
Archiwum kategorii 'Eseje i wywiady'
O tym, że nie tylko uczniowie z wielkich miast mogą osiągać sukcesy
Wczoraj rano słuchałem „Radia 3 5 7”. W ramach porannej audycji redaktor rozmawiał z Witoldem Szabłowskim – dziennikarzem i reportażystą, laureatem, (w 2010 roku) Nagrody Dziennikarskiej Parlamentu Europejskiego za reportaż „Dziś przypłyną tu dwa trupy”. Od 2006 jest on związany z „Gazetą Wyborczą. Jednak obok tej dziennikarskiej aktywności jest on autorem 11 książek:
– To z miłości, siostro (2008) – debiutancka książka reporterska.
– Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji (2010) – wielokrotnie nagradzany zbiór reportaży o Turcji, nominowany m.in. do Nagrody Literackiej Nike.
– Nasz mały PRL. Pół roku w M-3 z trwałą, wąsami i maluchem (2012) – eksperyment reporterski napisany wspólnie z żoną, Izabelą Meyzą.
– Tańczące niedźwiedzie. Reportaże z transformacji (2014) – głośny reportaż o wolności i trudach transformacji ustrojowej w Europie Środkowo-Wschodniej, tłumaczony na wiele języków.
– Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia (2016) – przejmujący reportaż o Ukraińcach, którzy ratowali Polaków podczas rzezi wołyński
– Merhaba. Reportaże z tomu Zabójca z miasta moreli i osobisty słownik turecko-polski (2018) – rozszerzone i uzupełnione o autorski słownik wydanie książki o Turcji.
– Jak nakarmić dyktatora (2019) – światowy bestseller (prawa sprzedane m.in. do Hollywood), w którym autor rozmawia z osobistymi kucharzami najkrwawszych dyktatorów XX wieku.
– Rosja od kuchni. Jak zbudować imperium nożem, chochlą i widelcem (2021) – reportaż ukazujący historię Rosji i Związku Radzieckiego przez pryzmat kulinariów i ludzi gotujących na dworze m.in. Stalina czy Putina.
– What’s Cooking in the Kremlin (2023) – anglojęzyczne rozwinięcie i międzynarodowe wydanie tematów związanych z kuchnią Kreml
– Opowieści z Wołynia (2023) – kolejna publikacja autora podejmująca trudną tematykę wydarzeń na Wołyniu.
– Kucharze dyktatorów (2025) – najnowsza książka kontynuująca i pogłębiająca uwielbiany przez czytelników wątek historii widzianej od kuchni.
I właśnie o tej ostatniej książce i o tym, że jako autor tej ostatniej dołączył do grona polskich pisarzy, których twórczość trafiła do Hollywood rozmawiano. Bo jego książka została zekranizowana i film dokumentalny miał swoją premierę 10 czerwca na festiwalu Tribeca w Nowym Jorku i że Robert De Niro, założyciel festiwalu, osobiście wspierał projekt. Jako że nie dysponuję nagraniem tego wywiadu, proponuję zapoznanie się z notatką o jego przebiegu [ TUTAJ ]
Proponuję także obejrzenie i wysłuchanie rozmowy, odbytej jeszcze przed premierą tego filmu, którą z Szabłowskim przeprowadziła w studiu 1 Programu Polskiego Radia Slawa Bieńczycka – TUTAJ.
Gdy wczoraj słuchałem jak Witold Szabłowski opowiada o swoich odczuciach, kiedy w małym pokoiku jednego z nowojorskich hoteli oczekiwał na światową premierę filmu „Jak nakarmić dyktatora” w reżyserii Andrew Neela na festiwalu ”Tribeca Film Festival” w Nowym Jorku, zwróciłem uwagę na takie jego wyznanie – cytuję z pamięci – „Kto by pomyślał, że do tego doszedł chłopak Ostrowi Mazowieckiej”.
I w tym momencie już wiedziałem o czym będzie dzisiejszy refleksyjny esej. Że nie tylko z wielkich metropolii wywodzą się ludzie, którzy stają się znani na świecie i osiągają sukcesy w tym co robią.
Najpierw ustaliłem, że Witold Szabłowski maturę robił w jedynym w Ostrowi Mazowieckiej Liceum Ogólnokształcącym im. Mikołaja Kopernika. I już wiem, że nie zapomniał „skąd wyszedł” i regularnie odwiedza swoje dawne liceum. W murach szkoły organizowane są spotkania z pisarzem, podczas których opowiada on licealistom o kulisach swojej pracy reportażysty, dalekich podróżach oraz politycznej roli jedzenia.
Ale nie tylko historia Witolda Szabłowskiego zwróciła moją uwagę na fakt, że życiowe sukcesy mogą odnosić nie tylko uczniowie z wielkich miast. Zauważyłem to już wcześniej podczas prezentowania na OE polskich laureatów olimpiad i konkursów międzynarodowych.
Oto przykłady tylko z 2026 roku:
37. Międzynarodowa Olimpiada Biologiczna. Brązowy medal zdobyi:
– Wiktor Górecki – Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej w Białobrzegach;
– Izabela Naumiuk – I Liceum Ogólnokształcące im. Bolesława Prusa w Siedlcach.
10. Europejska Olimpiada Fizyczna. Srebrny medal zdobył:
– Adam Ben Saad, uczeń I Liceum Ogólnokształcącego z Oddziałami Dwujęzycznymi im. M. Kopernika w Krośnie
32. Bałtycka Olimpiada Informatyczna. Srebrny medal zdobył:
– Jakub Woźniak, uczeń III klasy Liceum Ogólnokształcące TEB Edukacja w Świdnicy
A oto przykłady z lat poprzednich:
Międzynarodowa Olimpiada Fizyczna
– Filip Baciak, uczeń I liceum Ogólnokształcącego w Chrzanowie zdobył: w 2022 r. srebrny medal, w 2023 – złoty.
Międzynarodowa Olimpiada Biologiczna
– Michał Kużmiński, uczeń I LO im. Seweryna Goszczyńskiego w Nowym Targu zdobył:
srebrny medal w 2024 r. i złoty medal w 2025 r.
– Juliusz Szczeszek-Bistuła, uczeń Zespół Szkół im. Henryka Sienkiewicza w Pajęcznie
zdobył w roku 2025 srebrny medal.
Jaki z tego płynie wniosek?
Że na sukcesy uczniów, obok bezsprzecznych zdolności wrodzonych, olbrzymi wpływ na ich osiągnięcia ma szkoła, jako środowisko wspierające rozwój, ale przede wszystkim nauczyciele, ktorzy potrafią owe talenty rozpoznać, a następnie chcieć je – w indywidualnym trybie – rozwijać.
Włodzisław Kuzitowicz
Moje „trzy grosze” do tematu tygodnia – „Ataki nożowników w szkołach”
Chyba nie mam wyboru o czym powinien być dzisiejszy esej. Media zalała fala materiałów o tytułach, takich jak te:
Seria ataków w szkołach. Placówki reagują i odwołują zajęcia,
Śmiertelny atak w szkole podstawowej. Nowe informacje na temat 15-latka i internetowego challenge’u
Ataki nożowników w szkołach. Joanna Koroniewska apeluje do rodziców. „Jestem zszokowana”
15-latek nagrywał moment ataku w szkole. Policjant mówi, co było na filmie
Nie ukrywam, że i na OE zamieszczałem podobne informacje – dwie w czwartek i dwie w piątek. Ale już tą ostatnią zatytułowałem „Czy to skutki samonakręcającej się spirali, czy zdalnej animacji falą agresji?”. Dlatego w tym eseju spróbuję rozwinąć ten wątek – tym bardziej, że dodatkowo zainspirował mnie wczorajszy wpis na fb-profilu mojego byłego studenta, a po latach „kolegi z pracy” w Wyższej Szkole Pedagogicznej – Krzysztofa Kwiatkowskiego * [przypadkowa zbieżność imienia i nazwiska z łódzkim senatorem]
W owym wpisie jest taki fragment:
„Niech media nie zajmują się rozwijaniem tematu w podobnych wypadkach! Niech odpuszczą sobie słyszalność i oglądalność z wszystkimi szczegółami. Wabienie słuchaczy i oglądaczy w takim wypadku staje się bowiem JEDNAK… popularyzowaniem podobnych pomysłów.”
[Cały post – TUTAJ]
Postaram się pójść dalej tropem tej myśli i ją rozwinąć. Nie oznacza to, że nie doceniam inicjatywy Sejmu, gdzie 8 października uchwalono nowelizację ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, która wprowadza procedurę blokowania nielegalnych treści w Internecie. Ale nie mam nawet cienia wątpliwości, że także redakcje tradycyjnych „środków masowego przekazu”, takich jak stacje telewizyjne i radiowe, oraz wszystkich mediów drukowanych, zwłaszcza dzienników, powinny trzy razy zastanowić się nad tym, czy upubliczniać -„w stylu sensacji” – wiadomości o aktach agresji w wykonaniu młodych ludzi w wieku szkolnym, a nawet studenckim.
Nie jestem psychologiem, ale z mojego wieloletniego doświadczenia pedagoga-wychowawcy, a także dyrektora szkoły w której w tamtym czasie uczyli się prawie wyłącznie chłopcy, wiem, że młodzi ludzie w okresie „wchodzenia w dorosłość” usilnie poszukują wzorców jak być „prawdziwym” mężczyzną. Dotyczy to nie tylko tych trenujących na siłowniach, ale także, a może nawet przede wszystkim, tych zakompleksionych na punkcie swej męskości, będących obiektem wyśmiewania czy wykluczania z grupy. To oni są szczególnie podatni na wzorce „supermenów”.
Pamiętam jak jeszcze w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy nie istniały jeszcze tzw „social media”, w „mojej” Budowlance pojawiło się – nieznane wcześniej – zjawisko t.zw. „fali”. Polegało ono na dręczeniu uczniów klas pierwszych przez uczniów ze starszych klas. Było to przejęcie z wojska metody „kocenia” młodych roczników przez tych z dłuższym stażem. A ta „zaraza” została wtedy – najprawdopodobniej – przeniesiona przez uczniów, którzy mieli starszych braci lub sąsiadów w – obowiązkowej wtedy – t.zw. „wojskowej służbie zasadniczej”. Najgorsze w tym było to, że ofiary „fali”, które przetrwały dręczenie w pierwszych klasach, po awansie do drugich, same stawały się w kolejnym roku prześladowcami nowoprzyjętych.
Udało mi się wtedy rozwiązać ten problem nie metodą wysokich kar dyscyplinarnych dla sprawców przemocy, lecz zainspirowaniem Szkolnego Samorządu Uczniowskiego do uchwalenia nowego obowiązku, nadzorowanego przez SU. Polegało to na tym, że uczniowie każdej byłej klasy pierwszej, która z nowym rokiem szkolnym stawała się drugą, mieli obowiązek objęcia opieką uczniów analogicznej klasy pierwszej. I to oni byli odpowiedzialni za to, aby na przerwach i po wyjściu ze szkoły, nie dochodziło do żadnej formy prześladowania ich podopiecznych „pierwszaków”. I – możecie mi wierzyć – metoda poskutkowała. „Fala” w naszej szkole zanikła.
Nie opisałem tego z zamiarem zalecania podobnej metody w aktualnej sytuacji jednostkowych aktów agresji „frustratów”. Jest to tylko przykład, że metody działana wewnątrzszkolnego powinny być dostosowane do aktualnej sytuacji, a przede wszystkim oparte o zespołowe – nie tylko nauczycielskie ale i uczniowskie, działania. I że nie załatwią tego żadne metody „policyjne”, a przede wszystkim terapia i profilaktyka.
Dlatego moi szanowni: dyrektorki i dyrektorzy, nauczycielki i nauczyciele – zwłaszcza szkół ponadpodstawowych, ale nie tylko, bardzo was proszę – przeczytajcie jeszcze raz te, zamieszczone wcześniej na OE, materiały:
Profiler dr Maciej Szaszkiewicz na temat dramatycznych wydarzeń w szkołach – TUTAJ
Dr Żylińska o tym jak można, bez policji w szkole, zapobiegać uczniowskiej agresji – TUTAJ
I to by było tyle, na niedzielę dzisiejszą napisane…
*O początkach mojej znajomości z Kriskiem napisałem w „Eseju wspomnieniowym IV-5 Pierwsze kroki w mojej pracy naukowej…” (fragment po trzech gwiazdkach, od słów „Z konferencji w Kielcach…”)
Włodzisław Kuzitowicz
Nośny temat, ukryta autopromocja i nieprawdziwe informacje
W środę minionego tygodnia na fanpage „Akademickie Zacisze” zobaczyłem informację, zamieszczoną przez prof. Romana Lepperta, o zamieszczonym na YouTube audiopliku z nagraniem rozmowy ks. Jerzego Babiaka (to salezjanin, pedagog, dyrektor Radia Rodzina we Wrocławiu oraz wieloletni dyrektor Zespołu Szkół Salezjańskich Don Bosco we Wrocławiu) z prof. Bogusławem Śliwerskim, zatytułowanego „Czy szkoła może wychowywać serce? Prof. Bogusław Śliwerski o Marii Łopatkowej”. Zainteresowała mnie ta informacja, gdyż kilka dni wcześniej na blogu „Pedagog” odnotowałem tekst pod tym samym tytułem. Jakież było moje zdziwienie, gdy wczoraj stwierdziłem, że post ten został wykasowany.
To mnie dodatkowo zmobilizowało do wysłuchania tego wywiadu, Jako że postanowiłem podzielić się kilkoma refleksjami, wywołanymi tą rozmową – proponuję, abyście – zanim przeczytacie mój dzisiejszy esej – także wysłuchali tej rozmowy [54’15”] – TUTAJ
Prof.Śliwerski, informując o wykształceniu i drodze zawodowej Marii Łopatkowej – w tym Jej pracy w roli nauczycielki j. polskiego w kilku szkołach podstawowych – ostatnio w roli kierowniczki szkoły w Ołtarzewie, powiedział, że „…uczestniczyła w pracach eksperymentalnego warszawskiego Zespołu Ognisk Wychowawczych”.
Jest to podanie niepełnej, żeby nie powiedzieć nieprawdziwej informacji o Jej roli, gdyż naprawdę była Ona – w latach 1971–1984 – dyrektorką Państwowego Zespołu Ognisk Wychowawczych – z siedzibą przy ul. Starej 4 na Warszawskiej Starówce. Nieznających tej historii informuję, że w tym czasie ów Zespół składał się z 5-u placówek: „Starówka”. „Praga”, „Muranów”, „Świder” i „Gdynia”. Ponadto w do Zespołu należała także „Galeria Sztuki Dzieci i Młodzieży” w budynku Starej Prochowni przy ul. Boleść 2 w Warszawie oraz górski ośrodek w Sopotni Wielkiej..
Warto także wiedzieć, że objęła Ona obowiązki kierowania PZOW po przejściu na emeryturę twórcy tych ognisk i wieloletniego ich kierownika – Kazimierza Lisieckiego, nazywanego powszechnie „Dziadkiem”. Jako dyrektorka w twórczy sposób rozwijała jego idee, co pozwoliło jej na wypracowanie własnego modelu placówki opiekuńczo-wychowawczej i dało podwaliny pod znany nurt pedagogiki, utrwalony w Jej książce p.t. zwany „Pedagogiką serca”
A teraz o tym fragmencie wypowiedzi prof. Śliwerskiego, w którym informuje, że „jej praca doktorska dotyczyła tego jak pracować z dzieckiem i rodziną zagrożoną”. Jest to fałszywa informacja. Naprawdę Jej rozprawa, obroniona w 1968 roku na Wydziale Pedagogicznym Uniwersytetu Warszawskiego miała tytuł „Wychowanie estetyczne dziecka wiejskiego”. W tym okresie, co miało swą genezę w doświadczeniach w roli nauczycielki i dyrektorki szkoły wiejskiej, jej uwaga badawcza mocno koncentrowała się na sytuacji dzieci z terenów wiejskich. Efektem tych zainteresowań była m.in. wydana wcześniej, głośna książka Nauczyciel i dziecko wiejskie (1959),
W swej wypowiedzi prof. Śliwerski mija się także z prawdą, gdy mówi „prof. Bogdan Suchodolski opublikował recenzję już wydanej przez Marię Łopatkową rozprawy doktorskiej, nadając jej miano właśnie „Pedagogiki serca”. W rzeczywistości – dopiero w listopadzie 1988 roku, czyli 20 lat po obronie Jej pracy doktorskiej, prof. Bogdan Suchodolski opublikował na łamach „Trybuny Ludu” artykuł zatytułowany „Pedagogika serca”, w którym skrytykował nastawioną wyłącznie na intelekt szkołę i upomniał się o sferę emocjonalną człowieka. Publikacja ta stała się – nie wiemy czy intencjonalne – wsparciem rodzących się wtedy idei Marii Łopatkowej, promujących wychowanie oparte na empatii i wrażliwości.
I jeszcze krótka refleksja wywołana odpowiedzią prof. Śliwerskiego na zadane mu przez ks. Babiaka – w końcowej części nagrania – pytanie: – Gdyby dziś przyszedł do pana młody nauczyciel i powiedział „Chcę jutro wejść do pracy trochę bardziej jako pedagog serca – co powinien zrobić inaczej?”. Profesor odpowiedział – cytuję tylko pierwszą część odpowiedzi, bo dalej jest to już tylko prezentacja jego wizji edukacji szkolnej:
„Powinien być sobą, Nie musi niczego robić inaczej. Pedagogika serca jest pedagogiką autentyzmu, bycia sobą.”
Czy to znaczy, że jeśli ów nauczyciel jest typem autorytarnego człowieka, który wymaga od uczniów bezwzględnego posłuszeństwa, który ma skłonności do agresji – to także nadal powinien być sobą?
Aby nie przedłużać tekstu tego eseju, dodam tylko, że mam do tej historii osobisty stosunek, gdyż miałem to szczęście, że poznałem Marię Łopatkową w czasie kiedy pracowałem w Zakładzie Pedagogiki Społecznej UŁ, kiedy bywała tam na seminariach organizowanych przez jego kierowniczkę doc. Irenę Lepalczyk, że znajomość ta zaowocowała zaproszeniem do odwiedzin Ogniska na Starej. Uczestniczyłem także (pojechaliśmy tam razem z doktorem Śliwerskim – jego maluchem) w owym I Ogólnopolskim Zjeździe Pedagogicznym, który odbył się w dniach 10–12 lutego 1993 roku w Rembertowie pod Warszawą. Przy okazji poinformuję, że zjazd zorganizowany był przez Polskie Towarzystwo Pedagogiczne, które powstało w 1981 roku z inicjatywy profesorów, członków Polskiej Akademii Nauk, Wincentego Okonia i Bogdana Suchodolskiego, a którego po latach (2005 lub 2007 – 2011) prof. Śliwerski był wiceprzewodniczącym. Wspomina o nim profesor w owej rozmowie i o wystąpieniu które miała tam Łopatkowa. Ale – przyznam się bez bicia – nie mogę sobie tego wystąpienia przypomnieć, Jakoś nie zapadło mi w pamięć – a to dziwne…
Mam jeszcze kilka refleksji związanych z biografią Marii Łopatkowej, które doprowadziły mnie do pewnej hipotezy o wpływie Jej osobistych doświadczeń rodzinnych na Jej późniejsze poglądy o wychowaniu. Ale o tym napiszę kiedy indziej – n.p. z okazji 10. rocznicy Jej śmierci (26 grudnia), która zakończyła Jej długie i owocne życie na 39 dni przed 90. urodzinami.
Włodzisław Kuzitowicz
Jak osobiście obserwowałem pozytywne skutki zespołowej pracy nauczycieli
W sobotę 19 września w „Gazecie Wyborczej” zamieszczono tekst Karoliny Słowik, zatytułowany „Reforma „Kompas jutra” wprowadzona do szkół. Dyrektorzy: Wielu nauczycieli nie rozumie tej zmiany”. Swe opinie prezentowało tam dwoje bardzo doświadczonych ekspertów edukacyjnych: dyrektorka – nieprzerwanie od 2001 roku – warszawskiej SP nr 103 im. Bohaterów Warszawy 1939 – 1945 pani Danuta Kozakiewicz oraz pan Marek Pleśniar – dyrektor biura Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty – od chwili powstania OSKKO w 2006 roku:
Inspiracją dla togo eseju stała się ta oto wypowiedź Kolego Marka Pleśniara:
Jednym z największym wyzwań jest wewnętrzna komunikacja, gdyż nauczyciele nie preferują pracy zespołowej.
Zanim o tym zdecydowałem – zastanowiłem się, czy jako oświatowemu emerytowi z 21-letnim stażem wypada mi wypowiadać się „w tym temacie”. Jednak uznałem, że w konwencji „ja jako były”, też mam prawo wyrazić swój pogląd – w oparciu o osobiste doświadczenia z „Budowlanki”.
A właśnie one każą mi gorąco popierać postulat Marka Pleśniara, bo też objąłem funkcję dyrektora Zespołu Szkół Budowlanych w Łodzi w bardzo trudnym dla członków rady pedagogicznej tej szkoły czasie. Było to w dwa lata po zakończeniu 18-letniego okresu, kiedy dyrektorem był tam, powołany jeszcze w 1983 roku dyrektor – co było oczywistą konsekwencją zmiany władz państwowych, powstania III RP i wejścia w życie nowej Ustawy o systemie oświaty. Nowym dyrektorem, już z konkursu, został nauczyciel przedmiotów zawodowych (wcześniej warsztatów szkolnych) – w konsekwencji poparcia, jakie otrzymał od rozdającej karty „Solidarności”. Jednak już po kilku miesiącach przytłaczająca większość nauczycieli zaczęła obserwować coraz większe przejawy jego niekompetencji do pełnienia tej roli. W efekcie w drugiej połowie r.szk. 1992/1993 znakomita większość członków Rady Pedagogicznej wystosowała do Kuratora Oświaty (z „Solidarności” ) petycję o odwołanie tego pana – wymieniając wiele popełnianych przez niego nieprawidłowości. Przysłany przez Kuratora zespół wizytatorów potwierdził postawione w petycji zarzuty i kutator owego pana odwołał ze stanowiska.
I to było powodem, że w sierpniu 1993 roku został ogłoszony konkurs na dyrektora ZSB nr 2, na który wpłynęły dwie oferty: nauczyciela matematyki z tej szkoły – przewodniczącego szkolnej organizacji SOiW NSZZ „Solidarność” – i moja – osoby w „Budowlance” nieznanej prawie nikomu. Konkurs, przewagą 1 głosu wygrałem i po kilku dniach, z dniem 1 września, stanąłem na czele Rady Pedagogicznej.
Opowiedziałem o tym, aby znane było tło sytuacji, w jakiej znalazłem się jako „człowiek z nikąd”, który na dokładkę był członkiem ZNP i… w zasadzie nigdy nie pracował w szkole jako nauczyciel. Nie muszę mówić, że zostałem przyjęty „z rezerwą”, a przez zwolenników mojego rywala – głównie tych z „Solidarności” – wręcz wrogo.
I wtedy przydało się moje doświadczenie wyniesione z harcerstwa oraz wykształcenie pedagogiczne, ukształtowane w kręgach pedagogiki społecznej. Nie bez znaczenia były minione 4 lata pełnienia obowiązków dyrektora Wojewódzkiej Poradni Wychowawczo-Zawodowej i kierowanie bardzo zróżnicowanym zespołem jej pracowników. Postanowiłem przede wszystkim przekonać tę większość nauczycieli, którzy wykazali się skuteczną pracą zespołową i doprowadzili do odwołania mojego poprzednika.
Wiedziałem, jeszcze z obozowych doświadczeń harcerskich, że nic tak nie integruje ludzi, jak wspólny wyjazd, realizowane tam ciekawe zadania i… rozrywkowy relaks. A że przed kilkunastoma miesiącami uczestniczyłem w trzydniowej konferencji, zorganizowanej przez „Polskie Stowarzyszenie „Szkoła dla Dziecka” w przystosowanym do organizowania takich wydarzeń hotelu w Dobieszkowie pod Łodzią, postanowiłem zorganizować tam dwudniowe, szkoleniowe posiedzenie Rady Pedagogicznej. W tym celu musiałem, z sukcesem, pozyskać z kuratorium środki na ten cel, zarezerwować termin – jedyny możliwy, czyli w Dniu Edukacji Narodowej (przypadł wtedy w piątek), czyli na 15 i 16 października, no i „wynająć” znanego i kompetentnego szkoleniowca.
Wszystko odbyło się zgodnie z planem, szczególnie istotny był piątkowy wieczór z uroczystą kolacją i tańcami… Założony cel główny osiągnąłem i od poniedziałku znakomita większość nauczycielek i nauczycieli traktowała mnie już jak „swojego”.
I mogłem już przystąpić do wprowadzania „nowego”. Pierwszą moją decyzją było zgłoszenie szkoły do programu UPET, wspieranego finansowo przez Europejską Wspólnotę Gospodarczą (Poprzedniczka Unii Europejskiej), Jego celem było wprowadzenie do kształcenia zawodowego programów o budowie modułowej. Nie było to jeszcze kształcenie modułowe w zawodach, gdzie nie funkcjonuje podział na przedmioty teoretyczne i zajęcia praktyczne, ale gdzie budowane były moduły międzyprzedmiotowe – w obszarze teoretycznych przedmiotów zawodowych (tpz). Było to możliwe, gdyż nie tylko nie spotkałem się z oporem nauczycieli tych przedmiotów, ale oni nie szczędzili czasu na pracę nad szczegółami programowo-merytorycznymi tego projektu. Pamiętam, że jedno spotkanie zespołu nauczycieli tpz (dziś nie pamiętam z jakiego powodu) odbyło się w mieszkaniu prywatnym jego przewodniczącej – na Retkini.
Dzięki temu, ze od 1 września 1994 roku rozpoczęliśmy realizację tego programu (uczestniczyły w nim jedynie 44 szkoły zawodowe z całej Polski) pozyskaliśmy środki na unowocześnienie bazy dydaktycznej. W szkole uruchomiona została pierwsza nowoczesna pracownia informatyczna, wyposażona w najnowsze na owe czasy komputery PC. Program ten po dwu latach był kontynuowany pod nową nazwą IMPROVE – dzięki temu do naszej szkoły trafiło także oprogramowanie AutoCAD – komputerowe wspomaganie projektowania. Pozyskaliśmy także pozabudżetowe środki na zakup nowoczesnego wyposażenia dwu sal lekcyjnych w jednoosobowe stoliki i krzesła, pozwalające na prowadzenie zajęć aktywizujących w dowolnie konfigurowanych grupach uczniowskich.
I to były materialne owoce pracy zespołowej nauczycieli tpz naszej „Budowlanki”. Wkrótce przeszedł czas na zadania dla nauczycieli przedmiotów ogólnokształcących. A pojawiły się one w roku szkolnym 1994/1995, w którym nasza szoła przystąpiła do kolejnego eksperymentu, który także przyniósł nowe środki pozabudżetowe na unowocześnienie bazy dydaktycznej szkoły. Tym projektem było Liceum Techniczne – koncepcja kształcenia ogólnozawodowego w 4-o letniej szkole licealnej, w której obok pełnego programu kształcenia ogólnego, realizowanego na poziomie podstawowym, uczniowie zdobywaliby wiedzę, będącą wspólną bazą dla wielu pokrewnych zawodów. I dopiero po jego ukończeniu absolwenci podejmowali decyzje, czy chcą kontynuować dalsze kształcenie w szkołach wyższych, czy też wejść na ścieżkę edukacji, prowadzącą do zdobycia tytułu technika w konkretnym zawodzie, ale w ramach krótkiego cyklu (w zależności od zawodu – od 0,5 do 1,5 roku) w policealnych studiach zawodowych.
I w tym przypadku nauczyciele nie zawiedli – w realizacji tego nowego zadania udowodnili, że działają „jak jedna rodzina”
Oto dlaczego jestem przekonany, że ma rację Marek Pleśniar, że jednym z największym wyzwań dla naszych szkół jest wewnętrzna komunikacja w zespołach nauczycielskich, gdyż osobiście obserwowałem pozytywne skutki owej zespołowej pracy nauczycieli.
Włodzisław Kuzitowicz
Autorska kontynuacja ważnego problemu, poruszonego przez dr Żylińską na jej fb-profilu
„System edukacji każe nam patrzeć na uczniów przez pryzmat ich słabych stron i trudności. […] Może warto zacząć aktywnie szukać w dzieciach ich silnych stron? […] Bo przecież każdy człowiek ma jakieś talenty i silne strony. Żeby je rozwijać, najpierw trzeba je dostrzec, bo to one będą przecież przyszłą drogą życiową małych ludzi.”
Dzisiejszy esej wypełnię moimi refleksjami, które zrodziły się po lekturze zamieszczonego przeze mnie na OE posta dr Marzeny Żylińskiej. Bo w tych kilku zdaniach zawarła ona jedną z największych prawd skutecznej edukacji – nie tylko szkolnej. A także największe nieszczęście naszego sytemu szkolnego, będące w jego genach, mających swój rodowód w systemie pruskiej szkoły Bo to tam za główny cel stawiano wychowanie posłusznego, lojalnego i zdyscyplinowanego obywatela oraz żołnierza i lojalnych urzędników i zdyscyplinowanych robotników.
Przeniesione wyłapywania błędów na grunt szkolny, służyło eliminacji odstępstw od normy i sprawdzaniu, czy uczeń ściśle wykonuje odgórne instrukcje. Szkoła ta uczyła zewnątrzsterowności, ale, „przy okazji”, nie stwarzała przestrzeni dla poznawania swoich mocnych i słabych stron, tą najstarszą w dziejach ludzkości metodą badawczą – metodą prób i błędów.
Na szukanie w uczniach ich silnych stron, nauczyciele, działający pod presją obowiązku realizowania podstawy programowej wymogów i maszynki do wystawiania ocen, nie mają po prostu czasu. Pozwolę sobie na metaforyczne opisanie do jakich procedur bywa w niektórych szkołach sprowadzana rola nauczyciela.
Otóż przypomina on policjanta służb drogowych, którego najważniejszym zadaniem jest wyłapywanie uczestników ruchu drogowego na łamaniu przepisów i wystawianie im za te przewinienia mandatów karnych A powinna to być rola trenera – np. lekkiej atletyki, którego zadaniem jest nie tylko organizowanie zawodów, a na nich biegów na określonych dystansach, „kto pierwszy”, ale przede wszystkim praca z zawodnikiem któremu w tym konkretnym biegu nie powiodło się, któremu trzeba pomóc w znalezieniu przyczyny niepowodzenia, jeśli okażą się nimi dysfunkcje organizmu – jaką zastosować terapię, jeśli błędy w treningu – jak go zmienić. A jeżeli okaże się, że ta konkretna dyscyplina została niewłaściwie zawodnikowi zalecona – na jaką ją zmienić. A wszystko po to, aby zawodnik nie zatracił potrzeby uprawiania sportu i był zawsze – adekwatnie do jego osobowości, aspiracji i potrzeb – pozytywnie motywowany i wspierany w trudnych chwilach.
Tyle mojego miniwykładu metaforycznego. Teraz przejdę do zilustrowania tytułowego problemu metodą indywidualnego przypadku.
W czasie kiedy ja byłem uczniem, a było to w samym środku okresu PeeReLu, ówczesny system szkolny był systemem edukacji, który także oceniał (wartościował) uczniów przez pryzmat ich słabych stron. I dlatego celem ucznia było nie dostać dwójki z przedmiotu, nie podpaść na tyle szkolnemu regulaminowi, aby mieć chociaż „dostateczny z zachowania”, i… i uczestniczyć – z choćby pozorowanym zaangażowaniem – w szkolnych akademiach z okazji kolejnej rocznicy Rewolucji Październikowej i Wyzwolenia Łodzi, a także w szkolnej reprezentacji na Pochodzie Pierwszomajowym.
W 1951 roku, w I klasie, działającej w takim systemie niewielkiej szkoły podstawowej na przedmieściach Łodzi, rozpocząłem swoją edukację. Byłem dzieckiem – jak to się wówczas mówiło – z rodziny robotniczo-chłopskiej, w której oboje rodzice ukończyli jedynie IV-klasową szkołę powszechną. Byłem wcześniakiem siedmiomiesięcznym, urodzonym w ostatnim roku wojny, dzieckiem wątłym, chorowitym i z wieloma deficytami. Przede wszystkim – co jako pierwsze dało znać o sobie – kompletnie nie dorównywałem kolegom w zajęciach z wychowania fizycznego. W starszych klasach objawił się mój kolejny problem – na lekcjach języka polskiego. Wtedy – przynajmniej w tej szkole – nauczyciel nie znal tych pojęć. A były to: dysgrafia i wkrótce potem – dysortografia. Nie mam do niego żalu – reagował jak potrafił, ale bardzo chciał mnie z tego „wyleczyć”.
Musiałem mieć dwa dodatkowe zeszyty. W klasie V – zeszyt w trzy linie – do nauki pisania liter. Przynajmniej raz w tygodniu miałem dodatkowo zadane wyraźne zapisanie przynajmniej kliku stron zadanymi na ten dzień literami. Po dwu latach odpuścił – nie sprawiło to, że te ćwiczenia na stale poprawiły mojego charakteru pisma! Umówiliśmy się, że od teraz będę pisał takimi prawie drukowanymi literami. Kiedy doszliśmy do pisania prac domowych, a zwłaszcza dyktand – to już była katastrofa. Nie potrafiłem zapamiętać kiedy w konkretnych wyrazach napisać u, a kiedy ó, kiedy rz a kiedy ż, kiedy ch a kiedy h. I z tej przypadłości usiłował mnie „wyleczyć” podobnym sposobem. Po każdym dyktandzie i sprawdzonym wypracowaniu, w oddzielnym zeszycie, musiałem ów z błędem napisany wyraz przepisywać poprawnie po 100 razy!
On naprawdę bardzo chciał, tylko że ta jego metoda, przynajmniej na mnie, nie zadziałała…
Ten drugi nauczyciel, który prowadził lekcje w-f, był także nauczycielem fizyki i chemii. I to on, kiedy poznał mnie lepiej, gdy przekonał się, że ja w zajęciach sportowych, nie z lenistwa a z ograniczeń fizycznych, nigdy nie będę równorzędnym partnerem moich szkolnych kolegów, ale za to jestem bardzo zainteresowany lekcjami fizyki, i że ta dziedzina wiedzy nie sprawia mi trudności, uczynił mnie swoim „asystentem” – najpierw w pracowni fizyki, a po roku – także na lekcjach chemii. Po latach zrozumiałem, że uczynił tak także dlatego, abym nie był postrzegany jako taki klasowy nieudacznik. A poza tym ja naprawdę stałem się takim jego „przybocznym”, który sprawdził się w tej roli asystenta – zwłaszcza podczas wykonywania doświadczeń i eksperymentów…
Obaj ci panowie nie mieli wtedy po dwadzieścia kilka lat i żaden z nich, nie tylko że nie skończył studiów wyższych, ale na miał szansy zostać absolwentem przedwojennego seminarium nauczycielskiego. Najprawdopodobniej ich jedyną szkołą przygotowującą do zawody nauczycielskiego było, już powojenne, liceum pedagogiczne – ale nie wiem czy w wersji trzy-, czy czteroletniej…
W podstawówce byłem oceniany – tak dzisiaj to widzę – nie tyle w odniesieniu do obiektywnych wymagań programowych, co do moich potencjałów i możliwości. Na świadectwie ukończenia szkoły miałem piątki z wszystkich przedmiotów – za wyjątkiem rosyjskiego…
Cóż z tego, skoro podjąłem wtedy decyzję, aby przystąpić do egzaminu wstępnego w najlepszym łódzkim liceum – I LO im. M. Kopernika! I to był mój pierwszy w życiu „zimny prysznic”. Oczywiście – egzaminu nie zdałem. Ostatecznie wylądowałem w trzyletniej zawodówce dla murarzy – nazywała się ona wtedy Szkołą Rzemiosł Budowlanych. Ale i tam znalazła się nauczycielka – także j. polskiego, która potrafiła i chciała indywidualizować swoje wymagania wobec uczniów, Ja także znalazłem się w gronie tych, którym stawiała pozaprogramowe wyzwania, dzięki czemu jestem dziś amatorem-dziennikarzem, a po drodze zaliczyłem nawet ośmioletni „staż” w roli st. asystenta na U.Ł. i dwa dyrektorskie stanowiska w łódzkiej oświacie.
Ale więcej o roli jaką w mojej biografii odegrała Pani Wiktoria, a także jakich jeszcze nauczycieli wspierających spotkałem na swej drodze do matury – ale już w liceum – opowiem przy innej okazji.
Wniosek z owego „indywidualnego przypadku” szkolnych doświadczeń redaktora OE jest oczywisty:
Każdy człowiek ma nie tylko słabe, ale i silne strony i talenty. Żeby je rozwijać, najpierw trzeba je dostrzec, bo to one będą przecież przyszłą drogą życiową małych ludzi. I jest to także rola nauczyciela!
Włodzisław Kuzitowicz
O tym co sprawia, że dyrektor szkoły ma autorytet, a nie tylko władzę
Podczas przeglądu mojego domowego archiwum natrafiłem na trzy kartki z tekstem, zapisanym na maszynie do pisania, Wyglądają jak maszynopis artykułu, który przygotowałem do druku w jakimś czasopiśmie, Skoro nie są to kartki wydrukowane w drukarce komputerowej, to najprawdopodobniej powstały jeszcze w ostatnich latach XX wieku. Nie byłem jeszcze wtedy współpracownikiem redakcji żadnego czasopisma, przeto – w drodze dedukcji – wnioskuję, że pisałem ten tekst do „Przeglądu Edukacyjnego” – kwartalnika, wydawanego od 1994 roku przez Wojewódzki Ośrodek Doskonalenia Nauczycieli w Łodzi. Dzisiaj już tego nie pamiętam i aktualnie nie mam możliwości sięgnąć do zbiorów tego lokalnego czasopisma, z którym wtedy współpracowałem, aby to potwierdzić, Wcześniej zdołałem ustalić, że w tamtym czasie zostały tam zamieszczone publikacje trzech moich artykułów: „Między nami wychowawcami”, „Co stanowi o klęsce, a co o sukcesie wychowawcy”, oraz „Wychowawca kapitanem w rejsie ku dorosłości”. Przypuszczam, że do przekazania tego tekstu do redakcji kwartalnika nie doszło, bo zmieniła się osoba jego redaktora naczelnego.
Jednak dzisiaj postanowiłem, mając w pamięci aktualne publikacje o przyczynach kryzysu polskiej szkoły, zamiast tradycyjnego refleksyjnego eseju o współczesnych bolączkach oświaty, zamieścić nieco skróconą i poddaną korekcie treść napisanego wtedy artykułu:
AUTORYTET DYREKTORA SZKOŁY
Wypowiedź moja będzie przedstawieniem poglądów na temat autorytetu i jego znaczenia w wychowaniu, jakie ukształtowały się w toku mojej długoletniej pracy jako pedagoga-wychowawcy, ze szczególnym uwzględnieniem tych zdobytych w ostatnich latach pełnienia przeze mnie funkcji dyrektora szkoły.
Punktem wyjścia niech będzie stwierdzenie, że autorytet – „to coś” co posiada człowiek, który roztacza wokół siebie rodzaj „pola magnetycznego”, które powoduje, że inni ludzie dobrowolnie poddają się jego oddziaływaniu, jego wpływowi, jego woli. […]
Przedmiotem moich rozważań nie jest „autorytet siły”, będący wymuszaniem na innych ich zachowań czy poglądów, lecz świadome, lub nieświadome, poddanie się wpływowi drugiego człowieka, uleganie jego prośbom, sugestiom, wskazówkom, poleceniom – wyłącznie z jednego powodu: bo pochodzą od osoby obdarzanej przez nich szacunkiem, uznaniem, sympatią – czyli autorytetem.
Wiele już powiedziano i napisano o tym jakie cechy powinien posiadać taki człowiek. W przypadku relacji wychowawczej najczęściej wymieniane są: wiarygodność, sprawiedliwość, obiektywizm, spolegliwość, ale także fachowość (kompetencje), oraz… pogoda ducha, poczucie humoru. To cechy, które powinien posiadać nauczyciel, aby mieć u uczniów autorytet.
Jednak ja chciałem rozszerzyć te cechy, o te, które – moim zdaniem – powinien posiadać kierownik, szef, dyrektor. Na początek będzie to podejście z punktu widzenia teorii organizacji i zarządzania. Pochodnym tych dwu pojęć jest KIEROWANIE. Jego najbardziej lapidarna definicja mówi, ze „jest to powodowanie zmian w organizacji”, to znaczy „podmiocie zorganizowanym”, czyli dotyczy to zespołów ludzkich.
Z licznych czynności w ramach funkcji kierowniczej najczęściej wymienia są te: planowanie, organizowanie, przewodzenie i kontrolowanie. I tu dochodzimy do naszego tematu, że nie można być przywódcą nie mając autorytetu.
Przywódca to człowiek, który stoi na czele zespołu. Jakie trzeba mieć cechy, aby być zaakceptowanym jako przywódca, aby tę przewodnią rolę zespół zaakceptował?
Można oczywiście podawać przykłady sytuacji, w których przywódcą został najsilniejszy, najstarszy, najmądrzejszy. Ale najbardziej uniwersalną odpowiedzią jest ta: Wodzem zostaje ten, kto potrafi tak pokierować grupą, że w możliwie krótkim czasie osiąga ona pożądane przez siebie cele.
Tak jest zawsze w grupach nieformalnych, gdzie liderem zostaje się na prawach „doboru naturalnego”. Jednak o wiele trudniej jest prześledzić te procesy przywództwa w strukturach zinstytucjonalizowanych.
Jakim trzeba być człowiekiem, aby kierować szkołą, nie być jedynie zarządzającym nią jako instytucją, lecz być przywódcą tej zbiorowości, składającej się z uczniów, nauczycieli i pozostałych jej pracowników?
Wyróżnia się dwa typy autorytetów kierowniczych:
Autorytet formalny, zwany zewnętrznym. Wynika on z nadania przez organ zwierzchni tej władzy. Jest on wzmacniany zewnętrznymi atrybutami tej funkcji, takimi jak: tytuł (pan dyrektor), gabinet, sekretarka, nienormowany czas pracy i t p.
Autorytet wewnętrzny, naturalny, zwany autonomicznym, to właśnie ten, który stanowi przedmiot moich rozważań. Analizując atrybuty wewnętrznego autorytetu dyrektora szkoły, obok cech już wymienionych, typowych dla roli nauczyciela (wiarygodność, sprawiedliwość,, obiektywizm, spolegliwość), pragnę zwrócić uwagę na dwa, specyficzne dla szefów instytucji:
FACHOWOŚĆ, którą w tym przypadku jest nie tylko kompetencja w zakresie organizacji i zarządzania, ale także wiedza o metodyce nauczania i wychowania instytucjonalnego, oraz – wspomniane już przeze mnie – stwarzanie warunków do osiągania przez kierowanych przez siebie ludzi (uczniów i nauczycieli) oraz szkołę jako organizację – SUKCESÓW.
Dodam jeszcze jedną cechę dyrektora, wzmacniającą jego autorytet: umiejętność nawiązywania przyjacielskich, życzliwych RELACJI z „podwładnymi”…
Reasumując: O autorytecie dyrektora szkoły jako nie tylko administratora, ale i „pierwszego nauczyciela i wychowawcy”, przesądzi nie tylko posiadanie przez niego wymienione już cech, ale także czy i jak potrafi pozyskiwać nie tylko niezbędne do działalności i rozwoju szkoły środki finansowe, lecz też jej sojuszników, czy umie on promować szkołę w środowisku – nie tylko lokalnym, i czy uczniowie i nauczyciele mają warunki, aby mogli realizować swe potrzeby, dążenia i cele – także te potwierdzane zdobywanymi tytułami honorowymi nagrodami, medalami i pucharami…
Włodzisław Kuzitowicz
Refleksje weterana oświaty po lekturze raportu „Szkoła do życia”
Przed tygodniem tematem eseju było: „Z czym będą musieli poradzić sobie nauczyciele i uczniowie w nowym roku szkolnym”. Jako że jest jeszcze za wcześnie, aby na warsztat brać jakieś problemy, o których dowiedziałem się podczas minionego, pierwszego tygodnia nauki, postanowiłem powrócić to problemu, który „wypłynął” (przynajmniej dla mnie) po opublikowaniu przez CEO raportu „Szkoła do życia” – o czym poinformowałem na OE 29 sierpnia w materiale „25 %Polaków dobrze ocenia współczesną szkołę, a 36 % ocenia ją negatywnie”.
Kto tego nie czytał niechaj to teraz uczyni – będzie lepiej mógł interpretować treść tego eseju.
Ale „kołem zamachowym” moich dzisiejszych refleksji postanowiłem uczynić fragmenty tekstu, który wyczytałem na portalu „PRESS”:
Zgodnie z wynikami badań Centrum Edukacji Obywatelskiej Polacy chcą szkoły praktycznej, ale nie rezygnującej z wiedzy. Wymagającej, lecz przyjaznej. Diagnoza zaskakująco zgodna: szkoły nie trzeba burzyć. Wystarczy ją trochę przemeblować. […] Polacy chcą szkoły, która pozwoli zjeść ciastko i mieć ciastko. Oczekujemy, że uczęszczanie do placówki edukacyjnej zapewni młodym ludziom niezbędną (ale i przydatną!) wiedzę, praktyczne umiejętności potrzebne w dorosłym życiu, ukształtuje w nich postawę pełną empatii i – nieprzypadkowo, jednak nieco przy okazji – wychowa.
W tym wszystkim ma oczywiście pozostać sprawiedliwa i przyjazna. Aż chciałoby się zapytać: „Może jeszcze frytki do tego?”.
[Źródło: https://oko.press/]
To teraz pora na to, abym ja ujawnił moje, nie tylko refleksje ale i przekonania. A – przypominam – będzie to punkt widzenia osoby, która ze szkołą zetknęła się we wczesnym PRL-u (szkoła podstawowa – 1951 – 1958), maturę robiłem w niepierwszoligowym liceum w 1963 roku), osoby która szkołę poznała „od środka” w jej wersji instytucjonalnej podczas gdy sprawowałem stanowisko dyrektora Zespołu Szkół Budowlanych (w latach 1993 – 2005), zaś z punktu widzenia rodzica lub opiekuna uczniów – kiedy mój syn był uczniem podstawówki (1980 – 1988), a później liceum, ale także w latach 1972 – 1975 kiedy pracowałem w domu dziecka – jako wychowawca, a po roku jako z-ca dyrektora d.s. domu dziecka w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym..
Aktualnie moja wiedza o szkole to efekt bycia – od 13-u lat – redaktorem „Obserwatorium Edukacji”, czyli z pozycji „kibica”. Bo kibicuję nauczycielom i uczniom, ale nie zmieniającym się politykom, którzy wszak decydują o pryncypialnych sprawach polskiej oświaty – niezależnie od ich „barw” politycznych.
Bardzo spodobała mi się ta synteza oczekiwań wobec polskiej szkoły w wersji zaprezentowanej przez portal „PRESS”. Przypomnę ją jeszcze raz:
„Polacy chcą szkoły, która pozwoli zjeść ciastko i mieć ciastko. Oczekujemy, że uczęszczanie do placówki edukacyjnej zapewni młodym ludziom niezbędną (ale i przydatną!) wiedzę, praktyczne umiejętności potrzebne w dorosłym życiu, ukształtuje w nich postawę pełną empatii i – nieprzypadkowo, jednak nieco przy okazji – wychowa.”
Ale mnie dziesiątki lat życiowych doświadczeń każe wszystkie takie mrzonki między bajki wkładać. Dlaczego uważam, ze wizja takiej szkoły to mrzonka? Bo w wyobrażalnej dziś przyszłości nie widzę warunków, które gwarantowałyby praktyczną realizację takiej utopii.
Po pierwsze – dlatego, że o tym jaką jest szkoła (i ile na jej funkcjonowanie jest pieniędzy) decydują władze centralne. A te były, są i jeszcze długo będą w gestii polityków. Ci zaś uważają za punkt honoru, by po każdym przejęciu władzy od poprzedniej opcji, pozmieniać ile się da z tych decyzji, które w obszarze oświaty podjęli poprzednicy. Tym bardziej, że rzadko kiedy na czele ministerstwa edukacji stoi ktoś kompetentny, znający z autopsji problemy uczniów i nauczycieli. Właśnie przypomniałem sobie takiego profesora-ministra (ale nie z Lublina), który zapytany przez dziennikarkę skąd czerpie wiedzę o szkole, odpowiedział: „bo mam siostrę nauczycielkę”…
Po drugie – bo tak naprawdę o tym jaką jest konkretna szkoła decydują nauczyciele, pracujący pod kierunkiem kompetentnego dyrektora. A z tym – NIESTETY – jest coraz gorzej. I nie dlatego, że owi nauczyciele są oportunistami, konserwatystami z natury, albo po prostu niedorastającymi do zadań. Pewnie i tacy gdzieś mogą się trafić. Ale dlatego, że jako kategoria zawodowa znajdują się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Począwszy od – obiektywnej – deprecjacji płacowej, poprzez – będącą tego skutkiem – słabnącą motywację do pracy, oraz zjawisko „starzenia się” tej kategorii zawodowej i coraz słabszy napływ do zawodu młodych absolwentów studiów nauczycielskich.
Sytuację dodatkowo pogarsza, obserwowana w ostatnim dwudziestoleciu jako efekt spadku autorytetu zawodu nauczyciela, coraz bardziej roszczeniowa, a często wręcz agresywna, postawa rodziców uczniów wobec nauczycieli. Gdy sobie przypomnę z jakim szacunkiem ja traktowałem nauczycieli mojego syna, a nawet gdy wspomnę nie tak odległy czas – sprzed 20-u, 30-u lat, kiedy dyrektorowałem w ”Budowlance”, kiedy przypomnę sobie zebrania z rodzicami – to oświadczam, że opisywane dzisiaj zachowania rodziców wobec nauczycieli były wtedy nie do pomyślenia.
A nadzieja na rewolucję w oświacie, jakiej dokonają młodzi, którzy nieubłaganie będą musieli zastąpić dzisiejszych 60-o i 50-olatków także, jak na razie, jest płonna. A to wszystko przez stagnację w metodach kształcenia nowego „narybku” nauczycieli w polskich szkołach wyższych. Przypomnę, że nauczyciele przedmiotowi są edukowani niejako „przy okazji” studiów polonistycznych, matematycznych, biologicznych, geograficznych lub innych, kształcących magistrów w tej czy innej dyscyplinie. Od pewnego czasu na pilną konieczność dokonania radykalnych zmian w kształceniu nauczycieli zwracało wielu ekspertów i doświadczonych praktyków. Dotyczy to zwłaszcza zwiększenia liczby godzin na metodykę nauczania przedmiotu, ale i na metodyki wychowania. A przede wszystkim podnoszony jest problem zbyt krótkich praktyk „u boku mistrza” a generalnie – bra „szkół ćwiczeń przy uczelniach – jak to było zasadą przed półwieczem. Ostatnio tematem tym zajęło się środowisko SOS dla edukacji. Oto fragmenty jednego z tekstów na ten temat, zamieszczonego na ich portalu:
„Od początku 2026 roku SOS dla Edukacji wskazuje na konieczność zmiany standardów kształcenia nauczycieli i uporządkowania rozporządzenia o kwalifikacjach. W ramach prac SOS powstała grupa robocza złożona z przedstawicieli środowiska akademickiego, szkół i organizacji społecznych. Przygotowaliśmy wspólnie propozycję zmian w rozporządzeniu o standardach kształcenia i wielokrotnie zwracaliśmy uwagę MEN i MNiSW na problemy, jakie obecne przepisy powodują na uczelniach. […]Wystąpiliśmy w trybie dostępu do informacji publicznej do dwóch instytucji wskazywanych jako zaangażowane w ten proces – Akademii Pedagogiki Specjalnej oraz Instytutu Badań Edukacyjnych. Zapytaliśmy o cele i pytania badawcze, kryteria oceny standardów, metodologię, dobór próby, grupy badane, źródła danych, narzędzia badawcze, harmonogram oraz sposób zapewnienia niezależności i bezstronności badania. […] APS poinformowała, że 31 lipca 2026 r. zawarła z MEN umowę na realizację zadania „Kształcenie nauczycieli w polskich uczelniach – prognoza dla rynku nauczycielskiego. […] To potrzebne informacje. Nie są jednak odpowiedzią na pytanie, czy obowiązujący standard kształcenia nauczycieli jest dobrze zaprojektowany i czy rzeczywiście przygotowuje przyszłych nauczycieli do pracy w szkole.”
[Cały tekst „MEN mówi o ewaluacji standardów kształcenia nauczycieli. Odpowiedzi APS i IBE pokazują, że takiego badania nie ma” – TUTAJ]
Jaki z tego końcowe wnioski?
Pierwszy – „Jeszcze się taki nie narodził, który by wszystkim dogodził”.
Drugi – oddzielić system oświaty od upolitycznionego systemu państwowego i przekazać ten obszar w ręce pozapartyjnej Rady Edukacji Narodowej, albo Narodowej Agencji Edukacji, a najlepiej – bezpartyjnej komisji eksperckiej.
Ufff… skończyłem!
Włodzisław Kuzitowicz
Z czym będą musieli poradzić sobie nauczyciele i uczniowie w nowym roku szkolnym
I tak oto mój „okrągły”, 30. refleksyjny esej pisżę w ostatnią niedzielę tegorocznych wakacji. A kalendarzowa loteria sprawiła, ze 1. września wypadł w tym roku we wtorek, co oznacza, ze właśnie tego dnia w szkołach odbędą się uroczystości rozpoczęcia roku szkolnego.
Tradycja tego dnia nie wymaga sprawdzania listy obecności, ale za to wypada uczennicom i uczniom przyjść tego dnia w stroju „galowym”, a przynajmniej nie w jego wakacyjnej wersji. Różne szkoły, w zależności od liczby uczniów, warunków lokalowych i często także tradycj, organizuje ten dzień na dwa różne sposoby – i to na dokładkę w zależności od pogody.
Abo jest to jedna, wspólna dla wszystkich, uroczystość – w sali gimnastycznej, auli – jeśli szkoła taką posiada, lub na boisku szkolnym, albo w formule zdecentralizowanej – klasy spotykają się ze swoimi wychowawcami w salach lekcyjnych. Często ta druga wersjia odbywa się – w zależności od proporcji liczby klas do liczby sal – w dwu, a nawet i w trzech terminach.
Oczywiście – nauczyciele są już, najprawdopodobniej, wszyscy po inaugurującym początek nowego roku szkolnego posiedzeniu rady pedagogicznej. I nie jest to tylko „obrzędowe” wydarzenie. To wtedy dowiedzieli się już na sto procent, w których klasach i czego będą uczyli, ile godzin mają w tym roku przydzielone, czy będą – w ramach kontynuacji, albo dostawszy nowy przydział, wychowawcami klas – i których. Może dyrekcja przydzieliła im jeszcze jakieś dodatkowe obowiązki.
Tradycyjnie podczas tej rady żegnani są nauczyciele odchodzący na emeryturę, w tym – coraz częściej to się zdarza, także pożegnania dotychczasowych, bywa że wieloletnich, dyrektorek i dyrektorów. No i jest to także okazja, aby poznać się z nauczycielami nowozatrudnionymi, w tym – co jest oczywistym priorytetem – z osobą, która właśnie z dniem 1 września rozpocznie pełnienie obowiązków dyrektorki/dyrektora tej szkoły. Bo nie zawsze to stanowisko obejmuje osoba, która już była już zatrudniona w tej szkole jako nauczyciel/ka.. Bywa, że jest to osoba wcześniej nieznana, która wygrała przed kilkoma miesiącami konkurs na dyrektora tej szkoły.
I tak oto wyczerpałem już „neutralne” wątki tematyczne eseju, pisanego z okazji nowego roku szkolnego. Wiem – biorę się do tego głównego tematu jak pies do jeża, ale już dłużej odwlekać nie mogę.
Z dniem 1 września w szkołach startuje program „Kompas Jutra” i wchodzi w życie kilka nowych ustaw i rozporządzeń. I z tym wszystkim (a jest tych zmianj ponoć 12) będą sobie musieli radzić i nauczyciele i uczniowie. Bo co prawda prezydent zawetował reformę „Kompas Jutra”, ale szefowa Ministerstwa Edukacji zapowiedziała, że reforma i tak będzie, choć częściami, wprowadzana do szkół za pomocą rozporządzeń. Z innych zmian wymienię tylko:
Edukacja zdrowotna – będzie obowiązkowym przedmiotem. W związku z kontrowersjami wokół części jego treści resort edukacji zdecydował, że zagadnienia dotyczące seksualności pozostaną nieobowiązkowe. Nauczyciel będzie mógł realizować je także w ramach nieobowiązkowych godzin zajęć.
Tydzień projektowy – od 1 września 2026 roku będzie rozwiązaniem fakultatywnym, ale warto go „potrenować”, bo od 2027 roku ma stać się obowiązkowy.
W szkołach podstawowych uczniowie nie będą mogli korzystać z telefonów podczas lekcji i przerw. Będzie można je używać przed rozpoczęciem zajęć i po ich zakończeniu, a w trakcie lekcji tylko w uzasadnionych sytuacjach, np. podczas zajęć odbywających się poza szkołą.
Od roku szkolnego 2026/2027 w szkłach podstawowych zwiększono liczbę godzin zajęć, pozostających w gestii dyrektora. Będzie to łącznie dziewięć godzin tygodniowo, w tym sześć godzin w klasach IV–VIII, które będzie mógł on przeznaczyć na dodatkowe godziny z matematyki, języka polskiego, języków obcych lub zajęć cyfrowych, ale także na zajęcia tematyczne, projekty badawcze, warsztaty artystyczne, naukowe lub sportowe.
Zmienią się zasady dotyczące żywienia dzieci i młodzieży w placówkach oświatowych. Od 1 września szkolne i przedszkolne jadłospisy mają zawierać więcej produktów roślinnych, mniej cukru i ściślej określoną liczbę potraw mięsnych, rybnych czy smażonych.
Z dniem 20 sierpnia weszło w życie Rozporządzenie Ministra Edukacji zmieniające rozporządzenie w sprawie oceniania, klasyfikowania i promowania uczniów i słuchaczy w szkołach publicznych. A to wymusi nie tylko zmianę trybu i formy przeprowadzania egzaminu klasyfikacyjnego, egzaminu poprawkowego i sprawdzianu wiadomości i umiejętności, ale także wprowadzenia do statutów szkół precyzyjnych zapisów jak będziemy oceniali „odpowiedzialność za własny rozwój ucznia”, a także jak czy uczeń „przestrzega normy społeczne” a przede wszystkim jak „zważyć” i ocenić to przestrzeganie na oceny: kiedy było to zachowanie wzorowe, kiedy bardzo dobre, dobre lub choćby poprawna, a kiedy należy się ocena nieodpowiednia a nawet naganna.
Wchodzą także zmiany w zakresie zadawania pisemnych i praktyczno-technicznych prac domowych w szkole podstawowej. Zniesiona będzie możliwość zadawania w klasach IV-VIII praktyczno-technicznych prac domowych do wykonania w czasie wolnym od zajęć dydaktycznych.Doprecyzowano, że każda wykonana przez ucznia pisemna praca domowa musi być przez nauczyciela sprawdzona i uczeń musi otrzymać o niej informację zwrotną.
Jak by się kto pytał, to za ten dodatkowy obowiązek nauczyciele nie otrzymają większego wynagrodzenia…
I na deser – moduł medialny, który ma być, wg. wizji MEN, „wisienką na torcie” reformy programowej „Kompas Jutra”. Treści edukacji medialnej będą realizowane w ramach języka polskiego, informatyki, geografii, edukacji obywatelskiej oraz zajęć praktyczno-technicznych. Moduł obejmuje również bezpieczeństwo i higienę cyfrową, etyczne korzystanie z treści medialnych, komunikację i współpracę w środowisku cyfrowym oraz świadome korzystanie z narzędzi sztucznej inteligencji.
Ciekawe w jakich procedurach „międzyprzedmiotowych” wypracowany zostanie w każdej konkretnej szkole ów multiprzedmiotowy program tego modułu. I kto będzie . całościowo, za niego odpowiadał, w razie czego – decydował które treści lepiej pasują do którego z pięciu przedmiotów…
.
[Zobacz więcej informacji o zmianach które wymusza to rozporządzenie w moim materiale z dnia 22 sierpnia – TUTAJ]
Wystarczy!…
Powtórzę to co napisałem w eseju nr 27 z 9 sierpnia: „Jak to dobrze że nie jestem już dyrektorem szkoły!” Ale to nie znaczy, ze nie myślę z troską o tych z Was, który właśnie, w tej roli, będą musieli podołać tym – dodatkowych w porównaniu do lat minionych, – obowiązkom.
Trzymajcie się, na złość tej która to wszystko zgotowała. Wszak dłużej „klasztora niż przeora”…
Włodzisław Kuzitowicz
O genezie nadania imienia Janusza Moosa Galerii Witraży i konsekwencjach
trzeciej rocznicy Jego odejścia na emeryturę
Tematy które w tym eseju zamierzam podjąć są przede wszystkim oczywistą konsekwencją zamieszczonego na OE 21 sierpnia materiału, w którym znalazły się obszerne fragmenty tekstu prof. Śliwerskiego, zatytułowanego „Nie podcinać skrzydeł nauczycielom. Lekcja Janusza Moosa”. Ale nie tylko – to także konieczność przypomnienia rocznic, przypadających na ostatni dzień sierpnia i pierwszy dzień września, którymi za tydzień nie bardzo wypadałoby się zajmować Mając świadomość, że to niedziela, poprzedzająca początek nowego roku szkolnego, w którym dyrektorzy i nauczyciele będą musieli pracować z uwzględnieniem wdrożenia 12. zmian prawnych, powinienem wtedy wypowiedzieć się o tym. A nie wykluczone, że w ostatnim tygodniu wakacji wyskoczą jeszcze jakieś niespodzianki przygotowane w MEN, o czym zapragnę podzielić się moimi refleksjami
A więc zaczynam:
Na początek podzielę się z Wami informacją (zdobytą „u źródła – czyli od Janusza Moosa) jakie to zaszłości legły u podstaw faktu uhonorowania imieniem tej wybitnej, ale wszak znanej przede wszystkim w środowisku edukacyjnym, osobowości łódzkiej oświaty, właśnie takiej placówki: Galerii Witraży w Chociszowie k. Polanicy Zdroju, którą to miejscowość dzieli od Łodzi ok. 322 km.
Otóż panowie: Janusz Moos i Zbigniew Muziewicz poznali się około 30 lat temu, podczas corocznych wyjazdów urlopowych Janusza do Kotliny Kłodzkiej – w rejon Polanicy-Zdroju. To podczas jego spacerów po okolicy natrafił na pracownię witraży, prowadzoną przez Zbigniewa Muziewicza. I tak zawarta przypadkiem znajomość, kontynuowana przez lata, przerodziła się w trwałą więź obu panów.
Dowodem na te relacje są te oto formy uznania dorobku artystycznego, ale i oddziaływań edukacyjnych na odbiorców sztuki pana Muziewicza. To dwukrotne wyróżnienie go przez ŁCDNiKP podczas uroczystych Gal Podsumowania Ruchu Innowacyjnego w Edukacji:
W roku 2011
Certyfikatem „PARTNER PRZYJAZNY EDUKACJI
W roku 2016
Statuetką „SKRZYDLA WYOBRAŻNI”
[Źródło: www.muziewicz.pl/p ]
x x x
A teraz o tym, jaki nowy nurt moich wspomnień i refleksji uruchomił prof. Śliwerski tym fragmentem swego tekstu:
„Są w oświacie ludzie, którzy pełnią funkcje, zarządzają placówkami, realizują kolejne programy i reformy. Są jednak także tacy, którzy tworzą wokół siebie przestrzeń wolności, dzięki której inni mogą przekraczać rutynę, próbować, eksperymentować, popełniać błędy, poprawiać własne rozwiązania i odkrywać w sobie nauczyciela-twórcę. Do tej drugiej, jakże nielicznej kategorii należy mgr inż. Janusz Moos – pedagog, innowator, animator ruchu postępu pedagogicznego, a przede wszystkim człowiek, który przez dziesięciolecia potrafił uskrzydlać innych.
Przez 27 lat kierował Łódzkim Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego, doprowadzając wraz ze współpracownikami tę placówkę do standardów rozpoznawalnych nie tylko w Polsce. Nie był przy tym dyrektorem administrującym cudzymi pomysłami. Był liderem tworzącym warunki do rodzenia się pomysłów własnych – nauczycielskich, zespołowych, środowiskowych.
I właśnie ten aspekt jego działalności wydaje mi się dzisiaj szczególnie ważny.
Wolność nauczyciela nie jest luksusem.
W czasach coraz silniejszego proceduralizowania edukacji, standaryzowania pracy nauczyciela, mnożenia wskaźników, formularzy, podstaw programowych, rozporządzeń, instrukcji i systemów kontroli łatwo zapomnieć o czymś elementarnym: nie ma twórczego nauczyciela bez wolności.”
Jako „świadek historii”, a także uczestnik lub bliski obserwator aktywności zawodowej mgr. Inż. Janusza Moosa od 1988 roku, muszę dokonać korekty zdania „Przez 27 lat kierował Łódzkim Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego”. Fakty mówią co innego:
Decyzją z dnia 30 lipca 1996 roku w sprawie utworzenia Wojewódzkiego Centrum Kształcenia Praktycznego w Łodzi powstała ta innowacyjna placówka, która swą działalność rozpoczęła 1 września 1996 roku, a której twórcą i dyrektorem został Janusz Moos.
Z dniem 1 stycznia 1999 roku Polska została podzielona na 16, a nie jak wcześniej na 49, województw. I na fali przeprowadzanych wówczas reorganizacji Janusz Moos zgłosił projekt utworzenia – na bazie WCKP – Wojewódzkiego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego, którego – oczywiście – nadal on był dyrektorem.
Jako WCDNiKP placówka ta funkcjonowała do kolejnych reform, aby w roku 2001 – gdy kuratorium oświaty przestało być organem prowadzącym, a jedynym organem prowadzącym wszystkie placówki oświatowo-wychowacze w mieście zostało Miasto Łódź – ostatecznie przyjąć obowiązującą do dzisiaj nazwę Łódzkie Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego.
I przez te wszystkie lata, do 31 sierpnia 2023 roku, dyrektorem tych kolejnych placówek był Janusz Moos. Bo wtedy, w wieku 84 lat, ów twórca i szef Łódzkiego Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego, po 56 latach pracy w edukacji, w tym 27 latach na stanowisku dyrektora,– odszedł na emeryturę. [Przeczytaj informację ze strony „Expressu Łódzkiego” – TUTAJ]
W tym czasie Łódzkim Kuratorem Oświaty był Waldemar Flajszer, wojewodą Tobiasz Bocheński a ministrem edukacji Przemysław Czarnek. Wyłącznie „fotograficzna” relacja z pożegnania dyrektorów odchodzących na emeryturę została zamieszczona na stronie ŁKO w dniu 30. czerwca. [Zobacz – TUTAJ ] Jest tam, zamieszczone jako (nomen omen) 13., zdjęcie Janusza Moosa, odbierającego z rąk kuratora pismo „pożegnalne”.
Nie ma tam ani słowa o wyjątkowych zasługach dla oświaty tego najdłużej pracującego w łódzkiej edukacji dyrektora…
Już wtedy była to dla mnie smutna informacja. Ale prawdziwe zaskoczenia złymi wieściami musiałem przeżywać po 1 września 2023 roku, kiedy czytałem o kolejnych osobach sprawujących swe rządy w osieroconym ŁCDNiKP. Pierwszym była wiadomość, że od 1 września 2023 r. p.o. dyrektora LCDNiKP została Karolina Południkiewicz. Nie dotychczasowa wicedyrektorka – Anna Koludo, która pracowała z dyrektorem Moosem od pierwszych dni powstania WCKP ani nikt z pracowników łódzkiego Centrum, a ta nikomu nieznana osoba – absolwentka poradnictwa żywieniowego na SGGW, zatrudniona dotychczas jako pedagog oraz specjalistka do spraw projektów edukacyjnych i unijnych w łódzkiej Fundacji Innopolis. Prowadziła także warsztaty kulinarne dla dzieci i młodzieży (m.in. w ramach projektów społecznych i edukacyjnych oraz z Fundacją Ziółka w Kuchni), realizując zajęcia m.in. w przestrzeniach takich jak Bistro Book&Cook oraz we współpracy z lokalnymi organizacjami i ośrodkami Centrum Służby Rodzinie. I takiej osobie powierzono kontynuowanie dorobku dyrektora Moosa…
Największym zaskoczeniem było dla mnie to, że za tą decyzją stała nadzorująca od 2019 roku łódzką oświatę wiceprezydentka Łodzi, a więc znająca dorobek dyrektora Moosa – Małgorzata Moskwa-Wodnicka (Nowa Lewica)
Od tego dnia miną za tydzień 3 lata. I właśnie to co w tym czasie działo się w Łódzkim Centrum miał na myśli prof. Śliwerski, kiedy pisał:
„Instytucje mają oczywiście prawo się zmieniać. Nie powinny jednak zaczynać swojej historii od każdej kolejnej kadencji. Usuwanie pamięci poprzedników jest jednym z bardziej niepokojących objawów polskiej kultury instytucjonalnej. Zmiana kierownictwa zbyt często oznacza zmianę narracji o przeszłości, jak gdyby sukces poprzedników pomniejszał znaczenie następców. A przecież jest odwrotnie. Dojrzała instytucja potrafi budować swoją tożsamość na ciągłości dokonań wielu pokoleń.”
Te trzy minione lata w ŁCDNiKP nie pozostały bez odnotowania ich w „Obserwatorium Edukacji”. Pierwszym był zamieszczony 3 września 2023 r, materiał „Zaskakująca decyzja władz miasta w sprawie kierownictwa ŁCDNiKP”, kolejnymi – „Felieton nr 485. Kilka rocznicowych wspomnień i aneks do info o pani Karolinie” i „Felieton nr 487. O wchodzeniu w nowy rok z optymizmem i o pani dyr. Południkiewicz”
Później było jeszcze ich wiele, bo też nie mogłem pozostać obojętny na destrukcję tej zasłużonej placówki, na kolejne konkursy na jej dyrektorów, które wygrywały dziwne osoby, a kilka z nich było nierozstrzygniętych. Już wkrótce udostępnię linki do nich wszystkich.
Ostatnią była, zamieszczona 4 lutego b.r. informacja, zatytułowana „Koniec wakatu! Dyrektorka ŁCDNiKP ma wreszcie wicedyrektorkę”. Bo przez 5 miesięcy nowa dyrektorka – pani Agnieszka Ochmańska, która od lipca 2024 roku była tam wicedyrektorką – rządziła w Centrum jednoosobowo.
Później informacje o tym co działo się w Łódzkim Centrum zamieszczałem już tylko na moim fb-profilu
Ostatnim był tam post z dnia 31 lipca, w którym odsyłałem na stronę ŁCDNiKP, gdzie informowano o planowanym na 25 września kursie „Zarządzanie oświatą”. To tam znalazł się taki „agitacyjny” akapit:
„Jeśli marzycie o roli lidera oświaty, zapraszamy do udziału w kursie kwalifikacyjnym ‘Zarządzanie oświatą’ organizowanym w roku szkolnym 2026/2027. To wyjątkowa okazja, aby zdobyć wiedzę, kompetencje i praktyczne umiejętności niezbędne do kierowania szkołą, przedszkolem lub placówką oświatową. Program kursu łączy aktualną wiedzę prawną, organizacyjną i menedżerską z doświadczeniem cenionych praktyków edukacji.”
Nie mogłem się powstrzymać przed zamieszczeniem pod tym „zaproszeniem” takich komentarzy:
Mógłbym tak długo jeszcze pisać o fatalnym stylu zarządzania tą zasłużoną placówką, o zamontowanych kamerkach do podglądania pracowników, o podpisywaniu w sekretariacie listy przy odbieraniu klucza do pokoju, o zakazie rozmów na korytarzu, a przede wszystkim o niepodważalnym dowodzie na całkowitą dezaprobatę takiego stylu kierowania, wyrażoną odejściem z pracy przez 46 byłych pracowników ŁCDNiKP.
Ale dzisiaj na tym zakończę ten temat – obiecuję, ze na pewno jeszcze wrócę – nie mam wątpliwości, że pani dyrektor Ochmańska dostarczy mi jeszcze niejednego powodu….
Włodzisław Kuzitowicz
Komu zawdzięczam, uzyskaną w głębokim PRL-u, wiedzę o „Cudzie nad Wisłą”
Dzisiejszy esej postanowiłem zamieścić nie jek zwykle w niedzielę, lecz dzień wcześniej, z powodu daty jego publikacji – 15 sierpnia, która to data (przynajmniej dla mnie) jest dorocznym Świętem Wojska Polskiego, ustanowionym ustawą Sejmu z 30 lipca 1992 roku.
W poprzednich latach – w okresie PRL, od roku 1950 – obchodzono Dzień Ludowego Wojska Polskiego w dniu 12 października, także ustanowiona przez ówczesne władze nieprzypadkowo. Bo właśnie tego dnia w roku 1943, pod Lenino, I Dywizja Piechoty im. Tadeusza Kościuszki została przez dowództwo Armii Czerwonej wprowadzona na front wojny z wojskami niemieckimi. Stało się to w pobliżu miejscowość Lenino nad rzeką Miereją na Białorusi. I choć bitwa ta zakończyła się taktyczną porażką, a w czasie dwudniowych walk dywizja wraz z jednostkami wsparcia poniosła ciężkie straty (510 zabitych, 1776 rannych, 776 dostało się do niewoli niemieckiej lub zostało uznanych za zaginionych bez wieści, tj. ok. 25% całego stanu osobowego), to w PRL stała się mitem założycielskim LWP – przedstawiano ją jako początek szlaku bojowego nowej armii formowanej w ZSRR.
Jako urodzony w 1944 roku, przez wszystkie lata w których występowałem w roli ucznia, uczestniczyłem w szkolnych akademiach dla uczczenia tej rocznicy i tego święta, który to Dzień LWP szczególnie obchodzono w Technikum Budowlanym nr 1, którego dyrektorem w tamtych latach był pan Mikołaj Hałamejko – major LWP w stanie spoczynku, który w szeregach II Dywizji LWP wyzwalał – wraz z Armią Czerwoną – Polskę, forsując rzekę Bug na drzwiach od stodoły. O tym fakcie sam nam opowiadał – był on także naszym nauczycielem matematyki…
Zacząłem ten esej od przypomnienia zmiennych losów święta polskiego wojska, z myślą o tych czytających ten tekst, którzy z racji swojego wieku nie mogą tych faktów znać „z autopsji”…
A aktualna data Święta Wojska Polskiego także nie jest przypadkowa. Po raz pierwszy została ona ogłoszona świętem w 1923 r. – dla uczczenia decydującego momentu w wojnie polsko-bolszewickiej z 1920 roku – zwycięskiej dla Polski t. zw.Bitwy Warszawskiej, zwanej przez wielu „Cudem nad Wisłą”, jako że odbyła się ona w dniu święta obchodzonego w Kościele Rzymskokatolickim jako Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny. I był ten dzień świętem do roku 1947.
Ale ja, „urabiany” w peerelowskiej szkole, nie mogłem się o tym wszystkim wiedzieć. I tkwiłem w tej nieświadomości aż do 15 sierpnia 1962 roku.
Ten refleksyjny esej napisałem właśnie dla upamiętnienia tej ważnej dla mojej patriotycznej świadomości daty.
Wszystko wydarzyło się w czasie wakacji, kiedy byłem już uczniem XVIII Liceum Ogólnokształcącego im Jędrzeja Śniadeckiego. A zostałem nim w lutym tego roku, kiedy podjąłem odważną decyzję o porzuceni nauki w I klasie 3-letniego Technikum Budowlanego i przeniesieniu się do X klasy tego właśnie liceum.
Jednak aby to wspomnienie nie było wyrwanym z szerszego kontekstu wydarzeniem, muszę cofnąć się do pierwszego dnia i pierwszej godziny lekcyjnej w mojej nowej szkole. A była nią lekcja biologii. Nawiasem mówiąc biologii, której nie miałem w ogóle w „Budowlance”. A nauczycielem tego przedmiotu był tam pan Antoni Jotko – liczący już sporo ponad sześćdziesiątkę nauczyciel, absolwent Uniwersytetu im. S. Batorego w Wilnie, który do Łodzi przyjechał dopiero po 1945 roku. O tym gdzie spędził dzieciństwo i młodość świadczył sposób, w jakim – choć po polsku – mówił. Była to taka sama wymowa, jaką utrwalono w jedynym zapisie głosu Józefa Piłsudskiego.
Choć ja nie dysponuję nagraniem tej pierwszej lekcji biologii, to mam ją na zawsze zapisaną w pamięci. Oto jak ją zapamiętałem:
Profesor wszedł do klasy, usiadł za stołem i czekał, aż klasa się uspokoi. Ale że to nie nastąpiło, zapytał: „A co wy dzis-iaj dz-iec-inki tak s-ie chichrac-ie, a?” Na co usłyszał odpowiedź: „Bo mamy Nowego”. Dalej dialog przebiegał następująco:
– A pokaż no si-e ty – dz-iec-inko!
Wstałem i powiedziałem:
– To ja, panie profesorze.
– A jak ty si-e nazywasz?
– Kuzitowicz .
– Kuz-itowicz? A z których ty Kuz-itowiczów, bo ja znał rodz-ine Kuz-itowiczów, mieszkali wedle Nowej Wilejki….
I tak zostałem krajanem pana profesora. Po kilku tygodniach byłem już przewodniczącym koła biologicznego. Nie przeszkodziło tej nominacji nawet to, że ostatni raz uczyłem się biologii w szkole podstawowej…
Muszę jeszcze poinformować, że ja już dawno dowiedziałem się od mojego ojca, któremu powiedział to jego ojciec, że Kuzitowicze przyjechali przed bardzo wielu laty do Łodzi z Czarnej Rusi, która leży na południe od ziem litewskich, na północ od białoruskich…
Od tego dnia minęło kilka miesięcy. W ostatnim dniu przed zakończeniem roku szkolnego 1961/1962 pan prof. Jotko zarządził, aby wszystkie doniczki z kwiatami, jakie stały na parapetach sal lekcyjnych, zostały zniesione do pracowni biologicznej i poustawiane na ławkach przyniesionych z sali gimnastycznej. A wszystko w tym celu, by ochotniczo zgłaszający się uczniowie, którzy w ustalonych okresach, przychodzili dwa razy w tygodniu aby je podlewać. To była już wieloletnia tradycja – tak nasz szkolny biolog zabezpieczał „roslinki”, aby nie pousychały podczas wakacji.
Oczywiście nie mogło na takim dyżurze zabraknąć przewodniczącego koła biologicznego…
Z tego powodu i ja takiego dyżuru się podjąłem. Wypadł on w połowie sierpnia. Historia którą za chwilę poznacie wydarzyła się w środę, 15 sierpnia 1962 roku. Wtedy był to „dzień jak co dzień” – akurat tego dnia przyjechałem do szkoły, aby wykonać zadanie którego się podjąłem. Gdy już wszystkie doniczki dostały swoją porcję wody, postanowiłem poszerzyć swoją wiedzę biologiczną i wyjąłem z, niezamkniętej, szafy z pomocami naukowymi największy mikroskop i zacząłem oglądać znalezione w stojących tam pudłach preparaty.
Nagle drzwi do pracowni otworzyły się i stanął w nich pan profesor Jotko. Poderwałem się z nad okularu mikroskopu i na widok nietypowego wyglądu mojego nauczyciela (ciemny garnitur, spodnie „w kancik”, biała koszula, dobrze zawiązany krawat) – nietypowego, bo zwykle pan profesor bywał ubrany raczej ze „staroświecką elegancją starszego, samotnego mężczyzny” – bywało, że skarpetki na nogach były nie od pary, kołnierzyk koszuli niedoprasowany, ale zawsze pod, niekoniecznie wzorowo zawiązanym, krawatem) przywitałem go spontanicznie: „Dzień dobry panie profesorze! A co Pan dzisiaj taki elegancki?!”
Chwila milczenia, profesor pokiwał – dziś określam to „z politowaniem” – głową i powiedział powoli i dostojnie: „Co wy dzis-iaj dz-iecinki wiec-ie, wy nic nie wiec-ie. Toż dzis-iaj jest rocznica Cudu nad Wisło!”
I taki był początek tej niespodzianej, spontanicznej lekcji historii o wydarzeniach, które miały miejsce przed (wówczas) czterdziestoma dwoma laty, a o których nic nie było w ówczesnych szkolnych podręcznikach…
Dowiedziałem się wtedy, że mój profesor jest kombatantem wojny polsko-bolszewickiej, że walczył jako student-ochotnik w obronie Warszawy, że… że w jego obecności „sowiety konia ubili pod takim, wysokim, chudym,młodym francuskim oficerem. I ja mu swojego ukochanego konia oddał. A wiesz kto to był? To dzisi-aj prezydent Francji, generał, de Gaulle!”
Dopiero po latach mogłem zweryfikować tę opowieść. Choć nigdzie nie natrafiłem na informację o zabitym koniu, to jednak wszystkie źródła potwierdzają obecność generała de Gaulle’a w Bitwie Warszawskiej. Ale ja i tak nie miałem, i do dziś nie mam, wątpliwości, że to co mi wtedy profesor opowiadał – była prawdą!
Jestem pewien, że byłem jedynym – nie tylko uczniem, ale i pracownikiem szkoły – któremu o tym opowiedział. Bo mi zaufał – wszak byłem z Kuz-itowiczów…
Pisząc właśnie o tym mój dzisiejszy refleksyjny esej chciałem nie tylko wspomnieć tego niezwykłego nauczyciela biologii, ale także zilustrować tą historią ważną prawidłowość, występującą w procesie zdobywania wiedzy, zdobywanej nie w celu zaliczenia sprawdzianu czy zdania egzaminu. Jest nią określone przeżycie, żywy człowiek jako jej źródło, skojarzenie i utrwalenie – często na całe życie – tej informacji z własną w owym wydarzeniu aktywnością…
Włodzisław Kuzitowicz











