
Archiwum kategorii 'Eseje i wywiady'
Moje rozmyślania o szansach dokonania trafnego wyboru swojej przyszłości
W Miniony czwartek, 26 lutego, zamieściłem tekst z fanpage ruchu „Nie dla chaosu w szkole”, który zatytułowałem „O tym, czy uczeń VIII klasy jest gotowy do wyboru swej drogi życiowej”. Oto kilka cytatów z tego tekstu:
„Nasz system edukacji jest źle skonstruowany, 14 lat to za wcześnie, by decydować o kierunku studiów i przyszłym zawodzie. […] Dziś rozwój zainteresowań ucznia poszczególnymi dziedzinami wiedzy jest sztucznie formatowany przez szkoły podstawowe. […] Ten system raczej przekonuje do tego, by trwać przy swoich wyborach, choćby były totalną pomyłką. […] Nauka jest podporządkowana testom, nie zaś temu, by rozwijać wiedzę i umiejętności. Nie szukaniu swojej drogi, odkrywaniu pasji czy trenowaniu umiejętności psychospołecznych.”
Pod postem na moim fb-profilu, odsyłającym do tego materiału, pojawił się taki komentarz Roberta Sowińskiego:
Gdy to przeczytałem, postanowiłem – w pewnym sensie jako odpowiedź Robertowi, ale nie tylko – poświęcić temu problemowi mój niedzielny esej – co niniejszym czynię:
Zacznę od tego, że – nie tyle w oparciu o własną biografię, co w oparciu o posiadaną wiedzę o drogach życiowo-zawodoweych osób mi znanych – nie tylko z powiązań rodzinnych – jestem stuprocentowo przekonany o słuszności opinii, że „14 lat to za wcześnie, by decydować o kierunku studiów i przyszłym zawodzie.” Z okresu, kiedy byłem dyrektorem zespoły szkół zawodowych (były tam prowadzone kierunki przygotowujące do zawodów budowlanych i drzewnych – w technikum i zasadniczej szkole zawodowej) mam w pamięci wiele przypadków, kiedy po latach spotykałem absolwentów techników, którzy nie tylko nie pracowali w wyuczonym u nas zawodzie, ale także nie ukończyli studiów wyższych w tych branżach. Po wpisaniu do wyszukiwarki: „Absolwenci Zespołu Szkół Budowlanych nr 2 w Łodzi, którzy w życiu nie zostali budowlańcami, ale byli…” otrzymałem taką informacje, sygnowaną przez AI:
„Absolwenci Zespołu Szkół Budowlanych nr 2 w Łodzi […] to szerokie grono specjalistów. Oprócz budowlańców, szkoła wykształciła wykładowców, pedagogów, przedsiębiorców, aktorów, ekonomistów, lekarzy oraz wybitnych sportowców-olimpijczyków, którzy odnieśli sukces w różnych dziedzinach życia społeczno-gospodarczego.
Wśród wychowanków znajdują się osoby związane ze sztuką i sceną, […] Wielu absolwentów kontynuowało naukę na wyższych uczelniach, zostając pedagogami i wykładowcami. […] Absolwenci z powodzeniem działają w sferze biznesu i gospodarki. […] Kadra medyczna również wywodzi się z tej placówki.”
A wszyscy oni podejmowali decyzję o wyborze dalszej nauki w szkole, kształcącej w takich właśnie zawodach, właśnie w VIII klasie, w wieku 14 lat.
Ale to było dwadzieścia…, trzydzieści kilka lat temu. Teraz w szkołach podstawowych są egzaminy ósmoklasisty, rekrutacja do szkół ponadpodstawowych odbywa się nie tylko na podstawie ocen z poszczególnych przedmiotów na świadectwie końcowym, ale przede wszystkim decyduje ilość punktów zdobytych na owych egzaminie. I to, w kontekście aspiracji rodziców, stwarza sytuację wyboru najpierw – uchodzącego za najlepsze – liceum, potem, kolejno, ewentualnie parę innych, o najbliżej lokalizacji lub dogodnym dojazdem, a jeżeli system nie zakwalifikuje do żadnego (bo punktów było za mało) – z konieczności – dopiero szkoła zawodowa,, Nie przez przypadek branżówki określane są „szkołami ostatniego wyboru”.
Wiem, wiem – licea oferują klasy o kilku profilach, więc ósmoklasiści zgłaszają chęć uczęszczania do wybranej klasy. Oczywiście – może to być wybór motywowany zainteresowaniami, ale myślę, że przede wszystkim ocenami na świadectwie z przedmiotów, które w klasie o tym profilu będą w wersji „rozszerzonej”.
Generalnie zgadzam się z opinią, że nauka szkolna podporządkowana jest testom, nie zaś temu, by rozwijać wiedzę i umiejętności. Nie szukaniu swojej drogi, odkrywaniu pasji czy trenowaniu umiejętności psychospołecznych. Ale „w temacie” świadomego wyboru swej drogi życiowej w ósmej klasie – moim zdaniem – niewiele zmieni na lepsze przeformatowanie systemu szkolnego na „antypruski”, bez ocen cyfrowych, bardziej podobny do młodzieżowego domu kultury, z kolami i zespołami zainteresowań.
Bo tak naprawdę o naszej drodze zawodowej, a często szerzej – życiowej, decyzję podejmujemy nie zawsze „bo tak nam się wydaje, że będzie dobrze”, i na pewno nie w nastoletnim wieku. Często jest to w wyniku „prób i błędów”, czasem pod wpływem sugestii „osoby znaczącej”, a bywa, że zadecydował przypadek, który pchnął nas w kierunku wcześniej nieplanowanym.
Tak było „za moich czasów”, tak jest i w XXI wieku, i tak będzie zwłaszcza w nadchodzącej przyszłości, bo jest to przyszłość dzisiaj nieprzewidywalna, w której dzisiejsze nastolatki będą pracowały w zawodach aktualnie nieistniejących, a dzisiejsi uczniowie szkół zawodowych, a nawet studenci szkół wyższych, będą musieli przekwalifikować się, bo ich zdobyte teraz kwalifikacje nie będą już nikomu potrzebne… Tak jak dzisiaj niepotrzebni są zegarmistrze, naprawiacze telewizorów, a nawet księgowe w dawnym wydaniu…
A mętlik w głowie – jak to określił Kolega Robert – mają dzieci nie tylko „przez takie podejście nas dorosłych”. Bo ów mętlik w głowie mają także dorośli – patrz decyzje MEN, diagnozy IBE, rozbieżne poglądy rodziców i nauczycieli prezentowane w social mediach.
Ot – takich czasów dożyliśmy, w których „nie ma mądrych”, a przyszłość jest nieodgadniona, stanie się to, co będzie mogło, lub musiało, się stać….
A dzisiejszym ósmklasistom nie pomogą w trafnym wyborze ich dalszej drogi kształcenia rejonowe targi edukacyjne, ani nawet najnowszy projekt łódzkich władz, czyli trzydniowy festiwal – Future Up!Festw w Hali EXPO…
Włodzisław Kuzitowicz
O Juliuszu Cyperingu, Człowieku z Krainy Łagodności – w 20. rocznicę Jego śmierci
Dzisiaj także nie będę pisał o sytuacji w oświacie, bo mam potrzebę podzielenie się z Wami bardzo osobistymi wspomnieniami o Człowieku, którego droga życiowa dwukrotnie przecięła się z moją, i którego przedwczesna śmierć stała się okolicznością, która sprawił, iż teraz mogę redagować „Obserwatorium Edukacji” i pisać ten esej. A przyczyną napisania tego wspomnienia właśnie dzisiaj jest 20. rocznica Jego śmierci, o której powinienem pamiętać w poprzedni piątek – 13 lutego, a o której moja starcza głowa zapomniała. Także data 18 lutego, kiedy minęła 20. rocznica Jego pogrzebu, także wyleciała z mojej pamięci. Tym Człowiekiem był Juliusz Cyperling.
I stała się rzecz nieprawdopodobna. W środę rano obudziłem się ze wspomnieniem snu, w którym występował . . . Julek. Szanowni Czytający – ja sam nie potrafię uznać tego za sygnał z „tamtego świata”, ale nic tu nie zmyślam: Julek NAPRAWDĘ przyśnił mi się w środowy poranek , tuż przed tym jak obudzeniem się. I to właśnie wtedy przypomniałem sobie, że przecież minęła 20 rocznica Jego Śmierci!
Dlatego dzisiaj MUSZĘ opowiedzieć najważniejsze fakty z dwu okresów naszej znajomości, a w zakończeniu oświadczyć, że stałem się internetowym publicystą, reporterem i redaktorem, bo… bo Julka zabrakło, i uznano, że mam kontynuować Jego rolę – jako redaktora „Gazety Edukacyjnej”. W tych wspomnieniach będę wykorzystywał fragmenty wspomnień, ktore już wcześniej zamieszczałem przy innych okazjach, a przede wszystkim z okazji 15. rocznicy Jego śmierci.
Zacznę od przywołania mojego felietonu nr 360, zatytułowanego „Przed piętnastoma laty zmarł Julek Cyperling. Ale pamięć o nim żyje!”. I tam moje wspomnienie rozpocząłem od odesłania do wcześniejszego tekstu, zatytułowanego „Mój rok 1969, czyli lato w Poddąbiu z Leokadią”. Dla potrzeb dzisiejszego eseju przytoczę fragmenty tamtego wspomnienia o moim pierwszym, samodzielnie prowadzonym obozie harcerskim – kursie drużynowych, który poprowadziłem w piątym miesiącu po objęciu funkcji zastępcy komendanta Hufca ZHP Łódź-Polesie.:
„… muszę cofnąć się do okresu przygotowań do obozu, a konkretnie do rekrutacji kadry. W zasadzie nie ulegało wątpliwości, że osobą numer dwa będzie na nim szef referatu drużyn harcerskich Komendy Hufca Łódź-Polesie dh. Andrzej Gawart. Ale to właśnie on przeforsował, że koniecznie powinien znaleźć się w kadrze tego kursu jego dobry znajomy, wtedy mi zupełnie nieznany Julek Cyperling – dziewiętnastolatek, który właśnie zaliczył drugi rok studiów na filologii polskiej Łódzkiego Uniwersytetu. Na obozie miał pełnić funkcję „instruktora k-o” (kulturalno-oświatowego).
Była to typowa propozycja „nie do odrzucenia”, więc Julek na obóz przyjechał. Ze względów praktycznych został on zakwaterowany w jedynym dużym namiocie – siedzibie komendy obozu, (tzw. „dziesiątka”), który był nie tylko miejscem odpraw komendy obozu, ale także „sypialnią” komendanta i… instruktora k-o. […]
Julek przywiózł ze sobą kilka książek. Z oczywistych powodów (przypomnę, że i ja, choć tylko jeden rok -1962/63 – studiowałem na UŁ filologię polską) wieczorami, nim zasnęliśmy, rozmawialiśmy o łódzkiej polonistyce, o znanych nam obu profesorach i adiunktach, o literaturze… I tak pewnego dnia, zaraz na początku obozu, Julek zaczął opowiadać o jednej z przywiezionych przez niego książek, którą gorąco mi polecił, twierdząc, że koniecznie powinienem ją przeczytać, bo jest niesamowita. To była książka autorstwa Joanny Kulmowej p.t. „Wio Leokadio”.
Już następnego dnia, gdy uczestnicy kursu działali gdzieś w terenie, przeczytałem kilka pierwszych opowiastek z tej książki i… i byłem oczarowany. I racjonalnie, zwłaszcza tradycyjną metodyką harcerską, nie da się wytłumaczyć decyzji: „Będą każdego dnia wieczorem w namiocie obozowej „świetlicy” czytał kursantom jeden rozdział tej książki, jedną opowiastkę z Leokadią w roli głównej”. I już od najbliższego wieczora, bez względu na to czym danego dnia żyli kursanci, czytałem im jeden rozdział tej książki. […] Dalej – w pewnym sensie – sytuacja wymknęła się spod kontroli. Uczestnicy kursu zostali Leokadią (lub, jak kto woli, Kulmową) oczarowani i od wysłuchania kolejnej wieczornej porcji jej tekstu uzależnieni.[…]
[Źródło: www.obserwatoriumedukacji.pl/]
A teraz fragment felietonu nr 360.:
…po powrocie do Łodzi Julek pełnił w Komendzie Hufca Polesie tę sama jak na obozie funkcję – instruktora k-o. To przede wszystkim z jego inspiracji budynek Komendy był nie tylko bazą centrali organizującej i koordynującej działalność wszystkich drużyn i szczepów, miejscem odpraw i szkoleń kadry instruktorskiej, ale również – w pewnym stopniu – także ośrodkiem kultury. Obok tradycyjnych konkursów piosenki harcerskiej i przeglądu małych form scenicznych, Julek wprowadził zwyczaj wieczorów poezji – w tym najbardziej pamiętnym był ten poświęcony poezji Krzysztofa Kamila Baczyńskiego – zorganizowany w roku, gdy harcerzom kazano świętować stulecie urodzin Lenina (sławna kampania „Iskra 70”), a książek z poezją tego „ideowo obcego” poety w zasadzie nie było. To także Julek stał za pomysłem zorganizowania projekcji filmów oświatowych o tematyce wychowawczej, autorstwa Wojciecha Fiwka z łódzkiej WFO, na której był ich twórca, z którym mogliśmy o jego pracy porozmawiać. Gdy w 1971 r. zrezygnowałem z pracy w ZHP, nasze drogi rozeszły się. […]
[Źródło: www.obserwatoriumedukacji.pl]
W 1972 roku Julek skończył studia na filologii polskiej UŁ i od razy został zatrudniony w „Dzienniku Łódzkim” jako dziennikarz-publicysta, a po kilku latach także w roli recenzenta teatralnego. Pracował tam aż do 1990 roku. Nie wdając się w szczegóły okoliczności które Go do tego doprowadziły – odszedł z pracy w łódzkiej prasie i rozpoczął nowy etap swej aktywności. W 1991 roku podjął próbę działalności na rynku wydawców i założył Wydawnictwo dla Młodzieży „Cypniew”. Jednak – po wydaniu zaledwie dwu książek – musiał zrezygnować z dalszej walki o obecność na tym rynku. Już wcześniej podjął pracę jako dyrektor regionalny Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych w Łodzi. Kolejnym zbiegiem okoliczności był fakt, że siedzibą jego biura było nieduże pomieszczenie na terenie Łódzkiego Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego, którego dyrektorem był Janusz Moos, wcześniej działający w kierowanym przeze mnie od 1993 roku Zespole Szkół Budowlanych nr 2. Adresy tych dwu placówek dzieliło zaledwie kilkaset metrów…
I to dzięki Januszowi Moosowi, od którego dowiedział się kto jest dyrektorem tej pobliskiej szkoły, po 28 latach braku kontaktów, jesienią 2000 roku, Julek zawitał do mojego gabinetu z wizytę. Skracając tę opowieść – po wstępnym etapie wspomnień Julek przedstawił mi, w imieniu swojej żony Małgorzaty, propozycję przyjęcia pod nasz dach Centrum Szkoleniowo-Promocyjnego „EDUKACJA”, które, jako pierwszy w Łodzi niepubliczny ośrodek doskonalenia nauczycieli, zamierzała ona utworzyć i poprowadzić. Nie miałem żadnych oporów i ofertę przyjąłem, Tak zaczął się ów drugi etap naszych częstych kontaktów, a później współpracy. Ośrodek „Edukacja” nie tylko rozpoczął swoją działalność, ale bardzo szybko się rozwijał. Pomocnym w jego promocji okazała się, założona i redagowana przez Julka „Gazeta Edukacyjna”, na której łamach nie tylko informowano o kolejnych kursach kwalifikacyjnych dla nauczycieli, ale zamieszczane były artykuły pedagogów i relacje z łódzkich szkół i placówek oświatowych. Gazeta ta była, za pośrednictwem skrytek w Wydziale Edukacji, bezpłatnie kolportowana do wszystkich łódzkich szkół.
I to wtedy Julek zaproponował mi, abym i ja napisał kilka tekstów, które zostały tam zamieszczone. Był to także czas, kiedy Julek zaczął , regularnie przed każdym skierowaniem nowego numeru do druku, konsultować ze mną przygotowane teksty.
Bardzo szybko, bo już w roku 2003, Centrum Szkoleniowo-Promocyjne „EDUKACJA” zostało przekształcone w Wyższą Szkołę Pedagogiczną w Łodzi, której właścicielami byli Cyperlingowie, a której kanclerzem – oczywiście – była Julka żona – Małgorzata.
Ale „Gazeta Edukacyjna”, na dotychczasowych zasadach, wychodziła nadal. Aż do jesieni 2005 roku, kiedy Julek zachorowało – jak się okazało – na nieuleczalną chorobę tętniaka mózgu. Mimo wielomiesięcznego pobytu w szpitalu, dwóch operacji, Julek zmarł, I właśnie minęła 20 rocznica tej tragedii…
Jego śmierć stała się okolicznością, która spowodowała decyzję Jego żony, aby kontynuować Julka dzieło i nadal wydawać „Gazetę Edukacyjną”, ale już w e-wersji, jako portal internetowy. I w czerwcu 2006 roku zaproponowała mi, wraz z ówczesnym rektorem WSP – prof. Bogusławem Śliwerskim – abym został jego redaktorem naczelnym. I tak we wrześniu tego roku pojawiła się internetowa wersja „Gazety Edukacyjnej”, a potem wszyto potoczyło się tak, że zostałem także publicystą „Gazety Szkolnej”, „Głosu Pedagogicznego”, dwumiesięcznika „Kształcenie Zawodowe”, a po zamknięciu (z przyczyn finansowych” strony „Gazety Edukacyjnej” do mojej decyzji o założeniu – w 2013 roku – własnego „Obserwatorium Edukacji”.
Ale – takie mam przekonanie – za tą moją nową formą aktywności zawsze stał Julek Cyperling.
I dlatego mam potrzebę podtrzymywania pamięci o Nim, jako Nieprzeciętnym Człowieku.
Zakończę ten okolicznościowy esej przytoczeniem fragmentów wspomnień o Nim (wraz ze zdjęciem), jakie zamieszczałem jeszcze na stronie „Gazety Edukacyjnej”:
[…] W rok po tym, jak nas zostawił, składałem deklarację w felietonie, zatytułowanym By nie zaprzepaścić dzieła, pisząc: „Idea kontynuacji dzieła Juliusza, jakim była „Gazeta Edukacyjna” legła u źródeł inicjatywy stworzenia Portalu Wiedzy o Edukacji. Po kilku miesiącach przygotowań Portal ruszył […] Na miarę naszych umiejętności, redagujemy dzień po dniu, tydzień po tygodniu, już pół roku, Gazetę Edukacyjną w jej nowej, elektronicznej formule.[…] Dziś zaświadczamy, że to w co wierzył, co tworzył – nie zostało zaprzepaszczone!”
Rok później przywołałem obraz Julka – „Jasnego Człowieka”. Pisałem: Straciliśmy radość obcowania z „Jasnym Człowiekiem”. Bo Juliusz w każdej sytuacji, prywatnej czy oficjalnej, był zawsze po prostu Julkiem – pogodnie uśmiechającym się do każdego, życzliwym światu i ludziom człowiekiem! To prawda. Życie toczy się dalej. Nawet głębokie rany się zabliźniają. Ale świat bez Juliusza to nie ten sam…”
Przed rokiem wspominałem Juliusza – „Człowieka z krainy łagodności”: „Dzisiaj stanął mi przed oczyma obraz Juliusza – niestrudzonego mediatora, człowieka kompromisu, niezdolnego do jakiejkolwiek formy agresji. […] Warto, trzeba, nie tylko kontynuować Jego testament „pedagogiki uśmiechu”, ale także uczyć się od Niego owej łagodności i „miękkiej stanowczości” w osiąganiu swych celów. Bez tak typowych dla otaczającego nas świata: arogancji, dominacji, agresji…” […]
Wiem, bo takim Go pamiętam, że Julek był człowiekiem niezastąpionym! Człowiekiem, którego brak, zapewne nie tylko ja, dotkliwie dzisiaj odczuwam. Bo był On „katalizatorem relacji międzyludzkich”, kimś, kto samą swą obecnością wprowadzał klimat życzliwości, którego słynny uśmiech rozbrajał najbardziej bojowo nastawionych oponentów, a jego niezapomniane „rozumiesz-wiesz” sprawiało, że ludzie czuli się dowartościowani. Wierzę, że świat jaki mnie otacza, zdarzenia, których jestem świadkiem, także te których jestem uczestnikiem, wszystko to mogłoby być inne, lepsze… Gdyby Juliusz był nadal z nami…
Włodzisław Kuzitowicz
Nie wystarczy opublikować prognozę zapotrzebowania na zawody „szkolnictwa branżowego”…
Po przejrzeniu o czym informowałem Was na OE w mijającym tygodniu, postanowiłem przekazać w tym eseju co pomyślałem sobie, kiedy przeczytałem tekst, zamieszczony na stronie MEN jeszcze 2 lutego, a który wówczas nie znalazł się na moim informatorze, wyparty innymi, gorącymi” tematami. A była to informacja, zatytułowana „Prognoza zapotrzebowania na pracowników w zawodach szkolnictwa branżowego na krajowym i wojewódzkim rynku pracy 2026 już opublikowana!”. Pominę (z litości} fakt, że w tytuł jest nieadekwatny do zamieszczonej pod nim treści, gdyż kwalifikacje nie wszystkich wymienionych tam zawodów zdobywa się w szkołach branżowych, ale także w średnich szkołach o nazwie technika. Oto ten fragment z ministerialnej strony:
Zawody o szczególnym znaczeniu dla rozwoju państwa to: Automatyk, betoniarz-zbrojarz, cieśla, dekarz, elektromechanik, elektryk, kierowca mechanik, mechanik-monter maszyn i urządzeń, mechatronik, monter izolacji przemysłowych, monter konstrukcji budowlanych, monter nawierzchni kolejowej, monter stolarki budowlanej, operator maszyn i urządzeń do robót ziemnych i drogowych, operator maszyn i urządzeń w gospodarce odpadami, opiekun w domu pomocy społecznej, operator obrabiarek skrawających, technik automatyk, technik automatyk sterowania ruchem kolejowym, technik budowy dróg, technik dekarstwa, technik elektroenergetyk transportu szynowego, technik elektromobilności, technik elektryk, technik energetyk, technik gospodarki nieruchomościami, technik gospodarki odpadami, technik izolacji przemysłowych, technik mechanik, technik mechatronik, technik montażu i automatyki stolarki budowlanej, technik robotyk, technik spawalnictwa, technik transportu kolejowego.
W informacji tej jest jeszcze jeden ważny fragment, który tu przytoczę:
Dzięki opublikowanej prognozie, szkoły i organy prowadzące mogą zaplanować zawody, które będą uruchamiane w nowym roku szkolnym 2026/2027. Co istotne, decyzje podejmowane w tym zakresie, uwzględnią zróżnicowany sposób finansowania tych zawodów:
>większe finansowanie dla szkół kształcących w zawodach z „listy krajowej” oraz w zawodach o szczególnie istotnym zapotrzebowaniu z „listy wojewódzkiej” (zwiększenie potrzeb oświatowych na ucznia o ok. 2 000 zł);
>większe dofinansowanie pracodawcom kosztów kształcenia młodocianych pracowników w zawodach z „listy krajowej” oraz w zawodach o szczególnie istotnym zapotrzebowaniu z „listy wojewódzkiej” (wzrost o 2 570 zł).
To wszystko pięknie się czyta, pozwala ministerstwu tkwić w samozadowoleniu, że tak dba o zapewnienie polskiej gospodarce potrzebnych jej fachowców, ale…
Ale i tak wszystko zależy od tego, jaką decyzję podejmą dzisiejsi ósmoklasiśći i ich rodzice. Nawet przy założeniu, że do każdej szkoły podstawowej dotrze doradca zawodowy i w okresie miedzy datą ogłoszenia tego „Obwieszczenia Ministra Edukacji z dn. 22 stycznia w sprawie prognozy zapotrzebowania na pracowników w zawodach szkolnictwa branżowego na krajowym i wojewódzkim rynku pracy”, wraz z jego baaardzo obszernym załącznikiem, a datą zamknięcia rekrutacji do szkół ponadpodstawowych przeprowadzi przekonywującą pogadankę, zachęcającą do wyboru dalszej nauki w owych deficytowych zawodach. Przykładowo w Łodzi będzie to termin od 22 kwietnia 2025 r. do 22 maja 2025 r. do godz. 12.00. To w tym okresie w systemie elektronicznego naboru należy złożyć wniosek do szkoły ponadpodstawowej.
Bo ja, w oparciu o moje wieloletnie doświadczenie, wyniesione nie tylko z dwunastoletniego dyrektorowania zespołem szkół budowlanych, ale jeszcze z czasów, kiedy kierowałem działalnością Wojewódzkiej Poradni Wychowawczo-Zawodowej, w której bardzo istotną rolę pełnił Dział Orientacji i Poradnictwa Zawodowego, wiem, że tak naprawdę to ilość zrekrutowanych uczniów do klas w szkolnictwie zawodowym nie zależy tylko od takich pogadanek, ale przede wszystkim od społecznego odbioru pozycji robotnika (pracownika) wykwalifikowanego w zawodach nie wymagających studiów wyższych, no i od… wysokości wynagrodzenia wypłacanego im przez pracodawców. A o tym zazwyczaj starają się dowiedzieć rodzice uczennic i uczniów kończących szkołę podstawową i odpowiednio wpływać na ich wybór drogi dalszej edukacji.
I co z tego, że teraz dyrektorki i dyrektorzy szkół zawodowych, zachęceni owymi dodatkowymi kwotami dotacji na każdego ucznia, kształconego w owych deficytowych zawodach, ogłoszą rekrutację do klas o takim profilu… Skoro w społeczeństwie, od lat, dominuje przeświadczenie, że najlepiej, aby córka lub syn kontynuował edukację w ogólniaku, a potem został/a studentką/em. A potem, już jako magister/ka, nie mogli znaleźć pracy w swoim „wystudiowanym” zawodzie i nie mając wymaganych kwalifikacji, musieli pracować „na kasie” w supermarketach… I na progu nowego roku szkolnego zostaną „z ręką w nocniku”, czyli z liczbą kandydatek/ow, poniżej liczby, z którą taką klasę można poprowadzić. A nie wszystkie zawody są tak „pokrewne”, że można zorganizować klasy dwuzawodowe.
Może by tak ktoś miał pomysł jak ten trend zmienić? Aby nie tylko w deklaracjach, że „żadna praca nie hańbi” przywrócić szacunek do robotnika, technika, którego kwalifikacje zapewniają nam zaspokajanie, na najwyższym poziomie, naszych potrzeb?
Włodzisław Kuzitowicz
Jeszcze o kolejnym przykładzie „zawoalowanego” hejtu na mnie
Przepraszam, ale dzisiaj nie będę pisał o sytuacji w oświacie, o problemach nauczycieli, uczniów i ich rodziców. Dziś mam potrzebę podzielić się z Wami moim osobistym problemem. A jest nim seria komentarzy, jakie ta sama osoba od paru miesięcy zamieszcza pod moimi testami na Fecebooku. Ktoś może powie, że to drobiazg niewarty przejmowania się nim, ale ja tę sytuację odbieram nie tylko jako źródło zaburzenia mojego dobrostanu psycho-emocjonalnego, ale przede wszystkim jako przyczynę dysonansu poznawczego, dotyczącego obszaru moich dotychczasowych przekonań o pewnej ściśle określonej kategorii osób – od lat traktowanej przeze mnie jako autorytety.
Aby ów problem przedstawić w oparciu o zaistniałe fakty – zacznę od prośby, abyście przypomnieli sobie treść mojego zeszłotygodniowego refleksyjnego eseju, zatytułowanego „.Od czego tak naprawdę zależy – w dzisiejszych czasach – sukces życiowy”.
Przeczytaliście? I – tak myślę – teraz nie macie wątpliwości, że wszystko o czym tam napisałem, jakie teksty przywołałem – uczyniłem to w celu udokumentowania końcowej tezy, która była odpowiedzią na pytanie, postawione w tytule tego eseju:
Kochani uczniowie szkół średnich i studenci! Nie przejmujcie się za bardzo formalnymi kwalifikacjami. I tak wasza kariera nie od tego będzie zależała. Wystarczy wasza pasja i zdobyta w samokształceniu wiedza i . . . a przede wszystkim – „wpadnięcie w oko” aktualnie sprawującym władzę!
No właśnie.! Ale ja na moim prywatnym fb-profilu, na którym – jak zawsze – zamieściłem link do tego eseju, jeszcze tego samego dnia ujrzałem taki pod nim komentarz:
Autorka, aż dwukrotnie posługując się słowem „niestety”, ubolewa nad tym, o czym – rzekomo – przeczytała. Z dalszej treści tego komentarza wynika, że poczuła się w obowiązku pouczyć, iż wielce błędnym jest to przekonanie, że od szkoły, od osiąganych tam „ sukcesów” czy „ porażek” zależy cokolwiek w naszym życiu…
Czy może Wy potraficie mi wytłumaczyć dlaczego to lektura mojego eseju, (czego teraz ona żałuje, że poświęciła na nią swój drogocenny czas), przez autorkę tego komentarza została odebrana, jako upowszechnianie przeze mnie takich błędnych przekonań polskich nauczycieli?
Bo ja doszedłem do wniosku, że przeczytała ona jedynie pierwszą część eseju, którym był obszerny cytat z posta, jaki Jarosław Pytlak zamieścił na swoim fb-profilu 31 stycznia.
Tylko dlaczego nie zamieściła tego komentarza pod postem kolegi Pytlaka (wszak ja podałem źródło tego cytatu), ale na moim fb-profilu, pod linkiem do CAŁEGO mojego eseju? Który przecież nie miał na celu informowania o przekonaniach konserwatywnych nauczycieli, a informację o tym co ja myślę o drodze, na której niektórzy osiągają sukcesy…
Wiem, nie macie żadnych podstaw, aby na to pytanie odpowiedzieć. Ale ja, po tygodniu od zapoznania się z owym komentarzem, nie mam już wątpliwości.
Jego autorka (danych personalnych postanowiłem i w tym tekście nie ujawniać) ma na widok mojego nazwiska potrzebę zamanifestowania swojej wrogości, deprecjonowania wartości moich tekstów.
Bo jest to ta sama osoba, o której informowałem w końcowych fragmentach zamieszczonego na OE 12 października ub. r. Felietonu nr 590., zatytułowanego „Jeszcze o prawach uczniów, ale i o niesłusznym oskarżeniu o hejt”
Nie wierzycie – przeczytajcie ten felieton. I pomyśleć, że i wtedy i teraz, autorką owych komentarzy była przedtem przeze mnie ceniona, jako pani pedagog, psycholog, profesor nauk społecznych, aktywna na licznych konferencjach i „w sieci”….
Bo chyba ten zeszłoniedzielny komentarz na moim fb-profilu nie świadczy o tym, że nawet tytuł profesora nie gwarantuje, iż osoba której został on nadany, nie posiada umiejętności czytania ze zrozumieniem.
Ja odebrałem to, jako efekt zalegającej wrogości do mnie (patrz komentarze zacytowane w felietonie nr 590) u osoby, która – z nieznanych mi przyczyn – reaguje na zasadzie „niechaj hejt (domniemany) hejtem (prawdziwym) się odciska. Smutno mi, że osoba ze świata nauki działa według starożytnych reguł sprawiedliwości: „oko za oko, ząb za ząb”…
Włodzisław Kuzitowicz
P.s,
Hejt – to obraźliwe, agresywne lub nienawistne zachowania skierowane przeciwko innym osobom, które mogą przybierać formę słów, komentarzy, memów, grafik lub nagrań. [Więcej – TUTAJ]
https://pl.wikipedia.org/wiki/Hejt_internetowy
Od czego, tak naprawdę, zależy – w dzisiejszych czasach – sukces życiowy
Wszystko zaczęło się od tego, że przeczytałem na fb-profilu Jarosława Pytlaka post, i zobaczyłem taki obrazek:
Bardzo dobra decyzja!
Uczeń może obecnie mieć 50% nieobecności nieusprawiedliwionych. Po tej epokowej zmianie miałby prawo do 25% nieobecności nieusprawiedliwionych.
NIEUSPRAWIEDLIWIONYCH! Taka sytuacja, i to już nieważne, czy 50% czy 25%, ma dzisiaj miejsce tylko w absolutnie wyjątkowych przypadkach, kiedy rodzic nie jest w stanie zalogować się do librusa, ani utrzymać długopisu w ręku. Oto bowiem ma prawo usprawiedliwić każdą nieobecność dziecka, nawet nie musi wysilić się na wymyślenie przyczyny!
Wyjaśnił to już młodzieży na Tik-toku, całkiem niedawno, znany celebryta edukacyjny, Marcin Kruszewski. Dokładnie tak wyjaśnił, jak ja tu powyżej. Dodał jeszcze, że to w ogóle na razie tylko projekt, więc póki co, nie ma się co przejmować.
Tylko że ja jestem zwykłym frajerem-nauczycielem. A pan Kruszewski jest sławnym influencerem. Barbara Nowacka za jego zasługi nagrodziła go medalem Medalem Komisji Edukacji Narodowej. Dla mnie było to jak splunięcie mi w twarz.
Pan Kruszewski swój medal dostał za udział w obronie uczniów przed szkołą, m.in. za współtworzenie tej ustawy, z której właśnie słusznie wypada to 25%.
Zaostrzenie przepisów?! Wolne żarty! Chyba nawet pan Lawera wie, że to byłaby to tylko kolejna fikcja. A może, dla odmiany, kierownictwo MEN wymyśliłoby coś naprawdę ułatwiającego dzisiaj funkcjonowanie szkoły?!
Źródło: www.facebook.com/
x x x
Na początek podzielę się moimi refleksjami, które wywołał ten tekst. Otóż nie mam wątpliwości, że ów pomysł, aby zmienić tak prawo, by zmniejszyć limit dozwolonych nieusprawiedliwionych nieobecności ucznia na zajęciach szkolnych, z dotychczasowych 50% do 25%, to kolejny przykład myślenia naszej władzy oświatowej „pod publiczkę”, bez wcześniejszego rozpoznania jak to jest z tym problemem naprawdę, w codziennej szkolnej rzeczywistości. I nie mam wątpliwości co do tego, że pozostawiając prawo rodziców do niczym nie ograniczonego usprawiedliwiania nieobecności – bez szans na obiektywne zweryfikowania powodów tejże, zwłaszcza w przypadku uczniów starszych klas podstawówki i szkół ponadpodstawowych, takie ograniczenie dopuszczalnego limitu nieobecności do 25% ogólnego czasu nauki w semestrze – było jedynie pozorowaniem rzekomej dbałości ministerstwa o poziom szkolnej edukacji.
Drugą moją refleksją, która powstała po przeczytaniu informacji, że. Barbara Nowacka nagrodziła Marcina Kruszewskiego Medalem Komisji Edukacji Narodowej, była ta, że oto dowiaduję się jakie zasługi wystarczą, aby otrzymać owo zaszczytne odznaczenie resortowe, które powinno być przyznawane „za wybitne zasługi dla oświaty i wychowania, obejmujące działalność dydaktyczną, wychowawczą, twórczą i opiekuńczą, a także rozwój edukacji i doskonalenie nauczycieli”, że można ów medal otrzymać nie pracując nigdy w szkole ani żadnej placówce oświatowo-wychowaczej – wystarczy być prawnikiem, który wymyślił i prowadzi na Tik Toku kanał „Prawo Marcina”.
I zrobiło mi się przykro, bo ja tym medalem nie zostałem wyróżniony, mimo moich wielu, wielu lat pracy w oświacie i dla oświaty.
Ale jest jeszcze jedna osoba, wymieniona przez kolegą Pytlaka w tym tekście, która – dzięki obrazkowi – bardzo mnie zainteresowała. To urodzony 11 marca 1994 Kacper Lawera. Może on być dla wielu uczniów wzorem do naśladowania. Organizatorzy 8. Śląskiego Festiwalu Nauki KATOWICE tak przedstawiali go – wtedy trzydziestoletniego – jako uczestnika debaty „Kosmos szansą dla edukacji”, w której eksperci debatowali o tym, czy eksploracja przestrzeni kosmicznej może stać się motorem napędowym dla nowoczesnej edukacji:
Nauczyciel, pasjonat astronomii, wieloletni popularyzator nauki, dyrektor Departamentu Komunikacji Ministerstwa Edukacji Narodowej i prezes Fundacji Science Academy.
Pragnąć dowiedzieć się jakie to wykształcenie i nabyte kompetencje doprowadziły go, w tak młodym wieku, do takich stanowisk i sukcesów, rozpocząłem poszukiwania w przepastnych zasobach Internetu. I wyobraźcie sobie, że jedynie IA miała na ten temat taką informację:
Przegląd od AI
Kacper Lawera jest absolwentem Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie w latach 2013–2018 studiował nauki historyczne lub pokrewne.
Posiada wykształcenie wyższe magisterskie, broniąc zarówno pracę licencjacką (o tradycjach dyplomacji brytyjskiej), jak i magisterską (o polityce zagranicznej USA) z ocenami bardzo dobrymi.
Nauczyciel wos-u w Saska Szkoła Realna. Ciekawy świata absolwent stosunków międzynarodowych, w przerwach od belfrowania pracownik w @MEN_GOVPL
I tak oto, po pozyskaniu tych wszystkich informacji, przypomniałem sobie stare, jeszcze w początkach PRL-u popularne, powiedzenie o drodze do kariery oficerskiej w Ludowym Wojsku Polskim: „Nie matura, lecz chęć szczera, zrobi z ciebie oficera”. Nawiasem mówiąc – mogłem się osobiście o tym przekonać na przykładzie dyrektora mojej szkoły, w której zdobyłem pierwsze, potwierdzone egzaminem, kwalifikacje murarza. Ów pan – mieliśmy to „szczęście”, bo uczył w każdej klasie z literką „a” matematyki – a więc i w mojej klasie, wysłuchać opowieści, jak to on, był majorem LWP, który z I Dywizją LWP, wraz z Armią Czerwoną wyzwalał Polskę. Opowiadał nam, jak to na wrotach od stodoły forsował Bug… A już w latach pięćdziesiątych został dyrektorem Technikum Budowlanego nr 1 w Łodzi.
Wiele lat później dowiedziałem się, że w 1966 roku, już w epoce Gomułki, zaczęto przeprowadzać weryfikację kadr. Kiedy zażądano od niego dokumentów potwierdzających wykształcenie, on podał, że jeszcze przed wojną zrobił maturę w jednym z wileńskich liceów. W tamtych czasach władza nie miała trudności w dotarciu do archiwów z tereny ówczesnego ZSRR i szybko zdobyto informacje, że takiego ucznia nie ma w wykazie maturzystów podanej przez niego szkoły. I bezzwłocznie został odwołany ze stanowiska dyrektora i odesłany na emeryturę…
Dlaczego o tym napisałem? Bo dziwnie (i podejrzanie) wygląda ten awans owego trzydziestokilkulatka z takim formalnie potwierdzony wykształceniem, na dyrektorskie stanowisko w departamencie komunikacji w ministerstwie, a na Festiwalu Nauki wystąpić – jako ekspert – w debacie na temat „czy eksploracja przestrzeni kosmicznej może stać się motorem napędowym dla nowoczesnej edukacji”!
Kochani uczniowie szkół średnich i studenci! Nie przejmujcie się za bardzo formalnymi kwalifikacjami. I tak wasza kariera nie od tego będzie zależała. Wystarczy wasza pasja i zdobyta w samokształceniu wiedza i . . . a przede wszystkim – „wpadnięcie w oko” aktualnie sprawującym władzę!
Włodzisław Kuzitowicz
Od „róbta co chceta”, do „krótko przy pysku…”
Tytuł tego eseju można rozwinąć na dwa sposoby: w skali makro – ogólnosystemowej, albo w skali mikro – lokalnej, jednej szkoły. Oceniając – na tyle na ile to możliwe – obiektywnie swoje kompetencje – nie podejmę się tej pierwszej wersji. Zrobili to przede mną inni, posiadający po temu lepsze rozeznanie „w temacie”, a także odpowiednie stopnie i tytuły naukowe.
Najszerzej, bo prezentując ten problem w skali ogólnoświatowej, przedstawił ten temat Murray Newton Rothbard – amerykański ekonomista, profesor ekonomii, historyk oraz teoretyk polityczny – w pracy, która w polskim tłumaczeniu została zatytułowana „Edukacja wolna i przymusowa”. Zainteresowani mogą się z nią zapoznać TUTAJ.
Z polskiego punktu widzenia wypowiedział się na ten temat prof. Bogusław Śliwerski w wywiadzie, którego zapis zamieszczono 6 kwietnia 2021 r. na stronie Instytutu Spraw Obywatelskich. Można się z nim zapoznać – TUTAJ. Choć punktem wyjścia tej rozmowy była, sformułowana przez Ivana Illicha, koncepcja „odszkolnienia szkół”, to można tam wyczytać wiele o polskim systemie szkolnym i jego ocenie, sformułowanej przy tej okazji przez prof. Śliwerskiego.
Wszystkich, którzy chcieliby dowiedzieć się więcej na temat tego, co może być alternatywą dla tzw. modelu „pruskiej szkoły” odsyłam do lektury tekstu „Przestarzaly system edukacji”, zamieszczonego na portalu „Problematy” – TUTAJ
x x x
Teraz mogę już napisać kilkanaście zdań moich przemyśleń na temat „dyscyplina czy ‘luzactwo’” w szkole. Będą to poglądy osoby starszej od kategorii „bumersów”, będącej już 21 rok na emeryturze, z doświadczeniem 12 lat kierowania zespołem szkół zawodowych, ale mającej także doświadczenia wyniesione w pracy z dziećmi i młodzieżą w domach dziecka i w młodzieżowym ośrodku wychowawczym.
Otóż muszę Wam wyznać, że nie popieram tych wszystkich apeli, aby w szkole nie było przymusu, by uczniowie mogli robić to co akurat chcą, aby nie było żadnych sprawdzianów i wyścigu po najlepsze oceny i świadectwa „z paskiem”.
Jednocześnie, od zawsze, byłem przeciwnikiem szkoły, w której uczeń traktowany jest jak rekrut w wojsku, gdzie wszystko jest zapisane w statucie i regulaminie, gdzie panuje feudalna zależność uczniów od nauczycieli – generalnie, gdzie uczeń jest „przedmiotem obróbki” (czytaj – opisanego w procedurach procesu oddziaływania dydaktyczno-wychowawczego), a nauczyciele – wynajętymi do tej „obróbki” specjalistami, pracującymi według obowiązującej „technologii”, podlegającymi skrupulatnemu nadzorowi przełożonych.
Czyli jaki model szkoły uważam za optymalny?
Najogólniej rzecz ujmując – model szkoły „złotego środka”. A charakteryzując ją bardziej konkretnie – szkoły, która jest placówką finansowaną z budżetu państwa, ale autonomiczną, gdzie o wszystkim co i jak się dzieje współdecydują nauczyciele, uczniowie i ich rodzice, gdzie proces edukacyjny jest zindywidualizowany (dostosowany do uzdolnień, ograniczeń i zainteresowań ucznia), ale gdzie obowiązują jasno określone zasady jej funkcjonowania, zaaprobowane przez wszystkie podmioty tej społeczności.
Bo owe owsiakowe „rób ta co chceta”, w epoce nadal funkcjonujących korporacji i wielkich sieci instytucji bankowych, handlowych, usługowych i t.p., skutkowało by nieprzygotowaniem absolwentów takiej szkoły do przyszłego funkcjonowania na rynku pracy.
A tak bardziej konkretnie, to w zasadzie popieram ten model, który opisany został na stronie szkoły Compass, w tekście zatytułowanym „Jaka powinna być szkoła przyszłości?” – czytaj – TUTAJ
Włodzisław Kuzitowicz
Autopromocja, pustosłowie i niekompetencja w wypowiedziach Nowackiej i jej ludzi
Dzisiaj nie musiałem zastanawiać się o czym będzie ten esej. Decyzja zapadła już wczoraj, kiedy zamieszczałem materiał, zatytułowany „W Lubrzy ministra zainaugurowała potkania z nauczycielami, dyrektorami i rodzicami”. Kto tego jeszcze nie czytał niechaj to uczyni zanim zacznie kontynuować lekturę tego tekstu.
I teraz mogę już napisać, że pierwszą moją refleksją po zapoznaniu się z pełnymi wersjami tych trzech relacji było upewnienie się w moich wcześniejszych przypuszczeniach, że ta cała ogólnopolska trasa spotkań z – jak to ministra zapowiadała – nauczycielami, rodzicami i ekspertami, aby promować firmowaną przez nią Reformę 26. „Kompas Jutra”, jest jej kolejną „zasłoną dymną” przed zarzutami o autorytarne narzucanie ministerialnych projektów, bo wszak będzie spotykała się z co najmniej 20 tys. nauczycieli podczas minimum 70 spotkań w całej Polsce.
Po piątkowym spotkaniu w szkole w Lubrzy dopatrzyłem się jeszcze jednego celu tych wizyt: autopromocję – jej jako szefowej ministerstwa, a przy okazji pozostałych osób z jej ekipy.
Bo jak inaczej można zinterpretować fakt, że wszystkie te relacje opatrzone były zdjęciami tylko jednej strony tych spotkań – vipów zasiadających za stołem na estradzie….
I nie uważam, że zamieszczone w dołączonym do relacji na stronie MEN zestawie 12. zdjęć, gdzie tylko na 4 widać – jedynie część – widowni, a na kilku uczestników „z terenu” widać przy okazji pokazania ministry lub „prezydium” spotkania, zaprzeczają tej mojej tezie.
W nieuwzględnionej w moim piątkowym materiale relacji, zamieszczonej na portalu „Prawo.pl”, zatytułowanej „Minister edukacji zainaugurowała kampanię dotyczącą Reformy26 Kompas Jutra”, przytoczono taki fragment wypowiedzi Nowackiej:
– Zaczynamy nie bez powodu, w mniejszej miejscowości, bo my chcemy dotrzeć do każdego nauczyciela i każdej nauczycielki i pokazać, co naprawdę jest w reformie „Kompas Jutra”.
Pani Ministra nie bez powodu to powiedziała. Chciała zademonstrować, że pamięta o nauczycielkach i nauczycielach nie tylko tych z wielkich miast, ale nawet z wiosek. Tylko, że takich wiejskich gmin jak ta w Lubrzy jest w Polsce 1 459!
A może szkoda Pani cennego czasu, Pani Minister (jak chce Pani, aby ją tytułować)? Może byłoby lepiej dla wszystkich, a przede wszystkim dla nauczycielek i nauczycieli, pracujących nie tylko na wsiach i w małych miasteczkach, ale i w tych wielkomiejskich szkołach – jeśli o wdrożeniu tej reformy, mimo veta Prezydenta, skoro „klamka już zapadła”, aby najpierw przygotować merytorycznie i metodycznie odpowiednią liczbę ekspertów-edukatorów, którzy kompetentnie i ze znajomością tematu, podczas kilku spotkań informacyjno-szkoleniowych, w formule warsztatowej, organizowanych w niewielkich grupach przedmiotowych, umożliwiających rzeczywistą wymianę myśli, wyposażyli owych realizatorów tej reformy nie tylko w wiedzę czego ona dotyczy, ale przede wszystkim zademonstrowali formy pracy z uczniami, dzięki którym będzie mogla być ona RZECZYWIŚCIE wdrożona.
Lecz to jeszcze nie wszystkie paradoksy i oszustwa, jakie głosi ministra edukacji. W tekście zamieszczonym na portalu „Prawo.pl” przeczytałem zapis takiej wypowiedzi ministry na owym spotkaniu w Lubrzy:
„Przede wszystkim w tej reformie chodzi o to, żeby uczniowie zdobywali wiedzę i to tę wiedzę głęboką, czyli tę wiedzę, która pozostanie z nimi na całe życie, ale równocześnie zdobywali pewne kompetencje, kompetencje osobiste, kompetencje społeczne, umiejętności wykorzystania tej wiedzy i to poczucie sprawczości, czyli że szkoła i wiedza daje im to poczucie, że mają wpływ na swoją rzeczywistość i na rzeczywistość ją otaczającą”
Tylko jak taki – bardzo rozwojowy i szczytny – cel edukacyjny mają osiągać uczniowie, jak mają im to ułatwiać – stwarzając odpowiednie po temu warunki – nauczyciele, jeśli nadal najważniejszym w praktyce celem będzie uzyskanie jak najlepszych wyników na egzaminach ósmoklasisty i maturalnym? Czy jeden w roku szkolnym „tydzień projektowy” to umożliwi, jeżeli w pozostałych tygodniach uczniowie będą czuli się zmuszeni do zdobywania (na zasadzie „trzech Z”) wiadomości, niezbędnych do zaliczenia kolejnego testu, uniknięcia „jedynki” na kolejnej kartkówce – bo to popsuje im „średnią ważoną” i wpłynie na klasyfikację końcoworoczną?
A o obietnicy że w wyniku wdrożenia tej reformy uczniowie zdobędą „pewne kompetencje, kompetencje osobiste, kompetencje społeczne, umiejętności wykorzystania tej wiedzy i to poczucie sprawczości, czyli że szkoła i wiedza da im to poczucie, że mają wpływ na swoją rzeczywistość i na rzeczywistość ją otaczającą” czyli że szkoła i wiedza daje im to poczucie, że mają wpływ na swoją rzeczywistość i na rzeczywistość ją otaczającą” nie podejmuję się komentować – niechaj wypowiedzą się eksperci – nie tylko od edukacji, ale przede wszystkim logicy…
To samo źródło {Prawo.pl] odnotowało wypowiedź Nowackiej, że pomimo tego, iż „prezydent Karol Nawrocki zawetował nowelizację Prawa oświatowego. Miała ona umożliwić m.in. wdrożenie etapami „Reformy 26. Kompas Jutra”, […] to reforma wejdzie w życie, a zmiany podstawy programowej mają być wprowadzane rozporządzeniami.”
I dlatego podzielę się z Wami jeszcze jedną refleksją:
Nie znam się na zasadach i regułach egzekwowania prawa, a prawa oświatowego w szczególności, ale pomyślałem sobie o takiej, hipotetycznej, możliwości, że ktoś, niezadowolony z takiej metody zmuszania pracowników systemu szkolnego do wdrażania tej reformy, może zaskarżyć do sądu ten sposób działania władzy oświatowej, czyli do zmuszania ich, aby realizowali postanowienia zapisane w rozporządzeniu, które powinno być aktem wykonawczym do zapisów ustawy – w przypadku gdy takich zapisów w ustawie nie ma….
Włodzisław Kuzitowicz
O krytycznej ocenie fińskiego systemu edukacji przez „polską badaczkę z Helsinek”
Słowo się rzekło – kobyłka u płota. Obiecałem przed tygodniem nowy cykl niedzielnych tekstów, które w miejsce zamieszczanych do owej niedzieli „prawie felietonów”, będą miały charakter esejów, to znaczy takiej formy wypowiedzi, w której autor prezentuje swój punkt widzenia na wybrany temat, problem, wydarzenie, przytaczając je jako punkt wyjścia, podając wiarygodne źródła tych informacji.
A więc – do rzeczy!
Impulsem do napisania tego eseju stal się post, zamieszczony wczoraj na fenpage ”NIE dla chaosu w szkole”. Przytaczam go bez skrótów – wyróżnienie podkreśleniami i pogrubioną czcionką jego fragmentów – WK:
Polecamy! Polska badaczka z Helsinek o kryzysie fińskiej szkoły w kontekście polskich reform… Przeczytajcie niżej, co fińscy nauczyciele uznają dziś za błędne rozwiązania, bo u nas są one właśnie wdrażane jako obiecujące nowinki!
Fińska szkoła została w dużym stopniu sztucznie wypromowana. Dzięki sprawnemu marketingowi i świetnym wynikom sprzed kilkunastu lat uczyniono z rozwiązań na polu edukacji towar eksportowy. Tym czasem w fińskich szkołach od dekady dzieje się źle. Jednym z symptomów narastającego kryzysu jest zdecydowany spadek wyników uczniów w badaniach PISA.
Z fińskich szkół wykruszają się nauczyciele, frustracja i rozczarowanie szkołą sprawiły, że zawód przestał być pożądany i prestiżowy. Nauczyciele tak opisują przyczyny pogorszenia się efektywności ich pracy – warto te punkty przeczytać, bo we wszystkie brnie obecnie polska szkoła:
-edukacja włączająca w imię niewykluczania nikogo z ogólnie dostępnej „standardowej” edukacji, bez względu na ewentualne specjalne potrzeby dziecka;
-błędne założenie, że motywacja do nauki musi wynikać z autonomicznych decyzji uczniów, a nie z zewnętrznych bodźców dostarczanych przez nauczyciela;
-bezkrytyczne zaufanie do tzw. ekspertów edukacyjnych i ich wpływ na sposób pracy w szkołach;
-chaotyczne wprowadzanie nowinek i „projektów” narzucanych szkołom np. przez gminy, które otrzymują zewnętrzne finansowanie na przeprowadzanie „projektów” zajęć szkolnych z różnych tematów; rozbija to spójność, zaburza tok nauczania przedmiotowego;
-wprowadzenie do klas nowych technologii, rozdawanie uczniom laptopów bez przemyślenia, do czego mieliby oni ich używać; zachęcanie przez instytucje kształtujące politykę edukacyjną do używania przez dzieci smartfonów podczas lekcji w imię realizacji ideału „równych szans edukacyjnych”;
-prowadzenie elektronicznych dzienników i kanałów komunikacji z rodzicami, a także obowiązek ciągłego monitorowania wiadomości od rodziców i odpisywania na nie oraz ogólne przeciążenie nauczycieli „papierkową robotą”.
Źródło: www.facebook.com/NIEdlachaosuwszkole/
No, to teraz moja kolej:
Pierwsze co zwróciło moją uwagę to ucieczka zamieszczającej ten tekst osoby od podania kto to ta „polska badaczka z Helsinek”. A przecież zamieścili pod fotką link do cytowanego źródła – „Kryzys fińskiej edukacji. Czy to na pewno model dla Polski?”, a nawet nazwę podmiotu, który ten tekst opublikował – Instytut Spraw Obywatelskich – pozarządowej organizacji społecznej, niezależnej od partii politycznych i korporacji, powstałej w 2004 roku, z siedzibą w Łodzi przy ul. Pomorskiej. Warto poznać skład jej zarządu, rady programowej i ekspertów – TUTAJ
Tam dowiedziałem się, że jego autorką jest Justyna Pierzyńska – owa „polska badaczka z Helsinek
Tak przy okazji – polecam jego lekturę – TUTAJ
x x x
Gdy kolejny raz czytałem jakie to fragmenty z owego obszernego felietonu Pani Doktor nauk społecznych Uniwersytetu w Helsinkach wybrano w inkryminowanym tekście z fanpage „NIE dla chaosu w szkole”, uderzyło mnie w nim skoncentrowanie się na krytyce elementów systemu fińskiego, mających swoje odniesienia w najczęściej krytykowanych pomysłach MEN, zawartych w projekcie „Kompas Jutra” oraz innych, rozwiązaniach, proponowanych w ostatnich miesiącach przez kierownictwo resortu edukacji.
I wtedy postanowiłem przypomnieć kto kryje się pod szyldem „NIE dla chaosu w szkole”.
Otóż grupę „NIE dla chaosu w szkole” tworzy szeroka koalicja organizacji, instytucji, ruchów społecznych, rodziców i nauczycieli, która powstała w 2016 roku – w sprzeciwie wobec reformy edukacji Anny Zalewskiej. Są to m.in.: Obywatele dla Edukacji, Przestrzeń dla Edukacji, Stowarzyszenie Rodzice dla Edukacji, Społeczne Towarzystwo Oświatowe, Krajowe Forum Oświaty Niepublicznej, Komitet Obrony Demokracji, Społeczny Monitor Edukacji, Evidence Institute i… Związek Nauczycielstwa Polskiego…
Czyżby przy tej okazji było to, bardzo zawoalowany, protest tego nauczycielskiego związku zawodowego wobec projektu MEN, którym wszak kierują osoby, wywodzące się z bardzo bliskich temu związkowi partii politycznych?
Można by ów fejsbukowy tekst analizować z wielu punktów widzenia, ale ja na tym poprzestanę i odsyłam na fb-profil Pawła Lenckiego (bo i on w tekst zauważył i „nie odpuścił mu”), i polecam iczne komentarze, jakie pod tym postem pojawiły się.
Włodzisław Kuzitowicz
Zapraszamy do lektury zapisu wywiadu, który redaktor OE przeprowadził z Krzysztofem Rokickim. Jest on magistrem pedagogiki specjalnej – spec. pedagogika resocjalizacyjna i profilaktyka społeczna, pedagogika szkolna i terapia pedagogiczna, a poza tym posiada kwalifikacje dodatkowe, „Oligofrenopedagogika – edukacja i rehabilitacja osób z niepełnosprawnością intelektualną”, zdobyte w trybie studiów podyplomowych na UŁ w 2019 roku
Aktualnie pracuje on w Powiatowym Zespole Szkół i Placówek Oświatowych (PZSiPO) w Brzezinach. Placówka ta kształci uczniów z różnymi rodzajami niepełnosprawności – w tym z niepełnosprawnościami sprzężonymi, ale również uczniów z autyzmem, zespołem Aspergera oraz afazją, w takich formach jak:
>Zespół Wczesnego Wspomagania Rozwoju Dziecka. Jest to bezpłatna forma pomocy dla dzieci w wieku do 7 r.ż., u których stwierdzono deficyty rozwojowe.
>Szkoła Podstawowa dla uczniów z różnymi rodzajami niepełnosprawności, także z niepełnosprawnościami sprzężonymi.
> Szkoła Przysposabiająca do Pracy, która kształci uczniów z niepełnosprawnością intelektualną w stopniu umiarkowanym i znacznym oraz niepełnosprawnościami sprzężonymi,
>Zespoły rewalidacyjno-wychowawcze. Jest to forma realizowania obowiązku szkolnego przez dzieci i młodzieży w wieku od 3 do 25 lat = z orzeczeniem głębokiej niepełnosprawności intelektualnej.
Pan Krzysztof Rokicki realizuje swoje zadania pedagoga specjalnego prowadząc zajęcia takie jak: rewalidacja, pomoc psychologiczno-pedagogiczna, funkcjonowanie osobiste i społeczne, rozwijanie mowy i komunikacji, rozwijanie kreatywności. Ponadto jest koordynatorem zespołu d.s. promowania PZSiPO w środowisku lokalnym. Prowadzi także dwa pozalekcyjne koła zainteresowań; muzyczne oraz fotograficzne. Wraz z uczniami założył szkolną telewizję internetową.
To dość obszerne wprowadzenie poprzedza właściwy tekst wywiadu, gdyż o tym wszystkim powinniście wiedzieć, zanim dowiecie się o drodze, którą Pan Krzysztof przeszedł od dnia, w którym przecięły się nasze – to znaczy Jego i prowadzącego wywiad redaktora OE – drogi życiowe. A stało się to we wtorek 1 września 1998 roku, kiedy został on uczniem Zasadniczej Szkoły Zawodowej w Zespole Szkół Budowlanych nr 2 w Lodzi, którego kolejny, szósty rok, dyrektorem był autor tego tekstu, dzisiaj twórca i redaktor „Obserwatorium Edukacji” .
Pan Krzysztof Rokicki podczas próby zespołu muzycznego „My Szaleni”, złożonego z uczniów PZSiPO w Brzezinach
Od stolarza – do człowieka, który dobro pomnaża
W.K. – Panie Krzysztofie, czy pamięta Pan jakie okoliczności sprawiły, że po ukończeniu szkoły podstawowej w Lipinach, jako mieszkaniec tej miejscowości, zdecydował się rozpocząć naukę w ZSB nr 2 w Łodzi – i to w klasie 3-letniej Zasadniczej Szkoły Zawodowej, a nie przystąpił Pan do egzaminu wstępnego do technikum?
K.R. – W szkole podstawowej często słyszałem tekst, że jestem zdolny ale leniwy. Czasami musiałem udowadniać, że daną pracę wykonałem samodzielnie. Panie nauczycielki często mi wmawiały, że w szkole średniej nie dam sobie rady. Z takim przekonaniem szukałem zasadniczej szkoły zawodowej i wybrałem taką, która prowadziła nauczanie w zawodzie „stolarz” – bo zawsze lubiłem pracę w drewnie. Wybrałem taką szkołę, bo zostałem przez nauczycielki przekonany, że w technikum nie dam sobie rady.
W.K. – Jak zapamiętał Pan te trzy lata nauki zawodu „stolarz”? Jakich spotkał Pan tam nauczycieli, także tych nauczycieli zawodu? I tych od praktycznej nauki zawodu? Może ktoś z nich miał wpływ na kolejną decyzję o kontynuowaniu Pana edukacji?
K.R. – Te trzy lata wspominam bardzo dobrze. Okazało się, że w kolejnych klasach tej „zawodówki” miałem same oceny bardzo dobre. Trudno jest mi przypomnieć sobie wszystkie nazwiska nauczycieli zawodu, lecz pamiętam że byli to prawdziwi fachowcy w swoich dziedzinach. Natomiast praktyczną naukę zawodu nie odbywałem w warsztatach szkolnych, ale – wyjątkowo – w prywatnym zakładzie stolarskim w Lipinach, gdzie mieszkałem. Zakład ten prowadził św. pamięci Pan Adam Borecki, któremu teraz dziękuję – bo to przede wszystkim On zrobił ze mnie prawdziwego stolarza.
W szkole osobą, która przez cały okres nauki dawała mi poczucie własnej wartości, był wychowawca naszej klasy – Pan Jerzy Weber, nauczyciel j. polskiego. Zawsze mi powtarzał, że daleko zajdę w życiu i ciągle mnie wspierał. To dzięki niemu zdecydowałem się kontynuować naukę w technikum. Rodzice byli ze mnie dumni, ponieważ co roku zdawałem z nagrodą, a oni otrzymywali gratulacje.
W.K. – Jako dyrektor tej szkoły pamiętam przede wszystkim ucznia Rokickiego, który podczas uroczystości szkolnych uświetniał je grą na organach elektronicznych (keyboard) oraz na akordeonie. Gdzie Pan zdobył umiejętność gry na tych instrumentach?
K.R. – Zawsze byłem i jestem samoukiem w tej dziedzinie. W mojej rodzinie muzyka i śpiewy zawsze gościły. Brat grał na akordeonie i keyboardzie i chyba to on zaszczepił we mnie tę pasję. Nie wiem czy pan dyrektor pamięta, ale pan również przyczynił się do rozwinięcia mojej pasji muzycznej. W szkole udostępnił nam pan jako dyrektor tzw. „bunkier muzyczny”, w którym znajdowały się gitary, nagłośnienie, perkusje – jednym słowem cały sprzęt muzyczny. To właśnie w ZSB nr 2 spotkaliśmy się w kilka osób i założyliśmy zespół muzyczny, który potem przez ponad 20 lat uświetniał profesjonalnie różne imprezy –okolicznościowe (np. wesela) i muzyczne. Do tej pory mamy wszyscy ze sobą kontakt i czasami spotykamy się, aby rekreacyjne pograć i przypomnieć sobie stare dobre czasy.
W.K. – Pamiętam, że jako absolwent ZSZ kontynuował Pan naukę w ZSB-2 w technikum, w zawodzie technik technologii drewna. Co Pan pamięta z egzaminu po ZSZ oraz egzaminu zawodowego po technikum”? Czy umiejętności, których posiadanie Pan tam potwierdził przydały się później w życiu? W jakich okolicznościach?
K.R. – Po skończeniu ZSZ przystąpiłem do egzaminu czeladniczego w Cechu – bo zajęcia praktyczne nie realizowałem w szkolnych warsztatach, a pod okiem zrzeszonego w cechu majstra stolarskiego – wspomnianego pana Adama Boreckiego.Egzamin miał dwie formy: praktyczną i teoretyczną. Pamiętam jak mocno się stresowałem. Umiejętności które zdobyłem, przyczyniły się do tego, że później wiele osób czekało w kolejce, żebym to ja im wykonał konkretną pracę. Idąc do technikum umiałem już zadbać o siebie finansowo. Pamiętam taką sytuację, kiedy po latach, ddy szukałem swojego miejsca jako pedagog, musiałem – między jedną a drugą pracą – odczekać 3 miesiące. Był wtedy zastój w znalezieniu pracy w tym zawodzie. I wtedy, żeby mieć ciągłość ubezpieczenia oraz żeby zadbać o rodzinę, znalazłem na 3 miesiące pracę jako dekarz, wykorzystując do tego celu świadectwo potwierdzające kwalifikacje w zawodzie „Technik technologii drewna”.
W.K. – Jak Pan wspomina, zdany w maju 2004 roku, egzamin maturalny? Z których przedmiotów osiągnął Pan najwyższe oceny? Czy wynik matury zaważył na Pana dalszych planach życiowych?
K.R. – Przed maturą bardzo się stresowałem. Mocno wspierali mnie rodzice, za co im serdecznie dziękuję. Pamiętam, że to od nich otrzymywałem w tym okresie zastrzyk pozytywnej energii. Całe technikum moim oczkiem w głowie była matematyka. W tej dziedzinie czułem się bardzo dobrze. Paradoksem jest, że w szkole podstawowej głównie dzięki Pani od matematyki nie podjąłem decyzji o nauce w technikum. Na maturze chciałem z matematyki przystąpić do egzaminu ustnego. Pamiętam jak dziś, kiedy panie nauczycielki matematyki stwierdziły, że podejmując taką decyzję jestem chyba samobójcą. Uświadomiły mi, że zakres egzaminu ustnego jest bardzo obszerny i mogę nie podołać jego wymaganiom. W ostatniej chwili, po rozmowach z Panią Serwatką, zmieniłem decyzję na fizykę, do której zostałem kompleksowo przygotowany. Choć z egzaminu z matematyki zrezygnowałem, to i tak wiedzę z matematyki, przyswojoną podczas fakultetów z matematyki, prowadzonych przez Panie Ciesielkę oraz Gałwę, do dzisiaj pamiętam. Z języka polskiego, z którego nie byłem zbyt dobry, dzięki pomocy Pana Webera i Pani Witkowskiej-Pietrzak, udało mi się zdać egzamin.
Przypominam sobie, że ostatniego wieczoru kiedy już sobie porządkowałem w głowie wiedzę, w oczy rzuciła mi jedna z lektur, jaką była „ Granica” Nałkowskiej i losy Zenona Ziembiewicza. Uświadomiłem sobie, że na ten temat nic nie wiem. Zacząłem doczytywać i analizować różne opracowania – bo nie miałem już możliwości, aby „źródłowo” zgłębić temat. Podczas egzaminu ustnego stało się coś niesamowitego. Losując przed komisją pytania, wylosowałem właśnie taki zestaw, w którym – między innymi – musiałem opowiedzieć o losach Zenona Ziembiewicza. Ponieważ dzięki Bogu (bo tak to sobie tłumaczę) byłem z tematem (od bardzo niedawna) na bieżąco – zdałem egzamin ustny na wysoką ocenę.
W.K. – Wiem, (bo byłem wtedy wykładowcą w tej uczelni), że w 2006 roku rozpoczął Pan studia licencjackie w Wyższej Szkole Pedagogiczne. A co Pan robił przez te dwa lata, zanim podjął decyzję o kontynuowaniu kształcenia na poziomie szkoły wyższej?
K.R. – Po tym jak ukończyłem technikum, zacząłem pracować w zawodzie jako stolarz, dorabiając jeszcze jako pomocnik ślusarza – pracowałem razem z tatą na ślusarni. Bardzo miło wspominam ten czas, ponieważ pracując w swoim zawodzie jako stolarz, czułem się naprawdę fachowcem w swojej dziedzinie i widziałem, że ludzie to doceniają, zabiegając o moje usługi.
W.K. – Dlaczego, decydując się na rozpoczęcie studiów wyższych, wybrał Pan pedagogikę resocjalizacyjną z profilaktyką społeczną?
K.R. – Pracując jako stolarz poznałem księdza salezjanina, który udzielał się w Zakładzie Poprawczym dla chłopców w podłódzkim Ignacewie. Między innymi jeździł on z trudną młodzieżą na spływy kajakowe. I to on zaproponował mi kiedyś, abym mu pomógł w muzycznej oprawie mszy w zakładzie poprawczym, grając na akordeonie. To właśnie tam zrozumiałem, że znajduję z tą młodzieżą wspólny język, a oni nie każdego akceptują. Wracając zapytałem, co trzeba mieć skończone żeby z nimi pracować. Wtedy pierwszy raz usłyszałem słowo resocjalizacja. Zacząłem temat zgłębiać i pamiętam, jak poinformowałem moich rodziców, że chce iść na studia wyższe.
W.K. – Jakie były Pana kolejne miejsca pracy po uzyskaniu tytułu magistra pedagogiki?
K.R. – Oj dużo tego było zanim znalazłem swoje miejsce na ziemi, tu gdzie teraz pracuję – w PZSiPO w Brzezinach. Postaram się je tu wszystkie wymienić:
– Przez 10 lat działałem – jako wolontariusz – w Zakładzie Poprawczym, a równolegle – przez 6 lat – jako wolontariusz w świetlicy środowiskowej o.o Franciszkanów przy ul Krasickiego w Łodzi,
– Sprawowałem pieczę nad świetlicami środowiskowymi w gminie Nowosolna , i pełniłem tam funkcję pełnomocnika wójta ds. uzależnień. Byłem przewodniczącym Gminnej Komisji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, wiceprzewodniczącym w Zespole Interdyscyplinarnym. Odpowiadałem tam za sport i turystykę i z tego powodu byłem również w powiatowej radzie sportu w powiecie Łódzkim Wschodnim,
-Byłem nauczycielem-wychowawcą świetlicy w szkole podstawowej, nauczycielem wspomagającym w trzech szkołach, pedagogiem szkolnym w dwuch szkołach,
-Koordynatorem Rodzinnej Pieczy Zastępczej w Łodzi’
– Asystentem osób niepełnosprawnych w Stowarzyszeniu Rodzin Działających na rzecz Zdrowia Psychicznego. „DLA RODZINY” w Łodzi’
– Dyrektorem Centrum Promocji i Kultury w Brzezinach.
Aktualnie jestem nauczycielem w PZSiPO w Brzezinach
W.K. – Co stało za decyzją o kolejnych studiach – tym razem podyplomowych na UŁ – akurat w zakresie oligofrenopedagogiki?
K.R. – Od dawna marzyła mi się praca z uczniami z niepełnosprawnością intelektualną. Gdy nadarzyła się okazja pracy w takiej placówce, nie wahałem się nawet chwili. Warunkiem było zrobienie oligofrenopedagogiki jako studiów podyplomowych.
W.K. – Od kiedy pracuje Pan w PZSiPO w Brzezinach i jak Pan tam trafił?
K.R. – Pracę w PZSiPO w Brzezinach rozpocząłem w 2019 roku, więc jest to już prawie 6 lat. A było to tak: Dowiedziałem się, że zwolniło się w tej placówce stanowisko pracy nauczyciela i udałem się do dyrekcji, zapewniając, że stanę na wysokości zadania. Od znajomych wiedziałem, że kadra tej placówki jest na bardzo wysokim poziomie profesjonalizmu. Nie ukrywam, że trochę się bałem czy sprostam wymaganiom. Okazało się, że trafiłem do placówki, która pozwoliła mi dalej się rozwinąć, uzyskać kolejne stopnie awansu zawodowego nauczyciela. Wiele si od moich kleżanek i kolegów z pracy nauczyłem i cały czas się uczę. Piszę i realizuję projekty, zostałem wiceprzewodniczącym Stowarzyszenia „INNI” działającego na rzecz uczniów Powiatowego Zespołu Szkół i Placówek Oświatowych w Brzezinach, czyli dla dzieci z niepełnosprawnością intelektualną. Wiem jedno – w tej szkole osiągam powoli pełnię swoich zawodowych ambicji, za co dziękuję dyrekcji i całej kadrze. Mogę śmiało powiedzieć że tworzymy jedną wielką rodzinę, w której zawsze można na siebie liczyć.
W.K. – O jakich trudnościach, ale i sukcesach, w pracy w tej placówce chciałby Pan opowiedzieć?
K.R. – Ta praca nauczyła mnie, że nie wszystko z założonych celów jesteśmy wstanie osiągnąć. W tej pracy człowiek musi się nauczyć schodzić ze swojego ego. Nauczyłem się, że w pojedynkę nie jestem wstanie osiągnąć wymiernych rezultatów wychowawczych, bo tylko zgrana praca zespołowa przynosi efekty w pracy z naszymi dziećmi. Sukcesem w tej pracy mogę nazwać systematyczną i efektywną pracę z uczniem z autyzmem, któremu inne tego typu placówki nie potrafiły pomóc. Myślę, że o szczegółach nie będę opowiadał , bo to jest temat na inną rozmowę.
Udało mi się również założyć szkolny zespół muzyczny pod nazwą „MY SZALENI” – taką nazwę wybrali sami uczniowie. Od kilku lat systematycznie nagrywamy znane utwory w innych aranżacjach muzycznych. Mamy już kilka teledysków zamieszczonych na fejsbukowej stronie naszej szkoły.
Zapraszam serdecznie do polubienia naszej szkoły na fejsbuku – tam jest więcej informacji o tym co robimy. Mamy również założoną stronę „Stowarzyszenie INNI”, którą również zachęcam aby polubić.
W.K. – Panie Krzysztofie, na zakończenie naszej rozmowy nie mogę nie zapytać o jeszcze jeden aspekt Pana drogi życiowej: Czy w nawale licznych prac i działań, podejmowanych dla dobra innych, znalazł Pan czas na swoje własne, prywatne życie? Czy założył pan rodzinę?
K.R. – Oczywiście że znalazłem czas na życie osobiste. Bez tego nie potrafię sobie wyobrazić siebie w tym świecie. Od 2013 roku jestem szczęśliwym mężem . Wraz z żoną zawsze możemy na siebie liczyć. Mamy dwie wspaniałe córeczki – Laurkę i Klarcię. To właśnie moje dziewczyny napędzają mnie do działania. Rodzina daje mi pełnię radości i to dzięki nim czuję się naprawdę spełnionym człowiekiem
W.K. – Bardzo dziękuję za poświęcony temu wywiadowi czas, a przede wszystkim za to, że – aby go udzielić – przyjechał Pan ze swojego miejsca zamieszkania do Łodzi, bez czego niemożliwy byłby nasz osobisty kontakt. Życzę Panu satysfakcji z pracy w tak wymagającej placówce, kolejnych – z sukcesem zrealizowanych projektów i wszelakiej szczęśliwości w życiu rodzinnym!
Włodzisław Kuzitowicz
Wszystkie polskie media na pewno już przypomniały o dzisiejszej 45 rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych. Ale redaktor OE postanowił napisać ten esej wspomnieniowy o innej – nam „ludziom edukacji” bliższej – rocznicy. O genezie owego wspomnienia – poniżej:
Dziwnym zbiegiem okoliczności, przed kilkunastoma dniami wpadła mi podczas zaglądania do dawno nieodwiedzanych miejsc w mieszkaniu torba, którą otrzymywali wszyscy uczestnicy pewnego ważnego wydarzenia edukacyjnego:
Jak widzicie, jest na niej nie tylko nazwa tego wydarzenia, ale i data, kiedy się ono odbyło. I dzięki temu uświadomiłem sobie, że właśnie zbliża się 10. rocznica tego Kongresu, którego byłem – w roli redaktora „Obserwatorium Edukacji” – uczestnikiem. Wtedy były to dwa dni weekendu – sobota i niedziela. Uczestnictwo w Kongresie było bezpłatna, kongres odbywał się w Międzynarodowym Centrum Kongresowym w Katowicach, a uczestnikom organizatorzy zapewnili noclegi w katowickich hotelach. Mało tego – na dworcach – kolejowym i autobusowym w Katowicach oczekiwały na przyjeżdżających uczestników podstawione przez organizatorów autobusy, którymi byli oni dowożeni pod gmach Centrum Kongresowego.
Dlaczego uznałem, ze powinienem przypomnieć Czytelniczkom i Czytelnikom – tym, którzy już o nim zapomnieli, ale także poinformować tych młodszych – aby wiedzieli , że takie ewenty ówczesne Ministerstwo Edukacji i podlegający mu Instytut Badań Edukacyjnych – już po raz trzeci – zorganizowali? Bo działo się to wszystko na prawie 2 miesiące przed wyborami do Sejmu i Senatu, które odbyły się 25 października, a których wyniki Państwowa Komisja Wyborcza ogłosiła w dniu 28 października.
Przypomnę, że zdobyte głosy pozwoliły na uzyskanie przez zwycięskie partie następującej liczby mandatów:
W Sejmie: Prawo i Sprawiedliwość – otrzymało 235 mandatów,Platformie Obywatelskiej przypadło 138 mandatów, ruchowi Kukiz’15 – 42 mandaty, Nowoczesnej – 28 mandatów, Polskiemu Stronnictwu Ludowemu – 16 mandatów, a Mniejszości Niemieckiej – 1 mandat.
W Senacie: Komitet Wyborczy Prawo i Sprawiedliwość – 61 mandatów, Komitet Wyborczy Platforma Obywatelska RP -34 mandaty. Pozostałe 5 Komitetów – po 2 mandacie.
Tak ukonstytuowany Parlament wybrał nowy rząd, a 6 listopada 2015 r. Andrzej Duda powołał Beatę Szydło na urząd Prezesa Rady Ministrów oraz Radę Ministrów, w której Ministrem Edukacji została Anna Zalewska. Coco w edukacji dzialo się od tej daty, a także przez kolejne lata, gdy zastąpił ją – najpierw Dariusz Piontkowski (od 4 czerwca 2019 do 19 października 2020 r.), a po nim Przemysław Czarnek (od 19 października 2020 do 27 listopada 2023) – to już możecie sobie sami przypomnieć. Pomocne w tym może być „Obserwatorium Edukacji” – zawsze możecie kliknąć na zakładki: „Aktualności”, „Artykuły i multimedia” oraz „Felietony”.
Postanowiłem przypomnieć ten III Kongres, bo warto dziś mieć świadomość w jakim momencie procesu ewolucji naszego systemu edukacji został on przerwany – także po to, aby uświadomić sobie, czy aktualnie kierująca resortem edukacji ekipa prowadzi politykę nawiązującą do tamtego okresu, czy może, mając ambicję typu „My jesteśmy lepsi – zrobimy to jeszcze lepiej” – po prostu, podobnie jak czynili to pisowsy ministrowie, także zaprzepaszcza szanse na realne dostosowanie polskiego systemu edukacji do wyzwań przyszłości.
A teraz pora na przywołanie utrwalonych w pamięci OE relacji z owego 3 Kongresu Polskiej Edukacji:
29 sierpnia
„Razem zmieniamy szkołę” – to hasło III Kongresu Polskiej Edukacji – TUTAJ
31 sierpnia
3 Kongres Polskiej Edukacji – dzień pierwszy – TUTAJ
1 września
3 Kongres Polskiej Edukacji – dzień drugi – TUTAJ
W niedzielę 6 września, mając ogólną wiedzę o tzw. „nastrojach przedwyborczych”, zamieściłem Felieton nr 89. zatytułowany „Łabędzi śpiew” czy zalążki „edukacyjnego ruchu oporu”? – TUTAJ
Przeczytajcie ten tekst, bo dowiecie się tam nie tylko o skomplikowanych procedurach przygotowawczych do owego Kongresu, ale także kilka moich ogólniejszych refleksji pokongresowych. Zacytuję jeden tylko fragment:
„Charakterystycznym dla wszystkich oficjalnych wypowiedzi (w tym – minister Kluzik-Rostkowskiej) było pomijanie kontekstu politycznego całego wydarzenia, tego że po październikowych wyborach wszystkie wnioski tego Kongresu, z taką pieczołowitością zapisywane przez moderatorów poszczególnych paneli i gromadzone przez głównego koordynatora – Wojciecha Dudziaka, mogą pójść do kosza. Tego na papiery i tego w komputerach resortowych…”
Kończąc ten esej postanowiłem uzupełnić zawarte w nim informacje, zamieszczając jedyne dostępne mi dzisiaj źródła informacji (bo te wydarzenia działy się jeszcze przed uruchomieniem OE i nie mogę odwołać się do własnych relacji), że ów 3 Kongres był kontynuacją linii, wytyczonej przez oba poprzednie Kongresy:
I Kongres Edukacji Polskiej w Warszawie – pod hasłem „Jakość edukacji powstaje w szkole”
(5-6 czerwca 2011) – TUTAJ i TUTAJ
II Kongres Polskiej Edukacji w Warszawie – pod hasłem: „Współpraca, odpowiedzialność, autonomia” (14-16 czerwca 2013) – TUTAJ i TUTAJ
Włodzisław Kuzitowicz













