
Archiwum kategorii 'Felietony'
Poprzedni felieton (nr 228) zakończyłem słowami:
„Będę jeszcze do tego wracał – na pewno za tydzień będzie ciąg dalszy o „sadzeniu róż świadomości obywatelskiej”…”
Jednak już we wtorek nabrałem poważnych wątpliwości, czy dobrze zrobię kontynuując podjęty wówczas temat „ogrodnictwa obywatelskiego”, który w myśl mojej różanej metafory miałby polegać na „zasadzaniu” w świadomości naszych uczniów, zwłaszcza tych, którzy już wkrótce staną się wyborcami, podstawowej wiedzy o naszej Konstytucji, a co za tym idzie – o funkcjonowaniu demokratycznego państwa, o trójpodziale władzy, o roli parlamentu, o reprezentatywnej ordynacji wyborczej…
Dlaczego tak szybko zmieniłem zdanie? Było to spowodowane nikłym odzewem (tylko 3 udostępnienia) fejsbukowych znajomych na apel o udostępnianie owego felietonu, który – tradycyjnie – zamieściłem jeszcze w niedzielę, 22 lipca, na moim profilu. To dało mi „do myślenia”, że środek wakacji i afrykańskie upały nie są najlepszą porą na takie poważne i mające aspiracje wywołania konkretnych działań, teksty.
Przeto oświadczam, że do tematu „sadzenia róż świadomości obywatelskiej” powrócę, ale na początku września.
A dzisiaj podejmę inny temat, a właściwie także jeden z kluczowych problemów naszych czasów, w tym edukacji: kompetencje cyfrowe, ale w symbiozie z kompetencjami etycznymi. Będzie to wprowadzenie do relacji z łódzkiego pilotażu najnowszego programu Fundacji „ABCXXI-Cała Polska czyta dzieciom”, przy wsparciu Google, czyli „Mądrzy Cyfrowi”. Ten pilotaż już się zakończył, a ja cały czas czekałem na szczegółowe materiały (informację i zdjęcia) od jego realizatorów – jak dotąd bezskutecznie. Dlatego jutro zamieszczę to co już mam, a dzisiaj kilka zdań o celach tego projektu i jego założeniach organizacyjnych, a przede wszystkim swoiste przygotowanie, nie tyle artyleryjskie co filozoficzne, które pozwoli jeszcze lepiej osadzić ten projekt w strategicznych celach edukacji „na miarę wyzwań przyszłości”.
Najpierw o projekcie „Mądrzy Cyfrowi”:
Mądrzy Cyfrowi to pierwszy program dla nastolatków obejmujący teren całej Polski, polegający na kształtowaniu odpowiedzialnych postaw społecznych z wykorzystaniem nowych technologii.[…]
Aby odnaleźć się dzisiaj w świecie nowych technologii, potrzebne są – tak jak w codziennym życiu – pozytywne wartości, którymi się kierujemy.[…]
Młodzież w kreatywny sposób nauczy się praktykowania wartości takich jak szacunek, uczciwość, mądrość oraz odwaga cywilna, a wszystko przy pomocy zajęć rozwijających umiejętności cyfrowe, w tym z tworzenia wirtualnej rzeczywistości, podstaw montażu trójwymiarowego wideo, narzędzi do pracy zespołowej, czy zasad bezpiecznego i odpowiedzialnego korzystania z internetu. […]
W każdym województwie, w ramach “lata i zimy w mieście” wybrane szkoły oraz biblioteki, w tym także z obszarów wiejskich, zorganizują zajęcia dla uczniów w wieku 12-13 lat.[…]
Projekt „Mądrzy Cyfrowi” ruszył w formie pilotażowej w czerwcu 2018 r., a zimą 2019 r. obejmie swoim zasięgiem kilkaset szkół z całego kraju.[…] [Źródło:www.madrzycyfrowi.pl]
A teraz dzisiejsza wisienka na tym felietonowym torciku: los zrządził, że właśnie we wczorajszym wydaniu „Gazety Wyborczej”, na stronach „Magazynu Świątecznego” zamieszczono wywiad, jaki red. Magdalena Grochowska przeprowadziła z prof. dr hab. Tadeuszem Gadaczem, zatytułowany „Tadeusz Gadacz: Kiedy student ma przeczytać 300 stron, pyta, dlaczego wymagam heroizmu”, który w wersji papierowej zatytułowano bardziej adekwatnie do treści: ”Drugi bunt mas. Proroctwo Fryderyka Nitzschego spełnia się na naszych oczach”.
Jest takie stare polskie przysłowie ”Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy.” Nie przypomniało mi się ono w kontekście pożarów w Kalifornii, ani nawet – ostatnio – w Szwecji. Przyszło mi ono na myśl, gdy wyłączyłem telewizor, na którym oglądałem relacje wydarzeń z Sejmu i spod Sejmu, w dniu, w którym Rzecznik Praw Obywatelskich był postponowany przez „większość parlamentarną” i gdy pisowski ekspres legislacyjny dojechał do stacji: „Stwierdzam, że Sejm uchwalił Ustawę nowelizującą ustawy o . Sądzie Najwyższym, ustroju sądów, Krajowej Radzie Sądownictwa i o prokuraturze”.
Warto tu przypomnieć, że owa farsa parlamentarna jest możliwa, gdyż takie jest prawo arytmetyki w liczeniu głosów potrzebnych do uchwalania ustaw: za nowelizacją głosowało 230 posłów, przeciw było 24, zaś czterech posłów wstrzymało się od głosu. Oczywiście – za głosował klub PiS, przeciw był klub Kukiz’15, zaś kluby PO, Nowoczesnej i PSL-UED nie wzięły udziału w głosowaniu – co było jedynie symbolicznym gestem bezsilnej opozycji. Nawet gdyby posłowie tych klubów uczestniczyły w głosowaniu – i tak ustawa by przeszła…
W tym czasie, gdy w sejmowej Sali Posiedzeń trwał ten spektakl – przed Sejmem toczyły się potyczki z setkami funkcjonariuszy Policji manifestujących przeciwników zawłaszczania przez PiS polskiego systemu sądownictwa. Oczywiście – protesty te nie miały, tak jak w dniach poprzednich, żadnego – oprócz symbolicznego – wpływu na przebieg zdarzeń w Sejmie.
A ja w takich okolicznościach mam pisać felieton o bolączkach polskiej edukacji, o smutnym losie polskich nauczycieli, o niepewnej przyszłości uczniów, absolwentów, polskich szkół… Jak to się ma do coraz głębszej destrukcji fundamentów demokratycznego państwa prawa, jaką już dokonała i jaką w ekspresowym tempie zamierza kontynuować w najbliższej przyszłości pisowska „większość”, legitymizująca swe prawo do tej „demolki” rzekomą „wolą suwerena”?
Czy w ogóle jest sens „zawracać głowę” Czytelnikom takimi tematami, jaki absurdy nowego systemu oceniania nauczycieli, długofalowe konsekwencje likwidacji gimnazjów, szanse edukacyjne „skumulowanych roczników” w naborze do szkół ponadpodstawowych (bo już chyba nie ponadgimnazjalnych?) we wrześniu 2019 roku, albo takimi mrzonkami pięknoduchów, jak zmienianie szkoły z miejsca gdzie nauczają nauczyciele a uczniowie trenują się w wypełnianiu egzaminacyjnych testów w miejsca, gdzie przyjaźni i obdarzani autorytetem nauczyciele-trenerzy rozbudzają u swych uczniów zaciekawienie światem i potrzebę uczenia się – realizowaną wspólnie, jako dochodzenie do wiedzy i nabywanie kompetencji potrzebnych w życiu osobistym, rodzinnym, społecznym, zawodowym i obywatelskim…
I na przekór temu czarnowidztwu ja właśnie dziś doznałem iluminacji, zrozumiałem że właśnie teraz, właśnie po tym wszystkim co już się w naszym kraju z prawem i wolnościami obywatelskimi stało i co – jasno widać – zapewne jeszcze się stanie, właśnie teraz kieruję ten apel do nieobojętnych na wszystko nauczycieli, do świadomych tego nieszczęścia rodziców i do wszystkich innych, którym nie jest wszystko jedno w jakim kraju żyją – byle z dużym kontem w banku.
Przed dziesięcioma dniami na oficjalnej stronie MEN pojawiła się informacja: „Podstawowe kierunki realizacji polityki oświatowej państwa w roku szkolnym 2018/2019”. Na ogół unikam używania określenia „pojawiła się” w przypadku, gdy dotyczy to faktu, takiego jak właśnie ten urzędowy komunikat, który ktoś zredagował, a ktoś inny zamieścił na stronie internetowej. Bo pojawić się to może tęcza na niebie, albo obraz Matki Boskiej na szybie. Ale nie efekt czyjegoś, uwarunkowanego stosowaną technologią, celowego działania.
Ale w tym przypadku muszę oświadczyć, że z tym komunikatem było jak z ową Matką Boską na szybie: Był – i się zmył. Po kilku dniach już go nie było. I do dzisiaj nie ma… Zobaczcie sami – TUTAJ
Niektóre kuratoria, (np. w Kielcach, Warszawie, Katowicach, Olsztynie czy Poznaniu) zamieściły na swych stronach informacje o tym ministerialnym dokumencie i link do niego. Ale nie Łódzkie Kuratorium Oświaty! (Zobacz)
Nie dziwię się, bo znając (z dotychczasowych obserwacji) styl działania naszego kuratoryjnego bossa – dr Grzegorza Wierzchowskiego – nie jest w jego interesie, aby dyrektorzy szkół, przedszkoli i pozostałych placówek oświatowo-wychowawczych z terenu mu podległego poznali treść tego dokumentu, zanim stawią się karnie na organizowanych przez niego w ostatnim tygodniu sierpnia „naradach” – jak uporczywie określa te odprawy w ogłoszeniach zamieszczanych na kuratoryjnej stronie www. Bo o czym miałby on wtedy do nich przemawiać? A tak, to „jego ludzie” zrobią mu kilka slajdów z kolejnymi fragmentami owych „podstawowych kierunków” i 20 minut tej operatywki zapełnione.
Ciekawe kto w tym roku będzie drugim mówcą – wszak pani Elżbieta Ratyńska już od 18 kwietnia nie jest wicekuratorem (po tym, jak od ŁKO dowiedziała się o swym wypowiedzeniu – została z budynku kuratorium zabrana przez karetkę Pogotowia Ratunkowego do Szpitala im. Pirogowa), a – przynajmniej do dzisiaj – nikt nie zajął tego etatu…
Ale wracam do owej „kuratoryjnej zjawy”, czyli „„Podstawowych kierunków realizacji polityki oświatowej państwa”. Ogłaszanie takiego dokumentu to coroczny „ministerialny świecki zwyczaj” wszystkich kolejnych ekip rządzących w gmachu na Szucha. Ale dopiero w trakcie przygotowań do pisania tego felietonu naszła mnie ta refleksja:
„Jak właściwie taki dokument powstaje? Do kogo jest on adresowany” Kto i kiedy jest rozliczany z jego realizacji?
Popatrzcie na skan pierwszej części tegorocznych „wytycznych”:
Foto: www.kometa.edu.pl
Pierwszy fragment zaczyna się od słów „…ustalam następujące kierunki realizacji polityki oświatowej państwa…” A więc – nie samorządów, nie fundacji czy stowarzyszeń (ngo) działających w obszarze edukacji, tylko p a ń s t w a! A czyje są szkoły publiczne? Państwowe? NIE! Jak dotąd – s a m o r z ą d o w e! Do kogo więc adresowane są owe zalecenia? Logika nakazuje interpretację, że do organów i instytucji żadnych innych podmiotów – tylko do PAŃSTWA!
Z tego wniosek oczywisty: pani Zalewska określiła kierunki pracy dla podległych sobie urzędników w ministerstwie i – ewentualnie – dla innych resortów i instytucji państwowych, które mogą mieć jakiś wpływ na „realizację polityki oświatowej” tegoż państwa.
Zastanawia tylko jak w praktyce owe ogniwa PAŃSTWA (PiS) będą w nadchodzącym roku szkolnym „wdrażać nową podstawę programową kształcenia ogólnego”, a zwłaszcza jak w praktyce będzie wyglądała realizacja „rozwijania samodzielności, kreatywności i innowacyjności uczniów”. Bo w mojej ocenie ten kierunek to swoista kpina ze „skrzeczącej” rzeczywistości znacznej liczby polskich szkół: To tak, jakby w zakładzie karnym nakazać „klawiszom” rozwijanie samodzielności i swobody wśród więźniów!
Za to dalsze fragmenty są – jednoznacznie – zadaniami dla kuratorów oświaty. Zobaczcie sami – pełna treść owego dokumentu – TUTAJ
I zanim zakończę te rozważania muszę jeszcze powrócić do początków owego dylematu: Jak właściwie taki dokument powstaje? „Strach się bać”, ale obawiam się, że nie tylko owe cztery „kierunki” nie są efektem wcześniejszych diagnoz, syntezą ich konkluzji, owocem ministerialnej „burzy mózgów” (sic), inaczej mówiąc – produktem racjonalnej procedury decyzyjnej. Najbardziej prawdopodobną genezą tego dokumentu jest – nazwijmy to -„olśnienie” decydentki, być może zainspirowane „siłami pola magnetycznego”, mającego swe źródło przy ulicy Nowogrodzkiej.
Tylko czy mój wywód wystarczy, aby tą ”ministerialną zjawą”, zatytułowaną „Podstawowe kierunki realizacji polityki oświatowej państwa w roku szkolnym 2018/2019” dyrektorzy szkół, przedszkoli i wszystkich innych placówek z wykazu w Prawie Oświatowym nie przejęli się?
Włodzisław Kuzitowicz
W środę, 4 lipca, nomen omen w dniu, w którym obywatele Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej świętiwali Dzień Niepodległości, zamieściłem informację „Co o przyszłości edukacji (i nauczycieli) myśli opozycja. I jej eksperci.”. Uczyniłem tak, wiedziony przekonaniem, że dzięki portalowi oswiata.abc.com posiadłem informacje, iż są jeszcze w naszym kraju siły, którym przyszłość edukacji młodych pokoleń Polaków nie tylko leży na sercu, ale które także uruchomią swój intelekt i wolę działania w tej sprawie. Skoro w strukturach naszego Sejmu istnieje Zespół ds Przyszłości Edukacji, skoro przejawia swą aktywność, skoro opublikował „Manifest” – to jeszcze polska edukacja nie zginęła!!!
Ale minęło kilka dni, pierwsze emocje opadły, zdobyłem trochę więcej, bardziej i mniej oficjalnych, informacji, i… i mina mi zrzedła. Ale po kolei:
Zacznę od spraw formalnych. Co to właściwie jest taki zespół parlamentarny do spraw…? Na ogół słyszymy o kołach poselskich i komisjach: stałych lub nadzwyczajnych. Ale – jak widać – powoływane są także zespoły parlamentarne. Tworzone są one na zasadach określonych w Regulaminie Sejmu – na podstawie art. 17 Ustawy o wykonywaniu mandatu posła i senatora.
Członkostwo w zespole jest dobrowolne i w modelowym założeniu powinno sprzyjać integracji polityków z różnych ugrupowań wokół wspólnych zainteresowań. Główne cele, jakie mogą przyświecać parlamentarzystom tworzącym taki zespół, to – przede wszystkim – wspieranie inicjatyw ustawodawczych w danym zakresie. Ale nie tylko. Mogą to być także, po prostu, motywy towarzyskie. Z resztą – zobaczcie sami jakie to zespoły parlamentarne są aktualnie zarejestrowane, a jest ich w Sejmie – nie uwierzycie – 163! – TUTAJ
Teraz przyjżyjmy się temu zespołowi ds. Przyszłości Edukacji. Formalnie rzecz biorąc tworzy go 16 osób – posłów Platformy Obywatelskiej plus jedna posłanka – Joanna Schmit – z koła poselskiego Liberalno-Społeczni (oprócz niej w tym kole są jeszcze: posłanka Joanna Scheuring-Wielgus i poseł Ryszard Petru, czyli byli członkowie partii Nowoczesna). Z grona „platformersów” zapisani do tego zespołu są m. in. takie znane osoby, jak była wiceminister i minister edukacji Krystyna Szumilas, jeden z liderów PO – Rafał Grupiński, czy członek „gabinetu cieni”, były rektor UŁ – prof. Włodzimierz Nykiel. Jest jeszcze syn byłego premiera – Tomasz Cimoszewicz, czy.. czy – najwyższy czas aby o niej napisać – inicjatorka powstania tego zespołu i jego przewodnicząca – posłanka Kinga Gajewska!
Jak pamiętacie – w środowej informacji nie było żadnych konkretnych faktów, (nie licząc tych o występujących ekspertkach) o przebiegu spotkania zespołu. Ale dziś dysponuję już zdjęciem z tego spotkania:
Foto: screenshots.firefox.com
Wspierając się jeszcze dodatkową informacją od osoby, która tam była, stwierdzam, iż jedyną osobą z listy członków Parlamentarnego Zespołu ds. Przyszłości Edukacji obecna była jego przewodnicząca – Kinga Gajewska! …
Kim jest owa „sprawczyni całego zamieszania”, posłanka z Mazowsza, która mandat ten zdobyła w wyborach z 2015 roku na Mazowszu, gdy miała 25 lat?
Przed tygodniem kończyłem felieton słowami:
Mam także narastającą potrzebę podjęcia polemiki z prof. B. Śliwerskim, który na swym blogu zamieścił w czwartek post, zatytułowany „Najgorszy tydzień szkolnej edukacji”, ale odraczam tę wymianę poglądów do następnego tygodnia…
I dziś dotrzymuję słowa. Zacząć muszę od zacytowania dwu fragmentów z owego postu, zamieszczonego 21 czerwca na blogu „Pedagog” :
Od lat nikt nie jest w stanie wyegzekwować od nauczycieli i dyrektorów szkół publicznych tego, by w ostatnim tygodniu roku szkolnego miała w tych placówkach miejsce prawdziwa i rzetelna edukacja. To jest wprost skandaliczne i demoralizujące, że nauczyciele, także szkół prywatnych, lekceważą swoje obowiązki zawodowe nie prowadząc w tym tygodniu już żadnych zajęć dydaktycznych. Takiego poziomu nierzetelności pedagogicznej, nieuczciwości wobec dzieci i młodzieży nie powinno się tolerować.[…]
Kwitnie biurokracja a więdnie edukacja. W ten oto sposób nauczyciele demoralizują dzieci i młodzież, bo o ile w trakcie roku szkolnego oceniali zachowania swoich podopiecznych także w zakresie ich stosunku do uczenia się czy nawet szkoły, tak teraz pokazują, że w pewnych okolicznościach można wszystko pozorować, udawać, a nawet jawnie demonstrować lekceważenie własnych obowiązków. […]
Ton godny prokuratora generalnego! Tylko… tylko czy w tej konkretnej sytuacji są po temu jakiekolwiek racjonalne powody? Jakież argumenty, oparte na zweryfikowanych pod względem związków przyczynowo-skutkowych faktach, upoważniają autora tych słów do takich, uogólniających, oskarżeń?
Jest mi smutno, że muszę to stwierdzić: nie spodziewałem się, że osoba z tytułem profesora, o tak znaczącej w środowisku pedagogów pozycji, napisze tekst, godny jakiegoś młodego, politycznie zindoktrynowanego dziennikarza-publicysty… (Znam kogoś, kto użyłby tu słowa „dziennikarzyny”)
Ale po kolei:
Jeszcze w piątek, gdy uczestniczyłem w uroczystym zakończeniu roku szkolnego w Zespole Szkół Techniczno – Informatycznych, postanowiłem najbliższy felieton poświęcić konieczności całkowitego zrewolucjonizowania nieomal odwiecznej liturgii tego wydarzenia, interesującego przede wszystkim dyrekcje szkół i nieliczną kategorią uczniów-odbiorców nagród – głównie książkowych – kupowanych zwyczajowo przez szkolną bibliotekarkę za pieniądze zebrane przez komitet rodzicielski (szkolną radę rodziców)…
Nagrody przyznawane są, decyzją rady pedagogicznej, w kilku „żelaznych” kategoriach: Za bardzo dobre wyniki w nauce i zachowaniu”, bywa, że także „Za stuprocentową frekwencję”, „Za aktywną działalność w samorządzie uczniowskim”, a ostatnio pojawiły się także nagrody „Za działalność w wolontariacie”! Nie wiem jak Was, Czytelnicy, ale mnie ten rytuał nagradzania, starszy od wszystkich dzisiejszych jego reżyserów, od dawna zastanawia, a ostatnio nawet śmieszy.
Czy nie wydaje się Wam, że nagradzanie uczniów za te wszystkie „osiągnięcia”, to powtarzanie tego samego błędu wychowawczego, jaki popełniają rodzice nagradzający dziecko za to, że zjadło obiadek, albo – przenosząc to, z pewnym przerysowaniem, na powszechnie znane sytuacje „z życia ludzi dorosłych” – jakby nagradzać hobbystę – że klei modele, strażaka za to, że ugasił pożar a pracownika firmy – że przychodził do pracy.
A najbardziej paradoksalne w tej całej sytuacji, której idealistycznym założeniem jest przecież nagłośnienie zasług nagradzanych na forum całej społeczności uczniowskiej i dostarczenie im w ten sposób dodatkowego „pozytywnego wzmocnienia”, jest kwitowanie tych wyróżnień – bardzo często towarzyszącymi temu – prześmiewczym buczeniem i przesadnie owacyjnymi, kpiarskimi oklaskami. W konsekwencji tego owi prymusi stają się adresatami nie tyle aprobaty i uznania, płynących od koleżanek i kolegów, ile swoistego napiętnowania, lub co najmniej „obśmiania” przez tychże…
Czy możliwe jest zorganizowanie uroczystości wieńczącej wspólną, całoroczną pracę uczniów i nauczycieli w inny sposób? Jestem przekonany, że tak, ale pod warunkiem, że wcześniej uda się zmienić cały paradygmat procesu edukacji. Uczeń nie może robić „grzeczności” komukolwiek: swoim rodzicom, nauczycielom, że się uczy! Nie może jego główną, a często jedyną motywacją tego co robi w szkole być ocena w dzienniku, liczba punktów na teście, sprawdzianie, egzaminie. Wtedy kiedy samo uczenie się i satysfakcja z owoców tego procesu będzie sprawiała mu radość, nie będzie potrzebował nagród zewnętrznych, i do tego przyznawanych gównie tym, którzy osiągnęli ów wynik bez większego wkładu własnej pracy. Bo są genetycznie zdolniejsi od innych, bo urodzili się w bogatszym kulturowo środowisku, bo… bo są „tacy sympatyczni, mili i uczynni”… A ci, którym wszystko przychodzi z trudem, którzy nie maja szans na dorównanie owym „szczęściarzom losu”, którzy ciężko pracowali cały rok, aby na świadectwie dostać oceny dostateczne, z rzadka dobre, jak maja się czuć, patrząc na nagradzanie tamtych? Oczywistym jest, że uruchamia się u nich mechanizm obronny, że starają się zdeprecjonować „sukcesy” nagradzanych kolegów.
Wiem, że już teraz są szkoły, w których ten ostatni dzień pobytu uczniów przed wakacjami w ich murach ma zupełnie inny przebieg. Są to właśnie szkoły, które już dokonały rewolucji i przeszły „od nauczania do uczenia się”.
Wysłuchałem wczoraj opowieści pani Bożeny Będzińskiej-Wosik – dyrektorki łódzkiej SP nr 81, że w tej „obudzonej już szkole” sumowali ten rok szkolny, już tradycyjnie, inaczej. Po pierwsze – „na raty”, aby każdemu uczniowi roczne świadectwo, z kilkoma słowami osobistej, „mówionej” dedykacji, mogła osobiście wręczyć Pani Dyrektor. Już w czwartek otrzymali świadectwa trzecioklasiści – uhonorowani oddzielnie, bo wszak skończyli pierwszy etap szkolnej kariery – etap edukacji zintegrowanej. W piątek, podczas oddzielnie zorganizowanych spotkań, kolejno, świadectwa odbierali uczniowie, którzy ten rok szkolny przeżyli w klasach: I i II, po nich – uczniowie klas IV i V, a jako ostatni – z klas VI i VII. Nowym elementem tych uroczystości było uhonorowanie czwórki uczniów statuetkami „Skrzydła Roku” – przyznanymi nie za „wyniki w nauce i zachowaniu”, a za dokonany, najbardziej znaczący skok w ich rozwoju osobistym. Dwie statuetki „Skrzydeł Roku” powędrowały także do uczniów, którzy wyróżnili się w „naprawdę wolontaryjnym” wolontariacie…
Na fejsbukowym profilu dr Marzeny Żylińskiej znalazłem taką informację:
Gdy tylko obietnica ta zostanie zrealizowana – niezwłocznie udostępnię tę relację na stronie OE.
Mam także narastającą potrzebę podjęcia polemiki z prof. B. Śliwerskim, który na swym blogu zamieścił w czwartek post, zatytułowany „Najgorszy tydzień szkolnej edukacji”, ale odraczam tę wymianę poglądów do następnego tygodnia…
Włodzisław Kuzitowicz
WAŻNY KOMUNIKAT
Korzystając z okazji, że czytają to wszyscy stali czytelnicy OE informuję, że od poniedziałku 25 czerwca do niedzieli 19 sierpnia w „Obserwatorium Edukacji” także obowiązywać będzie wakacyjny rytm aktywności publicystycznej. Oznacza to, że zawieszony zostaje system „dwa materiały dziennie” – w tym pierwszy, to „ciekawa lektura”. Zamieszczane będą tylko informacje o naprawdę wartych odnotowania wydarzeniach, oraz powstające „z potrzeby serca” redaktora eseje i – oczywiście – niedzielne felietony. [WK]
Zaprzyjaźniona osoba, sprawująca aktualnie funkcje dyrektora szkoły zwróciła mi uwagę, że w felietonie nr 223 pominąłem jeszcze jeden, równie ważny, aspekt procedury owej oceny pracy nauczyciela. Dla jasności sprawy przytoczę właściwy fragment z rozporządzenia – dosłownie
6. 1. Ocenę pracy nauczyciela ustala się po ustaleniu poziomu spełniania wszystkich kryteriów oceny pracy określonych dla danego stopnia awansu zawodowego, z zastosowaniem wskaźników oceny pracy określonych w regulaminie, o którym mowa w art. 6a ust. 14 Karty Nauczyciela.
2.W przypadku ustalenia poziomu spełniania kryteriów oceny pracy na poziomie:
1) 95% i powyżej – nauczyciel otrzymuje ocenę wyróżniającą;
2) 80% i powyżej – nauczyciel otrzymuje ocenę bardzo dobrą;
3) 55% i powyżej – nauczyciel otrzymuje ocenę dobrą;
4) poniżej 55% – nauczyciel otrzymuje ocenę negatywną.
Biję się w piersi – dopiero na tym etapie ujawnia się w całej okazałości pełny analfabetyzm metodologiczny autorów tego rozporządzenia. Lub „cwaniactwo” – niech się tym dyrektorzy martwią. No bo nie podano żadnych prawnych wskazówek, według jakich zasad należy konstruować ową sumatywną oceną procentową, wychodząc – jak w przypadku oceny na stopień nauczyciela dyplomowanego – z 23 procentowo ocenionych wskaźników tej oceny.
No, bo – teoretycznie – można postąpić na różne sposoby. Najprościej – zsumować liczby punktów uzyskanych we wszystkich kryteriach, podzielić przez ich ilość i otrzymany wynik – „średnią” – przyłożyć do podanej w rozporządzeniu skali. Ale taki sposób pozwoliłby uzyskać ocenę wyróżniającą nauczycielowi, który – przykładowo – otrzymałby 0% w kryterium „poprawność merytoryczną i metodyczną prowadzonych zajęć dydaktycznych, wychowawczych i opiekuńczych”, a we wszystkich pozostałych „zaliczyłby” wskaźniki – głownie 100%, z rzadka – 75%!
Innym sposobem mogłoby być przyjęcie założenia, że – skoro wskaźnik ogólny poniżej 55% przekłada się na ocenę negatywną – to oceniany nauczyciel, przykładowo, nie może uzyskać w żadnym z ocenianych wskaźników oceny niższej niż owe 55%. Tylko jakie byłoby wtedy prawdopodobieństwo, że przy tylu „mierzonych” wskaźnikach w ogóle możliwe by było (w realnych szkolnych warunkach) aby ktokolwiek mógł otrzymać ocenę wyróżniającą?
Nie jestem specjalistą od pomiaru i budowania narzędzi diagnozy jakościowej – może ktoś z czytelników potrafi odpowiedzieć na ujawnione w tym aneksie, i w felietonie-matce, problemy. Proszę o podzielenie się z nami dobrymi pomysłami – przysyłając taki tekst na adres obserwatoriumedukacji@gmail.com.
Włodzisław Kuzitowicz
Gdyby to zależało ode mnie, to odwołałbym Annę Zalewską ze stanowiska ministra choćby tylko za to jedno rozporządzenie – w sprawie szczegółowych kryteriów i trybu dokonywania oceny pracy nauczycieli…
Według tego tworu chorych i oderwanych całkowicie od szkolnej rzeczywistości umysłów, w których „to coś”: się ulęgło i – niestety – nie prawem kaduka, a na mocy prawa, nie tyle suwerena, co „niepełnosprawnego szeregowego posła z Żoliborza” przybrało formę obowiązującego od 1 września 2018 r. rozporządzenia – dyrektorzy szkół i innych placówek oświatowo-wychowawczych będą musieli ustalić regulamin określający (procentowe!) wskaźniki oceny pracy nauczycieli, odnoszące się do poziomu spełniania poszczególnych kryteriów oceny pracy nauczycieli na poszczególnych stopniach awansu zawodowego. I to po zasięgnięciu opinii rady pedagogicznej oraz zakładowych organizacji związkowych! I później go stosować.
A tych kryteriów, na każdy kolejny stopień awansu zawodowego, jak wiadomo, jest niemało:
9 kryteriów dla nauczyciela stażysty;
14 kryteriów dla nauczyciela kontraktowego;
19 kryteriów dla nauczyciela mianowanego
21 kryteriów dla nauczyciela dyplomowanego oraz 2 spośród 4 do wyboru.
Nie należy zapominać, że poza tymi „przykazaniami” (i pomyśleć, że Pan Bóg, dając Mojżeszowi na Synaju tablice zmieścił się w 10-u punktach!) dyrektor będzie jeszcze musiał dokonać (jedynej oczywistej) oceny stopnia realizacji planu rozwoju zawodowego – w przypadku oceny pracy na wszystkie stopnie awansu zawodowego..
Jak to mawiali nasi praojcowie – „konia z rzędem” temu, kto bez żadnych wątpliwości etycznych potrafi w prosty sposób „centymetrem miłość wymierzyć”… Bo tylko z takim zadaniem porównać można budowanie skali procentowych dla takich (przykłady wybrane przypadkowo) kryteriów jak „dbałość o bezpieczne i higieniczne warunki nauki, wychowania i opieki”, „współpracę z innymi nauczycielami” lub „wykorzystywanie w pracy wiedzy i umiejętności nabytych w wyniku doskonalenia zawodowego’? Nie mówiąc już o wyskalowaniu stopnia spełnienia kryterium przewidzianego przy ocenie na stopień nauczyciela mianowanego, opisanego jako „pobudzanie inicjatyw uczniów przez inspirowanie ich do działań w szkole i środowisku pozaszkolnym oraz sprawowanie opieki nad uczniami podejmującymi te inicjatywy”, albo na dyplomowanego: „ewaluacja własnej pracy dydaktycznej, wychowawczej i opiekuńczej oraz wykorzystywanie jej wyników do doskonalenia własnej pracy i pracy szkoły”…
Nawet jeśli dyrektor szkoły zdecyduje, czy ów „termometr” mierzący nasilenie „natężenia” osiągnięcia przez nauczyciela owego wymagania będzie sześcio- (co 20%), pięcio- (co 25%), czy tylko czterostopniowy (co 33%), nawet jeśli zaakceptują to nauczyciele i działające w szkole związki zawodowe, to jakimi wskaźnikami te stopnie opisać?
Nie będę nic pisał o kolejnym, już 32. rozdawaniu kartoników w ramkach, odbywającym się corocznie w początkach czerwca, a nazywanym „Podsumowaniem ruchu innowacyjnego w edukacji”. Nie uczynię tego przynajmniej z trzech powodów: po pierwsze – byłoby to nudne dla czytających (bo ile racy można czytać o tym samym), po drugie – bo o tym, co najbardziej cisnęło mi się na klawiaturę wystukałem przy okazji zamieszczonej wczoraj relacji, a po trzecie – bo to i tak nie miałoby żadnego wpływu na przebieg analogicznego eventu w latach następnych…
Dlatego postanowiłem podzielić się z Czytelnikami tych felietonów moimi refleksjami, wywołanymi obserwacją uczestniczącą IV Kongresu ŁTP. Także i w tym przypadku napiszę na ten temat (kongresu ŁTP) nie pierwszy raz, ale w tym roku sytuacja stała się wręcz dramatyczna, świadcząca o zjawiskach, wykraczających poza środowisko członków tego stowarzyszenia.
Nie ma powodu, abym ponownie podnosił problem sensowności posługiwania się nobliwą nazwą „kongres” dla określenia tego lokalnego, wręcz niszowego spotkania miłośników… no właśnie, do końca nie wiadomo czego (lub kogo?). Wszystko co na ten temat napisałem w felietonie nr 107 z 17 stycznia 2016 roku, zatytułowanym „Konteksty i zaszłości w tle dwu łódzkich spotkań edukacyjnych”, po III Kongresie, który odbył się w dniach 11 i 12 stycznia 2016r. (wtedy jeszcze w Dużej Sali Posiedzeń RMŁ) pod tytułem „W poszukiwaniu efektywnych form wspierania uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi” nie tylko nie utraciło na aktualności, ale w jeszcze większym stopniu znalazło swe uzasadnienie. (W styczniu 2016 roku w III Kongresie Edukacyjnym Łódzkiego Towarzystwa Pedagogicznego uczestniczyło, szacunkowo, sto kilkadziesiąt osób!)
Idąc tropem starego powiedzenia: „Jak się zwał, tak się zwał, byle by się dobrze miał” odpuszczę sobie ten wątek megalomanii nomenklaturowej, bo o wiele ważniejszym jest ów wyraźnie objawiony problem zanikającego w środowisku zainteresowania tego typu wydarzeniami.
Wystarczy porównać zdjęcie sali z 2016 roku z obrazem auli Pałacu Młodzieży w minioną środę. W relacji nie napisałem, że kiedy rozpoczynała się dyskusja panelowa, to w fotelach „na widowni” siedziało niewiele więcej osób niż tych na estradzie. Gzie szukać przyczyn tego zjawiska?
Po tym, jak zmobilizowałem swe „moce twórcze” przy pisaniu zamieszczonego wczoraj „Drugiego eseju jubileuszowego”, dzisiejszy felieton będzie wyłącznie na jeden temat: o Parlamencie Dzieci i Młodzieży, czyli wyrażeniem tego wszystkiego, czego nie wypadało dopisywać, nawet w formule „komentarz redakcji” pod zamieszczoną 1 czerwca informacją, której tytuł: „Dysydenci SDiM i ich sojusznicy obradowali dziś w Audytorium Maximum UW” zawierał jedyną możliwą refleksję.
Zacznę od przytoczenia, jak dotąd jedynej udostępnionej przez organizatorów, dość ogólnikowej informacji, że w obradach Parlamentu Dzieci i Młodzieży uczestniczyło 400 młodych ludzi – w tym od 150 do 200 to osoby wybrane do odwołanego przez marszałka Kuchcińskiego XXIV Sejmu Dzieci i Młodzieży. Pewnie jest gdzieś jakaś lista obecności, na podstawie której można by precyzyjnie podać, że takich ”wybrańców” do niedoszłego XXIV Sejmu Dzieci i Młodzieży było na owym alternatywnym mityngu – na przykład 175, albo tylko 151, czy nawet 198! Jednak z jakichś nieznanych mi powodów do dziś tego nie wiemy. Ale jak by nie liczyć – w najlepszym przypadku (owych 200 osób), to 43,5%, a wersji minimum (150 osób) – tylko 32,6% ogółu wybranych przez pisowskich organizatorów posłów na – jak podano – przeniesioną na wrzesień, szesję XXIV SDiM.
Ten fakt miałem na myśli, formułując tamten tytuł ze słowem „dysydenci”. Bo jest nie podlegającym dyskusji faktem, że wszyscy z tamtej listy wyselekcjonowanych przez pisowskich „diagnostów” potencjalnych posłów SDiM, którzy zdecydowali się uczestniczyć, a wielu z nich – o zgrozo – zainicjować i współorganizować to piątkowe spotkanie młodych, zwołane w kontrze do owej nieodpowiedzialnej decyzji marszałka Kuchcińskiego, to dysydenci, a pewnie przez wielu „z tamtego obozu” uważani są za zdrajców polityki „dobrej zmiany”. Ciekawe, czy zechcą oni uczestniczyć we wrześniowej sesji. A jeśli tak – czy zostaną na to posiedzenie wpuszczeni… Jeśli nie – na jakiej podstawie?
Będzie ciekawie…
I to jest zapewne powód nieujawniania ich nazwisk, a pewne także zastosowania tych „widełek”, określających skalę ich udziału w Parlamencie Dzieci i Młodzieży. Bo choć rozpiętość w skali 11 procent między podanymi dwiema możliwościami to niby niewiele, ale „robi różnicę”. A to ważna przesłanka dla zwolenników i przeciwników PDiM. Pierwszy ze wskaźników uprawniałby do użycia określenia, że „prawie połowa posłów na Sejm uczestniczyła w posiedzeniu Parlamentu”, to w tym drugim przypadku uzasadnione byłoby posłużenie się uogólnieniem, że „tylko jedna trzecia uległa namowom opozycji”…
Kilka zdań, ale muszę choć tyle poświęcić problemowi udziału polityków partii opozycyjnych w roli gości PDiM.



