Archiwum kategorii 'Eseje i wywiady'

Z czym będą musieli poradzić sobie nauczyciele i uczniowie w nowym roku szkolnym

 

I tak oto mój „okrągły”, 30. refleksyjny esej pisżę w ostatnią niedzielę tegorocznych wakacji. A kalendarzowa loteria sprawiła, ze 1. września wypadł w tym roku we wtorek, co oznacza, ze właśnie tego dnia w szkołach odbędą się uroczystości rozpoczęcia roku szkolnego.

 

Tradycja tego dnia nie wymaga sprawdzania listy obecności, ale za to wypada uczennicom i uczniom przyjść tego dnia w stroju „galowym”, a przynajmniej nie w jego wakacyjnej wersji. Różne szkoły, w zależności od liczby uczniów, warunków lokalowych i często także tradycj, organizuje ten dzień na dwa różne sposoby – i to na dokładkę w zależności od pogody.

 

Abo jest to jedna, wspólna dla wszystkich, uroczystość – w sali gimnastycznej, auli – jeśli szkoła taką posiada, lub  na boisku szkolnym, albo w formule zdecentralizowanej – klasy spotykają się ze swoimi wychowawcami w salach lekcyjnych. Często ta druga wersjia odbywa się – w zależności od proporcji liczby klas do liczby sal – w dwu, a nawet i w trzech terminach.

 

Oczywiście – nauczyciele są już, najprawdopodobniej, wszyscy po inaugurującym początek nowego roku szkolnego posiedzeniu rady pedagogicznej. I nie jest to tylko „obrzędowe” wydarzenie. To wtedy dowiedzieli się już na sto procent, w których klasach i czego będą uczyli, ile godzin mają w tym roku przydzielone, czy będą – w ramach kontynuacji, albo dostawszy nowy przydział, wychowawcami klas – i których. Może dyrekcja przydzieliła im jeszcze jakieś dodatkowe obowiązki.

 

Tradycyjnie podczas tej rady  żegnani są nauczyciele odchodzący na emeryturę, w tym – coraz częściej to się zdarza, także pożegnania dotychczasowych, bywa że wieloletnich, dyrektorek i dyrektorów. No i jest to także okazja, aby poznać się z nauczycielami nowozatrudnionymi, w  tym – co jest oczywistym priorytetem – z osobą, która właśnie z dniem 1 września rozpocznie pełnienie obowiązków dyrektorki/dyrektora tej szkoły. Bo nie zawsze to stanowisko obejmuje osoba, która już była już zatrudniona w tej szkole jako nauczyciel/ka.. Bywa, że jest to osoba wcześniej nieznana, która wygrała przed kilkoma miesiącami konkurs na dyrektora tej szkoły.

 

I tak oto wyczerpałem już „neutralne” wątki tematyczne eseju, pisanego z okazji nowego roku szkolnego. Wiem – biorę się do tego głównego tematu jak pies do jeża, ale już dłużej odwlekać nie mogę.

 

Z dniem 1 września w szkołach startuje program „Kompas Jutra” i wchodzi w życie kilka nowych ustaw i rozporządzeń. I z tym wszystkim (a jest tych zmianj ponoć 12) będą sobie musieli radzić i nauczyciele i uczniowie. Bo co prawda prezydent zawetował reformę „Kompas Jutra”, ale szefowa Ministerstwa Edukacji zapowiedziała, że reforma i tak będzie,  choć częściami, wprowadzana do szkół za pomocą rozporządzeń. Z innych zmian wymienię tylko:

 

Edukacja zdrowotna – będzie obowiązkowym przedmiotem. W związku z kontrowersjami wokół części jego treści resort edukacji zdecydował, że zagadnienia dotyczące seksualności pozostaną nieobowiązkowe. Nauczyciel będzie mógł realizować je także w ramach nieobowiązkowych godzin zajęć.

 

Tydzień projektowy – od 1 września 2026 roku będzie rozwiązaniem fakultatywnym, ale warto go „potrenować”, bo od 2027 roku ma stać się obowiązkowy.

 

W szkołach podstawowych uczniowie nie będą mogli korzystać z telefonów podczas lekcji i przerw. Będzie można je używać przed rozpoczęciem zajęć i po ich zakończeniu, a w trakcie lekcji tylko w uzasadnionych sytuacjach, np. podczas zajęć odbywających się poza szkołą.

 

Od roku szkolnego 2026/2027 w szkłach podstawowych zwiększono liczbę godzin zajęć, pozostających w gestii dyrektora. Będzie to łącznie dziewięć godzin tygodniowo, w tym sześć godzin w klasach IV–VIII, które będzie mógł on przeznaczyć na dodatkowe godziny z matematyki, języka polskiego, języków obcych lub zajęć cyfrowych, ale także na zajęcia tematyczne, projekty badawcze, warsztaty artystyczne, naukowe lub sportowe.

 

Zmienią się zasady dotyczące żywienia dzieci i młodzieży w placówkach oświatowych. Od 1 września szkolne i przedszkolne jadłospisy mają zawierać więcej produktów roślinnych, mniej cukru i ściślej określoną liczbę potraw mięsnych, rybnych czy smażonych.

 

Z dniem 20 sierpnia weszło w życie Rozporządzenie Ministra Edukacji zmieniające rozporządzenie w sprawie oceniania, klasyfikowania i promowania uczniów i słuchaczy w szkołach publicznych. A to wymusi nie tylko zmianę trybu i formy przeprowadzania egzaminu klasyfikacyjnego, egzaminu poprawkowego i sprawdzianu wiadomości i umiejętności, ale także wprowadzenia do statutów szkół precyzyjnych zapisów jak będziemy oceniali „odpowiedzialność za własny rozwój ucznia”, a także jak czy uczeń „przestrzega normy społeczne” a przede wszystkim jak „zważyć” i  ocenić to przestrzeganie na oceny: kiedy było to zachowanie wzorowe, kiedy bardzo dobre, dobre lub choćby poprawna, a kiedy należy się ocena nieodpowiednia a nawet naganna.

 

Wchodzą także zmiany w zakresie zadawania pisemnych i praktyczno-technicznych prac domowych w szkole podstawowej. Zniesiona będzie możliwość zadawania w klasach IV-VIII praktyczno-technicznych prac domowych do wykonania w czasie wolnym od zajęć dydaktycznych.Doprecyzowano, że każda wykonana przez ucznia pisemna praca domowa musi być przez nauczyciela sprawdzona i uczeń musi otrzymać o niej informację zwrotną.

 

Jak by się kto pytał, to za ten dodatkowy obowiązek nauczyciele nie otrzymają większego wynagrodzenia…

 

I na deser – moduł medialny, który ma być, wg. wizji MEN, „wisienką na torcie” reformy programowej „Kompas Jutra”. Treści edukacji medialnej będą realizowane w ramach języka polskiego, informatyki, geografii, edukacji obywatelskiej oraz zajęć praktyczno-technicznych. Moduł obejmuje również bezpieczeństwo i higienę cyfrową, etyczne korzystanie z treści medialnych, komunikację i współpracę w środowisku cyfrowym oraz świadome korzystanie z narzędzi sztucznej inteligencji.

 

Ciekawe w jakich procedurach „międzyprzedmiotowych” wypracowany zostanie w każdej konkretnej szkole  ów multiprzedmiotowy program tego modułu. I kto będzie . całościowo,  za niego odpowiadał, w razie  czego – decydował które treści lepiej pasują do którego z pięciu przedmiotów…

.

 [Zobacz więcej informacji o zmianach które wymusza to rozporządzenie w moim materiale z dnia 22 sierpnia  –  TUTAJ]

 

 

Wystarczy!…

 

Powtórzę to co napisałem w eseju  nr 27 z 9 sierpnia: „Jak to dobrze że nie jestem już dyrektorem szkoły!” Ale to nie znaczy, ze nie myślę z troską o tych z Was, który właśnie, w tej roli, będą musieli podołać tym – dodatkowych w porównaniu do lat minionych, – obowiązkom.

 

Trzymajcie się, na złość tej która to wszystko zgotowała. Wszak dłużej „klasztora niż przeora”…

 

 

Włodzisław Kuzitowicz



 

O genezie nadania imienia Janusza Moosa Galerii Witraży i konsekwencjach

trzeciej rocznicy Jego odejścia na emeryturę

 

Tematy które w tym eseju zamierzam podjąć są przede wszystkim oczywistą konsekwencją zamieszczonego na OE 21 sierpnia materiału, w którym znalazły się obszerne fragmenty tekstu prof. Śliwerskiego, zatytułowanego „Nie podcinać skrzydeł nauczycielom. Lekcja Janusza Moosa”. Ale nie tylko – to także konieczność przypomnienia rocznic, przypadających na ostatni dzień sierpnia i pierwszy dzień września, którymi za tydzień nie bardzo wypadałoby się zajmować Mając świadomość, że to niedziela, poprzedzająca początek nowego roku szkolnego, w którym dyrektorzy i nauczyciele będą musieli pracować z uwzględnieniem wdrożenia 12. zmian prawnych, powinienem wtedy wypowiedzieć się  o tym. A nie wykluczone, że w ostatnim tygodniu wakacji wyskoczą jeszcze jakieś niespodzianki przygotowane w MEN, o czym zapragnę podzielić się moimi refleksjami

 

A więc zaczynam:

 

Na początek podzielę się z Wami informacją (zdobytą „u źródła – czyli od Janusza Moosa) jakie to zaszłości legły u podstaw faktu uhonorowania imieniem tej wybitnej, ale wszak znanej przede wszystkim w środowisku edukacyjnym, osobowości łódzkiej oświaty, właśnie takiej placówki: Galerii Witraży w Chociszowie k. Polanicy Zdroju, którą to miejscowość dzieli od Łodzi ok. 322 km.

 

Otóż panowie: Janusz Moos i Zbigniew Muziewicz poznali się około 30 lat temu, podczas corocznych wyjazdów urlopowych Janusza do Kotliny Kłodzkiej – w rejon Polanicy-Zdroju. To podczas jego spacerów po okolicy natrafił na pracownię witraży, prowadzoną przez Zbigniewa Muziewicza. I tak zawarta przypadkiem znajomość, kontynuowana przez lata, przerodziła się w trwałą więź  obu panów.

 

Dowodem na te relacje są te oto formy uznania dorobku artystycznego, ale i oddziaływań edukacyjnych na odbiorców sztuki pana Muziewicza. To dwukrotne wyróżnienie go przez ŁCDNiKP podczas uroczystych Gal  Podsumowania Ruchu Innowacyjnego w Edukacji:

 

W roku 2011

 

Certyfikatem „PARTNER PRZYJAZNY EDUKACJI

 

 

 

 

W roku 2016

 

Statuetką  „SKRZYDLA WYOBRAŻNI”

 

 

 

[Źródło: www.muziewicz.pl/p ]

x            x            x

 

 

A teraz o tym, jaki nowy nurt moich wspomnień i refleksji uruchomił prof. Śliwerski tym fragmentem swego tekstu:

 

Są w oświacie ludzie, którzy pełnią funkcje, zarządzają placówkami, realizują kolejne programy i reformy. Są jednak także tacy, którzy tworzą wokół siebie przestrzeń wolności, dzięki której inni mogą przekraczać rutynę, próbować, eksperymentować, popełniać błędy, poprawiać własne rozwiązania i odkrywać w sobie nauczyciela-twórcę. Do tej drugiej, jakże nielicznej kategorii należy mgr inż. Janusz Moos – pedagog, innowator, animator ruchu postępu pedagogicznego, a przede wszystkim człowiek, który przez dziesięciolecia potrafił uskrzydlać innych.

Przez 27 lat kierował Łódzkim Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego, doprowadzając wraz ze współpracownikami tę placówkę do standardów rozpoznawalnych nie tylko w Polsce. Nie był przy tym dyrektorem administrującym cudzymi pomysłami. Był liderem tworzącym warunki do rodzenia się pomysłów własnych – nauczycielskich, zespołowych, środowiskowych.

I właśnie ten aspekt jego działalności wydaje mi się dzisiaj szczególnie ważny.

Wolność nauczyciela nie jest luksusem.

W czasach coraz silniejszego proceduralizowania edukacji, standaryzowania pracy nauczyciela, mnożenia wskaźników, formularzy, podstaw programowych, rozporządzeń, instrukcji i systemów kontroli łatwo zapomnieć o czymś elementarnym: nie ma twórczego nauczyciela bez wolności.”

 

 

Jako „świadek historii”, a także uczestnik lub bliski obserwator aktywności zawodowej mgr. Inż. Janusza Moosa od 1988 roku, muszę dokonać korekty zdania „Przez 27 lat kierował Łódzkim Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego”. Fakty mówią co innego:

 

Decyzją z dnia 30 lipca 1996 roku w sprawie utworzenia Wojewódzkiego Centrum Kształcenia Praktycznego w Łodzi powstała ta innowacyjna placówka, która swą działalność rozpoczęła 1 września 1996 roku, a której twórcą i dyrektorem został Janusz Moos.

 

Z dniem 1 stycznia 1999 roku Polska została podzielona na 16, a nie jak wcześniej na 49, województw. I na fali przeprowadzanych wówczas reorganizacji Janusz Moos zgłosił projekt utworzenia –  na bazie WCKP – Wojewódzkiego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego, którego – oczywiście – nadal on był dyrektorem.

 

Jako WCDNiKP placówka ta funkcjonowała do kolejnych reform, aby w roku 2001 – gdy kuratorium oświaty przestało być organem prowadzącym, a jedynym organem prowadzącym wszystkie placówki oświatowo-wychowacze w mieście zostało Miasto Łódź –  ostatecznie przyjąć obowiązującą do dzisiaj nazwę Łódzkie Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego.

 

I przez te wszystkie lata, do 31 sierpnia 2023 roku, dyrektorem tych kolejnych placówek był Janusz Moos. Bo wtedy, w wieku 84 lat, ów twórca i szef Łódzkiego Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego, po 56 latach pracy w edukacji, w tym 27 latach na stanowisku dyrektora,– odszedł na emeryturę. [Przeczytaj informację ze strony „Expressu Łódzkiego” – TUTAJ]

 

W tym czasie Łódzkim Kuratorem Oświaty był Waldemar Flajszer, wojewodą Tobiasz Bocheński a ministrem edukacji Przemysław Czarnek. Wyłącznie „fotograficzna” relacja z pożegnania dyrektorów odchodzących na emeryturę została zamieszczona na stronie ŁKO w dniu 30. czerwca. [Zobacz – TUTAJ ] Jest tam, zamieszczone jako (nomen omen) 13., zdjęcie Janusza Moosa, odbierającego z rąk kuratora pismo „pożegnalne”.

 

Nie ma tam ani słowa o wyjątkowych zasługach dla oświaty tego najdłużej pracującego w łódzkiej edukacji dyrektora…

 

Już wtedy była to dla mnie smutna informacja. Ale prawdziwe zaskoczenia złymi wieściami  musiałem przeżywać po 1 września 2023 roku, kiedy czytałem o kolejnych osobach sprawujących swe rządy w osieroconym ŁCDNiKP. Pierwszym była wiadomość, że od 1 września 2023 r. p.o. dyrektora LCDNiKP została Karolina Południkiewicz. Nie dotychczasowa wicedyrektorka – Anna Koludo, która pracowała z dyrektorem Moosem od pierwszych dni powstania WCKP ani nikt z pracowników łódzkiego Centrum, a ta nikomu nieznana osoba – absolwentka poradnictwa żywieniowego na SGGW, zatrudniona dotychczas jako pedagog oraz specjalistka do spraw projektów edukacyjnych i unijnych w łódzkiej Fundacji Innopolis. Prowadziła także warsztaty kulinarne dla dzieci i młodzieży (m.in. w ramach projektów społecznych i edukacyjnych oraz z Fundacją Ziółka w Kuchni), realizując zajęcia m.in. w przestrzeniach takich jak Bistro Book&Cook oraz we współpracy z lokalnymi organizacjami i ośrodkami Centrum Służby Rodzinie. I takiej osobie powierzono kontynuowanie dorobku dyrektora Moosa…

 

Największym zaskoczeniem było dla mnie to, że za tą decyzją stała nadzorująca od 2019 roku łódzką oświatę wiceprezydentka Łodzi, a więc znająca dorobek dyrektora Moosa – Małgorzata Moskwa-Wodnicka (Nowa Lewica)

 

Od tego dnia miną za tydzień 3 lata. I właśnie to co w tym czasie działo się w Łódzkim Centrum miał na myśli prof. Śliwerski, kiedy pisał:

 

„Instytucje mają oczywiście prawo się zmieniać. Nie powinny jednak zaczynać swojej historii od każdej kolejnej kadencji. Usuwanie pamięci poprzedników jest jednym z bardziej niepokojących objawów polskiej kultury instytucjonalnej. Zmiana kierownictwa zbyt często oznacza zmianę narracji o przeszłości, jak gdyby sukces poprzedników pomniejszał znaczenie następców. A przecież jest odwrotnie. Dojrzała instytucja potrafi budować swoją tożsamość na ciągłości dokonań wielu pokoleń.”

 

Te trzy minione lata w ŁCDNiKP nie pozostały bez odnotowania ich w „Obserwatorium Edukacji”. Pierwszym był zamieszczony 3 września 2023 r, materiał Zaskakująca decyzja władz miasta w sprawie kierownictwa ŁCDNiKP, kolejnymi – „Felieton nr 485. Kilka rocznicowych wspomnień i aneks do info o pani Karolinie”  i  Felieton nr 487. O wchodzeniu w nowy rok z optymizmem i o pani dyr. Południkiewicz”

 

Później było jeszcze ich wiele, bo też nie mogłem pozostać obojętny na destrukcję tej zasłużonej placówki, na kolejne konkursy na jej dyrektorów, które wygrywały dziwne osoby, a kilka z nich było nierozstrzygniętych. Już wkrótce udostępnię linki do nich wszystkich.

 

Ostatnią była, zamieszczona 4 lutego b.r. informacja, zatytułowana Koniec wakatu! Dyrektorka ŁCDNiKP ma wreszcie wicedyrektorkę”. Bo przez 5 miesięcy nowa dyrektorka – pani Agnieszka Ochmańska, która od lipca 2024 roku była tam wicedyrektorkąrządziła w Centrum jednoosobowo.

 

Później informacje o tym co działo się w Łódzkim Centrum zamieszczałem już tylko na moim fb-profilu

 

Ostatnim był tam  post z dnia 31 lipca, w którym odsyłałem na stronę ŁCDNiKP, gdzie informowano o planowanym na 25 września kursie „Zarządzanie oświatą”. To tam znalazł się taki „agitacyjny” akapit:

 

„Jeśli marzycie o roli lidera oświaty, zapraszamy do udziału w kursie kwalifikacyjnym ‘Zarządzanie oświatą’ organizowanym w roku szkolnym 2026/2027. To wyjątkowa okazja, aby zdobyć wiedzę, kompetencje i praktyczne umiejętności niezbędne do kierowania szkołą, przedszkolem lub placówką oświatową. Program kursu łączy aktualną wiedzę prawną, organizacyjną i menedżerską z doświadczeniem cenionych praktyków edukacji.”

 

Nie mogłem się powstrzymać przed zamieszczeniem pod tym „zaproszeniem” takich komentarzy:

 

 

Mógłbym tak długo jeszcze pisać o fatalnym stylu zarządzania tą zasłużoną placówką, o zamontowanych kamerkach do podglądania pracowników, o podpisywaniu w sekretariacie listy przy odbieraniu klucza do pokoju, o zakazie rozmów na korytarzu, a przede wszystkim o niepodważalnym dowodzie na całkowitą dezaprobatę takiego stylu kierowania, wyrażoną odejściem z pracy przez 46 byłych pracowników ŁCDNiKP.

 

Ale dzisiaj na tym zakończę ten temat – obiecuję, ze na pewno jeszcze wrócę – nie mam wątpliwości, że pani dyrektor Ochmańska dostarczy mi jeszcze niejednego powodu….

 

 

Włodzisław Kuzitowicz



 

Komu zawdzięczam, uzyskaną w głębokim PRL-u, wiedzę o „Cudzie nad Wisłą”

 

Dzisiejszy esej postanowiłem zamieścić nie jek zwykle w niedzielę, lecz dzień wcześniej, z powodu daty jego publikacji – 15 sierpnia, która to data (przynajmniej dla mnie) jest dorocznym Świętem Wojska Polskiego, ustanowionym ustawą Sejmu z 30 lipca 1992 roku.

 

W poprzednich latach – w okresie PRL, od roku 1950 – obchodzono Dzień Ludowego Wojska Polskiego w dniu 12 października, także ustanowiona przez ówczesne władze nieprzypadkowo. Bo właśnie tego dnia w roku 1943, pod Lenino, I Dywizja Piechoty im. Tadeusza Kościuszki została przez dowództwo Armii Czerwonej wprowadzona na front wojny z wojskami niemieckimi. Stało się to w pobliżu miejscowość Lenino nad rzeką Miereją na Białorusi. I choć bitwa ta  zakończyła się taktyczną porażką, a w czasie dwudniowych walk dywizja wraz z jednostkami wsparcia poniosła ciężkie straty (510 zabitych, 1776 rannych, 776 dostało się do niewoli niemieckiej lub zostało uznanych za zaginionych bez wieści, tj. ok. 25% całego stanu osobowego), to w PRL  stała się mitem założycielskim LWP –  przedstawiano ją jako początek szlaku bojowego nowej armii formowanej w ZSRR.

 

Jako urodzony w 1944 roku,  przez wszystkie lata w których występowałem w roli ucznia, uczestniczyłem w szkolnych akademiach dla uczczenia tej rocznicy i tego święta, który to Dzień LWP  szczególnie obchodzono w Technikum Budowlanym nr 1, którego dyrektorem w tamtych latach był pan Mikołaj Hałamejko – major LWP w stanie spoczynku, który w szeregach  II Dywizji LWP wyzwalał – wraz z Armią Czerwoną –  Polskę, forsując rzekę Bug na drzwiach od stodoły. O tym fakcie sam nam opowiadał – był on także naszym nauczycielem matematyki…

 

Zacząłem ten esej od przypomnienia zmiennych losów święta polskiego wojska, z myślą o tych czytających ten tekst, którzy z racji swojego wieku nie mogą tych faktów znać „z autopsji”…

 

A aktualna data Święta Wojska Polskiego także nie jest przypadkowa. Po raz pierwszy została ona ogłoszona świętem w 1923 r. –  dla uczczenia decydującego momentu w wojnie polsko-bolszewickiej z 1920 roku –  zwycięskiej dla Polski t. zw.Bitwy Warszawskiej, zwanej przez wielu „Cudem nad Wisłą”, jako że odbyła się ona w dniu święta obchodzonego w Kościele Rzymskokatolickim jako Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny. I był ten dzień świętem do roku 1947.

 

Ale ja, „urabiany” w peerelowskiej szkole, nie mogłem się o tym wszystkim wiedzieć. I tkwiłem w tej nieświadomości aż do 15 sierpnia 1962 roku.

 

Ten refleksyjny esej napisałem właśnie dla upamiętnienia tej ważnej dla mojej patriotycznej świadomości daty.

 

Wszystko wydarzyło się w czasie wakacji, kiedy byłem już uczniem XVIII Liceum Ogólnokształcącego im Jędrzeja Śniadeckiego. A zostałem nim w lutym tego roku, kiedy podjąłem odważną decyzję o porzuceni nauki w I klasie 3-letniego Technikum Budowlanego i  przeniesieniu się do X klasy tego właśnie liceum.

 

Jednak aby to wspomnienie nie było wyrwanym z szerszego kontekstu wydarzeniem, muszę cofnąć się do pierwszego dnia i pierwszej godziny lekcyjnej w mojej nowej szkole. A była nią lekcja biologii. Nawiasem mówiąc biologii, której nie miałem w ogóle w „Budowlance”. A nauczycielem tego przedmiotu był tam pan Antoni Jotko – liczący już sporo ponad sześćdziesiątkę nauczyciel, absolwent Uniwersytetu im. S. Batorego w Wilnie, który do Łodzi przyjechał dopiero po 1945 roku. O tym gdzie spędził dzieciństwo i młodość świadczył sposób, w jakim – choć po polsku – mówił. Była to taka sama wymowa, jaką utrwalono w jedynym zapisie głosu Józefa Piłsudskiego.

 

Choć ja nie dysponuję nagraniem tej pierwszej lekcji biologii, to mam ją na zawsze zapisaną w pamięci. Oto jak ją zapamiętałem:

 

Profesor wszedł do klasy, usiadł za stołem i czekał, aż klasa się uspokoi. Ale że  to nie nastąpiło, zapytał: „A co wy dzis-iaj dz-iec-inki tak s-ie chichrac-ie, a?” Na co usłyszał odpowiedź: „Bo mamy Nowego”. Dalej dialog przebiegał następująco:

A pokaż no si-e ty – dz-iec-inko!

    Wstałem i powiedziałem:

To ja, panie profesorze.

– A jak ty si-e nazywasz?

– Kuzitowicz .

Kuz-itowicz? A z których ty Kuz-itowiczów, bo ja znał rodz-ine Kuz-itowiczów, mieszkali wedle Nowej Wilejki….

 

I tak zostałem krajanem pana profesora. Po kilku tygodniach byłem już  przewodniczącym koła biologicznego. Nie przeszkodziło tej nominacji nawet to, że ostatni raz uczyłem się biologii w szkole podstawowej…

 

Muszę jeszcze poinformować, że ja już dawno dowiedziałem się od mojego ojca, któremu  powiedział to jego ojciec, że Kuzitowicze przyjechali przed bardzo wielu laty do Łodzi z Czarnej Rusi, która leży na południe od ziem litewskich, na północ od białoruskich…

 

Od tego dnia minęło kilka miesięcy. W ostatnim dniu przed zakończeniem roku szkolnego 1961/1962 pan prof. Jotko zarządził, aby wszystkie doniczki z kwiatami, jakie stały na parapetach sal lekcyjnych, zostały zniesione do pracowni biologicznej i poustawiane na ławkach przyniesionych z sali gimnastycznej. A wszystko w tym celu, by ochotniczo zgłaszający się uczniowie, którzy w ustalonych okresach, przychodzili dwa razy w tygodniu aby je podlewać. To była już wieloletnia tradycja – tak nasz szkolny biolog zabezpieczał „roslinki”, aby nie pousychały podczas wakacji.

 

Oczywiście nie mogło na takim dyżurze zabraknąć przewodniczącego koła biologicznego…

 

Z tego powodu i ja takiego dyżuru się podjąłem. Wypadł on w połowie sierpnia. Historia którą za chwilę poznacie wydarzyła się w środę, 15 sierpnia 1962 roku. Wtedy był to „dzień jak co dzień” – akurat tego dnia przyjechałem do szkoły, aby wykonać zadanie którego się podjąłem. Gdy już wszystkie doniczki dostały swoją porcję wody, postanowiłem poszerzyć swoją wiedzę biologiczną i wyjąłem z, niezamkniętej, szafy z pomocami naukowymi największy mikroskop i  zacząłem oglądać znalezione w stojących tam pudłach preparaty.

 

Nagle drzwi do pracowni  otworzyły się  i stanął w nich pan profesor Jotko. Poderwałem się z nad okularu mikroskopu i na widok nietypowego wyglądu mojego nauczyciela (ciemny garnitur, spodnie „w kancik”, biała koszula, dobrze zawiązany krawat) – nietypowego, bo zwykle pan profesor bywał ubrany raczej ze „staroświecką elegancją starszego, samotnego mężczyzny” – bywało, że skarpetki na nogach były nie od pary, kołnierzyk koszuli niedoprasowany, ale zawsze pod, niekoniecznie wzorowo zawiązanym, krawatem) przywitałem go spontanicznie: „Dzień dobry panie profesorze! A co Pan dzisiaj taki elegancki?!”

 

Chwila milczenia, profesor pokiwał – dziś określam to „z politowaniem”  – głową i powiedział powoli i dostojnie: „Co wy dzis-iaj dz-iecinki wiec-ie, wy nic nie wiec-ie. Toż dzis-iaj jest rocznica Cudu nad Wisło!

 

I taki był początek tej niespodzianej, spontanicznej lekcji historii o wydarzeniach, które miały miejsce przed (wówczas) czterdziestoma dwoma laty, a o których nic nie było w ówczesnych szkolnych podręcznikach…

 

Dowiedziałem się wtedy, że mój profesor jest kombatantem wojny polsko-bolszewickiej, że walczył jako student-ochotnik w obronie Warszawy, że… że w jego obecności sowiety konia ubili pod takim, wysokim, chudym,młodym francuskim oficerem. I ja mu swojego ukochanego konia oddał. A wiesz kto to był? To dzisi-aj prezydent Francji,  generał, de Gaulle!

 

Dopiero po latach mogłem zweryfikować tę opowieść. Choć nigdzie nie natrafiłem na informację o zabitym koniu, to jednak wszystkie źródła potwierdzają obecność generała de Gaulle’a w Bitwie Warszawskiej. Ale ja i tak nie miałem, i do dziś nie mam, wątpliwości, że to co mi wtedy profesor opowiadał – była prawdą!

 

Jestem pewien, że byłem jedynym – nie tylko uczniem, ale i pracownikiem szkoły – któremu o tym opowiedział. Bo mi zaufał – wszak byłem z Kuz-itowiczów

 

Pisząc właśnie o tym mój dzisiejszy refleksyjny esej chciałem nie tylko wspomnieć tego niezwykłego nauczyciela biologii, ale także zilustrować tą historią ważną prawidłowość, występującą w procesie zdobywania wiedzy, zdobywanej nie w celu zaliczenia sprawdzianu czy zdania egzaminu. Jest nią określone przeżycie, żywy człowiek jako jej źródło, skojarzenie i utrwalenie  – często na całe życie – tej informacji z własną w owym wydarzeniu aktywnością…

 

 

Włodzisław Kuzitowicz  



 

O skutkach nieogłoszenia w Dz. U. ważnego rozporządzenia MEN

i o tym czyją zasługą są olimpiady – nie tylko przedmiotowe.

 

Wakacje wakacjami, ale nie mogę pozwolić, aby jedynym moim refleksyjnym esejem był ten z niedzieli 12 lipca. Dlatego już od kilku dni poszukiwałem tematu, którym mógłbym Was zainteresować, mimo urlopowego okresu i ciągle zagrażającym nam saharyjskim upałom.

 

Nie będę udawał – jedynym co i mnie w tych dniach było w stanie pobudzić do redaktorskiej aktywności były teksty z oficjalnej strony Ministerstwa Edukacji Narodowej. Przeto nie dziwcie się, że znajdziecie poniżej kilka refleksji, powstałych podczas zbierania materiałów do zamieszczenia ich na OE, które wtedy nie zostały przeze mnie skomentowane.

 

Nie będą to informacje o projekcie likwidacji Domów Wczasów Dziecięcych, ani o przygotowaniu 5-ciu Rozporządzeń MEN. Tak naprawdę pierwszą informacją o której podczas tych przeszukiwań Internetu się dowiedziałem, która takowe refleksje wzbudziła, była ta, o ciągle nieopublikowanym rozporządzeniu, wprowadzającym z dniem 1 września nowe zasady oceniania uczniów i słuchaczy. Już poprzedzając tę informację zaczerpniętą z „Portalu dla Edukacji” napisałem:

 

„Postanowiłem jednak dłużej nie czekać i poinformować o tych – wcale nie kosmetycznych – zmianach, choć nadal owo rozporządzenie nie zostało opublikowane w Dz. U. Na tą decyzję wpłynęła świadomość, że do rozpoczęcia nowego roku szkolnego pozostał już TYLKO MIESIĄC !”

 

Czy coś w tej sprawie zmieniło się w czasie minionego tygodnia? Otóż nic! Nadal to rozporządzenie nie ma statusu obowiązującego aktu prawnego.  Zobaczcie – TUTAJ

 

Ja dzisiaj wypowiem się jedynie o tym fragmencie owego nowego aktu prawnego, o którym tak napisała pani Kalina Olejniczak na „Portalu dla Edukacji”:

 

Projekt modyfikuje również katalog kryteriów uwzględnianych przy ustalaniu oceny zachowania. Nowe rozwiązania mają odzwierciedlać wartości, na których oparta została reforma programowa. Oprócz wywiązywania się z obowiązków ucznia większy nacisk zostanie położony na odpowiedzialność za własny rozwój, współpracę z innymi, budowanie dobrych relacji, aktywność na rzecz klasy, szkoły i społeczności lokalnej oraz przestrzeganie norm społecznych. W katalogu pozostają także bezpieczeństwo, kultura języka i szacunek wobec innych osób. Nowością jest wyraźne wskazanie znaczenia odpowiedzialności za własny rozwój oraz zaangażowania w życie wspólnoty szkolnej.”

 

Gdy to przeczytałem, to pomyślałem sobie – jak to dobrze że nie jestem już dyrektorem szkoły! Bo jak bym się teraz czuł w tej roli gdybym miał świadomość, że przed rozpoczęciem  roku szkolnego musiałbym na najbliższym posiedzeniu Rady Pedagogicznej przeprowadzić zmiany w Statucie Szkoły – w tej jego części, w której zapisano owe zasady ustalania ocen zachowania uczniów. Powiedzmy, że byłoby tam teraz zapisane coś na podobieństwo tego przykładu  – TUTAJ. Ale skoro nadal nie znam ostatecznego tekstu rozporządzenia które ma wprowadzić w tym obszarze nowe zasady, to jak mielibyśmy zmieniać statut naszej szkoły?.

 

Bo – przykładowo – mielibyśmy zdecydować jak będziemy oceniali „odpowiedzialność za własny rozwój ucznia”. Jako że mam w bagażu moich doświadczeń pracę w Katedrze Pedagogiki Społecznej na UŁ, to wiem, że aby cokolwiek zdiagnozować trzeba posiadać odpowiednio dobrane wskaźniki.

 

[Wskaźnikiem jest takie zjawisko (W), którego zaobserwowanie pozwala nam – w sposób bezwyjątkowy lub z określonym prawdopodobieństwem statystycznym – wnioskować, że wystąpiło diagnozowane przez nas zjawisko (Z) ]

 

W tej chwili nie potrafiłbym zapisać w statucie wskaźników, pozwalających na stopniowanie – n.p. odpowiedzialności ucznia za jego rozwój, pozwalające na zaklasyfikowanie u nego poziomu tej cechy do którejś z ocen: wzorowej, b. dobrej, dobrej, poprawnej lub nagannej.

 

Myślę, że jeszcze większym problemem byłoby znalezienie wskaźników, pozwalających na ocenienie stopnia „przestrzegania norm społecznych”. Zwłaszcza, kiedy uświadomiłbym Radzie, że „normy społeczne to ogół nakazów, zakazów i oczekiwanych sposobów zachowania, które obowiązują w danej grupie lub społeczeństwie.”

 

A przecież nie są to jedyne nowe elementy, które ma wprowadzić to nieogłoszone do dzisiaj w Dz. U. rozporządzenie MEN…

 

I już jedynie wspomnę, że od dawna wśród pedagogów, nie tylko tych z tytułami profesorów, ale także tych z wieloletnim doświadczeniem, powstał postulat o całkowitej likwidacji uczniowskiej oceny zachowania….  [Na przykład:  TUTAJ TUTAJ]

 

 

x            x           x

 

 

Nie potrafiłem pozostawić bez komentarza mojej piątkowej informacji o zamieszczeniu na stronie MEN „Podsumowania olimpiad przedmiotowych i interdyscyplinarnych w roku szkolnym 2025/2026”. I nie mam tu na myśli złośliwostki już tam „sprzedanej” w tytule: Najważniejsze, że gale finałowe zaszczycało kierownictwo MEN”.

 

Zauważyłem, że ostatnio ministerstwo lubi nagłaśniać sukcesy polskich uczniów – nie tylko na olimpiadach międzynarodowych. Bo ostatnio postanowili także zebrać „do kupy” informacje o laureatach wszystkich olimpiad krajowych – tych dla uczniów szkół średnich, ale i tych dla uczniów szkół podstawowych. Jeśli tego zestawienia jeszcze nie widzieliście – zachęcam do zapoznania się z nim – link podam w zakończeniu eseju.

 

A będzie co czytać, bo jest to zestawienie informacji o laureatach 21 olimpiad ze szkół średnich, 6 Olimpiad Juniorów, a także 2 olimpiad o bardzo regionalnym zasięgu (Olimpiada Prawosławnej Wiedzy Religijnej i Olimpiada Języka Białoruskiego) i jednej, bardzo „specjalistycznej” – Olimpiadzie Teologii Katolickiej.

 

Ja – w ramach pogłębionej faktami refleksji – zająłem się zaprezentowaniem zestawienia informacji o tym w jakich miastach działają szkoły średnie, z których rekrutowali się zwycięzcy i laureaci zorganizowanych dla nich olimpiad:

 

Stolica Warszawa  –   17 osób

 

Miasta – siedziby stolic województw *  –  31 osób (w tym dwa licea przy tamtejszych Politechnikach)

 

Inne miejscowości   –  21 osób

 

 

Jedna laureatka była uczennicą warszawskiego „I Liceum w Chmurze” – II miejsce w Olimpiadzie Filozoficznej)

 

*Uszczegółowię tę informację, podając które to miasta:

                                                       

Kraków  –   6 osób

 

Wrocław  –  5 osób

 

Toruń  –  5 osób

 

Poznań  –  4 osoby

 

Łódź  –  3 osoby

 

Katowice  –  2 osoby

 

Szczecin  1  osoba

 

Gdańsk  1  osoba

 

Rzeszów  –  2 osoby

 

 

Jakie z tej statystyki nasuwają się spostrzeżenia i wnioski?

 

Że polski system szkolny nadal nie stwarza warunków do wyrównywania młodym ludziom startu w dorosłość, bez względu na miejsce w którym się urodzili. Nie wymieniłem w kategorii „Inne miejscowości” ich nazw, ale jedynym małym miastem są tam Białobrzegi – 6,6 tys. mieszkańców.(I miejsce w Olimpiadzie Biologicznej).

 

A na zakończenie taka moja generalna refleksja:

 

Sukcesy odnoszone w olimpiadach są przede wszystkim zasługą pracujących tam nauczycieli, i pracowitości tych uczniów, którzy – nie zapominajmy i o tym – prawdopodobnie otrzymali od swoich rodziców geny, które stały się fundamentem ich zdolności i zainteresowań, ale przede wszystkim rodziców, którzy potrafili stworzyć w rodzinie odpowiedni klimat do motywowania swoich córek i synów oraz  wspierania ich w rozwoju.

 

Jedyną zasługą MEN jest to, że ogłasza konkursy ofert na ich finansowanie i organizowanie, a także koordynuje ich kalendarz, bo organizatorami owych olimpiad są szkoły wyższe, instytuty naukowo-badawcze, stowarzyszenia naukowe i naukowo-techniczne oraz fundacje prowadzące działalność oświatową lub naukową.

 

No, i że kierownictwo ministerstwa znajduje czas, aby zaszczycić swoją obecnością gale ogłaszania ich wyników i wręcza zwycięzcom i laureatom nagrody i dyplomy….

                                                   

 

Link do tekstu „Podsumowanie olimpiad przedmiotowych i interdyscyplinarnych w roku szkolnym 2025/2026”,

który należy wkleić do wyszukiwarki:

 

 

file:///C:/Users/Sprzetowo/Downloads/Podsumowanie_olimpiad_2025-2026-6.pdf

 

 

 

Włodzisław Kuzitowicz



 

Czy licea i technika ze 100% zdawalnością matury są naprawdę najlepsze?

 

Postanowiłem uczynić to właśnie  tematem tego eseju, po tym, jak w mediach przeczytałem informacje, w których wymieniano szkoły średnie, gdzie wszyscy przystępujący do tegorocznej matury ją zdali. Pierwszą była ta, zatytułowanaOto 27 szkół z woj. śląskiego, w których maturę zdali WSZYSCY. Zdawalność była na 100 %! Te licea i technika znakomicie przygotowały uczniów”, zamieszczona na stronie < cieszynnaszemiasto.pl >

 

Ale dopiero zapoznanie się z materiałem „Matura 2026. Te licea w Łodzi osiągnęły 100% zdawalności”, jaki zamieszczono w naszej łódzkiej darmowej gazetce < ŁÓDŹ. Pl > spowodowało, że zasiadłem do pisania.

 

W owym łódzkim, bogato zilustrowanym, materiale wymieniono wszystkie licea, nie tylko publiczne, które ową 100-procentową zdawalność uzyskały:

 

1.XII Liceum Ogólnokształcące w Łodzi (ul. Anstadta 7)

2.I Liceum Ogólnokształcące w Łodzi (ul. Więckowskiego 41)

3.XXVI Liceum Ogólnokształcące w Łodzi (ul. Wileńska 22A),

4.III Liceum Ogólnokształcące w Łodzi (ul. Sienkiewicza 46)

5.VIII Liceum Ogólnokształcące w Łodzi (ul.Pomorska 105)

6.XXI Liceum Ogólnokształcące w Łodzi (ul. Kopernika 2)

7.XXXI Liceum Ogólnokształcące w Łodzi (ul. Konspiracyjnego Wojska Polskiego 5B – dawniej Leona Kruczkowskiego)

 

1.Publiczne Liceum Ogólnokształcące Politechniki Łódzkiej (ul. Różyckiego 5)

2.Salezjańskie Liceum Ogólnokształcące w Łodzi (ul. Wodna 34)

 

1.Zespół Szkół Muzycznych w Łodzi (ul. Rojna 20)

2.Ogólnokształcąca Szkoła Muzyczna I i II stopnia w Łodzi (ul. Sosnowa 9)

 

Warto w tym miejscu poinformować, że w Łodzi działa: 29 liceów prowadzonych przez Miasto Łódź, 2 prowadzone przez UŁ i PŁ,  4 tzw „artystyczne”,  3 licea zwane „specjalnymi”,  2 katolickie i 1 prowadzone przez Społeczne Towarzystwo Oświatowo-Medyczne. Razem jest ich 41.

 

To tyle z poziomu lokalnego „samochwalstwa”. Teraz pora na pogłębioną refleksję o tym, dlaczego taka statystyka wcale nie musi informować o rzeczywistym poziomie jakości edukacji w tych szkołach.

 

Nie  wszyscy wiedzą, iż można ukończyć liceum lub technikum i otrzymać świadectwo potwierdzające uzyskanie średniego wykształcenia, bez obowiązku przystąpienia do egzaminu maturalnego. Decyzję o zdawaniu tego egzaminu podejmują ci absolwenci, którzy planują kontynuowanie edukacji w szkołach wyższych. Wniosek – do tego egzaminu przystępują tylko ci, którzy już kończąc szkołę podstawową  dlatego poszli do szkoły średniej, bo już wtedy – oni, lub ich rodzice – planowali studia w szkole wyższej, a którzy teraz, w swej samoocenie uznali, że mają szanse na pozytywny wynik tego „ostatniego sprawdzianu”. I są jeszcze tacy, którzy chcieliby iść na studia, ale ich aktualna sytuacja rodzinna, finansowa lub zdrowotna na to nie pozwala. I dltego zrezygnowali z przystąpienia do egzaminu maturalnego.

 

Odrębnym zagadnieniem jest procent uczniów, którzy w wyniku końcoworocznej klasyfikacji nie otrzymali pozytywnych ocen z wszystkich przedmiotów i decyzją rady pedagogicznej będą musieli ową ostatnią klasę (IV w LO lub V w technikum) powtórzyć w kolejnym roku szkolnym.

 

I właśnie brak informacji o skali tego zjawiska (jaki procent uczniów ostatnich klas nie otrzymał świadectwa ukończenia szkoły) jest podstawowym, brakującym elementem, niezbędnym do pełnego obrazu efektów pracy konkretnej szkoły

 

Pozwolę sobie na taką  hipotezę: Może te szkoły ze 100-procentową zdawalnością już wcześniej przeprowadziły własną selekcję poziomu wiedzy ich uczniów i zostawiły tych słabszych „na drugi rok w tej samej klasie”, aby nie popsuli im procentu zdawalności matury.  A nauczyciele i dyrekcje szkół z gorszą statystyką zdawalności mieli bardziej „demokratyczne” podejście do sprawy i dali wszystkim uczniom, także tym słabym, szanse na obiektywne sprawdzenie ich wiedzy na maturze.

 

Nie twierdzę że tak było, ale nie jest wykluczone, że mogło tak być.

 

x            x           x

 

Przy okazji tych rozmyślań o maturze, szkołach ze 100-procentową jej zdawalnością i tak w ogóle – o absolwentach szkół średnich z najwyższymi wskaźnikami ze zdawanych na maturze przedmiotów, przypomniałem sobie  ten fragment mojej drogi zawodowej, kiedy pracowałem na UŁ w Instytucie Pedagogiki i Psychologii, w Zaladzie Pedagogiki Społecznej, i kilkakrotnie byłem sekretarzem Wydziałowej Komisji Rekrutacyjnej. A przypomną, że było to w latach 1975 – 1983, a wtedy podstawą do przyjęcia na studia było zdanie, na wymaganym poziomie, egzaminu wstępnego.

 

Dzięki informacji zdobytych podczas oglądanie ich świadectw ukończenia szkoły, mogłem śledzić jak sobie ci nowi studenci radzą na studiach. I wtedy wysnułem taki wniosek: Najlepszymi studentami nie byli przymusi – ci  w szkołach i na egzaminie wstępnym, ale ci „średniacy”!  I to mnie bardzo zaciekawiło – co jest tego przyczyną…

 

Kilkakrotnie proponowałem kierowniczce mojej Katedry uczynienie z tego problemu tematu pracy badawczej, może doktorskiej. Ale nie spotkało się to z jej zainteresowaniem i aprobatą.

 

I do dzisiaj mam przekonanie, że warto byłoby przeprowadzić rzetelne badanie dalszej drogi edukacyjnej, a także zawodowe, absolwentów szkół średnich. Tylko w ten sposób można wiarygodnie potwierdzić lub zaprzeczyć, że owi szkolni prymusi byli jedynie „kujonami”, doskonale „wpasowanymi” w polski system szkolny, a ci „średniacy” nie uczyli się tylko do sprawdzianów i egzaminów, a dzięki mozolnemu zdobywaniu wiedzy, po prostu ją posiedli. I wyćwiczyli w sobie wytrwałość i umiejętność pokonywania przeszkód w jej zdobywaniu, co pozwoliło im w dorosłym życiu na osiąganie rzeczywistych sukcesów.

 

Tylko kto takie badania mógłby przeprowadzić? Instytut Badań Edukacyjnych?  A jeśli nie on, to który uniwersytet z wydziałem pedagogiki? Jedni i drudzy – za czyje pieniądze? A może po prostu, „społecznie” mogłyby prześledzić losy swoich absolwentów – po roku, po pięciu latach, a może i po dziesięciu – owe ambitne licea? I technika?

 

 

Włodzisław Kuzitowicz



 

O moich zakończeniach roku szkolnego i o tym jak spędzałem wakacje

 

Taki zbieg okoliczności: właśnie zasiadłem do pisania „srebrnego” (bo 25-ego) mojego refleksyjnego eseju, który zostanie zamieszczony w pierwszą niedzielę tegorocznych wakacji. I to z tego powodu postanowiłem, że jego tematem nie będzie żadne wydarzenie ani tekst, które były tematami zamieszczanych w minionym tygodniu na OE materiałów. Pozwolę sobie na kilka refleksji, których źródłem będą moje osobiste wspomnienia związane z tą szczególną datą, wszak istotną dla każdego ucznia – niezależnie od tego, czy to działo się przedwczoraj, czy przed, pięcioma, dziesięcioma laty, czy jeszcze dawniej.

 

Będą to wspomnienia z zakończenia roku szkolnego w okresie kiedy byłem uczniem, to znaczy z lat 1951 – 1950, gdy uczyłem się w szkole podstawowej oraz lat 1958 – 1963, kiedy byłem uczniem szkół ponadpodstawowych.

 

 

Chyba nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, że 82-latek niewiele z tamtego okresu pamięta. Bo z podstawówki tak naprawdę pamiętam jedynie zakończenie ostatniego roku nauki i pożegnanie ze Szkołą Podstawową nr 135 na Nowym Złotnie – od wielu lat już nieistniejącą. Bo z tych wcześniejszych zostały mi jedynie ogólne wspomnienie, że uroczyste zakończenia odbywały się na przyszkolnym dziedzińcu. Świadectwa ukończenia kolejnej klasy rozdawali wychowawcy na oddzielnych spotkaniach klasowych. Z tego co pamiętam, to nikt wtedy nie dawał nauczycielom prezentów ani kwiatów. Na owym ogólnoszkolnym pożegnaniu  wręczano jedynie świadectwa siódmoklasistom. I to tylko ich najlepsi absolwenci honorowani byli nagrodami, którymi były książki. Były ona kupowane z funduszu Komitetu Rodzicielskiego, przez szkolną bibliotekarkę. Nie będę się tu krygował – ja w owym 1958 roku takową nagrodę otrzymałem:

 

 

Była to książka o bardzo charakterystycznym tytule „Kto, kiedy, dlaczego”, będąca bogato ilustrowaną miniencylkopedią popularną, w której wiadomości pogrupowane były w dwu  działach: ŚWIAT, a tam podział na: Wszechświat, Ziemia, Rośliny, Zwierzęta, Człowiek, a następnie „OŚIĄGNIĘCIA MYŚLI LUDZKIEJ” –  z podziałem na: Nauki ścisłe i Nauki humanistyczne i kultura. Był to, poza świadectwem z piątkami i jedną czwórka z rosyjskiego, jeszcze jeden bodziec do złożenia dokumentów o przyjęcie do – już wtedy elitarnego – I LO im. M. Kopernika. Niestety – mimo takich sukcesów w odniesionych w peryferyjnej podstawówce – owo ubieganie zakończyło się niepowodzeniem. Mój ojciec dowiedział się, że nie zdałem egzaminu wstępnego….

 

A tę książkę mam do dzisiaj w biblioteczce – mogę porównywać aktualny stan wiedzy w owych dziedzinach z tym z połowy XX wieku.

xxx

 

Efektem tego falstartu do „Kopra” była decyzja ojca o zapisaniu mnie do Szkoły Rzemiosł Budowlanych, bo „chłopak powinien mieć porządny męski zawód” – tak tę decyzję uzasadnił. Tam  oczywiście przyjmowano każdego, byłe miał świadectwo ukończenia szkoły podstawowej. Tak nazywała się ówczesna zasadnicza szkoła zawodowa, która prowadzona była przy Technikum Budowlanym nr1 w Łodzi. A zrekrutowano wówczas około 180 chłopaków – do sześciu klas pierwszych. Jedyną moją pociechą było to, że zostałem uczniem klasy Ia, w której wychowawcą był mgr inż. arch. Stanisław Kowalski – pierwszy dyrektor- założyciel (w 1946 roku) jedynej wówczas w Łodzi szkoły kształcącej fachowców dla budownictwa, a aktualny dyrektor TB1 – Mikołaj Hałamejko – nauczał matematyki.

 

Ale jedno w tej szkole było takie same jak w „Koprze”. Tu także obowiązywał dress cod – wszyscy uczniowie mieli obowiązek przychodzić do szkoły w jednolitych mundurkach granatowa marynarka i takież spodnie, niebieska koszula i granatowy krawat oraz czapka z daszkiem w takim samym kolorze,z metalowym znaczkiem godla szkoły.

 

Nie pamiętam przebiegu żadnego zakończenia roku szkolnego w tej szkole – nawet tego w czerwcu 1961 roku, w którym otrzymywaliśmy świadectwo jej ukończenia, potwierdzające nabycie zawodu murarz-tynkarz. Najprawdopodobniej nie było tam w zwyczaju wręczania najlepszym uczniom nagród. Ale za to pamiętam, że znalazłem się w gronie dziesięciu absolwentów tych sześciu klas, którzy ukończyli szkołę z najlepszymi wynikami, którzy zostali przyjęci bez egzaminu wstępnego do tworzonych, jedynie dwu, klas pierwszych w 3-lernim technikum budowlanym. Pozostali chętni musieli zdawać ten egzamin. W liczbie tych „szczęściarzy” znaleźli się jeszcze trzej moi najbliżsi koledzy z tej samej klasy.

 

Zakończenia roku szkolnego w tej szkole w roku 1962 nie mogę pamiętać, bo już nie byłem jej uczniem. Opowieść o tym jak doszło do sytuacji w której podjąłem – szaloną jak oceniam to nawet teraz – decyzję o rezygnacji z dalszej nauki w tej szkole, odebraniu dokumentów i przeniesieniu się do X (przedostatniej w tym cyklu kształcenia) klasy XVIII LO w Łodzi, zamieszczę kiedyś przy innej okazji.

 

Konsekwencją tej brawurowej decyzji był obowiązek zdawania egzaminów „z różnic programowych”, a tych miedzy nauką w „Budowlance” a tych w liceum było wiele. Przede wszystkim nie miałem tam w ogóle biologii, geografii i drugiego języka obcego (był nim niemiecki), których to moi nowi koledzy uczyli się już trzeci rok. Także programy przedmiotów, które miałem, także były tam nauczane w o wiele mniejszym zakresie. To wszystko spowodowało, że choć zaliczyłem prawie wszystkie te różnice, to jednej „różnicy” szansy nie miałem. Był to egzamin z j. niemieckiego. I dlatego dostałem na zakończenie roku szkolnego informację, że abym otrzymał promocję do klasy maturalnej będę musiał ten egzamin zdać do końca sierpnia.

 

Tak więc nie bardzo mam co wspominać z tego zakończenia kolejnego w mej szkolnej karierze roku szkolnego.

 

O tym jak to się stało, że jednak zostałem uczniem klasy XI i nie tylko dojechałem do matury, ale ją  nienajgorzej  zdałem  – także opowiem przy innej okazji.Teraz jedynie pochwalę się, że mimo iż nie należałem do prymusów tego rocznika (były dwie klasy maturalne), to jednak dyrekcja i rada pedagogiczna tego liceum wyróżniła mój nietypowy sukces, jaki udało mi się odnieść podczas – praktycznie – zaledwie 13-u miesięcy nauki, także nagrodą książkową. A że argumentem, który przekonał panią dyrektor Zofię Grębecką do zgody na przyjęcie mnie do liceum  było moje błaganie, że tylko to umożliwi mi studia na polonistyce, taką oto nagrodą – z taką dedykacją:

 

 

 

 x            x           x

 

A teraz jeszcze kilka wspomnień o tym jak „chłopak z przedmieścia”, dziecko z rodziny robotniczo-chłopskiej, spędzał wakacje.

 

Otóż do wakacji w roku 1958 jedyną formą bycia poza miejscem zamieszkania były wyjazdy z rodzicami na wieś – w ramach ich urlopów. A była nią wieś na białostoczczyźnie, położona za Bugiem, gdzie dojeżdżaliśmy pociągiem, z przesiadką w Warszawie na pociąg do Bialegostoku, do stacji Czyżew – przed bardziej znaną stacją Łapy. A stamtąd odbierał nas i dowoził wozem na metalowych obręczach na miejsce docelowe mamy brat, który odziedziczył „ojcowiznę” – gospodarstwo, z którego w połowie lat 20-ych XX wieku wyjechała ona „za pracą do Łodzimiasta”. Powie ktoś, że przecież w tamtych czasach opiekuńcze państwo PRL organizowało dla dzieci bezpłatne kolonie letnie. Tak, to prawda, ale…  Ale miałem taką chorobową przypadłość „wcześniaka”, że mimo już wszak dość zaawansowanego wieku nadal zdarzały mi się… przypadki nocnego moczenia. I z tego powody mama nie wyrażała zgody na taką formę wakacyjnego wypoczynku.

 

I dopiero w 1958 roku, po ukończeniu szkoły podstawowej,  dostałem zgodę na wyjazd na mój pierwszy obóz harcerski – w lesie nad brzegiem jeziora Dąbrowskiego koło Stężycy Królewskiej. W kolejne wakacje nie mogłem pojechać na obóz, bo wtedy moja drużyna była w okresowym uśpieniu – drużynowy był w wojsku. Ale rok później, w piętnastym roku życia, dostałem zgodę rodziców (i pieniądze) na  SAMODZIELNY wyjazd na wieś. Po drodze zaliczyłem odwiedziny u najmłodszego brata mojej mamy, który był kierownikiem wiejskiej szkoły w Janówku za Warszawą.

 

W roku 1960 prawie cały drugi miesiąc wakacji byłem na nadmorskim obozie harcerskim za  Jarosławcem, a w następnym – w górach koło Muszyny, gdzie – będąc już instruktorem ZHP – byłem komendantem kolonii zuchowej, wchodzącej w skład zgrupowania naszego szczepu z Nowego Złotna. Rok później – tym razem nad jeziorem Ługi kolo Dobiegniewa – byłem już zastępcą komendanta zgrupowania obozów nasze szczepu, I tylko po maturze nie pojechałem na żaden obóz harcerski – zbyt wiele  czasu zajęło mi przygotowanie do  egzaminu wstępnego na polonistykę na Uniwersytecie Łódzkim – egzaminu zdanego. Ale w sierpniu po raz pierwszy (i ostatni) byłem wychowawcą na kolonii  letniej, która zostala zlokalizowana w budynku wiejskiej szkoły w Grabownie Wielkim w Gminie Twardogóra w Powiecie Oleśnickim. Była to kolonia letnia dla nieletnich spod opieki kuratrow sądowych i dla kilku chłopców z zakładu wychowawczego na Łucji, zorganizowana przez Sąd dla Nieletnich. I tam przeżyłem kolejny zwrot w mojej drodze życiowej, o czym więcej napisałem w zamieszczonym w „Obserwatorium Edukacji” tekście, zatytułowanym „Jak to się stało, że zostałem magistrem pedagogiki a nie filologii”.

 

Takie to były moje wakacje, spędzane poza miejscem zamieszkania. Bo generalnie to byłem w tym czasie w domu rodzinnym na Nowym Złotnie. Jedynym sposobem przemieszczania się poza były przejażdżki  rowerowe po okolicy – ale to dopiero od 1957 roku, kiedy dostałem go na imieniny, obchodzone wtedy 27 czerwca – bo w czasie nauki w szkole podstawowi funkcjonowałem jako Władysław – zostałem tam zapisany na podstawie metryki chrztu (!), a okazało się, że takie imię nadal mi mój „awaryjnie” desygnowany z powodu obawy o to że mogę umrzeć, jak mój brat bliźniak, mieszkający w tym samym domu mąż  siostry mojego ojca – Władysław. Bo miałem być Włodkiem, i tak byłem przez wszystkie lata nazywany przez wszystkie lata przez rodzinę i sąsiadów. A imię Włodzisław mam wpisane do metryki urodzenia w Urzędzie Stanu Cywilnego – bo tak imię Władyslaw przetłumaczyli urzędnicy z niemieckiego akty urodzenia. A dowiedzieliśmy się o tym w 1958 roku, bo do szkoły ponadpodstawowej wymagano już dokumentu z USC.

 

I na koniec muszę wyjaśnić dlaczego zdecydowałem się na te wspomnienia o moich zakończeniach roku szkolnego i formach spędzania wakacji. Wiedzcie, że nie z powodu pochwalenia się nagrodami ani historią mojego harcerskiego obozownictwa. Uczyniłem to mając w pamięci wszystkie medialne rozważania o „świadectwach z paskiem” (których „za moich czasów” nie było), o prezentach dla nauczycieli, których wtedy także nie było w zwyczaju aby im dawać, o wadze rankingów szkół średnich i ich znaczeniu przy wyborze szkoły przez ósmoklasistów, a także o tym jak bardzo rozwarstwiła się sytuacja społeczna uczniów, także co do form spędzania wakacji.

 

Bo ja, w tamtych latach PRL-u, jakoś sobie radziłem, nagrody książkowe na pewno mnie cieszyły, ale nie wpływało to w żaden sposób decydująco na moją alszą drogę edukacyjną, a fakt, że po podstawówce dalszą edukację zacząłem – mówiąc po dzisiejszemu –  od branżówki, nie zadecydował  o mojej dalszej drodze edukacyjnej i zawodowej. Bo i tak, także i dzisiaj, zależy to od woli i wtrwalości młodego człowieka.

x           x           x

 

Korzystając z okazji informuję, ze ja także, jako redaktor „Obserwatorium Edukacji”, ogłaszam przerwę wakacyjną. Nie będzie ona co prawda całkowitym zawieszeniem zamieszczania nowych materiałów, ale ich radykalnym ograniczeniem – do tych tylko, które będą NAPYAWDĘ WAŹNE dla sytuacji w oświacie. Albo dla mnie…  

 

 

 

Włodzisław Kuzitowicz

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



 

Szkoła między koszarami a nadopiekuńczością

 

Sformułowany powyżej tytuł tego eseju jest syntezą tego, co w minionym tygodniu najbardziej mnie pobudzało do refleksji, kiedy czytałem, a później zamieszczałem na OE te oto, dwa wybrane wcześniej, teksty.

 

Pierwszym był post z fb-profilu Marzeny Żylińskiej, w którym zachęcała do lektury książki Michaela Schulte-Markworta “Wypalone dzieci. O presji osiągnięć i pogoni za sukcesem”. To tam przeczytałem:

 

Często słyszę, że dzisiejsze dzieci i młodzi ludzie to wydelikacone płatki śniegu, a jedyne, czego im brakuje to ODROBINA wymagań i dyscypliny. No bo kto rozsądny sprzeciwi się temu, żeby od dzieci i młodych ludzi troszeczkę, odrobinkę wymagać? Ci dorośli nie wierzą, że wiele dzieci i nastolatków całe popołudnia i wieczory spędza nad książkami, przygotowując się do sprawdzianów. Nie wierzą, że trwająca latami rywalizacja, ciągłe kontrole i porównywanie dzieci z sobą tworzy presję, której wielu młodych nie wytrzymuje.”

 

A ostatecznym bodźcem do napisanie na ten temat refleksyjnego eseju stal się – najpierw przeczytany przeze mnie, a wczoraj zamieszczony we fragmencie (z linkiem) post z bloga prof. Śliwerskiego „Dobrostan a rezyliencja uczniów”. Oto fragmenty, które najbardziej na mnie podziałały:

 

„W debacie o szkole coraz częściej pojawia się słowo „dobrostan”. Brzmi dobrze. Ciepło. Bezpiecznie. Jest niemal bezdyskusyjne, bo któż odważyłby się powiedzieć, że nie należy dbać o dobro dziecka? […] Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy „dobrostan” staje się pedagogiczną infantylizacją uczniów, a nie warunkiem ich dojrzewania, gdy zaczyna oznaczać nie tyle troskę o integralny rozwój dziecka, ile obietnicę komfortu. Szkoła, zamiast przygotowywać uczniów do życia w świecie niepewności, napięć, porażek i konfliktów, zaczyna udawać, że najważniejsze jest, aby dzieciom było miło. A przecież życie nie zawsze będzie miłe. Nie zawsze będzie wspierające. Nie zawsze będzie sprawiedliwe. Nie zawsze będzie dobrze.[…]

 

Szkoła przyszłości nie może być ani sanatorium dobrego samopoczucia, ani koszarami odporności. Musi być miejscem, w którym uczeń doświadcza, że człowiek rozwija się przez wysiłek, relacje, błędy, korekty, odpowiedzialność i nadzieję. Miejscem, w którym dorosły nie mówi: „masz być szczęśliwy”, ani też: „masz zacisnąć zęby”, lecz raczej: „spróbuj jeszcze raz, jestem obok, ale drogi za ciebie nie przejdę”.

 

Z tak zdecydowanie zaprezentowanym poglądem, jak go powyżej sformułował prof., Śliwerski, w pełni się solidaryzuję. Jednak nie mogę się powstrzymać przed przypomnieniem, ze już 8 czerwca 2025 roku, w Felietonie nr 572. zatytułowanym O szkole między „urawniłowką”, a „róbta co chceta” napisałem w jego zakończeniu:

 

Chciałem w ten sposób opowiedzieć się za kompromisem miedzy szkołą zcentralizowaną i zakutą w rządowe rygory, a modelem szkoły, lansowanym rzez niektóre koncepcje alternatywne, w której –  jak w szkole Summerhill – brak jest przymusu uczenia się i uczęszczania na lekcje. W moim przekonaniu nie dla  wszystkich uczniów ta daleko posunięta swoboda jest dobra. Mogą się w takich szkołach uczyć tylko niektóre dzieci, ale tylko gdy są to szkoły niepubliczne, do których rodzice posyłają je na własną odpowiedzialność. Szkoły publiczne, masowe, powinny w sprawie stopnia uczniowskiej autonomii zachować właśnie ów kompromis, to znaczy – stosując podmiotowe, zindywidualizowane odejście do ucznia, pozostawić pewne formy dyscyplinowania procesu uczenia się. Bo oprócz  dzieci, które mają potrzebę rozwoju i poszukiwania wiedzy, są jeszcze i tacy, którzy najchętniej wyłącznie bawili by się, albo… siedzieli w smartfonach.”

 

Oto co mam dzisiaj do dodania „w tym temacie”:

 

Byłem, jestem i do (mojego) końca będę przeciwnikiem zarówno modelu „szkoły koszarowej”, jak i prowadzonej według jednego modelu programowego, z jedną dla wszystkich podstawą programową i jednym systemem oceniania uczniów.

 

Nie mam nic przeciw temu, aby funkcjonowały szkoły społeczne lub prywatne, w których będzie prowadzona edukacji uczniów na zasadach wolnego wyboru treści nauczania i pełnej swobody wyboru przez nich czym i kiedy chcą się zajmować. Bo wtedy pełną odpowiedzialność za efekt takiej formuły edukacyjnej ponosić będą ich rodzice.

 

Ale nie zmieniłem swoich przekonań dotyczących wizji szkoły publicznej, w której realizowana byłaby zasada „róbta co chceta”, wyrażonych 7 czerwca w 22 eseju zatytułowanym „Czy szkoła bez ocen przygotuje do świata opartego na konkurencji?”. Oto co w tej sprawie napisałem tam w zakończeniu tego tekstu:

 

Otóż jestem przekonany, że pozbawienie szkół wszelakich form oceny i rywalizacji sprawiłoby, że byłaby to „hodowla miękiszonów”, czyli ludzi kompletnie nieprzygotowanych do przyszłego życia w świecie, który jest oparty na konkurencji i rywalizacji. Bo czymże innym jest praca w tzw. korporacjach, gdzie obowiązuje tzw. „wyścig szczurów”, w ogóle –  cała gospodarka –  krajowa i światowa –  to nieustanna konkurencja o rynki zbytu. A nie jest wszak niczym zaskakującym, gdy przywołam tu jeszcze świat kultury (konkursy, festiwale), sportu (ligi, zawody, mistrzostwa, olimpiady),  a nawet świat nauki, gdzie uczeni ubiegają się u publikowanie w najwyżej notowanych wydawnictwach (tzw. „punktoza”).”

 

Pozostaje problem stanu psychicznego uczniów szkół ponadpodstawowych. Według najnowszego raportu sondażu Diagnoza Młodzieży 2026”  60% nastolatków żyje w stanie chronicznego stresu  i zmęczenia, 46% ma skrajnie niską samoocenę a 40% wykazuje objawy depresyjne.

 

Nie tylko ja jestem przekonany, że ten stan nie jest skutkiem systemy szkolnego, a przede wszystkim powszechnej wśród współczesnych rodziców nadopiekuńczości , a w konsekwencji ubezwłasnowolnienia ich dzieci. Podobne poglądy zaprezentował Jarosław Pytlak w zamieszczonym 5 czerwca jego blogu „Wokół Szkoły” tekście Życie homogenizowane z myślą o młodym pokoleniu”. Oto reprezentatywne dla tej publikacji fragmenty:

 

Z nadmiaru troski o dzieci za wszelką cenę chcemy oszczędzić im zmartwień, zapewnić możliwość rozwoju i zagwarantować sukces na tej drodze. Chcemy tego dla wszystkich, bo przecież wszyscy mają do tego prawo i są tego warci. W teorii wszystko się zgadza, w praktyce… niekoniecznie.[…] Przyzwyczailiśmy młodych, że całe otoczenie jest na ich usługi, a dobrostan to coś, co się po prostu należy. W efekcie obniżyliśmy poziom wrażliwości na ból egzystencjalny. To dlatego sytuacje trudne, z którymi ćwierć wieku temu młody człowiek radził sobie, choćby nawet kosztowało to dużo płaczu, dzisiaj przywodzą go do skraju desperacji i oczekiwania pomocy. Którą dorośli, sami w obawie o stan dziecka – starają się zapewnić, często z pominięciem jego niezbędnej rozwojowo autorefleksji. […] Zabraliśmy dzieciom atrybuty swobodnego dzieciństwa, wyposażyliśmy w opisujące świat pojęcia żywcem wyjęte z podręczników psychologii klinicznej, poddaliśmy totalnej inwigilacji, napiętnowaliśmy nauczycieli jako źródło zła i opresji, a nie mądrego, krytycznego wsparcia, i dziwimy się, że tej nowej odsłonie swojej roli społecznej nie czują się dobrze.”

 

Bo z uczeniem się jak być dorosłym jest jak z nauką jazdy na rowerze: „Jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz”.

 

I to by było tyle na dzisiaj. Wszak to pierwszy dzień lata, najdłuższy dzień w roku. A za tydzień wakacje!

 

 

Włodzisław Kuzitowicz



 

Jak uczczono 80-lecie łódzkiej „Budowlanki”

 

Dla wszystkich znających moją oświatową biografię nie będzie to zaskoczeniem, że dzisiejszy „Mój refleksyjny esej” będzie miał charakter bardziej faktograficzny niż refleksyjny. Ale uznałem, że w tej formule opowiem, iż w piątek 12 czerwca uczestniczyłem w obchodach  80-lecia szkoły, która aktualnie działa pod szyldem „Zespół Szkół Budowlano-Technicznych”, a która w w latach 1993 – 2005, w których byłem jej dyrektorem, nosiła nazwę „Zespół Szkół Budowlanych Nr. 2” przekształconą po utworzeniu gimnazjów w „Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych Nr 15”.

 

Ale to nie znaczy, że w końcowej części nie znajdziecie kilka moich na ten temat refleksji…

 

Zacznę od tego, ze  – oczywiście – otrzymałem pocztą zaproszenie, w którym podano taki program uroczystości:

 

 

Kiedy stanąłem przed wejściem do szkoły, zobaczyłem taką okolicznościową dekorację:

 

Foto: Ilona Frączek-Zakrzewska:

 

W holu stali gospodarze, kierujący przybyłych gości do szkolnej świetlicy, gdzie zajmowali przygotowane dla nich miejsca:

 

Foto: Ilona Frączek-Zakrzewska

 

Jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem miałem okazję porozmawiać z Panią Dyrektor szkoły oraz przedstawicielami władzy wojewódzkiej:

 

Foto: Anna Skopińska

 

Stoją od lewej: Elżbieta Kuskowska – dyrektorka ZSB-T, Beata Świderska – dyrektorka Departamentu Edukacji w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Łódzkiego, piszący te słowa oraz Janusz Brzozowski – Łódzki Kurator Oświaty.

 

 

Uroczystość, z tradycyjnym „kwadransem dla spóźnialskich”, rozpoczęła para konferansjerów: nauczyciel wf – Bartosz Pawlak i zeszłoroczna absolwentka – Natalia Błaszczyk. którzy zaprezentowali – ilustrowany archiwalnymi zdjęciami – skrót historii szkoły:

 

Foto: Ilona Frączek-Zakrzewska

 

 

Kolejnym punktem były oficjalne wystąpienia:

 

 

Foto: Anna Skopińska

 

Najpierw przybyłych na tę uroczystość powitała pani Elżbieta Kuskowska – dyrektorka ZSB-T

 

 

Foto: Anna Skopińska

 

Po niej jako pierwszy wystąpił Łódzki Kurator Oświaty – Janusz Brzozowski

 

 

Nie mam zarejestrowanych wszystkich osób zabierających głos.

 

Foto: Ilona Frączek-Zakrzewska

 

Jednym z ostatnich zabierających głos, także w imieniu nieobecnego z powodu złego stanu zdrowia, byłego dyrektora tej szkoły w latach 1973 – 1991, liczącego 95 lat, Zenona Warcholińskiego, byłem ja – autor tego tekstu.

 

 

Po części oficjalnej uczniowie zaprezentowali krótki, nawiązujący do tej rocznicowej okoliczności, program artystyczny:

 

Foto: Ilona Frączek-Zakrzewska

 

 

Foto: Ilona Frączek-Zakrzewska

 

 

Ostatnim akcentem wydarzenia było wniesienie do pomieszczenia wielkiego tortu urodzinowego,a  o wykonanie pierwszych cięć pokrojenia na porcje dla wszystkich uczestników, poproszono dwoje obecnych dyrektorów szkoły: obecną = Elżbietę Kuskowską i poprzedniego – Włodzisława Kuzitowicza:

 

l

Foto: Anna Skopińska

 

 

Po zakończeniu uroczystej części jubileuszu uczestnicy mogli zapoznać się z wyłożonymi na stołach kronikami szkoły – prowadzonymi nieprzerwanie od jej powstania. Oto absolwenci „Budowlanki”, przeglądający kronikę z okresu, kiedy byli jej uczniami:

 

Foto: Ilona Frączek-Zakrzewska

 

 

 

Ja także poszedłem pooglądać…

 

Foto: Ilona Frączek-Zakrzewska

 

Była także możliwość utrwalenia swojej obecności poprzez wpis do wyłożonej kroniki szkoły, ale także w nietypowej formie – na  desce z osiemdziesięcioletniego dębu – z czego, między innymi, skorzystał pan Kurator Janusz Brzozowski:

 

Foto: Anna Skopińska

 

 

Goście uroczystości zostali poinformowani o możliwości zwiedzenia szkoły – wszystkie sale lekcyjne, pracownie i pozostałe pomieszczenia, w tym szkolna biblioteka, oczekiwały otwarte.

 

 

Foto: Ilona Frączek-Zakrzewska

 

W czasie owej przerwy grupa nauczycielek wraz z aktualną wicedyrektorką Barbarą Gałwą (pełni tę funkcję od 18. lat), z inicjatywy przyszłej Pani Dyrektor, zrobiła sobie zdjęcie przed wejściem do szkoły – w specjalnie z tej okazji pozyskanych koszulkach. Obie panie stoją obok siebie: przyszła Pani Dyrektor – trzecia od prawej, Pani Wicedyrektor – symbolicznie –  po jej prawej ręce.  To piękna zapowiedź dobrych relacji nowej dyrektorki z zespołem…

 

x           x           x

 

Czytaj dalej »



 

Czy szkoła bez ocen przygotuje do świata opartego na konkurencji?

 

Po dokonaniu przeglądu materiałów zamieszczanych w minionym tygodniu na OE, postanowiłem, że punktem wyjścia do dzisiejszego 22 refleksyjnego eseju będzie ten, zamieszczony we wtorek 2 czerwca: „O tym że system szkolny udaje, że wszyscy uczniowie chcą się uczyć”. Udostępniłem tam tekst z fb-prifilu „OKE czyli Okiem Krytycznego Egzaminatora”, prowadzonego przez Artura Szymanka. A to dlatego, że wyraził on tam swą opinię o zafałszowanym obrazie polskiej szkoły – zwłaszcza średniej, i o nieadekwatnej w odniesieniu do rzeczywistości sytuacji w polskim systemie nauczania. Oto wybrane fragmenty z tego tekstu, które uznałem za kluczowe i które stały się owym bodźcem moich refleksji:

 

 „[…] W przeciętnej szkole średniej znaczna część uczniów nie funkcjonuje w trybie „chcę się uczyć”, tylko w trybie minimalnego przetrwania systemu. Ich celem nie jest zdobywanie wiedzy, tylko spełnienie formalnych warunków: obecność, zaliczenie. Nauka jako proces poznawczy często nie jest celem. Jest obowiązkiem do „odhaczenia”, zadaniem do wykonania możliwie najmniejszym kosztem.

 

To nie jest kwestia „mniejszego zainteresowania”. W wielu przypadkach zainteresowanie edukacją po prostu nie istnieje. Uczeń nie myśli w kategoriach „co dziś zrozumiem”, tylko „czy to będzie na ocenę” albo „czy da się tego uniknąć”. Szkoła często stawia na rywalizację i zapamiętywanie, co zabija naturalną potrzebę zadawania pytań i niszczy motywację wewnętrzną.[…]

 

I niezależnie od tego, jak bardzo chcielibyśmy wierzyć w szkołę opartą na naturalnej ciekawości, rzeczywistość jest bardziej prosta i mniej wygodna: duża część uczniów nie jest zainteresowana nauką, a system edukacji wciąż projektuje się tak, jakby było inaczej. ,[….]”

 

Zacznę od rozwinięcia tezy: „Nauka jest obowiązkiem do odhaczenia”.

 

Nie jest to nic nowego, wszak „obowiązek szkolny”, a odniesieniu do szkoły średniej – „obowiązek nauki”, jest ustawowo określony i kończy się na 18. roku życia. I to jest punkt wyjścia całego problemu. Dlatego od niepamiętnych czasów utarło się mówić, że „do szkoły się chodzi”. Nie tylko w potocznej rozmowie najczęściej słyszy się pytanie: „Do której szkoły chodzisz?”, a nie „W której szkole się uczysz?

 

Za nierealizowanie przez małoletnią/małoletniego tego obowiązku rodzice narażają się na karę grzywny w wysokości do 10 000 zł (jednorazowo), a  maksymalnie do 50 000 zł. I to pod presją rodziców, a nie tylko z potrzeby zdobywania wiedzy, wielu młodych ludzi „chodzi bo musi”!  Krotko mówiąc: jeśli nikt z rodziców nie potrafił rozbudzić u młodego człowieka ciekawości świata, potrzeby zdobywania wiedzy, jeśli nauczyciele w szkołach „realizują podstawę programową”, a nie dbają u motywowanie uczniów przez rozbudzanie ich zainteresowania wiedzą, to zawsze, w każdej szkole, będą uczniowie, którzy „chodzą tam z obowiązku”, a nie dla zdobywania wiedzy.

 

Bo – jak to w tym poście napisano – „w wielu przypadkach zainteresowanie edukacją po prostu nie istnieje”. Różne tego mogą być powody. Od zaburzeń psychorozwojowych, przez ubóstwo wzorców osobowych w najbliższym środowisku, do stanów depresyjnych, a w ostatnich latach także przbodźcowania z strony socialmediów. Ale jest jeszcze jedno – systemowe – źródło: szkoła bardzo często stawia na rywalizację w źle pojętym celu – nauki pojęciowej, co zabija naturalną potrzebę zadawania pytań i niszczy motywację wewnętrzną.

 

Uczciwie trzeba powiedzieć, że tacy uczniowie, którzy działali według zasady  „trzech Z:  „Zakuć – Zdać – Zapomnieć” byli w szkołach od bardzo dawna. Ale współcześnie ich liczba ciągle się powiększa, gdyż w tym kierunku prowadzi ich system oceniania uczniów, i państwowy system egzaminacyjny. Jak trafnie napisano w cytowanym tekście „celem nie jest zdobywanie wiedzy, tylko spełnienie formalnych warunków: obecność, zaliczenie. Nauka jako proces poznawczy często nie jest celem”. W ostatnich latach do tej patologii doszedł system rankingu szkół, który pozycjonuje szkoły średnie przede wszystkim w według zdawalności przez ich absolwentów egzaminów maturalnych, co dodatkowo wzmocniło presję nauczycieli na „osiągi” egzaminacyjne ich uczniów. A nie na rozbudzanie ich ciekawości poznawczej i samodzielne dochodzenie do wiedzy…

 

I w tym miejscu Was zaskoczę:

 

Otóż zgadzając się co do istoty problemu, na który zwrócił uwagę autor – Artur Szymanek, wcale nie uważam, ze należy zlikwidować obowiązek szkolny i obowiązek nauki do 18. roku życia, jak również nie uważam, ze należy zrezygnować z systemu oceniania efektów edukacyjnych uczniów – jako sprawiedliwego pomiaru stopnia rozwoju ich kompetencji.

 

Bo zasada „róbta co chceta i kiedy chceta”, jak to jest w Sudbury Valley School we Framigham w stanie Massachusetts, czy w działających także w Polsce szkołach Montessori  albo w  szkołach prowadzonych wg. Rudolfa Steinera, a także w szkołach waldorfskich, lub pracujących na wzór  Planu Daltońskiego zdaje egzamin jedynie w zastosowaniu do tych, u których wcześniej rozbudzono ciekawość świata, którzy chcą, a nie muszą się uczyć.

 

Warto przypomnieć, że obowiązek szkolny wprowadzono w celu wyrównania szans startu w życie uczniom wszystkich środowisk, klas i warstw społecznych. I nie jestem przekonany, czy gdyby dzisiaj został zniesiony, to wszyscy rodzice byliby tak samo zainteresowani, aby ich dzieci zdobywały wiedzę.

 

Tak jak nie uważam, że całkowite zlikwidowanie oceniania uczniów w szkołach ogólnodostępnych (samorządowo-państwowych – bezpłatnych) miałoby pozytywny wpływ na motywację uczniów do zdobywania wiedzy. Problem jest tylko w tym, jakie wskaźniki ich rozwoju byłyby tam brane pod uwagę. Bo na pewno nie rozliczające ucznia z pamięciowej wiedzy.

 

I zmierzając ku końcowi tego felietonu nie mogę nie podzielić się z Wami także taką opiną:

 

Otóż jestem przekonany, że pozbawienie szkół wszelakich form oceny i rywalizacji sprawiłoby, że byłaby to „hodowla miękiszonów”, czyli ludzi kompletnie nieprzygotowanych do przyszłego życia w świecie, który jest oparty na konkurencji i rywalizacji. Bo czymże innym jest praca w tzw. korporacjach, gdzie obowiązuje tzw. „wyścig szczurów”, w ogóle –  cała gospodarka –  krajowa i światowa –  to nieustanna konkurencja o rynki zbytu. A nie jest wszak niczym zaskakującym, gdy przywołam tu jeszcze świat kultury (konkursy, festiwale), sportu (ligi, zawody, mistrzostwa, olimpiady),  a nawet świat nauki, gdzie uczeni ubiegają się u publikowanie w najwyżej notowanych wydawnictwach (tzw. „punktoza”).

 

Bo wszak homo sapiens to istota stadna, a w każdym stadzie jest hierarchia, z przywódcą stada na czele – którą to pozycję trzeba sobie wywalczyć. A każde stado walczy o przestrzeń do polowania i życia….

 

 

Włodzisław Kuzitowicz

 



 

Co wspólnego ma polityka oświatowa państwa z rzeczywistością polskich szkół

 

Siadając do pisania miałem do wyboru dwa tematy, które – ewentualnie – podjąłbym w tym eseju: uchwalenie przez Sejm ustawy o prawach ucznia  opublikowanie przez MENPodstawowych kierunków realizacji polityki oświatowej państwa” na rok szkolny 2026/2027. Najpierw zdecydowałem się na ten pierwszy temat. Zacząłem zapisywać „kluczowe” dla historii powstawania tej ustawy fakty, przypominać sobie i wypunktowywać podstawowe argumenty zwolenników i przeciwników powoływania rzeczników praw ucznia, ale po „przerwie dla zdrowia”, gdy przejrzałem te notatki „świeżym spojrzeniem”, podjąłem jednak decyzję, aby w to „nie wchodzić”.

 

Skąd ta rezygnacja? Bo uznałem, że problemów wokół tej ustawy jest tak dużo, dotykają one tak wielu fundamentalnych aspektów funkcjonowania uczennic i uczniów w naszym systemie szkolnym, dotyczą także postrzegania swej roli w tym systemie przez nauczycieli i nauczycieli, a polaryzacja na tych „za” i tych „przeciw” jest – chyba – nie do pogodzenia, że uwzględnienie tej tak bogatej i zróżnicowanej materii w formule mojego „refleksyjnego eseju” jest niemożliwe…

 

Pozostało więc podzielenie się z Wami moją opinią nie tylko o aktualnie ogłoszonych przez MEN na przyszły rok szkolny „ „Podstawowych kierunków realizacji polityki oświatowej państwa”, ale szerzej – celowością dorocznego ogłaszania takowych.

 

Pomyślałem, pomyślałem, i… i postanowiłem nie bawić się we wróżkę – bo tylko tak mógłbym recenzować stopień, w jakim owe „kierunki” znajdują potwierdzenie w codziennej praktyce polskich szkół. Jedyne co mogę, to zaprezentować kilka wybranych przykładów  „głównych kierunków polityki oświatowej państwa i „przejechać się” po owych rocznych „drogowskazach”, wykorzystując wybrane przykłady z minionych lat. A zestawię je z punktu widzenia linii politycznych partii, które w owych latach decydowały w Polsce o polityce oświatowej. Takim „znacznikiem” tych orientacji politycznych byli ówcześni ministrowie edukacji

 

Tylko z takiego punktu widzenia jestem w stanie ustosunkować się do owych „kierunków”.

 

Aby było to możliwe muszę przytoczyć kilka przykładowych zestawów owych kierunków, prezentowanych podczas ministerialnych kadencji trojga Ministrów Edukacji:

 

 

Zacznę od Rządu Pani Premier Beaty Szydło. W tym okresie Ministrą Edukacji była Anna Zalewska. Generalnie pamiętamy co ze szkolnictwem stało się w tym okresie, ale jednak przypomnę jej „najważniejsze sukcesy”:

 

Największym jej „osiągnięciem” była likwidacja – z dniem 1 września 2017 roku – gimnazjów i przywrócenie 8-letniej nauki w szkołach podstawowych, 4-letniej w liceach i 5-letniej w technikach. Spowodowało to w szkołach chaos organizacyjny i kadrowy. Efektem tego były przepełnione klasy, nauka na dwie lub trzy zmiany, „podwójny rocznik” w szkołach ponadpodstawowych w 2019 roku i wędrujący nauczyciele, uzupełniający swe etaty w kilku nawet szkołach.

 

Ale w „wersji dla prasy” tak zaprezentowane zostały kierunki jej polityki oświatowej na ów pierwszy rok wdrażania tego „kroku w tył”:

 

Podstawowe kierunki realizacji polityki oświatowej państwa w roku szkolnym 2017/2018

 

1.Wdrażanie nowej podstawy programowej kształcenia ogólnego.

 

2.Podniesienie jakości edukacji matematycznej, przyrodniczej i informatycznej.

 

3.Bezpieczeństwo w internecie. Odpowiedzialne korzystanie z mediów społecznych.

 

4.Wprowadzanie doradztwa zawodowego do szkół i placówek.

 

5.Wzmacnianie wychowawczej roli szkoły.

 

6.Podnoszenie jakości edukacji włączającej w szkołach i placówkach systemu oświaty.

 

x            x           x

 

 

Teraz kolej na Rząd Premiera Mateusza Morawieckiego:

 

Ministrem Edukacji i Nauki (a przedtem tylko edukacji) był wtedy – uznawany za bardzo prawicowego, o konserwatywnych poglądach człowieka, z tytułem profesora – Przemysław Czarnek. W okresie kiedy sprawował ten urząd w rzeczywistości polska oświata musiała przyjąć na siebie takie skutki tych rządów, jak: zastąpienie przedmiotu Wiedza o społeczeństwie  mocno zideologizowanym przedmiotem Historia i teraźniejszość, zwiększeniem władzy kuratorów oświaty  – za sprawą  t. zw. „Lex Czarnek”, wprowadzeniem obowiązku realizacji  t. zw. „godzin Czarnkowach” i przygotowaniami do wprowadzenia obowiązkowych dwu godzin religii lub etyki. Ale oficjalną wersją jego polityki na ten „przedwyborczy”  rok szkolny był ten zestaw:

 

Podstawowe kierunki realizacji polityki oświatowej państwa w roku szkolnym 2022/2023

 

1.Wychowanie zmierzające do osiągnięcia ludzkiej dojrzałości poprzez kształtowanie postaw ukierunkowanych na prawdę, dobro i piękno, uzdalniających do odpowiedzialnych decyzji.

 

2.Wspomaganie wychowawczej roli rodziny przez właściwą organizację i realizację zajęć edukacyjnych wychowanie do życia w rodzinie. Ochrona i wzmacnianie zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży.

 

3.Działanie na rzecz szerszego udostępnienia kanonu i założeń edukacji klasycznej oraz sięgania do dziedzictwa cywilizacyjnego Europy, m.in. przez umożliwienie uczenia się języka łacińskiego już od szkoły podstawowej.

 

4.Doskonalenie kompetencji nauczycieli do pracy z uczniami przybyłymi z zagranicy, w szczególności z Ukrainy, adekwatnie do zaistniałych potrzeb oraz kompetencji nauczycieli nowych przedmiotów wprowadzonych do podstawy programowej.

 

5.Wspomaganie kształcenia w szkołach ponadpodstawowych w związku z nową formułą egzaminu maturalnego od roku 2023.

 

7.Doskonalenie systemu kształcenia zawodowego we współpracy z pracodawcami – wdrażanie Zintegrowanej Strategii Umiejętności 2030.

 

8.Rozwijanie umiejętności metodycznych nauczycieli w zakresie prawidłowego i skutecznego wykorzystywania technologii informacyjno-komunikacyjnych w procesach edukacyjnych. Wsparcie edukacji informatycznej i medialnej, w szczególności kształtowanie krytycznego podejścia do treści publikowanych w Internecie i mediach społecznościowych.

 

9.Wsparcie nauczycieli i innych członków społeczności szkolnych w rozwijaniu umiejętności podstawowych i przekrojowych uczniów, w szczególności z wykorzystaniem pomocy dydaktycznych zakupionych w ramach programu „Laboratoria przyszłości”.

 

10.Podnoszenie jakości kształcenia oraz dostępności i jakości wsparcia udzielanego dzieciom i uczniom w przedszkolach i szkołach ogólnodostępnych i integracyjnych.

 

11.Wspieranie rozwoju nauki języka polskiego i oświaty polskiej za granicą oraz tworzenie stabilnych warunków do nauczania języka polskiego za granicą przez Instytut Rozwoju Języka Polskiego im. świętego Maksymiliana Marii Kolbego, Ośrodek Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą oraz beneficjentów przedsięwzięć i programów ustanowionych przez ministra właściwego do spraw oświaty i

 

x          x           x

 

I teraz pora na rządy „Koalicji 15 października”, której „narzędziem działania” w sektorze oświaty została z dniem 23 grudnia 2023 roku Barbara Nowacka. Ta córka Izabeli Jurga-Nowackiej – wicepremierki i ministry polityki społecznej w rządach Marka Belki, także o lewicowych poglądach, dała się dotąd poznać przede wszystkim  jako ta, która lansuje swój koronny projekt „Reforma 26. Kompas Jutra” – napotykający wiele oporów, nie tylko ze strony nauczycielskich związków zawodowych,ale także „Sieci Organizacji Społecznych” (SOS dla edukcji), zrzeszającej 73 ruchy społeczne, stowarzyszenia i fundacje.

 

Czytaj dalej »