
Archiwum kategorii 'Felietony'
Czy jest w obszarze edukacji taki temat, który może stać się motywem przewodnim tego felietonu, który będzie w stanie zainteresować czytelników, zalewanych zewsząd informacjami o historycznym zwycięstwie (1: 27) pani premier Szydło w Brukseli? I przebić się przez zalew relacji z wielkiej fety powitalnej, jaką na lotnisku zgotował wracającej premier Pan Prezes z bukietem kwiatów w ręku, w otoczeniu ministrów i licznej grupy jego dworzan? To powitanie niechaj stanie się wzorem dla kibiców polskich lekkoatletów i skoczków narciarskich, bo wszak nie zawsze będą wracali ze złotymi medalami na piersiach….
Ale wróćmy na nasze oświatowe podwórko. A tutaj „stara bida”. Bo cóż jest nowego w tym, że 6 marca pani minister Zalewska spotkała się z przedstawicielami Komitetu Nauk o Literaturze Polskiej Akademii Nauk, a w komunikacie o tym nie wspomniano nawet, że szacowni uczeni słali wcześniej liczne listy protestacyjne, sprzeciwiające się reformie edukacji w ogóle, a na łapu capu przygotowanej podstawie programowej z j. polskiego w szczególności?
Nie zaskoczył także nikogo, opublikowany 6 marca, list pani minister do Dyrektorów Szkół, Nauczycieli i Pracowników Oświaty. Otwiera go obłudne podziękowanie „za wszystkie opinie i uwagi zgłaszane zarówno do Kuratorów Oświaty, jak i bezpośrednio do MEN”, później znalazło się tam trochę „marchewki”, w postaci zapowiedzi „działań na rzecz zapewnienia dostępu do szerokopasmowego internetu w każdej szkole” i obietnicy, że „w tym roku, po raz pierwszy od pięciu lat, dokonana zostanie waloryzacja Państwa wynagrodzeń”. Ryzykowne co do ostatecznych jego skutków może się okazać ostatnie zdanie listu: „Bardzo liczę na Państwa pomoc we wspólnej pracy na rzecz dobrej szkoły”. Zapewne znaczny procent adresatów tego epistolograficznego dziełka już niedługo, w piątek 31 maca, właśnie w imię dobra swoich szkół, zamiast prowadzić lekcje będzie strajkowało.
Do „stałych elementów gry”, jaką pani minister Zalewska toczy od ponad roku z samorządami, należy zaliczyć jej obecność 8 marca na Nadzwyczajnym Zgromadzeniu Ogólnym Związku Powiatów Polskich, które odbyło się w Częstochowie. Znów w komunikacie o tym nie było ani słowa, że i to środowisko było wcześniej sygnatariuszem protestów w sprawie wdrażania tej nieprzygotowanej reformy, ale za to zacytowano, powtarzane przez szefową MEN, jak mantra słowa: „ Mam nadzieję, ze wspólne będziemy uzupełniać się w naszych działaniach dla dobra uczniów i polskiej szkoły”.
Dzień później, podczas konferencji prasowej, pani minister z satysfakcja poinformowała, że „blisko 98 proc. rad powiatów oraz 95 proc. rad gmin przesłało już do zaopiniowania przez kuratorów oświaty uchwały w sprawie projektu dostosowania sieci szkolnych do nowego ustroju szkolnego”. W obszernym komunikacie o tym briefingu, jaki znalazł się na menowskiej stronie, zapewne za poradą specjalistów od PR, zapomniano poinformować, że podczas tego samego wystąpienia minister Zalewska powiedziała. że „Do końca marca pokażemy, jak będziemy zmieniać Kartę Nauczyciela.” Także i to mnie nie zaskoczyło….
Jak widać – nic nowego się nie działo… Aż tu nagle! Aż tu nagle piątkowy komunikat:
Dziś, 10 marca br. Premier Beata Szydło powołała Panią Marzenę Machałek na stanowisko Sekretarza Stanu w Ministerstwie Edukacji Narodowej. Nowa wiceminister edukacji przejmie obowiązki Pani Teresy Wargockiej.
Mówią, ze felietoniście więcej wolno niż poważnemu publicyście-komentatorowi. Ale nie będę stosował tu strusiej strategii i udawał, że nie pamiętam tego, co napisałem przed tygodniem. A odważyłem się wtedy na wróżenie z fusów menowskich komunikatów i przepowiedziałem co będzie tematem tegorocznej sesji Sejmu Dzieci i Młodzieży. Napisałem wtedy te słowa: „Z prawdopodobieństwem bliskim pewności twierdzę, że jutro dowiemy się, iż tegorocznym tematem posiedzenia będzie jakiś aspekt czczenie pamięci tzw. „Żołnierzy Wyklętych”.
Jak dziś wszyscy wiemy – przepowiednia ta (jak większość prognoz) nie sprawdziła się. Po raz kolejny nie doceniałem ideologów nowego KC przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie. Ja spodziewałem się kontynuacji znanej już melodii, a oni – nie po raz pierwszy – sięgnęli do sprawdzonych metod systemu, który oficjalnie tępią i wymazują z kart historii, lecz którzy w praktyce zachowują się jak małozdolni uczniowie dawnych mistrzów, serwując nam „restaurację” peerelu…
Aby nie stanąć przed „ziobrowym” sądem za zniesławienie „Przewodniej Siły Narodu” od razu podam dwa przykłady takich „powtórek z rozrywki”: system edukacji wg. modelu PRL i rządowe media, jeszcze niedawno publiczne, dziś ręcznie sterowane niczym za czasów prezesa Sokorskiego, przez usłużną władzy Radę Mediów Narodowych – z Elżbietą Kruk, Joanną Lichocką i Krzysztofem Czabańskim jako przewodniczącym tego neo-radiokomitetu…
Skąd takie moje skojarzenia? Przypominam co napisałem w komentarzu do środowej wiadomości, w której przekazano informację, że tematem tegorocznej sesji jest „Przestrzeń publiczna jako miejsce wolne od symboli propagujących systemy totalitarne. Lokalni bohaterowie w przestrzeni publicznej” i że kandydaci na młodzieżowych posłów, aby zrealizować zadanie rekrutacyjne, mają odnajdywać miejsca w swoim najbliższym otoczeniu, „które propagują komunizmu lub inny ustrój totalitarny przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej”:
Dzisiaj pobawię się w przewidywacza najbliższej przyszłości. Konkretnie spróbuję antycypować treść jutrzejszego komunikatu w sprawie tematu tegorocznej XXIII sesji Sejmu Dzieci i Młodzieży. O tym, że nastąpi to właśnie w poniedziałek 27 lutego poinformowano na stronie MEN w miniony wtorek (21 lutego).
Jednak zanim do tego dojdę pozwolę sobie na kilka zdań z dziejów tej inicjatywy – w założeniu – mającej służyć edukacji do demokracji młodego pokolenia Polaków. Chyba mało kto pamięta, że pierwsze takie posiedzenie odbyło się 1 czerwca 1994 – pod hasłem: „Wojna – zagrożeniem szczęśliwego dzieciństwa”. Temat był nieprzypadkowy: po dwu latach okrutnej wojny domowej na terenach byłej Jugosławii, właśnie ogłoszono zawieszenie broni i podpisano w Waszyngtonie porozumienie, które proklamowało powstanie Federacji Bośni i Hercegowiny (marzec 1994). To zaledwie 10 lat po XIV Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Sarajewie, które w wyniku działań wojennych legło w gruzach… Wojna przestała być dla Europejczyków tematem lekcji historii, filmów batalistycznych i obrazami news’ów telewizyjnych wiadomości z innych kontynentów.
Rok później – 1 czerwca 1995 – młodzi posłowie spotkali się wokół tematu „Prawa dziecka zawarte w ratyfikowanej przez Polskę Konwencji o Prawach Dziecka”. Znów to nie przypadek: Konwencję tę przyjęło Zgromadzenie Ogólne ONZ 20 listopada 1989 r., a Polska ratyfikowała ją 30 kwietnia 1991 roku dokumentem, podpisanym przez ówczesnych: Prezydenta RP Lecza Wałęsę i Ministra Spraw Zagranicznych Krzysztofa Skubiszewskiego. Był to okres upowszechniania treści tego dokumentu nie tylko wśród dorosłego społeczeństwa naszego kraju, ale także beneficjentów owej konwencji.
Te dwie pierwsze sesje Sejmu Dzieci i Młodzieży były zwoływane w czasie, gdy w Polsce rządy sprawowała lewica:
> w 1994r był to rząd Waldemara Pawlaka (koalicja SLD – PSL – BBWR, a ministrem edukacji był prof.. Aleksander Łuczak (PSL)
> w 1995r. był to rząd Józefa Oleksego (koalicja SLD – PSL), a ministrem edukacji był prof. Ryszard Czarny (SdRP)
Warto prześledzić tematy kolejnych sesji Sejmu Dzieci i Młodzieży; ich kompletny wykaz znajduje się na tematycznej stronie Wikipedii. Zainteresowani analizą tematów kolejnych posiedzeń młodzieżowego Sejmu mogą to zrobić osobiście, a dla potrzeb tego felietonu przypomnę jeszcze co było wiodącym tematem dwu posiedzeń:
Aby znowu nie poniosło mnie jak przed tygodniem, wybrałem temat, który – mam nadzieję – nie rozpalali mnie do równie gorących polemik i nie stworzy okazji do „meandrów bocznych”. A więc – nic o „didaskaliach” debaty o łódzkiej sieci szkół, ani o wizycie minister Zalewskiej w Urzędzie Wojewódzkim przy Piotrkowskiej. Zdecydowałem się na rozwiniecie tematu ze środowej (15 lutego) informacji, zatytułowanej „Sondaż CBOS: Polacy o reformie systemu edukacji. Czy robić referendum?”
Będzie to, w pewnym sensie, kontynuacja moich opinii, prezentowanych już wcześniej – w felietonach nr 154 i 155. Już wtedy, pisząc o przygotowaniach do nauczycielskiego strajku, jak i tydzień później – gdy wypowiadałem się o akcji zbierania podpisów pod petycją w sprawie ogólnokrajowego referendum na temat reformy oświaty – wyrażałem moje obawy co do powszechności przekonania Polaków o tym, że reforma, której symbolem i twarzą stała się minister Zalewska, jest zła i należy ją powstrzymać.
W felietonie z 29 stycznia napisałem: „Z bardzo wielu sygnałów, jaki dochodzą do opinii publicznej wiadomo, iż do strajku dążą głównie nauczyciele gimnazjów. Nie jestem przekonany o tym, że poprą go masowo nauczyciele podstawówek, zaś w szkołach ponadgimnazjalnych, zwłaszcza w liceach, hasło „strajkujmy!” nie znajduje szerokiego odzewu.” W następnym tygodniu, gdy komentowałem debatę, „Quo vadis oświato?” zamieściłem taką wypowiedź Jarosława Krajewskiego, obecnego tam dyrektora Szkoły Podstawowej nr 7 im. Orląt Polskich w Łodzi:
„Nauczyciele w pokoju nauczycielskim patrzą na siebie wilkiem. Społeczności szkolne się poróżniły, […] rodzice się poróżnili…[…] Zarządzanie konfliktem to jest to, co „pan prezes” umie najlepiej!”
Nie znałem wtedy jeszcze wyników sondażu opinii, jaki od 7 do 15 stycznia 2017 na temat „Polacy o reformie systemu edukacji” przeprowadziła Fundacja CBOS. A warto wyniki tych badań nie tylko poznać, ale i przeprowadzić ich pogłębioną analizę. Oto kilka najważniejszych wskaźników procentowych, obrazujących poglądy badanych na zadany temat:
34 proc. Polaków wiążą z reformą raczej nadzieje niż obawy, 31 proc. ma mieszane odczucia, a tylko 27 proc. częściej wyraża obawy, niż wierzy w sukces.
Jak się okazało, pomysł likwidacji gimnazjów znajduje akceptację większości Polaków. Niemal trzy piąte badanych (57 proc.) sądzi, że system edukacji z ośmioletnią szkołą podstawową, czteroletnim liceum ogólnokształcącym oraz pięcioletnim technikum będzie lepszy niż obecnie obowiązujący. Przeciwnego zdania jest tylko co czwarty badany (24 proc.), a niemal co piąty (19 proc.) nie ma wyrobionej opinii w tej kwestii.
Dzisiaj nie będę pisał ani o nauczycielskim strajku, ani o referendum w sprawie reformy oświaty. Niechaj „wielka polityka” oświatowa ustąpi dziś naszym łódzkim, lokalnym tematom. Ten 156. felieton to będzie taki „mój punkt widzenia” na Radę Społeczno-Doradczą Łódzkiego Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego – z okazji powołania nowego składu jej członków.
Zacznę od tego, że uroczystość wręczenia aktów powołania do składu owej rady ŁCDNiKP odbyła się w siedzibie tejże placówki 2 lutego. Na stronie „Obserwatorium Edukacji” informacja o tym pojawiła się dopiero po tygodniu – a to dlatego, że dopiero wtedy napisał o tym na swoim blogu prof. Śliwerski. Wcześniej żadna łódzka redakcja: prasowa, radiowa czy telewizyjna nie uznała tego wydarzenia za warte upublicznienia. Jest to o tyle ciekawe, że wśród powołanych do owej Rady osób znalazło się dwoje dziennikarzy łódzkich gazet: weteran – Paweł Patora z „Dziennika Łódzkiego” i nowicjuszka (w zawodzie i w temacie oświatowym) – Agata Kupracz z łódzkiej redakcji „Gazety Wyborczej”.
Jako że tematem wiodącym tego felietonu uczyniłem rozważania o funkcji owej Rady Społeczno-Doradczej i przeprowadzenie pod tym kątem analizy jej składu osobowego, zacznę właśnie od dziennikarzy. Od dawna (bo i w poprzednich składach Rady bywali dziennikarze) nurtuje mnie pytanie: w jakim zakresie obecność przedstawicieli prasy może spełnić cel, który przyświeca powołaniu owej rady (cytuję za prof. Śliwerskim):
Jej działalność będzie nakierowana na wspomaganie Centrum w projektowaniu i wdrażaniu nowoczesnych koncepcji edukacyjnych – innowacji programowych, metodycznych i organizacyjnych z zakresu kształcenia ogólnego i zawodowego, wspieranie Centrum w pełnieniu funkcji eksperckich związanych z projektowaniem, prowadzeniem i ewaluacją procesów edukacyjnych oraz udział w modelowaniu systemu uczenia się przez całe życie.
Nie ujmując nic z dorobku zawodowego i doświadczenia życiowego redaktora Pawła Patory, nie widzę w nim eksperta od nowoczesnych koncepcji edukacyjnych. Na temat możliwości wniesienia „wartości dodanej” w tym zakresie przez panią redaktor Agatę Kupracz zmilczę… Chyba, że nie w tym celu obie te osoby uznał pan dyrektor Janusz Moos za niezbędne w składzie Rady. Cytując ponownie jedyne dostępne źródło, czyli prof. Śliwerskiego: „Powołana do życia Rada Społeczno-Doradcza będzie troszczyć się o dalszy rozwój tej placówki i upowszechnianie jej dokonań w kraju oraz poza granicami” można przyjąć, że właśnie owo upowszechnianie dokonań ŁCDNiKP w kraju oraz poza granicami jest powodem obecności dziennikarzy w składzie tego – społecznego, czyli niewynagradzanego jego członkom za czas jej poświęcony – ciała doradczego. Będę pesymistą: na efekty zagranicznej promocji bym nie liczył, a – jak widać – także krajowe podwórko nie dowiedziało się nic, choćby i o powołaniu tej Rady. Przypomnę, że także o jubileuszowym XXX Podsumowaniu Ruchu Innowacyjnego w Edukacji, które odbyło się 14 czerwca ub. roku nie poinformowała żadna łódzka gazeta. Pisałem o tym w moim 127. felietonie z 19 czerwca:
A co z łódzkimi dziennikami? Choć widziałem w Sali Lustrzanej redaktora Marcina Markowskiego – dziennikarza łódzkiego dodatku „Gazety Wyborczej”, to fakt ten nie zaowocował żadną na ten temat publikacją. Podobnie było z redakcją „Dziennika Łódzkiego”, co jest dziwne, gdyż członek tej redakcji – redaktor Paweł Patora – odebrał podczas tej gali certyfikat tytułu „Animator Ruchu Innowacyjnego”.
Nie pytałem wtedy i nie pytam teraz na czym polegały osiągnięcia pana redaktora Patory w zakresie pobudzania ruchu innowacyjnego w łódzkich szkołach, przedszkolach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych, zwłaszcza że nie dociekałem tego także wcześniej, gdy w poprzednim roku redaktor Patora odbierał certyfikat „Multiinnowatora”, a w roku 2014 – „Lidera Społeczno-Oświatowego”.
Dodam, że uzasadnienia, czyli opis dorobku, który spowodował, że Kapituła przyznająca owe certyfikaty uznała daną osobę za godną nadania jej takiego właśnie tytułu, nie są – poza szybko odczytywanym przez dyrektora Moosa krótkim tekstem podczas gali wręczania ramek z tymi certyfikatami – nigdzie dostępne.
Skoro pojawił się już temat corocznego honorowania podczas organizowanych w Sali Lustrzanej Pałacu Poznańskich uroczystych Podsumowań Ruchu Innowacyjnego w Edukacji kolejnymi tytułami tych samych osób, dam jeszcze przykład tego procederu. Tymi „multicertyfikowanymi” bohaterami kolejnych gali są – oczywiście nie oni jedyni – ale jako najbardziej dowartościowywani przez dyrekcje Centrum tu przywołani: obecny przewodniczący Rady Programowej, rektor Politechniki Łódzkiej prof. Sławomir Wiak, i – kiedyś także przewodniczący, a w tej kadencji wiceprzewodniczący Rady – prof. Śliwerski. Oto tytuły, których certyfikaty wręczono im w trzech ostatnich latach:
Rok 2016 – Certyfikaty tytułu „AFIRMATOR RUCHU INNOWACYJNEGO”, m. in. otrzymali
prof. zw. dr hab. Bogusław Śliwerski- Uniwersytet Łódzki, Komitet Nauk Pedagogicznych PAN
prof. zw. dr hab. inż. Sławomir Wiak – Politechnika Łódzka
Rok 2015 Certyfikaty tytułu „MULTIINNOWATOR”, m. in. otrzymali:
Prof. zw. dr hab. Bogusław Śliwerski, Przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN, Przewodniczący Sekcji Nauk Humanistycznych i Społecznych Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów
Prof. zw. dr hab. inż. Sławomir Wiak, Prorektor Politechniki Łódzkiej
Rok 2014 Certyfikaty tytułu „PROMOTOR ROZWOJU EDUKACJI”, m. in. otrzymali:
prof. dr hab. Bogusław Śliwerski Przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN
prof. zw. dr hab. inż. Sławomir Wiak – Prorektor Politechniki Łódzkiej
Jedynie z powodu trudności w dotarciu do materiałów źródłowych (znajdują się one w moich relacjach z kolejnych „Podsumowań”, jakie od roku 2007 zamieszczałem na stronie „Gazety Edukacyjnej”, niedostępnej już w Internecie) nie mogę przytoczyć wszystkich tytułów, jakimi obdarzano obu panów profesorów wcześniej.
Oczywiście takie „uwodzenie” tytułami organizatorzy kolejnych „gali” stosowali także wobec innych osób – w ich ocenie – „znaczących”. Żeby daleko nie szukać, przypomnę raz jeszcze: redaktor Patora w zeszłym roku został „Animatorem Ruchu Innowacyjnego”, rok wcześniej – „Multiinnowatorem”, a w roku 2014 – „Liderem Społeczno-Oświatowym”…
Ale wróćmy do analizy składu osobowego powołanej 2 lutego Rady Społeczno-Doradczej ŁCDNiKP.
Przed tygodniem podzieliłem się z Czytelnikami moimi przemyśleniami na temat zasadności przeprowadzenia strajku szkolnego. Konkluzją tego felietonu był jego tytuł: „Serce woła – strajk! Rozum każe się zastanowić…” Ostatnim zdaniem było – w tym przypadku retoryczne – pytanie:
„Czy warto więc wszczynać coś, co nie tylko nie rokuje osiągnięcia zamierzonego celu, ale czego niepowodzenie dodatkowo pogorszy i tak trudną sytuacje uczestniczących w strajku nauczycieli – zwłaszcza tych z gimnazjów?
Gdy pisałem te słowa nie wiedziałem, że już za kilka dni usłyszę szereg wypowiedzi reprezentantów środowiska edukacyjnego, które potwierdzą moje wątpliwości. Mam na myśli debatę „Quo vadfis oświato?!”, która – z udziałem prezesa ZNP Sławomira Broniarza i profesora UAM dr hab. Beaty Jachimczak – odbyła się w czwartek 2 lutego w łódzkim Centrum Biznesowym „SYNERGIA”. Najbardziej reprezentatywną dla tego nurtu widzenia oświatowej rzeczywistości była wypowiedź Jarosława Krajewskiego – dyrektora Szkoły Podstawowej nr 7 im. Orląt Polskich w Łodzi:
„Nauczyciele w pokoju nauczycielskim patrzą na siebie wilkiem. Społeczności szkolne się poróżniły, […] rodzice się poróżnili…[…] Zarządzanie konfliktem to jest to, co „pan prezes” umie najlepiej!”
Ale nie strajk był najczęściej wymienianą podczas tej debaty formą protestu wobec rządowej reformy edukacji. Częściej mówiono tam o akcji zbierania podpisów pod żądaniem przeprowadzenia ogólnopolskiego referendum, w którym Polacy mogliby odpowiedzieć na jedno pytanie:
„Czy jest Pani/Pan przeciw reformie edukacji, którą rząd wprowadza od 1 września 2017 roku?”
Relację z czwartkowej debaty zatytułowałem: „Ładowanie akumulatorów czy przekonywanie przekonanych? Debata w „SYNERGII”. Moim zdaniem tytuł ten – sformułowany także w stylistyce pytania – oddaje istotę tego, co tam miało miejsce. Niezbyt licznie zgromadzona w oddanej do dyspozycji organizatorów owej debaty salce – sądząc po treści wypowiedzi osób zabierających głos – w całości opowiadała się przecie rządowej reformie. Nie miały więc sensu wszystkie wygłaszane tam tyrady, udowadniające błędy w zamyśle i szkodliwość w skutkach tej reformy. Niepewność istniała w obszarze wiedzy, czy wszyscy tam obecni popierali ideę przeprowadzenia referendum. I – w moim przekonaniu – zmotywowanie ich właśnie do aktywności w tym dziele, to „ładowanie akumulatorów” aby zechcieli włączyć się w akcję zbierania podpisów na listach osób popierających wniosek o referendum, było wiodącym celem owego spotkania. Bo też świadczą o tym dwa podstawowe fakty: organizatorem był Klub Obywatelski – słabo jak dotąd funkcjonująca w świadomości mieszkańców Łodzi struktura, afiliowana przy łódzkiej Platformie Obywatelskiej i główny gość i mówca tej debaty – Sławomir Broniarz, prezes ZNP – inicjatora pomysłu referendum i powołania Komitetu Referendalnego.
Od jutra zaczną drugi semestr nauki uczniowie i nauczyciele z Łodzi i wszystkich szkół w województwach, które rozpoczęły ferie zimowe przed dwoma tygodniami. W trakcie ferii są szkoły w województwach: podlaskim i warmińsko-mazurskim. Od poniedziałku wolne będą mieli uczniowie i nauczyciele w kolejnych pięciu województwach, a jako ostatni w tym roku – od 13 lutego – opuszczą swe szkoły uczniowie i nauczyciele w województwie mazowieckim i zachodnio-pomorskim.
Przywołałem ten kalendarz tegorocznych ferii nieprzypadkowo. Chciałem ten felieton poświecić głównie tematowi zapowiedzianego przez ZNP strajku nauczycieli. Jak widać – wszyscy potencjalni strajkowicze, w skali całego kraju, stawią się w swych szkołach zawarci i gotowi dopiero za miesiąc.
Tak się ten kalendarz strajkowy ułożył, że uchwałą Zarządu Głównego ZNP wszystkie oddziały Związku zostały zobowiązane, aby do 16 stycznia rozpoczęły procedury sporu zbiorowego. Związkowcy w ramach tych procedur zwrócili się więc do dyrektorów swych szkół i placówek z żądaniami, które – co jest dla obu stron oczywiste – są nie do zrealizowania: niedokonywania w okresie do 31 sierpnia 2022 roku wypowiedzeń stosunków pracy i innych niekorzystnych dla nauczyciela zmian warunków pracy, a także 10% podwyżki wynagrodzeń zasadniczych pracowników pedagogicznych i pracowników niebędących nauczycielami oraz wzrostu udziału wynagrodzenia zasadniczego tych pracowników w ogólnym wynagrodzeniu – wszystko to od 1 stycznia 2017r. Nie ma w kraju takiego dyrektora szkoły czy innej placówki oświatowo-wychowawczej, który mógłby zagwarantować związkowcom z ZNP spełnienie tych żądań, co otwiera drogę organizatorom protestu do kolejnych kroków w tym sporze zbiorowym, którego strajk jest ostatecznym środkiem.
Jak bardzo schizofreniczną jest rola, którą muszą odgrywać dyrektorzy szkół, będący często nie tylko – jak ich składający te dokumenty pracownicy – zwolennikami strajku, ale wszak nie tak rzadko także należący do ZNP! Jak się cieszę, że mnie już to nie dotyczy…
Obserwując opisane powyżej działania ZNP mam bardzo mieszane uczucia. Niech mi ten tekst wybaczą moi koledzy z ZNP i z gimnazjów – ale popełniam go w jak najlepszych intencjach! Ideowo i emocjonalnie jestem jak najbardziej za protestem, który w swym ostatecznym celu ma zmuszenie władzy do wycofania się z ich nibyreformy, której ofiarą systemową będą gimnazja, a głównymi poszkodowanymi – liczni nauczyciele i inni pracownicy likwidowanych szkół, a w przyszłości – kolejne roczniki uczniów. Natomiast gdy zaczynam „na chłodno” rozważać szanse i zagrożenia jakie może przynieść ten strajk szkolny – dochodzę do wniosku, że niewielkie są szanse na jego powodzenie i rzeczywistą skuteczność. Ta ostatnia postawa ma swe uzasadnienie zarówno w przeszłości, jak i w chłodnej analizie aktualnej sytuacji.
Zacznę od historii, a po trosze także od osobistych wspomnień z początków lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.
Dziś jest Dzień Dziadka. Ale ja nie mam, nawet jednego, wnuka ani wnuczki, więc mam całą niedzielę do własnej dyspozycji, co oznacza – na pisanie kolejnego felietonu.
Postanowiłem najpierw, krótko, rozliczyć się z aktualnymi tematami tygodnia, a następnie zająć bardzo osobistym tematem pewnego jubileuszu…
Pominę temat podlizywania się swoim członkom przez zarząd oświatowej „Solidarności”, relacje z pierwszych studniówek, których przepych bardziej przypomina bale na książęcych dworach niż nasze dawne studniówki w salach gimnastycznych, a także zupełny brak w mediach, nawet lokalnych, informacji o sposobach zagospodarowania wolnego czasu przez uczniów, którzy mając ferie zimowe nie mieli możliwości wyjechania z miasta na zimowisko (ceny od półtora do ponad dwóch tysięcy złotych od osoby).
Nie trudno zgadnąć, że skomentuję trzy wydarzenia, z minister Zalewską w roli głównej. Pierwsze – to operatywka z udziałem wojewodów i kuratorów oświaty w niedalekiej Rawie Mazowieckiej. Jednak nie o – w sumie zapewne nudnej – nasiadówce chcę pisać, a o tym, co pani minister nawiedziła po „naładowaniu” reformatorską energią akumulatorów rządowych i ministerialnych przedstawicieli w terenie. Zajmę się tym, że – jak pochwaliła się na ministerialnej stronie – „odwiedziła, w związku z zaproszeniem burmistrza miasta Dariusza Misztala, miejski żłobek i przedszkole. Są to jedne z najlepiej wyposażonych placówek w Polsce.” Jakież to, szyte tak grubymi nićmi, czytelne przesłanie: One – ten żłobek i to przedszkole – są takie, bo w Rawie rządzi NASZ prezydent!!! Pamiętajcie – w najbliższych wyborach samorządowych głosujcie na kandydatów na prezydentów, burmistrz i wójtów tylko z listy PiS! Wtedy i w waszych gminach i miastach będą tacy dobrzy gospodarze…
O przyprawianiu jałowej reformy szkolnictwa zawodowego, polegającej tak naprawdę na zmianie szyldów i pieczątek zasadniczych szkół zawodowych na szkoły branżowe, okrasą marki jaką mają w Polsce Specjalne Strefy Ekonomiczne, należałoby napisać obszerniej i w bardziej niż felietonowym, pogłębionym stylu. Obiecuję, że uczynię to wkrótce – w formie merytorycznego artykułu.
Pozostało jeszcze napisać kilka zdań o przekazanym do konsultacji społecznych projekcie rozporządzenia w sprawie ramowych planów nauczania.
Poprzedni felieton, pisany na dzień przed upływem terminu, w którym Prezydent RP musiał podjąć decyzje w sprawie dwu ustaw oświatowych, zakończyłem takim oto, trochę przewrotnym, twierdzeniem:
Trzeba wierzyć w Dobro! No i w Prawo i Sprawiedliwość!!!
I miałem racje. Pan Prezydent nie zawiódł, nie tyle mnie, co swoich – nazwijmy ich tak – patronów. A zwłaszcza tego jednego, przez niektórych – przymilnie – nazywanego „Naczelnikiem Państwa”… Nie tylko podpisał obie ustawy, ale jeszcze powołał w swojej kancelarii, jako prezydenckiego pełnomocnika, prof. Andrzeja Waśko. Będzie on, jak powiedziała Głowa Państwa „pracował z rządem w koordynowaniu ustaw”. To oczywiście (mam nadzieję) nie tyle lapsus co nie do końca trafny skrót myślowy. Bo wszak oba te akty prawne nie zagrażają sobie, natomiast Pan Prezydent miał chyba na myśli koordynowanie działań podmiotów, które będą teraz musiały zrealizować zapisane tam cele.
Kim jest ów koordynator? To, starszy od Prezydenta o 9 lat, były „kolega z pracy” (obu panów łączy zatrudnienie w rolach nauczycieli akademickich w Uniwersytecie Jagiellońskim), także krakus z urodzenia, który, choć absolwent polonistyki, naukowo specjalizujący się w poezji polskiego romantyzmu, ekspertem od edukacji stał się dzięki temu, że w okresie ok. 3 miesięcy pełnił funkcję sekretarza stanu w Ministerstwie Edukacji Narodowej. Ministrem był wtedy inny uczony z Jagiellonki – specjalista od Platona – prof. Ryszard Legutko (po tym, jak z koalicji z PiS-em wyszedł mecenas Roman Giertych – wówczas z Ligi Rodzin Polskich – od 13 sierpnia do 16 listopada 2007r.).
Ta nominacja prof. Waśko nie jest dla osób zorientowanych w genezie tej reformy zaskoczeniem. Oto co w wywiadzie opublikowanym na Portalu Samorządowym powiedziała była minister edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska: „Od dawna krążyły informacje, że tak naprawdę za tą reformą stoi prof. Andrzej Waśko i prof. Legutko, a minister Zalewska ma jedynie technicznie tę całą rzecz przeprowadzić. Dlatego nie jestem za bardzo zdziwiona tym, że prof. Waśko wyszedł na powierzchnię pod postacią doradcy prezydenta.”
Że nie jest to bezpodstawna opinia można łatwo udowodnić przypominając rolę, jaka w okresie kampanii wyborczej, poprzedzającej zeszłoroczne wybory parlamentarne, odegrał ten były wiceminister edukacji z poprzedniego okresu rządów PiS-u. Mam tu na myśli przede wszystkim Konwencję Programową Prawa i Sprawiedliwości oraz zjednoczonej prawicy, która odbyła się w dniach 3-5 lipca 2015 r. w Katowicach. Wystąpił on tam w panelu XI – EDUKACJA, SZKOLNICTWO WYŻSZE, SPORT z referatem „PROGRAM NAUCZANIA I WYCHOWANIA DLA POLSKI”.
Huśtawka nastrojów trwa… Wciąż aktualny jest tytuł zeszłotygodniowego felietonu; ”Podpisze – nie podpisze?” Ale to już dzień przedostatni. Jutro wszystko będzie jasne…
Z mojej strony nie mam na ten temat nic do dodania. To co miałem do powiedzenia i napisania zawarłem w moich wcześniejszych tekstach. Dziś podzielę się z Wami Drodzy Czytelnicy moim niepokojem o panią minister Zalewską. Tak już mam od wczesnej młodości, że zawsze gdy w pobliży pojawia się ktoś w trudnej sytuacji, wymagający pomocy i wsparcia – reaguję empatycznie… To nie przypadkiem swoją drogę zawodową zacząłem od roli wychowawcy w domu dziecka, kilka lat przepracowałem jako wychowawca w młodzieżowym ośrodku wychowawczym, cztery lata dyżurowałem w Młodzieżowym Telefonie Zaufania… Nie dziwcie się więc, że teraz, gdy od 22 grudnia – czyli już 17 dni – nie mogą nigdzie znaleźć choć krótkiej wzmianki o tym gdzie jest i co robi „twarz Dobrej Zmiany w polskiej edukacji”, zrodził się w mej duszy niepokój i współczucie…
Tak, tak – współczucie. Bo pomyślcie sobie, że to Wasz wielki projekt, rzekłbym „opus magnum” któremu poświęciliście ostatni rok swego życia, zależy teraz od podpisu jednego człowieka! Nasze niepokoje i stresy w związku z niepewnością o dalsze losy ustaw oświatowych to przysłowiowy „pryszcz” w porównaniu z tym, co musi przez te dni, gdy po głosowaniu w Senacie obie ustawy znalazły się na biurku Prezydenta Dudy i leżą tam do dziś, odczuwać ta ambitna, dopiero 51-letnia kobieta, której cała przyszłość, być może nie tylko polityczna, zależy od tych podpisów.
Ostatni raz Anna Zalewska wraz z Anną Streżyńską – Minister Cyfryzacji, pojawiła się publicznie w czwartek 22 grudnia podczas konferencji, na której prezentowano dotychczasowe działania obu resortów w obszarze cyfryzacji szkół. Dzień wcześniej życzliwi ludzie zorganizowali pani minister w Zespole Szkół Integracyjnych nr 71 im. Edmunda Bojanowskiego na warszawskiej Woli spotkanie z uczniami i nauczycielami, podczas którego Święty Mikołaj wręczył każdemu uczniowi słodki upominek, a później wszyscy wspólnie śpiewali kolędy i składali sobie życzenia.
