Zgodnie ze złożoną w zakończeniu I części VI rozdziału moich wspomnień Między starymi a nowymi czasy – w WPW-Z” deklaracją, że w nieodległej przyszłości opublikuję następne trzy podrozdziały, przedstawiam rozwinięcie zaprezentowanych tam podtytułów. Jednocześnie przepraszam, że ten „niedługi czas” tak się przdłużył – ale stało się to z przyczyn ode mnie niezależnych. Oto obiecana II część rozdziału VI:

 

Foto: www.polskaniezwykla.pl

 

Budynek, który był siedzibą Wojewódzkiej Poradni Wychowawczo-Zawodowej w Łodzi – widok od strony ul. Zielonej.

 

 

4.Zmiany w państwie – rząd Tadeusza Mazowieckiego i nowy kurator

 

Na początek przypomnę, że na stanowisko dyrektora WPW-Z powołała mnie z dniem 1 września 1988 roku, krótko po tym gdy sama została Kuratorem Oświaty i Wychowania w Łodzi, dotychczasowa instruktorka Wydziału Nauki, Oświaty i Kultury Komitetu Łódzkiego PZPR – Iwona Bartosik. Pamiętacie jak wspominałem, jakim to było wtedy dla mnie zaskoczeniem – wszak jeszcze przed pięcioma laty nie godziła się na to, abym w tej samej poradni pracował jako zwykły pedagog.

 

Po kilku miesiącach, pewna znajoma osoba, bardzo dobrze zorientowana w sytuacji kadrowej ówczesnych łódzkich vipów, powiedziała mi, że Bartosikowa decyzję o moim awansie podjęła w jednym celu: aby „pokazać światu”, jaka to ona jest otwarta na wszelkie zmiany i niepamiętliwa… Bo ona już wtedy wiedziała, że wszystko zmierza ku „sztandar wyprowadzić” i miała nadzieję, że to pomoże jej przetrwać nadchodzące zmiany. Bo że idą nieuchronne zmiany, to dowiedziała się od swojego męża – doktora habilitowanego, pracującego na Politechnice Łódzkiej, który w tym czasie nie tylko był pierwszym sekretarzem Komitetu Uczelnianego PZPR na PŁ, ale także członkiem Komitetu Centralnego PZPR i z tego tytułu orientował się w jakim kierunku zmierzać będzie kierownictwo tej partii.

 

Jak wiadomo – w sprawie tych zmian mąż pani kurator miał rację.

 

Jak dziś wiemy – w okresie od 6 lutego do 5 kwietnia 1989 roku w Pałacu (wtedy nazywanym) Namiestnikowskim toczyły się prace tzw, „Okrągłego Stołu”. Jego efektem było porozumienie w sprawie przeprowadzenia w czerwcu wolnych wyborów do odtworzonego Senatu i „częściowo wolnych” do Sejmu – według uzgodnionej procedury: 35% miejsc miało być przedmiotem autentycznej rywalizacji wyborczej, pozostałe 65% zastrzeżono dla kandydatów obozu władzy.

 

To otworzyło drogę do bezkrwawej zmiany nie tylko władzy, ale i ustroju w Polsce. W niedzielę 4 czerwca (uzupełniające 18 czerwca) odbyły się wybory, w wyniku których całe 35% miejsc w Sejmie zajęli kandydaci opozycji, prawie cały Senat (99 na 100 mandatów) – także. Po tym, jak namówiono posłów Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i Stronnictwa Demokratycznego do porzucenia dotychczasowego sojuszu z PZPR – w dniu 24 sierpnia Sejm wybrał premierem pierwszego niekomunistycznego rządu w powojennej Polsce Tadeusza Mazowieckiego.

 

Właśnie tego dnia odbywało się w Poradni powakacyjne posiedzenie Rady Pedagogicznej. Na zawsze utkwiły mi w pamięci tamte chwile. Wiedzieliśmy o posiedzeniu Sejmu, przerwaliśmy nasze obrady i po włączeniu telewizora śledziliśmy to historyczne wydarzenie – z owym tragicznym epizodem zasłabnięcia nowego premiera podczas wygłaszania expose.

 

12 września 1989 r. Sejm RP zatwierdził skład nowego rządu – ministrem Edukacji Narodowej został Henryk Samsonowicz, a podsekretarzem stanu została Anna Radziwiłł. Pełniła tą funkcję w dwu następnych rządach solidarnościowych – aż do 1992 roku.

 

Napisałem o tych faktach z co prawda niezbyt odległej, ale przez wielu już zapomnianej, przeszłości, gdyż nie pozostały one bez (pozytywnego) wpływu na moje funkcjonowanie w roli dyrektora WPW-Z.

 

 

x           x          x

 

 

Tak się złożyło, że w czasie gdy w państwie trwało polityczne trzęsienie ziemi, ja zacząłem (w październiku 1989 r.) kolejne, trzysemestralne studia podyplomowe – tym razem w zakresie „Organizacji i Zarządzania oświatą dla kadry kierowniczej oświaty”, prowadzone przez Centrum Doskonalenia Nauczycieli w Warszawie, ale którego zajęcia odbywały się w Centrum Szkoleniowym w Sulejówku.

 

Foto: www.ore.edu.pl

 

                                            Centrum Szkoleniowe CDN w Sulejówku. Zdjęcie współczesne

 

 

Nawiasem mówiąc, w tamtym czasie do swoistego symbolu urosła okoliczność, że idąc od stacji kolejowej do Centrum Sulejówka, przechodziło się koło dworku „Milusin” (w latach dwudziestych mieszkał tam Józef Piłsudski), w którym co prawda funkcjonowało jeszcze – umieszczone tam w latach pięćdziesiątych – miejskie przedszkole, ale wszyscy wiedzieli, że jest to miejsce symboliczne.

 

Wspominam o tym, gdyż owe półtora roku, kiedy tam co kilka tygodni przyjeżdżałem, stało się – nie tylko dla mnie – obok czasu na zdobywanie wiedzy o organizowaniu i zarządzaniu placówkami oświaty, także miejscem „pobudzenia historyczno-patriotycznego”. Wieczorami, po zajęciach, gromko śpiewaliśmy przedwojenne pieśni wojskowe – w tym „My Pierwsza Brygada”. Jednak to co było tam niepowtarzalne i najcenniejsze to to, że było to miejsce źródłem najbardziej aktualnych informacji o zmianach intensywnie trwających w ministerstwie edukacji oraz o pracach legislacyjnych, prowadzonych w sejmowej Komisji Edukacji. Było to zasługą kierownictwa tego Centrum, które zadbało, aby przyjeżdżali do nas na wykłady i spotkania nie tylko standardowi wykładowcy z CDN, ale także nowi pracownicy ministerstwa i posłowie z komisji edukacji. To tam, jeszcze na etapie projektu, poznałem treść przygotowywanej nowej Ustawy o systemie oświaty i mogłem dzięki tej wiedzy nie tylko planować moją działalność, ale także dzielić się nią z innymi – w tym z liderami samorządów uczniowskich, podczas wyjazdowych szkoleń.

 

Studia te ukończyłem w lutym 1991 – pochwalę się – z wynikiem bardzo dobrym z wyróżnieniem.

 

 

x           x           x

 

Od utworzenia rządu premiera Mazowieckiego musiało minąć kilka miesięcy, aby fala zmian dotarła do Łodzi – w tym do łódzkiego kuratorium. Dopiero – jak pamiętam – w czerwcu 1990 roku rozstrzygnięto pierwszy (historyczny) konkurs na kuratora oświaty i wychowania. Było wielu kandydatów, wszyscy „z nowych zasobów kadrowych”. Ale ostatecznie nowym kuratorem został… niespełna 31-letni magister psychologii – Wojciech Walczak.

 

Foto: www. lodz.naszemiasto.pl

 

Wojciech Walczak – zdjęcie z 2006 roku.

 

 

Kolejnym krokiem były – oczywiste – zmiany kadrowe na niższych stanowiskach. Z czterech dotychczasowych wicekuratorów pozostał tylko jeden – ten, który odpowiadał za sprawy finansowe. Tym wicekuratorem (przed objęciem tego stanowiska był on przez wiele lat inspektorem oświaty na Widzewie), który pozwolił młodemu, nie mającemu doświadczenia w zarządzaniu finansami żadną placówką oświatową kuratorowi przetrwać bez katastrofy, był Edmund Wawrzyński. Pozostali – w tym mój bezpośredni zwierzchnik, czyli Roch Kopacki oraz zarządzający kształceniem zawodowym Henryk Sobierajski, a także wicekurator ds. obronnych (nie pamiętam jak się nazywał) zostali zwolnieni.

 

Mijały kolejne dni, atmosfera w szkołach i placówkach oświatowych była podminowana – wielu ich dyrektorek i dyrektorów wyczekiwało na decyzję co do swojego dalszego losu: zwolni, czy nie zwolni…

 

Jak pamiętam – jeszcze w lipcu podjąłem decyzję, że nie ma co wyczekiwać – trzeba sytuacji wyjść naprzeciw. Nie będę czekał aż o tym że będę odwołany dowiem się, jak ten przysłowiowy zdradzany mąż, ostatni – od moich pracowników… Umówiłem więc wizytę u nowego kuratora i w wyznaczonym terminie zapukałem do drzwi sekretariatu, przez który jeszcze tak niedawno wchodziło się do pani kurator Bartosik.

 

I aby dalszy przebieg opisanego wydarzenia był zrozumiały, muszę w mej opowieści cofnąć się o 9 lat. Pamiętacie jak w eseju O tym, że nie tylko dydaktyką i pracą naukową żyłem opowiadając o końcowej fazie mojej przynależności do PZPR, wspominałem o strajku studentów z przełomu stycznia i lutego 1981 roku?:

 

Pracami Komitetu Strajkowego kierowały dwie osoby: Marek Perliński – student psychologii i filozofii i Wojciech Walczak – także z psychologii. Ten pierwszy w Stanie Wojennym wyemigrował do Szwecji, zaś Walczak, po tym, jak w noc 13/14 grudnia, razem z kierownictwem łódzkiej „Solidarności”został internowany, i w dalszej konsekwencji tego – skreślony z listy studentów, ale niedługo potem  wrócił na studia i skończył je w 1984 roku, a po 1989… odegrał pewną, ważna rolę, nie tylko w mojej biografii zawodowej. Ale o tym opowiem w jednej z następnych części moich wspomnień.”

 

I jeszcze jeden fragment tamtego eseju – o moich relacjach ze strajkującymi studentami:

 

W ogóle byłem na co dzień blisko strajkujących, bywałem częstym gościem Komitetu Strajkowego, kierującego protestem w siedzibie IPiP. Na jego czele stał student pedagogiki – Paweł Januszkiewicz, który bywał na odprawach w strajkowej „centrali”, która działała w siedzibie Wydziału Filologicznego przy Kościuszki. Pewnego dnia, gdy stamtąd wrócił, przyszedł do mnie – w stanie lekkiego wzburzenia – i powiedział: „Panie magistrze, Walczak (jeden z liderów łódzkiego strajku) powiedział mi przy ludziach, że na pedagogice to strajkiem rządzi sekretarz partii. Czy to prawda?” Na co ja do niego: „Ty mnie nie pytaj, zapytaj siebie, czy czujesz się przeze mnie rządzony”. Chwilę pomyślał i powiedział: „No nie. Ale dlaczego pan z nami siedzi?” Na co ja: „Bo popieram wasze żądania.” I już bez obaw i zahamowań z jego strony towarzyszyłem im aż do końca.

 

I oto teraz ja, co prawda były, ale jednak – pierwszy sekretarz POP w Instytucie Pedagogiki i Psychologii na UŁ, aktualnie dyrektor wojewódzkiej poradni, powołany na to stanowisko przez poprzednią „komunistyczną” kuratorkę, składa wizytę nowemu, z nadania solidarnościowej władzy, kuratorowi wizytę.

 

Powitanie było – takie odniosłem wrażenie – szczerze serdeczne. Nie było co prawda „kawa czy herbata”, ale było poproszenie abym zajął miejsce nie – jak petent – po drugiej stronie kuratorskiego biurka, a jak gość – przy stoliku obok. Na pytanie „Co pana do mnie sprowadza?” wyłożyłem, bez owijania w bawełnę istotę sprawy: „Panie kuratorze. Jestem przekonany że pan wie iż znamy się z dawnych czasów. Ja jestem człowiekiem-realistą; zrozumiem jeśli ma pan zamiar powołać na funkcję dyrektora WPW-Z „nowego” człowieka. I przyszedłem tu po to, aby powiedział mi pan to teraz, abym nie dowiadywał się o tym od pracowników poradni”.

 

Reakcja kuratora Walczaka była – powiedziałbym – spontaniczna (przytaczam to tak jak zapamiętałem, ale zawsze można to skonfrontować z pamięcią Wojciecha Walczaka):

 

Panie dyrektorze! Z posiadanych przeze mnie informacji wiem, że bardzo dobrze kieruje pan działalnością poradni. Nie miałem i nie mam zamiaru odwołania pana z tej funkcji. Proszę dalej, bez obaw pracować.

 

Dodam jeszcze, że Wojciech Walczak, po tym jak umożliwiono mu powrót na studia, które ukończył z tytułem magistra psychologii w 1984 roku, przez cztery lata – do 1988 – był zatrudniony w Rejonowej Poradni Wychowawczo-Zawodowej nr 2 przy ulicy Hipotecznej na Bałutach. Dyrektorką tej poradni była Wiesława Polak – ta sama, która przed laty była dyrektorką domu dziecka im. J. Korczaka i w tej roli była ze swoimi wychowankami na moim obozie harcerskim w 1971 roku w Jasieniu. I to ona najprawdopodobniej była jego źródłem informacji o mojej pracy w roli dyrektora WPW-Z.

 

I od tej pory, już z poczuciem stabilizacji mojego zatrudnienia, mogłem zająć się realizacją moich planów, a nawet podejmować zupełnie nowe zadania.

 

A było to nie tylko opisane już wspieranie samorządności uczniowskiej, ale także inne działania, które dopiero teraz miały dobry klimat do ich podejmowania. Najbardziej spektakularną inicjatywą, której idea mogła zostać zrealizowana tylko w klimacie jaki stworzyła zmiana systemu politycznego, a w jej konsekwencji także sposobu postrzegania spraw społecznych, w tym wychowania, opieki i wspierania rozwoju, było utworzenie – zanim jeszcze zaistniały po temu nowe podstawy prawne – Poradni dla Młodzieży.

 

Wszystko zaczęło się jeszcze w 1989 roku. Pomysł dojrzewał już wcześniej, jego pierwsze zarysy ponoć rodziły się jeszcze podczas gdy dyrektorem Wojewódzkiej Poradni był Bolesław Możdżeń. Ale to podczas wyjazdowego szkolenia dla liderów samorządów uczniowskich, jesienią 1989 roku, nie tylko ja, ale i uczestniczący tam w roli prowadzących warsztaty pracownicy WPW-Z, utwierdziliśmy się w przekonaniu, że aby skutecznie pomagać młodym ludziom – uczniom szkół ponadpodstawowych w ich problemach z którymi muszą sobie radzić, potrzebne są nowe rozwiązania organizacyjne. Także dlatego, że piętnasto-, osiemnastoletni uczniowie i uczennice mają opory przed wizytą w poradni, do której przychodzą parolatkowie z rodzicami. A ja miałem – dodatkowo – jeszcze jedno „obserwatorium” problemów młodzieży – cotygodniowe dyżury w Młodzieżowym Telefonie Zaufania.

 

I tak narodził się projekt koncentracji sił, czyli utworzenia w Łodzi oddzielnej poradni, która specjalizowałaby się wyłącznie w problematyce młodzieży starszej.

 

Na początek powołany został w WPW-Z dział dla młodzieży, którego pracownicy byli tam – w większości – zatrudnieni na zasadach przeniesienia z ich dotychczasowych miejsc pracy w poradniach dzielnicowych, rejonowych lub miejskich. Na podstawie moich ustaleń (niestety odmówiono mi zweryfikowania tej informacji w oparciu o znajdujące się w Poradni dla Młodzieży archiwalne dokumenty personalne) – stało się to 1 września 1989 roku.

 

Ale zanim do tego doszło moim zadaniem było nie tylko znalezienie osób zainteresowanych pracą w mającej powstać poradni, którzy byliby zainteresowani przejściem „póki co” do WPW-Z, ale przede wszystkim znalezienie takiej osoby, której w przeszłości można będzie powierzyć funkcję dyrektora owej poradni.

 

Pierwszym moim kandydatem był Marek Krawiec, psycholog zatrudniony w dzielnicowej poradni na Górnej. Zaprosiłem go na rozmowę, podczas której roztoczyłem przed nim taką właśnie perspektywę jego pracy na Wólczańskiej. Ale on nie był zainteresowany takim awansem. Za to kolejna kandydatka – dotychczas pracująca w Miejskiej Poradni Wychowawczo-Zawodowej w Pabianicach – Jolanta Szkalska – moją ofertę zmiany miejsca pacy, a w przyszłości także objęcia tam kierowniczej funkcji, przyjęła bez zastanowienia. I tak stała się osobą, która organizacyjnie przygotowała, a później realizowała założenia tego projektu, w którego wypracowywaniu nie tylko uczestniczyła, ale stała się niekwestionowaną liderką tego zespołu psychologów i pedagogów.

 

Choć nowa Ustawa o systemie oświaty, która przewidywała w systemie poradnictwa poradnie specjalistyczne zaczęła obowiązywać dopiero od 1 września 1992 roku, to nasza poradnia, jeszcze z nazwą Wychowawczo-Zawodowa – decyzją Kuratora Oświaty i Wychowania – ruszyła już od dnia 1 stycznia 1991 roku. [Dokument o powołaniu tej poradni –TUTAJ]

 

Aby było to możliwe musiałem odpowiednio wcześniej odbyć z kuratorem Walczakiem rozmowę, podczas której nie tylko zapoznałem go z ideą utworzenia, ale przede wszystkim z gotowym projektem działalności tej nowatorskiej placówki. Bardzo mu się to rozwiązanie spodobało, ale oświadczył, że nie może wydać decyzji o utworzeniu takiej poradni, gdyż dotychczasowe przepisy prawa przewiduję jedynie poradnie wojewódzkie, powiatowe, miejskie, dzielnicowe i rejonowe. Nie ma tam wymienionych poradni specjalistycznych. Wtedy ja powiedziałem mu, że przecież już w przyszłym roku wejdzie w życie nowa ustawa, która poradnie specjalistyczne, jako rodzaj poradni psychologiczno-pedagogicznych, przewiduje. A teraz może pan powołać poradnię młodzieżową jako poradnię rejonową, dla której rejonem będą wszystkie szkoły ponadpodstawowe miasta Łodzi.

 

I muszę Wojciechowi Walczakowi wyrazić mój wielki szacunek i uznanie za to, że „poszedł” na ten „kruczek” prawny i dzięki temu w Łodzi, z dniem 1 stycznia 1991 roku, powstała jako pierwsza i jedyna (do dzisiaj) w Polsce Poradnia dla Młodzieży. Jej dyrektorką została Jolanta Szkalska, a pierwszymi jej pracownikami dotychczasowi pracownicy Działu dla młodzieży Poradni Wojewódzkiej. Jej siedzibą był budynek, którym administrowała WPW-Z. Tu nic, poza uzyskaniem autonomii, nie zmieniło się.

 

A od 1 września 1992 roku została ona przekształcona w Poradnię Psychologiczno-Pedagogiczną dla Młodzieży. Dopiero od niedawna nosi ona w pełni adekwatną do jej charakteru nazwę Specjalistycznej Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej dla Młodzieży.

 

 

x           x           x

 

 

Nie mogę tu nie wspomnieć także o bardzo nietypowej dla takich placówek jak wojewódzka poradnia działalności, jaką było „Przytulisko”. Taką nazwę miała działająca na IV piętrze świetlica dla dzieci z rodzin uzależnionych od alkoholu. Z propozycją utworzenia takiego miejsca w ramach poradni przyszła do mnie Lili Madalińska – która nasz budynek znała, gdyż przez lata kiedy była wizytatorem metodykiem ds. profilaktyki i resocjalizacji, wraz z metodykami od innych problemów, urzędowała właśnie na IV pietrze budynku przy Wólczańskiej 23. I to ona, z racji charakteru swej działalności wizytatora, miała rozeznanie w organizacjach zajmujących się problemami uzależnień – w tym ALANON-u.

 

Ale – formalnie rzecz biorąc – poradnia wychowawczo-zawodowa nie miała tego typu działalności w zakresie swoich zadań. Dlatego pierwszym krokiem musiało być powołanie do życia Stowarzyszenia Pomocy Rodzinom Współuzależnionym od Alkoholu „Nadzieja”. Tak się stało, że akurat w tym czasie rozpoczęła pracę w WPW-Z młoda psycholożka, po studiach na Uniwersytecie Warszawskim – Hanna Arend. I wszystko co było związane z uruchomieniem i poprowadzeniem działalności tej świetlicy stało się jej pierwszym zadaniem. Znalazłem się, obok pani Arend i jeszcze kilku innych osób, w grupie członków-założycieli tego stowarzyszenia, które zostało zarejestrowane w Sądzie w lutym 1992 roku. Od początku przewodniczącą Stowarzyszenia była pani Hanna. I po tym terminie rozpoczęła także działalność świetlica „Przytulisko”. Prowadziła je, w ramach swojego etatu, oczywiście pani Hanna Arend, wraz z Urszulą Wiszniowską – także zatrudnioną w WPW-Z.

 

Stowarzyszenie, choć powstało w celu uruchomienia „Przytuliska”, prowadziło także jeszcze inną, statutową działalność, to znaczy: pomoc psycho-pedagigiczną rodzinom osób uzależnionych, profilaktykę uzależnień wśród dzieci i młodzieży i działalność edukacyjną adresowaną do pedagogów szkolnych, pracowników socjalnych i kuratorów sądowych. Ale przede wszystkim stowarzyszenie zdobywało dodatkowe środki na działalność świetlicy (np. organizując loterie w Parku im. J. Piłsudskiego), a także spotkania gwiazdkowe czy z okazji „Dnia Dziecka”. Stowarzyszenie prowadziło także grupy terapeutyczne oraz organizowało obozy terapeutyczne.

 

Przytulisko” działało też po likwidacji WPW-Z – w ramach nowopowstałej Specjalistycznej Poradni Psychologiczno-Pedagoicznej Doradztwa Zawodowego i dla Dzieci z Wadami Rozwojowymi – aż do czasu, gdy władze miasta zdecydowały o przeprowadzce obu poradni (także Poradni dla Młodzieży) do budynku, będącego nową siedzibą Pałacu Młodzieży im. J. Tuwima, na na Retkinię, czyli do 2000 roku.

 

 

x            x           x

 

 

Na odrębne wspomnienie, bez wątpienia również będące skutkiem zmian ustrojowych, zasługuje renesans moich kontaktów z byłym kolegą z UŁ, wtedy już doktorem, Bogusławem Śliwerskim. W 1985 roku obronił on rozprawę doktorską nt.„Metodologiczne aspekty naukowych dociekań nad istotą samowychowania” i był na etapie wypracowywania sobie dorobku do habilitacji.

 

Obok aktywności w ramach ruchu nowatorstwa pedagogicznego w formule tzw. „klas autorskich”, dla którego punktem wyjścia stała się jego działalność w Szkole Podstawowej nr 37 przy ul. Szpitalnej na łódzkim Widzewie, gdzie wraz z pracującą tam jego żoną Wiesławą prowadzili ów eksperyment, (O dalszych efektach mojego współdziałania ze Śliwerskim i w tej działalności opowiem później) zauroczył się on w tym czasie ideą antypedagogiki, głoszoną przez pewnego Szwajcara – Hubertusa von Schoenebecka. Nie był on wówczas w Polsce znany, więc najprawdopodobniej, gdy Śliwerski wpadł na pomysł aby zaprosić go do Polski i zorganizować z nim spotkanie, nie znalazł poparcia dla tego projektu we władzach UŁ.

 

Nie znajdziecie o tym etapie rozwoju naukowego późniejszego profesora Śliwerskiego informacji w jego oficjalnych biografiach, ani nawet w opublikowanym w 2021 roku przez ŁCDNiKP nieregularniku „Dobre Praktyki”, w całości poświęconemu tytułowemu bohaterowi, publikacji, zatytułowanej „Przedstawiamy profesora Bogusława Śliwerskiego”.

 

Wizyta von Schoenebecka odbyła się – jak zaplanowano – w poradni, spotkała się z zainteresowaniem jej uczestników, a przy okazji stała się ważnym elementem zacieśnienia moich kontaktów ze Śliwerskim. Ich zwieńczeniem był mój udział w projekcie powołania Stowarzyszenia „Szkoła dla Dziecka”, a w dalszej perspektywie – przygotowaniach do otworzenia społecznej szkoły podstawowej, której organem prowadzącym byłoby to stowarzyszenie, szkoły o takiej samej jak stowarzyszenie nazwie. Ale to działo się już trochę później – opowiem o tym w jednej z następnych części tego rozdziału moich wspomnień.

 

A doktor Śliwerski przez kilka najbliższych lat promował poglądy von Schoenebecka – pierwszym tego dowodem jest powstała w 1992 roku, napisana wspólnie z ówczesnym adiunktem Uniwersytetu Gdańskiego dr Tomaszem Szkudlarkiem, książka zatytułowana Wyzwania pedagogiki krytycznej i antypedagogiki (Kraków 1992), wznowiona w roku 2010.

 

 

x            x           x

 

 

I jeszcze jeden epizod, zapowiedziany już wcześniej, muszę przypomnieć. Otóż jednym ze skutków zmian politycznych po 1989 roku był XI Zjazdu PZPR, który odbył się 27 stycznia 1990 roku w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki, podczas którego jego uczestnicy przyjęli uchwałę o zakończeniu działalności partii. Konsekwencją tej decyzji była likwidacja wszystkich struktur PZPR – w tym Komitetu Dzielnicowego dla dzielnicy Łódź Bałuty. W efekcie tego wszyscy tam zatrudnieni zostali bez pracy. W tym jego dotychczasowa pierwsza sekretarz, moja koleżanka i dawna druhna – komendantka Hufca ZHP Łódź Bałuty – Ela Wójcikowska-Ociepa. Przypominam, że to dzięki jej interwencji u towarzyszki Bartosik mogłem zostać w roku 1987 zatrudniony w łódzkim ODN. Nie napisałem jeszcze, że była ona – z pierwszego wykształcenia – nauczycielką matematyki.

 

I teraz przyszedł czas, abym to ja zadziałał na zasadzie „druh druhowi (w tym przypadku druhnie) druh”. Bo teraz to ona przyszła do mnie z prośbą o pomoc w znalezieniu dla siebie miejsca pracy. Miałem świadomość sytuacji, że po tylu latach przerwy w wykonywaniu zawodu nauczyciela, a do tego w środku roku szkolnego, nierozsądne i nierealne byłoby obiecywanie jej pracy w szkole. Dlatego zapytałem, czy chciałaby pracować w systemie poradni – w obszarze orientacji zawodowej. Po jej „ale ja nie mam o tym pojęcia” – przekonałem ją, że zorganizuję jej przyśpieszony kurs w wykonaniu specjalistów od orientacji z poradni wojewódzkiej. Gdy – z oporami – wyraziła zgodę na mój projekt, pozostał problem w której poradni można by znaleźć dla niej etat. I wtedy doznałem olśnienia: Tą poradnią będzie poradnia rejonowa nr 2 dla dzielnicy Łódź Bałuty z ulicy Hipotecznej. Bo jej dyrektorką jest nadal pani Wiesława Polak, a ona ma już doświadczenie w zatrudnianiu „problemowych” kandydatów. Wszak zatrudniła, jeszcze w poprzednim ustroju, młodego psychologa, czynnego opozycjonistę, Wojciecha Walczaka. A poza tym to moja dobra znajoma – jeszcze z czasów kiedy ona była dyrektorką domu dziecka, a ja komendantem hufca.

 

Wystarczyła jedna rozmowa telefoniczna z panią dyrektor Polakową i Ela Wójcikowska została zatrudniona w tej poradni jako pedagog od orientacji zawodowej. A „moi” specjaliści, w expresowym tempie, przeszkolili ją do nowych zadań….

 

I tak zadziałałem symetrycznie – według zasady „druh druhowi druh”. A Ela Wójcikowska pracowała tam jeszcze wiele lat – do emerytury. Zmarła 21 lutego 2011 roku.

 

 

5.Mój udział w reformie systemu – „okrągły stół poradnictwa” w MEN

 

Zanim o moim udziale – muszę opowiedzieć jak do tego doszło. Najpierw muszę poinformować, że w tamtych czasach działał w Warszawie Centralny Ośrodek Metodyczny Poradnictwa Wychowawczo-Zawodowego. Obok innych zadań był on organizatorem, odbywanych dwa razy w roku, spotkań/konferencji dyrektorek i dyrektorów wszystkich 49. Wojewódzkich Poradni Wychowawczo-Zawodowych. Odbywały się one w różnych miejscowościach – za każdym razem inna wojewódzka poradnia była ich gospodarzem. Po raz pierwszy uczestniczyłem w takim spotkaniu już jesienią 1988 roku. Ich program wypełniali przede wszystkim pracownicy COMPW-Z, którzy głównie omawiali tematy z wybranych obszarów pracy poradni. Ale uczestniczyli w nich także przedstawiciele ministerstwa – w różnej randze, zwykle informujący o aktualnych kierunkach działania resortu lub o nowych aktach prawa oświatowego.

 

Wszyscy którzy mnie znają wiedzą, że nie należę do osób, siedzących na takich zebraniach cicho. Bardzo szybko dałem się poznać jako ten, który nie zawaha się wypowiedzieć opinię swojego środowiska przedstawicielom władz – nawet jeśli różni się ona od tej lansowanej przez prelegentów. I że nie boję się wystąpień publicznych, w których śmiało dzielę się swoimi myślami.

 

To co napisałem nie jest samochwalstwem – to charakterystyka moich cech, które dawały o sobie znać wielokrotnie w moim życiu i za które nie jeden raz słono płaciłem. Teraz musiałem o tym wspomnieć, bo inaczej byłaby niezrozumiała sytuacja, o której za chwilę.

 

Na jednej z takich konferencji, w pierwszej połowie 1991 roku (nie pamiętam ani jej daty ani miejscowości w której się odbywała), wystąpił/a wysoki/a urzędnik/czka MEN (też nie pamiętam kto to był), kto w imieniu ówczesnej wiceminister Anny Radziwiłł poinformował o trwających pracach nad projektem Ustawy o systemie oświaty i o tym, że pani Radziwiłł podjęła decyzję o utworzeniu swoistego „okrągłego stołu poradnictwa”, przy którym wypracowany zostanie nowy model poradnictwa – dostosowany do „ducha” powstającej ustawy. I że zgodnie z jej koncepcją struktura uczestników tych obrad ma być taka: 5 osób reprezentujących: MEN (w tym ona jako przewodnicząca), 5 osób z Centralnego Ośrodka Metodycznego Poradnictwa Wychowawczo-Zawodowego oraz 5 osób wybranych w tajnym głosowaniu przez dyrektorów wszystkich poradni wojewódzkich. I Tego wyboru mamy właśnie dziś dokonać.

 

Wybory – tajne – przeprowadzono niezwłocznie. Znalazłem się na szerokiej liście kandydatów, a po ogłoszeniu wyników głosowania okazało się, że także na liście delegatów. Byłem w tym gronie dyrektorem o najkrótszym stażu na funkcji dyrektora poradni wojewódzkiej…

 

Okrągły Stół Poradnictwa” obradował w Warszawie kilka razy i – jak się okazało — wcale nie przy okrągłym stole. Pierwsze spotkanie odbyło się w listopadzie 1991 roku w gmachu ministerstwa. Zdarzyło nam się bywać także w gabinecie pani wiceminister Radziwiłł. Pozostał mi w pamięci obraz dużego biurka i stołu, niemal całkowicie zawalonych dokumentami i książkami. I obraz gospodyni tego gabinetu – starszej pani w kapciach. Tak, tak – typowych domowych bamboszach…

 

Więcej o tej wyjątkowej osobie napisałem we Wspomnieniu o nauczycielce, wiceministrze edukacji – arystokratce nie tylko z nazwiska!

 

Foto:S.Pulcyn/PAP[www.dzieje.pl]

 

 

Dr. Anna Radziwiłł – Wiceminister Edukacji w latach 1989–1992 – za biurkiem w swoim gabinecie.

 

 

To podczas obrad tego,jedynie symbolicznie, okrągłego stołu – bo nie było tam podziałów na My (władza) i Oni (dyrektorzy „z terenu”) – narodziła się koncepcja zastąpienia poradni wychowawczo-zawodowych siecią poradni psychologiczno-pedagogicznych: miejskich, powiatowych, rejonowych – tzw. „ogólnych”, ale wzbogaconej o nowy typ poradni – o poradnie specjalistyczne, tworzone według potrzeb i możliwości kadrowych konkretnych środowisk lokalnych. Uznaliśmy – wszyscy zgodnie – że nie ma powodu utrzymywania poradni wojewódzkich. Realizowane przez nie na rzecz klientów zadania przejmą właśnie poradnie specjalistyczne, zaś nadzór nad wszystkimi poradniami powinny sprawować kuratoria oświaty.

 

Nasz „okrągłostołowy” projekt stał się wkrótce fragmentem nowej Ustawy o systemie oświaty, w której zapisano, że z dniem 31 sierpnia 1992 roku Wojewódzkie Poradnie Wychowawczo-Zawodowe przestają istnieć!

 

I w taki właśnie sposób przyłożyłem swoją rękę (w głosowaniach), a wcześniej także i swój głos w dyskusjach, do likwidacji instytucji, której byłem dyrektorem..W konsekwencji – jesienią 1992 roku musiałem szukać nowej pracy. Ale to jest już temat na kolejną opowieść….

 

 

6.Koniec na własne życzenie i przegrany konkurs na dyrektora nowej poradni.

 

Wiedząc o likwidacji poradni wojewódzkich wcześniej od innych, już na kilka miesięcy przed 31 sierpnia 1992 roku przygotowałem projekt naszej łódzkiej poradni specjalistycznej, która przejmie z dniem 1 września jej funkcje w realizowaniu zadań wobec określonych kategorii problemów i klientów. I wymyśliłem nawet jej nazwę: Specjalistyczna Poradnia Psychologiczno-Pedagoiczna Doradztwa Zawodowego i dla Dzieci z Wadami Rozwojowymi ((SPPPDZidDzWR) Nie ukrywam, że spotkała się ona z krytykę, że jest za długa. Ale ja przekonywałem wszystkich, że spełnia podstawową funkcję, którą nazwa instytucji powinna spełniać: dobrze informuje o tym z jakimi sprawami/problemami można tam się zgłaszać. I mam tę satysfakcję, że wkrótce minie 30 lat, a nazwa ta nadal widnieje na szyldzie, pieczątce i stronie internetowej tej poradni.

 

Z tego samego powodu, już na wiele miesięcy przed mającą nastąpić likwidacją mojego miejsca pracy, zacząłem myśleć o tym co będę robił, gdy już to się stanie. I to wyjaśnia dlaczego tak aktywnie włączyłem się w inicjatywy doktora Śliwerskiego, o których wspomniałem już powyżej.

 

W owym czasie był on bardzo zaangażowany w ruch nowatorstwa pedagogicznego w formule tzw. „klas autorskich”. Nie poprzestawał wówczas na mówieniu i pisaniu o tym, ale uczestniczył w realizacji projektu takich klas w Szkole Podstawowej nr 37 na łódzkim Widzewie. Pierwszą taką klasę autorską poprowadziła tam jego żona Wiesława. On pełnił tam przede wszystkim rolę teoretycznego wsparcia i promotora tego projektu, a – w pewnym sensie symbolicznym – jego wkładem w praktyczną stronę tego eksperymentu było zatrudnienie się w tej szkole „na godziny” – jako nauczyciel języka niemieckiego, którego nauczał właśnie w tych klasach „autorskich”. Więcej o tym eksperymencie napisałem w jednym z felietonów – zobacz TUTAJ

 

Ale wracam do mojego uczestnictwa w inicjatywach dr Śliwerskiego. Powstał wtedy projekt, niezwłocznie wdrożony w czyn, powołania Polskiego Stowarzyszenia Edukacyjnego „Szkoła dla dziecka”. Nazwa była kopią analogicznego stowarzyszenia działającego w Szwajcarii – mateczniku ruchów, inspirowanych teorią antypedagogiki Hubertusa von Schoenebecka.

 

Byłem jednym z jego członków-zalożycieli. Poza mną i – oczywiście – małżonkami Wiesławą i Bogusławem Śliwerskimi, byli jeszcze – wymieniam jedynie tych, których nazwiska pamiętam:

 

Wiktor Żłobicki, absolwent łódzkiej pedagogiki – wtedy st.asystent na Uniwersytecie Wrocławskim, także instruktor ZHP. Aktualnie – dr hab. prof. Uniwersytetu Wrosławskiego, kierownik Zakładu Pedagogiki Ogólnej w Instytucie Pedagogiki na Wydziale Nauk Historycznych i Pedagogicznych U. Wr.

 

Krzysztof Blusz – wtedy absolwent pedagogiki, doktorant, autor książki „Edukacja i wyzwolenie” – dziś wiceprezes Zarządu WiseEuropa Institute, analityk stosunków międzynarodowych oraz doradca w zakresie polityk publicznych Unii Europejskiej.

 

Agnieszka Pfeiffer – wtedy nauczycielka matematyk – po latach ekspertka od opracowywania projektów z Funduszy Europejskich, jeszcze później – wicedyrektorka Krajowego Ośrodka Wspierania Edukacji Zawodowej i Ustawicznej w Warszawie.

 

Anna Sowińska – wtedy młoda nauczycielka w SP nr 37, prowadząca kolejną po prowadzonej przez Wiesię Śliwerską klasę autorską. Po latach została dyrektorką Szkoły Podstawowej, prowadzonej przez spółką ABiS, której nadała nazwę „Szkoła dla Dziecka”. Dziś prowadzi Gabinet Terapii „Pod Skrzydłami Anny Sowińskiej” i – razem z mężem Robertem – jest animatorką licznych inicjatyw pod szyldem „Centrum Edukacji Daltońskiej”.

 

Monika Marcinkowska-Bachlińska – wtedy mgr psychologii, zainteresowana psychologicznym wsparciem procesów uczenia się dzieci i młodzieży. Obecnie jako – po uzyskaniu „po drodze” kwalifikacji i tytułu doktora nauk medycznych, jest psychoterapeutką. Prowadzi prywatny gabinet.

 

 

x            x           x

 

 

Jak wiadomo, aby stowarzyszenie mogło zostać zarejestrowane w sądzie, należało nie tylko złożyć tam protokół z listą obecności z zebrania założycielskiego, ale przede wszystkim jego statut. Pamiętam że przyjąłem na siebie dwie role: redaktora statutu (oczywiście według ustaleń co do jego merytorycznych treści ze Śliwerskim) oraz osoby załatwiającej w imieniu Zarządu wszystkie formalności w Sądzie Rejestrowym przy pl. Dąbrowskiego.

 

Oto najważniejsze fakty (poza celami i formami działalności) zapisane w statucie które pamiętam: że szef stowarzyszenia miał tytuł prezydenta – oczywiście był nim dr Bogusław Śliwerski, zaś wiceprezydentem był mgr Wiktor Żłobicki. Ja byłem w członkiem zarządu, jeśli dobrze pamiętam z funkcją sekretarza.

 

Stowarzyszenie zostało zarejestrowane i rozpoczęło swoją działalność 30 września 1991 roku. W początkowym okresie prowadziło bardzo prężną działalność w skali ogólnopolskiej a także współpracowało z bratnim stowarzyszeniem w Szwajcarii.

 

Ale już pora aby wrócić do podstawowego celu, dla którego powołano to stowarzyszenie „Szkoła dla Dziecka”. Był to czas, kiedy podjęto decyzję o dopuszczeniu do funkcjonowania nie tylko szkół państwowych, ale także prowadzonych przez Kościoły i związki wyznaniowe oraz stowarzyszenia. I taki właśnie cel przyświecał owej inicjatywie. Aby nie pokonywać licznych oporów, nie tylko dyrekcji owej widzewskiej szkoły, należało otworzyć i poprowadzić własną szkołę, która w całości stałaby się szkołą „edukacji w wolności”. A jej organem prowadzącym miało być właśnie to stowarzyszenie.

 

Cóż, niestety – projekt nie został zrealizowany, gdyż upatrzony przez nas na siedzibę naszej szkoły budynek po zlikwidowanym właśnie przedszkolu przy ul. Rajdowej 13 na Retkini, o który wnioskowaliśmy do Urzędu Miasta Łodzi, nie został przyznany naszemu stowarzyszeniu, a Towarzystwu Oświatowemu „Lykeion”, które zgłosiło zamiar utworzenia tam Społecznego Liceum Humanistycznego „Lykeion”.

 

Równolegle z oficjalną informacją o odmowie docierały do nas różne nieoficjalne informacje od „ludzi dobrze poinformowanych”, że budynek ten otrzymali znajomi pani wiceprezydent Elżbiety Hibner (która w swoim zakresie obowiązków miała oświatę) z Politechniki Łódzkiej. A powszechnie było wiadome, że pani dr Hibner, przed objęciem stanowiska wiceprezydenta miasta, pracowała na Politechnice Łódzkiej jako adiunkt w Instytucie Elektroenergetyki.

 

Dziś, pisząc to wspomnienie po nieomal trzydziestu latach od tamtych wydarzeń, usiłowałem dotrzeć do informacji źródłowych, aby dowiedzieć się jak to naprawdę z tym kolesiostwem w wydaniu solidarnościowej władzy miasta było. Nie było to takie łatwa, gdyż że nie zachowały się w mojej pamięci żadne konkretne nazwy instytucji ani nazwiska.

 

Zacząłem od wizyty na ulicy Rajdowej 13, gdzie potwierdziłem (patrz zdjęcie), że w tym budynku nadal działa Społeczne Liceum Ogólnokształcące „LYKEION”. Wszedłem na jego internetową stronę, na której przeczytałem zamieszczoną tam historię szkoły. Stamtąd wiem, że Towarzystwo Oświatowe „Lykeion” założyło Społeczne Liceum Humanistyczne „Lykeion” we wrześniu 1993 roku, ale także iż po roku – 1 września 1994 roku szkoła zmieniła nazwą na Społeczne Liceum Ogólnokształcące i że wtedy jego dyrektorką została pani Krystyna Małgorzata Zasada

 

 

Budynek przy ulicy Rajdowej 13, w którym działa Społeczne Liceum Ogólnokształcące „LYKEION” – zdjęcie własne, współczesne

 

 

Z zamiarem uzyskania informacji o tym co działo się w tym budynku przed ową datą i kto przed panią Krystyną Zasadą kierował szkołą, skontaktowałem się telefonicznie z ową panią, która do tej pory kieruje tą placówką..

 

Niestety – usłyszałem, że ona nie znała wtedy, i dziś także nie wie, kim była owa osoba…

 

Moje „śledztwo” kontynuowałem dalej poprzez rozpytywania osób, które w tamtym czasie pracowały na PŁ, czy wiedzą kto z tej uczelni zakładał na początku lat dziewięćdziesiątych na Retkini szkołę. I dzięki temu dowiedziałem się, że dyrektorką tej szkoły została pani Grażyna Przanowska, żona Macieja Przanowskiego w tamtym czasie pracownika naukowego – zapewne adiunkta w stopniu doktora – w Instytucie Fizyki PŁ.

 

Jednak, sądząc po tym czego dowiedziałem się z autobiografii jaką na swoim profilu zamieściła pani Grażyna Przanowska, doszedłem do wniosku, że to nie powiązania wiceprezydent Hibner z założycielami Towarzystwa Oświatowego „Lykeion” przesądziły, iż to oni a nie nasze stowarzyszenie, otrzymali do dyspozycji ów budynek po przedszkolu na Retkini. Bo chyba to, że pani dr Elżbieta Hibner pracowała jako adiunkt w Instytucie Elektroenergetyki, a pan dr Maciej Przanowski w Instytucie Fizyki PŁ, nie mogło stanowić okoliczności uzasadniających takie przyjacielskie więzy. Nawet – co dodatkowo sprawdziłem – fakt, że ówczesny prezydent miasta – Grzegorz Palka – także były pracownik Instytutu Włókien Chemicznych na PŁ – nie może być takich powiązań dowodem.

 

Owe więzy, uzasadniające że :koszula (Towarzystwa Oświatowego „Lykeion”), a nie marynarka (Polskiego Stowarzyszenia Edukacyjnego „Szkoła dla Dziecka”) okazała się w sprawie przydziału budynku na szkołę bliższa, miały inną genezę. Oto fragment życiorysu Grażyny Przanowskiej, jaki zamieściła na swoim fejsbukowym profilu:

 

Od roku 1968 byłam już związana z działalnością podziemną, wraz z Mężem Wojciechem Przanowskim członkiem Komisji Zakładowej NSZZ ”Solidarność” na Politechnice Łódzkiej w roku 1980, włączyliśmy się aktywnie w organizowanie działalności wolnego związku, w tworzenie niezależnej prasy, kolportaż wydawnictw niezależnych i kontynuowaliśmy tę działalność w stanie wojennym pozostając w stałym kontakcie ze środowiskiem opozycyjnym w całej Polsce.”

[Źródło:https://www.facebook.com/grazyna.przanowska.5/about_details]

 

Nie napisała tam, o czym dowiedziałem się z innego źródła, że należała później także do ZChN, w którym ważną rolę odgrywał Grzegorz Palka. I – moim zdaniem – to te powiązania, na płaszczyźnie działalności opozycyjnej i partyjnej, wyjaśniają dlaczego budynek po przedszkolu musiało dostać stowarzyszenie „Lykeion”, a nie stowarzyszenie z doktorem pedagogiki z UŁ Bogusławem Śliwerskim na czele.

 

W zasadzie nie ma to związku z moją opowieścią, ale nie mogę nie wspomnieć, że nie tylko o przynależności do ZChN nie napisała pani Grażyna Przanowska w swoim życiorysie. Nie ma tam w ogóle ani jednego zdania nie tylko o tym, że była dyrektorką tworzonej szkoły „Lykeion”, ale także o tym, że przez parę lat dyrektorowała Szkole Podstawowej nr 23 w Łodzi. Nie ma też nic o wykształceniu, które pozwoliło jej te funkcje pełnić. Wygląda to tak, jakby chciała zapomnieć (z jakich powodów?) o tym rozdziale swojej biografii....

 

Po tej decyzji, w wyniku której idea otwarcia własnej szkoły – z powodu braku bazy lokalowej na jej otwarcie i poprowadzenie – stowarzyszenie „Szkoła dla Dziecka” stopniowo przestawało zajmować ówczesnego doktora Śliwerskiego, w konsekwencji czego stawało się ono martwą strukturą. Dziś nie ma już po Polskim Stowarzyszeniu Edukacyjnym „Szkoła dla dziecka” nawet śladu.

 

A ja straciłem szansę bycia dyrektorem nowatorskiej „Szkoły dla Dziecka”. Po latach nie mam już wątpliwości, że była to kolejna ingerencja „Palca Bożego” (lub jak kto woli – „szczęśliwy przypadek”), który uchronił mnie przed wszystkimi trudnościami, jakie czekałyby na mnie jako na dyrektora nowopowstającej placówki edukacyjnej, związane z adaptacją poprzedszkolnego budynku do potrzeb szkoły (za jakie pieniądze?), a w dalszej perspektywie – bardzo dużymi trudnościami w pozyskiwaniu środków na prowadzenia tego typu szkoły.

 

 

x            x            x

 

 

Nadszedł dzień 1 września 1992 roku i ja – z mocy Zarządzenia KO o utworzeniu w miejsce zlikwidowanej poradni wojewódzkiej – Poradni Specjalistycznej… (SPPPDZidDzWR) zostałem jej p.o. dyrektora. Ale nie na długo. Po kilku dniach kurator Walczak ogłosił konkurs na jej dyrektora. W decyzji czy mam do niego przystąpić, pomogła mi uchwała rady pedagogicznej poradni, podjęta na jej posiedzeniu w dniu 15 września 1992 r. która mnie w tym zamiarze poparła. Dodatkową motywacją była pozytywna ocena mojej dotychczasowej pracy na stanowisku dyrektora WPW-Z, wydana 18 września 1992 roku przez Kuratora Wojciecha Walczaka.

 

Nie pamiętam dokładnej daty, w którym odbył się ten konkurs, ale na pewno było to w ostatnim tygodniu września. Komisja konkursowa składała się z dwojga reprezentantów ŁKO, dwu osób reprezentujących radę pedagogiczną poradni i po jednym przedstawicielu dwu związków zawodowych: ZNP i „Solidarności”. Komisji przewodniczył, wtedy dość młody wiekiem człowiek – Mirosław Kaczmarek – dyrektor Wydziału Szkół Specjalnych i Opieki KO, któremu od 1 września m.in. podlegały także poradnie.

 

 

Zachowała się w moim domowym archiwum kopia dokumentu, zatytułowanego „Oferta”, jaki dołączyłem do pisma, w którym zgłaszałem się do konkursu na dyrektora tej nowej poradni. Był to 9-o stronicowy maszynopis, gdzie wyczerpująco zaprezentowałem swoje kompetencje i przygotowanie do pełnienia funkcji dyrektora poradni specjalistycznej, a przede wszystkim moją koncepcję jej funkcjonowania.

 

Aby nie być gołosłownym – załączam plik PDF, w którym zamieściłem fotokopie wszystkich jego stron – TUTAJ

 

Do chwili wejścia na korytarz w budynku nowej siedziby kuratorium (z oficjalnym adresem od ulicy Piotrkowskiej, ale do którego wchodziło się od strony ulicy Żwirki), stając przed pokojem, w którym miała się odbyć rozmowa z członkami komisji konkursowej, byłem przekonany, że jestem jedynym kandydatem. Jakież było moje zaskoczenie, gdy zastałem tam… panią Łucję Dunajew-Tarnowską, pracującą w „mojej” poradni jako psycholog w dziale orientacji i poradnictwa zawodowego. Oświadczyła, że ona także przystąpiła do konkursu na dyrektora poradni…

 

Wtedy, nie znając wszystkich tego faktu okoliczności, nie miałem obaw o rezultat konkursu, zakładając, że przecież po to są konkursy, aby była możliwość wybrania spośród zgłoszonych kandydatów tego najlepszego. Wszak pani Tarnowska ma takie same prawo do zgłoszenia swojej kandydatury, jak ja…

 

Skracając relację: po tym jak komisja, zapoznawszy się z koncepcją kierowania poradnią obojga kandydatów, po trwających niezbyt długo obradach „przy drzwiach zamkniętych”, po których zaproszono naszą dwójkę, ogłosiła werdykt – przeżyłem szok: konkurs wygrała Łucja Dunajew-Tarnowska!

 

W pierwszych minutach i godzinach po tej wiadomości czułem się, jakby cały mój świat się zawalił. Dopiero na drugi dzień życzliwi mi i lepiej ode mnie poinformowani ludzie powiedzieli, że… że w Kuratorium już od dawna wszystko „w tym temacie było pozamiatane”, bo tam nie było tajemnicą, ze Walczak i Tarnowska znali się jeszcze od czasu, kiedy oboje studiowali psychologii na UŁ. I od dawna było wiadomo, że w sześcioosobowym składzie komisji ja mogę liczyć tylko na dwa głosy: jednym – od przedstawicielki rady pedagogicznej (była nią, też psycholożka od poradnictwa zawodowego, którą jakiś czas temu zatrudniłem w poradni wojewódzkiej, „ściągając” ją z poradni dzielnicowej dla Śródmieścia) oraz przedstawiciela ZNP, którego to związku byłem członkiem. Pozostali od początku wiedzieli na kogo mają oddać swój głos – niezależnie od tego jaką bym koncepcję kierowania poradnią nie przedstawił!.

 

Gdy już ochłonąłem z pierwszych emocji, mogłem zacząć myśleć racjonalnie. I jako pierwszy owoc tego racjonalnego myślenia była myśl, że… że pan kurator, ogłaszając konkurs na dyrektora poradni specjalistycznej we wrześniu, widać nie znał obowiązującego wówczas prawa, gdzie zapisano, że dyrektor placówki pełni swoją funkcję do końca roku szkolnego, w którym kurator ogłosił konkurs na to stanowisko. To znaczy, że mogę być dyrektorem do 31 sierpnia 1993 roku!

 

Ale po upływie kolejnych dni przyszła jeszcze inna refleksja: Mogę się uprzeć i siedzieć na tym fotelu jeszcze jedenaście miesięcy. Ale jak będzie wyglądało moje kierowanie placówką w sytuacji – niewątpliwie – podzielonej rady pedagogicznej, w której zapewne pani Tarnowska ma swoich „zwolenników”, które/którzy będą chcieli „punktować” w jej oczach, z nadzieją na przyszłość. A poza tym – Wojciech Walczak przestanie być mi życzliwy, a wręcz stanie się moim wrogiem. Wniosek z tych rozważań mógł być tylko jeden: odejdę z funkcji „na własną prośbę” z końcem października.

 

Jak postanowiłem, tak zrobiłem.

 

W najbliższy możliwym terminie umówiłem wizytę u kuratora i z gotowym pismem, w którym prosiłem o odwołanie mnie z funkcji dyrektora z dniem 31 października 1992 roku, zawitałem w kuratorskim gabinecie. Walczak przywitał mnie uprzejmie, ale z widocznym, choć ukrywanym, zdenerwowaniem. Nie czekając na to co ja mam do powiedzenia sam zaczął: „Panie dyrektorze, z mojej winy znaleźliśmy się w trudnej sytuacji….” Przerwałem mu słowami: „Wiem o tym panie kuratorze. Proszę się nie martwić – tu jest rozwiązanie problemu” i podałem mu moje pismo. Ten wziął papier, szybko przeczytał niedługi tekst i od razu zmienił się wyraz jego twarzy.

 

Nie próbując dalej szczegółowo relacjonować przebieg tej wizyty powiem tylko, że usłyszałem jak bardzo mi dziękuje za tą honorową decyzję, że mam się nie martwić, bo nadal mogę pracować w poradni jako pedagog – odwołanie z funkcji nie oznacza wypowiedzenia pracy. Na co ja oświadczyłem, że bardzo dziękuję, ale będę szukał nowego miejsca zatrudnienia, proszę tylko o więcej czasu – gdy już coś znajdę, rozwiążę stosunek pracy z poradnią za porozumieniem stron. Przed pożegnaniem kurator zapewnił, że przekaże nasze ustalenia nowej dyrektorce.

 

Jak obiecałem, tak wykonałem. W dniu 30 października (w piątek), w konsekwencji pisma Kuratora Wojciecha Walczaka z dnia 28.10.1992 r..odwołującego mnie z dniem 31 października z funkcji p.o. dyrektora Specjalistycznej Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej… , w obecności dyrektora wydziału ŁKO Mirosława Kaczmarka i wizytatorki tegoż wydziału Teresy Wejner (była tą drugą przedstawicielką „organu” w komisji konkursowej) podpisałem protokół zdawczo-odbiorczy, przekazując całkowity majątek, dokumentację i pieczątki obejmującej stanowisko dyrektora Łucji Dunajew-Tarnowskiej:

 

 

Jako że 1 listopada przypadł w owym roku w niedzielę – w dniu 2 listopada nowa dyrektorka udzieliła mi urlopu wypoczynkowego za rok 1992 (w dniach 3 – 26 listopada) oraz 4 dni urlopu bezpłatnego (27 – 30 listopada). Dzięki temu nie musiałem już bywać w poradni w roli pracownika, podlegającego władzy nowej pani dyrektor.

 

A co w tym czasie robiłem i jak potoczyły się moje dalsze losy zawodowe – o tym będzie w kolejnym – VII rozdziale moich wspomnień. Jego tytułu nie podaję, bo nie byłoby niespodzianki….

 

I jeszcze jedno: Po lekturze obu części tego rozdziału już wiecie co miałem na myśli, nadając mu tytuł „Między starymi a nowymi czasy”. Pracowałem w WPW-Z zaledwie cztery lata, ale przyszło mi kierować jej pracami w dwu epokach: zacząłem jeszcze w PRL, a odszedłem stamtąd już w III RP. Jak sobie poradziłem w tych trudnych czasach – oceńcie sami.

 

 

P.s.

Nasze (moje i obojga osób, które reprezentowały ŁKO w komisji konkursowej) drogi jeszcze się w przyszłości spotykały. I nie były to relacje wrogie. Ale o tym w „swoim czasie”….

 

 

 

Włodzisław Kuzitowicz



Zostaw odpowiedź