Dla niektórych rok 1969 może kojarzyć się z premierą filmu „Pan Wołodyjowski”, dla innych z pomyślnym zakończeniem samotnego rejsu Leonida Teligi dookoła świata. Bezsprzecznie wszystkim – z pierwszym lądowaniem człowieka na Księżycu. Ale ja chcę dziś w tym, drugim w chronologicznej kolejności, eseju wspomnieniowego z cyklu „Moje lata . . . dziewiąte” przywołać z głębokiej pamięci cztery tygodnie, spędzone przed pięćdziesięcioma laty w harcerskim anturażu nad Bałtykiem, w miejscowości, wówczas mało komu znanej – w Poddąbiu.

 

 

Jednak nim przejdę do wspomnień z równie upalnego jak tegoroczne lato, sierpnia 1969 roku powinienem możliwie krótko zrelacjonować przynajmniej najważniejsze wydarzenia, które były moim udziałem w okresie tych dziesięciu lat, które minęły od wakacji 15-latka u wuja Hipolita do dni, które są treścią tego odcinka moich wspomnieniowych esejów. Aby nie rozbijać toku narracji – odsyłam po informacje na ten temat do załącznika – TUTAJ

 

Już po niespełna roku od powrotu do Łodzi z Gdyni, gdzie odbywałem moją niechcianą służbę w Marynarce Wojennej, po kilkumiesięcznej pracy w Komendzie Chorągwi Łódzkiej ZHP, od marca 1969, wróciłem do „mojego” poleskiego hufca ZHP, wybrany zastępcą komendanta tego hufca – na konferencji sprawozdawczo-wyborczej przez jego instruktorów.

 

I właśnie to co jest przedmiotem tych wspomnień miało być pierwszym, autorskim dziełem, które miało stać się moim „znakiem firmowym” w roli nowego wicekomendanta. A tym dziełem był obóz szkoleniowy dla ponad czterdziestoosobowej grupy nastoletnich harcerek i harcerzy – kandydatów do funkcji drużynowej/drużynowego drużyn harcerskich. Nie zuchowych tym razem!

 

Mając świadomość znaczenia tego wakacyjnego przedsięwzięcia, przygotowywałem się do niego już na wiele tygodni przed rozbiciem namiotów na skraju nadmorskiego lasu, na terenach – wtedy mało znanej w głębi kraju – wiosce Poddąbie, która do 1945 roku nosiło nazwę Neu Strand (Nowa Plaża). Zależało mi na tym, aby ten letni kurs drużynowych pod namiotami był niezależnym, kameralnym obozem (nie wchodzącym w skład większego zgrupowania) i by został zlokalizowany w atrakcyjnej, ale nie będącej kurortem, miejscowości.

 

Muszę w tym miejscu przypomnieć, że zaledwie 4 lata przed opisywanymi to zdarzeniami spędziłem 6 miesięcy w CSSMW w Ustce, gdzie nie tylko przebyłem typowe szkolenie dla rekrutów i złożyłem przysięgę wojskową, ale przede wszystkim byłem szkolony na operatora radiolokacji do pracy w jednostkach Marynarki Wojennej. I to dlatego, nieprzypadkowo, w maju 1969 roku, osobiście pojechałem na tzw. „zwiad kwatermistrzowski” do Ustki. Pierwsze kroki skierowałem do miejscowego nadleśnictwa, bo wszak obóz harcerski musi być w lesie. I tam pokazano mi bardzo dokładne mapy podległego im terenu i zasugerowano, że najodpowiedniejszą dla moich planów będzie lokalizacja właśnie w Poddąbiu. Jeszcze tego samego dnia dotarłem tam, pokonując ostatni odcinek drogi – z Machowinka do Poddąbia, w obie strony – pieszo. PKS-y jeszcze tam, poza sezonem, nie jeździły.

 

Foto: www.mojeurlopy.pl

 

Klifowy brzeg morza w Poddąbiu – jedyny widok, który od 1969 roku tam się nie zmienił…

 

Spodobało mi się tam, znalazłem konkretną łąkę, na której można było rozstawić namioty i obozową kuchnię, skąd niedaleko było do oficjalnego zejścia z wysokiego klifu na piękną szeroką, prawie dziką plażę, a przede wszystkim zawarłem wstępne porozumienie z kierownictwem jednego z (wtedy) dwu pobliskich zakładowych ośrodków kolonijno-wczasowych o prawie do (bezpłatnego) pobierania z ich studni głębinowej słodkiej wody dla potrzeb obozowej kuchni.

 

Minęły dwa miesiące i równo pół wieku temu, w ostatnim tygodniu lipca, stanął w wybranym przeze mnie miejscu obóz kursowy. Było tak jak sobie zaplanowałem: ok. czterdzieścioro uczestniczek i uczestników kursu, podzielonych na 5 zastępów, nieliczna kadra szkoleniowa, ratownik, kwatermistrz-zaopatrzeniowiec, księgowa i kucharka.

 

Foto: www.ustka.naszemiasto.pl

 

Schody na plażę w Poddąbiu. Wtedy były mniej eleganckie, ale z podobną ilością stopni…

 

Życie toczyło się w normalnym rytmie obozu harcerskiego: pobudka, zaprawa poranna (w naszym przypadku to truchcik do zejścia na plażę, tam klika ćwiczeń gimnastycznych, mycie w morzu, powrót po liczących kilkadziesiąt stopni schodach), ścielenie łóżek, apel z wciągnięciem flagi na maszt, śniadanie, blok zajęć przedpołudniowych (najczęściej praktycznych, ale także w formie „wykładu pod sosną”, obiad, relaks poobiedni, zajęcia sportowe, rekreacyjne (także plaża, kąpiel morska), kolacja… Wieczorem, na każdym obozie do tradycji należy ognisko, wokół którego siedzą harcerze, śpiewają piosenki, ktoś opowiada gawędę…

 

Ale nie tego roku z Poddąbiu… I nie tylko tam. Zapewne także na wszystkich obozach w północnej Polsce – bo od czerwca nie spadła tam ani kropla deszczu i nadleśnictwa wydały całkowity zakaz rozpalania ognisk w lesie…

 

Miała ta sytuacja swoje bardzo ważkie konsekwencje dla organizacji obozowych wieczorów. Nie wiem jak radzili sobie z tym zakazem komendanci innych obozów – pamiętam dokładnie czym ów zakaz zaowocował u nas, w Poddąbiu. Aby nie zubożyć obozowego życia o ten najbardziej więzotwórczy element jakim jest harcerskie ognisko, zdecydowałem, aby w specjalnym namiocie „świetlicowym”, przygotowanym na dni deszczowe, zamocować w jego centralnym miejscu świecznik, za który robił znaleziony na plaży, wypłukany przez morskie fale, odwrócony korzeniami ku górze, pieniek drzewa. Jego przycięte korzenie stały się ramionami tego świecznika, a do nich przymocowaliśmy świece… I przy ich blasku, jak wokół ogniska, gromadziliśmy się każdego wieczora.

 

 

Aby więcej opowiedzieć o tym co wtedy, oprócz podsumowania dnia i śpiewania harcerskich piosenek, tam się działo, muszę cofnąć się do okresu przygotowań do obozu, a konkretnie do rekrutacji kadry. W zasadzie nie ulegało wątpliwości, że osobą numer dwa będzie na nim szef referatu drużyn harcerskich Komendy Hufca Łódź-Polesie dh. Andrzej Gawart. Ale to właśnie on przeforsował, że koniecznie powinien znaleźć się w kadrze tego kursu jego dobry znajomy, wtedy mi zupełnie nieznany Julek Cyperling – dziewiętnastolatek, który właśnie zaliczył drugi rok studiów na filologii polskiej Łódzkiego Uniwersytetu. Na obozie miał pełnić funkcję „instruktora k-o” (kulturalno-oświatowego).

 

Była to typowa propozycja „nie do odrzucenia”, więc Julek na obóz przyjechał. Ze względów praktycznych został on zakwaterowany w jedynym dużym namiocie – siedzibie komendy obozu, (tzw. „dziesiątka”), który był nie tylko miejscem odpraw komendy obozu, ale także „sypialnią” komendanta i… instruktora k-o. Pozostali funkcyjni – każda/y z nich – mieli do dyspozycji swoje małe namioty, tzw. „czwórki”.

 

Wszystkie te fakty podaję nie bez powodu, a dlaczego – o tym za chwile.

 

Julek przywiózł ze sobą kilka książek. Z oczywistych powodów (przypomnę, że i ja, choć tylko jeden rok -1962/63 – studiowałem na UŁ filologię polską) wieczorami, nim zasnęliśmy, rozmawialiśmy o łódzkiej polonistyce, o znanych nam obu profesorach i adiunktach, o literaturze… I tak pewnego dnia, zaraz na początku obozu, Julek zaczął opowiadać o jednej z przywiezionych przez niego książek, którą gorąco mi polecił, twierdząc, że koniecznie powinienem ją przeczytać, bo jest niesamowita.

 

To była książka autorstwa Joanny Kulmowej p.t. „Wio Leokadio”

 

 

Okładka książki. Tak samo wyglądała ta, przywieziona przez Julka

 

Już następnego dnia, gdy uczestnicy kursu działali gdzieś w terenie, przeczytałem kilka pierwszych opowiastek z tej książki i… i byłem oczarowany. I racjonalnie, zwłaszcza tradycyjną metodyką harcerską, nie da się wytłumaczyć decyzji: „Będą każdego dnia wieczorem w namiocie obozowej „świetlicy” czytał kursantom jeden rozdział tej książki, jedną opowiastkę z Leokadią w roli głównej”. I już od najbliższego wieczora, bez względu na to czym danego dnia żyli kursanci, czytałem im jeden rozdział tej książki. O czym to było? Aby nie zajmować tu miejsca na szczegółową informację o tej bajkowo-filozoficznej opowieści odsyłam do artykułu Jarosława Mikołajewskiego „’Wio, Leokadio!’ Joanny Kulmowej – powieść to wielka, czyli zabawna, ciekawa i mądra”, opublikowanego 20 stycznia 2005 roku w „Gazecie Wyborczej” – TUTAJ

 

Dalej – w pewnym sensie – sytuacja wymknęła się spod kontroli. Uczestnicy kursu zostali Leokadią (lub, jak kto woli, Kulmową) oczarowani i od wysłuchania kolejnej wieczornej porcji jej tekstu uzależnieni. Gdy w połowie turnusu dostałem wysokiej temperatury i zdecydowałem się nie uczestniczyć w wieczornym spotkaniu przy świeczniku, kursanci zażądali natychmiastowego „czytania rozdziału przeznaczonego na dzień dzisiejszy”, najsilniejsi harcerze wparowali do mojego namiotu i razem z łóżkiem (i książką) wnieśli mnie do świetlicy, gdzie trochę zachrypniętym głosem musiałem odczytać kolejny rozdział…

 

Można powiedzieć, że wokół „Leokadii” powstała cała obozowa symbolika. Najpierw harcerze jednego z zastępów służbowych, kiedy przypadła na nich kolejka przepchnięcia do pobliskiego ośrodka wczasowego przywiezionego z Łodzi zbiornika na wodę do celów spożywczych (w kształcie ocynkowanego walca, zamocowanego na wypożyczonym od jednego z nielicznych wioskowych gospodarzy podwoziu wozu drabiniastego), wymalowali na owym zbiorniku wielkimi literami napis: L E O K A D I A. I od tej pory, wszyscy następni „woziwodowie” jadąc tam czy – zwłaszcza z powrotem, z wodą – pokrzykiwali: „Wio Leokadio”. Zbiornik ten, przywieziony do Łodzi, przez wiele następnych lat był jeszcze w zasobach hufcowego magazynu sprzętu obozowego, a kolejne pokolenia harcerzy, nie znając tej historii, dopytywały się magazyniera, co ten napis robi na tym zbiorniku.

 

Leokadia stała się także zewnętrznym atrybutem kolejnych liderów w obozowo-kursowym współzawodnictwie zastępów. Intuicyjnie (bo wszak wiedzy naukowej na ten temat jeszcze nie posiadałem) wpadłem na pomysł, aby tradycyjnie prowadzone na obozach współzawodnictwo nie miało charakteru „ciułania” punktów, przyznawanych według opracowanego taryfikatora „zasług”, by dopiero po ich podsumowaniu, na zakończenie turnusu, przyznać tytuł „najlepszego zastępu”. Mój pomysł polegał na tym, aby wyróżniać zastęp,, który w kolejnym dniu był najlepszy. I widomą oznaką tego stała się… „Złota Leokadia”. Był to znaleziony na plaży kawałek drzewa, którego pień i pozostałości wypłukanych przez morską wodę gałęzi upodobniły go do „szkapy ze skrzydłami” – czyli do Leokadii. Owo dzieło natury, lekko skorygowane, pomalowane na żółto, stało się ową „Złotą Leokadią”. I każdego dnia podczas porannego apelu uroczyście ustawiano to trofeum przed namiotem „Najlepszego Zastępu” dnia wczorajszego. Ale jutro i pojutrze, i każdego dnia następnego, wszyscy mieli taką sama szansę, by i przed ich namiotem stanęła „Złota Leokadia” . I naprawdę, z niekłamanym zaangażowaniem, zastępy starały się na to wyróżnienie zasłużyć.

 

Obóz dobiegł końca, a nie wszystkie rozdziały zostały przeczytane (było ich 50!). Ironią losu był fakt, że po tych wszystkich bezdeszczowych dniach i nocach, wieczorem przedostatniego dnia przyszła rzęsista ulewa… Nie można było zwinąć mokrych namiotów. Większość uczestników i kadry wsiadła więc następnego przedpołudnia do podstawionego autokaru, aby dojechać nim do Słupska i tam przesiąść się na pociąg do Łodzi.

 

A ja wraz z kwatermistrzem i grupą chłopców-ochotników pozostaliśmy, aby po wyschnięciu płacht namiotowych zwinąć je, spakować cały obozowy dobytek na samochód ciężarowy i wraz nim wrócić do Łodzi. Zabraliśmy także kultowy świecznik i… „Złotą Leokadię”.

 

 

X           X           X

 

 

Przypomniałem te wydarzenia z 1969 roku w ramach cyklu „Moje lata. . . dziewiąte”, bo nie mam wątpliwości, że to jak działałem tam w, zdawałoby się, standardowej roli szefa obozowej formy szkoleniowca młodocianej kadry harcerskich adeptów aspirujących do funkcji liderów kolejnych roczników harcerzy w szkołach podstawowych, zapowiadało to, co – jak się wkrótce okazało – było już dla mojej przyszłej biografii nieuchronne: ewolucję niedoszłego humanisty-polonisty w kierunku pedagoga-wychowawcy.

 

 

X           X           X

 

 

Po obozie w Poddąbiu pozostały nieliczne pamiątki, być może ktoś robił wtedy zdjęcia, ale ja nie mam żadnego.. I pozostała pamięć u tych, którzy na nim byli… I którzy jeszcze, po 50-u latach, są wśród żywych…

 

Z posiadanych przeze mnie informacji nie żyje kilkoro uczestników kursu i trzy osoby obozowej kadry. Jednym z nich jest „ojciec chrzestny” mitologii „Leokadii” – Juliusz Cyperling. W przypadku wspomnień sprzed pół wieku pamięć bywa zawodna – nie pamiętam, czy Julek miał ze sobą aparat fotograficzny. I już się tego nigdy nie dowiem. Gdybym potrafił przewidywać przyszłość, zapewne zapytałbym Go o to przed czternastoma laty, kiedy po raz ostatni spędziliśmy wspólnie kilkadziesiąt minut. Bo wkrótce po tym, jak w lipcu 2015 roku wspólnie oglądaliśmy jakiś mecz w BULe przy ul. Narutowicza Julek poczuł się bardzo źle, trafił do szpitala z rozpoznaniem „glejak mózgu i po dwu nieprzynoszących żadnej poprawy operacjach zmarł 13 lutego 2006 roku.

 

O tym jakie skutki miała Jego śmierć na moje życie opowiedziałem szczegółowo w felietonie nr 275 „W 13-ą rocznicę „poczęcia” mojego nowego wcielenia…

 

X           X           X

 

Ale istnieje jeszcze jeden trop tych wspomnień z Poddąbia, który może stać się przykładem (dowodem?) tezy, że nigdy nie wiadomo które z pozornie nic nie znaczących wydarzeń będzie po latach miało swoje bardzo znaczące konsekwencje.

 

Z Julkiem nasze kontakty w zasadzie przerwały się po tym, jak zakończyliśmy swoją działalność w ZHP – najpierw ja (w 1991r.) przestałem pełnić obowiązki komendanta hufca, a wkrótce on, gdyż w 1972 roku ukończył studia i rozpoczął pracę w ”Dzienniku Łódzkim” – najpierw jako reporter terenowy” z Ziemi Skierniewickiej, a później przede wszystkim recenzent teatralny. Przez wiele lat, nie licząc kilku przypadkowych spotkań, nie mieliśmy ze sobą kontaktu – aż do 1999 roku, kiedy to po 30-u latach od opisanych powyżej wydarzeń, niezapowiedzianie, Julek złożył mi wizytę w ZSB nr 2, którego byłem od sześciu lat dyrektorem. Jestem pewien, że gdyby nie tamte nasze „cztery tygodnie z Leokadią”, nie pomyślałby nawet, aby z taką propozycja przyjść do nieznanego sobie dyrektora szkoły.

 

I od tej propozycji, którą było ulokowanie w kierowanej przeze mnie szkole Centrum Szkoleniowo-Promocyjnego „EDUKACJA” – zaprojektowanego przez Jego żonę Małgorzatę Cyperling jako pierwszy w Łodzi niepubliczny ośrodek metodyczny dla nauczycieli – rozpoczęła się nasza, niestety trwająca tylko 7 lat, bliska współpraca, nie tylko przy rozwinięciu działalności tego CS-P, ale przede wszystkim nie wystartowałaby w 2003 roku (także w obiekcie „mojej BUDOWLANKI”) Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Łodzi.

 

I nie byłoby „Gazety Edukacyjnej”...

 

Ale o tym już wiecie.

 

 

Włodzisław Kuzitowicz



Zostaw odpowiedź