Archiwum kategorii 'Felietony'

Dziś jeszcze „na roboczo”, bo za tydzień będzie „okolicznościowo”… Przeto bez zbędnych wstępów – do roboty. Podobnie jak przed tygodniem – temat dzisiejszego felietonu także „podrzucono mi” na Messenger’a. Pewien dobry znajomy i wierny czytelnik tekstów na OE przesłał mi info o zamieszczonym 30 listopada w krakowskim dodatku „Gazety Wyborczej” tekście, zatytułowanym „Uczennica wyproszona z debaty oksfordzkiej, bo ‚niewłaściwie siedziała’ na ławce”.

 

Aby wprowadzić Czytelników w temat, zanim zacytuję fragment tego artykułu, muszę poinformować, że cała „problemowa” sytuacja wydarzyła się w październiku przed krakowskim 44 LO, które tego dnia było organizatorem debaty oksfordzkiej, na którą to przyszła tam grupa uczennic i uczniów z Kolegium Europejskiego – prywatnego, także krakowskiego, liceum. A oto jak samo zdarzenie zrelacjonowała jego główna bohaterka w rozmowie z Olgą Szpunar – autorką artykułu:

 

Przed debatą siedziałam na szkolnym dziedzińcu na ławce. W pewnym momencie podszedł do mnie starszy pan i zapytał, co tu robię. Odpowiedziałam, że przyszłam debatować. Wtedy usłyszałam, że „niewłaściwie siedzę”, a w ogóle najlepiej byłoby, gdybym wstała, jak do niego mówię. Gdy spytałam, na czym polega moje niewłaściwe siedzenie, zaczął krzyczeć, że jestem bezczelna i że po debacie mam przyjść do niego do gabinetu. Dopiero wtedy zorientowałam się, że to dyrektor szkoły, bo wcześniej mi się nie przedstawił. Poinformowałam go, że nie jest moim dyrektorem i do niego nie przyjdę. Wtedy powiedział, że nie mam wstępu do jego szkoły.

 

Z dalszej części artykułu można dowiedzieć się, że ów „starszy pan” – Mariusz Graniczka, dyrektor 44 LO – dopuścił ową grupę do uczestnictwa w debacie dopiero po spektakularnych przeprosinach, odebranych nie tylko od owej „winnej” niewłaściwego siedzenia, ale od całej grupy z którą tam przyszła. O tym wydarzeniu dowiedzieli się rodzice jednego z uczniów Kollegium i napisali list do dyr. Graniczki:

 

Zażądał Pan przeprosin od całej drużyny za jakieś wyimaginowane, niewłaściwe zachowanie, którego mieli młodzi ludzie dopuścić się w stosunku do Pana. Takie dodatkowe upokorzenie, aby pokazać, kto ma władzę i „kto tu rządzi”. […] Pana zachowanie jest wyrazem buty, pychy i braku elementarnego wychowania. Jest porażką Pana jako pedagoga. Jest także wyrazem braku szacunku dla drugiego człowieka i przekonania o własnej nieomylności.”

 

Zainteresowanych większą ilością szczegółów tego zdarzenia i jego kontekstów odsyłam do artykułu w „Gazecie Wyborczej” – TUTAJ

 

Z nabytego już dziennikarskiego nawyku, postanowiłem dowiedzieć się trochę więcej kim jest ów „pryncypialny” dyrektor Graniczka. Nie trzeba było długo szukać, aby dotrzeć do całej serii artykułów sprzed paru lat, z których wyłania się sylwetka „smoleńskiego” patrioty, ale przede wszystkim osoby „twardą, konserwatywną ręką” zarządzającego do niedawna Gimnazjum nr 1, które do końca roku szkolnego 2017/2018 działało w tym samym co aktualnie 44 LO, budynku. Przywołam tu, dla ilustracji, kilka tych publikacji:

 

Czytaj dalej »



Na wstępie muszę przeprosić Szanownych Czytelników, że tekst ten tylko w części będzie miał cechy felietonu, ale jago temat na tyle mnie zbulwersował, że postanowiłem nie tylko zaprezentować w nim moje na ten temat wątpliwości i poglądy, ale ze względu na ich wagę – podeprzeć je materiałami źródłowymi.

 

Wszystko zaczęło się w środę (27 listopada), kiedy to na Messengerze przeczytałem taki oto tekst, nadesłany przez zaprzyjaźnioną nauczycielką, zaangażowaną w pozytywne zmienianie szkoły (nie tylko tej w której pracuje):

 

Przerażający (bo każdy może nas szkalować) ustęp o życiu prywatnym:


Ministerstwo Edukacji Narodowej w odpowiedzi na interpretację poselską nr 34666 interpretuje uchybienie godności zawodu nauczyciela jako: „Z pewnością zachowania sprzeczne z ogólnie przyjętym normami społecznymi (agresja, używanie wulgaryzmów), polegające na łamaniu przepisów prawa, zarówno przepisów karnych (fałszowanie dokumentów), jak i przepisów z zakresu prawa pracy (mobbing), należy uznać za zachowania naruszające godność każdego zawodu. Szczególnie takiego, który społecznie postrzegany jest jak zawód zaufania publicznego.”
Co więcej, w tej samej odpowiedzi, MEN podkreśla, że te przesłanki nie dotyczą tylko życia zawodowego nauczyciela, ale także prywatnego.”

 

Zacytowany przez nią tekst był fragmentem artykułu z „Gazety Prawnej”, do którego dołączyła link, komentując na zakończenie tę „przesyłkę” tymi słowami:

 

Podzieliłam się, bo ogarnia mnie coraz większe przerażenie.

 

Jako że nie czytałem tego artykułu wcześniej niezwłocznie skorzystałem z podanego linku i przeczytałem ów tekst w całości: „Kary dyscyplinarne nauczycieli 2020: Kiedy i za co można ukarać nauczyciela?” I, zgodnie z moimi zasadami, zacząłem, krok po kroku, sprawdzać podane tam informacje. Zanim przeczytacie o tym co odkryłem – proszę Was o przeczytanie całego tego tekstu z oryginalnego źródła – TUTAJ

 

 

Nie wiem jak Wy, ale ja po pierwszym czytaniu także odebrałem zawarte tam informacje jako kolejny przykład jak to aktualna władza stara się wprowadzić w środowisku nauczycieli atmosferę lęku i sprawić, aby byli oni pokorni. Jednak po chwili zacząłem zgłębiać zawarte w tym artykule informacje. Zacznijmy od tego akapitu:

 

Od 1 września 2019 roku obowiązuje kilka istotnych zmian w zakresie dyscyplinarnego karania nauczycieli. Pierwszą z nich jest to, że karom dyscyplinarnym podlegają wszyscy nauczyciele, bez względu na stopień awansu zawodowego.”

 

To nieprawda, gdyż także przed nowelizacją, w „Karcie nauczyciela” w jej rozdziale 10. „Odpowiedzialność dyscyplinarna” istniał artykuł 71.1 o takiej treści (stan prawny na 2018 rok):

 

 

Źródło: www. prawo.sejm.gov.pl

 

 

Ale nawet gdyby nadal obowiązywała treść tego artykułu, wprowadzona tam w roku 1990: Nauczyciele mianowani i dyplomowani podlegają odpowiedzialności dyscyplinarnej za uchybienia godności zawodu nauczyciela lub obowiązkom, o których mowa w art. 6.”, to nie widziałbym w tej zmianie nic niestosownego – wszak skoro cała nowelizacja miała za cel obronę praw i dobra dziecka, to nie ma uzasadnienia, aby karani byli tylko nauczyciele od „dyplomowanego” wzwyż, zaś kontraktowi i stażyści mogli bezkarnie uczniom ubliżać, bić ich, molestować lub wykorzystywać seksualnie…

 

Czytaj dalej »



Nie będę udawał, że temat tego felietonu wyłonił się jako efekt eliminacji wielu innych, które w minionym tygodniu pojawiały się w roli news’ów w polskich mediach. Bo już w środę wiedziałem, że nie mogę pozostawić bez komentarza tego, co w Sejmie działo się we wtorek, w dniu, w którym premier Morawiecki wygłosił exposé, a później trwała wielogodzinna seria wystąpień posłanek i posłów w imieniu klubów i kół poselskich, a zwłaszcza osób zadających premierowi pytania, dotyczące treści owego exposé.

 

Zadałem sobie ten trud i zapoznałem się ze stenogramem tego posiedzenia – dokumentem liczącym 159 stron dwukolumnowego tekstu! Wyszukałem w nim te fragmenty, które – zarówno w wystąpieniach premiera, jak i posłów – dotyczyły edukacji. Aby łatwiej ten materiał „ogarnąć” skopiowałem te części tekstu owego stenogramu, które były zapisem wypowiedzi na interesujący mnie temat i utworzyłem dokument O edukacji w Sejmie 19 listopada w2019 r.”, który niniejszym udostępniam wszystkim zainteresowanym, którzy na lekturę całego stenogramu sejmowego nie mają czasu  –  TUTAJ

 

A w formule felietonowej podzielę się Szanownymi Czytelnikami kilkoma refleksjami:

 

Pierwsza z nich jest nietrudna do przewidzenia: edukacja dla nowego-starego premiera to obszar nieznany i – można chyba tak zinterpretować rozmiar i zawartość treści, które poświęcił jej w swym exposé – mało ważny. Bo czego można spodziewać się po rządzie premiera, dla którego nowoczesna szkoła, to multimedialne tablice, poprawianie jakość pomieszczeń i 1000 zeroemisyjnych, samowystarczalnych energetycznie, ekologicznych szkół. O, przepraszam, zapomniałbym: to jeszcze pomoce dla nauk programowania (?) – cokolwiek to miałoby znaczyć!

 

Świadomie pominąłem tę część wystąpienia, w którym premier-bankier, były minister finansów, mówił o pieniądzach. A to dlatego, że nawet „w tym temacie” wolał mówić o tym co było („Tylko w tym roku subwencję oświatową dla samorządów zwiększyliśmy o ponad 3,8 mld zł.”), niż składać konkretne deklaracje na przyszłość („od nowego roku szkolnego przeznaczymy dla nauczycieli środki na wzrost wynagrodzeń, tak jak dla całej sfery budżetowej.”)

 

Do premiera jeszcze wrócę, a to w nawiązaniu do jego drugiego wystąpienia, w założeniu będącego repliką na pytania i uwagi wnoszone przez posłów podczas debaty.

 

Czytaj dalej »



Zapewne dla nikogo nie będzie zaskoczeniem, że dzisiejszy felieton w całości poświęcę sprawom kadrowym ukonstytuowanej w miniony czwartek sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Sportu. Podstawowe informacje zamieściłem na stronie OE wczoraj, dziś będzie to rozbudowany komentarz, którego nie wypadało zamieszczać w ramach materiału, zamieszczanego pod zakładką „Aktualności”.

 

Zacznę od zacytowania fragmentu z Regulamin Sejmu RP, określającego cele tego ogniwa polskiego parlamentu:

 

Do zakresu działania Komisji należą sprawy kształcenia i wychowania przedszkolnego, podstawowego, ogólnokształcącego, zawodowego, pomaturalnego i wyższego, oświaty dorosłych, kształcenia, dokształcania i doskonalenia zawodowego nauczycieli oraz kadr naukowych, wypoczynku, kultury fizycznej i sportu dzieci i młodzieży, opieki nad dziećmi i młodzieżą, archiwów, polityki rozwoju nauki i postępu technicznego, organizacji i kierowania nauką, badań naukowych, jednostek badowczo-rozwojowych, wdrożeń wyników badań do praktyki, wynalazczości i racjonalizacji, metrologii i jakości, korporacji i stowarzyszeń naukowych, współpracy naukowej za granicą, samorządu uczniowskiego i studenckiego oraz w jednostkach badawczo-rozwojowych, a także sprawy realizacji aspiracji młodego pokolenia oraz społeczno – zawodowej adaptacji młodzieży; […]

[Załącznik do uchwały Sejmu RP z dnia 30 lipca 1992 r. – Regulamin Sejmu RP (źródło: www.sejm.gov.pl)]

 

Po tej lekturze nikt nie może mieć wątpliwości, że jest to komisja, której zakres problemowy, a to znaczy – upoważnienia do opiniowania projektów ustaw, obejmuje dziedziny, zarządzane w obszarze władzy wykonawczej przez trzy resorty: edukacji, nauki i szkolnictwa wyższego oraz sportu. I pod tym kątem pozwolę sobie komentować kompetencje członków prezydium owej komisji.

 

Informację o przewodniczącej komisji – posłance PiS Mirosławie Stachowiak-Różeckiej zamieściłem we wczorajszym materiale. Tu przypomnę jedynie, iż nigdy nie pracowała w szkole ani innej instytucji oświaty i że jej wiedza o polskim systemie edukacji, także wyższej, jest kompromitująco niska: przez całe lata swej kariery politycznej nie wiedziała, że zakończenie kariery studenckiej na tzw. absolutorium nie uprawnia nikogo do przedstawiania się jako posiadającego studia wyższe. [Więcej – TUTAJ]

 

Przejdę teraz do zaprezentowania kompetencji sześciorga jej zastępców. Uczynię to w kolejności „rangi” partii, do których należą:

 

Zbigniew Dolata. Ten urodzony 1 grudnia 1965 w Koźminie poseł PiS ma za sobą wieloletnie doświadczenie parlamentarzysty. W Sejmie zasiada, nieprzerwanie, od października 2005 roku. W jego biogramie znajduje się informacja, że jest z zawodu nauczycielem. Faktycznie – ukończył studia na Wydziale Filologiczno-Historycznym Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu, gdzie uzyskał stopień magistra historii. Jest także absolwentem studia podyplomowe w zakresie politologii (U AM w Poznaniu. W latach 1990–1994 pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Lednogórze, a od 1994 (nie wiadomo do kiedy) jako nauczyciel historii w Zespole Szkół im. Jana III Sobieskiego w Gnieźnie. (Dziś w wykazie nauczycieli tej szkoły – III LO – znajduje się mgr Alicja Jagieła-Dolata, prawdopodobnie jego żona) [Więcej informacji – TUTAJ

 

Ale pewnie więcej niż suche dane biograficzne powiedzą nam o nim dwie informacje o jego poglądach, zamanifestowanych podczas dotychczasowej aktywności poselskiej. Chronologicznie należy zacząć od, zanotowanej przez lokalne medium w Gnieźnie, z października 2016 roku, kiedy to pan poseł Dolata wypowiedział się o planowanej reformie edukacji:

 

Czytaj dalej »



W przededniu „Dnia Niepodległości”, dzień po informacji o składzie nowego rządu, który skład ogłosił ten sam co przed wyborami premier, a więc w pełni świadom, że dalej rządy w obszarze naszej edukacji, nadal będzie sprawował kontynuator dotychczasowej polityki edukacyjnej (z takim oddaniem realizowanej przez ponad trzy lata przez min. Zalewską), aktywny i wierny polityk PiS-u z Podlasia – Dariusz Piontkowski – nie mam wyboru: dzisiejszy felieton będzie o tym, że „choć burza huczy wkoło nas, do góry wznieśmy skroń...”

 

Nie będę udawał, że nie marzyła mi się „naprawdę dobra zmiana po rzekomo dobrej zmianie” w gmachu przy Alei Szucha w Warszawie. Nie to, że byłem tego pewien, ale… Ale bywały takie chwile w czasie przedwyborczych miesięcy, że moja wyobraźnia proponowała mi seanse fantazy, podczas których widziałem w jakimś innym niż tworzonym przy ul. Nowogrodzkiej rządzie ministerstwo edukacji, powierzone komuś kompetentnemu – w rozumieniu „kompetencji przyszłości”, kto możliwie szybko pokieruje działaniami, przywracającymi naszym szkołom normalność. Wszak temu służyło zamieszczanie materiałów, informujących o wizji edukacji w programach partii startujących w wyborach, to dlatego 8 października zamieściłem na stronie OE, zaczerpnięty z „Krytyki Politycznej”, zapis rozmowy Michała Sutowskiego z szefową „Nowoczesnej”, zatytułowany „Lubnauer: Jak zbudujemy dobre państwo, PiS nie będzie już Polakom potrzebny”, pod którym znalazł się taki komentarz:

 

Pobawimy się w przepowiadanie przyszłości. Otóż mamy takie przeczucie, że w przypadku jeśliby Koalicja Obywatelska, samodzielnie czy z pozostałymi partiami dzisiejszej opozycji, tworzyła rząd, to wszystko na to wskazuje, że resort edukacji objęłaby Katarzyna Lubnauer.”

 

Ale wyszło jak wyszło. I – jak na razie – nie ma szans na to, aby w perspektywie krótszej niż czteroletnia mogło coś w znaczącym stopniu zmienić się na lepsze. Warto dziś uświadomić sobie, że przecież nie jest to wszak sytuacja Polaków po klęsce Powstania Styczniowego. Ale i wtedy, po kilku latach oswajania się z popowstaniową sytuacją – całkowitą utratą tych resztek autonomii, pełnej rusyfikacji, w tym także w szkolnictwie – w miejsce romantycznych patriotycznych porywów narodził się nurt pozytywizmu. A w nim postulaty pracy organicznej i pracy u podstaw. Choć pod władzą carskich czynowników – budowano, oddolnie, podwaliny pod społeczno-ekonomiczną tkankę przyszłego państwa.

 

Czytaj dalej »



Za nami dwa dni wspominania naszych zmarłych. Jak niemal wszystko w „naszych czasach” – także i to, co z natury powinno mieć charakter intymny, prywatny, osobisty, stało się skomercjalizowanym „świętem na pokaz”. Nie wypada nie być tego dnia „na grobach”, bo „co ludzie powiedzą”! A zwłaszcza RODZINA. I licytujemy się – kto położy droższą wiązankę, postawi więcej „szpanerskich” zniczy, a w rozmowach z sąsiadami – kto był na na ilu to cmentarzach, a gdzie to jeszcze, na drugi koniec Polski, jutro musi jechać…

 

W efekcie całe to „wspominanie naszych zmarłych” sprowadza się do odszukania grobu (wiele osób już z tym ma kłopoty, bo wszak na co dzień tam nie bywa), do położenia kwiatów, zapalenia zniczy i po kilku minutach (niektórzy w tym czasie na kilka chwil składają dłonie, by w finale pobieżnie przeżegnać się) odchodzą z komentarzem: bo musimy jeszcze zapalić znicze na grobach... – i wymieniają ich listę. I dalej, wmieszani w tłum im podobnych, przepychają się cmentarnymi alejkami ku kolejnym mogiłom, na których „muszą” zapalić znicze…

 

Jeśli ktoś z Was miał możliwość, aby – oczywiście „niechcący” – podsłuchać o czym taka raz do roku spotykająca się nad grobem dziadka czy ciotki rodzinka rozmawia, to ma zapewne podobne do mnie spostrzeżenia: rzadko kiedy mówią o osobie, nad której grobem się spotkali. Najczęściej jest to wymiana informacji o tym kto się ożenił, kto rozwiódł, kto w rodzinie się urodził, kto umarł, a kto i gdzie wyjechał „za pacą”. Ja wielokrotnie mijając taką grupkę zagadanych krewnych słyszałem strzępy opowieści o zagranicznych wojażach, sukcesach biznesowych, problemach ze sfinalizowaniem rozpoczętej inwestycji budowlanej…

 

Czy jest możliwy powrót do czasów, gdy było to – nie tylko z urzędowej nazwy – „Dzień Zmarłych”, a nie, jak teraz, „Dzień Handlowca i Ogrodnika”?

 

x           x           x

 

 

Drugim wątkiem dzisiejszego felietonu – dla równowagi – nie będzie temat skierowany ku temu co było, a ku przyszłości. Otóż przed kilkoma dniami „Dziennik Łódzki” poinformował tytułem: Pierwszy kandydat na nowego rektora Uniwersytetu Łódzkiego. Prof. Jarosław Płuciennik bierze pod uwagę start w wyborach 2020”, że zaczął się już proces „wstępnego rozpoznania” szans i możliwości na wyłonienie najwłaściwszego kandydata na stanowisko nowego Rektora Uniwersytetu Łódzkiego. Piszę o tym z dwu powodów:

 

Po pierwsze bo „właściwy człowiek na właściwym stanowisku” – w tym przypadku stanowisku rektora głównej wyższej uczelni, która jest, nie tylko dla łódzkich szkół, miejscem kształcenia nauczycieli, jest także dla nas, ludzi oświaty, bardzo ważną, rzekł bym – strategiczną – sprawą. Zwłaszcza w aktualnej sytuacji, kiedy rządy nadal sprawować będzie PiS, ministerstwa: edukacji i szkolnictwa wyższego pozostają pod jej, być może tym samym, personalnie, władaniem. I dlatego tylko rektor, który będzie potrafił zachować, na tyle na ile warunki prawne na to mu pozwolą, autonomię w prowadzeniu polityki uczelni, w tym w obszarze kształcenia nauczycieli, jest szansą na przeprowadzenie „oddolnej” reformy ścieżki dochodzenia do nauczycielskich kwalifikacji zawodowych, realizowanych „po nowemu”, w kontakcie z edukacyjną rzeczywistością (szkoły ćwiczeń), zatrudniając do prowadzenia zajęć z metodyk szczegółowych wybitnych nauczycieli-praktyków.

 

Po drugie – bo miałem to szczęście poznać pana profesora Płuciennika i przekonać się, że jest to osoba, której nie tylko dotychczasowe doświadczenie w kierowaniu tak wielką uczelnią, ale także generalnie – jego postawa wobec problemów od kilku lat trawiących naszą polską codzienność, jest właśnie przesłanką i gwarancją, iż byłby to odpowiedni rektor na te trudne, nadchodzące czasy.

Czytaj dalej »



Piszę ten felieton w kilka godzin po dorocznej zmianie czasu – z letniego na zimowy. Spałem więc godzinę dłużej… Teoretycznie, bo moja psica Sendi usiłowała nakłonić mnie do wyjścia na poranny spacer o „wczorajszej” porze, czyli wg nowego czasu – już ok. godzinie szóstej! Należę do tej większości Polaków i Europejczyków, którzy opowiadają się za odejściem od tego systemu i przyjęcia na stałe jednego sposobu określania czasu.

 

I tylko nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego większość z nich opowiada się za pozostawieniem na stałe czasu „letniego”. Widać już nie pamiętają, że naturalnym czasem, od milinów lat wyznaczającym w Europie dobowe rytmy funkcjonowania organizmów żywych, był czas, który dziś nazywany jest czasem zimowym. To czas letni jest wymysłem XX-wiecznych „mądrusiów”, którzy dzięki cofnięciu o godzinę wskazówek na zegarach okłamywali czas astronomiczny, zyskując oszczędność na energii elektrycznej – o godzinę później trzeba było włączać oświetlenie.

 

Kochani! Apeluje do Was – jeśli zastanowicie się nad konsekwencjami decyzji pozostawienia na zimę czasu letniego: że spowoduje to, iż w okolicach 20 grudnia słońce będzie wschodziło ok. godziny 8:45, (praktycznie dwie pierwsze lekcje w szkole przy sztucznym świetle!) – umocnijcie się w przekonaniu, że należy pozostawić czas zgodny z czasem astronomicznym, t.zn. że godzina 12-a będzie mniej więcej wtedy, gdy słońce jest najwyżej nad horyzontem, a wschód i zachód – symetrycznie, przed i po dwunastej. I starajcie się przekonać innych do pozostawienia czasu naturalnego, astronomicznego, czyli dziś określanego nazwą „zimowego” – już na zawsze….

 

x          x           x

 

A teraz przechodzę do głównego tematu tego felietonu, którym jest – wywołany zamieszczonym wczoraj wywiadem z Agnieszką Stein nauczanie domowe. Bo mam krańcowo odmienny od prezentowanego tam przez ową panią psycholog, propagatorkę „Rodzicielstwa Bliskości”, pogląd na temat nauczania dzieci przez rodziców w domach, a szczególnie – na poziomie licealnym.

 

Tylko pod jednym wypowiedzianym przez Agnieszką Stein zdaniem mogę podpisać się obiema rękami: „Mam wrażenie, że my przywiązujemy jakąś ogromną wagę do szkoły ponadpodstawowej, a moim zdaniem to, do której szkoły nasze dziecko pójdzie ma minimalne znaczenie.” Ale już nie mogę zaakceptować wniosku, który z tej prawdziwej generalnie tezy wyprowadziła rozmówczyni Elżbiety Manthey: „Jeśli ktoś jest wytrwały, bystry, lubi się uczyć i się rozwijać, potrafi budować relacje z ludźmi to szkoła nie jest mu do niczego potrzebna. Musi jedynie spełnić obowiązek edukacyjny, który państwo na niego nakłada.”

 

Nie prowadziłem badań naukowych nad losami absolwentów liceów, tych funkcjonujących w aureoli wybitnych (cokolwiek miałoby to oznaczać) i tych, jak to je określiła Stein – „piątego wyboru”. Jednak opierając się na wiedzy, zgromadzonej przez lata mojego funkcjonowania w obszarach edukacji, jestem gotów stwierdzić, że i te ostatnie mogą poszczycić się „znanymi” nazwiskami absolwentów, którzy osiągnęli w życiu sukces, z powodzeniem zrealizowali swoje życiowe plany.

 

Parafrazując stare powiedzenie, że „dobrego i karczma nie zepsuje, a złego i kościół nie naprawi”, można by, posługując się słowami Agnieszki Stein, powiedzieć, iż uczniowi „jeśli jest wytrwały, bystry, lubi się uczyć i się rozwijać”, to i „słabe” liceum nie przeszkodzi w rozwoju, a jeśli ktoś nie ma tych wszystkich właściwości, to nawet najlepsza szkoła mu nie pomoże”.

 

Ale jednak z takim twierdzeniem także nie mogę się do końca zgodzić, bo musiałbym zaprzeczyć całej mojej pedagogicznej edukacji i doświadczeniom, dotyczącym wpływu zorganizowanego środowiska wychowawczego na rozwój osobowy człowieka. Z tego wniosek prosty: nawet uczeń nie posiadający wybitnych – jak to się kiedyś nazywało – „predyspozycji”, pod wpływem bodźców, których źródłem są nauczyciele wspierający, ale także koleżanki i koledzy z grupy „klasowej”, może osiągnąć więcej w swym rozwoju, niż gdyby był tego pozbawiony.

 

Czytaj dalej »



Tydzień po wyborach, sześć dni po Dniu Edukacji Narodowej, pięć dni po powołaniu Rady Dzieci i Młodzieży Rzeczypospolitej Polskiej przy Ministrze Edukacji Narodowej – jej IV kadencji. cztery dni po nie odrzuceniu „obywatelskiego projektu ustawy w sprawie karania za ‚propagowanie pedofilii’” i pozostawieniu go do dalszego procedowania przez Sejm nowej kadencji i trzy dni po poinformowaniu przez redaktora „Dziennika Łódzkiego” Macieja Kałacha o udostępnieniu przez Centralną Komisję Egzaminacyjną aktualnych informacji o wskaźnikach, charakteryzujących Edukacyjną Wartość Dodaną, ustaloną dla łódzkich liceów ogólnokształcących. Bo nie tak łatwo do tych informacji dotrzeć, nawet jeśli otworzy się stronę CKE, albo nawet wpisze do wyszukiwarki np. ”EWD dla łódzkich szkół w 2019 roku”.

 

A jest jeszcze temat, przewijającego się przez te wszystkie dni, niedookreślonego co do ostatecznego terminu i formy, nauczycielskiego protestu, który ma być formułą kontynuowania „zawieszonego” z dniem 27 kwietnia strajku nauczycieli.

 

A ja muszę podjąć decyzję o czym dziś będzie ten felieton.

 

I już zdecydowałem. Nie będzie na żaden wspomniany wyżej temat. W wielkiej powyborczej polityce na razie jest jak kotle pod pokrywą – poczekam do czasu, gdy już nastanie czas podawania gotowych potraw do stołu. Wtedy posmakuje i skomentuję. A dzisiaj podejmę temat, w zasadzie nie dostrzeżony przez ogólnopolskie media, na który i ja natrafiłem przypadkiem, podczas poszukiwania informacji o członkach nowego składu Rady Dzieci i Młodzieży przy MEN. Tym tematem jest Rada Dialogu z Młodym Pokoleniem przy Komitecie ds. Pożytku Publicznego, którą 7 października powołał Wicepremier Piotr Gliński – przewodniczący tego komitetu.

 

Foto: Piotr Guz/KPRM[www.niebywalesuwalki.pl]

 

Pierwsze posiedzenie Rady Dialogu z Młodym Pokoleniem przy Komitecie ds. Pożytku Publicznego

 

 

Jak widać po fakcie zamieszczenia zdjęcia, nie będzie to klasyczny felieton – zapis „strumienia świadomości” – refleksji i poglądów jego autora, a raczej miniparaesej w wersji hipertekstu, czyli syntetyczne informacje o tymże, kolejnym wytworze niemiłościwie nam panującej władzy, skierowanym ku uwiedzeniu młodego pokolenia, okraszonym komentarzami felietonisty.

 

Wszystko ma swój początek w zamieszczonym 17 października materialeNowa Rada Dzieci i Młodzieży powołana. Ale zasady zostały stare…”, który m.in. zilustrowałem zdjęciem ze spotkania z Piotrem Glińskim trzech młodzieńców z Łodzi – wszyscy ze znanej nam już od prawie dwu lat Fundacji „Osnowa”.

 

Moje poszukiwania w jakim celu ta elita owej tajemnej niczym loże masońskie Fundacji „Osnowa” przebywała 24 maja w Kancelarii Premiera RP doprowadziły mnie do kilku, wcześniej zupełnie mi nieznanych, informacji:

 

Czytaj dalej »



Dzisiejszy felieton jest o tyle nietypowy, że nie na każdy temat, zwłaszcza taki, który jest mi bliski i uważam go za ważki, mogę dzisiaj pisać: CISZA WYBORCZA – 13 października, dzień wyborów do Sejmu i Senatu.

 

Co nie znaczy, że nie wiem o czym chcę i mogę napisać. Postanowiłem wykorzystać ten czas i miejsce na skomentowanie mojej relacji z czwartkowej 25 jubileuszowej gali wręczania stypendiów wyróżniającym się uczennicom i uczniom oraz nagród nauczycielom łódzkich szkół, przyznawanych od 24 lat przez Łódzkie Stowarzyszenie Pomocy Szkole.

 

A jestem czytelnikom winien tych kilka słów, których nie wypadało zamieścić w formule sprawozdania z tamtego wydarzenia.

 

Zacznę od przypomnienia podstawowego faktu z historii stowarzyszenia, które jest podmiotem owych działań wspierających łódzkie szkoły, ich nauczycieli i uczniów. Trudno wszak szukać tych wiadomości w internecie – nawet na oficjalnej stronie ŁSPSz nie ma zakładki „Historia”.

 

Otóż to regionalne, łódzkie stowarzyszenie, podobnie jak w wiele jeszcze innych, a przede wszystkim Krajowe Stowarzyszenie Pomocy Szkole (którego przewodnicząca – Zofia Grzebisz-Nowicka gościła na czwartkowej gali) powstało po likwidacji Narodowego Czynu Pomocy Szkole, utworzonego w 1984 roku ogólnopolskiego stowarzyszenia, które zapisało się jako inspirator i organizator społecznej aktywności dla poprawy bazy lokalowej i doposażania szkolnictwa. W latach 1984 – 1989 działało blisko 8 tysięcy lokalnych społecznych komitetów, których celem była budowa lub rozbudowa obiektów oświatowych. To NCPS powołał w 1986 roku „Klub Przodujących Szkół” – inicjatywę istniejącą do dziś, kontynuowaną właśnie przez KSPS. Dla uczniów szkół tworzących ten klub organizowano corocznie obozy szkoleniowe dla aktywu ich samorządów uczniowskich.[Źródło: www.ksps.pl/historia]

 

 

Dziś jedyną, materialną, pamiątką istnienia NCPS jest – uwaga – tysiączłotowa moneta, wybita w 1986 roku – dzisiaj warta mniej niż 50 zł:

 

Źródło:www.e-kolekcjoner.pl

 

 

Ale wróćmy do Sali Lustrzanej Pałacu Poznańskich i 25. gali wręczania stypendiów i nagród, organizowanej przez Łódzkie Stowarzyszenie Pomocy Szkole.

 

Czytaj dalej »



Za tydzień, po powrocie z naszego obwodowego lokalu wyborczego (wierzę, że każdy kto te słowa czyta – weźmie to do siebie), będziemy przeżywali stres wyczekiwania… Wyczekiwania, co prawda jeszcze nie na wyniki głosowania, ale na pierwsze wyniki badania exit poll. Wszyscy wiemy, że nie będzie to jeszcze do końca prawda, ale….

 

Najgorzej będzie, jeśli zdarzy się tak, że między procentowymi wskaźnikami określającymi wyniki dwu partii będą niewielkie różnice (w granicach tzw. błędu pomiaru +/- 4%). Albo, gdy któreś partie będą miały wskaźniki tuż nad lub tuż pod tzw. progiem wyborczym (5%). Bo wtedy nie będzie wiadomo, czy już świętować zwycięstwo, czy ogłaszać żałobę – po tragicznej śmierci naszych marzeń. Marzeń, że „jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie…”

 

Mając to wszystko na uwadze, póki co, zajmę się dziś tematem, którym żyłem przez pierwsze trzy dni minionego tygodnia.. Pozornie nie będzie to związane z okresem przedwyborczym Tym tematem był XIV Kongres Zarządzania Oświatą, który jak zwykle przyciągnął do Zakopanego ponad 800 osób – mniej niż prognozowano. Ale to i tak dużo w takim niepewnym czasie! Także oferta programowa, tradycyjnie, była bogata i zróżnicowana. Obiekt kongresowy – Hotel Mercure Kasprowy też spełnił znakomicie swoje funkcje – tak jako baza noclegowa (dla szczęściarzy, którzy tam się „złapali”), jak przede wszystkim jako centrum konferencyjne. A jednak, a jednak, wyjeżdżałem stamtąd w środę w południe z poczuciem niedosytu….

 

I nie chcę w tych słowach zawrzeć krytyki pod adresem organizatorów – Zarządu OSKKO i licznego grona wolontariuszy. Zadbali wszak o to, abyśmy mogli rozkoszować się ucztą słuchowo-wzrokowo-intelektualną podczas wykładu profesora Jerzego Bralczyka (wyrosłego w nauczycielskiej, od kilku pokoleń, rodzinie), zaprosili najpopularniejszego głosiciela idei „uczenia inaczej”, apostoła neurodydaktyki – doktora Marka Kaczmarzyka, pozyskali patronat Polskiej Akademii Nauk, dzięki czemu mogliśmy wysłuchać wykładu wiceprezesa PAN – prof. Pawła Rowińskiego na najbardziej „gorący” temat naszych czasów: „Nauka i edukacja wobec głównych zagrożeń XXI wieku – zmiany klimatu i kłopoty z wodą”. Także za zaproszenie dr hab. prof. Uniwersytetu Wrocławskiego, kierownika Zakład Psychologii Twórczości w tamtejszym Instytucie Pedagogiki, z wykładem „Kształcenie zdolnych a a rozwijanie zdolności – o dwóch stronach tej samej monety należy się organizatorom Kongresu wielka wdzięczność.

 

Mógłbym tak jeszcze wymieniać niejedno, o podobnej wartości poznawczej, kongresowe wydarzenie. Jednak to wszystko nie zatrze mojego wrażenia braku tam „tego czegoś”, co pulsowało podczas niejednego z tych kongresów w przeszłości. Nie było w Zakopanem wiary w siłę sprawczą tego spotkania, w możliwość przekazania decydentom „z centrali” codziennych doświadczeń owych zgromadzonych na Kongresie setek liderów, tych „oficerów liniowych” polskiej oświaty. Nie wyczuwało się wiary w to, że „nasz głos się liczy”, że rządzący potraktują go poważnie i uwzględnią w swych dalszych procesach decyzyjnych. A tak bywało „drzewiej”…

 

Czytaj dalej »