Archiwum kategorii 'Eseje i wywiady'

Od kandydata na murarza do marynarza. Cz. II c – wątek służby w Marynarce Wojennej

( od maja 1965 do kwietnia 1968)

 

Niech początkiem tego odcinka wspomnień będzie to zdanie z poprzedniej ich części:

 

28 kwietnia 1965 roku, odprowadzany nie tylko przez rodziców, ale także przez.. druhnę Rosel-Kicińską oraz jej zastępcę, wsiadłem do pociągu i wyruszyłem na spotkanie „nieznanego”…

 

Niewiele z tej podróży pamiętam, Jechałem przez wiele godzin sam, był to pociąg osobowy, bezpośredni – z Łodzi do Ustki. Pasażerów było niewielu, nie tak jak w sezonie wakacyjno-urlopowym.Pewnie i inni poborowi jechali tam gdzie ja, ale nikogo nie zidentyfikowałem.

 

Na peronie dworca w Ustce czekał już „komitet powitalny” w granatowych mundurach – jakiś podoficer i kilku marynarzy, którzy poprowadzili całą grupę – bo jednak okazało się, że było nas tam z kilkanaście osób „z biletem w jedną stronę”. Do bramy Centrum Szkolenia Specjalistów Marynarki Wojennej (CSSMW) nie było bardzo daleko, ale tak „na oko” ok. 4 km, które przebyliśmy pieszo, w milczeniu…

 

Dalej było typowo: wstępna rejestracja, przydział do konkretnej kompanii i odprowadzenie do miejsca zakwaterowania. Mnie przydzielono do kompanii 10. Jej kwaterą był drewniany, parterowy barak, który wraz z innymi, bliźniaczo do niego podobnymi, znajdował się kilkaset metrów od murowanych obiektów Centrum, w otaczającym go lesie. A potem – strzyżenie „na zero”, przebieranka w wyfasowane ubrania – oczywiście nie „wyjściowe”, a płócienne, acz w kroju „marynarskim”: spodnie z szerokimi nogawkami, bez rozporka, za to z klapą z przodu, zapinaną po bokach na dwa guziki, bluza z prostokątnym kołnierzem, opadającym z tyłu na barki. Następnie każdego z nas przydzielono do określonej sali, na konkretne łóżko. Łóżka były piętrowe – ja miałem szczęście dostać to „na parterze”.

 

I niewiele więcej mam do opowiedzenia z pierwszych prawie dwu miesięcy tzw. „szkolenia unitarnego” – z grubsza jednakowego we wszystkich formacjach i jednostkach LWP. Musztra, w tym krok defiladowy, składanie i rozkładanie oraz czyszczenie broni (pmK), kilka wyjść na pobliski poligon „Lendowo”, jedno ostre strzelanie na strzelnicy. I na koniec – w drugiej połowie czerwca – przysięga. Zgodnie z tradycją i ówczesnym przebojem „Przyjedź mamo na przysięgę..” – do mnie mama też przyjechała, ale w towarzystwie taty.

 

Muszę jeszcze wyjaśnić, że na owej 10. kompanii w „lesie” byli rekruci, dla których zaplanowano kontynuowanie szkolenia w dwu „specjalnościach”: na pisarzy i na kucharzy okrętowych. Gdy się o tym dowiedziałem, że dla mnie zaplanowano szkolenie na pisarza (w znaczeniu sekretarza-kancelisty), rozpocząłem „podchody” pod oficera politycznego, aby namówić go, by coś zrobił, aby skiwerowano mnie na inne szkolenie. Już nie pamiętam jakich użyłem argumentów, ale okazało się, że chyba go przekonałem, bo w ostateczności wylądowałem na cyklu (taką nazwę nosiły szkolenia w określonych specjalnościach) dla przyszłych operatorów radiolokacji.

 

Po przysiędze, na 4 miesiące, zamieszkałem w jednym z murowanych bloków koszar, zbudowanych w latach 1936 – 1937 dla ośrodka szkoleniowego Luftwaffe. Wtedy wszystkie obiekty (budynki i drewniane baraki) mogły pomieścić 7,5 tys. żołnierzy. Za moich czasów było na, tak szacunkowo, grubo ponad tysiąc chłopa…

 

Foto: www.ustka.naszemiasto.pl

 

Budynki CSSMW z lotu ptaka – zdjęcie współczesne. 1 – w tym bloku byliśmy zakwaterowani; 2 – w tym bloku był „cykl” radarzystów.  Pomarańczową obwódką zaznaczono kompleks czterech kuchni i zblokowane z nimi stołówki.

 

Opowiem o tym okresie, w którym Ojczyzna Ludowa zrobiła ze mnie – humanisty i antytalencia technicznego – radarzystę, tylko trzy historie. Jedna będzie o tym, jak zastosowałem radę doświadczonego, starszego kolegi, jak bezproblemowo „przeżyć” wojsko. Powiedział: „Trzy kategorie ludzi mają dobrze w wojsku: muzycy, sportowcy i ‚aktywiści’”. Szybko doszedłem do wniosku, że skoro „słoń mi nadepnął na ucho”, wątłe zdrowie i postura uniemożliwiają mi uprawianie sportu – pozostało mi być „aktywistą”.

 

W całej II kompanii (taki numer miał pododdział mieszkających w tym bloku) było nas takich dwóch: Andrzej Niedziela z Bytomia (też po maturze), i ja. Andrzej został przewodniczącym koła KMW na kompanii, a ja… przewodniczącym… Rady Świetlicowej. Bo była świetlica a w niej telewizor. Nie pamiętam na czym konkretnie ta nasza „aktywność” polegała, ale wiem jedno: musiala zdobyć uznanie naszego zastępcy dowódcy batalionu ds. polityczno-wychowawczych, skoro po kilku tygodniach uznał, że powinniśmy (Andrzej i ja) mieć warunki do naszej działalności, i … wychodząc po dniu pracy (ok. 16-ej) do domu, zostawiał nam klucz do swojego gabinetu.Taki to był „równy gość”. Po jakimś czasie zwierzył się nam, że jest tu w Centrum „zesłany” za karą, (nie powiedział gdzie i jakie miał stanowisko), że go zdegradowano do stopnia majora (komandor podporucznik w mar-wojce). Cały kontekst jego opowieści kazał nam przypuszczać, że powodem jego zesłania nie były przewiny dyscyplinarne, ale „ideologiczne”…

 

I tam był nasz azyl, w którym mogliśmy być poza „bieżączką” życia kompanijnego…

 

Ta informacja jest niezbędna, jako kontekst trzeciej historii, o której za chwilę. Ale póki co – jeszcze jedna opowieść z cyklu „przypadek, czy…”:

 

 

x           x           x

 

Otóż dowódcą klasy radarzystów był młody podporucznik, świeży absolwent Oficerskiej Szkoły Wojsk Radiotechnicznych (OSWR) w Jeleniej Górze. Jego nazwisko pamiętam, pewnie nie zapomnę do śmierci, ale okażę litość i go tutaj nie wymienię. Dalej będzie występował jako podporucznik Ł. Ten szybko zorientował się, że ma wśród uczniów swojej klasy dwu chłopaków po maturze, i do tego „aktywistów”. Poprosił nas któregoś dnia, chyba to było jeszcze w lipcu, i zaczął nam opowiadać jaka to fajna fucha być oficerem, a zwłaszcza takim specjalistą od radarów. Że to przyszłość armii, że oficerowie tej specjalności to będzie elita wojska… W konkluzji zaproponował nam, abyśmy nie marnowali swego życia jako marynarze z poboru i zgłosili się, jako kandydaci, do szkoły oficerskiej, oczywiście tej, którą on ukończył. Pierwszym krokiem są aktualne badania lekarskie o przydatności do szkoły oficerskiej – on nam to załatwi, pojedziemy do Szpitala Marynarki Wojennej w Gdańsku-Oliwie, a potem on nam pomoże załatwić wszystkie dalsze formalności.

 

I co? Jego „nawijka” trafia na podatny grunt, bo obaj byliśmy jeszcze w pierwszej fazie „stresu pourazowego”, czyli lęków wobec wizji trzyletniej, zasadniczej służby w Marynatce Wojennej. Przystaliśmy na tę propozycję. Dostaliśmy rozkaz wyjazdu do Gdańska (upoważniał do bezpłatnych przejazdów wszystkimi środkami komunikacji publicznej) i po kilku godzinach, po wcześniejszym pobraniu krwi do analizy, siedzieliśmy już w poczekalni do prześwietlenia. Tam jak wiadomo – siedzi się już bez górnej części ubrania. Po chwili wszedł jeszcze jeden, też goły od pasa w górę, młodo wyglądający facet. Wywiązała się rozmowa, w formule „per ty” On zapytał co tu robimy. Usłyszał nasze dumne „My na badania przed zgłoszeniem do OSWR w Jeleniej Górze. A ty?”. Po chwili milczenia powiedział: „A ja jestem tegorocznym absolwentem tej właśnie szkoły. I jestem tu po to, abym miał „podstawy zdrowotne” do ‚bezkarnej’ rezygnacji z dalszej służby zawodowej w wojsku”. Zaczęliśmy go przepraszać, że nie wiedzieliśmy, iż jest oficerem, na co on odparł tylko: „Nieważne. Ale teraz wiecie, że to co wam powiem, to wiem z własnego doświadczenia.” I opowiedział nam o wielkiej szkodliwości dla zdrowia (w tym o tym, że facet staje się bezpłodny!) codziennego przebywania w zasięgu szkodliwego promieniowania, jakie wydziela magnetron w radarze, o tym, że absolwenci tej szkoły najczęściej lądują na całe lata na bezludziu, bo tam zazwyczaj budowane są stacje radiolokacyjne.

 

Przekonał nas. Wróciliśmy do Ustki i oświadczyliśmy naszemu podporucznikowi Ł, nie informując o przyczynie naszej rezygnacji z ubiegania się o przyjęcie do szkoły oficerskiej. Był niepocieszony, jeszcze kilka razy usiłował namówić nas na zmianę stanowiska. Bezskutecznie.

 

x           x           x

 

I trzecia historia o tym jak nasz ambitny podporucznik Ł. chciał wygrać współzawodnictwo o tytuł „Klasy służby socjalistycznej” – w skali całego CSSMW. Musieliśmy być najlepsi we wszystkim: w wynikach w nauce, w pracy społecznej, w dyscyplinie, i… w procencie „upartyjnienia” klasy.

 

Pewnego dnia, na początku września, podczas czegoś w rodzaju „godziny wychowawczej”, stanął przed nami i wygłosił mowę o tym, że wszyscy powinniśmy dołożyć starań, aby wygrać to współzawodnictwo. A już mamy wielkie szanse na to, ale powinniśmy być także najlepsi z wszystkich klas w Centrum – także w ilości marynarzy należących do PZPR. „Chyba wam zależy, abyśmy wygrali? No, to kto chce zapisać się do Partii niech wstanie!” Ja z Andrzejem siedzieliśmy w pierwszej ławce. Nagle usłyszeliśmy za sobą rumor, jaki robią odsuwane podczas wstawania krzesła… Oglądamy się, a tam – wszyscy stoją… Tylko my dwaj siedzimy.

 

Na to nasz dowódca klasy, patrząc na nas, gniewnie zapytał: „A wy co, nie chcecie się zapisać?” Nim Andrzej zdążył zareagować, ja, w typowej dla choleryka reakcji, poderwałem się i wyrecytowałem: „To co tu się dzieje, to owczy pęd. A wśród baranów nie widzę dla siebie miejsca” – i usiadłem.

.Koledzy, jedni urażeni – wychodzili nie patrząc na mnie, inni – podchodzili i zaczynali się tłumaczyć, że oni… Przerywałem im, mówiąc: „Nie tłumacz się, rozumiem…”

 

Jeszcze tego samego dnia, po obiedzie, zameldowałem się w pokoju naszego zaprzyjaźnionego zastępcy ds. politycznych i opowiedziałem mu o tym wydarzeniu, komentując jeszcze, że jestem tym oburzony, bo moim zdaniem podporucznik w swej nadgorliwości zrobił więcej złego niż dobrego „dla Sprawy”. Powiedziałem, że przyszedłem po radę, bo nie wiem, może postąpiłem niewłaściwie? Taki byłem „cwany”….

 

Co było dalej? Nasz major podziękował mi za właściwą postawę i… i jak się wkrótce okazało – przekazał tę informację komu trzeba we władzach PZPR w CSSMW. Podporucznik Ł.dostał naganę partyjną i pewnie jeszcze jakąś inną karę „po linii służbowej”, bo w następnych dniach chodził wściekły. Raz „przyuważył mnie” bez świadków na korytarzu cyklu i teatralnym szeptem wycedził: „Już ja cię załatwię. Od października resztę służby będziesz odbywał na ‚wyspie kawalerów’!” Wyspą kawalerów nazywano helski cypel: z trzech stron morze, z czwartej WSW (Wojskowa Służba Wewnętrzna – takie wojskowe MO).

 

Cóż mogłem na to dictum zrobić? Oczywiście opowiedziałem o tej groźbie ukarania mnie tym zesłaniem na Hel „naszemu” majorowi-komandorowi ppor., który uspokoił mnie, że to „strachy na lachy”, że nie „tamten” będzie o tym decydował.

 

I faktycznie – wkrótce odbyły się egzaminy końcowe i po kilku dniach każdy z nas dowiedział się w jakiej jednostce i gdzie będzie dalej służył. Andrzej – że idzie na okręty podwodne, a ja – na OH „Bałtyk” w Szefostwie Hydrografii Marynarki Wojennej – w obu przypadkach do portu wojennego Gdynia-Oksywie.

 

Po raz kolejny mogę powiedzieć, że w tym okropnym systemie „dyktatury proletariatu” (sic!) na mej drodze spotkałem „porządnego człowieka”. Choć i s…syna także spotkałem…

 

x           x           x

 

W ostatnich dniach października 1965 roku eszelon wojskowy relacji Ustka – Gdynia-Oksywie, przewiózł z CSSMW do garnizonu Portu Wojennego na Oksywiu kilkusetosobową grupę „absolwentów” szkolenia z wszystkich cyklów i w pełnym wachlarzu specjalności, aby uzupełnili braki kadrowe na stacjonujących w tym porcie jednostkach pływających, jak również w znajdujących się tam bazach lądowych.

 

Na peronie stacyjnym czekał już na nas bosman okrętowy, który po odliczeniu wszystkich, z rozkazem wyjazdu na OH „Baltyk” –  zaprowadził nas – dwunastoosobową grupę – do basenu portowego Stoczni Marynarki Wojennej, gdzie nasz „nowy dom” … stał w pływającym suchym doku.

 

Foto:www.google.com

 

Tak to wyglądało – zdjęcie obrazuje inną, „cywilną” jednostkę podobnych rozmiarów, w takim właśnie suchym doku.

 

Już następnego dnia, ubrani w robocze kombinezony i uzbrojeni w ręczne skrobaczki, dołączyliśmy do załogi, która czyściła podwodną część kadłuba z narosłych glonów i muszelek. Po całkowitym oskrobaniu kadłub został pomalowany czerwoną farbą podkładową, a następnie właściwą farbą ochronną.

 

A później moje okrętowe życie potoczyło się „normalnie”. Ja i moi koledzy z „rocznika” przez kolejne 6 miesięcy byliśmy tzw. „baniakami” – tak na okrętach nazywało się marynarzy najmłodszego rocznika – odpowiednik „kotów” w wojskach lądowych. Nie powiem że to było moje najlepsze pół roku na okręcie, ale zgrzeszyłbym, gdybym napisał, że bylimy jakość szczególnie poniżani czy fizycznie gnębieni. No, może tylko pewien mat Daniel (to nazwisko). Nie wiem od kogo się dowiedział, że ten młody radarzysta, był studentem. W dni gdy pełnił służbę podoficera dyżurnego, lubił udowadniać mi, że tutaj to on ma władzę! Podczas wieczornej zbiórki do sprzątania rejonów nie miałem wątpliwości, że padnie: „Kuzitowicz – WC na dziobie”! Jakbym to szczególne pomieszczenie (z kilkoma sedesami, umywalkami) nie sprzątnął – już po kilku takich „razach”wiedziałem, że gdy mat Daniel przyjdzie „na odbiór” – zawsze „coś” znajdzie i padnie: „Do poprawki – meldować!”. I sytuacja zwykle powtarzała się kilkakrotnie, czasem długo po ogłoszeniu ciszy nocnej.

 

Ale szybko go rozpracowałem. Po każdym „Do poprawki – meldować” wymykałem się na papierosa (wtedy jeszcze paliłem), potem brałem wąż, polewałem wszystko wodą i szedłem meldować. Szybko i jemu się nudziło, wolał siedzieć na dyżurce i drzemać…

 

Mógłbym tak jeszcze długo wspominać i opowiadać szczegółu okrętowego życia. Na teraz na tym poprzestanę. Jak wiecie – w dwu poprzednio zamieszczanych tekstach „rocznicowych”:

 

50. rocznica powrotu ‚do cywila’!” i .”Dziś obchodzę 50-lecie mojego debiutu w roli dziennikarza-publicysty” zawarłem wiele opowieści o najróżniejszych sytuacjach i wydarzeniach, w których uczestniczyłem. Dla pragnących przypomnieć sobie te teksty proponuję ich skrócone wersje – w załączonych plikach pdf: TUTAJ  i  TUTAJ

 

 

x            x           x

 

 

Teraz poszerzę te wspomnienia o kilka fleszy pamięci i jedną dłuższą opowieść:

 

 

O.H. „Bałtyk na pełnym morzu.

 

Zacznę od tego, że na mój chrzest na „wilka morskiego”, czyli pierwszy pełnomorski rejs, musiałem czekać ponad trzy miesiące. Przez ten czas trwała konserwacja kadłuba, potem było wodowanie i następnych kilka tygodni różnych prac remontowo-konserwatorskich – w tym malowanie nadbudówek. Jak informowałem o tym w poprzednich wspomnieniach – OH „Bałtyk” był jednostką badawczą, tyle, że należał do Marynarki Wojennej. Jego rejsy były realizowane w ramach porozumienia, które było pokłosiem międzynarodowej współpracy, zapoczątkowanej w ramach III Międzynarodowego Roku Geofizycznego. W jego wyniku, o stałych, uzgodnionych terminach okręt wypływał w morze z cywilną ekipą pracowników Gdańskiego Oddziału Instytutu Hydrologii i Meteorologii. I właśni takim pierwszy w roku 1966 rejsem był rejs lutowy. Był to okres zimowych sztormów na Bałtyku.

 

Czytaj dalej »



Lata 1959 – 1968 – od kandydata na murarza do marynarza. Cz. II b – wątek harcerski

(lata 1961 – 1968)

Gdy w I części wspomnień „Od kandydata na murarza do marynarza” przywoływałem fakty z mojej harcerskiej aktywności pominąłem wydarzenia, które, uszły wtedy mojej uwadze, a którymi rozpocznę tę część „nurtu harcerskiego”, choć wydarzyły się przed okresem lat 1963 – 1968.

 

 

Oznaczenia stopni instruktorskich w ZHP: stopnia „przewodnik” i „podharcmistrz”

 

Bo jak by to było, gdybym nie zarejestrował faktu, w tamtym czasie bardzo dla mnie ważnego, że we wrześniu 1961 roku nadano mi (wówczas) pierwszy stopień instruktorski „przewodnika”. Od tej pory mój harcerski krzyż miał granatową podkładkę. W całym złotniańskim szczepie tylko jego komendant – Bogdan Lobka – miał taki stopień. I dzięki temu na obozie w Ługach byłem zastępcą d.s programowych…

 

Kolejne „przeoczone” wydarzenie to zimowisko w Czerwieńsku na Ziemi Lubuskiej. Odbyło się ono na przełomie lat 1961/1962. Jego organizatorem była Komenda Chorągwi Łódzkiej, a uczestnikami były instruktorki i instruktorzy z wszystkich łódzkich hufców. Wiodącym celem tego skoszarowania tak licznej grupy łódzkiej kadry instruktorskiej było zapoznanie ich z nową metodyką harcerską, jaka miała wkrótce zastąpić tą przejętą po przedwojennym harcerstwie – w znacznym stopniu wzorowaną na skautingu.

 

Może przy innej okazji więcej o tym napiszę – teraz wspomnę jedynie, że był to czas, kiedy w Głównej Kwaterze ZHP swoje poglądy forsował Jacek Kuroń – twórca, najpierw drużyny, a od 1958 roku – hufca „Walterowców”. To tam zaczął eksperymentować z metodyką pracy, wzorowaną na poglądach Antoniego Makarenki, czyli wychowania w zespole (kolektywie). I właśnie na tym zimowisku mieliśmy zostać przekonani do reformy, polegającej na odejściu od systemu indywidualnego zdobywania stopni i zastąpieniu go „kolektywnie” zdobywanymi przez cały zastęp mianami: ochotników, tropicieli wędrowników itd. Dopiero członek zastępu, który jako zespół uzyskał określone miano, mógł ubiegać się przyznanie mu stopnia o tej nazwie.

 

Do dziś pamiętam jedynie, że w celu wysłuchania przedstawiciela Głównej Kwatery (jego nazwisku ulecialo z mej pamięci) zasiedliśmy w ogromnej hali (pierwotnie była to ujeżdżalnia koni), a na scenę, gdzie stał stolik z jednym krzesłem i mikrofonem na statywie, wszedł ów „misjonarz” nowej „wiary” i pierwsze co zrobił, to… to wziął to krzesło, przeniósł je na skraj sceny, obrócił oparciem w stronę „widowni”, usiadł na nim okrakiem, wspierając się rękoma o jego oparcie, i z mikrofonem w dłoniach zaczął swoją – nie wiem jak to określić, bo to nie był wykład, ale też i nie gawęda. Dziś nazwałbym to agitacyjną, ponad dwugodzinną prelekcją, której celem było przekonanie nas do nowej idei harcerskich „awansów”, realizowanych w kolektywach zastępów…

 

Mało mnie to interesowało, wszak byłem drużynowym zuchów, a w tej gałęzi harcerstwa nic się nie zmieniało. Jedyne co wyniosłem z tej „agitki”, to ów sposób na sprawienie wrażenia, że mówca nie jest drętwym aparatczykiem wygłaszającym przemówienie, ale że to „swój chłop”, co to nie przywiązuje wagi do zwyczajów, panujących na zjazdach, plenach i innych polityczno-partyjnych zgromadzeniach.

 

Dlaczego o tym zimowisku, a konkretnie o tym wydarzeniu, wspominam? Bo jestem jednym z nielicznych, jeszcze żyjących, świadków próby radykalnego zamknięcia okresu pogrudniowego (to znaczy po grudniowym tzw Zjeździe Łódzkim, który zaowocował reaktywowaniem ZHP i powrotem do aktywnej działalności wielu przedwojennych harcerzy i instruktorów) i poluzowaniem ( w porównaniu do OH) partyjnych więzów. Próby, która jak się po niedługim czasie okazało, nie do końca była udana.

 

System się nie przyjął, w znakomitej większość drużyn był bojkotowany, a władze ZHP musiały z najważniejszej dla tej idei zmiany – idei kolektywizmu – wycofać się. Jednak stopnie: ochotnik, tropiciel, ćwik i harcerz orli już nie wróciły – nowe nawy stopni harcerskich pozostały na następne dziesięciolecia…

 

Dziś okres ten jest tak dalece wyparty z pamięci zbiorowej, że w żadnym, dostępnym w Internecie materiale o powojennej historii ZHP nie znajdziecie o nim nawet wzmianki.

 

Ale ów „chwyt” wyjścia zza przysłowiowego stołu prezydialnego i odformalizowania\e swoich relacji ze słuchaczami zapamiętałem i po latach wielokrotnie wykorzystywałem go (nie zawsze dosłownie) w różnych rolach w których przyszło mi występować publicznie: jako wykładowcy, komendanta hufca czy dyrektora szkoły…

 

x           x           x

 

Po nadrobieniu „niedoróbek” części I. wspomnień Od kandydata na murarza do marynarza”, obejmującej lata 1958 – 1963, mogę już podjąć wątek harcerski, czyli opowiedzieć o mojej działalności w ZHP od września 1963 do kwietnia 1968.

 

Przypominam, że aktywność na tym polu zawiesiłem na czas przygotowań do matury i egzaminu wstępnego na studia. Ale gdy to już było za mną, nie potrafiłem odmówić propozycji, jaka padła ze strony władz Komendy Hufca Łódź-Polesie, abym objął funkcję Kierownika Kręgu Pracy Drużynowych Zuchowych. Było to coś na podobieństwo przewodniczącego klubu posłów w Sejmie, bo władzą dla wszystkich drużyn zuchowych był Namiestnik Zuchów, jak – wyjątkowo – nazywał się kierownik referatu drużyn tej kategorii. Bo drużynowi harcerzy ze szkół podstawowych a także drużynowi ze szkół średnich i zawodowych mieli kierowników referatów: młodszo-, albo starszoharcerskiego.

 

Ta oferta pod moim kierunkiem była konsekwencją innych ruchów kadrowych w pionie zuchowych instruktorów nie tylko Hufca Polesie, ale i Komendy Chorągwi. Otóż w tym czasie zrezygnował z funkcji Kierownika Wydziału Drużyn Zuchowych druh Tadeusz Poklewski (już o nim wspominałem – ten co był na kursie w CSIZ w Oleśnicy szefem naszej łódzkiej grupy), a jego miejsce zajął Kazimierz Madaliński – dotychczasowy Namiestnik Zuchów na Polesiu. Z kolei zwolnione przez niego stanowisko zajęła… Liliana Madalińska – od niedawna żona Kazimierza, znana wcześniej jako Lili Bekier – drużynowa zuchów na osiedlu M. Mireckiego, która to drużyna nazywała się dużyną Myszki Miki. Lilka była też, razem ze mną, kursantką w Oleśnickiej szkole.

 

Nic z tego co w tej roli robiłem nie pamiętam – była to bardziej funkcja tytularna, niż wymagająca konkretnych działań. Wspominam o tym dlatego, że od tej daty (12.09.1963) stałem się instruktorem KH Łódź-Polesie, gdyż dotąd funkcjonowałem jako instruktor szczepu przy złotniańskiej podstawówce. A to było – jak się wkrótce okazało – niezbędnym punktem wyjścia dla dalszej „kariery” w ZHP.

 

Lato 1964 roku w historii Hufca Łódź-Polesie przeszło do historii jako Akcja Letnia „Orawa”. W dwu turnusach – lipcowym i sierpniowym, w kilku miejscowościach tego – wtedy – mało znanego regionu polskich gór zorganizowano obozy w pobliżu wsi: Jabłonka, Podwilk, Lipnica Wielka, Winiarczykówka i… Harkabuz. To w tej ostatniej wsi, tylko w lipcu, w znajdującej się tam szkole podstawowej zorganizowano kolonię zuchową, która była „placówką ćwiczeń” dla wakacyjnego kursu drużynowych zuchowych, poprowadzonego dla kilkudziesięcioosobowej grupy uczestniczek i uczestników, „zakwaterowanych” pod namiotami, rozbitymi nieopodal na leśnej polanie. Komendantką tego szkoleniowego zgrupowania była druhna Namiestnik – Lili Madalińska, a komendantem owego kuru… no kto by inny, jak nie ja.

 

Foto: pl.wikipedia.org

 

Szkoła w Harkabuzie – zdjęcie współczesne

 

I to był kolejny„chrzest w boju” i poletko zdobywania doświadczeń, tym razem „dydaktycznych”, przyszłego szkoleniowca, nauczyciela – w tym nauczyciela akademickiego.

 

W tym miejscu muszę przypomnieć ten oto fragment ze wspomnień „nurtu studenckiego”, jaki napisałem, wspominając to właśnie lato studenta z oblanymi egzaminami z scs:

 

Potem nastały wakacje, które powinienem przeznaczyć na przygotowanie się do zdania egzaminu „komisyjnego”. Jednak, jak dowiecie się z kolejnego odcinka tych wspomnień, poświęconego wątkowi „harcerskiemu” z lat 1962 – 1968, wolałem oddać się innych zadaniom.”

 

I właśnie kurs w Harkabuzie był tym innym niż nauka staro-cerkiewno-słowańskiego zadaniem. Dodam jeszcze, że już po zakończeniu tego obozu i powrocie do Łodzi nawet nie pomyślałem, aby przysiąść przy tekstach w języku sce. Wyruszyłem autostopem z powrotem na Orawę. Nie jechałem sam, ale w towarzystwie Lucka – który był w Harkabuzie instruktorem na owej kolonii zuchowej. Wzięła go tam Lilka, bo.. bo wcześniej, jako „nieletni”, wplątał się „w złe towarzystwo”, spędził parę miesięcy w schronisku młodzieżowym w Wieluniu (taki areszt dla nieletnich). I aby chłopak nie siedział całego sierpnia na Kozinach (bo tam mieszkał) i nie musiał kiedyś mówić, że „to wszystko z nudów, Wysoki Sądzie”, już po kilku dniach jechaliśmy, obaj w mundurach harcerskich – taki pomysł, aby nas kierowcy chętniej zabierali.

 

Pierwszym kierowcą który zabrał nas do swojego małego fiata okazał się pan, który w drodze do Piotrkowa Trybunalskiego przedstawił się, że jest dyrektorem Studium Nauczycielskiego przy ul. Wólczańskiej i nazywa się Henryk Grenda. Przyznał, że zatrzymał się tylko dlatego, iż byliśmy w harcerskich mundurach. Po niedługim czasie dowiedziałem się, że człowiek o tych personaliach został Kuratorem Okręgu Szkolnego m. Łodzi. I był nim przez wiele lat…

 

Dodam jeszcze, że na Orawie odwiedziliśmy niemal wszystkie łódzkie obozy, wszędzie mieliśmy darmowy nocleg i wyżywienie. W drodze powrotnej Lucek uparł się, abyśmy jechali przez Wieluń. Towarzyszyłem mu, gdy odwiedził Schronisko w którym siedział, spotkał się z wychowawcami, bo jak mi powiedział – chciał im podziękować za to, jak dobrze był tam traktowany.

 

Napisałem o tej wyprawie autostopowej z Luckiem, bo będzie on pojawiał się jeszcze w wielu kolejnych wspomnieniach, aż do 1978 roku, do mojej wyprawy do Szwecji…

 

Czytaj dalej »



Zgodnie z obietnicą – dziś druga część moich wspomnień „od kandydata na murarza do marynarza”, zatytułowana Od studenta polonistyki do rezerwisty po Mar-Wojce”. Po doświadczeniu redagowania poprzedniego odcinka postanowiłem, że nie będę się trzymał, jako głównego wyznacznika, chronologii faktów, czyli opisywania rok po roku wydarzeń, ale cały ten wspominany tym razem okres przedstawię w wyodrębnionych „wątkach merytorycznych”. I tak, po syntetycznym wspomnieniu roli jaką odegrała moja praca wychowawcy na kolonii letniej w Grabownie Wielkim, będą to: wątek studencki (cz.IIa),  wątek harcerski (cz. II b)  i wątek służby w mar-wojce (cz. II c).

 

A więc – zaczynamy – teraz o „Palcu Bożym” i wątek studencki:

 

Jak już wspomniałem – zacznę od historii opisanej szczegółowo już przed trzem laty i opublikowanej w e-wersji w Magazynie Sieci Rozwoju Nr. 3.[Fragment – plik pdf TUTAJ] Nie będę krył, że ilekroć powracam pamięcią do tamtych chwil, nie mogę powstrzymać się od „filozoficznych” refleksji nad rolą przypadku w ludzkich biografiach, a zapewne także w historii ludzkości, a może i wszechświata…

 

Bo cały czas powraca pytanie: „Czy gdybym pewnego lipcowego dnia 1963 roku nie spotkał mojego kolegi z Budowlanki, przyjaciela z Klubu Kula – Jurka Trojanowskiego, gdybym nie dowiedział się od niego o możliwości pracy w roli wychowawcy na kolonii letniej, gdyby nie przeżyte tam doświadczenia – czy straciłbym zaintereso- wanie studiowaniem mojej wymarzonej polonistyki?” Czy kiedykolwiek zostałbym pedagogiem? A może w 1968 roku obroniłbym pracę magisterską i uczył gdzieś na wsi – znakazu pracy – „polaka”? A może uczestniczyłbym w marcowych protestach 1968 roku i został relegowany z uczelni? Może…

 

Jak widzicie – nie dopuszczam w tych rozważaniach tej drugiej możliwości, uwzględnionej w tytule owego wspomnienia – ewentualności, że „tak miało być”, że wszystko „było TAM zapisane”, że to był Palec Boży”...

 

Ale, skoro stało się tak, jak się stało – widać jestem „dzieckiem szczęścia” – już od chwili narodzin.

 

x           x           x

 

Foto: fotopolska.eu[www.fotopolska.eu/Lodz]

 

Gmach Biblioteki Uniwersytetu Łódzkiego, gdzie w latach sześćdziesiątych XX wieku prowadzona była większość zajęć dla studentów filologii polskiej.

 

 

Od pierwszych dni października 1963 roku wszedłem w zupełnie dla mnie nowe środowisko, nikogo nie znając z grona moich nowych koleżanek i nielicznych kolegów I roku studiów filologii polskiej na Uniwersytecie Łódzkim. A był to „rok” liczny, dokładnie nie pamiętam, ale było nas prawie setka osób.

 

Znakomitą większość zajęć, w tym wykładów, mieliśmy w gmachu Biblioteki Uniwersytetu Łódzkiego przy ul. Matejki, oczywiście w jego stanie sprzed rozbudowy. Po latach pamiętam jedynie profesorów i jakie mieli wykłady:

 

Profesorowie: Jan Dürr-Durski – wykłady z historii literatury staropolskiej, Witold Śmiech – z gramatyki opisowej, a także ówczesny doktor – Władysław Ceran – wykłady z języka staro-cerkiewno-słowiańskiego (potocznie używaliśmy skrótu: „scs”). Pamiętam tych trzech panów, bo to z ich wykładów musiałem w sesji letniej 1964 roku zdawać egzaminy.

 

Ale nim nastał czerwiec 1964 roku musiało minąć jeszcze kilka miesięcy, z których zapamiętałem przede wszystkim… życie studenckie. I nie mam tu na myśli „imprezowania”, a działalność – jak przyjęło się ją określać – społeczną. Tak, tak – student I roku bardzo szybko wszedł do „elity” studenckich aktywistów Zrzeszenia Studentów Polskich (ZSP). A stało się tak dzięki mojej wcześniejszej działalności w ZHP, bowiem bywając dość często w Komendzie Chorągwi Łódzkiej na spotkaniach organizowanych przez ówczesnego kierownika Wydziału Drużyn Zuchowych – druha Tadeusza Poklewskiego (w „cywilu” czynnego archeologa), którego poznałem, kiedy był szefem naszej łódzkiej grupy na kursie drużynowych w CSIZ w Cieplicach. W Komendzie Chorągwi  poznałem starszą o trzy lata druhnę Annę Kuligowską, która jesienią 1963 roku była studentką V roku polonistyki i działała w ZSP. Jeszcze w październiku zostałem zaagitowany, aby zapisać się do tej studenckiej organizacji i mogłem, już po paru tygodniach, uczestniczyć w ogólnowy- działowym zebraniu wyborczym. I – ku mojemu całkowitemu zaskoczeniu – Anka Kuligowska zgłosiła mnie – „doświadczo- nego i odpowiedzialnego działacza harcerskiego” – jako jej kandydata do nowej Rady Wydziału. W wyborach otrzymałem wymaganą liczbę głosów, a przy podziale funkcji zostałem… sekretarzem Rady Wydziałowej ZSP!

 

No i się zaczęło…

 

Na wykłady i ćwiczenia chodziłem z poczucia przyzwoitości, acz z coraz bardziej słabnącą motywacją. Za to całą energię poświęcałem w tym czasie mojej nowej działalności społecznej. Także moje życie towarzyskie było bardziej skoncentro- wane na towarzystwie „z rady” niż na koleżeństwie „z roku”. Do koleżanek z tego drugiego kręgu wrócę za chwile, ale teraz muszę się „wyspowiadać” z kilkumiesięcznej znajomości z pewną aktywistka ZSP z III roku polonistyki o imieniu Urszula. Nazwisko też pamiętam, bo zawsze kojarzyło mi się z nazwiskiem jednego z kanclerzy RFN, ale uważam, że taktowniej będzie, jeśli go tu nie przywołam. Mieszkała ona w akademiku (DS II), w którym był Studencki Klub „Balbina” – trochę wieczorów tam spędziłem… Wtedy nie wiedziałem, że mieszka tam także jedna z moich koleżanek z roku, z którą nasze drogi przecięły się po piętnastu latach…Ale o tym opowiem w odpowiednim odcinku moich wspomnień.

 

Głównym „osiągnięciem” pierwszych tygodni działalności nowej Rady Wydziału było przygotowanie dorocznego „Balu Filologa” – w nadchodzącym karnawale. Bal odbył się w styczniu, w budynku Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego przy ul. Armii Ludowej (dziś Polskiej Organizacji Wojskowej). Zaszczycił go swoją obecnością ówczesny Rektor UŁ, prof. Stefan Hrabec – były dziekan (1954–1959) Wydziału Filologicznego. Organizatorzy balu, w tym oczywiście i ja, mieli możliwość wypicia z Panem Rektorem wzniesionego przez niego, toastu (nie, nie szampanem, „polską czystą”) „za pomyślność łódzkiej filologii”.

 

Czytaj dalej »



Esej wspomnieniowy: Lata 1959 – 1968 – od kandydata na murarza do marynarza. Cz. I

 

Poprzedni, pierwszy z cyklu „sumatywnych” odcinków mojej biografii,zakończyłem na wspomnieniu obozu harcerskiego nad jeziorem w pobliżu wsi Stężyca, w tamtym czasie noszącą dwuczłonową nazwę „Stężyca Królewska, na takim stwierdzeniu: „Ten czas przeżyty na obozie złagodził mi rozczarowanie po nieudanym egzaminie do I LO, czyli sławnego „Kopra” i obawy, jakie budziła wizja rozpoczęcia następnego etapu edukacji w szkole dla murarzy.”

 

Jednak pisząc o tej dekadzie mojego życia (lata 1958 – 1968) – a był to okres bardzo ważki dla mojego młodzieńczego życia – podzielę ją na dwie „pięciolatki: „Od ukończenia podstawówki do matury” i Od studenta polonistyki do rezerwisty po Mar-Wojce. Dziś opublikuję tylko tę pierwszą część , drugą – za kilka dni:

 

Od ukończenia podstawówki do matury

 

Pierwsze lata po ukończeniu szkoły podstawowej spędziłem ubrany w granatowy mundurek z zielonymi lampasikami na spodniach i tarczą na rękawie – jako uczeń Szkoły Rzemiosł Budowlanych (SRB), która funkcjonowała przy Technikum Budowlanym nr 1 w Łodzi. Pisałem o tym w kilku tekstach. Przede wszystkim w okolicznościowej publikacji, wydanej z okazji 70-lecia tej szkoły, która w tym okresie kilkakrotnie zmieniała swą nazwę – i w roku jubileuszu nazywała się Zespołem Szkół Ponadgimnazjalnych nr 15. [Zobacz TUTAJ]

 

Zawarte tam wspomnienia wzbogacę o kilka mniej „formalnych” sytuacji z okresu, kiedy byłem uczniem klas II i III. To wtedy, właśnie w szkole dla murarzy, ujawniły się moje predyspozycje rymotwórczo-poetyckie. Choć pierwszy wiersz (oczywiście miłosny) napisałem jeszcze w szkole podstawowej (skromnie nie przytoczę go tutaj), to właśnie w SRB zapisałem moimi „utworami” cały stukartkowy brulion. Oto wiersz (jego podmiotem lirycznym jest ta sama osoba, jak w owym pierwszym wierszu), którego nie wstydzę się zaprezentować i dzisiaj:

 

 

 

Ale powstawały wtedy także wierszyki, będące swoistymi ilustracjami szkolnej rzeczywistości. Oto dwa tego przykłady                                                                                                                                              – TUTAJ   i  TUTAJ

 

Do wierszy powrócę jeszcze, gdy będę wspominał moje pół roku w I klasie 3-letniego Technikum Budowlanego, a teraz rozwinę wątek nauczycielski. Nawiązując do wierszyka „Lekcja matematyki” przywołam najbardziej wdrukowane w moją pamięć wspomnienie pierwszego kontaktu z panem dyrektorem mojej nowej szkoły – Mikołajem Hałłamejko, ale w roli nauczyciela matematyki, którą pełnił przez wszystkie lata mojego tam pobytu. Otóż tak się złożyło, że w pierwszym „roboczym” dniu naszej nauki w nowej szkole, czyli we wtorek 2 września 1958 roku, pierwszą lekcją była właśnie matematyka. Siedzimy wszyscy (jak pamiętam – było nas tam coś około trzydziestu zestresowanych młodzieniaszków), nie znając się jeszcze, w obszernej klasie z tzw. „katedrą”, czyli biurkiem nauczyciela, stojącym na podeście, za którym wisiała na ścianie duża, czarna tablica. Kilka minut po dzwonku otwierają się drzwi i wkracza (nie wchodzi) – Pan Dyrektor, z nowiutkim dziennikiem pod pachą. Wszyscy wstają i recytują „Dzień-do-bry pa-nie dy-rek-to-rze”. On, stanąwszy za stołem, bez słowa, rzucił dziennik na blat biurka, otworzył go na odpowiedniej stronie, odchylił „skrzydełko” z listą naszych nazwisk, a następnie potoczył wzrokiem po klasie i powiedział: „No to teraz zobaczymy czego was tam w tych podstawówkach nauczyli”. I wywołał pierwsze nazwisko. Jego posiadacz wstał i podszedł do tablicy. „Pisz!” – i dyrektor podyktował zadanie. „Oblicz!”. Chwilę trwało, uczeń coś napisał.. „Źle, Siadaj, dwa!”. I tak wywoływał kolejno kilku kolegów, w tym i mnie. Wszyscy „zaliczyliśmy” pierwszą w nowej szkole ocenę – niedostateczną. Ten fragment lekcji dyrektor podsumował: „To żeby się wam w głowach nie poprzewracało, Teraz ja nauczę was matematyki”.

 

I taka atmosfera na lekcjach z tym panem towarzyszyła nam przez następne lata.

 

A dla kontrastu – nie mogę nie wspomnieć nauczycielki, która odegrała w moim rozwoju „chłopaka z przedmieś- cia, z robotniczej rodziny” wiodącą w tamtym czasie rolę. Była nią nauczycielka języka polskiego Pani Wiktoria Kupiszowa. Pisałem już wcześniej o Jej wpływie nie tylko na mnie, ale i na kilku kolegów z mojej klasy. [W przywołanym już jubileuszowym wspomnieniu z okazji 70-lecia szkoły, a także w eseju Mój rok 1960 – początek drogi ku wychowawstwu. ] Teraz dodam, że zawsze będzie ona dla mnie wzorcem nauczyciela „ze świadomością swojej misji”, który niezależnie od systemu w jakim przyjdzie mu realizować ten zawód, zawsze ma na uwadze przede wszystkim OSOBĘ ucznia, a nie formalne procedury. I była ona taką właśnie nauczycielką, niezależnie od słów którymi, czasami, miała w zwyczaju określać uczniów. Jednak czyniła to w taki sposób, że nikt nie odbierał ich jako naprawdę ubliżające…

 

Najlepszą ilustracją naszych relacji z Panią Profesor jest wiersz, jaki napisałem z okazji Dnia Nauczyciela (który w tamtych czasach obchodzono 20 listopada) i wyrecytowałem, gdyśmy cała czwórka ”Klubu Kula” zameldowali się z kwiatami, dzień wcześniej, w sobotę 19 listopada 1960 roku, w jej mieszkaniu. [Zobacz TUTAJ ]

 

O „Klubie Kula” już pisałem w eseju o moim roku 1960-ym „Początek drogi ku wychowawstwu, więc teraz czują się z tego zwolniony. A że esej ten – jak wskazuje jego tytuł „, w powiązaniu z esejem „Mój rok 1959, czyli zauroczenie Antonim Makarenką” – opisuje kolejne wydarzenia, zapowiadające to, czemu poświęciłem całe dorosłe życie, nie mogę pominąć jeszcze kolejnego wątku wspomnień. Tym wątkiem jest historia o tym, jak założyłem pierwszą na Nowym Złotnie drużynę zuchów. Jak to się zaczęło opisałem już w eseju „Mój rok 1960 – początek drogi ku wychowawstwu”. Jako że jest to tylko jeden jego fragment – proponuję przeczytać go w wersji pdf –TUTAJ

 

Dziś przypomnę jeszcze kilka wspomnień, jak z moimi zuchami (w wieku 8 – 11 lat) „pracowałem”. Zgodnie z metodyką tego odłamu harcerstwa – podstawową formą były cotygodniowe zbiórki, podczas których – przede wszystkim w cyklach po 6 – 8 spotkań – realizowaliśmy tzw. „sprawności zespołowe”, czyli cykliczne zabawy „w kogoś”. I tak, podczas cyklu „Kolejarz” wywiozłem moich zuszków (pociągiem – każdy z nich sam musiał kupić w kasie bilet) do Głowna, gdzie wcześniej dogadałem się z zawiadowcą stacji i moje zuchy najpierw zwiedziły dyżurkę zawiadowcy, później nastawnię – mogli zobaczyć jak przestawia się zwrotnicę i obsługuje semafory, a „na deser” (po trzech) mogli wejść do parowozu, tam gdzie pracuje maszynista i palacz. Zobaczyli na czym ta praca polega i każdy mógł pociągnąć za uchwyt, którym uruchamia się parowozowy gwizdek…

 

Natomiast kiedy realizowaliśmy cykl „Doktor Ojboli” – załatwiłem wizytę w aptece, wtedy przy ul. Obrońców Stalingradu (dziś Legionów), gdzie byli wpuszczeni „na zaplecze”. Tam pokazywano im jak przygotowuje się leki, w tym jak napełnia się proszkiem leku tabletki z opłatkowego ciasta. Dostaliśmy tych opłatkowych pustych pojemniczków na tyle dużo, iż później mogliśmy bawić się w laboranta-farmaceutę. A podczas sprawności „Aktor” – odbyliśmy wizytę w teatrze „Powszechnym” – przy tej samej ulicy. Wszyscy mogli wejść za kulisy, poznać nie tylko pracę aktorów podczas prób, ale także zobaczyć pracownię krawiecką, magazyny kostiumów i rekwizytów.

 

Ale jedną zbiórką, w ramach cykluPan Twardowski, muszę się tu pochwali szczególnie. Bo to była zbiórka, o której napisano w łódzkim „Expressie Ilustrowanym”:

 

Scan ze strony gazety „Express Ilustrowany”

 

Pomysł mój na tę sprawność był – dziś muszę to przyznać – dość przewrotny. Postanowiłem zainscenizować sytuację, w której zuchy uwierzą, że spotkały Pana Twardowskiego, z którym podpiszą swoisty cyrograf, na mocy którego on przekaże mi swą moc, a ja będę ich uczył „magicznych sztuczek”. Po kilku tygodniach spotkają się z nim w tym samym miejscu na egzaminie.

 

Czytaj dalej »



Ostatni zamieszczony tu esej wspomnieniowy z cyklu „Moje lata dziesiąte..” zakończyłem deklaracją, że „postanowiłem zmienić formułę tych wspomnień i przystąpić do „zapełniania” kolejnymi wspomnieniami wydarzeń, jakie były moim udziałem w latach, które dzieliły dotychczas wspominane, te z lat „dziewiątych” i „dziesiątych”.” Jednak po zastanowieniu zdecydowałem, że nie będę uzupełniał „luk czasowych” kolejnymi 11-oma esejami, lecz uczynię to w formule „dekadowych” odcinków, syntetyzujących kolejne dziesięciolecia mojej biografii. Wyjątkiem od tej zasady będzie ten pierwszy esej nowego cyklu, obejmujący okres 14-u lat:

 

 

Od narodzin „wcześniaka” w 1944 roku do ucznia Szkoły Rzemiosł Budowlanych w 1958 roku

 

 Historia mojego życia zaczęła się od dramatycznych wydarzeń, jakie rozegrały się 11 kwietnia 1944 roku, we wtorek, dzień po Świętach Wielkanocnych, w niewielkiej izbie (15 m² ) na poddaszu rodzinnego domu dziadków Kuzitowiczów przy ulicy, która do 1939 roku nazywała się ul. Żeromskiego, a w tym czasie – w czasie okupacji Polski przez III Rzeszę – nazwana została Messingweg (mosiężna dróżka), zaś po wyzwoleniu – i jest tak do dzisiaj – została przemianowana na ul. Mocarną. Tym dramatycznym wydarzeniem był poród bliźniaczy, w którym rodzącej przedwcześnie (w siódmym miesiącu ciąży) mojej mamie, już niemłodej, 38-letniej kobiecie, pomagała okoliczna akuszerka. Dziś takie porody odbywają się w specjalnie do tego przystosowanych, odpowiednio wyposażonych salach szpitalnych, z udziałem lekarzy-ginekologów, mających do dyspozycji inkubatory i inne niezbędne wyposażenie ratujące życie noworodków.

 

 

Za tymi oknami, zaznaczonymi kolorową obwódką, przyszedłem na świat

 

Wtedy przyjmująca poród miała do dyspozycji tylko miednicę, gotowaną wodę, ręczniki i prześcieradła. Z dwu rodzących się w tych okolicznościach „wcześniaków” tylko jeden miał szczęście. Tym szczęściarzem byłem ja. Mój braciszek nie przeżył porodu.

 

Przez wiele tygodni, jak mi opowiadała mama, byłem na granicy życia i śmierci. Zamiast w inkubatorze leżałem w wyścielonym watą łóżeczku, byłem okładany butelkami z ciepłą wodą. Na przekór tym wszystkim przeciwnościom – przeżyłem! Ale te pierwsze tygodnie i miesiące leżenia – w zasadzie – bez ruchu spowodowały, że plastyczne w tym okresie kości czaszki trochę się odkształciły i moja główka nie wzrastała prawidłowo, była trochę zdeformowana. Gdy mama – już po wojnie – poszła ze mną do lekarza (a był nim późniejszy profesor Tadeusz Pawlikowski – w latach 1968 – 1992 rektor Akademii Medycznej w Łodzi) i zapytała go czy ta deformacja może mieć jakiś wpływ na moje dalsze życie, ten jej odpowiedział: „Niech się pani nie martwi. Z taką głową to ministrami zostają!”

 

Skąd o tym wiem? Bo przez wiele lat, w sytuacjach nie zawsze dla mnie najszczęśliwszych, mama przypominała mi tę „diagnozę”.

 

 

 

Mały Włodziu w przydomowym ogrodzie

 

Także późniejsze miesiące i lata były czasem, w którym rodzice „chuchali i dmuchali” na wątłego i chorowitego dzieciaka. Nie ma co owijać w bawełnę – byłem w tych pierwszych latach mojego życia takim maminsynkiem.

 

I jeszcze jeden epizod, który zapamiętałem z tych pierwszych lat mojego życia, który muszę tu przywołać: Zapewne miałem około 6 lat, kiedy mama zaprowadziła mnie do naszego „złotniańskiego” przedszkola przy ul. Artylerzystów. Szczegółów i wszystkich okoliczności mojego tam pobytu nie przypominam sobie, ale wiem jedno: jeszcze tego dnia po powrocie do domu oświadczyłem, że więcej tam nie chcę chodzić! I postawiłem na swoim.

 

x           x           x

 

Zacząłem od opisu narodzin i pierwszych lat mojego życia nie bez powodu. Bez tego nie zrozumielibyście dalszych etapów mojej biografii, począwszy od tego, który rozpoczął się 3 września 1951 roku, kiedy to zostałem przyprowadzony do pierwszej klasy Szkoły Podstawowej nr 135 w Łodzi. Ten okres wspominałem już w eseju Jak 60 lat temu skończyłem podstawówkę i nie poszedłem do „Kopra”. Teraz uzupełnię opisane tam fakty i zdarzenia o nowe wspominki.

 

Czytaj dalej »



Uznałem, że – choć cykl ten nazwany został „Moje lata …dziesiąte”, jego zwieńczeniem powinno być wspomnienie roku dwutysięcznego. Wszyscy jeszcze pamiętamy – nie tylko medialną – ekscytację, jaka charakteryzowała noc sylwestrową z 31. grudnia 1999 roku na 1. stycznia 2000 roku, kiedy to ogłaszano koniec XX wieku i początek nowego tysiąclecia. Jak wiadomo – tak naprawdę był to jedynie początek ostatniego roku owego dwudziestego wieku. Jako że rok ten kończył – jak poprzednie lata „dziesiąte”- kolejną dekadę mojego życia, zrelacjonuje go pokrótce w ramach tego cyklu esejów wspomnieniowych.

 

Aby te opowieści były spójne – łączyłem je „na zakładkę, to znaczy przypominając wspomnienia roku poprzedzającego ten aktualnie wspominany. Tak też uczynię i tym razem, odsyłając Czytelniczki i Czytelników do eseju z 15 sierpnia ub. roku, zatytułowanegoMój rok 1999, czyli mała stabilizacja w ‚mojej Budowlance’”.

 

W jego końcowej części napisałem:

 

[…] rok 1999 był dla mnie rokiem konsumowania owoców aktywności, przejawianej w latach poprzednich. Mogę do tych „owoców” dodać jeszcze informację, że moja decyzja, podjęta w 1995 roku, aby w ZSP nr 2 powstało Liceum Techniczne – i to od razu z klasami o dwu profilach: „kształtowanie środowiska” i „leśnictwo i technologia drewna” okazała się trafna. Dzięki temu w szkole pojawili się nauczyciele przedmiotów, których nigdy w dziejach tej szkoły tam nie uczono (biologia, geografia, drugi j. obcy – angielski, a także prawdziwy inżynier-leśnik z łódzkiego nadleśnictwa – do przedmiotu „leśnictwo”), a także znacząco podniósł się procentowy wskaźnik dziewcząt w populacji uczniów naszej szkoły. I właśnie w roku 1999 odbyła się, z powodzeniem, pierwsza matura abiturientów LT – taka sama, jak w liceach ogólnokształcących.[…]

 

Nikogo nie zaskoczę informacją, że rok 2000. był kolejnym rokiem konsekwentnego realizowania mojej strategii kierowania Zespołem Szkół Budowlanych nr 2 w Łodzi. Jak opisałem to we wspomnieniu, opublikowanym w okolicznościowym biuletynie 70 LAT BUDOWLANKI” [we fragmencie „Wspomnienia byłego dyrektora” – patrz – TUTAJ], polegała ona na możliwie najbliższym powiązaniu realizowanego w „mojej” szkole kształcenia zawodowego z firmami, wprowadzającymi do polskich firm budowlanych nowe materiały i technologie. Realizowałem te cele dzięki udziałowi szkolnym stoiskiem w corocznych Tagach Budownictwa INTERBUD, organizowanych przez łódzką firmę INTERSERVIS Sp. z o.o., a także przez aktywne członkostwo ZSB-2 w pracach Sekcji Szkół Budowlanych przy Polskiej Izbie Przemysłowo-Handlowej Budownictwa).

 

 

Gdy po latach myślę o tym projekcie, który narodził się w zespole metodyków kształcenia zawodowego, skupionych wokół dyrektora Janusza Moosa, realizowanym początkowo na zasadach eksperymentu – mam mieszane uczucia. Nie miejsce tu na jego pogłębioną analizę, ale napiszę o tym choć kilka zdań. Licea techniczne, realizujące tą samą co licea ogólnokształcące o profilu podstawowym podstawę programową, miały dodatkowo – każde ramach swojego profilu – dawać szeroką wiedzę z określonej nazwą profilu „rodziny zawodów”, mających wspólne treści ksztalcenia. Cykl kształcenia nie kończył się żadnym egzaminem zawodowym – konkretne kwalifikacje w wybranym przez absolwenta zawodzie na poziomie technika ich absolwenci mieli zdobywać w krótkich cyklach (1,5 roku lub do w 2 lata) w policealnych studiach zawodowych. W zamyśle twórców tej koncepcji, docelowo ta ścieżka kariery zawodowej miała zastąpić technika. Dziś nadal myślę, że projekt ten nie był bez sensu i szkoda, że został zaprzepaszczony na etapie jego późniejszej wersji liceów profilowanych. Jednak dziś nie mam wątpliwości co do jednego: profil społeczno-socjalny w strukturze liceum technicznego to była wielka pomyłka…

 

Wracam do opowieści o „moim” roku dwutysięcznym.

 

A był to rok, w którym, dzięki „ziarnu” posianemu (niechcący) przed laty, mogłem – nie rezygnując z „dyrektorowania” w Budowlance – powrócić do mojej ulubionej roli wykładowcy-pedagoga. Bo w niej właśnie, a nie w roli naukowca, tak naprawdę posmakowałem w okresie mojej pracy w Zakładzie (od 1981 roku – Katedrze) Pedagogiki Społecznej na UŁ. I tak „po cichu” do tego tęskniłem przez te wszystkie lata – po rozstaniu się ze środowiskiem akademickim w roku 1983.

 

Czytaj dalej »



Także i ta dziesięciolatka, którą wieńczył rok 1990, podobnie jak dwie poprzednie, była okresem radyklanych zmian w moim życiu, tym razem wyłącznie zawodowym. Czytelnicy poprzedniego eseju wspomnieniowego – „Mój rok 1980. Jak sierpniowe strajki zamieszały w moim życiu” – zapewne przypomną sobie, że było to wspomnienie o tym co tego roku działo się w życiu starszego asystenta pracującego w Zakładzie Pedagogiki Społecznej UŁ, który znalazł się w trudnej sytuacji, jaka wyniknęła z zaistniałych (z przyczyn obiektywnych) okoliczności, blokujących możliwość szybkiego sfinalizowania przygotowywanej od paru lat pracy doktorskiej.

 

Aby przejść do opowieści zasygnalizowanej w tytule tego eseju, muszę – choć w kilku zdaniach – wprowadzić Czytelniczki i Czytelników w sytuację owgo 1990 roku. Jak wspomniałem przed rokiem w eseju Mój rok 1989, czyli „Ostatni dzwonek” dla samorządności” – od 1 Września 1988 roku zostałem powołany przez ówczesną kurator oświaty i wychowania – Iwonę Bartosik na stanowisko dyrektora Wojewódzkiej Poradni Wychowawczo-Zawodowej (WPW-Z) w Łodzi. Okoliczności tego powołania to temat na oddzielne opowiadanie i takowe w swoim czasie nastąpi.

 

Przypominam, też, że będę teraz wspominał wydarzenia, które mialy miejsce w roku, który nastąpił po roku 1989, który to rozpoczął się obradami „Okrągłego Stołu”, które z kolei zaowocowały czerwcowymi wyborami do Sejmu i pierwszymi po II Wojnie Światowej, wolnymi wyborami do Senatu. W – początkowo nieoczywistej – ich konsekwencji powstał pierwszy w bloku tzw. krajów demokracji ludowej „niekomunistyczny” rząd z premierem Tadeuszem Mazowieckim.

 

Rok 1990 był drugim pełnym rokiem sprawowania przeze mnie funkcji dyrektora łódzkiej WPW-Z. Przyszło mi kierować tą placówką w okresie „przełomu”. W powstałym jesienią poprzedniego roku rządzie Premiera Tadeusza Mazowieckiego tekę ministra edukacji powierzono historykowi, profesorowi Henrykowi Samsonowiczowi, byłemu (w latach 1980–1982) rektorowi Uniwersytetu Warszawskiego, zaś jednym z wiceministrów została dr Anna Radziwiłł. I to w zakresie jej obowiązków znalazł się nadzór nad systemem poradnictwa.

 

System ten, jeszcze od lat sześćdziesiątych XX wieku, zbudowany był hierarchicznie: w każdym województwie działała poradnia wojewódzka, której podlegały poradnie powiatowe, do 1975r. – gminne, a także miejskie i – dużych miastach – dzielnicowe. Jako że w 1975 roku podzielono Polskę na 49 województw – w latach w których pracowałem, tym systemie działało 49 wojewódzkich poradni wychowawczo-zawodowych. Ich dyrektorzy spotykali się dwa razy w roku na konferencjach szkoleniowych, organizowanych przez mieszczący się w Warszawie Centralny Ośrodek Metodyczny Poradnictwa Wychowawczo-Zawodowego (COMPW-Z. Jednak ich gospodarzami w zakresie „logistycznym” (lokal, noclegi, wyżywienie) były, na swoim terenie, kolejno – poradnie wojewódzkie.

 

I właśnie podczas jednej z takich konferencji (już nie pamiętam gdzie się ona odbywała) dowiedzieliśmy się (my – dyrektorzy poradni), że w ministerstwie podjęto decyzję o konieczności wypracowania nowego systemu poradnictwa, który ma zastąpić dotychczasowy, rodem z PRL. Że procesem wypracowania nowego modelu będzie osobiście kierowała pani wiceminister dr Anna Radziwiłł, która postanowiła, że ten nowy system zostanie wypracowany demokratycznie, przy „okrągłym stole poradnictwa”. Zdecydowała, że zasiądą przy nim, w równym parytecie liczby osób przedstawiciele trzech środowisk: ministerstwa edukacji, COMPW-Z oraz pięciu dyrektorów poradni wojewódzkich, wyłonionych przez ogół ich dyrektorów. Bez zbędnej zwłoki przeprowadzono wybory owych delegatów i… i zostałem wybrany do składu tej pięcioosobowej reprezentacji „oficerów liniowych” dotychczasowego systemu poradnictwa.

 

Foto: PAP/S. Pulcyn [www. dzieje.pl]

 

Anna Radziwiłł za swoim biurkiem, ale nie w gabinecie wiceministra, nie znalazłem zdjęcia z tamtych czasów.

Czytaj dalej »



Poprzednie wspomnienie „Mój rok 1970 – jak komendant hufca został studentem pedagogiki” było o wydarzeniach tego właśnie roku, o których nawet w najbardziej „odlotowych” snach nie mógł marzyć szesnastoletni uczeń Szkoły Rzemiosł Budowlanych, o którym opowiedziałem we wspomnieniu „Mój rok 1960 – początek drogi ku wychowawstwu”. Niemniejszego skoku dokonała moja droga życiowa, w tym zawodowa, w kolejnej dekadzie. Bo czy mógł pomyśleć świeżo upieczony student pierwszego roku zaocznej pedagogiki na UŁ, że po dziesięciu latach będzie nauczycielem akademickim w Instytucie Pedagogiki i Psychologii (IPiP) tego uniwersytetu, i do tego jeszcze odgrywającym pewną nietuzinkową rolę w tej społeczności?

 

Mój rok 1980 był także rokiem wydarzeń, które w swych nieco odroczonych konsekwencjach wpłynęły na kolejną zmianę ścieżki mej kariery zawodowej. I jak to w życiu Polaków często się zdarza – nie obyło się to bez wpływu „wielkiej polityki” na te zmiany.

 

Czytelniczki i czytelników, którzy moich wcześniejszych esejów wspomnieniowych nie czytali, a także tych, którzy ten sprzed roku już zapomnieli, dla wprowadzenia w tematykę dalszych wspomnien, odsyłam do eseju z 2 sierpnia 2019 roku – „Mój rok 1979, czyli też obóz, ale naukowy. W Bieszczadach”. Kończyłem go takimi słowami:

 

Ów obóz dał jego uczestnikom możliwość – mimo wszystkich przeszkód – poznania niektórych narzędzi badań społecznych, ale przede wszystkim stał się znakomitym miejscem obserwowania rozkładu systemu „demokracji ludowej”, dyktatury monopartii – PZPR, fasadowości i – tak naprawdę – nieskuteczności oficjalnego systemu wychowania.

 

Za rok o tej porze rozpoczęło się lubelskie preludium strajkowe, poprzedzające sierpniową falę strajków, zakończonych Porozumieniem Gdańskim i powstaniem „Solidarności”. 6 września 1980, na VI Plenum PZPR, odwołano Edwarda Gierka ze stanowiska I Sekretarza KC PZPR.

 

Ale to temat na inne opowiadanie. […]

 

Ale zanim dojdę do lata 1980, wypada choć w kilku słowach opowiedzieć o tym czym zajmowałem się od jego pierwszych dni, będąc już piąty rok starszym asystentem w Zakładzie Pedagogiki Społecznej na UŁ, w środkowej fazie przygotowywania rozprawy doktorskiej.

 

Foto: www.fakt.pl

 

Kamienica przy ul. Uniwersyteckiej 3*, gdzie na pierwszym piętrze (okna po lewej stronie od klatki schodowej) miał swą siedzibę Zakład Pedagogiki Społecznej. (Zdjęcie współczesne, stan po renowacji budynku)

 

 

Starszy asystent, to dwa w jednym: to nauczyciel akademicki, prowadzący, najczęściej, ćwiczenia do czyichś wykładów, czasem także, wyjątkowo, wykłady, ale to także „młody pracownik nauki”, którego głównym i jedynym celem jest przygotowanie pracy doktorskiej. W subdyscyplinie „pedagogika społeczna” musiała to być praca empiryczna, oparta o badania „terenowe”.

 

I tak właśnie wyglądała w owym 1980 roku moja praca na UŁ. Prowadziłem ćwiczenia w kilku przedmiotach, głónie w obszarze pracy opiekuńczo-wychowawczej, w tym wiodącym była metodyka tej pracy w placówkach opieki całkowitej (domy dziecka i pogotowia opiekuńcze), tak na studiach stacjonarnych, jak i zaocznych. Na tych ostatnich powierzono mi także, jako doświadczonemu instruktorowi ZHP w stopniu harcmistrza, wykłady z przedmiotu – wtedy obowiązkowego na wszystkich kierunkach pedagogicznych – „Metodyka wychowania w ZHP”.

 

Ale dla mnie najbardziej rozwijającą była możliwość asystowania pani doc. dr hab. Irenie Lepalczyk – kierowniczce Zakładu Pedagogiki Społecznej, która to stanowisko przejęła po odejściu na emeryturę prof. Aleksandra Kamińskiego, w prowadzonych przez nią seminariach magisterskich. Był to pierwszy rok trzeciego, dwuletniego cyklu tych seminariów. To wtedy, w praktyce, konsultując w imieniu i upoważnienia pani docent koncepcje i rozdziały metodologiczne projektów studenckich prac magisterskich, przechodziłem proces samokształcenia w zakresie metodologii terenowych badań społecznych.

 

A te ostatnie były istotą mojego działania, jakie miałem zrealizować właśnie w tym roku, w ramach przygotowania mojej pracy doktorskiej. Jej promotorką była oczywiście doc. Irena Lepalczyk, która była także autorką tematu tej pracy: „Współpraca domu dziecka z rodzicami wychowanków”.

 

Za mną było już opracowanie koncepcji doktoratu, jej pierwszy rozdział, czyli „problem w literaturze przedmiotu”, sformułowałem także postulowany model takiej współpracy, a także miałem już opracowane (i zatwierdzone przez promotorkę) narzędzia badawcze – kwestionariusze wywiadów, którymi podczas studenckiego obozu naukowego miał być zebrany materiał empiryczny do tej pracy. Ten tak ważny dla moich planów naukowych obóz logistycznie przygotowywałem w Trójmieście. Dlaczego akurat tam? Bo od czasu służby w Marynarce Wojennej, odbytej w Gdyni, pozostał mi sentyment do tej aglomeracji. Poza tym w tamtym okresie (ok. roku 1966) zainicjowałem wśród załogi mojego OH „Bałtyk” – marynarzy służby zasadniczej, ale i oficerów i podoficerów zawodowych, akcję ufundowania stypendium dla wychowanki domu dziecka w Sopocie. I podczas realizacji tego projektu poznałem dyrektorkę owej placówki. W 1980 roku sprawdziłem, że pani ta pelni swą funkcję nadal. Stała się ona ambasadorką mojej sprawy wśród pozostałych dyrektorek i dyrektorów trójmiejskich domów dziecka – łatwiej było mi przekonać ich do wpuszczenia nas do placówek we wrześniu, w celu przeprowadzenia wywiadów.

 

Do sierpnia miałem wszystko zapięte „na ostatni guzik”, także zarezerwowane miejsca noclegowe w jednym z akademików Uniwersytetu Gdańskiego. W poczuciu spełnienia wszystkich swoich obowiązków pojechałem z żoną i synkiem na urlop do Dębiny koło Rowów. Powrót do Łodzi był zdeterminowany datą ślubu córki mojej starszej siostry, który zaplanowano na sobotę 16 sierpnia.

 

 

Czytaj dalej »



Skoro Esej wspomnieniowy: Mój rok 1960 – początek drogi ku wychowawstwu” zakończył się opowieścią o wydarze- niach, które miały miejsce nocą 3. na 4. stycznia 1961 roku, to ten esej, choć ma tytuł „Mój rok 1970”, zacznie się od wspomnień, które swój początek miały jeszcze w ostatnich dniach grudnia 1969 roku.

 

Jak napisałem w eseju Mój rok 1969, czyli lato w Poddąbiu z Leokadią” –  już po niespełna roku od powrotu do Łodzi z Gdyni, gdzie odbywałem moją niechcianą służbę w Marynarce Wojennej, po kilkumiesięcznej pracy w Komendzie Chorągwi Łódzkiej ZHP, od marca 1969, wróciłem do „mojego” poleskiego hufca ZHP, gdzie zostałem wybrany zastępcą komendanta tego hufca, przez jego instruktorów, na konferencji sprawozdawczo-wyborczej.

 

Ów obóz w Poddąbiu był moim pierwszym autorskim dziełem w nowej roli, którego powodzenie dało mi mocny atut w wyrabianiu sobie „marki” na tak poważnym jak na mój wiek (25 lat) stanowisku zastępcy komendanta hufca ZHP, czyli w strukturze władz był to szczebel dzielnicy wielkiego miasta. (w „terenie” to szczebel powiatu.)

 

Ale nie mogłem na tym poprzestać – wiedziałem wszak, że każdy mój krok jest bacznie obserwowany „z dwu stron”: przez władze zwierzchnie (harcerskie i partyjne!), ale także przez kręgi „starych” instruktorów, którzy niekoniecznie kibicowali mojemu wyborowi.

 

Nie wiem skąd wziąłem pomysły na takie a nie inne działania, mające na celu integracją środowiska instruktorów Hufca, ale na pewno nie były one skutkiem szkoleń dla kierowników, bo takich mi nie tylko nie zafundowano, a gdyby nawet – nikt w tych czasach jeszcze nie słyszał o liderowaniu i modelu przywództwa w kierowaniu zespołami ludzkimi. A dzisiejszej ekspertki od tych stylów kierowania – pani profesor Joanny Madalińskiej-Michalak – zapewne nie było jeszcze na świecie…

 

Muszę chyba przyjąć, że była to intuicja młodzieńca, który z dotychczasowych doświadczeń funkcjonowania w różnych strukturach społecznych (klasa szkolna, krąg instruktorów drużyn zuchowych – byłem jego kierownikiem przed powołaniem do wojska, różne role społeczne w załodze OH „Bałtyk”) wyciągnął wniosek, że najważniejsze dla skutecznego kierowania ludźmi jest zdobycie u nich autorytetu i stworzenie z nich grupy, czyli jak to nazywał A. Makarenko – kolektywu.

 

Dlatego już we wrześniu 1969 roku zorganizowałem dwudniowe, wyjazdowe, szkolenie w ośrodku kolonijnym Inspektoratu Oświaty w Grotnikach pod Łodzią. Dziś określiłbym to wyjazdem integracyjnym dla drużynowych, gdyż uczestniczyli w nim, obok absolwentów kursu z Poddąbia, także drużynowi pełniący tę funkcje już wcześniej. Kilka miesięcy później, na okres zimowej przerwy świątecznej w okresie Bożego Narodzenia i Nowego Roku (nie było wtedy ferii zimowych jakie dziś znamy) zorganizowałem zimowisko szkoleniowo-wypoczynkowe dla instruktorów (tych „młodych” oczywiście) w Lutowiskach – bieszczadzkiej wsi na „wielkiej pętli”, na południe od Ustrzyk Dolnych.

 

Foto: www.swiatmap.pl

 

 

I to w Lutowiskach, 27 grudnia 1969 roku, tak naprawdę zaczął się mój rok 1970!

 

Na potrzeby tego felietonu przywołam jedynie kilka faktów, kilka „fleszy” pamięci z owej bieszczadzkiej eskapady:

 

Dokładnie już nie pamiętam ile osób w tym wyjeździe uczestniczyło, ale zapewne było nas tam około trzydziestki – w tym cztery osoby „ścisłej kadry” (czwórka do brydża!). Jechaliśmy z Łodzi pociągiem osobowym, dalekobieżnym, bez przesiadek, do ostatniej najbliższej naszemu celowi stacji Zagórz, bo tam tory kończyły się. Dalsza podróż odbyła się wynajętym autobusem PKS: przez Sanok, Ustrzyki Dolne, Czarną – do Lutowisk. Tam zamieszkaliśmy w drewnianym budynku, noszącym dumną nazwę „Hotel Borowik”. Jako że po tylu latach obiekt ten, odremontowany, nadal tam stoi i nadal pełni funkcję turystycznej bazy noclegowej – choć już pod inna nazwą – prezentuję go na zdjęciu poniżej:

 

Foto: www.bdpn.pl

 

Ośrodek Informacji i Edukacji Turystycznej Bieszczadzkiego Parku Narodowego w Lutowiskach

 

 

Zima była wtedy śnieżna, ale niezbyt mroźna. Na dalsze wyprawy piesze w te dzikie tereny nie było szans ani możliwości – nikt z nas nie był na to odpowiednio wyposażony. Ale po szosie dojść do niedawno co odremontowanej drewnianej cerkiewki w Smolniku było możliwe, tak samo jak do miejsca, gdzie dwa lata wcześniej, specjalnie dla potrzeb filmu „Pan Wołodyjowski”, zbudowano stanicę Chreptiów:

 

Czytaj dalej »



Postanowiłem nie czekać, jak to czyniłem w poprzednich latach, do wakacji i już dziś zamieścić mój pierwszy esej wspomnieniowy z nowego cyklu „Moje lata … dziesiąte”. Jako że wydarzenia roku 1960 były oczywistą kontynuacją tego, co działo się w roku poprzednim – zacznę od przypomnienia pierwszego eseju z zeszłorocznej serii, zatytułowa- nego „Mój rok 1959, czyli zauroczenie Antonim Makarenką. Wspominałem tam wakacje u wujka Hipolita – kierownika szkoły w podwarszawskim Janówku, gdzie podczas wakacji 1959 roku przeczytałem „Poemat pedagogiczny” Antoniego Makarenki. 

 

Doskonałym wstępem do dzisiejszego, w którym powrócę pamięcią do wydarzeń roku 1960, będzie ten oto fragment moich zeszłorocznych wspomnień:

 

Wakacje się skończyły, wróciłem do moich szkolnych obowiązków, w zasadzie po kilku miesiącach o tej lekturze powoli zapominałem. Aż po roku, jesienią, trochę z ambicjonalnych pobudek (bo nie ja zostałem drużynowym mojej drużyny harcerskiej, gdy jej dotychczasowy lider stworzył szczep drużyn i został jego komendantem), postanowiłem założyć na Nowym Złotnie pierwszą w dziejach tego osiedla, drużynę zuchów. I dzięki temu mieć prawo do noszenia granatowego sznura z lewego pagonu mundurka..

 

Ale po kolei: zanim dojdziemy do jesiennych miesięcy tego roku, roku XVII Letnich Igrzysk Olimpijskich w Rzymie (gdzie Polacy zdobyli 4 złote medale: Kazimierz Paździor w boksie, Zdzisław Krzyszkowiak w biegu na 3000 m z przeszkodami, Józef Szmidt w trójskoku i Ireneusz Paliński w podnoszeniu ciężarów), roku w którym na statku „Sputnik 2” dwa pieski: Biełka i Striełka po okrążeniu Ziemi, jako pierwsze żywe istoty powróciły na Ziemie, roku w którym niekwestionowanym królem polskich kin był film Aleksandra Forda „Krzyżacy”, zaś na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych AP wybrano Johna F. Kennedy’ego, muszę opowiedzieć jak upływały pierwsze jego miesiące w moim – wtedy ucznia Szkoły Rzemiosł Budowlanych – życiu.

 

Pierwsze 2 miesiące 1960 roku były czasem, który zapamiętałem jako kontynuację pierwszego etapu mojej „ścieżki murarskiej kariery zawodowej”, realizowanej w ramach programu dla drugiej klasy tej szkoły. Jak to opisałem w moim wspomnieniu, zamieszczonym w okolicznościowej broszurce, wydanej z okazji 60-lecia „mojej BUDOWLANKI” – były to ostatnie dwa miesiące pierwszych dwu okresów tego roku szkolnego 1959/1969 (bo rok szkolny dzielił się wtedy na cztery okresy) mojej „manualnej” nauki zawodu – najpierw „na sucho”, później już „na mokro, ale nadal „na niby” – w ramach praktycznej nauki zawodu (3 razy w tygodniu), prowadzonej w parterowym baraku przy ul. Wojska Polskiego, pełniącym funkcję pracowni zajęć praktycznych. Od połowy lutego – do wakacji – praktyczna nauka zawodu odbywała się już w warunkach rzeczywistej budowy. Więcej o tym we fragmencie (wyróżnionym „na niebiesko”) w załączonym pliku pdf, który jest „wypisem” z owej jubileuszowej broszury – TUTAJ

 

Ale w tym eseju przywołam inną historię, która zaczęła się właśnie wtedy i która – jak dziś to oceniam – wiele powie o ujawnionej wówczas mojej szczególnej kompetencji społecznej. To wówczas, w sieci koleżeńskich więzów naszej klasy, wykrystalizowała się szczególna struktura „paczki” jaką stworzyliśmy we czterech: Jurek P. Jurek T. Janusz S. i ja – występujący wtedy jako Włodek. (Bo cały okres nauki w szkole podstawowej występowałem pod imieniem Władek) To o tej grupie wspomniałem w owym jubileuszowym tekście, gdy pisałem o szczególnej roli pani profesor Wiktorii Kupiszowej w stymulowaniu naszego ogólnokulturowego rozwoju. Ale nasza czwórka spotykała się regularnie nie tylko w prywatnym mieszkaniu Pani Profesor i na owych, wspomnianych tam, artystycznych wydarzeniach, ale także w naszych domach – nie tylko dla wspólnego odrabiania prac domowych, ale także aby dyskutować na najróżniejsze tematy – także o przeczytanych książkach.

 

Bo przyznam nieskromnie – w tym nieformalnym klubie odegrałem rolę lidera, a także – można to tak określić – „mitotwórcy”. Dowodem na to ostatnie jest zachowany do dziś, napisany tamtego roku, wiersz, zatytułowany KULA

 

 

Bo właśnie tak nazwaliśmy ten nasz klub. Mieliśmy nawet jego symbol – przezroczystą szklaną kulę, która podczas naszych spotkań zawsze leżała na stole.

 

 

Także moim pomysłem było wprowadzenie miesięcznej składki – po 20 zł. Tak utworzony fundusz przeznaczany był na zakupy nowości książkowych (tytuły podpowiadała Pani Profesor), na które to zakupy nikogo z nas, samodzielnie, nie byłoby stać. Wszyscy byliśmy dziećmi niezamożnych, robotniczych rodzin. Mądrość naszego systemu polegała na tym, że ten z nas, któremu na danej pozycji najbardziej zależało – musiał zainwestować 1/4 ceny tej książki, uzupełniając brakującą kwotę z owego funduszu (uzyskawszy uprzednio akceptację na ten zakup od pozostałych „składkowiczów”) i stawał się jej właścicielem. Jednak był on zobowiązany do wypożyczenia jej w pierwszej kolejności członkom Klubu „Kuli”.

 

Ale i w tym roku przyszedł czas na wakacje. O ile w poprzednim nie miałem oferty ze strony ZHP, to tego lata sierpień spędziłem na obozie nad morzem, w nadmorskim lesie w pobliżu Jarosławca. Był to pierwszy obóz, zorganizowany przez naszą drużynę z Nowego Złotna, do której wstąpiłem w lutym 1957 roku – w trzy miesiące po Łódzkim Zjeździe (8-9 grudnia 1956), który zainicjował reaktywowanie Związku Harcerstwa Polskiego.

 

 

Obóz w Jarosławcu zapamiętałem z dwu powodów: bo po raz pierwszy mogłem wtedy tak długo, codziennie, oglądać morze z wysokiego nadmorskiego klifu:

 

Czytaj dalej »