
Na internetowym profilu o „dowcipnej” nazwie „OKE czyli Okiem Krytycznego Egzaminatora” prowadzonym przez korepetytora z zakresu biologii Artura Szymanka, znalazłem dzisiaj rano wart upowszechnienia post:
To może brzmieć mało nowocześnie, ale…
W dyskusji o edukacji wciąż tkwimy w jednym, fundamentalnie fałszywym założeniu. Zakładamy, że uczeń zwłaszcza w szkole średniej jest z definicji zainteresowany nauką, a jego naturalnym stanem jest ciekawość, aktywność i chęć rozwoju. Na tej wizji buduje się wymagania, reformy i oczekiwania wobec nauczycieli.
Problem polega na tym, że ta wizja w wielu przypadkach jest fałszywa.
W przeciętnej szkole średniej znaczna część uczniów nie funkcjonuje w trybie „chcę się uczyć”, tylko w trybie minimalnego przetrwania systemu. Ich celem nie jest zdobywanie wiedzy, tylko spełnienie formalnych warunków: obecność, zaliczenie. Nauka jako proces poznawczy często nie jest celem. Jest obowiązkiem do „odhaczenia”, zadaniem do wykonania możliwie najmniejszym kosztem.
To nie jest kwestia „mniejszego zainteresowania”. W wielu przypadkach zainteresowanie edukacją po prostu nie istnieje. Uczeń nie myśli w kategoriach „co dziś zrozumiem”, tylko „czy to będzie na ocenę” albo „czy da się tego uniknąć”. Jeśli coś nie jest potrzebne do zaliczenia, bardzo szybko przestaje istnieć w jego uwadze.
I na tym rozjeżdża się cały system.
Przepisy, podstawy programowe i reformy są pisane tak, jakby klasa była środowiskiem ludzi gotowych do pracy poznawczej. Jakby wystarczyło dobrze nauczyć, żeby pojawił się efekt. Tymczasem nauczyciel bardzo często nie pracuje z grupą osób zainteresowanych, tylko z klasą, w której znaczna część uczniów mentalnie nie uczestniczy w procesie dydaktycznym, a jedynie w nim fizycznie przebywa.
Brak zainteresowania nie jest wyjątkiem, ale stałym elementem systemu.
W takiej sytuacji nauczyciel nie tyle „ma trudniej”, co traci wpływ na podstawowy warunek edukacji – uwagę i zaangażowanie ucznia. Można przygotować dobrą lekcję, można zmieniać metody, można stosować nowoczesne narzędzia, ale nie da się wymusić myślenia tam, gdzie nie ma nawet minimalnej chęci uczestnictwa.
System jednak udaje, że ten problem nie istnieje. Odpowiedzialność spada w całości na nauczyciela: ma realizować podstawę, ma „angażować”, ma „indywidualizować”, ma „motywować”. Jednocześnie nie dostaje narzędzi, które pozwalałyby realnie zmienić postawę ucznia, który nie widzi sensu w tym, co się dzieje na lekcji.
Powstaje więc paradoks: oczekuje się efektów edukacyjnych w warunkach, w których duża część grupy nie spełnia podstawowego warunku edukacji – chęci uczestnictwa.
W efekcie nauczyciel staje się nie tyle bezradny emocjonalnie, co systemowo pozbawiony sprawczości. Odpowiada za wynik, na który ma tylko częściowy wpływ, a czasem wpływ marginalny.
Można oczywiście próbować tłumaczyć to „atrakcyjnością lekcji” czy „nowoczesnymi narzędziami dydaktycznymi”. Ale to omija sedno problemu. Bo żaden system dydaktyczny nie działa, jeśli znacząca część odbiorców nie uczestniczy w procesie poznawczym, tylko formalnie w nim przebywa.
I niezależnie od tego, jak bardzo chcielibyśmy wierzyć w szkołę opartą na naturalnej ciekawości, rzeczywistość jest bardziej prosta i mniej wygodna: duża część uczniów nie jest zainteresowana nauką, a system edukacji wciąż projektuje się tak, jakby było inaczej.
To nie jest kwestia opinii. To jest punkt wyjścia do każdej poważnej rozmowy o szkole.
Źródło: www.facebook.com/permalink.php?
Zostaw odpowiedź

