Kontynuując wątek wyboru przez ósmoklasistów drogi dalszej edukacji proponuję dziś lekturę najnowszego posta z bloga prof. Bogusłwa Śliwerskiego

 

 

Sezon wyboru szkoły ponadpodstawowej

 

Co roku wiosną w polskiej przestrzeni publicznej rozpoczyna się rytuał, który można by nazwać sezonem edukacyjnych porad. Media publikują rankingi liceów, portale eksperckie podpowiadają „jak dobrze wybrać szkołę”, nauczyciele i doradcy zawodowi organizują spotkania, a rodzice — często po raz pierwszy — stają wobec pytania, które brzmi poważnie: jaką szkołę powinno wybrać moje dziecko?

 

Pytanie to zakłada jednak coś, co rzadko bywa problematyzowane. Zakłada, że mamy do czynienia z wyborem, a to nie zawsze jest prawdą. Badania naukowe demistyfikują iluzję wyboru.  W debacie publicznej dominuje przekonanie, że decyzja o wyborze szkoły ponadpodstawowej jest rezultatem racjonalnej analizy, znajomości rankingów, rozmowy rodziców z dzieckiem.

 

W tej narracji rodzic staje się doradcą, dziecko — decydentem, a szkoła — ofertą do wyboru. Problem polega jednak na tym, że jest to obraz normatywny, a nie rzeczywisty. W rzeczywistości decyzja edukacyjna młodego człowieka jest wynikiem przecięcia co najmniej trzech porządków, które rzadko są uświadamiane w publicystycznych poradach.

 

1.Nie można pominąć logiki relacyjnej (psychologicznej) nastolatka, a więc tego, czy rodzice rozmawiają z dzieckiem na ten temat, czy wspierają jego autonomię, czy może narzucają własną decyzję. Badania psychologiczne są tu dość jednoznaczne: dialog, uznanie perspektywy dziecka i wspólne dochodzenie do decyzji sprzyjają trafniejszym i trwalszym wyborom, ale to jest tylko pierwszy poziom tego procesu.

 

2.Drugi poziom dotyczy logiki systemowej w ustroju szkolnym, który oparty jest na selekcji a nie wolnym wyborze, a zatem nie jest już tak „romantyczny” jak pierwszy. Nastolatek musi bowiem brać pod uwagę wyniki egzaminu ósmoklasisty, a tym samym także progi punktowe, które określają w ramach kryteriów przyjęć licea i technika o najwyższym poziomie aspiracji młodzieży, która chciałaby się do nich dostać.

 

Można mieć duże chęci i nawet wysokie wyniki z egzaminu ósmoklasisty, ale kluczowa jest też dostępność do pożądanej szkoły w miejscu zamieszkania. W tym przypadku kończy się często opowieść o wolnym wyborze.

 

Uczeń z wysokim wynikiem egzaminu państwowego wybiera, uczeń ze średnim — negocjuje wybór z rodzicami, zaś uczeń z niskim poziomem osiągnięć zostaje skazany na dostępną mu w systemie placówkę, choć język publiczny nadal nazywa to „wyborem”.

 

 

Tabela 1. Szanse dostania się do szkoły średniej w zależności od wyniku egzaminu ósmoklasisty

                i progiem punktowym przyjęć do niej (źródło: opracowanie we współpracy z AI)  

 

3.Do tego dochodzi jeszcze tzw. logika rodzinna, a więc ekonomia i warunki socjobiograficzne. Trzeci poziom jest niemal nieobecny w debacie publicznej, a w wielu przypadkach bywa rozstrzygający. Nie jest bowiem bez znaczenia możliwość rodziców udzielenia wsparcia finansowego nastolatkowi, by mógł kontynuować obowiązkową edukację przez trzy lata, a być może nawet dłużej, chociaż już fakultatywnie,

 

Co z tego, że nastolatek chciałby uczyć się w technikum czy liceum ogólnokształcącym o interesującym go profilu, skoro barierą może okazać się wykluczenie komunikacyjne lub – z racji dużej odległości od rodzinnego domu –  dostępu do internatu. Są rodziny, które z racji potrzeb gospodarstwa domowego, interesu ekonomicznego (rodzinna firma, warsztat, gospodarstwo rolne czy turystyczne itp.), wymagają od własnego nastolatka wybór szkoły zgodnej z tym interesem.

 

Nie bez znaczenia jest też styl życia i rytm funkcjonowania rodziny. W wielu przypadkach to właśnie ten poziom decyduje o tym, czy dziecko w ogóle może rozważać szkołę poza miejscem zamieszkania lub w dotychczasowym miejscu, które musi być zmienione ze względu na przeprowadzkę czy długoterminowy wyjazd rodziców z kraju.

 

Wybór szkoły średniej przestaje zatem być wyborem dopiero w wyniku zestawienia tych trzech logik, co rzadko pojawia się debatach publicznych. Im silniejsze są ograniczenia systemowe i ekonomiczne, tym mniejszy ma sens pytanie „jak wybrać szkołę średnią?”. Natomiast bardziej sensowne jest dociekanie „co w tej sytuacji jest w ogóle możliwe?”.

 

Z powyższych przyczyn w jednych rodzinach rozmowa o wyborze szkoły ma charakter dialogu i eksploracji, a w innych jest raczej procesem oswajania się z koniecznością. Nie bez znaczenia jest też rola rankingów szkół średnich, które przyciągają lub zniechęcają do dokonania wyboru, skoro publikowane dane mają jedynie wymierny charakter.

 

Szkoła zaś jest jednak czymś więcej niż tylko liczbą miejsc, rodzajami przedmiotowych profili przewidzianych oddziałów, wynikami egzaminu maturalnego czy wizualizacją  web-strony. Z prowadzonych badań dotyczących wyborów szkoły, wbrew pozorom, rankingi rzadko są rzeczywistą podstawą decyzji. Raczej pełnią funkcję uproszczenia, uzasadnienia czy społecznej legitymizacji wyboru.

 

Liczy się też opinia rodziców, którzy  nie tyle wybierają szkołę średnią dla własnego dziecka dlatego, że jest wysoko w rankingu, ile raczej potwierdzają zasadność lub możliwość wyboru uwarunkowanego przez jego sytuację społeczną, ekonomiczną i biograficzną. Warto też powiedzieć rzecz niewygodną dla liberalnej narracji o autonomii jednostki. Nastolatek nie wybiera szkoły w próżni. Często jego decyzja wpisana jest w strategię utrzymania statusu społecznego (możliwe rozstanie z dotychczasowym kręgiem rówieśników), próbę awansu albo po prostu konieczność przetrwania.

 

W jednych rodzinach będzie to strategia „musisz iść do tego a nie innego liceum czy technikum lub szkoły branżowej, bo…”. W innych  – „musisz tu zostać, bo nie mamy możliwości, by było inaczej”. Jest to zatem najtrudniejszy moment decyzyjny między koniecznością a godnością.

 

Największe wyzwanie pedagogiczne nie dotyczy samego wyboru, ale sytuacji, w której możliwości w tym zakresie są ograniczone, a każda decyzja nie będzie tą idealną, raczej mniejszym złem. Młodzież doświadcza jej jako niesprawiedliwość, a wówczas kluczowe staje się nie „co wybrać”, lecz jak rozmawiać, by nie zamienić konieczności w poczucie porażki.

 

Dlatego warto, by każdy rodzic znalazł odpowiedź na pytania: Jakie są realne możliwości mojego dziecka — nie wyobrażone, lecz rzeczywiste? Co w tej decyzji wynika z jego potrzeb, a co z sytuacji rodziny?  Jak mogę jej/mu towarzyszyć tak, by nie odebrać jej/jemu poczucia sprawstwa, nawet jeśli wybór jest ograniczony?

 

Nie każdy uczeń wybiera szkołę, gdyż część spośród absolwentów podstawówki wybiera tylko sposób, w jaki ma przyjąć decyzję, którą podjęły za niego system, ekonomia i historia rodziny. Od tego, jak tę decyzję przeżyje, zależy więcej niż od tego, jaką szkołę ostatecznie wybierze.

 

 

Źródło: www.sliwerski-pedagog.blogspot.com

 

 



Oto obszerne fragmenty tekstu Magdaleny Konczal, zamieszczonego dzisiaj na portalu „Strefa Edukacji”, o obserwowalnych coraz wyraźniej skutkach malejącej liczby uczniów:

 

 

 

Nadciąga kryzys, który uderzy w szkoły. „Wybuchnie w ciągu najbliższych lat”

[…]

 

Według prognoz przekazanych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej liczba uczniów w polskim systemie oświaty będzie w kolejnych kilkunastu latach wyraźnie spadać. Resort szacuje, że między rokiem szkolnym 2026/2027 a 2042/2043 liczba dzieci i młodzieży zmniejszy się o ponad 1,5 mln. Oznacza to średni spadek o około 110 tys. uczniów rocznie.[…]

 

Najwięcej takich przypadków odnotowano w województwie lubelskim. Z danych tamtejszego kuratorium wynika, że w 2025 roku jednostki samorządu terytorialnego skierowały do zaopiniowania 85 uchwał dotyczących likwidacji lub przekształcenia placówek oświatowych. Pozytywnie oceniono 76 z nich. W tej grupie 54 dotyczyły likwidacji, a 22 przekształcenia. […]Jak dodaje, tylko w latach 2023–2025 liczba dzieci w publicznych przedszkolach spadła o tysiąc. To w kolejnych latach może oznaczać konieczność zamykania najpierw przedszkoli, a później także szkół.

 

Niepokojące dane napływają także z województwa śląskiego. W roku szkolnym 2024/2025 do kuratorium oświaty w Katowicach wpłynęło 56 uchwał organów prowadzących dotyczących likwidacji lub przekształcenia szkół. Pozytywną opinię uzyskało 50 z nich. Prezydent Sosnowca nie ma wątpliwości, że obecna skala zmian to dopiero zapowiedź znacznie większego problemu. […]

 

W Małopolsce do kuratorium oświaty w Krakowie wpłynęły 53 wnioski dotyczące likwidacji lub przekształcenia szkół i przedszkoli. Pozytywnie zaopiniowano 28 z nich.

 

Na Dolnym Śląsku od 4 marca 2025 roku do 3 marca 2026 roku z 39 wniosków pozytywną opinię uzyskało 25. Tyle samo, bo 25 pozytywnych opinii, wydano również w województwie opolskim. W województwie lubuskim było ich 24, a w Wielkopolsce 29.

 

Pozostałe dane pokazują, że problem obejmuje cały kraj. Pozytywne opinie do uchwał o zamiarze likwidacji lub przekształcenia szkoły wydano także w województwach: kujawsko-pomorskim – 18, podkarpackim – 9, zachodniopomorskim – 15, warmińsko-mazurskim – 7, świętokrzyskim – 22, pomorskim – 15 i podlaskim – 11.

 

[…]

 

Na postępujący niż demograficzny reaguje też Ministerstwo Edukacji Narodowej. Resort przygotował projekt ustawy, która ma pomóc ratować małe szkoły przed likwidacją. MEN chce dopuścić możliwość wykorzystywania budynków szkolnych także do innych celów niż edukacyjne. Obowiązkowe mają być również konsultacje z rodzicami w przypadku zamiaru likwidacji szkoły.

 

W tej chwili w Polsce funkcjonuje 131 szkół, w których uczy się poniżej 25 dzieci, a uczniowie z ponad 230 szkół mieszczą się w przedziale liczebnym 25–50. To są bardzo małe szkoły. Niemniej dla małej miejscowości, dla wsi, szkoła stanowi centrum życia. Kiedy nie ma szkoły, nie ma też powodów, by w danej miejscowości się osiedlać i żyć. Szkoła pełni też inne funkcje w centralnym myśleniu o miejscowości. Oczywiście widzimy też tendencję samorządów do uważnego przyglądania się inwestycjom w oświatę i kalkulacjom” – przyznała ministra edukacji Barbara Nowacka.

 

Samorządowcy oceniają te propozycje ostrożnie. Przyznają, że dodatkowe funkcje dla szkolnych budynków mogą pomóc w ich czasowym utrzymaniu, ale nie zatrzymają samego procesu likwidacji placówek.

 

Program MEN nie uratuje ani świata, ani kraju. To jedynie przedłuży możliwość funkcjonowania budynków, w których znajdują się szkoły” – przyznaje prezydent Sosnowca Arkadiusz Chęciński.

 

Zdaniem Grzegorza Kubalskiego, wicedyrektora biura Związku Powiatów Polskich, potrzebne są przede wszystkim jasne standardy finansowania zadań oświatowych. „Takie kalkulacje nie powstały, bo wówczas skończyłyby się polityczne mrzonki o tym, że da się ratować małe szkoły” – podsumował Grzegorz Kubalski.

 

 

Cały tekst „Nadciąga kryzys, który uderzy w szkoły.’Wybuchnie w ciągu najbliższych lat’”  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.strefaedukacji.pl

 



Dzisiaj tekst, zamieszczony wczoraj na fanpage grupy „Nie dla chaosu w szkole”:

 

Dziennikarka „Wysokich Obcasów” podjęła niełatwy temat. Chodzi o dzieci z potwierdzonymi trudnościami w funkcjonowaniu, które – tak się rodzicom wydawało – mogłyby trafić do szkół prywatnych oferujących przyjazne warunki, sprzyjające indywidualizacji. To są często dzieci już pokiereszowane, np. po wielu zmianach przedszkoli. Okazuje się, że prywatne szkoły robią uniki, zasłaniając się brakiem warunków. Dzieje się to wszystko w sferze niedomówień. Wysoka subwencja nie jest argumentem za, gdy szkoła kalkuluje, że może stracić innych uczniów, jeśli przyjmie dzieci z problematycznymi zachowaniami. Natomiast wypowiadający się w artykule prawnik przekonuje, że prywatne szkoły absolutnie nie mają prawa odrzucać podań dzieci z orzeczeniami, bo to godzi w konstytucyjne zapisy. Rzeczywistość jest jednak o wiele bardziej skomplikowana.

 

E-mail do rodziców w sprawie rekrutacji, prywatna szkoła w Warszawie, z dobrymi opiniami. Gruby druk, na czerwono: UWAGA: W ROKU SZKOLNYM 2024/2025 NIE PLANUJEMY PRZYJĘĆ UCZNIÓW Z ORZECZENIEM O POTRZEBIE KSZTAŁCENIA SPECJALNEGO.

 

Mama Kuby, 7-latka (spektrum autyzmu i ADHD):

Byłam z Kubą na dniu próbnym. Był pod uważną obserwacją. Dyrektor później poinformował mnie, że niestety, wygląda na to, że Kuba się nie odnajdzie, więc – dla jego dobra – nie może go przyjąć. Odpowiedź wysłał e-mailem

 

Rodzice są w pułapce: chcieli dla dziecka jak najlepiej, małych klas, wspierających nauczycieli, a na to szkoły publiczne zwykle nie mają czasu i pieniędzy, myślą więc: może szkoła prywatna. A tam słyszą: nie przyjmujemy. Rozwiązaniem nie jest szkoła specjalna, bo dzieci w spektrum są bardzo często w normie intelektualnej lub ją przewyższają. Nigdzie nie pasują.

 

System nie działa, choć subwencje nie są małe. Nauczyciele, którzy mają w klasie kilkoro dzieci z orzeczeniami, mierzą się z wieloma wyzwaniami, a wsparcia mają mało. W szkołach, zarówno publicznych, jak i prywatnych, rodzice naciskają, by ich dzieci – te bez orzeczeń – uczyły się w klasach, w których dzieci z orzeczeniami nie ma, bo „utrudniają lekcje” oraz „zaniżają poziom”.

 

Dyrektorka prywatnej szkoły:

Wie pani, zapraszamy, zrobimy weryfikację, nasz zespół oceni dziecko, bo jeśli jest wysokofunkcjonujące, to możemy przyjąć. Orzeczenie orzeczeniu nierówne.

 

Maria Kowalewska, nauczycielka:

Znam przypadki dzieci, które trafiały do szkół publicznych po tym, jak szkoła prywatna rozwiązała umowę albo wydaliła dziecko. Były też przypadki, że dziecko było przyjmowane do szkoły prywatnej na „okres próbny”, co samo w sobie jest absurdem – przyjmowano je na trzy miesiące, a jeśli się „nie sprawdziło”, zostawało bez szkoły.

 

Żaneta Hertz, pedagożka specjalna:

Teoretycznie szkoły nie powinny odmawiać przyjęcia dziecka ze względu na specyficzne potrzeby wynikające z realizacji wskazań w orzeczeniu. Jednak przyjęcie takiego dziecka nakłada na placówkę konieczność realizacji zaleceń: szkoła musi zapewnić uczniowi wszelkie terapie i konkretne wsparcie wynikające ze specyficznych potrzeb dziecka. Placówka powinna więc zatrudniać specjalistów z poszczególnych dziedzin z uprawnieniami do realizacji wymienionych terapii, w rzeczywistości jednak nie jest w stanie sprostać tym wymogom, a dotacje należne dziecku z tytułu posiadania orzeczenie niestety nie pokrywają autentycznych potrzeb finansowych.

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/NIEdlachaosuwszkole/



Oto zamieszczona dzisiaj na stronie MEN informacja o konsultacjach publicznych projektu ustawy o zakazie korzystania z telefonów w publicznych szkołach podstawowych

 

 

Projekt ustawy dotyczący telefonów komórkowych w szkołach skierowany do konsultacji publicznych

 

Minister Edukacji Barbara Nowacka skierowała do 30-dniowych konsultacji publicznych projekt ustawy o zakazie korzystania z telefonów w publicznych szkołach podstawowych. Każdy zainteresowany może wyrazić swoją opinię do 23 kwietnia 2026 roku.

 

Obecnie w szkołach nie obowiązywał jednolity, formalny zakaz korzystania z telefonów komórkowych. Projektowana zmiana ma na celu uporządkowanie tej sytuacji i zapewnienie szkołom jasnego umocowania prawnego.

 

W oparciu o badania naukowe wykazujące pozytywny wpływ zakazu korzystania z telefonów komórkowych i innych urządzeń elektronicznych na uczniów, ich zdrowie psychiczne, relacje społeczne oraz wyniki edukacyjne, w projekcie ustawy zaproponowano:

 

1.Zakaz korzystania przez uczniów z telefonów komórkowych i innych urządzeń elektronicznych umożliwiających porozumiewanie się na odległość lub rejestrowanie obrazu lub dźwięku w publicznych szkołach podstawowych podczas pobytu na ich terenie (czyli podczas lekcji i podczas przerw).

 

2.Możliwość wprowadzenia takiego zakazu albo określenia innych warunków korzystania z ww. urządzeń elektronicznych przez publiczne szkoły ponadpodstawowe i wszystkie szkoły niepubliczne w ich statucie.

 

3.Jasne wyjątki od zakazu w postaci:

1.zgody nauczyciela (zarówno prowadzącego zajęcia, jak i np. dyżurującego na korytarzu podczas przerwy) uzasadnionej celami dydaktyczno-wychowawczymi (np. nauka bezpiecznego korzystania z Internetu, przeprowadzenie quizu z wykorzystaniem nowoczesnych technologii, konieczność skontaktowania się z rodzicem);

2.sytuacji zdrowotnych w dwóch przypadkach:

-pisemnej zgody dyrektora szkoły, aby uczeń ze względu na chorobę, niepełnosprawność lub inne szczególne potrzeby mógł korzystać z telefonu komórkowego lub innego urządzenia elektronicznego,

-wystąpienia bezpośredniego zagrożenia dla zdrowia lub życia osób przebywających na terenie szkoły.

 

4.Wskazanie wprost, że w razie naruszenia zakazu szkoła stosuje:

-działania wychowawcze (np. upomnienia ustne, kontrakt wychowawczy);

-kary statutowe;

-obniżenie oceny zachowania (w związku z nieprzestrzeganiem zasad obowiązujących w szkole).

 

Szczegółowe zasady egzekwowania zakazu nie będą narzucane odgórnie. Każda szkoła będzie mogła wybrać rozwiązania najlepiej dopasowane do własnych potrzeb (np. półki, kieszonki na telefony czy inne rozwiązania przyjęte w szkole).

 

Planuje się, aby projekt ustawy wszedł w życie 1 września 2026 roku.

 

Projektowane rozwiązania są częścią spójnej polityki edukacyjnej. Równolegle w szkołach uczniowie poznają więcej zagadnień dotyczących higieny cyfrowej i edukacji medialnej. Działania te wzajemnie uzupełniają się oraz mają na celu wspieranie bezpiecznego oraz odpowiedzialnego rozwoju uczniów w świecie nowych technologii.

Projekt ustawy wraz z uzasadnieniem i oceną skutków regulacji jest dostępny w Rządowym Portalu Legislacyjnym.

 

Każdy zainteresowany może wyrazić swoje zdanie na temat tego projektu ustawy w terminie 30 dni (do 23 kwietnia 2026 roku) poprzez wysłanie ich pocztą elektroniczną na adres: konsultacje.dk@men.gov.pl

 

 

 

Źródło: www.gov.pl/web/edukacja/



Wczoraj na stronie „Wyborcza.pl. ŁÓDŹ” zamieszczono tekst wywiadu, jaki red. Katarzyna Stefańska przeprowadziła z Jarosławem Durszewiczem – Prezesem Fundacji „Szkoła bez ocen”, ekspertem prawa oświatowego. Oto obszerne fragmenty tego zapisu i Ink do pełnej wersji:/

 

 

„Zajechani uczniowie boją się szkoły”. Bo ta produkuje stres zamiast sensu

 

 

Zmęczone dziecko (shutterstock.com)

 

[…]

 

Polska szkoła coraz częściej produkuje stres zamiast sensu – wynika z raportu  „Diagnoza Młodzieży 2026″, zrealizowanego na zlecenie Ministerstwa Edukacji Narodowej. Wnioski z badania mają być jednym z elementów tworzenia Krajowej Strategii Młodzieżowej, nad którą prace resort zapowiada na jesień tego roku.

 

O presji wyników, fikcji „realizowania podstawy” i uczniach, którzy uczą się głównie unikania porażki, rozmawia z Jarosławem Durszewiczem, prezesem Fundacji Szkoła bez Ocen.

 

Katarzyna Stefańska: – Wnioski wynikające z raportu są brutalne. Chociaż może nie zaskakują?

 

Jarosław Durszewicz: Nie. Przecież to codzienność szkoły. To widać.

K.S. – Garść faktów: 70 procent młodych twierdzi, że szkoła stresuje ich codziennie, bardziej niż problemy rodzinne czy relacje z rówieśnikami. 55 procent uczniów szkół ponadpodstawowych mówi zaś o stresie chronicznym, wyczerpaniu i wypaleniu szkolnym.

 

J.D. – Te liczby mówią o strukturalnej presji. Ale wczytując się w raport głębiej, okazuje się, że szkoła jest źródłem wiedzy, a nie kompetencji społecznych. Tylko co trzeci uczeń uważa, że przygotowuje go do współpracy. A wszystko wynika z tego, że uczniowie poddani są presji na wynik, zapamiętywanie i odtwarzanie. I pogoni za „wiedzą”, która żadną wiedzą nie jest, tylko uczeniem treści mających przygotować do egzaminów, co oczywiście jest fikcją.

 

K.S. – Dlaczego fikcją?

 

J.D. – Bo przecież uczniowie na egzaminie nie są tylko odpytywani z treści, ale też na przykład z kompetencji tworzenia wypowiedzi argumentacyjnej. I z innych rzeczy, których się nie uczą, bo nauczyciel skupiając się na tym, że „jesteśmy rozliczani” przez dyrektora, radnych i kuratorium, i „jest presja na wyniki” goni z materiałem, byleby zrealizować rzeczy, które na tym egzaminie mogą się pojawić.

 

Jak to wygląda w praktyce? Dział, rozdział, powtórka, sprawdzian. Przeciętny uczeń funkcjonuje w szkole od sprawdzianu do sprawdzianu. Przecież nikt nie jest w stanie pomieścić w głowie wszystkich informacji z podstawy programowej. To niemożliwe.

 

K.S.  Ten wątek jest bardzo widoczny: „Szkoła przygotowuje przede wszystkim do egzaminów”. System edukacji został sprowadzony do selekcji, a nie do uczenia?

 

J.D. – Może nie do selekcji, ale system edukacji jest maszyną, podporządkowaną temu, żeby zrealizować treści i żeby nauczyciel mógł włożyć w głowę ucznia jak najwięcej wiedzy. Młodzi nie widzą sensu tego, czego się uczą i pytanie „Po co mi to?” jest bardzo częste. Żeby mózg mógł coś przyjąć, musi widzieć znaczenie. Nie widzi korzyści, odrzuca. Proste i uwarunkowane neurobiologicznie. Bezznaczeniowe uczenie abstrakcji wywołuje poczucie bezcelowości. A takich treści jest przecież w szkole masa.

 

K.S. – To też potwierdza badanie. Jedynie 14 procent uczniów uznaje metody stosowane w szkole za skuteczne.

 

J.D. – No tak. Bo funkcjonuje tradycyjny model nauczania. Wystarczy wejść do jakiejkolwiek szkoły i jak na dłoni widać stosowane metody. W cywilizowanym edukacyjnie kraju nie ma takiego modelu, że ławki są ustawione w trzech rzędach, przed nimi biurko nauczyciela, który ex cathedra wykłada. Wcale nie zaskakuje mnie, że uczniowie to artykułują, bo metody pracy nauczyciel w większości przypadków są nieskuteczne. Jeśli metoda ma być aktywna, to uczeń musi działać. Żeby mógł działać, musi mieć zorganizowaną lekcję tak, żeby ona była teatrem tych działań – ma pracować, pozyskiwać i przetwarzać. Coś robić, być aktywnym  uczestnikiem, a nie tylko słuchać wykładu nauczyciela.  […]

 

K.S. – Czy to nie paradoks? Z jednej strony uczeń ma być aktywny, kreatywny i krytyczny. A jednocześnie ma wkuwać i zdawać.

 

J.D. – To jest właśnie absurd. Albo to, albo to. Jeśli uczeń ma umieć poszukiwać, umieć oceniać, myśleć, trzeba zmienić sposób pracy. I znów wrócę do egzaminów i z uporem maniaka będę to powtarzał – one są największym źródłem problemów.

 

Współczesne nauczanie mówi, że najbardziej efektywną metodą pracy jest praca projektowa. Uczeń ma wówczas relacje, autonomię, ma sprawczość, elementy, które powodują, że mu się chce i czuje się ważny. Tymczasem wielu nauczycieli uważa, że praca projektowa to strata czasu, a tego czasu zawsze brakuje. Ministerstwo może ustalać profil absolwenta, może mówić o kompetencjach przyszłości, ale jeśli lekcja będzie wyglądać jak w XIX wieku, to problem, który porusza raport, będzie istniał zawsze.

 

[…]

K.S. – Z opinii uczniów wynika, że nie zastanawiają się też nad źródłem napięć. Tylko 9 procent młodych twierdzi, że nauczyciele zakładają, że stres jest kluczowym problemem uczniów.

 

J.D.- Bo oni nie postrzegają szkoły z perspektywy miejsca, które jest stresogenne. Bo szkoła była zawsze. „Przecież my też chodziliśmy do szkoły” – mówią – „Stres jest nieodłącznym elementem życia”, że tak było, jest i będzie. I dlaczego ma być inaczej. Tylko tu nie chodzi o stres sam w sobie, ale o presję, która ten stres powoduje. Ona jest zupełnie niepotrzebna. Fundamentalną barierą jest presja na wyniki, stałe porównywanie się szkół. Wszyscy rozliczają szkołę z wyników.

 

K.S. – Można mówić o tym, że szkoła dokłada cegiełkę do kryzysu zdrowia psychicznego młodych?

 

J.D. – Patrząc na to, co się dzieje z uczniami, którzy nie osiągają takich wyników, jakich oczekują od nich rodzice i nauczyciele, jak się porównują między sobą, to myślę, że zdecydowanie tak. Na pewno cegiełkę. Dzieci chcą bardziej ludzkiego i podmiotowego traktowania.

K.S. – Tymczasem spędzają między 32 a 39 godzin tygodniowo w szkole i prawie siedem godzin dziennie na nauce w domu.

 

J.D. – To zajechanie, to ponad 40 godzin pracy. Do tego dochodzą zajęcia dodatkowe, basen, konie, tańce, korepetycje. Nie ma czasy na rozwój zainteresowań, nie ma czasu na relacje, nie ma czasu na wypoczynek.

 

K.S. – Jeśli źródłem problemów są egzaminy, widzisz możliwość odejścia od nich?

 

J.D. – Nie wiem. Patrząc na to, w jaki sposób wprowadzane są reformy edukacji, nie wiem, czy komukolwiek starczyłoby odwagi, żeby radykalnie zmienić formułę egzaminu. Tu nie chodzi o to, żeby tego egzaminu nie było w ogóle. To jakieś symboliczne zakończenie etapu edukacji. Jakiś element selekcjonujący przed wyborem szkoły.

 

Problem polega na tym, że kiedy dziecko idzie do szkoły ponadpodstawowej, rekrutacja jest przeprowadzana bezosobowo. Tam nie ma przestrzeni na dziecko, tylko dane o jego wyniku i średniej ocen. Ucznia sprowadza się do wyniku w tabelce. To jest podstawowy element selekcji. To stanowi ramę systemu. I teraz pytanie, w jaki sposób zmienić ten egzamin, żeby jednocześnie pozwalał na taką selekcję i traktował podmiotowo? Wiem, że trwają prace nad zmianą formuły egzaminacyjnej. Może dobrym rozwiązaniem byłaby rozmowa rekrutacyjna do szkoły średniej.

 

Jeżeli uczeń określiłby swoje zainteresowania, miałby jakiś wyznaczony cel, miał świadomość mocnych stron, świadomość tego, co chce robić w życiu, taka rozmowa upodmiotowiłaby ucznia i pozwoliła, żeby on szedł taką drogą. Najprościej jest policzyć wyniki, wrzucić do Exela i automatycznie przydzielić do szkoły. System przelicza, wskazuje jedną, drugą, trzeci a szkołę, bezdusznie przydziela do szkoły, którą wyliczy algorytm. To nie ma nic wspólnego z ludzkim podejściem.

 

 

Cały tekst „Zajechani uczniowie boją się szkoły”. Bo ta produkuje stres zamiast sensu”  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.lodz.wyborcza.pl/lodz

 

 

 

 

 



Wczoraj „Portal dla Edukacji” poinformował o wywiadzie, jakiego w TVN udzieliła Ministra Barbara Nowacka, gdzie była pytana także o przyszłość przedmiotu wychowanie zdrowotne. Oto obszerny fragment tego tekstu:

 

 

 

MEN myśli o wprowadzeniu obowiązkowego przedmiotu w szkole. Ta lekcja może uratować życie

 

[…]

 

Ministra edukacji Barbara Nowacka zapowiedziała w TVN24, że do końca marca ogłosi decyzję, czy w następnym roku szkolnym edukacja zdrowotna będzie przedmiotem obowiązkowym. – Przedstawię swoją decyzję za dni dosłownie kilka. Do końca marca. Obiecałam to też nauczycielom i dyrektorom, bo to jest też dla nich ważne, jak układają ramówki – powiedziała Nowacka.

 

 

Pytana, dlaczego w tym roku szkolnym przedmiot nie jest obowiązkowy, odparła: – jeżeli jest decyzja najwyższych władz w Koalicji Obywatelskiej, żeby jednak zrobić nieobowiązkowo, to minister tutaj niewiele może zrobić. Ale rok przekonywania mam nadzieję zadziałał – dodała szefowa MEN.

 

Zaznaczyła, że ważne jest wprowadzenie mądrego, dobrze przygotowanego przedmiotu. – Moje przekonanie jest oczywiste. Nie bez powodu też pokazywałam Radzie Ministrów diagnozę młodzieży, czyli raport wykonany na zlecenie Ministerstwa Edukacji Narodowej, żeby zobaczyli, jak wiele problemów młodego pokolenia wiąże się ze zdrowiem – zaznaczyła

 

Tak wiem, że młodzież będzie narzekała – dodatkowa godzina. Ale to może być ta godzina, która komuś uratuje życie i to naprawdę nie ma ceny – podkreśliła Barbara Nowacka. […]

 

Cały tekst „MEN myśli o wprowadzeniu obowiązkowego przedmiotu w szkole. Ta lekcja może uratować życie” 

–  TUTAJ

 

 

Źródło: www.portalsamorzadowy.pl/edukacja/

 

 



Warto – mając świadomość, że MEN wkrótce zakaże uczniom używania w szkołach telefonów – zaoznać się z zamieszczonym dzisiaj na portalu „EDUNEWS” tekstem dr Macieja Dębskiego, – założyciela i prezesa fundacji „Dbam o Mój Zasięg, socjolog problemów społecznych, wykładowca akademicki w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Gdańskiego. Oto ten tekst bez skrótów, wzbogacony o linki do jeszcze dwu, na podobne tematy:

 

 

 

Cyfrowy szelest w krzakach – ciekawość i domykanie niepewności

– powiadomienia push (Higiena Cyfrowa #3)

 

 

Wyobraź sobie naszego praprzodka Homo sapiens, który siedzi przed swoją kamienną jaskinią. Wokół jest cisza, ogień trzaska, a on ma chwilę spokoju. Nagle coś się poruszyło w krzakach. To może być nic, ale może też być coś bardzo ważnego. I właśnie dlatego mózg reaguje błyskawicznie: zanim zdążysz pomyśleć, ciało już jest w gotowości. W takim świecie sprawdzenie „co to było?” miało sens, bo stawką mogło być jedzenie albo życie. Jeśli zignorujesz królika, tracisz szansę. Jeśli zignorujesz drapieżnika, możesz zginąć. Więc natura wbudowała w nas mechanizm: gdy pojawia się nagły, niejasny sygnał, skup się na nim natychmiast.

 

Powiadomienia push są cyfrową wersją tego szelestu. Pojawiają się nagle, wtrącają się w to, co robisz, często są niedopowiedziane: „Masz nową wiadomość”, „Ktoś zareagował”, „Wspomnienie”, „Nowe informacje”, „Zobacz, co przegapiłeś”. Dokładnie tak jak krzaki: wiesz, że coś się wydarzyło, ale nie wiesz co. I mózg tego nie lubi, bo niepewność to napięcie. Dlatego chce jak najszybciej sprawdzić, co tam „szeleści” — nawet jeśli stawka jest dziś symboliczna. Mechanizm jest ten sam, tylko środowisko się zmieniło: zamiast realnego zagrożenia masz sygnał społeczny albo nowość, ale układ uwagi reaguje tak, jakby chodziło o coś pilnego.

 

Co gorsza, powiadomienia są projektowane tak, żeby maksymalnie podbić ten efekt. Po pierwsze, są przerywające: wpadają w środek myśli, nauki, rozmowy, odpoczynku. Po drugie, są często niepełne: nie mówią wszystkiego, tylko zostawiają haczyk. Po trzecie, są „oznaczone ważnością” przez dźwięk, wibrację, znaczek, baner na górze ekranu, ekran, który się rozświetla. To działa jak czerwone światło ostrzegawcze: nawet jeśli wiesz, że to nic krytycznego, organizm reaguje mikro-pobudzeniem. A mikro-pobudzenie w ciągu dnia sumuje się w zmęczenie i rozproszenie.

 

Powiadomienia nie tylko odciągają uwagę w danej chwili. One uczą mózg nawyku: „gdy coś zasygnalizuje, przerywam i sprawdzam”. Z czasem wystarczy sam dźwięk, wibracja albo nawet myśl „może coś przyszło”, żeby pojawił się impuls sięgnięcia po telefon. I tu jest ważny szczegół: uwaga nie wraca do poprzedniego zadania jak gumka, która od razu wraca na miejsce. Po przerwaniu aktywności mózg potrzebuje chwili, żeby znowu wejść w głębsze skupienie. Każde „szybkie sprawdzenie” wygląda na niewinne, ale rozbija koncentrację na kawałki: robisz rzeczy bardziej płytko, szybciej się męczysz, częściej uciekasz w autopilota.

 

U nastolatków ten efekt jest jeszcze mocniejszy, bo w tym wieku relacje rówieśnicze i sygnały społeczne mają ogromną wagę. Powiadomienie to nie tylko informacja, ale potencjalny komunikat o statusie: „ktoś do mnie pisze”, „ktoś mnie widzi”, „czy wypadam z obiegu?”. Dlatego „cyfrowy szelest” w ich głowie jest bardziej natarczywy: telefon nie jest tylko urządzeniem, ale bramą do grupy. I to sprawia, że ignorowanie powiadomień bywa odczuwane jak ryzyko: „jeśli nie sprawdzę, ominie mnie coś ważnego”. Tak powstaje FOMO w wersji mikro: nie wielkie wydarzenie, tylko setki małych obaw „czy coś się dzieje?”.

 

Jest jeszcze jedna pułapka: powiadomienia rzadko są równomierne. Czasem jest ich dużo, czasem są specjalnie opóźniane lub powtarzane, czasem następuje długa i świadoma cisza — i właśnie ta nieprzewidywalność wzmacnia sprawdzanie. Mózg uczy się, że „czasem trafia się coś istotnego”, więc lepiej kontrolować sytuację częściej. Z tego rodzi się stan czuwania: nie czekasz na informację, tylko ją polujesz. A to łatwo przekłada się na stres, bo organizm jest w gotowości, nawet gdy nic się nie dzieje.

 

Pamiętaj, że nagły bodziec automatycznie przechwytuje Twoją uwagę (to tzw. reakcja orientacyjna) i dzieje się to szybciej, niż zdążysz włączyć refleksję. Pamiętaj też o luce informacyjnej: gdy powiadomienie jest niedomknięte, mózg naturalnie chce jak najszybciej domknąć niepewność, bo niepewność to napięcie. I wreszcie pamiętaj, że dźwięk lub wibracja podbijają rangę bodźca, przez co dużo trudniej go zignorować — a im częściej uczysz mózg „sprawdzaj natychmiast”, tym bardziej telefon staje się automatyczną reakcją, a nie świadomym wyborem.

 

Jak się przeciwstawić:

 

-Zostaw tylko powiadomienia od ludzi (połączenia/SMS/wybrane komunikatory), resztę wyłącz.

 

-Ustaw tryby skupienia: praca/sen (bez wyjątków poza „pilnymi” kontaktami).

 

-Wyłącz podgląd treści na ekranie blokady („masz nowe…” bez szczegółów mniej ciągnie).

 

x           x           x

 

W porozumieniu z dr Maciejem Dębskim z Fundacji Dbam o mój zasięg publikujemy w 15 odcinkach cykl poświęcony higienie cyfrowej młodych i dorosłych, który jest przeredagowaną wersją opracowania pt. „Kiedy zdrowe popędy stają się złymi nałogami – jak w prosty sposób zrujnować higienę cyfrową?” (tutaj).

 

W tym cyklu opisujemy wybrane mechanizmy biologicznego i psychologicznego „uwodzenia” nas ludzi jako użytkowników cyfrowych rozwiązań. Nie po to, żeby demonizować internet, ale po to, żeby odzyskać własną sprawczość także w sieci. Bo higiena cyfrowa zaczyna się od prostej zasady: „jeśli rozumiesz, jak działasz, trudniej tobą sterować.”

 

Przeczytaj pozostałe artykuły z tego cyklu:

 

#1 Stado w kieszeni

 

#2 Wioska vs globalny ranking

 

 

 

Źródło: www.edunews.pl

 



Oto zamieszczona dzisiaj (3 marca) na stronie MEN informacja o kolejnym projekcie zmian  podstaw programowych kształcenia ogólnego – tym razem dla branżowej szkoły I stopnia, szkoły specjalnej przysposabiającej do pracy oraz szkoły policealnej oraz o tym, że jego opiniowanie i konsultowanie zakończy się 10 kwietnia, czyli potrwa  19 dni – w tym  7 dni wiosennej przerwy świątecznej oraz jeden dwudniowy weekend:

 

 

20 marca br. został skierowany do uzgodnień, konsultacji publicznych i opiniowania projekt rozporządzenia Ministra Edukacji w sprawie podstawy programowej kształcenia ogólnego dla branżowej szkoły I stopnia, szkoły specjalnej przysposabiającej do pracy oraz szkoły policealnej. Konsultacje potrwają do 10 kwietnia br.

 

Projektowane rozporządzenie jest konieczne ze względu na nowe rozporządzenie Ministra Edukacji z dnia 11 marca 2026 r. w sprawie podstawy programowej wychowania przedszkolnego oraz podstawy programowej kształcenia ogólnego dla szkoły podstawowej, w tym dla uczniów z niepełnosprawnością intelektualną w stopniu umiarkowanym lub znacznym (oczekujące na publikację w Dzienniku Ustaw) i  zastąpi rozporządzenie MEN z dnia 14 lutego 2017 r. w sprawie podstawy programowej wychowania przedszkolnego oraz podstawy programowej kształcenia ogólnego dla szkoły podstawowej, w tym dla uczniów z niepełnosprawnością intelektualną w stopniu umiarkowanym lub znacznym, kształcenia ogólnego dla branżowej szkoły I stopnia, kształcenia ogólnego dla szkoły specjalnej przysposabiającej do pracy oraz kształcenia ogólnego dla szkoły policealnej (Dz. U. poz. 356, z późn. zm.), w zakresie dotyczącym podstawy programowej wychowania przedszkolnego oraz podstawy programowej kształcenia ogólnego dla szkoły podstawowej, w tym dla uczniów z niepełnosprawnością intelektualną w stopniu umiarkowanym lub znacznym.

 

W pozostałym zakresie (branżowa szkoła I stopnia, szkoła specjalna przysposabiająca do pracy oraz szkoła policealna) rozporządzenie z 2017 r.  zastąpi projektowane. W efekcie całość utraci moc 1 września 2026 r.

 

Dlatego konieczne jest wydanie osobnego rozporządzenia z dotychczasową podstawą programową kształcenia ogólnego dla branżowej szkoły I stopnia, szkoły specjalnej przysposabiającej do pracy oraz szkoły policealnej – obowiązujące od 1 września 2026 r.

 

 

 

Źródło: www.gov.pl/web/edukacja/

 

 

Te informacje udostępnił redaktor OE:

 

>PROJEKT Rozporządzenia Ministra Edukacji w sprawie podstawy programowej kształcenia ogólnego dla branżowej szkoły I stopnia, szkoły specjalnej przysposabiającej do pracy oraz szkoły policealnej

 

 

>Uzasadnienie do projektu

  –  TUTAJ

 

 

Swój komentarz do powyższego projektu możesz wysłać  wypełniają formularzu na stronie Rządowego

Centrum Legislacji  –  TUTAJ

 

 



Oto obszerne fragmenty tekstu Jarosława Pytlaka, zamieszczonego na jego blogu w minioną sobotę, w którym dzieli się z czytelnikami informacją o jego uczestnictwie w Dnu Otwartym Instytutu Badań Edukacyjnych. Zachęcam do kliknięcia w załączony link i przeczytania całości:

 

 

Jak IBE chce zmienić polską szkołę ? Część 1.

 

Piekło zamarzło! Oto ja, pryncypialny krytyk reformatorskich działań Instytutu Badań Edukacyjnych, poszedłem na Dzień Otwarty tej instytucji, zorganizowany 19 marca pod hasłem „Jak zmienia się szkoła?”. Skusiła mnie  możliwość posłuchania debaty uczonych pedagogów o tym, czego potrzebuje polska szkoła, a także wzięcia udziału w pokazowej lekcji przyrody. W pakiecie dostałem jeszcze kilka innych atrakcji.

 

Zapis przebiegu imprezy znajduje się na stronie Instytutu; każdy może sobie obejrzeć. Jest to jednak długie nagranie, więc na użytek osób niedysponujących czasem i/lub niezbędną determinacją, zaprezentuję tutaj relację naocznego świadka, wraz z subiektywnym komentarzem do niektórych punktów programu.

 

[…]

 

Jako pierwszy wystąpił wicedyrektor IBE, pan Tomasz Gajderowicz (początek w nagraniu: 14’ 00’’). Podkreślił, że jego instytucja przygotowuje jedynie propozycje rozwiązań, natomiast za ich finalny kształt i wdrożenie odpowiada ministerstwo. Nawiasem mówiąc, wypowiedział przy tym słowa, które zazwyczaj głoszą tacy jak ja – malkontenci: „Łatwo jest projektować rozwiązania, a trudno czasem je wdrożyć”… Jest mi to bardzo bliskie, bowiem po raz piąty w swojej karierze będę wdrażać wiekopomną koncepcję, jak zawsze opartą o najnowsze… wizje aktualnie rządzących. Czwartą, do której zupełnie nie mam przekonania.

 

Zasadnicza część wystąpienia pana Gajderowicza bazowała na prezentacji pt. „Edukacja bez fikcji – rola badań naukowych”. Prelegent był pełen ekspresji, znamionującej ogromny entuzjazm dla własnego przekazu. Ogłosił, że szykowana przez IBE reforma jest wyrazem udanego dążenia do odpolitycznienia edukacji, chęci zerwania z pokutującymi w niej mitami i oparcia nowych rozwiązań o wyniki badań naukowych. Posłużył się przy tym porównaniem z medycyną, w której skuteczność leków i procedur jest bardzo starannie weryfikowana przed dopuszczeniem ich do stosowania w praktyce. Dzięki temu już od lat lekarze dysponują zasobami sprawdzonej wiedzy i na niej opierają leczenie, podczas gdy edukacja, jak stwierdził, wciąż bazuje na tradycji. Zadeklarował, że misją obecnego kierownictwa IBE jest oparcie działań polskich nauczycieli o wyniki badań, dostarczających wiedzy o skuteczności rozmaitych metod działania. Zastąpienie mitów twardymi świadectwami naukowymi. Nie ukrywał przy tym, że podstawowym źródłem inspiracji dla obecnej reformy są doświadczenia reformatorskie innych krajów OECD, jakkolwiek w przyszłości mają być one uzupełniane danymi gromadzonymi w kraju, oczywiście za sprawą IBE.

 

[…]

 

Tyle pan wicedyrektor Instytutu, teraz mój komentarz.

 

Nie dziwię się, że wdrażana obecnie koncepcja reformy znalazła entuzjastki we władzach Ministerstwa Edukacji Narodowej. Oparcie o badania – cóż może być większą atrakcją w oczach polityka, szczególnie takiego, który szkołę zna wyłącznie z własnych czasów uczniowskich, ewentualnie doświadczeń w roli rodzica?! A do tego szczery i zaraźliwy entuzjazm czołowego rzecznika zmiany, oraz zapewnienie, że wszystko, czego potrzeba w tym zakresie, leży w obszarze OECD niemal na wyciągnięcie ręki. […]

   

Jeszcze kilka zdań o tezie, która padła w wystąpieniu pana Gajderowicza, a rozpowszechniana jest również przez ministrę Nowacką, że reforma ma przede wszystkim upowszechnić dobre praktyki, dziejące się w szkołach. W mojej ocenie  przypomina to sytuację arcydzieła literatury. Dla chętnych czytelników – porywającego. Po wpisaniu na listę lektur obowiązkowych – dla większości jedynie kolejnej papierowej cegły do „przerobienia”. W polskich szkołach istotnie dzieje się wiele dobrego, ale upowszechnienie tych praktyk wymaga innej strategii niż ujęcie ich w rozporządzeniach. Najlepsza edukacja opiera się na ludziach mających pomysły i inicjatywę, ale tych nie da się sklonować żadnym aktem prawnym. Można i trzeba ich wspierać, doceniać, także materialnie, upowszechniać dobre praktyki. Trzeba tworzyć systemowe zachęty do autonomicznego działania, ale przymuszanie do naśladownictwa tych działań, skrojonych przecież na własną miarę ich inicjatorów, grozi podobnym skutkiem, jak umieszczenie arcydzieła na liście lektur obowiązkowych.

 

[…]

 

Jako kolejna zabrała głos pani Elżbieta Strzemieczna (od 36’ 05’’ nagrania). Jak zaanonsowano, podjęła się opowiedzenia o tym, jak z punktu widzenia IBE cała zmiana w edukacji „dzieje się konkretnie”, oraz „co robimy, co zrobiliśmy i co jeszcze przed nami”. […] W wystąpieniu pani Strzemiecznej pojawiła się „szkoła przyjazna i wymagająca”, którą będziemy tworzyć wraz z reformą, a IBE nam to umożliwi. Ma ona być oparta na ośmiu filarach: podstawach programowych, wsparciu nauczycieli, ocenianiu (oczywiście sensownym), wzmocnieniu wychowawców, mądrych  egzaminach, dobrych podręcznikach, wspomaganiu pracy szkół oraz, uwaga „autonomii, wsparciu i nadzorze”. Konkretniej była mowa o pierwszych trzech, co do pozostałych, to odebrałem je raczej jako deklaracje „chcemy, aby” niż zapowiedź konkretnych działań. Może z wyjątkiem kwestii wymarzonej zmiany roli kuratoriów, które mają wspierać i inspirować, a nie tylko nadzorować. Tu pozwolę sobie zauważyć, że w obecnych warunkach nie ma takiej siły, która mogłaby osłabić ich rolę nadzorczą, ponieważ taką wymusza zapotrzebowanie społeczne, ucieleśnione w ogromnej rzeszy rodziców niezadowolonych z działania placówek oświatowych. Nie zmienią tego szlachetne intencje najlepszych nawet kuratorów. Zmiana, o ile w ogóle możliwa, musiałaby zaistnieć na poziomie aktów prawnych, a o tym w ogóle nie ma mowy.

 

[…]

 

Kolejnym punktem programu było wystąpienie online pani Janet Looney, ekspertki OECD i Komisji Europejskiej, poświęcone koncepcji Mastery learning. Prelegentka opowiedziała, co pokazują badania dotyczące tej metody dydaktycznej, jakie ma ona mocne i słabe strony, jak można ją praktycznie implementować. Można tego wysłuchać (początek: 56’ 30’’), choć ja raczej rekomendowałbym zapoznanie się z publikacją na ten temat („MASTERY LEARNING czyli stopniowe osiąganie biegłości”), którą IBE udostępniło na swojej stronie internetowej.[…] Ten punkt programu uznaję za pouczającą ciekawostkę, choć nie wróżę wielkiej kariery samej metodzie. Zresztą, sądząc po przytaczanych publikacjach, nie znajduje się ona w głównym nurcie międzynarodowych prac nad unowocześnianiem edukacji. Z drugiej strony, zdaje się natomiast wychodzić naprzeciw współczesnym oczekiwaniom indywidualizacji pracy z uczniem, ale sposób, jaki proponuje, mnie osobiście nie przekonuje. Zachęcam do wyrobienia sobie własnej opinii poprzez obejrzenie wystąpienia pani Looney albo lekturę wspomnianej wyżej publikacji IBE.

 

x           x           x

 

O ile Mastery learning uznałem za ciekawostkę, o tyle wystąpienie dr Agnieszki Kopacz, Nauczycielki Roku 2025, prowadzącej zajęcia z języka polskiego i informatyki w I LO w Sopocie, było dla mnie prawdziwą atrakcją, bowiem odnosiło się w sposób twórczy i pozytywny do tego, co może dziać się w każdej szkole. Pani Agnieszka opowiedziała (od 103′ 00” w zapisie wideo) m.in. o tym, jak radzi sobie z wyzwaniem, jakim jest posiadanie w klasie wychowawczej ponad połowy uczniów wymagających dostosowań w procesie dydaktycznym. Niestety, takie sytuacje będą coraz częstsze i wszelkie pozytywne doświadczenia w tym zakresie są na wagę złota. A jeśli przekaz zostaje wzmocniony przez osobowość prelegentki, tym bardziej staje się pożyteczny i pouczający. W wystąpieniu pani Kopacz mowa była jeszcze m.in. o zgniotkach, które wykorzystuje podczas zajęć, ale powrócę do tego w drugiej części artykułu, w którym zrelacjonuję także i skomentuję Radę Pedagogiczną, jaką na moich oczach odbyło pięcioro profesorów pedagogiki, oraz lekcję przyrody, w której miałem możliwość uczestniczyć.

 

Po wystąpieniu Agnieszki Kopacz ogłoszono przerwę, więc i ja w tym miejscu zakończę pierwszą część relacji, już teraz zapowiadając część drugą, zdecydowanie bardziej odległą od bieżących problemów związanych z reformą „Kompas Jutra”.

 

 

 

 

Cały tekst „Jak IBE chce zmienić polską szkołę ? Część 1.”  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/

 



 

Uzasadnienie mojego stanowiska w sprawie zbędności targów edukacyjnych

 

Najbliższy wtorek, w godzinach 12:00 –  18:00, w „mojej Budowlance” odbędzie się  „Dzień Otwarty”. Druga szansa poznania  tej szkoły „w realu” będzie 16 kwietnia. Nie ukrywam, że zaczynam tą informacją nieprzypadkowo – stali czytelnicy OE wiedzą, że ów przymiotnik „mojej” używam od dawna, i nie bez powodu. Bo nie tylko byłem  przez 12 lat (1993 – 2005) jej dyrektorem, kiedy nazywała się Zespołem Szkół Budowlanych nr 2 (a po wprowadzeniu gimnazjów została przemianowana przez organ prowadzący na Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych nr. 15), ale także dlatego, że byłem (w latach 1958 – 1962) uczniem tej szkoły, gdy funkcjonowała pod nazwą Technikum Budowlane nr 1 i miała w swej ofercie 3-letnią Szkołę Rzemiosł Budowlanych i 3-letnie Technikum Budowlane. Jestem absolwentem owej SRB – w zawodzie murarz-tynkarz, a w owym trzyletnim technikum byłem tylko jedno półrocze – do końca stycznia 1962 roku, kiedy w bardzo dla mnie stresujących okolicznościach podjąłem decyzję o przeniesieniu się do XVIII LO. Więcej  o tym okresie mojej biografii napisałem w Eseju wspomnieniowym: od kandydata na murarza do marynarza. Cz. I

 

Ale nie jest dzisiaj  moim zamiarem wspominanie tego, w czym uczestniczyłem przed ponad sześćdziesięcioma laty. Owa informacja o „Dniu Otwartym” jest tylko pretekstem do podjęcia wątku procesu decyzyjnego, przed jakim stoją dzisiejsi ósmoklasiści, zanim dokonają wyboru swojej dalszej drogi edukacyjnej, a w dalszej perspektywie – zawodowej, a nawet życiowej. Nieprzypadkowo zamieściłem w minioną środę materiał zatytułowany „To pomoże skuteczniej w znalezieniu szkoły po podstawówce niż Targi Edukacyjnew którym informując o Łódzkiej Bazie Edukacyjnej, właśnie w owym tytule zawarłem mój pogląd o fasadowości przedsięwzięć łódzkiego magistratu, jakimi były Łódzkie Rejonowe Targi Edukacyjne – w ich pięciu wydaniach, a później nowa formuła dawnych Łódzkich Targów Edukacyjnych, noszących w tym roku nazwę  festiwalu „Future Up! Fest.”

 

A teraz przypomnę  mój refleksyjny esej nr 9, zatytułowanyMoje rozmyślania o szansach dokonania trafnego wyboru swojej przyszłości”, w którym zawarłem swoje poglądy na sformułowany w jego tytule problem. I tak go zakończyłem:

:

„Ot – takich czasów dożyliśmy, w których „nie ma mądrych”, a przyszłość jest nieodgadniona, stanie się to, co będzie mogło, lub musiało, się stać….

 

A dzisiejszym ósmklasistom nie pomogą w trafnym wyborze ich dalszej drogi kształcenia rejonowe targi edukacyjne, ani nawet najnowszy projekt łódzkich władz, czyli trzydniowy festiwal – Future Up!Festw w Hali EXPO…”

 

Właśnie dzisiaj postanowiłem dodać jeszcze kilka moich uwag i opinii do tematu określonego w tamtym eseju, ale poczynionych w oparciu o przywołanie wydarzeń z niedalekiej przeszłości.

 

Zacznę od tego, że idea organizowania Targów Edukacyjnych powstała 32 lata temu. Ich prapoczątkiem były targi łódzkich szkół zawodowych, adresowane do uczniów ósmych klas szkół podstawowych, zorganizowane z inicjatywy dyrektora Janusza Moosa w 1994 roku w  sali gimnastycznej Zespołu Szkół Budowlanych nr 2, którego bylem wówczas dyrektorem, a gdzie swą siedzibę miał, kierowany przez wicedyrektora WODN Janusza Moosa Zespół Doradców Metodycznych Kształcenia Zawodowego. Oczywiście – nie bez wkładu szkoły- gospodarza tego przedsięwzięcia.

 

Rok później odbyły się kolejne takie targi – tym razem w pomieszczeniach Szkoły Podstawowej nr 32 przy ul. Kopcińskiego 54. Ich organizatorem  była prywatna firma, której właścicielem był syn ówczesnej dyrektorki tej szkoły.

 

W kolejnym 1996 roku odbyły się pierwsze Łódzkie Targi Edukacyjne, zorganizowane już przez władze miasta – w nowo wybudowanej (dziś już nieistniejącej) hali targowej przy ul. Stefanowskiego.

 

A po tych pierwszych targach były kolejne i kolejne, zawsze organizowane w tym samym miejscu, czyli w Centrum Wystawienniczo-Handlowym, nazwanym  EXPO-Łódź.do roku 2012, kiedy ich miejscem stało się nowo wybudowane przy Al. Politechniki 4 Centrum Konferencyjno-Wystawiennicze MTŁ, także nazwane EXPO-Łódź, w którym w marcu  odbyły się XV Łódzkie Targi Edukacyjne. I od tamtej daty, aż do roku 2018, kolejne Targi tam się odbywały.  Bo – z nieznanych mi powodów – w 2019 roku  XXII ŁTE odbyły się w… w łódzkiej hali widowiskowo sportowej, noszącej nazwę Atlas Arena.

 

I tam, zbierając materiały do relacji z tego wydarzenia, przeprowadziłem mini wywiad z ówczesnym wiceprezydentem Łodzi Tomaszem Trelą, mającym w zakresie swoich obowiązków także łódzką oświatę. Oto zapis tej rozmowy:

 

Włodzisław Kuzitowicz: Czy ma Pan przekonanie, że organizowanie tych targów, w czasach nam współczesnych, ma jeszcze sens?

 

Tomasz Trela: Sens na pewno ma, chociaż wymiar tych targów i informacja która kiedyś, dziesięć czy piętnaście lat temu, miała zdecydowanie większą wartość. Dzisiaj dostępność do Internetu, powszechna praktyka „Drzwi Otwartych”, witryny internetowe każdej szkoły, dają bardzo duże możliwości, ale tu jest moment, żeby przyszedł młody człowiek – przyszły absolwent gimnazjum czy szkoły podstawowej i choćby porozmawiał ze swoimi rówieśnikami, którzy już uczą się w tej szkole, porozmawiał z jej nauczycielami. Ja uważam, że to jest takie uzupełnienie tej technologicznej zmiany, z którą mamy do czynienia w czasie cyfryzacji, powszechnego dostępu do wiedzy, informacji poprzez Internet. W moim przekonaniu nie powinniśmy odchodzić od targów edukacyjnych, bo one mają swój wymiar.

 

WK: Ale przecież na owych „Dniach Otwartych”, na organizowanych w szkołach zawodowych „Dniach Doradztwa Zawodowego” uczniowie mają czas na dłuższy kontakt i o wiele odpowiedniejsze warunki na zdobycie zindywidualizowanej informacji i porady…

 

TT: Ale wie pan, ja liczę na to, że jeżeli ktoś przyjdzie na takie targi i ma już jakąś swoją wyrobioną opinię czy wiedzę o danej szkole, to tu może ją sobie pogłębić, albo tu zainteresować się szkoła, do której może udać się na „Dni Otwarte”. Ja uważam, że jedno nie wyklucza drugiego i to jest inicjatywa dobra, potrzebna i warta kontynuacji.

 

WK: Czy Miasto Łódź widziałoby taką możliwość, aby zlecić, na przykład Łódzkiemu Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego, aby przeprowadziło na początku nowego roku szkolnego badania sondażowe w klasach pierwszych szkół ponadpodstawowych, w których uczniowie odpowiadaliby by na pytania o motywy, a także o źródła informacji, z których czerpali przy podejmowaniu decyzji o wyborze taj, a nie innej szkoły?

 

TT: Ja myślę, że to nie jest żaden problem. To jest słuszna inicjatywa. Ja uważam, że warta rozważenia.

 

Źródło: www.obserwatoriumedukacji.pl

 

 

Moje pytanie o możliwość zlecenia przeprowadzenia  sondażu wśród uczniów klas pierwszych liceów i techników z pytaniem o źródła informacji, w oparciu o które podjęli decyzję o wyborze szkoły, nie zadałem przypadkowo, Już rok wcześniej, w „Felietonie nr 209 Komu służą targi. Czy z tych powodów warto je organizować?”, sformułowałem następujące tezy:’’

Teza 1.

Targi edukacyjne nie są do niczego potrzebne szkołom. Z nieoficjalnych źródeł w WE UMŁ wiem, że prowadzono tam badania sondażowe, w których pytano pierwszoklasistów z jakich źródeł czerpali wiedzę, która zadecydowała o wyborze tej, a nie innej szkoły ponadgimnazjalnej. Okazało się, że na pierwszym miejscu znaleźli się koledzy, na drugim – internet, a na jednym z końcowych – targi edukacyjne!

 

Teza 2.

Najbardziej organizacją targów są zainteresowane… Targi! Znaczy – Międzynarodowe Targi Łódzkie, którym za powierzchnię wystawienniczą zajmowaną przez placówki oświatowe, dla których organem prowadzącym jest UMŁ, płaci… Urząd Miasta Łodzi! Właściciel Spółki MTŁ! No i wejściówki odwiedzających także wpływają na ich konto.

 

Teza 3.

Targi podobają się niektórym mediom, dla których blichtr tej imprezy  i malownicze obrazki pokazywane na fotkach i filmowych migawkach są przyciągającym wzrok czytelników i widzów surogatem pogłębionej informacji.

 

Teza 4.

Chętnie uczestniczą w targach edukacyjnych szkoły wyższe, zwłaszcza te prywatne, dla których jest to jeszcze jedna, w generalnym rozliczeniu nie tak droga, forma reklamy i pozyskiwania przyszłych studentów. Na „moje oko” wśród tegorocznych odwiedzających tę imprezę przeważali uczniowie ostatnich klas szkół średnich…

 

Teza 5

Wizyty na targi bardzo lubią przyprowadzani tam w zorganizowanych  grupach uczniowie, którzy zamiast siedzieć w szkole na lekcjach, mieć jakąś kartkówkę lub odpytywanko, mają to przedpołudnie zagospodarowane bezstresowo…

Źródło: www.obserwatoriumedukacji.pl

 

 

Powtórzę informację zawartą w pierwszej tezie: „Z nieoficjalnych źródeł w WE UMŁ wiem, że prowadzono tam badania sondażowe, w których pytano pierwszoklasistów z jakich źródeł czrpali wiedzę, która zadecydowała o wyborze tej, a nie innej szkoły ponadgimnazjalnej. Okazało się, że na pierwszym miejscu znaleźli się koledzy, na drugim – internet, a na jednym z końcowych – targi edukacyjne!

 

Przypomnę, że ten felieton zamieściłem 4 marca 2018 roku! Od tamtej daty minęło 8 lat. Nie tylko, że Wydział Edukacji nigdy nie opublikował owych „tajnych” wyników sondażu, to rok później wiceprezydent Trela ich nie znal, a jego poparcie do mojej propozycji, aby taki sondaż przeprowadziło –  na zlecenie UM –  ŁCDNiKP na nic się zdało.

 

Bo nie o wsparcie ósmoklasistów i maturzystów w podejmowaniu przez nich decyzji o dalszej drodze edukacyjnej organizatorom owych Targów chodzi. Już wtedy nazwałem to „po imieniu”, pisząc, że  Najbardziej organizacją targów są zainteresowane… Targi! Znaczy – Międzynarodowe Targi Łódzkie, którym za powierzchnię wystawienniczą zajmowaną przez placówki oświatowe, dla których organem prowadzącym jest UMŁ, płaci… Urząd Miasta Łodzi! Właściciel Spółki MTŁ! No i wejściówki odwiedzających także wpływają na ich konto.”

 

Co się przez tych osiem lat zmieniło? Jeśli chodzi o organizowanie Targów, to w kolejnym roku zrobiła swoje pandemia COVID19, z powodu której odwołano XXIII LTE. W następnym 2021 roku odbyły „e-Targi Edukacyjne Łódź 2021”. W tej samej formule odbyły się targi  w roku 2022 2023.

 

Rok 2024 był rokiem, w którym łódzka władza oświatowa wpadła na pomysł Rejonowych Targów Edukacyjnych. Oto ich pierwszy kalendarz  –  TUTAJ Już wtedy można było zdobywać potrzebne informacje o ofercie szkół ponadpodstawowych z Łódzkiej Bazy Edukacyjnej.

 

I dwa następne lata to czas organizowania tychże targów rejonowych. Określenie „rejonowych, to zastępcza nazwa dawnego podziału Łodzi na pięć dzielnic administracyjnych, zlikwidowanego w 1993 roku. Ale dopiero w tym roku decydenci postanowili zabłysnąć nowatorskim pomysłem tego, ponownie zorganizowanego w Hali EXPO, „Future Up! Fest.”

 

Tylko czy i w tym przypadku najwięcej korzyści z tego „odpustu” nie mieli jego organizatorzy, a nie uczniowie?

 

Bo ja nadal podtrzymuję moją krytyczną, od lat prezentowaną, opinię o braku uzasadnienia dla dalszego organizowania tych spędów i budzenia złudnych nadziei dla szkół nie cieszących się nadmiarem kandydatów w kolejnych rekrutacjach do klas pierwszych. Dzisiaj jeszcze bardziej jestem przekonany o zbędności Targów Edukacyjnych, tak w ich wersji „rejonowej”, jak i ogólnołódzkiej.

 

Dlaczego? Bo dzisiaj każdy uczeń ma swoim smartfonie swobodny dostęp nie tylko do informacji zawartych w Łódzkiej Bazie Edukacyjnej, ale może także wejść na stronę każdej szkoły ponadpodstawowej, gdzie dowie się o wiele więcej nie tylko o jej ofercie, ale – najczęściej na jej fanpage – o wszystkich wydarzeniach i inicjatywach, które lepiej mówią o jakości tej placówki niż najlepiej urządzone ich stoiska na targach

 

W tej e-reczywistości ja zalecałbym wzmocnienie roli doradcy zawodowego i zadbałbym nie tylko o zwiększenie ich liczby, ale przede wszystkim o ich kompetencje – nie tylko orientację w ofercie łódzkich szkół, ale przede wszystkim o znajomość trendów cywilizacyjnych, skutkujących wygaszaniem zapotrzebowania na jedne zawody i tworzeniem nowych obszarów zapotrzebowania na dziś nieznane jeszcze kompetencje. A  także  bardzo przydatna owym doradcom byłaby jeszcze, przynajmniej te najbardziej w jego roli potrzebne, kompetencja coacha…

 

Ale nie likwidowałbym „Dni Otwartych”, bo stwarzają one możliwość zapoznania się „w realu” z ewentualnym późniejszym miejscem nauki, porozmawiania w o wiele bardziej komfortowych warunkach z ich uczniami, nauczycielami, a także zobaczenia na własne oczy bazy dydaktycznej szkoły.

 

 

Napisałem ten tekst, aby już nikt nie mógł powiedzieć, ze Kuzitowicz, to zdziecinniały staruszek, który – jak przedszkolak – mówi Targom Edukacyjnym „NIE BO NIE!”

 

 

 

Włodzisław Kuzitowicz