Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'

Wczoraj Jarosław Pytlak zamieścił na swoim blogu „Wokół Szkoły” tekst, w którym rozwinął swoje, wyrażone wstępnie już wcześniej poglądy w sprawie pozytywnego zaopiniowania na Komisji Edukacji i Nauki projektu ustawy o prawach i obowiązkach ucznió, a  także podjął polemikę z Kacprem Nwickim

 

 

Szkoła marzeń wg młodych adeptów prawa

 

Opublikowany przeze mnie na fejsbuku krótki post z krytycznym komentarzem do tryumfalnego ogłoszenia Ministerstwa Edukacji Narodowej, że projekt ustawy o prawach i obowiązkach uczniów został „pozytywnie zaopiniowany i rozpatrzony” przez sejmową Komisję Edukacji i Nauki, zyskał na tyle duży rozgłos, że postanowiłem rozwinąć ten temat na użytek czytelników bloga.

 

W otwartym spotkaniu Komisji wzięli udział liczni przedstawiciele tzw. strony społecznej, którzy otrzymali po dwie minuty na przedstawienie swoich stanowisk. Nie wiem, na czym polegało  rozpatrzenie projektu, bo debaty nie było – przewodnicząca Krystyna Szumilas nawet nie dopuściła posłów do głosu. Za to samo głosowanie przebiegło zgodnie z planem, to znaczy posiadający większość w komisji posłowie rządzącej koalicji projekt przyjęli. Jeśli komuś narzuca się w tym miejscu wrażenie, że jest to ta sama praktyka (nie)parlamentarna, jaką potępiała opozycja w słusznie minionych czasach rządów Zjednoczonej Prawicy – niewątpliwie ma rację.

 

W komunikacie ministerstwa nadmieniono, że „projekt przeszedł szerokie konsultacje społeczne, a ankieta na ZPE pokazała wysokie poparcie uczniów i nauczycieli dla planowanych zmian”. Powołanie się w tym zdaniu na poparcie ze strony nauczycieli, wzbudziło moje szczere zdumienie. Prawda jest bowiem taka, że projekt ów zyskał miażdżące opinie w środowisku nauczycielskim, wyrażone m.in. przez Ogólnopolskie Stowarzyszenie Kadry Kierowniczej Oświaty i związki zawodowe. Ankieta na Zintegrowanej Platformie Edukacyjnej nie ma wiele wspólnego z konsultacjami społecznymi w dziedzinie stanowienia prawa. Jest po prostu narzędziem imitowania poparcia społecznego. O zupełnie nieznanych zresztą wynikach, bowiem nie zostały one upublicznione.

 

Powyższe nie znaczy, że projekt ustawy nie cieszy się poparciem społecznym. W dyskusji pod moim postem zabrał głos  Kacper Nowicki,  bardzo popularny obecnie młody aktywista polityczny. Napisał tak:

 

Strona uczniowska też dostała półtorej minuty i zdążyła wyrazić swoje zdanie. Konsultacje społeczne trwały kwartał.

 

Jak rozumiem jesteście w szoku, że nie wystarczy się oburzyć? Każdy dzień patrzenia na to jak uderzacie w ten projekt powoduje, że jeszcze bardziej żałuję, że stałem z wami na strajku nauczycieli. Nic was poza interesem grupy zawodowej nie obchodzi. Przykre.

 

Liczne lajki potwierdziły, że ten sposób myślenia ma swoich zwolenników, nawet wśród osób, które czytują to, co piszę. Z ciekawości więc zerknąłem na osobisty profil pana Nowickiego, a tam w relacji z tego samego posiedzenia Komisji znalazłem takie oto zdania:

 

Dziś Komisja Edukacji i Nauki w Sejmie rozpatrywała projekt ustawy, nad którym pracujemy od miesięcy wraz z innymi organizacjami i władzami państwa. Projekt wprowadza powszechny system Rzeczników Praw Uczniowskich i porządkuje kwestię praw i obowiązków ucznia.

 

Pomimo bredni ze strony Klubu PiS projekt został przyjęty i skierowany do drugiego czytania. Odklejenie posłów i posłanek, którzy ewidentnie ostatni raz w szkole byli przed upadkiem komuny, sięgało zenitu!

 

Oto więc mamy czarno na białym, że projekt ustawy powstał w kręgu organizacji prouczniowskich, współdziałających z władzami, które konsekwentnie na wszystkich możliwych polach budują narrację o opresji szkolnej ze strony nauczycieli, której trzeba postawić zapory prawne. Głosy środowiska nauczycielskiego zostały w tych konsultacjach społecznych kompletnie zignorowane. Zdanie pana Nowickiego o bredniach ze strony Klubu PiS, tudzież o odklejeniu posłów i posłanek, napisane zgodnie z obowiązującym obecnie kanonem kultury słowa i relacji międzyludzkich, dotknęły też mnie osobiście, Jestem jak najdalszy od sympatii prawicowych, natomiast retoryka pana aktywisty, współgrająca z działaniami na niwie edukacji posłów rządzącej Koalicji, budzi we mnie głęboki żal i niechęć do polityków, którym zaufałem w roku 2023.

 

Przeciwstawianie uczniów nauczycielom wchodzi niniejszym na poziom ustawowy. Krótkowzroczna to polityka, na której kapitał zbiją polityczni populiści i wykorzystywani przez nich instrumentalnie młodzi prawnicy, którzy teraz odgrywają się na szkole za doznane od niej prawdziwe i urojone krzywdy. Polskiej oświaty lotu w przepaść to nie zatrzyma.

 

Istnieją jeszcze enklawy innego sposobu myślenia, co pokazał piękny duchem komentarz pod moim postem, skierowany do pana Nowickiego:

 

Panie Kacprze, proszę tego nie robić, proszę nie mówić „my” kontra „wy”. Obserwuję Pana działalność i wydaje się Pan być powiewem świeżego powietrza na scenie społeczno-politycznej, a jednak teraz uderza Pan w nauczycieli po całości, stereotypowo, jak wielu przed panem. To ogromnie przykre, bo dostajemy w podbrzusze z wielu stron i najbardziej odczuwają to ci, którzy się starają i którym zależy. Czy możemy raz dla odmiany mówić o społeczności szkolnej MY i piętnować negatywne postawy jednostek zamiast dyskryminować całą grupę zawodową?

 

Cóż, Pan Nowicki uzyskał rozpoznawalność i swoiste uznanie w rozgrywanych ze swadą publicznych pojedynkach z Patrykiem Jakim. Logika popularności we współczesnej polityce jest taka, że żywi się ona konfliktami. Teraz władza, ręka w rękę z gronem prawniczych młodych wilczków, przenosi atmosferę konfliktu do szkół. Głupie to i krótkowzroczne. Widzą to nauczyciele, ale kto by ich słuchał, skoro już całe społeczeństwo wie, że są źli, niekompetentni i roszczeniowi. No i po prostu wrodzy swoim uczniom.

 

x           x           x

 

Przy okazji historyjka, pozornie a propos koła u wozu. Oto kuratoria w całym kraju rozesłały do szkół ankiety, w których zobowiązały dyrektorów do zaraportowania wyników akcji szczepień przeciw HPV, z podziałem na chłopców i dziewczęta oraz szczepienia dokonane na terenie placówki oraz na zewnątrz. Wzięliśmy udział w tej akcji, we współpracy z firmą medyczną. Było to rok temu. Do nas należało zebranie chętnych i udzielenie miejsca na szczepienie. Resztą, łącznie z dokumentacją, zajmowali się medycy. Dla nas w szkole – robota dodatkowa, oczywiście bez wynagrodzenia i zwrotu kosztów (na szczęście niewielkich), podjęta z poczucia obywatelskiego obowiązku. Tego wyśmiewanego już dzisiaj nawet przez część samych zainteresowanych poczucia misji zawodu nauczyciela.

 

Teraz, po roku, oczekuje się ode mnie, że będę odtwarzał statystyki, co po części jest wręcz niemożliwe, bo jedynie firma medyczna wie, ile dokładnie dzieci zaszczepiła. Musi wiedzieć, bo na pewno otrzymała za to wynagrodzenie. Indagowani przeze mnie znajomi dyrektorzy zgodnie stwierdzili, że wpiszą dane „na oko”, bo (jednak) odważnych, żeby odmówić kuratorium brakuje. Najszczęśliwsi są ci, którzy wtedy nie zawracali sobie głowy misją, tylko akcji szczepień nie zorganizowali. Wpiszą zera od góry do dołu i już.

 

Dzięki tej akcji ankietowej państwo uzyska rozeznanie w temacie szczepień przeciw HPV, o wiarygodności podobnie minimalnej, jak badania opinii nauczycieli przez IBE w sprawie reformy Kompas Jutra, albo ankiety na ZPE, według której nauczyciele poparli projekt ustawy o prawach i obowiązkach uczniów. I pomyśleć, że wystarczyłoby wyegzekwować dane od firm medycznych… Po co jednak, skoro praca dyrektorów szkół jest w tym kraju tańsza od kartofli?!

 

 

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/

 

 



Dawno nie zaglądałem na blog Danuty Sterny, ale to co dzisiaj zobaczyłem jest ze wszech miar zasługujące na udostępnienia. Tym bardziej, że jest to rzadki przypadek, kiedy jej tekst nie jest spolszczeniem  – głównie amerykańskich – źródeł:

 

 

Ustne wypowiadanie się uczniów

 

Rys. Danuta Sterna

 

W szkole rzadko kształci się wypowiedź ustną. Króluję egzaminy i sprawdziany pisemne. W tym wpisie, jak kształcić wypowiadanie się  na każdym z przedmiotów szkolnych.

 

Egzamin ustny jest bardziej „ludzki” niż pisemny. W czasie egzaminu ustnego egzaminujący może zadać pytanie pomocnicze, poprosić o wyjaśnienie itp. Jednak dla wielu uczniów może być on bardziej stresujący, głownie dlatego, że nie są oni przyzwyczajeni do formułowania ustnego myśli.

 

Wypowiedź pisemna często może nie odzwierciedlać autentycznej wiedzy i umiejętności ucznia.

 

W ocenianiu w edukacji możemy zaobserwować tendencję do organizowania egzaminów pisemnych, a nawet do królującej formy testu. Egzaminy ustne i odpowiedzi ustne praktycznie zanikają, jako forma sprawdzenie, co uczeń wie.

 

Rozumiem przyczyny – tak jest taniej i szybciej. Jednak jest to ze szkodą dla dorastającego człowieka, który nie potrafi się wypowiadać. Egzaminoza ma swoją odmianę w postaci testomanii, gdzie odpowiedź polega na zgadywaniu lub eliminacji, a nie ma myśleniu.

 

Jak można to zmienić w klasie szkolnej?

 

Uzasadnienie odpowiedzi

 

Można za każdym razem prosić uczniów o uzasadnienie wyboru odpowiedzi w teście. Kłaść nacisk nie na wybór odpowiedzi, ale właśnie na uzasadnienie. Zatrzymywać się na wyjaśnianiu i analizowanie ewentualnego błędu. Testy wielokrotnego wyboru są znacznie lepsze niż jednokrotnego. W przypadku jednokrotnego wyboru można zgadnąć odpowiedź lub znaleźć ją metodą eliminacji, a to nie jest właściwe.

 

Odpowiedzi zespołowe

 

Uczniowie bywają zestresowani, gdy wymaga się od nich odpowiedzi ustnej. Dlatego najpierw lepiej jest polecić poszukanie odpowiedzi w parach lub w malej grupie. Uczniowie ustalając wspólnie odpowiedź muszą ją przedyskutować, poprzeć argumentami i wypowiedzieć się, a przy okazji mogą uczyć się wzajemnie od siebie.

 

Znacznie łatwiej jest sformułować odpowiedź na forum klasy, jeśli wcześniej ma się okazję przedyskutować ją z rówieśnikiem.

 

Odpowiedzi chóralne

 

Odpowiedzi jednoczesne całej grupy to technika dydaktyczna, w której nauczyciel zadaje pytanie, na które wszyscy uczniowie odpowiadają głośno ustnie w jednym czasie. Takie podejście niestety uniemożliwia sprawdzenie odpowiedzi każdego z uczniów, ale daje każdemu szansę na wypowiedzenie głośno odpowiedzi i usłyszenie jej samemu. Ten sposób jest skuteczny, gdy uczniowie nie potrafią odpowiadać pełnym zdaniem, uczy ich formułowania odpowiedzi.

 

W grupach

 

Nauczyciel opracowuje zestaw pytań, dla których konieczne jest uzasadnienie odpowiedzi. Każde pytanie jest zapisywane na osobnej kartce papieru i umieszczane na środku grupy. Każdy z grupy wybiera pytanie, stara się jak najlepiej odpowiedzieć na nie na głos, a następnie, jeśli to konieczne, prosi pozostałych członków grupy o pomoc. Jest to dobry trening dla formułowania wypowiedzi ustnych.

 

Prezentacje

 

Uczeń przygotowuje prezentacje, aby przedstawić temat swoim rówieśnikom. Może korzystać z przygotowanej prezentacji, która pomaga mu zachować płynność wypowiedzi, ale musi wcześniej przećwiczyć wypowiedź ustną, zanim przystąpi do prezentacji.

 

Moja mama, które kończyła gimnazjum tuż przed II Wojną Światową zdawała egzaminy ustne z każdego przedmiotu, takie były warunki ukończenia szkoły. Ćwiczenie wypowiedzi ustnych było wtedy na porządku dziennym w szkole. Ja również zdawałam egzamin ustny przy rekrutacji do liceum, wtedy egzamin przeprowadzało to liceum, do którego uczeń kandydował. Potem okazało się, że system taki nie jest „sprawiedliwy”. Zamieniono, go na system egzaminów zewnętrznych w formie, ogromnie kosztowny i prawie wyłącznie w formie pisemnej.

 

Pamiętam o dwóch inicjatywach w edukacji, które miały wspierać ćwiczenie umiejętności wypowiadania się. Jedna to ustna matura z języka polskiego polegająca na obronie przygotowanego projektu, a druga polegająca na wykonaniu i prezentacji projektu gimnazjalnego. Pierwsza z nich upadła na skutek krytyki nauczycieli języka polskiego, którzy zostali „ubrani” w bezpłatny obowiązek prowadzenia projektu maturzystów. Oficjalny powód był taki, że niektórzy maturzyści ściągali prace z Internetu i przedstawiali jako swoje. W dobie AI wygląda to na wyolbrzymiony problem, który będziemy musieli zaakceptować. Ostatecznie każdy uczeń musiał  wtedy przedstawić (nawet ściągnięty) projekt komisji i odpowiedzieć na jej pytania. Ten pomysł zakładał, że w szkole średniej uczeń powinien uczyć się wypowiadać w języku ojczystym.

 

Projekt gimnazjalny, za którego pomysłem optował wtedy Jacek Strzemieczny (ówczesny prezes Centrum Edukacji Obywatelskiej), zakładał, że uczniowie w czasie nauki w gimnazjum przeprowadzą projekt zespołowy i zademonstrują jego rezultaty. Niestety ten projekt też po pewnym czasie upadł. Pozostały tylko testy pisemne na koniec szkoły podstawowej. Teraz następuje próba reanimowania obowiązkowej metody projektu, ale jeśli nie przygotuje się warunków do realizacji projektów przez uczniów, przy wsparciu nauczycieli (odpowiednio za to wynagradzanych), to pomysł znowu się „wykrzaczy” i upadnie.

 

W życiu dorosłym uczniowie będą musieli się wypowiadać, uzasadniać swoje decyzje i przekonywać innych. Musza zdobyć tę umiejętność w szkole. W dobie egzaminów pisemnych kształcenie tej umiejętności zanika.

 

 

 

 

Źródło: www.oknauczanie.p

 



Na portalu „Edunews” zamieszczono wczoraj tekst Moniki Rokickiejpolonistki, trenerki myślenia krytycznego, konsultantki edukacyjnej, która wspiera nauczycieli oraz liderów edukacji w tworzeniu środowisk sprzyjających sprawczości, kreatywności i odpowiedzialności za uczenie się. Jest to jej reakcja na post Pawła Lęckiego o zmorach polskiej szkoły:

 

Foto: https://monikarokicka.com/

 

Monika Rokicka

 

Plasterki dla polskiej szkoły

 

Ile jeszcze plasterków trzeba przykleić, zanim wreszcie przyznamy, że to nie jest leczenie? Podczas mojego ostatniego „bliskiego spotkania trzeciego stopnia” z systemem ochrony zdrowia, miałam czas nadrobić lektury dotyczące rodzimej edukacji. NFZ, chcąc nie chcąc, wspiera rozwój czytelnictwa kolejkowego. Ale ad rem.

 

Przeczytałam post Pawła Lęckiego o zmorach polskiej szkoły oraz długą listę komentarzy, które wokół niej narosły. I uderzyło mnie jedno: niemal każdy głos dopisywał do tej listy kolejną „zmorę”. To właśnie wydaje mi się najbardziej niepokojące. Problemem nie jest już pojedynczy element z tego katalogu, ale to, że ta lista zdaje się nie mieć końca.

 

Polska szkoła od dawna nie jest systemem wymagającym drobnych korekt. Tu nie wystarczy poprawić jednej procedury, dopisać kolejne rozporządzenie, zmienić egzamin, ograniczyć prace domowe czy przeszkolić nauczycieli. Ta logika doraźnych napraw wobec systemu, który od lat funkcjonuje w stanie strukturalnego rozpadu – nie działa.

 

Od lat obserwujemy ten sam mechanizm: plaster na podstawę programową, plaster na zdrowie psychiczne dzieci, plaster na kryzys kadrowy, plaster na przemoc, plaster na egzaminy, a potem plaster na skutki poprzedniego plastra.

 

Tylko że są rzeczy, których nie da się naprawić kosmetyką. Jeśli pękają fundamenty, kolejna warstwa farby nie jest strategią.

 

Najbardziej niepokoi jednak coś jeszcze: że jako społeczeństwo wciąż nie umiemy powiedzieć „dość”.

 

Edukacja nie jest jednym z wielu sektorów państwa.

 

Edukacja jest fundamentem.

 

To tam zaczyna się jakość myślenia, odporność na manipulację, zdrowie psychiczne, zdolność współpracy, kultura dialogu, kompetencje obywatelskie, jakość przywództwa i gotowość do funkcjonowania w świecie, który stawia coraz bardziej złożone wymagania.

 

Jeśli źle działa system, który kształtuje człowieka, konsekwencje nie zatrzymują się w murach szkoły. Widać je na rynku pracy, w jakości debaty publicznej, w relacjach społecznych, w poziomie zaufania, w odporności psychicznej społeczeństwa.

 

A jednak wciąż traktujemy edukację tak, jakby była problemem wyłącznie nauczycieli, uczniów i rodziców. Nie jest!

 

Szkoła współtworzy przyszłych obywateli, pracowników, liderów, rodziców, partnerów i ludzi podejmujących decyzje. Dlatego tak bardzo dziwi mnie, że wciąż akceptujemy doraźność tam, gdzie potrzebna jest długofalowa strategia.

 

Coraz częściej zadaję sobie pytanie, co właściwie musi się wydarzyć, żebyśmy jako społeczeństwo przejrzeli na oczy.

 

Największą zmorą polskiej szkoły nie jest wcale pojedynczy problem, ale nasze zbiorowe przyzwyczajenie do prowizorki. Wszyscy widzimy pęknięcia. A jednak wciąż zachowujemy się tak, jakby to nie był nasz dom.

 

Co, Waszym zdaniem, musiałoby się wydarzyć, żeby edukacja przestała być przedmiotem doraźnych napraw, a stała się realnym projektem społecznym?

 

 

Źródło: www.edunews.pl



Oto najnowszy tekst, zamieszczony na blogu CEO. Jego autorkami są  dr Monika BoberskaZofia Karaszewska. Jest to reakcja tej fundacji na tragiczny stan sprawności fizycznej polskich dzieci i młodzieży:

 

 

Ewolucyjne dziedzictwo i nadrzędny cel mózgu

 

Natura stworzyła nasze ciała do ruchu i aktywności. Kiedyś od umiejętności szybkiego przemieszczania się zależało nasze przetrwanie, dlatego ewolucja wsparła taki rozwój naszych ciał, który sprzyja mobilności: od długich nóg po więzadło karkowe, zapobiegające bujaniu się głowy podczas biegu.

 

David Raichlen – antropolog z Uniwersytetu Arizony – dowodzi, że budowa ciała człowieka została ukształtowana przez potrzebę ruchu wytrzymałościowego, a nadrzędnym celem ludzkiego mózgu jest dążenie do aktywności.

 

Skoro ruch stanowi naturalny stan organizmu, to jego brak prowadzi nie tylko do osłabienia postawy ciała, ale też w dużej mierze wpływa na układ nerwowy i psychikę. Bezruch ogranicza naszą odporność psychiczną, zwiększa poziom stresu i obniża nastrój.

 

„Molekuły nadziei” – neurobiologia dobrostanu           

 

Psycholożka Kelly McGonigal w książce „Siła aktywności” podkreśla, że nasza fizjologia została stworzona do nagradzania za ruch. Podczas ćwiczeń mięśnie szkieletowe wydzielają do układu krwionośnego hormony, które uodporniają mózg na stres – naukowcy nazywają je molekułami nadziei1.

 

Regularne ćwiczenia przemodelowują strukturę mózgu, czyniąc nas bardziej skłonnymi do radości. Co więcej, ruch łagodzi stany zapalne, co chroni przed depresją i lękami, konkurując skutecznością z najnowocześniejszymi technikami leczenia.

 

Musimy odrzucić błąd Kartezjusza, który przekonał nas, że myślenie jest niezależne od materii. Jak wskazują neurolog António Damásio oraz lekarz Gabor Maté, ciało i umysł to jedność. Tętno, napięcie mięśni i mobilność mają realny wpływ na nasze decyzje i doświadczanie świata.

 

Szkoła w (bez)ruchu – wyzwanie współczesności

 

W świecie zdominowanym przez ekrany szkoła stała się miejscem, w którym nieświadomie wzmacniamy deficyty ruchu. Często błędnie uznajemy, że aktywność fizyczna to domena wyłącznie nauczycieli WF-u. Tymczasem dla dobrej jakości życia kluczowa jest codzienna drobna aktywność, a nie tylko zaplanowany trening.

 

Badania opublikowane w „British Journal of Sports Medicine” potwierdzają, że aktywność fizyczna istotnie redukuje objawy depresji i lęku, a największe korzyści dotyczą właśnie młodych dorosłych.

 

Od intencji do działania – jak wprowadzić zmianę?

 

Dlaczego sama wiedza, że ruch to zdrowie, nie wystarcza? Według modelu IMB oraz modelu HAPA potrzebujemy do zmiany trzech elementów: informacji, motywacji oraz konkretnych umiejętności behawioralnych i planowania.

 

Jakie zatem rekomendacje powinni wziąć sobie do serca nauczyciele i uczniowie? I co ważne, jak wdrożyć te rekomendacje w szkole? Jednym ze sprawdzonych sposobów jest metoda małych kroków. Oto kilka z nich, które proponujemy na początek.

 

KROK 1: AKTYWNA PRZERWA

 

Nauczyciel może stosować dla siebie tzw. aktywną przerwę. Aktywne przerwy śródlekcyjne nie muszą trwać 10 minut. Wystarczy 90 sekund intensywnego rozciągania lub biegu w miejscu między zadaniami. To nie marnowanie czasu – to inwestycja w skupienie na kolejne 20 minut, po którą możesz sięgnąć w połowie każdej lekcji. Siedzenie w czasie zajęć czy przy sprawdzaniu prac obniża sprawność fizyczną, zwiększa prawdopodobieństwo chorób układu krążenia, problemu nadwagi i otyłości oraz wiąże się z obniżeniem jakości życia. Aktywna przerwa to czas, w którym przestajesz wykonywać czynność siedzącą i poświęcasz kilka minut na ruch, np. kilkuminutowy spacer, zrobienie kilku prostych ćwiczeń. Aktywną przerwę powinno się robić po każdych 30 minutach siedzenia. Dzięki niej możemy zainwestować w lepsze warunki do nauki podczas ostatnich 15 minut (czyli aż jednej trzeciej!) każdej lekcji.

 

Dla nastolatka w fazie intensywnego wzrostu bezruch jest biologicznie nienaturalny. Rekomendacje WHO mówią o 60 minutach umiarkowanej aktywności każdego dnia, ale kluczowe jest również ograniczanie czasu spędzanego w pozycji siedzącej.

 

KROK 2: NAUKA W RUCHU

 

Wykorzystaj ruchowe metody nauczania. Czy powtórka materiału musi odbywać się w ławkach? Można przykładowo przypisać opcję A do prawej strony sali, a B – do lewej. Uczniowie odpowiadają, przemieszczając się po sali. Moment ruchu – przemieszczenia się po klasie – to ważny i często pomijany impuls dla mózgu do mobilizacji i zapamiętania informacji. Jeśli ciało mobilizuje się, by wstać, umysł również się obudzi, ale – co ważne – odczyta tę informację jako coś ważnego i wartego zapamiętania. Ciało i umysł są ze sobą ściśle powiązane. O ile często pamiętamy, że aktywność fizyczna pobudza pracę mózgu, o tyle równocześnie zapominamy, że brak aktywności ruchowej usypia mózg.

 

KROK 3: MODELOWANIE ZAMIAST POUCZANIA

 

Pamiętaj, że podobnie jak Ty codziennie obserwujesz swoich uczniów, oni również obserwują Ciebie. Jesteście w stałej interakcji. Twoje nastroje udzielają się uczniom, z kolei ich emocje czy działania wpływają na Ciebie. Jeśli robisz przysiady razem z uczniami podczas aktywnej przerwy, modelujesz pożądane zachowanie. Równocześnie zdejmujesz z aktywności etykietę nudnego obowiązku, a co najważniejsze – doświadczasz i pokazujesz, że służy ono również Tobie. Jedno działanie przekonuje skuteczniej niż tysiąc słów!

 

KROK 4: WSPÓLNE TWORZENIE TO WSPÓŁODPOWIEDZIALNOŚĆ

 

Kolejną zasadą jest włączanie uczniów w proces zmiany, a tym samym – oddawanie im współodpowiedzialności za realizowane działania. Psychologia zdrowia uczy nas, że zmiana narzucona z góry budzi opór. Zmiana wypracowana wspólnie tworzy zaangażowanie.

 

1.Zapytaj uczniów, jakiej formy ruchu potrzebują teraz najbardziej – rozciągania, ćwiczenia rozluźniającego czy może czegoś bardziej dynamicznego?

 

2.Wybierz „lidera ruchu” – niech wybrany uczeń przygotuje jedną 2-minutową zabawę ruchową na daną lekcję. Oddanie kontroli zwiększa ich autonomię i chęć do działania.

 

3.Wykorzystaj supermoc, jaką jest planowanie. Największy wróg zmiany to chaos. Użyj swojej wiedzy o dynamice grupy. Wiesz, kiedy klasa 6B wpada w popołudniowy letarg, a kiedy 4A rozpiera energia. Zastosuj strategię implementacji intencji – planowanie typu „Jeśli…, to…”: „Jeśli zobaczę, że połowa klasy zaczyna podpierać głowy, ogłaszam rundę szybkiego boksowania w powietrzu”. Nastaw budzik, który poinformuje Was, że minęło 20 minut lekcji. Jeśli go usłyszycie, będzie to sygnał, aby wstać i zrobić 2-minutową aktywną przerwę.

 

Podejmij wyzwanie

 

Drodzy nauczyciele!

 

Nikt nie zna specyfiki Waszej pracy tak dobrze jak Wy sami. Macie niesamowitą kreatywność, którą na co dzień wykorzystujecie do przekazywania wiedzy. Spróbujcie potraktować aktywność fizyczną jako paliwo dla tej wiedzy.

 

Nie zaczynajcie od rewolucji. Wybierzcie jedną klasę i jedną metodę. Sprawdźcie, jak zmieni się atmosfera na lekcji, gdy pozwolicie ciału na chwilę ekspresji.

 

Więcej inspiracji, gotowych scenariuszy i merytorycznego wsparcia znajdziecie w materiałach programu „Żyję zdrowo”  –  TUTAJ

 

Żyję zdrowo to program edukacyjny Fundacji ORLEN realizowany we współpracy z Centrum Edukacji Obywatelskiej pod patronatem honorowym Minister Edukacji.

 

Jeśli bliskie jest Ci podejście oparte na relacji, uważności i towarzyszeniu uczniom w drodze do zdrowia, program „Żyję zdrowo” może być naturalnym kolejnym krokiem.

 

 

To propozycja dla nauczycieli i wychowawców, którzy chcą budować edukację zdrowotną bez presji i moralizowania – za to z przestrzenią na doświadczenie, rozmowę i refleksję. Program oferuje gotowe scenariusze zajęć, ćwiczenia i projekty, które pomagają młodym ludziom lepiej rozumieć swoje ciało, emocje i potrzeby oraz stopniowo budować zdrowe nawyki.

 

Dowiedz się więcej  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.ceo.org.pl



Po tym, jak zamieściłem dziś rano tekst prof. Śliwerskiego, w którym ostro skrytykował ministrę Nowacką za jej wypowiedź, że „niektórzy rodzice ​​są zmorą szkoły” postanowiłem udostępnić post  Pawła Lęckiego –  popularnego komentatora edukacyjnego, byłego wieloletniego nauczyciela j. polskiego w II Liceum Ogólnokształcącym w Sopocie:

 

 

Barbara Nowacka ma świętą rację. Niektórzy rodzice są zmorą szkoły. I może to potwierdzić każdy nauczyciel. Choć w debacie publicznej dominuje oburzenie na słowa ministry edukacji, w szkolnych pokojach nauczycielskich od lat mówi się o tym samym – o rosnącej presji, przekraczaniu granic i relacjach, które coraz częściej zamiast wspierać, skutecznie utrudniają pracę –  pisze Magdalena Ignaciuk na łamach Strefy Edukacji.

 

 

 Z pewnością część rodziców jest zmorą polskiej szkoły. Spróbujmy jednak wymienić przy okazji inne zmory. Kolejność zupełnie przypadkowa:

 

– brak jakiegokolwiek sensownego kontaktu z częścią rodziców, żeby wspólnie rozwiązać problemy młodego człowieka

– brak zaufania

– przemoc ze strony części nauczycieli

– przemoc w kierunku nauczycieli

– przemoc rówieśnicza

– samotność

– niekompetencja CKE i fatalne kryteria oceniania np. matury z języka polskiego, które dają fałszywe wyniki

– rosnąca liczba odwołań

– ściąganie na maturze

– dwa obiegi – oficjalny oraz kursy i korepetycje

– narodowa tradycja obsadzenia MEN najbardziej niekompetentnymi politykami, jacy znaleźli się w promieniu widzenia władzy

– niemożność odcięcia polityki od edukacji

– brak docenienia roli nauczycieli przedszkoli

– dziwaczne instytuty badawcze, które wydają mnóstwo publicznych pieniędzy i kolportują głównie arogancję dyrekcji tych instytutów

– brak systemowych mostów między edukacją średnią a wyższą

– szlachetna utopia edukacji włączającej, która w obecnym kształcie jest nie do zrealizowania

– ci uczniowie z ogromną potrzebą nierobienia dosłownie niczego niezależnie od tego, co im się zaproponuje

– potężny spadek motywacji

– oczekiwanie, że nauczyciel będzie nie tylko przedmiotowcem, ale również: magikiem, psychologiem, lekarzem, przyjacielem, rodzicem zastępczym, biurem podróży, policjantem, pielęgniarką

– koszmarny kryzys związany z umiejętnością posługiwania się w miarę poprawnym językiem polskim

– niektóre organy prowadzące

– brak mądrych rozwiązań w kwestii wynagradzania dyrektorów

– niejasna rola kuratorów oświaty

– nieczytelna rola nauczycieli wspomagających kształcenie

– absurdalna rola wychowawców klas

– ukrywanie przemocy – również rówieśniczej

– znikanie nauczycieli

– starzenie się ciała pedagogicznego

– brak pomysłów na nowy system kształcenia nauczycieli

– mobbing

– wypalenie zawodowe

– absurdalny awans zawodowy

– brak systemowego wsparcia dla nauczycieli

– brak systemowego tutoringu, który jest jednym z najlepszych sposobów na budowie przestrzeni zaufania i bezpieczeństwa

– rzecznik praw ucznia

– brak rzecznika praw ucznia

– prace domowe

– brak prac domowych

– sprawdziany

– brak sprawdzianów

– sztuczna inteligencja

– brak sztucznej inteligencji

– zakaz korzystania z telefonów

– brak zakazu korzystania z telefonów

– egzaminy

– brak egzaminów

– obowiązkowa matura z matematyki

– brak obowiązkowej matury z matematyki.

 

Zmorą polskiej szkoły jest również to, że każdy ma jakąś swoją zmorę i może dopisać do listy. Poza bańkami nie potrafimy rozmawiać o edukacji, pieścimy się pozycjami, które zajmujemy, okopujemy się na barykadach, targają nami emocje, jesteśmy przekonani, że mamy rację, a inne racje są bez racji, nie opieramy się na badaniach lub opieramy się wybiórczo, trwonimy energię nie tam, gdzie jest realnie potrzebna.

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/pawel.lecki79/



Oto fragmenty tekstu Joanny Ćwiek-Śwideckiej, opublikowanego w „Rzeczpospolitej” 7 maja b.r.. Oczywiście – cały artykuł możecie przeczytać klikając w link:

 

 

Polska szkoła ma problem z maturą. Internet go obnażył

 

Stworzyliśmy system egzaminów maturalnych oparty na rozsądnych założeniach. Problem w tym, że nie potrafimy tych egzaminów rzetelnie przeprowadzić. […]

 

Problem z Maturą 2026. Smartfon ukryty w szkolnej toalecie

 

Jak to się mogło stać? Oczywiście za sprawą smartfonów. CKE podaje, że codziennie z tego powodu zostaje unieważniony egzamin kilkunastu osobom. Nie wiadomo, ilu osób nie złapano. Zwłaszcza że co bardziej zapobiegliwi maturzyści ukrywali telefon w szkolnej toalecie i spisywali odpowiedzi na rękę. Ot, nowa wersja kanapki ze ściągą zamiast sałaty.[…]

 

Tylko na co tu czekać? Skoro postawiliśmy na taki właśnie system egzaminów, skoro wiemy, że zbyt często dochodzi do nieprawidłowości, to trzeba je jak najszybciej usunąć. Centra egzaminacyjne wydają się być dobrym, choć kosztownym pomysłem.

 

Dlaczego? Bo to może pomóc nie tylko wyeliminować nieprawidłowości, ale także nie trzeba będzie zamykać szkół praktycznie na cały maj, by móc te egzaminy przeprowadzić. A uczniowie młodszych klas będą mogli się normalnie uczyć, zamiast snuć się po okolicy.

 

Inną sprawą są komisje, w których zasiadają nauczyciele. Ale nie jestem przekonana, czy do pilnowania porządku na egzaminie zdawanym prawie zawsze przez dorosłych ludzi powinni być wysoko wykwalifikowani pedagodzy wypełniający tę rolę z poczucia misji. W czasie strajku nauczycieli w 2019 r. rządzący nie mieli problemu, by uznać, że mogą to robić m.in. leśnicy i siostry zakonne. Tyle że dla komisji trzeba by znaleźć pieniądze. Nauczyciele robią to nieodpłatnie. […]

 

Jeśli więc chcemy mieć uczciwe i miarodajne wyniki egzaminów maturalnych, musimy zbudować system egzaminacyjny z prawdziwego zdarzenia. Nawet jeśli to kosztuje.

 

 

Cały tekst „Polska szkoła ma problem z maturą. Internet go obnażył”  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.rp.pl

 



Rzadko zaglądam na blog „Co z tą edukacją”, prowadzony przez Jarosława Blocha. Dlatego dopiero dzisiaj zobaczyłem, zamieszczony tam 29 kwietnia tekst, którego nie mogę nie upublicznić także na OE::

 

 

Rodzic sceptyczny

 

Politycy są często obrażeni na rodziców, że ci nie nadążają za ich wizjami. Jakże rodzice mogą nie akceptować rozwiązań, które przecież są dobre? Rodzice zaś, nauczeni wieloletnimi eksperymentami robionymi na żywych organizmach ich dzieci, są sceptyczni. I nie dziwię się, sam jestem rodzicem i moje dzieci przeszły przez system szkolny. Problem bowiem nie tkwi w zasadności samych pomysłów, lecz w jakości ich wprowadzania, a ta jakość pozostawia często wiele do życzenia.

 

Na początku zaznaczę, że ofiarą tych nieprzygotowanych pomysłów padają przede wszystkim dzieci, ale na podobnej pozycji są też nauczyciele. Ministerstwo wymyśla, dyrektor wprowadza, a oni jeśli się nie zgadzają, mogą się co najwyżej zwolnić…

 

Rodzice mają podstawy aby mieć wątpliwości co do jakości wprowadzanych nowych przedmiotów. Przyzwyczaili się już, że polityk coś wymyśla, na szybko wprowadza, a ich dzieci są poligonem doświadczalnym. Nauczyciele nie zawsze są przygotowani do nauki nowego przedmiotu (choć według ministerstwa są, bo tak jest na papierze). No i nie zawsze ten nauczyciel jest, często są to osoby z łapanki, bo dyrektorzy z braku kadr, łatają jak mogą. Nie pomaga w tym kiepska sytuacja finansowa, która wygania nauczycieli z zawodu, a młodych nie przyciąga.

 

A ministrowie lekką ręką przestawiają pionki na szachownicy. Tak postąpiła kiedyś pani Hall z Platformy Obywatelskiej, wprowadzając wczesne profilowanie klas i zmiany w podstawach (słynna jedna godzina, na której kończono podstawę z gimnazjum…), a młodzież traciła kontakt z większością przedmiotów ogólnych w wieku 15 lat… Zaorała przy okazji nauczycieli przysposobienia obronnego w szkołach średnich, którzy na nowym przedmiocie edukacji dla bezpieczeństwa (po co zmieniono nazwę, do dziś nie wiem)  stracili połowę godzin, a młodzież straciła mnóstwo treści z pierwszej pomocy i edukacji zdrowotnej (!!!). W międzyczasie starano się wtłoczyć sześciolatków do kompletnie na to nieprzygotowanych szkół, zapewniając jednocześnie rodziców, że szkoły są na to przygotowane…

 

Potem pionki przewróciła minister Zalewska likwidując gimnazja. W konsekwencji czego: młodzież została wciśnięta znów do podstawówki, a godziny naprędce upychano w podstawówkach i liceach, które nie były na to przygotowane,  w sposób oczywiście chaotyczny i nieprzemyślany. Nie zadbano o dodatkową opiekę psychologiczną, bo nie przewidziano, że starsza, dorastająca  młodzież w podstawówce zwiększy ilość dodatkowych problemów. Nieprawdziwy hejt, który szedł wtedy na uczniów i nauczycieli gimnazjów, był jedyną „podstawą” deformy, której konsekwencje ponosimy dziś w postaci słabych podstawówek niwelujących szanse dzieci na lepszą edukację. Rządy Zalewskiej zakończyły się strajkiem nauczycieli, po którym odeszło z zawodu wielu dobrych pedagogów, a w szkoły zaczęły funkcjonować dzięki emerytom.

 

Era ministra Piontkowskiego naznaczona była pandemią, za którą co prawda minister nie był odpowiedzialny, ale jego obóz polityczny, poprzez pozorowaną walkę z pandemią,  znacząco przyczynił się do nienaturalnie długiego zamknięcia dzieci i młodzieży w domach, czego konsekwencje ponosimy do dziś w postaci problemów psychicznych i braków merytorycznych z tego okresu.

 

Z kolei minister Czarnek wprowadził nieakceptowany przez większość rodziców HiT, opierając go na kontrowersyjnym podręczniku, kontrowersyjnego autora. Oczywiście nie zadbał o przygotowanie merytoryczne nauczycieli, stwierdzając, że ono już przecież jest (na papierze). Forsując swe zmiany programowe wprowadził chaos w arkuszach organizacyjnych szkół.

 

Młodzież nie zdążyła się do HiTu przyzwyczaić, gdy minister Nowacka zlikwidowała HiT wprowadzając kolejny chaos i zaczęła forsować edukację zdrowotną, do której znów nie przygotowała kadr (choć na papierze wszystko się zgadzało), wywołała polityczną awanturę, choć mogła zagadnienia te dołączyć do podstaw programowych innych przedmiotów, czego krytycy tych treści pewnie by nawet nie zauważyli. Minister Nowacka zapowiadała nową jakość, ale rodzice tej nowej jakości nie zobaczyli. Nadal ministerstwo jest „nieomylne”, nadal wprowadza rozwiązania, które nie mają nawet akceptacji tych, którzy mają je wdrażać.

 

Jak w takich warunkach rodzice mają ufać politykom w kwestii edukacji? To ich dzieci traktowane są instrumentalnie, to ich dzieci są ofiarą bałaganu, pośpiechu i arogancji polityków. Jak młodzież ma ufać politykom? Rozwiązania, które proponują politycy nie zawsze są pozbawione sensu, ale podstawowym problemem jest zbyt szybkie tempo ich wprowadzania, co przekłada się potem na problemy organizacyjne i niedociągnięcia, które odbijają się na uczniach, ale też na postrzeganiu kolejnych zmian przez rodziców. Rodzice słysząc hasła „zmiany”, „nowe przedmioty”, mają przeważnie obraz bałaganu, który obserwowali w przeszłości i nie są do nich nastawieni pozytywnie. Ktoś się dziwi?

 

 

Źródło: www.jaroslawbloch.ov

 



Oto zamieszczony wczoraj na blogu „Wokół Szkoły” tekst Jarosława Pytlaka, w którym, kompetentnie, odpowiada na tytułowe pytanie:

 

 

Czy można wierzyć nauczycielowi?

 

Odpowiadając na tytułowe pytanie: można. Należy. Warto! W dobrze pojętym interesie dziecka i społeczności, do której ono należy. Poniżej garść moich przemyśleń na ten temat, inspirowanych szkolną codziennością.

 

x           x           x

 

Cały czas usilnie staram się do tego przyzwyczaić i cały czas mam z tym problem. Chodzi o brak zaufania do nauczycieli; przekonanie niektórych rodziców, że potrafią kompetentnie wskazać ich błędy i opisać, jak powinni postąpić w sposób właściwy. Taka postawa ujawnia się w różnych sytuacjach, na przykład w postaci komentarza do przebiegu zajęć, ustalonej oceny, notatki wpisanej w sprawdzonej pracy klasowej, informacji o takim czy innym szkolnym działaniu. I nie jest okolicznością łagodzącą ostrość ferowanych sądów wykształcenie nauczyciela, jego doświadczenie, ogarnianie tematu w szerszym kontekście, np. całej klasy, a nie tylko pojedynczego dziecka.

 

Często czytam w internecie, że jako nauczyciele powinniśmy pilnie słuchać tego, co mówią rodzice, że marzy nam się niekwestionowany autorytet, na który nie zasługujemy, bo przecież popełniamy wiele błędów. Że rolą rodzica jest stawanie w obronie swojego dziecka. Zadaję sobie wtedy pytanie, czy ten sam rodzic w gabinecie lekarza z równą pryncypialnością podważa diagnozę i przepisaną terapię?! Oczywiście materia jest nieco inna, ale analogia sama mi się narzuca. Znam się na pracy dydaktycznej i wychowawczej, którą wykonuję, i którą równocześnie nadzoruję w szkole, pełniąc funkcję dyrektora. Efekty tej pracy są widoczne, a że trwam na stanowisku 36 lat, to muszą być dobrze oceniane. A jednak czasem to nie wystarcza.

 

Najczęściej problem pojawia się w przypadkach dotyczących niewłaściwego zachowania ucznia. Niby taka szkolna rutyna – na przykład, padło wulgarne słowo pod adresem innego dziecka, nauczyciel reaguje, wpisuje uwagę, i w rezultacie… otrzymuje obszerną informację „jak było naprawdę”. Dziecko przedstawia w domu swoją własną wersję wydarzeń, niezawodnie dla siebie korzystną. Nie padło takie słowo, tylko inne. Nie była to agresja, tylko takie żarty. Pokrzywdzony sam zaczął. I tak dalej.

 

Od kilku lat już nawet zwykła uwaga w dzienniku może stać się zarzewiem konfliktu. Bo „według dziecka to było inaczej”. Albo, „to zachowanie nie pasuje do mojego dziecka”. Nauczyciele coraz więcej czasu muszą poświęcać na wyjaśnienie kwestii, które z ich punktu widzenia są oczywiste. Epistolografia elektroniczna kwitnie. Sprawy, które powinny się kończyć krótką reprymendą rodzica wobec ucznia i nakazem przeproszenia w szkole za zaistniałą sytuację, zaczynają ciągnąć się niczym rozprawy sądowe. Nawet po zakończeniu pozostawiają osad poczucia krzywdy. Obustronne poczucie solidarnego udziału w wychowaniu ma status kwiatu paproci.

 

Problemy opisanego tutaj typu coraz częściej trafiają do gabinetu dyrektora szkoły. Mój argument, że nauczyciel ma dobrą wolę i nie ma powodu, by krzywdzić dziecko niesłusznym oskarżeniem, w dobie powszechnej nieufności zazwyczaj okazuje się nieskuteczny. Bo przecież może mieć taki powód, w postaci choćby braku sympatii do dziecka, faworyzowania innego, albo chęci ukrycia jakiegoś swojego błędu. Trudno z tym dyskutować, ale na jedno pozwolę sobie zwrócić uwagę Szanownych Rodziców. Na jakiej podstawie uważacie, że relacja zdana przez dziecko w domu jest prawdziwa, podczas gdy wersja, którą przedstawia Wam nauczyciel – fałszywa?! „Moje dziecko nie kłamie”?! A dlaczego?! Skąd ta pewność, że w domu mówi prawdę?! Skąd pewność, że nie czuje obawy przed przyznaniem się rodzicom do nieładnego postępku?! A może ma – chwalebną skądinąd – pewność wsparcia w domu i wykorzystuje ją, by uniknąć szkolnych konsekwencji?!

 

Drodzy Rodzice! Pamiętajcie, że szkolne konflikty zazwyczaj dotyczą nie tylko Waszego dziecka, ale także innych uczniów! Nie macie takiej możliwości, jaką ma nauczyciel – spojrzenia na sprawę z perspektywy innych zainteresowanych, całej grupy. Zdecydowana większość nauczycieli to rzetelni specjaliści w swojej pracy. Mogą mieć inne zdanie niż Wy i niż Wasze dziecko. Należy je szanować. Warto je szanować! A dziecko, pośród wielu różnych praw, powinno mieć również prawo do przeżywania przykrych konsekwencji swoich błędów, nieuchronnych w młodości. Jako dyrektor, czasem nakładam na uczniów kary. Nie dlatego, że ich nie lubię, czy nie chcę ich dobra. Właśnie dlatego, że lubię ich z samego założenia, a ich dobro i właściwy rozwój są dla mnie najważniejsze. Temu służy cała moja wiedza i doświadczenie, i inspirowane przez nie decyzje, także te, które dla dziecka są nieprzyjemne.

 

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/

 

 



Portal „Edunews” zamieścił dzisiaj krótki tekst, dzięki któremu dowiedziałem się o wynikach sondażu opinii uczniów, które zebrała firma „VULCAN o ich przygotowaniach do egzaminów: maturalnych i ósmoklasisty:

 

 

Wyzwania uczniów w przygotowaniach do egzaminów

 

Tuż przed maturą ukazał się krótki raport zbierający głosy uczniów o trudnościach w przygotowaniach do egzaminu ósmoklasisty i matury oraz o tym, jakiego wsparcia najbardziej potrzebują. O potrzeby i oczekiwania na etapie przygotowań do egzaminów kończących etapy kształcenia zapytała uczniów firma Vulcan.

 

Raport pokazuje przede wszystkim, że uczniowie mają największe trudności nie tylko z konkretnymi zagadnieniami (zwłaszcza z matematyki, języka polskiego i języków obcych), ale też z samym procesem przygotowania do egzaminów. Wśród problemów merytorycznych dominują te obszary, które wymagają zrozumienia i samodzielnego myślenia, a nie tylko odtwarzania wiedzy.

 

Jednocześnie uczniowie jasno wskazują, które elementy nauki są dla nich najbardziej wymagające — to cenna informacja, bo pozwala lepiej dopasować metody nauczania i wsparcia.

 

Duże znaczenie mają czynniki pozamerytoryczne: brak czasu, stres oraz trudności w planowaniu nauki. To oznacza, że problem nie leży wyłącznie w wiedzy, ale także w organizacji pracy i dobrostanie psychicznym uczniów.

 

Ważnym wnioskiem jest również to, że uczniowie potrzebują bardziej ukierunkowanego wsparcia edukacyjnego — zarówno w zakresie tłumaczenia trudnych treści, jak i w rozwijaniu umiejętności uczenia się. To chyba ciągle dość zaniedbany obszar w edukacji szkolnej, na który warto zwracać częściej uwagę (i organizować różne aktywności) nie tylko w rocznikach kończących szkołę.

 

Porównanie procesów przygotowań do egzaminu ósmoklasisty i matury pokazuje, że choć poziom trudności jest różny, to wiele wyzwań się powtarza — szczególnie w obszarze stresu i zarządzania nauką. Zarówno młodsi, jak i starsi uczniowie wskazują te same kluczowe obszary trudności: rozumienie materiału, jego zastosowanie oraz organizację nauki. Różnica polega głównie na skali trudności i poziomie samodzielności wymaganym na egzaminie.

 

 

 

 

 

Raport. Wyzwania uczniów w przygotowaniach do egzaminu ósmoklasisty i matury. Analiza na podstawie odpowiedzi konkursowych uczniów  –   TUTAJ

 

 

 

 

Źródło: www.edunews.pl



Skoro dzisiaj odbył się kolejny egzamin maturalny – z matematyki, także i na OE jest to temat dnia. Zacznę od fragmentów tekstu z portalu „Strefa Edukacji”, zatytułowanego dość pesymistycznie:

 

 

„Widzimy się w sierpniu”. Matematyka nie zostawiła maturzystom złudzeń

 

[…]

 

Na maturze z matematyki nie ma miejsca na interpretację i lanie wody. Tu rządzi konkretny wynik. To właśnie ta jednoznaczność sprawia, że po wyjściu z sal egzaminacyjnych wybucha prawdziwa burza, a maturzyści gorączkowo porównują odpowiedzi w poszukiwaniu potwierdzenia swoich racji.

Choć arkusz trzymał się sztywno podstawy programowej, dla wielu uczniów starcie z „podchwytliwą” treścią okazało się emocjonalnym rollercoasterem. [….]

 

Maturę z matematyki ocenił dla nas Mateusz Gawlik – wyróżniony absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej, wieloletni nauczyciel matematyki i założyciel GAWLIK – Krakowskiej Szkoły Korepetycji. Laureat tytułu Nauczyciel Roku Polskich Szkół Ponadpodstawowych 2024, autor publikacji z zakresu matematyki, aktywny doradca ds. jakości kształcenia i uczestnik debaty edukacyjnej.

 

Tegoroczny arkusz mógł zaskoczyć maturzystów nieco innym niż zazwyczaj podziałem punktów za poszczególne obszary wiedzy. Zadanie optymalizacyjne – będące pewniakiem zazwyczaj za 4 albo 5 punktów tym razem ograniczone zostało do dwóch pytań testowych. Stresujący mógł okazać się również (co prawda bardzo prosty ale jednak ) dowód geometryczny – skomentował Mateusz Gawlik.

To nie wszystko.

 

Nie zabrakło oczywiście klasyki jak nierówność kwadratowa, albo procenty i prawa działań na logarytmach, które spokojnie gwarantowały wraz z kilkoma innymi typowymi i schematycznymi zadaniami przeskoczenie progu zdawalności. Uzyskanie wyniku trzycyfrowego mogło jednak stanowić spore wyzwanie nawet dla osób celujących wysoko na zbliżającym się poziomie rozszerzonympodsumował ekspert. […]

 

 

 

Cały tekst „Widzimy się w sierpniu”. Matematyka nie zostawiła maturzystom złudzeń” –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.strefaedukacji.pl

 

 

x           x           x

 

Drugim materiałem będzie plik z YouTube – także w związku z maturami.

 

Nie wiedziałbym o tym, gdyby nie post na fb-profilu „Marcin Józefaciuk – Twój Poseł”:

 

 

 

A oto plik z nagraniem tego  wywiadu

 

 

 

Wyciek arkuszy maturalnych. Piechna-Więckiewicz: rozważamy zawiadomienie do prokuratury   –  plik YoyTube (22’03”) –  TUTAJ

: