Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'

Po tym, jak zamieściłem dziś rano tekst prof. Śliwerskiego, w którym ostro skrytykował ministrę Nowacką za jej wypowiedź, że „niektórzy rodzice ​​są zmorą szkoły” postanowiłem udostępnić post  Pawła Lęckiego –  popularnego komentatora edukacyjnego, byłego wieloletniego nauczyciela j. polskiego w II Liceum Ogólnokształcącym w Sopocie:

 

 

Barbara Nowacka ma świętą rację. Niektórzy rodzice są zmorą szkoły. I może to potwierdzić każdy nauczyciel. Choć w debacie publicznej dominuje oburzenie na słowa ministry edukacji, w szkolnych pokojach nauczycielskich od lat mówi się o tym samym – o rosnącej presji, przekraczaniu granic i relacjach, które coraz częściej zamiast wspierać, skutecznie utrudniają pracę –  pisze Magdalena Ignaciuk na łamach Strefy Edukacji.

 

 

 Z pewnością część rodziców jest zmorą polskiej szkoły. Spróbujmy jednak wymienić przy okazji inne zmory. Kolejność zupełnie przypadkowa:

 

– brak jakiegokolwiek sensownego kontaktu z częścią rodziców, żeby wspólnie rozwiązać problemy młodego człowieka

– brak zaufania

– przemoc ze strony części nauczycieli

– przemoc w kierunku nauczycieli

– przemoc rówieśnicza

– samotność

– niekompetencja CKE i fatalne kryteria oceniania np. matury z języka polskiego, które dają fałszywe wyniki

– rosnąca liczba odwołań

– ściąganie na maturze

– dwa obiegi – oficjalny oraz kursy i korepetycje

– narodowa tradycja obsadzenia MEN najbardziej niekompetentnymi politykami, jacy znaleźli się w promieniu widzenia władzy

– niemożność odcięcia polityki od edukacji

– brak docenienia roli nauczycieli przedszkoli

– dziwaczne instytuty badawcze, które wydają mnóstwo publicznych pieniędzy i kolportują głównie arogancję dyrekcji tych instytutów

– brak systemowych mostów między edukacją średnią a wyższą

– szlachetna utopia edukacji włączającej, która w obecnym kształcie jest nie do zrealizowania

– ci uczniowie z ogromną potrzebą nierobienia dosłownie niczego niezależnie od tego, co im się zaproponuje

– potężny spadek motywacji

– oczekiwanie, że nauczyciel będzie nie tylko przedmiotowcem, ale również: magikiem, psychologiem, lekarzem, przyjacielem, rodzicem zastępczym, biurem podróży, policjantem, pielęgniarką

– koszmarny kryzys związany z umiejętnością posługiwania się w miarę poprawnym językiem polskim

– niektóre organy prowadzące

– brak mądrych rozwiązań w kwestii wynagradzania dyrektorów

– niejasna rola kuratorów oświaty

– nieczytelna rola nauczycieli wspomagających kształcenie

– absurdalna rola wychowawców klas

– ukrywanie przemocy – również rówieśniczej

– znikanie nauczycieli

– starzenie się ciała pedagogicznego

– brak pomysłów na nowy system kształcenia nauczycieli

– mobbing

– wypalenie zawodowe

– absurdalny awans zawodowy

– brak systemowego wsparcia dla nauczycieli

– brak systemowego tutoringu, który jest jednym z najlepszych sposobów na budowie przestrzeni zaufania i bezpieczeństwa

– rzecznik praw ucznia

– brak rzecznika praw ucznia

– prace domowe

– brak prac domowych

– sprawdziany

– brak sprawdzianów

– sztuczna inteligencja

– brak sztucznej inteligencji

– zakaz korzystania z telefonów

– brak zakazu korzystania z telefonów

– egzaminy

– brak egzaminów

– obowiązkowa matura z matematyki

– brak obowiązkowej matury z matematyki.

 

Zmorą polskiej szkoły jest również to, że każdy ma jakąś swoją zmorę i może dopisać do listy. Poza bańkami nie potrafimy rozmawiać o edukacji, pieścimy się pozycjami, które zajmujemy, okopujemy się na barykadach, targają nami emocje, jesteśmy przekonani, że mamy rację, a inne racje są bez racji, nie opieramy się na badaniach lub opieramy się wybiórczo, trwonimy energię nie tam, gdzie jest realnie potrzebna.

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/pawel.lecki79/



Oto fragmenty tekstu Joanny Ćwiek-Śwideckiej, opublikowanego w „Rzeczpospolitej” 7 maja b.r.. Oczywiście – cały artykuł możecie przeczytać klikając w link:

 

 

Polska szkoła ma problem z maturą. Internet go obnażył

 

Stworzyliśmy system egzaminów maturalnych oparty na rozsądnych założeniach. Problem w tym, że nie potrafimy tych egzaminów rzetelnie przeprowadzić. […]

 

Problem z Maturą 2026. Smartfon ukryty w szkolnej toalecie

 

Jak to się mogło stać? Oczywiście za sprawą smartfonów. CKE podaje, że codziennie z tego powodu zostaje unieważniony egzamin kilkunastu osobom. Nie wiadomo, ilu osób nie złapano. Zwłaszcza że co bardziej zapobiegliwi maturzyści ukrywali telefon w szkolnej toalecie i spisywali odpowiedzi na rękę. Ot, nowa wersja kanapki ze ściągą zamiast sałaty.[…]

 

Tylko na co tu czekać? Skoro postawiliśmy na taki właśnie system egzaminów, skoro wiemy, że zbyt często dochodzi do nieprawidłowości, to trzeba je jak najszybciej usunąć. Centra egzaminacyjne wydają się być dobrym, choć kosztownym pomysłem.

 

Dlaczego? Bo to może pomóc nie tylko wyeliminować nieprawidłowości, ale także nie trzeba będzie zamykać szkół praktycznie na cały maj, by móc te egzaminy przeprowadzić. A uczniowie młodszych klas będą mogli się normalnie uczyć, zamiast snuć się po okolicy.

 

Inną sprawą są komisje, w których zasiadają nauczyciele. Ale nie jestem przekonana, czy do pilnowania porządku na egzaminie zdawanym prawie zawsze przez dorosłych ludzi powinni być wysoko wykwalifikowani pedagodzy wypełniający tę rolę z poczucia misji. W czasie strajku nauczycieli w 2019 r. rządzący nie mieli problemu, by uznać, że mogą to robić m.in. leśnicy i siostry zakonne. Tyle że dla komisji trzeba by znaleźć pieniądze. Nauczyciele robią to nieodpłatnie. […]

 

Jeśli więc chcemy mieć uczciwe i miarodajne wyniki egzaminów maturalnych, musimy zbudować system egzaminacyjny z prawdziwego zdarzenia. Nawet jeśli to kosztuje.

 

 

Cały tekst „Polska szkoła ma problem z maturą. Internet go obnażył”  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.rp.pl

 



Rzadko zaglądam na blog „Co z tą edukacją”, prowadzony przez Jarosława Blocha. Dlatego dopiero dzisiaj zobaczyłem, zamieszczony tam 29 kwietnia tekst, którego nie mogę nie upublicznić także na OE::

 

 

Rodzic sceptyczny

 

Politycy są często obrażeni na rodziców, że ci nie nadążają za ich wizjami. Jakże rodzice mogą nie akceptować rozwiązań, które przecież są dobre? Rodzice zaś, nauczeni wieloletnimi eksperymentami robionymi na żywych organizmach ich dzieci, są sceptyczni. I nie dziwię się, sam jestem rodzicem i moje dzieci przeszły przez system szkolny. Problem bowiem nie tkwi w zasadności samych pomysłów, lecz w jakości ich wprowadzania, a ta jakość pozostawia często wiele do życzenia.

 

Na początku zaznaczę, że ofiarą tych nieprzygotowanych pomysłów padają przede wszystkim dzieci, ale na podobnej pozycji są też nauczyciele. Ministerstwo wymyśla, dyrektor wprowadza, a oni jeśli się nie zgadzają, mogą się co najwyżej zwolnić…

 

Rodzice mają podstawy aby mieć wątpliwości co do jakości wprowadzanych nowych przedmiotów. Przyzwyczaili się już, że polityk coś wymyśla, na szybko wprowadza, a ich dzieci są poligonem doświadczalnym. Nauczyciele nie zawsze są przygotowani do nauki nowego przedmiotu (choć według ministerstwa są, bo tak jest na papierze). No i nie zawsze ten nauczyciel jest, często są to osoby z łapanki, bo dyrektorzy z braku kadr, łatają jak mogą. Nie pomaga w tym kiepska sytuacja finansowa, która wygania nauczycieli z zawodu, a młodych nie przyciąga.

 

A ministrowie lekką ręką przestawiają pionki na szachownicy. Tak postąpiła kiedyś pani Hall z Platformy Obywatelskiej, wprowadzając wczesne profilowanie klas i zmiany w podstawach (słynna jedna godzina, na której kończono podstawę z gimnazjum…), a młodzież traciła kontakt z większością przedmiotów ogólnych w wieku 15 lat… Zaorała przy okazji nauczycieli przysposobienia obronnego w szkołach średnich, którzy na nowym przedmiocie edukacji dla bezpieczeństwa (po co zmieniono nazwę, do dziś nie wiem)  stracili połowę godzin, a młodzież straciła mnóstwo treści z pierwszej pomocy i edukacji zdrowotnej (!!!). W międzyczasie starano się wtłoczyć sześciolatków do kompletnie na to nieprzygotowanych szkół, zapewniając jednocześnie rodziców, że szkoły są na to przygotowane…

 

Potem pionki przewróciła minister Zalewska likwidując gimnazja. W konsekwencji czego: młodzież została wciśnięta znów do podstawówki, a godziny naprędce upychano w podstawówkach i liceach, które nie były na to przygotowane,  w sposób oczywiście chaotyczny i nieprzemyślany. Nie zadbano o dodatkową opiekę psychologiczną, bo nie przewidziano, że starsza, dorastająca  młodzież w podstawówce zwiększy ilość dodatkowych problemów. Nieprawdziwy hejt, który szedł wtedy na uczniów i nauczycieli gimnazjów, był jedyną „podstawą” deformy, której konsekwencje ponosimy dziś w postaci słabych podstawówek niwelujących szanse dzieci na lepszą edukację. Rządy Zalewskiej zakończyły się strajkiem nauczycieli, po którym odeszło z zawodu wielu dobrych pedagogów, a w szkoły zaczęły funkcjonować dzięki emerytom.

 

Era ministra Piontkowskiego naznaczona była pandemią, za którą co prawda minister nie był odpowiedzialny, ale jego obóz polityczny, poprzez pozorowaną walkę z pandemią,  znacząco przyczynił się do nienaturalnie długiego zamknięcia dzieci i młodzieży w domach, czego konsekwencje ponosimy do dziś w postaci problemów psychicznych i braków merytorycznych z tego okresu.

 

Z kolei minister Czarnek wprowadził nieakceptowany przez większość rodziców HiT, opierając go na kontrowersyjnym podręczniku, kontrowersyjnego autora. Oczywiście nie zadbał o przygotowanie merytoryczne nauczycieli, stwierdzając, że ono już przecież jest (na papierze). Forsując swe zmiany programowe wprowadził chaos w arkuszach organizacyjnych szkół.

 

Młodzież nie zdążyła się do HiTu przyzwyczaić, gdy minister Nowacka zlikwidowała HiT wprowadzając kolejny chaos i zaczęła forsować edukację zdrowotną, do której znów nie przygotowała kadr (choć na papierze wszystko się zgadzało), wywołała polityczną awanturę, choć mogła zagadnienia te dołączyć do podstaw programowych innych przedmiotów, czego krytycy tych treści pewnie by nawet nie zauważyli. Minister Nowacka zapowiadała nową jakość, ale rodzice tej nowej jakości nie zobaczyli. Nadal ministerstwo jest „nieomylne”, nadal wprowadza rozwiązania, które nie mają nawet akceptacji tych, którzy mają je wdrażać.

 

Jak w takich warunkach rodzice mają ufać politykom w kwestii edukacji? To ich dzieci traktowane są instrumentalnie, to ich dzieci są ofiarą bałaganu, pośpiechu i arogancji polityków. Jak młodzież ma ufać politykom? Rozwiązania, które proponują politycy nie zawsze są pozbawione sensu, ale podstawowym problemem jest zbyt szybkie tempo ich wprowadzania, co przekłada się potem na problemy organizacyjne i niedociągnięcia, które odbijają się na uczniach, ale też na postrzeganiu kolejnych zmian przez rodziców. Rodzice słysząc hasła „zmiany”, „nowe przedmioty”, mają przeważnie obraz bałaganu, który obserwowali w przeszłości i nie są do nich nastawieni pozytywnie. Ktoś się dziwi?

 

 

Źródło: www.jaroslawbloch.ov

 



Oto zamieszczony wczoraj na blogu „Wokół Szkoły” tekst Jarosława Pytlaka, w którym, kompetentnie, odpowiada na tytułowe pytanie:

 

 

Czy można wierzyć nauczycielowi?

 

Odpowiadając na tytułowe pytanie: można. Należy. Warto! W dobrze pojętym interesie dziecka i społeczności, do której ono należy. Poniżej garść moich przemyśleń na ten temat, inspirowanych szkolną codziennością.

 

x           x           x

 

Cały czas usilnie staram się do tego przyzwyczaić i cały czas mam z tym problem. Chodzi o brak zaufania do nauczycieli; przekonanie niektórych rodziców, że potrafią kompetentnie wskazać ich błędy i opisać, jak powinni postąpić w sposób właściwy. Taka postawa ujawnia się w różnych sytuacjach, na przykład w postaci komentarza do przebiegu zajęć, ustalonej oceny, notatki wpisanej w sprawdzonej pracy klasowej, informacji o takim czy innym szkolnym działaniu. I nie jest okolicznością łagodzącą ostrość ferowanych sądów wykształcenie nauczyciela, jego doświadczenie, ogarnianie tematu w szerszym kontekście, np. całej klasy, a nie tylko pojedynczego dziecka.

 

Często czytam w internecie, że jako nauczyciele powinniśmy pilnie słuchać tego, co mówią rodzice, że marzy nam się niekwestionowany autorytet, na który nie zasługujemy, bo przecież popełniamy wiele błędów. Że rolą rodzica jest stawanie w obronie swojego dziecka. Zadaję sobie wtedy pytanie, czy ten sam rodzic w gabinecie lekarza z równą pryncypialnością podważa diagnozę i przepisaną terapię?! Oczywiście materia jest nieco inna, ale analogia sama mi się narzuca. Znam się na pracy dydaktycznej i wychowawczej, którą wykonuję, i którą równocześnie nadzoruję w szkole, pełniąc funkcję dyrektora. Efekty tej pracy są widoczne, a że trwam na stanowisku 36 lat, to muszą być dobrze oceniane. A jednak czasem to nie wystarcza.

 

Najczęściej problem pojawia się w przypadkach dotyczących niewłaściwego zachowania ucznia. Niby taka szkolna rutyna – na przykład, padło wulgarne słowo pod adresem innego dziecka, nauczyciel reaguje, wpisuje uwagę, i w rezultacie… otrzymuje obszerną informację „jak było naprawdę”. Dziecko przedstawia w domu swoją własną wersję wydarzeń, niezawodnie dla siebie korzystną. Nie padło takie słowo, tylko inne. Nie była to agresja, tylko takie żarty. Pokrzywdzony sam zaczął. I tak dalej.

 

Od kilku lat już nawet zwykła uwaga w dzienniku może stać się zarzewiem konfliktu. Bo „według dziecka to było inaczej”. Albo, „to zachowanie nie pasuje do mojego dziecka”. Nauczyciele coraz więcej czasu muszą poświęcać na wyjaśnienie kwestii, które z ich punktu widzenia są oczywiste. Epistolografia elektroniczna kwitnie. Sprawy, które powinny się kończyć krótką reprymendą rodzica wobec ucznia i nakazem przeproszenia w szkole za zaistniałą sytuację, zaczynają ciągnąć się niczym rozprawy sądowe. Nawet po zakończeniu pozostawiają osad poczucia krzywdy. Obustronne poczucie solidarnego udziału w wychowaniu ma status kwiatu paproci.

 

Problemy opisanego tutaj typu coraz częściej trafiają do gabinetu dyrektora szkoły. Mój argument, że nauczyciel ma dobrą wolę i nie ma powodu, by krzywdzić dziecko niesłusznym oskarżeniem, w dobie powszechnej nieufności zazwyczaj okazuje się nieskuteczny. Bo przecież może mieć taki powód, w postaci choćby braku sympatii do dziecka, faworyzowania innego, albo chęci ukrycia jakiegoś swojego błędu. Trudno z tym dyskutować, ale na jedno pozwolę sobie zwrócić uwagę Szanownych Rodziców. Na jakiej podstawie uważacie, że relacja zdana przez dziecko w domu jest prawdziwa, podczas gdy wersja, którą przedstawia Wam nauczyciel – fałszywa?! „Moje dziecko nie kłamie”?! A dlaczego?! Skąd ta pewność, że w domu mówi prawdę?! Skąd pewność, że nie czuje obawy przed przyznaniem się rodzicom do nieładnego postępku?! A może ma – chwalebną skądinąd – pewność wsparcia w domu i wykorzystuje ją, by uniknąć szkolnych konsekwencji?!

 

Drodzy Rodzice! Pamiętajcie, że szkolne konflikty zazwyczaj dotyczą nie tylko Waszego dziecka, ale także innych uczniów! Nie macie takiej możliwości, jaką ma nauczyciel – spojrzenia na sprawę z perspektywy innych zainteresowanych, całej grupy. Zdecydowana większość nauczycieli to rzetelni specjaliści w swojej pracy. Mogą mieć inne zdanie niż Wy i niż Wasze dziecko. Należy je szanować. Warto je szanować! A dziecko, pośród wielu różnych praw, powinno mieć również prawo do przeżywania przykrych konsekwencji swoich błędów, nieuchronnych w młodości. Jako dyrektor, czasem nakładam na uczniów kary. Nie dlatego, że ich nie lubię, czy nie chcę ich dobra. Właśnie dlatego, że lubię ich z samego założenia, a ich dobro i właściwy rozwój są dla mnie najważniejsze. Temu służy cała moja wiedza i doświadczenie, i inspirowane przez nie decyzje, także te, które dla dziecka są nieprzyjemne.

 

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/

 

 



Portal „Edunews” zamieścił dzisiaj krótki tekst, dzięki któremu dowiedziałem się o wynikach sondażu opinii uczniów, które zebrała firma „VULCAN o ich przygotowaniach do egzaminów: maturalnych i ósmoklasisty:

 

 

Wyzwania uczniów w przygotowaniach do egzaminów

 

Tuż przed maturą ukazał się krótki raport zbierający głosy uczniów o trudnościach w przygotowaniach do egzaminu ósmoklasisty i matury oraz o tym, jakiego wsparcia najbardziej potrzebują. O potrzeby i oczekiwania na etapie przygotowań do egzaminów kończących etapy kształcenia zapytała uczniów firma Vulcan.

 

Raport pokazuje przede wszystkim, że uczniowie mają największe trudności nie tylko z konkretnymi zagadnieniami (zwłaszcza z matematyki, języka polskiego i języków obcych), ale też z samym procesem przygotowania do egzaminów. Wśród problemów merytorycznych dominują te obszary, które wymagają zrozumienia i samodzielnego myślenia, a nie tylko odtwarzania wiedzy.

 

Jednocześnie uczniowie jasno wskazują, które elementy nauki są dla nich najbardziej wymagające — to cenna informacja, bo pozwala lepiej dopasować metody nauczania i wsparcia.

 

Duże znaczenie mają czynniki pozamerytoryczne: brak czasu, stres oraz trudności w planowaniu nauki. To oznacza, że problem nie leży wyłącznie w wiedzy, ale także w organizacji pracy i dobrostanie psychicznym uczniów.

 

Ważnym wnioskiem jest również to, że uczniowie potrzebują bardziej ukierunkowanego wsparcia edukacyjnego — zarówno w zakresie tłumaczenia trudnych treści, jak i w rozwijaniu umiejętności uczenia się. To chyba ciągle dość zaniedbany obszar w edukacji szkolnej, na który warto zwracać częściej uwagę (i organizować różne aktywności) nie tylko w rocznikach kończących szkołę.

 

Porównanie procesów przygotowań do egzaminu ósmoklasisty i matury pokazuje, że choć poziom trudności jest różny, to wiele wyzwań się powtarza — szczególnie w obszarze stresu i zarządzania nauką. Zarówno młodsi, jak i starsi uczniowie wskazują te same kluczowe obszary trudności: rozumienie materiału, jego zastosowanie oraz organizację nauki. Różnica polega głównie na skali trudności i poziomie samodzielności wymaganym na egzaminie.

 

 

 

 

 

Raport. Wyzwania uczniów w przygotowaniach do egzaminu ósmoklasisty i matury. Analiza na podstawie odpowiedzi konkursowych uczniów  –   TUTAJ

 

 

 

 

Źródło: www.edunews.pl



Skoro dzisiaj odbył się kolejny egzamin maturalny – z matematyki, także i na OE jest to temat dnia. Zacznę od fragmentów tekstu z portalu „Strefa Edukacji”, zatytułowanego dość pesymistycznie:

 

 

„Widzimy się w sierpniu”. Matematyka nie zostawiła maturzystom złudzeń

 

[…]

 

Na maturze z matematyki nie ma miejsca na interpretację i lanie wody. Tu rządzi konkretny wynik. To właśnie ta jednoznaczność sprawia, że po wyjściu z sal egzaminacyjnych wybucha prawdziwa burza, a maturzyści gorączkowo porównują odpowiedzi w poszukiwaniu potwierdzenia swoich racji.

Choć arkusz trzymał się sztywno podstawy programowej, dla wielu uczniów starcie z „podchwytliwą” treścią okazało się emocjonalnym rollercoasterem. [….]

 

Maturę z matematyki ocenił dla nas Mateusz Gawlik – wyróżniony absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej, wieloletni nauczyciel matematyki i założyciel GAWLIK – Krakowskiej Szkoły Korepetycji. Laureat tytułu Nauczyciel Roku Polskich Szkół Ponadpodstawowych 2024, autor publikacji z zakresu matematyki, aktywny doradca ds. jakości kształcenia i uczestnik debaty edukacyjnej.

 

Tegoroczny arkusz mógł zaskoczyć maturzystów nieco innym niż zazwyczaj podziałem punktów za poszczególne obszary wiedzy. Zadanie optymalizacyjne – będące pewniakiem zazwyczaj za 4 albo 5 punktów tym razem ograniczone zostało do dwóch pytań testowych. Stresujący mógł okazać się również (co prawda bardzo prosty ale jednak ) dowód geometryczny – skomentował Mateusz Gawlik.

To nie wszystko.

 

Nie zabrakło oczywiście klasyki jak nierówność kwadratowa, albo procenty i prawa działań na logarytmach, które spokojnie gwarantowały wraz z kilkoma innymi typowymi i schematycznymi zadaniami przeskoczenie progu zdawalności. Uzyskanie wyniku trzycyfrowego mogło jednak stanowić spore wyzwanie nawet dla osób celujących wysoko na zbliżającym się poziomie rozszerzonympodsumował ekspert. […]

 

 

 

Cały tekst „Widzimy się w sierpniu”. Matematyka nie zostawiła maturzystom złudzeń” –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.strefaedukacji.pl

 

 

x           x           x

 

Drugim materiałem będzie plik z YouTube – także w związku z maturami.

 

Nie wiedziałbym o tym, gdyby nie post na fb-profilu „Marcin Józefaciuk – Twój Poseł”:

 

 

 

A oto plik z nagraniem tego  wywiadu

 

 

 

Wyciek arkuszy maturalnych. Piechna-Więckiewicz: rozważamy zawiadomienie do prokuratury   –  plik YoyTube (22’03”) –  TUTAJ

:

 

 



Dawno nie zamieszczałem materiałów z fb-profilu dr Marzeny Żylińskiej. Dzisiaj śpieszę z krótką wypowiedzią i informacją o warsztatach metodycznych n.t. kompetencji relacyjnych nauczyciela:

 

 

Kompetencje relacyjne to fundament efektywnej nauki. Im więcej narzędzi, tym łatwiej tworzyć z uczniami i ich rodzicami dobre relacje. Jeśli chcielibyście uzupełnić swoją skrzynkę z narzędziami, to tylko do jutra obowiązuje…

 

 

Obejrzyj i wysłucha (2’47”)  –  TUTAJ

 

x           x           x

 

 

 

Więcej informacji i zapisy  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.facebook.com/marzena.zylinska

 

 



Oto fragmenty (wraz z linkami do ich pełnych wersji) dwu tekstów: Pierwszy –  o charakterze informacyjnym „tu  i teraz”, drugi  – zawierający ogólniejsze refleksje dotyczące istoty tego egzaminu i systemu edukacji szkolnej, której jest on zwieńczeniem:

 

 

Matura 2026 z polskiego. Egzaminatorka: Oba tematy można ograć „Lalką”

 

Jak maturę z polskiego napisałyby polonistki i egzaminatorki? Wokulski i Rzecki pasują do pierwszego tematu maturalnej rozprawki. A do drugiego? Też Wokulski, ale dopasować można i Łęcką. Znowu „Lalka” może zdominować wypracowania maturzystów.

 

W tym roku zaskoczeń na maturze z polskiego nie było. – Oba tematy maturalne można ograć „Lalką” Bolesława Prusa – komentuje wieloletnia egzaminatorka maturalna i polonistka z Piły Katarzyna Włodkowska, znana w sieci jako „Facetka od Polaka”.

 

Maturzyści mogli w tym roku wybrać temat rozprawki związany z wątkiem pracy: „Wpływ pracy na człowieka i na otaczającą go rzeczywistość”. Drugi, bardziej filozoficzny, brzmiał: „Kiedy dla człowieka jest ważne, jak postrzegają go inni”.[…]

 

Było w miarę łatwo, chociaż na teście były ciężkie zadania z lekturami. Pojawiły się takie, których się nie spodziewałem, jak „Pieśń o Rolandzie”. Notatka syntetyzująca na bazie dwóch tekstów banalna. Wystarczyło raz przeczytać. A na rozprawkę wziąłem pierwszy temat. Niby „Lalka” pasowała, ale najbardziej Rzecki, postać drugoplanowa. Nie chciałem pomylić się w szczegółach, więc wziąłem „Inny świat”. I odwołałem się też do książki, która nie jest lekturą. To autobiografia ultramaratończyka Davida Gogginsa „Nic mnie nie złamie”. To pamiętam dobrze, więc powinno być ok – opowiada Maciek, maturzysta z Białegostoku. […]

 

Na co warto było zwrócić uwagę przy pierwszym temacie? „Facetka od Polaka” podkreśla, że składa się on z dwóch części: „wpływ pracy na człowieka” i „na otaczającą go rzeczywistość”. I to należy w pracy pokazać. Ale najpierw teza. – We wstępie wyjaśniłabym, czemu służy praca, jaką może mieć wartość dla człowieka, jak jest postrzegana w tekstach kultury. Powiedziałabym, że praca wpływa pozytywnie na człowieka, o ile ma do niej dystans. I że zmienia otaczająca go rzeczywistość – mówi Włodkowska.

 

Z kolei Hanna Domosławska-Pomian, polonistka z LO w Giżycku, formułuje tezę w taki sposób: – Praca wyznacza poczucie wartości, organizuje życie, konsoliduje środowisko lokalne, nadaje życiu sens.

 

Jakich bohaterów wybrać do tego tematu? Oczywiście z „Lalki”. – Można byłoby wybrać wielu bohaterów, ale ja wybrałabym pewnie Ignacego Rzeckiego, który był tytanem pracy. Od rana do wieczora pracował w sklepie u Stanisława Wokulskiego. Ta praca była dla niego sensem życia, jakimś remedium na samotność i starokawalerstwo. W kontekście epokowym praca Rzeckiego jest wartością, bo jest użyteczna dla społeczeństwa. Ten utylitaryzm był jednym z haseł pozytywizmu. I światopogląd pozytywizmu byłby moim kontekstem – mówi Katarzyna Włodkowska.[…]

 

Drugi temat rozprawki bardziej skomplikowany

 

Obie polonistki zgadzają się, że drugi temat („Kiedy dla człowieka jest ważne, jak postrzegają go inni„) nie jest tak oczywisty.Katarzyna Włodkowska znowu przywołuje „Lalkę”. – Wskazałabym to, jak źle postrzegany był Wokulski przez mieszczaństwo i arystokrację. Odwołałabym się do fabrykanta powozów Deklewskiego i radcy Węgrowicza, którzy są wobec niego bardzo złośliwi i cyniczni. A ich opinia była istotna dla Wokulskiego – przez jej pryzmat budował poczucie własnej wartości – mówi.

 

Z kolei Hanna Domosławska-Pomian proponuje wykorzystać historię Wokulskiego przez pryzmat Izabeli Łęckiej. – Kiedy w grę wchodzi uczucie, kwestia postrzegania przez innych zaczyna być bardzo ważna. Nie tylko przez ukochaną osobę, ale też jej środowisko. Stanisław Wokulski bardzo dba o to, by arystokracja postrzegała go dobrze, chciałby być przez nich akceptowany w kontekście swojego uczucia do Izabeli Łęckiej. I nie zdaje sobie do końca sprawy, że to szklany sufit, którego nie jest w stanie przebić, mimo swoich starań. Zresztą sama Łęcka dba również o swój wizerunek wśród arystokratów. To też można wykorzystać – mówi polonistka. […]

 

 

Cały tekst „Matura 2026 z polskiego. Egzaminatorka: Oba tematy można ograć ‘Lalką’”  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.wyborcza.pl

 

x           x           x

 

 

Matura zamiast rozwijać, ogranicza. Uczniowie uczą się schematów, nie myślenia

 

Matura miała być jednym z najbardziej obiektywnych egzaminów w systemie edukacji – takim, który w równy sposób ocenia wszystkich uczniów, niezależnie od szkoły i nauczyciela. Dziś coraz trudniej jednoznacznie powiedzieć, co właściwie sprawdza. W praktyce coraz częściej sprowadza się do odtworzenia wiedzy i dopasowania się do klucza, zamiast weryfikacji realnych kompetencji.[…]

 

Wątpliwości dotyczą nie tylko samej konstrukcji egzaminu, ale także jego dopasowania do zmieniającej się rzeczywistości szkolnej. Nauczyciele zwracają uwagę, że rośnie liczba uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, a jednocześnie arkusze coraz częściej opierają się na rozbudowanych zadaniach tekstowych.

 

– Mamy dziś zdecydowanie więcej uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi i różnego rodzaju trudnościami. W takiej sytuacji rozbudowane zadania tekstowe, które coraz częściej pojawiają się na maturze z chemii czy biologii, nie sprzyjają osiąganiu dobrych wyników. To jednak nie oznacza, że powinniśmy upraszczać egzamin do poziomu „pokoloruj atom”. Chodzi raczej o znalezienie rozsądnej równowagi. [wyjaśnia dr Dudek-Różycki.]

Coraz częściej pojawia się też zarzut, że matura nie rozwija samodzielnego myślenia, a wręcz je ogranicza. Uczniowie uczą się przede wszystkim tego, jak „trafić w klucz”, zamiast analizować, wnioskować czy formułować własne opinie.

 

Brakuje zadań, które pozwalałyby sprawdzić poziom myślenia, wnioskowania czy zdolności oceny zjawisk. Polecenia są skonstruowane tak, że właściwie wszystko podawane jest uczniowi na tacy. Rozumienie pojęć jest doprecyzowywane dopiero przy publikacji kryteriów, co sprawia, że uczniom trudno przygotować się do egzaminu, ale egzaminatorom w Centralnej Komisji Egzaminacyjnej łatwiej w razie potrzeby obniżać wymagania i manipulować wynikami mówiła dr Joanna Dobkowska, polonistka, pedagog, kulturoznawca, w rozmowie z Magdaleną Konczal.

 

W praktyce oznacza to odejście od sprawdzania rzeczywistych kompetencji na rzecz testowania umiejętności dopasowania się do konkretnego schematu. Uczeń nie musi samodzielnie interpretować zjawisk czy budować argumentacji – wystarczy, że rozpozna oczekiwaną formę odpowiedzi i wpisze się w przyjęty klucz. To z kolei prowadzi do sytuacji, w której przygotowanie do matury coraz częściej polega nie na pogłębianiu wiedzy, ale na ćwiczeniu powtarzalnych strategii egzaminacyjnych.

 

Taki model egzaminu ma swoje konsekwencje także poza samą maturą. Ogranicza rozwój samodzielnego myślenia, zniechęca do wychodzenia poza schemat i utrwala przekonanie, że najważniejsze jest „trafienie w odpowiedź”, a nie zrozumienie problemu. W efekcie egzamin, który miał weryfikować poziom wykształcenia absolwentów, coraz częściej sprawdza jedynie ich zdolność do poruszania się w ramach ściśle określonych reguł. […]

 

Problem nie sprowadza się wyłącznie do samego egzaminu, ale do szerszego pytania o to, czego właściwie powinna wymagać szkoła i jak przygotowywać uczniów do dalszej edukacji i życia zawodowego. Spór nie dotyczy więc tylko formy matury, ale także granicy między realnym sprawdzaniem kompetencji a dostosowywaniem wymagań do możliwości uczniów.

 

W tym kontekście pojawia się pytanie o spójność całego systemu oceniania – nie tylko na poziomie matury, ale także wcześniejszych etapów edukacji. Wskazuje się, że źródła problemu mogą sięgać znacznie wcześniej, a sam egzamin maturalny jest jedynie jego konsekwencją.

 

– Powinniśmy się zastanowić, czy sytuacja, w której najpierw oferujemy uczniom stosunkowo łatwy egzamin ósmoklasisty i stopniowo obniżamy wymagania na wcześniejszych etapach edukacji, a potem konfrontujemy ich z bardzo wymagającym egzaminem maturalnym, jest w ogóle zasadna. W mojej ocenie – nie. Dlatego uczniowie powinni otrzymywać wcześniej rzetelną diagnozę swoich możliwości dr Karol Dudek-Różycki.

 

Jeśli kolejne etapy nauki nie przygotowują uczniów do realnych wymagań egzaminu końcowego, trudno oczekiwać, że matura będzie pełnić funkcję rzetelnego i miarodajnego sprawdzianu. W efekcie zamiast spójnego systemu oceniania powstaje konstrukcja, w której wymagania są rozłożone nierównomiernie, a sam egzamin końcowy staje się dla wielu uczniów momentem nagłej, często zaskakującej weryfikacji.

 

 

Cały tekst „Matura zamiast rozwijać, ogranicza. Uczniowie uczą się schematów, nie myślenia”  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.strefaedukacji.pl

 



 

          Dziś pierwszy dzień tegorocznych egzaminów maturalnych

 

 

    Ale nie matura, lecz ciągłego uczenia się chęć szczera

    Zrobi z ciebie reportera/menedżera/trenera/.

 

 

Ta parafraza powojennego hasła „Nie matura lecz chęć szczera, Zrobi z ciebie oficera” niech uzasadni dlaczego właśnie dzisiaj zamieszczam poniższy tekst:

 

 

A jest to , oczywiście, tekst z bloga „Profesorskie Gadanie” – bez skrótów, bo każdy jego fragment jest ważnym elementem profesorskiego przesłania:

 

 

Dlaczego nauka przez całe życie i małymi porcjami?

 

Dlaczego? Bo tak naprawdę nie wymyślamy niczego nowego tylko wracamy do tego, co dla Homo sapiens było naturalne od zawsze. Zanim powstały szkoły, zanim ktoś wpadł na pomysł, by usadzić ludzi w ławkach i uczyć ich według jednego programu, człowiek uczył się nieustannie: od starszych, od rówieśników, na własnych błędach, obserwując przyrodę i innych ludzi. Wiedza była jak chleb,  zdobywana codziennie, w małych kawałkach, w rytmie codziennego życia. Dopiero później przyszła epoka wielkich instytucji, które próbowały zamknąć proces uczenia w sztywnych ramach: od września do czerwca, od pierwszej lekcji do ostatniej, od podstawówki do dyplomu. Szkoła średniowieczna i szkoła epoki przemysłowej były niewątpliwym sukcesem i umożliwiały rozwój społeczny. To uporządkowanie w klasach i programach dało dobry efekt. Ale czas spędzony w ławach szkolnych systematycznie się wydłużał. Już nie  trzy klasy, nie 7 klas ale 12 lat nauki dla większości populacji a potem nawet 17 lat dla blisko połowy. Jeśli doliczyć studia doktoranckie to wychodzi 21 lat nieustannej nauki w systemie szkolnym.

 

Dziś te ramy pękają. Świat przyspieszył tak bardzo, że nie da się już raz nauczyć i mieć „spokój” do emerytury. Kiedyś wystarczyło opanować jeden fach. Wystarczyło nauczyć się  szyć buty, lepić garnki, uczyć jednego przedmiotu. I do końca swego życia i można było z tego żyć. Adaptacje były znikome. Prawie nic się nie zmieniało. Teraz jest tak, jakby ktoś z zapałem opanował sztukę robienia lamp naftowych. Piękna umiejętność, ale praktycznie muzealna. Produkt dla kolekcjonerów. Zawody znikają, technologie się zmieniają, a to, co dziś jest oczywistością, jutro może być anachronizmem. Dlatego kompetencją XXI wieku nie jest już wiedza sama w sobie lecz umiejętność uczenia się. Szybkiego uczenia się i adaptacji do nowych warunków. I to uczenia się poza tradycyjną szkołą.

 

A skoro uczymy się przez całe życie, to nie możemy robić tego tak, jakbyśmy mieli znowu 15 lat i wolne popołudnia. Całego życia nie da się spędzić w szkole a potem na uniwersytecie. Dlatego potrzebujemy nauki w małych porcjach, tak jak aktualizacji oprogramowania w komputerze czy smartfonie. System działa, ale co jakiś czas wymaga drobnej poprawki, łatki, usprawnienia. Nie resetu, czy formatowania dysku, tylko regularnych i niewielkich uzupełnień. Czasem odinstalowujemy niepotrzebne aplikacje i dodajemy zupełnie nowe. Podobnie działa współczesna edukacja: mikrokursy, mikropoświadczenia, krótkie szkolenia, szybkie certyfikaty, moduły, lektury książek czy tylko krótkie teksty w social mediach. Małe porcje, które daje się wpleść w codzienne życie i codzienne obowiązki. Aż do późnej starości. Bo inaczej nie kupimy biletu ani nie dokonamy operacji bankowej.

 

Potrzebujemy kopernikańskiego przewrotu w edukacji. Nie kosmetycznej reformy, nie kolejnej zmiany podstawy programowej lecz zmiany sposobu myślenia i działania. Edukacja nie jest już linią prostą, którą przechodzi się od punktu A do punktu B. Bardziej jest jak wchodzenie po schodach na wysoką wieżę. Jest więc raczej spiralą, do której wracamy wielokrotnie, za każdym razem z innym doświadczeniem i innymi potrzebami. Tak jak w cyklu Kolba. I ta zmiana już się dzieje. Buduje się oddolnie, organicznie, w rytmie życia, a nie ministerialnych rozporządzeń. Bo naturalnego procesu nie da się ani uruchomić lub zatrzymać, ani słowami, ani dekretami.

 

Sztuka polega na tym, by płynąć z nurtem rzeki, a nie próbować zawracać Wisły kijem, by popłynęła z Warszawy do Krakowa zamiast do Gdańska. W Krakowie ta wiślana woda już była. Teraz płynie dalej, tak jak my, którzy uczymy się nie dlatego, że ktoś każe, ale dlatego, że świat nieustannie nas do tego zaprasza. Czasem uczymy się z czystej, ludzkiej ciekawości. To szanse i zagrożenia jednocześnie. I jeśli odpowiadamy na to zaproszenie małymi krokami, regularnie, z ciekawością, to właśnie wtedy nauka staje się nie obowiązkiem, lecz naturalną częścią życia. Tak jak u naszych przodków mieszkających w jaskiniach i kamiennymi pięściakami czyszczących skóry zwierząt.

 

A gdyby tak uniwersytety odpowiedziały na to wyzwanie? Gdyby popłynęły z nurtem współczesnych zmian? Gdyby w pełni odpowiedziały na społeczne zapotrzebowanie? To co by się stało?

 

 

Źródło: www.profesorskiegadanie.blogspot.com/



Z kilkudniowym opóźnieniem udostępniam, bez skrótów, tekst Jarosława Pytlaka, zamieszczony na blogu „Wokół Szkoły” 28 kwietnia. Przyznam się, że oczekiwałem na reakcję na to „wyznanie” ze strony innych bywalców Internetu, aktywnych w obszarze oświaty. Ale, jak dotąd, nie udało mi się ni na żaden taki komentarz natrafić. Przeto już dłużej nie zwlekam – tekst powinien zostać szeroko upowszechniony:

 

 

Nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów…

 

28 kwietnia ministra Nowacka pochwaliła się w mediach społecznościowych: „Dziś odbyło się pierwsze czytanie projektu ustawy o prawach i obowiązkach ucznia”. Mowa o 45 stronach pełnych prawniczego żargonu, na których zapisano powołanie do życia kolejnej  biurokratycznej struktury w systemie edukacji, jaką ma być instytucja Rzecznika Praw Uczniowskich. Obligatoryjna na szczeblu krajowym, wojewódzkim oraz szkolnym. W istocie ustawa ta stanowi kolejny krok w kierunku paragrafizacji systemu edukacji – uczynienia z placówki oświatowej urzędu uwikłanego w dziesiątki procedur, mających w założeniu chronić dzieci i młodzież przed złą wolą i nieudolnością pedagogów. Poszerzy ona tylko pole, na którym ścierać się będą racje rodziców i nauczycieli, już teraz bardzo odległe i często rodzące konflikty.

 

Napiszę bez ogródek – ta ustawa stanowi gwóźdź do trumny dla jakichkolwiek nadziei na wsparcie szorującego po dnie autorytetu szkoły w społeczeństwie. Zapewne spotka się z uznaniem osób przekonanych o opresyjnym charakterze tej instytucji, braku kompetencji i dobrej woli nauczycieli, ale jej podstawowym skutkiem będzie dalsza ewolucja relacji opartych na (jednak) autorytecie nauczyciela w kierunku szermierki prawnej między dorosłymi, której dzieci będą świadkami lub, co gorsza, uczestnikami. Podaję tu link do projektu ustawy (w wersji, w jakiej trafił do sejmu) – proszę sobie poczytać i przekonać się, że to kolejna sterta biurokratyczno-legislacyjnej mierzwy, którą urzędnicy próbują sformatować funkcjonowanie społeczeństwa. Tyle mojego zdania, które zapisuję bez nadziei, że na cokolwiek wpłynie, jedynie jako kolejny przyczynek do debaty, dlaczego szkoła w obecnej wersji staje się miejscem nie do życia, z coraz większą niechęcią traktowanym przez

 

x            x            x

 

Na marginesie powyższego podejmę tutaj jeszcze jeden wątek. Otóż wprowadzając kolejną biurokratyczną strukturę rzeczników praw uczniowskich, w dokumencie zatytułowanym „Ocena skutków regulacji” (OSR) opisano przewidywany koszt jej utrzymania na poziomie krajowym i wojewódzkim. Trzeba uczciwie przyznać, niewielki – marne kilka milionów złotych rocznie; więcej chyba zarobią w tym czasie prawnicy wynajmowani przez rodziców pokrzywdzonych dzieci oraz nauczyciele broniący się przed oskarżeniami (co symptomatyczne, w drugą stronę to nie będzie działać – prawda?!). Jako że jednak w polskiej oświacie mamy sezon na bezkosztowość, wymyślono, że na poziomie szkoły rzecznikiem praw uczniowskich będzie z urzędu opiekun samorządu szkolnego. W związku z tym w OSR stanęło jak byk: „Z uwagi na połączenie stanowisk szkolnych rzeczników praw uczniowskich z opiekunami samorządu uczniowskiego brak będzie wydatków płynących z projektowanej ustawy na szczeblu szkolnym”. I jest to coś, na co nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów, które mogłyby dostatecznie obelżywie określić działanie władzy oświatowej.

 

W tej chwili opiekun samorządu uczniowskiego nie ma ustawowego zakresu obowiązków. Art. 85 Prawa Oświatowego stanowi tylko, że samorząd ma prawo wyboru nauczyciela pełniącego funkcję jego opiekuna. Nie ma też żadnych zasad wynagradzania za tę funkcję. W niektórych placówkach taka osoba może otrzymać dodatek motywacyjny, ale jest to wyłącznie kwestia dobrej woli  dyrektora i możliwości finansowych danej placówki.

 

Nowa ustawa wprowadza konkretne zadania, a mianowicie:

 

1)monitorowanie stanu przestrzegania praw uczniowskich w szkole lub placówce, w której działa;

 

2)upowszechnianie wiedzy na temat praw i obowiązków uczniowskich oraz współpraca w tym zakresie z organami szkoły lub placówki, w której działa;

 

3)wspieranie członków społeczności szkolnej w działaniach, o których mowa w ust. 2;

 

4)współpraca z Krajowym Rzecznikiem oraz właściwymi terytorialnie wojewódzkim rzecznikiem i właściwym gminnym rzecznikiem albo powiatowym rzecznikiem – jeżeli został powołany, w zakresie, o którym mowa w pkt 2 i 3;

 

5)przyjmowanie i rozpatrywanie skarg dotyczących naruszenia praw uczniowskich składanych w interesie:

 

a)publicznym, w szczególności w sprawach związanych z działalnością szkoły lub placówki, w której działa szkolny rzecznik,

 

b)indywidualnym lub na rzecz osoby trzeciej, za jej zgodą – w przypadku gdy skarga dotyczy naruszenia praw uczniowskich w szkole lub placówce, w której działa szkolny rzecznik, albo gdy skarga została przekazana zgodnie z właściwością przez inny organ ochrony praw uczniowskich na podstawie art. 42f ust. 4 pkt 3;

 

6)umożliwienie anonimowej formy kontaktu uczniów szkoły lub placówki, w której działa szkolny rzecznik, ze szkolnym rzecznikiem oraz upowszechnienie informacji o tej formie kontaktu przez zamieszczenie jej na stronie internetowej tej szkoły lub placówki lub w inny sposób zwyczajowo przyjęty w tej szkole lub placówce.

 

Oto więc pracujący co do zasady pro bono opiekun samorządu otrzyma bogaty zestaw zadań, wymagających poświęcenia dużej ilości czasu, a także – co możliwe – wikłających go w sytuacje stresowe, związane z koniecznością przyjmowania i rozpatrywania skarg. I ma to nadal robić pro bono!

 

Powtórzę raz jeszcze: nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów, które mogłyby dostatecznie obelżywie określić to, co w tej ustawie chce zrobić ministra Nowacka!

 

Po raz kolejny czuję się upokorzony przez formację polityczną, którą poparłem w wyborach, bo obiecywała nową jakość w polityce. Jest bowiem dla mnie upokarzające liczenie na to, że weto prezydenta, reprezentującego obcy mi obóz polityczny, wyśle ten bubel prawny w kosmos!

 

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/