Archiwum kategorii 'Felietony'

Los tak zrządził, że – dla mnie znaczący, bo 250. – felieton piszę w przedostatnim dniu roku 2018. Dodatkowym zadaniem przed jakim dziś stanąłem jest fakt, że piszę ten tekst na zupełnie nieznanym mi (wypożyczonym od przyjaciół na okres „do zakupu nowego”) sprzęcie, pracującym w obcym mi programie Linux i „rozpoznawanym w boju” edytorze. Jak ten cały splot okoliczności wpłynie na jakość tego „jubileuszowego dzieła” – przekonam się wkrótce. Jeśli uznam, że mieści się to w podstawowych standardach – przekonacie się także i Wy – Czytelnicy.

 

A teraz – do roboty.

 

Takie „okrągłe jubileusze” stają się zazwyczaj okazją do podsumowań dotychczasowego „dorobku” – w tym przypadku owych 250. felietonów mojego autorstwa. Przygotowując się do tego zadania szybko uznałem, że pójdę na „łatwiznę” i nie będę powracał do rasumpcji pietrwszych dwustu felietonów, gdyż uczyniłem to już przy okazji fetowania Felietonu nr 200, którego publikacja wypadła także w grudniu, ale ub. roku. Zatytułowałem go „Jubileusz, czyli coś się kończy, coś się zaczyna”. Kto nie czytał, lub już apomniał jego treść – zachęcam do lektury.

 

Uczciwość nakazuje mi przypomnieć jakie złożyłem tam zobowiązanie: „W nadchodzącym nowym 2018 roku będę w niedzielę zamieszczał prawdziwie felietonowe felietony, nieprzekraczające 5 tys. znaków!”. Sami wiecie, że nie zawsze dotrzymałem tej obietnicy. Jedynym usprawiedliwieniem jest, wygląda na to że wrodzona, moja skłonność do opowiedzenia wszystkiego, co mnie akurat poruszylo, która w połączeniu z trudnością przeprowadzania „twardej” selekcji i oddzielenia tego co naprawdę ważne od tego co mnie się wydaje, że też jest ważne – skutkuje takimi „tasiemcami”.

 

Zakładając, że przekroczenie obiecanego limitu znaków w felietonie nie deprecjonuje go w ocenie merytorycznej, pozwolę sobie na przypomnienie kilku z tych, które powstały po 17 grudnia 2017 roku, a z których napisania do dziś jestem szczególnie dumny. Będzie to jednocześnie moje podsumowanie tego, co z niezliczonych news’ów mijającego roku uznałem za godne skomentowania, a dzisiaj – przypomnienia:

 

Czytaj dalej »



Już w połowie tygodnia miałem świadomość, że najbliższy felieton będzie upubliczniony na dzień przed Wigilią. Postanowiłem więc, że tematem najlepiej współgrającym z atmosferą opłatkowo-„christmasową” będzie kilka moich przemyśleń wokół wiodącego pytania, zadawanego dzieciom przez, chyba wszystkich, Św. Mikołajów, odwiedzających w tym czasie dzieci: „A powiedz no mi ….. (tu imię delikwentki” lub „delikwenta”), czy byłaś(eś) grzeczna(y)?” Bo – oczywiście – prezenty dostają tylko grzeczne dzieci!

 

Jak bardzo ten bezdyskusyjny atrybut mikołajowych usług wrósł w model Świąt Bożego Narodzenia w chrześcijańskiej i post- chrześcijańskiej kulturze (i popkulturze)  uświadomiłem sobie wysłuchując wielokrotnie pewną reklamę, w której dziecko pytało: „Mamo, a ty byłaś grzeczna?” Na co mama, trochę zakłopotana: „No,chyba… taaak.. Ale dlaczego pytasz?” Dziecko na to: „Bo piszę list do Św. Mikołaja i poproszę o prezent także dla ciebie.”

 

Ta krótka rozmowa dobitnie ilustruje hipokryzję dorosłych w ich działaniach wobec dzieci. Bo to one – dzieci – mają być grzeczna. Nas – dorosłych – tak ortodoksyjnie rozumiana „grzeczność” nie obowiązuje!

 

No właśnie. Co właściwie oznacza zwrot „grzeczne dziecko? Słownik języka polskiego tak definiuje pojęcie „grzeczny”: „dobrze wychowany; o dzieciach też: posłuszny i spokojny. Dwa ostatnie określenia w zasadzie nie wymagają uściśleń ich znaczenia, natomiast – w moim odczuciu – nieostre jest określenie „dobrze wychowany„.

 

Z kilkunastu kategorii, wymienianych jako synonimy  „dobrego wychowania” wybrałem dla moich dalszych rozważań takie:

>jako cecha osoby pokornej
>jako określenie dżentelmena
>w odniesieniu do człowieka obytego towarzysko
>odnośnie człowieka o wysokiej kulturze osobistej
> jako określenie człowieka „dobrze wychowanego”, czyli takiego, który jest: cichy, grzeczny, karny, kulturalny, pokorny, posłuszny, potulny, spokojny, uległy, zdyscyplinowany.

 

Nie trzeba chyba szerzej uzasadniać, że do dzieci (a więc i młodszych uczniów) odnosi się przede wszystkim pierwsza i ostatnia z wymienionych tu kategorii synonimów określenia „dobrze wychowany”. Wniosek nasuwa się sam: jakby nie patrzeć – dziecko grzeczne, to dziecko spokojne, posłuszne, potulne, uległe, karne, zdyscyplinowane.

 

Tak pojęte „dobre wychowanie” dziecka zaczyna się już w domu rodzinnym,  często kontynuowane jest w przedszkolu, później w szkole. Pozwolę sobie stwierdzić, że – w moim pojęciu – to nie jest wychowywanie, lecz tresura dziecka. Zgodnie z klasyczną zasadą kształtowania odruchów warunkowych (wg Pawłowa): za oczekiwane zachowanie – nagroda (cukierek, zabawka, dla starszych – „premia finansowa”, za zachowanie penalizowane przez dorosłych – kara: zakaz wyjścia do rówieśników, grania w gry komputerowe, pełna blokada komputera i smartfona, pozbawienie dotąd otrzymywanych apanaży, a w wielu jeszcze domach – kara cielesna.

 

W szkole takim narzędziem kształtowania uległej, łatwo podporządkowującej się każdej władzy osobowości, jest regulamin ucznia, statut szkoły z zapisanym tam indeksem kar i nagród, a ich zwieńczeniem – szkolny system oceniania zachowania ucznia.

 

W tym miejscu, uprzedzając krytyczne głosy moich czytelników, oświadczam, że nie jestem zwolennikiem zasady „róbta co chceta„. Jak najbardziej popieram wszelkie szkolne regulaminy, nawet (z pewnym wahaniem) kryteria ustalania oceny zachowania ucznie, ale takie, które wynikają z ogólnie przyjętych zasad współżycia społecznego, konieczności zapewnienia bezpieczeństwa i które prowadzą do ukształtowania postaw, określanych w dorosłym życiu jako „grzeczność na co dzień”, „kultura osobista”, lub z francuska – savoir-vivre.

 

Czytaj dalej »



Tak naprawdę, to od środy wiedziałem już o czym napiszę w najbliższym felietonie. I nie potrafiło zmienić tego postanowienia nawet takie wydarzenie jak „przyklepanie” przez Senat (bo to nie był- jak podawały niektóre media – wybór) uchwały Sejmu o powołania na urząd Rzecznika Praw Dziecka trzeciego już (moim zdaniem najgorszego z tej trójki) kandydata rządzącej partii – byłego adwokata od rozwodów kościelnych – Mikołaja Pawlaka. Nie mówiąc już o kolejnej fazie MILO w XXI LO, czy stypendiach od władz Łodzi dla prymusów – w ramach miejskiego systemu wspierania uczniów „Miasto Zdolnych”.

 

Na każdy z tych dwu ostatnio wymienionych tematów mam swoje przemyślenia, ale nie wydaje mi się, aby mogły one przebić w te refleksje, które za chwilę zaprezentuję.

 

Wszystko zaczęło się od tego, że trochę przypadkowo włączyłem w środę przed południem telewizor – nie wiedząc, że TVN24 właśnie transmituje posiedzenia Sejmu, podczas którego premier Morawiecki wygłaszał przemówienie -w ramach zgłoszonego przez niego wniosku o wyrażenie votum zaufania dla kierowanegoprzez siebie – od 11 grudnia 2017 r. – rządu.

 

Nie mam najmniejszego zamiaru prowadzenia tu analizy politologicznej, czy oceniania poziomu sztuki (mówiąc elegancko) public relations, jaką zaprezentował w tym przydługim spiczu Mateusz Morawiecki – niech zrobią to specjaliści w tych dziedzinach. Mnie uderzyło – zapewne mimowolne – pozycjonowanie ministrów, którym w pierwszej części tej mowy dziękował premier za ich wkład w – jego zdaniem niewątpliwy (?) – sukces tego rządu.

 

To, że w pierwszej kolejności dziękował trojgu wicepremierom nie może dziwić. Jedynie zaskoczyło mnie to, że na pierwszym miejscu nie była jego – jeszcze przed rokiem – szefowa, a obecnie wicepremier Beata Szydło, tylko Piotr Gliński, któremu dziękował jako ministrowi kultury i dziedzictwa narodowego. Warto przypomnieć za co: za nieistniejące jeszcze Muzeum Historii Polski i za… podwyższenie kwoty kosztów uzysku przy umowach o dzieło dla twórców! Ostatniemu z wicepremierów (bo wszak to nie pisowiec) dziękował Jarosławowi Gowinowi za to, że ten – jako minister nauki i szkolnictwa wyższego – podjął się zadania poprawy (?) stanu polskiej nauki!

 

Z pozostałego grona „zwykłych” ministrów na pierwszym miejscu odebrał podziękowania nie kto inny, jak… minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Wiadomo za co: „że wdrożyliśmy tak fundamentalne zmiany dla podniesienia poziomu niezawisłości (!) sędziów”…

 

Teraz będzie pytanie – ale tylko do tych czytelników, którzy nie wysłuchali, ani nie czytali tekstu owego przemówienia: Na którym miejscu w tym rankingu „zasłużonych dla sukcesu tego rządu” znalazła się „nasza” pani minister Zalewska?

 

Czytaj dalej »



Już po Mikołajkach, za nieco ponad dwa tygodnie Święta, za następny tydzień – Nowy, 2019 Rok! Jak ten czas szybko płynie… Tak niedawno tematem mojego felietonu – 2 września – było polityczne wystąpienie prezydenta Andrzeja Dudy podczas inauguracji nowego roku szkolnego w III LO w Gdyni… Kto dziś o tym pamięta?

 

A jak długo pozostanie w społecznej pamięci to o czym dziś napiszę? Panta Rhei – jak głosił Heraklit prawie dwa i pół tysiąca lat temu. Przeto i ja nie powinienem się przeciw temu buntować. I zapewne nie usprawiedliwiła by mnie ta sentencja przed Wami, Szanowni Czytelnicy, gdybym nagle uznał, że to całe moje coniedzielne pisanie „psu na budę”.

 

A jeśli nawet, to budy psom też są potrzebne…

 

Dość tych demotywujących tekstów – na przekór dzisiejszej niżowej i deszczowej pogodzie biorę się do pisania. A będzie o inteligencjach wielorakich i o tym, że to nie jest tylko wydumana w 1983 roku przez profesora Uniwersytetu Harvarda niejakiego Howarda Gardnera teoria, a po prostu trafne uogólnienie empirycznych prawidłowości, znanych nam wszystkim nie tylko z zawodowych, nauczycielskich doświadczeń. I to – jak za chwilę wykażę – od dawna.

 

Mając świadomość, że o inteligencjach wielorakich nie jest już tak głośno, jak to było jeszcze przed kilkunastoma laty, Czytelników młodszego pokolenia, którzy nie „załapali się” na ówczesny boom medialny wokół postaci i teorii Gardnera odsyłam do tekstu Małgorzaty Szustakiewicz Inteligencje Wielorakie wg Howarda Gardnera

 

Dla potrzeb mojego dalszego wywodu przypomnę tu, że teoria ta wyróżnia 8 typów inteligencji: językową,matematyczno-logiczną, ruchową,wizualno-przestrzenną, muzyczną (słuchowo-rytmiczną), przyrodniczą (środowiskową), intrapersonalną (intuicyjną), interpersonalną (społeczną). Dla porządku dodam jeszcze, że – według tej teorii – inteligencja, jako cecha naszej psycho-fizycznej osobowości, jest dynamiczna i wielopłaszczyznowa, wykraczająca poza zdolności lingwistyczno-logiczne, które tradycyjnie testujemy i oceniamy w nauczaniu.

 

Każdy człowiek posiada wszystkie rodzaje inteligencji, rozwinięte w różnym stopniu, które współpracują ze sobą i tworzą profil niepowtarzalny – w porównaniu z profilami innych ludzi. Takie specyficzne dla każdego człowieka profile są dynamiczne i zmieniają się w trakcie rozwoju człowieka.

 

Ale ja przecież piszę felieton, a nie esej na temat zapomnianej teorii Gardnera i jej przydatności dla współczesnych reformatorów modelu polskiej szkoły. Przypomniałem sobie o tych ośmiu inteligencjach [nie jest to kanon zamknięty, sam jego autor uzupełnił go jeszcze o kolejne: inteligencję egzystencjalną (mistyczną) i moralno-etyczną] pod wpływem lektury pewnego tekstu w „Gazecie Wyborczej”. Tym tekstem jest artykuł Piotra Głuchowskiego pt. „Skąd się wziął ojciec Rydzyk”.

 

Czytaj dalej »



Jeszcze w czwartek, zamieszczając informację o konferencji prasowej min. Zalewskiej, byłem przekonany, że gdy tylko dożyję do niedzieli, to muszę koniecznie uczynić z tego właśnie wydarzenia temat mojego felietonu. Ale minęło kilka dni, pojawiło się już kilka komentaży na ten temat, moje emocje ostygły… Niech mówią i piszą o tym ci, którzy są na pierwszej linii tego boju o normalność w polskiej szkole.

 

A temat na dzisiejszy felieton narodził się wczoraj – z chwilą zapoznania się z postem prof. Śliwerskiego „Nareszcie jest rozprawa o paradygmatach współczesnej dydaktyki”. Pierwszym sygnałem, że tego tematu już nie odpuszczę był tytuł, pod którym zamieściłem informację o tym tekście: „Nie ma nic bardziej praktycznego niż DOBRA teoria”.

 

Nie było także przypadkiem, że w notce biograficznej o autorce recenzowanej przez prof. Śliwerskiego książki – Doroty Klus-Stańskiej, „wytłuściłem” ten właśnie fragment: „Założyła i w latach 1994-2002 prowadziła eksperymentalną Autorską Szkołę Podstawową „Żak” w Olsztynie.

 

Nie ukrywam, że bardzo ucieszyła mnie wiadomość o tej publikacji – wydanej przez PWN nie przypadkowo, bo wszak jest to praca naukowa, której autorką jest nie tylko wysokiej klasy naukowcem (teoretykiem), ale przede wszystkim osobą, która to co dziś bada i o czym pisze, wcześniej praktykowała, doświadczała dzień po dniu wszystkich realiów szkoły, rzekłbym „organoleptycznie” poznawała warsztat pracy nauczyciela.

 

Ci, którzy znają mnie dłużej i bliżej wiedzą, że problem uprawiania nauki w obszarze pedagogiki przez osoby, które wiedzą o nauczaniu i wychowaniu tyle tylko, ile pamiętają z czasu, kiedy sami w młodości byli „przedmiotem” oddziaływań jako uczniowie i (lub) podopieczni-wychowankowie innych niż szkoła placówek, jest moim „bolesnym doświadczeniem”, rzekłbym nawet traumą, wyniesioną z czasów, kiedy los dał mi szansę bycia „pracownikiem naukowo-dydaktycznym” w Zakładzie (później już Katedrze) Pedagogiki Społecznej na Uniwersytecie Łódzkim. To tam, trafiwszy do „świata nauki” po kilku latach pracy w placówkach opiekuńczo-wychowawczych, zobaczyłem ten bolesny (dla mnie) dysonans między teoriami tworzonymi i publikowanymi przez utytułowane osoby z licznych zakładów, katedr i instytutów, uprawiających pedagogikę w uczelniach wyższych, a ich rzeczywistymi kompetencjami w obszarze dydaktyki, wychowania, pracy opiekuńczej…

 

To wtedy dostrzegłem tę zasadniczą różnicę między pedagogiką a medycyną. Obie należą do rodziny nauk praktycznych, ale – podobnie jak profesorowie w akademiach muzycznych, wyższych szkołach sztuk plastycznych lub teatralnych czy filmowych – nie wyobrażamy ich sobie wyłącznie jako wygłaszających porywające wykłady. Bo nie do pomyślenia jest kariera naukowa profesora medycyny – szefa katedry chirurgii, który nie przeprowadziłby (pokazowej) operacji na najwyższym poziomie sprawności, stając się tym samym dla swych studentów wzorem i przykładem. Niestety – w gronie profesorów i doktorów habilitowanych pedagogiki, pracujących w polskich uczelniach, miałem okazję poznać bardzo wielu takich, którzy NIGDY nie skalali się pracą w szkole lub innej placówce, a których widoczne braki niezbędnych do tej pracy kompetencji powodują, że – jak to „palnąłem” w 1983 roku do kierowniczki mojej katedry – sprawiają, że bałbym się posłać mojego syna na kolonię – z nimi jako wychowawcami.

 

Czytaj dalej »



Dzisiaj postanowiłem pozostawić na boku wszystkie bardziej czy mniej istotne wydarzenia tego kończącego się tygodnia i podzielić się z Wami – Czytelnikami tych moich niedzielnych felietonów – problemem, który od kilku miesięcy nie daje mi spokoju. Problem ten nazywa się Fundacja „OSNOWA” i ma swój początek przed rokiem.

 

Stali czytelnicy OE wiedzą, że zagadnienie samorządności uczniowskiej od lat jest mi bardzo bliskie i że wielokrotnie angażowałem się czynnie lub publicystycznie we wspieranie tej formy aktywności społecznej młodych ludzi – uczniów naszych szkół. To właśnie było przyczyną mojego entuzjazmu, z jakim przyjąłem informację o powstaniu Fundacji „OSNOWA”, a zaraz potem o jej inicjatywie zorganizowania „Forum Uczniów Województwa Łódzkiego”. Dowiedziałem się o tym z artykułu w „Dzienniku Łódzkim”, w którym przeczytałem taką informację:

 

Nasza organizacja ma być miejscem, gdzie młodzi ludzie otrzymują wiedzę, ale także doświadczenie przydatne w dorosłym życiu. Chcemy uczyć o biznesie, ekonomii, efektywnym zarządzaniu oraz działaniu zespołowym – tłumaczy Jakub Żebrowski. Jak wyjaśnia prezes-uczeń także nazwa fundacji nie jest przypadkowa. – Osnowa to inaczej podstawa – mówi Jakub Żebrowski.

 

O tym, że ów rozmówca, a zarazem Prezes Fundacji „OSNOWA” i jednocześnie uczeń klasy maturalnej Liceum Salezjańskiego, nie jest „człowiekiem znikąd” napisałem w materiale zat. „Powstała nowa inicjatywa uczniowska: Fundacja Osnowa”, zamieszczonym w OE 9 listopada 2017 roku.Ta wiedza o jego dotychczasowym dorobku (w tym w samorządzie SP nr 81 w Łodzi) kazała mi podejść do tej inicjatywy z wiarą w jej autentyczność i nadzieją na powodzenie.

 

I z takim przekonaniem o rodzącym się środowisku wsparcia uczniowskiej samorządności zameldowałem się w auli Zespołu Szkół Salezjańskich, w której owo spotkanie odbyło się. Zamieściłem z tego wydarzenia relację. zatytułowaną „Forum Uczniów Województwa Łódzkiego – informacja o jego pierwszej, plenarnej części”.

 

Czytaj dalej »



Siedzę nad klawiaturą mojego „malucha” (od trzech miesięcy, po tym jak padł mój poprzedni PeCet, pracuję na notbook’u marki Samsung, który też nie jest najmłodszy – w dziewiątym roku swej biografii) i rozważam, który z problemów edukacyjnych minionego tygodnia uczynić wiodącym tematem tego felietonu.

 

Jako pierwszy odpadł w tych eliminacjach problem procedury naboru członków do kolejnych edycji Rady Dzieci i Młodzieży RP przy MEN, nagłośniony ponownie dzięki inicjatywie Forum Młodzieży Powiatu Gliwickiego, które skierowało w tej sprawie skargę do RPO, w konsekwencji której zaistniało jego wystąpienie do MEN z prośbą o wyjaśnienie owych półtajnych procedur. Wszystko co mi „w tym temacie” leżało „na wątrobie” wyłożyłem w drugiej części materiału z 13 listopada: „Czym kierowano się przy wyborze członków do Rady Dzieci i Młodzieży przy MEN?” Sporo czasu zajęło mi zebranie materiału, aby na przykładzie kariery Piotra Wasilewskiego – młodego polityka PiS-u z Suwałk – unaocznić mechanizmy tych „awansów”. Nadzieja na to, że możliwe są w tej sprawie pozytywne zmiany jest – w mojej ocenie – na poziomie zerowym. Szkoda więc czasu na roztrząsanie „co by było, gdyby było”…

 

Jeszcze kilka dni temu myślałem, że w tym felietonie „przejadę się ” po pani minister Zalewskiej „na okoliczność” nagłego zwrotu w jej poglądach na temat nowej procedury oceny pracy nauczyciela, polegającym na publicznym ogłoszeniu, iż nareszcie dotarło do niej, że przepisy, które wydawały się jej proste, spowodowały w szkołach ogromną biurokrację. I że deklaruje ona niezwłoczne wycofanie się z tych przepisów. Ale już mi przeszło

 

Bo lepiej późno niż wcale, bo nie mam zielonego pojęcia o prawdziwych powodach tego zwrotu, gdyż nie wierzę, że stało się pod wpływem nacisków związków zawodowych, nawet pana Proksy. Wchodząc w buty wyznawcy spiskowej teorii dziejów mogę jedynie spekulować, że skoro nic nie dzieje się bez przyczyny, to i w tym przypadku są takowe… Może to początek kampanii wyborczej pani Zalewskiej do Europarlamentu?

 

O nowej wersji oficjalnej strony-portalu MEN może i bym napisał, gdyby wcześniej nie zrobił tego profesor Śliwerski. O czym więc będzie w tym felietonie?

 

Zdecydowałem się napisać co myślę o kolejnym, już czwartym, podejściu Sejmu do wyboru następcy Marka Michalaka na urząd Rzecznika Praw Dziecka.

 

 

Czytaj dalej »



Złamanie żelaznej zasady, że kolejne felietony zamieszczane są w niedzielę, usprawiedliwiam tym oczywistym powodem: nie chciałem zamieszczać moich prywatnych refleksji o tym, co poruszyło mnie w naszej edukacji, w dniu tak wyjątkowym, jakim było wczorajsze święto 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości.

 

Ale, aby nie naruszyć rytmu „jeden felieton na tydzień”, ten kolejny zamieszczam z jednodniowym „poślizgiem”. Gdy dokonywałem przeglądu wydarzeń minionego tygodnia, aby wyłowić te, wobec których chciałbym sformułować mój osobisty stosunek, pomyślałem, że dominującym tematem tego okresy był patriotyzm, a właściwie jego model i formy manifestowania tej postawy.

 

Gdyby zebrać wszystkie propozycje form uczczenia 100-lecia Niepodległości, organizowanych i promowanych przez władze państwa można by bez trudu znaleźć jeden ich wspólny mianownik: martyrologia, kult walki i jej bohaterów, apele poległych, składanie wieńców pod pomnikami odczłowieczonych z ludzkich cech głównych aktorów „tamtych czasów” i pochody, które aby nie budziły skojarzeń z czasami PRL-u – zwane są teraz marszami.

 

I wtedy przypomniałem sobie, zapamiętany z moich czasów szkolnych, fragment wiersza Jana Kasprowicza:

 

Widziałem rozliczne tłumy
Z pustą, leniwą duszą,
Jak dźwiękiem orkiestry świątecznej
Resztki sumienia głuszą.

 

Sztandary i proporczyki,
Przemowy i procesyje,
Oto jest treść Majestatu,
Który w niewielu żyje.

 

Czytaj dalej »



Ten felieton ma konkretnych adresatów: kierownictwo Ministerstwa Edukacji Narodowej i goszczonych tam niedawno prawników – aktywistów fundacji „Ordo Iuris”.

 

Kamyczkiem, który spowodował lawinę moich refleksji, związanych z histerią, jaką rozpętano w MEN i kuratoriach oświaty w związku z niedawną akcją Kampanii Przeciw Homofobii – „Tęczowy Piątek” stał się, obejrzany wczorajszego wieczora (trochę przypadkiem i dopiero gdzieś od 20-ej minuty projekcji) na kanale KINO TV, film „Filadelfia„. Dziwnie ogląda się go dzisiaj w Polsce, po 25-u laty od premiery. Ale okazuje się, że tylko pagery(czytaj: pejdżery) i komórki wielkości uczniowskiego piórnika przeszły do historii. Przynajmniej w Polsce. Bo problem, u nas, nadal aktualny…

 

Tłem do opowiedzianej tam historii jest środowisko elity filadelfijskich prawników z czasów prezydentury George Busha seniora. Mnie – tym razem (bo oglądałem go nie po raz pierwszy) – zainteresował nie tyle wątek stosunku owego środowiska do – wówczas jeszcze nowego – problemu AIDS, lecz postawy środowiska prawników do homoseksualizmu jako takiego.

 

Tym bliższe jest to współczesnym wydarzeniom w naszym ministerstwie, które tak chwali się bliską współpracą z rodzimymi prawnikami, reprezentującymi Fundację Ordo Iuris. Bo w filmie została pokazana klasyczna postawa homofobiczna środowiska ludzi wykształconych, szermujących na co dzień hasłami o prawach człowieka…

 

Naszym rodzimym obrońcom „normalności” dedykuję sceny, w których czarnoskóry prawnik Joe Miller (gra go Denzel Washington), adwokat dochodzącego swych praw pracowniczych, zwolnionego z pracy prawnika Adrew Becketta (oskarowa rola Toma Hanksa) najpierw reaguje „klasycznie” – manifestując swe obrzydzenie wobec potencjalnego klienta-geja, aby po pewnym czasie zmienić swoją postawę i podjąć się reprezentowania go przed sądem. Najpierw dlatego, że „dura lex, sed lex”, ale później – bo obrona osoby słabszej jest ważniejsza od własnych, opartych na przejętych od otoczenia, stereotypach…

 

[Kto nie widział filmu, albo widział tak dawno, że niewiele pamięta – polecam aby sobie odświeżył pamięć    –   TUTAJ]

 

 

Czytaj dalej »



Przed tygodniem nie tylko odbyły się pierwsze z czterech wyborów w naszej polskiej serii obywatelskich decyzji o przyszłości naszego kraju, ale także był to egzamin praktyczny z efektów kształcenia w ramach szkolnego przedmiotu: wiedza o społeczeństwie!

 

A ów egzamin nauczyciele tegorocznych maturzystów i absolwentów ostatnich dziewięciu lat będą musieli uznać za „oblany”. Skąd ten wniosek? Z informacji o wynikach sondażu exit poll przeprowadzonego przez Ipsos w dniu wyborów, z których w obszarze „jak głosowali wyborcy według poszczególnych kategorii wiekowych” wynika, iż przytłaczająca większość najmłodszych wyborców w ogóle nie poszła na wybory, a jeśli już poszli, to głosowali na PiS. Oto „twarde dane:

 

Frekwencja w w najmłodszej grupie (18-29 lat) wyniosła zaledwie 37 proc. osób. Wynik ten prezentuje się wyjątkowo mizernie w zestawieniu z frekwencją ogólną, która byłą w tych wyborach rekordowa – 54,67 proc. Największa w tym zasługa wyborców między 40 a 49 rokiem życia (frekwencja – 68,4 proc.). Sondaż dostarczył także informacji o tym, że najczęściej głosowali oni na PiS – 24,3 proc., rzadziej na Koalicją Obywatelską– 20,8 proc. Więcej informacji na ten temat na stronie potyalu wMeritum.pl [www.wmeritum.pl ]

 

I na tym tle nie mogę nie nawiązać do dwu moich felietonów, a zwłaszcza do tego drugiego, z 9 września, zatytułowanego Jeśli nie nauczyciele – kto ma „sadzić róże” świadomości obywatelskiej”. To w nim, nawiązując do metafory o nauczycielskim obowiązku „sadzenia róż” nawet w czasach, gdy „płoną lasy”, apelowałem:

 

Czytaj dalej »