Archiwum kategorii 'Eseje i wywiady'

 

Uzasadnienie mojego stanowiska w sprawie zbędności targów edukacyjnych

 

Najbliższy wtorek, w godzinach 12:00 –  18:00, w „mojej Budowlance” odbędzie się  „Dzień Otwarty”. Druga szansa poznania  tej szkoły „w realu” będzie 16 kwietnia. Nie ukrywam, że zaczynam tą informacją nieprzypadkowo – stali czytelnicy OE wiedzą, że ów przymiotnik „mojej” używam od dawna, i nie bez powodu. Bo nie tylko byłem  przez 12 lat (1993 – 2005) jej dyrektorem, kiedy nazywała się Zespołem Szkół Budowlanych nr 2 (a po wprowadzeniu gimnazjów została przemianowana przez organ prowadzący na Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych nr. 15), ale także dlatego, że byłem (w latach 1958 – 1962) uczniem tej szkoły, gdy funkcjonowała pod nazwą Technikum Budowlane nr 1 i miała w swej ofercie 3-letnią Szkołę Rzemiosł Budowlanych i 3-letnie Technikum Budowlane. Jestem absolwentem owej SRB – w zawodzie murarz-tynkarz, a w owym trzyletnim technikum byłem tylko jedno półrocze – do końca stycznia 1962 roku, kiedy w bardzo dla mnie stresujących okolicznościach podjąłem decyzję o przeniesieniu się do XVIII LO. Więcej  o tym okresie mojej biografii napisałem w Eseju wspomnieniowym: od kandydata na murarza do marynarza. Cz. I

 

Ale nie jest dzisiaj  moim zamiarem wspominanie tego, w czym uczestniczyłem przed ponad sześćdziesięcioma laty. Owa informacja o „Dniu Otwartym” jest tylko pretekstem do podjęcia wątku procesu decyzyjnego, przed jakim stoją dzisiejsi ósmoklasiści, zanim dokonają wyboru swojej dalszej drogi edukacyjnej, a w dalszej perspektywie – zawodowej, a nawet życiowej. Nieprzypadkowo zamieściłem w minioną środę materiał zatytułowany „To pomoże skuteczniej w znalezieniu szkoły po podstawówce niż Targi Edukacyjnew którym informując o Łódzkiej Bazie Edukacyjnej, właśnie w owym tytule zawarłem mój pogląd o fasadowości przedsięwzięć łódzkiego magistratu, jakimi były Łódzkie Rejonowe Targi Edukacyjne – w ich pięciu wydaniach, a później nowa formuła dawnych Łódzkich Targów Edukacyjnych, noszących w tym roku nazwę  festiwalu „Future Up! Fest.”

 

A teraz przypomnę  mój refleksyjny esej nr 9, zatytułowanyMoje rozmyślania o szansach dokonania trafnego wyboru swojej przyszłości”, w którym zawarłem swoje poglądy na sformułowany w jego tytule problem. I tak go zakończyłem:

:

„Ot – takich czasów dożyliśmy, w których „nie ma mądrych”, a przyszłość jest nieodgadniona, stanie się to, co będzie mogło, lub musiało, się stać….

 

A dzisiejszym ósmklasistom nie pomogą w trafnym wyborze ich dalszej drogi kształcenia rejonowe targi edukacyjne, ani nawet najnowszy projekt łódzkich władz, czyli trzydniowy festiwal – Future Up!Festw w Hali EXPO…”

 

Właśnie dzisiaj postanowiłem dodać jeszcze kilka moich uwag i opinii do tematu określonego w tamtym eseju, ale poczynionych w oparciu o przywołanie wydarzeń z niedalekiej przeszłości.

 

Zacznę od tego, że idea organizowania Targów Edukacyjnych powstała 32 lata temu. Ich prapoczątkiem były targi łódzkich szkół zawodowych, adresowane do uczniów ósmych klas szkół podstawowych, zorganizowane z inicjatywy dyrektora Janusza Moosa w 1994 roku w  sali gimnastycznej Zespołu Szkół Budowlanych nr 2, którego bylem wówczas dyrektorem, a gdzie swą siedzibę miał, kierowany przez wicedyrektora WODN Janusza Moosa Zespół Doradców Metodycznych Kształcenia Zawodowego. Oczywiście – nie bez wkładu szkoły- gospodarza tego przedsięwzięcia.

 

Rok później odbyły się kolejne takie targi – tym razem w pomieszczeniach Szkoły Podstawowej nr 32 przy ul. Kopcińskiego 54. Ich organizatorem  była prywatna firma, której właścicielem był syn ówczesnej dyrektorki tej szkoły.

 

W kolejnym 1996 roku odbyły się pierwsze Łódzkie Targi Edukacyjne, zorganizowane już przez władze miasta – w nowo wybudowanej (dziś już nieistniejącej) hali targowej przy ul. Stefanowskiego.

 

A po tych pierwszych targach były kolejne i kolejne, zawsze organizowane w tym samym miejscu, czyli w Centrum Wystawienniczo-Handlowym, nazwanym  EXPO-Łódź.do roku 2012, kiedy ich miejscem stało się nowo wybudowane przy Al. Politechniki 4 Centrum Konferencyjno-Wystawiennicze MTŁ, także nazwane EXPO-Łódź, w którym w marcu  odbyły się XV Łódzkie Targi Edukacyjne. I od tamtej daty, aż do roku 2018, kolejne Targi tam się odbywały.  Bo – z nieznanych mi powodów – w 2019 roku  XXII ŁTE odbyły się w… w łódzkiej hali widowiskowo sportowej, noszącej nazwę Atlas Arena.

 

I tam, zbierając materiały do relacji z tego wydarzenia, przeprowadziłem mini wywiad z ówczesnym wiceprezydentem Łodzi Tomaszem Trelą, mającym w zakresie swoich obowiązków także łódzką oświatę. Oto zapis tej rozmowy:

 

Włodzisław Kuzitowicz: Czy ma Pan przekonanie, że organizowanie tych targów, w czasach nam współczesnych, ma jeszcze sens?

 

Tomasz Trela: Sens na pewno ma, chociaż wymiar tych targów i informacja która kiedyś, dziesięć czy piętnaście lat temu, miała zdecydowanie większą wartość. Dzisiaj dostępność do Internetu, powszechna praktyka „Drzwi Otwartych”, witryny internetowe każdej szkoły, dają bardzo duże możliwości, ale tu jest moment, żeby przyszedł młody człowiek – przyszły absolwent gimnazjum czy szkoły podstawowej i choćby porozmawiał ze swoimi rówieśnikami, którzy już uczą się w tej szkole, porozmawiał z jej nauczycielami. Ja uważam, że to jest takie uzupełnienie tej technologicznej zmiany, z którą mamy do czynienia w czasie cyfryzacji, powszechnego dostępu do wiedzy, informacji poprzez Internet. W moim przekonaniu nie powinniśmy odchodzić od targów edukacyjnych, bo one mają swój wymiar.

 

WK: Ale przecież na owych „Dniach Otwartych”, na organizowanych w szkołach zawodowych „Dniach Doradztwa Zawodowego” uczniowie mają czas na dłuższy kontakt i o wiele odpowiedniejsze warunki na zdobycie zindywidualizowanej informacji i porady…

 

TT: Ale wie pan, ja liczę na to, że jeżeli ktoś przyjdzie na takie targi i ma już jakąś swoją wyrobioną opinię czy wiedzę o danej szkole, to tu może ją sobie pogłębić, albo tu zainteresować się szkoła, do której może udać się na „Dni Otwarte”. Ja uważam, że jedno nie wyklucza drugiego i to jest inicjatywa dobra, potrzebna i warta kontynuacji.

 

WK: Czy Miasto Łódź widziałoby taką możliwość, aby zlecić, na przykład Łódzkiemu Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego, aby przeprowadziło na początku nowego roku szkolnego badania sondażowe w klasach pierwszych szkół ponadpodstawowych, w których uczniowie odpowiadaliby by na pytania o motywy, a także o źródła informacji, z których czerpali przy podejmowaniu decyzji o wyborze taj, a nie innej szkoły?

 

TT: Ja myślę, że to nie jest żaden problem. To jest słuszna inicjatywa. Ja uważam, że warta rozważenia.

 

Źródło: www.obserwatoriumedukacji.pl

 

 

Moje pytanie o możliwość zlecenia przeprowadzenia  sondażu wśród uczniów klas pierwszych liceów i techników z pytaniem o źródła informacji, w oparciu o które podjęli decyzję o wyborze szkoły, nie zadałem przypadkowo, Już rok wcześniej, w „Felietonie nr 209 Komu służą targi. Czy z tych powodów warto je organizować?”, sformułowałem następujące tezy:’’

Teza 1.

Targi edukacyjne nie są do niczego potrzebne szkołom. Z nieoficjalnych źródeł w WE UMŁ wiem, że prowadzono tam badania sondażowe, w których pytano pierwszoklasistów z jakich źródeł czerpali wiedzę, która zadecydowała o wyborze tej, a nie innej szkoły ponadgimnazjalnej. Okazało się, że na pierwszym miejscu znaleźli się koledzy, na drugim – internet, a na jednym z końcowych – targi edukacyjne!

 

Teza 2.

Najbardziej organizacją targów są zainteresowane… Targi! Znaczy – Międzynarodowe Targi Łódzkie, którym za powierzchnię wystawienniczą zajmowaną przez placówki oświatowe, dla których organem prowadzącym jest UMŁ, płaci… Urząd Miasta Łodzi! Właściciel Spółki MTŁ! No i wejściówki odwiedzających także wpływają na ich konto.

 

Teza 3.

Targi podobają się niektórym mediom, dla których blichtr tej imprezy  i malownicze obrazki pokazywane na fotkach i filmowych migawkach są przyciągającym wzrok czytelników i widzów surogatem pogłębionej informacji.

 

Teza 4.

Chętnie uczestniczą w targach edukacyjnych szkoły wyższe, zwłaszcza te prywatne, dla których jest to jeszcze jedna, w generalnym rozliczeniu nie tak droga, forma reklamy i pozyskiwania przyszłych studentów. Na „moje oko” wśród tegorocznych odwiedzających tę imprezę przeważali uczniowie ostatnich klas szkół średnich…

 

Teza 5

Wizyty na targi bardzo lubią przyprowadzani tam w zorganizowanych  grupach uczniowie, którzy zamiast siedzieć w szkole na lekcjach, mieć jakąś kartkówkę lub odpytywanko, mają to przedpołudnie zagospodarowane bezstresowo…

Źródło: www.obserwatoriumedukacji.pl

 

 

Powtórzę informację zawartą w pierwszej tezie: „Z nieoficjalnych źródeł w WE UMŁ wiem, że prowadzono tam badania sondażowe, w których pytano pierwszoklasistów z jakich źródeł czrpali wiedzę, która zadecydowała o wyborze tej, a nie innej szkoły ponadgimnazjalnej. Okazało się, że na pierwszym miejscu znaleźli się koledzy, na drugim – internet, a na jednym z końcowych – targi edukacyjne!

 

Przypomnę, że ten felieton zamieściłem 4 marca 2018 roku! Od tamtej daty minęło 8 lat. Nie tylko, że Wydział Edukacji nigdy nie opublikował owych „tajnych” wyników sondażu, to rok później wiceprezydent Trela ich nie znal, a jego poparcie do mojej propozycji, aby taki sondaż przeprowadziło –  na zlecenie UM –  ŁCDNiKP na nic się zdało.

 

Bo nie o wsparcie ósmoklasistów i maturzystów w podejmowaniu przez nich decyzji o dalszej drodze edukacyjnej organizatorom owych Targów chodzi. Już wtedy nazwałem to „po imieniu”, pisząc, że  Najbardziej organizacją targów są zainteresowane… Targi! Znaczy – Międzynarodowe Targi Łódzkie, którym za powierzchnię wystawienniczą zajmowaną przez placówki oświatowe, dla których organem prowadzącym jest UMŁ, płaci… Urząd Miasta Łodzi! Właściciel Spółki MTŁ! No i wejściówki odwiedzających także wpływają na ich konto.”

 

Co się przez tych osiem lat zmieniło? Jeśli chodzi o organizowanie Targów, to w kolejnym roku zrobiła swoje pandemia COVID19, z powodu której odwołano XXIII LTE. W następnym 2021 roku odbyły „e-Targi Edukacyjne Łódź 2021”. W tej samej formule odbyły się targi  w roku 2022 2023.

 

Rok 2024 był rokiem, w którym łódzka władza oświatowa wpadła na pomysł Rejonowych Targów Edukacyjnych. Oto ich pierwszy kalendarz  –  TUTAJ Już wtedy można było zdobywać potrzebne informacje o ofercie szkół ponadpodstawowych z Łódzkiej Bazy Edukacyjnej.

 

I dwa następne lata to czas organizowania tychże targów rejonowych. Określenie „rejonowych, to zastępcza nazwa dawnego podziału Łodzi na pięć dzielnic administracyjnych, zlikwidowanego w 1993 roku. Ale dopiero w tym roku decydenci postanowili zabłysnąć nowatorskim pomysłem tego, ponownie zorganizowanego w Hali EXPO, „Future Up! Fest.”

 

Tylko czy i w tym przypadku najwięcej korzyści z tego „odpustu” nie mieli jego organizatorzy, a nie uczniowie?

 

Bo ja nadal podtrzymuję moją krytyczną, od lat prezentowaną, opinię o braku uzasadnienia dla dalszego organizowania tych spędów i budzenia złudnych nadziei dla szkół nie cieszących się nadmiarem kandydatów w kolejnych rekrutacjach do klas pierwszych. Dzisiaj jeszcze bardziej jestem przekonany o zbędności Targów Edukacyjnych, tak w ich wersji „rejonowej”, jak i ogólnołódzkiej.

 

Dlaczego? Bo dzisiaj każdy uczeń ma swoim smartfonie swobodny dostęp nie tylko do informacji zawartych w Łódzkiej Bazie Edukacyjnej, ale może także wejść na stronę każdej szkoły ponadpodstawowej, gdzie dowie się o wiele więcej nie tylko o jej ofercie, ale – najczęściej na jej fanpage – o wszystkich wydarzeniach i inicjatywach, które lepiej mówią o jakości tej placówki niż najlepiej urządzone ich stoiska na targach

 

W tej e-reczywistości ja zalecałbym wzmocnienie roli doradcy zawodowego i zadbałbym nie tylko o zwiększenie ich liczby, ale przede wszystkim o ich kompetencje – nie tylko orientację w ofercie łódzkich szkół, ale przede wszystkim o znajomość trendów cywilizacyjnych, skutkujących wygaszaniem zapotrzebowania na jedne zawody i tworzeniem nowych obszarów zapotrzebowania na dziś nieznane jeszcze kompetencje. A  także  bardzo przydatna owym doradcom byłaby jeszcze, przynajmniej te najbardziej w jego roli potrzebne, kompetencja coacha…

 

Ale nie likwidowałbym „Dni Otwartych”, bo stwarzają one możliwość zapoznania się „w realu” z ewentualnym późniejszym miejscem nauki, porozmawiania w o wiele bardziej komfortowych warunkach z ich uczniami, nauczycielami, a także zobaczenia na własne oczy bazy dydaktycznej szkoły.

 

 

Napisałem ten tekst, aby już nikt nie mógł powiedzieć, ze Kuzitowicz, to zdziecinniały staruszek, który – jak przedszkolak – mówi Targom Edukacyjnym „NIE BO NIE!”

 

 

 

Włodzisław Kuzitowicz



 

Cala prawda o sondażu opinii  n.t  „Co boli polską oświatę”

 

13 marca zamieściłem materiał, zatytułowany Polacy o tym co tak naprawdę boli polską oświatę”, w którym zaprezentowałem obszerne fragmenty tekstu Co czwarty Polak alarmuje o tym problemie w szkole. Wyniki sondażu powinni przeczytać w MEN”, opublikowanego na stronie RMF FM.

 

Postanowiłem, że w tym eseju spróbuję bardziej zgłębić temat, zasygnalizowany w tamtym artykule – tym bardzie, że załączony tam diagram „Największe problemy polskich szkół w opinii Polaków”, z powodu jego nienajlepszej czytelności,  jest bardzo trudny do przeanalizowania., co – w moim przekonaniu – spowodowało podanie w cytowanym tekście niejasnych i niewiarygodnych  informacji

 

Postanowiłem bardziej przyjrzeć się wynikom na przykładzie dwu zaprezentowanych tam kryteriów: w zależności od wykształcenia i od preferencji politycznych ankietowanych. I tak, o różnicach w ocenie problemów w zależności od wykształcenia, w materiale ze strony RMF FM napisano:

 

Analiza odpowiedzi pokazuje wyraźne różnice w postrzeganiu problemów w zależności od poziomu wykształcenia. Osoby z wykształceniem podstawowym rzadziej wskazują zmiany w podstawach programowych (16 proc.), a częściej deklarują brak zdania (29 proc.). Z kolei respondenci z wyższym wykształceniem częściej za największy problem uznają zarówno pensje pracowników oświaty (15 proc.), jak i zmiany w podstawach programowych (30 proc.).

 

O różnicach w zależności od poglądów politycznych napisano tam jedynie tyle:

 

Osoby identyfikujące się z Konfederacją zdecydowanie częściej niż inni wskazują zmiany w podstawach programowych jako najważniejszy problem – aż 47 proc. tej grupy wybrało właśnie tę odpowiedź.

 

Szkoda, że tylko na tej partii poprzestano.

 

Ale nie w tym widzę największe nieścisłości owego materiału. Dokładne przyjrzenie się diagramowi prowadzi do jeszcze innych konkluzji:

 

Aby podjąć próbę zinterpretowanie informacji tam zawartych trzeba najpierw zapoznać się z górną częścią tego diagramu, gdzie podano informację o tym jaki kolor co oznacza. Spróbujcie tego dokonać sami:

 

 

Prawda, że bardzo trudno zidentyfikować te kolory na diagramie? Ale jest tam jeszcze jeden „haczyk”. Spójrzcie jeszcze raz, to zobaczycie, że dwukrotnie, dwoma róznymi kolorami, wyznaczano tam procentowe odpowiedzi, wskazujące na problem z pracami domowymi. Kolor niebieski – „Zmiany dotyczące prac domowych” i także w pierwszej linijce, lecz po prawej stronie, kolorem bladozielonym – „Zmiany dotyczące prac domowych2”. Jednak nigdzie nie Osalo to wyjaśniony powody tego dualizmu – bo też nigdzie nie podano pytań, na które odpowiadali ankieterzy tego sondażu. Próbując  znaleźć informację o tym podjąłem poszukiwania informacji źródłowej, to znaczy na stronie  „opinia24” – firmy przeprowadzającej ten sondaż.

 

I tu spotkał mnie zawód: NIGDZIE owa sondażownia nie zamieściła informacji o wynikach tego badania, ale brak choćby wzmianki, że taki sondaż przeprowadzała. Zobaczcie sami – TUTAJ

 

Na nic zdały się także moje kolejne próby wpisywania do wyszukiwarki takich tekstów, jak ten: „Sondaż Opinia24 przeprowadzony na zlecenie RMF FM, opublikowany 10 marca 2026 r. Pytanie: „Co jest Pana/Pani zdaniem największym problemem polskich szkół?”.

 

Jedyne co w wyniku tych poszukiwań uzyskałem, to adres do innego źródła, które także podało informację o tym sondażu. Jest nim prywatny portal „Gryfino.pl”, którego właścicielem jest pan Andrzej Kordylasiński, zamieszkały w Cedyni, którego redakcja (tymczasowo)  mieści się w Gryfinie. Oto zamieszczony tam (bardzo czytelny) diagram, obrazujący całościowe wyniki tego sondażu

 

Źródło: www.igryfino.pl

 

 

Pora na końcową konkluzję, która – przynajmniej dla mnie – wypływa z powyżej zaprezentowanych informacji:

 

Żałuję, że w ogóle dałem się uwieść materiałowi ze strony Radia RMF FM i zamieściłem jego obszerne fragmenty (wraz z diagramami) na moim OE. Ponadto – mam nauczkę, aby w przyszłości dogłębnie prześledzić źródła, w oparciu o które chcę redagować moje materiały i nie powtórzyć błędu z minionego piątku, kiedy zaprezentowałem Wam nie tylko fatalnie opracowane informacje, ale do tego pochodzące ze źródła (czyli owej sondażowi), która jest tak tajemnicza…

 

 

Włodzisław Kuzitowicz



 

Jak dobrze mieć wujka, czyli jak wioskowy chłopak zrobił karierę

 

Wczorajsza informacja o desygnowaniu Przemysława Czarnka na premiera – jeśli PiS wygra w 2027 roku wybory – tak bardzo wpłynęła na moje przygotowania do napisania tego eseju, że już nie potrafiłem o niczym innym myśleć.

 

Stąd ta decyzja: Przypomnę jakie były początki drogi życiowej późniejszego profesora, ministra, a być może i premiera, Przemysława Czarnka. Bo  oficjalne   biografie  wspominają o tym jedynie lakonicznie. A warto poznać okres jego dzieciństwa i etap nauki w wiejskiej szkole podstawowej we wsi  Goszczanów w woj. łódzkim

 

Zacznę od udokumentowania, jakie konkretnie komentarze wywołały u mnie taką reakcję. Oto dwa przykłady:

 

Czarnek uosabia to, co ważne dla Kaczyńskiego – to trybun ludowy z naukowym tytułem. Profesor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, wojownik, który nie boi się debat i publicznych wystąpień, sprawny mówca bez wahania sięgający po populistyczne slogany i naciągający fakty, gawędziarz, który przeciwnika atakuje bezpardonowo, polityk lubiany w PiS, lojalny i wciąż młody na tyle, by przez półtora roku bić się o zwycięstwo dla swojej partii.

 

Źródło: wyborcza.pl

 

x           x           x

 

Robert Biedroń z Lewicy w swoim komentarzu przypomniał czasy, kiedy Przemysław Czarnek był w rządzie PiS ministrem edukacji i szkolnictwa wyższego.

Minister od ‚cnót niewieścich‚, ‚ideologii’ LGBT+ i niszczenia polskiej edukacji kandydatem na premiera z PiS. Próbował zniszczyć oświatę, spróbuje zniszczyć cały kraj. Musimy zatrzymać Czarnka i jego chore fanaberie” – ocenił polityk.

Źródło: www.wydarzenia.interia.pl/kraj/xxx

 

x           x          x

 

Po takim „przygotowaniu artyleryjskim” pora na obiecane informacje „skąd wziął się Czarnek”. Więcej o tym niż tylko, że był „urodzony 11 czerwca 1977 r. w Kole. Uczęszczał do Szkoły Podstawowej w Goszczanowie w latach 1984-1992. Do 15 roku życia wychowywał się w Goszczanowie” można dowiedzieć się z tekstu  Sebastiana Białacha i Macieja Kałacha, zatytułowany Kto wymyślił Przemysława Czarnka, czyli jak średni uczeń został ministrem edukacji”, zamieszczonego 31 stycznia 2022 roku na portalu „Onet”. Oto obszerne, nie zawsze w kolejności występowania w orzytoczonym tekście, fragmenty tej publikacji:

 

Nagłośnienie miejsca dzieciństwa ministra edukacji to sprawa Krzysztofa Andrzejewskiego, wójta Goszczanowa. W Narodowe Święto Niepodległości 2021 wręczył on Czarnkowi akt honorowego obywatelstwa swojej gminy.

 

Do grona dumnych z rozsławiania gminy przez Czarnka należy Aleksandra Maryniaczyk, nauczycielka przyrody i biologii oraz dyrektor Szkoły Podstawowej im. św. Jana Pawła II w Goszczanowie.

 

Dyrektorka podstawówki z Goszczanowa, jako jedyna z obecnej kadry szkoły, uczyła w niej, gdy młody Czarnek przyszedł do pierwszej klasy. – To było w 1984 r., ja zaczęłam tu pracę rok wcześniej. Nie kształciłam oddziału ministra, ale za to jego młodszą siostrę. Oboje mieszkali wtedy w domu, który widać z wejścia do naszej szkoły: wciąż tam stoi po drugiej stronie ulicy. Wtedy mieliśmy ponad 400 uczniów, nie prawie 200, jak teraz, ale tego chłopaka łatwo było zapamiętać. Był przystojny i wysoki. I przede wszystkim zdobywał świetne oceny: same piątki i szóstki. Do tego co roku wzorowy z zachowania, a żeby otrzymać taki stopień, uczeń musi się wyróżniać, ten działał m.in. w samorządzie – opowiada Maryniaczyk.

 

Sam Czarnek, wspominając czasy podstawówki, pochwalił się – podczas wizyty w jednej z łódzkich szkół katolickich w listopadzie 2021 r. – osiągnięciami w olimpiadzie matematyczno-fizycznej. Dopiero Lublin miał w pełni zrobić z niego „humanistę”.

 

Mocniej niż w szkolny samorząd Czarnek zaangażował się, jako ministrant, w życie parafii św. Marcina i Stanisława Biskupa w Goszczanowie. – W tej liturgicznej służbie ołtarza czynnie byłem od szóstego roku życia – mówił, już jako wojewoda lubelski, podczas spotkania dla ministrantów i lektorów archidiecezji lubelskiej.

 

Szóstkę z muzyki, gdy taka ocena weszła do szkolnych not na początku lat dziewięćdziesiątych, wystawił młodemu Czarnkowi m.in. Bogumił Kaczorkiewicz, organista goszczanowskiej parafii (i wieloletni przewodniczący rady gminy), zmarły w końcówce listopada 2021 r. We wsi, pod sklepem nieopodal szkoły, można spotkać wiernych tej parafii utrzymujących, że „Przemek z ministrantów był najbardziej rozmodlony”.

 

Matka Czarnka znalazła pracę w przychodni w Goszczanowie, jednak, gdy w Polsce zaczęły się przemiany ustrojowe, otworzyła sklep „1001 drobiazgów”. Miała dwóch braci. Jeden z nich przygarnął 15-latka do Lublina, gdy ten zdecydował się na dalszą edukację w tym mieście. Z drugim z wujów Czarnek prowadził interesy, które ostatecznie nie wypaliły. W 2019 r. Mariusz P. został zatrzymany przez CBA. Obecnie Czarnek publicznie odcina się od tej znajomości i nie chce mieć z nim nic wspólnego.

 

Swojego ojca minister wspominał, wizytując jedną z podstawówek w powiecie ostrzeszowskim. – Do Ostrzeszowa mój tato przyjeżdżał z proboszczem po kwiaty do grobu Pańskiego – mówił Czarnek na początku listopada 2021 r. Ale w Goszczanowie można usłyszeć, że ojciec ministra był nie tylko kierowcą zawodowym, bo podjął się także służby w milicji. Nie trafił tam z własnej woli. Jego kariera w służbach nie trwała długo.

 

Przemysław Czarnek trafił do Lublina w wieku 15 lat. Powodem jego przeprowadzki nie była — jak powszechnie się sądzi — przedwczesna śmierć rodziców. W 2001 r. matka przegrała kilkunastoletnią walkę z nowotworem. Zmarła dość młodo w wieku 44 lat. Kilka lat później na stwardnienie rozsiane zachorował ojciec Czarnka. Odszedł w 2009 r. w wieku 54 lat.

 

Sprawa jest prosta — Goszczanów leży między Turkiem, Sieradzem i Kaliszem. Do każdej z tych miejscowości odległość wynosi około 30 kilometrów. Czarnek chciał uczęszczać do liceum ogólnokształcącego, a to oznaczało, że musiałby zamieszkać w internacie, bursie lub na stancji. W tamtych czasach codzienne dojeżdżanie oraz powroty ze szkoły nie wchodziły w grę.

 

— Już jako ministrant marzył o studiowaniu na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. W tamtym czasie renoma uczelni była znacznie większa niż obecnie. Jednocześnie Przemysław Czarnek chciał studiować prawo. Szansa pojawiła się, kiedy jego wujek wrócił ze studiów w Rzymie i zaczął pracować na KUL — mówi nam jedna z osób, która bardzo dobrze zna Przemysława Czarnka.

 

Mowa o wspomnianym już ks. prof. dr. hab. Jerzym Pałuckim, który zamieszkał w Lublinie. By zwiększyć swoje szanse na dostanie się na upragnioną uczelnię, nastolatek podjął decyzję o przeprowadzce do Lublina i rozpoczęciu nauki w renomowanej szkole. Wybór padł na II Liceum Ogólnokształcące im. Hetmana Jana Zamoyskiego. Czarnkowi pomogła w tym… olimpiada z matematyki. Znalazł się w pierwszej dziesiątce laureatów na szczeblu wojewódzkim. Zgodnie z ówczesnymi zasadami nie musiał zdawać egzaminu z matematyki i fizyki. Z resztą przedmiotów poszło mu gładko.

 

Jakim uczniem w liceum był przyszły szef resortu odpowiadającego za edukację? — Ani wybitnym, ani złym. Przeważnie jego średnia ocen wynosiła około 3,8-3,9. Trzeba pamiętać, że poziom nauczania był bardzo wysoki — słyszymy od osoby, która pamięta go z czasów szkoły średniej.

 

Jednak na przestrzeni lat jego zainteresowanie historią i prawem stale rosło. To zasługa m.in. nauczycielki historii z liceum. Przemysław Czarnek przyłożył się do matury, na której uzyskał niemal same piątki. I to — jak lubi opowiadać w swoim środowisku — bez potrzeby brania korepetycji.

 

Po zdaniu matury Czarnkowi udało się spełnić marzenie i dostał się na prawo na KUL. W trakcie swojej kariery na uczelni najpierw został stypendystą, a potem asystentem w Katedrze Prawa Konstytucyjnego. Następnie w 2006 r. Przemysław Czarnek obronił doktorat pod kierunkiem dr. hab. Dariusza Dudka, prof. KUL. Była to rozprawa doktorska pt. “Zasady państwa prawnego i sprawiedliwości społecznej w praktyce ustrojowej III RP”. W 2015 roku uzyskał habilitację, a od 1 października 2020 r. obecnie urzędujący minister edukacji i nauki jest profesorem KUL.

 

Źródło: www.wiadomosci.onet.pl/lodz/

 

Znajomość tych faktów może stać się źródłem nadziei  dla dzisiejszych uczniów wiejskich szkół podstawowych, że o ich przyszłym sukcesie zawodowym i życiowym nie muszą decydować doradcy zawodowi czy targi edukacyjne  – wystarczy najpierw być ministrantem a później – „Dobry Wujek”!

 

 

Włodzisław Kuzitowicz



 

Moje rozmyślania o szansach dokonania trafnego wyboru swojej przyszłości

 

W Miniony czwartek, 26 lutego, zamieściłem tekst z fanpage  ruchu „Nie dla chaosu w szkole”, który zatytułowałem  „O tym, czy uczeń VIII klasy jest gotowy do wyboru swej drogi życiowej. Oto kilka cytatów z tego tekstu:

 

„Nasz system edukacji jest źle skonstruowany, 14 lat to za wcześnie, by decydować o kierunku studiów i przyszłym zawodzie. […] Dziś rozwój zainteresowań ucznia poszczególnymi dziedzinami wiedzy jest sztucznie formatowany przez szkoły podstawowe. […] Ten system raczej przekonuje do tego, by trwać przy swoich wyborach, choćby były totalną pomyłką. […] Nauka jest podporządkowana testom, nie zaś temu, by rozwijać wiedzę i umiejętności. Nie szukaniu swojej drogi, odkrywaniu pasji czy trenowaniu umiejętności psychospołecznych.”

 

Pod postem na moim fb-profilu, odsyłającym do tego materiału, pojawił się taki komentarz  Roberta Sowińskiego:

 

Gdy to przeczytałem, postanowiłem – w pewnym sensie jako odpowiedź Robertowi, ale nie tylko – poświęcić temu problemowi mój niedzielny esej – co niniejszym czynię:

 

Zacznę od tego, że – nie tyle w oparciu o własną biografię, co w oparciu o posiadaną wiedzę o drogach życiowo-zawodoweych osób mi znanych – nie tylko z powiązań rodzinnych – jestem stuprocentowo przekonany o słuszności opinii, że „14 lat to za wcześnie, by decydować o kierunku studiów i przyszłym zawodzie. Z okresu, kiedy byłem dyrektorem zespoły szkół zawodowych (były tam prowadzone kierunki przygotowujące do zawodów budowlanych i drzewnych – w technikum i zasadniczej szkole zawodowej) mam w pamięci wiele przypadków, kiedy po latach spotykałem absolwentów techników, którzy nie tylko nie pracowali w wyuczonym u nas zawodzie, ale także nie ukończyli studiów wyższych w tych branżach. Po wpisaniu do wyszukiwarki: „Absolwenci Zespołu Szkół Budowlanych nr 2 w Łodzi, którzy w życiu nie zostali budowlańcami, ale byli…”  otrzymałem taką informacje, sygnowaną przez AI:

 

Absolwenci Zespołu Szkół Budowlanych nr 2 w Łodzi […] to szerokie grono specjalistów. Oprócz budowlańców, szkoła wykształciła wykładowców, pedagogów, przedsiębiorców, aktorów, ekonomistów, lekarzy oraz wybitnych sportowców-olimpijczyków, którzy odnieśli sukces w różnych dziedzinach życia społeczno-gospodarczego. 

Wśród wychowanków znajdują się osoby związane ze sztuką i sceną, […] Wielu absolwentów kontynuowało naukę na wyższych uczelniach, zostając pedagogami i wykładowcami. […] Absolwenci z powodzeniem działają w sferze biznesu i gospodarki. […] Kadra medyczna również wywodzi się z tej placówki.”

 

A wszyscy oni podejmowali decyzję o wyborze dalszej nauki w szkole, kształcącej w takich właśnie zawodach, właśnie w VIII klasie, w wieku 14 lat.

 

Ale to było dwadzieścia…,  trzydzieści kilka lat temu. Teraz w szkołach podstawowych są egzaminy ósmoklasisty, rekrutacja do szkół ponadpodstawowych odbywa się nie tylko na podstawie ocen z poszczególnych przedmiotów na świadectwie końcowym, ale przede wszystkim decyduje ilość punktów zdobytych na owych egzaminie.  I to, w kontekście aspiracji rodziców, stwarza sytuację wyboru  najpierw – uchodzącego za najlepsze – liceum, potem, kolejno, ewentualnie parę innych, o najbliżej lokalizacji lub dogodnym dojazdem, a jeżeli system nie zakwalifikuje do żadnego (bo punktów było za mało) – z konieczności – dopiero szkoła zawodowa,, Nie przez przypadek branżówki określane są „szkołami ostatniego wyboru”.

 

Wiem, wiem – licea oferują klasy o kilku profilach, więc  ósmoklasiści zgłaszają chęć uczęszczania do wybranej klasy. Oczywiście – może to być wybór motywowany zainteresowaniami, ale myślę, że przede wszystkim ocenami na świadectwie z przedmiotów, które w klasie o tym profilu będą w wersji „rozszerzonej”.

 

Generalnie zgadzam się z opinią, że nauka szkolna podporządkowana jest testom, nie zaś temu, by rozwijać wiedzę i umiejętności. Nie szukaniu swojej drogi, odkrywaniu pasji czy trenowaniu umiejętności psychospołecznych. Ale „w temacie” świadomego wyboru swej drogi życiowej w ósmej klasie – moim zdaniem – niewiele zmieni na lepsze przeformatowanie systemu szkolnego na „antypruski”, bez ocen cyfrowych, bardziej podobny do młodzieżowego domu kultury, z kolami i zespołami zainteresowań.

 

Bo tak naprawdę o naszej drodze  zawodowej, a często szerzej – życiowej, decyzję podejmujemy nie zawsze „bo tak nam się wydaje, że będzie dobrze”, i na pewno nie w nastoletnim wieku. Często jest to w wyniku „prób i błędów”, czasem pod wpływem sugestii „osoby znaczącej”, a bywa, że zadecydował przypadek, który pchnął nas w kierunku wcześniej nieplanowanym.

 

Tak było „za moich czasów”, tak jest i w XXI wieku, i tak będzie zwłaszcza w nadchodzącej przyszłości, bo jest to przyszłość dzisiaj nieprzewidywalna, w której dzisiejsze nastolatki będą pracowały w zawodach aktualnie nieistniejących, a dzisiejsi uczniowie szkół zawodowych, a nawet studenci szkół wyższych, będą musieli przekwalifikować się, bo ich zdobyte teraz kwalifikacje nie będą już nikomu potrzebne… Tak jak dzisiaj niepotrzebni są zegarmistrze, naprawiacze telewizorów, a nawet księgowe w dawnym wydaniu…

 

A mętlik w głowie – jak to określił Kolega Robert – mają dzieci nie tylko „przez takie podejście nas dorosłych”. Bo ów mętlik w głowie mają także dorośli – patrz decyzje MEN, diagnozy IBE, rozbieżne poglądy rodziców i nauczycieli prezentowane w social mediach.

 

Ot – takich czasów dożyliśmy, w których „nie ma mądrych”, a przyszłość jest nieodgadniona, stanie się to, co będzie mogło, lub musiało, się stać….

 

A dzisiejszym ósmklasistom nie pomogą w trafnym wyborze ich dalszej drogi kształcenia rejonowe targi edukacyjne, ani nawet najnowszy projekt łódzkich władz, czyli trzydniowy festiwal – Future Up!Festw w Hali EXPO

 

 

Włodzisław Kuzitowicz

 



 

O Juliuszu Cyperingu, Człowieku z Krainy Łagodności – w 20. rocznicę Jego śmierci 

 

Dzisiaj także nie będę pisał o sytuacji w oświacie, bo mam potrzebę podzielenie się z Wami bardzo osobistymi wspomnieniami o Człowieku, którego droga życiowa  dwukrotnie przecięła się z moją, i którego przedwczesna śmierć stała się okolicznością, która  sprawił, iż  teraz mogę redagować „Obserwatorium Edukacji” i pisać ten esej. A przyczyną napisania tego wspomnienia właśnie dzisiaj jest 20. rocznica Jego śmierci, o której powinienem pamiętać w poprzedni piątek – 13 lutego, a o której moja starcza głowa  zapomniała. Także data 18 lutego, kiedy minęła 20. rocznica Jego pogrzebu, także wyleciała  z mojej pamięci. Tym Człowiekiem był Juliusz Cyperling.

 

I  stała się rzecz nieprawdopodobna. W środę rano obudziłem się ze wspomnieniem snu, w którym występował . . . Julek. Szanowni Czytający – ja sam nie potrafię uznać tego za sygnał z „tamtego świata”, ale nic tu nie zmyślam: Julek NAPRAWDĘ przyśnił mi się w środowy poranek , tuż przed tym jak obudzeniem się. I to właśnie wtedy przypomniałem sobie, że przecież minęła 20 rocznica Jego Śmierci!

 

Dlatego dzisiaj MUSZĘ opowiedzieć najważniejsze fakty z dwu okresów naszej znajomości, a w zakończeniu oświadczyć, że stałem się internetowym publicystą, reporterem i redaktorem, bo… bo Julka zabrakło, i uznano, że mam kontynuować Jego rolę – jako redaktora „Gazety Edukacyjnej”. W tych wspomnieniach będę wykorzystywał fragmenty wspomnień, ktore już wcześniej zamieszczałem przy innych okazjach, a przede wszystkim z okazji 15. rocznicy Jego śmierci.

 

Zacznę od przywołania mojego  felietonu nr 360, zatytułowanego „Przed piętnastoma laty zmarł Julek Cyperling. Ale pamięć o nim żyje!”. I tam moje wspomnienie rozpocząłem od odesłania do wcześniejszego tekstu, zatytułowanego „Mój rok 1969, czyli lato w Poddąbiu z Leokadią”. Dla potrzeb dzisiejszego eseju przytoczę fragmenty tamtego wspomnienia o moim pierwszym, samodzielnie prowadzonym obozie harcerskim – kursie drużynowych, który poprowadziłem w piątym miesiącu po objęciu funkcji zastępcy komendanta Hufca ZHP Łódź-Polesie.:

 

„… muszę cofnąć się do okresu przygotowań do obozu, a konkretnie do rekrutacji kadry. W zasadzie nie ulegało wątpliwości, że osobą numer dwa będzie na nim szef referatu drużyn harcerskich Komendy Hufca Łódź-Polesie dh. Andrzej Gawart. Ale to właśnie on przeforsował, że koniecznie powinien znaleźć się w kadrze tego kursu jego dobry znajomy, wtedy mi zupełnie nieznany Julek Cyperling – dziewiętnastolatek, który właśnie zaliczył drugi rok studiów na filologii polskiej Łódzkiego Uniwersytetu. Na obozie miał pełnić funkcję „instruktora k-o” (kulturalno-oświatowego).

Była to typowa propozycja „nie do odrzucenia”, więc Julek na obóz przyjechał. Ze względów praktycznych został on zakwaterowany w jedynym dużym namiocie – siedzibie komendy obozu, (tzw. „dziesiątka”), który był nie tylko miejscem odpraw komendy obozu, ale także „sypialnią” komendanta i… instruktora k-o. […]

 

Julek przywiózł ze sobą kilka książek. Z oczywistych powodów (przypomnę, że i ja, choć tylko jeden rok -1962/63 – studiowałem na UŁ filologię polską) wieczorami, nim zasnęliśmy, rozmawialiśmy o łódzkiej polonistyce, o znanych nam obu profesorach i adiunktach, o literaturze… I tak pewnego dnia, zaraz na początku obozu, Julek zaczął opowiadać o jednej z przywiezionych przez niego książek, którą gorąco mi polecił, twierdząc, że koniecznie powinienem ją przeczytać, bo jest niesamowita. To była książka autorstwa Joanny Kulmowej p.t. „Wio Leokadio”.

 

Już następnego dnia, gdy uczestnicy kursu działali gdzieś w terenie, przeczytałem kilka pierwszych opowiastek z tej książki i… i byłem oczarowany. I racjonalnie, zwłaszcza tradycyjną metodyką harcerską, nie da się wytłumaczyć decyzji: „Będą każdego dnia wieczorem w namiocie obozowej „świetlicy” czytał kursantom jeden rozdział tej książki, jedną opowiastkę z Leokadią w roli głównej”. I już od najbliższego wieczora, bez względu na to czym danego dnia żyli kursanci, czytałem im jeden rozdział tej książki. […] Dalej – w pewnym sensie – sytuacja wymknęła się spod kontroli. Uczestnicy kursu zostali Leokadią (lub, jak kto woli, Kulmową) oczarowani i od wysłuchania kolejnej wieczornej porcji jej tekstu uzależnieni.[…]

[Źródło: www.obserwatoriumedukacji.pl/]

 

A teraz fragment felietonu nr 360.:

 

…po powrocie do Łodzi Julek pełnił w Komendzie Hufca Polesie tę sama jak na obozie funkcję – instruktora k-o. To przede wszystkim z jego inspiracji budynek Komendy był nie tylko bazą centrali organizującej i koordynującej działalność wszystkich drużyn i szczepów, miejscem odpraw i szkoleń kadry instruktorskiej, ale również – w pewnym stopniu – także ośrodkiem kultury. Obok tradycyjnych konkursów piosenki harcerskiej i przeglądu małych form scenicznych, Julek wprowadził zwyczaj wieczorów poezji – w tym najbardziej pamiętnym był ten poświęcony poezji Krzysztofa Kamila Baczyńskiego – zorganizowany w roku, gdy harcerzom kazano świętować stulecie urodzin Lenina (sławna kampania „Iskra 70”), a książek z poezją tego „ideowo obcego” poety w zasadzie nie było. To także Julek stał za pomysłem zorganizowania projekcji filmów oświatowych o tematyce wychowawczej, autorstwa Wojciecha Fiwka z łódzkiej WFO, na której był ich twórca, z którym mogliśmy o jego pracy porozmawiać. Gdy w 1971 r. zrezygnowałem z pracy w ZHP, nasze drogi rozeszły się. […]

 

[Źródło: www.obserwatoriumedukacji.pl]

 

 

W 1972 roku Julek skończył studia na filologii polskiej UŁ i od razy został zatrudniony w „Dzienniku Łódzkim” jako dziennikarz-publicysta, a po kilku latach także w roli recenzenta teatralnego. Pracował tam aż do 1990 roku. Nie wdając się w szczegóły okoliczności które Go do tego doprowadziły – odszedł z pracy w łódzkiej prasie i rozpoczął nowy etap swej aktywności. W 1991 roku podjął próbę działalności na rynku wydawców i założył Wydawnictwo dla Młodzieży „Cypniew”. Jednak – po wydaniu zaledwie dwu książek – musiał zrezygnować z dalszej walki o obecność na tym rynku. Już wcześniej podjął pracę jako dyrektor regionalny Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych w Łodzi. Kolejnym zbiegiem okoliczności był fakt, że siedzibą jego biura było nieduże pomieszczenie na terenie Łódzkiego Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego, którego dyrektorem był Janusz Moos, wcześniej działający w kierowanym przeze mnie od 1993 roku Zespole Szkół Budowlanych nr 2. Adresy tych dwu placówek dzieliło zaledwie kilkaset metrów…

 

I to dzięki Januszowi Moosowi, od którego dowiedział się kto jest dyrektorem tej pobliskiej szkoły, po 28 latach braku kontaktów, jesienią 2000 roku, Julek zawitał do mojego gabinetu z wizytę. Skracając tę opowieść – po wstępnym etapie wspomnień Julek przedstawił mi, w imieniu swojej żony Małgorzaty, propozycję przyjęcia pod nasz dach Centrum Szkoleniowo-Promocyjnego „EDUKACJA”, które, jako pierwszy w Łodzi  niepubliczny ośrodek doskonalenia nauczycieli, zamierzała ona utworzyć i poprowadzić. Nie miałem żadnych oporów i ofertę przyjąłem, Tak zaczął się ów drugi etap naszych częstych kontaktów, a później współpracy. Ośrodek „Edukacja” nie tylko rozpoczął swoją działalność, ale bardzo szybko się rozwijał. Pomocnym w jego promocji okazała się, założona i redagowana przez Julka „Gazeta Edukacyjna”, na której łamach nie tylko informowano o kolejnych kursach kwalifikacyjnych dla nauczycieli, ale zamieszczane były artykuły pedagogów i relacje z łódzkich szkół i placówek oświatowych. Gazeta ta była, za pośrednictwem skrytek w Wydziale Edukacji, bezpłatnie kolportowana do wszystkich łódzkich szkół.

 

I to wtedy Julek zaproponował mi, abym i ja napisał kilka tekstów, które zostały tam zamieszczone. Był to także czas, kiedy Julek zaczął , regularnie przed każdym skierowaniem nowego numeru do druku, konsultować ze mną przygotowane teksty.

 

Bardzo szybko, bo już w roku 2003, Centrum Szkoleniowo-Promocyjne „EDUKACJA” zostało przekształcone w Wyższą Szkołę Pedagogiczną w Łodzi, której właścicielami byli Cyperlingowie, a której kanclerzem  – oczywiście – była Julka żona – Małgorzata.

 

Ale „Gazeta Edukacyjna”, na dotychczasowych zasadach, wychodziła nadal. Aż do jesieni 2005 roku, kiedy Julek zachorowało – jak się okazało – na nieuleczalną chorobę tętniaka mózgu. Mimo wielomiesięcznego pobytu w szpitalu, dwóch operacji, Julek zmarł, I właśnie minęła 20 rocznica tej tragedii…

 

Jego śmierć stała się okolicznością, która spowodowała decyzję Jego żony, aby kontynuować Julka dzieło i nadal wydawać „Gazetę Edukacyjną”, ale już w e-wersji, jako portal internetowy. I w czerwcu 2006 roku zaproponowała mi, wraz z ówczesnym rektorem WSP – prof. Bogusławem Śliwerskim – abym został jego redaktorem naczelnym.  I tak we wrześniu tego roku pojawiła się internetowa wersja „Gazety Edukacyjnej”, a potem  wszyto potoczyło się tak, że zostałem także publicystą  „Gazety Szkolnej”, „Głosu Pedagogicznego”,  dwumiesięcznika „Kształcenie Zawodowe”, a po zamknięciu (z przyczyn finansowych” strony „Gazety Edukacyjnej” do mojej  decyzji o założeniu – w 2013 roku –  własnego „Obserwatorium Edukacji”.

 

Ale – takie mam przekonanie – za tą moją nową formą aktywności zawsze stał Julek Cyperling.

 

I dlatego mam potrzebę podtrzymywania pamięci o Nim, jako Nieprzeciętnym  Człowieku.

 

Zakończę ten okolicznościowy esej przytoczeniem fragmentów wspomnień o Nim (wraz ze zdjęciem), jakie zamieszczałem jeszcze na stronie „Gazety Edukacyjnej”:

 

[…] W rok po tym, jak nas zostawił, składałem deklarację w felietonie, zatytułowanym By nie zaprzepaścić dzieła, pisząc: „Idea kontynuacji dzieła Juliusza, jakim była „Gazeta Edukacyjna” legła u źródeł inicjatywy stworzenia Portalu Wiedzy o Edukacji. Po kilku miesiącach przygotowań Portal ruszył […] Na miarę naszych umiejętności, redagujemy dzień po dniu, tydzień po tygodniu, już pół roku, Gazetę Edukacyjną w jej nowej, elektronicznej formule.[…] Dziś zaświadczamy, że to w co wierzył, co tworzył – nie zostało zaprzepaszczone!”

 

Rok później przywołałem obraz Julka – „Jasnego Człowieka”. Pisałem: Straciliśmy radość obcowania z „Jasnym Człowiekiem”. Bo Juliusz w każdej sytuacji, prywatnej czy oficjalnej, był zawsze po prostu Julkiem – pogodnie uśmiechającym się do każdego, życzliwym światu i ludziom człowiekiem! To prawda. Życie toczy się dalej. Nawet głębokie rany się zabliźniają. Ale świat bez Juliusza to nie ten sam…”

 

 

Przed rokiem wspominałem Juliusza – „Człowieka z krainy łagodności”: „Dzisiaj stanął mi przed oczyma obraz Juliusza – niestrudzonego mediatora, człowieka kompromisu, niezdolnego do jakiejkolwiek formy agresji. […] Warto, trzeba, nie tylko kontynuować Jego testament „pedagogiki uśmiechu”, ale także uczyć się od Niego owej łagodności i „miękkiej stanowczości” w osiąganiu swych celów. Bez tak typowych dla otaczającego nas świata: arogancji, dominacji, agresji…” […]

 

Wiem, bo takim Go pamiętam, że Julek był człowiekiem niezastąpionym! Człowiekiem, którego brak, zapewne nie tylko ja, dotkliwie dzisiaj odczuwam. Bo był On „katalizatorem relacji międzyludzkich”, kimś, kto samą swą obecnością wprowadzał klimat życzliwości, którego słynny uśmiech rozbrajał najbardziej bojowo nastawionych oponentów, a jego niezapomniane „rozumiesz-wiesz” sprawiało, że ludzie czuli się dowartościowani. Wierzę, że świat jaki mnie otacza, zdarzenia, których jestem świadkiem, także te których jestem uczestnikiem, wszystko to mogłoby być inne, lepsze… Gdyby Juliusz był nadal z nami…

 

 

Włodzisław Kuzitowicz

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



 

Nie wystarczy opublikować prognozę zapotrzebowania na zawody „szkolnictwa branżowego”…

 

Po przejrzeniu o czym informowałem Was na OE w mijającym tygodniu, postanowiłem przekazać w tym eseju co pomyślałem sobie, kiedy przeczytałem tekst, zamieszczony na stronie MEN  jeszcze 2 lutego, a który wówczas nie znalazł się na moim informatorze, wyparty innymi, gorącymi” tematami. A była to informacja, zatytułowana „Prognoza zapotrzebowania na pracowników w zawodach szkolnictwa branżowego na krajowym i wojewódzkim rynku pracy 2026 już opublikowana!”. Pominę (z litości} fakt, że w tytuł jest nieadekwatny do zamieszczonej pod nim treści, gdyż kwalifikacje nie wszystkich wymienionych tam zawodów zdobywa się w szkołach branżowych, ale także w średnich szkołach o nazwie technika. Oto ten fragment z ministerialnej strony:

 

Zawody o szczególnym znaczeniu dla rozwoju państwa to: Automatyk, betoniarz-zbrojarz, cieśla, dekarz, elektromechanik, elektryk, kierowca mechanik, mechanik-monter maszyn i urządzeń, mechatronik, monter izolacji przemysłowych,  monter konstrukcji budowlanych, monter nawierzchni kolejowej, monter stolarki budowlanej, operator maszyn i urządzeń do robót ziemnych i drogowych, operator maszyn i urządzeń w gospodarce odpadami, opiekun w domu pomocy społecznej, operator obrabiarek skrawających, technik automatyk, technik automatyk sterowania ruchem kolejowym, technik budowy dróg, technik dekarstwa, technik elektroenergetyk transportu szynowego, technik elektromobilności, technik elektryk, technik energetyk, technik gospodarki nieruchomościami, technik gospodarki odpadami, technik izolacji przemysłowych, technik mechanik, technik mechatronik, technik montażu i automatyki stolarki budowlanej, technik robotyk, technik spawalnictwa, technik transportu kolejowego.

 

W informacji tej jest jeszcze jeden ważny fragment, który tu przytoczę:

 

Dzięki opublikowanej prognozie, szkoły i organy prowadzące mogą zaplanować zawody, które będą uruchamiane w nowym roku szkolnym 2026/2027. Co istotne, decyzje podejmowane w tym zakresie, uwzględnią zróżnicowany sposób finansowania tych zawodów:

 

>większe finansowanie dla szkół kształcących w zawodach z „listy krajowej” oraz w zawodach o szczególnie istotnym zapotrzebowaniu z „listy wojewódzkiej” (zwiększenie potrzeb oświatowych na ucznia o ok. 2 000 zł);

 

>większe dofinansowanie pracodawcom kosztów kształcenia młodocianych pracowników w zawodach z „listy krajowej” oraz w zawodach o szczególnie istotnym zapotrzebowaniu z „listy wojewódzkiej” (wzrost o 2 570 zł).

 

To wszystko pięknie się czyta, pozwala ministerstwu tkwić w samozadowoleniu, że tak dba o zapewnienie polskiej gospodarce potrzebnych jej fachowców, ale…

 

Ale i tak wszystko zależy od tego, jaką decyzję podejmą dzisiejsi ósmoklasiśći i ich rodzice. Nawet przy założeniu, że do każdej szkoły podstawowej dotrze doradca zawodowy i w okresie miedzy datą ogłoszenia tego Obwieszczenia Ministra Edukacji z dn. 22 stycznia w sprawie prognozy zapotrzebowania na pracowników w zawodach szkolnictwa branżowego na krajowym i wojewódzkim rynku pracy”, wraz z jego baaardzo obszernym załącznikiem, a datą zamknięcia rekrutacji do szkół ponadpodstawowych przeprowadzi przekonywującą pogadankę, zachęcającą do wyboru dalszej nauki w owych deficytowych zawodach. Przykładowo w Łodzi będzie to termin od 22 kwietnia 2025 r. do  22 maja 2025 r. do godz. 12.00. To w tym okresie w systemie elektronicznego naboru należy złożyć wniosek do szkoły ponadpodstawowej.

 

Bo ja, w oparciu o moje wieloletnie doświadczenie, wyniesione nie tylko z dwunastoletniego dyrektorowania zespołem szkół budowlanych, ale jeszcze z czasów, kiedy kierowałem działalnością Wojewódzkiej Poradni Wychowawczo-Zawodowej, w której bardzo istotną rolę pełnił Dział Orientacji i Poradnictwa Zawodowego, wiem, że tak naprawdę to ilość zrekrutowanych uczniów do klas w szkolnictwie zawodowym nie zależy tylko od takich pogadanek, ale przede wszystkim od społecznego odbioru pozycji robotnika (pracownika) wykwalifikowanego w zawodach nie wymagających studiów wyższych, no i od… wysokości wynagrodzenia wypłacanego im przez pracodawców. A o tym zazwyczaj starają się dowiedzieć rodzice uczennic i uczniów kończących szkołę podstawową i odpowiednio wpływać na ich wybór drogi dalszej edukacji.

 

I co z tego, że teraz dyrektorki i dyrektorzy szkół zawodowych, zachęceni owymi dodatkowymi kwotami dotacji na każdego ucznia, kształconego w owych deficytowych zawodach, ogłoszą rekrutację do klas o takim profilu…  Skoro w społeczeństwie, od lat, dominuje przeświadczenie, że najlepiej, aby córka lub syn  kontynuował edukację w ogólniaku, a potem został/a studentką/em.  A potem, już jako magister/ka, nie mogli znaleźć pracy w swoim „wystudiowanym” zawodzie i nie mając wymaganych kwalifikacji, musieli pracować „na kasie” w supermarketach… I na progu nowego roku szkolnego zostaną „z ręką w nocniku”, czyli z liczbą kandydatek/ow, poniżej liczby, z którą taką klasę można poprowadzić. A nie wszystkie zawody są tak „pokrewne”, że można zorganizować klasy dwuzawodowe.

 

Może by tak ktoś miał pomysł jak ten trend zmienić? Aby nie tylko w deklaracjach, że „żadna praca nie hańbi” przywrócić szacunek do robotnika, technika, którego kwalifikacje zapewniają nam zaspokajanie, na najwyższym poziomie, naszych potrzeb?

 

 

 

Włodzisław Kuzitowicz



 

Jeszcze o kolejnym przykładzie „zawoalowanego” hejtu na mnie

 

Przepraszam, ale dzisiaj nie będę pisał o sytuacji w oświacie, o problemach nauczycieli, uczniów i ich rodziców. Dziś mam potrzebę podzielić się z Wami moim osobistym problemem. A jest nim seria komentarzy, jakie ta sama osoba od paru miesięcy zamieszcza pod moimi testami na Fecebooku. Ktoś może powie, że to drobiazg niewarty przejmowania się nim, ale ja tę sytuację odbieram  nie tylko jako źródło zaburzenia mojego dobrostanu psycho-emocjonalnego, ale przede wszystkim jako przyczynę dysonansu poznawczego, dotyczącego obszaru moich dotychczasowych przekonań o pewnej ściśle określonej kategorii osób – od lat traktowanej przeze mnie jako autorytety.

 

Aby ów problem przedstawić w oparciu o zaistniałe fakty – zacznę od prośby, abyście przypomnieli sobie treść mojego zeszłotygodniowego refleksyjnego eseju, zatytułowanego „.Od czego tak naprawdę zależy – w dzisiejszych czasach – sukces życiowy”.

 

Przeczytaliście?  I – tak myślę – teraz nie macie wątpliwości, że wszystko o czym tam napisałem, jakie teksty przywołałem – uczyniłem to w celu udokumentowania końcowej tezy, która była odpowiedzią na pytanie, postawione w tytule tego eseju:

 

Kochani uczniowie szkół średnich i studenci! Nie przejmujcie się za bardzo formalnymi kwalifikacjami. I tak wasza kariera nie od tego będzie zależała.  Wystarczy wasza pasja i zdobyta w samokształceniu wiedza i . . . a przede wszystkim – „wpadnięcie w oko” aktualnie sprawującym władzę!

 

No właśnie.! Ale ja na moim prywatnym fb-profilu, na którym – jak zawsze – zamieściłem link do tego eseju, jeszcze tego samego dnia ujrzałem taki pod nim komentarz:

 

 

Autorka, aż dwukrotnie posługując się słowem „niestety”, ubolewa nad tym, o czym – rzekomo – przeczytała. Z dalszej treści tego komentarza wynika, że poczuła się w obowiązku pouczyć, iż wielce błędnym jest to przekonanie, że od szkoły, od osiąganych tam „ sukcesów” czy „ porażek” zależy cokolwiek w naszym życiu…

 

Czy może Wy potraficie mi wytłumaczyć dlaczego to lektura mojego eseju, (czego teraz ona żałuje, że poświęciła na nią swój drogocenny czas), przez autorkę tego komentarza została odebrana, jako upowszechnianie przeze mnie takich błędnych przekonań polskich nauczycieli?

 

Bo ja doszedłem do wniosku, że przeczytała ona jedynie pierwszą część eseju, którym był obszerny cytat z posta, jaki Jarosław Pytlak zamieścił na swoim fb-profilu 31 stycznia.

 

Tylko dlaczego nie zamieściła tego komentarza pod postem kolegi Pytlaka (wszak ja podałem źródło tego cytatu), ale na moim fb-profilu, pod linkiem do CAŁEGO mojego eseju? Który przecież nie miał na celu informowania o przekonaniach konserwatywnych nauczycieli, a informację o tym co ja myślę o drodze, na której niektórzy osiągają sukcesy…

 

Wiem, nie macie żadnych podstaw, aby na to pytanie odpowiedzieć. Ale ja, po tygodniu od zapoznania się z owym komentarzem, nie mam już wątpliwości.

 

Jego autorka (danych personalnych postanowiłem i w tym tekście  nie ujawniać) ma na widok mojego nazwiska potrzebę zamanifestowania swojej wrogości, deprecjonowania wartości moich tekstów.

 

Bo jest to ta sama osoba, o której informowałem w końcowych fragmentach zamieszczonego na OE 12 października ub. r. Felietonu nr 590., zatytułowanegoJeszcze o prawach uczniów, ale i o niesłusznym oskarżeniu o hejt”

 

Nie wierzycie – przeczytajcie ten felieton. I pomyśleć, że i wtedy i teraz, autorką owych komentarzy była przedtem przeze mnie ceniona, jako  pani pedagog, psycholog, profesor nauk społecznych, aktywna na licznych konferencjach i „w sieci”….

 

Bo chyba ten zeszłoniedzielny komentarz  na moim fb-profilu nie  świadczy o tym, że nawet tytuł profesora nie gwarantuje, iż osoba której został on nadany, nie posiada umiejętności czytania ze zrozumieniem.

 

Ja odebrałem to, jako efekt zalegającej wrogości do mnie (patrz komentarze zacytowane w felietonie nr 590) u osoby, która – z nieznanych mi przyczyn – reaguje na zasadzie „niechaj hejt (domniemany) hejtem (prawdziwym) się odciska. Smutno mi, że osoba ze świata nauki działa według starożytnych reguł sprawiedliwości: „oko za oko, ząb za ząb”…

 

 

Włodzisław Kuzitowicz

 

 

P.s,

 

Hejt – to obraźliwe, agresywne lub nienawistne zachowania skierowane przeciwko innym osobom, które mogą przybierać formę słów, komentarzy, memów, grafik lub nagrań. [Więcej – TUTAJ]

https://pl.wikipedia.org/wiki/Hejt_internetowy

 

 



 

Od czego, tak naprawdę, zależy – w dzisiejszych czasach – sukces życiowy

 

 

Wszystko zaczęło się od tego, że przeczytałem na fb-profilu Jarosława Pytlaka post, i zobaczyłem taki obrazek:

 

 

 

Bardzo dobra decyzja!

 

Uczeń może obecnie mieć 50% nieobecności nieusprawiedliwionych. Po tej epokowej zmianie miałby prawo do 25% nieobecności nieusprawiedliwionych.

 

NIEUSPRAWIEDLIWIONYCH! Taka sytuacja, i to już nieważne, czy 50% czy 25%, ma dzisiaj miejsce tylko w absolutnie wyjątkowych przypadkach, kiedy rodzic nie jest w stanie zalogować się do librusa, ani utrzymać długopisu w ręku. Oto bowiem ma prawo usprawiedliwić każdą nieobecność dziecka, nawet nie musi wysilić się na wymyślenie przyczyny!

 

Wyjaśnił to już młodzieży na Tik-toku, całkiem niedawno, znany celebryta edukacyjny, Marcin Kruszewski. Dokładnie tak wyjaśnił, jak ja tu powyżej. Dodał jeszcze, że to w ogóle na razie tylko projekt, więc póki co, nie ma się co przejmować.

 

Tylko że ja jestem zwykłym frajerem-nauczycielem. A pan Kruszewski jest sławnym influencerem. Barbara Nowacka za jego zasługi nagrodziła go medalem Medalem Komisji Edukacji Narodowej. Dla mnie było to jak splunięcie mi w twarz.

 

Pan Kruszewski swój medal dostał za udział w obronie uczniów przed szkołą, m.in. za współtworzenie tej ustawy, z której właśnie słusznie wypada to 25%.


Zaostrzenie przepisów?! Wolne żarty! Chyba nawet pan Lawera wie, że to byłaby to tylko kolejna fikcja. A może, dla odmiany, kierownictwo MEN wymyśliłoby coś naprawdę ułatwiającego dzisiaj funkcjonowanie szkoły?!

 

Źródło: www.facebook.com/

x           x           x

 

Na początek podzielę się moimi refleksjami, które wywołał ten tekst. Otóż nie mam wątpliwości, że ów pomysł, aby zmienić tak prawo, by zmniejszyć limit dozwolonych nieusprawiedliwionych nieobecności ucznia na zajęciach szkolnych, z  dotychczasowych 50% do 25%, to kolejny przykład myślenia naszej władzy oświatowej „pod publiczkę”, bez wcześniejszego rozpoznania jak to jest z tym problemem naprawdę, w codziennej szkolnej rzeczywistości. I nie mam wątpliwości co do tego, że pozostawiając prawo rodziców do niczym nie ograniczonego usprawiedliwiania nieobecności – bez szans na obiektywne zweryfikowania powodów tejże, zwłaszcza w przypadku uczniów starszych klas podstawówki i szkół ponadpodstawowych, takie ograniczenie dopuszczalnego limitu nieobecności do 25% ogólnego czasu nauki w semestrze – było jedynie pozorowaniem rzekomej dbałości ministerstwa o poziom szkolnej edukacji.

 

Drugą moją refleksją, która powstała po przeczytaniu informacji, że. Barbara Nowacka nagrodziła Marcina Kruszewskiego Medalem Komisji Edukacji Narodowej, była ta, że oto dowiaduję się jakie zasługi wystarczą, aby otrzymać owo zaszczytne  odznaczenie resortowe, które powinno być przyznawane „za wybitne zasługi dla oświaty i wychowania, obejmujące działalność dydaktyczną, wychowawczą, twórczą i opiekuńczą, a także rozwój edukacji i doskonalenie nauczycieli”, że można ów medal otrzymać nie pracując nigdy w szkole ani żadnej placówce oświatowo-wychowaczej – wystarczy być prawnikiem, który wymyślił i prowadzi na Tik Toku  kanał „Prawo Marcina”.

 

I zrobiło mi się przykro, bo ja tym medalem nie zostałem wyróżniony, mimo moich wielu, wielu  lat pracy w oświacie i dla oświaty.

 

Ale jest jeszcze jedna osoba, wymieniona przez kolegą Pytlaka w tym tekście, która – dzięki obrazkowi – bardzo mnie zainteresowała. To urodzony 11 marca 1994 Kacper Lawera. Może on  być dla wielu uczniów wzorem do naśladowania. Organizatorzy 8. Śląskiego Festiwalu Nauki KATOWICE tak przedstawiali go – wtedy trzydziestoletniego –  jako  uczestnika debaty „Kosmos szansą dla edukacji”, w której eksperci debatowali o tym, czy eksploracja przestrzeni kosmicznej może stać się motorem napędowym dla nowoczesnej edukacji:

 

Nauczyciel, pasjonat astronomii, wieloletni popularyzator nauki, dyrektor Departamentu Komunikacji Ministerstwa Edukacji Narodowej i prezes Fundacji Science Academy.

 

Pragnąć dowiedzieć się jakie to wykształcenie i nabyte kompetencje doprowadziły go, w tak młodym wieku, do takich stanowisk i sukcesów, rozpocząłem poszukiwania w przepastnych zasobach Internetu. I wyobraźcie sobie, że jedynie IA miała na ten temat taką informację:

 

Przegląd od AI

 

Kacper Lawera jest absolwentem Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie w latach 2013–2018 studiował nauki historyczne lub pokrewne.

 

Posiada wykształcenie wyższe magisterskie, broniąc zarówno pracę licencjacką (o tradycjach dyplomacji brytyjskiej), jak i magisterską (o polityce zagranicznej USA) z ocenami bardzo dobrymi. 

 

Nauczyciel wos-u w Saska Szkoła Realna. Ciekawy świata absolwent stosunków międzynarodowych, w przerwach od belfrowania pracownik w  @MEN_GOVPL

 

 

I tak oto, po pozyskaniu tych wszystkich informacji, przypomniałem sobie stare,  jeszcze w początkach  PRL-u popularne, powiedzenie o drodze do kariery oficerskiej w Ludowym Wojsku Polskim: „Nie matura, lecz chęć szczera, zrobi z ciebie oficera”. Nawiasem mówiąc – mogłem się osobiście o tym przekonać na przykładzie dyrektora mojej szkoły, w której zdobyłem pierwsze, potwierdzone egzaminem, kwalifikacje murarza. Ów pan – mieliśmy to „szczęście”, bo uczył w każdej klasie z literką „a” matematyki – a więc i w mojej klasie, wysłuchać opowieści, jak to on, był majorem LWP, który z I Dywizją LWP, wraz z Armią Czerwoną wyzwalał Polskę. Opowiadał nam, jak to na wrotach od stodoły forsował Bug…  A już w latach pięćdziesiątych został dyrektorem Technikum Budowlanego nr 1 w Łodzi.

 

Wiele lat później dowiedziałem się, że w 1966 roku, już w epoce Gomułki, zaczęto przeprowadzać weryfikację kadr. Kiedy zażądano od niego dokumentów potwierdzających wykształcenie, on podał, że jeszcze przed wojną zrobił maturę w jednym z wileńskich liceów. W tamtych czasach władza nie miała trudności w dotarciu do archiwów z tereny ówczesnego ZSRR i szybko zdobyto informacje, że takiego ucznia nie ma w wykazie maturzystów podanej przez niego szkoły. I bezzwłocznie został odwołany ze stanowiska dyrektora i odesłany na emeryturę…

 

Dlaczego o tym napisałem?  Bo dziwnie (i podejrzanie) wygląda ten awans owego trzydziestokilkulatka z takim formalnie potwierdzony wykształceniem, na dyrektorskie stanowisko w departamencie komunikacji w ministerstwie, a na Festiwalu Nauki wystąpić – jako ekspert – w debacie na temat „czy eksploracja przestrzeni kosmicznej może stać się motorem napędowym dla nowoczesnej edukacji”!

 

Kochani uczniowie szkół średnich i studenci! Nie przejmujcie się za bardzo formalnymi kwalifikacjami. I tak wasza kariera nie od tego będzie zależała.  Wystarczy wasza pasja i zdobyta w samokształceniu wiedza i . . . a przede wszystkim – „wpadnięcie w oko” aktualnie sprawującym władzę!

 

 

 

Włodzisław Kuzitowicz



 

Od „róbta co chceta”, do „krótko przy pysku…”

 

Tytuł tego eseju można rozwinąć na dwa sposoby: w skali makro – ogólnosystemowej, albo w skali mikro – lokalnej, jednej szkoły. Oceniając – na tyle na ile to możliwe – obiektywnie swoje kompetencje – nie podejmę się tej pierwszej wersji. Zrobili to przede mną inni, posiadający po temu lepsze rozeznanie „w temacie”, a także odpowiednie stopnie i tytuły naukowe.

 

Najszerzej, bo prezentując ten problem w skali ogólnoświatowej, przedstawił  ten temat Murray Newton Rothbard – amerykański ekonomista, profesor ekonomii, historyk oraz teoretyk polityczny – w pracy, która w polskim tłumaczeniu została zatytułowana „Edukacja wolna i przymusowa”. Zainteresowani mogą się z nią zapoznać  TUTAJ.

 

Z polskiego punktu widzenia wypowiedział się na ten temat prof. Bogusław Śliwerski w wywiadzie, którego zapis zamieszczono  6 kwietnia 2021 r. na stronie Instytutu Spraw Obywatelskich. Można się z nim zapoznać  –  TUTAJ. Choć punktem wyjścia tej rozmowy była, sformułowana przez Ivana Illichakoncepcja „odszkolnienia szkół”, to można tam wyczytać wiele o polskim systemie szkolnym i jego ocenie, sformułowanej przy tej okazji   przez prof. Śliwerskiego.

 

Wszystkich, którzy chcieliby dowiedzieć się więcej na temat tego, co może być alternatywą dla tzw. modelu „pruskiej szkoły” odsyłam do lektury tekstu „Przestarzaly system edukacji”, zamieszczonego  na portalu „Problematy”  –  TUTAJ

 

x           x           x

 

Teraz mogę już napisać kilkanaście zdań moich przemyśleń na temat „dyscyplina czy ‘luzactwo’” w szkole. Będą to poglądy osoby starszej od kategorii „bumersów”, będącej już 21 rok na emeryturze, z doświadczeniem 12 lat kierowania zespołem szkół zawodowych, ale mającej także doświadczenia wyniesione w pracy z dziećmi i młodzieżą w domach dziecka i w młodzieżowym ośrodku wychowawczym.

 

Otóż muszę Wam wyznać, że nie popieram tych wszystkich apeli, aby w szkole nie było przymusu, by uczniowie mogli robić to co akurat chcą, aby nie było żadnych sprawdzianów i wyścigu  po najlepsze oceny i świadectwa „z paskiem”.

 

Jednocześnie, od zawsze, byłem przeciwnikiem szkoły, w której uczeń traktowany jest jak rekrut w wojsku, gdzie wszystko jest zapisane w statucie i regulaminie, gdzie panuje feudalna zależność uczniów od nauczycieli – generalnie, gdzie uczeń jest „przedmiotem obróbki” (czytaj – opisanego w procedurach procesu oddziaływania dydaktyczno-wychowawczego), a nauczyciele – wynajętymi do tej „obróbki” specjalistami, pracującymi według obowiązującej „technologii”, podlegającymi skrupulatnemu nadzorowi przełożonych.

 

Czyli jaki model szkoły uważam za optymalny?

 

Najogólniej rzecz ujmując – model szkoły „złotego środka”. A charakteryzując ją bardziej konkretnie – szkoły, która jest placówką finansowaną z budżetu państwa, ale autonomiczną, gdzie o wszystkim co i jak się dzieje współdecydują nauczyciele, uczniowie i ich rodzice, gdzie proces edukacyjny jest zindywidualizowany (dostosowany do uzdolnień, ograniczeń i zainteresowań ucznia), ale gdzie obowiązują jasno określone zasady jej funkcjonowania, zaaprobowane przez wszystkie podmioty tej społeczności.

 

Bo owe owsiakowe „rób ta co chceta”,  w epoce nadal funkcjonujących korporacji i wielkich sieci instytucji bankowych, handlowych, usługowych i t.p., skutkowało by nieprzygotowaniem absolwentów takiej szkoły do przyszłego funkcjonowania na rynku pracy.

 

A tak bardziej konkretnie, to w zasadzie popieram ten model, który opisany został na stronie szkoły  Compass, w tekście zatytułowanym Jaka powinna być szkoła przyszłości?”  – czytaj  –  TUTAJ

 

 

Włodzisław Kuzitowicz



Autopromocja, pustosłowie i niekompetencja w wypowiedziach Nowackiej i jej ludzi

 

Dzisiaj nie musiałem zastanawiać się  o czym będzie ten esej. Decyzja zapadła już wczoraj, kiedy zamieszczałem materiał, zatytułowany W Lubrzy ministra zainaugurowała potkania z nauczycielami, dyrektorami i rodzicami. Kto tego jeszcze  nie czytał niechaj to uczyni zanim zacznie kontynuować lekturę tego tekstu.

 

I teraz mogę już napisać, że pierwszą moją refleksją po zapoznaniu się z pełnymi wersjami tych trzech relacji było upewnienie się w moich wcześniejszych przypuszczeniach, że  ta cała  ogólnopolska trasa spotkań z – jak to ministra zapowiadała – nauczycielami, rodzicami i ekspertami, aby promować firmowaną przez nią Reformę 26. „Kompas Jutra”, jest jej kolejną „zasłoną dymną” przed zarzutami o autorytarne narzucanie ministerialnych projektów, bo wszak będzie spotykała się z co najmniej 20 tys. nauczycieli podczas minimum 70 spotkań w całej Polsce.

 

Po piątkowym spotkaniu w szkole w Lubrzy dopatrzyłem się jeszcze jednego celu tych wizyt: autopromocję – jej jako szefowej ministerstwa, a przy okazji pozostałych osób z jej ekipy.

 

Bo jak inaczej można zinterpretować fakt, że wszystkie te relacje opatrzone były zdjęciami tylko jednej strony tych spotkań – vipów zasiadających za stołem na estradzie….

 

I nie uważam, że zamieszczone w dołączonym do relacji na stronie MEN zestawie 12. zdjęć, gdzie tylko na 4 widać – jedynie część – widowni, a na kilku uczestników „z terenu” widać przy okazji pokazania ministry lub „prezydium” spotkania, zaprzeczają tej mojej tezie.

 

W nieuwzględnionej w moim piątkowym materiale relacji, zamieszczonej na  portalu „Prawo.pl”, zatytułowanej „Minister edukacji zainaugurowała kampanię dotyczącą Reformy26 Kompas Jutra”, przytoczono taki fragment wypowiedzi Nowackiej:

 

Zaczynamy nie bez powodu, w mniejszej miejscowości, bo my chcemy dotrzeć do każdego nauczyciela i każdej nauczycielki i pokazać, co naprawdę jest w reformie „Kompas Jutra”.

 

Pani Ministra nie bez powodu to powiedziała. Chciała zademonstrować, że pamięta o nauczycielkach i nauczycielach nie tylko tych z wielkich miast, ale nawet z wiosek. Tylko, że takich wiejskich gmin jak ta w Lubrzy jest w Polsce 1 459!

 

A może szkoda Pani cennego czasu, Pani Minister (jak chce Pani, aby ją tytułować)? Może byłoby lepiej dla wszystkich, a przede wszystkim dla nauczycielek i nauczycieli, pracujących nie tylko na wsiach i w małych miasteczkach, ale i w tych wielkomiejskich szkołach – jeśli o wdrożeniu tej reformy, mimo veta Prezydenta,  skoro „klamka już zapadła”, aby najpierw przygotować merytorycznie i metodycznie odpowiednią liczbę ekspertów-edukatorów, którzy kompetentnie i ze znajomością tematu, podczas kilku spotkań informacyjno-szkoleniowych, w formule warsztatowej, organizowanych w niewielkich grupach przedmiotowych, umożliwiających rzeczywistą wymianę myśli,  wyposażyli owych realizatorów tej reformy nie tylko w wiedzę czego ona dotyczy, ale przede wszystkim zademonstrowali formy pracy z uczniami, dzięki którym będzie mogla być ona RZECZYWIŚCIE wdrożona.

 

Lecz to jeszcze nie wszystkie paradoksy i oszustwa, jakie głosi ministra edukacji. W tekście zamieszczonym na portalu „Prawo.pl” przeczytałem  zapis takiej wypowiedzi ministry na owym spotkaniu w Lubrzy:

 

Przede wszystkim w tej reformie chodzi o to, żeby uczniowie zdobywali wiedzę i to tę wiedzę głęboką, czyli tę wiedzę, która pozostanie z nimi na całe życie, ale równocześnie zdobywali pewne kompetencje, kompetencje osobiste, kompetencje społeczne, umiejętności wykorzystania tej wiedzy i to poczucie sprawczości, czyli że szkoła i wiedza daje im to poczucie, że mają wpływ na swoją rzeczywistość i na rzeczywistość ją otaczającą”

 

 

Tylko jak taki – bardzo rozwojowy i szczytny – cel edukacyjny mają osiągać uczniowie, jak mają im to ułatwiać – stwarzając odpowiednie po temu warunki – nauczyciele, jeśli nadal najważniejszym w praktyce celem będzie uzyskanie  jak najlepszych wyników na egzaminach ósmoklasisty i maturalnym? Czy jeden w roku szkolnym „tydzień projektowy” to umożliwi, jeżeli w pozostałych tygodniach uczniowie będą czuli się zmuszeni do zdobywania (na zasadzie „trzech Z”) wiadomości, niezbędnych do zaliczenia kolejnego testu, uniknięcia „jedynki” na kolejnej kartkówce – bo to popsuje im „średnią ważoną” i wpłynie na klasyfikację końcoworoczną?

 

A o obietnicy że w wyniku wdrożenia tej reformy uczniowie zdobędą „pewne kompetencje, kompetencje osobiste, kompetencje społeczne, umiejętności wykorzystania tej wiedzy i to poczucie sprawczości, czyli że szkoła i wiedza da im to poczucie, że mają wpływ na swoją rzeczywistość i na rzeczywistość ją otaczającą” czyli że szkoła i wiedza daje im to poczucie, że mają wpływ na swoją rzeczywistość i na rzeczywistość ją otaczającą” nie podejmuję się komentować – niechaj wypowiedzą się eksperci – nie tylko od edukacji, ale przede wszystkim logicy…

 

 

To samo źródło {Prawo.pl] odnotowało wypowiedź Nowackiej, że pomimo tego, iż „prezydent Karol Nawrocki zawetował nowelizację Prawa oświatowego. Miała ona umożliwić m.in. wdrożenie etapami „Reformy 26. Kompas Jutra”, […] to reforma wejdzie w życie, a zmiany podstawy programowej mają być wprowadzane rozporządzeniami.”

 

I dlatego podzielę się z Wami jeszcze jedną refleksją:

 

Nie znam się na zasadach i regułach egzekwowania prawa, a prawa oświatowego w szczególności, ale pomyślałem sobie o takiej, hipotetycznej, możliwości, że ktoś, niezadowolony z takiej metody zmuszania pracowników systemu szkolnego do wdrażania tej reformy,  może zaskarżyć do sądu ten sposób działania władzy oświatowej, czyli do zmuszania ich, aby realizowali postanowienia zapisane w rozporządzeniu, które powinno  być aktem wykonawczym do zapisów ustawy –  w przypadku gdy takich zapisów w ustawie nie ma….

 

Włodzisław  Kuzitowicz