
Archiwum kategorii 'Eseje i wywiady'
Czy licea i technika ze 100% zdawalnością matury są naprawdę najlepsze?
Postanowiłem uczynić to właśnie tematem tego eseju, po tym, jak w mediach przeczytałem informacje, w których wymieniano szkoły średnie, gdzie wszyscy przystępujący do tegorocznej matury ją zdali. Pierwszą była ta, zatytułowana „Oto 27 szkół z woj. śląskiego, w których maturę zdali WSZYSCY. Zdawalność była na 100 %! Te licea i technika znakomicie przygotowały uczniów”, zamieszczona na stronie < cieszynnaszemiasto.pl >
Ale dopiero zapoznanie się z materiałem „Matura 2026. Te licea w Łodzi osiągnęły 100% zdawalności”, jaki zamieszczono w naszej łódzkiej darmowej gazetce < ŁÓDŹ. Pl > spowodowało, że zasiadłem do pisania.
W owym łódzkim, bogato zilustrowanym, materiale wymieniono wszystkie licea, nie tylko publiczne, które ową 100-procentową zdawalność uzyskały:
1.XII Liceum Ogólnokształcące w Łodzi (ul. Anstadta 7)
2.I Liceum Ogólnokształcące w Łodzi (ul. Więckowskiego 41)
3.XXVI Liceum Ogólnokształcące w Łodzi (ul. Wileńska 22A),
4.III Liceum Ogólnokształcące w Łodzi (ul. Sienkiewicza 46)
5.VIII Liceum Ogólnokształcące w Łodzi (ul.Pomorska 105)
6.XXI Liceum Ogólnokształcące w Łodzi (ul. Kopernika 2)
7.XXXI Liceum Ogólnokształcące w Łodzi (ul. Konspiracyjnego Wojska Polskiego 5B – dawniej Leona Kruczkowskiego)
1.Publiczne Liceum Ogólnokształcące Politechniki Łódzkiej (ul. Różyckiego 5)
2.Salezjańskie Liceum Ogólnokształcące w Łodzi (ul. Wodna 34)
1.Zespół Szkół Muzycznych w Łodzi (ul. Rojna 20)
2.Ogólnokształcąca Szkoła Muzyczna I i II stopnia w Łodzi (ul. Sosnowa 9)
Warto w tym miejscu poinformować, że w Łodzi działa: 29 liceów prowadzonych przez Miasto Łódź, 2 prowadzone przez UŁ i PŁ, 4 tzw „artystyczne”, 3 licea zwane „specjalnymi”, 2 katolickie i 1 prowadzone przez Społeczne Towarzystwo Oświatowo-Medyczne. Razem jest ich 41.
To tyle z poziomu lokalnego „samochwalstwa”. Teraz pora na pogłębioną refleksję o tym, dlaczego taka statystyka wcale nie musi informować o rzeczywistym poziomie jakości edukacji w tych szkołach.
Nie wszyscy wiedzą, iż można ukończyć liceum lub technikum i otrzymać świadectwo potwierdzające uzyskanie średniego wykształcenia, bez obowiązku przystąpienia do egzaminu maturalnego. Decyzję o zdawaniu tego egzaminu podejmują ci absolwenci, którzy planują kontynuowanie edukacji w szkołach wyższych. Wniosek – do tego egzaminu przystępują tylko ci, którzy już kończąc szkołę podstawową dlatego poszli do szkoły średniej, bo już wtedy – oni, lub ich rodzice – planowali studia w szkole wyższej, a którzy teraz, w swej samoocenie uznali, że mają szanse na pozytywny wynik tego „ostatniego sprawdzianu”. I są jeszcze tacy, którzy chcieliby iść na studia, ale ich aktualna sytuacja rodzinna, finansowa lub zdrowotna na to nie pozwala. I dltego zrezygnowali z przystąpienia do egzaminu maturalnego.
Odrębnym zagadnieniem jest procent uczniów, którzy w wyniku końcoworocznej klasyfikacji nie otrzymali pozytywnych ocen z wszystkich przedmiotów i decyzją rady pedagogicznej będą musieli ową ostatnią klasę (IV w LO lub V w technikum) powtórzyć w kolejnym roku szkolnym.
I właśnie brak informacji o skali tego zjawiska (jaki procent uczniów ostatnich klas nie otrzymał świadectwa ukończenia szkoły) jest podstawowym, brakującym elementem, niezbędnym do pełnego obrazu efektów pracy konkretnej szkoły
Pozwolę sobie na taką hipotezę: Może te szkoły ze 100-procentową zdawalnością już wcześniej przeprowadziły własną selekcję poziomu wiedzy ich uczniów i zostawiły tych słabszych „na drugi rok w tej samej klasie”, aby nie popsuli im procentu zdawalności matury. A nauczyciele i dyrekcje szkół z gorszą statystyką zdawalności mieli bardziej „demokratyczne” podejście do sprawy i dali wszystkim uczniom, także tym słabym, szanse na obiektywne sprawdzenie ich wiedzy na maturze.
Nie twierdzę że tak było, ale nie jest wykluczone, że mogło tak być.
x x x
Przy okazji tych rozmyślań o maturze, szkołach ze 100-procentową jej zdawalnością i tak w ogóle – o absolwentach szkół średnich z najwyższymi wskaźnikami ze zdawanych na maturze przedmiotów, przypomniałem sobie ten fragment mojej drogi zawodowej, kiedy pracowałem na UŁ w Instytucie Pedagogiki i Psychologii, w Zaladzie Pedagogiki Społecznej, i kilkakrotnie byłem sekretarzem Wydziałowej Komisji Rekrutacyjnej. A przypomną, że było to w latach 1975 – 1983, a wtedy podstawą do przyjęcia na studia było zdanie, na wymaganym poziomie, egzaminu wstępnego.
Dzięki informacji zdobytych podczas oglądanie ich świadectw ukończenia szkoły, mogłem śledzić jak sobie ci nowi studenci radzą na studiach. I wtedy wysnułem taki wniosek: Najlepszymi studentami nie byli przymusi – ci w szkołach i na egzaminie wstępnym, ale ci „średniacy”! I to mnie bardzo zaciekawiło – co jest tego przyczyną…
Kilkakrotnie proponowałem kierowniczce mojej Katedry uczynienie z tego problemu tematu pracy badawczej, może doktorskiej. Ale nie spotkało się to z jej zainteresowaniem i aprobatą.
I do dzisiaj mam przekonanie, że warto byłoby przeprowadzić rzetelne badanie dalszej drogi edukacyjnej, a także zawodowe, absolwentów szkół średnich. Tylko w ten sposób można wiarygodnie potwierdzić lub zaprzeczyć, że owi szkolni prymusi byli jedynie „kujonami”, doskonale „wpasowanymi” w polski system szkolny, a ci „średniacy” nie uczyli się tylko do sprawdzianów i egzaminów, a dzięki mozolnemu zdobywaniu wiedzy, po prostu ją posiedli. I wyćwiczyli w sobie wytrwałość i umiejętność pokonywania przeszkód w jej zdobywaniu, co pozwoliło im w dorosłym życiu na osiąganie rzeczywistych sukcesów.
Tylko kto takie badania mógłby przeprowadzić? Instytut Badań Edukacyjnych? A jeśli nie on, to który uniwersytet z wydziałem pedagogiki? Jedni i drudzy – za czyje pieniądze? A może po prostu, „społecznie” mogłyby prześledzić losy swoich absolwentów – po roku, po pięciu latach, a może i po dziesięciu – owe ambitne licea? I technika?
Włodzisław Kuzitowicz
O moich zakończeniach roku szkolnego i o tym jak spędzałem wakacje
Taki zbieg okoliczności: właśnie zasiadłem do pisania „srebrnego” (bo 25-ego) mojego refleksyjnego eseju, który zostanie zamieszczony w pierwszą niedzielę tegorocznych wakacji. I to z tego powodu postanowiłem, że jego tematem nie będzie żadne wydarzenie ani tekst, które były tematami zamieszczanych w minionym tygodniu na OE materiałów. Pozwolę sobie na kilka refleksji, których źródłem będą moje osobiste wspomnienia związane z tą szczególną datą, wszak istotną dla każdego ucznia – niezależnie od tego, czy to działo się przedwczoraj, czy przed, pięcioma, dziesięcioma laty, czy jeszcze dawniej.
Będą to wspomnienia z zakończenia roku szkolnego w okresie kiedy byłem uczniem, to znaczy z lat 1951 – 1950, gdy uczyłem się w szkole podstawowej oraz lat 1958 – 1963, kiedy byłem uczniem szkół ponadpodstawowych.
Chyba nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, że 82-latek niewiele z tamtego okresu pamięta. Bo z podstawówki tak naprawdę pamiętam jedynie zakończenie ostatniego roku nauki i pożegnanie ze Szkołą Podstawową nr 135 na Nowym Złotnie – od wielu lat już nieistniejącą. Bo z tych wcześniejszych zostały mi jedynie ogólne wspomnienie, że uroczyste zakończenia odbywały się na przyszkolnym dziedzińcu. Świadectwa ukończenia kolejnej klasy rozdawali wychowawcy na oddzielnych spotkaniach klasowych. Z tego co pamiętam, to nikt wtedy nie dawał nauczycielom prezentów ani kwiatów. Na owym ogólnoszkolnym pożegnaniu wręczano jedynie świadectwa siódmoklasistom. I to tylko ich najlepsi absolwenci honorowani byli nagrodami, którymi były książki. Były ona kupowane z funduszu Komitetu Rodzicielskiego, przez szkolną bibliotekarkę. Nie będę się tu krygował – ja w owym 1958 roku takową nagrodę otrzymałem:
Była to książka o bardzo charakterystycznym tytule „Kto, kiedy, dlaczego”, będąca bogato ilustrowaną miniencylkopedią popularną, w której wiadomości pogrupowane były w dwu działach: ŚWIAT, a tam podział na: Wszechświat, Ziemia, Rośliny, Zwierzęta, Człowiek, a następnie „OŚIĄGNIĘCIA MYŚLI LUDZKIEJ” – z podziałem na: Nauki ścisłe i Nauki humanistyczne i kultura. Był to, poza świadectwem z piątkami i jedną czwórka z rosyjskiego, jeszcze jeden bodziec do złożenia dokumentów o przyjęcie do – już wtedy elitarnego – I LO im. M. Kopernika. Niestety – mimo takich sukcesów w odniesionych w peryferyjnej podstawówce – owo ubieganie zakończyło się niepowodzeniem. Mój ojciec dowiedział się, że nie zdałem egzaminu wstępnego….
A tę książkę mam do dzisiaj w biblioteczce – mogę porównywać aktualny stan wiedzy w owych dziedzinach z tym z połowy XX wieku.
xxx
Efektem tego falstartu do „Kopra” była decyzja ojca o zapisaniu mnie do Szkoły Rzemiosł Budowlanych, bo „chłopak powinien mieć porządny męski zawód” – tak tę decyzję uzasadnił. Tam oczywiście przyjmowano każdego, byłe miał świadectwo ukończenia szkoły podstawowej. Tak nazywała się ówczesna zasadnicza szkoła zawodowa, która prowadzona była przy Technikum Budowlanym nr1 w Łodzi. A zrekrutowano wówczas około 180 chłopaków – do sześciu klas pierwszych. Jedyną moją pociechą było to, że zostałem uczniem klasy Ia, w której wychowawcą był mgr inż. arch. Stanisław Kowalski – pierwszy dyrektor- założyciel (w 1946 roku) jedynej wówczas w Łodzi szkoły kształcącej fachowców dla budownictwa, a aktualny dyrektor TB1 – Mikołaj Hałamejko – nauczał matematyki.
Ale jedno w tej szkole było takie same jak w „Koprze”. Tu także obowiązywał dress cod – wszyscy uczniowie mieli obowiązek przychodzić do szkoły w jednolitych mundurkach granatowa marynarka i takież spodnie, niebieska koszula i granatowy krawat oraz czapka z daszkiem w takim samym kolorze,z metalowym znaczkiem godla szkoły.
Nie pamiętam przebiegu żadnego zakończenia roku szkolnego w tej szkole – nawet tego w czerwcu 1961 roku, w którym otrzymywaliśmy świadectwo jej ukończenia, potwierdzające nabycie zawodu murarz-tynkarz. Najprawdopodobniej nie było tam w zwyczaju wręczania najlepszym uczniom nagród. Ale za to pamiętam, że znalazłem się w gronie dziesięciu absolwentów tych sześciu klas, którzy ukończyli szkołę z najlepszymi wynikami, którzy zostali przyjęci bez egzaminu wstępnego do tworzonych, jedynie dwu, klas pierwszych w 3-lernim technikum budowlanym. Pozostali chętni musieli zdawać ten egzamin. W liczbie tych „szczęściarzy” znaleźli się jeszcze trzej moi najbliżsi koledzy z tej samej klasy.
Zakończenia roku szkolnego w tej szkole w roku 1962 nie mogę pamiętać, bo już nie byłem jej uczniem. Opowieść o tym jak doszło do sytuacji w której podjąłem – szaloną jak oceniam to nawet teraz – decyzję o rezygnacji z dalszej nauki w tej szkole, odebraniu dokumentów i przeniesieniu się do X (przedostatniej w tym cyklu kształcenia) klasy XVIII LO w Łodzi, zamieszczę kiedyś przy innej okazji.
Konsekwencją tej brawurowej decyzji był obowiązek zdawania egzaminów „z różnic programowych”, a tych miedzy nauką w „Budowlance” a tych w liceum było wiele. Przede wszystkim nie miałem tam w ogóle biologii, geografii i drugiego języka obcego (był nim niemiecki), których to moi nowi koledzy uczyli się już trzeci rok. Także programy przedmiotów, które miałem, także były tam nauczane w o wiele mniejszym zakresie. To wszystko spowodowało, że choć zaliczyłem prawie wszystkie te różnice, to jednej „różnicy” szansy nie miałem. Był to egzamin z j. niemieckiego. I dlatego dostałem na zakończenie roku szkolnego informację, że abym otrzymał promocję do klasy maturalnej będę musiał ten egzamin zdać do końca sierpnia.
Tak więc nie bardzo mam co wspominać z tego zakończenia kolejnego w mej szkolnej karierze roku szkolnego.
O tym jak to się stało, że jednak zostałem uczniem klasy XI i nie tylko dojechałem do matury, ale ją nienajgorzej zdałem – także opowiem przy innej okazji.Teraz jedynie pochwalę się, że mimo iż nie należałem do prymusów tego rocznika (były dwie klasy maturalne), to jednak dyrekcja i rada pedagogiczna tego liceum wyróżniła mój nietypowy sukces, jaki udało mi się odnieść podczas – praktycznie – zaledwie 13-u miesięcy nauki, także nagrodą książkową. A że argumentem, który przekonał panią dyrektor Zofię Grębecką do zgody na przyjęcie mnie do liceum było moje błaganie, że tylko to umożliwi mi studia na polonistyce, taką oto nagrodą – z taką dedykacją:
x x x
A teraz jeszcze kilka wspomnień o tym jak „chłopak z przedmieścia”, dziecko z rodziny robotniczo-chłopskiej, spędzał wakacje.
Otóż do wakacji w roku 1958 jedyną formą bycia poza miejscem zamieszkania były wyjazdy z rodzicami na wieś – w ramach ich urlopów. A była nią wieś na białostoczczyźnie, położona za Bugiem, gdzie dojeżdżaliśmy pociągiem, z przesiadką w Warszawie na pociąg do Bialegostoku, do stacji Czyżew – przed bardziej znaną stacją Łapy. A stamtąd odbierał nas i dowoził wozem na metalowych obręczach na miejsce docelowe mamy brat, który odziedziczył „ojcowiznę” – gospodarstwo, z którego w połowie lat 20-ych XX wieku wyjechała ona „za pracą do Łodzimiasta”. Powie ktoś, że przecież w tamtych czasach opiekuńcze państwo PRL organizowało dla dzieci bezpłatne kolonie letnie. Tak, to prawda, ale… Ale miałem taką chorobową przypadłość „wcześniaka”, że mimo już wszak dość zaawansowanego wieku nadal zdarzały mi się… przypadki nocnego moczenia. I z tego powody mama nie wyrażała zgody na taką formę wakacyjnego wypoczynku.
I dopiero w 1958 roku, po ukończeniu szkoły podstawowej, dostałem zgodę na wyjazd na mój pierwszy obóz harcerski – w lesie nad brzegiem jeziora Dąbrowskiego koło Stężycy Królewskiej. W kolejne wakacje nie mogłem pojechać na obóz, bo wtedy moja drużyna była w okresowym uśpieniu – drużynowy był w wojsku. Ale rok później, w piętnastym roku życia, dostałem zgodę rodziców (i pieniądze) na SAMODZIELNY wyjazd na wieś. Po drodze zaliczyłem odwiedziny u najmłodszego brata mojej mamy, który był kierownikiem wiejskiej szkoły w Janówku za Warszawą.
W roku 1960 prawie cały drugi miesiąc wakacji byłem na nadmorskim obozie harcerskim za Jarosławcem, a w następnym – w górach koło Muszyny, gdzie – będąc już instruktorem ZHP – byłem komendantem kolonii zuchowej, wchodzącej w skład zgrupowania naszego szczepu z Nowego Złotna. Rok później – tym razem nad jeziorem Ługi kolo Dobiegniewa – byłem już zastępcą komendanta zgrupowania obozów nasze szczepu, I tylko po maturze nie pojechałem na żaden obóz harcerski – zbyt wiele czasu zajęło mi przygotowanie do egzaminu wstępnego na polonistykę na Uniwersytecie Łódzkim – egzaminu zdanego. Ale w sierpniu po raz pierwszy (i ostatni) byłem wychowawcą na kolonii letniej, która zostala zlokalizowana w budynku wiejskiej szkoły w Grabownie Wielkim w Gminie Twardogóra w Powiecie Oleśnickim. Była to kolonia letnia dla nieletnich spod opieki kuratrow sądowych i dla kilku chłopców z zakładu wychowawczego na Łucji, zorganizowana przez Sąd dla Nieletnich. I tam przeżyłem kolejny zwrot w mojej drodze życiowej, o czym więcej napisałem w zamieszczonym w „Obserwatorium Edukacji” tekście, zatytułowanym „Jak to się stało, że zostałem magistrem pedagogiki a nie filologii”.
Takie to były moje wakacje, spędzane poza miejscem zamieszkania. Bo generalnie to byłem w tym czasie w domu rodzinnym na Nowym Złotnie. Jedynym sposobem przemieszczania się poza były przejażdżki rowerowe po okolicy – ale to dopiero od 1957 roku, kiedy dostałem go na imieniny, obchodzone wtedy 27 czerwca – bo w czasie nauki w szkole podstawowi funkcjonowałem jako Władysław – zostałem tam zapisany na podstawie metryki chrztu (!), a okazało się, że takie imię nadal mi mój „awaryjnie” desygnowany z powodu obawy o to że mogę umrzeć, jak mój brat bliźniak, mieszkający w tym samym domu mąż siostry mojego ojca – Władysław. Bo miałem być Włodkiem, i tak byłem przez wszystkie lata nazywany przez wszystkie lata przez rodzinę i sąsiadów. A imię Włodzisław mam wpisane do metryki urodzenia w Urzędzie Stanu Cywilnego – bo tak imię Władyslaw przetłumaczyli urzędnicy z niemieckiego akty urodzenia. A dowiedzieliśmy się o tym w 1958 roku, bo do szkoły ponadpodstawowej wymagano już dokumentu z USC.
I na koniec muszę wyjaśnić dlaczego zdecydowałem się na te wspomnienia o moich zakończeniach roku szkolnego i formach spędzania wakacji. Wiedzcie, że nie z powodu pochwalenia się nagrodami ani historią mojego harcerskiego obozownictwa. Uczyniłem to mając w pamięci wszystkie medialne rozważania o „świadectwach z paskiem” (których „za moich czasów” nie było), o prezentach dla nauczycieli, których wtedy także nie było w zwyczaju aby im dawać, o wadze rankingów szkół średnich i ich znaczeniu przy wyborze szkoły przez ósmoklasistów, a także o tym jak bardzo rozwarstwiła się sytuacja społeczna uczniów, także co do form spędzania wakacji.
Bo ja, w tamtych latach PRL-u, jakoś sobie radziłem, nagrody książkowe na pewno mnie cieszyły, ale nie wpływało to w żaden sposób decydująco na moją alszą drogę edukacyjną, a fakt, że po podstawówce dalszą edukację zacząłem – mówiąc po dzisiejszemu – od branżówki, nie zadecydował o mojej dalszej drodze edukacyjnej i zawodowej. Bo i tak, także i dzisiaj, zależy to od woli i wtrwalości młodego człowieka.
x x x
Korzystając z okazji informuję, ze ja także, jako redaktor „Obserwatorium Edukacji”, ogłaszam przerwę wakacyjną. Nie będzie ona co prawda całkowitym zawieszeniem zamieszczania nowych materiałów, ale ich radykalnym ograniczeniem – do tych tylko, które będą NAPYAWDĘ WAŹNE dla sytuacji w oświacie. Albo dla mnie…
Włodzisław Kuzitowicz
Szkoła między koszarami a nadopiekuńczością
Sformułowany powyżej tytuł tego eseju jest syntezą tego, co w minionym tygodniu najbardziej mnie pobudzało do refleksji, kiedy czytałem, a później zamieszczałem na OE te oto, dwa wybrane wcześniej, teksty.
Pierwszym był post z fb-profilu Marzeny Żylińskiej, w którym zachęcała do lektury książki Michaela Schulte-Markworta “Wypalone dzieci. O presji osiągnięć i pogoni za sukcesem”. To tam przeczytałem:
„Często słyszę, że dzisiejsze dzieci i młodzi ludzie to wydelikacone płatki śniegu, a jedyne, czego im brakuje to ODROBINA wymagań i dyscypliny. No bo kto rozsądny sprzeciwi się temu, żeby od dzieci i młodych ludzi troszeczkę, odrobinkę wymagać? Ci dorośli nie wierzą, że wiele dzieci i nastolatków całe popołudnia i wieczory spędza nad książkami, przygotowując się do sprawdzianów. Nie wierzą, że trwająca latami rywalizacja, ciągłe kontrole i porównywanie dzieci z sobą tworzy presję, której wielu młodych nie wytrzymuje.”
A ostatecznym bodźcem do napisanie na ten temat refleksyjnego eseju stal się – najpierw przeczytany przeze mnie, a wczoraj zamieszczony we fragmencie (z linkiem) post z bloga prof. Śliwerskiego „Dobrostan a rezyliencja uczniów”. Oto fragmenty, które najbardziej na mnie podziałały:
„W debacie o szkole coraz częściej pojawia się słowo „dobrostan”. Brzmi dobrze. Ciepło. Bezpiecznie. Jest niemal bezdyskusyjne, bo któż odważyłby się powiedzieć, że nie należy dbać o dobro dziecka? […] Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy „dobrostan” staje się pedagogiczną infantylizacją uczniów, a nie warunkiem ich dojrzewania, gdy zaczyna oznaczać nie tyle troskę o integralny rozwój dziecka, ile obietnicę komfortu. Szkoła, zamiast przygotowywać uczniów do życia w świecie niepewności, napięć, porażek i konfliktów, zaczyna udawać, że najważniejsze jest, aby dzieciom było miło. A przecież życie nie zawsze będzie miłe. Nie zawsze będzie wspierające. Nie zawsze będzie sprawiedliwe. Nie zawsze będzie dobrze.[…]
Szkoła przyszłości nie może być ani sanatorium dobrego samopoczucia, ani koszarami odporności. Musi być miejscem, w którym uczeń doświadcza, że człowiek rozwija się przez wysiłek, relacje, błędy, korekty, odpowiedzialność i nadzieję. Miejscem, w którym dorosły nie mówi: „masz być szczęśliwy”, ani też: „masz zacisnąć zęby”, lecz raczej: „spróbuj jeszcze raz, jestem obok, ale drogi za ciebie nie przejdę”.
Z tak zdecydowanie zaprezentowanym poglądem, jak go powyżej sformułował prof., Śliwerski, w pełni się solidaryzuję. Jednak nie mogę się powstrzymać przed przypomnieniem, ze już 8 czerwca 2025 roku, w Felietonie nr 572. zatytułowanym O szkole między „urawniłowką”, a „róbta co chceta” napisałem w jego zakończeniu:
„Chciałem w ten sposób opowiedzieć się za kompromisem miedzy szkołą zcentralizowaną i zakutą w rządowe rygory, a modelem szkoły, lansowanym rzez niektóre koncepcje alternatywne, w której – jak w szkole Summerhill – brak jest przymusu uczenia się i uczęszczania na lekcje. W moim przekonaniu nie dla wszystkich uczniów ta daleko posunięta swoboda jest dobra. Mogą się w takich szkołach uczyć tylko niektóre dzieci, ale tylko gdy są to szkoły niepubliczne, do których rodzice posyłają je na własną odpowiedzialność. Szkoły publiczne, masowe, powinny w sprawie stopnia uczniowskiej autonomii zachować właśnie ów kompromis, to znaczy – stosując podmiotowe, zindywidualizowane odejście do ucznia, pozostawić pewne formy dyscyplinowania procesu uczenia się. Bo oprócz dzieci, które mają potrzebę rozwoju i poszukiwania wiedzy, są jeszcze i tacy, którzy najchętniej wyłącznie bawili by się, albo… siedzieli w smartfonach.”
Oto co mam dzisiaj do dodania „w tym temacie”:
Byłem, jestem i do (mojego) końca będę przeciwnikiem zarówno modelu „szkoły koszarowej”, jak i prowadzonej według jednego modelu programowego, z jedną dla wszystkich podstawą programową i jednym systemem oceniania uczniów.
Nie mam nic przeciw temu, aby funkcjonowały szkoły społeczne lub prywatne, w których będzie prowadzona edukacji uczniów na zasadach wolnego wyboru treści nauczania i pełnej swobody wyboru przez nich czym i kiedy chcą się zajmować. Bo wtedy pełną odpowiedzialność za efekt takiej formuły edukacyjnej ponosić będą ich rodzice.
Ale nie zmieniłem swoich przekonań dotyczących wizji szkoły publicznej, w której realizowana byłaby zasada „róbta co chceta”, wyrażonych 7 czerwca w 22 eseju zatytułowanym „Czy szkoła bez ocen przygotuje do świata opartego na konkurencji?”. Oto co w tej sprawie napisałem tam w zakończeniu tego tekstu:
„Otóż jestem przekonany, że pozbawienie szkół wszelakich form oceny i rywalizacji sprawiłoby, że byłaby to „hodowla miękiszonów”, czyli ludzi kompletnie nieprzygotowanych do przyszłego życia w świecie, który jest oparty na konkurencji i rywalizacji. Bo czymże innym jest praca w tzw. korporacjach, gdzie obowiązuje tzw. „wyścig szczurów”, w ogóle – cała gospodarka – krajowa i światowa – to nieustanna konkurencja o rynki zbytu. A nie jest wszak niczym zaskakującym, gdy przywołam tu jeszcze świat kultury (konkursy, festiwale), sportu (ligi, zawody, mistrzostwa, olimpiady), a nawet świat nauki, gdzie uczeni ubiegają się u publikowanie w najwyżej notowanych wydawnictwach (tzw. „punktoza”).”
Pozostaje problem stanu psychicznego uczniów szkół ponadpodstawowych. Według najnowszego raportu sondażu „Diagnoza Młodzieży 2026” 60% nastolatków żyje w stanie chronicznego stresu i zmęczenia, 46% ma skrajnie niską samoocenę a 40% wykazuje objawy depresyjne.
Nie tylko ja jestem przekonany, że ten stan nie jest skutkiem systemy szkolnego, a przede wszystkim powszechnej wśród współczesnych rodziców nadopiekuńczości , a w konsekwencji ubezwłasnowolnienia ich dzieci. Podobne poglądy zaprezentował Jarosław Pytlak w zamieszczonym 5 czerwca jego blogu „Wokół Szkoły” tekście „Życie homogenizowane z myślą o młodym pokoleniu”. Oto reprezentatywne dla tej publikacji fragmenty:
„Z nadmiaru troski o dzieci za wszelką cenę chcemy oszczędzić im zmartwień, zapewnić możliwość rozwoju i zagwarantować sukces na tej drodze. Chcemy tego dla wszystkich, bo przecież wszyscy mają do tego prawo i są tego warci. W teorii wszystko się zgadza, w praktyce… niekoniecznie.[…] Przyzwyczailiśmy młodych, że całe otoczenie jest na ich usługi, a dobrostan to coś, co się po prostu należy. W efekcie obniżyliśmy poziom wrażliwości na ból egzystencjalny. To dlatego sytuacje trudne, z którymi ćwierć wieku temu młody człowiek radził sobie, choćby nawet kosztowało to dużo płaczu, dzisiaj przywodzą go do skraju desperacji i oczekiwania pomocy. Którą dorośli, sami w obawie o stan dziecka – starają się zapewnić, często z pominięciem jego niezbędnej rozwojowo autorefleksji. […] Zabraliśmy dzieciom atrybuty swobodnego dzieciństwa, wyposażyliśmy w opisujące świat pojęcia żywcem wyjęte z podręczników psychologii klinicznej, poddaliśmy totalnej inwigilacji, napiętnowaliśmy nauczycieli jako źródło zła i opresji, a nie mądrego, krytycznego wsparcia, i dziwimy się, że tej nowej odsłonie swojej roli społecznej nie czują się dobrze.”
Bo z uczeniem się jak być dorosłym jest jak z nauką jazdy na rowerze: „Jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz”.
I to by było tyle na dzisiaj. Wszak to pierwszy dzień lata, najdłuższy dzień w roku. A za tydzień wakacje!
Włodzisław Kuzitowicz
Jak uczczono 80-lecie łódzkiej „Budowlanki”
Dla wszystkich znających moją oświatową biografię nie będzie to zaskoczeniem, że dzisiejszy „Mój refleksyjny esej” będzie miał charakter bardziej faktograficzny niż refleksyjny. Ale uznałem, że w tej formule opowiem, iż w piątek 12 czerwca uczestniczyłem w obchodach 80-lecia szkoły, która aktualnie działa pod szyldem „Zespół Szkół Budowlano-Technicznych”, a która w w latach 1993 – 2005, w których byłem jej dyrektorem, nosiła nazwę „Zespół Szkół Budowlanych Nr. 2” przekształconą po utworzeniu gimnazjów w „Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych Nr 15”.
Ale to nie znaczy, że w końcowej części nie znajdziecie kilka moich na ten temat refleksji…
Zacznę od tego, ze – oczywiście – otrzymałem pocztą zaproszenie, w którym podano taki program uroczystości:
Kiedy stanąłem przed wejściem do szkoły, zobaczyłem taką okolicznościową dekorację:
Foto: Ilona Frączek-Zakrzewska:
W holu stali gospodarze, kierujący przybyłych gości do szkolnej świetlicy, gdzie zajmowali przygotowane dla nich miejsca:
Foto: Ilona Frączek-Zakrzewska
Jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem miałem okazję porozmawiać z Panią Dyrektor szkoły oraz przedstawicielami władzy wojewódzkiej:
Foto: Anna Skopińska
Stoją od lewej: Elżbieta Kuskowska – dyrektorka ZSB-T, Beata Świderska – dyrektorka Departamentu Edukacji w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Łódzkiego, piszący te słowa oraz Janusz Brzozowski – Łódzki Kurator Oświaty.
Uroczystość, z tradycyjnym „kwadransem dla spóźnialskich”, rozpoczęła para konferansjerów: nauczyciel wf – Bartosz Pawlak i zeszłoroczna absolwentka – Natalia Błaszczyk. którzy zaprezentowali – ilustrowany archiwalnymi zdjęciami – skrót historii szkoły:
Foto: Ilona Frączek-Zakrzewska
Kolejnym punktem były oficjalne wystąpienia:
Foto: Anna Skopińska
Najpierw przybyłych na tę uroczystość powitała pani Elżbieta Kuskowska – dyrektorka ZSB-T
Foto: Anna Skopińska
Po niej jako pierwszy wystąpił Łódzki Kurator Oświaty – Janusz Brzozowski
Nie mam zarejestrowanych wszystkich osób zabierających głos.
Foto: Ilona Frączek-Zakrzewska
Jednym z ostatnich zabierających głos, także w imieniu nieobecnego z powodu złego stanu zdrowia, byłego dyrektora tej szkoły w latach 1973 – 1991, liczącego 95 lat, Zenona Warcholińskiego, byłem ja – autor tego tekstu.
Po części oficjalnej uczniowie zaprezentowali krótki, nawiązujący do tej rocznicowej okoliczności, program artystyczny:
Foto: Ilona Frączek-Zakrzewska
Foto: Ilona Frączek-Zakrzewska
Ostatnim akcentem wydarzenia było wniesienie do pomieszczenia wielkiego tortu urodzinowego,a o wykonanie pierwszych cięć pokrojenia na porcje dla wszystkich uczestników, poproszono dwoje obecnych dyrektorów szkoły: obecną = Elżbietę Kuskowską i poprzedniego – Włodzisława Kuzitowicza:
Foto: Anna Skopińska
Po zakończeniu uroczystej części jubileuszu uczestnicy mogli zapoznać się z wyłożonymi na stołach kronikami szkoły – prowadzonymi nieprzerwanie od jej powstania. Oto absolwenci „Budowlanki”, przeglądający kronikę z okresu, kiedy byli jej uczniami:
Foto: Ilona Frączek-Zakrzewska
Ja także poszedłem pooglądać…
Foto: Ilona Frączek-Zakrzewska
Była także możliwość utrwalenia swojej obecności poprzez wpis do wyłożonej kroniki szkoły, ale także w nietypowej formie – na desce z osiemdziesięcioletniego dębu – z czego, między innymi, skorzystał pan Kurator Janusz Brzozowski:
Foto: Anna Skopińska
Goście uroczystości zostali poinformowani o możliwości zwiedzenia szkoły – wszystkie sale lekcyjne, pracownie i pozostałe pomieszczenia, w tym szkolna biblioteka, oczekiwały otwarte.
Foto: Ilona Frączek-Zakrzewska
W czasie owej przerwy grupa nauczycielek wraz z aktualną wicedyrektorką Barbarą Gałwą (pełni tę funkcję od 18. lat), z inicjatywy przyszłej Pani Dyrektor, zrobiła sobie zdjęcie przed wejściem do szkoły – w specjalnie z tej okazji pozyskanych koszulkach. Obie panie stoją obok siebie: przyszła Pani Dyrektor – trzecia od prawej, Pani Wicedyrektor – symbolicznie – po jej prawej ręce. To piękna zapowiedź dobrych relacji nowej dyrektorki z zespołem…
x x x
Czy szkoła bez ocen przygotuje do świata opartego na konkurencji?
Po dokonaniu przeglądu materiałów zamieszczanych w minionym tygodniu na OE, postanowiłem, że punktem wyjścia do dzisiejszego 22 refleksyjnego eseju będzie ten, zamieszczony we wtorek 2 czerwca: „O tym że system szkolny udaje, że wszyscy uczniowie chcą się uczyć”. Udostępniłem tam tekst z fb-prifilu „OKE czyli Okiem Krytycznego Egzaminatora”, prowadzonego przez Artura Szymanka. A to dlatego, że wyraził on tam swą opinię o zafałszowanym obrazie polskiej szkoły – zwłaszcza średniej, i o nieadekwatnej w odniesieniu do rzeczywistości sytuacji w polskim systemie nauczania. Oto wybrane fragmenty z tego tekstu, które uznałem za kluczowe i które stały się owym bodźcem moich refleksji:
„[…] W przeciętnej szkole średniej znaczna część uczniów nie funkcjonuje w trybie „chcę się uczyć”, tylko w trybie minimalnego przetrwania systemu. Ich celem nie jest zdobywanie wiedzy, tylko spełnienie formalnych warunków: obecność, zaliczenie. Nauka jako proces poznawczy często nie jest celem. Jest obowiązkiem do „odhaczenia”, zadaniem do wykonania możliwie najmniejszym kosztem.
To nie jest kwestia „mniejszego zainteresowania”. W wielu przypadkach zainteresowanie edukacją po prostu nie istnieje. Uczeń nie myśli w kategoriach „co dziś zrozumiem”, tylko „czy to będzie na ocenę” albo „czy da się tego uniknąć”. Szkoła często stawia na rywalizację i zapamiętywanie, co zabija naturalną potrzebę zadawania pytań i niszczy motywację wewnętrzną.[…]
I niezależnie od tego, jak bardzo chcielibyśmy wierzyć w szkołę opartą na naturalnej ciekawości, rzeczywistość jest bardziej prosta i mniej wygodna: duża część uczniów nie jest zainteresowana nauką, a system edukacji wciąż projektuje się tak, jakby było inaczej. ,[….]”
Zacznę od rozwinięcia tezy: „Nauka jest obowiązkiem do odhaczenia”.
Nie jest to nic nowego, wszak „obowiązek szkolny”, a odniesieniu do szkoły średniej – „obowiązek nauki”, jest ustawowo określony i kończy się na 18. roku życia. I to jest punkt wyjścia całego problemu. Dlatego od niepamiętnych czasów utarło się mówić, że „do szkoły się chodzi”. Nie tylko w potocznej rozmowie najczęściej słyszy się pytanie: „Do której szkoły chodzisz?”, a nie „W której szkole się uczysz?”
Za nierealizowanie przez małoletnią/małoletniego tego obowiązku rodzice narażają się na karę grzywny w wysokości do 10 000 zł (jednorazowo), a maksymalnie do 50 000 zł. I to pod presją rodziców, a nie tylko z potrzeby zdobywania wiedzy, wielu młodych ludzi „chodzi bo musi”! Krotko mówiąc: jeśli nikt z rodziców nie potrafił rozbudzić u młodego człowieka ciekawości świata, potrzeby zdobywania wiedzy, jeśli nauczyciele w szkołach „realizują podstawę programową”, a nie dbają u motywowanie uczniów przez rozbudzanie ich zainteresowania wiedzą, to zawsze, w każdej szkole, będą uczniowie, którzy „chodzą tam z obowiązku”, a nie dla zdobywania wiedzy.
Bo – jak to w tym poście napisano – „w wielu przypadkach zainteresowanie edukacją po prostu nie istnieje”. Różne tego mogą być powody. Od zaburzeń psychorozwojowych, przez ubóstwo wzorców osobowych w najbliższym środowisku, do stanów depresyjnych, a w ostatnich latach także przbodźcowania z strony socialmediów. Ale jest jeszcze jedno – systemowe – źródło: szkoła bardzo często stawia na rywalizację w źle pojętym celu – nauki pojęciowej, co zabija naturalną potrzebę zadawania pytań i niszczy motywację wewnętrzną.
Uczciwie trzeba powiedzieć, że tacy uczniowie, którzy działali według zasady „trzech Z: „Zakuć – Zdać – Zapomnieć” byli w szkołach od bardzo dawna. Ale współcześnie ich liczba ciągle się powiększa, gdyż w tym kierunku prowadzi ich system oceniania uczniów, i państwowy system egzaminacyjny. Jak trafnie napisano w cytowanym tekście „celem nie jest zdobywanie wiedzy, tylko spełnienie formalnych warunków: obecność, zaliczenie. Nauka jako proces poznawczy często nie jest celem”. W ostatnich latach do tej patologii doszedł system rankingu szkół, który pozycjonuje szkoły średnie przede wszystkim w według zdawalności przez ich absolwentów egzaminów maturalnych, co dodatkowo wzmocniło presję nauczycieli na „osiągi” egzaminacyjne ich uczniów. A nie na rozbudzanie ich ciekawości poznawczej i samodzielne dochodzenie do wiedzy…
I w tym miejscu Was zaskoczę:
Otóż zgadzając się co do istoty problemu, na który zwrócił uwagę autor – Artur Szymanek, wcale nie uważam, ze należy zlikwidować obowiązek szkolny i obowiązek nauki do 18. roku życia, jak również nie uważam, ze należy zrezygnować z systemu oceniania efektów edukacyjnych uczniów – jako sprawiedliwego pomiaru stopnia rozwoju ich kompetencji.
Bo zasada „róbta co chceta i kiedy chceta”, jak to jest w Sudbury Valley School we Framigham w stanie Massachusetts, czy w działających także w Polsce szkołach Montessori albo w szkołach prowadzonych wg. Rudolfa Steinera, a także w szkołach waldorfskich, lub pracujących na wzór Planu Daltońskiego zdaje egzamin jedynie w zastosowaniu do tych, u których wcześniej rozbudzono ciekawość świata, którzy chcą, a nie muszą się uczyć.
Warto przypomnieć, że obowiązek szkolny wprowadzono w celu wyrównania szans startu w życie uczniom wszystkich środowisk, klas i warstw społecznych. I nie jestem przekonany, czy gdyby dzisiaj został zniesiony, to wszyscy rodzice byliby tak samo zainteresowani, aby ich dzieci zdobywały wiedzę.
Tak jak nie uważam, że całkowite zlikwidowanie oceniania uczniów w szkołach ogólnodostępnych (samorządowo-państwowych – bezpłatnych) miałoby pozytywny wpływ na motywację uczniów do zdobywania wiedzy. Problem jest tylko w tym, jakie wskaźniki ich rozwoju byłyby tam brane pod uwagę. Bo na pewno nie rozliczające ucznia z pamięciowej wiedzy.
I zmierzając ku końcowi tego felietonu nie mogę nie podzielić się z Wami także taką opiną:
Otóż jestem przekonany, że pozbawienie szkół wszelakich form oceny i rywalizacji sprawiłoby, że byłaby to „hodowla miękiszonów”, czyli ludzi kompletnie nieprzygotowanych do przyszłego życia w świecie, który jest oparty na konkurencji i rywalizacji. Bo czymże innym jest praca w tzw. korporacjach, gdzie obowiązuje tzw. „wyścig szczurów”, w ogóle – cała gospodarka – krajowa i światowa – to nieustanna konkurencja o rynki zbytu. A nie jest wszak niczym zaskakującym, gdy przywołam tu jeszcze świat kultury (konkursy, festiwale), sportu (ligi, zawody, mistrzostwa, olimpiady), a nawet świat nauki, gdzie uczeni ubiegają się u publikowanie w najwyżej notowanych wydawnictwach (tzw. „punktoza”).
Bo wszak homo sapiens to istota stadna, a w każdym stadzie jest hierarchia, z przywódcą stada na czele – którą to pozycję trzeba sobie wywalczyć. A każde stado walczy o przestrzeń do polowania i życia….
Włodzisław Kuzitowicz
Co wspólnego ma polityka oświatowa państwa z rzeczywistością polskich szkół
Siadając do pisania miałem do wyboru dwa tematy, które – ewentualnie – podjąłbym w tym eseju: uchwalenie przez Sejm ustawy o prawach ucznia i opublikowanie przez MEN „Podstawowych kierunków realizacji polityki oświatowej państwa” na rok szkolny 2026/2027. Najpierw zdecydowałem się na ten pierwszy temat. Zacząłem zapisywać „kluczowe” dla historii powstawania tej ustawy fakty, przypominać sobie i wypunktowywać podstawowe argumenty zwolenników i przeciwników powoływania rzeczników praw ucznia, ale po „przerwie dla zdrowia”, gdy przejrzałem te notatki „świeżym spojrzeniem”, podjąłem jednak decyzję, aby w to „nie wchodzić”.
Skąd ta rezygnacja? Bo uznałem, że problemów wokół tej ustawy jest tak dużo, dotykają one tak wielu fundamentalnych aspektów funkcjonowania uczennic i uczniów w naszym systemie szkolnym, dotyczą także postrzegania swej roli w tym systemie przez nauczycieli i nauczycieli, a polaryzacja na tych „za” i tych „przeciw” jest – chyba – nie do pogodzenia, że uwzględnienie tej tak bogatej i zróżnicowanej materii w formule mojego „refleksyjnego eseju” jest niemożliwe…
Pozostało więc podzielenie się z Wami moją opinią nie tylko o aktualnie ogłoszonych przez MEN na przyszły rok szkolny „ „Podstawowych kierunków realizacji polityki oświatowej państwa”, ale szerzej – celowością dorocznego ogłaszania takowych.
Pomyślałem, pomyślałem, i… i postanowiłem nie bawić się we wróżkę – bo tylko tak mógłbym recenzować stopień, w jakim owe „kierunki” znajdują potwierdzenie w codziennej praktyce polskich szkół. Jedyne co mogę, to zaprezentować kilka wybranych przykładów „głównych kierunków polityki oświatowej państwa i „przejechać się” po owych rocznych „drogowskazach”, wykorzystując wybrane przykłady z minionych lat. A zestawię je z punktu widzenia linii politycznych partii, które w owych latach decydowały w Polsce o polityce oświatowej. Takim „znacznikiem” tych orientacji politycznych byli ówcześni ministrowie edukacji
Tylko z takiego punktu widzenia jestem w stanie ustosunkować się do owych „kierunków”.
Aby było to możliwe muszę przytoczyć kilka przykładowych zestawów owych kierunków, prezentowanych podczas ministerialnych kadencji trojga Ministrów Edukacji:
Zacznę od Rządu Pani Premier Beaty Szydło. W tym okresie Ministrą Edukacji była Anna Zalewska. Generalnie pamiętamy co ze szkolnictwem stało się w tym okresie, ale jednak przypomnę jej „najważniejsze sukcesy”:
Największym jej „osiągnięciem” była likwidacja – z dniem 1 września 2017 roku – gimnazjów i przywrócenie 8-letniej nauki w szkołach podstawowych, 4-letniej w liceach i 5-letniej w technikach. Spowodowało to w szkołach chaos organizacyjny i kadrowy. Efektem tego były przepełnione klasy, nauka na dwie lub trzy zmiany, „podwójny rocznik” w szkołach ponadpodstawowych w 2019 roku i wędrujący nauczyciele, uzupełniający swe etaty w kilku nawet szkołach.
Ale w „wersji dla prasy” tak zaprezentowane zostały kierunki jej polityki oświatowej na ów pierwszy rok wdrażania tego „kroku w tył”:
Podstawowe kierunki realizacji polityki oświatowej państwa w roku szkolnym 2017/2018
1.Wdrażanie nowej podstawy programowej kształcenia ogólnego.
2.Podniesienie jakości edukacji matematycznej, przyrodniczej i informatycznej.
3.Bezpieczeństwo w internecie. Odpowiedzialne korzystanie z mediów społecznych.
4.Wprowadzanie doradztwa zawodowego do szkół i placówek.
5.Wzmacnianie wychowawczej roli szkoły.
6.Podnoszenie jakości edukacji włączającej w szkołach i placówkach systemu oświaty.
x x x
Teraz kolej na Rząd Premiera Mateusza Morawieckiego:
Ministrem Edukacji i Nauki (a przedtem tylko edukacji) był wtedy – uznawany za bardzo prawicowego, o konserwatywnych poglądach człowieka, z tytułem profesora – Przemysław Czarnek. W okresie kiedy sprawował ten urząd w rzeczywistości polska oświata musiała przyjąć na siebie takie skutki tych rządów, jak: zastąpienie przedmiotu Wiedza o społeczeństwie mocno zideologizowanym przedmiotem Historia i teraźniejszość, zwiększeniem władzy kuratorów oświaty – za sprawą t. zw. „Lex Czarnek”, wprowadzeniem obowiązku realizacji t. zw. „godzin Czarnkowach” i przygotowaniami do wprowadzenia obowiązkowych dwu godzin religii lub etyki. Ale oficjalną wersją jego polityki na ten „przedwyborczy” rok szkolny był ten zestaw:
Podstawowe kierunki realizacji polityki oświatowej państwa w roku szkolnym 2022/2023
1.Wychowanie zmierzające do osiągnięcia ludzkiej dojrzałości poprzez kształtowanie postaw ukierunkowanych na prawdę, dobro i piękno, uzdalniających do odpowiedzialnych decyzji.
2.Wspomaganie wychowawczej roli rodziny przez właściwą organizację i realizację zajęć edukacyjnych wychowanie do życia w rodzinie. Ochrona i wzmacnianie zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży.
3.Działanie na rzecz szerszego udostępnienia kanonu i założeń edukacji klasycznej oraz sięgania do dziedzictwa cywilizacyjnego Europy, m.in. przez umożliwienie uczenia się języka łacińskiego już od szkoły podstawowej.
4.Doskonalenie kompetencji nauczycieli do pracy z uczniami przybyłymi z zagranicy, w szczególności z Ukrainy, adekwatnie do zaistniałych potrzeb oraz kompetencji nauczycieli nowych przedmiotów wprowadzonych do podstawy programowej.
5.Wspomaganie kształcenia w szkołach ponadpodstawowych w związku z nową formułą egzaminu maturalnego od roku 2023.
7.Doskonalenie systemu kształcenia zawodowego we współpracy z pracodawcami – wdrażanie Zintegrowanej Strategii Umiejętności 2030.
8.Rozwijanie umiejętności metodycznych nauczycieli w zakresie prawidłowego i skutecznego wykorzystywania technologii informacyjno-komunikacyjnych w procesach edukacyjnych. Wsparcie edukacji informatycznej i medialnej, w szczególności kształtowanie krytycznego podejścia do treści publikowanych w Internecie i mediach społecznościowych.
9.Wsparcie nauczycieli i innych członków społeczności szkolnych w rozwijaniu umiejętności podstawowych i przekrojowych uczniów, w szczególności z wykorzystaniem pomocy dydaktycznych zakupionych w ramach programu „Laboratoria przyszłości”.
10.Podnoszenie jakości kształcenia oraz dostępności i jakości wsparcia udzielanego dzieciom i uczniom w przedszkolach i szkołach ogólnodostępnych i integracyjnych.
11.Wspieranie rozwoju nauki języka polskiego i oświaty polskiej za granicą oraz tworzenie stabilnych warunków do nauczania języka polskiego za granicą przez Instytut Rozwoju Języka Polskiego im. świętego Maksymiliana Marii Kolbego, Ośrodek Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą oraz beneficjentów przedsięwzięć i programów ustanowionych przez ministra właściwego do spraw oświaty i
x x x
I teraz pora na rządy „Koalicji 15 października”, której „narzędziem działania” w sektorze oświaty została z dniem 23 grudnia 2023 roku Barbara Nowacka. Ta córka Izabeli Jurga-Nowackiej – wicepremierki i ministry polityki społecznej w rządach Marka Belki, także o lewicowych poglądach, dała się dotąd poznać przede wszystkim jako ta, która lansuje swój koronny projekt „Reforma 26. Kompas Jutra” – napotykający wiele oporów, nie tylko ze strony nauczycielskich związków zawodowych,ale także „Sieci Organizacji Społecznych” (SOS dla edukcji), zrzeszającej 73 ruchy społeczne, stowarzyszenia i fundacje.
O losowym sposobie wyłaniania posłów na Sejm Dzieci i Młodzieży
To o czym będzie ten esej jest efektem pewnej koincydencji czasowej. Pierwszym było zamieszczenie w miniony wtorek, 19 maja, tekstu z bloga CEO „Młodzieżowe Rady Dzielnic – wolontariat, który daje wiele możliwości” w którym tę formą młodzieżowego wolontariatu zaprezentowano jako kolejny stopień samorządu uczniowskiego, przygotowujący uczniów-aktywistów samorządów szkolnych do ich ewentualnej przyszłej aktywności w samorządach społeczności lokalnych. A drugą była data 1 czerwca, kiedy od 1994 roku w sali plenarnej Sejmu RP odbywały się obrady Sejmu Dzieci i Młodzieży (SDiM). Ale tylko do objęcia rządów przez „Koalicję 15 października”. Bo to od 2024 roku została zmieniona nie tylko dotychczasowa data tych obrad, ale i sposób w jakim wyłaniani byli uczestnicy tej sesji.
Jakoś do tej pory nie wyraziłem swojej opinii o tych zmianach, więc może właśnie dzisiaj, mając w pamięci tekst z bloga CEO, wreszcie to z siebie wyrzucę.
Bo koncepcja Sejmu Dzieci i Młodzieży od początku redagowania OE była mi bliska – aczkolwiek nie wszystkie sesje były przeze mnie odnotowywane, zwłaszcza te z okresu rządów PiS. [Patrz – ANEKS]
Pora więc abym w końcu ustosunkował się do owej zmienionej procedury wyłaniania konkretnych uczniów szkół podstawowych i średnich na posłów SDiM. Bo przed 2024 rokiem było inaczej.
Do 2009 roku przyznanie mandatu odbywało się na podstawie konkursu literackiego. Kandydaci pisali pracę na jeden z tematów, wyznaczonych przez Zespół Organizacyjny. Prace spływały do Kuratoriów Oświaty, a tam wyznaczona przez niego komisja oceniała te prace i najlepszym autorom przyznawała mandaty poselskie. Następnie prace oceniał Zespół Organizacyjny. Z każdego tematu wybierał około 20 najlepszych prac – ich autorzy dodatkowo na kilkanaście dni przed obradami Sejmu DiM zasiadali w Komisji Sejmowej. Każda Komisja wybierała spośród siebie trzech równych sobie marszałków Sejmu DiM oraz opracowywała projekt uchwał sejmowych.
Od roku 2010 kandydaci i kandydatki pracowali w zespołach dwuosobowych. Aby móc otrzymać mandaty poselskie, zespół musiał wykonać związane z tematyką sesji działanie społeczne (w 2010 roku – szkolna debata o samorządności uczniowskiej, 2011 rok – promowanie działań wolontariackich w społeczności lokalnej), a relacja z wykonanych działań zamieszczana była na ogólnodostępnym sejmowym serwisie. Mandaty poselskie otrzymywały te zespoły, których relacje z działań lokalnych zostały najwyżej ocenione – zgodnie z liczbą mandatów przypadających na województwo.
Więcej o historii SDiM – TUTAJ
Jak jest – od XXX Sesji SDiM – z tym wyborem? Nie cofając się do roku 2024 opiszę aktualną sytuację:
Oto w jakiej formule odbywa się procedura, według której można będzie zostać posłanką/posłem na XXXII sesję Sejmu Dzieci i Młodzieży w tym roku.
Zaczęło się od wylosowania szkół. W tym roku, po raz pierwszy, rozszerzono o grupę wiekową uczących się w szkołach ponadpodstawowych. Właśnie wyczytałem, że takie losowanie już się odbyło – w miniony wtorek 19 maja. Przeprowadzono je według wcześniej opublikowanych reguł – patrz TUTAJ
Niestety – jedyna informacja jaką o tym losowaniu zamieszczono nie zawiera żadnych konkretów, a zwłaszcza nie ma tam podanych wylosowanych szkół – zobacz – TUTAJ
A więc – „na los szczęścia, Baltazarze”. Tyle, że tam chodziło o osła….
No właśnie: nie zostaną posłankami i posłami najbardziej aktywni i kreatywni uczniowie, którzy wcześniej udowodnili swoje kompetencje w konkretnych projektach, a po prostu – wybór będzie dokonany „na chybił – trafił”!
Wniosek: zadecyduje szczęście w tej loterii (najpierw losowanie szkół, a później losowanie uczniów!), a nie konkretne działanie i dorobek w dotychczasowym reprezentowaniu swojej społeczności w samorządzie szkolnym oraz w działalności na rzecz innych…
Zaczynam się obawiać, czy to nie jest aby przygotowanie do zmiany w Konstytucji i wprowadzenia, w miejsce wyborów posłów do Sejmu RP w kosztownej procedurze wyborów powszechnych, procedurą losowana z grona wszystkich pełnoletnich obywateli?
Włodzisław Kuzitowicz
A N E K S
1.06.1017 Jak „Młode Wilczki” trenowały uprawianie sejmowej polityki [XXIII Sesja ]
1.06.2018 Dysydenci SDiM i ich sojusznicy obradowali dziś w Audytorium Maximum UW [odwolana XXIV Sesja]
1.06.2019 XXV sesja Sejmu Dzieci i Młodzieży. Jeszcze bez szczegółów o przebiegu posiedzenia
1.06.2024 Felieton nr 522. O Sejmie Dzieci i Młodzieży, którego wczoraj nie było.
14.06.2024 W XXX sesji SDiM uczestniczyć będą uczniowie z wylosowanych podstawówek
Nie zamieściłem o tej Sesji informacji. Jak było – zobaczcie relację ze strony MEN:
30 .09.2024 XXX sesja Sejmu Dzieci i Młodzieży
Relacja filmowa ze strony Sejmu – TUTAJ
28.09.2025 Nie o przeciwdziałaniu przemocy, a o edukacji obywatelskiej rozmawiano na XXXI SDiM
O tym, że Ministra Nowacka nie zawsze podejmuje złe decyzje
Dzisiaj dam dowód na to, że staram się sprawiedliwie obserwować polską edukację, że nie widzę wszystkiego w czarnych kolorach, a zwłaszcza, że nie krytykuję wszystkich decyzji ministry Nowackiej. A będzie to esej – bardziej faktograficzny niż refleksyjny – o powołaniu na dyrektora Ośrodka Rozwoju Edukacji Mariusza Biniewskiego, który poprzednio, w okresie dwu lat był – także przez nią powołanym – Lubuskim Kuratorem Oświaty.
Zacznę od tego, jakie decyzje w sprawie kierownictwa ORE podejmowała Barbara Nowacka po objęciu przez nią Ministerstwa Edukacji. Jeszcze grudniu 2023 r. odwołana została Marzenna Habib, która tę funkcję pełniła w dwukrotnie – zawsze jako pełniąca obowiązki dyrektora:
> Po raz pierwszy: od sierpnia 2019 r. do 8 września 2020 r.- jako pełniąca obowiązki dyrektora, powołana przez Dariusza Piątkowskiego Po niej stanowisko to objął Tomasz Madej, a ona pozostała w ORE jako wicedyrektorka.
> Po raz drugi: od 19 grudnia 2023 r. do 24 marca 2024 r. również jako pełniąca obowiązki dyrektora, powołana przez ministrę Barbarę Nowacką – po odwołaniu przez nią Tomasza Madeja.
22 marca 2024 r. został przez Ministrę Nowacką powołany – w wyniku konkursu! – na funkcję Dyrektora Ośrodka Rozwoju Edukacji Andrzej Suchenek, który przed tą nominacją był – od lutego 2020 do marca 2024 r. – pracownikiem Biura Edukacji m.st. Warszawy na stanowisku Kierownika Zespołu Komunikacji Oświatowej i zespołu obsługującego Warszawskiego Rzecznika Praw Uczniowskich. Wcześniej, w latach 1999 – 2020 r. (21 lat!) był dyrektorem Zespołu Szkół Ponadpodstawowych oraz Technikum Logistycznego i Teleinformatycznego – obie szkoły mialy swe siedziby w Łochowie, liczącym niecałe 7 tyś. mieszkańców miaście w powiecie węgrowskim, województwie mazowieckim. Był wtedy także nauczycielem przedmiotu wiedza o społeczeństwie.
Mam prawo uważać, że – jak nieliczni w centralnych władzach edukacyjnych – zdobył on w swej drodze zawodowej doświadczenie, zarówno w działalności placówek oświatowych „na prowincji”, jak i w dużych aglomeracjach miejskich. Czy sprawdził się w roli dyrektora ORE?
Eksperci i komentatorzy wskazywali, że w obliczu wprowadzanych przez MEN zmian, ośrodek funkcjonował w warunkach kryzysu, a dyrektor Suchenek zmagał się z brakami organizacyjnymi i kadrowymi, które utrudniały wsparcie dla nauczycieli.
Aż tu nagle… Aż tu nagle pan dyrektor Suchenek 18 marca 2026 roku złożył na ręce Ministry Nowackiej rezygnację z zajmowanego stanowiska. Co było jej powodem? Wszak nie zamiar przejścia na emeryturę, bo – jako urodzony 1 grudnia 1962 roku – prawa emerytalne nabędzie dopiero za ponad półtora roku!
O kulisach tej autodymisji napala „Gazeta Wyborcza” w artykule Karoliny Slowik, zatytułowanym „Pięć miesięcy do reformy Nowackiej. A ośrodek odpowiedzialny za szkolenia traci szefostwo” Odsyłam do zapoznania się z nim [TUTAJ],.
Dla potrzeb tego eseju przytoczę jego fragmenty:
„- Ktoś musiał polecieć. Nowacka wpadła w przerażenie. Premier ją pogania, bo zbliżają się wybory. Sukces reformy to jedna z kart przetargowych w kampanii wyborczej. A tu czasu jest bardzo mało. To właściwie trzy miesiące do wakacji, bo czerwiec jest specyficzny, szkoły właściwie nie pracują. Dla ORE, które ma wykształcić metodyków, ten harmonogram jest zabójczy. Nie da się przeprowadzić kaskadowych szkoleń w tak krótkim czasie. Dlatego Nowacka zmusiła Suchenka do rezygnacji. Czuła, że musi coś zrobić. A najłatwiej co się robi? Zmiany personalne – mówi nam osoba współpracująca ORE. – Mam poczucie, że reforma była przygotowywana po łebkach i ministra szukała kogoś, na kogo można zwalić winę – dodaje
Inna osoba związana z ORE dodaje: – Ktoś musi być odpowiedzialny, przecież nie jakiś starszy referent. Ale też broń Boże nie minister. Teraz MEN musi pokazać sprawczość i wstawić tam kogoś, kto będzie robił tę reformę.[…]
.
– A dzień wcześniej [przed złożeniem rezygnacji – WK],we wtorek, miał rozmowę z szefową MEN. Poprosiła go, żeby sam zrezygnował. Bo w ORE się mało dzieje i ORE mało robi z reformą. Suchenek był strasznie zdumiony: jak to mało się dzieje? Ludzie robią bokami, są przeciążeni, przemęczeni, setki imprez, konferencje, spotkania na ostatnią chwilę. A potem dowiedzieliśmy się, że kandydat jest już wybrany i pod niego jest konkurs. Podobno kurator z Gorzowa Wielkopolskiego chodzi po mieście i chwali się awansem. To naprawdę marne – ocenia nasze źródło. […]
Jednak główne przyczyny niepowodzenia ORE we wdrażaniu reformy są dwie – brak pieniędzy i zabójczy harmonogram, który wynika również z prezydenckiego weta i konieczności prowadzenia podwójnej legislacji. Gdyby prezydent Karol Nawrocki nie zawetował ustawy „Kompas Jutra” w połowie grudnia, ORE mogłoby zgodnie z planem wystartować ze szkoleniami jeszcze przed świętami.”
I to jest dowód na to, jak znakomitą szefową naszego ministerstwa jest Ministra Nowacka. Nie każdy potrafiłby w takiej sytuacji (zwłaszcza kiedy wisiała nad nią ewentualność odwołania z urzędu) tak szybko zareagować i w miejsce odwołanego dobrego dyrektora i znaleźć – równie dobrego – kandydata na dyrektora ORE!
Bo Mariusz Biniewski jest magistrem filologii polskiej i nauczycielem dyplomowanym z 25-letnim stażem. Od 2020 r. do powołania go na kuratora oświaty pełnił funkcję dyrektora Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 1 w Gorzowie Wielkopolskim. To nauczyciel dyplomowany, pracujący w oświacie od dwudziestu siedmiuu lat. Na Uniwersytecie Szczecińskim ukończył polonistykę, na Politechnice Poznańskiej studia podyplomowe z zakresu organizacji i zarządzania instytucjami oświatowymi, w Collegium Civitas Studia Podyplomowe Liderów Oświaty, w Wyższej Szkole Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa etykę i filozofię, a na Uniwersytecie Zielonogórskim – wiedzę o społeczeństwie z edukacją europejską.
Ukończył też Szkołę Tutorów Collegium Vratislaviense i prowadzoną przez Fundację „Szkoła bez ocen” oraz Instytut Zwinnej Edukacji Akademię Zwinnego Dyrektora. Od roku 2020 był dyrektorem Zespołu Szkół Ogólnokształcących w Gorzowie Wielkopolskim; w placówce tej uczył też filozofii i języka polskiego.
Ma na swoim koncie wiele osiągnięć, w tym finał ogólnopolskiego konkursu „Super Dyrektor Szkoły 2023” i wyróżnienie w konkursie im. Ireny Sendlerowej „Za naprawianie świata”. Za swoją pracę otrzymał wiele nagród, w tym Nagrodę Ministra Edukacji i Nauki oraz Odznakę Honorową Miasta Gorzowa Wielkopolskiego.
W 2025 roku został wyróżniony Odznaką Honorową za Zasługi dla Ochrony Praw Dziecka przyznawaną jest osobom, które w sposób szczególny przyczyniły się do promowania i realizacji idei praw dziecka. Była ona wyrazem uznania dla jego wieloletniego i konsekwentnego zaangażowania w działania służące dobru dzieci: ich bezpieczeństwu, rozwojowi i poszanowaniu godności młodych osób.
Rzeczniczka Praw Dziecka – Monika Horna Cieślak – w liście przesłanym z tej okazji do Mariusza Biniewskiego podkreśliła, że jego doświadczenie jako nauczyciela, jego bezpośredni kontakt z uczniami i codzienna praca w szkole pozwoliły mu nie tylko poznać realne potrzeby dzieci i młodzieży, ale także zrozumieć wyzwania, z jakimi mierzą się nauczyciele i wychowawcy. Ta perspektywa, połączona z głębokim poczuciem misji i odpowiedzialności sprawiła, że jego działania na rzecz praw dziecka są tak autentyczne i skuteczne.
Bo – oprócz tych wszystkich, niewątpliwych zasług i dorobku zawodowego – ma najważniejszą dla Ministry cechę: jest „dyspozycyjny”!
Już chyba nikt nie ma wątpliwości, ze udowodniłem tezę, postawioną w tytule tego mało refleksyjnego eseju.
Włodzisław Kuzitowicz
O egzaminie maturalnym – w różnych aspektach i z moim punktem widzenia
Nie zamierzam uciekać od wiodącego tematu minionego tygodnia – egzaminów maturalnych. Dlatego postanowiłem przypomnieć o początkach tego egzaminu – za „moich czasów” zwanego egzaminem dojrzałości. Aby nie robić żadnych uników – już na wstępie muszę wyraźnie zaznaczyć, że jest on prostą konsekwencją modelu „pruskiej szkoły”.
Jej podwaliny stworzył król Fryderyk II w 1763 roku, wprowadzając regulamin szkół ludowych. Właściwy, scentralizowany system narodził się na początku XIX wieku za panowania Fryderyka Wilhelma III – zwłaszcza po klęsce Prus z Napoleonem, jako narzędzie wzmocnienia państwa. Główne cechy tego modelu to: podział na klasy, obowiązek szkolny, ścisła dyscyplina i ograniczenie indywidualizmu.
Naukę rozumiano jako przekazywanie konkretnej wiedzy i prostych schematów. Czyli chodziło o ulepszanie machiny państwa, a nie wsparcie jednostki. Dzisiejszą edukację, niestety, dalej opieramy o ten model, a uczniowi wmawia się, że wszystko jest dla jego dobra!
A kiedy pojawił się w tym systemie ów egzamin maturalny? Jak napisał Łukasz Jarosiński w tekście „Egzamin maturalny – jak powstał? Poznaj historię matury!” – historia tego egzaminu jest bogata w zmiany i ewolucję, począwszy od jego „wymyślenia” na terenie królestwa Pruskiego pod koniec w XVIII wieku.
To wtedy, w roku 1788 wprowadzono Abiturientenexamen, a w 1789 r. przeprowadzono pierwsze takie egzaminy. Pomysłodawcą był baron Karl Abraham von Zedlitz. Na ziemiach polskich (w Księstwie Warszawskim – za czasów Napoleona) matura funkcjonuje od 1812 r. jako egzamin dojrzałości kończący szkołę średnią. Z czasem stał się on standardem w zaborach pruskim, austriackim i rosyjskim.
No i potem to już „poleciało”. Pierwsze matury w odrodzonej Polsce zaczęto organizować na szeroką skalę w połowie lat 20., choć formalnie pierwsze świadectwa dojrzałości w nowej rzeczywistości politycznej wydawano już od 1919 roku. W 1920 roku wprowadzono nowy system egzaminów maturalnych, który miał na celu ujednolicenie standardów nauczania i oceniania w całym kraju. Egzamin maturalny składał się z części pisemnej i ustnej, obejmując takie przedmioty jak język polski, matematyka, język obcy, historia i geografia. Egzaminy te były elitarne, a do reformy jędrzejewiczowskiej w 1932 roku opierały się na systemie 8-letnich gimnazjów.
Po zakończeniu II wojny światowej system edukacyjny w Polsce uległ znacznym zmianom. W 1947 roku wprowadzono nową reformę edukacyjną, która zmieniła formę egzaminu maturalnego. Egzamin ten stał się bardziej zcentralizowany i kontrolowany przez państwo. Wprowadzono nowe przedmioty obowiązkowe, takie jak nauki społeczne i język rosyjski. W latach 50. i 60. matura była nadal ważnym egzaminem, jednak jej znaczenie nieco zmalało w związku z rosnącą liczbą osób kończących szkoły średnie i podejmujących studia wyższe. Mimo to, egzamin maturalny był nadal kluczowym momentem w życiu młodych ludzi.
W latach 90. XX wieku, po zmianie systemu i powstanie III RP,, system edukacyjny w Polsce ponownie przeszedł znaczące zmiany. Reforma edukacji w 1999 roku wprowadziła nową, zcentralizowaną formę egzaminu maturalnego, przygotowywanego przez Centralną Komisję Egzaminacyjna, która obowiązuje do dziś.
W tym miejscu przypomnę, zamieszczony 4 maja – w dniu pierwszego egzaminu z j. polskiego materiał z portalu „Edunews”, zatytułowany „Matura zamiast rozwijać, ogranicza. Uczniowie uczą się schematów, nie myślenia”, 6 maja na OE tekst „Wyzwania uczniów w przygotowaniach do egzaminów”,będący skrótem raportu, zbierającego głosy uczniów o trudnościach w przygotowaniach do egzaminu ósmoklasisty i do matury, oraz wczoraj zamieszczony tekst „Marzenia pani Ćwiek-Śwideckiej o maturze wyprowadzonej ze szkół”.
W jakim celu przypomniałem te teksty? Aby jednak opowiedzieć się za utrzymaniem jakiegoś egzaminu, podsumowującego edukację d w szkołach średnich, będącego jednocześnie swoistą przepustką do rozpoczęcia edukacji na poziomie studiów wyższych, choć nie tak „testowego” jak obecnie, pozwalającego także na bardziej swobodne wypowiedzi na różne, także społeczne, tematy.
A skłoniły mnie do tego wniosku informacje o tym, jak kończą naukę w szkołach średnich uczniowie w dwu największych gospodarczo i technologicznie państwach świata:
I tak USA matura nie istnieje. W ostatniej klasie szkoły średniej uczniowie przystępują jednak do egzaminu SAT – Scholastic Aptitude Tests. Nie jest on obowiązkowy, ale tylko jego zdanie otwiera drogę na studia. Przez lata SAT był wielokrotnie modyfikowany i obecnie składa się z pytań wielokrotnego wyboru. Są one pogrupowane w trzech kategoriach i sprawdzają wiadomości z matematyki, czytania ze zrozumieniem oraz umiejętność napisania eseju. Oczywiście ostatnia kategoria nie zawiera pytań.
Natomiast w Chinach na początku czerwca miliony licealistów przystępują do odpowiednika naszej matury – gaokao. To de facto egzamin wstępny na studia, ale podobnie jak nasza matura ma ogromne znaczenie dla dalszej edukacji i przyszłości uczniów – od tego, czy i jak uczniowie zdadzą gaokao, zależy to, czy i gdzie dostaną się na studia, a więc i to, jak będzie wyglądała ich kariera zawodowa.
Doszedłem do tego wniosku, pomimo informacji o tym, że decyzje o anulowaniu egzaminów końcowych w szkołach średnich zostały już podjęte w Irlandii, Holandii, Szwecji, na Słowacji oraz w Wielkiej Brytanii, zaś Chorwacja, Dania i Estonia planują ograniczyć ich zakres. Dlaczego? Bo z dwojga złego przyznaję rację obiektywnemu sprawdzianowi, niezależnemu od konkretnej szkoły, w przeciwieństwie do sytuacji „autonomicznego” ustalania kryteriów przez szkoły, przy jednoczesnym „zawyżania” ocen na koniec nauki z poszczególnych przedmiotów – jak to bywało w czasach przed CKE..
Włodzisław Kuzitowicz
O tym, że edukacja obywatelska jest tak samo ważna w ogólniaku, jak i w branżówce
Nie mogę nie rozpocząć tego eseju od „rozliczenia” wiodącego tematu poprzedniego eseju „Niespodziana deklaracja Nowackiej na Europejskim Kongresie w Katowicach i jej konteksty”. Na kluczowe pytanie „odwoła czy nie odwoła do końca kwietnia?” – Premier Tusk Ministrę Nowacką, znamy już odpowiedź. Wszak jest już trzeci dzień maja i „na Szucha bez zamian”. Jednak nadal zastanawiająca jest tz zaskakująca wypowiedź Nowackiej, która zapytana podczas jej obecności na Europejskim Kongresie Gospodarczym w Katowicach o realizacię żądania ZNP powiązania wysokości wynagrodzeń nauczycieli z niezależnym wskaźnikiem przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce, po latach uników zadeklarowała, że „…doprowadzimy taki projekt do końca, tak żeby nauczyciele mieli powiązane wynagrodzenie ze wskaźnikami gospodarczymi.”
Natomiast po tygodniu doszedłem do wniosku, że powodem wygłoszenia tego oświadczenia nie był żaden z tych trzech wymienionych w tamtym eseju, lecz wykorzystanie okazji do publicznego zaprezentowania się jako „władza, która słucha suwerena”, ale bez gwarancji dotrzymania obietnicy. Wszak to nie ona jest w tej materii decydencką – to rząd i większość parlamentarna…
A teraz o tym, co dziś uznałem za warte skomentowania. Po przeglądzie wydarzeń i tematów, poruszanych w mediach wybrałem problem, unaoczniony przez Anetę Derdę w tekście „Edukacja obywatelska w szkołach branżowych”, który z bloga CEO zamieściłem we wtorek 28 kwietnia.
Dlaczego akurat o tym? Bo to jest „bliski mi tekst” – jak napisałem we wprowadzeniu do tego materiału. Znający moją biografię wiedzą, że po szkole podstawowej byłem uczniem 3-letniej Szkoły Rzemiosł Budowlanych, jak przez kilka lat nazywana była ta szkoła kształcąca murarzy i tynkarzy, przez następne dziesięciolecia określana zasadniczą szkołą zawodową. Jak wiemy – za kadencji ministry Anny Zalewskiej – od 1 września 2017 r. – zasadnicze szkoły zawodowe zostały przekształcone w 3-letnie branżowe szkoły I stopnia.
Wszyscy znający jak ten świat jest urządzony wiedzą, że zastąpienia szyldu z nazwą „Zasadnicza Szkoła Zawodowa” szyldem „Szkoła Branżowa I stopnia” nie sprawi, że ten typ szkoły przestanie być traktowany jak „szkoła ostatniego wyboru, a o jej uczniu nie będzie się mówiło jak o kimś „przegranym”. Tak jak zamiana słowa „prostytutka” określeniem „kobieta lekkich obyczajów” nie sprawi, że zajęcie którym owa kobieta się zajmuje stanie się szanowaną powszechnie profesją.
I właśnie fakt, że najpierw sam byłem takim „przegranym”, a po latach kierowałem zespołem szkół zawodowych, którego częścią była zasadnicza szkoła zawodowa, każe mi napisać o tym, jak ja widzę ten problem. A widzę podobnie jak Aneta Derda – że nic się w społecznym sytuowaniu szkół branżowych nie zmieniło. Oto cytaty z jej tekstu:
W uczniach szkół branżowych (samorządy – WK) widzą głównie pracowników lub przedsiębiorców, rzadziej aktywnych obywateli, a niemal nigdy – społeczników i aktywistów. Pomimo wprowadzania kolejnych reform edukacji takie stereotypy i autostereotypy nie znikają. Dochodzi następny – szkoły branżowe są miejscem mniej prestiżowym niż te ogólne, utarło się, że trafiają tam uczniowie uczący się słabiej. A skoro system postrzega tę szkołę jako mniej wartościową, to nie widzi potrzeby inwestowania tam w kapitał społeczny i obywatelski. […]
Kultura pracy szkoły może oscylować między mocno hierarchiczną (wręcz przemocową), a demokratyczną i opartą o partycypację uczniowską.[…] Bez właściwie podanej edukacji obywatelskiej, trudno będzie młodzieży wypracować otwartą postawę na dyskusję i różnorodność, a także na poczucie odpowiedzialności za otoczenie oraz chęć działania na rzecz innych osób i środowiska. Przełoży się to na ich dorosłe życie i obywatelskie decyzje. Także na to, jakie warunki pracy przyjmą albo sami będą stwarzać jako przyszli pracodawcy.[…]Formuła eseju nie pozwala na obszerne wywody i prezentację moich przemyśleń i wniosków dotyczących roli, jaką mogłyby ( powinny) te szkoły odegrać – nie tylko w przygotowywaniu kadr do pacy w t.zw. „zawodach robotniczych”, ale także w zdobywaniu doświadczeń w partycypowaniu w podejmowaniu decyzji o tym co i jak dzieje się „tu i teraz” – w tej ich „malej ojczyźnie”, którą w okresie owych trzech lat stała się dla nich szkoła branżowa.
W pełni się zgadzam, że nie wystarczy, nawet najdoskonalej, realizować zawartą w 47-stronicoym rozporządzeniu podstawę programową przedmiotu edukacja obywatelska, ale trzeba codziennym doświadczaniem szkolnych sytuacji tworzyć warunki do „trenowania” postaw i umiejętności funkcjonowania w demokratycznym społeczeństwie obywatelskim. Krócej to ujmując – ważniejsze od zaliczanej na stopień wiedzy z przedmiotu jest funkcjonowanie w szkole, w której, nie fasadowo, realizowane soą zasady szkolnej demokracji.
O tym że to jest możliwe, i że to się sprawdza, wiem z własnego doświadczenia. Jako dyrektor ”Budowlanki” już w połowie lat dziewięćdziesiątych zadbałem o to, aby samorząd uczniowski był współuczestnikiem decyzji, nie tylko ich dotyczących, ale także w sprawach funkcjonowania szkoły jako środowiska społecznego, oczywiście z wyłączeniem spraw zastrzeżonych do kompetencji rady pedagogicznej. Także wtedy – z inicjatywy uczniów – funkcja przewodniczącego samorządu szkolnego została nazwana „prezydentem samorządu”, a także jego wybór przebiegał na wzór wyborów prawdziwego prezydenta: ze zgłaszaniem kandydatów, prezentowaniem ich programów, powołaniem komisji wyborczej i przeprowadzeniem tajnych wyborów. A o pracy Sejmu mogli się dowiedzieć „pierwszej ręki”, bo zaprosiłem na spotkanie z uczniami łódzkiego posła, który – bez agitacji za swoją partią – opowiadał im o sejmowych procedurach stanowienia prawa. I odpowiadał na wiele uczniowskich pytań…
Że to miało sens mogłem się przekonać po latach, kiedy spotykałem absolwentów „mojej” szkoły w roli radnych Rady Miasta i Sejmiku Wojewódzkiego, także jako przewodniczących komisji, a nawet jeden z nich został komisarycznym prezydentem Łodzi, kiedy w wyniku referendum odwołany został poprzedni prezydent Jerzy Kropiwnicki.
Reasumując – edukacja obywatelska, nie zawężona jedynie do przedmiotu, jest tak samo ważna w liceum ogólnokształcącym, jak i w „branżówce”! A to nie tylko dlatego, ze nigdy nie można przewidzieć jak potoczą się dalsze losy dzisiejszych jej uczniów, ale przede wszystkim dlatego, aby w przyszłości nie stali się łatwym łupem agitatorów z populistycznych, antyeuropejskich partii, walczących „za wszelką cenę” o glosy wyborców…
Włodzisław Kuzitowicz


















l








