
Archiwum kategorii 'Eseje i wywiady'
O egzaminie maturalnym – w różnych aspektach i z moim punktem widzenia
Nie zamierzam uciekać od wiodącego tematu minionego tygodnia – egzaminów maturalnych. Dlatego postanowiłem przypomnieć o początkach tego egzaminu – za „moich czasów” zwanego egzaminem dojrzałości. Aby nie robić żadnych uników – już na wstępie muszę wyraźnie zaznaczyć, że jest on prostą konsekwencją modelu „pruskiej szkoły”.
Jej podwaliny stworzył król Fryderyk II w 1763 roku, wprowadzając regulamin szkół ludowych. Właściwy, scentralizowany system narodził się na początku XIX wieku za panowania Fryderyka Wilhelma III – zwłaszcza po klęsce Prus z Napoleonem, jako narzędzie wzmocnienia państwa. Główne cechy tego modelu to: podział na klasy, obowiązek szkolny, ścisła dyscyplina i ograniczenie indywidualizmu.
Naukę rozumiano jako przekazywanie konkretnej wiedzy i prostych schematów. Czyli chodziło o ulepszanie machiny państwa, a nie wsparcie jednostki. Dzisiejszą edukację, niestety, dalej opieramy o ten model, a uczniowi wmawia się, że wszystko jest dla jego dobra!
A kiedy pojawił się w tym systemie ów egzamin maturalny? Jak napisał Łukasz Jarosiński w tekście „Egzamin maturalny – jak powstał? Poznaj historię matury!” – historia tego egzaminu jest bogata w zmiany i ewolucję, począwszy od jego „wymyślenia” na terenie królestwa Pruskiego pod koniec w XVIII wieku.
To wtedy, w roku 1788 wprowadzono Abiturientenexamen, a w 1789 r. przeprowadzono pierwsze takie egzaminy. Pomysłodawcą był baron Karl Abraham von Zedlitz. Na ziemiach polskich (w Księstwie Warszawskim – za czasów Napoleona) matura funkcjonuje od 1812 r. jako egzamin dojrzałości kończący szkołę średnią. Z czasem stał się on standardem w zaborach pruskim, austriackim i rosyjskim.
No i potem to już „poleciało”. Pierwsze matury w odrodzonej Polsce zaczęto organizować na szeroką skalę w połowie lat 20., choć formalnie pierwsze świadectwa dojrzałości w nowej rzeczywistości politycznej wydawano już od 1919 roku. W 1920 roku wprowadzono nowy system egzaminów maturalnych, który miał na celu ujednolicenie standardów nauczania i oceniania w całym kraju. Egzamin maturalny składał się z części pisemnej i ustnej, obejmując takie przedmioty jak język polski, matematyka, język obcy, historia i geografia. Egzaminy te były elitarne, a do reformy jędrzejewiczowskiej w 1932 roku opierały się na systemie 8-letnich gimnazjów.
Po zakończeniu II wojny światowej system edukacyjny w Polsce uległ znacznym zmianom. W 1947 roku wprowadzono nową reformę edukacyjną, która zmieniła formę egzaminu maturalnego. Egzamin ten stał się bardziej zcentralizowany i kontrolowany przez państwo. Wprowadzono nowe przedmioty obowiązkowe, takie jak nauki społeczne i język rosyjski. W latach 50. i 60. matura była nadal ważnym egzaminem, jednak jej znaczenie nieco zmalało w związku z rosnącą liczbą osób kończących szkoły średnie i podejmujących studia wyższe. Mimo to, egzamin maturalny był nadal kluczowym momentem w życiu młodych ludzi.
W latach 90. XX wieku, po zmianie systemu i powstanie III RP,, system edukacyjny w Polsce ponownie przeszedł znaczące zmiany. Reforma edukacji w 1999 roku wprowadziła nową, zcentralizowaną formę egzaminu maturalnego, przygotowywanego przez Centralną Komisję Egzaminacyjna, która obowiązuje do dziś.
W tym miejscu przypomnę, zamieszczony 4 maja – w dniu pierwszego egzaminu z j. polskiego materiał z portalu „Edunews”, zatytułowany „Matura zamiast rozwijać, ogranicza. Uczniowie uczą się schematów, nie myślenia”, 6 maja na OE tekst „Wyzwania uczniów w przygotowaniach do egzaminów”,będący skrótem raportu, zbierającego głosy uczniów o trudnościach w przygotowaniach do egzaminu ósmoklasisty i do matury, oraz wczoraj zamieszczony tekst „Marzenia pani Ćwiek-Śwideckiej o maturze wyprowadzonej ze szkół”.
W jakim celu przypomniałem te teksty? Aby jednak opowiedzieć się za utrzymaniem jakiegoś egzaminu, podsumowującego edukację d w szkołach średnich, będącego jednocześnie swoistą przepustką do rozpoczęcia edukacji na poziomie studiów wyższych, choć nie tak „testowego” jak obecnie, pozwalającego także na bardziej swobodne wypowiedzi na różne, także społeczne, tematy.
A skłoniły mnie do tego wniosku informacje o tym, jak kończą naukę w szkołach średnich uczniowie w dwu największych gospodarczo i technologicznie państwach świata:
I tak USA matura nie istnieje. W ostatniej klasie szkoły średniej uczniowie przystępują jednak do egzaminu SAT – Scholastic Aptitude Tests. Nie jest on obowiązkowy, ale tylko jego zdanie otwiera drogę na studia. Przez lata SAT był wielokrotnie modyfikowany i obecnie składa się z pytań wielokrotnego wyboru. Są one pogrupowane w trzech kategoriach i sprawdzają wiadomości z matematyki, czytania ze zrozumieniem oraz umiejętność napisania eseju. Oczywiście ostatnia kategoria nie zawiera pytań.
Natomiast w Chinach na początku czerwca miliony licealistów przystępują do odpowiednika naszej matury – gaokao. To de facto egzamin wstępny na studia, ale podobnie jak nasza matura ma ogromne znaczenie dla dalszej edukacji i przyszłości uczniów – od tego, czy i jak uczniowie zdadzą gaokao, zależy to, czy i gdzie dostaną się na studia, a więc i to, jak będzie wyglądała ich kariera zawodowa.
Doszedłem do tego wniosku, pomimo informacji o tym, że decyzje o anulowaniu egzaminów końcowych w szkołach średnich zostały już podjęte w Irlandii, Holandii, Szwecji, na Słowacji oraz w Wielkiej Brytanii, zaś Chorwacja, Dania i Estonia planują ograniczyć ich zakres. Dlaczego? Bo z dwojga złego przyznaję rację obiektywnemu sprawdzianowi, niezależnemu od konkretnej szkoły, w przeciwieństwie do sytuacji „autonomicznego” ustalania kryteriów przez szkoły, przy jednoczesnym „zawyżania” ocen na koniec nauki z poszczególnych przedmiotów – jak to bywało w czasach przed CKE..
Włodzisław Kuzitowicz
O tym, że edukacja obywatelska jest tak samo ważna w ogólniaku, jak i w branżówce
Nie mogę nie rozpocząć tego eseju od „rozliczenia” wiodącego tematu poprzedniego eseju „Niespodziana deklaracja Nowackiej na Europejskim Kongresie w Katowicach i jej konteksty”. Na kluczowe pytanie „odwoła czy nie odwoła do końca kwietnia?” – Premier Tusk Ministrę Nowacką, znamy już odpowiedź. Wszak jest już trzeci dzień maja i „na Szucha bez zamian”. Jednak nadal zastanawiająca jest tz zaskakująca wypowiedź Nowackiej, która zapytana podczas jej obecności na Europejskim Kongresie Gospodarczym w Katowicach o realizacię żądania ZNP powiązania wysokości wynagrodzeń nauczycieli z niezależnym wskaźnikiem przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce, po latach uników zadeklarowała, że „…doprowadzimy taki projekt do końca, tak żeby nauczyciele mieli powiązane wynagrodzenie ze wskaźnikami gospodarczymi.”
Natomiast po tygodniu doszedłem do wniosku, że powodem wygłoszenia tego oświadczenia nie był żaden z tych trzech wymienionych w tamtym eseju, lecz wykorzystanie okazji do publicznego zaprezentowania się jako „władza, która słucha suwerena”, ale bez gwarancji dotrzymania obietnicy. Wszak to nie ona jest w tej materii decydencką – to rząd i większość parlamentarna…
A teraz o tym, co dziś uznałem za warte skomentowania. Po przeglądzie wydarzeń i tematów, poruszanych w mediach wybrałem problem, unaoczniony przez Anetę Derdę w tekście „Edukacja obywatelska w szkołach branżowych”, który z bloga CEO zamieściłem we wtorek 28 kwietnia.
Dlaczego akurat o tym? Bo to jest „bliski mi tekst” – jak napisałem we wprowadzeniu do tego materiału. Znający moją biografię wiedzą, że po szkole podstawowej byłem uczniem 3-letniej Szkoły Rzemiosł Budowlanych, jak przez kilka lat nazywana była ta szkoła kształcąca murarzy i tynkarzy, przez następne dziesięciolecia określana zasadniczą szkołą zawodową. Jak wiemy – za kadencji ministry Anny Zalewskiej – od 1 września 2017 r. – zasadnicze szkoły zawodowe zostały przekształcone w 3-letnie branżowe szkoły I stopnia.
Wszyscy znający jak ten świat jest urządzony wiedzą, że zastąpienia szyldu z nazwą „Zasadnicza Szkoła Zawodowa” szyldem „Szkoła Branżowa I stopnia” nie sprawi, że ten typ szkoły przestanie być traktowany jak „szkoła ostatniego wyboru, a o jej uczniu nie będzie się mówiło jak o kimś „przegranym”. Tak jak zamiana słowa „prostytutka” określeniem „kobieta lekkich obyczajów” nie sprawi, że zajęcie którym owa kobieta się zajmuje stanie się szanowaną powszechnie profesją.
I właśnie fakt, że najpierw sam byłem takim „przegranym”, a po latach kierowałem zespołem szkół zawodowych, którego częścią była zasadnicza szkoła zawodowa, każe mi napisać o tym, jak ja widzę ten problem. A widzę podobnie jak Aneta Derda – że nic się w społecznym sytuowaniu szkół branżowych nie zmieniło. Oto cytaty z jej tekstu:
W uczniach szkół branżowych (samorządy – WK) widzą głównie pracowników lub przedsiębiorców, rzadziej aktywnych obywateli, a niemal nigdy – społeczników i aktywistów. Pomimo wprowadzania kolejnych reform edukacji takie stereotypy i autostereotypy nie znikają. Dochodzi następny – szkoły branżowe są miejscem mniej prestiżowym niż te ogólne, utarło się, że trafiają tam uczniowie uczący się słabiej. A skoro system postrzega tę szkołę jako mniej wartościową, to nie widzi potrzeby inwestowania tam w kapitał społeczny i obywatelski. […]
Kultura pracy szkoły może oscylować między mocno hierarchiczną (wręcz przemocową), a demokratyczną i opartą o partycypację uczniowską.[…] Bez właściwie podanej edukacji obywatelskiej, trudno będzie młodzieży wypracować otwartą postawę na dyskusję i różnorodność, a także na poczucie odpowiedzialności za otoczenie oraz chęć działania na rzecz innych osób i środowiska. Przełoży się to na ich dorosłe życie i obywatelskie decyzje. Także na to, jakie warunki pracy przyjmą albo sami będą stwarzać jako przyszli pracodawcy.[…]Formuła eseju nie pozwala na obszerne wywody i prezentację moich przemyśleń i wniosków dotyczących roli, jaką mogłyby ( powinny) te szkoły odegrać – nie tylko w przygotowywaniu kadr do pacy w t.zw. „zawodach robotniczych”, ale także w zdobywaniu doświadczeń w partycypowaniu w podejmowaniu decyzji o tym co i jak dzieje się „tu i teraz” – w tej ich „malej ojczyźnie”, którą w okresie owych trzech lat stała się dla nich szkoła branżowa.
W pełni się zgadzam, że nie wystarczy, nawet najdoskonalej, realizować zawartą w 47-stronicoym rozporządzeniu podstawę programową przedmiotu edukacja obywatelska, ale trzeba codziennym doświadczaniem szkolnych sytuacji tworzyć warunki do „trenowania” postaw i umiejętności funkcjonowania w demokratycznym społeczeństwie obywatelskim. Krócej to ujmując – ważniejsze od zaliczanej na stopień wiedzy z przedmiotu jest funkcjonowanie w szkole, w której, nie fasadowo, realizowane soą zasady szkolnej demokracji.
O tym że to jest możliwe, i że to się sprawdza, wiem z własnego doświadczenia. Jako dyrektor ”Budowlanki” już w połowie lat dziewięćdziesiątych zadbałem o to, aby samorząd uczniowski był współuczestnikiem decyzji, nie tylko ich dotyczących, ale także w sprawach funkcjonowania szkoły jako środowiska społecznego, oczywiście z wyłączeniem spraw zastrzeżonych do kompetencji rady pedagogicznej. Także wtedy – z inicjatywy uczniów – funkcja przewodniczącego samorządu szkolnego została nazwana „prezydentem samorządu”, a także jego wybór przebiegał na wzór wyborów prawdziwego prezydenta: ze zgłaszaniem kandydatów, prezentowaniem ich programów, powołaniem komisji wyborczej i przeprowadzeniem tajnych wyborów. A o pracy Sejmu mogli się dowiedzieć „pierwszej ręki”, bo zaprosiłem na spotkanie z uczniami łódzkiego posła, który – bez agitacji za swoją partią – opowiadał im o sejmowych procedurach stanowienia prawa. I odpowiadał na wiele uczniowskich pytań…
Że to miało sens mogłem się przekonać po latach, kiedy spotykałem absolwentów „mojej” szkoły w roli radnych Rady Miasta i Sejmiku Wojewódzkiego, także jako przewodniczących komisji, a nawet jeden z nich został komisarycznym prezydentem Łodzi, kiedy w wyniku referendum odwołany został poprzedni prezydent Jerzy Kropiwnicki.
Reasumując – edukacja obywatelska, nie zawężona jedynie do przedmiotu, jest tak samo ważna w liceum ogólnokształcącym, jak i w „branżówce”! A to nie tylko dlatego, ze nigdy nie można przewidzieć jak potoczą się dalsze losy dzisiejszych jej uczniów, ale przede wszystkim dlatego, aby w przyszłości nie stali się łatwym łupem agitatorów z populistycznych, antyeuropejskich partii, walczących „za wszelką cenę” o glosy wyborców…
Włodzisław Kuzitowicz
Moje wspomnienia w dniu 1. Maja – głównie nie o pierwszomajowych pochodach
Data 1 maja wywołuje u mnie dwa skojarzenia: pochody pierwszomajowe w peerelowskich latach mojej młodości oraz wczesnej dorosłości, ale i dzień wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. Mając świadomość, że czytają te moje teksty ludzie w różnym wieku (i z różną pamięcią) postanowiłem dzisiaj przypomnieć te dwie okazje.
Pierwszym jest, nieomal odruchowe, wspomnienie pochodów pierwszomajowych. Nie mam żadnych prywatnych zdjęć, aby zilustrować jak one się prezentowaly i jaki był ich „wydźwięk ideowy”, przeto posłużę się fotką z archiwum „Dziennika Łódzkiego”:
Więcej zdjęć – TUTAJ
W mojej pamięci pochody te utrwaliły się jako wspomnienie z dwu okresów mojej w tym dniu aktywności. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku byłem ich uczestnikiem jako instruktor ZHP, która to organizacja młodzieżowa musiała wystawiać w nich swoją reprezentację. Nie mam w domowym archiwum zdjęć z tego okresu, więc zilustruję to zdjęciem zaczerpniętym z Internetu:
Jako osoba już w tej organizacji niezrzeszona także kilkakrotnie byłem uczestnikiem tych pochodów – już w roli pracownika naukowo-dydaktycznego Uniwersytetu Łódzkiego. Ostatni raz uczestniczyłem w takim przemarszu ulicą Piotrkowską 1 maja 1981 roku wraz z moim, wtedy ośmioletnim, synkiem. Szliśmy wtedy z flagę biało czerwoną, którą zabrałem do domu – wywieszałem ją przez wiele lat na balkonie, ale nie 1. a 3. maja. Niestety – zaginęła gdzieś fotka, dokumentująca to ,historyczne, wydarzenie.
Ale po trzykroć wolę dzisiejszą datę łączyć z dniem wejścia Polski do Unii Europejskiej. I dlatego wszystkim, którzy tego dnia nie pamiętają (lub nie chcą pamiętać), albo nie mogą pamiętać – bo byli za mali, przywołam dziś kilka faktów, poprzedzających ten dzień.
Aby mógł on nastąpić musieliśmy, my dorośli obywatele Rzeczpospolitej Polskiej, wypowiedzieć się „za” czy „przeciw” – w referendum. Odbyło się ono w dniach 7-8 czerwca 2003 roku. Polacy opowiedzieli się w nim za członkostwem w UE: 13 516 612 (77,45%) głosów było na „tak”, a tylko 3 936 012 (22,55%) głosowało na „nie”. Jako że w referendum uczestniczyło 58,85% uprawnionych do głosowania – referendum było wiążące z dniem 1 maja 2004 roku Polska stała się członkiem Unii Europejskiej.
Ale zanim ten dzień nadszedł, patronowałem – w kierowanej przeze mnie „Budowlance” – projektowi edukacyjnemu „Żyjemy w Europie”, którego intencją było przygotowanie uczniów do wejścia Polski do Unii Europejskiej. Finałem projektu był konkurs „Znaszli ten kraj, czyli z UE na ty…” , w którym uczestniczyły reprezentacje klas. Polegał on na tym, że każda klasa wylosowała jedno z 15-u państw należących do Unii i podczas finału konkursu musiała zainscenizować kilka charakterystycznych dla tego państwa scenek, pieśni i zwyczajów. Impreza odbyła się w sali gimnastycznej – wszyscy świetnie się bawili i wyszli bogatsi w wiedzę o naszych przyszłych partnerach. Powstał także Szkolny Klub Europejski. Owocem tych działań było otrzymanie z rąk wojewody certyfikatu „Wolontariusza Europejskiego”.
I dlatego 1 maja 2024 roku mogłem, wraz z liczną reprezentacją nauczycieli i uczniów naszej szkoły uczestniczyć w fetowaniu na głównych ulicach naszego miasta tej donioslej chwili, jaką był pierwszy dzień członkowstwa Polski w Unii Europejskiej.
Znając mnie – nie zdziwicie się, że w tym miejscu przywołam, dla porządku, dwa fakty, które musiały mieć miejsce, zanim to stało się możliwe.
Źródło: https://commons.wikimedia.org/
Oto zdjęcie wykonane 23 lipca 2003 roku podczas uroczystości podpisania dokumentu ratyfikacji Traktatu dotyczącego przystąpienia Rzeczypospolitej Polskiej do Unii Europejskiej w Pałacu Prezydenckim. Od lewej: Premier Leszek Miller, Prezydent Aleksander Kwaśniewski (siedzi), Marszałek Sejmu Marek Borowski i szefowa Kancelarii Prezydenta RP Jolanta Szymanek-Deresz
Źródło: https://wiadomosci.wp.pl/
A w maju 2004 roku, Premier Leszek Miller, Prezydent Aleksander Kwaśniewski i szef MSZ Włodzimierz Cimoszewicz, podczas ateńskiego szczytu UE, podpisali traktat o rozszerzeniu Unii Europejski. Przypominam ten fakt, ilustrując to zdjęciem, na przekór tym wszystkim, którzy dzisiaj nazywają ich postkomunistami i przeciwnikami Wolnej Polski
Od tamtej pamiętnej daty mijają dzisiaj 22 lata, dlatego zakończę ten esej takim, świątecznym, akcentem:
Włodzisław Kuzitowicz
Niespodziana deklaracja Nowackiej na Europejskim Kongresie w Katowicach i jej konteksty
Siadając do napisania tego eseju wiedziałem, że najpierw muszę przejrzeć wydarzenia (ze sfery moich zainteresowań) z kończącego się tygodnia i wyłonić takie, które stało się impulsem do refleksji, a które może zainteresować Was – Drogie i Drodzy Czytający. I znalazłem takie dwa, będące ze sobą w związku przyczynowo-skutkowym.
Pierwszą była informacja „Wpadka czy niewinny żart? Zapowiedź rekonstrukcji rządu na filmiku Tuska”, którą przeczytałem na stronie TVP Info 22 kwietnia. Oto jej najistotniejszy fragment:
„Donald Tusk opublikował w social media nagranie z okazji jego 69. urodzin. Uwagę na filmiku przykuwa kadr z przeglądania dokumentów – jeden z nich jest podpisany jako „Rekonstrukcja Kwiecień 2026”. Wcześniej rzecznik rządu Adam Szłapka zapowiadał, że rekonstrukcja w najbliższym czasie nie jest planowana.”
Przyznam się, że wówczas ten tekst nie spowodował mojego zainteresowania i szybko o nim zapomniałem.
Ale…
Ale kiedy dzień później przygotowywałem materiał „Wczoraj briefing liderów ZNP, dzisiaj obietnica Nowackiej w Katowicach”, z którego płynął prosty wniosek: ZNP od lat – bezskutecznie – domagał się ustawowo zagwarantowanego powiązania płac nauczycieli z przeciętnym wynagrodzeniem w gospodarce, i nagle – dzień po wspomnianym powyżej „przecieku” o planowanej zmianie na stanowiskach ministrów w trzech resortach – także w MEN, pani ministra Nowacka, w dość nietypowych okolicznościach, bo podczas wystąpienia na Europejskim Kongresie Gospodarczym w Katowicach, zapytana o pomysł powiązania wysokości wynagrodzeń nauczycieli z niezależnym wskaźnikiem, odpowiedziała, że domagający się tego nauczyciela „mają rację”. Zadeklarowała, że „…dlatego doprowadzimy taki projekt do końca, tak żeby nauczyciele mieli powiązane wynagrodzenie ze wskaźnikami gospodarczymi,”
Aby nikt nie miał wątpliwości, że ta nagła deklaracja Nowackiej jest tak zaskakująca, przypomnę kilkuletnią historię owego wniosku ZNP:
Projekt został wniesiony do Sejmu w listopadzie 2021 r. Pierwsze czytanie przeprowadzono w lutym 2022 r. Następnie trafił do komisji, gdzie dalszych prac jednak nie prowadzono.
Do projektu wrócili posłowie nowej kadencji i ponowne pierwsze czytanie projektu przeprowadzono 25 stycznia 2024 r. Tym razem komisja edukacji, do której skierowano projekt, powołała podkomisję nadzwyczajną, która miała się nim zająć. Do tej pory odbyły się trzy posiedzenia podkomisji sejmowej, z czego na jednym wybrano prezydium, a na drugim omówiono harmonogram prac. Ostatnie posiedzenie podkomisji odbyło się 6 marca ub.r. ( ! ) Z informacji na stronie Sejmu wynika, że na razie nie są planowane kolejne posiedzenia.
Źródło: www.strefaedukacji.pl/
Przeto nie dziwcie się, dlaczego była dla mnie tak bardzo niespodziewaną ta deklaracja, wygłoszona przez szefową MEN – wszak nie tylko członkinię Rządu Premiera Tuska od samego jego początku, ale i wiceprzewodniczącą niedawno powstałej partii Koalicja Obywatelska. Przypomnę także, iż poprzednia rekonstrukcja rządu Donalda Tuska została dokonana w lipcu 2025 roku. Jeśli dobrze pamiętam, to już w okresie ją poprzedzającym jej pozycja nie była taka bezpieczna, bo opublikowane wyniki sondażowe informowały, że respondenci uznali ją za najgorszego ministra w rządzie „Koalicji 15 października. Oto jak o o tym informowałem na OE:
10 lipca 2025 zamieściłem materiał zatytułowany „Czy ministra firmująca taki projekt może zostać odwołana?”
Nie zatytułowałbym tak tego tekstu, gdybym nie miał wcześniej informacji o prawdopodobieństwie tej dymisji. A owym projektem – właśnie wtedy ogłaszanym – oczywiście – był projekt reformy „Kompas Jutra”.
10 dni później – 20 lipca – zamieściłem „Felieton nr 578. O tym, że lepsza znana nam „siekierka”, od nieprzewidywalnego ‘kijka’…” snułem hipotetyczne rozważania, prowadzące do finalnego wniosku, ze może lepiej, aby Nowacka została.
Trzy dni po tym felietonie było już wszystko jasne: „Rekonstrukcja rządu. Donald Tusk ogłosił zmiany”. Nowacka została na swoim fotelu w MEN…
Dzień później – 24 lipca – na blogu „Wokół Szkoły” przeczytałem: „Ministra Nowacka została – Jarosław Pytlak o swoim rozczarowaniu do polityków”
Przywołam tu dwa fragmenty tego tekstu:
„Muszę przyznać samokrytycznie, że moje prognozy w dziedzinie polityki nie grzeszą trafnością. Półtora roku temu byłem przekonany, że nowa władza odmieni oblicze polskiej edukacji, a teraz pozostało mi już tylko poczucie zawodu. Po kilku udanych ruchach na początku (podwyżka płac nauczycieli, wymiana kuratorów), obecnie mam wrażenie deja vu, tylko z odmiennym zwrotem ideologicznym. Owszem, jest więcej uśmiechu i padają piękne deklaracje, ale brakuje konkretnych działań, wychodzących naprzeciw największym bolączkom systemu. W zamian oferuje się nam reformę programową, po której – jeśli wierzyć ministrze Nowackiej – wszyscy: uczniowie, rodzice, nauczyciele, pokochają szkołę i będą szczęśliwi. […]
Na podstawie tych obserwacji z dużą dozą pewności prognozowałem dymisję Barbary Nowackiej. No i ponownie nie sprawdziło się. Teraz próbuję dojść do tego, dlaczego się pomyliłem. Jeden błąd dostrzegam w założeniu – ja po prostu cały czas myślę, że edukacja jest najważniejsza na świecie i musi stanowić „oczko w głowie” władzy państwowej. Nie musi i najwyższa pora, żebym to zrozumiał.”.
No właśnie. Wszak edukacja w świadomości rządzących to nie obronność, na którą teraz idą wszystkie pieniądze. Ale może ktoś uświadomiłby im ten oczywisty fakt, że na nic nowoczesne uzbrojenie i wyposażenie, kiedy będą je obsługiwali słabo wyedukowani żołnierze…
Wracając do początkowego wątku tego eseju – przyznaję, że nie wiem jak interpretować przyczyny owej czasowej koincydencji: przeciek o możliwym jej odwołaniu i nagła deklaracja, że od lat wysuwane żądania w sprawie plac nauczycieli będzie zrealizowane. Wybierzcie sami która wersja przyczyny tej nagłej i niespodziewanej wypowiedzi Nowackiej jest tą prawdziwą:
1.Iluminacja, doznana w warunkach XVIII Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Międzynarodowym Centrum Kongresowym w Katowicach.
2.Wrodzony gatunkowi homo sapiens odruch obronny (w wersji: walcz lub uciekaj), wywołany owym „przeciekiem” z gabinetu Premiera Tuska.
3.Najmniej prawdopodobne wyjaśnienie tej niespodziewanej deklaracji, to hipoteza, że pani Nowacka była na spowiedzi wielkanocnej, i spowiednik nakazał jej nie tylko żałować za grzechy, ale także zadośćuczynić poszkodowanym…
Włodzisław Kuzitowicz
O unikaniu skrajności i szukaniu „złotego środka” w wychowaniu
Skoro w zeszłotygodniowym eseju pisałem dlaczego „Letnią szkołę dla rodziców” wymyślił profesor biologii, a nie pedagogiki, to dzisiaj skupię się na zamieszczonym wczoraj tekście profesora pedagogiki właśnie. I to nie byle jakiego profesora, bo takiego z prawie 27-oletnim stażem, który przez (niecałe) 5 lat był rektorem Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Łodzi, a w latach 2011 – 2019 był przewodniczącym Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN. Jest (jak dotąd) doktorem honoris causa pięciu uczelni: Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie (2014), Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy (2016), Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II (2017), Narodowej Akademii Nauk Pedagogicznych Ukrainy (2019) i Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie (2020). Już chyba wiecie, że tym profesorem jest prof. dr hab. Bogusław Śliwerski, a tym tekstem jest zamieszczony przeze mnie wczoraj tekst p.t. „Pedagogika a generacja TikTok’a”.
Odpuszczę sobie zgłębianie wiedzy o autorze książki „Generation TikTok”, podpisanym jako Niko Kappe, choć i ten wątek jest interesujący. Pozwolę sobie – jako zaledwie magister pedagogiki – na kilka komentarzy do wybranych cytatów z owego tekstu profesora Śliwerskiego.
Oto te cytaty:
Niniejsza narracja oferuje prostą obietnicę: jeśli ograniczymy dostęp do telefonów komórkowych, to ocalimy młode pokolenie przed samym złem. „Siłą” takiej narracji jest odwoływanie się do nauk medycznych, do neuronauki i psychologii rozwojowej, […]
Na drugim biegunie pojawia się narracja adaptacyjna. Nie należy zatem z nią walczyć, lecz starać się ją zrozumieć, nie zakazywać, lecz towarzyszyć dzieciom w korzystaniu z niej. […]
Powinniśmy zmierzać ku arystotelesowskiej pedagogice równowagi, pedagogice zrównoważonego rozwoju. Nie przymus vs swoboda, nie zakaz vs adaptacja, lecz roztropność pedagogiczna. […]
Potrzebna jest edukacja ( i wspierająca ją nauka) która widzi zagrożenia, ale nie popada w panikę, akceptuje rzeczywistość, ale nie ulega iluzji oraz korzysta z interdyscyplinarnej wiedzy, ale nie traci kontaktu z indywidualnym doświadczeniem.
Największym zagrożeniem cyfrowego wychowania i kształcenia nie jest ani technologia, ani jej brak, lecz utrata zdolności do rozróżniania między wiedzą, doświadczeniem i opinią. Może właśnie to, a nie TikTok, jest dziś prawdziwym problemem pedagogiki rodziny, szkoły i polityki oświatowej.
Przekonanie, że jeśli ograniczymy dostęp do telefonów komórkowych, to ocalimy młode pokolenie przed samym złem leży u podłoża administracyjnych i/lub ustawowych zakazów posiadania przez uczniów na terenie szkoły telefonów komórkowych (bardziej adekwatne byłoby użycie nazwy „smartfonów”), który już obowiązuje w takich państwach jak Portugalia, Austria, Francja i Australia, a w kilku innych – w tym w Polsce – ma wkrótce wejść w życie.
Profesor napisał, że „Siłą takiej narracji jest odwoływanie się do nauk medycznych, do neuronauki i psychologii rozwojowej”. A to pozwala mi przypuszczać, że są nauki „ościenne” do pedagogiki, których wiedzy nie do końca pan profesor dowierza…
Ale i ów „drugi biegun”, którym wg. niego jest „narracja adaptacyjna”, polegająca na tym aby potrzebę ciągłego posiadania przez dzieci telefonu zrozumieć, nie zakazywać i towarzyszyć im w korzystaniu z nich, także nie jest przez prof. Śliwerskiego akceptowany.
Jest on przekonany, że nie powinno się wybierać między przymusowym zakazem a swobodą korzystania, lecz że właściwą strategią jest „roztropność pedagogiczna”. Już kilka dni temu – 9 kwietnia – profesor zamieścił na swym blogu tekst, zatytułowany „Roztropność wychowawcza między przymusem a swobodą”. Oto jak tam pojęcie owej „roztropności” zdefiniował:
„…roztropność (racjonalność) podmiotów wychowania. Można ją zdefiniować jako zdolność do rozpoznania sytuacji wychowawczej, adekwatnego doboru środków oraz korygowania własnych działań w zmieniających się warunkach.”
Prawdopodobnie pisał to będąc po lekturze książki – zmarłego 10 sierpnia 2023 r.- prof. Mariana Śnieżyńskiego, zatytułowanej „Roztropność Nauczycielska”, wydanej w 2020 roku.
Na koniec tego eseju muszę się przyznać, że i ja jestem zwolennikiem „złotego środka”, czyli w przypadku dualizmu – „zakazywać czy pozwalać” – nie opowiadam się ani za „rób ta co chceta”, ani za metodami policyjnymi. Doszedłem do takiego przekonania podczas moich wieloletnich doświadczeń wychowawcy a także dyrektora szkoły – choćby na przekładzie obowiązującego „od zawsze” w szkołach i placówkach opiekuńczo-wychowawczych zakazu palenia papierosów. Nie tylko w kierowanej przeze mnie „Budowlance”, ale także na podstawie moich licznych kontaktów z dyrekcjami innych szkół wiem, że: nigdzie nie byliśmy w stanie zagwarantować, aby ów zakaz był w stu procentach przestrzegany. I nawet tam, gdzie naprawdę niewielki procent uczniów go nie przestrzegało, to bardzo wielu z nich nie udało się dzięki temu „wychować” w abstynencji nikotynowej. Wiedzą o tym wszyscy, którzy obserwowali co robią uczennice i uczniowie tuż po wyjściu ze szkoły…
Generalnie zgadzam się z treścią ostatniego akapitu owego tekstu prof. Śliwerskiego:
„Potrzebna jest edukacja […] która widzi zagrożenia, ale nie popada w panikę, akceptuje rzeczywistość, ale nie ulega iluzji oraz korzysta z interdyscyplinarnej wiedzy, ale nie traci kontaktu z indywidualnym doświadczeniem.”
Ale…
Ale, także na podstawie moich wieloletnich doświadczeń w pacy z dziećmi i młodzieżą, nie mam wątpliwości, że prawdziwie wychowawczym jest dostarczanie uczniom wiedzy – uwiarygodnianej własnym autorytetem i posiadanym u nich zaufaniem, ale i przykładem osobistym – o szkodliwości tych form zachowań, a nie zakazywanie, kontrole, monitoring i kary!
Dlatego – szanowne kierownictwo MEN oraz drodzy rodzice – ważniejsza od ustawy o zakazie telefonów, tak jak i palenia papierosów, picia napojów alkoholowych i „ćpania”, jest przede wszystkim edukacja zdrowotna – w jej pełnym zakresie i jako przedmiot obowiązkowy…
Włodzisław Kuzitowicz
Dlaczego „Letnią szkołę dla rodziców” wymyślił profesor biologii, a nie pedagogiki
Z wszystkich tematów, które w minionym tygodniu zaistniały na OE najbardziej uruchomił moje szare komórki – jeden: idea szkół dla rodziców, którą przedstawił na swoim blogu prof. Stanisław Czachorowski – w tekście zatytułowanym „Letnia szkoła dla rodziców, czyli jak pomóc edukacji”. Kto z Was tego jeszcze nie przeczytał niechaj to zrobi teraz, bo wszystko co ja dalej napiszę będzie miało tam swój początek.
Refleksją, która zrodziła się już podczas pierwszego czytanie tego tekstu była myśl, że ową potrzebę wsparcia rodziców wiedzą o procesach psycho-pedagogicznych, zachodzących podczas edukacji ich dzieci, uzasadnioną przemianami cywilizacyjnymi, technologicznymi i kulturowymi, które trwale zmieniają strukturę społeczeństw, gospodarkę i codzienne życie, dostrzegł i sformułował taki wniosek nie żaden z dobrze nam znanych profesorów pedagogiki, a hydrobiolog i entomolog, doktor habilitowany i profesor Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, specjalizujący się w badaniach nad chruścikami – niewielkimi owadami, przypominającymi motyle nocne.
Jak wiecie – nie po raz pierwszy zamieściłem tekst z bloga „Profesorskie Gadanie” – zawsze były to teksty, w których ich autor podejmował tematykę edukacji. I zawsze było w nich „coś”, co wnosiło niestandardowy punkt widzenia na te problemy.
Wszystko co prof. Czachorowski tam napisał o proponowanych przez niego „studiach rodzicielstwa”, weekendowych lub letnich szkołach wakacyjnych, prowadzonych przez uczelnie wyższe, gdzie teoria spotykałaby się z praktyką warsztatową, jest mi bliskie. I nie mam wątpliwości że to pomysł bardzo w dzisiejszych czasach potrzebny.
Ale po drugim czytaniu zaczęły się w mojej głowie rodzić pewne pytania i wątpliwości.
Jako pierwsze: Dlaczego taki projekt nie został dotąd zgłoszony przez takie tuzy zajmujące się problemami współczesnej edukacji, jak profesor Bogusław Śliwerski lub prof. Roman Leppert? Jak to się stało, że nie wpadli na to kolejni szefowie Instytutu Badań Edukacyjnych, a także nie pojawił się on na blogu Centrum Edukacji Obywatelskiej?
Przecież kiedy się czyta te wszystkie uzasadnienia tego projektu ogłoszonego przez owego biologa, to ma się wrażenie, że jedynie nazwał on dobrze nam znane i oczywiste zjawiska i procesy oraz wyprowadził z tego jedynie słuszny i praktyczny wniosek. Więc dlaczego tamci na to nie wpadli i nie zaproponowali?
Po chwili napłynęła mi myśl że on jest po prostu idealistą, który tak naprawdę nie zna codziennych realiów polskiej oświaty i mechanizmów funkcjonowania naszego systemu edukacji, a oni są nie tylko doskonale o tym poinformowani, ale mają już na to zrutynizowany sposób patrzenia.
Z takiej konstatacji zrodziła się druga myśl: Wszak takowa oferta mogłaby, z oczekiwanym skutkiem, być kierowana jedynie do dość wąskiej kategorii rodziców – tych, którzy nie tylko są świadomi swoich braków w obszarach wiedzy o wychowaniu dzieci, ale którzy są gotowi na takie szkolenie zapisać się i przeznaczyć na to swój wolny czas. Bo przecież nie do pomyślenia byłoby organizowanie obowiązkowych szkoleń dla każdego rodzica – jeszcze zanim jego dziecko zostanie uczniem. I pozostaje jeszcze jeden aspekt – czy byłoby to szkolenie płatne…
I to jest ta trzecia myśl: Czy w dzisiejszych realiach funkcjonowania wyższych uczelni, mechanizmów ich finansowania przez państwo (bo zupełnie nie wyobrażam sobie takich szkoleń prowadzonych przez uczelnie prywatne), uniwersytety i inne szkoły wyższe prowadzące kierunki psychologia i pedagogika, byłyby gotowe zaproponować – w formule bezpłatnych zajęć – takie weekendowe lub wakacyjne kursy?
Tak więc przestałem się już dziwić temu, że ów znakomity pomysł szkoleń dla rodziców ogłosił profesor biologii – specjalista od chrościków, a nie któryś z wybitnych profesor pedagogiki…
Włodzisław Kuzitowicz.
O szkodliwości listy lektur obowiązkowych – pod wpływem Roberta Sowińskiego
Po tym jak na fb-profilu Roberta Sowińskiego obejrzałem i wysłuchałem jego wypowiedź w sprawie zmuszania przez system szkolny uczniów do czytania lektur obowiązkowych, nie miałem wątpliwości: ja także podzielę się z Wami co o tym myślę. Zacznę jednak od propozycji, abyście także wysłuchali Roberta:
KLIKNIJ – T U T A J
Wypowiedź ta pozwala z zupełnie innego punktu widzenia spojrzeć na problem – nie tylko na listy lektur szkolnych: tę obowiązującą aktualnie i tę zawartą w nowej podstawie programowej, ale w ogóle – na „odwieczną” zasadę lektur obowiązkowych (i jakie są jej „owoce”), ale w ogóle – na skuteczność „zmuszania konia aby napił się wody”.
Zacznę od oświadczenia, że nie tylko nie będę polemizował z Robertem, ale że mam taki sam jak on pogląd na efektywność metody zmuszania uczniów do czytania tzw. „lektur obowiązkowych”. Każdy, kto nie ma zaników pamięci i jest uczciwy, może sam z własnej biografii przytoczyć przykłady na zastępowanie samodzielnego czytania nakazanej książki przeczytaniem tzw. bryku, czyli jej streszczenia. Współcześnie każdy uczeń ma nieograniczone możliwości znalezienia takiej „protezy” czytelnictwa
Nawet ja, który maturę zdawałem w łódzkim XVIII LO w 1963 roku, pamiętam taką sytuację, kiedy – z dziś już nieznanych mi powodów – nie potrafiłem zmusić się do przeczytania trzytomowej powieści Elizy Orzeszkowej „Nad Niemnem”, ale zdobyłem gdzieś broszurkę z jej streszczeniem, i klasówkę sprawdzającą jej znajomość napisałem na piątkę! A całą powieść przeczytałem dopiero ćwierć wieku później – po obejrzeniu filmu pod tym samym tytułem. I bardzo żałowałem, że dopiero wtedy…
Myślę, że pora nareszcie spojrzeć prawdzie w oczy: dzisiejsi uczniowie to nie ci sprzed półwiecza, dla których zbudowano system szkolny. Zresztą i wtedy przymus robienia czegoś nie wywoływał potrzeby czynienia tego, tyle tylko, że ówczesna młodzież była bardziej „wytresowana” w posłuszeństwie wobec żądań dorosłych. Dzisiaj dzieci w ogóle są bardziej „autonomiczne”, a i trend w domowym wychowaniu jest raczej pajdocentryczny.
I w tym momencie przypomniałem sobie pamiętną nazwę telewizyjnego programu Jurka Owsiaka „Robta co chceta, czyli rockandrollowa jazda bez trzymanki”. Hasło stało się nieformalnym mottem WOŚP, oznaczającym zaufanie do ludzi i działanie z sercem. A może to jest właściwy trop, nie tylko w sprawie lektur, ale w ogóle – w szkolnej edukacji drugiej „ćwierci” XXI wieku?
I tak doszedłem do pytania pryncypialnego: Czy edukacja w systemie szkół państwowych ma być indoktrynacją światopoglądowo-polityczna, czy stwarzaniem optymalnych warunków do rozwoju każdego ucznia – na miarę jego możliwości, predyspozycji, zainteresowań i chęci?
Nie będę teraz i tutaj podejmował się odpowiedzi na nie, a zawężę się jedynie do sformułowania mojego poglądu na problem lektur szkolnych w tej właśnie, wspierającej rozwój, wersji edukacji.
Wiem, wiem – nie jestem dla nikogo z decydentów z MEN żadnym autorytetem a i w szkole ostatni raz podejmowałem decyzje ponad dwadzieścia lat temu. Jednak jestem przekonany – nie tylko w oparciu o własne doświadczenia życiowe, ale także na podstawie – wkrótce dwudziestoletniego – okresu obserwowania polskiej oświaty z pozycji dziennikarza internetowego, że w XXI wieku, w czasach e-kultury powinniśmy uczniów zachęcać, a nie zmuszać do zdobywania wiedzy i umiejętności. A więc także do czytania tradycyjnych książek.
W miejsce listy lektur obowiązkowych powinna byś sformułowana lista lektur zalecanych (proponowanych), natomiast rolą nauczycielki/nauczyciela j. polskiego powinno być takie zaprezentowanie ich fragmentów, aby wzbudzić ich ciekawość i zmotywować do wzięcia tej książki do ręki i jej przeczytania.
Że ta metoda może zadziałać wiem, bo miałem, w „Budowlance”, w której byłem uczniem Szkoły Rzemiosł Budowlanych (odpowiedniczki dzisiejszych branżówek) taką właśnie polonistkę – Panią Wiktorię Kupisz. To ona wobec mnie i trzech moich przyjaciół z tej klasy stosowała daleko idącą indywidualizację procesu dydaktycznego. Polegała ona nie tylko na tym, że stawiała przed nami dodatkowe zadania i wymogi, ale przede wszystkim stosowała pozaszkolne bodźce, stymulujące nasz ogólnokulturalny rozwój, inicjując nasze wizyty w teatrze, filharmonii, muzeum…
Dziś trudno w to uwierzyć, ale to Pani Wiktorii ja i moi koledzy zawdzięczamy, że na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ub. wieku, byliśmy na przedstawieniu Teatru 13 Rzędów Jerzego Grotowskiego, gdy ten przyjechał do Łodzi i dał przedstawienie w pałacyku przy Piotrkowskiej. W czasach, kiedy jeszcze niewielu wiedziało kto to Henryk Tomaszewski – my widzieliśmy pierwsze etiudy jego Teatru Pantomimy… Do dziś mam w domowym archiwum program z koncertu w Łódzkiej Filharmonii, z autografem Wandy Wiłkomirskiej…
Dziś nie zdołam wymienić wszystkich tytułów książek, które przynosiła nam ze swojej domowej biblioteki Pani Profesor. Ale pamiętam, ze to z tego źródła czytałem książki Sartre’a („Drogi wolności”), jego żony Simone de Beauvoir („Mandaryni”) i wiele, wiele innych, niebędących przecież w wykazie lektur, zalecanych uczniom SRB…
Wniosek oczywisty:
Zmuszanie młodego człowieka do czegokolwiek rodzi naturalny odruch sprzeciwu, zachęcanie – rozbudza ciekawość i rodzi autonomiczną decyzję – „zobaczę, spróbuję”…
Włodzisław Kuzitowicz
Uzasadnienie mojego stanowiska w sprawie zbędności targów edukacyjnych
Najbliższy wtorek, w godzinach 12:00 – 18:00, w „mojej Budowlance” odbędzie się „Dzień Otwarty”. Druga szansa poznania tej szkoły „w realu” będzie 16 kwietnia. Nie ukrywam, że zaczynam tą informacją nieprzypadkowo – stali czytelnicy OE wiedzą, że ów przymiotnik „mojej” używam od dawna, i nie bez powodu. Bo nie tylko byłem przez 12 lat (1993 – 2005) jej dyrektorem, kiedy nazywała się Zespołem Szkół Budowlanych nr 2 (a po wprowadzeniu gimnazjów została przemianowana przez organ prowadzący na Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych nr. 15), ale także dlatego, że byłem (w latach 1958 – 1962) uczniem tej szkoły, gdy funkcjonowała pod nazwą Technikum Budowlane nr 1 i miała w swej ofercie 3-letnią Szkołę Rzemiosł Budowlanych i 3-letnie Technikum Budowlane. Jestem absolwentem owej SRB – w zawodzie murarz-tynkarz, a w owym trzyletnim technikum byłem tylko jedno półrocze – do końca stycznia 1962 roku, kiedy w bardzo dla mnie stresujących okolicznościach podjąłem decyzję o przeniesieniu się do XVIII LO. Więcej o tym okresie mojej biografii napisałem w Eseju wspomnieniowym: od kandydata na murarza do marynarza. Cz. I
Ale nie jest dzisiaj moim zamiarem wspominanie tego, w czym uczestniczyłem przed ponad sześćdziesięcioma laty. Owa informacja o „Dniu Otwartym” jest tylko pretekstem do podjęcia wątku procesu decyzyjnego, przed jakim stoją dzisiejsi ósmoklasiści, zanim dokonają wyboru swojej dalszej drogi edukacyjnej, a w dalszej perspektywie – zawodowej, a nawet życiowej. Nieprzypadkowo zamieściłem w minioną środę materiał zatytułowany „To pomoże skuteczniej w znalezieniu szkoły po podstawówce niż Targi Edukacyjne” w którym informując o Łódzkiej Bazie Edukacyjnej, właśnie w owym tytule zawarłem mój pogląd o fasadowości przedsięwzięć łódzkiego magistratu, jakimi były Łódzkie Rejonowe Targi Edukacyjne – w ich pięciu wydaniach, a później nowa formuła dawnych Łódzkich Targów Edukacyjnych, noszących w tym roku nazwę festiwalu „Future Up! Fest.”
A teraz przypomnę mój refleksyjny esej nr 9, zatytułowany „Moje rozmyślania o szansach dokonania trafnego wyboru swojej przyszłości”, w którym zawarłem swoje poglądy na sformułowany w jego tytule problem. I tak go zakończyłem:
:
„Ot – takich czasów dożyliśmy, w których „nie ma mądrych”, a przyszłość jest nieodgadniona, stanie się to, co będzie mogło, lub musiało, się stać….
A dzisiejszym ósmklasistom nie pomogą w trafnym wyborze ich dalszej drogi kształcenia rejonowe targi edukacyjne, ani nawet najnowszy projekt łódzkich władz, czyli trzydniowy festiwal – Future Up!Festw w Hali EXPO…”
Właśnie dzisiaj postanowiłem dodać jeszcze kilka moich uwag i opinii do tematu określonego w tamtym eseju, ale poczynionych w oparciu o przywołanie wydarzeń z niedalekiej przeszłości.
Zacznę od tego, że idea organizowania Targów Edukacyjnych powstała 32 lata temu. Ich prapoczątkiem były targi łódzkich szkół zawodowych, adresowane do uczniów ósmych klas szkół podstawowych, zorganizowane z inicjatywy dyrektora Janusza Moosa w 1994 roku w sali gimnastycznej Zespołu Szkół Budowlanych nr 2, którego bylem wówczas dyrektorem, a gdzie swą siedzibę miał, kierowany przez wicedyrektora WODN Janusza Moosa Zespół Doradców Metodycznych Kształcenia Zawodowego. Oczywiście – nie bez wkładu szkoły- gospodarza tego przedsięwzięcia.
Rok później odbyły się kolejne takie targi – tym razem w pomieszczeniach Szkoły Podstawowej nr 32 przy ul. Kopcińskiego 54. Ich organizatorem była prywatna firma, której właścicielem był syn ówczesnej dyrektorki tej szkoły.
W kolejnym 1996 roku odbyły się pierwsze Łódzkie Targi Edukacyjne, zorganizowane już przez władze miasta – w nowo wybudowanej (dziś już nieistniejącej) hali targowej przy ul. Stefanowskiego.
A po tych pierwszych targach były kolejne i kolejne, zawsze organizowane w tym samym miejscu, czyli w Centrum Wystawienniczo-Handlowym, nazwanym EXPO-Łódź. Aż do roku 2012, kiedy ich miejscem stało się nowo wybudowane przy Al. Politechniki 4 Centrum Konferencyjno-Wystawiennicze MTŁ, także nazwane EXPO-Łódź, w którym w marcu odbyły się XV Łódzkie Targi Edukacyjne. I od tamtej daty, aż do roku 2018, kolejne Targi tam się odbywały. Bo – z nieznanych mi powodów – w 2019 roku XXII ŁTE odbyły się w… w łódzkiej hali widowiskowo sportowej, noszącej nazwę Atlas Arena.
I tam, zbierając materiały do relacji z tego wydarzenia, przeprowadziłem mini wywiad z ówczesnym wiceprezydentem Łodzi Tomaszem Trelą, mającym w zakresie swoich obowiązków także łódzką oświatę. Oto zapis tej rozmowy:
Włodzisław Kuzitowicz: Czy ma Pan przekonanie, że organizowanie tych targów, w czasach nam współczesnych, ma jeszcze sens?
Tomasz Trela: Sens na pewno ma, chociaż wymiar tych targów i informacja która kiedyś, dziesięć czy piętnaście lat temu, miała zdecydowanie większą wartość. Dzisiaj dostępność do Internetu, powszechna praktyka „Drzwi Otwartych”, witryny internetowe każdej szkoły, dają bardzo duże możliwości, ale tu jest moment, żeby przyszedł młody człowiek – przyszły absolwent gimnazjum czy szkoły podstawowej i choćby porozmawiał ze swoimi rówieśnikami, którzy już uczą się w tej szkole, porozmawiał z jej nauczycielami. Ja uważam, że to jest takie uzupełnienie tej technologicznej zmiany, z którą mamy do czynienia w czasie cyfryzacji, powszechnego dostępu do wiedzy, informacji poprzez Internet. W moim przekonaniu nie powinniśmy odchodzić od targów edukacyjnych, bo one mają swój wymiar.
WK: Ale przecież na owych „Dniach Otwartych”, na organizowanych w szkołach zawodowych „Dniach Doradztwa Zawodowego” uczniowie mają czas na dłuższy kontakt i o wiele odpowiedniejsze warunki na zdobycie zindywidualizowanej informacji i porady…
TT: Ale wie pan, ja liczę na to, że jeżeli ktoś przyjdzie na takie targi i ma już jakąś swoją wyrobioną opinię czy wiedzę o danej szkole, to tu może ją sobie pogłębić, albo tu zainteresować się szkoła, do której może udać się na „Dni Otwarte”. Ja uważam, że jedno nie wyklucza drugiego i to jest inicjatywa dobra, potrzebna i warta kontynuacji.
WK: Czy Miasto Łódź widziałoby taką możliwość, aby zlecić, na przykład Łódzkiemu Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego, aby przeprowadziło na początku nowego roku szkolnego badania sondażowe w klasach pierwszych szkół ponadpodstawowych, w których uczniowie odpowiadaliby by na pytania o motywy, a także o źródła informacji, z których czerpali przy podejmowaniu decyzji o wyborze taj, a nie innej szkoły?
TT: Ja myślę, że to nie jest żaden problem. To jest słuszna inicjatywa. Ja uważam, że warta rozważenia.
Źródło: www.obserwatoriumedukacji.pl
Moje pytanie o możliwość zlecenia przeprowadzenia sondażu wśród uczniów klas pierwszych liceów i techników z pytaniem o źródła informacji, w oparciu o które podjęli decyzję o wyborze szkoły, nie zadałem przypadkowo, Już rok wcześniej, w „Felietonie nr 209 Komu służą targi. Czy z tych powodów warto je organizować?”, sformułowałem następujące tezy:’’
Teza 1.
Targi edukacyjne nie są do niczego potrzebne szkołom. Z nieoficjalnych źródeł w WE UMŁ wiem, że prowadzono tam badania sondażowe, w których pytano pierwszoklasistów z jakich źródeł czerpali wiedzę, która zadecydowała o wyborze tej, a nie innej szkoły ponadgimnazjalnej. Okazało się, że na pierwszym miejscu znaleźli się koledzy, na drugim – internet, a na jednym z końcowych – targi edukacyjne!
Teza 2.
Najbardziej organizacją targów są zainteresowane… Targi! Znaczy – Międzynarodowe Targi Łódzkie, którym za powierzchnię wystawienniczą zajmowaną przez placówki oświatowe, dla których organem prowadzącym jest UMŁ, płaci… Urząd Miasta Łodzi! Właściciel Spółki MTŁ! No i wejściówki odwiedzających także wpływają na ich konto.
Teza 3.
Targi podobają się niektórym mediom, dla których blichtr tej imprezy i malownicze obrazki pokazywane na fotkach i filmowych migawkach są przyciągającym wzrok czytelników i widzów surogatem pogłębionej informacji.
Teza 4.
Chętnie uczestniczą w targach edukacyjnych szkoły wyższe, zwłaszcza te prywatne, dla których jest to jeszcze jedna, w generalnym rozliczeniu nie tak droga, forma reklamy i pozyskiwania przyszłych studentów. Na „moje oko” wśród tegorocznych odwiedzających tę imprezę przeważali uczniowie ostatnich klas szkół średnich…
Teza 5
Wizyty na targi bardzo lubią przyprowadzani tam w zorganizowanych grupach uczniowie, którzy zamiast siedzieć w szkole na lekcjach, mieć jakąś kartkówkę lub odpytywanko, mają to przedpołudnie zagospodarowane bezstresowo…
Źródło: www.obserwatoriumedukacji.pl
Powtórzę informację zawartą w pierwszej tezie: „Z nieoficjalnych źródeł w WE UMŁ wiem, że prowadzono tam badania sondażowe, w których pytano pierwszoklasistów z jakich źródeł czrpali wiedzę, która zadecydowała o wyborze tej, a nie innej szkoły ponadgimnazjalnej. Okazało się, że na pierwszym miejscu znaleźli się koledzy, na drugim – internet, a na jednym z końcowych – targi edukacyjne!
Przypomnę, że ten felieton zamieściłem 4 marca 2018 roku! Od tamtej daty minęło 8 lat. Nie tylko, że Wydział Edukacji nigdy nie opublikował owych „tajnych” wyników sondażu, to rok później wiceprezydent Trela ich nie znal, a jego poparcie do mojej propozycji, aby taki sondaż przeprowadziło – na zlecenie UM – ŁCDNiKP na nic się zdało.
Bo nie o wsparcie ósmoklasistów i maturzystów w podejmowaniu przez nich decyzji o dalszej drodze edukacyjnej organizatorom owych Targów chodzi. Już wtedy nazwałem to „po imieniu”, pisząc, że „Najbardziej organizacją targów są zainteresowane… Targi! Znaczy – Międzynarodowe Targi Łódzkie, którym za powierzchnię wystawienniczą zajmowaną przez placówki oświatowe, dla których organem prowadzącym jest UMŁ, płaci… Urząd Miasta Łodzi! Właściciel Spółki MTŁ! No i wejściówki odwiedzających także wpływają na ich konto.”
Co się przez tych osiem lat zmieniło? Jeśli chodzi o organizowanie Targów, to w kolejnym roku zrobiła swoje pandemia COVID19, z powodu której odwołano XXIII LTE. W następnym 2021 roku odbyły „e-Targi Edukacyjne Łódź 2021”. W tej samej formule odbyły się targi w roku 2022 i 2023.
Rok 2024 był rokiem, w którym łódzka władza oświatowa wpadła na pomysł Rejonowych Targów Edukacyjnych. Oto ich pierwszy kalendarz – TUTAJ Już wtedy można było zdobywać potrzebne informacje o ofercie szkół ponadpodstawowych z Łódzkiej Bazy Edukacyjnej.
I dwa następne lata to czas organizowania tychże targów rejonowych. Określenie „rejonowych, to zastępcza nazwa dawnego podziału Łodzi na pięć dzielnic administracyjnych, zlikwidowanego w 1993 roku. Ale dopiero w tym roku decydenci postanowili zabłysnąć nowatorskim pomysłem tego, ponownie zorganizowanego w Hali EXPO, „Future Up! Fest.”
Tylko czy i w tym przypadku najwięcej korzyści z tego „odpustu” nie mieli jego organizatorzy, a nie uczniowie?
Bo ja nadal podtrzymuję moją krytyczną, od lat prezentowaną, opinię o braku uzasadnienia dla dalszego organizowania tych spędów i budzenia złudnych nadziei dla szkół nie cieszących się nadmiarem kandydatów w kolejnych rekrutacjach do klas pierwszych. Dzisiaj jeszcze bardziej jestem przekonany o zbędności Targów Edukacyjnych, tak w ich wersji „rejonowej”, jak i ogólnołódzkiej.
Dlaczego? Bo dzisiaj każdy uczeń ma swoim smartfonie swobodny dostęp nie tylko do informacji zawartych w Łódzkiej Bazie Edukacyjnej, ale może także wejść na stronę każdej szkoły ponadpodstawowej, gdzie dowie się o wiele więcej nie tylko o jej ofercie, ale – najczęściej na jej fanpage – o wszystkich wydarzeniach i inicjatywach, które lepiej mówią o jakości tej placówki niż najlepiej urządzone ich stoiska na targach
W tej e-reczywistości ja zalecałbym wzmocnienie roli doradcy zawodowego i zadbałbym nie tylko o zwiększenie ich liczby, ale przede wszystkim o ich kompetencje – nie tylko orientację w ofercie łódzkich szkół, ale przede wszystkim o znajomość trendów cywilizacyjnych, skutkujących wygaszaniem zapotrzebowania na jedne zawody i tworzeniem nowych obszarów zapotrzebowania na dziś nieznane jeszcze kompetencje. A także bardzo przydatna owym doradcom byłaby jeszcze, przynajmniej te najbardziej w jego roli potrzebne, kompetencja coacha…
Ale nie likwidowałbym „Dni Otwartych”, bo stwarzają one możliwość zapoznania się „w realu” z ewentualnym późniejszym miejscem nauki, porozmawiania w o wiele bardziej komfortowych warunkach z ich uczniami, nauczycielami, a także zobaczenia na własne oczy bazy dydaktycznej szkoły.
Napisałem ten tekst, aby już nikt nie mógł powiedzieć, ze Kuzitowicz, to zdziecinniały staruszek, który – jak przedszkolak – mówi Targom Edukacyjnym „NIE BO NIE!”
Włodzisław Kuzitowicz
Cala prawda o sondażu opinii n.t „Co boli polską oświatę”
13 marca zamieściłem materiał, zatytułowany „Polacy o tym co tak naprawdę boli polską oświatę”, w którym zaprezentowałem obszerne fragmenty tekstu „Co czwarty Polak alarmuje o tym problemie w szkole. Wyniki sondażu powinni przeczytać w MEN”, opublikowanego na stronie RMF FM.
Postanowiłem, że w tym eseju spróbuję bardziej zgłębić temat, zasygnalizowany w tamtym artykule – tym bardzie, że załączony tam diagram „Największe problemy polskich szkół w opinii Polaków”, z powodu jego nienajlepszej czytelności, jest bardzo trudny do przeanalizowania., co – w moim przekonaniu – spowodowało podanie w cytowanym tekście niejasnych i niewiarygodnych informacji
Postanowiłem bardziej przyjrzeć się wynikom na przykładzie dwu zaprezentowanych tam kryteriów: w zależności od wykształcenia i od preferencji politycznych ankietowanych. I tak, o różnicach w ocenie problemów w zależności od wykształcenia, w materiale ze strony RMF FM napisano:
Analiza odpowiedzi pokazuje wyraźne różnice w postrzeganiu problemów w zależności od poziomu wykształcenia. Osoby z wykształceniem podstawowym rzadziej wskazują zmiany w podstawach programowych (16 proc.), a częściej deklarują brak zdania (29 proc.). Z kolei respondenci z wyższym wykształceniem częściej za największy problem uznają zarówno pensje pracowników oświaty (15 proc.), jak i zmiany w podstawach programowych (30 proc.).
O różnicach w zależności od poglądów politycznych napisano tam jedynie tyle:
Osoby identyfikujące się z Konfederacją zdecydowanie częściej niż inni wskazują zmiany w podstawach programowych jako najważniejszy problem – aż 47 proc. tej grupy wybrało właśnie tę odpowiedź.
Szkoda, że tylko na tej partii poprzestano.
Ale nie w tym widzę największe nieścisłości owego materiału. Dokładne przyjrzenie się diagramowi prowadzi do jeszcze innych konkluzji:
Aby podjąć próbę zinterpretowanie informacji tam zawartych trzeba najpierw zapoznać się z górną częścią tego diagramu, gdzie podano informację o tym jaki kolor co oznacza. Spróbujcie tego dokonać sami:
Prawda, że bardzo trudno zidentyfikować te kolory na diagramie? Ale jest tam jeszcze jeden „haczyk”. Spójrzcie jeszcze raz, to zobaczycie, że dwukrotnie, dwoma róznymi kolorami, wyznaczano tam procentowe odpowiedzi, wskazujące na problem z pracami domowymi. Kolor niebieski – „Zmiany dotyczące prac domowych” i także w pierwszej linijce, lecz po prawej stronie, kolorem bladozielonym – „Zmiany dotyczące prac domowych2”. Jednak nigdzie nie Osalo to wyjaśniony powody tego dualizmu – bo też nigdzie nie podano pytań, na które odpowiadali ankieterzy tego sondażu. Próbując znaleźć informację o tym podjąłem poszukiwania informacji źródłowej, to znaczy na stronie „opinia24” – firmy przeprowadzającej ten sondaż.
I tu spotkał mnie zawód: NIGDZIE owa sondażownia nie zamieściła informacji o wynikach tego badania, ale brak choćby wzmianki, że taki sondaż przeprowadzała. Zobaczcie sami – TUTAJ
Na nic zdały się także moje kolejne próby wpisywania do wyszukiwarki takich tekstów, jak ten: „Sondaż Opinia24 przeprowadzony na zlecenie RMF FM, opublikowany 10 marca 2026 r. Pytanie: „Co jest Pana/Pani zdaniem największym problemem polskich szkół?”.
Jedyne co w wyniku tych poszukiwań uzyskałem, to adres do innego źródła, które także podało informację o tym sondażu. Jest nim prywatny portal „Gryfino.pl”, którego właścicielem jest pan Andrzej Kordylasiński, zamieszkały w Cedyni, którego redakcja (tymczasowo) mieści się w Gryfinie. Oto zamieszczony tam (bardzo czytelny) diagram, obrazujący całościowe wyniki tego sondażu
Źródło: www.igryfino.pl
Pora na końcową konkluzję, która – przynajmniej dla mnie – wypływa z powyżej zaprezentowanych informacji:
Żałuję, że w ogóle dałem się uwieść materiałowi ze strony Radia RMF FM i zamieściłem jego obszerne fragmenty (wraz z diagramami) na moim OE. Ponadto – mam nauczkę, aby w przyszłości dogłębnie prześledzić źródła, w oparciu o które chcę redagować moje materiały i nie powtórzyć błędu z minionego piątku, kiedy zaprezentowałem Wam nie tylko fatalnie opracowane informacje, ale do tego pochodzące ze źródła (czyli owej sondażowi), która jest tak tajemnicza…
Włodzisław Kuzitowicz
Jak dobrze mieć wujka, czyli jak wioskowy chłopak zrobił karierę
Wczorajsza informacja o desygnowaniu Przemysława Czarnka na premiera – jeśli PiS wygra w 2027 roku wybory – tak bardzo wpłynęła na moje przygotowania do napisania tego eseju, że już nie potrafiłem o niczym innym myśleć.
Stąd ta decyzja: Przypomnę jakie były początki drogi życiowej późniejszego profesora, ministra, a być może i premiera, Przemysława Czarnka. Bo oficjalne biografie wspominają o tym jedynie lakonicznie. A warto poznać okres jego dzieciństwa i etap nauki w wiejskiej szkole podstawowej we wsi Goszczanów w woj. łódzkim
Zacznę od udokumentowania, jakie konkretnie komentarze wywołały u mnie taką reakcję. Oto dwa przykłady:
Czarnek uosabia to, co ważne dla Kaczyńskiego – to trybun ludowy z naukowym tytułem. Profesor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, wojownik, który nie boi się debat i publicznych wystąpień, sprawny mówca bez wahania sięgający po populistyczne slogany i naciągający fakty, gawędziarz, który przeciwnika atakuje bezpardonowo, polityk lubiany w PiS, lojalny i wciąż młody na tyle, by przez półtora roku bić się o zwycięstwo dla swojej partii.
Źródło: wyborcza.pl
x x x
Robert Biedroń z Lewicy w swoim komentarzu przypomniał czasy, kiedy Przemysław Czarnek był w rządzie PiS ministrem edukacji i szkolnictwa wyższego.
„Minister od ‚cnót niewieścich‚, ‚ideologii’ LGBT+ i niszczenia polskiej edukacji kandydatem na premiera z PiS. Próbował zniszczyć oświatę, spróbuje zniszczyć cały kraj. Musimy zatrzymać Czarnka i jego chore fanaberie” – ocenił polityk.
Źródło: www.wydarzenia.interia.pl/kraj/xxx
x x x
Po takim „przygotowaniu artyleryjskim” pora na obiecane informacje „skąd wziął się Czarnek”. Więcej o tym niż tylko, że był „urodzony 11 czerwca 1977 r. w Kole. Uczęszczał do Szkoły Podstawowej w Goszczanowie w latach 1984-1992. Do 15 roku życia wychowywał się w Goszczanowie” można dowiedzieć się z tekstu Sebastiana Białacha i Macieja Kałacha, zatytułowany „Kto wymyślił Przemysława Czarnka, czyli jak średni uczeń został ministrem edukacji”, zamieszczonego 31 stycznia 2022 roku na portalu „Onet”. Oto obszerne, nie zawsze w kolejności występowania w orzytoczonym tekście, fragmenty tej publikacji:
Nagłośnienie miejsca dzieciństwa ministra edukacji to sprawa Krzysztofa Andrzejewskiego, wójta Goszczanowa. W Narodowe Święto Niepodległości 2021 wręczył on Czarnkowi akt honorowego obywatelstwa swojej gminy.
Do grona dumnych z rozsławiania gminy przez Czarnka należy Aleksandra Maryniaczyk, nauczycielka przyrody i biologii oraz dyrektor Szkoły Podstawowej im. św. Jana Pawła II w Goszczanowie.
Dyrektorka podstawówki z Goszczanowa, jako jedyna z obecnej kadry szkoły, uczyła w niej, gdy młody Czarnek przyszedł do pierwszej klasy. – To było w 1984 r., ja zaczęłam tu pracę rok wcześniej. Nie kształciłam oddziału ministra, ale za to jego młodszą siostrę. Oboje mieszkali wtedy w domu, który widać z wejścia do naszej szkoły: wciąż tam stoi po drugiej stronie ulicy. Wtedy mieliśmy ponad 400 uczniów, nie prawie 200, jak teraz, ale tego chłopaka łatwo było zapamiętać. Był przystojny i wysoki. I przede wszystkim zdobywał świetne oceny: same piątki i szóstki. Do tego co roku wzorowy z zachowania, a żeby otrzymać taki stopień, uczeń musi się wyróżniać, ten działał m.in. w samorządzie – opowiada Maryniaczyk.
Sam Czarnek, wspominając czasy podstawówki, pochwalił się – podczas wizyty w jednej z łódzkich szkół katolickich w listopadzie 2021 r. – osiągnięciami w olimpiadzie matematyczno-fizycznej. Dopiero Lublin miał w pełni zrobić z niego „humanistę”.
Mocniej niż w szkolny samorząd Czarnek zaangażował się, jako ministrant, w życie parafii św. Marcina i Stanisława Biskupa w Goszczanowie. – W tej liturgicznej służbie ołtarza czynnie byłem od szóstego roku życia – mówił, już jako wojewoda lubelski, podczas spotkania dla ministrantów i lektorów archidiecezji lubelskiej.
Szóstkę z muzyki, gdy taka ocena weszła do szkolnych not na początku lat dziewięćdziesiątych, wystawił młodemu Czarnkowi m.in. Bogumił Kaczorkiewicz, organista goszczanowskiej parafii (i wieloletni przewodniczący rady gminy), zmarły w końcówce listopada 2021 r. We wsi, pod sklepem nieopodal szkoły, można spotkać wiernych tej parafii utrzymujących, że „Przemek z ministrantów był najbardziej rozmodlony”.
Matka Czarnka znalazła pracę w przychodni w Goszczanowie, jednak, gdy w Polsce zaczęły się przemiany ustrojowe, otworzyła sklep „1001 drobiazgów”. Miała dwóch braci. Jeden z nich przygarnął 15-latka do Lublina, gdy ten zdecydował się na dalszą edukację w tym mieście. Z drugim z wujów Czarnek prowadził interesy, które ostatecznie nie wypaliły. W 2019 r. Mariusz P. został zatrzymany przez CBA. Obecnie Czarnek publicznie odcina się od tej znajomości i nie chce mieć z nim nic wspólnego.
Swojego ojca minister wspominał, wizytując jedną z podstawówek w powiecie ostrzeszowskim. – Do Ostrzeszowa mój tato przyjeżdżał z proboszczem po kwiaty do grobu Pańskiego – mówił Czarnek na początku listopada 2021 r. Ale w Goszczanowie można usłyszeć, że ojciec ministra był nie tylko kierowcą zawodowym, bo podjął się także służby w milicji. Nie trafił tam z własnej woli. Jego kariera w służbach nie trwała długo.
Przemysław Czarnek trafił do Lublina w wieku 15 lat. Powodem jego przeprowadzki nie była — jak powszechnie się sądzi — przedwczesna śmierć rodziców. W 2001 r. matka przegrała kilkunastoletnią walkę z nowotworem. Zmarła dość młodo w wieku 44 lat. Kilka lat później na stwardnienie rozsiane zachorował ojciec Czarnka. Odszedł w 2009 r. w wieku 54 lat.
Sprawa jest prosta — Goszczanów leży między Turkiem, Sieradzem i Kaliszem. Do każdej z tych miejscowości odległość wynosi około 30 kilometrów. Czarnek chciał uczęszczać do liceum ogólnokształcącego, a to oznaczało, że musiałby zamieszkać w internacie, bursie lub na stancji. W tamtych czasach codzienne dojeżdżanie oraz powroty ze szkoły nie wchodziły w grę.
— Już jako ministrant marzył o studiowaniu na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. W tamtym czasie renoma uczelni była znacznie większa niż obecnie. Jednocześnie Przemysław Czarnek chciał studiować prawo. Szansa pojawiła się, kiedy jego wujek wrócił ze studiów w Rzymie i zaczął pracować na KUL — mówi nam jedna z osób, która bardzo dobrze zna Przemysława Czarnka.
Mowa o wspomnianym już ks. prof. dr. hab. Jerzym Pałuckim, który zamieszkał w Lublinie. By zwiększyć swoje szanse na dostanie się na upragnioną uczelnię, nastolatek podjął decyzję o przeprowadzce do Lublina i rozpoczęciu nauki w renomowanej szkole. Wybór padł na II Liceum Ogólnokształcące im. Hetmana Jana Zamoyskiego. Czarnkowi pomogła w tym… olimpiada z matematyki. Znalazł się w pierwszej dziesiątce laureatów na szczeblu wojewódzkim. Zgodnie z ówczesnymi zasadami nie musiał zdawać egzaminu z matematyki i fizyki. Z resztą przedmiotów poszło mu gładko.
Jakim uczniem w liceum był przyszły szef resortu odpowiadającego za edukację? — Ani wybitnym, ani złym. Przeważnie jego średnia ocen wynosiła około 3,8-3,9. Trzeba pamiętać, że poziom nauczania był bardzo wysoki — słyszymy od osoby, która pamięta go z czasów szkoły średniej.
Jednak na przestrzeni lat jego zainteresowanie historią i prawem stale rosło. To zasługa m.in. nauczycielki historii z liceum. Przemysław Czarnek przyłożył się do matury, na której uzyskał niemal same piątki. I to — jak lubi opowiadać w swoim środowisku — bez potrzeby brania korepetycji.
Po zdaniu matury Czarnkowi udało się spełnić marzenie i dostał się na prawo na KUL. W trakcie swojej kariery na uczelni najpierw został stypendystą, a potem asystentem w Katedrze Prawa Konstytucyjnego. Następnie w 2006 r. Przemysław Czarnek obronił doktorat pod kierunkiem dr. hab. Dariusza Dudka, prof. KUL. Była to rozprawa doktorska pt. “Zasady państwa prawnego i sprawiedliwości społecznej w praktyce ustrojowej III RP”. W 2015 roku uzyskał habilitację, a od 1 października 2020 r. obecnie urzędujący minister edukacji i nauki jest profesorem KUL.
Źródło: www.wiadomosci.onet.pl/lodz/
Znajomość tych faktów może stać się źródłem nadziei dla dzisiejszych uczniów wiejskich szkół podstawowych, że o ich przyszłym sukcesie zawodowym i życiowym nie muszą decydować doradcy zawodowi czy targi edukacyjne – wystarczy najpierw być ministrantem a później – „Dobry Wujek”!
Włodzisław Kuzitowicz



















