
Archiwum kategorii 'Felietony'
Dzisiejszy felieton, jak to najczęściej mam w zwyczaju, nawiąże w swej tematyce do problemów mijającego tygodnia. Ale nie do jednostkowych wydarzeń, a do rocznicy – jak to niektóre media ją nazwały – „rocznicy rządów PiS”. Jest to oczywiście nie do końca prawda, gdyż rząd tej partii, którego premierem nie został jej lider, a „kobieta z broszką”, czyli Beata Szydło, zaprzysiężony został dopiero 16 listopada 2015 roku. Jest to natomiast rocznica dnia (25 października), w którym Polacy zamiast „zagłosować mądrze”, w znaczącym procencie pozostali w domach, ułatwiając tym samym partii Jarosława Kaczyńskiego uzyskanie większości parlamentarnej i samodzielne uformowanie rządu.
Warto w tym miejscu przypomnieć, że do urn poszło owej niedzieli 15 563 499 osób, oddano 15 200 671 ważnych głosów, co oznacza frekwencję 50,92 proc. Jak podała PKW na PiS głosowało 5 711 687 osób, czyli 37,58 proc. osób uczestniczących w wyborach. Aż tyle i tylko tyle! Jednak dzięki obowiązującemu systemowi przeliczania liczby uzyskanych głosów na mandaty poselskie (metoda d’Hondta) oznaczało to, że wygrana partia dostała w Sejmie 235 mandatów (na 460), co pozwoliło jej na samodzielne sformowanie rządu i rządzenie bez konieczności poszukiwania koalicjanta. Czego jesteśmy świadkami do dziś, i czego skutki – także w edukacji – będziemy musieli znosić jeszcze długo…
A mogło tak nie być. Gdyby owej zeszłorocznej „czarnej niedzieli” poszło na wybory choć kilkanaście tysięcy więcej potencjalnego elektoratu partii KORWiN i dwa razy tyle „leniwych lewicowców”, którzy woleli pozostać w domu – do Sejmu dostałyby się te dwie partie, PiS nie otrzymałby owej „premii d’Hondta” i nie mógłby rządzić samodzielnie. A może nawet udałoby się zbudować koalicję „niepisowską”…
Skąd ten tytuł „Moja gorzka satysfakcja”? A no stąd, że na dwa tygodnie przed wyborami, w niedzielę 11 października, napisałem felieton, o wszystko mówiącym tytule: „Demokratura ante portas! Nie siedź w domu, głosuj mądrze”. Oto kilka jego fragmentów:
W mijającym tygodniu <Aktualności> „Obserwatorium Edukacji” to doniesienia o kolejnych przejawach ślepej determinacji MEN w forsowaniu swojej reformy, ale przede wszystkim były to informacje o licznych protestach, stanowiskach i listach otwartych przeciwników owej reformy. Najbardziej rozbudzającym nadzieję jej przeciwników był artykuł Justyny Sucheckiej, opublikowany w piątkowej „Gazecie Wyborczej”, który w jego e-wersji nosi tytuł „9 powodów, dla których minister Zalewska przesunie reformę edukacji”. Jeszcze przed południem, zaraz po jego pierwszej lekturze, zrodziła się w mojej głowie – jak by nie było starszego pana, który niejedno już przeżył – myśl, upubliczniona w komentarzu redakcyjnym do informacji o tym artykule: „
Przyszłość pokaże, czy publikacja ta rzeczywiście trafnie przepowiedziała przyszłość reformy – chyba niesłusznie nazywanej „reformą Zalewskiej”, czy jej efekt będzie odwrotny: jeszcze bardziej wzmocni determinację rządzących w forsowaniu tego projektu „na przekór wszystkim i wszystkiemu”!
Jak już wiadomo, na reakcję MEN nie trzeba było długo czekać. Jeszcze w godzinach południowych ministerstwo zamieściło jednoznaczne dementi, oświadczając, że doniesienia prasowe, sugerujące zmianę terminu wdrażania poszczególnych rozwiązań proponowanych w projekcie ustawy Prawo oświatowe i ustawy Przepisy wprowadzające ustawę – Prawo oświatowe, są nieprawdziwe.
Szkoda, że znowu miałem rację…
Przepychanki: przeciwnicy reformy – MEN trwają nadal. W piątek na stronie OE Czytelnicy mieli możliwość dokonania przeglądu tych protestów. Z analizy ostatnich tygodni widać wyraźnie, że na czele tego ruchu oporu stoi Związek Nauczycielstwa Polskiego, z natury swych statutowych powinności podnoszący głównie argumenty dotyczące utraty – w konsekwencji wprowadzenia owej reformy – miejsc pracy przez tysiące nauczycieli.
Zrzeszenia, skupiające różne formy i szczeble samorządów lokalnych, akcentują głównie skutki finansowe, spowodowane milionowymi kosztami planowanej zmiany struktury systemu szkolnego. O wiele słabiej przebijają się do oczu i uszu opinii publicznej argumenty z obszaru psycho-społecznych strat, jakie w kolejnych rocznikach młodych Polaków, zmuszonych do edukowania się w tym zreformowanym systemie, poczyni ta reforma. Najsmutniejsze w tym jest to, że przeprowadzana jest ona głównie po to, aby zadowolić własnych wyborców, którym obecnie rządząca partia złożyła podczas kampanii wyborczej taką obietnicą – nie popartą żadną merytorycznie i naukowo uzasadnioną argumentacją.
Dlatego postanowiłem przybliżyć Szanownym Czytelniczkom i Czytelnikom dwa wywiady, jakie w ostatnich dniach przeprowadzono z Maciejem Jakubowskim – dziś 39 letnim doktorem nauk ekonomicznych i absolwentem socjologii na Uniwersytecie Warszawskim. Jednak najciekawszą informacją z jego biografii, eliminującą już na wejściu wszelkie zarzuty, że jest to głos obrońcy „przegranej władzy” jest fakt, iż był on od 25 kwietnia 2012 (w MEN rządziła wtedy Krystyna Szumilas) do połowy stycznia 2014 roku (za kadencji minister Kluzik-Rostkowskiej) podsekretarzem stanu w MEN. Odpowiadał wtedy za strategię zmian systemowych w edukacji i za efektywność finansowania edukacji. Zajmował się również sprawami oświaty polskiej za granicą, współpracą z organizacjami polonijnymi, współpracą międzynarodową – m.in. z organami i instytucjami Unii Europejskiej, Rady Europy i Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Oświaty, Nauki i Kultury (UNESCO). Jednak – jak można się dowiedzieć z nieoficjalnych źródeł – został odwołany z tego stanowiska z powodu różnicy zdań pomiędzy nim a minister Kluzik-Rostkowską. Rzecz dotyczyła wysokości i algorytmu podziału subwencji oświatowej. Trudno go posądzać o sympatię do poprzedniczki minister Zalewskiej…
Witam po dłuższej przerwie, najpierw spowodowanej moją choroba, a tydzień później – koniecznością wywiązania się ze złożonej organizatorom XI Kongresy Zarządzania Oświatą deklaracji, że napiszę z tego wydarzenia refleksyjną relację.
Choć od opublikowania poprzedniego felietonu minęły trzy tygodnie – nadal bardziej mnie poruszają tematy nie wynikające z bieżących wydarzeń dziejących się wokół ministerstwa edukacji i przygotowywanej tam pseudodobrej zmiany. Dlatego nie będę dziś „rozprawiał się” z kolejnymi wystąpieniami minister Zalewskiej i jej ludzi, ani wytykał jej zaniechań. Robią to, coraz częściej publikując swe opinie w mediach, inni – liczni eksperci, których głos ma o wiele większą siłę przebicia się do opinii publicznej niż mój niszowy „pisk felietonisty-amatora”.
W pierwszym podejściu do problemu co uczynić tematem tego felietonu pomyślałem, że będzie o tym, co mnie, po raz kolejny – niestety – zbulwersowało w opublikowanym wczoraj w „Gazecie Wyborczej” wywiadzie z PPR (Pierwszym Pedagogiem Rzeczpospolitej). Jednak po chwili zastanowienia doszedłem do wniosku, że nie ma to większego sensu – i tak cokolwiek tu napiszę nie będzie to miało żadnego wpływu na dobre samopoczucie i wysoką samoocenę owego profesora, dla którego wszystkie dotychczasowe rządy miały złych ministrów edukacji, i tylko on jeden wie co i jak powinno dziać się w polskich szkołach.
Wrócę więc do czwartkowej uroczystości na Zamku Królewskim w Warszawie – do gali nadania tytułu „Nauczyciel Roku 2016”. Nie będę wytykał nieobecności na niej Ministra Edukacji Narodowej, bo to – po chwili zastanowienia – nie powinno być dla nikogo głębiej wprowadzonego w sytuację w obszarze „edukacja” zaskoczeniem. Chcę natomiast zwrócić Waszą uwagę na fakt, iż znakomita większość zdobywców tego tytułu to nauczyciele, którzy nie pracują w szkołach wielkomiejskich.
Tekst ten pierwotnie miał powstać tydzień temu – w kilka dni po powrocie z Gdańska. Już wtedy pomyślałem, że taką refleksyjną, subiektywną relację z tego co i jak widziałem podczas mojej obecności na XI Kongresie Zarządzania Oświatą opublikuję w niedzielę 2 października – zamiast tradycyjnego felietonu. Bo pisanie bardzo dokładnych sprawozdań z wydarzeń, które w całości lub we fragmentach zostają utrwalone techniką wideo mija się z celem. A tak przecież jest już od wielu lat z najważniejszymi wydarzeniami na kolejnych kongresach OSKKO.
Jednak nagła i poważna choroba pokrzyżowała moje plany i zamiar ten mogę zrealizować dopiero teraz – w niedzielę 9 października.
Na XI Kongres Zarządzania Oświatą jechałem do Gdańska, podobnie jak na poprzednie, z nadzieją na „zanurzenie się” w aktualnej problematyce edukacyjnej, że spotkam ciekawych ludzi, że „doładuję” moje akumulatory redakcyjnej energii pisania o najważniejszych problemach polskich szkół, że – jak to stało się już wieloletnią tradycją kongresów OSKKO – będę świadkiem konfrontacji kierownictwa Ministerstwa Edukacji Narodowej z obecnymi na Kongresie praktykami zarządzania oświatą, tymi którzy tam zjechali z miast, miasteczek i wsi naszego kraju i którzy reprezentują ponad pięciotysięczną rzeszę członków tego stowarzyszenia. Że po raz kolejny będę obserwował jak zderza się zabiurkowy, ministerialny punkt widzenia z codziennym doświadczeniem tych, którzy muszą w swych szkołach, gminach, powiatach i miastach próbować realizować pomysły Centrali.
Nie wiedziałem, że tym razem Władza przestraszy się społeczności zrzeszonej w OSKKO, że pani minister Zalewska na krótka przed rozpoczęciem Kongresu odwoła swoją, wcześniej potwierdzaną, obecność i że oddeleguje w zastępstwie „pana od historii”, czyli Podsekretarza Stanu w MEN dr Macieja Kopcia. A jakby tego była za mało – przyjazd wiceministra Kopcia nastąpi trzeciego dnia Kongresu o godzinie 15:00, kiedy to według poprzednich harmonogramów miało już być po zamknięciu tego wydarzenia. Bardzo wielu jego uczestników (w tym ja), którzy dojechali do Gdańska pociągami lub autobusami, miało już – wykupione wcześniej – bilety na kursy powrotne, rozpoczynające się przed godziną przyjazdu wiceministra.
Tyle przydługiego wstępu – przejdę do podzielenia się moimi refleksjami, jakie zrodziły się podczas lub po uczestniczeniu w wybranych wykładach, panelach i prezentacjach.
Nie będę pisał o „dobrej zmianie”, ani o jej promotorce – minister Zalewskiej. I to nie dlatego, że uważam, iż ta ostatnia może być na liście Prezesa do zwolnienia… Taki scenariusz uważam nie tyle za nierealny, co za niewprowadzający żadnej zmiany w istotę sprawy. Po pierwsze dlatego, że to nie minister Zalewska jest praprzyczyną tego Armagedonu polskiej edukacji, a po drugie – bo skąd wiadomo, że nowy(a) minister edukacji musi być kimś, kto przyniesie dobrą zmianę w „dobrej zmianie”? Czy byłaby taką była rzeczniczka rządu premier Szydło – posłanka Elżbieta Witek, albo inna posłanka – także była nauczycielka – Marzena Machałek?
Wolę podzielić się kilkoma refleksjami, jakie zrodziły się u mnie po zapoznaniu się z programem IX Ogólnopolskiego Zjazdu Pedagogicznego PTP, który odbył się w dniach 21 – 23 września w Białymstoku. „Obserwatorium Edukacji”, informując o rozpoczęciu jego prac, zamieściło link do tego dokumentu. Nie ma więc powodu do cytowania tu szczegółowo wszystkich tytułów wygłaszanych tam wykładów i referatów. Aby uzasadnić moją tezę, że to trzydniowe spotkanie „ponad 540 uczestników – pedagogów, filozofów, socjologów, kulturoznawców, językoznawców i psychologów, których przedmiotem badań jest edukacja, wychowanie, socjalizacja czy inkulturacja”* nie miało nic wspólnego z tym, czym żyją i czego obawiają się setki tysięcy polskich nauczycieli, co jest tematem licznych komentarzy publikowanych w mediach i podejmowanych przez wiele środowisk protestów – z mającą się wkrótce urzeczywistnić, mówiąc delikatnie – co najmniej kontrowersyjną reformą naszego systemu szkolnego – wystarczy przytoczyć tytułowe hasło tego kongresu: „Ku życiu wartościowemu. Idee – koncepcje – praktyki”.
Od kilku miesięcy obserwuję styl działania minister Anny Zalewskiej. Właśnie doszedłem do wniosku, że jest to osoba, która ukazała, dotąd nieujawnione, aspiracje bycia reżyserem. Szkoda tylko, że LOS sprawił, iż nie było jej dłużej dane reżyserowanie szkolnych akademii. Jeśli tam czuła, że to jej nie wystarcza – mogłaby w Miejskim Domu Kultury w Świebodzicach poprowadzić amatorski teatr, lub ubiegać się o grant Marszałka Województwa Dolnośląskiego i po jego uzyskaniu poprowadzić zajęcia teatralne na jednym z Uniwersytetów Trzeciego Wieku…
Ale jej biografia potoczyła się w innym kierunku. Została radną powiatu świdnickiego, wicestarostą tego powiatu, a potem posłanką na Sejm VI, VII i VIII kadencji. Od prawie roku jest ministrem edukacji. I od tego momentu, dzięki mediom elektronicznym, mogłem już śledzić jej działania – z należną szefowej „mojego” ministerstwa uwagą. I na tej podstawie zrodziło się moje przypuszczenie: to nieodkryty i niedoceniony (jak dotąd), samorodny talent reżyserski! Oto dowody uzasadniające tę tezę:
Zaczęła swój serial „Dobrej zmiany w edukacji” od introdukcji – od konferencji prasowej w dniu 3 lutego, podczas której roztoczyła przed narodem panoramę ogólnopolskiej debaty o systemie oświaty „Uczeń. Rodzic. Nauczyciel – Dobra zmiana”. Miało w niej uczestniczyć blisko 2 tys. ekspertów pracujących w ramach 16 grup tematycznych, ogłoszono harmonogram 16 debat wojewódzkich z udziałem rodziców, uczniów, nauczycieli i samorządowców. Ponadto zapowiedziała wiele lokalnych spotkań i rozmów na temat oświaty. Wielu dało się zmanipulować temu scenariuszowi – uwierzyli, że tak szerokich konsultacji społecznych na tematy oświatowe jeszcze w Polsce nie było. I już wtedy, jak dobry reżyser, zapowiedziała kolejny odcinek tej story: całość działań podsumujemy w czerwcu.
Niedziela, za oknem żar leje się z nieba… 11. września, a na termometrze 30 st. Celsjusza. Pozostało tylko 10 dni lata… W radiu usłyszałem, że podobno było też tak we wrześniu 1939 roku.
Z kalendarium kampanii wrześniowej:
11 września
Trwa ciężki bój o Ozorków, którego z największym trudem broni niemiecka 17. DP. Wejście do Bitwy nad Bzurą Grupy Operacyjnej gen. Bołtucia, odbicie Łowicza.
Pod Warszawę nieoczekiwanie przybywa sam Hitler. […]
Już 8 września wojska niemieckie wkroczyły do Łodzi.
Siedzę sobie, bezpieczny, w swoim mieszkaniu. Trwam w przekonaniu, że nic mi nie grozi. Od siedemdziesięciu jeden lat nie było w moim kraju wojny, ostatni raz czołgi jeździły po polskich ulicach (nie licząc defilad) przed trzydziestu pięciu laty. Ale były to nasze czołgi, a właściwie Jaruzelskiego. Jednak przez całe moje dzieciństwo, młodość i znaczną część wieku dojrzałego żyłem w, tworzonej przez propagandę ówczesnej władzy, atmosferze zagrożenia wojną atomową.
W szkole uczono mnie co należy zrobić w przypadku ataku nuklearnego: ćwiczyłem zakładanie i zdejmowanie maski pe-gaz, ubierałem gumowy strój ochronny i trenowałem pady brzuchem na ziemię, z osłanianiem głowy rękoma – koniecznie butami w kierunku epicentrum hipotetycznego wybuchu bomby atomowej… Po przerwaniu studiów zostałem powołany do odbycia obowiązkowej zasadniczej służby wojskowej – pomimo zakwalifikowania mnie na Komisji Poborowej do kategorii B-2 (zdolny do służby z ograniczeniami) – w Marynarce Wojennej, 3 lata na jednostkach pływających. Służbę tę odbyłem co do dnia, jako operator radiolokacji na Okręcie Hydrograficznym „Bałtyk”. I ani razu nie stałem się miłośnikiem wojska, zawsze chciałem wieść moje przyszłe życie „na spocznij”. Nie da się tego nazwać inaczej: tamten system ukształtował we mnie postawy pacyfistyczne!
Dokładnie trzy lata temu, 4 września 2013 roku, na właśnie „postawionej” stronie „Obserwatorium Edukacji”, pojawił się pierwszy tekst – „Felieton na dzień dobry”. Tak zaczęła się, na razie jeszcze dość krótka, historia tej „prywatnej inicjatywy starszego pana”, określanej przez wyszukiwarkę Google „Informatorem edukacji”. Jak na tak młody wiek tego przedsięwzię- cia, uważam, że nie jest źle, skoro po wpisaniu słowa „Obserwatorium” wyszukiwarka lokuje „Obserwatorium Edukacji” zaraz po „Obserwatorium – Portal Miejskiego Systemu Informacji Przestrzennej Miasta Krakowa”, ale przed „Obserwatorium Astronomiczne Uniwersytetu Jagiellońskiego”.
Pozwólcie, Szanowni Czytelnicy” na chwilę wspomnień. Tak zaczynał się ów pierwszy (wtedy jeszcze nienumerowany) felieton:
To jest felieton, inauguracyjny, powitalny, zapoznawczy. Inauguracyjny, bo jest pierwszym tekstem, jaki napisałem i zamieściłem na startującej dziś właśnie stronie „Obserwatorium Edukacji”. Moją intencją, jego twórcy, jest wykreowanie takiego miejsca, w którym spotkają się pod jednym adresem zarówno ci, którzy są przede wszystkim zainteresowani aktualną i obiektywną informacją o najważniejszych i najbardziej znaczących wydarzeniach w obszarze edukacji, jak i poszukujący możliwości upowszechnienia swoich „dobrych praktyk” w tej dziedzinie. […]
„Obserwatorium Edukacji” będzie otwarte dla wszystkich, którzy zechcą podzielić się z innymi nie tylko swymi sukcesami w codziennej pracy w szkole, przedszkolu czy placówce oświatowo-wychowawczej, ale także refleksjami i opiniami na aktualne tematy z obszaru edukacji, którymi żyją nie tylko politycy i publicyści, ale przede wszystkim nauczyciele i wychowawcy praktycy.
Nie obiecują jednak całkowitego równouprawnienia wszystkim publikacjom.Już teraz informuję, że nie znajdzie tu miejsca tania sensacja, także skrajnie fanatyczne i pozbawione racjonalnych podstaw poglądy nie mogą liczyć na ich upowszechnianie. Ale będą to jedyne kryteria, obok poprawności językowej, stosowane przy kwalifikowaniu tekstów do publikacji.[…]
Czy udało mi się nie sprzeniewierzyć złożonej wtedy deklaracji? Oceńcie to sami, Drodzy Czytelnicy. Ze swojej strony powiem tylko, że nie wszystkie moje ówczesne plany udało się zrealizować. Największym rozczarowaniem stał się fakt, iż przez wszystkie te lata w tak nikłym stopniu napływały do OE materiały ze szkół i przedszkoli – nie licząc środowiska skupionego w Sieci Przedszkoli i Szkół Ekologicznych i Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych Nr 9 w Łodzi. No cóż, widać muszę jeszcze popracować nad pozycją tego tytułu, aby nauczyciele, dyrektorzy szkół i przedszkoli uznali publikowanie na stronie „Obserwatorium Edukacji” za wartościową formę promowania sukcesów swej pracy.
Ostatni weekend wakacji… Przyszły tydzień będzie nie tylko tym, w którym przypada dzień 1. września – pierwszy dzień nowego roku szkolnego, ale także tym, w którym w szkołach odbywają się posiedzenia rad pedagogicznych, podczas których dyrektorzy przekazują nauczycielom szczegóły organizacji pracy na ten nowy rok. Zazwyczaj w dniach poprzedzających te posiedzenia dyrektorzy uczestniczyli w zebraniach, które organizowały dla nich organy prowadzące (w Łodzi od lat odbywały się one w Dużej Sali Posiedzeń Rady Miejskiej), a także Kurator tradycyjnie zapraszał dyrektorów na cykl takich spotkań – w różnych datach organizowane dla podległych im placówek przez różne delegatury.
W tym roku sytuacja jest bardziej skomplikowana. Co prawda Łódzki Kurator Oświaty zaprosił dyrektorów szkół i placówek z terenu m. Łodzi, powiatu łódzkiego wschodniego, kutnowskiego, łęczyckiego, brzezińskiego, pabianickiego i zgierskiego na 30 sierpnia do auli Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych nr 19 w Łodzi, ale Urząd Miasta Łodzi zrezygnował z organizacji corocznego zebrania dyrektorów – jak wieść niesie – z powodu braku wiążących decyzji o terminach wprowadzania przez MEN planowanej reformy. Dyrektorzy szkół muszą sobie sami radzić…
Zaś pani minister Zalewska ze stoickim spokojem poinformowała w swym liście do dyrektorów, nauczycieli i pracowników oświaty, że „dobiegają końca prace nad projektowaniem szczegółowych rozwiązań dotyczących zmian w systemie oświaty. Ich celem jest odbudowa właściwych warunków do pełnego rozwoju dzieci i młodzieży w polskich szkołach. Chcemy, aby w połowie września projekty zostały przekazane do konsultacji społecznych. Także na tym etapie liczę na Państwa uwagi, które mogą wpłynąć na kształt nowego ustroju szkolnego.”
Można by streścić tę epistołę słowami: „Spoko, wszystko jest pod kontrolą, nic się nie bójcie, Władza czuwa!” Jednak rzeczywistość skrzeczy.
Zabierając się za pisanie tego felietonu miałem zamiar podjąć polemikę z którymś z ostatnio zamieszczanych przez różne media opinii i stanowisk licznych mniej lub bardziej znanych osób, którzy dzielą się (pytani lub nie) swoimi przemyśleniami na temat zapowiedzianej w Toruniu przez minister Zalewską reformy edukacji.
Najbliżej mi było do zanalizowania wywiadu, jakiego udzieliła była minister edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska Cezaremu Michalskiemu z „Krytyki Politycznej”. Tyle tylko, że jest to już „nieświeży towar” (wywiad z 12 lipca br.) i po dwukrotnym przeczytaniu tego materiału doszedłem do wniosku, że nie ma co zajmować czas – sobie i Czytelnikom – poglądami osoby, po której trudno oczekiwać obiektywizmu.
A że za oknem iście jesienna plucha wywołująca stany depresyjne, muszę zadać sobie temat, który na tyle mnie zdenerwuje, że podniesie mi ciśnienie… Myślę, że efekt taki osiągnę, biorąc „na warsztat” najnowszy pomysł posła Jerzego Gosiewskiego (zbieżność nazwisk przypadkowa):
Jerzy Gosiewski, poseł PiS z okręgu olsztyńskiego, chce poddać lustracji wszystkich pracowników oświaty i edu- kacji. Ci, którzy jej nie przejdą, mają być wyrzuceni z pracy. Poseł mówi, że w ten sposób chce bronić dzieci i mło- dzież przed fałszywym nauczaniem historii i przekazywaniem im złych wzorców postępowania. [Źródło: www.natemat.pl]
