Archiwum kategorii 'Felietony'

Od czwartku 28 marca, to znaczy od dnia w którym próbowałem rozpracować prawdziwą historię raportu „Szkoła dla innowatora”, o którym jako pierwszy napisał dzień wcześniej „Dziennik Gazeta Prawna”, opatrując tę informację tytułem Rządowy RAPORT o szkole pokazuje smutną prawdę. Oto LISTA największych grzechów”, nie daje mi ten temat spokoju. Zanim będziecie towarzyszyli mi, podążając za moimi myślami, podczas lektury dalszej części tego felietonu – proponuję, abyście przypomnieli sobie ten czwartkowy materiał – TUTAJ.

 

Przywołam tu jeszcze komentarz, którym kończył się tamta próba rozwikłania rozbieżności cytowanych faktów:

 

I nadal nie wiemy, czy raport, na który powoływał się „Dziennik Gazeta Prawna”, który – jak wynika z podanej przez Forsal.pl informacji – miał powstać na zlecenie Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, to ten sam, który pod taką samą nazwą, jeszcze w 2017 roku, przygotowano w Uniwersytecie Ekonomicznym Poznaniu przez zespół pod kierunkiem prof. nazw. dr hab.Jana Fazlagića, na zlecenie Ministerstwa Rozwoju RP w pierwszym kwartale 2017 roku.

 

Dziś podjąłem kolejną próbę dotarcia do tego, jak to naprawdę z tym raportem było. Zacznijmy od zleceniodawcy. Według DGP był to „raport rządowy”. Jednak portal Forsal.pl informując o tym samym raporcie podał, że ekspertyzę tę zleciło Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii. Jeśli przyjąć, że tak naprawdę przez cały czas chodzi o prace, które pod kierunkiem dr hab. Jana Fazlagića prowadzone były w od 2017 roku w Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu, to ich zleceniodawcą było Ministerstwa Rozwoju.

 

Fakt ten potwierdza sam Jan Fazlagić, pisząc w datowanym na rok 2017 streszczeniu pełnego raportu z kierowanych przez siebie badań:

 

W pierwszym kwartale 2017 roku na zlecenie Ministerstwa Rozwoju RP zrealizowałem (w charakterze głównego eksperta i kierownika projektu) ekspertyzę badawczą pt.,,Szkoła dla innowatora”.

 

Dziś już wiem, że wszystkie te rozbieżności wzięły się z – nazwijmy to – dynamiki restrukturalizacji rządu PIS po 2015 roku. Otóż w rządzie Beaty Szydło, zaraz po wygranych przez PiS wyborach, istniało Ministerstwo Rozwoju, którym do 28 września 2016 roku kierował Mateusz Morawiecki, będąc jednocześnie wicepremierem. Jednak w konsekwencji restrukturalizacji rządu – tenże Mateusz Morawiecki – właśnie z tą wrześniową datą został powołany – ponownie – na stanowisko wicepremiera, ale jednocześnie na szefa nowego Ministerstwa Rozwoju i Finansów.

 

Z takiej chronologii rządowych przekształceń wynika, że jeśli prawdę napisał doktor Fazlagić –  ekspertyzę badawczą pt. ,,Szkoła dla innowatora” zlecił mu w pierwszym kwartale 2017 roku nie kto inny, jak Mateusz Morawiecki.

 

Pozostaje do wyjaśnienia kolejna tajemnica:

 

Czytaj dalej »



Dziś nie zajmę się żadnym problemem, którym w mijającym tygodniu żyły media. Poczekam do wyklarowania się sytuacji strajkowej w szkołach, poobserwuję rozwój wydarzeń na przedwyborczej scenie politycznej, a w kwestii „wara od naszych dzieci też nie będę się wypowiadał, jako że dotąd nie jest jasne o czyje dzieci tu chodzi i kto tym dzieciom tak naprawdę zagraża.

 

Dzisiejszy felieton będzie zapisem moich luźnych refleksji, które zrodziły się jako skutek mej obecności na piątkowej konferencji „Relacje w edukacji, próby zgłębienia konsekwencji, jakie pociągają za sobą sformułowania, którymi niektórzy prowadzący nazwali swe warsztaty, jak choćby „O budowaniu relacji”, Uczucia i emocje nauczyciela, a budowanie relacji z uczniami”.

 

Przepraszam, ale jako człowiek „starej daty” zacznę tak, jak jeszcze w końcówce lat 70-ych XX wieku nauczono mnie w Katedrze Pedagogiki Społecznej UŁ, czyli od zdefiniowania podstawowych pojęć, którymi będę się w dalszej części tego felietonu posługiwał.

 

Słownik języka polskiego podaje cztery znaczenia słowa „relacja”. Pomijając „opowiadanie naocznego świadka o przebiegu jakiegoś zdarzenia” i „trasa przejazdu pociągu od stacji początkowej do końcowej” – w tym przypadku najbardziej przydatnymi będą takie dwa znaczenia:

 

>stosunek lub zależność między przedmiotami, pojęciami, wielkościami itp.,

>związek zachodzący między ludźmi lub grupami społecznymi.

 

Zanim przejdę do zaprezentowania moich przemyśleń przywołam jeszcze syntezę wiadomości na ten temat, jakie zaczerpnąłem z udostępnionego wczoraj na OE artykułu dr Emilii Musiał „Relacje uczeń–nauczyciel kluczem do udanego nauczania”. Oto – moim zdaniem – fundamentalne dla moich dalszych wywodów tezy:

 

Niezbędnym warunkiem życia społecznego jest relacja rozumiana jako związek zachodzący między dwoma lub więcej podmiotami.

 

Podstawą dobrej relacji jest skuteczna komunikacja. Komunikacja jest procesem „porozumiewania się ludzi, którego celem jest przekazywanie informacji lub zmiana zachowań osoby bądź grupy osób”.

 

Istotne jest nie tylko to, co zostało zakomunikowane, ale także w jaki sposób zostało to uczynione. Efektem zaś dobrej komunikacji między nadawcą i odbiorcą jest kontakt.

 

Tylko prawidłowa komunikacja pozwala osiągnąć wzajemne porozumienie.

 

Po takim przygotowaniu, nie tyle artyleryjskim co „teoretyczno-wprowadzającym”, przechodzę już do obiecanych moich przemyśleń i refleksji. Otóż w całym tym nurcie promocji idei relacji w edukacji zabrakło mi odwołań do wiedzy o teorii grupy, zwłaszcza małej grupy.

 

To prawda, że „niezbędnym warunkiem życia społecznego jest relacja rozumiana jako związek zachodzący między dwoma lub więcej podmiotami, ale nie wolno zapominać, że ludzie, jako owoc kolejnego etapu ewolucji ssaków naczelnych, są „zwierzętami stadnymi” i najczęściej (z bardzo nielicznymi wyjątkami) funkcjonują w grupach. Te ostatnie mogą być formalne lub nieformalne. I to w owych grupach – najpierw w rodzinach, później w grupach koleżeńskich (obie to grupy nieformalne), a po paru latach w szkołach, a jeszcze później w najróżniejszych przedsiębiorstwach i instytucjach aktywności zawodowej – w grupach formalnych, ludzie funkcjonują wchodząc ze sobą w relacje: podległości, zwierzchności (przywództwa), koleżeństwa, partnerstwa, współdziałania, rywalizacji, wzajemnego wspierania się lub zwalczania…

 

Czytaj dalej »



Zacznę dziś od dopisania kilku zdań do przedwczorajszej secondhandowej relacji z dwu zebrań, jakie kurator Wierzchowski zwołał dla dyrektorów gimnazjów i podstawówek, którzy musieli przybyć tam z przedstawicielką/przedstawicielem rodziców uczniów ostatnich klas tych szkół.

 

Świadomie użyłem słowa „musieli, gdyż z relacji uczestników tych spotkań dowiedziałem się, iż urzędnicy KO skrupulatnie zbierali podpisy na wyłożonych przed wejściem na salę listach obecności, do których – świadomi ewentualnych konsekwencji dyrektorzy – dopychali się z przyprowadzonym „rodzicem”, aby potwierdzić swoją i jej/jego obecność. Sytuacja ta świadczy pośrednio za tezą, że właśnie to było głównym celem tych zebrań: zapewnienie na nich obecności rodziców (nad którymi wszak kurator nie ma władzy), aby mieć możliwość podjęcia próby skonfliktowania szkolnych społeczności: rodziców z nauczycielami.

 

Na jeszcze jeden element przebiegu tych zebrań zwróciła moją uwagę jedna z osób tam obecnych. Otóż pan kurator bardzo pilnował, aby każda zabierająca głos „z sali” osoba przedstawiała się nie tylko z imienia i nazwiska, ale także by podawała nazwę szkoły, którą reprezentuje. Wiem, że taka prezentacja jest elementarną zasadą cywilizowanej debaty, jednak w tej konkretnej sytuacji – silnej zależności służbowej dyrektorów szkół od prowadzącego zebranie szefa „organu”, miała (całe szczęście, że nie u wszystkich) efekt, jeśli nie onieśmielający, to przynajmniej łagodzący ostrość ich wystąpień. I to także – bez wątpienia – było świadomie zastosowanym środkiem, mającym zapobiec agresywnym wystąpieniom w stosunku do ministerialnej władzy oświatowej, reprezentowanej na tej sali przez ŁKO.

 

Można by jeszcze o kilku innych „niuansach” tych zebrań napisać, jak choćby o zasłyszanej – ale tylko od niektórych uczestników – informacji, jakoby wizytator Owsiański miał powiedzieć, że rekrutację do ogólniaków i zawodówek można przeprowadzić wyłącznie na podstawie świadectw ukończenia szkoły (za co zebrał owację sali i komentarze: „No, to od jutra Owsiański w KO już nie pracuje”), czy o „wyznaniu” kuratora, że ministerstwo, czyli i KO, nie mają żadnego „planu B” na wypadek skutecznego sparaliżowania systemu egzaminów przez powszechny, możliwe że także okupacyjny, strajk nauczycieli.

 

Tylko po co?

 

Czytaj dalej »



To był nietypowy tydzień – z mojego punktu widzenia. Bo od bardzo dawna nie zasiadałem do pisania felietonu, wiedząc od przedwczoraj o czym będę pisał! A że muszę napisać o tym co w tytule – nie miałem wątpliwości już we wtorek. Przeto, bez dłuższych wstępów – ad rem:

 

Zacznę od aspektu językowego. Czy słusznie to co „coś”, co odbyło się w siedzibie ŁSSE w miniony wtorek organizatorzy nazwali KONGRESEM? Popatrzmy jak to słowo definiowane jest w słownikach:

 

Kongres, to:

>”zjazd krajowy lub międzynarodowy przedstawicieli nauki, polityki itp” [www.sjp.pwn.pl]

>”zjazd osób o wspólnych zainteresowaniach, podobnej działalności, zrzeszonych w jednej organizacji” [www. pl.wiktionary.org]

>”krajowy lub międzynarodowy zjazd przedstawicieli nauki, polityki, dyplomacji itp.” [ www.bryk.pl/slowniki/slownik-wyrazow-obcych]

 

Na mój ogląd – osoby, która choć nie była jego obserwatorem od początku do końca, a więc przez całe zaplanowane na nieco ponad 6 godzin spotkanie – nie był to nie tylko zjazd międzynarodowy, ani nawet krajowy, jego uczestnicy nie tylko że nie byli przedstawicielami dyplomacji, ale także nauki ni polityki. Nie były to także osoby zrzeszone w tej samej organizacji. Przy dużym stopniu dobrej woli można by uznać, że były to osoby o wspólnych zainteresowaniach, ale bez wątpienia nie tylko podobnej, lecz wręcz identycznej działalności.

 

Jest tylko pewne „ale”… Nie trzeba wieloletniego studiowania logiki formalnej, aby nawet z tak lapidarnych definicji wywnioskować, że w każdym przypadku kongres jest spotkaniem – zjazdem – osób, które przybyły nań z motywacji wewnętrznej. A z posiadanych przeze mnie informacji (zdobytych ze źródeł zbliżonych do dobrze poinformowanych) wiem, że w przypadki Łódzkiego Kongresu Edukacyjnego (ŁKE) tak nie było. Świadczy o tym przede wszystkim już sam komunikat zamieszczony (w formule bardzo zakamuflowanej), na stronie ŁKO, który był pozbawiony tradycyjnej w przypadku otwartych seminariów, konferencji czy zjazdów informacji o terminie i sposobie zgłaszania zamiaru uczestnictwa. Skąd więc obecność aż tylu uczestników na ŁKE?

 

Z uzyskanej informacji wiem, że wszyscy którzy tam byli nie mieli wyboru: zostali wytypowani i zobowiązani do uczestnictwa przez swoich „rejonowych” wizytatorów – głównie z zamiejscowych delegatur Łódzkiego Kuratorium Oświaty. Nie miałem możliwości dotarcia do źródłowej informacji statystycznej, ale „na oko” oszacowałem, że łodzianie stanowili tam mniej niż 20% ogółu uczestników.

 

Sądząc na podstawie tej obserwacji, a także z przepełnionego parkingu ŁSSE, nie mam wątpliwości co do jednego kryterium definiowania nazwy „kongresu”: był to rzeczywiście zjazd!

 

Czytaj dalej »



Patrząc na wydarzenia minionego tygodnia pod kątem ich znaczenia dla edukacyjnego środowiska wybrałem takie dwa: XVI Konferencję OSKKO w Krakowie i informacje o aktualnej fazie przygotowań do nauczycielskiego strajku . Moje refleksje zacznę także w tej kolejności:

 

Jak wiadomo (bo skoro brak relacji…) – na Konferencji OSKKO w Krakowie nie byłem. Ale przeanalizowałem jej program zainwestowałem swój czas w analizę harmonogramu i odbyłem rozmowę z jednym jej uczestnikiem. Na tej podstawie (bo jak dotąd nigdzie nie udostępniono informacji o jej przebiegu, za wyjątkiem dwu serii zdjęć) odniosłem wrażenie, że było to kolejne spotkanie środowiska zrzeszonych w tym stowarzyszeniu szefów szkół i innych placówek, na którym organizatorzy zaserwowali jego uczestnikom tradycyjną ofertę „dla każdego coś (jego) interesującego”, ale… ale wszystkie dania były z tej samej, tradycyjnej dyrektorskiej „polskiej kuchni” oświatowej. Dla przykładu: w ramach bloku „Zarządzanie” – szkolenia z zakresu prawa pracy, w tym przepisy z obszaru BHP, PIP, ZUS, RODO, problemy kadrowe, kształcenie do zawodu, wypalenie zawodowe…

 

Był także blok, nazwany przez organizatorów „Praca z uczniem”, a w nim wykłady, warsztaty i panele na takie tematy jak: cyber-przemoc seksualna, autoagresja, przeciwdziałanie przemocy rówieśniczej, wsparcie dzieci „z szarej strefy”, nauka empatii, a nawet o rozwijaniu twórczego myślenia i uczniowskich talentów.

 

Zainteresowanych o czym jeszcze można było na tej konferencji się dowiedzieć odsyłam do programu i harmonogramu Konferencji. Ja odnotuję jeszcze, że poszukując w obu tych dokumentach tematów zapowiadanych w programie informacją o specjalnej debacie, byłem rozczarowany. Oto ta zapowiedź:

 

Czytaj dalej »



Dawno nie byłem w takiej sytuacji, w której zasiadam do pisania kolejnego felietonu i…. i właściwie nie wiem, co powinno być jego tematem. Zazwyczaj jest odwrotnie: staję przed dylematem wyboru – które z wydarzeń mijającego tygodnia wybrać. A tym razem nic na tyle nie poruszyło mnie – niekoniecznie „do głębi” – abym miał ten wewnętrzny „mus” wyrażenia swojego sprzeciwu lub aprobaty, a przynajmniej tzw. „własnego zdania”.

 

Sam nie wiem czemu ten stan przypisać: zmiennej i nietypowej dla tej pory roku pogodzie, przesytowi informacji o polityczno-przedwyborczych partyjnych ewentach, czy narastającemu poczuciu beznadziei podejmowania jakichkolwiek inicjatyw, zmierzających do ujawniania klęski całej tej urzędowo-ministerialnej dumy z rzekomej reformy edukacji… A może odczuwanym, myślę że nie tylko przeze mnie, mieszanym uczuciom w sprawie opinii o przygotowaniach nauczycielskich związków zawodowych do strajkowego protestu. W dniach ważnych dla uczniów egzaminów…

 

Początkowo nawet informacja Najwyższej Izby Kontroli: „NIK o nauczaniu matematyki w szkołach” nie pobudziła mnie do publicystycznej aktywności. Pomyślałem: jaki jest sens komentowania czegoś, co było jedynie potwierdzeniem prawdy, znanej od lat przez wszystkich mających nawet niewielki kontakt ze szkolnictwem? Wystarczyło choć raz w roku przeczytać informację o wynikach egzaminów maturalnych: W 2018r – nie zdało matematyki 12% zdających, w tym w technikach 18%), w 2017 – 14% (w tym w technikach – 21%), w 2016r. – 14% (w tym w technikach – 20%). To prawda – dane z raportu NIK są jeszcze tragiczniejsze: 46% uczniów szkół ponadgimnazjanych miało na świadectwach ukończenia szkoły ocenę dopuszczającą z matematyki!

 

Ale korciło mnie, by choć skomentować reakcję MEN na zawarty w tej informacji wniosek, aby rozważyć możliwość zawieszenia egzaminu maturalnego z matematyki jako obowiązkowego dla wszystkich uczniów – do czasu poprawy skuteczności nauczania tego przedmiotu w szkołach. Bo pierwszą reakcją ministerstwa na ten postulat była wypowiedź jego rzeczniczki prasowej:

 

Czytaj dalej »



Już 15 lutego, a więc dzień po opublikowaniu listu poparcia środowisk akademickich dla nauczycielek i nauczycieli, podpisanego w jego pierwotnej wersji przez 39 osób, portal OKO.press zamieścił o tym materiał informacyjny, który szybko został zmultiplikowany przez wielu na facebook’u. Także prof. Śliwerski zamieścił jego tekst i listę sygnatariuszy na swoim blogu dzień później – 16 lutego.

 

Zanim skomentuję tę szlachetnie prezentującą się inicjatywę, zacytuję jeszcze dwa fragmenty z portalu OKO.press:

 

Środowisko akademickie deklaruje, że jeśli dojdzie do strajku w szkołach to w geście solidarności są gotowi zawiesić swoją pracę na uczelniach. Pod listem poparcia dla nauczycielek i nauczycieli podpisali się m.in. prof. Karol Modzelewski (PAN), prof. Małgorzata Fuszara (ISNS UW), prof. Łukasz Turski i dr hab. Monika Płatek (Instytut Prawa Karnego UW) […]

 

14 lutego pracownicy uczelni wyższych, ośrodków badawczych, doktoranci i studenci zaczęli zbierać podpisy pod listem poparcia: „Uniwersytet Solidarny ze Szkołą”. Piszą w nim, że edukacja to „sektor poważnie niedofinansowany”, a najbardziej cierpią na tym pracownice i pracownicy, których „zarobki radykalnie nie odpowiadają ilości wysiłku, jaki wkładają w wykonywanie swoich obowiązków”.

 

 

Całość informacji „Uniwersytet murem za nauczycielkami. ‚Będziemy wspierać strajk tak długo, aż rząd spełni żądania’” – TUTAJ

 

 

I zacytuje jeszcze bardziej „źródłowo” fragmenty „Listu poparcia środowisk akademickich dla postulatów nauczycieli i nauczycielek”:

 

Uniwersytet solidarny ze szkołą!

My, niżej podpisani – studentki i studenci, doktorantki i doktoranci, pracownicy i pracownice uczelni wyższych, instytutów PAN oraz ośrodków badawczych – chcemy wyrazić swoje poparcie dla nauczycielskich związków zawodowych, które postulują podwyżkę płac nauczycieli i nauczycielek. […]

 

W dalszej części listu padają deklaracje poparcia dla postulatu podwyżki płac, dla przygotowywanego strajku, a także:

 

Gotowość do gestów solidarności w przypadku ogłoszenia strajku, takich jak: przedstawianie uchwał o poparciu protestów w instytucjach, w których pracujemy, przeprowadzanie dyskusji o warunkach pracy i systemie edukacji w Polsce w trakcie zajęć i seminariów, zawieszenie naszej pracy i organizacja wieców na kampusach. […]

 

 

Pełna treść „Listu…”    –    TUTAJ

 

Czytaj dalej »



Miniony tydzień dostarczył mi kilka tematów, wobec których nie mogę przejść bez komentarza. Pierwszym wydarzeniem które nie powinno przejść bez echa jest prezydencka inicjatywa zaznaczenia 30-ej rocznicy rozpoczęcia obrad „Okrągłego Stołu”, a konkretnie komentarz do odbytej przy tej okazji debaty oksfordzkiej, która odbyła się 5 lutego w Pałacu Prezydenckim, w którym z tej okazji wystawiono ów historyczny mebel – okrągły stół z 1989 roku. W debacie uczestniczyli: uczniowie II LO im. K. I. Gałczyńskiego w Olsztynie, którzy bronili tezy, że „Obrady Okrągłego Stołu były jedynym pokojowym sposobem obalenia komunizmu w Polsce” oraz ich adwersarze – licealiści z I LO im. Skłodowskiej-Curie w Ostrzeszowie. Wszystko przebiegało godnie i adekwatnie do miejsca i patrona tego wydarzenia (nawet uczestniczący w nim Prezydent RP, który w 1989 roku miał 17 lat, wygłosił zdanie, że „Wspominam tamten czas jako bardzo ważny i w moim życiu, i – jestem o tym przekonany, nie mam żadnych wątpliwości – także w polskiej historii.”), do czasu, aż nie odezwał się doradca prezydenta – dr hab. prof. UMK Andrzej Zybertowicz. Oto jaką mądrością uraczył licealistów ów „certyfikowany habilitacją uczony”: „… do dziś wielu obserwatorów nie uświadamia sobie, jak głęboka prawda była w komentarzu Andrzeja Gwiazdy, który powiedział, że podczas obrad Okrągłego Stołu komuniści podzielili się władzą z własnymi agentami.”

 

Do owego wtorku nie myślałem, że ktoś kto jest socjologiem z wykształcenia, mającym także przygotowanie metodologiczne archiwisty, może być zdolny do wygłoszenia przed młodzieżowym audytorium takiej, niczym źródłowo nie uzasadnionej, filipiki! Ale przestałem się dziwić po przeczytaniu biografii pana doradcy, z której każdy może dowiedzieć się, że ten publikujący swe teksty w takich periodykach, jak: „W Sieci”, „Nasz Dziennik” i „Gazeta Polska” człowiek był także, ale dużo wcześniej, bo w grudniu 1980 roku, współautorem bardzo ideowego opracowania, zatytułowanego „Ostatnia szansa PZPR”. Tekst ten powstał jako owoc przemyśleń grupy ideowej młodzieży partyjnej, skupionej w Ośrodku Pracy Politycznej „Sigma”, działającym w ramach Komisji Konsultacyjno-Porozumiewawczej POP w Toruniu – należącej do tzw „struktur poziomych PZPR”. [Źródło: Salon24]

 

Nie mogę się powstrzymać przed zacytowaniem konkluzji owego opracowania: „Krajowi i klasie robotniczej potrzebna jest partia robotnicza. (…) Dziś najkrótsza ku temu droga, to odnowa PZPR.”  Wiem, pisał to 26-latek, ale ważniejszą jest informacja, że kilka lat później, bo w1985 r., na UAM w Poznaniu, wtedy już 31-latek, obronił swą pracę doktorską, której temat jest świadectwem jego nadal trwającej fascynacji ideologią marksistowską: „Problem stosowania teorii materializmu historycznego we współczesnej historiografii polskiej”.

 

W zasadzie można by w tym miejscu zacytować Józefa Piłsudskiego: „Kto nie był socjalistą za młodu, ten na starość będzie skurwysynem”, gdyby nie to, że – obawiam się – reguła owa nie zawsze się sprawdza….

 

 

Drugim tematem, który także zasługuje na choć krótkie podjęcie, jest list Minister Anny Zalewskiej (MAZ), jaki wystosowała ona 8 lutego do nauczycieli i dyrektorów szkół, a tak naprawdę – komentarz do niego, jaki wczoraj zamieścił na swym blogu Jarosław Pytlak. Nie ma możliwości, aby go tutaj cytować – najpierw Szanowni Czytelnicy sami ten tekst przeczytajcie – TUTAJ

 

Czytaj dalej »



Zasiadłem do pisania tego felietonu w niedzielne przedpołudnie, mając co prawda w pamięci wczorajszy „Dzień Myślenia Pozytywnego”, ale widząc za oknem niebo zasnute chmurami z których siąpi deszcz, odczuwając – jak każdy meteopata – bardzo dotkliwie niż baryczny, w –  generalnie –  kiepskim nastroju…

 

W takiej sytuacji bardzo trudno będzie mi dzisiaj kontynuować sobotnie optymistyczne klimaty. Gdybym jeszcze mógł nawiązać do jakichś napawających optymizmem wydarzeń minionego tygodnia, byłoby mi łatwiej wyjść z tego „doła”. Ale – przynajmniej w mojej świadomości – nic takiego nie zaistniało. No bo czy można szukać optymistycznych inspiracji w kolejnym odcinku serialu Rozmowy MEN i nauczycielskich związków zawodowych o podwyżkach wynagrodzeń”? Albo w wypowiedziach małopolskiej kurator o lekcjach na temat mowy nienawiści? Trudno także szukać jasnych punktów widzenia na przyszłość, czytając informację o absurdalnej odpowiedzi MEN na petycję w sprawie obowiązującej podstawy programowej, podpisaną przez 16 tys. rodziców i nauczycieli ze środowiska „Nie dla chaosu w szkole”. Do tego wszystkiego dochodzą kolejne informacje o strajkach nauczycieli, już planowanych na dni, w których ma się odbyć „egzamin ósmoklasisty” (15 -17 kwietnia), a być może także egzamin gimnazjalny (10 – 12 kwietnia), i ten „najważniejszy, maturalny – od 6 maja.

 

To może spróbuję spojrzeć optymistycznie na wtorkowe wydarzenie, zrelacjonowane w materialeFestiwal Zawodów Technicznych...”? No to do dzieła!

 

Pierwszym argumentem za pozytywną oceną tego wydarzenia jest sama jego nazwa: festiwal. Wszak łaciński źródłosłów tego słowa – festivus – oznaczał coś radosnego, wesołego, świątecznego. Taka nazwa, którą organizatorzy nadali owemu przedsięwzięciu, zapowiadała coś pozytywnego. A do tego treść „przedmiotowa” owego wydarzenia – oferta kształcenia zawodowego, której nigdy za wiele w sytuacji powszechnie głoszonej sytuacji „zapaści” tego nurtu edukacji „ponadpodstawowej” – powinna także rodzić pozytywne nastawienie do takiej inicjatywy.

 

Drugą przesłanką pozytywnej oceny „Festiwalu Zawodów Technicznych” jest tandem jego organizatorów: ŁCDNiKP – zasłużona placówka wsparcia metodycznego nauczycieli, której organem prowadzącym jest – za pośrednictwem Wydziału Edukacji UMŁ – samorząd, czyli Rada Miejska m. Łodzi, w której większość ma Platforma Obywatelska sprzymierzona z SLD, oraz Łódzka Specjalna Strefa Ekonomiczna, struktura formalnie „pozapartyjna”, ale na czele której od od kwietnia 2016 roku stoi – jako jej prezes – mgr historii Marek Michalik, do niedawna prominentny polityk PiS w łódzkiej Radzie Miejskiej (wieloletni przewodniczący Klubu Radnych PiS), były wiceprezydent miasta za czasów prezydentury Jerzego Kropiwnickiego. To nie przypadek, że zastąpił on na tym stanowisku młodego polityka PO Tomasza Sadzyńskiego (wcześniej komisarycznego prezydenta Łodzi), w kilka miesięcy po zwycięskich dla PiS wyborach parlamentarnych z jesieni 2015 roku. Wygląda na to, że „w słusznej sprawie” możliwe jest porozumienie „ponad podziałami”!

 

I trzeci element wtorkowego wydarzenia – promocja Technikum Robotyki i Automatyki, którego utworzenie zapowiedziano szumnie już w grudniu 2017 toku, nagłaśniając w mediach akt podpisania porozumienia w tej sprawie między ŁSSE a Politechniką Łódzką. Bo na co, jak nie na wyrazy uznania zasługuje taka inicjatywa, dzięki której przyszli absolwenci tej nowo tworzonej placówki będą jedynymi w kraju specjalistami w, dotąd nieistniejącym w wykazie, zawodzie „technik robotyki i informatyki”? I do tego kształconymi w szkole, której współudziałowcami formalnego właściciela tej placówki są firmy – potencjalni pracodawcy!

 

Czytaj dalej »



I znowu okazało się, że stare przysłowia mówią prawdę: „Co nagle, to po diable!” Pośpieszyłem się z tematem o młodości Stefana W – zabójcy prezydenta Adamowicza, oparłem swój zeszłotygodniowy felieton na, rozproszonych po różnych źródłach, niemożliwych do weryfikacji, informacjach, a następnego dnia okazało się że były one nie do końca prawdziwe. W poniedziałek, 21 stycznia, „Gazeta Wyborcza” w dodatku „Duży Format” zamieściła wywiad z matką Stefana [Przepraszam za syna i proszę o wybaczenie], która wiele podawanych przez inne źródła rzekomych faktów skorygowała „źródłowo”.

 

Między innymi nieprawdą okazała się podawana w innych mediach liczba dzieci w tej rodzinie (nie dwie córki i sześciu synów, a dwie córki i czterech synów – w tym najmłodszy już nie mieszka w Gdańsku – przygotowuje się do życia zakonnego (nowicjat?), matka nie jest już przedszkolanką – skończyła resocjalizację (!), mieszkanie, w którym w ostatnim okresie zamieszkiwał Stefan wraz z braćmi nie jest komunalne a własnościowe, zaś istotna dla podjętego przeze mnie problemu „kariery” szkolnej przyszłego mordercy informacja o nieukończeniu gimnazjum też musi zostać skorygowana, gdyż w wypowiedzi matki można przeczytać, iż „naukę zakończył w szóstej klasie, bo wagarował”.

 

Jednak te wszystkie korekty nie mają wpływu na główny nurt moich zeszłotygodniowych rozważań o traktowaniu przez szkołę uczniów, nieosiągających pozytywnych wyników w opanowywaniu podstaw programowych, i możliwych tego skutkach, których tragicznym przykładem jest dalsza, „poszkolna” biografia Stefana W.

 

To tyle tytułem sprostowania nieścisłości w informacjach, podanych przeze mnie w poprzednim felietonie. Dziś zajmę się tematem, który „chodzi za mną” już od dłuższego czasu, a dziś mam „świeży” bodziec, aby go podjąć. Właśnie przeczytałem post na fejsbukowym profilu Tomasza Tokarza, który upublicznił list, jaki otrzymał od dyrektorki niedawno utworzonego, „alternatywnego” liceum. Post zaczyna się od takiej zapowiedzi tego listu:

 

W jednym z miast średniej wielkości ruszyło od września autorskie liceum, gdzie uczniowie są twórcami i partnerami, gdzie kreują otaczającą ich rzeczywistość, gdzie projektują własne rozwiązania i podejmują realne decyzje gospodarcze, w duchu empatii i zrozumienia.”

 

Całość można przeczytać TUTAJ, a ja – jako „zaczyn” dalszych rozważań, przytoczę dwa fragmenty owego listu:

 

Niesamowicie jest obserwować jak ludzie po kilkunastu latach funkcjonowania w konwencji budzą się i zaczynają brać odpowiedzialność za swoje życie. To jest magia, której nie doświadczałam w szkole podstawowej, bo dzieciaki w tym wieku nie są jeszcze tak zniszczone przez system jak licealiści. […] Tu zaczynają być sobą, czasami pierwszy raz dowiadując się kim tak naprawdę są. […]

 

Czytaj dalej »