Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'

W niedzielę wieczorem Marek Pleśniar zamieścił na swoim fb profilu tekst, który postanowiliśmy udostępnić na OE:

 

 

Czy da się ustandaryzować człowieka? Padło pytanie o niewielkie zainteresowanie nowymi pomysłami na „profil absolwenta” szkół. A oto odpowiedź (moja, nie służbowa):

 

To chyba wie każdy, kto rozmawiał ostatnio z nauczycielami i dyrektorami? Sam to powiedziałem publicznie na kongresie OSKKO, państwu projektantom z IBE: „to bardzo ambitny projekt, ale jest obawa, że nie będzie go miał kto wprowadzać„.

x           x           x

 

Dlaczego więc małe zainteresowanie? Bo mamy kompletną demobilizację kadry. Ludzie nie chcą robić za darmo kolejnej reformy, którą za 3 lata ktoś odwoła. Wybory niedługo.

 

Nie chcą budować kolejnych gimnazjów, które ktoś za kilka lat zlikwiduje. Spalali się przy tym, uczyli jak wychowywać polskich nastolatków. Myślicie, że to łatwe? A oni to zrobili.

 

Nie chcą – za darmo – wprowadzać kolejnych „nadzorów ewaluacyjnych” które ktoś spieprzy i rozmyje. Byłem przy tym jak rozmywali. Pisaniu wymysłów, tabel, literowych oznaczeń, których nikt nie zrozumie i nie będzie chciał. A kolejny rząd zlikwiduje. Byłem przy tym jak likwidował.

 

Nie chcą – za darmo – namawiać rodziców, jak kiedyś my, na sześciolatki w 1. klasie. Bo rząd znowu się tchórzliwie potem z tego wycofa ze strachu przed dwojgiem ludzi. A dyrektorzy jak głupi przekonywali po wywiadówkach że „teraz jest ta chwila, że demografia”. Te wszystkie opowieści które MEN pokazywał na konferencjach i rysował wykresy. A potem świeciliśmy oczami za władzę, bośmy jej uwierzyli i popularyzowali te pomysły. Odwołane bo państwo E. krytykowali.

x            x          x

 

Jedyna prawdziwa reforma była ćwierć wieku temu i wiązała się z radykalną zmianą sytuacji materialnej nauczycieli. Obiecano nam, że jak zbudujemy gimnazja i nauczymy się jak myśli młodzież, to one ruszą. Żebyśmy wytrzymali, likwidowali i budowali. Wiecie, że na każde nowe gimnazjum przypadała zlikwidowana podstawówka? Jak obok robili gimnazjum, to mi przekazano pół dodatkowego tysiąca dzieci z budynku tego nowego gimnazjum. Bo ja miałem podstawówkę obok. I pewnego dnia zamiast 600, miałem 1100 dzieci w szkole. I nie 50 a 100 nauczycieli. Ale orano nami lód na rzece, jak silnymi końmi. I zaoraliśmy.

 

Bo na razie wierzyliśmy. Ruszyły te szkoły. Polska wystrzeliła w rankingach OECD – do dziś jesteśmy w topie. Na pudle. Na razie.

x           x           x

 

Anno 2024. Panuje nieufność i wiedza, że na pewno ten zawód będzie trzeba uprawiać za pensję minimalną. I co rząd – to odwrót od nowych pomysłów.

 

Zniechęciliście – rządzący i nie tylko oni – wykonawców Najważniejszego Zawodu Świata do entuzjazmu. To teraz poważnie rozważcie sami, jak nas przekonać do zaufania. Piłka po waszej stronie. Nie chcą za darmo? Kiedyś chcieli. Bo wam wierzyli.

 

A entuzjaści? Są. Zwiali na swoje. I im płacicie za edukację dzieci, jak płacimy dentystom, bo nikt nie chce implantów z NFZ.

 

Więc z kolejnymi implantami naprawdę pomyślcie, czy nam je wciśniecie.

 

 

[dziękuję Ewie Radanowicz za prowokację do wpisu]

 

 

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/marek.plesniar/



Wczoraj po południu, kiedy byliśmy na panelu o reformowaniu edukacji w ramach „Igrzysk Wolności”,  Jarosław Pytlak zamieścił na swoim blogu kolejny, obszerny, tekst, który nie możemy nie upowszechnić. Sami przekonacie się, że podjął w nim mało nagłaśniany, ale niezwykle istotny czynnik, zupełnie lekceważony w okresie edukacji młodych ludzi, a przecież stanowiący w przyszłości dzisiejszych uczniów istotny element sprawczego funkcjonowania w ich dorosłym życiu. Oto obszerne fragmenty tego tekstu i link do jego pełnej wersji:

 

 

 

                                                  O sprawczości młodych – reformatorom pod rozwagę

 

17 września wziąłem udział w czwartej edycji dorocznej debaty eksperckiej „Gotowi na przyszłość”, tradycyjnie poświęconej sprawom młodego pokolenia. Na tapecie wydarzenia zorganizowanego przez Fundację Civis Polonus w ramach programu Równać szanse” Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności, znalazła się tym razem „Sprawczość (nie)dozwolona”, czyli kwestia wspierania dzieci i młodzieży w odkrywaniu własnej sprawczości. Rolę gospodarza i zarazem moderatora dyskusji pełnił Janusz Schwertner, redaktor naczelny portalu Goniec.pl. Za punkt wyjścia do wielowątkowych rozważań posłużyło stwierdzenie, że niskie poczucie sprawczości jest, obok samotności i niskiej samooceny, jedną z przyczyn kryzysu psychicznego dotykającego dzisiaj wielu młodych Polaków. 

 

Jestem przekonany o słuszności powyższej diagnozy. Uważam przy tym, że to my – dorośli sumiennie wypracowaliśmy ów kryzys w ciągu ostatnich dwóch-trzech dziesięcioleci. Ograniczyliśmy przestrzeń, która kiedyś była domeną młodych – w szczególności mam na myśli zanik podwórek i bytujących tam „band”, a w istocie grup koleżeńskich, uczących się w praktyce układania relacji społecznych. Sprawujemy totalny nadzór nad aktywnością szkolną uczniów, wspomagany wszechobecną elektroniką, zamieniwszy przy tym odwieczny sojusz dorosłych mieszkańców „całej wioski” na niekończącą się wojenkę rodziców z nauczycielami, rozgrywaną na oczach dzieci. Narzucamy sposoby spędzania czasu. Na okrągło recenzujemy wszystko i wszystkich, wciągając młodych także w problemy, które nie powinny ich jeszcze dotyczyć. Opisujemy dzieciom świat językiem dorosłych, oczekując od nich dojrzałości i roztropności w postępowaniu i relacjach międzyludzkich, często nawet większej niż prezentujemy sami. Wyposażeni w cały arsenał modnych psychologicznych narzędzi ingerujemy w życie społeczne dzieci, a potem dziwimy się, że mają kłopot z samodzielnym nawiązywaniem i utrzymywaniem relacji. Co gorsza, odcięliśmy sobie drogę odwrotu, utrwalając ten stan rzeczy regulacjami prawnymi, obarczającymi rodziców w domu, a nauczycieli w szkole pełną odpowiedzialnością za bezpieczeństwo i funkcjonowanie młodego człowieka. W rezultacie każdy przejaw jego nielicencjonowanej przez dorosłych inicjatywy, mogący skutkować choćby tylko w promilu przypadków jakąś szkodą, zagraża opiekunom konsekwencjami prawnymi, i jako taki jest profilaktycznie tłumiony. O prawie do błędu, po obu stronach zresztą, można w tym kontekście w ogóle zapomnieć. […]

   

* * *

 

Debata „Gotowi na przyszłość” zbiegła się czasowo z oficjalną prezentacją przez Instytut Badań Edukacyjnych projektu profilu absolwenta przedszkola i szkoły podstawowej. W myśl założeń polityków kierujących obecnie Ministerstwem Edukacji Narodowej ma on być kamieniem węgielnym głębokich zmian, zapowiadanych na (zbliżający się bardzo szybko) wrzesień 2026 roku. Sprawczości nadano rangę jednego z trzech głównych celów edukacji, obok nabywania przez uczniów wiedzy i kompetencji, co dowodzi, że świadomość problemu, jaki mamy w tej kwestii z młodym pokoleniem, dotarła już nawet pod najwyższe strzechy.

 

Niestety, wyjaśnienia zawarte w publikacji prezentującej projekt odbiegają od obrazu nakreślonego w debacie „Gotowi na przyszłość”. Autorzy z IBE zadeklarowali wprost, że poczucie sprawczości „powinno być kształtowane w szkole”. Tymczasem z debaty wyraźnie wynikło, że instytucjonalna edukacja ma bardzo ograniczony wpływ w tym zakresie, na pewno daleko mniejszy niż rodzina, czy nawet aktualna sytuacja społeczno-polityczna w kraju i na świecie. I choć oczywiście można wprowadzić w szkole zmiany sprzyjające podnoszeniu poczucia sprawczości u uczniów, to z natury rzeczy nie będzie ona miejscem wiodącym w tym procesie. Obciążenie instytucji, nawet zreformowanej, odpowiedzialnością za coś, co przekracza jej możliwości oddziaływania, grozi fiaskiem i rozczarowaniem. […]

 

* * *

 

Zacznijmy od tego, czym jest sprawczość. Młodzi ludzie, których wypowiedzi cytowano podczas debaty, podkreślali przede wszystkim możliwość podejmowania decyzji, realizowania własnego planu. Zdecydowanie, jakaś forma samodzielności jest niewątpliwie matką sprawczości (za ojca uznałbym zaufanie, czyli obecnie jedną z najbardziej nieobecnych wartości w naszym społeczeństwie). Ale to zbyt mało.

 

Sprawczość nie jest kompetencją, którą można zdobyć w procesie kształcenia. Tym bardziej nie jest zasobem wiedzy – nie można się jej nauczyć. Powszechnie używa się określenia „poczucie sprawczości”, co sugeruje pewien stanu ducha, a ten kształtuje się na podstawie doświadczeń życiowych. Nie ma sprawczości bez wiary w możliwość kształtowania swojego życia osobistego, ale także bez zdolności układania relacji z otoczeniem. […]

 

Rutyna dnia szkolnego, to lekcje, najczęściej ze zmieniającymi się co 45 minut nauczycielami, przedzielone krótkimi zazwyczaj przerwami. Podczas lekcji panuje wiążący nauczyciela i uczniów reżim „realizacji podstawy programowej”. W czasie przerw ledwo starcza czasu na załatwienie potrzeb fizjologicznych. Po zakończeniu zajęć wszyscy z ulgą opuszczają placówkę edukacyjną, a nawet gdyby chcieli pozostać i coś zrobić, to albo autobus gminny właśnie odjeżdża, albo czekają zajęcia pozaszkolne, albo są jakieś inne ograniczenia. Gdyby, nie daj Boże (z punktu widzenia dyrektora), uczniowie chcieli coś na terenie szkoły zrobić sami, to niezbędne byłoby zapewnienie im opieki. Tymczasem nie ma na to pieniędzy, a o pasjonatkę czy pasjonata gotowego poświęcić czas pro bono jest coraz trudniej.

 

Mianem przestrzeni sprawczości określam zakres działań, jakie w szkole mogliby podejmować uczniowie. I w zasadzie, wyjąwszy projekty edukacyjne i społeczne, które z bólem, ale jednak kiedyś zadomowiły się w gimnazjach, by razem z nimi odejść potem w niebyt, takiej przestrzeni brakuje. Tym bardziej brakuje zapotrzebowania, czyli jasno określonej w programie działania każdej szkoły oferty pod adresem młodych, że ich inicjatywa i pomysły są ważne, mogą być artykułowane i realizowane.

 

No i wreszcie wola, aspiracje młodych ludzi. Ze środowiska rodzinnego przynoszą ich coraz mniej. Ja już dobre dziesięć lat temu ze zdumieniem odkryłem wśród swoich uczniów, że… nie mają marzeń. A jeśli już, to wyłącznie materialne. Chciałbym dostać nowy komputer – jeszcze się zdarza. Zrobię wszystko, żeby zostać strażakiem, lekarzem, podróżnikiem, dziennikarzem itd. (niepotrzebne skreślić) – niezwykle rzadko. Można oczywiście spojrzeć na to optymistycznie – że ogrom możliwości nie wymusza decyzji, ani tym bardziej marzeń, albo pesymistycznie, że zniszczyliśmy na wczesnych etapach edukacji, także w rodzinach, to kiedyś naturalne (choć nie odwieczne, raczej nabyte w toku rozwoju społecznego) – snucie planów i marzeń o swojej przyszłości. […]

 

* * *

 

Nie ukrywam swojego sceptycznego podejścia do koncepcji reformy ‘2026 zakotwiczonej w profilu absolwenta. Powodów jest kilka i wkrótce o nich napiszę, ale też muszę podkreślić, że sama wizja absolwenta autorstwa IBE nie budzi mojego sprzeciwu. Wiedza i umiejętności w określonych obszarach, katalog kompetencji, sprawczość wreszcie, to wszystko jest w porządku. W tym miejscu jednak postawię dwa pytania natury fundamentalnej.

 

Czy w ogóle jesteśmy w stanie, a jeśli tak, to w jaki sposób zmienimy w ramach reformy szkołę, żeby znalazły się w niej: czas, przestrzeń i zapotrzebowanie niezbędne do rozwijania poczucia sprawczości u uczniów?!

 

Do tego celu nie wystarczy stworzenie najlepszych nawet podstaw programowych, bo lekcje szkolne są jedynie niewielkim wycinkiem czasoprzestrzeni, w której wykuwa się poczucie sprawczości ucznia.

 

Czy mamy zamiar, a jeśli tak, to czy wiemy w jaki sposób stworzyć przestrzeń dla sprawczości nauczycieli?!

 

Tu mój niepokój jest jeszcze większy, bo w tym pytaniu kryje się wiele kwestii, począwszy od sposobu kształtowania wynagrodzeń, poprzez organizację pracy szkół i przedszkoli, warunki pracy, sposób działania nadzoru pedagogicznego czy retorykę władz, aż po sposób ujęcia roli nauczyciela w podstawach programowych. To ostatnie podkreślam, bo zapoznałem się z dostępną na razie roboczą tylko wersją podstawy programowej edukacji obywatelskiej. Ministra Nowacka już wskazała ją jako pewien przewidywany wzorzec, a na pewno poligon doświadczalny reformy (ma bowiem obowiązywać już od września 2025 roku). Z konkretnymi uwagami poczekam na oficjalne konsultacje projektu tego dokumentu, ale już teraz zwracam uwagę, że nie jest on sformułowany w sposób zakładający nauczycielską sprawczość.

 

I jeszcze jedna myśl na marginesie debaty i projektu profilu absolwenta. Zwróciło moją uwagę, że wszelkie rozważania i zapisy w zasadzie dotyczą pojedynczego ucznia. Nawet jeśli mowa o współdziałaniu i grupie, ujęte jest to z perspektywy jednostki. Tymczasem praktyczne doświadczenie, jakie wyniosłem z działalności harcerskiej i pedagogicznej podpowiada, że działanie grupowe, cel dla całej grupy i sukces całej grupy odciska się też pozytywnie na poczuciu sprawczości każdego z jej członków z osobna. Może to truizm, ale uważam, że nie bez znaczenia, ponieważ w szkole znacznie łatwiej jest stwarzać przestrzeń i możliwości dla sprawczości grupom uczniów, w których każdy przyczynia się do sukcesu na miarę swoich możliwości. Tymczasem modne dzisiaj pielęgnowanie indywidualizmu raczej przeszkadza niż pomaga w budowaniu spójnej społeczności sprawczych ludzi.

 

 

 

Cały tekst „O sprawczości młodych – reformatorom pod rozwagę” –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/

 



Dzisiaj proponujemy lekturę tekstu dr Marzeny Żylińskiej, który zamieściła w środę 6 października 2024 r. na swoim fb profilu:

 

 

 

Pokaż, co umiesz! W czym jesteś naprawdę dobry?

 

Wszyscy wychowaliśmy się w systemie nastawionym na wyszukiwanie błędów i tego, czego uczniowie (być może jeszcze) nie umieją. Tak też skonstruowane są obecne testy egzaminacyjne. Koncentrują się na szukaniu błędów. Nieważne, że tekst który napisała XY jest rewelacyjny. Za wybitne walory nikt nie dostanie żadnego dodatkowego punktu. Osoby sprawdzające prace, dostają szczegółowe wytyczne, za co mają punkty odejmować.

 

Czas zmienić podejście! W życiu sukces zależy od tego, co umiemy, w czym jesteśmy naprawdę dobrzy! Nikt nie sprawdza, czy fizyk na pewno zna daty panowania królów, nikogo nie interesuje, czy mechanik samochodowy zna układ oddechowy żaby. Fizyk ma się wykazać tym, co najlepsze w swojej dziedzinie, a mechanik samochodowy w swojej.

 

 

P.S.

 

Niech Was nie zmyli tytuł książki neurobiologa Geralda Hüthera. On nie twierdzi, że wszystkie dzieci są genialne, ale wyjaśnia, że każde ma jakąś silną stronę, a szkoły powinny pomagać uczniom w odkrywaniu i rozwijaniu. Bo jeśli mamy silne strony (a wszyscy je mamy), którymi potrafimy przykrywać nasze deficyty (które też wszyscy mamy), to droga do sukcesu jest otwarta.

 

Żeby dostać nagrodę Nobla wystarczy dokonać czegoś wielkiego w jednej dziedzinie. Inaczej jest w szkole. Żeby dostać świadectwo z paskiem, trzeba być bardzo dobrym ze wszystkich przedmiotów.

 

Ile dzieci poświęca czas na poprawianie ocen z przedmiotów, które ich kompletnie nie interesują, kosztem czasu, który mogłyby poświęcić na rozwijanie swoich pasji?

 

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/marzena.zylinska/

 

 

 

 



We wtorek w południe dotarła do prof. Lepperta informacja, że  z powodu choroby po raz kolejny nie dojdzie do spotkania z dyrektorem IBE Instytut Badań Edukacyjnych – prof. UW Maciejem Jakubowskim. W tej sytuacji profesor zwrócił się z zapytaniem do dr Igi Kazimierczyk – prezeski Fundacji „Przestrzeń dla Edukacji”, czy przyjmie na jutro zaproszenie do rozmowy w „Akademickim Zaciszu”. Dr Iga odpowiedziała na tę  nagłą propozycję pozytywnie.

 

Dzięki temu wczoraj można było wysłuchać rozmowy na temat: „Czy potrzebujemy kolejnej reformy edukacji, a jeśli tak, to jakiej?”

 

 

Jak zwykle –  udostępniamy możliwość wysłuchania tej rozmowy:

 

 

                                           Czy potrzebujemy kolejnej reformy edukacji, a jeśli tak, to jakiej?  –  TUTAJ

 



 

Oto obszerne fragmenty tekstu Bogdana Bugdalskiego (ale także link do opracowania z którego czerpał),  zamieszczonego wczoraj (14 października 2024 r.) na „Portalu dla Edukacji”:

 

 

Uczniowie nie są zadowoleni z nauczycieli. Mamy na to dowody

 

Dzień Komisji Edukacji Narodowej to czas, w którym wszyscy, zwłaszcza władze oświatowe, chwalą nauczycieli. Po drugiej stronie jest spora część rodziców, którzy krytykują ich pracę. Prawda jednak jest taka, że to opinie uczniów są tu najważniejsze. A ci nie oceniają nauczycieli najlepiej.[…]

 

20 proc. polskich ósmoklasistów nie czuje, że dostaje dodatkową pomoc od nauczycieli, gdy jej potrzebuje, 30 proc. nie czuje się sprawiedliwie traktowana. 28 proc. jest zdania, że większość nauczycieli nie troszczy się o ich dobro, 30 proc., że nie słucha tego, co mają do powiedzenia i aż 39 proc. ósmoklasistów nie zgadza się z twierdzeniem, że uczniowie dobrze dogadują się z nauczycielami – tak wygląda rzeczywistość polskiej szkoły w oczach uczniów klas ósmych, którzy wzięli udział w Międzynarodowym Badaniu Kompetencji Obywatelskich ICCS w 2022 r. Objęło ono młodzież z 22 krajów i dwóch niemieckich landów.

 

 

Źródło: www.iccs.ibe.edu.pl/wp-content/uploads/2023/11/ICCS-2022_raport.pdf (Str. 191)

 

 

Według dr. Jędrzeja Witkowskiego, autora tej części opracowania Instytutu Badań Edukacyjnych  Młodzi w demokracji. Wyniki Międzynarodowego Badania Kompetencji Obywatelskich ICCS 2022, polscy uczniowie na tle swoich rówieśników z innych krajów bardziej krytycznie oceniają relacje panujące w swojej szkole. […]

 

Jednak to ocena relacji między uczniami a nauczycielami w polskiej szkole powinna jego zdaniem niepokoić i stanowić przyczynek do dyskusji. Nie da się bowiem budować wartościowych doświadczeń edukacyjnych, jeśli szkoła nie jest postrzegana jako przestrzeń sprawiedli­wości, troski i uważności. […]

 

To, co jest tego przyczyną – jaka jest kondycja psychiczna i fizyczna polskich nauczycieli – to już jest zupełnie inna sprawa. Polscy nauczyciele są po prostu wypaleni zawodowo, na co wskazują liczne badania.

 

Według prof. Bogusława Śliwerskiego blisko 1/3 z nich zagraża uczniom i samym sobie. To sprawia, że obecnie w oficjalnych wypowiedziach dotyczących konieczności zatrudnienia w szkołach większej liczby psychologów mówi się również o konieczności objęcia pomocą psychologiczną nauczycieli. Polscy nauczyciele są też nisko opłacani. To sprawia, że młodzi ludzie nie garną się do tego zawodu.

 

Na pewno poprawa warunków pracy nauczycieli wpłynęłaby na ich dobrostan, a co za tym idzie większe zaangażowanie w pracę i lepsze relacje z uczniami. Niestety obecne prace nad budżetem i wskazana w nim 5-proc. podwyżka płac nauczycielskich pozwalają sądzić, że ta zmiana szybko nie nastąpi.

 

 

 

Cały tekst „Uczniowie nie są zadowoleni z nauczycieli. Mamy na to dowody”  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.portalsamorzadowy.pl/edukacja/

 

 



Wyjątkowo w środku tygodnia, bo w czwartek 10 października, Jarosław Pytlak zamieścił nowy tekst na swoim blogu, w którym skierował do instytucji pracujących nad „Profilem absolwenta”  bardzo słuszny apel. Oto obszerne fragmenty tego posta:

 

 

O profilu absolwenta i hodowli romsztyka z cybulką

 

Trwają obecnie konsultacje społeczne projektu kamienia węgielnego planowanej na 2026 rok reformy polskiej edukacji, czyli profilu absolwenta. Jak wszystko dzisiaj, budzi on skrajne opinie. Władze Ministerstwa Edukacji Narodowej oraz wynajęci przez MEN wykonawcy z Instytutu Badań Edukacyjnych (IBE) prezentują wysoki poziom zadowolenia. Dopuszczają oczywiście poprawki wnoszone przez cały naród, ale generalnie prezentują swoje dzieło jako ogromny sukces myśli pedagogicznej, który odmieni polską szkołę. Pośród odbiorców panują rozmaite nastroje, wśród których sporo jest sceptycyzmu, a jeszcze więcej obojętności. Opinię wątpiących, do których sam się zaliczam, bardzo dobrze oddaje artykuł kolegi Krzysztofa Ciesielskiego „Polak z profilu”, opublikowany 3 października na jego blogu „Przy tablicy”. Jak przystało na sceptyka z naukowym cenzusem, autor starannie wypunktowuje wszystkie swoje wątpliwości, pod którymi mogę się tylko podpisać.

 

Świadectwem powszechnej obojętności jest marna frekwencja na spotkaniach konsultacyjnych prowadzonych dla IBE przez Fundację „Stocznia”. W dwóch onlajnach dla dyrektorów szkół poza organizatorami wzięło udział nieco ponad 30 osób. Na spotkaniu stacjonarnym w Warszawie frekwencja też była minimalna. Niewielkie zaangażowanie w debatę może świadczyć zarówno o tym, że naród nie bardzo ma ochotę recenzować podsunięty mu, ogólnie słuszny produkt, albo że po prostu wiara w własną sprawczość w środowisku oświatowym ostatecznie sięgnęła bruku. W końcu wielu pamięta jeszcze teatr pozorów konsultacji społecznych planowanego przez Annę Zalewską unicestwienia gimnazjów, pod nazwą „Eksperci dobrej zmiany”.

 

Składając w myślach wątpliwości z obserwowaną obojętnością, która w istocie oznacza przyzwolenie, cały czas zastanawiam się, czy możliwe jest jeszcze zatrzymanie reformatorskiego walca. Rozum mówi, że nie, bo polityczna obietnica, to rzecz święta, więc jeśli ktoś rzucił, że reforma ma być w 2026 roku, to tak być musi, choćby urągało to rozumowi. Jeśli ustalono, że jej fundamentem ma być profil absolwenta, to musi być, choćby padły argumenty  godne rozważenia, a za taki uważam wycinkowość planowanej zmiany, pomijającą ważne aspekty społecznej roli szkoły i oświaty w ogóle.

 

Jak już tu i ówdzie wspominałem, spróbuję – jeszcze w ramach trwających konsultacji – przedstawić alternatywę. Ona zresztą nie wykluczy tego, co zaprezentowano, tylko uzupełni obrazek o brakujące elementy. Ale to za dni kilka, może kilkanaście. Póki co, pobudzenie intelektualne, które wywołała we mnie prezentacja projektu profilu absolwenta powoduje, że wszystko kojarzy mi się z… reformą. Nawet podczas lektury przed snem, a jak raz czytam do poduszki opowiadania powojenne Stefana Wiecheckiego „Wiecha”. W jednym z nich, zatytułowanym „Ogródek pod łóżkiem”, zobaczyłem profetyczny obraz dzisiejszych aktywistów, jednych samozwańczo wzywających do zburzenia polskiej szkoły, drugich, w urzędowej aurze snujących niepokojącą mnie wizję reformy, która – co się za chwilę wyjaśni dlaczego, przypomina mi romsztyk wieprzowy z cybulką. Oto wybrane fragmenty tego napisanego 75 lat temu opowiadania: […]

 

[Ów fragment możecie przeczytać w pełnej wersji tego  tekstu]

 

Pozostawiając interpretację domyślności Czytelnika, mam jednak całkiem poważną propozycję dla wynalazców z obu zaangażowanych w reformę trzyliterowych instytucji. Otóż pracując, zgodnie z zapowiedzią, nad rozwinięciem profilu absolwenta, darujcie sobie urzędowe dekretowanie metod nauczania i zasad oceniania, co jest zapowiedziane w broszurce informacyjnej na stronie 34. Nie próbujcie czynić z nauczycieli hodowców romsztyków z cybulką. Albo inszych balonów!

 

 

 

Cały tekst „O profilu absolwenta i hodowli romsztyka z cybulką”  –  TUTAJ

 

 

 

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/

 

 



Wczoraj gościem prof. Romana Lepperta w „Akademickim Zaciszu” był dr hab. Adam Fijałkowski, prof. UW, kierownik Zakładu Humanistycznych Podstaw Pedagogiki – Pracownia Historii Oświaty i Wychowania na  Wydziale Pedagogicznym, redaktor naczelny „Kwartalnika Pedagogicznego”. W założeniach Gospodarza – spotkanie to poświęcone zostało szkole ujmowanej z perspektywy historycznej.

 

Tradycyjnie – dzień po transmisji „na żywo” – udostępniamy wszystkim, których ten problem zainteresował, a którzy wczoraj nie mogli śledzić tej rozmowy tych dwu profesorów, link do jej nagrania:

 

 

 

O szkole okiem historyka  –  TUTAJ

 

 

 

 

 

 

 



Powoli udaje nam się wrócić do przedwakacyjnych czasów, kiedy to w poniedziałki rano zamieszczaliśmy obszerne fragmenty najnowszych postów Kolegi Jarosława Pytlaka z jego bloga „Wokół Szkoły”. Tak było przed tygodniem i tak jest dzisiaj:

 

 

O przyrodzie w szkole na kanwie falstartu próbnego balonu

 

„Dzieckiem w kolebce, kto uczył się przyrody, ten młody – świat zrozumie…”
(Jarosław Pytlak, inspirowane Mickiewiczem)

 

W połowie września nastąpiła niespodziewana „wrzutka” ze strony MEN – oto wiceministra Katarzyna Lubnauer ogłosiła, że w zamierzeniach resortu, w ramach reformy zapowiadanej na 2026 rok, jest połączenie biologii, geografii, fizyki i chemii w szkole podstawowej w jeden przedmiot przyroda. Jak wskazała, w klasach 5-6 byłby to powrót do stanu wcześniejszego, nie wykluczyła jednak również możliwości, że zmiana dotyczyć będzie także klas najstarszych. No i rozgorzała debata.

 

Zanim się do niej przyłączę, chwila zastanowienia, po co w ogóle padła ta zapowiedź. Dla podgrzania tematu nadchodzącej reformy? Możliwe – cokolwiek dzisiaj zostaje ogłoszone na temat zmian w polskiej szkole, niezawodnie podnosi temperaturę w edukacyjnej bańce. A może jako próbny balon przed prezentacją kilka dni później projektu profilu absolwenta szkoły podstawowej?! W końcu pośród dziedzin, jakie mają zgłębiać w szkołach uczniowie, znalazła się w nim właśnie przyroda. Tak czy inaczej, kwestia wzbudziła emocji co nie miara.

 

Zapowiadaną zmianę poparło Polskie Stowarzyszenie Nauczycieli Przedmiotów Przyrodniczych, od jakiegoś czasu konsekwentnie dopominające się o dowartościowanie tej sfery kształcenia. Ogólny tumult nastąpił, kiedy do większej grupy odbiorców dotarło, że taka reforma mogłaby całkowicie wyrugować ze szkoły podstawowej tradycyjne dyscypliny nauk przyrodniczych, wraz z ich nauczycielami. Powstało podejrzenie, że chodzi nie tyle o postęp w edukacji, co bezinwestycyjne rozwiązanie problemu powszechnego braku specjalistów. Pożar usiłowała ugasić (benzyną) sama pani Lubnauer, oświadczając, że przedmiotu będą mogły uczyć także zespoły nauczycieli. Wzbudziło to homerycki śmiech dyrektorów, którzy już teraz próbują jakoś wtłoczyć wątłe zasoby kadrowe w arkusz organizacyjny, a tu trzeba by jeszcze znaleźć takie miejsce dla lekcji przyrody w tygodniowym grafiku zajęć każdej klasy, by mogli tam trafić różni nauczyciele. A w ogóle, na zdrowy rozum, po co mielibyśmy coś łączyć, by chwilę później podzielić?! Żeby była jedna ocena zamiast czterech?! Delikatnie mówiąc, skórka niewarta wyprawki.[…]

 

Trudno powiedzieć, co chciała osiągnąć ministra Lubnauer, ale efekt mogła przewidzieć od razu – każda zapowiedź zmiany powoduje dzisiaj polaryzację stanowisk. Nie inaczej stało się i w tym przypadku. W efekcie nadal wiadomo, że nic nie wiadomo, za to jeszcze bardziej wzrosła niepewność jutra i frustracja pośród nauczycieli

.

* * *

 

Temat nauczania przyrody jest mi bardzo bliski, a najbardziej pożądane rozstrzygnięcie, kiedy i w jakim zakresie powinna być ona przedmiotem zajęć szkolnych, jest dla mnie dość oczywiste – co postaram się za chwilę wykazać. Najpierw jednak muszę podkreślić, że o ile zazwyczaj wypowiadam się w sprawach edukacji z perspektywy zarządzającego placówką, o tyle w kwestii pożądanego miejsca przyrody w szkole podstawowej mogę bazować na swoim kierunkowym wykształceniu oraz wieloletnich doświadczeniach nauczyciela przedmiotów przyrodniczych. Jeśli komuś szkoda jednak czasu na czytanie o moich kompetencjach do wypowiadania się w tej sprawie, może spokojnie przeskoczyć do kolejnych trzech gwiazdek i podjąć lekturę dalej.

 

W połowie lat 80-tych ukończyłem studia biologiczne na Uniwersytecie Warszawskim, podczas których zaliczyłem m.in. 560 godzin zajęć z zakresu chemii. Dało mi to prawo nauczania obu przedmiotów, a po reformie Handkego zacząłem uczyć także przyrody. W 1989 roku zostałem magistrem pedagogiki. Te drugie studia, również na UW, podjęte ze szczerym zamiarem zostania nauczycielem, utrwaliły we mnie na całe życie przekonanie, że istota edukacji podstawowej nie polega na równoległym uprawianiu ośmiu czy dziesięciu dyscyplin naukowych, ale na pokazywaniu uczniom spójnego i całościowego obrazu świata, a na tym tle – ludzkiej aktywności. Na pewno był w tym wpływ żony – która równolegle studiowała nauczanie początkowe, a także naszej wspólnej pracy z zuchami i harcerzami, których uczyliśmy mnóstwa ciekawych rzeczy bez żadnego podziału na przedmioty. Na tym podglebiu wyrosły w połowie lat 90-tych eksperymenty z integracją międzyprzedmiotową w klasach 4-6, jakie podjąłem wspólnie ze współpracownikami w STO na Bemowie. Testowaliśmy pomysł cotygodniowego dnia wycieczkowego, ten sam nauczyciel uczył biologii i geografii, prowadziliśmy z uczniami projekty oparte na eksperymentach, turystyce, poszukiwaniu przygód. Nauczyliśmy się traktować programy nauczania jako drogowskaz a nie dogmat. W ten sposób narodziła się wśród nas koncepcja jednolitego nauczania klas 4-6, którą w latach 1996-1998 popularyzowaliśmy w środowisku pedagogicznym, przyjmując na Bemowie gości z całej Polski, a także prowadząc wyjazdowe konferencje metodyczne. Ukoronowaniem tej działalności było opracowanie „Jednolitego programu nauczania blokowego dla klas 4-6”, za który w 1999 roku jedenastu nauczycieli z naszej szkoły otrzymało Nagrody Ministra Edukacji Narodowej. […]

 

* * *

 

Czytaj dalej »



 

 

„Gazeta Wyborcza” zamieściła dzisiaj (2 października 2024 r.) tekst, z kolejnym informacjami o pracach nad modelem przyszłej szkoły, zainicjowanymi przez MEN. Oto jego fragmenty i link do pełnej wersji:

 

Profil absolwenta w konsultacjach.

Eksperci: „Pacjent powinien wylądować na OIOM-ie, a my przyklejamy plasterek”

 

[…]

 

Jak wymyślić szkołę od nowa? Nad tym głowi się resort edukacji pod kierownictwem Barbary Nowackiej. Szefowa MEN ogłosiła, że już za dwa lata rozpocznie się proces wdrażania „dużej reformy programowej”. Oznacza to tyle, że podstawy programowe – najpierw dla przedszkoli i podstawówek – zostaną napisane na nowo. […]

 

Trwa teraz pierwszy etap: określanie, kto i z jakimi umiejętnościami ma tę nową szkołę kończyć w 2038 roku. Do tego potrzebny jest profil absolwenta, nad którym pracuje Instytut Badań Edukacyjnych (IBE) – instytut badawczy, który jest nadzorowany przez MEN. […]

 

Kim ma być absolwent przyszłości? Ma mieć wiedzę, kompetencje i poczucie sprawczości. Ma dbać o dobrostan swój i innych. Ma umieć budować relacje, troszczyć się o dobro wspólne, społeczeństwo i ojczyznę. […]

 

Kompetencje podzielono na:

-poznawcze (krytyczne i kreatywne myślenie, rozwiązywanie problemów),

-społeczne (komunikacja, współpraca),

-osobiste (zarządzanie sobą i uczeniem się, dobrostan

 

[…]

 

Dr Iga Kazimierczyk, pedagog, koordynatorka programów edukacyjnych, prezeska fundacji Przestrzeń dla Edukacji: To wszystko brzmi super. Konsultacje społeczne w sprawie profilu absolwenta przybierają taki kształt, o jaki walczyliśmy. Ministerstwo wzięło pod uwagę nasze postulaty. Ale w momencie, kiedy kierownictwo resortu po dwadzieścia razy odmienia słowo „sprawczość”, a w planowanych zmianach pomija prawie zupełnie nauczycieli, pomija rolę ministerstwa nauki i szkolnictwa wyższego i nie mówi o tym, co zrobić z kształceniem nauczycieli, to zastanawiam się, o jakiej sprawczości mówimy.

 

-Podstawa programowa to nie księga z zaklęciami. Jeśli coś się w niej zmieni, nie oznacza to, że realia pracy się zmienią. Jeśli w szkole ma pojawić się prawdziwa zmiana jakościowa, konieczna jest zmiana sposobu kształcenia nauczycieli oraz poprawa warunków pracy. […]

 

Czy można to nazwać reformą, jeśli nie bierzemy pod uwagę kryzysu kadrowego w szkołach, kryzysu demograficznego, migracji, które sprawiły, że nasza szkoła stała się wielokulturowa (i inaczej już nie będzie)? Co ze starzejącym się społeczeństwem? Co z systemem finansowania oświaty? Już ministra edukacji Anna Zalewska z PiS o tym mówiła, a samorządy wciąż się borykają z rosnącymi kosztami, małe szkoły wciąż ledwie zipią, za to miejskie bywają dramatycznie przeludnione. A co z kryzysem klimatycznym? Co z obronnością, na która wydajemy tyle pieniędzy? Czy obronność nie kojarzy się nikomu również ze szkołą? Jeśli chcemy społeczeństwa odpornego na dezinformację, to musimy tego uczyć. A kto ma tego uczyć, jeśli nie nauczyciele? […]

 

Prof. Przemysław Sadura – profesor UW, wykłada na Wydziale Socjologii, kurator instytutu badawczego „Krytyki Politycznej”: – Dobrze, że konsultacje organizuje Stocznia. To fundacja, która wdrażała pierwsze metody prowadzenia konsultacji w Polsce, ma doświadczony zespół. Ale jak patrzę na liczbę spotkań (sześć stacjonarnych i czternaście online) to mam obawy, czy nie sięgnięto po Stocznię, żeby zalegitymizować ten proces. A to ma być przecież najważniejsza reforma reorganizująca oświatę w najbliższych latach. Spodziewałem się, że będzie tych spotkań więcej.

 

-W moim poczuciu konsultacje należałoby zorganizować w innym celu: żeby zdiagnozować, w jakim stanie jest edukacja. Co najpilniej i jak należy zmienić. Czy nowy profil absolwenta to najważniejsza kwestia dla szkół w kraju, który dopiero co przeszedł przez serię katastrof? Osiem lat rządów populistów, przeoranie systemu edukacji, pandemia, która najmocniej w UE uderzyła właśnie w Polskę – nie tylko pod względem liczby nadmiarowych zgonów. Nigdzie indziej dzieci i młodzież tak długo nie były pozbawione stacjonarnych lekcji. Do tego mamy doświadczenia związane z wojną w Ukrainie. Tak szybko staliśmy się wielokulturowi, że nastroje całego społeczeństwa robią się coraz mniej przychylne migrantom. […]

 

Wszystko rozbije się o nauczycieli, bo zawsze się rozbijało. Od lat wiedzieliśmy, że przygotowanie do zawodu, poziom studiów pedagogicznych pozostawia wiele do życzenia. Że jest negatywna selekcja do zawodu. To są fundamentalne problemy. Chciałbym, żeby MEN zaczął się zastanawiać nad tym, jak odwrócić ten proces.

 

Do reform trzeba być przygotowanym. Możemy wzorować się np. na Anglosasach, którzy najpierw eksperymentują, robią pilotaże, sprawdzają czy coś działa na mniejszym obszarze i sprawdzają, co się zadzieje. W cztery lata można zaprojektować świetną reformę i próbować budować dla niej poparcie.[…]

 

 

 

Cały tekst: „Profil absolwenta w konsultacjach. Eksperci: „Pacjent powinien wylądować na OIOM-ie, a my przyklejamy plasterek”  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.wyborcza.pl

 



Oto fragmenty (i link do pełnej treści) z bloga Jarosława Pytlaka, który zamieścił on w minioną sobotę:

 

 

 

Naprawa polskiej szkoły – koncert życzeń z komentarzami

 

23 września zaliczyłem epizod w programie telewizji śniadaniowej „Dzień dobry TVN”. Posadzono mnie na kanapie obok Lesława Dzika, młodego influencera edukacyjnego, autora świeżo wydanego książkowego poradnika dla uczniów „Szkolne life hacki”. W założeniu mieliśmy przez 13 minut rozmawiać z prowadzącymi o polskiej szkole i możliwościach jej zmiany na lepsze. Najwyraźniej liczba okazała się pechowa, bo przyjęta z góry przez dziennikarzy teza, zobrazowana napisem na ekranie „Absurdy w polskich szkołach”, skutecznie wykluczyła możliwość konstruktywnej dyskusji. Najlepiej wyszło to, co wyjść musiało, czyli zapowiedziane na początku „lokowanie produktu”, niezależnie od tego, czy był nim mój sąsiad z kanapy, czy może jego książka. Nie żałuję tego młodemu autorowi, który okazał się sympatycznym i rzeczowym rozmówcą, także w kuluarach, najwyraźniej pełnym wiary w swoją misję. Z mojego punktu widzenia jednak program był niewypałem.

 

 

Nie da się zaprzeczyć istnieniu w polskiej szkole rozmaitych absurdów. Uważam jednak, że to określenie jest mocno nadużywane. Z ogromną dezynwolturą stosuje się je w odniesieniu do wielu zjawisk i problemów, które tylko wydają się oczywiste i łatwe do rozwiązania, choć wcale takie nie są. Nic dziwnego więc, że rozmowa w studiu nie doprowadziła do konstruktywnych wniosków. Ponieważ jednak nie chciałbym uznać poświęconego czasu za stracony, postanowiłem zaprezentować zgromadzoną przy tej okazji kolekcję modnych dzisiaj pomysłów na zmiany w polskiej szkole. Wiele z nich pojawiło się w poprzedzającej program rozmowie z redaktorem prowadzącym, oraz w „Postulatach dzieciaków, żeby chętniej chodziły do szkoły”, rozdanych nam już w trakcie emisji. Na omówienie większości z nich na antenie oczywiście nie starczyło czasu. I choć strata to niewielka, bo w dużej mierze były to pobożne życzenia, które świetnie prezentują się w teorii, a dużo gorzej w praktyce, postanowiłem pokazać je tutaj w świetle realiów, ku pożytkowi tych wszystkich, którzy w przyszłości chcieliby podjąć w mediach tematykę szkolną w sposób nieco bardziej rzeczowy.

 

 

Aby dzieci chciały chodzić do szkoły należy skrócić lekcje,…

 

 

Postulat godny poparcia, szczególnie jeśli odnieść go do liczby lekcji, a nie długości trwania pojedynczych zajęć. Grubo ponad trzydzieści godzin tygodniowo, jakie polska szkoła funduje nastolatkom, to naprawdę dużo. Nie zmieni się to jednak, dopóki będziemy starali się zaspokoić wszystkie potrzeby deklarowane przez specjalistów tradycyjnych dyscyplin akademickich, równocześnie mierząc się z wyzwaniami społecznymi głównie poprzez dodawanie kolejnych lekcji, np. edukacji zdrowotnej czy obywatelskiej. […]

 

   …wydłużyć przerwy,…

 

Są kraje, gdzie w środku dnia szkolnego jest godzinna przerwa obiadowa. W „Postulatach dzieciaków” pojawiło się nieco mniej ambitne oczekiwanie przerw po prostu trochę dłuższych niż obecnie, żeby „dało się odpocząć”. To sensowne życzenie, co mogę potwierdzić na podstawie doświadczeń z STO na Bemowie. W klasach 1-6 „od zawsze” mamy codziennie taką godzinną przerwę, a w klasach starszych – dwa razy w tygodniu; na dokładkę wszystkie pozostałe przerwy trwają po piętnaście minut. To nie tylko okazja do odpoczynku, ale również kontaktów społecznych. Jednak coś za coś – ten dodatkowy czas powoduje… przedłużenie dnia szkolnego, co nie wszystkim się podoba. Ponadto przerwowy luksus kosztuje, bo w polskiej szkole uczniowie muszą przecież bez – nomen omen – przerwy znajdować się pod nadzorem nauczycieli, a więcej godzin nadzoru, to potrzeba większych funduszy. Skądinąd zdroworozsądkowy postulat nie ma zatem większej szansy realizacji, chyba że w jakiejś kolejnej reformie ktoś słusznie uzna przestrzeń i czas na kontakty społeczne za równie ważne, co lekcje spędzone przez uczniów na nauce.

 

   …zaczynać zajęcia szkolne później

 

Prowadzący program stwierdził, że ogromnym problemem polskiej szkoły są lekcje zaczynające się o 7.15. W istocie, zdarza się to, gdy budynek jest zbyt ciasny albo brakuje nauczycieli, ale na pewno nie na skalę masową. Często słychać jednak, że nawet uświęcona tradycją godzina 8. jest stanowczo zbyt wczesna dla młodego organizmu, którego mózg o tej porze – jak dosadnie wyraził się Lesław Dzik – nie żyje. To popularna teza, podobno podparta naukowymi świadectwami. Mnie trochę dziwi, bo biologicznie jesteśmy organizmami dziennymi, od tysiącleci aktywnymi między wschodem i zachodem słońca. Być może jednak dwa wieki sztucznego oświetlenia coś namieszały, a może uczyniły to dwie dekady kontaktów społecznych przez internet, które, jak wiadomo, najlepiej wychodzą w nocy, poza zasięgiem rodzicielskiej kontroli. Przyjmijmy więc za dobrą monetę, że bliżej południa nauka jest bardziej efektywna, niż o godzinie 8. Szkopuł w tym, że rodzice często zaczynają pracę z samego rana, więc ich małe dzieci już o tak wczesnej porze muszą trafić pod skrzydła nauczycieli. Prościej wygląda sprawa ze starszymi, choć znalazłoby się zapewne niemało pracujących rodziców, chętnych upewnić się, że progenitura poszła do szkoły, a nie przedłużyła sobie leżakowania w łóżku. […]

 

 Statuty szkolne to źródło bezprawia

 

Taki właśnie komunikat wybrzmiał w wypowiedzi prowadzącego program i doskonale oddaje powszechnie panującą opinię. Za tą z kolei idzie przeświadczenie, że wystarczy ograniczyć zawartość statutów do spraw jasno zdefiniowanych w prawie oświatowym, a wszystko ulegnie zmianie na lepsze. Niestety, kluczowe jest tu słowo „jasno”. Prawo oświatowe jest nader mętne, przepisy porozrzucane po wielu różnych dokumentach, a rzesza kilkudziesięciu tysięcy dyrektorów i setek tysięcy nauczycieli często porusza się w tym po omacku, pozbawiona realnego wsparcia prawnego, szczególnie gdy życie przynosi nowe wyzwania, jakim ostatnio stało się uzależnienie młodych ludzi od smartfonów. Ponadto, statuty placówek są najczęściej produktem rękodzieła, bo na pomoc prawną przy ich formułowaniu nie ma funduszy, a nawet jeśli są, to sami prawnicy nie są zgodni w kwestii proponowanych zapisów. Przerobiliśmy to ostatnio w STO na Bemowie, dwa lata z rzędu nowelizując statut szkoły podstawowej, korzystając z usług dwóch różnych kancelarii. W jednym podejściu zasugerowano nam jak bardziej drobiazgowe kodyfikowanie różnych sytuacji, bazując na doświadczeniach ze sposobu rozstrzygania spraw konfliktowych w kuratoriach. W drugim, dla odmiany, pojawiła się sugestia, że statut jest zbyt rozbudowany i niepotrzebnie reguluje wiele spraw, które powinny być rozstrzygane po prostu na bazie zwyczaju, dobrej woli i zaufania. Niestety, tych ostatnich cech w społecznościach szkolnych już nie ma, więc statuty będą je zastępować, zawsze ku czyjemuś niezadowoleniu. […]

 

 

Tutaj dygresja. Lekcję, że w atmosferze ogólnej nieufności, a przy braku wsparcia prawnego dla placówek oświatowych, może być tylko gorzej, przerabiamy na bieżąco przy okazji tak zwanych Standardów Ochrony Małoletnich. Państwo mogło odegrać rolę moderującą, bowiem oficjalnie obiecano publikację wytycznych opracowanych pod egidą Ministerstwa Sprawiedliwości. Miały one ujrzeć światło dzienne w połowie lutego, pół roku przed obowiązującym terminem opracowania takich dokumentów w placówkach. Ostatecznie pojawiły się tuż przed wakacjami, kiedy wszyscy mieli już własne wersje, najczęściej wzorowane na publikowanych w sieci gotowcach, zazwyczaj wzbogacone o zapisy stanowiące wyraz usprawiedliwionej skądinąd ignorancji prawnej, a równocześnie lęków swoich lokalnych twórców. Wyłania się z nich obraz niekompetentnej, potencjalnie wręcz przestępczej grupy niebezpiecznych dla dzieci dorosłych, zwanych dla niepoznaki nauczycielami. Teraz mamy koniec września i krzyk w mediach, że zapisy w Standardach krążą w oparach absurdu. Oczywiście nikt nie jest winny i trwa wielkie narodowe czekanie, aż sytuacja się uklepie. […]

 

Oceny szkolne są złe, bo motywacja ucznia powinna być wewnętrzna

 

Najkrócej mówiąc, powinna być, ale nie jest. Psychologia uczenia się jest bardzo złożoną dziedziną. Jej odkrycia doskonale stosują się do jednostkowych przypadków, daleko trudniej jednak do masowej edukacji. Z tego, że ludzie najszybciej uczą się wtedy, kiedy chcą wcale nie wynika, że można na tym oprzeć całą organizację nauczania tego, czego w myśl zapisów prawnych nauczyć się powinni. A już kardynalnym błędem jest założenie istnienia w wieku szkolnym samoświadomości, skutecznie od wewnątrz kierującej postępowaniem młodego człowieka. Dlatego wiara w sens zastąpienia ocen cyfrowych opisowymi jest przejawem ogromnego optymizmu. W STO na Bemowie od trzech lat nie ustalamy na co dzień ocen w klasach 4-6 z większości przedmiotów. Nie mamy jednak odwagi, by odejść od bieżącego oceniania w zakresie dla edukacji fundamentalnym – nauce języka polskiego, matematyki i języka obcego, bo tu systematyczność nauki i sekwencja zdobywanej wiedzy wymaga – w świetle naszych doświadczeń – regularnej informacji zwrotnej. Tam gdzie ocen nie ma, wiedza jest bardziej przypadkowa. […]

 

 W szkole należy uczyć rzeczy przydatnych w życiu

 

Powszechny krzyk o uczeniu w szkole rzeczy niepotrzebnych ma dość luźny związek z rzeczywistością. W istocie, żeby myśleć, trzeba mieć o czym, czyli posiadać jakąś bazę wiedzy, zarówno ogólnej, jak szczegółowej. Mózg ludzki nie jest procesorem, który będzie świetnie funkcjonował na bazie informacji uzyskiwanych na bieżąco ze smartfona. Jest procesorem połączonym z pamięcią, a zatem musi być ćwiczony nie tylko w przetwarzaniu danych, ale również w ich gromadzeniu. […]

 

 30% problemów edukacji leży w systemie, 70% w samej szkole

 

Jak zrozumiałem, „w szkole” ma oznaczać, że zależy od ludzi, którzy ją tworzą, w domyśle nauczycieli i kadry zarządzającej. Osobiście nie zaryzykowałbym określenia jakichkolwiek proporcji. Zwrócę jednak uwagę, że system kształtuje ludzi, może wzmacniać ich sprawczość lub ją dusić. W polskiej szkole mamy zdecydowanie do czynienia z tym drugim, więc proszę się nie dziwić, że ludzie wybierają ostrożny pragmatyzm, a nie odważne nowatorstwo. Przekonali się po wielokroć, że tak jest bezpieczniej. W podanej powyżej proporcji brakuje jednak na pewno niezwykle ważnego elementu, którym są rodzice. Mają oni dzisiaj ogromny wpływ na funkcjonowanie placówek oświatowych. Dobry czy zły? Odpowiem dyplomatycznie – szkoła jest taka, jak społeczeństwo. Jeśli nie jesteśmy z niej zadowoleni, co nam to mówi o społeczeństwie?! […]

 

 Polska szkoła powinna wzorować się na fińskiej, o wysokiej jakość edukacji i przyjaznej dla uczniów

 

Podstawą tego co uważamy za sukces fińskiej szkoły jest ogromne zaufanie społeczne. Polityczny konsensus wobec systemu edukacji, ograniczona liczba wytycznych programowych, pozostawiająca swobodę nauczycielom, oraz niemal całkowita nieobecność rodziców w życiu szkoły, odróżniają ją w sposób zasadniczy od tego, co mamy w Polsce. Jeśli dodać bardzo dobre warunki lokalowe i materialne – wynikające z zamożności społeczeństwa, a także jego wiejskiego charakteru, widać wyraźnie, że naśladownictwo możemy włożyć między bajki. Lepiej chyba poszukać mocnych stron na własnym podwórku i zainwestować w ich rozwój. Tym bardziej, że Finowie mają także swoje kłopoty, do których zalicza się stały zjazd w wynikach kolejnych badań PISA. Na tym polu rezultaty polskich uczniów wypadają całkiem nieźle. Nie jest to idealny sposób wartościowania systemu edukacyjnego, ale nie jest tajemnicą, że Finowie mocno przejmują się swoją tendencją zniżkową. […]

 

* * *

 

Wymienione wyżej postulaty, a to tylko wierzchołek góry lodowej, adresowane są w domyśle do nauczycieli, bo to oni, ze wszystkimi swoimi słabościami, stanowią twarz systemu edukacji. Tymczasem nie jest to jedyny ważny adresat. Nauczyciele lepiej lub gorzej wykonują usługę, którą zamawia państwo, na warunkach, które państwo określa. Należy zatem wywierać presję na rządzących, na swoich przedstawicieli w parlamencie, samorządach lokalnych, na tych wszystkich, którzy decydują o prawie i o sposobach wydatkowania pieniędzy. Nie sztuką jest formułowanie postulatów, ale poszukiwanie metod ich realizacji. Ponieważ jednak nawet tak specyficzną i wymagającą mądrości sferą życia, jak edukacja, rządzą dzisiaj politycy, a nimi sondaże, to chociaż zmiana polskiej szkoły na lepsze jest możliwa, w obecnych realiach społecznych wydaje się mało prawdopodobna. […]

 

W powyższym artykule najczęściej mowa była o pieniądzach i zaufaniu. To ostatnie jest odrębną, specyficzną walutą. Bez odbudowy zaufania społecznego polska szkoła nie stanie się lepsza, nawet jeśli zainwestujemy w nią pieniądze równie wielkie, jak w zbrojenia.

 

 

 

Cały tekst „Naprawa polskiej szkoły – koncert życzeń z komentarzami”  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/