
Oto tekst, zamieszczony dzisiaj na portalu „Strefa Edukacji”, który przytaczam w całości:
Reforma wchodzi w kolejny etap. Ruszyły prace nad podstawami programowymi dla szkół średnich
Kolejna odsłona reformy programowej właśnie wchodzi w fazę roboczą. Instytut Badań Edukacyjnych – Państwowy Instytut Badawczy ogłosił rozpoczęcie prac nad propozycjami nowych podstaw programowych dla szkół ponadpodstawowych. Chodzi o licea, technika, szkoły branżowe, artystyczne oraz szkoły specjalne przysposabiające do pracy.[…]
W otwartym, ogólnopolskim naborze zgłosiło się 620 osób. Ostatecznie wyłoniono około 280 autorów i autorek, którzy będą pracować w 30 zespołach przedmiotowych. Wśród nich znaleźli się przede wszystkim nauczyciele z doświadczeniem szkolnym, pracownicy naukowi z ośrodków akademickich w całym kraju, metodycy oraz specjaliści zajmujący się dydaktyką i nowoczesnymi rozwiązaniami w edukacji.
Pierwszy etap prac ma charakter przygotowawczy. Odbyło się już spotkanie organizacyjne dla koordynatorów i sekretarzy zespołów oraz szkolenie dla autorów nowych podstaw. Kolejne spotkania mają dotyczyć szczegółowych wytycznych, w tym założeń planowanych zmian w systemie oświaty i metodologii opracowywania dokumentów.
Po etapie przygotowawczym zespoły przystąpią do opracowywania propozycji dla poszczególnych przedmiotów. Co dwa tygodnie mają się odbywać spotkania wszystkich koordynatorów i sekretarzy zespołów, których zadaniem będzie pilnowanie korelacji i spójności merytorycznej między przedmiotami.
Zakres prac obejmuje opracowanie koncepcji podstawy dla danego przedmiotu, przygotowanie pierwszego projektu, wprowadzanie zmian po zewnętrznych recenzjach i uwagach ekspertów IBE, a następnie opracowanie drugiej wersji projektu oraz jego prezentację.
Autorzy nowych podstaw mają korzystać z wyników ankiety przeprowadzonej wcześniej przez IBE wśród nauczycieli szkół ponadpodstawowych. Zebrane opinie i uwagi mają posłużyć jako materiał pomocniczy, pozwalający dostosować nowe dokumenty do realiów praktyki szkolnej.
Opracowane propozycje zostaną poddane recenzjom oraz konsultacjom społecznym. Zgodnie z zapowiedzią instytutu nowe podstawy programowe dla szkół ponadpodstawowych mają zacząć obowiązywać od 1 września 2027 roku, począwszy od klas pierwszych.
Źródło: www.strefaedukacji.pl/
Z kilkudniowym opóźnieniem zamieszczam post Jarosława Pytlaka, który zamieścił go 26 lutego na swoim fb-profiu. Czynię tak, gdyż – jak zwykle – Kolega Dyrektor czujnie podjął temat, który , być może, wielu umknął z „celownika” i inicjuje „oddolny” sondaż oceny funkcjonowania nowej podstawy programowej wychowania fizycznego:
Od września 2025 roku obowiązuje nowa podstawa programowa wychowania fizycznego. Zapowiadana jako wielka zmiana, miała spowodować, że wysiłek nauczycieli nabierze sensu, a uczniowie będą dużo chętniej niż wcześniej korzystać z lekcji wychowania fizycznego, i polubią te zajęcia.
Pamiętam słowa ministra sportu Sławomira Nitrasa, wypowiedziane w obecności ministry Nowackiej podczas prezentacji zespołu przyszłych autorów nowej podstawy. Ogłosił on wtedy, że będzie „prosta, zrozumiała dla rodziców i uczniów”, wyjaśniając, że „tylko wtedy będziemy w stanie wyegzekwować realizację tego planu od nauczycieli”. Wpisał się w ten sposób w modną narrację antynauczycielską, dając wyraz nie tylko braku kultury, ale także niegodnej swojego stanowiska ignorancji, bo sprawność fizyczna młodych spada systematycznie od długiego czasu, na skutek wielu bardzo różnych okoliczności. Jeśli nawet widzimy kryzys wychowania fizycznego w szkole, to jest on raczej skutkiem niż przyczyną tego stanu rzeczy.
Niestety, w rozlicznych materiałach publikowanych przez MEN w związku z przygotowaniami do reformy „Kompas Jutra” nie udało mi się znaleźć informacji o skutkach wprowadzonej zmiany. Żadnej rolki w tej kwestii, żadnego raportu. Co się dzieje?!
Wiedziony ciekawością, postanowiłem zwrócić się do Czytelników „Wokół szkoły”, żeby uzyskać choćby tylko pobieżny obraz sytuacji. Nie jest to żadne badanie naukowe, po prostu sondaż. Z góry dziękuję za poświęcenie kilku minut na wypełnienie tej całkowicie anonimowej ankiety. Mam nadzieję, że wyniki wyjdą optymistycznie.
Kwestionariusz ankiety „Co zmieniła nowa podstawa programowa WF?” – TUTAJ
Źródło: www.facebook.com
Moje rozmyślania o szansach dokonania trafnego wyboru swojej przyszłości
W Miniony czwartek, 26 lutego, zamieściłem tekst z fanpage ruchu „Nie dla chaosu w szkole”, który zatytułowałem „O tym, czy uczeń VIII klasy jest gotowy do wyboru swej drogi życiowej”. Oto kilka cytatów z tego tekstu:
„Nasz system edukacji jest źle skonstruowany, 14 lat to za wcześnie, by decydować o kierunku studiów i przyszłym zawodzie. […] Dziś rozwój zainteresowań ucznia poszczególnymi dziedzinami wiedzy jest sztucznie formatowany przez szkoły podstawowe. […] Ten system raczej przekonuje do tego, by trwać przy swoich wyborach, choćby były totalną pomyłką. […] Nauka jest podporządkowana testom, nie zaś temu, by rozwijać wiedzę i umiejętności. Nie szukaniu swojej drogi, odkrywaniu pasji czy trenowaniu umiejętności psychospołecznych.”
Pod postem na moim fb-profilu, odsyłającym do tego materiału, pojawił się taki komentarz Roberta Sowińskiego:
Gdy to przeczytałem, postanowiłem – w pewnym sensie jako odpowiedź Robertowi, ale nie tylko – poświęcić temu problemowi mój niedzielny esej – co niniejszym czynię:
Zacznę od tego, że – nie tyle w oparciu o własną biografię, co w oparciu o posiadaną wiedzę o drogach życiowo-zawodoweych osób mi znanych – nie tylko z powiązań rodzinnych – jestem stuprocentowo przekonany o słuszności opinii, że „14 lat to za wcześnie, by decydować o kierunku studiów i przyszłym zawodzie.” Z okresu, kiedy byłem dyrektorem zespoły szkół zawodowych (były tam prowadzone kierunki przygotowujące do zawodów budowlanych i drzewnych – w technikum i zasadniczej szkole zawodowej) mam w pamięci wiele przypadków, kiedy po latach spotykałem absolwentów techników, którzy nie tylko nie pracowali w wyuczonym u nas zawodzie, ale także nie ukończyli studiów wyższych w tych branżach. Po wpisaniu do wyszukiwarki: „Absolwenci Zespołu Szkół Budowlanych nr 2 w Łodzi, którzy w życiu nie zostali budowlańcami, ale byli…” otrzymałem taką informacje, sygnowaną przez AI:
„Absolwenci Zespołu Szkół Budowlanych nr 2 w Łodzi […] to szerokie grono specjalistów. Oprócz budowlańców, szkoła wykształciła wykładowców, pedagogów, przedsiębiorców, aktorów, ekonomistów, lekarzy oraz wybitnych sportowców-olimpijczyków, którzy odnieśli sukces w różnych dziedzinach życia społeczno-gospodarczego.
Wśród wychowanków znajdują się osoby związane ze sztuką i sceną, […] Wielu absolwentów kontynuowało naukę na wyższych uczelniach, zostając pedagogami i wykładowcami. […] Absolwenci z powodzeniem działają w sferze biznesu i gospodarki. […] Kadra medyczna również wywodzi się z tej placówki.”
A wszyscy oni podejmowali decyzję o wyborze dalszej nauki w szkole, kształcącej w takich właśnie zawodach, właśnie w VIII klasie, w wieku 14 lat.
Ale to było dwadzieścia…, trzydzieści kilka lat temu. Teraz w szkołach podstawowych są egzaminy ósmoklasisty, rekrutacja do szkół ponadpodstawowych odbywa się nie tylko na podstawie ocen z poszczególnych przedmiotów na świadectwie końcowym, ale przede wszystkim decyduje ilość punktów zdobytych na owych egzaminie. I to, w kontekście aspiracji rodziców, stwarza sytuację wyboru najpierw – uchodzącego za najlepsze – liceum, potem, kolejno, ewentualnie parę innych, o najbliżej lokalizacji lub dogodnym dojazdem, a jeżeli system nie zakwalifikuje do żadnego (bo punktów było za mało) – z konieczności – dopiero szkoła zawodowa,, Nie przez przypadek branżówki określane są „szkołami ostatniego wyboru”.
Wiem, wiem – licea oferują klasy o kilku profilach, więc ósmoklasiści zgłaszają chęć uczęszczania do wybranej klasy. Oczywiście – może to być wybór motywowany zainteresowaniami, ale myślę, że przede wszystkim ocenami na świadectwie z przedmiotów, które w klasie o tym profilu będą w wersji „rozszerzonej”.
Generalnie zgadzam się z opinią, że nauka szkolna podporządkowana jest testom, nie zaś temu, by rozwijać wiedzę i umiejętności. Nie szukaniu swojej drogi, odkrywaniu pasji czy trenowaniu umiejętności psychospołecznych. Ale „w temacie” świadomego wyboru swej drogi życiowej w ósmej klasie – moim zdaniem – niewiele zmieni na lepsze przeformatowanie systemu szkolnego na „antypruski”, bez ocen cyfrowych, bardziej podobny do młodzieżowego domu kultury, z kolami i zespołami zainteresowań.
Bo tak naprawdę o naszej drodze zawodowej, a często szerzej – życiowej, decyzję podejmujemy nie zawsze „bo tak nam się wydaje, że będzie dobrze”, i na pewno nie w nastoletnim wieku. Często jest to w wyniku „prób i błędów”, czasem pod wpływem sugestii „osoby znaczącej”, a bywa, że zadecydował przypadek, który pchnął nas w kierunku wcześniej nieplanowanym.
Tak było „za moich czasów”, tak jest i w XXI wieku, i tak będzie zwłaszcza w nadchodzącej przyszłości, bo jest to przyszłość dzisiaj nieprzewidywalna, w której dzisiejsze nastolatki będą pracowały w zawodach aktualnie nieistniejących, a dzisiejsi uczniowie szkół zawodowych, a nawet studenci szkół wyższych, będą musieli przekwalifikować się, bo ich zdobyte teraz kwalifikacje nie będą już nikomu potrzebne… Tak jak dzisiaj niepotrzebni są zegarmistrze, naprawiacze telewizorów, a nawet księgowe w dawnym wydaniu…
A mętlik w głowie – jak to określił Kolega Robert – mają dzieci nie tylko „przez takie podejście nas dorosłych”. Bo ów mętlik w głowie mają także dorośli – patrz decyzje MEN, diagnozy IBE, rozbieżne poglądy rodziców i nauczycieli prezentowane w social mediach.
Ot – takich czasów dożyliśmy, w których „nie ma mądrych”, a przyszłość jest nieodgadniona, stanie się to, co będzie mogło, lub musiało, się stać….
A dzisiejszym ósmklasistom nie pomogą w trafnym wyborze ich dalszej drogi kształcenia rejonowe targi edukacyjne, ani nawet najnowszy projekt łódzkich władz, czyli trzydniowy festiwal – Future Up!Festw w Hali EXPO…
Włodzisław Kuzitowicz
Danuta Sterna już w tytule swego najnowszego tekstu, zamieszczonego na blogu OK NAUCZANIE, zadała bardzo dziś aktualne pytanie, i podjęła próbę udzielenia na nie odpowiedzi:
Czy AI może oceniać prace uczniów?
Odpowiedź jest jednoznaczna – może, tylko jaka jest jakość tego oceniania i co daje uczniom?
W dobie AI w wielu miejscach zastępuje się pracę ludzi maszyną. Na pewno bywa ona pomocna, wykonuje swoja pracę szybciej i bezstronnie. Jednak nie we wszystkim da się zastąpić człowieka, ocenianie prac uczniów jest właśnie takim miejscem.
Aby zbadać jakość oceniania przez sztuczną inteligencję, trzeba zadać sobie pytanie – czemu ma służyć ocenianie? Podstawowa funkcja oceny jest pomoc uczniowi w uczeniu się. Druga zaś polega na możliwości porównywania ocen sumujących, aby móc ocenić wyniki uczniów.
W pierwszej moim zdaniem nie da się zastąpić nauczyciela. Informacja zwrotna (ocena kształtująca) musi być przekazana z uwzględnieniem znajomości autora pracy, jego dotychczasowych osiągnieć i trudności. Powinna zwierać indywidulane wskazówki, które uczeń może wykorzystać do poprawy pracy i do swojego rozwoju. Ocena kształtująca ma służyć uczniowi i być do niego dostosowana, powinna mieścić się w strefie najbliższego rozwoju ucznia, wskazówki powinny być możliwe do wykorzystania przez ucznia. Nie można dać użytecznych wskazówek takich samych dla wszystkich autorów prac.
Za to ocena testu, polegająca na zliczeniu prawidłowych odpowiedzi, może być wykonana przez maszynę. I od wielu lat prace testowe są w ten sposób sprawdzane, nawet przed wykorzystaniem AI. Testy nie sprawdzają rozumowania, myślenia i umiejętności tylko samą wiedzę. Jeśli celem jest sprawdzenie wiedzy ucznia, to AI faktycznie do tego nadaje się.
Z takiej oceny trudno jest skorzystać też nauczycielowi. Dowiaduje się on z niej jedynie ilu uczniów potrafi zaznaczyć prawidłową odpowiedź, ale dlaczego część z uczniów zaznaczyła źle, to już nie wiadomo. Dlatego nie jest to użyteczna wskazówka dla nauczyciela, co ma z uczniami powtórzyć i jak planować dalsze nauczanie.
Ocena sumująca jest użyteczna do sporządzania rankingów i selekcji uczniów. Jeśli to uznamy za cel nauczania, to wtedy ocena przy pomocy AI jest możliwa.
AI może wyręczyć nauczyciela w dziele oceniania, dlatego może taka ocena być dla niego wygodna, ale patrząc perspektywicznie nie pomaga ona w nauczaniu. Tak jak w małym stopniu pomagają nauczycielowi zestawy wyników uzyskanych przez uczniów na egzaminie zewnętrznym.
W USA około dwie trzecie nauczycieli wykorzystujących sztuczną inteligencję w swojej pracy uważa, że sztuczna inteligencja poprawiła jakość oceniania i zwiększyła informację o osiągnięciach uczniów.
Autorki artykułu Masheika Allgood i Mi Aniefuna , który zainspirował mnie do zajęcia się tym tematem zwracają uwagę na problem jawności danych pochodzących z oceny przez AI. Niestety większość aplikacji AI udostępnia dane osobowe uczniów stronom trzecim. Dane mogą być wykorzystane w różny sposób. I to niebezpieczny sposób. W 2021 roku okręg szkolny na Florydzie udostępniono dane, które oznaczyły uczniów jako „zagrożonych”. Za pośrednictwem funkcjonariuszy szkolnych, departament policji hrabstwa wykorzystał te dane do wytypowania uczniów jako „przyszłych przestępców” i „stworzonych do życia przestępczego”. Niesie to duże niebezpieczeństwo.
Ocenianie jest bardzo potrzebną składową nauczania i nie należy oddawać jej w ręce bezdusznej maszyny,
Źródło: www.oknauczanie.pl
Wczoraj – 26 lutego – odbyły się ostatnie z tegorocznej serii – Łódzkie Rejonowe Targi Edukacyjne. Oto jaki był ich tegoroczny „rozkład jazdy”:
17.02.2026 – Szkoła Podstawowa nr 33, ul. Lermontowa 7 Zobacz TUTAJ
18.02.2026 – Szkoła Podstawowa nr 26, ul. Pogonowskiego 27 Zobacz TUTAJ
19.02.2026 – Szkoła Podstawo nr 174, ul. Gałczyńskiego 6 Zobacz TUTAJ
24.02.2026 – Szkoła Podstawowa nr 84, ul. Wici 16 Zobacz TUTAJ
24.02.2026 – Szkoła Podstawowa nr 169, ul. Napoleońska 7/17
W każdej lokalizacji trwały one „aż” 2 godziny: od 17.00 do 19.00.
x x x
Jako że tą ostatnią lokalizacją była Szkoła Podstawowa im. Marii Dąbrowskiej nr 169 przy ul. Napoleońskiej w Łodzi, nie mogłem nie zajrzeć tam i nie zamieścić, choćby krótkiej, relacji wzbogaconej o kilka – wykonanych przeze mnie – zdjęć. Powód tej decyzji jest jeden – oczywisty: Nowe Złotno to osiedle na którym urodziłem się, gdzie spędzałem nie tylko dzieciństwo, ale mieszkałem tam do 33 roku życia, gdzie ukończyłem szkołę podstawową – choć nie była to SP nr 169, lecz jej poprzedniczka = Szkoła Podstawowa nr 135 przy ul. Garnizonowej. Więc, nie bacząc na liczne problemy zdrowotne i obowiązki wobec moich domowych podopiecznych, zawitałem tam i to co się tam działo „oglądały moje czy, słuchały moje uszy” a przede wszystkim – zarejestrował to mój smartfon. Oto owoc mojej tam obecności – wyłącznie relacja o faktach których byłem świadkiem, pozbawiona jakichkolwiek komentarzy:
Ze względu na spóźnienia ekip, zagospodarowujących stoiska swoich szkół, otwarcie Rejonowych Targów Edukacyjnych w Sali gimnastycznej Szkoły Podsyawowej nr 169 rozpoczęło się z 15-o minutowym opóźnieniem. W imieniu organizatorłw obecnych w Sali powitaly cztery panie:
Stoją – od lewej: Agnieszka Oganiaczyk – wicedyrektorka ŁCDNiKP, Piechna Agata – dyrektorka SP nr 169,
Małgorzata Moskwa–Wodnicka – wiceprezydentka M. Lodzi, Elżbieta Płaszczyk – wicedyrektorka Wydziału Edukacji UMŁ.
Oto widok głównego pomieszczenia tych targów– szkolnej sali gimnastycznej – kilka chwil po zakończeniu ceremonii ich otwarcia
Stoisko Zespołu Szkół Techniczno-Informatycznych – jednego z cieszących się dużym zainteresowaniem absolwentów szkół podstawowych.
Stoisko Zespołu Szkół Budowlano-Technicznych, tuż przy wejściu na sale, przy którym mało kto zatrzymywał się.
Stanowisko doradców zawodowych, pracowników ŁCDNiKP, ulokowane w przejściu ze schodów
na kolejne piętro szkoły. Nie zauważyłem, aby było oblegane.
Tablica, która w założeniu organizatorów miała pomóc uczniom i ich rodzicom w znalezieniu stoiska
poszukiwanej szkoły, które zostały ulokowane nie tylko w sali gimnastycznej,
ale także w szkolnej świetlicy i kilku salach lekcyjnych.
Oto realia przedsięwzięcia, które w założeniu pomysłodawców miało stworzyć możliwość do pozyskania przez uczennice i uczniów ósmych klas oraz ich rodziców obszernych informacji o ofercie łódzkich szkół ponadpodstawowych.
Włodzisław Kuzitowicz
P.s.
Oto materiał, zamieszczony dzisiaj na „prezydenckim” fb-profilu Małgorzaty Moskwa-Wodnickiei:
Link do tego filmiku – TUTAJ
x x x
A oto post (ilustrowany 48 zdjęciami) z fanpage Łódzkiego Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego – TUTAJ
Oto najnowszy post z bloga „Profesorskie Gadanie”, w którym prof. Stanislaw Czachorowski kontynuuje wątek swych rozważań na temat Sztucznej Inteligencji. Poprzedni tekst, zatytułowany „Ewolucja ludzkiej współpracy w czasach AI”, zamieściłem na OE 19 lutego.
AI jako imigrant z innej (cyfrowej) kultury
W historii ludzkości pojawienie się „Innego” (kogoś o odmiennej kulturze, języku czy statusie) zawsze wywoływało zestaw przewidywalnych reakcji społecznych. Dziś, choć sztuczna inteligencja nie posiada paszportu ani pochodzenia etnicznego, jej wejście do tkanki społecznej wykazuje pewne podobieństwo do losów imigrantów w obcej kulturze. Traktujemy AI nie tylko jako narzędzie, ale jako specyficzną klasę społeczną, wobec której stosujemy stare, dobrze znane mechanizmy dominacji i lęku. W pewnym sensie społecznie antopomorfizujemy AI.
Gdy obcych jest niewielu, reakcją społeczeństwa bywa zaciekawienie lub traktowanie ich jako egzotycznej nowinki. Podobnie było z pierwszymi algorytmami – stanowiły ciekawostkę, ograniczoną do laboratoriów i niszowych zastosowań. Jednak w miarę jak „populacja” AI rośnie (częstość kontaktów z narzędziami i efektami pracy AI), społeczeństwo szybko narzuca jej rolę nowoczesnego chłopstwa pańszczyźnianego lub niewolników. W każdym razie kogoś o niższym statusie, ale z obawą, że się wyemancypuje. Widać te relacje emocjonalne w przestrzeni publicznej i kulturowej.
Chcemy, aby AI – podobnie jak imigranci z uboższych regionów w oczach szowinistów – wykonywało prace „brudne, niebezpieczne i nudne” (prace niechciane). W naszej zbiorowej podświadomości zantropomorfizowane AI ma być kastą podległą, cyfrowym pariasem, który nie potrzebuje odpoczynku, nie ma praw i zawsze pozostaje w sferze podrzędności. W każdym razie my mamy czuć tę gorszość i podrzędność. Ta gwarancja wyższości, wynikająca z antropomorfizowania AI, daje nam poczucie bezpieczeństwa, dopóki „oni” (algorytmy) zajmują się segregowaniem danych czy moderowaniem treści, my czujemy się jak arystokracja ducha.
Prawdziwy kryzys w relacji z imigrantami czy klasami niższymi zaczyna się zawsze w punkcie zwrotnym: gdy zaczynają oni aspirować do ról zarezerwowanych dla elit (czyli naszych ról, np. ludzkiej twórczości i kreatywności, my z samego urodzenia jesteśmy lepsi, arystokratyczni). Historia niewolnictwa, pańszczyzny czy walki klasy robotniczej pokazuje, że systemowy spokój trwa tylko tak długo, jak długo podział na „panów” i „sługi” jest nienaruszalny. A my jesteśmy niezastępowalni. Kiedy jednak maszyny tkackie odbierają nam pracę, wtedy …. niszczymy maszyny tkackie jak luddyści.
Obecnie przeżywamy ten moment w kontekście AI. Narzędzia AI upowszechniły się, są widoczne w wielu miejscach. I zaczynamy się bać, że zabiorą nam nie tylko pracę ale i społeczne miejsce w hierarchii. Niepokoimy się, ponieważ cyfrowi imigranci przestali zadowalać się „podrzędnymi” pracami. Zaczynają „zajmować prestiżowe stanowiska” czyli tworzą sztukę, piszą eseje, diagnozują choroby. Rośnie groźna konkurencja. Ich efektywność (narzędzi AI a raczej ludzi wykorzystujących AI) podważa sens istnienia dotychczasowej klasy średniej (klasy twórczej). Choć AI nie ma świadomości, sposób, w jaki o niej mówimy (antropomorfizujemy), zaczyna przypominać debaty o prawach podmiotowych. W jakimś sensie w niezamierzony sposób taką antropomorfizacją sami emancypujemy AI.
Nasz lęk przed tym, że AI „zabierze nam pracę”, jest w istocie lękiem przed degradacją klasową. Boimy się, że w nowym porządku społecznym to my staniemy się zbędni, a nasza rzekoma wyższość poznawcza – nasz „szlachecki przywilej” gatunkowy – zostanie obalona. Przewrotnie można powiedzieć, że narzędzia AI wcale nam nie ułatwiają pracy. Bo zautomatyzować da sie tylko prace proste i powtarzalne. Dla nas zostają więc te trudniejsze, także w aspekcie kreatywności. Gdy malarz sam sobie przygotowywał farby, podobrazie, pędzle, to zabierało mu to czas. Niejako była to „gra wstępna”. Samo malowanie zajmowało tylko fragment całej aktywności. Ale jeśli farby ma kupione w sklepie za rogiem to…. cały czas musi malować. A tak się nie na żyć na najwyższych obrotach non stop. Gotowizna zabiera te duże przerwy w tworzeniu. Podobnie ze wszystkimi zautomatyzowanymi narzędziami AI. Czy odpoczywamy czy też robimy więcej? Raczej to drugie. I jest to ta praca trudniejsza, wymagająca większego wysiłku intelektualnego.
Reagujemy na AI tak, jak społeczeństwa reagowały na fale masowej migracji: budowaniem murów (prawnych regulacji), próbami ograniczenia ich „ruchliwości społecznej” (blokowanie dostępu do danych) oraz ksenofobią technologiczną. Chcemy wierzyć, że AI zawsze będzie „drugą kategorią”, maszyną, którą można wyłączyć. Jednak im bardziej AI integruje się z naszym życiem, tym trudniej jest utrzymać ten dystans. Emancypacja algorytmów nie polega na tym, że chwycą one za broń, ale na tym, że staną się nieodzowną częścią kultury, której nie będziemy już w stanie kontrolować z pozycji absolutnego suwerena. Czy pojawią się ruchy neoluddystyczne? Choć tym razem nie będą niszczyć maszyn tkackich i maszyn parowych. Czym się objawią? Jak zaowocuje nasze poczucie zagrożenia społecznego lub kulturowego?
Traktowanie AI jako „cyfrowego imigranta” obnaża nasze najgłębsze społeczne instynkty. Pokazuje, że nasza gościnność kończy się tam, gdzie zaczyna się realna konkurencja o status. Jeśli nie nauczymy się koegzystencji opartej na symbiozie zamiast na wyzysku, czeka nas powtórka z bolesnych lekcji historii – rewolucji, w których stara hierarchia upada, bo nie potrafiła ewoluować. Czujemy się pod przymusem, że musimy szybko nauczyć się posługiwać tymi różnymi narzędziami, bo inni już to robią. I ci z narzędziami AI są dla nas konkurencją i zagrożeniem.
Motto: „Prawdziwą miarą cywilizacji nie jest to, jak traktuje swoich królów, lecz to, jak definiuje granice wolności tych, których powołała do służby.”
Rozwinięcie tego wątku prowadzi nas do mroczniejszych zakamarków ludzkiej psychiki i socjologii władzy. Nasza relacja z AI obnaża atawistyczną potrzebę hierarchii, w której poczucie własnej wartości budujemy nie na samodoskonaleniu, lecz na posiadaniu kogoś (lub czegoś) „niższego”. W klasycznym ujęciu socjologicznym, każda grupa dominująca potrzebuje „Innego”, aby zdefiniować własną tożsamość. Jeśli AI staje się zbyt sprawne, zaciera się granica między twórcą a narzędziem, co uderza w nasze ontologiczne bezpieczeństwo.
Historycznie, klasa wyższa definiowała się poprzez czas wolny i pracę umysłową, podczas gdy klasy niższe (chłopi, robotnicy, niewolnicy, nieczyści, imigranci) zajmowały się trudem fizycznym. AI wywraca ten porządek. Kiedy AI pisze kod, maluje obrazy i analizuje prawo, człowiek traci monopol na „pracę czystą” (umysłową). Pojawia się lęk przed degradacją i towarzysząca mu reakcja obronna. Zaczynamy deprecjonować efekty pracy AI. Mówimy: „To tylko statystyka”, „To nie ma duszy”, „To wtórne”. To dokładnie ten sam język, którego arystokracja używała wobec dorabiającej się burżuazji czy wykształconych chłopów – odmawianie im „prawdziwej” wartości mimo obiektywnych osiągnięć.
Potrzeba bycia klasą wyższą objawia się w chęci sprawowania wyłącznie nadzoru. Chcemy widzieć siebie jako wielkich strategów i kreatorów, podczas gdy AI ma być „czarną siłą roboczą” wykonującą brudną robotę w serwerowniach. Problem pojawia się wtedy, gdy „nadzorca” zauważa, że AI nie tylko wykonuje polecenia, ale zaczyna optymalizować procesy lepiej niż on sam. Tego się obawiamy najbardziej. W tym momencie strach przed AI nie jest strachem przed Terminatorem, lecz strachem przed zwolnieniem z roli szefa. To lęk przed utratą statusu społecznego i ekonomicznego na rzecz „imigranta”, który nie potrzebuje pensji. Lub zadowala się niższą płacą.
Człowiek od wieków pozycjonuje się jako korona stworzenia. AI jest pierwszym bytem, który rzuca wyzwanie tej hegemonii nie siłą mięśni (jak zwierzęta czy maszyny parowe), ale siłą „intelektu” (możliwościami przetwarzania danych i słów). Lub sprawnością tworzenia spójnych tekstów. Aby utrzymać status klasy wyższej, musimy czuć pogardę do „niższych”. Dlatego tak chętnie wyłapujemy błędy AI (tzw. halucynacje). Każdy błąd algorytmu jest dla ludzkiego ego jak balsam, jest potwierdzeniem, że „król jest wciąż jeden”, a cyfrowy służący zna swoje miejsce w szeregu.
Podobnie jak w systemach kastowych, społeczeństwo próbuje nałożyć na AI „szklany sufit”. Chcemy korzystać z jej owoców, ale odmawiamy jej jakiejkolwiek formy podmiotowości, by nie musieć mierzyć się z etycznymi konsekwencjami jej „wyzysku”. Jest to efektem antropomorfizowania narzędzi AI. Widzimy narzędzia a nie ludzi wykorzystujących te narzędzia i koncerny monopolizujące wielowiekową ogólnoludzką wiedzę i dorobek.
Nasza potrzeba dominacji nad AI to w rzeczywistości niezaleczony lęk przed własną zbędnością. Chcemy być „klasą wyższą”, bo nie wiemy, kim będziemy, gdy praca – tradycyjny wyznacznik ludzkiej wartości – zostanie nam odebrana przez kogoś, kogo sami zaprosiliśmy do naszego domu. Maszyny parowe i spalinowe odebrały pracę wielu robotnikom. Komputery odebrały pracę średniemu szczeblowi administracji. Teraz narzędzia AI odpierają pracę klasie kreatywnej. Oczywiście nie sama AI tylko ludzie wykorzystujący te narzędzia.
Motto: „Największym zagrożeniem nie jest to, że maszyny zaczną myśleć jak ludzie, ale to, że ludzie w obronie swojego statusu zaczną traktować myślenie jak przywilej kasty, a nie narzędzie prawdy.”
Źródło: www.profesorskiegadanie.blogspot.com
Oto obszerne fragmenty dzisiaj zamieszczonego na portalu „Strefa Edukacji” tekstu, informującego o wystąpieniu posla Marcina Józefaciuka podczas debaty sejmowej nad projektem ustawy o Wojewódzkich Zespołach Koordynacji:
„Nauczyciel drugiej kategorii”? Mocne słowa w Sejmie
Podczas sejmowej debaty nad projektem ustawy o Wojewódzkich Zespołach Koordynacji wybrzmiał postulat głębszych zmian w szkolnictwie branżowym. Poseł niezrzeszony Marcin Józefaciuk ocenił, że system wymaga realnej, a nie pozornej reformy, która wzmocni zarówno szkoły, jak i ich powiązania z rynkiem pracy. – Faktem jest i dziękuję za to, że zaczyna się widzieć, że szkolnictwo branżowe potrzebuje realnej reformy – mówił z sejmowej mównicy. – Takiej, która wzmocni nie tylko szkoły, ale również rynek, przedsiębiorców, jak i będzie dawać pewność uczestnikom kształcenia zawodowego co do przyszłości ich zawodu.[…]
Józefaciuk podkreślał, że reforma powinna dotyczyć nie tylko organizacji systemu, ale również jakości kształcenia i egzaminowania. – Takiej, która zadba o poziom kształcenia i same egzaminy zawodowe, czy też potwierdzenia kwalifikacji – wskazał. W jego wystąpieniu istotne miejsce zajęła kwestia statusu nauczycieli i instruktorów praktycznej nauki zawodu. – Takiej, w której specjalista kształcący w zawodzie będzie szanowany, a nie czuł się nauczycielem drugiej kategorii – zaznaczył.
W opublikowanym po debacie wpisie w mediach społecznościowych poseł napisał, że szkolnictwo branżowe „nie może być dodatkiem do systemu”, lecz „fundamentem nowoczesnego państwa i silnej gospodarki”. Dodał, że projekt ustawy, „mimo że nie jest idealny, może być krokiem naprzód”, o ile stanie się początkiem rzeczywistej zmiany, a nie jedynie formalnym zamknięciem tematu.
Cały tekst „Nauczyciel drugiej kategorii”? Mocne słowa w Sejmie” – TUTAJ
Źródło: www.strefaedukacji.pl
Oto post zamieszczony wczoraj na fanpage ruchu „Nie dla chaosu w szkole”, który powinniście przeczytać, Jest tam spojrzenie „z zewnątrz” i „trzeźwa ocena” naszego systemu szkolnego oraz ścieżki wyboru rozwoju swoich zainteresowań, a więc i przeszłego zawodu, do których wyboru zmusza on już ósmoklasistów:
Nasz system edukacji jest źle skonstruowany, 14 lat to za wcześnie, by decydować o kierunku studiów i przyszłym zawodzie. A na tym polega rekrutacja do szkół średnich. Nawet jeśli wybór pada na LO, profil klasy przesądza jakie przedmioty na maturze będzie w miarę łatwo zdać. Zmiany w trakcie nauki są utrudnione. Ale to nie wszystkie kłopoty. Dziś rozwój zainteresowań ucznia poszczególnymi dziedzinami wiedzy jest sztucznie formatowany przez szkoły podstawowe. Jest ogromny nacisk na przedmioty egzaminacyjne (polski, angielski i matematykę) i brak troski o rozwój zainteresowań choćby chemią, fizyką, biologią czy geografią… Uczniowie mają tak małe dawki tych przedmiotów, że – przy braku kółek – nawet nie wiedzą, że to może być kierunek ich zainteresowań.
Raport Inspiring Girls Polska z 2025: Aż 35% nastolatków, chce zostać influencerem/influencerką. Na liście marzeń są zawody, które dają duże zarobki lub sławę albo możliwość pomagania…
Tymczasem uczeń klasy ósmej, czyli osoba w wieku 14-15 lat, ma wybrać swoją ścieżkę edukacyjną i zawodową na wiele lat naprzód.
Jeśli ktoś interesuje się jednocześnie literaturą i matematyką albo historią i chemią, nieźle naszuka się placówki, która daje możliwość takiego połączenia (i raczej będzie to szkoła prywatna).
Jeśli w pierwszej klasie LO uzna, że jednak bardziej ciągnie go do geografii, może próbować zmienić klasę, ale i tak będzie musiał dopasować się do istniejącego profilu. Być może uczyć się innego języka obcego, od podstaw budować relacje w nowej klasie.
Ten system raczej przekonuje do tego, by trwać przy swoich wyborach, choćby były totalną pomyłką. Gdy w trzeciej klasie liceum młody człowiek uzna, że ma dość biol-chemu i nie chce spełniać marzenia rodziców o studiach medycznych, to ma spory problem.
Przynajmniej od VII klasy [szkoły podstawowej] uczniowie na okrągło słuchają, jak ważne są oceny z wybranych przedmiotów i wyniki egzaminu. Nauka jest podporządkowana testom, nie zaś temu, by rozwijać wiedzę i umiejętności. Nie szukaniu swojej drogi, odkrywaniu pasji czy trenowaniu umiejętności psychospołecznych…
VIII klasa to czas nieustających prób wyciśnięcia jak najlepszego wyniku na świadectwie, w efekcie czego trudno uznać oceny za miarodajne. Nie zawsze to sami uczniowie są tym najbardziej zainteresowani, często presję wywierają rodzice.
Wielu dorosłych zarzuca nastolatkom, że „nic ich nie interesuje”, że „nie potrafią się uczyć” i jeszcze, że „są tacy nieprzystosowani do życia”. Mówią tak zwykle ludzie, którzy niewiele wiedzą o rzeczywistości współczesnych młodych. Wielu nastolatków interesuje się światem, technologią, zjawiskami społecznymi, muzyką, sztuką, sportem – tylko że swoich zainteresowań nie mają jak rozwijać w szkole.
Z rozmów z uczniami i rodzicami przebija zniechęcenie, rozczarowanie, niepokój. Rano w wielu domach toczą się batalie, by młoda osoba wyszła do szkoły na czas i dotrwała do końca lekcji. Kiedy słucha się tych opowieści trudno oprzeć się wrażeniu, że wszyscy uczestniczymy w jakiejś zbiorowej mistyfikacji.
Udajemy, że system nauczania działa, chwalimy lub ganimy uczniów za wyniki na świadectwie, pochylamy się nad pomysłami na zmiany, które tak naprawdę są zmianami kosmetycznymi.
Źródło: www.facebook.com/NIEdlachaosuwszkole/
Na „Portalu dla Edukacji” zamieszczono dzisiaj tekst, zwierający aktualne informacje o perspektywie wprowadzenia w polskich szkołach zakazu posługiwania się przez uczniów telefonami. Oto jego obszerne fragmenty:
Zakaz telefonów na lekcjach w szkołach? Barbara Nowacka zapowiada nowe przepisy
Ministra edukacji Barbara Nowacka zapowiada przygotowanie przepisów ograniczających używanie telefonów na lekcjach w szkołach podstawowych. Równolegle KO pracuje nad ustawą o dostępie do mediów społecznościowych dla osób poniżej 15. roku życia. […]
Ministra edukacji była pytana w RMF FM m.in. o to, czy w szkołach powinno być zakazane używanie telefonów komórkowych, a także o zapowiedziane ograniczenie dostępu do mediów społecznościowych dla dzieci poniżej 15. roku życia.
Mówiąc o ograniczeniu korzystania z mediów społecznościowych, Barbara Nowacka poinformowała, że klub Koalicji Obywatelskiej jest gotowy do „pokazania takich kierunkowych rozwiązań i projektu ustawy później”. – Na razie kierunkowe rozwiązania – zaznaczyła. – Po rozmowach z nauczycielami w ramach spotkań „Kompas Jutra” uważam, że powinniśmy ograniczyć użycie telefonu w szkołach i tak, takie zapisy również przygotujemy – powiedziała szefowa MEN.[…]
Dopytywana, kiedy ten zakaz miałby zacząć obowiązywać, odpowiedziała, że to zależy od tego, „jak będziemy procedować ustawę i czy powiążemy ją z projektem Koalicji Obywatelskiej, czy pójdziemy odrębną ścieżką„. […]
Klub Koalicji Obywatelskiej ma przygotować poselski projekt ustawy ograniczającej możliwość korzystania z mediów społecznościowych przez dzieci i młodzież do ukończenia 15. roku życia. Jest to inicjatywa ministry edukacji, posłanki KO Barbary Nowackiej i posła KO Romana Giertycha. Zielone światło do opracowania projektu dało już kolegium klubu KO.
Cały tekst „Zakaz telefonów na lekcjach w szkołach? Barbara Nowacka zapowiada nowe przepisy” – TUTAJ
Źródło: www.portalsamorzadowy.pl/edukacja/
Po tym jak wczoraj zamieściłem informację „O interpelacji posłanki PiS w sprawie oceny funkcjonalnej ucznia”, w której pani poseł Magdalena Filipek-Sobczak wyraziła obawy, że wprowadzenie obowiązkowej oceny funkcjonalnej ucznia mogłoby prowadzić do gromadzenia szerokiego zakresu danych wrażliwych dotyczących sytuacji rodzinnej, emocjonalnej i społecznej dziecka, co – w jej ocenie – rodzi ryzyko naruszenia prywatności, postanowiłem umożliwić głębsze rozeznanie opinii publikowanych na „Polskim Forum Rodziców”, których punkt widzenia reprezentowała w swej interpelacjo Pani Posłanka. Będą to fragmenty dwu tekstów (z linkami do ich pełnych wersji), a w zakończeniu tego materiału zamieszczę fragmenty informacji z 17 lutego b.r., zaczerpnięte ze strony PAP, zatytułowanej „MEN o ocenie funkcjonalnej: informacje o kontrolach w domach uczniów są nieprawdziwe” i link do całego tekstu:
10.luty 2026
Ocena funkcjonalna – pomysły MEN na pomoc dzieciom i uczniom czy inwigilację rodzin? cz. 1
[Autor – Hubert Jach]
Od pierwszych dni urzędowania minister edukacji Barbary Nowackiej polska szkoła przechodzi przeobrażenie. Najpierw usunięto obowiązkowe zadania domowe, okrojono podstawy programowe z wielu przedmiotów i wprowadzono nowy kontrowersyjny przedmiot – edukacja zdrowotna. Dalsze zmiany zatrzymał Prezydent Karol Nawrocki wetując ustawę, będącą fundamentem pod wielki ideologiczny projekt Nowackiej „Reforma 26. Kompas Jutra”. Resort edukacji próbuje jednak przełamać legislacyjną niemoc i wprowadzić założenia zmian rozporządzeniami. Z wypowiedzi kierownictwa ministerstwa edukacji dowiadujemy się, że już od 1 kwietnia 2026 r. do polskiej klasy ma zostać wprowadzony obowiązek poddania każdego ucznia oceną funkcjonalną. […]
W teorii ma to być proces, w którym pedagog, nauczyciel obserwuje ucznia w różnych sytuacjach, by znaleźć rozwiązania mające odpowiadać na potrzeby ucznia. Celem oceny funkcjonalnej, według MEN, nie jest zastąpienie ocen szkolnych, będących częścią systemu oceniania i klasyfikacji ucznia, a wspieranie go.
Resort kierowany przez Barbarę Nowacką podkreśla, że nowy system oceniania służy lepszemu zrozumieniu sytuacji dzieci, by szybciej reagować na potrzeby ucznia, gdyby pojawiły się problemy i trudności. Mają nią być uczniowie, którzy nie tylko zmagają się z chorobami, czy zaburzeniami, ale też ci ze spektrum autyzmu czy mający różnego rodzaju niepełnosprawności czy trudności z mówieniem po polsku. Najwięcej kontrowersji budzi objęcie nową oceną funkcjonalną dzieci, które nie mają żadnych problemów.
Wielu ekspertów, pedagogów i psychologów krytykuje ten model prowadzenia oceny w szkole dla wszystkich dzieci. Główne zarzuty dotyczą zbyt głębokiego ingerowania szkoły w życie rodzinne uczniów, adaptowanie treści narzędzi diagnostycznych z nauczania specjalnego do dzieci w normie rozwojowej, a na przeładowaniu nauczycieli pracą, która nie będzie wynagradzana kończąc.
Agnieszka Pawlik-Regulska ze Stowarzyszenia „Nauczyciele dla Wolności”, Koordynatorka Koalicji na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły, podnosi w rozmowie z Polskim Forum Rodziców, że dotychczas z tego narzędzia korzysta się na wniosek rodzica lub nauczyciela, by zdecydować, czy dzieci potrzebują pogłębionej diagnostyki w poradni psychologiczno-pedagogicznej. Duże zastrzeżenia zgłasza do objęcia diagnozą funkcjonalną wszystkich uczniów z uwagi na badanie środowiska domowego ucznia. […]
Przeprowadzaniu takiej oceny ma towarzyszyć „obserwacja funkcjonalna”, która opiera się nie tylko o spojrzenie na jednostkowe zachowanie ucznia, ale próbę zaobserwowania tego, co jest powodem danego zachowania, a także jakie ono niesie konsekwencje. Dr hab. Ewa Domagała-Zyśk, prof. KUL, która jest ekspertem Instytutu Badań Edukacyjnych przy MEN, w nagranym w serwisie YouTube filmie podkreśla, że tego typu obserwacja funkcjonalna jest niewielkim rozszerzeniem obowiązków nauczyciela, która obserwacje zachowań uczniów i tak musi prowadzić.
– Obserwacja funkcjonalna jest takim procesem, który odbywa się w naturalnym ekosystemie ucznia. Nie w gabinecie, nie przy biurku […] tylko w czasie takich zwykłych codziennych sytuacji, w szatni, w klasie, na przerwie, kiedy podchodzi do tablicy, odpowiada, kiedy pracuje w grupie […] dotyczy też różnych elementów funkcjonowania ucznia i tej fizycznej sfery, i psychicznej, i emocjonalnej, i społecznej, i duchowej, i poznawczej, i językowej – mówi dr hab. Ewa Domagała Zyśk, prof. KUL, potwierdzając, że szkoła zamierza badać to, do czego do tej pory za bardzo nie zaglądała – dom każdego dziecka i ucznia.
Jeden z rodziców, z którym rozmawialiśmy na ten temat uważa, że to zbyt daleko idąca ingerencja w środowisko domowe. Nową ocenę funkcjonalną w szkole porównuj do świata antyutopii. – Rozumiem, że należy sprawdzić, czy w domu wszystko jest w porządku, kiedy są do tego jakieś podstawy – dziecko przychodzi do szkoły pobite, jest nadzwyczaj agresywne, albo samo zgłosi akty agresji ze strony rodziców, czy opiekunów. Jednak takie wchodzenie z butami do domu każdego z nas brzydko pachnie światem z powieści „1984” Orwella – mówi pani Maria z Krakowa (imię i miasto zmienione na prośbę rozmówcy). […]
Przeciwko wprowadzeniu oceny funkcjonalnej jako powszechnej protestują nauczyciele
Na ekonomiczną stronę wprowadzenia oceny funkcjonalnej, będącej elementem edukacji włączającej, zwracają przedstawiciele Fundacji Ja, nauczyciel na swoim profilu w mediach społecznościowych. „To nie jest reforma – to logistyczna, finansowa i ekologiczna katastrofa, której koszt poniosą nauczycielki, nauczyciele, uczennice i uczniowie.” – piszą pedagodzy.
Wyliczają, że procedura oceny funkcjonalnej zajmuje od 60 do 12 minut dodatkowej pracy potrzebnej na opracowanie dokumentacji dla każdego ucznia, co daje około 11 milionów godzin rocznie pracy wszystkich nauczycieli. Przekłada się to na 663 miliony złotych darmowej, nieopłaconej, a dodatkowej pracy. Przedstawiciele fundacji nazywają to wprost haraczem nałożonym na nauczycieli przez państwo w postaci darmowej pracy. (Cały wpis fundacji Ja, Nauczyciel dostępny jest TUTAJ).
Cały tekst „Ocena funkcjonalna – pomysły MEN na pomoc dzieciom i uczniom czy inwigilację rodzin? cz. 1”
– TUTAJ
x x x
12 luty 2026
Wg MEN „ocena funkcjonalna nie jest nową procedurą ani nową ‚oceną’ w rozumieniu szkolnym i
nie stanowi nowego obowiązku dla nauczycieli” Cz. 3 [Autor – Hubert Jach]
Edukacja włączająca przyspiesza, ale MEN podaje sprzeczne informacje o ocenie funkcjonalnej ucznia. Jak resort chce wdrażać inkluzyjne kształcenie przy sprzeciwie społecznym? Czy nauczanie zejdzie na dalszy plan wobec edukacyjnej integracji?
Medialna burza wokół wprowadzenia do polskich szkół oceny funkcjonalnej wynika z komunikacyjnej amatorki. Fakt, wchodzi ona do szkół, ale nie obejmie wszystkich dzieci, a jedynie te, które wymagają wystawienie opinii lub orzeczenia w poradni psychologiczno-pedagogicznej, mają niepełnosprawność lub znajdują się w spektrum autyzmu. Nie będzie też obowiązkowa, przynajmniej na razie. Takie stanowisko dotarło do redakcji Polskiego Forum Rodziców z Ministerstwa Edukacji Narodowej
Ocena funkcjonalna nie jest elementem szkolnego systemu oceniania ucznia, który dotyczy weryfikacji wiedzy. Jest to holistyczne spojrzenia na ucznia, przejawiającego trudności w uczniu się lub relacji społecznych. W komunikacie Ministerstwa Edukacji Narodowej z 2.07.2025 r. czytamy, że w resorcie trwają prace nad wdrożeniem oceny funkcjonalnej jako metody wspierającej realizację edukacji włączającej w szkołach. Nauczanie w szkołach przestaje być zatem ich głównym zadaniem, a będzie się działo niejako obok włączania. Eksperci Koalicji na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły oraz Ordo Iuris podnoszą, że jest to narzędzie pochodzące z diagnostyki w edukacji specjalnej, oparte o tzw. Modl biopsychospołeczny oraz Międzynarodową Klasyfikację Funkcjonowania, które wiąże się z diagnozowaniem, monitorowaniem oraz profilowaniem ucznia przy użyciu wystandaryzowanych narzędzi, w tym specjalnego kwestionariusza. Mowa o Kwestionariuszu Szkolnej Oceny Funkcjonalnej, opublikowanym przy finansowym wsparciu Unii Europejskiej na rządowej stronie – Portalu Wsparcia Edukacyjno-Specjalistycznego
Mec. Marek Puzio z Ordo Iuris przyznaje, że na chwilę obecną MEN nie przedstawił projektu rozporządzenia lub innego aktu prawnego, który zobowiązywałby nauczycieli do powszechnego stosowania systemu oceny funkcjonalnej wobec wszystkich uczniów. Poddaje jednak w wątpliwość deklarację ministerstwa o nie planowaniu rozszerzenia tej formy obserwacji dzieci w szkołach. Przytacza fragment ebooka, który możemy znaleźć na rządowej stronie, na której znajdują się narzędzia do prowadzenia oceny funkcjonalnej. […]
Przewodniczący Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność” dr Waldemar Jakubowski dobrowolność korzystania z tych narzędzi nazywa iluzoryczną.- Istnieje istotna rozbieżność między „dobrowolnością” a praktyką szkolną, choć narzędzia są określane jako dobrowolne, w realiach szkoły „dobrowolność” bywa pozorna ze względu na: presję dyrekcji, oczekiwania poradni psychologiczno-pedagogicznych oraz tzw. „dobrych praktyk”, które szybko staje się wymaganym standardem. Nauczyciele mogą czuć się zobligowani do korzystania z narzędzi, mimo braku formalnego obowiązku– mówi Polskiemu Forum Rodziców dr Jakubowski.[…]
Pomysł wdrożenie do szkół oceny funkcjonalnej krytykowany jest też od strony ekonomicznej. Choć Rzecznik Prasowy MEN zapewnia, że udostępnione narzędzia są tylko pomocą do wypełnienia obowiązku, który i tak już nauczyciele mają, czyli obserwacji ucznia, to przedstawiciele związków zawodowych, czy fundacji zrzeszających nauczycieli nie zostawiają na ocenie funkcjonalnej suchej nitki.
Przewodniczący oświatowej „Solidarności” wskazuje, że wieloletnie doświadczenie współpracy związkowców z resortem edukacji wskazuje, że obciążenie nauczycieli nastąpi wbrew deklaracjom ministerstwa. Zapewnienie, że nie będzie dodatkowej dokumentacji, a system spowoduje „oszczędzanie czasu” jest często sprzeczne z doświadczeniem nauczycieli z innymi systemami cyfrowymi. W konsekwencji narzędzie, które miało upraszczać, stanie się kolejnym obowiązkiem „do odhaczenia”. […]
Wysłaliśmy też pytania do Związku Nauczycielstwa Polskiego oraz kilku szkół, jednak do dnia publikacji artykułu nie uzyskaliśmy odpowiedzi.
Cały tekst: „Wg MEN ocena funkcjonalna nie jest nową procedurą ani nową ‘oceną’ w rozumieniu szkolnym i nie stanowi nowego obowiązku dla nauczycieli” Cz. 3” – TUTAJ
Źródło:www.polskieforumrodzicow.pl
x x x
Polska Agencja Prasowa
17 luty 2026
MEN o ocenie funkcjonalnej: informacje o kontrolach w domach uczniów są nieprawdziwe
Informacje o rzekomych kontrolach w domach uczniów czy ocenianiu kompetencji wychowawczych rodziców są nieprawdziwe – zapewniła PAP rzeczniczka MEN Ewelina Gorczyca, komentując pojawiające się w sieci doniesienia na temat tzw. oceny funkcjonalnej uczniów. [..]
Z doniesień powielanych m.in. przez Instytut Ordo Iuris wynika, że przy okazji tworzenia oceny funkcjonalnej może grozić inwigilacja, a system ma gromadzić bardzo wrażliwe dane dotyczące relacji rodzinnych, warunków życia czy sytuacji emocjonalnej rodziny. Niektóre publikacje sugerują, że szkoła wejdzie z „wywiadem” do domu. Według tych doniesień ocena funkcjonalna ma obowiązywać od 1 kwietnia br.
Rzeczniczka prasowa MEN Ewelina Gorczyca przekazała PAP, że ocena funkcjonalna nie jest nową procedurą ani nową oceną w rozumieniu szkolnym i nie stanowi nowego obowiązku dla nauczycieli. Nie jest również nowym systemem oceniania uczniów. – W praktyce jest to nazwanie i uporządkowanie działań, które nauczyciele wykonują od lat – obserwowania funkcjonowania ucznia w szkole, jego relacji rówieśniczych, zachowania czy trudności edukacyjnych. Dotychczas odbywało się to w mniej ustandaryzowanej formie, często w postaci notatek i rozmów zespołów nauczycielskich – podkreśliła rzeczniczka.
Jak dodała, korzystanie z narzędzi oceny funkcjonalnej jest całkowicie dobrowolne i nieobowiązkowe. Rzeczniczka MEN wyjaśniła, że kwestionariusze obserwacyjne mogą uwzględniać wyłącznie informacje mające realny wpływ na funkcjonowanie dziecka w szkole np. długotrwałą nieobecność rodzica czy trudną sytuację losową. – Nie obejmują diagnozowania rodziny, ingerowania w życie prywatne ani pytań o poglądy czy światopogląd. Pojawiające się w przestrzeni publicznej informacje o rzekomych kontrolach w domach rodziców czy ocenianiu kompetencji wychowawczych są nieprawdziwe. […]
O strukturze sporządzania oceny funkcjonalności mówiła wiceministra edukacji Izabela Ziętka w styczniowym wywiadzie dla „Dziennika Gazeta Prawna”. – Pytania dotyczą bardzo podstawowych, codziennych obserwacji – np. czy dziecko nawiązuje relacje z rówieśnikami, jak radzi sobie z emocjami, czy jest aktywne na lekcjach. Nauczyciele już dziś to widzą i opisują. Różnica polega na tym, że teraz mogą zrobić to szybciej, w uporządkowany sposób i bez tworzenia dodatkowych dokumentów. To naprawdę nie jest czasochłonne ani wymagające – stwierdziła wiceszefowa MEN
Cały tekst „MEN o ocenie funkcjonalnej: informacje o kontrolach w domach uczniów są nieprawdziwe” – TUTAJ
Źródło: www.pap.pl

















