
Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'
Nie mogłem się powstrzymać przed udostępnieniem czytelnikom OE tego wnikliwego komentarza do informacji CKE o wynikach tegorocznej matury. A jest to, zamieszczony wczoraj na blogu „Pedagog”, tekst prof., Boguslawa Śliwerskiego, trego tytuł w zupełności wystarcza jako uzasadnienie tej mojej decyzji:
Czego nie uwzględnia Centralna Komisja Egzaminacyjna we wstępnej analizie wyników matury 2026
Po opublikowaniu przez CKE wstępnych wyników egzaminu maturalnego w 2026 roku najbardziej uderza nie to, co zostało podane, lecz to, czego z tych danych instytucja nie wydobywa interpretacyjnie. CKE pozostaje przy bezpiecznej formule komunikatu egzaminacyjnego: liczba zdających, odsetek sukcesów, prawo do poprawki, średnie, mediany, skale centylowe, staniny, typ szkoły, województwo. Komunikuje zatem dane, które są potrzebne, ale potraktowała je jako wynik procedury, a nie jako objaw stanu systemu szkolnego w III RP za rządów Barbary Nowackiej.
Najważniejsze pominięcia są następujące.
1.Marginalizowane jest strukturalne rozwarstwienie typów szkół
CKE pokazuje różnice między liceami, technikami i branżowymi szkołami II stopnia, ale nie komentuje ich jako problemu pogłębiającej się stratyfikacji społecznej (sprawiedliwości edukacyjnej), a przecież oświatą rządzi lewica.
Dane są bardzo mocne: maturę zdało 85,9% absolwentów liceów, 71,3% absolwentów techników i tylko 15,4% absolwentów branżowych szkół II stopnia. W tej ostatniej grupie aż 56,2% nie zdało matury z więcej niż jednego przedmiotu. To nie jest już tylko różnica „wyników”, lecz sygnał, że matura funkcjonuje w różnych segmentach szkolnictwa jako zupełnie inny próg selekcyjny.
2.Niedostrzegane jest to, że „prawo do poprawki” zaciera skalę niepewnego sukcesu
W oficjalnym komunikacie 81,1% to „matura zdana”, 12,3% to „prawo do poprawki”, a 6,6% to „matura niezdana”. Ten środkowy odsetek łagodzi obraz sytuacji. Nie jest to jeszcze porażka, ale też nie jest to sukces.
W technikach prawo do poprawki ma 18,5% absolwentów, czyli prawie co piąty zdający. W branżowych szkołach II stopnia aż 28,4%. Dane ilustrują ogromną strefę egzaminacyjnej kruchości, której CKE nie interpretuje pedagogicznie.
3.Pomijany jest problem realnej funkcji branżowej szkoły II stopnia
Formalnie absolwenci tej szkoły mogą przystępować do matury. Statystycznie jednak tylko 257 z 1671 osób zdało egzamin, czyli 15,4%. Można więc zapytać, czy szkoła ta rzeczywiście pełni funkcję drogi do dalszego kształcenia, czy raczej jedynie symbolicznie otwiera taką możliwość. CKE podaje ten wynik w przypisie, niejako na marginesie tabeli, choć właśnie on powinien być jednym z głównych punktów debaty o drożności systemu edukacji.
4.Niedostatecznie komentowana jest różnica między średnią a realnym poziomem kompetencji
Średnia z języka polskiego podstawowego wynosi 59%, z matematyki podstawowej także 59%, a z języka angielskiego podstawowego 78%. Czy te liczby mogą uspokajać? Po pierwsze, po rozbiciu na typ szkoły widać istotne pęknięcie:
-w liceach średnia z matematyki podstawowej to 63%, w technikach 50%;
-z języka polskiego 62% w liceach i 52% w technikach;
-z angielskiego 82% w liceach i 70% w technikach.
To są różnice nie tylko egzaminacyjne, ale środowiskowe, kulturowe i instytucjonalne. Od lat maturzyści gorzej znają język polski niż angielski.
5.Marginalizowana jest słabość wyników na poziomie rozszerzonym
CKE podaje parametry statystyczne rozszerzeń, ale nie komentuje ich jako problemu przygotowania do studiów. Tymczasem mediany i średnie wielu rozszerzeń są niskie: biologia rozszerzona — mediana 37%, średnia 41%;
chemia — 38% i 41%;
geografia — 37% i 41%;
informatyka — 36% i 40%;
filozofia — 30% i 35%.
W technikach wyniki rozszerzeń bywają jeszcze niższe:
matematyka rozszerzona ma medianę 10% i średnią 19%,
chemia 8% i 15%,
fizyka 10% i 19%.
Z ponad miesięcznym „poślizgiem” prof. Bogusław Śliwerski poinformował dzisiaj na swoim blogu o tym, że 2 czerwca Prezydent podpisał nominację na profesora doktorowi. hab. Pawłowi Rudnickiemu. Przyznam się, że dopiero przeczytawszy ten post dowiedziałem się nie tylko o tym, że taki profesor Dolnośląskiego Uniwersytetu we Wrocławiu tam pracuje, ale także do tej chwili nic nie wiedziałem o charakterze jego dorobku naukowego. I to dlatego, mimo wakacji, postanowiłem ten tekst zamieścić na OE:
Źródło: www.researchgate.net/profile/Pawel-Rudnicki
Prof. dr hab. Pawel Rudnicki – pedagog, politolog oraz wykładowca Uniwersytetu Dolnośląskiego we Wrocławiu.
Pedagogika wzbogacona o kolejnego profesora – PAWŁA RUDNICKIEGO
Prezydent RP podpisał nominację Profesorowi Pawłowi Rudnickiemu.
Dorobek naukowy prof. dr. hab. Pawła Rudnickiego sytuuje się w nurcie pedagogiki krytycznej, emancypacyjnej i społecznie zaangażowanej. Jest to pedagogika, która nie poprzestaje na opisie rzeczywistości edukacyjnej, lecz pyta o mechanizmy nierówności, wykluczenia, dominacji i przemocy symbolicznej. W centrum jego zainteresowań znajduje się człowiek działający w warunkach społecznego napięcia: buntujący się, pomagający, uczący się, migrujący, organizujący wsparcie, poszukujący sprawczości i godności.
Już rozprawa doktorska, obroniona z wyróżnieniem w 2008 roku, zatytułowana „Społeczne i indywidualne oblicza buntu w biografiach Kontestatorów”, zapowiadała zasadniczy kierunek jego badań. Bunt został w niej potraktowany nie jako przejaw niedostosowania, lecz jako forma odpowiedzi na niesprawiedliwość, opresję i ograniczenie podmiotowości. Habilitacja z 2016 roku, oparta na rozprawie „Pedagogie małych działań. Krytyczne studium alternatyw edukacyjnych”, rozwinęła tę perspektywę w stronę badań nad oddolnymi, alternatywnymi i wspólnotowymi praktykami edukacyjnymi.
Szczególną wartość dorobku prof. Pawła Rudnickiego stanowi jego wyraźna aksjologia pedagogiczna: wrażliwość na problemy społeczne i kulturowe, zaangażowanie na rzecz grup mniejszościowych i marginalizowanych oraz konsekwentne łączenie refleksji naukowej z odpowiedzialnością społeczną. Nie jest to pedagogika deklaratywna, lecz sprawdzana w działaniu — w praktykach interwencyjnych, projektach badawczych, sieciach współpracy i obecności w środowiskach, których doświadczenia stają się przedmiotem pogłębionej analizy.
Do najważniejszych osiągnięć naukowych prof. Rudnickiego należą monografie „Przecież jesteśmy!” oraz „Kto, jak nie my?”. Pierwsza z nich została wyróżniona nagrodą Łódzkiego Towarzystwa Naukowego, druga zaś potwierdza oryginalność jego warsztatu jako badacza zaangażowanego, łączącego rolę narratora, uczestnika i interpretatora doświadczeń społecznych. Szczególnie cenne jest rozwijane przez niego podejście określane jako „badania w ruchu” — elastyczne, refleksyjne i etycznie ugruntowane badania jakościowe prowadzone w warunkach dynamicznej zmiany społecznej.
Jego innowacyjność metodologiczna polega na twórczym łączeniu badań biograficznych, autoetnograficznych, etnografii edukacyjnej, studiów przypadków, metod interwencyjnych i krytycznej analizy społecznej. Prof. Rudnicki nie ukrywa własnego usytuowania badacza, lecz czyni je przedmiotem refleksji metodologicznej. W jego pracach zaangażowanie nie zastępuje rygoru naukowego, lecz nadaje mu etyczny sens. Przejrzyste procedury badawcze, bogaty materiał empiryczny, systematyczne kodowanie danych i namysł nad dylematami etycznymi świadczą o wysokiej jakości jego warsztatu.
Istotny jest również międzynarodowy wymiar jego aktywności. Prof. Rudnicki zbudował trwałą sieć współpracy badawczej z ośrodkami Europy Środkowo-Wschodniej, współtworząc między innymi sieć EMCE — Education and Migration in Central Europe. Inicjatywa ta, rozwijana z badaczami z Polski, Czech, Ukrainy, Niemiec i Węgier, potwierdza znaczenie jego pracy dla badań nad edukacją, migracją, obywatelskością i solidarnością społeczną.
Prof. Paweł Rudnicki reprezentuje pedagogikę, która łączy krytyczne rozpoznanie świata z nadzieją na jego zmianę. Jego dorobek wzbogaca teorię pedagogiczną, rozwija metodologię badań jakościowych i dostarcza impulsów do praktyk edukacyjnych oraz społecznych. Jest to twórczość naukowa wyraźnie rozpoznawalna, oryginalna i społecznie potrzebna — zakorzeniona w etyce odpowiedzialności, solidarności i troski o tych, których głos bywa w życiu publicznym najsłabiej słyszalny. […]
Źródło: www.sliwerski-pedagog.blogspot.com
Nie mogłem powstrzymać się przed zamieszczaniem choć fragmentów tej sensacyjnej informacji, zaczerpniętej z teksu, zamieszczonego dzisiaj na „Portalu dla Edykacji”:
Koniec epoki w ZNP. Sławomir Broniarz po trzech dekadach przestanie być prezesem
[…]
Informacja o odejściu Sławomira Broniarza ze stanowiska szefa ZNP gruchnęła w piątek rano. Taką deklarację złożył w Radiu ZET. Powiedział, że obecna kadencja będzie jego ostatnią w tym fotelu. W rozmowie z Portalem Samorządowym Broniarz podtrzymuje swoje plany. Przyznaje, że faktycznie zamierza odejść, ale dopiero po zakończeniu obecnej kadencji.
Zjazd ZNP odbędzie się w roku 2029. Więc jeszcze mamy trzy lata do tego faktu – mówi Sławomir Broniarz.
Na pytanie, co zamierza wówczas robić odpowiada: – Gdybym mógł o tym dzisiaj mówić, to pewnie bym powiedział. Takie rzeczy trzeba uzgodnić z tymi, którzy będą w tym uczestniczyli. Tutaj nie ma żadnej tajemnicy – będę miał wiek emerytalny, będę mógł grać w tenisa, uprawiać różne formy aktywności, w tym również zawodowej. Ale poczekajmy do zjazdu, który odbędzie się w przewidzianym terminie – stwierdza prezes ZNP. […]
Sławomir Broniarz kieruje Związkiem Nauczycielstwa Polskiego nieprzerwanie od 1998 r. […]
Cały tekst „Koniec epoki w ZNP. Sławomir Broniarz po trzech dekadach przestanie być prezesem” – TUTAJ
Źródło: www.portalsamorzadowy.pl
x x x
Ów tekst stał się bodźcem do zdobycia informacji jak długo pełnią swe funkcje inni liderzy nauczycielskich związków zawodowych. Oczywistym stało się poszukanie informacji od kiedy Zastępcą Prezesa ZNP jest znany mi Łodzianin – Krzysztof Baszczyński. Z informacji dostępnych w Internecie dowiedziałem się, że był on wiceprezesem ZG ZNP w latach 2006 – 2023 r., czyli nieprzerwanie przez 17 lat
Następnie poszukałem informacji o poprzednim Przewodniczącym Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność”, którym był Ryszard Proksa. Dowiedziałem się, że po raz pierwszy został przewodniczącym KSOiW NSZZ „Solidarność” w 2006 roku i funkcję tę pełnił nieprzerwanie przez kolejne lata – aż do połowy roku 2023, czyli także 17 lat.
Niejako „z rozpędu” postanowiłem dowiedzieć się od jak dawna całym NSZZ „solidarność” kieruje jego aktualny przewodniczący – pan Piotr Duda. I już wiem: pełni tę funkcję od 2010 roku, czyli już 16 rok i nic nie słychać, aby miał zrezygnować. Jego obecna kadencja skończy się w roku 2028. Ale wszak nie ma we władzach związków zawodowych kadencyjności. Ich szefowie przestają pełnić te funkcje kiedy – jak Prezes Broniarz – postanowią zostać emerytami, albo… albo jeśli na ponowną kadencję nie wybierze ich zjazd delegatów….
Jak widać jest to stanowisko o wiele pewniejsze od bycia Prezydentem RP (tylko 10 lat), i od pełnienia obowiązków Premiera RP – bo to zależy od układu politycznego w Sejmie. Od 1990 roku najdłużej, nieprzerwanie, premierem był Jerzy Buzek – 1449 dni (to niecałe 4 lata), a najkrócej panowie: Jan Olszewski – 165 dni i Kazimierz Marcinkiewicz – 256. Oczywiście nie wiadomo jeszcze ile w sumie tych lat „zaliczy” aktualny Premier – Donald Tusk. Ale to jest wyjątek, który jedynie potwierdza regułę…
Odrębnym tematem są zarobki liderów owych związków zawodowych – nie tylko w porównaniu do zarobku nauczyciela dyplomowanego, ale także do uposażenia prezesów rady ministrów. Ale to już temat na inne opowiadanie…. [W K}
Przeglądając z przyzwyczajenia czy moi stali dostarczyciele tekstów nie zamieścili, mimo wakacji, czegoś ciekawego, znalazłem zamieszczony wczoraj na blogu :Wokół Szkoły” tekst Jarosława Pytlaka. Nie mogłem go nie udostępnić na OE:
MEN nie uczy się na błędach!
Bez większego rozgłosu pojawił się projekt ustawy wprowadzającej państwowy e-dziennik. Niemalże już, zaraz, od ręki, bo pilotaż ma ruszyć za niespełna dwa miesiące, a od września 2027 roku ma już być dostępna wersja w pełni funkcjonalna. Podobno bezpłatna, co ma ją odróżnić od powszechnie dzisiaj używanych e-dzienników oferowanych przez firmy prywatne. W tym momencie aż prosi się, by przypomnieć mądrość ludową, że nie ma darmowych obiadów – ktoś będzie musiał ponosić koszty utrzymania systemów umożliwiających eksploatację. Nie licząc już nawet bieżącej obsługi, bo tę już dzisiaj zapewniają pro bono nauczyciele i dyrektorzy szkół, w ramach swojego 40-godzinnego tygodnia pracy.
12 lat temu, za kadencji Joanny Kluzik-Rostkowskiej, mieliśmy już do czynienia w MEN z podobnym pomysłem. Postanowiono wtedy wydać i rozdać za darmo „Nasz elementarz”, jedyny słuszny – jak go wówczas ironicznie nazwałem – podręcznik dla klas 1-3 szkoły podstawowej. Żeby zdusić konkurencję (bo jakością ów produkt specjalnie się nie wyróżniał) zarządzono, że jeśli jakaś szkoła nie skorzysta z państwowej oferty, książki innego wydawcy organ prowadzący będzie musiał zakupić dla uczniów z własnych środków.
Był to koncept czysto polityczny. Ministerstwo wzięło na siebie rolę wydawcy i dystrybutora, do czego nie miało absolutnie żadnych kwalifikacji i zasobów. Miało natomiast ideologiczne wzmożenie.
Skończyło się tak, jak skończyć się musiało – oferta „jedynego słusznego” w niedługim czasie straciła swoją uprzywilejowaną pozycję i wszystkie dostępne podręczniki dla klas 1-3 objęto na równych prawach subwencją państwową, której niewygórowane stawki skutecznie ograniczyły apetyty cenowe wydawców. Ten system działa całkiem dobrze do dzisiaj. Co ciekawe, „Nasz elementarz” próbował jeszcze konkurować na otwartym rynku, za sprawą prywatnego wydawcy, ale nie oferował wystarczającej jakości, ani sprawności dystrybucyjnej, by zagrozić dużym firmom. Nauka z tego wynikła prosta, że państwo nie powinno brać się za działania, na których się nie zna, i do których nie jest powołane, natomiast pewne użyteczne społecznie cele może osiągać korzystając z narzędzi ekonomicznych.
Niestety, obecne władze postanowiły pokazać, że owa historia niczego je nie nauczyła. MEN po raz kolejny wchodzi do akcji jako gracz rynkowy, próbując metodami administracyjnymi wylansować własny produkt, tym razem e-dziennik, ignorując wiele lat doświadczenia firm, które się w tej dziedzinie specjalizują. I podobnie jak było to w przypadku jedynego słusznego podręcznika, państwowy e-dziennik też będzie tylko namiastką tego, co obecnie oferuje rynek. Zamiast konkurować jakością, co raczej nie może się udać, zostanie wprowadzony za pomocą przymusu ekonomicznego. Wszyscy będą kląć głupią władzę, która do bulgocącego kotła z oświatowymi problemami dorzuci jeszcze jeden, do wdrożenia na dole, oczywiście bezkosztowego.
A przecież wystarczyłoby posłużyć się mechanizmem sprawdzonym przy okazji podręczników. Zaoferować szkołom niewielką subwencję na coroczne odnawianie licencji wybranego systemu. Określić, co w ramach tej licencji system MUSI oferować. Niestety, to rozwiązanie jest chyba zbyt proste dla polityków.
Nie jestem lobbystą żadnej firmy oferującej e-dzienniki. Używamy w szkole jednego z dostępnych systemów, płacąc niewygórowaną cenę za coroczne odnowienie licencji. Nie udostępniamy rodzicom ocen do bieżącego wglądu, uważając to za zbrodnię pedagogiczną na dziecięcym poczuciu odpowiedzialności. Nie korespondujemy z rodzicami przez e-dziennik, żeby nie zwalniać uczniów z obowiązku samodzielnego przekazywania informacji. W sytuacjach wymagających kontaktu z rodzicem wystarcza nam papierowy indeks ucznia, w sprawach pilnych stary, dobry e-mail, ewentualnie telefon. Ale mniejsza o to. Najważniejsze, że państwowy e-dziennik nie jest nikomu do niczego potrzebny. Stwarzanie przez MEN sztucznej i nieuczciwej konkurencji dla firm, które w ciągu dwóch dziesięcioleci zagospodarowały ten segment rynku, jest trwonieniem ludzkiego czasu, energii i zasobów. Dla mnie – jeszcze jednym dowodem na to, że ekipa pani Barbary Nowackiej nie zna się na tym, co robi, a przez swoją ignorancję, generuje w ledwo zipiącym systemie oświaty kolejne problemy.
Kończąc, udostępniam oficjalne stanowisko Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji, która zrzesza m.in. producentów dzienników elektronicznych. Oczywiście można uznać, że lobbuje ona we własnym interesie. Tym niemniej przedstawione argumenty do mnie przemawiają. W każdym razie celnie punktują braki ministerialnej koncepcji. Osoby bardziej zainteresowane tematem zachęcam do lektury!
Stanowisko Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji – TUTAJ
Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/
Już myślałem, że będzie to mój pierwszy dzień wakacji bez zamieszczania na OE nowych materiałów, ale… Ale nie mogę pozostawić bez zarejestrowania na moim informatorze edukacyjnym tego tekstu, znalezionego na fanpage „Nie dla chaosu w szkole”:
Porównanie międzynarodowe, które polskiej szkole (i systemowi rekrutacji na studia) nie wystawia dobrego świadectwa. W badaniu porównawczym OECD studentów w różnych krajach jesteśmy w czołówce, jeśli idzie o odsetek kompletnie nieprzygotowanych do studiowania.
Ponad 20% polskich studentów ma umiejętności rozumienia tekstu na poziomie 10-latków (zob. grafika). To najgorszy wynik wśród badanych krajów. Średnia wynosi 8%…
Aż 15% polskich studentów ma umiejętności matematyczne na poziomie 10-latków. Jeszcze gorsze wyniki niż Polska mają Izrael, Włochy, USA i Słowacja. Średnia dla badanych krajów OECD to 7%
Badani studenci zdali polską obowiązkową maturę z języka polskiego i matematyki na wymagane 30%... To pokazuje, że polska matura, o której wynikach za chwilę usłyszymy, jak co roku, z ust szefostwa MEN i CKE, w segmencie egzaminów obowiązkowych nie spełnia swojej roli.
To badanie OECD opisał „The Economist”*, stąd jest szerzej komentowane w mediach.
Niestety wyniki są zgodne z innymi diagnozami. W r. 2023 w dużym badaniu OECD oceniającym umiejętności dorosłych (16-65 lat), Polska uplasowała się także w „czołówce” (na drugim miejscu) we wszystkich trzech analizowanych kategoriach (rozumienie tekstu, matematyka i rozwiązywanie problemów). Przy ogromnym spadku tych umiejętności w ciągu 10 lat. Komentowano wówczas, że 40% obecnej populacji stanowią u nas funkcjonalni analfabeci, nie radzący sobie z rozumieniem prostego tekstu i łatwymi obliczeniami.
Źródło: www.facebook.com/NIEdlachaosuwszkole/
*Poszukując potwierdzenia tej informacji wpisałem do wyszukiwarki takie polecenie:
„Dziennik „The Economist” opisał wyniki badania oecd w kontekście szkolnictwa wyższego”
Niestety – jedyne co zobaczyłem to taki tekst:
Przegląd od AI
Tygodnik „The Economist” omówił dane udostępnione przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). Badanie wskazuje na bardzo niski poziom podstawowych umiejętności (czytania i liczenia) wśród części studentów w zamożnych krajach.
Kluczowe wnioski z publikacji:
Problem na poziomie wyższym: Około 8% studentów i osób uczących się na poziomie wyższym w bogatych państwach radzi sobie z czytaniem (rozumieniem tekstu) oraz liczeniem na poziomie przeciętnego 10-latka.
Wzrost odsetka: Ten niepokojący wskaźnik słabych wyników wzrósł w ciągu ostatniej dekady.
Wyniki w Polsce: Zestawienie to jest szczególnie dotkliwe dla Polski. W zakresie rozumienia tekstu pisanego, odsetek słabo radzących sobie studentów wzrasta w naszym kraju do około jednej piątej (ok. 20%).
Na portalu „SOS dla edukacji” zamieszczono wczoraj wywiad z Krzysztofem Horwatem – dziennikarzem związanym z audycją “Wywiadówka”, emitowaną w niezależnym Radiu TOK FM. Niechaj to będzie poszerzenie spektrum opinii o polskiej szkole, po zamieszczonej wczoraj rozmowie z Jędrzejem Witkowskim – prezesem CEO.
Szkoła w kotle zmian. Jak wygląda polska edukacja oczami dziennikarza i rodzica?
W kolejnym wideokaście SOS dla Edukacji zaprosiliśmy do rozmowy Krzysztofa Horwata, dziennikarza związanego z audycją “Wywiadówka”, który od lat towarzyszy polskiej edukacji jako uważny obserwator. Prowadzi rozmowy z ekspertami, nauczycielami, dyrektorkami i aktywistkami, śledząc zmiany w systemie oświaty z wielu perspektyw. Tym razem to on sam został postawiony po drugiej stronie mikrofonu przez Karolinę Prus-Wirzbicką.
W rozmowie pada zdanie: “słowo zamieszanie najlepiej opisuje ten rok szkolny”. Krzysztof Horwat wskazuje na wrzący kocioł zmian, w którym ustawicznie zderzają się reformatorskie zapowiedzi, niespójne decyzje, niespodziewane rozporządzenia i narastający niepokój wśród całego środowiska edukacyjnego. Krzysztof Horwat przypomina o decyzjach dotyczących m.in. edukacji zdrowotnej, reformie podstawy programowej czy zamieszaniu wokół prac domowych. Kolejne pomysły resortu nie zawsze przekładają się na realne wdrożenia, a nauczyciele, dyrektorzy i NGO-sy często mają poczucie bycia wysłuchanymi wyłącznie na pozór.
Klimat niepewności pogłębia się na poziomie praktyki szkolnej: dyrektorzy i nauczyciele mówią o chaosie informacyjnym, braku klarownych wytycznych oraz obciążeniu coraz większą liczbą obowiązków. Jak relacjonuje Krzysztof Horwat, nawet jeśli ministerstwo organizuje konsultacje czy spotkania z organizacjami społecznymi, to ich uwagi rzadko trafiają do końcowych rozwiązań. To powoduje ciągłe napięcie oraz trudność w wypracowaniu wspólnego kierunku zmian.
Nie zabrakło również rozmowy o tematach pomijanych lub kontrowersyjnych. Krzysztof Horwat podkreśla, że w polskiej szkole toczy się dyskusja o edukacji włączającej, roli rodzica czy sytuacji dzieci z orzeczeniami – często te głosy są jednak słabo obecne w debacie publicznej. Szczególnie ważnym wątkiem staje się rola rodziców: ich oczekiwania i frustracje, wpływ komunikacji przez dziennik elektroniczny oraz współpraca (lub napięcia) na linii szkoła-rodzic-nauczyciel. Część rodziców aktywnie wspiera szkołę, inni stają się źródłem trudności. Według Krzysztofa Horwata te wzajemne oczekiwania są często zbyt wysokie, a system nie potrafi ich zrównoważyć.
W rozmowie pojawia się również temat najbardziej niedosłyszanych środowisk: uczniów i rodziców edukacji domowej oraz osób związanych z edukacją włączającą. Zwracamy uwagę, że potrzeby tych grup nie przebijają się do głównego nurtu debaty, co pokazuje, jak bardzo system opiera się dotychczasowym schematom i niechętnie otwiera na nowe doświadczenia.
Zapytany o zapowiedzianą na 2026 rok reformę Kompas Jutra, Krzysztof Horwat wskazuje na mieszane reakcje środowiska. Ambasadorzy reformy wyrażają optymizm – NGO-sy również popierają kierunek zmian, choć wskazują na niewystarczające wsłuchiwanie się w ich postulaty i zbyt powolne tempo konsultacji. Wśród nauczycieli dominuje nieufność i obawa, często wyniesiona z wcześniejszych, nieudanych prób odgórnego reformowania szkoły.
Gość stawia na sceptycyzm wobec wszelkich politycznych deklaracji, przypomina, że większość zmian w edukacji mogłaby być skuteczniej wprowadzana oddolnie, a nie w postaci urzędowych rozporządzeń. Jako ważny głos wybrzmiewa myśl, że każda reforma powinna być przeprowadzona w spokoju, bez politowania i antagonizowania środowiska.
W drugiej części rozmowy poruszamy istotne pytanie: dlaczego media najczęściej opisują szkołę przez pryzmat kryzysów, konfliktów i sensacji? Krzysztof Horwat przyznaje, że (niestety) klikalność jest wyznacznikiem obecnych czasów, ale zarazem podkreśla rolę i odpowiedzialność dziennikarskiej rzetelności. Wskazuje, że warto korzystać z wiedzy i doświadczenia organizacji społecznych, wsłuchiwać się w głos rodziców, nauczycieli oraz uczniów. Sam często wybiera takie tematy, które wynikają z autentycznych problemów zgłaszanych przez środowisko szkolne.
Jednocześnie demaskuje medialne mity, jak nieustannie powielaną (i błędną) narrację o nauczycielach, którzy “tylko narzekają i mają zbyt dużo wolnego”. W jego ocenie potrzeba zmiany tej narracji na rzecz merytorycznej, uczciwej debaty, z większą obecnością praktyków i praktyczek codzienności szkolnej.
Na zakończenie rozmowy Krzysztof Horwat dzieli się refleksją o nadziei w edukacji. Jej głównych źródeł upatruje nie w politykach czy centralnych rozporządzeniach, lecz w ludziach: nauczycielkach, nauczycielach, oddolnych inicjatywach i organizacjach społecznych. To ta energia “od dołu” jest w stanie wprowadzać realne zmiany, nawet jeśli system bywa zbiurokratyzowany i ospały.
Warto zwrócić uwagę na jego osobiste zaangażowanie – od kilku lat nie tylko jako dziennikarz, ale także jako rodzic, który aktywnie uczestniczy w życiu szkoły swojej córki i dostrzega, jak bardzo rzeczywistość szkolna jest złożona i wymagająca. Oddolne działanie i nastawienie na współpracę to, jego zdaniem, najlepsza droga do zmiany.
Rozmowy o polskiej szkole – chaos, napięcia i nadzieje na reformę edukacji – plik na YouTube – TUTAJ
Źródło: www.sosdlaedukacji.pl
W dniu w którym uczennice i uczniowie odebrali świadectwa, udostępniam subiektywnie wybrane fragmenty obszernego tekstu Katarzyny Mazur, zamieszczonego dziś rano na portalu „Strefa Edukacji”, który jest zapisem wywiadu Katarzyny Mazur z Jędrzejem Wtkowskim. Z jego lektury wynika oczywisty wniosek: Jędrzej Witkowski popiera „dzieło roku 2025/2026” Ministry Nawrockiej – „Kompas Jutra”:
„Nauczyciele są wystarczająco dobrzy”. Naszym obowiązkiem jest ich wspierać
Polska szkoła znowu stoi przed wielką zmianą. Od września Kompas Jutra ma przynieść mniej przeładowaną podstawę, więcej sprawczości uczniów i mocniejsze powiązanie nauki z życiem. O tym, czy nauczyciele naprawdę ją przyjmą i czy system naprawdę pomoże szkołom przełożyć język reformy na praktykę rozmawiamy z prezesem Centrum Edukacji Obywatelskiej dr. Jędrzejem Witkowskim.
Katarzyna Mazur: Centrum Edukacji Obywatelskiej od lat mówi: inspirujemy do zmian w szkole. Co jest dziś najważniejszą zmianą, której potrzebuje szkoła?
Foto: Maciej Labudzki
Dr Jędrzej Witkowski – prezes zarządu Fundacji Centrum Edukacji Obywatelskiej. Z organizacją jest związany od 2005 roku, a od 2018 roku kieruje jej pracami. Jest ekspertem edukacyjnym, doktorem socjologii i politologiem.
Dr Jędrzej Witkowski: Mówimy, że chcemy pomagać szkole, dobrze służyć wszystkim uczniom i uczennicom. Traktujemy to zobowiązanie bardzo poważnie. Szkoła jest najważniejszą instytucją społeczną, bo jest jedyną instytucją, w której spotykamy się wszyscy. Chcemy, żeby pomagała młodym ludziom we wszechstronnym rozwoju i żeby była budowana na kompetencjach, zaangażowaniu i pasji nauczycieli. To oni są jej największym zasobem.
W naszej wizji mówimy o szkole nowej równowagi. To szkoła, która pomaga budować wiedzę pozwalającą rozumieć świat, kształci kompetencje potrzebne do działania w tym świecie i wzmacnia podmiotowość oraz poczucie wspólnoty dające młodym ludziom siłę do działania. To właśnie dobrze przygotowuje ich do życia w przyszłości, której jeszcze nie znamy.
K.M.: Kompas Jutra wskazuje ten kierunek?
J.W.: Kompas Jutra jest krokiem w stronę, która jest nam bliska. Jego mocne strony to większy nacisk na rozwój kompetencji, dostosowanie zakresu wiedzy przedmiotowej do możliwości czasowych oraz wprowadzenie kategorii sprawczości, która odpowiada na diagnozowane w badaniach wyzwania związane z poczuciem przynależności, wytrwałością uczniów i ich poczuciem sensu.
Postrzegamy więc zmiany w podstawie jako krok w dobrą stronę. Jednocześnie mamy świadomość, że podstawa programowa nie jest dokumentem magicznym. Sama w sobie nie zmienia praktyki pracy nauczycieli ani doświadczeń szkolnych uczniów. A właśnie na tych doświadczeniach zależy nam najbardziej.
To, czy cała reforma Kompas Jutra okaże się sukcesem, zobaczymy za rok, dwa albo trzy. Wtedy będzie można ocenić, w jakim stopniu nauczyciele przyjęli tę zmianę, czy chcą i potrafią pracować w sposób proponowany przez podstawę, a przede wszystkim – jak to przekłada się na uczniów i uczennice.
Bardzo ważne jest zbliżenie szkoły do świata. Mamy ogromny problem z pokazywaniem im adekwatności doświadczenia szkolnego do ich potrzeb. Badania PISA pokazują, że w niewielu krajach młodzi ludzie tak często uznają szkołę za stratę czasu.
To nie znaczy, że szkoła jest stratą czasu. To znaczy, że my, dorośli, nie potrafimy pokazać im jej wartości. Trzeba więc pokazywać, jak wiedza zdobywana w szkole przekłada się na codzienne życie i jak może być w nim wykorzystywana.
[…]
K.M.: Nie twierdzę, że nauczyciele nie chcą być nowocześni, ale są tylko ludźmi, a tempo zmian nie ułatwia adaptacji. Jeden z nauczycieli zapytał mnie retorycznie: kiedy nauczyciel będzie wystarczająco dobry? Czy możliwe jest osiągnięcie stanu, w którym może w końcu przestać się doskonalić?
J.W.: Nauczyciele są wystarczająco dobrzy. Przytłaczająca większość osób pracujących w tym zawodzie, ma wiedzę i kompetencje pozwalające dobrze uczyć.
Czy nauczyciele będą mogli przestać się adaptować i uczyć nowych rzeczy? Nie. Tak samo jak nikt z nas, wykonujących inne zawody, nie będzie mógł przestać się uczyć i dostosowywać do nowych sytuacji. Dotyczy to dziennikarzy, pracowników organizacji pozarządowych, badaczy, naukowców, górników i mechaników. Świat, w którym żyjemy, wymaga ciągłego uczenia się. To truizm, ale w tym sensie specyfika zawodu nauczyciela nie jest znacząco inna.
Zmieniają się narzędzia, metody, czasem także treści. Kiedyś w edukacji obywatelskiej czy WOS-ie nie uczyliśmy o dezinformacji w takim zakresie jak dziś. Nie uczyliśmy o nowych formach partycypacji obywatelskiej, bo one nie istniały. Nie uczyliśmy odporności społecznej. Pojawiają się nowe tematy i wszyscy musimy się w nich rozeznać przynajmniej na podstawowym poziomie.
K.M.: Nauczyciele często i tak uczą po swojemu, przeżywają kolejnych ministrów, korzystając z notatek i materiałów, które zgromadzili na początku kariery i trzymają się tego, co ich zdaniem działa. Reforma to zmieni, czy nadal będą uczyć według starych schematów?
J.W.: Tego nie wiemy. Mamy ponad pół miliona nauczycieli, więc na pewno pojawią się różne postawy. Każda reforma programowa powinna mieć element odgórny, czyli zmianę podstawy, ale także element oddolny: wspieranie nauczycieli przez placówki doskonalenia, organy prowadzące, kuratoria, organizacje pozarządowe i uczelnie.
W państwie tej wielkości potrzebujemy obu sił: odgórnej i oddolnej. Bez nich będzie bardzo trudno. Część nauczycieli już pracuje w sposób zgodny z nowymi kierunkami. Część zmieni praktykę, bo została ona zapisana w rozporządzeniu. Część nie zmieni jej, bo nie będzie potrafiła uczyć inaczej, a część – bo nie będzie chciała. Najważniejsze jest, żeby zawalczyć o tych, którzy chcieliby, ale nie czują się pewnie albo brakuje im wiedzy i umiejętności. Oni powinni dostać wsparcie od wszystkich instytucji wspierających szkołę.
K.M.: Jak te wymagania mają się do obecnego kształcenia nauczycieli? Próbujemy doskonalić i wspierać nauczycieli, którzy już są w zawodzie, a system kształcenia nauczycieli jest jaki był. Co powinno się zmienić, żeby nauczyciel wchodzący do zawodu był bardziej nowoczesny, elastyczny i gotowy do zmiany?
J.W.: To rzeczywiście bardzo ważny element systemu. Kształcenie nauczycieli powinno systemowo reagować na zmiany w podstawach programowych, ale przede wszystkim na zmiany naszej wiedzy o procesach uczenia się i o czynnikach, które wpływają na skuteczność tych procesów. Reaguje, znacznie wolniej, niż mogłoby i powinno. Dotyczy to zarówno poziomu legislacji i rozporządzeń, które kształtują system, jak i praktyki na poszczególnych uczelniach.
CEO nie pracuje bezpośrednio w systemie kształcenia nauczycieli i jest to świadomy wybór. Skupiamy się na doskonaleniu nauczycieli i pracy z tymi, którzy już są w zawodzie. Teraz jest to szczególnie istotne, bo młodych nauczycieli wchodzących do zawodu jest po prostu bardzo mało.
Nie można jednak zaniedbać kształcenia nowych kadr. Będziemy ich potrzebowali, zwłaszcza biorąc pod uwagę średni wiek nauczycieli, który wynosi już około 48 lat. Trzeba zadbać o to, żeby byli uczeni zgodnie z najnowszą wiedzą o uczeniu się i rzeczywiście byli przygotowani do realizowania kierunków wyznaczanych przez podstawy programowe. Podstawy określają efekty uczenia się, do których nauczyciel powinien doprowadzić uczniów. Jego przygotowanie pedagogiczne powinno dawać mu do tego narzędzia.
Dzisiaj na portalu „Edunews” zamieszczono, zasługujący na upowszechnienie tekst, którego autorką jest Justyna Gajdziszewska – nauczycielka języka polskiego w Zespole Szkolno-Przedszkolnym nr 2 w Olkuszu – aktualnie na urlopie rodzicielskim). Prowadzi ona stronę „Polonistka się znalazła”, na której ma także swój blog. Oto ten tekst bez skrótów:
Nie takie ważne, żeby człowiek dużo wiedział, ale żeby dobrze wiedział
Wtorkowy wieczór. Przeglądam media społecznościowe i moją uwagę przykuwa fakt, że są zdominowane przez krzykliwe nagłówki. „Katastrofa na autostradzie!”, „Nie żyje znany aktor”, „Eksperci alarmują!”, „Polacy stracą swoje oszczędności?”, „To koniec popularnego programu!”, „Nauczyciele mają dwa miesiące wakacji i jeszcze narzekają”. Kolejne sensacyjne komunikaty przewijają się przed moimi oczami, walcząc o kliknięcie, uwagę i emocje. Wśród tego wysypu informacji, półprawd, a czasem zwykłych manipulacji, nie sposób jednak nie zauważyć, że zbliża się zakończenie roku szkolnego. Gdzieś pomiędzy pojawiają się życzenia dla uczniów, podziękowania dla nauczycieli oraz podsumowania kolejnych miesięcy nauki.
Wśród tych materiałów natknęłam się na cytat Janusza Korczaka, który od lat należy do moich ulubionych. Tym razem jednak wybrzmiał szczególnie mocno:
Nie takie ważne, żeby człowiek dużo wiedział, ale żeby dobrze wiedział.
Choć słowa te zostały zapisane ponad sto lat temu, trudno oprzeć się wrażeniu, że odnoszą się właśnie do naszych czasów i są trafnym komentarzem do współczesności. Im dłużej o nich myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że Korczak mógłby prowadzić zajęcia z edukacji medialnej. Żyjemy w świecie, w którym dostęp do informacji jest niemal nieograniczony i wystarczy zaledwie kilka sekund, aby znaleźć odpowiedź na dowolne pytanie. Paradoksalnie jednak nigdy wcześniej człowiek nie był tak narażony na zalew fałszywych informacji, manipulacji i dezinformacji.
Szkoła wobec nowych wyzwań
Przez wiele lat szkoła skupiała się przede wszystkim na przekazywaniu wiedzy, a zadaniem uczniów było zapamiętanie dat, definicji i wzorów. Współczesność stawia jednak przed edukacją nowe wyzwanie, którym nie jest z pewnością to, aby wiedzieć dużo. Trzeba umieć odróżniać fakty od opinii, prawdę od manipulacji, rzetelne źródło od internetowej sensacji, a do tego umieć wychwycić materiały stworzone przy pomocy sztucznej inteligencji.
Dlaczego fake newsy wygrywają?
Media społecznościowe sprawiły, że każdy może być nadawcą informacji, a jedno zdjęcie, krótki film lub chwytliwy nagłówek mogą w ciągu kilku godzin dotrzeć do milionów odbiorców. Problem polega na tym, że popularność nie jest gwarancją prawdziwości. Fake newsy często rozprzestrzeniają się szybciej niż sprawdzone informacje, ponieważ odwołują się do emocji – najczęściej strachu, oburzenia lub sensacji. Badacze i organizacje zajmujące się edukacją medialną podkreślają, że kluczową umiejętnością XXI wieku staje się krytyczne myślenie oraz świadoma ocena źródeł informacji. W tym kontekście słowa Korczaka nabierają nowego znaczenia. „Dobrze wiedzieć” oznacza dziś nie tylko posiadać informacje, ale przede wszystkim rozumieć ich sens, pochodzenie i wiarygodność. Uczeń powinien umieć zadać pytania: Kto jest autorem tej wiadomości? Skąd pochodzą dane? Czy inne źródła potwierdzają tę informację? Czy nie jestem manipulowany przez emocjonalny przekaz?
Edukacja medialna jako kompetencja przyszłości
Współczesna szkoła powinna więc uczyć nie tylko matematyki, języka polskiego czy historii, lecz także kompetencji informacyjnych i medialnych. UNESCO od lat wskazuje, że edukacja medialna pomaga młodym ludziom bezpiecznie poruszać się w świecie informacji, przeciwdziałać dezinformacji oraz rozwijać krytyczne myślenie. Nie oznacza to jednak rezygnacji z wiedzy. Wręcz przeciwnie. Wiedza pozostaje fundamentem edukacji, ale jeszcze ważniejsza staje się umiejętność jej rozumienia i wykorzystywania. Uczeń, który zna wiele faktów, lecz bezrefleksyjnie wierzy każdej informacji znalezionej w internecie czy przekazanej przez sztuczną inteligencję, może łatwo stać się ofiarą manipulacji. Z kolei człowiek, który potrafi analizować, porównywać i wyciągać wnioski, będzie lepiej przygotowany do funkcjonowania w społeczeństwie informacyjnym.
Korczak marzył o edukacji, która rozwija samodzielne myślenie, a nie tylko pamięć. W epoce sztucznej inteligencji, deepfake’ów i fake newsów jego przesłanie wydaje się bardziej aktualne niż kiedykolwiek. Zadaniem współczesnej szkoły nie jest już jedynie przekazywanie wiedzy, lecz kształtowanie ludzi, którzy potrafią mądrze z niej korzystać.
Bo rzeczywiście nie najważniejsze jest to, ile wiemy. Najważniejsze jest to, czy rozumiemy świat na tyle dobrze, by nie dać się oszukać.
Słownik pojęć
Clickbait – sposób tworzenia nagłówków lub grafik internetowych, których głównym celem jest skłonienie odbiorcy do kliknięcia. Clickbaity często wykorzystują sensację, niedopowiedzenia lub wzbudzają silne emocje, a treść artykułu nie zawsze odpowiada obietnicy zawartej w nagłówku.
Fake news – fałszywa lub wprowadzająca w błąd informacja rozpowszechniana jako prawdziwa. Może powstawać zarówno z chęci manipulacji opinią publiczną, osiągnięcia korzyści finansowych, jak i zwykłego żartu, który zostaje potraktowany jako fakt.
Deepfake – wygenerowany przy użyciu sztucznej inteligencji obraz, nagranie audio lub film, który przedstawia osobę wykonującą lub mówiącą coś, czego w rzeczywistości nigdy nie zrobiła ani nie powiedziała. Technologia ta może być wykorzystywana do rozrywki, ale również do dezinformacji i manipulacji.
Źródło: www.edunews.pl/edukacja-na-co-dzien/
Polecam także lekturę jej postów na blogu „Polonistka się znalazła” – TUTAJ
Dzisiaj proponuję lekturę kolejnego tekstu fachowca-praktyka, w którym zwrócił on uwagę na jeszcze jeden paradoks naszego systemu szkolnego. Jest nim Artur Szymanek – autor fb-profilu „Post OKE czyli Okiem Krytycznego Egzaminatora”:
Nie potrafię pogodzić dwóch równoległych procesów, które zachodzą dziś w polskiej edukacji. Sprawiają one wrażenie wzajemnie sprzecznych, a mimo to funkcjonują jednocześnie.
Z jednej strony obserwujemy systematyczne „ułatwianie” szkoły. Programy są odchudzane, wymagania interpretowane coraz łagodniej, a nacisk na rzeczywiste opanowanie materiału bywa rozmywany przez presję, by „nie stresować ucznia”, „nie przeciążać go” i „dostosowywać się do możliwości klasy”. W teorii brzmi to jak troska. W praktyce często prowadzi do obniżania progu wejścia na kolejne etapy edukacji, jakbyśmy bali się powiedzieć uczniowi: „to trzeba po prostu umieć”.
Jednocześnie w tym samym systemie egzaminacyjnym, szczególnie na poziomie rozszerzonym, pojawia się zjawisko odwrotne. Wymagania rosną, zadania stają się coraz bardziej wielopoziomowe i interpretacyjne, wymagają nie tylko wiedzy, lecz także znajomości formuły egzaminu, sposobu konstruowania odpowiedzi oraz specyficznego klucza oceniania. Nie chodzi już wyłącznie o sprawdzenie, czy uczeń coś wie. Sprawdza się również, czy wie, w jaki sposób ta wiedza będzie oceniana.
Właśnie w tym napięciu rodzi się coś, co trudno nazwać inaczej niż systemową niespójnością. Uczeń otrzymuje bowiem dwa sprzeczne komunikaty. W szkole słyszy, że nie musi wymagać od siebie aż tak wiele, natomiast egzamin przekonuje go, że musi umieć znacznie więcej, niż wcześniej zakładał. Pomiędzy tymi przekazami powstaje przestrzeń niepewności, którą bardzo szybko wypełnia rynek korepetycji.
Jeżeli szkoła nie daje już pełnej mapy, a egzamin wymaga precyzyjnej nawigacji, ktoś musi tę lukę zapełnić. Robią to korepetytorzy, nie jako dostawcy luksusowej usługi, lecz jako odpowiedź na systemową potrzebę. Uczeń, który chce osiągnąć wysoki wynik, coraz częściej nie konkuruje wyłącznie wiedzą, ale również dostępem do dodatkowego wsparcia. I tu pojawia się niewygodne pytanie: czy nadal mówimy o wyrównywaniu szans, czy raczej o ich cichym różnicowaniu?
Można odnieść wrażenie, że szkoła i egzamin zaczynają mówić różnymi językami. Szkoła komunikuje: „minimum wystarczy, by zaliczyć”. Egzamin odpowiada: „minimum nie wystarczy, by się przebić”. Uczeń stoi pomiędzy tymi dwoma światami i próbuje odgadnąć, który z nich jest rzeczywistym wyznacznikiem oczekiwań.
Najbardziej problematyczne jest jednak to, że ta rozbieżność nie pozostaje bez konsekwencji. Ma ona wymiar społeczny. Jeżeli system w praktyce premiuje tych, którzy mogą pozwolić sobie na dodatkowe przygotowanie poza szkołą, trudno utrzymywać, że wszyscy rozpoczynają rywalizację z tego samego poziomu. W takiej sytuacji egzamin z wiedzy staje się również egzaminem z posiadanych zasobów.
W tym sensie poczucie niespójności nie wynika z teorii spiskowych ani z czyjejś złej woli. Jest raczej skutkiem działania systemu, który nie do końca pozostaje w zgodzie z własnymi założeniami. Trudno bowiem jednocześnie obniżać wymagania w jednym miejscu i podnosić je w drugim, a następnie oczekiwać, że uczeń samodzielnie i bezbłędnie określi, gdzie naprawdę znajduje się poprzeczka.
Być może problem nie polega na tym, że wymagania są zbyt wysokie albo zbyt niskie. Problem tkwi raczej w tym, że nie tworzą jednego, spójnego ciągu. Edukacja, która nie potrafi jasno odpowiedzieć na pytanie „czego dokładnie się ode mnie oczekuje?”, bardzo łatwo przestaje być systemem nauki, a zaczyna przypominać system domyślania się.
A domyślanie się, jak wiadomo, najczęściej kończy się korepetycjami.
Jako korepetytor nie powinienem na taki stan rzeczy narzekać. To właśnie podobne luki w systemie sprawiają, że moja praca jest potrzebna coraz większej liczbie uczniów. Ale jako pedagog nie potrafię się z tym pogodzić. Szkoła nie powinna tworzyć sytuacji, w której dodatkowe wsparcie staje się warunkiem pełnego wykorzystania własnego potencjału. Korepetycje powinny być wyborem, a nie koniecznością. I chyba właśnie dlatego ten rozdźwięk między szkołą a egzaminem nie daje mi spokoju.
Źródło: www.facebook.com/permalink.php?
Wczoraj, przeglądając Internet w poszukiwaniu wartościowego tekstu na jutro, zobaczyłem na blogu „Profesorskie Gadanie” najnowszy tekst prof. Stanisława Czachorowskiego, w którym, z typowym dla siebie stylu przekazał swoje przemyślenia o miejscu zawodu „nauczyciel” w dzisiejszym społeczeństwie. Jako że tekst nie jest krótki – poniżej prezentuję jedynie jego, wybrane subiektywnie, fragmenty, odsyłając do oryginału linkiem:
A wiecie, że nauczyciel to najpopularniejszy zawód w Polsce?
Anegdotę o Stańczyku usłyszałem dawno temu. I to zapewne kilka razy przy różnych okazjach. Pamiętałem sens, ale nie szczegóły. Zamiast szukać oryginału wymyśliłem sam potrzebne szczegóły, by oddawały sens opowieści. Jest więc to twórcza halucynacja niczym AI. Tak, ludzie też od wieków to potrafili. Niczym regeneracja utraconego ogona u jaszczurki. Dobudowanie brakujących słów i zdań by „ogon” opowieści urósł do właściwych rozmiarów.
Stańczyk, jak wiadomo, błaznem był tylko z urzędu, bo z rozumu przypominał raczej socjologa, filozofa i felietonistę w jednej osobie. Pewnego razu miał stwierdzić, że najpopularniejszym zawodem w Krakowie jest medyk. Nie wszyscy dali temu wiarę, więc postanowił przeprowadzić doświadczenie terenowe, można by rzec: badanie uczestniczące, choć bez formularza zgody komisji bioetycznej. Udał się na rynek, przewiązał policzek chustą, jęczał i trzymał się za twarz, udając straszliwy ból zęba. Efekt przeszedł oczekiwania. Jeden przechodzień radził płukać usta gorzałką, drugi przykładać rozgrzaną cegłę, trzeci polecał zioła, czwarty modlitwę, piąty wyrwanie zęba sznurkiem, a szósty zapewne dorzuciłby jeszcze, że zna szwagra, któremu pomogło żucie końskiego włosia. Stańczyk wrócił więc z triumfem, skoro tylu ludzi zna się na leczeniu, medyk musi być w Krakowie zawodem najpopularniejszym.
Gdyby dziś Stańczyk przechadzał się po rynku (niekoniecznie krakowskim, może być olsztyński, warszawski albo cyfrowy rynek mediów społecznościowych), prawdopodobnie doszedłby do podobnego wniosku, tyle że zamiast medyków odkryłby nauczycieli. Bo dziś najpopularniejszym zawodem wydaje się nauczyciel. Wszyscy uczą. Wszyscy objaśniają. Wszyscy pouczają. Wszyscy wiedzą, jak należy wychowywać dzieci, jak uczyć matematyki, jak prowadzić lekcje biologii, jak oceniać wypracowania, jak motywować młodzież, jak reformować szkołę i jak naprawić system edukacji, najlepiej od poniedziałku rano, bez kosztów, bez konfliktów i bez zmęczenia. I oczywiście jak korzystać z internetu czy narzędzi generatywnej sztucznej inteligencji do wszystkich życiowych i zawodowych działań. […]
I nie ma w tym nic dziwnego. Szkołę zna każdy. Prawie każdy był uczniem, wielu jest rodzicami uczniów, część ma wnuki, część wspomina własnych nauczycieli, a część do dziś nosi w sobie traumę po czerwonym długopisie. Szkoła jest jednym z tych doświadczeń wspólnych, które tworzą nasze społeczne imaginarium. O elektrowni atomowej, neurochirurgii albo budowie mostów większość ludzi wypowiada się ostrożniej, choć i tu nie zawsze. Ale o szkole? O szkole każdy coś wie, bo każdy tam był. A skoro był, to znaczy, że się zna. No i jeszcze czytał coś tam w internecie, w social mediach. I że spytał Czata GPT. […]
Jeśli więc nauczyciel jest dziś zawodem najpopularniejszym, to natychmiast pojawia się pytanie w stylu Stańczyka: skoro nauczycieli jest tak wielu, dlaczego brakuje ich w szkołach? Skoro tak wielu zna się na edukacji, to dlaczego brakuje nauczycieli w szkołach? Dlaczego dyrektorzy poszukują polonistów, matematyków, fizyków, nauczycieli edukacji wczesnoszkolnej, pedagogów specjalnych? Dlaczego pojawiają się wakaty? Dlaczego w wielu miejscach coraz trudniej obsadzić lekcje specjalistami? Czyżby ten najpopularniejszy zawód istniał głównie w wersji towarzyskiej, internetowej i komentatorskiej?
Odpowiedź jest dość prosta, choć mało przyjemna. Czym innym jest uczyć bez odpowiedzialności, a czym innym być nauczycielem zawodowo. Pouczanie jest łatwe, bo zwykle nie wymaga sprawdzenia skutków. Można powiedzieć: „Ja bym ich krótko trzymał”, „Wystarczy zainteresować ucznia”, „Dzieci trzeba nauczyć dyscypliny”, „Szkoła powinna rozwijać kreatywność”, „Niech uczą praktycznych rzeczy”. Wszystko to brzmi dobrze, zwłaszcza jeśli wypowiada się zdania ogólne, z bezpiecznej odległości od klasy pełnej trzydziestu żywych, zmęczonych, głodnych, zakochanych, przestraszonych, zbuntowanych, zdolnych, zagubionych i rozgadanych nastolatków. Albo kilkulatków zamęczonych przez rodziców dodatkowymi zajęciami typu hippika, gra na skrzypcach, szachy, taniec, język japoński.
Nauczyciel zawodowy nie pracuje z pojęciem „uczeń” w liczbie pojedynczej i abstrakcyjnej. Pracuje z Kasią, która świetnie pisze, ale boi się odezwać. Z Michałem, który przeszkadza, bo nie rozumie, z Zosią, która wszystko rozumie szybciej niż inni i zaczyna się nudzić. Z Kubą, który w domu ma problemy i przynosi je do szkoły w plecaku razem z zeszytem. Z klasą, która w poniedziałek rano przypomina bardziej organizm meteorologiczny niż grupę edukacyjną. W tej rzeczywistości nie wystarczy mieć rację. Trzeba jeszcze umieć z tą racją dotrzeć do ludzi.
To jest zasadnicza różnica między pouczaniem a nauczaniem. Pouczanie bywa jednostronne: wiem lepiej, więc mówię. Nauczanie jest relacyjne: wiem coś, ale muszę sprawić, by drugi człowiek mógł to odkryć, zrozumieć, przetworzyć i zastosować. Pouczający często kończy na komunikacie. Nauczyciel zaczyna od komunikatu, a potem obserwuje, koryguje, wraca, tłumaczy inaczej, podaje przykład, zadaje pytanie, milczy, czeka, znów próbuje, czasem ponosi porażkę, czasem odnosi małe zwycięstwo, które z zewnątrz wygląda jak nic szczególnego. Ot, uczeń wreszcie zrozumiał ułamki. Ale kto widział radość dziecka, które nagle mówi „aha!”, ten wie, że to małe święto poznania. […]
Może więc warto odwrócić żart Stańczyka i powiedzieć: tak, nauczyciel jest dziś najpopularniejszym zawodem, ale głównie w wersji amatorskiej. Mamy wielu nauczycieli od cudzych dzieci, od cudzych lekcji, od cudzych metod i cudzych błędów. Mamy mnóstwo korektorów rzeczywistości edukacyjnej, którzy wiedzą, jak powinno być. I dobrze, że edukacja budzi emocje, bo to znaczy, że jest ważna. Źle jednak, gdy z troski o szkołę zostaje tylko łatwe pouczanie tych, którzy codziennie wykonują trudną pracę. […]
Nauczyciel jako zawód najpopularniejszy to zatem piękny paradoks naszych czasów. Wszyscy chcemy uczyć, bo wszyscy chcemy mieć wpływ na świat. Uczenie jest formą uczestnictwa w kulturze, przekazywania wartości, porządkowania doświadczenia. Gdy tłumaczymy dziecku, dlaczego jesienią liście zmieniają kolor, gdy pokazujemy komuś, jak rozpoznać ptaka po śpiewie, gdy wyjaśniamy sąsiadowi, jak działa aplikacja w telefonie, to wtedy stajemy się na chwilę nauczycielami. I to jest dobre, ludzkie, potrzebne. Społeczeństwo, w którym ludzie dzielą się wiedzą, jest bogatsze niż społeczeństwo obojętne i wyizolowane.
Ale nauczyciel zawodowy robi coś więcej. On nie tylko dzieli się wiedzą lecz buduje warunki, w których inni mogą rosnąć. A wzrost, jak wiadomo biologom i ogrodnikom, wymaga czasu. Nie da się przyspieszyć kiełkowania przez krzyczenie na nasiona. Lub przez sprawdzanie listy obecności. Można poprawić glebę, zadbać o światło, podlewać, chronić przed przymrozkiem. Można stworzyć szanse. A i tak nie wszystkie nasiona wykiełkują na czas. W edukacji jest podobnie. Uczeń nie rośnie od samego nakazu: „rośnij!”. Rośnie w relacji, w bezpieczeństwie, w wymaganiu połączonym z życzliwością. Trawa nie rośnie dlatego, że ją się ciągnie za źdźbła do góry.
Na koniec wyobraźmy sobie Stańczyka współczesnego. Siada na ławce, może już nie na krakowskim rynku, lecz w internecie. Pisze krótko: „Boli mnie szkoła”. I natychmiast dostaje tysiące porad. Jedni każą wrócić do dawnych metod, drudzy wszystko zcyfryzować, trzeci zlikwidować oceny, czwarci zaostrzyć wymagania, piąci zmienić lektury, szóści zmienić nauczycieli, siódmi zmienić uczniów, a ósmi najlepiej cały naród. Kolejny radzi wykorzystać w szkole narzędzia AI, a następny żeby zakazać smartfonów i AI. Stańczyk uśmiecha się pod wąsem i mówi: „A nie mówiłem? Najwięcej jest nauczycieli”.
Tyle że potem wstaje, idzie do prawdziwej szkoły i widzi pusty etat z matematyki, zmęczoną polonistkę, młodego nauczyciela zastanawiającego się, czy da radę wytrwać oraz klasę dzieci, które potrzebują nie tylko komentarzy, ale obecności dorosłego człowieka. I jeszcze emerytowanego biologa, który uczy przyrody, fizyki i śpiewu. Wtedy dowcip przestaje być tylko dowcipem. Staje się pytaniem o odpowiedzialność. Bo nauczać chce wielu. Nauczycielem być, tak naprawdę, codziennie, z konsekwencjami, to już zupełnie inna profesja. Bardziej deficytowa. I może właśnie dlatego warto ją bardziej szanować.
Cały tekst „A wiecie, że nauczyciel to najpopularniejszy zawód w Polsce?” – TUTAJ
Źródło: www.profesorskiegadanie.blogspot.com















