Znalazłszy na portalu Prawo.pl tę informację uznaliśmy, iż jest naszą powinnością, aby ja upowszechnić w gronie naszych Czytelników. Oto jej obszerne fragmenty:

 

 

Foto:Newspix.pl /TEDI [www.wprost.pl]

 

[…] Kaja Godek*, działaczka pro-life, prowadząca krucjatę przeciwko „ideologii LGBT” we wpisie na Twitterze (obecnie konto jest zawieszone) zasugerowała, że homoseksualiści nie powinni pracować w szkołach. Pomysł nie ma jednak racji bytu bez zmiany przepisów.

 

Zakaz dyskryminacji

Faktycznie Karta Nauczyciela (KN) nie zawiera konkretnych przepisów, które chroniłyby przed dyskryminacją ze względu na orientację seksualną, co nie znaczy, że pedagodzy pozostają bez takiej ochrony. – Należy tu stosować art. 91c Karty Nauczyciela, zgodnie z którym w zakresie spraw wynikających ze stosunku pracy, nieuregulowanych przepisami Karty Nauczyciela zastosowanie mają przepisy Kodeksu pracy – mówi Prawo.pl dr Magdalena Zwolińska,  partner w NGL Legal. W praktyce oznacza to, że nauczyciele zatrudnieni na podstawie umowy o pracę powinni być równo traktowani w zakresie nawiązania i rozwiązania stosunku pracy, warunków zatrudnienia, awansowania oraz dostępu do szkolenia w celu podnoszenia kwalifikacji zawodowychbez względu na orientację seksualną, o czym wprost mówi kodeks pracy.

 

Tego samego zdania jest dr Ewa Podgórska-Rakiel, która podkreśla, że do nauczycieli stosujemy przepisy kodeksu pracy w sprawach o mobbing i dyskryminację. […] Jej zdaniem zakaz dotyczy również szkół niepublicznych, także tych katolickich, bo nie są one wyłączone spod uregulowań kodeksu pracy. [.,.]

 

Wtóruje jej dr Magdalena Zwolińska, tłumacząc, że szkoły niepubliczne również muszą przestrzegać przepisów o zakazie dyskryminacji ze względu na orientację seksualną. Zauważa przy tym, że dyskryminacja ze względu na tę akurat cechę, byłaby też trudna w praktyce – zwłaszcza na etapie zatrudniania pracownika. –Wprowadzone niedawno przepisy dotyczące przetwarzania danych osobowych w rekrutacji zakazują pracodawcy przejawiania inicjatywy w uzyskaniu dostępu do danych dotyczących orientacji seksualnej – tłumaczy dr Zwolińska.

 

 

Cała informacja „Szkoła nie może wykluczać nauczyciela LGBT”      –     TUTAJ

 

 

Źródło:www.prawo.pl/oswiata/

 

 

*Kaja Godek (ur. 1982) – ukończyła anglistykę na Uniwersytecie Warszawskim i pracowała jako asystentka prezesa w prywatnej firmie. W latach 2015–2019 była w radzie nadzorczej Warszawskich Zakładów Mechanicznych „PZL-WZM”. Posadę tę straciła, gdy ujawniono, że jest tam zatrudniona nie mając do tej pracy odpowiednich kwalifikacji. Więcej o działalności publicznej, w tym politycznej Kai Godek  –  TUTAJ



Przed tygodniem starałem się zainteresować Czytelników rzadko podejmowanym w mediach tematem repetentów ostatnich klas gimnazjów, którzy nie zdali – najpierw do drugiej, a po roku – do trzeciej klasy.

 

Trochę z tym wiąże się temat dzisiejszego felietonu. Ten związek zachodzi poprzez nierozpoznane przeze mnie co do jego zakresu zjawisko niezaliczenia klasy trzeciej i nieuzyskania świadectwa ukończenia gimnazjów przez tegorocznych trzecioklasistów. Nierozpoznane – mam na myśli brak potwierdzonych danych źródłowych, tak jak udało mi się to uzyskać przed dwoma laty. Jadnak mam, graniczące z pewnością przypuszczenie, że okrojone liczebnie rady pedagogiczne gimnazjów podejmowały decyzje o ukończeniu tych szkół wobec nieomal wszystkich, a może nawet wszystkich uczniów, którzy dotrwali w tych klasach do końca. Motywacja takiej postawy „ciała pedagogicznego” jest w zasadzie zrozumiała: „Już i tak tyle zła wyrządziła wam władza – chociaż my nie rzucajmy kłód pod nogi!”

 

Ale takie „bony rekompensujące”, z tego co docierają do mnie – z różnych, ale zawsze wiarygodnych źródeł – informacje, to nie tylko brak repetentów. To także fala zawyżonych ocen na świadectwach ukończenia szkoły, i to nie tylko gimnazjów, ale także szkół podstawowych. Fala, której najbardziej widomym obrazem jest zalew świadectw z tzw. „czerwonym” (a naprawdę biało-czerwonym) paskiem”! Zgodnie z obowiązującym prawem oświatowym uczeń, aby mógł takie świadectwo otrzymać, musi spełnić określone warunki: uzyskać średnią ocen z wszystkich przedmiotów minimum 4,75 oraz bardzo dobrą lub wzorową ocenę zachowania.

 

Czy to normalne, że w tym roku – na przykład w Warszawie – aż 3173 kandydatów aplikujących do szkół średnich nie dostało się do żadnej, a ponad 82 proc. z nich to uczniowie, którzy chcieli uczyć się w liceach – w tym co czwarty (756 osób) miał świadectwo z czerwonym paskiem?

 

Ale nie tylko nauczyciele w tym szczególnym roku „produkowali” na świadectwach – w dobrej wierze – dużą ilość punktów dla systemu rekrutacji do szkół średnich. Swoje dołożyła także Centralna Komisja Egzaminacyjna i okoliczności, w jakich odbywały się tegoroczne egzaminy – gimnazjalny (10 – 12 kwietnia) i ósmoklasisty (15 – 17 kwietnia).

 

Bo na to wszystko nałożył się kwietniowy strajk nauczycieli i „przepychanki” między rządem a strajkującymi o to, czy te egzaminy w ogóle się odbędą, czy będzie miał kto je przeprowadzić i nadzorować. Jak pamiętamy – w przeważającej liczbie odbyły się one dzięki „pospolitemu ruszeniu”, czyli z udziałem katechetów, emerytów i kto tam jeszcze wyraził chęć, a miał, przynajmniej formalne po temu „uprawnienia”. Jak dochodzą mnie opinie od osób, które miały szansę obserwować tak nadzorowane egzaminy – ze ściąganiem nie było żadnych problemów…

 

Już 17 kwietnia 2019 r. na portalu „Wp wiadomości” można było przeczytać taki – proroczy jak się okazało – tekst, zatytułowany „Strajk nauczycieli 2019. Nowa forma protestu – na świadectwach tylko najwyższe oceny”:

 

Nauczyciele zapowiadają nową formę walki. Chcą unieważnić jeden z istotnych elementów systemu systemu oświaty, czyli oceny. Jak? Wystawiając absolwentom szkół tylko stopnie bardzo dobre albo celujące. Tym sposobem każdy z uczniów dostanie świadectwo z tak zwanym „czerwonym paskiem”.

 

Taka forma strajku i wywiązywania się z obowiązku przez pedagogów przyczyni się do komplikacji w przyjmowaniu uczniów do szkół. […] –Teraz system się posypie – mówi nam jeden z pomysłodawców takiego protestu, polonista z II LO im. Stanisława Staszica w Tarnowskich Górach, Michał Sporoń. [Źródło: www.wiadomosci.wp.pl]

 

Czytaj dalej »



Foto: Łukasz Unterschuetz [www.nauka.trojmiasto.pl]

 

Nauczyciele odchodzą z zawodu…

 

O „armagedonie rekrutacyjnym” w szkołach średnich media informują prawie codziennie. Natomiast o wiele rzadziej można dowiedzieć się o tym, że dyrektorzy bardzo wielu szkół już za miesiąc staną przed groźniejszym problemem, jakim – najprawdopodobniej – będzie znaczący brak „ust do pracy”.

 

Z tego powodu zdecydowaliśmy się na przywołanie kilku publikacji podejmujących ten temat, niezależnie od daty ich zamieszczania.

 

Rzeczpospolita” (a za nią „Gazeta Prawna” i portale takie jak: „Bankier.pl”, „dziennik.pl” i „money.pl”) zamieściła przed tygodniem artykuł Joanny Ćwiek, zatytułowany „Nauczyciele: w szkołach średnich zabraknie kadry”. Oto jego fragmenty:

 

 

W całej Polsce może zabraknąć blisko 11 tys. nauczycieli. Tyle ofert pracy widnieje w bankach ofert pracy prowadzonych przez kuratoria oświaty.

 

Zauważalny już od pewnego czasu brak kadry nauczycielskiej potęguje podwójny rocznik. Do klas pierwszych trafia dwa razy tyle uczniów, więc automatycznie potrzeba więcej nauczycieli – mówi Elżbieta Markowska, szefowa pomorskiego oddziału ZNP. Podkreśla, że wakatów może być dużo więcej po 20 sierpnia, gdy zakończy się rekrutacja uzupełniająca uczniów do klas pierwszych. – Dopiero wtedy będzie znana skala problemu – mówi Markowska.

 

Trwająca niemal do ostatnich dni sierpnia rekrutacja uzupełniająca to zmora dyrektorów szkół średnich. Obawiają się, że będą mieli zaledwie kilka dni, by znaleźć brakujących nauczycieli fizyki, matematyki, języka polskiego czy języków obcych. Już dziś szuka się ich miesiącami i często bezskutecznie.

 

 

Cały artykuł „Nauczyciele: w szkołach średnich zabraknie kadry”    –    TUTAJ

 

Źródło: www.rp.pl

 

 

Ale przyczyną deficytu nauczycieli na rynku pracy w ogóle są o wiele głębsze niż – jak to przedstawiono powyżej w przypadku szkół średnich – skutki likwidacji gimnazjów i tzw. „podwójny rocznik”. Już 17 czerwca „Fakt24” zamieścił artykuł, zatytułowany „Nauczyciele odchodzą ze szkół. Mają dosyć”. Oto jego fragmenty:

 

 

Czytaj dalej »



W minioną sobotę Jarosław Pytlak zamieścił na swym blogu „Wokół Szkoły” tekst: „W komentarzu do komentarzy – część pierwsza”. Informujemy o tyn fakcie dopiero dzisiaj – na swe usprawiedliwienie mamy jedynie wakacyjne rozluźnienie redakcyjnej dyscypliny… Jako że tekst ten jest nietypowy – kolega Pytlak wymienia w nim pozytywne elementy reformy Zalewskiej – nawet z takim „poślizgiem” zamieszczamy jego fragmenty:

 

Już dawno zauważyłem, że komentarze pod artykułami na blogu lub na fejsbuku są świetnym źródłem inspiracji. Czasem aż szkoda odpowiadać na konkretny wpis, gdy problem jest ciekawy i zasługuje na szersze omówienie. Dlatego ten artykuł i jeszcze kolejny poświęcę dwóm bardzo różnym tematom, bezpośrednio powiązanym z treścią wpisanych komentarzy.

 

Pierwszy, do którego chcę odnieść się tutaj, dotyczy ostatniego wpisu w „Aktualnościach”, a znalazłem go na fejsbuku. Jedna z dyskutantek napisała mianowicie, między innymi, tak:

 

(…) Czytam Pana teksty w których neguje Pan wszystko, co zrobiła w oświacie obecna ekipa. WSZYSTKO!!! Nie dostrzega Pan nic pozytywnego. NIC. (…)

 

Tak kategoryczna i pełna emocji wypowiedź poruszyła nieco moje sumienie, bowiem nie da się ukryć, że w publikacjach skierowanych przeciw reformie Zalewskiej rzeczywiście ograniczam się do krytyki, pomijając pozytywne aspekty działania obecnych władz. Wynika to z przekonania o ogromnej wadze szkód wyrządzonych w ciągu trzech ostatnich lat polskiej edukacji, dla których nie znajduję ani usprawiedliwienia, ani dostatecznej kompensaty. Trwając nadal w tym poglądzie, tym razem jednak – zgodnie z obietnicą daną Komentatorce – spróbuję wskazać pozytywy rządów pani minister Anny Zalewskiej w MEN.

 

 

 

Wycofanie obowiązku szkolnego dla dzieci sześcioletnich

Wiem, że bardzo wiele osób uważa to posunięcie za duży błąd z punktu widzenia potrzeb społeczeństwa i dobra samych małych dzieci. Ja natomiast uważam, że błędem było wprowadzenie obowiązku szkolnego dla sześciolatków w taki sposób, jak uczyniono to za kadencji pani minister Hall. Byłem i nadal jestem przekonany, że wyrównywanie szans edukacyjnych i inne korzyści wynikające z wczesnego rozpoczynania edukacji należy rozwiązać upowszechniając opiekę przedszkolną, obejmując ją subwencją państwową.[…]

 

Czytaj dalej »



Dla niektórych rok 1969 może kojarzyć się z premierą filmu „Pan Wołodyjowski”, dla innych z pomyślnym zakończeniem samotnego rejsu Leonida Teligi dookoła świata. Bezsprzecznie wszystkim – z pierwszym lądowaniem człowieka na Księżycu. Ale ja chcę dziś w tym, drugim w chronologicznej kolejności, eseju wspomnieniowego z cyklu „Moje lata . . . dziewiąte” przywołać z głębokiej pamięci cztery tygodnie, spędzone przed pięćdziesięcioma laty w harcerskim anturażu nad Bałtykiem, w miejscowości, wówczas mało komu znanej – w Poddąbiu.

 

 

Jednak nim przejdę do wspomnień z równie upalnego jak tegoroczne lato, sierpnia 1969 roku powinienem możliwie krótko zrelacjonować przynajmniej najważniejsze wydarzenia, które były moim udziałem w okresie tych dziesięciu lat, które minęły od wakacji 15-latka u wuja Hipolita do dni, które są treścią tego odcinka moich wspomnieniowych esejów. Aby nie rozbijać toku narracji – odsyłam po informacje na ten temat do załącznika – TUTAJ

 

Już po niespełna roku od powrotu do Łodzi z Gdyni, gdzie odbywałem moją niechcianą służbę w Marynarce Wojennej, po kilkumiesięcznej pracy w Komendzie Chorągwi Łódzkiej ZHP, od marca 1969, wróciłem do „mojego” poleskiego hufca ZHP, wybrany zastępcą komendanta tego hufca – na konferencji sprawozdawczo-wyborczej przez jego instruktorów.

 

I właśnie to co jest przedmiotem tych wspomnień miało być pierwszym, autorskim dziełem, które miało stać się moim „znakiem firmowym” w roli nowego wicekomendanta. A tym dziełem był obóz szkoleniowy dla ponad czterdziestoosobowej grupy nastoletnich harcerek i harcerzy – kandydatów do funkcji drużynowej/drużynowego drużyn harcerskich. Nie zuchowych tym razem!

 

Mając świadomość znaczenia tego wakacyjnego przedsięwzięcia, przygotowywałem się do niego już na wiele tygodni przed rozbiciem namiotów na skraju nadmorskiego lasu, na terenach – wtedy mało znanej w głębi kraju – wiosce Poddąbie, która do 1945 roku nosiło nazwę Neu Strand (Nowa Plaża). Zależało mi na tym, aby ten letni kurs drużynowych pod namiotami był niezależnym, kameralnym obozem (nie wchodzącym w skład większego zgrupowania) i by został zlokalizowany w atrakcyjnej, ale nie będącej kurortem, miejscowości.

 

Muszę w tym miejscu przypomnieć, że zaledwie 4 lata przed opisywanymi to zdarzeniami spędziłem 6 miesięcy w CSSMW w Ustce, gdzie nie tylko przebyłem typowe szkolenie dla rekrutów i złożyłem przysięgę wojskową, ale przede wszystkim byłem szkolony na operatora radiolokacji do pracy w jednostkach Marynarki Wojennej. I to dlatego, nieprzypadkowo, w maju 1969 roku, osobiście pojechałem na tzw. „zwiad kwatermistrzowski” do Ustki. Pierwsze kroki skierowałem do miejscowego nadleśnictwa, bo wszak obóz harcerski musi być w lesie. I tam pokazano mi bardzo dokładne mapy podległego im terenu i zasugerowano, że najodpowiedniejszą dla moich planów będzie lokalizacja właśnie w Poddąbiu. Jeszcze tego samego dnia dotarłem tam, pokonując ostatni odcinek drogi – z Machowinka do Poddąbia, w obie strony – pieszo. PKS-y jeszcze tam, poza sezonem, nie jeździły.

 

Foto: www.mojeurlopy.pl

 

Klifowy brzeg morza w Poddąbiu – jedyny widok, który od 1969 roku tam się nie zmienił…

 

Spodobało mi się tam, znalazłem konkretną łąkę, na której można było rozstawić namioty i obozową kuchnię, skąd niedaleko było do oficjalnego zejścia z wysokiego klifu na piękną szeroką, prawie dziką plażę, a przede wszystkim zawarłem wstępne porozumienie z kierownictwem jednego z (wtedy) dwu pobliskich zakładowych ośrodków kolonijno-wczasowych o prawie do (bezpłatnego) pobierania z ich studni głębinowej słodkiej wody dla potrzeb obozowej kuchni.

 

Minęły dwa miesiące i równo pół wieku temu, w ostatnim tygodniu lipca, stanął w wybranym przeze mnie miejscu obóz kursowy. Było tak jak sobie zaplanowałem: ok. czterdzieścioro uczestniczek i uczestników kursu, podzielonych na 5 zastępów, nieliczna kadra szkoleniowa, ratownik, kwatermistrz-zaopatrzeniowiec, księgowa i kucharka.

 

Foto: www.ustka.naszemiasto.pl

 

Schody na plażę w Poddąbiu. Wtedy były mniej eleganckie, ale z podobną ilością stopni…

 

Życie toczyło się w normalnym rytmie obozu harcerskiego: pobudka, zaprawa poranna (w naszym przypadku to truchcik do zejścia na plażę, tam klika ćwiczeń gimnastycznych, mycie w morzu, powrót po liczących kilkadziesiąt stopni schodach), ścielenie łóżek, apel z wciągnięciem flagi na maszt, śniadanie, blok zajęć przedpołudniowych (najczęściej praktycznych, ale także w formie „wykładu pod sosną”, obiad, relaks poobiedni, zajęcia sportowe, rekreacyjne (także plaża, kąpiel morska), kolacja… Wieczorem, na każdym obozie do tradycji należy ognisko, wokół którego siedzą harcerze, śpiewają piosenki, ktoś opowiada gawędę…

 

Ale nie tego roku z Poddąbiu… I nie tylko tam. Zapewne także na wszystkich obozach w północnej Polsce – bo od czerwca nie spadła tam ani kropla deszczu i nadleśnictwa wydały całkowity zakaz rozpalania ognisk w lesie…

 

Miała ta sytuacja swoje bardzo ważkie konsekwencje dla organizacji obozowych wieczorów. Nie wiem jak radzili sobie z tym zakazem komendanci innych obozów – pamiętam dokładnie czym ów zakaz zaowocował u nas, w Poddąbiu. Aby nie zubożyć obozowego życia o ten najbardziej więzotwórczy element jakim jest harcerskie ognisko, zdecydowałem, aby w specjalnym namiocie „świetlicowym”, przygotowanym na dni deszczowe, zamocować w jego centralnym miejscu świecznik, za który robił znaleziony na plaży, wypłukany przez morskie fale, odwrócony korzeniami ku górze, pieniek drzewa. Jego przycięte korzenie stały się ramionami tego świecznika, a do nich przymocowaliśmy świece… I przy ich blasku, jak wokół ogniska, gromadziliśmy się każdego wieczora.

 

Czytaj dalej »



Foto: www.uml.lodz.pl/aktualnosci/

 

Tomasz Trela, wiceprezydent Łodzi informuje dziennikarzy o bezpłatnych korepetycjach z matematyki dla maturzystów.

 

 

W poniedziałek, 29 lipca, rozpoczynają się bezpłatne korepetycje z matematyki dla maturzystów, którzy w sierpniu będą zdawać egzamin poprawkowy.

 

Zajęcia są bezpłatne, nie wymagają zapisów ani zameldowania w Łodzi, zapraszamy także uczniów z miast naszego regionu. Warto dodać, że uczestnicy miejskich korepetycji w latach poprzednich mieli imponującą, bo ponad 80-procentową zdawalność poprawek.

 

Te korepetycje dla maturzystów to już nasza łódzka tradycja, zachęcam i w tym roku do udziału w zajęciach, na których uczeń decyduje o omawianych zagadnieniach a nauczyciel tłumaczypowiedział Tomasz Trela, wiceprezydent Łodzi. – Wzorem lat ubiegłych korepetycje są z matematyki, bo ten przedmiot nadal sprawia kłopoty a i uczniowie są nim najbardziej zainteresowani. Zapraszam chętnych z Łodzi ale też z innych miast, pomożemy zrozumieć co niezrozumiałe.

 

Zajęcia będą odbywały się w siedzibie Centrum Kształcenia Zawodowego i Ustawicznego przy ul. Żeromskiego, w poniedziałki, środy i piątki w godzinach 9 – 13. Początek 29 lipca, a ostatnie są zaplanowane na 9 sierpnia. Codziennie są trzy grupy, uczniowie mogą dowolnie wybierać dni, grupy, nauczycieli oraz godziny zajęć w których chcą uczestniczyć. […]

 

Szczegółowe informacje można uzyskać w sekretariacie CKZiU pod nr tel. 42 637 72 78

 

Źródło: www.www.uml.lodz.pl

 

 

O tej inicjatywie poinformował także „Dziennik Łódzki” w artykule Macieja Kałacha ”Matura 2019. Darmowa pomoc dla absolwentów z województwa łódzkiego, których w sierpniu czeka poprawka z matematyki”. Znalazła się tam jeszcze dodatkowa informacja:

 

Konkurencyjną ofertę ma Społeczna Akademia Nauk (SAN) w Łodzi. Ta niepubliczna uczelnia także zaprasza pechowców z maja na bezpłatny kurs. Zapisy trwają do 30 lipca. SAN informuje, że pierwsze spotkanie w ramach kursu jest wyznaczone na 1 sierpnia. Każde z dziewięciu takich spotkań potrwa trzy godziny.

 

Źródło: www.dzienniklodzki.pl



Foto: www.zspbialobrzegi.edu.pl

 

 

Portal Prawo.pl zamieścił informację o najnowszej inicjatywie posłów PiS – nowelizacji ustawy „Prawo oświatowe”, polegającej na przekazaniu MON prawa do merytorycznego nadzoru nad realizacją programu przedmiotu „edukacja wojskowa”. Oto fragmenty tego materiału:

 

 

[…] Sejm uchwalił nowelę Prawa oświatowego wniesionym przez posłów PiS. Zmiany mają określić status klas mundurowych w szkołach i zapewnić Ministerstwu Obrony Narodowej większy wpływ na ich organizowanie. […] Ustawa wprowadzi nowy rodzaj klas – oddziały przygotowania wojskowego w wyliczeniu szkół ponadpodstawowych. Będzie to oddział szkolny, w którym są prowadzone zajęcia z zakresu edukacji wojskowej, zorganizowany zgodnie z wytycznymi resortu obrony. […]

 

Dalej dowiadujemy się, że po wprowadzeniu tych zmian absolwenci tych nowych klas „wojskowych” będą mieli ułatwienia w rekrutacji do wojska a także w przypadku aplikowania do uczelni wojskowych. Po odbyciu przez nich skróconej służby przygotowawczej i złożeniu przysięgi staną się żołnierzami rezerwy. A oto końcowy fragment przytaczanej informacji:

 

Klasy wojskowe i policyjne już od dawna funkcjonują w niektórych liceach, ich istnienie nie ma natomiast odpowiedniego oparcia w przepisach. Jak tłumaczą autorzy projektu, MON nie ma realnego wpływu na to, w jaki sposób prowadzi się zajęcia w klasach mundurowych. W świetle obowiązującego prawa resort może oferować pewien zakres wsparcia (np. pomoc w realizacji zajęć, programy szkolenia młodzieży, szkolenie nauczycieli), ale nie może określać standardów i egzekwować ich spełnianie.

 

Po zmianach uprawnienia w tym zakresie przyzna MON ustawa, zasady uregulowane zostaną w rozporządzeniu. Autorzy projektu postulują również wyodrębnienie przedmiotu specjalistycznego: „edukacja wojskowa”. Ich zdaniem umożliwi to zorganizowanie kształcenia klas mundurowych na wzór analogiczny do oddziałów sportowych w szkołach ogólnodostępnych. Teraz edukacja wojskowa jest częścią edukacji dla bezpieczeństwa, co utrudnia elastyczne kształtowanie programu.

 

 

Cała informacja „Klasy mundurowe pod kontrolą MON”    –    TUTAJ

 

 

Źródło: www.prawo.pl/oswiata/

 

 

Komentarz redakcji:

A co z tymi klasami, w których uczniowie wolą mundur policjanta lub strażaka?

 

Czytaj dalej »



Foto: screen ze strony www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju

 

Minister Edukacji Narodowej Dariusz Piontkowski. Co on robił na święcie policji?

 

Poniżej zamieszczamy informację ze strony TVN24, która nie wymaga komentarza:

 

[…] W sobotę po południu ulicami Białegostoku po raz pierwszy przeszedł Marsz Równości. Przejście uczestników marszu kilkakrotnie próbowali zablokować kibice, policja musiała użyć gazu. W uczestników rzucano kamieniami, jajkami i petardami. Wiceszef MSWiA Jarosław Zieliński poinformował, że zatrzymanych zostało 25 osób.

 

Sprawę skomentował w rozmowie z TVN24 minister edukacji Dariusz Piontkowski. Tego typu marsze, wywoływane przez środowiska próbujące forsować niestandardowe zachowania seksualne, budzą ogromny opór nie tylko na Podlasiu, także w innych częściach Polski. W związku z tym warto się zastanowić, czy w przyszłości tego typu imprezy powinny być organizowane – powiedział. Jego zdaniem, tego typu marsze „powodują zamieszki, a mogą powodować zagrożenie zdrowia wielu przygodnych obywateli. Trzeba się poważnie zastanowić, w jaki sposób rozwiązać ten problem – mówił.[…]

 

Cały materiał „Minister edukacji o marszach równości: warto się zastanowić czy powinny być organizowane”, w tym krótka relacja filmowa z sobotnich wydarzeń w Białymstoku i wypowiedź ministra Piontkowskiego na ten temat   – TUTAJ

 

 

Źródło: www.tvn24.pl



Poprzedni felieton zakończyłem słowami: „Do kolejnego felietonu – już wiem o czym on będzie”. I to prawda – już przed tygodniem „chodził za mną” temat, dla którego miałem już nawet tytuł:

 

Wszyscy klną na skutki deformy edukacji, ale są i tacy, którzy mają za co być jej wdzięczni!

 

A więc zaczynam – od przypomnienia pewnego szczegółu, którym już przed dwoma laty mało kto się zajmował. Mam na myśli dalsze losy edukacyjne ostatnich uczennic i uczniów pierwszych klas gimnazjów, którzy nie otrzymali promocji do klasy drugiej, a którzy z powodu wygaszania tego typu szkoły, czyli nie tworzenia następnych klas pierwszych, zostali cofnięci do szkół podstawowych (które już raz ukończyli – przed rokiem) i tam kontynuowali naukę w klasach siódmych – razem ze swoimi młodszymi o rok koleżankami i kolegami. Nie był to oczywiście statystycznie znaczący problem, ale…

 

We wrześniu 2017 roku, w trybie prośby o dostęp do informacji publicznej, o którą wystąpiłem do Wydziału Edukacji UMŁ, otrzymałem już po kilku dniach tabelę, z której mogłem dowiedzieć się, że w 42 łódzkich gimnazjach promocji do klasy drugiej nie otrzymało 160 uczniów (płci obojga). Na tę liczbę złożyły się przypadki braku promocji w 35 szkołach, gdyż w 7 gimnazjach zdali do drugiej klasy wszyscy uczniowie klas pierwszych. Ale i w szkołach, w których zdarzyły się przypadki repetentów sytuacja była bardzo zróżnicowana: w 6 gimnazjach nie zdał tylko jeden uczeń, w 5-u – po dwie osoby nie otrzymały promocji, w 4-ech – było takich po 3 osoby, w 6-u – po 5 osób, zaś w 4-ech gimnazjach – to 6 lub 7 osób, które musiały wrócić do podstawówek.. Ale były także 3 gimnazja, w których promocji do drugiej klasy nie otrzymało po 11 uczniów i 2 gimnazja z 9-oma osobami bez promocji.

 

Rodzi się pytanie: czy to dużo czy mało? Według danych z Systemu Informacji Oświatowej (SIO)* w roku szkolnym 2016/2017 we wszystkich klasach I gimnazjów dla młodzieży (bez szkół specjalnych) promocji do klasy II nie otrzymało 8 800 uczniów.

 

To właśnie oni, jeśli to traumatyczne przeżycie z czerwca 2017 roku podziałało na nich mobilizująco, zdając przed rokiem do klasy VIII – zakładam że w przeważającej większości – ukończyli w tym roku szkolnym podstawówkę – aplikowali do szkół średnich i, zapewne w ostateczności, do szkół branżowych. W tej rekrutacji spotkali się ze swoimi kolegami z ówczesnej klasy pierwszej gimnazjów, czyli DZIĘKI REFORMIE ZALEWSKIEJ nie stracili roku w swej ścieżce edukacyjnej!

 

Sytuacja powtórzyła się po roku. W Łodzi z drugiej do trzeciej klasy promocji nie otrzymało 138 gimnazjalistów*. I oni także (od 1 września 2018 roku) wrócili do szkół podstawowych – do VIII klas i także w tym roku zostali absolwentami, walczącymi o miejsca w szkołach ponadpodstawowych, równolegle ze swymi byłymi kolegami gimnazjalistami. Zakładam, że w skali Polski było takich osób także niewiele mniej niż w roku 2017 i przyjmuję, że było ich około 8 000. W sumie daje to liczbę ponad 16 tysięcy „szczęściarzy”, którzy mają za co dziękować pomysłodawcom, inicjatorom i wykonawcom deformy polskiej edukacji.

 

Może ta liczba jest nieprecyzyjna. Może. Ale to znaczy, że w tysiącach liczy się tych, którzy w gimnazjach nie garnęli się zbytnio do nauki i tylko dzięki likwidacji gimnazjów nic na tym nie stracili. A to znaczy, że w ok. szesnastu tysiącach domów ich rodzice mają za co być wdzięczni „Dobrej Zmianie”. A to znaczy, że może ich być nawet 30 tysięcy – potencjalnych wyborców!

 

A wybory tuż tuż…

 

Napisałem o o tym niezauważanym przez nikogo zjawisku tak trochę z przekory: żeby nie było, że nie ma nikogo, kto ma powody aby się cieszyć podczas tegorocznej rekrutacji do szkół ponadpodstawowych.

 

Na koniec jeszcze jeden ważny szczegół tej sytuacji. Ci z „bohaterów” tego felietonu którzy dostali się do liceów i techników, jeśli dotąd sobie tego nie uświadomili, wkrótce do tego dojdą, że i tak stracą jeden rok w uczniowskim życiu, gdyż w liceum i w technikum będą uczyli się o rok dłużej niż ich byłe koleżanki i koledzy z gimnazjów.

 

Ale za to nie będą z nimi konkurowali o miejsca w szkołach wyższych. I – zdaniem twórców zreformowanych podstaw programowych – będą o wiele lepiej naumiani…

 

 

Włodzisław Kuzitowicz

 

 

*Źródło: Portal Samorządowy

 

**Podaję za publikacją z łódzkiego dodatku „Gazety Wyborczej”



Foto:www.facebook.com/ceknazubardzkiej/

 

Dr Dobrosław Bilski

 

Wczoraj na portalu Prawo.pl zamieszczono zapis wywiadu, jakiego Beacie Imielskiej udzielił dr Dobrosław Bilski, który na swym fejsbukowym profilu zainicjował 6 lipca akcję zbierania podpisów pod pozwem zbiorowym rodziców – absolwentów tzw. „podwójnego rocznika”. Oto fragmenty tego wywiadu:

 

 

Beata Igielska: Córka dostała się do liceum, ale jak rozumiem, z pozwu Pan nie rezygnuje?

 

Dr Dobrosław Bilski, wykładowca akademicki z Łodzi, pedagog, ojciec dziecka z podwójnego rocznika: Nie. Powody, dla których pozew powstaje, dotyczą nie tylko rekrutacji. Chcemy solidnie udokumentować szkody, jakie poniosły dzieci z podwójnego rocznika. To dość skomplikowane. Wyniki rekrutacji są dowodami sztywnymi i łatwymi do zebrania. Ale to nie są jedyne szkody, jakie chcemy udokumentować.[…]

 

 

O jakich szkodach mówimy? Jak chcą je Państwo dokumentować?

 

Przed nami uzyskanie prejudykatu, gdy uda nam się wskazać, jakie organy państwa złamały prawa tych dwóch roczników wynikające z konstytucji, ustaw, międzynarodowych konwencji. To nie jest wcale takie proste.

 

 

Trudno ustalić, kto winien: MEN, który stworzył ustawę o zmianie ustawy o systemie oświaty, Sejm, który ją przyjął czy prezydent, który podpisał?

 

To moje kluczowe pytania. Obecnie prawnicy podpowiadają nam, że winę za ten stan ponosi organ prawodawczy, więc parlament. Ale na to nakłada się ustawa o zmianie ustawy. Sytuacja nie jest do końca czytelna. Dlatego obecnie postępujemy zgodnie ze wskazówkami prawników: wskazujemy listę szkód, ustalamy organ ponoszący za nie odpowiedzialność. Potem musimy udowodnić te szkody. Dopiero, kiedy sąd uzna dowody wskazujące, że doszło do naruszenia praw uczniów z podwójnego rocznika, pojawi się możliwość indywidualnego dokumentowania szkód i występowania o odszkodowanie finansowe. Artykuł 77 Konstytucji RP nie ogranicza szkód wyłącznie do materialnych, zatem mogą to być szkody niematerialne. Te ostatnie trudno wycenić, będzie to musiał zrobić sąd.

 

 

O jakiego rodzaju szkodach mówimy?

 

Czytaj dalej »