Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'

Wczoraj wieczorem Robert Sowiński zamieścił na swoim fb-profilu tekst, w którym informuje o najnowszym – już 302 – odcinku podcastu z serii EduKOSMOS, w którym można wysłuchać rozmowy Anny i Roberta Sowińskich z Dorotą Dziamską o proponowanej przez MEN reformie edukacji. Oto ten tekst i link do owego odcinka:

 

 

Czy polska szkoła właśnie wchodzi w najbardziej ryzykowny moment od lat,

a nauczyciele mają zostać jedynie wykonawcami cudzych scenariuszy?

 

To była jedna z trudniejszych i jednocześnie bardzo ważnych rozmów. Dlaczego tak piszę? Bo łatwo rozmawiać o czymś co było, oceniać kogoś, kiedy już wiemy jakie efekty przyniosły jego działania. W kwestii proponowanych zmian w systemie edukacji w Polsce cały czas jesteśmy z naszymi domysłami, widząc co chwila nowe informacje. Dlatego zaprosiliśmy do rozmowy Dorotę Dziamską, ekspertkę, którą cenimy za to, co dotąd zrobiła nie tylko w obszarze podstaw programowych edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej, które pojawiły się po przemianie ustrojowej.

 

 

W najnowszym odcinku EduKOSMOS rozmawiając o proponowanej reformie edukacji 2026, staramy się unikać sloganów, politycznej narracji, za to udało nam się uzyskać odpowiedzi oparte na wiedzy, doświadczeniem i z odwagą nazywania rzeczy po imieniu.

 

Znajdziecie w niej też wątki o realnych konsekwencjach nowych podstaw programowych, odbieraniu nauczycielom autonomii „krok po kroku”, niebezpiecznym pomyśle profilu absolwenta i obowiązkowych zdarzeń edukacyjnych, dehumanizacji edukacji i znikaniu dziecka z centrum szkoły.

 

Jeśli jesteś nauczycielem, dyrektorem lub pedagogiem i chcesz rozumieć, co naprawdę nadchodzi, a nie tylko „wdrażać kolejne zmiany”, zapoznaj się z tym odcinkiem aby poznać i tę perspektywę.

 

Posłuchaj zanim ktoś zdecyduje za Ciebie.

 

 

 

Podcast „Czego nie widać w projekcie REFORMY EDUKACJI 2026? – Dorota Dziamska”   –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/sowinski.robert/

 



 

Wczoraj, w Gdańskim Centrum Solidarności, odbyła się godna odnotowania na OE konferencja, zatytułowana „Dlaczego chcieliśmy zmieniać świat? Historie twórców szkół z lat 1989–1995”.

 

 

 

 

Rozmowa z Marią Kotowską, Dyrektorką Biura Zarządu Towarzystwa Przyjaciół I Społecznego Liceum Ogólnokształcącego, organu prowadzącego Zespół Szkół „Bednarska” im. Maharadży Jam Saheba Digvijay Sinhji  o projekcie  –  TUTAJ

 

 

 

Informacje o konferencji i jej program  –  TUTAJ

 

 

 

 

Dlaczego chcieliśmy zmieniać świat? Historie twórców szkół z lat 1989–1995.

Historie twórców szkół z lat 1989–1995” 

 

Plik YoyTube  [6h 37′ 51″] –  TUTAJ

 



Dzisiaj proponuję nie tylko tekst, ale i audio-video, z fb-profilu dr Marzeny Żylińskiej:

 

 

Można czekać na kogoś, kto zmieni system edukacji, ale można też wziąć sprawy w swoje ręce i zacząć od zmian we własnej szkole. Jeśli chcecie zobaczyć, jakie są efekty takich oddolnych zmian, zapraszamy  do Strzyżowic*.

 

*Wieś Strzyżowice  – więcej informacji  –  TUTAJ

 

 

 

Plik Audio Video  –  TUTAJ

 

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/marzena.zylinska?

 



Nowy tydzień zaczynam od „starego” tematu. Zdecydowałem się zamieścić obszerne fragmenty tekstu, jaki kolega dyrektor Jarosław Pytlak zamieścił w minioną sobotę na swoim blogu, gdzie wyraził swoje stanowisko wobec „incydentu z Kielna”, gdzie – wedle pierwszych doniesień medialnych –  nauczycielka miała wyrzucić krzyż do śmietnika i w ten sposób obrazić uczucia religijne. Zapraszam do lektury – także pełnej wersji – po kliknięciu w zamieszczony link:

 

 

Nauczyciel – zawód wyjątkowego ryzyka

 

Od pewnego czasu noszę się z zamiarem napisania artykułu na temat wyjątkowości zawodu nauczyciela. Nie po to, by nadymać się jego ważnością czy unikalnością, ale by wyjaśnić pewne zjawiska, które u osób postronnych mogą budzić zdziwienie. Na przykład: zdumiewającą pokorę, z jaką nauczyciele od lat godzą się na fatalne warunki płacowe oraz na dokładanie im obowiązków bez rekompensaty finansowej i bez względu na to, czy są one w ogóle możliwe do realizacji. Laika może też zastanawiać, dlaczego tak wielu nadal trzyma się zawodu, mimo ciągłych reform, wymyślanych przez polityków w oderwaniu od potrzeb i możliwości, albo negatywnej retoryki obecnych władz, ukazującej szkołę jako miejsce opresji, a nauczycieli jako siewców przemocy, przed którymi należy bronić uczniów za pomocą kolejnych aktów prawnych i instytucji. […]

 

Dzisiaj będzie o wyjątkowości zawodu nauczyciela od mrocznej strony. Nauczyciel pracuje z uczniami. Codziennie podejmuje bardzo wiele decyzji, czasem trafnych, czasem mniej trafnych. Te decyzje rzutują zarówno na tok i skuteczność nauki, jaki i relacje z uczniami i ich rodzicami. W obecnych warunkach każda z nich może okazać się fatalnym krokiem na polu minowym. Wszystkie są nieustannie recenzowane. Każda może urazić, przynieść prawdziwą lub domniemaną szkodę dziecku i wywołać w tym kontekście gniewną reakcję rodziców. Może też – to nowość – urazić ich samych. Aby doszło do tego ostatniego, nie trzeba już nawet wniosku o założenie niebieskiej karty, który niemal zawsze jest „niesprawiedliwy i oburzający”, choć złożenie go jest obowiązkiem nauczycieli, gdy widzą w rodzinie znamiona przemocy. Teraz wystarczy niezgodny z oczekiwaniami komunikat na temat dziecka. Nawet motywowany szczerą troską. Uczniowie też czasem biorą udział w tej grze. Potyczka z nauczycielem z pozycji skrzywdzonego staje się elementem rówieśniczego współzawodnictwa o prestiż. Na solidarność osób dorosłych, lub choćby tylko zrozumienie, że kierowanie się dobrem dziecka nie oznacza obowiązku nauczyciela usuwania mu z drogi wszelkich trudności i afirmacji każdego zachowania, nie można już liczyć.[…]

 

Być może Czytelnik domyśla się, że do napisania tego artykułu skłonił mnie incydent z Kielna, gdzie wedle pierwszych doniesień medialnych nauczycielka miała wyrzucić krzyż do śmietnika. Zostało to nagłośnione przez polityczne ugrupowania opozycyjne, pod pretekstem obrony uczuć religijnych. Pozornie wszystko się zgadza: krzyż na ścianie, nauczycielka obsadzona w roli czarnego charakteru, dzielni uczniowie broniący wiary, zyskujący wsparcie niektórych rodziców, a potem całej czeredy prawicowych polityków rozmaitego sortu. W efekcie prokuratura, zawieszenie nauczycielki w obowiązkach, skarga do kuratorium. Rzecz będzie się toczyć, choć z wyjaśnień obwinionej wynika, że nie był to krzyż, tylko zabawka, którą uczniowie bawili się podczas lekcji, bez żadnego szacunku, którego można by oczekiwać dla symbolu religijnego.

 

Byłem zażenowany, czytając wypowiedzi domorosłych Katonów potępiających nauczycielkę. Mało kto, przynajmniej na początku, dzielił się przekonaniem, że żaden nauczyciel w Polsce nie pozwoliłby sobie na jawną profanację krzyża, a jeśli już nawet, byłby to wypadek incydentalny, który powinien zostać załatwiony przez uprawnione służby.

 

Nie wiem, czym zakończy się ta sprawa, w której nauczycielka najwyraźniej padła ofiarą pola minowego, jakim jest dzisiaj szkoła. Oburza mnie ton doniesień medialnych, niebiorących pod uwagę, że w grze pomiędzy uczniami a nauczycielami są zawsze dwie strony. Oburza mnie postawa polityków opozycji, którzy osądzili i skazali nauczycielkę w atmosferze wiecu, nie czekając na rozstrzygnięcie sprawy przez kompetentne organy. Niestety, oburza mnie także postawa ministry Nowackiej, która nie skorzystała z okazji, by zachować się przyzwoicie. Powiedziała w mediach:Bez względu na to, w co kto wierzy, to każdy ma prawo do poszanowania godności swojej wiary. To wydaje mi się fundamentalne i nauczyciele o tym doskonale wiedzą. Mają oni obowiązek pokazywania dzieciakom wartości i dbałości o wartość i o szacunek”. Zachowanie nauczycielki oceniła jako niedopuszczalne żadną normą społeczną. „- To błąd, który nie powinien mieć miejsca w szkole„.

 

Tak, Pani Minister, nauczyciele wiedzą o tym, że każdy ma prawo do poszanowania godności swojej wiary. Najwyraźniej jednak Pani nie wie, że też powinna szanować godność ludzi. Pani obowiązkiem było oświadczyć, że nie będzie oceniać postępowania nauczycielki, dopóki o ewentualnej winie nie rozstrzygną właściwe organy. I wskazać, że medialny lincz nie służy nikomu i niczemu, a już na pewno szkole. Jest coś takiego, jak domniemanie niewinności, które Pani pogwałciła, po raz kolejny dając dowód, że nie liczy się Pani z dobrem nauczycieli, których praca jest dzisiaj trudniejsza niż kiedykolwiek. Wiele błędów nie powinno mieć miejsca w szkołach, ale każdy, zanim zostanie wskazany i potępiony, zasługuje na rzetelne wyjaśnienie.

 

Nauczyciel to zawód wyjątkowy. Dzisiaj – wyjątkowego ryzyka. Z tego względu jest ogromna potrzeba, by na czele Ministerstwa Edukacji stał ktoś, kto prezentuje elementarne zrozumienie obecnej sytuacji, i wie, że kluczem do lepszej szkoły jest szacunek.

 

Na dwóch szalach społecznej wagi leżą dzisiaj dwie wyjątkowości zawodu nauczyciela. Niestety, ta mroczna najwyraźniej zaczyna przeważać.

 

P.S. Siedem lat temu opublikowałem artykuł pt. „Nagonka pospolita polska”. Opisałem w nim medialny lincz na nauczycielce, sprowokowany w internecie przez jednego sfrustrowanego rodzica. Teraz medialny lincz stał się rutynową formą działania polityków. I to jest ogromny problem społeczny, który uderza także w szkoły

 

 

 

Cały tekst „Nauczyciel – zawód wyjątkowego ryzyka”  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/

 



Zapraszam (i polecam) na dzisiejszą sobotnią lekturę zdo amieszczonego wczoraj na blogu „Pedagog” tekstu prof. Bogusława Ślierskiego, w którym – na podstawie danych z raportów OECD – proponuje odpowiedzi na tytułowe pytanie „Po co polskiemu państwu nauczyciel”. Nie podjąłem się dokonania wyboru fragmentów tego obszernego tekstu, dlatego zamieszczam go bez skrótów:

 

 

Po co polskiemu państwu nauczyciel?

 

Pytanie „Po co państwu nauczyciel?” ma zachęcać do refleksji. Oficjalne odpowiedzi władz resortowych brzmią bowiem jak dobry slogan: „kształcenie przyszłych pokoleń”, „budowanie społeczeństwa wiedzy”, „przygotowywanie do wyzwań XXI wieku”, „zadbamy o prestiż zawodu” itp. Gdy jednak przyjrzymy się uważnie temu, jak władze państwowe wszystkich formacji politycznych traktowały i nadal traktują nauczycieli, dostrzegamy brutalną prawdę. Sloganami nauczyciele nie utrzymają swoich rodzin i nie będą inwestować we własny rozwój zawodowy.

 

Niemalże codziennie czytam na jednym z portali internetowych wypowiedzi nauczycieli: „Młodzi uciekają, starsi myślą o wcześniejszych emeryturach, a my zostajemy coraz bardziej zmęczeni i samotni w tej pracy”. W ich głosach słychać nie tylko frustrację, ale i poczucie bezradności, a przecież to nie jest zwykłe narzekanie, ale relacja profesjonalistów, którzy czują się na granicy wytrzymałości.

 

Anatomia hipokryzji w liczbach

 

Raport OECD „Education at a Glance 2025” bezlitośnie demaskuje polską rzeczywistość. Polscy nauczyciele szkół podstawowych zarabiają 15% mniej niż inni pracownicy z wykształceniem wyższym  – blisko średniej OECD wynoszącej 17% mniej. Może wydawać się, że jest nieźle, dopóki nie spojrzymy na szczegółowe dane.

 

Młodzi nauczyciele w wieku 25-34 lata zarabiają w Polsce jedynie 79% tego, co podobnie wykształceni pracownicy, co plasuje tę grupę zawodową na 21. miejscu spośród 27 krajów OECD OECD. Wniosek jest jasny, państwo polskie nie chce młodych, ambitnych ludzi w zawodzie nauczycielskim.

 

Dane są jeszcze bardziej przygnębiające, gdy spojrzymy na strukturę wiekową tej profesji. W polskich szkołach podstawowych zaledwie 4,6% nauczycieli ma mniej niż 30 lat, toteż  zajmujemy 38. miejsce na 39 krajów OECD. W klasach 7-8 (odpowiednik dwóch pierwszych klas gimnazjów na Zachodzie) jest jeszcze gorzej: tylko 3,7% młodych nauczycieli (34. miejsce na 36), a w liceach – 3,9% (36. miejsce na 39) OECD. Nie jest to przypadkowe, ale systemową katastrofą, do której doprowadziła likwidacja gimnazjów zamiast doskonalić poprzedni ustrój szkolny m. in. wprowadzając obok gimnazjum co najmniej jeden typ szkoły ponadpodstawowej a edukującej prozawodowo (były już licea techniczne, ale też je zlikwidowano).

 

Ekonomia cynizmu

 

Polskie państwo potrzebuje nauczycieli tak, jak każda fabryka potrzebuje gospodarza, ale nie po to, by edukować młode pokolenia na najwyższym poziomie, lecz by pilnować, aby nic się nie działo poza kontrolą MEN, MNiSW i prorządowych związków zawodowych. Wydatki na edukację wynoszą w Polsce 4,1% PKB, zaś średnia krajów należących do OECD wynosi 4,7% (OECD). Różnica ponad pół punktu procentowego PKB w przypadku Polski oznacza kilkadziesiąt miliardów złotych rocznie.

 

Gdy państwo systematycznie nie inwestuje w edukację, a jednocześnie pozwala w ustawie „Prawo oświatowe” możliwość zastąpienia wykształconego nauczyciela każdą osobą z przysłowiowej „ulicy”, to komunikuje wprost, że specjalistyczne przygotowanie pedagogiczne (w tym dydaktyczne)  i psychologiczne jest zbędne. Od 1993 roku jest to celowa strategia polityczna. Nie bez powodu zlikwidowano w uniwersytetach zakłady kształcenia nauczycieli, odstąpiono od zróżnicowania studiów na nauczycielskie i kierunkowe, akademickie.

 

Paradoks kompetencji jest potwierdzony międzynarodowo. 

 

Edukacja ma sens, jeśli wymaga się w szkolnictwie ogólnodostępnym i akademickim najlepszych umysłów. Singapur płaci nauczycielom jak bankowcom i w jednym pokoleniu przeskoczył z tzw. Trzeciego do Pierwszego Świata. Finlandia traktuje nauczycieli jak lekarzy, toteż osiągnęła najlepsze wyniki edukacyjne w Europie. Znakomicie troszczą się władze polityczne o nauczycieli w Estonii. Polska nie płaci godnie nauczycielom, więc ma rezultaty odpowiadające wycenie ich pracy.

 

Dane raportu OECD z 2023 roku pokazują, że w całej Europie „nauczyciele z wykształceniem wyższym zarabiają między 81% a 95% pensji swoich odpowiedników w innych zawodach” (Csee-etuce). W krajach takich jak Holandia, Luksemburg, Polska i Portugalia nauczyciele na najwyższym szczeblu zarobkowym zarabiają około 50% więcej niż młodzi nauczyciele (Csee-etuce). Logika jest nieubłagana: społeczeństwo, które chce kształcić elity, musi samo składać się z elit.

 

Funkcja rzeczywista vs. deklarowana

 

Po co więc polskiemu państwu nauczyciel? Na poziomie operacyjnym jest niezbędny do realizacji konstytucyjnego obowiązku zapewnienia dzieciom do 18 roku życia dostępu do bezpłatnej edukacji. Tyle i tylko tyle. Nauczyciel w Polsce to nie pedagog, ale dozorca partiokratycznego systemu, którego zadaniem jest pilnowanie, aby nauczyciele nie wyrwali się związkom zawodowym i partii władzy z przypisanej im submisyjnej roli zawodowej.

 

Dane OECD bezlitośnie to potwierdzają: najniższe nakłady, najgorsze warunki, najstarsze kadry w całej Europie. W świetle danych OECD działalność dydaktyczna stanowi średnio tylko 44% czasu pracy nauczycieli. W Austria, Polsce i Turcji nauczyciele spędzają około 35% całego obciążenia pracą na nauczaniu (tzw. godziny przy tablicy – Csee-etuce), resztę czasu pochłaniają zadania administracyjne, przygotowanie lekcji, sprawdzanie prac domowych, szkolenia i udział w zebraniach.

 

Nauczyciel stał się wykonawcą usługi publicznej o charakterze masowym, jak urzędnik w ZUS-ie czy kontroler biletów. Na poziomie symbolicznym służy do podtrzymania złudzenia, że państwo dba o przyszłość młodych pokoleń. Bez nauczycieli w szkołach trudno byłoby tłumaczyć społeczeństwu, dlaczego pokrywa koszty edukacji płacąc podatki państwu.

 

Logika systemu w działaniu

 

OECD potwierdza, że „zawód nauczyciela jest mniej atrakcyjny niż inne zawody. Utrzymuje się trend spadkowy wynagrodzeń nauczycieli na przestrzeni lat” (Csee-etuce). System działa dokładnie tak, jak został zaprojektowany. Jego celem nie jest tworzenie myślących obywateli, bo to byłoby niebezpieczne dla sprawujących władzę. Nie jest też nim rozwijanie talentów, bo to byłoby kosztowne i nieprzewidywalne. Ważniejsza jest w  ustroju szkolnym jego funkcja administracyjna, niż pedagogiczna, kontrolna, niż twórcza, reprodukcyjna niż innowacyjna.

 

Do realizacji socjalizacji w duchu posłuszeństwa, opanowania podstawowych umiejętności technicznych i przygotowania do funkcjonowania w gospodarce opartej na taniej sile roboczej nie jest potrzebny jak najlepiej wykształcony specjalista-nauczyciel, gdyż taki jest wręcz niepożądany. Może zadawać niewygodne pytania, inspirować uczniów do krytycznego myślenia, wykazywać tę niebezpieczną cechę, którą Kurt Singer nazywał odwagą cywilną.

 

Kto kształci prawdziwe elity?

 

Prawdziwą ironią jest to, że polskie elity kształcą się pomimo systemu, a nie dzięki niemu. W szkołach prywatnych, na korepetycjach, za granicą, w domach rodzinnych, gdzie część rodziców sama przejęła funkcję edukacyjną. Państwowy, bo przecież nie w pełni publiczny, system szkolny w Polsce pełni rolę nie tyle kształcenia elit, co ich selekcji. Ci, którzy potrafią się przed nim obronić, mają szansę na sukces.

 

Najnowsze dane OECD z 2025 roku potwierdzają, że kryzys retencji nauczycieli dotyka nie tylko Polski. W Anglii prawie 10% nauczycieli opuściło zawód w ostatnim analizowanym roku. Jest to ponad trzykrotnie więcej niż we Francji i Irlandii (National Education Union). Raport OECD podkreśla, że „kadra nauczycielska w kształceniu zawodowym starzeje się: średnio 43% nauczycieli w kształceniu zawodowym na poziomie szkół średnich miało 50 lat lub więcej w 2021 roku, w porównaniu z 41% w 2013 roku” (Csee-etuce).

 

Społeczeństwo, które systematycznie deprecjonuje wiedzę i kompetencje, płaci za to odpływem młodej inteligencji, niską innowacyjnością, problemami z konkurencyjnością gospodarczą, a są to koszty długoterminowe, które dotkną kolejne pokolenia.

 

Czy nie ma alternatywy? 

 

Czy mogłoby być inaczej? Teoretycznie, tak, praktycznie wymagałoby to zmiany całej filozofii państwa: od radykalnie wyższego poziomu finansowania edukacji i nauki po kulturę polityczną. Wymagałoby to uznania, że inwestycja w najlepsze umysły to priorytet narodowy, a nie zbędny wydatek, a w związku z tym należałoby traktować nauczycieli jak architektów przyszłości, a nie jak dozorców teraźniejszości.

 

Czy polskie społeczeństwo jest na to gotowe? Historia i dane OECD sugerują, że wolimy narzekać na wyniki niż płacić za dotychczasowe deformy edukacji. Być może polskie społeczeństwo ma rozwijać się nie na wiedzy, mądrości, ale na jałmużnie?

 

 

 

Źródło: www.sliwerski-pedagog.blogspot.com

 



Oto obszerne fragmenty tekstu Bogdana Bugdalskiego, zamieszczonego wczoraj na Portalu dla Edukacji, i link do jego pełnej wersji:

 

 

Oświata potrzebuje twardych decyzji. Rok 2026 powinien być decydujący

 

Według Marka Wójcika jest kilka obszarów, których poprawienie pozwoli na zmniejszenie wydatków na oświatę, a jednocześnie na poprawę jakości usług edukacyjnych. Przedstawiciel samorządu twierdzi, że one wszystkie są możliwe do spełnienia, wystarczy chcieć. […]

 

Zgodnie z porozumieniem, jakie w 2024 roku – przy okazji opiniowania prac, a potem opiniowania nowej ustawy o dochodach jednostek samorządu terytorialnego – strona samorządowa zawarła z rządem rok 2026 zapowiada się jako czas istotnych korekt w reformie systemu finansowania samorządu, w tym w sposobie finansowania zadań oświatowych.

 

Stąd Marek Wójcik, ekspert Związku Miast Polskich i jednocześnie współprzewodniczący Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego, na pytanie Portalu Samorządowego o zmiany, których oczekiwałby w tym roku w obszarze zadań oświatowych, bez większego namysłu odpowiada:

 

 

Po pierwsze, podejdźmy poważnie do uzgodnień przyjętych z Ministerstwem Finansów w trakcie dyskusji nad ustawą o dochodach, to znaczy do nowego systemu finansowania zadaniowego. W skrócie to zadanie można opisać jednym zdaniem – każde zadanie zlecone musi mieć zapewnione adekwatne finansowanie.

 

W przypadku edukacji sprawa nie jest jednak taka oczywista. Zadania oświatowe to zadania własne samorządu, ale jednostki samorządu terytorialnego nie zatrudniają nauczycieli, a więc liczącej ponad 725 tys. osób grupy zawodowej, za własne pieniądze. W zakresie ich wynagrodzeń samorząd jest wyłącznie pośrednikiem, który przelewa pieniądze z budżetu państwa na ich konta.

 

Na wynagrodzenia przez lata była przeznaczona część oświatowa subwencji ogólnej, a obecnie środki wyliczone przez MF i przekazywane samorządom jako środki na zaspokojenie potrzeb oświatowych. Dopiero pozostałe wydatki związane z funkcjonowaniem oświaty są tak naprawdę zadaniem własnym samorządu, a mówiąc wprost – zadaniem finansowanym ze środków samorządu. […]

 

Stąd bierze się powtarzany od kilku lat postulat: „niech rząd przejmie wynagrodzenia nauczycieli (na których wysokość samorząd nie ma większego wpływu, żeby nie powiedzieć żadnego), a wtedy z resztą my samorządowcy sobie poradzimy”. Stąd też nadzieja, że po roku funkcjonowania nowego systemu zasilania finansowego jednostek samorządu terytorialnego ta sprawa zostanie rozwiązana.

 

Jest ku temu znakomita okazja, bo to ten nowy system, zgodnie z zapisami ustawy, ma być ewaluowany w połowie 2026 roku, a w konsekwencji udoskonalany. Istotną częścią tych zmian ma być ustalenie, jak tak naprawdę ta edukacja ma być finansowana, bo właśnie ta kwestia została w trakcie prac nad nową ustawą odłożona na ten rok. […]

 

 

Po drugie: poprawmy prawo tam, gdzie jest to niezbędne, a nic nie kosztuje

 

To jednak zadanie na długie miesiące, jeśli nie lata. Dlatego przedstawiciel strony samorządowej apeluje: „Zmieńmy prawo tam, gdzie można na efektywność edukacji wpłynąć bez pieniędzy. Ot chociażby oddając samorządom możliwość dostosowania sieci szkół do zmian demograficznych.”

 

Jego zdaniem obawy strony rządowej, że gdy tylko samorządom przywróci się takie kompetencje, to od razu zaczną zamykać szkoły, są przesadzone. Jak twierdzi, tego nikt nie będzie robił, bo to ostania rzecz, jaką wójt, burmistrz, prezydent czy starosta chciałby zrobić, zwłaszcza w obliczu zbliżających się wyborów.

 

Marek Wójcik podkreśla, że w tym obszarze samorządowcy chcieliby mieć możliwość wykorzystywania obiektów szkolnych na świadczenie innych usług dla mieszkańców – od miejsca spotkań dla osób starszych począwszy, przez punkt apteczny, bibliotekę, przedszkole itd. Tak żeby ten obiekt był wykorzystany, żeby nie generował nadmiernych kosztów. […]

 

 

Po trzecie: konieczne jest uregulowanie na nowo relacji samorządu z podmiotami niepublicznymi

 

Zdaniem Marka Wójcika uregulowanie relacji samorządu z niepublicznymi podmiotami prowadzącymi placówki oświatowe to kolejna rzecz, która wymaga pilnej decyzji. Projekt poselski, który w tej chwili jest procedowany, tego nie rozwiązuje, bo jest tylko namiastką tego, czego chcą samorządy. […]

 

 

Po czwarte: samorządy muszą się zacząć rozliczać z wydatków na uczniów

 

Kolejna rzecz do poprawienia to stworzenie norm pozwalających na rozliczanie usług edukacyjnych między samorządami. – My się w tej chwili rozliczamy, jeżeli chodzi o przedszkola, ale nie rozliczamy się, jeżeli chodzi o szkoły. I to też wymaga decyzji, zwłaszcza że w tym zakresie po stronie samorządowej nie ma zgody – wyjaśnia. – Nie można jednak być obojętnym na sytuację, w której mieszkańcy określonych wspólnot samorządowych dopłacają do edukacji mieszkańców innych wspólnot i to czasem bardzo dużo. Wobec tego to trzeba uregulować – przekonuje nasz rozmówca.

 

 

Po piąte: edukacja dzieci ze specjalnymi potrzebami powinna odbywać się w klasach integracyjnych

 

Jest też narastający problem edukacji dzieci ze specjalnymi potrzebami, którego nie da się sprowadzić do problemu nadaktywności poradni psychologiczno-pedagogicznych w zakresie wydawania orzeczeń.

Dzieci z potrzebami specjalnymi jest coraz więcej i ich liczba będzie rosła. Z powodów obiektywnych, bo mamy inny model rodziny, inne relacje rówieśnicze, inny klimat, zmiany cywilizacyjne, więcej problemów natury psychicznej – twierdzi Marek Wójcik. – Znalezienie sposobu na zapewnienie optymalnych warunków edukacji dla tych dzieci staje się koniecznością. I też trzeba o tym mówić odważnie, bo to wymaga przede wszystkim budowy świadomości u rodziców – stwierdza. […]

 

 

Cały tekst „Oświata potrzebuje twardych decyzji. Rok 2026 powinien być decydujący”  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.portalsamorzadowy.pl/edukacja/

 

 



Dzisiejszą propozycją –  najpierw lektury, a później nagrania na YoyTube – jest zamieszczony na portalu EDUNEWS materiał, w którym Lechoslaw Chojnacki –  konsultant w  Regionalnym Ośrodku Doskonalenia Nauczycieli „WOM” w Bielsku-Białej prezentuje swoje poglądy na temat przyszłości szkolnej edukacji w epoce sztucznej inteligencji:

 

 

Nauczyciel w epoce współpracy człowieka i sztucznej inteligencji

 

Myśląc o przyszłości szkoły coraz rzadziej stawiamy pytanie, czy sztuczna inteligencja wejdzie do edukacji, a coraz częściej – jaką rolę w niej odegra. Zrobię zatem odważne, lecz realistycznego założenie: w najbliższej przyszłości ustawodawca uzna asystentów AI za pełnoprawnych partnerów pracy dyrektora i nauczyciela. Nie jest to jednak wizja futurologiczna, lecz eksperyment myślowy mający sprawdzić, jakie konsekwencje organizacyjne, kompetencyjne i etyczne niesie taki model oraz czy polska szkoła byłaby w stanie go udźwignąć.

 

W zaproponowanym systemie szkoła funkcjonuje jako struktura hybrydowa, oparta na partnerskiej współpracy człowieka i AI, przy zachowaniu nadrzędnej roli człowieka w sytuacjach konfliktowych oraz w podejmowaniu decyzji ostatecznych. Asystenci AI przejmują znaczną część zadań rutynowych i skalowalnych: analizują dane w czasie rzeczywistym, monitorują postępy uczniów, prognozują zagrożenia, wychwytują wczesne sygnały kryzysów oraz symulują skutki decyzji. Dzięki temu dostarczają danych, które dotąd były poza zasięgiem pojedynczego nauczyciela czy dyrektora.

 

Analiza takiego modelu prowadzi do kluczowej tezy wystąpienia: AI nie konkuruje z nauczycielem; wraz z wejściem AI do szkoły znaczenie nauczyciela nie maleje; przeciwnie, rośnie, choć zarazem ulega głębokiej transformacji. Kompetencje psychologiczno-emocjonalne, komunikacyjne i etyczne przestają być dodatkiem do pracy dydaktycznej, a stają się jej rdzeniem. Równocześnie nauczyciel musi “rozumieć AI”: umieć ją zadaniować, interpretować jej rekomendacje, oceniać ich wiarygodność, rozpoznawać ewentualne błędy oraz świadomie brać odpowiedzialność za decyzje podejmowane w oparciu o lepsze i pełniejsze dane. Nowy profil zawodowy nauczyciela to zatem nie “przedmiotowiec”, nie technokrata ani „operator systemu”, lecz refleksyjny profesjonalista – człowiek, który łączy kompetencje humanistyczne z umiejętnością współpracy z inteligentnym narzędziem.

 

Choć model odnosi się do przyszłości prawnej, chciałbym podkreślić: „technicznie – dałoby się już dziś”. Przy obecnych realiach polskiej szkoły oraz możliwościach najnowszych Dużych Modeli Językowych (LLM), każda placówka może już teraz rozpocząć pracę z dobrze zaprojektowanymi asystentami AI.

 

Moje wystąpienie nie jest zatem manifestem technologicznym, lecz propozycją racjonalnej adaptacji szkoły do świata, który już istnieje. Skoro AI już dziś nieformalnie wpływa na edukację – poprzez uczniów, rodziców i nauczycieli korzystających z niej na własną rękę, to tym bardziej powinna zostać włączona do systemu w sposób jawny, odpowiedzialny i … partnerski. Szkoła przyszłości, jak pokazuje autor, nie polega na zastąpieniu nauczyciela “sztucznym inteligentem”, lecz na stworzeniu warunków, w których nauczyciel wreszcie może w pełni skupić się na tym, co naprawdę ludzkie.

 

Zapraszam do obejrzenia mojego wystąpienia na INSPIR@CJACH 2025  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.edunews.pl



W minioną sobotę na „Portalu dla Edukacji” zamieszczono tekst, w którym Bogdan Bugdalski przedstawił wartą odnotowania inicjatywę nauczycielskich związków zawodowych w sprawie rozwiązania kryzysu wokół podstawy prawnej wypłacania nauczycielom za ich opieką nad uczniami podczas szkolnych wycieczek, mimo zwlekania z tą sprawą rzez MEN. Oto jego obszerne fragmenty i link do pełnej wersji:

 

 

Wycieczki szkolne mogą ruszyć wiosną. Ale nauczyciele stawiają warunek

 

Związkowcy mają pomysł, jak doraźnie rozwiązać problem nadgodzin nauczycielskich. Na początek wystarczy, by organy prowadzące zaczęły płacić nauczycielom za nadgodziny wypracowywane na wycieczkach szkolnych. W przeciwnym razie trudno się spodziewać, by wiosną dzieci i młodzież szkolna tłumnie ruszyły zwiedzać Polskę i zagranicę.

 

[…]

 

Urszula Woźniak, wiceprezes Związku Nauczycielstwa Polskiego, proponuje, by nie czekać, aż Ministerstwo Edukacji Narodowej znajdzie kompleksowe rozwiązanie w sprawie rozliczania godzin nadliczbowych, tylko zacząć od uregulowania w drodze rozporządzenia sposobu rozliczania pracy nauczyciela w czasie wycieczek szkolnych, bo obecnie tylko w czasie wszelkich wyjść ze szkoły i wycieczeknauczyciel rzeczywiście może udowodnić, że pracuje ponad wymiar swojego czasu pracy i jest to ewidentne”. – Można na początku nawet rozporządzeniem uregulować ten obszar – stwierdza. – Oczywiście – jak podkreśla – nie w taki sposób, jak mówił wiceminister Kiepura, czyli że trzy dni wycieczki to 72 godziny pracy, ale za godziny, w których nauczyciel przekracza 40-godzinny tydzień pracy.

 

[…]

 

Według przedstawicieli nauczycielskich związków zawodowych nic nie wskazuje na to, żeby w jakiejś nieodległej perspektywie ta sprawa miała znaleźć szybkie rozwiązanie, bo dla powołanych w tym celu grup roboczych w ramach Zespołu ds. pragmatyki zawodowej nauczycieli nie wyznaczono żadnych terminów spotkań.  – W sprawie grupy dotyczącej wynagrodzeń zapadła, że tak powiem, krępująca ciszastwierdza Sławomir Wittkowicz.Stąd powyższa propozycja, która – jak zauważa przedstawicielka ZNP – idzie w kierunku rozwiązania tylko wycinka problemu.

 

To jednak wpłynie na uwolnienie wiosennych wycieczek szkolnych, których – jak wiadomo – obecnie jak na lekarstwo. Nauczyciele po prostu nie chcą na nie jeździć, zwłaszcza teraz, kiedy już mają pełną świadomość, że powinni mieć za dodatkowe godziny pracy zapłacone. Oczywiście pomijamy tu kwestie odpowiedzialności za uczniów. Dodatkowo związki zawodowe ich w tej niechęci wspierają.

 

W sprawie sposobu rozliczenia problemu samych nadgodzin związkowcy też nie widzą większego problemu. Krzysztof Wojciechowski twierdzi, że te rozwiązania można wypracować w ciągu kilku godzin. Jak?

 

Nauczyciele rozliczają się w cyklu miesięcznym, tygodniowym z pensum. Nic nie stoi na przeszkodzie – ponieważ wiemy, jakie zadania realizuje zgodnie z kartą, prawem oświatowym i wewnętrznymi zapisami statutowymi – do tej tabelki, która ma wykazać, ile godzin zrealizował nauczyciel, dołożyć kilka punktów ogólnych, dotyczących tego, co w ramach czasu pracy realizuje nauczyciel. To naprawdę jest rzecz, którą można zrobić w ciągu kilku godzin – przekonuje. Jednocześnie wyjaśnia, że nie oznacza to biurokratyzowania pracy nauczyciela. To ewidencjonowanie czasu pracy. Poza tym, jak wskazuje Sławomir Wittkowicz, obowiązek ewidencjonowania czasu pracy pracownika spoczywa na pracodawcy, a więc na dyrektorze szkoły, przedszkola, placówki. Potwierdza to Główny Inspektorat Pracy. Co więcej, dyrektor ma wszelkie do tego narzędzia, bo ma tę ewidencję, ale rozproszoną. […]

 

Sławomir Wittkowicz wskazuje, że dyrektor nie prowadzi ewidencji czasu pracy nauczycieli z dwóch powodów. – Prowadzenie szczegółowej tego typu ewidencji powoduje, że ja z tych 40 godzin muszę się wyliczyć. Nie mogę tym samym w ciągu tych 40 godzin być na przykład w różnych placówkach. Bo to jest niemożliwe i w tle są duże pieniądze – tłumaczy. – Jak słyszę wypowiedzi ministra Kiepury, który podaje ten sławetny przykład, że wycieczka liczy np. 72 godziny i przecież nie będziemy za wszystkie godziny płacić, to informuję, że może nie za 72 godziny, ale za wszystkie powyżej 40, bo taki jest obowiązek. I ministerstwo, które próbuje wymyślić koncepcję, że nie będzie stosowało się do uchwały Sądu Najwyższego, po prostu prosi się o kłopoty. A przy okazji wprowadza na minę dyrektorów szkół i organy prowadzące – dodaje.

 

 

Cały tekst „Wycieczki szkolne mogą ruszyć wiosną. Ale nauczyciele stawiają warunek”  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.portalsamorzadowy.pl/edukacja/

 



 Foto: www.pedagog.uw.edu.pl

 

Dr hab. Roman Dolata, prof. Uniwersytetu Warszawskiego

 

Choć ogłosiłem „świąteczną przerwę redakcyjną”, to  zapisu tego wywiadu nie mogłem nie udostępnić na OE, abyście mogli zapoznać się z nim – jeszcze przed Sylwestrem.  A jest to tekst długi, bo też i Anna Siedlińska zadała podczas tej rozmowy 24 pytania, a dr hab. Roman Dolata często udzielał bardzo wyczerpujących odpowiedzi. Trafiłem na zapis tego wywiadu na stronie Magazynu Teraz Polska.

 

 

Uwzględniając te fakty zamieszczam jedynie pięć pytań – dwa pierwsze i dwa ostatnie, oraz jedno wybrane z pozostałych – wraz odpowiedziami  prof. Dolaty, ale zachęcam do kliknięcia w załączony link, aby przeczytać zapis całego wywiadu:

 

 

Wielokrotnie niższe szanse mimo tych samych wyników.

Jak polski system edukacji utrwala społeczne nierówności

  

 

W Polsce o przyszłości dziecka wciąż decyduje… jego kod pocztowy. Nastolatek ze wsi ma od 7 do 10 razy mniejsze szanse na prestiżowe liceum niż jego rówieśnik z dużego miasta, a po ośmiu latach nauki języka angielskiego tylko co trzeci absolwent podstawówki potrafi się w nim porozumieć.

 

Profesor Roman Dolata w rozmowie z Anną Siedlińską tłumaczy, skąd biorą się te różnice, co naprawdę może zrobić szkoła, dlaczego bez silnego zawodu nauczyciela nie ma mowy o równości szans i jakie decyzje polityczne mogłyby w najbliższych latach naprawdę coś zmienić.

 

 

Anna Siedlińska: Panie Profesorze, na ile dziś miejsce urodzenia dziecka determinuje jego edukacyjne możliwości?

 

Prof. Roman Dolata: Jeśli chcemy precyzyjnie opisać nierówności edukacyjne, warto zacząć od uporządkowania pojęć. W edukacji możemy mówić o dwóch wymiarach nierówności: indywidualnym i międzygrupowym. Z jednej strony mamy różnice między poszczególnymi uczniami, a z drugiej różnice między grupami społecznymi, środowiskami czy typami szkół. Oba wymiary są ze sobą powiązane, ale każdy ma swoją własną logikę.

 

W wymiarze indywidualnym kluczowym czynnikiem wyjaśniającym zróżnicowanie osiągnięć są po prostu różnice jednostkowe, w tym również – co pokazują badania – różnice genetyczne. To oczywiście nie tłumaczy nierówności międzygrupowych, które wynikają z zupełnie innych mechanizmów: społecznych, kulturowych, ekonomicznych i instytucjonalnych.

 

Skoro mówimy o nierównościach edukacyjnych, warto pamiętać, że nie powstają one same z siebie. W wymiarze indywidualnym wytwarza je system edukacyjny – od przedszkola po szkolnictwo wyższe. To szkoła jest „maszyną produkującą„ zróżnicowanie osiągnięć. Gdybyśmy chcieli całkowicie wyeliminować nierówności edukacyjne, musielibyśmy… zlikwidować szkołę. I rzeczywiście w latach 60. i 70. XX wieku pojawiały się pomysły „descholaryzacji”. 

 

AS: To radykalna koncepcja. Trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie nowoczesnego państwa bez systemu szkolnego, który pełni wiele ról – nie tylko edukacyjną, ale też społeczną i opiekuńczą. Skoro więc szkoła musi istnieć, to co właściwie generuje tak duże różnice w osiągnięciach uczniów?

 

RD: Na poziomie indywidualnym interesuje nas przede wszystkim kwestia minimum kompetencji – analfabetyzmu funkcjonalnego, czyli trudności w czytaniu, rozumowaniu matematycznym czy korzystaniu z nowych technologii. Międzynarodowe badania porównawcze, takie jak PISA, PIRLS czy TIMSS, pozwalają określać odsetek uczniów, którzy znajdują się na najniższych poziomach umiejętności. To deficyty szczególnie ważne, bo dotyczą kompetencji niezbędnych do uczestnictwa we współczesnym świecie.

 

Polska w tych badaniach zazwyczaj wypada nieźle – na tle Europy jesteśmy zwykle w czołówce. Ale są dwa obszary, które powinny budzić nasz niepokój.

 

Pierwszy to wyniki badania PIAAC (umiejętności dorosłych). Ostatnia edycja przyniosła duży i dość zaskakujący spadek kompetencji populacji dorosłych Polaków w porównaniu z poprzednią edycją badania. Zespół badaczy z IBE bardzo starannie analizował, na ile to rzeczywisty spadek, a na ile efekt niskiej motywacji respondentów czy ogólnego znużenia nauką i badaniami. Ale nawet jeśli część różnicy da się wyjaśnić czynnikami pozamerytorycznymi, to przecież nie całą. To ważny sygnał ostrzegawczy.

 

Drugi obszar to nauczanie języka angielskiego w szkołach podstawowych. Tu mamy – mówiąc delikatnie – kryzys efektywności. W 8-letniej szkole podstawowej uczeń ma około 900 godzin angielskiego. To ogromny zasób czasu i pieniędzy publicznych. A mimo to tylko co trzeci absolwent szkoły podstawowej osiąga poziom A2.

[…]

 

AS: W swoich wcześniejszych odpowiedziach wskazał Pan dwa priorytety: poprawę nauczania języka angielskiego oraz zwiększenie dostępności dobrych szkół średnich dla młodzieży spoza dużych miast. A jeśli mielibyśmy pójść głębiej, do fundamentów systemu, to co należałoby zmienić?

 

RD: Wskazałem te dwa obszary jako priorytety, bo są realne do wdrożenia, nie wymagają rewolucji ani konfrontacji społecznej. Nauczanie języków i dostęp do liceów to cele możliwe do osiągnięcia krok po kroku, przy rozsądnym planowaniu.

 

Jeśli jednak sięgnąć głębiej, to dotykamy kwestii znacznie trudniejszych, wręcz „political fiction”.

 

Po pierwsze: selekcja do zawodu nauczyciela i autonomia tego zawodu. Obecnie wchodzenie do zawodu jest stosunkowo łatwe, a wynagrodzenia niekonkurencyjne. Nie da się myśleć o wysokiej jakości edukacji, jeśli zawód nauczyciela nie będzie przyciągał bardzo dobrych absolwentów. Te dwie rzeczy – wysoka selektywność zawodu i godne wynagrodzenia – są ze sobą sprzężone. Ale to wymaga odwagi politycznej.

 

Po drugie: ramy organizacyjne pracy szkoły. Nie mówię o „przeładowanym programie”, tylko o rozfragmentowaniu etatów i pensum. To jeden z największych problemów polskiej szkoły. Przykład: nauczyciel geografii ma w szkole jedną godzinę tygodniowo w każdym z kilkunastu oddziałów. To oznacza, że uczy po kilkaset dzieci rocznie. Jak ma je poznać? Jak ma budować relacje, diagnozować potrzeby, prowadzić koło zainteresowań?

 

Do tego dochodzi niemożność zrealizowania pełnego pensum w jednej szkole. Nauczyciel musi pracować w dwóch, trzech placówkach. Czy wyobraża sobie Pani pracownika firmy, który codziennie zmienia lokalizację? Tego nie da się uznać za efektywne rozwiązanie.

 

To są sprawy organizacyjne, ale o fundamentalnym znaczeniu. Jeżeli nauczyciel nie może pracować w jednym środowisku, w jednej szkole, z grupą uczniów, którą zna i nad którą ma kontrolę, trudno mówić o wysokiej jakości nauczania.

 

Po trzecie: brak standardów pracy szkoły.  Mamy standardy finansowania, ale nie mamy standardów organizacyjnych: ile oddziałów może obsługiwać nauczyciel, jaka powinna być minimalna liczebność zespołu, ile godzin realnej pracy z uczniem jest potrzebne.

 

W efekcie w niektórych szkołach nauczyciel ma na dziecko… parę minut rocznie. To nie jest metafora. To jest wynik prostego dzielenia godzin nauczyciela przez liczbę uczniów.

 

I wreszcie: długoterminowość. Edukacja potrzebuje stabilnych ram na 5–10 lat, a nie corocznych korekt. Tymczasem wiele decyzji jest podejmowanych pod presją polityczną albo bez oglądania się na dowody.

 

To wszystko wymaga przemyślenia i odwagi, ale bez tego trudno będzie mówić o realnym wyrównywaniu szans.

 

[…]

 

AS: Jakie działania – na poziomie państwa, samorządu, ale też uczelni i samej szkoły – mogłyby w najbliższych latach przynieść realną poprawę?

 

RD: Odpowiedź zależy od tego, gdzie mamy jeszcze jakiekolwiek realne narzędzia wpływu. Z perspektywy systemowej wskazałbym kilka obszarów.

 

Po pierwsze: elitaryzacja kształcenia nauczycieli. Trzeba ograniczyć liczbę uczelni prowadzących kształcenie nauczycielskie. Można to powiązać z kategoriami naukowymi: prawo do kształcenia nauczycieli miałyby tylko jednostki z najwyższą kategorią A. To oznaczałoby bardziej rygorystyczną rekrutację, ale pamiętajmy: populacja uczniów maleje, to jest dobry moment, by postawić na jakość zamiast na masowość. Takie uczelnie należałoby mocno dofinansować, m.in. poprzez granty.

 

Po drugie: odbudowa dydaktyk szczegółowych. W Polsce kiedyś mieliśmy porządne dydaktyki przedmiotowe (szczególnie matematyki). Dziś są one w dużej mierze wymarłe. Trzeba je odbudować, i to nie tylko jako jednostki naukowe, ale jako „małe ojczyzny” dla absolwentów–nauczycieli, do których mogą oni wracać po poradę, inspirację, wsparcie. To wymaga inwestycji w ludzi, którzy są jednocześnie dobrzy merytorycznie i gotowi zająć się dydaktyką.

 

Po trzecie: szkoły ćwiczeń i szkoły eksperymentalne. Potrzebujemy prawdziwych szkół ćwiczeń. Nie tylko z nazwy, ale z realnymi warunkami do obserwacji, eksperymentowania, testowania nowych metod. Praca w takiej szkole mogłaby być ważnym szczeblem kariery zawodowej nauczyciela, realnie docenianym i wynagradzanym. To także naturalne miejsce na tytuł „profesora oświaty” – nie jako pustą etykietę, ale uznanie za realne, innowacyjne działanie w klasie.

 

Po czwarte: Płace i warunki pracy. Bez godnych płac nic nie zrobimy. Zawód nauczyciela musi być atrakcyjny w porównaniu z innymi zawodami dla absolwentów dobrych liceów i studiów. Równolegle trzeba zmienić ramy organizacyjne: tak, by pełne pensum można było zrealizować w jednej szkole, z rozsądną liczbą oddziałów.

 

Po piąte: Racjonalizacja szkoleń. Obecny system szkoleń to w dużej mierze mechanizm „utylizacji” środków. Szkolenia, które służą głównie „papierkom”, niewiele zmieniają w praktyce. Największy sens mają projekty obejmujące całą szkołę, a nie pojedynczych nauczycieli, tworzące przestrzeń do zmiany kultury organizacyjnej.

 

Ale nie przeceniałbym tego narzędzia. Bez zmian w selekcji do zawodu i w płacach szkolenia będą tylko „doklejane” do starych struktur.

 

To wszystko razem składa się na wizję, w której nauczyciel jest traktowany jak profesjonalista, a nie wykonawca odgórnych instrukcji.

 

 

AS: Z tego, co Pan mówi, wynika dość jasno, że nauczyciel jest fundamentem – kluczowym czynnikiem wpływającym zarówno na jakość edukacji, jak i na skalę nierówności.

 

RD: Myślę, że to bardzo trafne podsumowanie. Możemy mówić o programach, podstawach, strukturach, finansowaniu – i to wszystko jest ważne – ale w ostatecznym rozrachunku to nauczyciel jest tym, kto codziennie spotyka się z dziećmi. Od jego kompetencji merytorycznych, warsztatu dydaktycznego, dojrzałości emocjonalnej, przekonań na temat uczniów i ich potencjału, gotowości do refleksji i zmiany zależy niezwykle dużo.

 

Dlatego polityka, która nie zaczyna od nauczyciela – od kształcenia, płac, warunków pracy, wsparcia – jest polityką, która będzie zawsze rozmijać się z rzeczywistością szkoły. Można powiedzieć wprost: jeżeli chcemy zmniejszać nierówności edukacyjne, musimy zacząć od tego, żeby najlepsi ludzie chcieli być nauczycielami, a system im na to naprawdę pozwalał.

 

 

 

Cały tekst „Wielokrotnie niższe szanse mimo tych samych wyników. Jak polski system edukacji utrwala społeczne nierówności”  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.magazynterazpolska.pl.

 

 



Aby Polak-nauczyciel był mądry po szkodzie – czytaj: po tragedii w jeleniogórskiej szkole, CEO zamieściło w miniony piątek na swej stronie bardzo wartościowy tekst, w którym znajdziecie propozycję jak rozwiązywać szkolne konflikty (nie tylko wśród uczniów) metodą „kręgów naprawczych”

 

 

 

Nim wydarzy się przemoc rówieśnicza istnieje konflikt, który domaga się rozwiązania. Jeśli młodzi ludzie znajdą w swoim otoczeniu wychowawców, którzy konflikt zauważą i pozwolą go przekształcić i rozwiązać, ryzyko przemocy zostaje znacząco ograniczone.

 

Dlatego w przypadkach konfliktów, które widzisz w swojej klasie, proponujemy Ci między innymi metodę kręgów naprawczych.

 

W przeciwieństwie do standardowych strategii reagowania na konflikty, np.

 

– ignorowania,

 

-narzucania rozwiązań,

 

-faworyzowania jednej strony

 

 

Kręgi rozwiązują spory i wzmacniają kompetencje społeczno-emocjonalne ich uczestników. Poniżej przedstawiamy etapy kręgów naprawczych i zachęcamy zajrzyj do obszaru działań CEO, który zajmuje się tą częścią działań szkoły i nauczycieli – Ucz otwartości z CEO

 

 

Etapy Kręgów Naprawczych

 

1.Przygotowanie kręgu

 

-Osoba prowadząca (facylitator) rozmawia wcześniej indywidualnie z uczestnikami konfliktu.

 

-Sprawdza gotowość do dialogu, wyjaśnia zasady (dobrowolność, szacunek, mówienie z własnej perspektywy).

 

-Ustalany jest cel kręgu oraz skład uczestników (np. uczniowie, nauczyciel, świadkowie, rodzice).

 

 

2.Otwarcie kręgu

 

-Uczestnicy siadają w kręgu, obowiązuje zasada równości głosu. Przypominane są reguły (słuchanie bez przerywania, brak oceniania).

 

-Często stosowany jest „przedmiot mówiący”, który porządkuje wypowiedzi.

 

 

3.Opowiadanie perspektyw

 

-Każda osoba mówi, jak widzi sytuację i jak ją przeżyła. Kluczowe są pytania o emocje, potrzeby i skutki konfliktu.

 

-Celem jest wzajemne zrozumienie, a nie udowodnienie racji.

 

 

4.Szukanie rozwiązań

 

-Uczestnicy wspólnie zastanawiają się, co można zrobić, aby naprawić szkody i zapobiec podobnym sytuacjom w przyszłości.

 

-Rozwiązania są proponowane przez samych uczestników, nie narzucane z góry.

 

 

5.Ustalenie porozumienia

 

-Konkretne ustalenia: kto, co i do kiedy zrobi.

 

-Porozumienie powinno być realne, dobrowolne i zrozumiałe dla wszystkich stron.

 

 

6.Zamknięcie i ewaluacja

 

-Podsumowanie spotkania i refleksja uczestników.

 

-Czasem planowane jest spotkanie sprawdzające realizację ustaleń. […]

 

 

 

Więcej o metodzie kręgów naprawczych, ich genezie, głównych założeniach, a przede wszystkim o metodzie ich realizacji  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/fundacjaCEO/