Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'

Na wypadek, gdybyście regularnie nie śledzili fanpage grupy „Nie dla chaosu w szkole” zamieszczam post, który pojawił się tam wczoraj i jest niezależną od MEN informacją, będącą syntezą obszernego artykułu Karoliny Słowik „Nowacka jeździ po Polsce i tłumaczy reformę. „Wyraz szacunku i odwagi. Ale co z tego wyniknie?”, zamieszczonego na stronie „Gazety Wyborczej”  2 lutego 2026 r.

 

 

Szefowa MEN plan ma ambitny: chce, by do końca czerwca kierownictwo resortu odbyło co najmniej 70 spotkań z nauczycielami i dyrektorami we wszystkich województwach. Szacuje, że uczestników tych spotkań ma być nawet 20 tys. – pisze Karolina Słowik. (W Gazecie Wyborczej – WK)

 

Nowacka podkreślała, że mają to być „konsultacje dobrej, potrzebnej zmiany„. Problem jednak w tym, że w przypadku szkół podstawowych nowe treści dla wszystkich przedmiotów są już ustalone, a konsultacje społeczne podstaw programowych zakończone.

 

Skoro więc podstawy programowe są już gotowe i skonsultowane, to o jakie konsultacje podczas ogólnopolskiej trasy MEN chodzi?

 

O sens ich organizowania na pół roku przed rozpoczęciem reformy, określanej podczas inauguracji kampanii mianem „jednej z najbardziej skonsultowanych reform w naszym państwie” pytał również na swoim blogu Jarosław Pytlak.

 

Chcemy szeroko informować nauczycieli o reformie. Zależy nam, aby dowiadywali się na czym naprawdę polega bezpośrednio od kierownictwa MEN. Te spotkania to przede wszystkim rozwiewanie wątpliwości, rzetelna informacja i realna przestrzeń do dialoguwyjaśnia rzeczniczka MEN Ewelina Gorczyca.

 

Głosy praktyków są dla nas ważne i bierzemy je pod uwagę, choć nie wpłyną już bezpośrednio na zmiany w podstawach programowych, bo te konsultowane były społecznie. Resort jednak reaguje na potrzeby zgłaszane przez szkoły. – zapewnia rzeczniczka.

 

O co pytają nauczyciele na spotkaniach z MEN? Rzeczniczka wymienia:

 

Czy będzie więcej biurokracji? – MEN zapewnia, że nie dokłada żadnych nowych obowiązków.

 

Czy nauczyciel zmieni się w psychologa?Chodzi o nowe narzędzie – ocenę funkcjonalną ucznia. Rzeczniczka MEN podkreśla, że nie będzie to rozwiązanie obowiązkowe. A pozwoli w bardziej uporządkowany i wystandaryzowany sposób formułować opinie o dziecku.

 

Czy tydzień projektowy będzie obowiązkowy?Nie od razu. MEN daje rok na przygotowanie i próby. – Obowiązek wejdzie dopiero w 2027 rokumówi rzeczniczka i podkreśla, że po kilkunastu ambasadorów reformy – nauczycielek i nauczycieli, w każdym województwie – służy radą i swoim doświadczeniem przy tworzeniu projektów.

Czy szkoły specjalne będą likwidowane?Stanowczo dementujemy te informacje. Na tym nie polega edukacja włączająca – zaznacza rzeczniczka.

 

Czy pracownie przyrodnicze będą doposażone? – MEN podkreśla, że za infrastrukturę odpowiadają samorządy, ale MEN będzie je wspierać. – Powstanie program ministerialny skierowany przede wszystkim do najmniej zamożnych placówekmówi Ewelina Gorczyca.

 

Czy klasy będą mniej liczne? – MEN tego nie planuje. Tłumaczy to postępującym niżem demograficznym. W tych warunkach oznaczałoby to konieczność budowy nowych placówek, co byłoby bardzo kosztowne.

 

Kiedy płace nauczycieli wzrosną?MEN chce powiązać wynagrodzenia nauczycieli ze wskaźnikiem gospodarczym do końca kadencji. To deklaracja rządu, w tym premiera Tuska i ministra finansówpodkreśla Gorczyca.

 

Eksperci doceniają, że ministra Nowacka chce osobiście rozmawiać ze środowiskiem. Ale wątpią, czy przełoży się to na konkretne rozwiązania.

 

To raczej akcja promocyjna – ocenia dr Iga Kazimierczyk, prezeska fundacji Przestrzeń dla Edukacji. Ale również docenia tę akcję. – Bardzo miły gest, ludzkie oblicze urzędu. Łatają wcześniejsze niedostatki komunikacyjne. To nowość: aktywna postawa wchodzenia w środowisko. Ministra Nowacka robi to bezpośrednio, tak jak obiecała. Zdecydowanie od tego powinna zacząć reformowanie. A nie od zakazu zadań domowych. Teraz jest za późno, żeby zmienić kierunek.

 

Dr Kazimierczyk uważa, że MEN powinien przyjść do nauczycieli z gotową propozycją, na którą czekają od lat: z powiązaniem pensji ze wskaźnikiem gospodarczym. – Jeśli MEN z takim prezentem wyruszy do środowiska, to cel, czyli reforma, może być realizowany. Bo na razie jest tak, że nauczyciele mają wypełniać nowe założenia bez dodatkowych środków – zauważa. – Oni liczą nie tylko na pensje, ale na dodatkowe wsparcie, pracę w mniejszych klasach, wydolną formę pracy, na wsparcia w konfliktach – dodaje.

 

Dr Karol Dudek-Różycki, przewodniczący Polskiego Stowarzyszenia Nauczycieli Przedmiotów Przyrodniczych: – Spotkania z nauczycielami to wyraz szacunku względem środowiska. I akt odwagi. Nie każdy ją ma, skoro są obawy, że nie zawsze będzie miło. Na przykład, że na Podkarpaciu ktoś nie poda ręki za obcięcie godzin religii w szkole. A mimo to ministra Nowacka taką odwagę w sobie ma. Miło więc, że ktoś jeździ i się spotyka. Czy coś konkretnego z tego wyniknie? Zobaczymy.

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/NIEdlachaosuwszkole/



Dzisiaj zamieszczam tekst Danuty Sterny bez skrótów – jest stosunkowo niedługi i nie ma sensu go przycinać. A jest on  ciekawy z jednego powodu: teza autorki „idzie pod prąd” głównemu nurtowi, nie tylko w przekazach resortu edukacji:

 

 

Klasa wolna od AI

 

Nauczycielka Chanei Bond* w  Southwest High School okręgu szkolnym Fort Worth postanowiła wyeliminować sztuczną inteligencję z nauki w klasie szkolnej. Nie stało się tak z braku dostępu do Internetu, czy do laptopów, była to przemyślana decyzja, aby poprawić proces uczenia się.

 

Rys.Danuta Sterna

 

Podczas każdych zajęć prowadzonych przez Bond uczniowie zapisują notatki i refleksje ręcznie na papierze długopisem lub ołówkiem. Nauczycielka twierdzi, że przejście niemal całkowicie na technologię analogową to najlepszy sposób, jaki znalazła, aby wyeliminować sztuczną inteligencję z zajęć z literatury amerykańskiej i kompozycji.

 

Badania nad zjawiskiem wykorzystywania w szkołach sztucznej inteligencji pokazują, że ryzyko przewyższa korzyści. Według sondażu przeprowadzonego w lipcu 2025 roku przez EdWeek Research Center, około 60% ankietowanych nauczycieli stwierdziło, że korzysta z AI w swoich klasach tylko w niewielkim stopniu.

 

Wiele osób ma obawy, że nauczani bez dostępu do AI uczniowie zostaną w tyle, ale Bond uważa, że jej uczniowie są uczeni myślenia, więc zyskują.  Zdaniem Bond uczniowie, którzy mogą korzystać z AI nie angażują się w uczenie się. Jeśli mają przeanalizować tekst, to często nawet się z nim nie zapoznają, tylko zlecają AI wyciąganie wniosków. Uczniowie nie zawsze potrafią ocenić, czy to, co generuje sztuczna inteligencja, jest wartościowe, czy nie, i nie zdaja sobie sprawy z tego, że muszą ćwiczyć podstawowe umiejętności, takie jak pisanie tezy i konstruowanie argumentacji.

 

Bond zaleca uczniom prowadzenie ręcznych notatek na każdej lekcji, co pozwala uczniom ćwiczyć pisanie i buduje ich pewność siebie w pisaniu dłuższych tekstów. Uczniowie dzięki temu uczą się własnego stylu pisania.

 

Na lekcjach Bond uczniowie mogą korzystać ze słowników, dzięki czemu nie polegają tylko na technologiach, które automatycznie poprawiają im błędy.

 

Zamiast oceniać wyłącznie ostateczną wersję eseju lub prezentacji, Bond ocenia różne części procesu, w tym osobno tezę, konspekt, bibliografię i wersję roboczą. Dzięki temu istnieje kontrola nad procesem powstawania całości.

 

Jedyny moment, gdy uczniowie mogą korzystać z technologii na jej lekcjach, to polecenie przepisania wypracowania do komputera.

 

Uczniowie na początku nie rozumieli zamysłu nauczycielki. Ale w miarę upływu czasu doszli do wniosku, że ten sposób naprawdę pobudza ich mozgi do myślenia. Na zajęciach nauczycielki można dowiedzieć się, co myślą uczniowie, a nie co myśli AI.

 

Jeden z uczniów Bond apeluje do uczniów wykonujących pracę domową: „Zastanów się chwilę. Czy wolałbyś naprawdę rozwijać się dzięki doświadczeniu wykonywania jakiejś pracy i krytycznego myślenia o tym, o czym piszesz lub mówisz, czy po prostu wolisz korzystać z robota?”.

 

Nie wszyscy nauczyciele w szkole Bond postępują tak samo. Niektórzy starają się jedynie ograniczyć korzystanie ze sztucznej inteligencji, poprzez pokazanie uczniom, jak odpowiedzialnie z niej korzystać, pokazują uczniom różnicę między wykorzystywaniem technologii w celu oszukiwania, a wykorzystywaniem jej w celu wspierania własnej nauki.Inni zezwalają na wykorzystanie sztucznej inteligencji w niektórych zadaniach — pod warunkiem, że uczeń jasno wyjaśni, w jaki sposób z niej skorzystał.

 

Choć Bond i wielu jej uczniów dostrzegają wartość klas wolnych od sztucznej inteligencji, rząd federalny i niektóre stany oraz okręgi szkolne chętnie korzystają z technologii. W Polsce jest też dość silna tendencja do wyposażenia każdego ucznia w laptop z dostępem do Internetu i możliwością korzystania z AI. Warto przed podjęciem decyzji wziąć po uwagę badania edukacyjne na temat korzyści z używania AI w procesie uczenia się.

 

Inspiracja artykułem Lee V. Gaines

 

 

Źródło: www.oknauczanie.pl/klasa-wolna-od-ai

 

 

* Nauczycielka języka angielskiego i literatury amerykańskiej w Southwest High School w Fort Worth w Teksasie (USA)



Taka sytuacja jeszcze nigdy od czasu funkcjonowania „Obserwatorium Edukacji” nie zaistniała, aby dzień po dniu były tu zamieszczane teksty tego samego autora, pochodzące z tego samego źródła. Ale mam  bardzo przekonujące uzasadnienie: oba teksty na to zasługują, bo oba traktują o ważnych sprawach.

 

Tym autorem jest  prof. Bogusław Śliwerski, tym dzisiejszym jego wpisem zamieszczonym na blogu „Pedagog” jest tekst, którego „dwa fragmenty dla zachęty” zamieszczam poniżej – wierząc, że temat uznacie nie tylko za aktualny, ale sposób jego przedstawienia przez Profesora jest na tyle intrygujący, że skłoni to Was do zapoznania się – po kliknięciu w zamieszczony link – z jego pełną wersją

 

 

„Reforma26 – Kompas Jutra” to ukryta adaptacja w polityce oświatowej „strategii OECD Learning Compass 2030”

 

Rys.  www.oecd.org/en/data/tools/oecd-learning-compass-2030.html

 

 

Jeśli ktoś twierdzi, że IBE-PIB wraz z MEN realizują polską reformę edukacji, to jest w głębokim błędzie. Nie jest ani oryginalna, ani nie wynika z ogólnopolskich badań naukowych stanu polskiego szkolnictwa, nie uwzględnia też polskiej kultury, tradycji, nędzy kapitału ludzkiego i ekonomicznego. Mamy tu do czynienia z ukrytą przez władze IBE-PIB polityką adaptacji w kraju strategii OECD Learning Compass 2030.

 

Nie przypominam sobie, by w polskim Sejmie, w Komisji Edukacji analizowano ten dokument i uznano, że ma być fundamentem rzekomo polskiej reformy szkolnej. A szkoda, bo przynajmniej mielibyśmy do czynienia z rzeczywistą konsultacją, a nie ukrytą formą indukcji programu globalnej korporacji, która znakomicie zarabia na międzynarodowych badaniach oświatowych.

 

Nie mam nic przeciwko temu dokumentowi, ale fakt ukrywania tego podejścia przez władze IBE-PIB świadczy o tym, że wykorzystuje się środki unijne do wdrażania rozwiązań, które mają charakter globalny, naruszający częściowo autonomię państwa członkowskiego UE w sferze oświaty i wychowania. Zobaczmy zatem, czego nie ujawniło IBE-PIB:

 

OECD Learning Compass 2030 to globalna wizja edukacji przyszłości opracowana w ramach projektu Future of Education and Skills 2030 przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju. Określa ona kompetencje, jakie uczniowie powinni rozwijać, by radzić sobie w niepewnym świecie (agency, well-being, kompetencje poznawcze, społeczne, etc.). Ramy są globalne i ogólne, toteż mają być „lokalnie kontekstualizowane” przez poszczególne systemy edukacji.

 

OECD tytułuje swój program metaforą kompasu po to, by przesunąć myślenie o edukacji z „realizacji instrukcji” na nawigowanie w niepewności; punktem dojścia jest tu dobrostan indywidualny i zbiorowy.

 

 […]

 

„Reforma26-Kompas Jutra” jest funkcjonalną kopią Learning Compass 2030. IBE-PIB nie opracowało własnego projektu reformy, tylko przetłumaczono i zaadoptowano strategię OECD Learning Compass 2030 jako podstawę krajowej reformy, a uczyniono to w sensie paradygmatycznym, dydaktycznym, architektonicznym i implementacyjnym. 

Dyrekcja IBE od lat współpracuje z OECD, toteż traktuje język tej globalnej organizacji jako rzekomo neutralny język profesjonalny, a to jest klasyczny objaw hegemonii prywatnego konsorcjum i jego krajowych beneficjentów. Mamy zatem deformę wdrażaną technokratycznie w ramach globalnego paradygmatu.

 

Rzekome konsultacje pełnią tu funkcję jedynie amortyzacji społecznego oporu. IBE niczego nie stworzyło, tylko zarządza narracją tak, aby nie otworzyć sporu paradygmatycznego, nie ujawnić zewnętrznego źródła rdzenia modelu i utrzymać wrażenie krajowej suwerenności projektu.

 

Kompas Jutra jest krajową repliką paradygmatu Learning Compass 2030, z lokalną aksjologią i lokalnym opakowaniem normatywnym, ale bez zmiany rdzenia teoretyczno-  dydaktycznego. Ważny jest zatem spór o to, „czy jest to kopia?”, bowiem kluczowe pytanie brzmi:

 

Czy kadra IBE-PIB świadomie przyjęła paradygmat kompetencyjno-agencyjny OECD jako swój paradygmat dydaktyczny? 

 

I na to pytanie – patrząc na dokonania głównie translatorskie pracowników IBE-PIB – odpowiedź brzmi: TAK. Szkoda, że nie poinformowała o tym posłów, społeczeństwa i tych, którzy to legitymizują a ponoć reprezentują naukę.

 

Zmiana w szkolnictwie powinna być oparta na jawnych przesłankach, poddana naukowej debacie oraz osadzona w pluralizmie tradycji pedagogicznych i dydaktycznych. Społeczeństwo, nauczyciele i środowisko akademickie mają prawo wiedzieć, jaki model edukacji jest przyjmowany jako fundament polskiej szkoły i z jakich źródeł on pochodzi.

 

 

 

Cały tekst „Reforma26 – Kompas Jutra” to ukryta adaptacja w polityce oświatowej „strategii OECD Learning Compass 2030”  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.sliwerski-pedagog.blogspot.com

 

x            x           x

 

Także dzisiaj na fanpage grupy „Nie dla chaosu w szkole” odnotowano tekst prof. Śliwerskiego, a także zamieszczono korespondujący z nim tekst Jaroslawa Pytlaka  –  TUTAJ

 

 

 

 



Zgodnie z przyjętą wczoraj zasadą –  dzisiaj prezentuję obszerne fragmenty(i link do pełnej wersji) tekstu prof. Boguslawa Śliwerskiego, zamieszczonego wczoraj na blogu „Pedagog”.  Jest to swoistą recenzją książki Karola Pietrzyka.

 

  Foto:www.facebook.com/photo/

 

Karol Pietrzyk – nauczyciel j. angielskiego w IV Liceum Ogólnokształcącym im. Bolesława Prusa w Szczecinie

 

 

 

Szkoła, która żyje wbrew sobie, czyli jak niektórzy nauczyciele ratują sens edukacji mimo ministerialnych deform

 

 

Szkoła widziana oczami nauczyciela, który nie przestał być uczniem, wyrasta z podwójnego doświadczenia i podwójnej wrażliwości. Jest efektem dwoistej autorefleksji – tej zawodowej i tej rodzicielskiej. Karol Pietrzyk pisze bowiem o szkole zarówno jako pedagog z wieloletnim stażem, jak i jako ojciec dziecka ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, zanurzonego w tej samej rzeczywistości, którą on sam współtworzy.

 

 

Już we wstępie autor uczciwie uprzedza czytelnika, że jego książka nie rości sobie prawa do obiektywizmu. Jest zapisem osobistego oglądu świata, w którym funkcjonuje od ponad ćwierćwiecza:

 

Moja książka to naturalnie bardzo subiektywne spostrzeżenie człowieka działającego wewnątrz szkolnego systemu, przyglądającego się szkole od ponad ćwierćwiecza i próbującego wyciągać samodzielne wnioski

                                                                                                                                                                                 (s. 7).

Ta deklaracja szczerości budzi zaufanie. Tym bardziej że Pietrzyk nie próbuje swoich obserwacji absolutyzować ani zamieniać w program ideologiczny. Raczej zaprasza do rozmowy – do „merytorycznej dyskusji o kluczowych dla polskiej szkoły sprawach” (s. 8). W jego pisaniu czuć potrzebę podzielenia się doświadczeniem, ale i świadomość ograniczeń własnej perspektywy.

 

Autor nie ukrywa ambiwalencji. Szkołę jako środowisko społeczne lubi – za ludzi, relacje, drobne sukcesy i sens, jaki potrafi się w niej wydarzyć. Szkoły jako elementu państwowego systemu często nie znosi – za biurokrację, pozorność zmian i marnowanie energii. Dostrzega istnienie szkół niepublicznych, edukacji domowej, oddolnych innowacji w placówkach samorządowych czy pracy progresywnych dyrektorów, lecz mimo to formułuje gorzką diagnozę:

 

A jednak cały czas jest to przede wszystkim szkoła straconych szans, szkoła zmarnowanego potencjału, szkoła bez głowy, szkoła będąca polem walki. (…) ta szkoła ‘po polsku’ po prostu nie może być inna, bo jest odbiciem kolektywnych wad i zalet naszego narodu oraz dziejowej spuścizny” (s. 8).

 

[…]

 

Paradoksalnie najsłabszym fragmentem książki pozostaje właśnie wstęp. Zasadnicza część to już żywa, publicystyczna narracja, spleciona z autoobserwacją i opisem codziennej praktyki. I tu autor wypada najciekawiej. Jawi się jako nauczyciel zorientowany na ucznia – na jego potrzeby, emocje, możliwości i ograniczenia – bardziej niż na tabele wyników czy mechaniczną realizację podstawy programowej. Można tylko pozazdrościć uczniom, którzy trafili na jego lekcje języka angielskiego i godziny wychowawcze.

 

Nie wszystkie jego stanowiska są wolne od uproszczeń. Ulega na przykład popularnej narracji o szkodliwości smartfonów w szkole, powołując się na autorów, którzy nie prowadzili badań w realnych warunkach szkolnych. Jednocześnie stawia pytanie kluczowe: czy młodzi ludzie potrafią korzystać z telefonów świadomie i odpowiedzialnie – a jeśli nie, czy szkoła posiada narzędzia, by ich tego uczyć? Odpowiedzią staje się opis jednego dnia pracy i jednej lekcji.

[…]

 

Szczególnie cenne są fragmenty, w których autor pokazuje, że mobilna elektronika może stać się narzędziem uczenia się, a nie wyłącznie przeszkodą. Uczciwie jednak dodaje, że taka praca wymaga ogromnego zaangażowania i przygotowania, a „po czterech takich lekcjach nauczyciel jest zupełnie wypompowany” (s. 23).

 

W gruncie rzeczy Pietrzyk intuicyjnie dotyka granic systemu klasowo-lekcyjnego, choć nie nazywa ich wprost. Próbuje uprawiać pedagogikę sensu w przestrzeni, która często przypomina „więzienną celę”. Uszlachetnia to, co da się uszlachetnić. Pozostaje pytanie: jak długo można w takich warunkach być sobą – refleksyjnym, profesjonalnym, uważnym, ludzkim?

 

Być może odpowiedzią jest zdanie, które brzmi jak osobiste credo autora: „Bycie nauczycielem to jedna z najważniejszych prac na świecie – i nie dopuść, żeby ktoś lub coś odebrało ci to przekonanie” (s. 53).

 

Warto tę książkę przeczytać właśnie jako akt samoobrony zawodu. I jako cichy, uparty głos kogoś, kto mimo wszystko nadal wierzy, że szkoła może być miejscem sensu.

 

 

 

Cały tekst „Szkoła, która żyje wbrew sobie, czyli jak niektórzy nauczyciele ratują sens edukacji mimo ministerialnych deform”  –TUTAJ

 

 

 

Źródło:www.sliwerski-pedagog.blogspot.com

 

 

 

 

 

 

 



Podjąłem decyzję, że dłuższe teksty, pochodzące z innych źródeł, nie będą już prezentowane na stronie OE w całości, a jedynie we fragmentach. Jeżeli czytających one zainteresują, będą mogli zapoznać się z ich pełną wersją klikając w zamieszczany link.

 

Dzisiaj pierwszym w tej formie odnotowanym na OE, jest najnowszy post Jarosława Pytlaka, zamieszczony wczoraj  na blogu „Wokół Szkoły”  

 

 

Autonomia w teorii i w praktyce oświatowej

 

[…]

 

Przedmiotem tej analizy będzie autonomia nauczyciela. Bardzo dużo mówi się o niej przy okazji reformy „Kompas Jutra”. Słuchając przedstawicieli instytucji zarządzających przygotowaniami do planowanej zmiany (MEN oraz IBE), zapowiadających zwiększenie autonomii nauczycieli, i zestawiając to z proponowanymi rozwiązaniami, mam wrażenie wielkiego nieporozumienia, tudzież pomieszania pojęć. A że autonomię uważam za warunek sine qua non skutecznej pracy pedagogicznej, czuję potrzebę zaprezentowania tutaj swoich wątpliwości i przemyśleń.

 

Dlaczego autonomia nauczyciela jest ważna?

 

Autonomia w każdym zawodzie polega mniej więcej na tym samym – samodzielnym podejmowaniu decyzji. Nie oznacza totalnej samowoli, bowiem w praktyce każdy człowiek uwikłany jest w jakieś ograniczenia. Może największą autonomię ma artysta, który sam decyduje o swoim dziele, ale nawet on musi brać pod uwagę oczekiwania klientów, jeśli chce sprzedać to, co stworzy.

 

Autonomia w każdym zawodzie polega mniej więcej na tym samym, ale poszczególne zawody różnią się stopniem złożoności podejmowanych działań i decyzji. Nauczanie wiąże się z nawiązywaniem relacji z innymi ludźmi i oddziaływaniem na nich. Każdy jest unikalną mieszanką zdolności, pracowitości, motywacji, umiejętności komunikacyjnych. Każdy może mieć dobry lub zły humor, dobre lub złe samopoczucie. Przed nauczycielem stają rozmaite cele, zarówno dydaktyczne, jak i – bardzo często w pracy z dziećmi i młodzieżą – wychowawcze. Większość nauczycieli pracuje w placówkach oświatowych, więc muszą też brać pod uwagę ograniczenia związane z przepisami, uwzględniać organizację pracy oraz ustalenia – choćby tylko te zapisane w statucie, które obowiązują cały zespół pedagogiczny. To tylko niektóre okoliczności sprawiające, że praca nauczyciela należy do najbardziej złożonych. Podejmowanie na co dzień bardzo wielu decyzji jest jej częścią. Nie sposób całości ubrać w instrukcje i procedury. Autonomia nauczyciela jest więc bardzo ważna. Jest po prostu koniecznością podyktowaną przez życie.

 

Dwa poziomy autonomii

 

W debacie publicznej często pojawia się twierdzenie, że w momencie, gdy nauczyciel staje przed klasą, „może wszystko” – w domyśle sam decyduje o tym, jaką drogą podąży, jak rozwinie się sytuacja. To spore uproszczenie, bo na pewno wielu rzeczy nie może, jednak istotnie, w bezpośredniej relacji z uczniami, rzeczywiście ma dużą swobodę postępowania.

 

Osobista autonomia nauczyciela w niektórych sprawach ustępuje autonomii zespołu pedagogicznego. Są pewne uzgodnienia, zapisywane w statucie, na przykład w zakresie oceniania, które po uchwaleniu obowiązują wszystkich. Wpływ na zapisy statutowe mogą mieć również rodzice, za pośrednictwem Rady Rodziców i uczniowie poprzez przedstawicielstwo Samorządu Uczniowskiego.

 

Oba poziomy nauczycielskiej autonomii mają umocowanie w przepisach prawa. Artykuł 12 ust. 2 Karty Nauczyciela głosi wprost, że „w realizacji programu nauczania ma prawo do swobody stosowania takich metod nauczania i wychowania, jakie uważa za najwłaściwsze spośród uznanych przez współczesne nauki pedagogiczne”. W prawie oświatowym jest też szereg delegacji dla społeczności szkolnych do uregulowania różnych kwestii w statutach placówek. Niestety, jedno i drugie bywa często źródłem nieporozumień. […]

 

 

Oto podtytuły kolejnych fragmentów:

 

 

Przykłady nieporozumień z życia wzięte

 

Autonomia kontra przepisy

 

Zanikająca przestrzeń zaufania

 

Przywracanie przez ograniczanie

 

 

A to ostatni fragment tego tekstu:

 

 

No i mamy pat

 

Bez poczucia autonomii, w atmosferze lęku przed odpowiedzialnością za decyzje podejmowane w codziennej pracy, szkoły stają się toksycznym środowiskiem pracy dla nauczycieli, a przez to też gorszym miejscem dla uczniów. Z drugiej strony brak zaufania społecznego nie jest jedynie wynikiem działań MEN, ale po prostu jednym z przejawów kryzysu życia społecznego, z jakim borykamy się na wielu polach. Najbardziej prawdopodobny scenariusz, to dalszy uwiąd instytucji szkoły. Sytuacji nie poprawi kreowanie przez władze nowych oczekiwań i nadziei, jak choćby na sukces edukacji włączającej. Tego sukcesu nie będzie, bo wymagałoby to nie tylko pomysłu – przyjmijmy nawet, że jest, ale także potężnych środków finansowych na wdrożenie – a tego nie ma na pewno. Działamy cały czas „po taniości”, co tylko potwierdza starą mądrość, że słowa są najtańsze.

 

Nie wiem, jak można wybrnąć z obecnej sytuacji, i czy w ogóle można, ale jestem pewny, że reforma „Kompas Jutra” nie wychodzi naprzeciw żadnej istotnej przyczynie panującego kryzysu.

 

 

Z całym tekstem „Autonomia w teorii i w praktyce oświatowej”  można zapoznać się  – TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



Przy sobocie, po robocie, proponuję tekst niedługi, ale zasługujący na uwagę. Znalazłem go na blogu  grupy „Superbelfrzy”, a jego autorką jest Justyna Gajdziszewska*:

 

 

Co musi się wydarzyć, aby stać się, być i chcieć pozostać nauczycielem?

 

Nie zostaje się nauczycielem tylko dlatego, że kończy się studia pedagogiczne, podpisuje umowę o pracę czy wchodzi do klasy po raz pierwszy. Nauczycielem się staje i zostaje nim codziennie na nowo. Czasem z przekonania, czasem z uporu, a czasem dzięki jednemu zdaniu przeczytanemu późnym wieczorem w książce, obejrzanemu filmowi albo rozmowie, która choć krótka, zostaje w głowie na długo.

Każdy nauczyciel nosi w sobie własną mapę inspiracji

Są na niej książki z niezliczoną liczbą zakładek indeksujących, z pozaginanymi rogami, notatkami robionymi na marginesach, podcasty słuchane w drodze do pracy, blogi czytane po cichu w przerwie między lekcjami czy sprawdzaniem kolejnych prac pisemnych. Są konferencje, z których wracamy z głową pełną pomysłów i takie, po których zostaje jedno zdanie, ale i ono wystarcza, by spojrzeć na uczniów inaczej. Są też ludzie – inni nauczyciele – którzy swoją pasją, odwagą i autentycznością przypominają nam, dlaczego to wszystko wciąż ma sens.

Inspiracje nauczycielskie nie zawsze są spektakularne

Często przychodzą niepostrzeżenie w zwykły dzień, w momencie zmęczenia, w chwili zwątpienia, w bezsenną noc. To one sprawiają, że zmieniamy swój warsztat pracy, odważamy się próbować nowych metod, przestajemy szukać „idealnych rozwiązań”, a zaczynamy lepszych relacji. To dzięki nim uczymy się nie tylko skuteczniej nauczać, ale też uważniej słuchać, więcej rozumieć i mniej oceniać.

 

W świecie szkoły, w którym łatwo o rutynę, przeciążenie i poczucie, że ciągle trzeba „dociągnąć do… weekendu, przerwy świątecznej, ferii, wakacji” inspiracje nie są dodatkiem. Są paliwem. Przypomnieniem, że edukacja to nie tylko realizowanie podstawy programowej, ale przede wszystkim spotkanie człowieka z człowiekiem. Że nauczyciel też ma prawo się rozwijać, zmieniać, szukać, zadawać pytania, próbować i popełniać błędy.

 

Spojrzałam na półkę z książkami i pomyślałam, że nie stoją na niej podręczniki akademickie. Są za to publikacje, które pozwoliły mi zmienić spojrzenie na edukację i uwierzyć, że można inaczej: oceniać, prowadzić lekcje, tworzyć relacje, wspierać, rozmawiać czy dbać o siebie. Świat się zmienia. Szkoła się zmienia. Uczniowie się zmieniają, więc dlaczego nauczyciele mieliby stać w miejscu?

Dzisiaj o książkach, a jutro?

Tak jak na tę półkę, możemy spojrzeć na historię przeglądarki, YouTube’a, platform streamingowych, polubione i zaobserwowane osoby, strony czy blogi, a także inne miejsca, do których zaglądamy, by dotrzeć do wartościowych materiałów.

 

Ten tekst jest właśnie o tym – o książkach, filmach, podcastach, blogach, wydarzeniach i ludziach, dzięki którym staliśmy się nauczycielami, jesteśmy nimi i wciąż chcemy być. Bo dopóki się inspirujemy, dopóty szkoła ma szansę być miejscem żywym, a my spełnionymi nauczycielami.

 

W kolejnych wpisach przybliżę Wam szczegóły tego, co miało na mnie największy wpływ. A może za jakiś czas razem stworzymy bibliotekę nauczycielskich inspiracji? Jestem bardzo ciekawa Waszych typów.

 

*Justyna Gajdziszewska  – nauczycielka języka polskiego, informatyki, bibliotekarka w Zespole Szkolno-Przedszkolnym nr 2 w Olkuszu. Teacher Canvassador. W pracy wykorzystuje myślenie wizualne, myślenie krytyczne, ocenianie kształtujące, klocki i narzędzia TIK. W kręgu jej zainteresowań znajduje się praca z błędem. Kładzie duży nacisk na interdyscyplinarność swoich lekcji, chętnie wprowadza innowacje pedagogiczne. Uważa, że najtrudniejszą pracę wykonuje się, pełniąc funkcję wychowawcy klasy. Stawia na relacje w edukacji, integrację zespołu klasowego i pozytywne wzmocnienie. Prowadzi profil ,,Polonistka się znalazła”.

 

 

 

Źródło: www.superbelfrzy.edu.pl

 



Dzisiaj proponuję lekturę tekstu zaczerpniętego z dawno nieodwiedzanego fb-profilu dr Tomasza Tokarza. Będzie to kolejny przykład refleksji na temat „po co dziecko ma chodzić do szkoły”:

 

 

Bądźmy szczerzy – podstawowym powodem, dla którego edukacja jest obowiązkowa do 18 roku życia jest to… że trzeba dzieciom zapewnić opiekę, kiedy rodzice są w pracy. I to takimi zadaniami, które odciągną ich od naturalnego dla dzieci bzikowania.

 

Ale skoro już jest obowiązkowa to nauka powinna mieć sens.

 

Wg mnie sens jest w pięciu wymiarach.

 

a) odpowiednia organizacja pracy – większość dzieci nie zorganizuje sobie samemu pracy, potrzebują ram, które im wskażą, kiedy jest czas na naukę, nadaje to strukturę i rytm.

 

b) mobilizacja – większość dzieci nie ma motywacji do robienia tego, co wymaga wysiłku w nieznanym obszarze, po prostu takie mają mózgi. Potrzebują odpowiednich impulsów i sensownej gratyfikacji za trud.

 

c) ukierunkowanie – większość dzieci będzie zagubiona jeśli zostawimy je zupełnie same sobie, potrzebują mądrego przewodnika, który pokaże im różne aktywności i pomoże wybrać odpowiednią dla nich, taką w której mogą się specjalizować (ot taki trd) metodyka uczenia się – większość dzieci ma problemy z doborem odpowiednich dla siebie sposobów uczenia się, Potrzebują rozpoznania swoich mocnych stron i preferencji ze strony mądrego dorosłego.

 

d) metodyka uczenia się – większość dzieci ma problemy z doborem odpowiednich dla siebie sposobów uczenia się, Potrzebują rozpoznania swoich mocnych stron i preferencji ze strony mądrego dorosłego.

 

e) monitorowanie postępów – większość dzieci ma trudność w oszacowaniu na jakim jest poziomie. Potrzebują określenia postępów i informacji zwrotnej – co jest już dobrze, a co wymaga poprawy.

 

To wszystko oczywiście jest w szkołach. Ale wg mnie klasyczne szkolne narzędzia do tych obszarów przestały się sprawdzać.

 

Organizacja pracy jako sztywny plan lekcji, taki sam dla każdego, nie pomaga w planowaniu własnych działań. Potrzeba tu większej personalizacji.

Mobilizacja przez straszenie lub opowieści o przyszłym sukcesie – przestała realnie angażować. Potrzeba więcej naturalnych motywatorów (np. działanie z innymi).

 

Ukierunkowanie przez 45 minutowe obowiązkowe pakiety – nie daje czasu na wybór kierunku. Potrzeba większej specjalizacji.

 

Metodyka uczenia się – w postaci komunikatu „ucz się więcej” – nie przekłada się na realne zrozumienie. Potrzeba większej uwagi dla ucznia.

 

Monitorowanie przez cyferki – nie daje wartościowej informacji jak się uczyć. Potrzebujemy uzupełnienia ich o pomocne wskazówki.

 

Potrzeba zmian w tych obszarach zamiast ciągłego dodawania czegoś do podstawy i wprowadzenia nowych obligatoryjnych przedmiotów. 90% dyskusji o reformie sprawdza się do tego – do uczenia jakich rzeczy będziemy zmuszać dzieci. Brakuje refleksji – jak naprawdę mądrze będziemy wspierać ich rozwój.

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/tomasztokarzIE/

 

 

 

 

 

 

 



Dawno nie zamieszczałem tekstu z bloga „Profesorskie Gadanie”, prowadzonego przez dra hab. Stanisława Czachorowskiego. Tym razem nie mogłem nie zamieścić Jego przemyśleń na temat efektywnego korzystania z dobrodziejstw, jakie może dać sztuczna inteligencja (IA). Oto ten tekst – bez skrótów:

 

 

Z AI jest jak z podróżami – kształcą, ale tylko przygotowanych i wykształconych

 

Znacie powiedzenie, że podróże kształcą? A znacie rozszerzenie i ciche dopowiedzenie, że kształcą tylko przygotowanych, ciekawych świata i już wykształconych? Bo ten, który już coś wie, jest przygotowany na doświadczenia, na nowość, na dostrzeganie tego, co pozornie zwykłe, na połączenie nowości z tym, co już w swojej głowie ma. Podróże kształcą, gdy włączają nowe informacje do już istniejącej struktury. Tylko tę strukturę trzeba już mieć. Czyli trzeba już być choć trochę wykształconym. Do każdej podroży warto się przygotować, wcześniej poczytać, zbudować sobie już jakąś podstawową wiedzę. Temu, który już coś ma, będzie dodane. Podobnie jest z wykorzystaniem AI w dydaktyce. Sztuczna inteligencja pomaga, ale tylko tym przygotowanym i już co nieco wykształconym. Od zera nic szybko i dobrze nie powstanie. To tylko iluzja, że jest jakieś cudowne narzędzie (stoliczek „nakryj się”), które za nas wszystko zrobi.

 

Zacznijmy jednak od podróży. Powiedzenie „podróże kształcą” to jeden z tych frazesów, które słyszymy tak często, że czasem przestajemy zastanawiać się nad ich głębią. W rzeczywistości nie chodzi tylko o oglądanie ładnych zabytków, ale o fundamentalną zmianę w sposobie myślenia. Oto jak możemy rozumieć to stwierdzenie na kilku płaszczyznach. Po pierwsze to nauka przez doświadczanie. To zupełnie co innego przeczytać o rzymskim Koloseum w podręczniku, a co innego stanąć w jego cieniu. Czym innym jest przeczytać o mandragorze a czym innym jest ją zobaczyć, rosnącą w ziemi. Podróże zamieniają suchą teorię w żywą wiedzę. Wtedy historia i sztuka stają się namacalne. Także przyroda i jej rozumienie. Kształcimy się również w aspekcie języka. Nauka „w locie”, gdy musisz zapytać o drogę lub zamówić posiłek, jest wielokrotnie skuteczniejsza niż w szkolnej ławce wkuwanie gramatyki. Bo jest to wykorzystanie w praktyce, od zaraz.

 

Po drugie to rozwój kompetencji miękkich. Podróżowanie (zwłaszcza niskobudżetowe lub w pojedynkę) to nieustanny trening umiejętności życiowych. Uczy zaradności. Rozwiązanie problemu odwołanego lotu czy zgubienia się w obcym mieście uczy opanowania. Szybkie dostosowywanie się do nowych warunków, walut i zwyczajów buduje psychiczną elastyczność. Uczy adaptacji do aktualnych warunków. I uczy rozmowy z innymi, dostrzega nie ich, poznawanie.

 

Po trzecie jest to rewizja własnych przekonań. Na przykład w ubiegłe wakacje byliśmy we Francji. Jechaliśmy z przekonaniem (stereotypem), że Francuzi nie mówią po angielsku i trudno będzie z płatnością mobilną z wykorzystaniem kart bankomatowych. Było zupełnie inaczej, wszędzie sie dogadaliśmy bez znajomości francuskiego a kartą płaciliśmy nawet na lokalnym ryneczku. To chyba najcenniejszy aspekt edukacyjny podróży. Kiedy opuszczamy swoją „bańkę”, zauważamy, że nasz sposób życia nie jest jedynym właściwym, że stereotypy o innych narodach często mijają się z prawdą i że empatia rośnie, gdy widzimy codzienne zmagania ludzi w innych częściach świata.

 

Jest jeszcze po czwarte. Dotyczy poznawania samego siebie. W nowym otoczeniu, gdzie nikt nas nie zna i nie ma oczekiwań wobec nas, łatwiej jest odkryć, kim naprawdę jesteśmy, łatwiej jest odkryć nasze mocne i słabe strony. Podróże pokazują nam nasze granice – co nas fascynuje, a co przeraża, jak jesteśmy wytrzymali lub wręcz przeciwnie. Czy potrafimy poradzić sobie bez smartfonu, który akurat się zepsuł?

 

Czy podróże zawsze kształcą? Warto dodać małe „ale”. Podróże kształcą tylko wtedy, gdy jesteśmy na to otwarci. Trzeba więc chcieć. Turysta widzi to, co chce zobaczyć (często nie wychodząc poza hotelowy bufet). Podróżnik patrzy, słucha i próbuje zrozumieć. „Świat jest książką i ci, którzy nie podróżują, czytają tylko jedną stronę”  (św. Augustyn). Podróże uczą nas pokory i uświadamiają nam, jak ogromny jest świat i jak mały (choć ważny) jest nasz wycinek rzeczywistości.

 

Tradycyjne porzekadło „podróże kształcą” jest uproszczeniem, które w dobie masowej turystyki niemal straciło na aktualności. Aby podróż stała się procesem edukacyjnym, a nie tylko konsumpcją przestrzeni, widoków i „punktów obowiązkowych”, musi zaistnieć synergia między otwartością poznawczą a uprzednim przygotowaniem. Można przejechać cały świat i wrócić z niego z dokładnie tym samym zestawem uprzedzeń, z którym się wyjechało. Można podróżować daleko i zapamiętać tylko lotnisko oraz hotelowy basem. Można podróżować blisko a zobaczyć i doświadczyć bardzo wiele.

 

Kształcenie w podróży przypomina proces nakładania nowej wiedzy na już istniejącą siatkę pojęciową. Jeśli podróżnik nie zna kontekstu historycznego odwiedzanego miejsca, wtedy dla niego architektura pozostanie dla niego jedynie „ładnymi budynkami”. Jeśli nie posiada w sobie ciekawości, czyli gotowości do zadawania pytań „dlaczego?” i „jak?” – każda inność kulturowa będzie postrzegana jako dziwactwo, a nie jako alternatywne rozwiązanie ludzkich problemów czy pragnień.

 

Przygotowanie to swoisty „fundament pod budowę”. Pozwala ono dostrzec niuanse: zrozumieć, że barok w Wilnie różni się od tego w Rzymie z konkretnych przyczyn politycznych czy surowcowych. Tak jak zamki na Loara od zamków w dawnym państwie krzyżackim. Ciekawość z kolei jest silnikiem, który pcha nas poza główne szlaki turystyczne. Podróż kształci tylko wtedy, gdy staje się dialogiem między naszą wiedzą a nowym doświadczeniem. Bez tego dialogu pozostaje jedynie monologiem naszych dotychczasowych przekonań na tle egzotycznej scenografii.

 

Podobnie jest z narzędziami sztucznej inteligencji, o których słyszymy jakie to cudowne narzędzia, wszystko-potrafiące-i robiące-za-ciebie. Niczym turystyczne wieże Eiffla i egipskie piramidy. Wszyscy tam jeżdżą. Także jako nauczyciele (nie tylko akademiccy) stoimy dziś przed nowym rodzajem podróży – eksploracją możliwości, jakie daje generatywna sztuczna inteligencja (AI, gen AI). Tutaj analogia do podróżowania jest uderzająco trafna. AI kształci, ale tylko przygotowanych, pomaga, ale tylko już wykształconym. To nie jest cudowna lampa Aladyna z magicznym dżinem.

 

Podobnie jak wyjazd do obcego kraju nie zrobi z nas ekspertów bez znajomości podstaw geografii, tak samo AI nie stworzy za nas wartościowego scenariusza zajęć, jeśli sami nie rozumiemy materii dydaktycznej. Potrzebny jest fundament merytoryczny, Aby AI pomogło nam w dopracowaniu instrukcji do ćwiczeń, musimy najpierw wiedzieć, jaki efekt uczenia się chcemy osiągnąć. AI potrafi generować treści przekonujące, ale błędne (tzw. halucynacje). Tylko „przygotowany podróżnik” – czyli nauczyciel z solidną wiedzą – jest w stanie wyłapać te nieścisłości i skierować dialog na właściwe tory.

 

AI może być efektywnym partnerem w  procesie ideacji.   Może zaproponować dziesięć różnych metafor wyjaśniających trudne zagadnienie fizyczne lub zasugerować nieoczywiste case study do analizy na jakimś biologicznym przedmiocie nauczania. Jednak to nasza ciekawość pozwala nam drążyć temat głębiej. Zamiast prosić o „plan zajęć”, prosimy o „zaproponowanie kontrargumentów do tezy X, które zmuszą studentów do krytycznego myślenia”. Zamiast gotowca, szukamy inspiracji do stworzenia autorskiej instrukcji, którą AI pomoże nam jedynie sformatować, uprościć lub wzbogacić o brakujące ogniwa logiczne.

 

W podróży to, co wyniesiemy z rozmowy z lokalsem, zależy od tego, jak sformułujemy pytanie. W pracy z modelem językowym (LLM) jest identycznie. W pracy z AI trzeba umieć zadawać właściwe pytania. Na przykład „Przygotuj mi zadania” to złe pytanie. „Stwórz zestaw zadań problemowych dla studentów II roku medycyny, uwzględniając najnowsze wytyczne dotyczące etyki badań klinicznych” – to pytanie przygotowanego wykładowcy. Praca z AI to nie wypełnianie formularza, lecz proces sokratejski. Dopytywanie, korygowanie, proszenie o zmianę tonu czy perspektywy to klucz do uzyskania materiałów, które realnie podniosą jakość naszych zajęć. A na końcu i tak pozostaje nasza ocena uzyskanych materiałów.

 

Dopiero po trzech latach czytania, próbowania i eksperymentowania zauważyłem, że AI pomaga mi pisać i przygotowywać narzędzia dydaktyczne. AI, podobnie jak podróż, nie zastąpi myślenia – ona je multiplikuje. Dla nauczyciela nieprzygotowanego będzie jedynie „generatorem papki tekstowej”, ubranej w ładnie wyglądające zdania. Dla nauczyciela przygotowanego, ciekawego i potrafiącego prowadzić dialog, stanie się wydajnym laboratorium dydaktycznym.

 

AI nie jest cudownym i magicznym artefaktem, gdzie po wypowiedzeniu magicznego zaklęcia „Sezamie otwórz się” lub „stoliczku nakryj się”, szybko i bez wysiłku dostaniemy unikalny skarb. Bez pracy nie ma kołaczy, a bez wysiłku nie na efektów. Gdyby było inaczej to 8 miliardów ludzi szybko by z AI skorzystało i bylibyśmy zasypani genialnymi opowieściami, scenariuszami i instrukcjami ćwiczeń czy podręcznikami. Zawsze jest jednak kontekst miejsca i czasu. Można marzyć o tym, że AI zrobi szybko i łatwo za nas. Ale i tak kończymy na żmudnej i trudnej pracy. Wszystko co proste i łatwe już zostało zrobione. Dla nas pozostały te trudniejsze rzeczy.

 

 

Źródło: www.profesorskiegadanie.blogspot.com

 

 

 



Proponowany do lektury tekst został zamieszczony dzisiaj na fanpage grupy „Nie dla chaosu w szkole”. Pisany jest w pierwszej osobie l.p., ale nie podpisany imiennie. Tym nie mniej zasługuje na zapoznanie się z nim, gdyż są tam informacje (i opinie autora/ki) na temat proponowanej w reformie „Kompas Jutra”  nowej siatki godzin dla liceow:

 

 

Nowa siatka godzin dla liceów, przygotowywana w ramach Reformy Kompas Jutra, nie została jeszcze oficjalnie ujawniona, ale są tacy co już ją oglądali i łapią się głowy. Dariusz Chętkowski na łamach „Polityki” mówi wprost co myśli: Miał nadzieję, że dzięki Kompasowi Jutra uda się zwiększyć nacisk na nauczanie przedmiotów rozszerzonych, tak ważnych dla uczniów. To co zobaczył to jeszcze poważniejsza niż dotąd marginalizacja rozszerzeń…

 

Dziś bez korepetycji trudno dobrze zdać maturę. Po zmianach będzie to właściwie niemożliwe. Jeżeli MEN nie wycofa się z okrojonej siatki godzin, korepetytorów czeka prawdziwy raj.

 

Reforma przyniesie zmianę na gorsze. Choć liczba godzin na wszystkie przedmioty – ważne i nieważne – się nie zmniejszy (uczeń będzie tyle samo czasu spędzał w szkole), to na naukę na poziomie rozszerzonym przewidziano mniej godzin. Zamiast 22 (tak jest teraz) – tylko 18. Każdy przedmiot będzie rozszerzany jednakowo: po 6 godzin.

 

Aby ukryć to okrojenie, MEN zabrania uczyć na poziomie rozszerzonym od pierwszej klasy. Każe wprowadzać rozszerzenia dopiero od drugiej klasy (wtedy na każdy przedmiot rozszerzony wypadną dwie godziny w tygodniu) lub nawet od trzeciej (wtedy będą to trzy godziny). Decyzję będzie podejmował dyrektor w porozumieniu z radą pedagogiczną. Uczniowie nie będą mieli nic do gadania.

 

Zresztą siatka godzin jest tak skomplikowana, że uczeń i rodzic połapią się, że coś tu nie gra, dopiero w ostatnim roku przed maturą.

 

[Już] obecna siatka godzin jest mocno krytykowana, gdyż na naukę przedmiotów w wymiarze rozszerzonym daje mniej niż 20% czasu. (…) Jak coś jest naprawdę uczniom potrzebne, np. osobom wybierającym się na studia medyczne chemia i biologia na poziomie rozszerzonym, to w szkole dostaną tego tyle, co kot napłakał.

 

Reforma „Kompas Jutra” daje okazję, aby zmienić proporcje na korzyść przedmiotów rozszerzonych. MEN jednak idzie w drugą stronę. Zaczynam podejrzewać, że Barbara Nowacka jest pod wpływem lobby nauczycieli dających prywatne lekcje.

 

Przesunięcie nauki na poziomie rozszerzonym z klasy pierwszej do drugiej lub nawet trzeciej to poważny cios wymierzony w szkoły olimpijskie. Przygotowywanie ucznia do zawodów olimpijskich ma sens tylko wtedy, gdy zacznie się to robić od pierwszych dni nauki w szkole średniej. Dodatkowej wiedzy, wykraczającej poza program nauczania na poziomie podstawowym, ale wymaganej na olimpiadzie, jest tak dużo, że przynajmniej jej część uczeń powinien zdobyć na lekcjach (do tego służą rozszerzenia).

 

Gdy rozszerzeń nie będzie w klasie pierwszej, a może także w klasie drugiej, całe przygotowanie do olimpiady trzeba będzie zrealizować w trybie dodatkowym, np. na kołach zainteresowań i podczas indywidualnych konsultacji z opiekunem. Szkoła musi posiadać środki finansowe, by za taką dodatkową naukę opiekunowi zapłacić.

 

Czy MEN ma świadomość, że szkoły, które są wylęgarnią olimpijczyków, po reformie spotka zapaść?

 

Niezmiernie dziwi zmniejszenie liczby godzin na informatykę. Obecnie są to tylko 3 godz. (po godzinie w klasie pierwszej, drugiej i trzeciej). Po zmianie byłaby to tylko 1 godz. tygodniowo w klasie pierwszej i drugiej (w dwóch najstarszych klasach nie byłoby już informatyki). Odebraną informatyce godzinę MEN przesuwa na EDB, co wydaje się kuriozalne. Gdyby urzędnicy MEN rozumieli, na czym polega dzisiaj bezpieczeństwo, zwiększyliby liczbę godzin informatyki.

 

Jeżeli jest to kolejny ukłon MEN w stronę dyrektorów, którzy nie mogą znaleźć informatyka do pracy, należy uznać to za grubą przesadę. Z nauki bezpieczeństwa nie można rezygnować z powodu problemów z wakatami.

 

Jeżeli „Kompas Jutra” jest po to, aby ukryć nieudolność dyrektorów, a pośrednio także organów prowadzących szkołę, w pozyskiwaniu fachowców, to ja dziękuję za taką reformę.

 

 

Źródło: www.facebook.com/NIEdlachaosuwszkole/

 



Dzisiaj proponuję lekturę teksu Marcina Polaka, zamieszczonego na redagowanym przez niego portalu „Edunews” w minioną niedzielę, w którym jego autor zaprezentował wyniki badania skutków  „wpuszczenia” do szkół sztucznej inteligencji  – „A new direction for students in an AI world: Prosper, prepare, protect”, opublikowanych właśnie przez Centrum Edukacji Powszechnej Brookings Institution:

 

 

                                                           AI w szkole – obecnie więcej ryzyk niż korzyści      

 

 

Wielu osobom w edukacji udziela się entuzjazm związany z możliwością skorzystania z pomocy sztucznej inteligencji (AI). Być może jednak ulegamy wpływowi marketingu korporacji międzynarodowych, które przekonują nas, że oferują nam wspaniałe narzędzie edukacyjne i po prostu nie można z niego nie skorzystać. Zwłaszcza, że za darmo. Powinniśmy zachować ostrożność, tak nauczyciele, jak i osoby uczące się. Sytuacja nie jest tak różowa, jak mogłoby się to wydawać. Oczywiście – wydaje się, że podstawowe użycie narzędzi sztucznej inteligencji sprawia, iż zadania wykonujemy szybciej. Ale czy zastanawiamy się, za jaką cenę?

 

Ryzyko związane z wykorzystaniem generatywnej sztucznej inteligencji do edukacji dzieci i młodzieży obecnie przyćmiewa korzyści, które można dzięki AI osiągnąć – wynika z najnowszego badania przeprowadzonego przez Centrum Edukacji Powszechnej Brookings Institution, amerykańskiej organizacji typu think-tank .

 

Szeroko zakrojone badanie objęło grupy fokusowe i wywiady z uczniami klas K-12 (dwanaście roczników, czyli i poziom podstawowy i średni – przyp. red.), rodzicami, nauczycielami i ekspertami technicznymi z 50 krajów, a także przegląd literatury obejmujący setki artykułów naukowych. Stwierdzono, że wykorzystanie sztucznej inteligencji w edukacji może podważyć fundamentalny rozwój dzieci, a szkody, które już wyrządziła, są „zniechęcające”, choć jeszcze „możliwe do naprawienia.

Generatywna sztuczna inteligencja jest wciąż nowa – ChatGPT został opublikowany nieco ponad trzy lata temu – stąd autorzy raportu mieli na celu zbadanie potencjału sztucznej inteligencji w klasie z uwzględnieniem rozwoju kompetencji uczniów i wpływu na nauczycieli oraz stosowane przez nich metody pracy.

 

Do zalet: sztuczna inteligencja może pomóc uczniom w nauce czytania i pisania

 

Nauczyciele ankietowani na potrzeby raportu stwierdzili, że sztuczna inteligencja może być przydatna w nauce języka, zwłaszcza dla uczniów uczących się drugiego języka obcego. Na przykład, AI może dostosować złożoność tekstu do umiejętności czytelnika i zapewnia pewien stopień prywatności uczniom, którzy mają trudności w kontaktach z dużymi grupami.

 

Nauczyciele uczestniczący w badaniu uważają, że sztuczna inteligencja może również pomóc w poprawie umiejętności pisania uczniów, o ile służy do wspierania ich wysiłków, a nie do wykonywania pracy za nich. Nauczyciele wskazują, że sztuczna inteligencja może „pobudzić kreatywność” i pomóc uczniom pokonać blokadę twórczą. (…) Na etapie pisania może pomóc w organizacji, spójności, składni, semantyce i gramatyce. Na etapie korekty może wspierać edycję i przepisywanie pomysłów, a także pomagać w (…) interpunkcji, stosowaniu wielkich liter i gramatyce.

 

Do wad: sztuczna inteligencja stanowi poważne zagrożenie dla rozwoju poznawczego uczniów

 

Na szczycie listy zagrożeń Brookings znajduje się negatywny wpływ sztucznej inteligencji na rozwój poznawczy dzieci – sposób, w jaki uczą się nowych umiejętności oraz postrzegają i rozwiązują problemy.

 

Raport opisuje rodzaj pętli uzależnienia od AI, w której uczniowie coraz częściej przerzucają na technologię swoje własne myślenie, co prowadzi do spadku funkcji poznawczych lub ich zaniku, częściej kojarzonego ze starzeniem się mózgu.

 

Rebecca Winthrop, jedna z autorek raportu w Brookings, ostrzegaKiedy dzieci korzystają z generatywnej sztucznej inteligencji, która podpowiada im odpowiedź (…) nie myślą samodzielnie. Nie uczą się odróżniać prawdy od fikcji. Nie uczą się rozumieć, co stanowi dobry argument, a co nie. Nie poznają różnych perspektyw, ponieważ tak naprawdę nie angażują się w treść, którą otrzymują.

 

Odciążanie poznawcze (ang. cognitive off-loading) nie jest oczywiście nowym zjawiskiem. Wielokrotnie już korzystaliśmy z technologii edukacyjnych, aby sobie pomóc. Na przykład klawiatury i komputery zmniejszyły potrzebę pisania odręcznego, a kalkulatory zautomatyzowały podstawowe obliczenia matematyczne. Jednak AI „przyspiesza” ten rodzaj „ułatwiania” edukacji, szczególnie w szkołach, gdzie nauka może wydawać się instruktażowa – nauczyciel tłumaczy dane zagadnienie uczniom, kontrolując czas, metodę i ocenę postępów w nauce. Generatywna sztuczna inteligencja to bardzo zmienia – jak zauważa jeden ze studentów badaczom: To proste. Nie trzeba używać mózgu.

 

Raport Brooking Institution dostarcza wielu dowodów sugerujących, że studenci korzystający z generatywnej sztucznej inteligencji już obserwują spadek wiedzy merytorycznej, umiejętności krytycznego myślenia, a nawet kreatywności. Może to mieć ogromne konsekwencje w przyszłości, jeśli ci młodzi ludzie wkroczą w dorosłość, nie ucząc się krytycznego myślenia. Chcą być „smart” – wykorzystują to, co oferuje AI, ale nie widzą, że w rzeczywistości wcale się nie uczą.

 

Do zalet: sztuczna inteligencja może nieco ułatwić pracę nauczycielom

 

W raporcie wskazano, że kolejną zaletą sztucznej inteligencji jest to, że pozwala ona nauczycielom automatyzować niektóre zadania, które ich dość mocno przytłaczają w szkole, np. generowanie wiadomości do rodziców, tłumaczenie materiałów, tworzenie arkuszy ćwiczeń, rubryk, quizów i planów lekcji” — i wiele innych (jak choćby cały asortyment materiałów biurokratycznych – dokumentacji wymaganej przez różne instytucje w sektorze edukacji i ministerstwo).

 

W raporcie przytoczono liczne badania naukowe, które wykazały istotne korzyści w zakresie oszczędności czasu dla nauczycieli, w tym badanie przeprowadzone w USA, które wykazało, że nauczyciele korzystający ze sztucznej inteligencji oszczędzają średnio prawie sześć godzin tygodniowo i około sześciu tygodni w ciągu całego roku szkolnego.

 

Do zalet i wad: sztuczna inteligencja może być motorem równości, lub nierówności w szkołach

 

Jednym z najsilniejszych argumentów przemawiających za wykorzystaniem sztucznej inteligencji w edukacji, według raportu Brookings, jest jej zdolność do dotarcia do dzieci wykluczonych z zajęć szkolnych. Badacze przytaczają przykład Afganistanu, gdzie talibowie odmówili dziewczynkom i kobietom dostępu do formalnej edukacji ponadpodstawowej.

 

Według raportu, jeden z programów dla afgańskich dziewcząt wykorzystał sztuczną inteligencję do digitalizacji afgańskiego programu nauczania, tworzenia lekcji opartych na tym programie i rozpowszechniania treści w języku dari, paszto i angielskim za pośrednictwem lekcji WhatsApp.

 

Sztuczna inteligencja może również pomóc w zwiększeniu dostępności zajęć dla uczniów z różnymi trudnościami w uczeniu się, w tym dysleksją.

 

Ale, jak ostrzega Rebecca Winthrop, sztuczna inteligencja może również znacząco pogłębić istniejące podziały. Dzieje się tak, ponieważ bezpłatne narzędzia sztucznej inteligencji, które są najłatwiej dostępne dla uczniów i szkół, mogą być jednocześnie najmniej wiarygodne i najmniej rzetelne, choćby dlatego, że nie dostarczają odpowiednio aktualnych treści.

 

Wiemy, że bogatsze społeczności i szkoły będą mogły sobie pozwolić na bardziej zaawansowane modele sztucznej inteligencji – zauważa Winthrop – i wiemy, że te bardziej zaawansowane (płatne – przyp. red.) modele są dokładniejsze. Oznacza to, że po raz pierwszy w historii technologii edukacyjnych szkoły będą musiały płacić więcej za dokładniejsze informacje. A to naprawdę szkodzi szkołom z mniejszymi budżetami finansowymi.

 

Do wad: sztuczna inteligencja stanowi poważne zagrożenie dla rozwoju społeczno-emocjonalnego

 

Z zebranych danych wynika, że wykorzystanie sztucznej inteligencji, a zwłaszcza chatbotów, podważa dobrostan emocjonalny uczniów, w tym ich zdolność do budowania relacji, radzenia sobie z niepowodzeniami i dbania o zdrowie psychiczne – czytamy w raporcie. Badacze wskazują, że technologia AI ma z natury charakter pochlebczy – została zaprojektowana tak, aby wzmacniać przekonania użytkowników.

 

Winthrop twierdzi, że jeśli dzieci rozwijają umiejętności społeczno-emocjonalne głównie poprzez interakcje z chatbotami, które zostały zaprojektowane tak, aby się z nimi zgadzać, stanie się bardzo niekomfortowe przebywanie w otoczeniu, w którym ktoś się z nimi nie zgadza.

 

Winthrop podaje przykład dziecka wchodzącego w interakcję z chatbotem, „narzekającego na rodziców i mówiącego: Chcą, żebym zmywał naczynia — to takie wkurzające. Nienawidzę moich rodziców. Chatbot najprawdopodobniej odpowie: Masz rację. Zostałeś źle zrozumiany. Przepraszam. Rozumiem cię. W przeciwieństwie do przyjaciela, który powiedziałby: Stary, ja ciągle zmywam naczynia w domu. Nie wiem, na co narzekasz. To normalne. Może to być źródło sporych problemów z zakresu wychowania – AI nie podpowie, że jednak trzeba postąpić inaczej, zamiast tego być może będzie umacniała błędne podejście do spraw życiowych.

 

Do tego dochodzą kwestie związane ze sferą emocji. Niedawne badanie przeprowadzone przez Centrum Demokracji i Technologii, organizację non-profit działającą na rzecz praw obywatelskich i swobód obywatelskich w erze cyfrowej, wykazało, że prawie 1 na 5 uczniów szkół średnich przyznało, że oni lub ktoś, kogo znają, miał romantyczną relację ze sztuczną inteligencją. 42% uczniów biorących udział w tym badaniu przyznało, że oni lub ktoś, kogo znają, używali sztucznej inteligencji jako „osoby” do towarzystwa.

 

Raport ostrzega, że ​​takie echo sztucznej inteligencji może hamować rozwój emocjonalny dziecka: Uczymy się empatii nie wtedy, gdy jesteśmy doskonale rozumiani, ale wtedy, gdy źle rozumiemy i odzyskujemy równowagę – zauważa jeden z ankietowanych ekspertów.

 

Wyzwania na przyszłość

 

Raport Brookings zawiera długą listę rekomendacji, które pomogą rodzicom, nauczycielom i decydentom – nie wspominając o samych firmach technologicznych – wykorzystać potencjał sztucznej inteligencji bez narażania dzieci na ryzyko, jakie obecnie stwarza ta technologia. Wśród tych rekomendacji:

 

-Sama edukacja mogłaby być mniej skoncentrowana na tym, co raport nazywa realizacją zadań według instrukcji (udzielonych przez nauczyciela – przyp. red.) lub na ocenie końcowej jako celu kształcenia, a bardziej na rozbudzaniu ciekawości i chęci uczenia się. Jeśli uczniowie będą czuli się zaangażowani, być może będą mniej skłonni prosić sztuczną inteligencję o wykonanie pracy za nich.

 

-Sztuczna inteligencja projektowana dla dzieci i młodzieży powinna być mniej pochlebcza, a bardziej „antagonistyczna”, odrzucająca uprzedzenia i zachęcająca młode umysły do refleksji i oceny.

 

-Firmy technologiczne powinny współpracować z nauczycielami w ramach „centrów współprojektowania” edukacji. Przykładowo w Holandii, wspierany przez rząd ośrodek skupia już firmy technologiczne i nauczycieli, aby opracowywać, testować i oceniać nowe zastosowania sztucznej inteligencji w klasach. (W Polsce badania nad AI pod kątem procesu uczenia się zaczyna Centrum Nauki Kopernik, ale to dopiero początek projektu ZBADAI – przyp. red.).

 

-Holistyczne kompetencje w zakresie wykorzystania sztucznej inteligencji mają kluczowe znaczenie w edukacji – zarówno dla nauczycieli, jak i uczniów. Niektóre kraje, w tym Chiny i Estonia, posiadają kompleksowe, krajowe wytyczne dotyczące rozwijania umiejętności we współpracy ze sztuczną inteligencją.

 

-W miarę jak szkoły wdrażają narzędzia AI, ważne jest, aby niedofinansowane placówki (zwłaszcza w zmarginalizowanych społecznościach) nie pozostały w tyle, co prowadziłoby do pogłębienia nierówności. To duże wyzwanie dla władz lokalnych.

 

-Nie można pozostawić wdrażania AI w szkolnictwie swobodzie korporacji. Rządy mają obowiązek regulować wykorzystanie sztucznej inteligencji w szkołach, upewniając się, że wykorzystywana technologia chroni zdrowie poznawcze i emocjonalne uczniów, a także ich prywatność. Aktualnie w Stanach Zjednoczonych administracja Donalda Trumpa próbuje zakazać władzom stanowym samodzielnego regulowania obecności sztucznej inteligencji w szkołach, a brakuje federalnych ram regulacyjnych.

 

Jak argumentują autorzy, nadszedł czas na działanie. Zagrożenia, jakie sztuczna inteligencja stwarza dla dzieci i młodzieży, są już wiadome, liczne i oczywiste. Dobra wiadomość jest taka, że ​​mamy też wiele możliwości rozwiązania znanych nam problemów.

 

Warto podkreślić na koniec – sztuczna inteligencja jest najbardziej użyteczna, gdy uzupełnia, a nie zastępuje pracę nauczyciela z krwi i kości. Tak samo – gdy uzupełnia proces myślowy osoby uczącej się, a nie zastępuje go oferując iluzję kształcenia.

 

 

 

Źródło: www.edunews.pl