Uzasadnienie mojego stanowiska w sprawie zbędności targów edukacyjnych

 

Najbliższy wtorek, w godzinach 12:00 –  18:00, w „mojej Budowlance” odbędzie się  „Dzień Otwarty”. Druga szansa poznania  tej szkoły „w realu” będzie 16 kwietnia. Nie ukrywam, że zaczynam tą informacją nieprzypadkowo – stali czytelnicy OE wiedzą, że ów przymiotnik „mojej” używam od dawna, i nie bez powodu. Bo nie tylko byłem  przez 12 lat (1993 – 2005) jej dyrektorem, kiedy nazywała się Zespołem Szkół Budowlanych nr 2 (a po wprowadzeniu gimnazjów została przemianowana przez organ prowadzący na Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych nr. 15), ale także dlatego, że byłem (w latach 1958 – 1962) uczniem tej szkoły, gdy funkcjonowała pod nazwą Technikum Budowlane nr 1 i miała w swej ofercie 3-letnią Szkołę Rzemiosł Budowlanych i 3-letnie Technikum Budowlane. Jestem absolwentem owej SRB – w zawodzie murarz-tynkarz, a w owym trzyletnim technikum byłem tylko jedno półrocze – do końca stycznia 1962 roku, kiedy w bardzo dla mnie stresujących okolicznościach podjąłem decyzję o przeniesieniu się do XVIII LO. Więcej  o tym okresie mojej biografii napisałem w Eseju wspomnieniowym: od kandydata na murarza do marynarza. Cz. I

 

Ale nie jest dzisiaj  moim zamiarem wspominanie tego, w czym uczestniczyłem przed ponad sześćdziesięcioma laty. Owa informacja o „Dniu Otwartym” jest tylko pretekstem do podjęcia wątku procesu decyzyjnego, przed jakim stoją dzisiejsi ósmoklasiści, zanim dokonają wyboru swojej dalszej drogi edukacyjnej, a w dalszej perspektywie – zawodowej, a nawet życiowej. Nieprzypadkowo zamieściłem w minioną środę materiał zatytułowany „To pomoże skuteczniej w znalezieniu szkoły po podstawówce niż Targi Edukacyjnew którym informując o Łódzkiej Bazie Edukacyjnej, właśnie w owym tytule zawarłem mój pogląd o fasadowości przedsięwzięć łódzkiego magistratu, jakimi były Łódzkie Rejonowe Targi Edukacyjne – w ich pięciu wydaniach, a później nowa formuła dawnych Łódzkich Targów Edukacyjnych, noszących w tym roku nazwę  festiwalu „Future Up! Fest.”

 

A teraz przypomnę  mój refleksyjny esej nr 9, zatytułowanyMoje rozmyślania o szansach dokonania trafnego wyboru swojej przyszłości”, w którym zawarłem swoje poglądy na sformułowany w jego tytule problem. I tak go zakończyłem:

:

„Ot – takich czasów dożyliśmy, w których „nie ma mądrych”, a przyszłość jest nieodgadniona, stanie się to, co będzie mogło, lub musiało, się stać….

 

A dzisiejszym ósmklasistom nie pomogą w trafnym wyborze ich dalszej drogi kształcenia rejonowe targi edukacyjne, ani nawet najnowszy projekt łódzkich władz, czyli trzydniowy festiwal – Future Up!Festw w Hali EXPO…”

 

Właśnie dzisiaj postanowiłem dodać jeszcze kilka moich uwag i opinii do tematu określonego w tamtym eseju, ale poczynionych w oparciu o przywołanie wydarzeń z niedalekiej przeszłości.

 

Zacznę od tego, że idea organizowania Targów Edukacyjnych powstała 32 lata temu. Ich prapoczątkiem były targi łódzkich szkół zawodowych, adresowane do uczniów ósmych klas szkół podstawowych, zorganizowane z inicjatywy dyrektora Janusza Moosa w 1994 roku w  sali gimnastycznej Zespołu Szkół Budowlanych nr 2, którego bylem wówczas dyrektorem, a gdzie swą siedzibę miał, kierowany przez wicedyrektora WODN Janusza Moosa Zespół Doradców Metodycznych Kształcenia Zawodowego. Oczywiście – nie bez wkładu szkoły- gospodarza tego przedsięwzięcia.

 

Rok później odbyły się kolejne takie targi – tym razem w pomieszczeniach Szkoły Podstawowej nr 32 przy ul. Kopcińskiego 54. Ich organizatorem  była prywatna firma, której właścicielem był syn ówczesnej dyrektorki tej szkoły.

 

W kolejnym 1996 roku odbyły się pierwsze Łódzkie Targi Edukacyjne, zorganizowane już przez władze miasta – w nowo wybudowanej (dziś już nieistniejącej) hali targowej przy ul. Stefanowskiego.

 

A po tych pierwszych targach były kolejne i kolejne, zawsze organizowane w tym samym miejscu, czyli w Centrum Wystawienniczo-Handlowym, nazwanym  EXPO-Łódź.do roku 2012, kiedy ich miejscem stało się nowo wybudowane przy Al. Politechniki 4 Centrum Konferencyjno-Wystawiennicze MTŁ, także nazwane EXPO-Łódź, w którym w marcu  odbyły się XV Łódzkie Targi Edukacyjne. I od tamtej daty, aż do roku 2018, kolejne Targi tam się odbywały.  Bo – z nieznanych mi powodów – w 2019 roku  XXII ŁTE odbyły się w… w łódzkiej hali widowiskowo sportowej, noszącej nazwę Atlas Arena.

 

I tam, zbierając materiały do relacji z tego wydarzenia, przeprowadziłem mini wywiad z ówczesnym wiceprezydentem Łodzi Tomaszem Trelą, mającym w zakresie swoich obowiązków także łódzką oświatę. Oto zapis tej rozmowy:

 

Włodzisław Kuzitowicz: Czy ma Pan przekonanie, że organizowanie tych targów, w czasach nam współczesnych, ma jeszcze sens?

 

Tomasz Trela: Sens na pewno ma, chociaż wymiar tych targów i informacja która kiedyś, dziesięć czy piętnaście lat temu, miała zdecydowanie większą wartość. Dzisiaj dostępność do Internetu, powszechna praktyka „Drzwi Otwartych”, witryny internetowe każdej szkoły, dają bardzo duże możliwości, ale tu jest moment, żeby przyszedł młody człowiek – przyszły absolwent gimnazjum czy szkoły podstawowej i choćby porozmawiał ze swoimi rówieśnikami, którzy już uczą się w tej szkole, porozmawiał z jej nauczycielami. Ja uważam, że to jest takie uzupełnienie tej technologicznej zmiany, z którą mamy do czynienia w czasie cyfryzacji, powszechnego dostępu do wiedzy, informacji poprzez Internet. W moim przekonaniu nie powinniśmy odchodzić od targów edukacyjnych, bo one mają swój wymiar.

 

WK: Ale przecież na owych „Dniach Otwartych”, na organizowanych w szkołach zawodowych „Dniach Doradztwa Zawodowego” uczniowie mają czas na dłuższy kontakt i o wiele odpowiedniejsze warunki na zdobycie zindywidualizowanej informacji i porady…

 

TT: Ale wie pan, ja liczę na to, że jeżeli ktoś przyjdzie na takie targi i ma już jakąś swoją wyrobioną opinię czy wiedzę o danej szkole, to tu może ją sobie pogłębić, albo tu zainteresować się szkoła, do której może udać się na „Dni Otwarte”. Ja uważam, że jedno nie wyklucza drugiego i to jest inicjatywa dobra, potrzebna i warta kontynuacji.

 

WK: Czy Miasto Łódź widziałoby taką możliwość, aby zlecić, na przykład Łódzkiemu Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego, aby przeprowadziło na początku nowego roku szkolnego badania sondażowe w klasach pierwszych szkół ponadpodstawowych, w których uczniowie odpowiadaliby by na pytania o motywy, a także o źródła informacji, z których czerpali przy podejmowaniu decyzji o wyborze taj, a nie innej szkoły?

 

TT: Ja myślę, że to nie jest żaden problem. To jest słuszna inicjatywa. Ja uważam, że warta rozważenia.

 

Źródło: www.obserwatoriumedukacji.pl

 

 

Moje pytanie o możliwość zlecenia przeprowadzenia  sondażu wśród uczniów klas pierwszych liceów i techników z pytaniem o źródła informacji, w oparciu o które podjęli decyzję o wyborze szkoły, nie zadałem przypadkowo, Już rok wcześniej, w „Felietonie nr 209 Komu służą targi. Czy z tych powodów warto je organizować?”, sformułowałem następujące tezy:’’

Teza 1.

Targi edukacyjne nie są do niczego potrzebne szkołom. Z nieoficjalnych źródeł w WE UMŁ wiem, że prowadzono tam badania sondażowe, w których pytano pierwszoklasistów z jakich źródeł czerpali wiedzę, która zadecydowała o wyborze tej, a nie innej szkoły ponadgimnazjalnej. Okazało się, że na pierwszym miejscu znaleźli się koledzy, na drugim – internet, a na jednym z końcowych – targi edukacyjne!

 

Teza 2.

Najbardziej organizacją targów są zainteresowane… Targi! Znaczy – Międzynarodowe Targi Łódzkie, którym za powierzchnię wystawienniczą zajmowaną przez placówki oświatowe, dla których organem prowadzącym jest UMŁ, płaci… Urząd Miasta Łodzi! Właściciel Spółki MTŁ! No i wejściówki odwiedzających także wpływają na ich konto.

 

Teza 3.

Targi podobają się niektórym mediom, dla których blichtr tej imprezy  i malownicze obrazki pokazywane na fotkach i filmowych migawkach są przyciągającym wzrok czytelników i widzów surogatem pogłębionej informacji.

 

Teza 4.

Chętnie uczestniczą w targach edukacyjnych szkoły wyższe, zwłaszcza te prywatne, dla których jest to jeszcze jedna, w generalnym rozliczeniu nie tak droga, forma reklamy i pozyskiwania przyszłych studentów. Na „moje oko” wśród tegorocznych odwiedzających tę imprezę przeważali uczniowie ostatnich klas szkół średnich…

 

Teza 5

Wizyty na targi bardzo lubią przyprowadzani tam w zorganizowanych  grupach uczniowie, którzy zamiast siedzieć w szkole na lekcjach, mieć jakąś kartkówkę lub odpytywanko, mają to przedpołudnie zagospodarowane bezstresowo…

Źródło: www.obserwatoriumedukacji.pl

 

 

Powtórzę informację zawartą w pierwszej tezie: „Z nieoficjalnych źródeł w WE UMŁ wiem, że prowadzono tam badania sondażowe, w których pytano pierwszoklasistów z jakich źródeł czrpali wiedzę, która zadecydowała o wyborze tej, a nie innej szkoły ponadgimnazjalnej. Okazało się, że na pierwszym miejscu znaleźli się koledzy, na drugim – internet, a na jednym z końcowych – targi edukacyjne!

 

Przypomnę, że ten felieton zamieściłem 4 marca 2018 roku! Od tamtej daty minęło 8 lat. Nie tylko, że Wydział Edukacji nigdy nie opublikował owych „tajnych” wyników sondażu, to rok później wiceprezydent Trela ich nie znal, a jego poparcie do mojej propozycji, aby taki sondaż przeprowadziło –  na zlecenie UM –  ŁCDNiKP na nic się zdało.

 

Bo nie o wsparcie ósmoklasistów i maturzystów w podejmowaniu przez nich decyzji o dalszej drodze edukacyjnej organizatorom owych Targów chodzi. Już wtedy nazwałem to „po imieniu”, pisząc, że  Najbardziej organizacją targów są zainteresowane… Targi! Znaczy – Międzynarodowe Targi Łódzkie, którym za powierzchnię wystawienniczą zajmowaną przez placówki oświatowe, dla których organem prowadzącym jest UMŁ, płaci… Urząd Miasta Łodzi! Właściciel Spółki MTŁ! No i wejściówki odwiedzających także wpływają na ich konto.”

 

Co się przez tych osiem lat zmieniło? Jeśli chodzi o organizowanie Targów, to w kolejnym roku zrobiła swoje pandemia COVID19, z powodu której odwołano XXIII LTE. W następnym 2021 roku odbyły „e-Targi Edukacyjne Łódź 2021”. W tej samej formule odbyły się targi  w roku 2022 2023.

 

Rok 2024 był rokiem, w którym łódzka władza oświatowa wpadła na pomysł Rejonowych Targów Edukacyjnych. Oto ich pierwszy kalendarz  –  TUTAJ Już wtedy można było zdobywać potrzebne informacje o ofercie szkół ponadpodstawowych z Łódzkiej Bazy Edukacyjnej.

 

I dwa następne lata to czas organizowania tychże targów rejonowych. Określenie „rejonowych, to zastępcza nazwa dawnego podziału Łodzi na pięć dzielnic administracyjnych, zlikwidowanego w 1993 roku. Ale dopiero w tym roku decydenci postanowili zabłysnąć nowatorskim pomysłem tego, ponownie zorganizowanego w Hali EXPO, „Future Up! Fest.”

 

Tylko czy i w tym przypadku najwięcej korzyści z tego „odpustu” nie mieli jego organizatorzy, a nie uczniowie?

 

Bo ja nadal podtrzymuję moją krytyczną, od lat prezentowaną, opinię o braku uzasadnienia dla dalszego organizowania tych spędów i budzenia złudnych nadziei dla szkół nie cieszących się nadmiarem kandydatów w kolejnych rekrutacjach do klas pierwszych. Dzisiaj jeszcze bardziej jestem przekonany o zbędności Targów Edukacyjnych, tak w ich wersji „rejonowej”, jak i ogólnołódzkiej.

 

Dlaczego? Bo dzisiaj każdy uczeń ma swoim smartfonie swobodny dostęp nie tylko do informacji zawartych w Łódzkiej Bazie Edukacyjnej, ale może także wejść na stronę każdej szkoły ponadpodstawowej, gdzie dowie się o wiele więcej nie tylko o jej ofercie, ale – najczęściej na jej fanpage – o wszystkich wydarzeniach i inicjatywach, które lepiej mówią o jakości tej placówki niż najlepiej urządzone ich stoiska na targach

 

W tej e-reczywistości ja zalecałbym wzmocnienie roli doradcy zawodowego i zadbałbym nie tylko o zwiększenie ich liczby, ale przede wszystkim o ich kompetencje – nie tylko orientację w ofercie łódzkich szkół, ale przede wszystkim o znajomość trendów cywilizacyjnych, skutkujących wygaszaniem zapotrzebowania na jedne zawody i tworzeniem nowych obszarów zapotrzebowania na dziś nieznane jeszcze kompetencje. A  także  bardzo przydatna owym doradcom byłaby jeszcze, przynajmniej te najbardziej w jego roli potrzebne, kompetencja coacha…

 

Ale nie likwidowałbym „Dni Otwartych”, bo stwarzają one możliwość zapoznania się „w realu” z ewentualnym późniejszym miejscem nauki, porozmawiania w o wiele bardziej komfortowych warunkach z ich uczniami, nauczycielami, a także zobaczenia na własne oczy bazy dydaktycznej szkoły.

 

 

Napisałem ten tekst, aby już nikt nie mógł powiedzieć, ze Kuzitowicz, to zdziecinniały staruszek, który – jak przedszkolak – mówi Targom Edukacyjnym „NIE BO NIE!”

 

 

 

Włodzisław Kuzitowicz



 Na sobotnią lekturę proponuję dwa najnowsze teksty z bloga „Pedagog”. W obu prof. Boguslaw Śliwerski zajął się zawodem „nauczyciel”. Ten z dzisiejszą datą przytaczam w całości, zaś wczorajszy jedynie we fragmentach, odsyłając linkiem do pełnej wersji:

 

 

Zawód bez progu, kariera bez selekcji, stabilność bez wyjścia

 

 

W każdym państwie istnieją zawody, do których się wchodzi, i takie, do których się dopuszcza. Różnica między nimi nie jest tylko formalna, ale cywilizacyjna, ustrojowa. Wyznacza bowiem granicę między profesją, która dokonuje profesjonalnej selekcji, a systemem, który ją absorbuje. W polskiej oświacie mamy do czynienia z tym drugim przypadkiem.

 

Zawód nauczycielski jako zawód bez progu

 

System prawny – oparty na Karcie Nauczyciela oraz Prawie oświatowym zakłada posiadanie kwalifikacji nauczycielskich. Jednocześnie dopuszcza sytuację, w której dyrektor szkoły może zatrudnić osobę bez kwalifikacji, jeśli wymaga tego sytuacja kadrowa. To nie jest wyjątek od systemu, ale jego zawór bezpieczeństwa dla władzy, a nie dla jakości procesu kształcenia.

 

W efekcie zawód nauczyciela nie posiada realnej bariery wejścia. Nie ma egzaminu państwowego, nie ma obowiązkowego okresu selekcyjnego zakończonego oceną pozytywną jako realną możliwością i koniecznością wejścia do zawodu. Następuje zatem nie po przejściu próby, lecz przed nią. Zawód, który nie ma progu wejścia, nie może budować elity, natomiast zapewnia ciągłość działania instytucji.

 

Nauczycielski awans też bez selekcji

 

W tej logice należy czytać system awansu zawodowego. Uregulowany w art. 9a–9g Karta Nauczyciela tworzy strukturę kolejnych etapów: od nauczyciela początkującego do dyplomowanego. Na poziomie formalnym wygląda to jak system różnicowania jakości. W praktyce jest to system przejścia przez procedurę.

Nie ma progów liczbowych, chyba że są ukryte przez samorządy. Nie ma realnych ograniczeń liczby awansów, z wyjątkiem przyznawania tytułu Honorowego Profesora Oświaty. Nie ma powiązania awansu z efektami pracy uczniów czy trwałymi wskaźnikami jakości. Kluczowe znaczenie mają: wymiar temporalny, a więc czas tzw. stażu zgodnie z art. 9c; dokumentacja i poprawność proceduralna.

 

To nie jest selekcja. To jest trajektoria, dlatego większość nauczycieli,  jeśli wytrwa w szkole, osiąga jego najwyższe poziomy. System nie eliminuje, ale utrwala większościowy stan nauczycieli mianowanych (co załatwiła sobie nomenklatura związkowa w 1999 roku) i pochodny tego procesu stan nauczycieli dyplomowanych.

 

Stabilność bez wyjścia

 

Moment przełomowy następuje wraz z mianowaniem (art. 10 Karta Nauczyciela), w którym nauczyciel uzyskuje stabilność zatrudnienia. W swojej konstrukcji przypomina to pragmatykę w służbach publicznych, ale w przeciwieństwie do służb mundurowych, stabilność ta nie jest efektem intensywnej selekcji, tylko przejścia przez system.

 

W tym miejscu uruchamia się mechanizm głębszy, łączący psychologię i ekonomię: stabilność zmniejsza skłonność do ryzyka, do innowacyjności, autotelicznego samokształcenia, zaś lata inwestycji tworzą efekt utopionych kosztów. Kompetencje stają się coraz bardziej „wewnątrzsystemowe”, toteż maleją alternatywy zawodowe. Powstaje zjawisko „zatrzaśnięcia” (lock-in).

 

Nauczyciel nie pozostaje w systemie wyłącznie dlatego, że jest on atrakcyjny. Trwa w nim, ponieważ koszt odejścia staje się wysoki psychologicznie, zawodowo i ekonomicznie. Co więcej, mechanizm ten działa selektywnie.

 

Najłatwiej odchodzą ci, którzy mają alternatywy rynkowe – informatycy, językowcy, specjaliści STEM. Najczęściej pozostają ci, których kompetencje są silnie związane ze szkołą jako instytucją zorientowana na przygotowywanie do egzaminów państwowych (ósmoklasisty, maturalnego i zawodowego). Nie bez znaczenia jest też miejsce zamieszkania nauczycieli i odległość z domu do szkoły.

 

System nie tylko nie wzmacnia w nim najlepszych, gdyż stabilizuje przede wszystkim tych, którzy mają najmniej alternatyw poza nim. 

 

Ukryta ekonomia 

 

Dopełnieniem tej struktury jest mechanizm finansowy. Najniższy stopień awansu oznacza najniższe wynagrodzenie. Dla organów prowadzących, które działają w warunkach ograniczonych budżetów, oznacza to naturalną preferencję dla zatrudniania nauczycieli początkujących. W efekcie etap, który powinien być najsilniejszą próbą jakościową, staje się jednocześnie najbardziej opłacalnym oszczędnościowo elementem systemu.

 

Czas tzw. próby staje się elementem zarządzania kosztami.

 

System bez funkcji elitarnej

 

Zestawienie tych trzech elementów, a więc braku progu wejścia, proceduralnego awansu i stabilizującego mianowania prowadzi do wniosku, który trudno zignorować. System awansu nauczycieli nie jest skonstruowany jako mechanizm wyłaniania i inwestowania w elity nauczycielskie. Jest mechanizmem zapewniania ciągłości kadrowej, regulowania kosztów i względnego stabilizowania zatrudnienia.

 

 

Elita może w nim istnieć, ale władze nie są zainteresowane kapitałem niezależności najlepszych profesjonalistów. Tam, gdzie nie ma progu wejścia, selekcja zostaje zastąpiona czasem, zaś tam, gdzie czas zastępuje selekcję, stabilność zastępuje rozwój. W następstwie tych procesów szkolnictwo zarządza procesami przetrwania w nim nauczycieli różnych kategorii: od pasjonatów, miłośników, przez rzemieślników po wypalonych.

 

Źródło: www.sliwerski-pedagog.blogspot.com

 

x           x           x

 

 

Po co nam pozorny system awansu zawodowego nauczycieli?

 

 

Badaczka systemu awansu zawodowego nauczycieli w Polsce prof. UWM Hanna Kędzierska przywołała socjologiczną teorię z 1948 roku Maxa Webera, który stwierdził, że tak naprawdę świat jest skonstruowany z trzech typów systemów: systemów prostych, skomplikowanych i złożonych. W istocie teoria ta powstała w latach 20. XX wieku i dotyczyła m.in. legalnego panowania władzy nad społeczeństwem, które przyjmuje rozmaite formy strukturalne.

 

 […]

 

Awans zawodowy nauczycieli w Polsce został unieważniony przez manipulację władz oświatowych. Nauczyciele nie odrzucają go dlatego, że nie chcą się rozwijać, lecz dlatego, że nie widzą w nim drogi do bycia lepszym nauczycielem, a jedynie sposób, by trochę mniej stracić, skoro nie ma dla nich innej oferty pracy lub lubią tę profesję.

 

System awansu zawodowego nauczycieli wprowadzono pod pozorem rzekomej troski państwa o ich profesjonalizację, ale w praktyce przekształcił się w mechanizm administracyjno-płacowy, który w ograniczonym stopniu wpływa na jakość edukacji, a zarazem pozwala władzy i związkowcom podtrzymywać przekonanie, że tę jakość wspierają. […]

 

 

Cały tekst „Po co nam pozorny system awansu zawodowego nauczycieli?”  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.sliwerski-pedagog.blogspot.com

 

 



 

Na portalu „Strefa Edukacji” opublikowano dzisiaj tekst, informujący o powstaniu (już, czy dopiero?) podręcznika do wychowania zdrowotnego Oto obszerne fragmenty tego tekstu, link do jego  pełnej werskji oraz link do pliku PDF z tekstem tego podręcznika:

 

Źródło: https://www.umw.edu.pl/

 

 

Pierwszy podręcznik do edukacji zdrowotnej już gotowy. Za darmo, ale czy się spodoba?

 

Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu poinformował, że oddaje do rąk nauczycieli, dyrektorów szkół i całego środowiska edukacyjnego pierwszą w kraju, kompleksową publikację przygotowaną specjalnie na potrzeby nowego przedmiotu, jakim jest edukacja zdrowotna. Nowy podręcznik łączy aktualną wiedzę medyczną, psychologiczną i społeczną z realnymi potrzebami edukacji.

 

Spis treści artykułu:

 

>Krycjata przeciw infodemii

 

>Holistyczne spojrzenie na zdrowie

 

>Inspiracja dla uczniów i rodziców

 

>Dzieło kilkudziesięciu ekspertów jest dostępne bezpłatnie

 

 

Krycjata przeciw infodemii

 

Wraz z wprowadzeniem do szkół nowego przedmiotu – edukacji zdrowotnej – polska oświata stanęła przed wyzwaniem, z którym wcześniej nie musiała się mierzyć: jak rzetelnie, odpowiedzialnie i nowocześnie uczyć dzieci i młodzież o zdrowiu – w jego fizycznym, psychicznym, społecznym i środowiskowym wymiarze.

 

Odpowiedzią na tę potrzebę jest książkaEdukacja zdrowotna. Podręcznik dla nauczycieli”, przygotowany pod redakcją dr Jolanty Grzebieluch, dr Barbary Grabowskiej i dr Alicji Basiak-Rasały z Wydziału Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu i wydany przez Wydawnictwo UMW.

 

Powstanie tego podręcznika doskonale wpisuje się w misję Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu oraz prowadzoną przez nas kampanię „Zdrowiej wiedzieć”przekonuje prof. Agnieszka Piwowar, prorektor ds. studentów i dydaktyki UMW. – Naszym celem jest wzmacnianie kompetencji zdrowotnych społeczeństwa i przeciwdziałanie dezinformacji poprzez upowszechnianie rzetelnej, naukowej wiedzy o zdrowiu. Jako najlepsza uczelnia medyczna w Polsce nie możemy pozostać obojętni wobec postępującej obecnie epidemii informacyjnej, zwanej infodemią.

 

Zdaniem dr hab. Łukasza Rypicza, dziekana Wydziału Nauk o Zdrowiu UMW, wprowadzenie edukacji zdrowotnej do szkół to niezwykle ważny krok w kierunku budowania bardziej świadomego i zdrowszego społeczeństwa. Aby jednak ten przedmiot spełnił swoją rolę, nauczyciele muszą mieć dostęp do aktualnych i naukowo zweryfikowanych źródeł wiedzy.

 

Edukacja zdrowotna w szkole daje szansę, by już od najmłodszych lat uczyć krytycznego myślenia. Tylko w ten sposób możemy przygotować młodych ludzi do podejmowania odpowiedzialnych decyzji dotyczących własnego zdrowia w przyszłościpodkreśla dr Rypicz.

 

Holistyczne spojrzenie na zdrowie

 

Podręcznik, który powstał na UMW, jest pierwszą w Polsce publikacją zaprojektowaną od podstaw jako merytoryczne zaplecze dla nauczycieli realizujących nową podstawę programową obowiązującą od marca 2025 r. Nie tylko porządkuje wiedzę, ale też wprowadza do polskiej szkoły holistyczne, naukowo ugruntowane spojrzenie na zdrowie.[…]

Inspiracja dla uczniów i rodziców

 

Choć publikacja powstała przede wszystkim z myślą o nauczycielach, jej autorzy zaznaczają, że może stać się także wartościowym źródłem wiedzy i inspiracji dla uczniów, rodziców oraz innych grup i środowisk, którym bliska jest troska o zdrowie i świadome wybory.

 

Edukacja zdrowotna powinna koncentrować się na bezpieczeństwie i dobrostanie dzieci i młodzieżypodkreśla dr hab. Agnieszka Mastalerz-Migas, prof. UMW, kierownik Katedry i Zakładu Medycyny Rodzinnej UMW. – Zdrowie psychiczne, pierwsza pomoc, uzależnienia, dojrzewanie, odżywianie, aktywność fizyczna, relacje, higiena cyfrowa i profilaktyka – to są realne kwestie z którymi młodzi ludzie stykają się na co dzień, a podręcznik został zaprojektowany właśnie jako całościowe kompendium obejmujące te obszary. […]

 

Dzieło kilkudziesięciu ekspertów jest dostępne bezpłatnie

 

Projekt podręcznika jest także jednym z filarów ogólnopolskiego programu studiów podyplomowych dla nauczycieli, finansowanego przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. UMW został zaproszony do współtworzenia tego przedsięwzięcia jako jedna z wiodących instytucji w kraju w obszarze nauk o zdrowiu. Sama publikacja powstała dzięki współpracy kilkudziesięciu ekspertów, w tym lekarzy, położnych, psychologów, pedagogów, dietetyków, fizjoterapeutów i specjalistów zdrowia publicznego.

 

Publikacja jest dostępna bezpłatnie online na stronie UMW: Edukacja zdrowotna. Podręcznik dla nauczycieli | Uniwersytet Medyczny im. Piastów Śląskich we Wrocławiu […]

 

 

 

Cały tekst „Pierwszy podręcznik do edukacji zdrowotnej już gotowy. Za darmo, ale czy się spodoba?”  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.trefaedukacji.pl

 

 

 

Edukacja Zdrowotna – Podręcznik dla nauczycieli  –  plik PDF dostępny   –  TUTAJ



Wczoraj na portalu „EDUNEWS”  zamieszczono tekst mgr Aliny Guzik –  doktorantki w Szkole Doktorskiej na Politechnice Gdańskiej, którego tematem jest proces zapamiętywania i funkcja sprawdzianów wiedzy. Oto ta publikacja – bez skrótów:

 

 

Czy testowanie pomaga w uczeniu się?

 

Czy zdarzyło się wam kiedyś, że przeczytaliście dobrą książkę, po czym nie potrafiliście opowiedzieć znajomemu, o czym właściwie była? Albo może braliście udział w ciekawej konferencji i z wielkim trudem próbowaliście sobie przypomnieć, czego się dowiedzieliście? Mam złą wiadomość. Doświadczyliście zjawiska psychologicznego określanego iluzją kompetencji, które pojawia się, gdy np. z łatwością śledzimy argumentację nauczyciela i jesteśmy przekonani, że dobrze poznaliśmy materiał, ale w rzeczywistości niewiele się nauczyliśmy. Jak zatem sprawdzić, czy coś naprawdę umiemy? Jest na to prosty sposób!

 

Jak działa pamięć?

 

Miarą jakości chirurga, który stoi przy stole operacyjnym albo pilotki samolotu dostrzegającej alarm sygnalizujący awarię silników, jest zdolność do przywołania posiadanej specjalistycznej wiedzy w takiej sytuacji. Ta sama zasada dotyczy każdego z nas. Dlaczego niektóre dane szybko ulatują z naszej pamięci, podczas gdy inne pozostają w niej na dłużej? Aby lepiej zrozumieć ten proces, przyjrzyjmy się bliżej trzem systemom pamięci, które funkcjonują w naszych umysłach. 

 

Pierwszym z nich jest pamięć sensoryczna. Przechowuje ona informacje odbierane przez nasze zmysły np. wzrok lub słuch i działa głównie poza naszą świadomością. Jest ultrakrótkotrwała i niezwykle ulotna, ponieważ przetwarza niezliczoną ilość bodźców, a zapamiętanie ich wszystkich mogłoby nas niebezpiecznie przeciążyć.

 

Drugim systemem jest pamięć robocza, która przez kilkadziesiąt sekund przechowuje informacje przydatne w danej chwili. One też są podatne na zapomnienie, a przeniesienie ich do trzeciego systemu – pamięci długotrwałej wymaga dodatkowych działań. Dokładny mechanizm tego przejścia, pozostaje wciąż tematem sporów między ekspertami. Wiemy jednak, że trwale zapamiętujemy dane, które umysł uznał za istotne i przy których musiał w sposób świadomy lub podświadomy „napracować się”. Wiemy też, że to prawdopodobnie proces przekodowania i konsolidacji, czyli nadawania znaczenia i wewnętrznej spójności, odpowiada za przeniesienie danych z pamięci krótkotrwałej do pamięci długotrwałej. W tym kontekście można zakładać, że to, co zostaje zapamiętane na dłużej, jest częścią większej całości i jest powiązane z innymi danymi, które już znamy. W skrócie – to nie jest tak, że informacje są od siebie oddzielone; one są skojarzone, dlatego właśnie głębokie zrozumienie tego, czego się uczymy, jest tak ważne. Co ciekawe proces konsolidacji odbywa się u człowieka w fazie snu wolnofalowego, zwanego też snem głębokim[1]. Pamiętajcie o tym, następnym razem, gdy powiecie komuś, że nic nie robi, tylko ciągle śpi. W świetle współczesnych badań całkiem możliwe, że wtedy właśnie najbardziej intensywnie się uczy!

 

Rys. 1. Uproszczony model procesu uczenia się

 

Ukryta moc samotestowania

 

Aby uczyć się skutecznie, potrzebujemy dwóch rzeczy. Po pierwsze, dzięki przekodowaniu i konsolidacji materiał z naszej pamięci krótkotrwałej jest przenoszony do pamięci trwalej. To oznacza nie tyle zapamiętanie informacji, ale także solidne ich zakorzenienie. Po drugie, musimy nauczyć się łączyć materiał z różnym zestawem sygnałów, które spowodują, że będziemy w stanie przywołać daną wiedzę, kiedy jej potrzebujemy. To, jak szybko możemy przypomnieć sobie potrzebną wiedzę z naszego wewnętrznego „archiwum”, jest związane między innymi z tym, jak dawno temu z niej korzystaliśmy oraz z jakością sygnałów i bodźców, z którymi tę wiedzę powiązaliśmy.

 

Dobrą metodą, aby uczyć się ich rozpoznawania, jest właśnie samotestowanie. O edukacyjnej wartości takiego podejścia mówił już dawno temu Arystoteles i Francis Bacon. Współcześnie też powinniśmy częściej wracać do tej metody, zważywszy, że badania z obszaru psychologii pamięci wskazują, że odtwarzanie z pamięci jest skuteczniejszym sposobem uczenia się niż np. wielokrotne powtarzanie[2].

 

Zaskakujące jest to, że takie testowanie się pomaga w nauce, nawet gdy nie znamy jeszcze poprawnej odpowiedzi, a np. poznajemy ją po zakończeniu testu. Wysiłek, który wkładamy w przywołanie informacji (ang. memory retrieval), powoduje, że szybciej zapamiętamy prawidłowa odpowiedź, kiedy już się z nią zetkniemy[3]. Okazuje się, że próbując przywołać informacje z pamięci, wzmacniamy naszą zdolność do zapamiętywania ich w przyszłości!

 

Lekarstwo na zapomnienie

 

Regularne samotestowanie pomaga zwalczać też krzywą zapominania. Niemiecki psycholog Hermann Ebbinghaus dociekliwe szukał odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak szybko zapominamy niektóre rzeczy i jak temu zapobiegać. Aby zobrazować zjawisko, posłużył się rysunkiem krzywej, z której wynika, że po pierwszym zapoznaniu się z materiałem, następuje gwałtowny spadek zapamiętanych informacji. Jednak, jeśli są one odświeżane w odpowiednich odstępach to, tempo zapominania spada, a krzywa staje się bardziej płaska. To oznacza, że dzięki przywoływaniu z pamięci, np. poprzez testowanie, informacje są utrwalane w naszej pamięci.

 

Rys. 2. Krzywa zapominania

 

Jak testować najlepiej?

 

Nie powinniśmy odchodzić od różnego rodzaju testowania także w szkole i na uczelni. Niektóre rodzaje testów i sprawdzianów przynoszą większe edukacyjne korzyści niż inne. Logika podpowiada, że lepsze są problemowe pytania otwarte niż zamknięte typu ABCD, bo motywują do głębszego zrozumienia i wymagają większego wysiłku, a to pomaga w trwałym zapamiętywaniu.

 

Dużo korzystniej jest też mieszać pytania z różnych tematów z danego obszaru niż blokować podobne zagadnienia. Uczy to lepiej oceniać kontekst i dostrzegać różnice pomiędzy schematami i problemami, a to jest bardzo cenne w rozwoju myślenia. Przemyślane testowanie wiąże się również z zastosowaniem wiedzy w różnych kontekstach, co uczy wykorzystywać ją w inn

 

Również samo układanie pytań jest też świetną metodą uczenia się. Proces ich formułowania wymaga zrozumienia materiału w takim stopniu, aby móc wyodrębnić kluczowe informacje i zorganizować je w logiczne treści. Dobrym pomysłem jest, poprosić grupy ćwiczeniowe, aby układały testy dla siebie nawzajem. Dzięki temu wszyscy skorzystają, a może też poczują dreszczyk emocji wywołany przez rówieśniczą rywalizację.

 

Czy testy na ocenę to dobry pomysł?

 

Chociaż sprawdziany, kolokwia i kartkówki obrosły złą sławą, to badania wskazują, że uczniowie zazwyczaj uzyskują lepsze wyniki w testach na ocenę niż w samotestowaniu. Może być to spowodowane motywującą determinacją, która podnosi ciśnienie krwi i wyostrza nasze zmysły. Jednak, gdy test wiążę się z negatywnymi skutkami np. oceną, której nie da się już poprawić, to pojawia się negatywny stres, a ten skutecznie zniechęca i powoduje, że testowanie nieprzyjemnie nam się kojarzy. Dlatego ważne jest, aby podczas nauki zapewnić odpowiedni poziom stresu – nie za niski, bo wtedy tracimy motywację do działania, ale też nie za wysoki, powodujący strach, wyczerpanie, a nawet wypalenie.

Ciemna strona testowania

 

Testowanie w edukacji ma też niestety swoje słabe strony. Skupienie wyłącznie na przygotowaniu się do zapowiedzianych testów może prowadzić do powierzchownego uczenia się. Kiedy celem staje się zaliczenie quizów, studenci często skupiają się na zapamiętywaniu faktów, bez głębszego zrozumienia materiału. W ten sposób informacje mogą być tylko tymczasowo utrzymane w pamięci.

 

Stały nacisk na sprawdziany i kartkówki może prowadzić też do uczucia presji. Zamiast promować zdobywanie wiedzy w sposób pozytywny, nadmierne testowanie może spowodować, że nauka staje się czymś, co wywołuje lęk.

 

Dlatego oprócz tradycyjnych sprawdzianów i quizów stosujmy także alternatywne metody, takie jak projekty, prace pisemne czy prezentacje ustne. Te formy wymagają nie tylko zapamiętania faktów, ale także umiejętności ich zastosowania i interpretacji.

 

Wreszcie, ważne jest, abyśmy zdawali sobie sprawę, jak ważna jest równowaga między testami a innymi formami uczenia się. Dążenie do zrozumienia materiału powinno być głównym celem procesu edukacyjnego, a to można najskuteczniej zapewnić poprzez połączenie różnych metod i technik.

 

Przydatne narzędzia

 

Narzędzi do tworzenia testów w Internecie mamy całkiem sporo, przykładowo:

 

-Google Forms (zob. eNauczanie)

 

Platforma Moodle (wbudowane mechanizmy do tworzenia testów)

 

-Socrative (zob. eNauczanie)

 

-Kreatory fiszek, takie jak np. Quizlet, Memozora, Chegg

 

-Quizy zgamifikowane, np. Kahoot, Quizziz (obecnie nazywa się Wayground)

 

Mentimeter

 

-Kursy online uzupełnione o testy (np. Udemy, Coursera, edX)

 

-Generatory pytań na podstawie tekstu (współpraca z AI), np. FilloutQuizgecko, Revisely 

 

 

Możemy wykorzystać te narzędzia zarówno do samotestowania, jak i do tworzenia testów dla naszych uczniów i studentów.

 

 

Przypisy:

 

[1] Matthew P Walker. The Role of Slow Wave Sleep in Memory Processing. Journal od Clinical Sleep Medicine. 2009. 15;5(2 Suppl). https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC2824214/

 

[2] Shannon Palmer, Youn Chu, Adam M Persky. Comparison of Rewatching Class Recordings versus Retrieval Practice as Post-Lecture Learning Strategies. American Journal of Pharmaceutical Education. 2019; 83 (90:7217. Doi: 10.5688/ajpe7217

 

[3] Paul W Frankland, Sheena A Josselyn, Stefan Köhler. The neurobiological foundation of memory retrieval. Nature Neuroscience. 2019 Sep 24;22(10):1576–1585. doi: 10.1038/s41593-019-0493-1

 

 

 

Źródło: www.edunews.pl

 

 



Foto: Shutterstock/Anatoliy Karlyuk

 

 

Oto obszerne fragmenty z tekstu zamieszczonego dzisiaj na „Portalu dla Edukacji”:

 

 

 

MEN bierze się za normy ubioru w szkołach. Zasady muszą być zapisane w statucie

 

– Uczeń ma ubierać się zgodnie z ogólnie przyjętymi normami społecznymi. Szkoła nie będzie mogła narzucać m.in. fryzur i kolorów ubrań – o ile nie naruszą jasno określonych zasad – poinformowała ministra edukacji Barbara Nowacka. Zaznaczyła, że nowelizacja ma na celu uregulowanie luki w przepisach o ubiorze uczniów.

 

>MEN nie planuje w żaden sposób centralnie ustalać tego, jak uczniowie mają wyglądać i jak się ubierać. Projekt precyzuje konkretne granice swobody – mówi Barbara Nowacka.

 

>Zgodnie z projektem o prawach i obowiązkach ucznia, szkoła nie będzie mogła narzucać m.in. fryzur i kolorów ubrań – o ile nie naruszą jasno określonych zasad – wskazuje.

 

>Niedozwolone jest noszenie stroju nawołującego do nienawiści, dyskryminującego, sprzecznego z przepisami prawa lub stwarzającego zagrożenie dla bezpieczeństwa – wyjaśnia.

 

Interpelację w sprawie przygotowywanej przez Ministerstwo Edukacji Narodowej nowelizacji ustawy – Prawo oświatowe, ustawy o systemie oświaty oraz niektórych innych ustaw złożyły posłanki Prawa i Sprawiedliwości.

 

Oceniły w niej, że planowane zmiany legislacyjne dotyczące wyglądu i stroju uczniów, choć przedstawiane jako próba uporządkowania szkolnego życia, budzą poważne kontrowersje społeczne i mają szersze implikacje historyczne i kulturowe.

 

Z proponowanej regulacji wynika, że uczeń szkoły podstawowej, ponadpodstawowej, artystycznej lub określonej w przepisach placówce ma prawo w szczególności do:

 

-kształtowania własnego stroju

 

-kształtowania własnego wyglądu.

 

Przysługuje mu wolność od dyskryminacji z jakiegokolwiek powodu, a w szczególności ze względu m.in. na wygląd.

 

MEN zaznaczyło jednak, że uczeń ma ubierać się zgodnie z ogólnie przyjętymi normami społecznymi. Niedozwolone jest noszenie stroju:

 

-nawołującego do nienawiści,

 

-dyskryminującego,

 

-sprzecznego z przepisami prawa,

 

-stwarzającego zagrożenie dla bezpieczeństwa innych osób przebywających w szkole lub placówce lub samego ucznia.

 

Posłanki PiS zapytały m.in. jakie kryteria autorytatywnie określają ogólnie przyjęte normy społeczne, jaka jest podstawa ich zastosowania w praktyce szkolnej oraz kto będzie odpowiedzialny za ich definiowanie i egzekwowanie, a także – czy doświadczenia z prób wprowadzenia obowiązkowych mundurków szkolnych w przeszłości – zarówno w kontekście rządów Romana Giertycha, jak i epoki PRL – nie uczą, że narzucanie wyglądu z zewnątrz może prowadzić do społecznego niezrozumienia i oporu.

 

W odpowiedzi Nowacka zaznaczyła, że Ministerstwo Edukacji Narodowej nie planuje w żaden sposób centralnie ustalać tego, jak uczniowie mają wyglądać i jak się ubierać. Podkreśliła, że projektowane rozwiązania zakładają bowiem autonomię każdej społeczności szkolnej w tym zakresie. […]

 

Projekt, wyjaśniła ministra, jasno wskazuje, że uczeń ma prawo do swobodnego kształtowania stroju i wyglądu, ale jednocześnie precyzuje konkretne granice tej swobody, wprowadzając dwa obowiązki dla uczniów w zakresie stroju i wyglądu zgodnego z ogólnie przyjętymi normami społecznymi, który jednocześnie nie zagraża bezpieczeństwu, nie nawołuje do nienawiści czy dyskryminacji, ani nie narusza obowiązującego prawa.[…]

 

Jak czytamy w odpowiedzi szefowej MEN, ustawa celowo posługuje się przy tym pojęciem ogólnie przyjętych norm społecznych, bo system oświaty w Polsce jest bardzo zróżnicowany – inne realia ma szkoła branżowa, inne liceum, inne szkoła artystyczna. […]

 

Oznacza to, wyjaśniła, że żadna szkoła nie będzie mogła samodzielnie wymyślać norm.

 

Ich interpretacja będzie podlegała ocenie zewnętrznej i jednolitym standardom konstytucyjnym, w tym zasadzie poszanowania godności ucznia. Tak czy inaczej jednak zachowana zostanie szkolna autonomia w tym wymiarze – podkreśliła.[…]

 

 

Cały tekst „MEN bierze się za normy ubioru w szkołach. Zasady muszą być zapisane w statucie”  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.portalsamorzadowy.pl/edukacja/

 



Dzisiaj proponuję lekturę na bardzo aktualny temat: wykorzystywanie AI w szkole, ale nie tylko przez uczniów, ale także przez nauczycieli. Tekst (i rysunek) Danuty Sterny, zaczerpnięty z bloga „OK. NAUCZANIE”:

 

Badanie nad korzystaniem ze sztucznej inteligencji

 

 

W miarę jak wzrasta wykorzystanie sztucznej inteligencji (AI), coraz trudniej rozróżnić dzieło maszyny od dzieła człowieka. W tym artykule wyniki badań nad korzystaniem z AI w szkole.

 

Przeżyliśmy wiele buntów dotyczących nowości. Już Sokrates krytykował posługiwanie się pismem w miejsce wypowiedzi ustnych. Potem widziano zagrożenie w książkach drukowanych, telewizji, kalkulatorów i komputerów. Teraz generatywna sztuczna inteligencja wydaje się intelektualną katastrofą.

 

Ale pisanie nie osłabiło pamięci, kalkulatory nie zniszczyły matematyki, a komputery nie sprawiły, że książki stały się przestarzałe. Pytaniem nie jest, czy sztuczna inteligencja jest dobra, czy zła, ale w jakich warunkach wspiera – lub utrudnia – uczenie się.

 

Niektóre badania wskazują na ryzyko, polegające na niewkładaniu żadnego własnego wysiłku w wykonanie zadania i przekazanie go AI. Inni odkrywają w AI szansę użytecznego narzędzia, które może pobudzić myślenie uczniów, a nauczycielom pomóc tworzyć użyteczne materiały. W tym artykule same badania (zaczerpnięte z artykułu Youki Terada) , bez wyciąganie z nich wniosków na temat korzyści i zagrożeń wynikających z używania AI.

 

Badania sugerują, że wygoda i szybkość mogą mieć wysoką cenę, odpowiedzi, które są udzielane bez wysiłku, są również poznawczo nieuchwytne, co prowadzi do słabego zapamiętywania i płytkiego zrozumienia.

 

Badania nad procesem uczenia się pokazują, że w uczeniu się pomaga zaznaczanie w tekście ważniejszych pojęć, ponowne czytanie tekstu i częste powtarzanie. Tego nie ma, gdy AI podaje swoje rozwiązanie. Uczącemu może się wydawać, że opanował zagadnienie, gdyż otrzymał odpowiedź na pytanie, ale tak nie jest. Gotowe rozwiązanie hamuje dociekanie, które jest niezbędne w procesie uczenia się.

 

Przeprowadzono badaniena 1000 uczniów, połowa uczniów rozwiązywała zadanie z pomocą ChatGP, a druga samodzielnie. Pierwsza z grup zrobiła zadanie znacznie szybciej i lepiej, uzyskując o 48 procent wyższe wyniki niż druga grupa, korzystająca tylko z materiałów i notatek.

 

Jednak, gdy poproszono wszystkich uczniów o rozwiązanie samodzielne podobnego zadania, uczniowie którzy wcześniej korzystali z AI, wypadli teraz słabiej.

 

Używając AI uczniowie pozbawili się możliwości doskonalenia swoich umiejętności matematycznych.

 

Inne badanie przeprowadzone przez naukowców z MIT doprowadziło do podobnych wniosków. Poproszono uczniów o napisanie esejów, jako odpowiedzi na pytanie: „Czy idealne społeczeństwo jest możliwe, a nawet pożądane?”. Ci, którzy mieli dostęp do ChatGPT, mieli tendencję do przepisywania odpowiedzi stworzonej przez AI, ich eseje były do siebie podobne. Tylko 17 procent uczniów używających w tym doświadczeniu sztucznej inteligencji potrafiło przypomnieć sobie choćby jedno zdanie z „własnego” eseju. Pozostali uczniowie, którzy nie korzystali z AI, i pisali eseje samodzielnie, potrafili sobie przypomnieć 83 i 89 procent swojego eseju.

 

W innym badaniu z 2025 roku , uczniowie, którzy zdobywali wiedzę na dany temat za pomocą streszczenia wygenerowanego przez sztuczną inteligencję, zdobywali „płytszą” wiedzę niż w przypadku standardowego wyszukiwania w internecie lub korzystania z innych materiałów.

 

Naukowcy przestrzegają przed „lenistwem metapoznawczym”, polegającym na nawykowym unikaniem świadomego wysiłku poznawczego, poprzez przerzucanie na innych nie tylko samego wykonania zadania, ale także monitorowania swoich postępów w nauce. Popełnianie błędów jest niezbędnym elementem uczenia się, jeśli ktoś korzysta z AI, to nie ma możliwości sprawdzania własnej pracy i korygowaniu błędnych przekonań. Uczniowie korzystający z AI polegają nadmierne na sztucznej inteligencji, co ogranicza ich zdolność do monitorowania i refleksji nad swoją nauką.

Czytaj dalej »



Od czasu do czasu zaglądam (z ciekawości) co dzieło się w Łódzkim Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego – tak na jego oficjalną stronę (gdzie są zapowiedzi wydarzeń), jak i na jego fanpage – gdzie można dowiedzieć się, czym – z tego co się odbyło –  uznano, że należy się pochwalić. Dzięki temu zobaczyłem tam taką informację, którą postanowiłem upowszechnić na OE:

 

 

Wielu uczniów i uczennic ósmych klas szkół podstawowych, ich rodziców oraz nauczycieli i nauczycielek nie wie, że istnieje Łódzka Baza Edukacyjna. Dlatego chcemy polecić Wam tę stronę, która może okazać się istotnym wsparciem dla osób stojących przed wyborem szkoły ponadpodstawowej.

 

Oto ona! Poznajcie Łódzką Bazę Edukacyjną:

 

1.Czym jest Łódzka Baza Edukacyjna?

 

To innowacyjne na skalę Polski informacyjne narzędzie cyfrowe wspierające uczniów i rodziców w poszukiwaniu ofert szkół ponadpodstawowych oraz przydatnych informacji na temat placówek.

 

2.Co można w niej znaleźć?

 

W ŁBE najdziecie pełną ofertę liceów, techników i szkół branżowych na rok szkolny 2026/2027, lokalizację placówek na mapie Łodzi, linki do stron internetowych oraz terminy Dni Otwartych.

 

Ponadto odnajdziecie tam:

-test temperamentu umożliwiający poznanie siebie i swoich preferencji edukacyjnych,

-listę zawodów z opisem kwalifikacji zawodowych w łódzkich technikach i szkołach branżowych,

-informacje o przebiegu rekrutacji z obowiązującymi terminami.

 

3.Komu i gdzie się to przyda?

 

ŁBE przyda się zarówno uczniom, rodzicom, jak i nauczycielom doradztwa zawodowego.

-W domu – do przeanalizowania ofert na nowy rok szkolny i stworzenia listy preferencji wymarzonych szkół.

-W szkole – na lekcjach doradztwa zawodowego jako atrakcyjne narzędzie wspierające odpowiadanie na pytania ósmoklasistów.

 

4.W czym może pomóc ŁBE?

 

Baza pomoże szybko – na miarę dzisiejszych czasów – dotrzeć do informacji. Klikasz w pinezkę i gotowe!

 

ŁBE ułatwi sprawdzenie oferty liceów, techników i szkół branżowych w Łodzi oraz ich porównanie. Pomoże zorientować się, jakie rozszerzone przedmioty do matury oferuje dana szkoła i klasa oraz dopasować swój wybór do zainteresowań lub planów zawodowych,

 

5.Co wyróżnia ŁBE?

 

Szybka i rzetelna informacja, przejrzystość, pomysłowość, dostępność…

 

 

Źródło: www.facebook.com/lcdnikp/

 

 

 

Oto link na stronę Łódzkiej Bazy Edukacyjnej  –  TUTAJ

 

 



Oto fragmenty zamieszczonego dzisiaj na portalu „Strefa Edukacji” tekstu, z którego dowiecie się o niespodziewanie nagłej decyzji MEN w sprawie zakazu używania przez uczniów szkół podstawowych telefonów na lekcjach:

 

 

Od 1 września zakaz używania telefonów w szkołach. Nowacka podaje szczegóły

 

Ministerstwo kończy prace nad przepisami, które spowodują, że od 1 września 2026 r. w szkołach podstawowych wprowadzimy zakaz używania telefonów komórkowych – poinformowała w środę w Olsztynie szefowa MEN Barbara Nowacka. Dodała, że jest to „decyzja przyspieszona”, po jej rozmowie z premierem Donaldem Tuskiem.

 

[…]

 

Podczas konferencji prasowej w Olsztynie ministra Nowacka mówiła m.in. o toczących się w MEN pracach nad Krajową Strategią Młodzieżową, w której zostaną wykorzystane wnioski i rekomendacje zawarte w „Diagnozie Młodzieży 2026”. Wskazała, że strategia ma powstać do końca jesieni, ale – jak podkreśliła – niektóre działania muszą być podjęte pilnie.- W ministerstwie właśnie kończymy prace nad dużą zmianą legislacyjną, bardzo istotną dla szkół, która spowoduje, że od 1 września 2026 r. w szkołach podstawowych wprowadzimy zakaz używania telefonów komórkowych. Jest to decyzja przyspieszona w tej chwili, decyzja przyspieszona też po mojej rozmowie z premierem Donaldem Tuskiem – powiedziała ministra.Dodała, że takie przepisy spowodują, że dzieci nie będą mogły korzystać z telefonów na lekcjach. – Wyjątkiem może być proces dydaktyczny i decyzja nauczyciela, ale nie może być to norma, bo widzimy jak bardzo uzależnione są dzieci od internetu – zaznaczyła. Wskazała, że higiena cyfrowa wchodzi do szkół razem ze zmianami w podstawach programowych, ale – jak powtórzyła – pewne działania trzeba podjąć już.

 

I tym działaniem jest zakaz telefonów komórkowych w szkołach podstawowych od 1 września 2026 r – powiedziała szefowa MEN.

 

Jak przypomniała, z – opracowanej na zlecenie MEN – diagnozy wynika, że 71 proc. nastolatek i nastolatków uważa, iż są uzależnieni od telefonów, a 60 proc. odczuwa chroniczne zmęczenie. Wskazała też, że 73 proc. dzieci w wieku 12-14 lat wie, gdzie znaleźć pornografię w internecie, a 26 proc. dzieci pomiędzy 7 a 12 rokiem życia miała kontakt z pornografią. Mówiła również, że 44 proc. osób w wieku 13-16 lat nie wie jak rozróżnić prawdę od fałszu w internecie, a 47 proc. osób w wieku 13-16 lat natknęło się na szkodliwe treści w mediach społecznościowych. […]

 

Nowacka przypomniała, że w tej chwili szkoły mają możliwość ograniczenia użytkowania przez swoich uczniów telefonów komórkowych i ponad 50 proc. szkół takie ograniczenia w ostatnich latach wprowadziło.

 

Ministra była pytana przez dziennikarzy o to, jak szkoły miałyby egzekwować zakaz używania komórek. Odpowiedziała, że ministerstwo nie będzie narzucało, co mają szkoły robić z telefonami, bo to jest ich autonomiczna decyzja. Natomiast telefony nie mogą być używane na lekcjach i również w czasie przerw. Tak, mogą być wnoszone. Mogą być też wyjątki, np. przyczyny zdrowotne; rodzice chcą być w kontakcie z dziećmi, ale czy to będzie szafka przed każdą salą lekcyjną, czy to będą „bezpieczne woreczki”, które też wprowadzają szkoły, czy to będzie jeden koszyk u nauczyciela wystawiony na stole, to są decyzje szkoły – wyjaśniła.

 

Oceniła, że zakaz, który ma zamiar wprowadzić ministerstwo, będzie realnym narzędziem dla nauczycieli. – Dzisiaj nauczyciele borykają się z tym i bardzo często o tym mówią (…), że jeżeli zabraniają, to młodzież mówi: „nie ma żadnego zakazu”. A tak będą mogli spokojnie powiedzieć: jest zakaz, jest prawo, są to przepisy wprowadzone odgórnie przez ministerstwo i macie obowiązek ich przestrzegać – stwierdziła. […]

 

 

Cały tekst „Od 1 września zakaz używania telefonów w szkołach. Nowacka podaje szczegóły”  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.strefaedukacji.pl



Z dwudniowym „poślizgiem” zamieszczam najnowszy post Jarosława Pytlaka z jego bloga „Wokół Szkoły”:

 

 

Tydzień projektowy z kompasem i napędem z prestiżu

 

Kości zostały rzucone – ministra Nowacka podpisała dwa rozporządzenia wprowadzające reformę „Kompas Jutra”. Instytucje i firmy szkoleniowe już są pod parą, bo przecież trzeba wytłumaczyć nauczycielom meandry nowej koncepcji, nawet jeśli oficjalna narracja jest taka, że to wszystko już dzieje się w szkołach, tylko będzie działo się bardziej. Niestety, ma to niewiele wspólnego z prawdą, a za przykład może posłużyć wpisana do rozporządzenia o ramowym planie nauczania koncepcja tygodnia projektowego, która nie ma oparcia w żadnej dotychczasowej praktyce.

 

Nie wiem, kto wymyślił tę innowację, ale idę o zakład, że była to osoba, która w życiu nie układała planu zajęć, nie zmagała się z regulującymi to przepisami oraz problemami z kadrą nauczycielską. Musiał to być ktoś święcie przekonany, że skostniałe ciało pedagogiczne trzeba odgórnie rozruszać, a kilka dni, podczas których szkoła stanie na głowie, to będzie chwalebne zerwanie z rutyną, dzięki czemu zapanuje atmosfera radosnej aktywności naukowej i społecznej.

 

Koncepcja tygodnia projektowego skupia w sobie wszystkie braki reformy „Kompas Jutra”. Jest to pomysł wydumany w jakimś gabinecie, niemający oparcia ani w teorii, ani w praktyce szkolnej. Choć oparty na słusznym założeniu, że projekty są dobrą metodą dydaktyczną, narzuca ramy organizacyjne, które skutecznie utrudnią realizację. Jego wprowadzenie nie zostało poparte żadnymi analizami możliwości organizacyjnych, ani rzetelnym pilotażem. Owszem, w końcu 2025 roku, w ramach projektu „Moc relacji w edukacji”, niewielka grupa placówek podjęła się pewnej namiastki pilotażu, ale sądząc z dostępnych informacji, były to działania nieskoordynowane, często fragmentaryczne, np. dzień projektowy zamiast tygodnia, albo tydzień, ale w klasach 1-3 szkoły podstawowej, w których akurat „Kompas Jutra” tej formy zajęć nie wprowadza.

 

Najkrótszą krytyczną recenzję tygodnia projektowego zamieścił profil fejsbukowym Pokój Nauczycielski w postaci mema przedstawiającego zdjęcie Adama Słodowego z napisem: „Dzisiaj pokażemy, jak przy pomocy kartki A4, kompasu i odrobiny prestiżu zrobić tydzień projektowy”. I byłoby to nawet śmieszne, gdyby nie było smutne. Oto bowiem pojawiły się już oferty szkoleń w zakresie organizacji tej formy pracy. Biorąc pod uwagę, że nie ma ludzi posiadających praktyczne doświadczenie w organizacji tygodni projektowych, bo nikt tego wcześniej nie robił, szkolenie będzie sprowadzało się do wymyślania, co można by zrobić, żeby ta koncepcja miała sens. Szkolący być może nawet pokieruje tym myśleniem, jednak bez żadnej odpowiedzialności za jego efekty i wdrożenie. Nauczyciele, jakby za mało już mieli na głowach, będą szkolić się w myśleniu, jak dopasować praktykę do wydumanej teorii. Podpowiem w tym miejscu, że powinno to wyglądać inaczej – do teorii, jaką jest po prostu projekt jako metoda dydaktyczna, powinno się dobudowywać – lokalnie w każdej szkole – sposób wdrażania jej w praktyce. I tyle.

 

Moje spojrzenie na ten problem jest szczególnie wyostrzone, bowiem sam organizuję pracę nauczycieli. Układam grafik zajęć dla blisko stu osób i 27 oddziałów. Dopasowuję do możliwości kadrowych – bo nawet w luksusowych warunkach szkoły niepublicznej nie wszyscy nauczyciele pracują wyłącznie u mnie, a zatem muszę uwzględnić wiele konkretnych ograniczeń. A moja szkoła liczy zaledwie 470 uczniów – z trudem wyobrażam sobie wyzwanie, jakim będzie organizacja tygodnia projektowego w placówce dwu albo trzykrotnie większej. Przewiduję istny wysyp rozmaitych pomysłów racjonalizatorskich, co dyrektorzy mają już opanowane na wielu frontach. Tak będzie z pewnością i tym razem. I tym optymistycznym akcentem mógłbym zakończyć ten felieton, gdyby nie mina, jaką w rozporządzeniu umieścili jego twórcy. Oto bowiem, modyfikując organizację zajęć podczas tygodnia projektowego, trzeba będzie respektować takie oto ograniczenie, zapisane w art. 7a ust. 3:

 

W trakcie tygodnia projektowego zajęcia wychowania fizycznego, edukacji zdrowotnej, religii lub etyki, zajęcia rewalidacyjne dla uczniów niepełnosprawnych oraz zajęcia z zakresu pomocy psychologiczno-pedagogicznej są prowadzone zgodnie z tygodniowym rozkładem zajęć.

 

Ilekroć sobie pomyślę, że stopień komplikacji mojej pracy na stanowisku dyrektora szkoły osiągnął już szczyt, pojawia się minister edukacji, płci dowolnej, cały na biało, i rzecze: „Potrzymajcie mi piwo, Pytlak!”…

 

x          x           x

 

I jeszcze komentarz Agnieszki Barbasiewicz, jaki pojawił się pod  tym postem:

 

Jakkolwiek zgadzam się z diagnozą, że w szkole, zwłaszcza publicznej, tydzień projektowy będzie bardzo trudny do zorganizowania, to jednak ze sformułowaniem „nikt wcześniej tego nie robił” absolutnie nie mogę się zgodzić! Od wielu już lat prowadzimy w naszych szkołach tygodnie projektowe. Jest to bardzo przemyślany i skutecznie wdrożony w szkole sposób na wyzwolenie w uczniach i nauczycielach bardzo dużo entuzjazmu kreatywności, na pogłębianie przez uczniów tematów, które ich interesują i w końcu – sic! – na realizację podstawy programowej. Mamy po trzy lub cztery takie tygodnie w każdym roku. Dotyczy to uczniów szkoły podstawowej z klas 4-6 oraz wszystkich uczniów liceum.

 

 

Wdrażaliśmy ten projekt bardzo ostrożnie, poprzedziliśmy to pilotażem i jego ewaluacją, zatrudniamy koordynatorkę szkolnych projektów, uprzedzeni są rodzice. W środowisku naszych szkół powstała też na ten temat znakomita książka p.t. Metodą projektu. Podręcznik” autorstwa Hanny Buchner i Justyny Józefowicz. Z powodzeniem implementujemy nasz pomysł na „tydzień projektowy” zarówno w środowisku szkół Montessori, jak i czasem również w zainteresowanych szkołach poza nim.

 

Mamy w tym naprawdę już duże doświadczenie i właśnie z tego doświadczenia wiemy, jak bardzo trzeba szkołę na taki sposób pracy przygotować. U nas to świetnie działa – od kiedy nauczyliśmy się to ogarniać organizacyjnie wciąż pracujemy nad coraz większą jakością uczniowskich projektów. I to też się udaje. Mogę na ten temat naprawdę długo, bo jest to jedno z dużych naszych osiągnięć i widzimy mnóstwo profitów dla całej szkolnej społeczności. Tylko jest jeden warunek: do tego trzeba mieć naprawdę przekonanego dyrektora i wdrażać to powoli, zgodnie ze wszystkimi regułami wdrażania zmiany. No i trzeba mieć kogoś, kto umie to zrobić lub gotów jest się szybko uczyć. Również na błędach.

 

I, żeby było jasne, uważam że wprowadzenie tygodnia projektowego nie ma nic wspólnego z reformą. Możliwość pracy metodą projektową i odchodzenia od systemu klasowo-lekcyjnego jest od lat wpisana w szkolne dokumenty.

 

 

Jarosław Pytlak zareagował na ten komentarz:

 

Mea culpa! Powinienem napisać „niewiele placówek, głównie niepublicznych”. Cieszę się, że Wam wychodzi; u mnie realizujemy z kolei pomysł cotygodniowej godziny projektowej, a przede wszystkim wplatamy metodę projektową do rozmaitych działań, bez formalizowania tego. Podtrzymam jednak tezę, że na skalę systemową pomysł jest pozbawiony wzorca i pilotażu. Nawiasem mówiąc, ciekawe, czy Wasze doświadczenia z tygodniem projektowym znalazły jakieś zastosowanie w pracach nad reformą? Czy zaproszono (IBE) Was do współpracy? Czy zaproponowano prowadzenie szkoleń?!

 

Przepraszając raz jeszcze za nieświadomość, że istnieją jednak doświadczenia z tygodniem projektowym, podpiszę się z przekonaniem pod tezą, że z dyrektorem przekonanym i pełnym chęci da się to zrobić, i w ogóle niemal wszystko. Jakkolwiek szczególnie w szkole publicznej przekonstruowanie planu na tydzień może być bardzo kłopotliwe także formalnie.

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/



Na fanpage grupy „Nie dla chaosu w szkole” zamieszczono dzisiaj tekst, dzięki któremu dotarłem do bardzo wartościowego artykułu Radosława Leniarskiego i  Dariusza Wołowskiego, zatytułowanego Polska bezradnych rodziców. Jak zmusić dziecko do ruchu nie robiąc mu krzywdy”, opublikowanego dzisiaj na portalu „SPORT.PL”:

 

 

Jeśli ponad 50% badanych dzieci ze szkół podstawowych nie potrafi przeskoczyć przez skakankę nawet jeden raz, to znaczy, że sytuacja staje się dramatyczna. A problemy na poziomie 1/3 badanych dotyczą także prób rzutu i chwytu piłki, co może sygnalizować rozwojowe zaburzenia koordynacyjne.

 

Badania w 2023 r. pokazały, że 94% polskich uczniów ma niewystarczający poziom kompetencji ruchowych. Co gorsza, pojawiła się kolejna dramatyczna informacja: odsetek uczniów prezentujących niewystarczający poziom kompetencji ruchowych nawet w szkołach sportowych wyniósł 83%.

 

Większość rodziców była świadoma potrzeby aktywności fizycznej ich dzieci. Mówili: sam uprawiałem sport, grałem w tenisa, miałem lekcje szermierki… Ale wie pan, problem jest taki, że mój syn tego nie chce robić. No więc ankieterka dopytuje, dlaczego nie chce? Jemu się to nie podoba, trochę sobie nie radzi. Podawali też inne wytłumaczenia odmowy dzieci.

 

Żyjemy w świecie dzieci wrażliwych, płatków śniegu. Jeżeli nauczyciel raz i drugi, publicznie, przy grupie, skomentuje negatywnie ruchowe występy na WF, dziecko zaczyna unikać takiej aktywności fizycznej.

 

Dzieci, które badaliśmy, to są dzieci wycofane. Nie rozwijają nie tylko sprawności fizycznej i nie zdobywają kolejnych stopni ruchowej alfabetyzacji, ale brakuje im także kompetencji społecznych.

 

Bo przecież sport to nie tylko ćwiczenia, ale też przestrzeń aktywności społecznej. Również przez sport rozwija się społeczeństwo obywatelskie. To znaczy teraz nie powstaje, karłowacieje.

 

Warto przeczytać całą rozmowę –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.facebook.com/NIEdlachaosuwszkole/

 

x           x           x

 

Ten sam problem, w odniesieniu do uczniów klas I – III, stal się tematem tekstu Magdaleny Ignaciuk, zamieszczonego także dzisiaj na portalu „Strefa Edukacji”. Oto – dla zachęty – jego początek i link do całego tekstu:

 

 

Polska bezradnych rodziców. Jak zmusić dziecko do ruchu nie robiąc mu krzywdy

 

 

Rektor Akademii Wychowania Fizycznego prof. dr hab. Bartosz Molik podczas konferencji prasowej podsumowującej wyniki ogólnopolskich badań realizowanych w ramach projektu „WF z AWF – Aktywny dzisiaj dla zdrowia w przyszłości” *  za rok 2025.

 

 

Ponad 90 proc. dzieci nie ma podstawowych umiejętności ruchowych – przekazał we wtorek wiceszef MSiT Piotr Borys. Umiejętności te pozwalają np. bezpiecznie zeskoczyć ze schodów. Według autorów raportu po 5. edycji projektu „WF z AWF”, w klasach I-III zajęcia ruchowe powinni prowadzić nauczyciele WF.

 

>Sprawność dzieci pod znakiem zapytania. Raport i resort wskazują na skalę problemu

 

>89 proc. dzieci nie radzi sobie z podstawami. Ekspert: potrzebni nauczyciele WF od początku

 

>Czy nauczyciele WF wejdą do najmłodszych klas? MEN: trwają prace i rozmowy

 

 

[…]

 

 

Cały tekst „Polska bezradnych rodziców. Jak zmusić dziecko do ruchu nie robiąc mu krzywdy”  –  TUTAJ

 

 

 

* Raport merytoryczny projektu „WF z AWF – Aktywny dzisiaj dla zdrowia w przyszłości”  –  TUTAJ