami to niby niewiele, ale „robi różnicę”. A to ważna przesłanka dla zwolenników i przeciwników PDiM. Pierwszy ze wskaźników uprawniałby do użycia określenia, żeprawie połowa posłów na Sejm uczestniczyła w posiedzeniu Parlamentu”, to w tym drugim przypadku uzasadnione byłoby posłużenie się uogólnieniem, że tylko jedna trzecia uległa namowom opozycji”

 

Kilka zdań, ale muszę choć tyle poświęcić problemowi udziału polityków partii opozycyjnych w roli gości PDiM.

 

 

Czytaj dalej »



Dzisiaj będzie krótko i na temat.(3869 znaków ze spacjami!)  Na jeden temat, który u wielu  w naszej – posłużę się ulubionym słowem min. Zalewskiej – branży rozbudził nadzieje. Nadzieje na dobrą zmianę „Dobrej Zmiany”… Otóż w środę, 23 maja, za sprawą nie przez wszystkich darzonego zaufaniem medium, jakim jest „Super Express”,  rozeszła się informacja, jakoby premier Morawiecki „domagał się dymisji czterech ministrów, ponieważ chce realizować swój program gospodarczy, a oni ‘mają mu rzucać kłody pod nogi’„. [To ostatnie zdanie to cytat z www .dorzeczy.pl]

 

Tyle tylko, że autor(ka?) tego zdania, pisząc o „czterech ministrach” (nie o czworgu!) wymienił  ich nazwiska: minister energii Krzysztof Tchórzewski,  szefowa resortu edukacji Anna Zalewska, minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel i koordynator służb specjalnych Mariusz Kamiński.  No cóż, nie wszyscy piszący dzisiaj w mediach mieli szansę zdawać  maturę z polskiego na poziomie rozszerzonym, co mogłoby spowodować zmuszenie ich do solidnego poznania gramatyki języka polskiego!  Chyba, że posłużenie się w tej informacji rzeczownikiem rodzaju męskiego w liczbie mnogiej  to była taka  „freudowska pomyłka”

 

Ale wróćmy do  Super Expressu. Oto fragmenty tej publikacji, które mogą wyjaśnić co robi nazwisko „naszej” ministry w gronie  członków rządu, którzy  przeszkadzają premierowi „realizować program gospodarczy”: Jak to mawiają: „co ma piernik do wiatraka”?

 

Tu musimy pamiętać, że minister Zalewska przetrwała różne perturbacje tylko dlatego, że była przyjaciółką Beaty Szydło. Jej odejście nie miałoby zatem żadnego politycznego znaczenia. […] Wydaje mi się, że wizerunek partii mógłby się poprawić. Ludzie mogą odczuć satysfakcję, gdyby odeszli ministrowie Jurgiel, a zwłaszcza Anna Zalewska. Pewne zamieszanie wokół systemu szkolnictwa jednak PiS szkodziło, a to jest kojarzone z nią. Skoro można było zwolnić Macierewicza, to tym bardziej do wyobrażenia jest zwolnienie ministrów Jurgiela i Zalewskiej! [Źródło:www.se.pl]

 

Okazuje się, że jeśli jakiś news trafia w oczekiwania  obywateli – bywa przez nich bezkrytycznie „kupowany”. Bo chyba tylko tak można wytłumaczyć post na blogu Dariusza Chętkowskiego, który następnego dnia po supereksspresowej – trzeba  chyba to tak nazwać – plotce  napisał tekst, zatytułowany „Zalewska na wylocie”.

 

 

Czytaj dalej »



Będzie to bardzo nietypowy felieton. Jego, generalnie, mało felietonowy styl (wiele cytatów, ilustracje i duże fragmenty z hipertekstem) wynika z faktu, że właśnie dzisiaj rano, buszując w internetowych zasobach informacji wszelakich, natrafiłem na takie, których niezwłoczne upublicznienie uznałem za „nakaz chwili”. A najszybszym zrealizowaniem tego imperatywu, nie łamiąc rytmu coniedzielnych felietonów, jest właśnie zredagowanie  takiego „nibyfelietonu”, który piszę…

 

Zacznę od przypomnienia  „aktualności” z 18 maja, która zaczynała się słowami:

 

Dzisiaj nie mieliśmy wątpliwości przy podejmowaniu decyzji jaki tekst zaprezentujemy do przedpołudniowej lektury naszym czytelnikom.Tym tekstem jest najnowszy post na blogu profesora Bogusława Śliwerskiego, zatytułowany „Odwołanie namiastki dziecięcej ‘demokracji’”. Jako że wszystko co tam napisane w pełni pokrywa się ze stanowiskiem redakcji „Obserwatorium Edukacji” – zamieszczamy ten tekst w całości.

 

Że nie jest to grzecznościowe oświadczenia  mogę udowodnić relacjami o poprzednich posiedzeniach Sejmów Dzieci i Młodzieży. Przykładowo:

 

>W 2017 rokuJak „Młode Wilczki” trenowały uprawianie sejmowej polityki

>W 2016 roku – „XXII sesja Sejmu Dzieci i Młodzieży – już w klimatach „Dobrej Zmiany”. Ale…”

 

Jednak przede wszystkim powołam się na „Felieton nr 125. O fasadowej demokracji, czyli Radzie Dzieci i Młodzieży przy MEN z 5 czerwca 2016 roku, który kończy taki akapit:

 

Ale za to jak bardzo demokratycznie taka inicjatywa wygląda! Mieliśmy już demokrację szlachecką, demokrację ludową, teraz będziemy ćwiczyć demokrację reglamentowaną: doradzać władzy będą ci, których ta władza sobie wyselekcjonuje… Nie wiem jak Wam, Drodzy Czytelnicy, ale mnie przypomina to bardzo wszelkie Rady Narodowe w czasie PRL – radnych wskazywał miejscowy komitet PZPR. Mieszkańcy głosowali „bez skreśleń”. Jest to jednak znaczący krok naprzód – w kierunku „demokracji kierowanej”: już nie potrzebne są wybory jako akt obywatelski; wyboru zgodnie z wolą Władzy dokona urzędnik!

 

No, ale teraz obserwujemy zupełnie nowy, i jak się wydaje nieprzewidziany nie tylko przeze mnie i przez profesora Śliwerskiego, ale  przede wszystkim przez  aktualną władzę, etap dojrzewania niedoszłych młodzieżowych parlamentarzystów.

 

Ale po kolei:

 

Zacznę od tego, że właśnie skonstatowałem fakt zniknięcia treści, do których linkami odsyłał prof. Śliwerski czytelników swojego postu  „Odwołanie namiastki dziecięcej ‘demokracji’”. Już nie przeczytacie nic pod adresem oficjalnej strony Sejmu Dzieci i Młodzieży, ani pod adresem, gdzie była zamieszczona pełna imienna lista wszystkich, wybranych wcześniej przez organizatorów tego eventu  posłów na XXVI Sesję Sejmu Dzieci i Młodzieży – z podziałem na województwa i podaniem szkół, których są uczniami.  A w piątek 18 maja adresy  te były jeszcze aktywne!

 

To spowodowało, że postanowiłem sprawdzić czy fanpage SDiM na fecebook’u jeszcze istnieje. Oto co tam znalazłem:

 

Drodzy uczestnicy i uczestniczki XXIV sesji Sejmu Dzieci i Młodzieży,
w związku z bieżącą sytuacją w Sejmie z wielką przykrością musimy poinformować Was o decyzji w sprawie tegorocznej sesji zaplanowanej na 1 czerwca 2018 r.

 

Mając na uwadze względy organizacyjne oraz bezpieczeństwo wszystkich osób przebywających w budynkach sejmowych, z przyczyn niezależnych od Kancelarii Sejmu, zdecydowano o odwołaniu posiedzenia SDiM. Chcemy by sesja odbywała się w warunkach pozwalających na zrealizowanie celów edukacyjnych projektu i by uczestnicy SDiM mogli swobodnie poznać siedzibę Sejmu.[…]

 

Wszelkie informacje dotyczące SDiM kierowane do jego uczestników przekazywać będziemy za pośrednictwem Facebooka oraz mailowo do każdego z Was. [Źródło: www.facebook.com/search/top/?q=sejm dzieci i młodzieży 2018]

 

Ale to mnie nie zadowoliło i szukałem w sieci nadal…  I tak trafiłem na fejsbukowy profil młodego człowieka – Karola Zająca, jak się wnet dowiedziałem – szykowanego na jednego z marszałków odwołanego Sejmu Dzieci i Młodzieży. A tam taki wpis z 18 maja:

 

Jak może wiecie XXIV sesja SDiM została odwołana (przełożona).

Jako Marszałek owego posiedzenia pragnę przedstawić wam oświadczenie, które wypracowałem we współpracy z innymi zaangażowanymi osobami.

Treść oświadczenia – TUTAJ

 

 

Czytaj dalej »



Na adres „Obserwatorium Edukacji” przyszedł w czwartek, 10 maja, e-mail (nie będę się „chwali” od kogo), z linkem do informacji o wartej komentarza inicjatywie „okołoedukacyjnej” kilku lokalnych polityków PiS na Podkarpaciu. Tą inicjatywą jest konkurs, dotyczący Lecha Kaczyńskiego. Ma on przebiegać pod hasłem „Działalność społeczna i polityczna oraz rola prezydenta Lecha Kaczyńskiego w odbudowie niepodległej Polski” i jest adresowany do uczniów klas VII szkół podstawo- wych, „niedobitków” gimnazjów (kl. II i III) oraz – jak napisano w piśmie przewodnim – do szkół ponadpodstawowych. Wszystko na terenie województwa podkarpackiego. Nie będę tu wymieniał jego organizatorów, sponsorów i pozostałych informacji organizacyjno-programowych. Wszystko to możecie przeczytać osobiście na skanie dokumentu rozsyłanego do szkół, załączonego w publikacji „Wygumkowali Lecha Wałęsę”. Konkurs szkolny na temat roli Lecha Kaczyńskiego w odbudowie niepodległej Polski, zamieszczonej na portalu  na:Temat  [TUTAJ]

 

Intencją nadawców tego e-maila było – prawdopodobnie – podzielenie się ze mną informacją, jak to miłościwie nam panujące ministerstwo edukacji usiłuje robić uczniom „wodę z mózgu”, a jeśli się uda – indoktrynować ich w duchu swojej wizji najnowszej historii polski. Jednak, po bliższym przyjrzeniu się tematowi, doszedłem do wniosku, że w tym konkretnym przypadku nie da się przypisać „sprawstwa kierowniczego” pani minister Zalewskiej, ani nikomu z urzędu na Szucha.

 

To wszystko to taka „prywatna inicjatywa” trzech panów:

 

-Grzegorza Nieradki – radnego RM Iwonicza Zdroju

-Macieja Kamińskiego – radnego RM Przemyśla

-Jarosława Piotra Kozaka – radnego RM Jarosławia

 

W piśmie przewodnim skierowanym do szkół wymieniono liczne podmioty wspierające tę inicjatywę organizacyjnie (troje posłów, 5 struktur NSZZ „Solidarność” i Instytut Historyczny w powstałej z inicjatywy Marka Kuchcińskiego PWSW w Przemyślu), jednak nigdzie nie ma ani linijki, choćby o honorowym, patronacie – nie tylko MEN, ale nawet miejscowego kuratora oświaty. Co prawda już we wstępie zamieszczono grubym drukiem informację, że konkurs odbywa się pod patronatem Marszałka Sejmu RP Marka Kuchcińskiego, to jednak jest to co prawda „druga osoba w państwie”, to jednak nie ma ona żadnego formalnego przełożenia na system oświaty w Polsce.

 

Jeśli już wspomniałem o urzędzie kuratora oświaty, to informuję – sprawdziłem: na oficjalnej stronie Podkarpackiego Kuratorium Oświaty nie ma o tym konkursie żadnej wzmianki. Jest natomiast komunikat, że Podkarpacki Kurator Oświaty ogłosił konkurs pod długawą nazwą: „A jak ciebie kto zapyta…- ludzie, miejsca, wydarzenia okresu walk o Niepodległą na Podkarpaciu w latach 1914-1922”. On także jest adresowany do uczniów szkół podstawowych, gimnazjów i szkół ponadpodstawowych/ponadgimnazjalnych.

 

Rodzi się podstawowe pytanie: Czy ów konkurs o roli prezydenta Lecha Kaczyńskiego w odbudowie niepodległej Polski to działalność legalna? Czy dyrektor szkoły, który zezwoli na jego przeprowadzenie na terenie kierowanej przez siebie placówki nie złamie prawa?

 

 

Czytaj dalej »



Dzisiejsza niedziela jest ostatnim dniem tzw. „długiego weekendu”, a tak naprawdę dwu normalnych weekendów, połączonych przeplatanką  dwu świąt państwowych z  trzema dniami urlopu, lub odpracowanych w innym terminie.  Jak by to nie nazywać – był to tydzień, w którym w sferach oświatowych w zasadzie niewiele się działo, a najważniejszym wydarzeniem był piątkowy start serialu maturalnego.

 

Natomiast dla mnie o wiele bardziej godne komentarza niż prasowe doniesienia o tym  jak maturzyści oceniali temat rozprawki, są upublicznione wypowiedzi  szefów dwu ważnych edukacyjnych instytucji: doktora Piotra Stankiewicza – dyrektor Instytutu Badań Edukacyjnych (powołanego na to stanowisko  15 marca 2017 roku przez min. Zalewską) z którym „pierwszomajową” rozmowę w Radiu TOK FM udostępniliśmy w czwartek, oraz wczoraj cytowane na OE (za „Portalem Samorządowym” )  wypowiedzi doktora Marcina Smolika – dyrektora Centralnej Komisji Egzaminacyjnej – sprawującego swój urząd nieprzerwanie od grudnia 2013 roku!

 

Uwzględniając jeszcze  czas, w którym w tejże CKE pełnił od maja 2012 odpowiedzialną funkcję kierownika Wydziału Sprawdzianu i Egzaminów z Zakresu Kształcenia Ogólnego – możemy uznać, że tą ważną dla systemy polskiej edukacji instytucją kieruje człowiek, który nie tylko nie pojawił się tam razem z „Dobrą Zmiana”, ale który może o sobie powiedzieć, że ma na tym stanowisku wieloletnie doświadczenie – także w zakresie współpracy z trzema, bardzo różniącymi się od siebie, ministerkami edukacji. (Zaczynał za Krystyny Szumilas, awansował decyzją Joanny Kluzik-Rostkowskiej, teraz pracuje tam nadal pod nadzorem minister Anny Zalewskiej.)

 

Ze względu na ograniczenia objętości formy felietonowej – musiałem dokonać wyboru. Książką  Piotra Stankiewicza i jej znaczeniem – w kontekście pozycji, jaką zajmuje jej autor w strukturach  systemu polskiej  edukacji, zajmę się kiedy indziej.  Dziś podzielę się refleksjami, które zrodził materiał na „Portalu Samorządowym” i który przypomniał mi na nowo  postać dyrektora CKE Marcina Smolika. Tak naprawdę nie zostały one spowodowane treściami  przewołanych tam wypowiedzi dyrektora.  Co prawda podana tam informacja, że aż 140 tysięcy absolwentów naszych szkół średnich z lat ubiegłych zasiadła w tym roku ponownie nad maturalnymi arkuszami egzaminacyjnym, zapewne nie tylko dla mnie była zaskoczeniem.

 

Fakt ten można  bardzo różnie interpretować. Może to być dowodem na ich niedostateczne przygotowanie do owego egzaminu w  poprzednich latach, może nawet  wskazywać na słabość środowisk szkolnych, które miały ich to tej próby przygotować, ale może  też być przejawem „spóźnionej dojrzałości” – wyciągnięciem  praktycznych wniosków z wyzwań otaczającej rzeczywistości, czyli decyzją o poprawie swych szans na realizację bardziej ambitnych planów kariery zawodowej.

 

Rzucona, jakby mimochodem, informacja o amerykańskim egzaminie SAT, że to taki ogólny test umiejętności pisania, czytania i test umiejętności logicznego rozumowania, może być  interpretowana jako osłabienie argumentów krytyków poziomu (pono co roku coraz niższego) polskiej matury (przed wojną – to była matura!!!),  ale można tę informację odebrać także, jako zawoalowaną krytykę tej „korony systemu testomanii”,  wyrażoną  pod „przykrywką” przywołania  przykładu z USA,  gdzie – jego zdaniem – sprawdza się jedynie uniwersalne kompetencje wymagane we współczesnym świecie, a gdzie wszystkie pozostałe atrybuty sukcesu życiowego absolwentów tamtejszych szkół średnich nie są tym egzaminem determinowane.

 

Ale, jak już wspomniałem, nie to spowodowało, że piszę ten felieton o dyrektorze Smoliku.

 

Czytaj dalej »



To prawda co mówią, że czas jest najlepszym lekarzem. Także na wyleczenie z emocji – często niepotrzebnych, a bywa, że szkodliwych. Jeszcze przed tygodniem byłem naładowany myślami, które zrodziły się podczas mojego pobytu na Ogólnopolskiej Konferencji Dyrektorów Szkół i Centrów Kształcenia Praktycznego. Ale minęło kolejnych 7 dni i tematy, wtedy – zdawało mi się – „gorące”, wystygły i dzisiaj straciły na ważności na tyle, że postanowiłem już do nich nie wracać.

 

Po wczorajszym twórczym wysiłku, poniesionym przy pisaniu pierwszego eseju jubileuszowego, dzisiejszy felieton będzie możliwie krótki, ale za to – podjąłem takie postanowienie – skondensowany w zakresie treści  jego przesłania. A będzie o niebezpieczeństwie uprawiania –  pozornie  niegroźnego, ale niekontrolowanego w procesach jego potencjalnej  ewolucji – patriotyzmu.

 

Przemyślenia te miały swój początek podczas przygotowywania  materiału pt. „O tym, że Łódzki Kurator Oświaty jest niegorszym patriotą od swojej szefowej”. Przypadek sprawił, że wkrótce po tym wypatrzyłem tekst o stu klasach mundurowych na Stulecie  Niepodległości.

 

Te dwa dowody na istnienie zdecydowanego kursu rządu, ukierunkowanego na jednoznaczną indoktrynacje patriotyczno-militarną uczniów polskich szkół, spowodowały, że uruchomił się proces skojarzeń i odniesień do historii, zwłaszcza tej poprzedzającej tragiczne lata II Wojny Światowej…

 

Uprzedzę ewentualne głosy protestu, że przesadzam, wyolbrzymiam, złośliwie implikuję rządzącym złe intencje. Przecież celem pani minister Zalewskiej jest ze wszech miar uzasadniona wola, aby „w stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości […] podjąć działania służące budowaniu wspólnoty, kształtowaniu tożsamości narodowej i poczucia dumy z bycia Polakiem.”*

 

Tyle tylko, że od dumy z „bycia Polakiem” do nacjonalizmu, a dalej – szowinizmu, droga bywa niedaleka. Odbywające się od kilku lat, coraz śmielej i bardziej masowo organizowane: przemarsze, zloty, i inne „artystyczne” imprezy, a nawet błogosławione przez niektórych hierarchów kościelnych pielgrzymki „prawdziwych Polaków” na Jasną Górę, Polaków ubranych – najczęściej – w czarne stroje, pod flagami i hasłami jednoznacznie nawiązującymi do organizacji, które stały za otumanieniem milionów obywateli państw, winnych wywołania II Wojny Światowej, każą mi teraz, a nie wtedy kiedy będzie już na to za późno, wołać: STOP HIPERPATRIOTYZMOWI w szkołach, i w ogóle – w przestrzeni publicznej!

 

Czytaj dalej »



Dwa wydarzenia minionego tygodnia wywołały u mnie potrzebę felietonowego ich „skwitowania”: nauczycielski protest pod siedzibą ministerstwa edukacji i Ogólnopolska Konferencja Dyrektorów Szkół i Centrów Kształcenia Praktycznego – „Integralność edukacji ogólnej i zawodowej – nowe wyzwania XXI wieku”, której organizatorem było ŁCDNiKP. W tym pierwszym nie uczestniczyłem, to drugie  miałem możliwość – w znacznej jego części – oglądać i wysłuchać „organoleptycznie”. Jednak, choć logika podpowiada, żeby przede wszystkim komentować to co przeżyło się osobiście, nie podejmę dzisiaj  tematów, które stały się źródłem moich emocji na owej konferencji, bo byłoby to nieuczciwe wobec czytelników, którzy nic o  niej nie wiedzą – zanim nie zamieszczę pogłębionej i  możliwie obiektywnej relacji z tego spotkania teorii i praktyki edukacyjnej.

 

Dlatego ten felieton będzie rozwinięciem i pogłębieniem myśli, która towarzyszyła mi podczas formułowania sobotniej relacji z nauczycielskiej pikiety pod MEN: „Ten protest, to takie nauczycielskie Westerplatte”. W przypisie przypomniałem czytelnikom słowa, wypowiedziane przez „Papieża Polaka”, które skierował 12 czerwca 1987roku do młodzieży, właśnie na owym – symbolicznym dla Polaków – Westerplatte, podczas Jego trzeciej pielgrzymki do Polski. Przytoczę je jeszcze i tutaj:

 

„Każdy z was, młodzi przyjaciele, znajduje w życiu jakieś swoje „Westerplatte”. Jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić. Jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć. Jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić. Nie można „zdezerterować”. Wreszcie – jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba „utrzymać” i „obronić”, tak jak to Westerplatte, w sobie i wokół siebie”.

 

Robię to z premedytacją! Bo w ten sposób chcę wyrazić swoją oceną  takich form walki z władzą, która to władza jest – jak na razie –  w demokratyczny sposób nie do obalenia i działa autorytarnie i arogancko. Tak jak obrona polskiej placówki na półwyspie Westerplatte w 1939 roku była jedynie formą manifestacji postawy sprzeciwu Polaków wobec brutalnej napaści na nasz kraj – z góry skazaną na porażkę, ale będącą, podobnie jak jeszcze dłużej broniący się Hel, przez następne dziesięciolecia symbolem „polskiego bohaterstwa w imię honoru” – tak i owa nauczycielska pikieta, transparenty niesione przez jej uczestników i wygłaszane tam przemówienia liderów, miały jedynie symboliczny i „honorowy” charakter. Umocniła mnie w tym przeświadczeniu wypowiedź pani minister, przytoczona przez telewizje, że  „protest (jest) oparty na nieprawdziwych przesłankach m.in. na tym, że nie zostały wypłacone podwyżki dla nauczycieli” i że ZNP dlatego urządza takie protesty, bo jest politycznym przeciwnikiem rządów PiS.

 

Nie zmieniam mojej opinii, że udział tysięcy nauczycieli w tym sobotnim proteście – członków lub sympatyków Związku Nauczycielstwa Polskiego (bo KSOiW NSZZ „Solidarność”, jak dotąd, nie protestuje), to jedynie taka walka o słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć, od której nie można się uchylić, nie można „zdezerterować”. Ale walka, która nic nie załatwi, nie przyniesie zwycięstwa.

 

Czytaj dalej »



Ze wszystkich tematów minionego tygodnia, zauważonych i niezauważonych przez „Obserwatorium Edukacji”, wybrałem do skomentowania te jeden. Będzie  o tym, co zostało wczoraj przedstawione Czytelnikom OE bez komentarza, czyli o raporcie opublikowanym na stronie Obserwatorium Rynku Pracy dla Edukacji (ORPdE), zatytułowanym „Decyzje edukacyjne i zawodowe uczniów łódzkich szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych.

 

Przyznam, że ośmieliłem się podjąć ten problem po przeczytaniu postu prof. Śliwerskiego, który w czwartek,12 kwietnia, zamieścił na swym blogu tekst, zatytułowany Żenujący brak podstawowej wiedzy metodologicznej doktora habilitowanego i afirmatorów jego ignorancji” *. Wiem, wiem: nie jestem profesorem pedagogiki (co prawda specjalizującym się w teorii wychowania), a autorka owego raportu –  Dorota Cierniak-Dymarczyk – nie jest doktorem habilitowanym. To jednak nie usprawiedliwia, abym – mając świadomość, określę to łagodnie, uchybień metodologicznych, które nie upoważniają autorów cytowanych badań do formułowania ogólnych wniosków – udawał, że nic się nie stało.

 

A ta moja świadomość ma swą genezę w fakcie, że jeszcze podczas studiów pedagogicznych przeszedłem solidny kurs metodologii badań społecznych w ramach zajęć, prowadzonych przez  Izę Muchnicką-Diakow – absolwentkę znanej i cenionej łódzkiej szkoły socjologicznej, będącą już wówczas pracownicą Zakłady Pedagogiki Społecznej w Instytucie Pedagogiki i Psychologii UŁ. Ale moja wiedza w obszarze metodologii badań społecznych ugruntowała się przede wszystkim dzięki temu, że podczas mojej ośmioletniej pracy w tymże Zakładzie (od 1981 roku – katedrze), przez kilka lat  asystowałem pani doc. dr hab. Irenie Lepalczyk – następczyni prof. Aleksandra Kamińskiego na stanowisku kierownika tego Zakładu –  w prowadzonych przez nią seminariach magisterskich.

 

I dzięki temu nikt mi nie wmówi, że badania prowadzone metodą, którą prof. Kamiński nazywał sondażem diagnostycznym, realizowane techniką ankiety anonimowej, przeprowadzonej w sposób – jak to opisano we wstępie do przytoczonego wczoraj raportu z owych badań – upoważnia do nadania mu tytuł: Decyzje edukacyjne i zawodowe uczniów łódzkich szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych”.

 

 

Czytaj dalej »



Nie będzie chyba dla nikogo z czytelników zaskoczeniem, że z wszystkich możliwych tematów edukacyjnych najbliższy jest mi problem edukacji zawodowej (12 lat dyrektorowania łódzkiej „Budowlance”).I to chyba wyjaśnia, że nie mogę pozostawić bez komentarza, przygotowywanego przez MEN od kilku miesięcy, Kongresu Powiatów „Dobry Zawód”, który odbył się 6 kwietnia we Wrocławskim Centrum Kongresowym.

 

Dziś znamy relację o jego przebiegu głównie z komunikatu, zamieszczonego na ministerialnej stronie internetowej. Trudno spodziewać się po tym źródle obiektywizmu, wiec podjąłem trud zweryfikowania ukazanego tam obrazu owego „wielkiego wydarzenia” w innych, niezależnych źródłach. Nie wliczając do tej kategorii informacji na fanpage „Radia Maryja i obszernego komunikatu Centrum Prasowego PAP – wyszukiwarka zaproponowała jedynie kilka lokalnych mediów, linki na strony paru szkół zawodowych i… i na stronę posłanki Mirosławy Stachowiak-Różeckiej (PiS), znanej z tego, że – podobnie jak Aleksander Kwaśniewski –  uznała, iż jeśli doszło się do tzw. absolutorium, to choć pracy magisterskiej się nie obroniło, ma się wyższe wykształcenie.

 

Do informacji tam zamieszczonej za chwilę powrócę, ale wcześniej jeszcze o tym, czym chwaliły się w związku z wrocławskim kongresem niektóre szkoły zawodowe. Jako pierwszy zasłużył na zacytowanie Zespół Szkół Przemysłu Spożywczego  w Kielcach. Już 20 marca  poinformowano tam dumnie, że jako jedyna szkoła z województwa świętokrzyskiego będzie współtworzyć wraz z Ministerstwem Edukacji Narodowej Kongres Powiatów „Dobry Zawód”. To z tego źródła dowiedziałem się, że swoją obecność na kongresie obiecał sam Mateusz Morawiecki. Niestety – wtedy nie przewidziano, że właśnie tego samego dnia premier będzie musiał towarzyszyć prezesowi swej partii w odsłonięciu pomnika ofiar katastrofy/zamachu (?) pod Smoleńskiem, który to pomnik, jeszcze przed warszawskim – na życzenie Viktora Orbána – odsłaniano akurat 6 kwietnia w Budapeszcie. I – niestety – nie zaszczycił pan premier swą obecnością tego „wiekopomnego” wydarzenia we Wrocławskim Centrum Kongresowym!

 

I teraz możemy już wrócić do posłanki Stachowiak-Różeckiej. To ona, w konsekwencji nieobecności Premiera Rządu RP, dostąpiła wielkiego wyróżnienia, czym pochwaliła się na swojej internetowej stronie: Miałam zaszczyt odczytać list od Prezesa Rady Ministrów Mateusza Morawieckiego skierowany do uczestników Kongresu Powiatów”. A w nim, między innymi, takie oto „górnolotne” zdania:

 

„Szanowni Uczestnicy Kongresu, to nasze dzieci i wnuki będą budowały Polskę, za którą tęsknimy. Państwo nowoczesne, stawiające na innowacyjność, uczestniczące na pełnych prawach w rewolucji technologicznej. Wpisujące się w Strategię na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju zmiany w systemie kształcenia zawodowego to inwestycja w taką przyszłość. Inwestycja, która nie tylko zapewni kadry dla polskiej gospodarki, ale wzmocni też społeczną odpowiedzialność biznesu.”

 

Prawda, że łza że wzruszenia w oku się kręci, i dech w piersi zapiera….

 

 

Czytaj dalej »