Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'

W piątek 13 lutego proponuję lekturę najnowszego posta z bloga „Pedagog”, w którym prof. Bogusław Śliwerski podjął strategiczny temat dla debaty o polskiej edukacji: „Kto ma prawo decydować o edukacji oraz jak ta władza powinna być legitymizowana”. Oto ten tekst bez skrótów:

 

 

Edukacja publiczna między konstytucją a populistyczną polityką

 

 

Edukacja publiczna jest problemem ustrojowym, ale nie ma jej w Polsce, mimo istniejących regulacji w Konstytucji.

 

Debaty o edukacji w Polsce od lat dotyczą głównie programów nauczania, egzaminów, list lektur, przedmiotów i organizacji procesu kształcenia. Tymczasem u ich podstaw leży pytanie znacznie głębsze, które ma charakter ustrojowy. Nie dotyczy ono tego, czego i jak uczyć, lecz tego, kto ma prawo decydować o edukacji oraz jak ta władza powinna być legitymizowana.

 

Bez odpowiedzi na to pytanie każda reforma pozostaje kosmetyczna. Można bowiem zmieniać treści, ale jeśli struktura władzy pozostaje niezmieniona, szkoła nadal będzie funkcjonowała jako instytucja zarządzana centralnie, a nie jako dobro wspólne, przestrzeń świata wspólnego dla wszystkich jej podmiotów.

 

Model edukacji uspołecznionej, publicznej w pełnym tego słowa znaczeniu nie jest propozycją kolejnej „wizji pedagogicznej”. Jest od kilkudziesięciu lat kwestią ustroju systemu edukacji w Polsce.

 

Uspołecznienie i autonomia 

 

W tradycji demokratycznej autonomia nie oznacza swobody wyboru ani braku ograniczeń, ale nieuzasadnioną dominację, życie w porządku, w którym nikt nie podlega arbitralnej władzy innego podmiotu.

 

Przeniesione na politykę oświatową oznacza to brak arbitralnej dominacji władzy centralnej nad szkołami, brak dominacji rynku nad celami procesu kształcenia oraz brak dominacji administracji państwowej nad profesją nauczycielską. Edukacja demokratyczna nie jest więc ani liberalnie prywatna, ani etatystycznie centralna, ale jest autentycznie publiczna, samorządna.

 

Konstytucyjny potencjał Polski

 

Polska Konstytucja nie narzuca systemowi szkolnemu modelu centralistycznego. Wręcz przeciwnie:

 

-Rzeczpospolita jako dobro wspólne (art. 1),

 

-godność osoby jako źródło praw (art. 30),

 

-prawo do nauki (art. 70),

 

-pomocniczość jako zasada ustrojowa.

 

Powyższe normy zobowiązują władze państwowe do tego, by:

 

-gwarantowały wszystkim dzieciom i młodym dorosłym prawo do edukacji,

 

-określały minimalne ramy (obowiązek szkolny do 18 roku życia, ale bezpłatne studia do 26 roku życia),

 

-chroniły równość dostępu.

 

Konstytucja nie określa szczegółowo praktyki dydaktycznej, podobnie jak nie rozstrzyga o praktyce medycznej, prawniczej, ekonomicznej itp.

 

Problem polskiej edukacji nie polega więc na braku podstaw konstytucyjnych, lecz na lekceważeniu przez sprawujących władzę państwową od 1999 roku ich zawężającej interpretacji.

 

Centralizm jako deformacja samorządnej oświaty

 

W praktyce polski system oświatowy ewoluował w stronę modelu, w którym:

 

-państwo (MEN)  definiuje szczegółowe treści,

 

-państwo pośrednio narzuca metody kształcenia poprzez strukturę egzaminów zewnętrznych,

 

-państwo kontroluje szkoły poprzez kuratoria i dyrektorów (niższe ogniwa nadzoru pedagogicznego – partyjnego).

 

Wraz z centralistyczną reformą Mirosława Handke powstał w Polsce ustrój szkolny, który deklaratywnie jest publiczny, lecz ustrojowo przypomina hierarchiczne administrowanie organizacją oraz procesami kształcenia i wychowania w placówkach. Te zaś wraz z likwidacją samorządności i autonomii nauczycieli przestały być publicznymi.

 

W takim systemie:

 

-szkoła traci charakter samorządnej wspólnoty,

 

-nauczyciel traci status profesjonalisty, bo pozornie jest funkcjonariuszem publicznym (w rzeczywistości ogniwem władzy państwowej, partyjnej),

 

-obywatel jest zniechęcany do realnego wpływu na to, w jakich warunkach edukowane są jego dzieci .

 

Oświatę publiczną wypiera  zarządzanie partyjno-biurokratyczne.

 

Uspołeczniony, publiczny system szkolny opiera się na decentracji i decentralizacji władzy między cztery podmioty:

 

Państwo – gwarantuje suwerenność normatywną,

 

Samorząd terytorialny – suwerenność kontekstową, infrastrukturalną, logistyczną, komunikacyjną,

 

Szkoła – suwerenność wspólnotową (szkoła samorządna)

 

Zawód nauczycielski – suwerenność profesjonalną (samorząd zawodowy nauczycieli)

 

 

Oświatę publiczną wypiera  zarządzanie partyjno-biurokratyczne.

 

Uspołeczniony, publiczny system szkolny opiera się na decentracji i decentralizacji władzy między cztery podmioty:

 

Państwo – gwarantuje suwerenność normatywną,

 

Samorząd terytorialny – suwerenność kontekstową, infrastrukturalną, logistyczną, komunikacyjną,

 

 

Szkoła – suwerenność wspólnotową (szkoła samorządna)

 

Zawód nauczycielski – suwerenność profesjonalną (samorząd zawodowy nauczycieli)

 

Żaden z samorządnych podmiotów nie jest nadrzędny wobec pozostałych.

 

Państwo ustanawia ramy. Samorząd tworzy warunki. Szkoła organizuje praktykę. Profesjonaliści strzegą standardów. To jest sedno ustroju demokratycznego, ale nie w III RP.

 

Autonomia nauczycieli jako jeden z warunków samorządnej oświaty. Ta nie istnieje bez autonomicznych wobec ustroju szkolnego obywateli, rodziców dzieci  i młodzieży. Nie ma też samorządnej szkoły bez autonomicznych nauczycieli. Autonomia nie oznacza dowolności, ale zdolność do samodzielnego sądu w ramach wspólnego świata norm.

 

Nauczyciel autonomiczny interpretuje program, samodzielnie dobiera metody i bierze odpowiedzialność za sens własnej praktyki zawodowej. System oparty na checklistach, procedurach i mikroregulacjach nie tylko ogranicza autonomię, ale przekształca zawód nauczyciela w funkcję administracyjną, któremu minister może zlecić zadania nawet zupełnie sprzeczne z funkcją szkoły.

 

Samorząd zawodowy nauczycieli wymaga odróżnienia od interesów pracowniczych (związki zawodowe) i od standardów profesji (samorząd zawodowy). Władztwo centralistyczne nie chce samorządnej profesji zlecając troskę o nauczycieli w granicach dopuszczalnych przez rząd. Jeśli nauczyciele są niezadowoleni, a są, to wciska się im rzekomą potrzebę powołania rzecznika praw nauczycieli, czyli kolejnego urzędnika działającego pod dyktando partiokracji.

 

W demokratycznym społeczeństwie samorząd nauczycieli powinien ustalać standardy wejścia do zawodu, tworzyć kodeks etyki, współdecydować o warunkach kształcenia i doskonalenia zawodowego nauczycieli, ale także prowadzić postępowania dyscyplinarne wobec osób naruszających ustanowione standardy.

 

Władze państwowe uznają istnienie samorządu, bez możliwości sterowania nim. Dopiero wtedy nauczyciel przestaje być „pracownikiem budżetowym”, a staje się członkiem zawodu zaufania publicznego.

 

Uspołecznienie edukacji: rady oświatowe

 

Polskie prawo od 1991 roku przewiduje możliwość powołania krajowej oraz terytorialnych rad oświatowych, a w placówkach radę szkoły czy radę przedszkola. Problemem nie jest ich brak, lecz ich degradacja do roli fasadowej tam, gdzie powstały (o.2 proc. wszystkich szkół quasi publicznych).

 

W modelu szkolnictwa publicznego rady tworzą środowisko do deliberacji obywatelskiej, artykułują interes publiczny, opiniują kierunki polityki edukacyjnej. Nie zarządzają szkołami czy przedszkolami, nie zatrudniają dyrektorów, ale mają pełne prawo do wyrażania własnej opinii na temat istniejących regulacji wewnątrzszkolnych i sposobów ich egzekwowania od uczniów i ich nauczycieli. Nie narzucają rozwiązań dydaktycznych, bo od tego są profesjonalnie wykształceni nauczyciele. Zapewniają obecność obywateli w placówkach edukacyjnych jako ich współgospodarzy, a nie jako petentów.

 

Szkoła jako mikropolis

 

Szkoła publiczna nie jest ani filią ministerstwa, ani przedsiębiorstwem usługowym, ani poradnią psychologiczno-pedagogiczną, a tym bardziej zakładem karnym. Jest mikropolis, małą wspólnotą, w której istnieją organy przedstawicielskie, toczy się w organach społecznych debata, pojawiają się konflikty i kompromisy. Uczeń w takiej wspólnocie nie jest „przygotowywany do demokracji” ani nauczany o demokracji, ale żyje w jej elementarnej formie.

 

Egzaminy i programy kształcenia w logice szkoły publicznej

 

Podstawa programowa określa minimum wspólne, a nie jest scenariuszem lekcji. Egzaminy zaś potwierdzają osiągnięcie progów, nie służą rangowaniu placówek i ich uczniów, oddziałów czy nauczycieli. Celem nie jest porównywanie szkół, lecz zagwarantowanie prawa do edukacji uczęszczającym do nich dzieciom .

Co wymaga zmiany, a co już istnieje

 

Model szkoły publicznej nie wymaga zmiany Konstytucji. Wymaga natomiast reinterpretacji istniejących zasad, redystrybucji kompetencji, odblokowania uśpionych instytucji. Jest to projekt ewolucyjny, nie rewolucyjny.

 

Zamiast zakończenia

 

Najgłębszy spór o edukację w Polsce nie dotyczy lektur, godzin ani przedmiotów. Dotyczy tego, czy wierzymy, że obywatele są zdolni współrządzić, profesje są zdolne do samoregulacji, a państwo nie musi być jedynym nosicielem racjonalności. Ten model edukacji zaczyna się od zaufania do społeczeństwa.

 

 

 

Źródło: www.sliwerski-pedagog.blogspot.com

 

 

 

 

 



Dziś proponuję (bez skrótów) kolejny tekst Danuty Sterny, zamieszczony na jej blogu „OK. NAUCZANIE”. Są tam nie tyko informacje o tym jakie są przyczyny, że uczniowie nie spelniają oczekiwań, ale przede wszystkim cztery wskazówki, jak sobie z takimi problemami poradzić.

 

 

Jakie mogą być przyczyny braku spełnienia przez uczniów oczekiwań nauczyciela?

 

 

Rys, Danuta Sterna

 

Nauczyciel może zauważyć, że uczniowie nie rozwijają się tak, jak sam zakładał. Może to wynikać z różnych powodów . W tym wpisie cztery wskazówki, jak sobie z takimi problemami poradzić.

 

Nauczyciel zauważając, że uczniowie nie spełniają określonych w stosunku do nich oczekiwań, przeważnie ponownie tłumaczy materiał, stosując te same metody, tylko wolniej. To rzadko przynosi rezultaty, trzeba zastanowić się jakie są przyczyny. W tym wpisie cztery z możliwych. Najłatwiej byłoby zrzucić odpowiedzialność na uczniów, na ich niechęć do uczenia się lub lenistwo. Jednak w tym wpisie zastanowimy się nad przyczynami wynikającymi ze sposobu nauczania.

 

1.Niejasność co do celu.

 

Dzieje się to wtedy, gdy cel nauki lub kryteria sukcesu są dla uczniów niejasne.

Nie można zakładać że cele i kryteria, które są jasne dla nauczyciela, są też jasne dla uczniów.

 

Przykład: Uczniowie rozwiązujący równanie linowe, znajdują odpowiednią odpowiedź, ale nie pojmują, że mogli ją sprawdzić podstawiając do równania. Uczniowie potrafią udzielić odpowiedzi, ale nie wiedzą, jak do niej doszli, nie potrafią udzielić wyjaśnień. Ich praca koncentruje się na dokładności proceduralnej, a nie na wymaganym rozumowaniu.

 

Co można zrobić:

 

-Koncentrować się na celu, a nie na temacie.

 

-Opisywać kryteria sukcesu w sposób przystępny dla uczniów.

 

-Prosić uczniów, aby opowiedzieli własnymi słowami o celu i kryteriach sukcesu.

 

-Wyjaśnić uczniom, że ważne jest wyjaśnienie, a nie sam wynik.

 

-Zamodelować właściwe rozwiązanie problemu.

 

2.Brak otwartości na nowe

 

Uczniowie nie wiedzą, jak podejść do nowego wyzwania. Mają do dyspozycji tylko poprzednio już opanowane strategie, a one nie sprawdzają się w nowym kontekście, gdyż wymagają nowego, nieznanego uczniom podejścia.

 

Co można zrobić?

 

-Pytać uczniów: „Co już próbowaliście zrobić?”.

 

-Pozwolić uczniom na wycofanie się z nieefektywnej drogi.

 

-Zachęcać do próbowania

 

-Podzielić zadania na części, aby uczniowie mogli osiągnąć częściowe sukcesy.

 

-Podawać wskazówki, ale nie wyręczać uczniów.

 

-Pokazywać właściwa drogę na innym przykładzie.

 

 

3.Problem z niezrozumieniem polecenia.

 

Nauczyciel jest przekonany, że jego komunikat/polecenie do zadania są całkowicie jasne. Często jednak użycie nowych pojęć i skomplikowany język, mogą wpływać na brak zrozumienia.

 

Co można zrobić?

 

-Dbać o jasny przekaz w poleceniu.

 

-Używać prostego języka, usunąć zbędne konteksty lub wyróżnić kluczowe informacje.

 

-Pytać uczniów, jak rozumieją polecenie.

 

-Ustalać z uczniami, co powinni po kolei zrobić.

 

-Podać konkretny przykład.

 

-Podzielić zadanie na części i sprawdzać zrozumienia polecenia do każdej z nich.

 

-Określać wraz z uczniami, co oznacza dobre wykonanie zadania, czyli określać kryteriów sukcesu do zadania.

 

4.Awaria transferu 

 

Uczniowie nie potrafią jeszcze zastosować wiedzy już zdobytej do nowego kontekstu.

 

Potrafią wykorzystać daną umiejętność w praktyce lub z pomocą, ale nie potrafią rozpoznać, kiedy użyć tej samej umiejętności w nowej sytuacji.

 

Przykład: Uczniowie poprawnie rozwiązują zadania wymagającego mnożenia liczb, ale nie potrafią wykonać działania w zadaniu tekstowym.

 

Jest to podobna sytuacja, jak w punkcie 2, tylko tam uczniowie nie potrafią zacząć rozwiązywać zadania, a w tym przypadku problemy są z ukończeniem pracy.

 

Co można zrobić?

 

-Uświadamiać uczniom, że mają już opanowane umiejętności potrzebne dla ukończenia zadania.

 

-Podzielić zadania na etapy i podsumowywać każdy z wykonanych etapów.

 

-Podsumować to, co już zostało opanowane i traktować to jako zasób.

 

Trzy praktyczne propozycje do wypróbowania:

 

-Wyszczególnienie części polecenia, która odnosi się do celu – „Co jest najważniejsze w tym zadaniu?”

 

-Polecenie uczniom powtórzenie, własnymi słowami, czego wymaga od nich zadanie. Jakie są kroki prowadzące do rozwiązania problemu?

 

-Przedyskutowanie z uczniami, czy znana im strategia rozwiązywania problemu, sprawdzi się w danym przypadku.

 

W pokonywaniu  tych czterech barier pomaga ocenianie kształtujące stosowane przez nauczyciela w stosunku do własnego nauczania. Polega to na: zbieraniu dowodów uczenia się uczniów, dostosowywania metod nauczania do tych dowodów, i ponownego pozyskiwania informacji o procesie uczenia się uczniów.

 

Sprawdzanie jest tu kluczowe. Jeśli następuje ono na końcu procesu uczenia się uczniów, to nie można skorzystać z płynących ze sprawdzania wskazówek, aby lepiej pokierować procesem nauczania. Druga podstawowa sprawa, to próbowanie. Nie ma reguł – jak nauczać, pasujących do każdej klasy i do każdego ucznia. Nauczyciel doskonali swój warsztat – próbując.

 

 

Inspiracja artykułem Todda Finleya

 

 

Źródło: www.oknauczanie.pl

 



Wszyscy, którzy nie mogą żyć bez kolejnych informacji o losach reformy „Kompas Jutra” mogą się o tym dowiedzieć z zamieszczonej na portalu „Strefa Edukacji” publikacji, zatytułowanej „Koniec biegania między szkołami? MEN proponuje nowe rozwiązanie” – TUTAJ

 

A ja proponuję bardzo ważki materiał z portalu „Prawo.pl” z którego można dowiedzieć się o wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Poznaniu, który potwierdził, że dyrektor szkoły to organ władzy publicznej i jako taki jest zobowiązany do udostępnienia informacji publicznej, nawet jeśli zarządza prywatną szkołą podstawową.

 

Poniżej udostępniam jedynie wybrane przeze mnie fragmenty tego tekstu, ale gorąco polecam zapoznanie się z jego pełną wersją ( załączam link), a także udostępnianie togo tekstu swoim znajomym:

 

 

Jedynki i dwójki stawiane uczniom stanowią informację publiczną

 

Dyrektor szkoły to podmiot zobowiązany do udostępnienia informacji publicznej, nawet jeśli stoi na czele szkoły prywatnej. Jak pokazuje orzecznictwo, również oceny stawiane uczniom, w tym i te niedostateczne, i bez znaczenia z jakiego przedmiotu szkolnego stanowią informację publiczną podlegającą udostępnieniu.

 

Przedmiotem sprawy była skarga na bezczynność dyrektora szkoły podstawowej w zakresie udostępnienia informacji publicznej. Wnioskodawczyni zwróciła się z prośbą o udzielenie odpowiedzi na dziesięć pytań dotyczących stanu osobowego uczniów w klasach 7 i 8, ilości dokonanych skreśleń z listy uczniów oraz braku klasyfikacji do następnej klasy, liczby uzyskanych ocen niedostatecznych na poszczególnych lekcjach, a także uczestnictwa dzieci w olimpiadach tematycznych. Poza tym interesowała ją kwestia kwalifikacji zawodowych nauczyciela muzyki i kontroli kuratorium oświaty. Dyrektor udzielił odpowiedzi jedynie na dwa pytania – o kwalifikacje zawodowe nauczyciela oraz liczbę kontroli kuratorium oświaty. Pozostałe żądane dane nie stanowiły, zdaniem dyrektora szkoły, informacji publicznych i w tym zakresie on sam zaniechał udzielania odpowiedzi na pytania.

 

Bezczynność dyrektora podstawówki została zaskarżona do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Poznaniu. Wnioskodawczyni zakwestionowała stanowisko dyrektora i brak przekazania danych rzekomo niestanowiących informacji publicznych. Zwróciła uwagę na fakt, że kierowana przez dyrektora placówka oświatowa to podmiot prywatny, ale korzystający z subwencji oświatowej. Z tego powodu dyrektor jako organ prowadzący podlega obowiązkowi udostępniania informacji publicznych.

 

[…]

 

Odnosząc się do odpowiedzi na pytania, które – zdaniem dyrektora szkoły – nie stanowiły informacji publicznych, sąd rozpatrzył indywidualnie każdą z nich. W pierwszej kolejności informacja dotycząca stanu osobowego w poszczególnych klasach, czyli innymi słowy liczba uczniów realizujących obowiązek szkolny i struktura klas w szkole kierowanej przez dyrektora to przejaw informacji publicznej. Mimo, że szkolnictwo jest powszechne, to coraz częściej szkoły nie posiadają obsady we wszystkich klasach. Społeczeństwo chce wiedzieć, czy program nauczania jest realizowany w każdej klasie, w której jest to obowiązkowe i zdaniem sądu, ma do tego pełne prawo.

 

Biorąc pod uwagę fakt, że skreślenie z listy uczniów stanowi sprawą administracyjną, w której dyrektor szkoły wydaje decyzję administracyjną, to dane dotyczące ilości uczniów skreślonych z listy stanowią wzorcową informację publiczną. Jak wyjaśnił WSA, obywatel ma prawo wiedzieć, czy dyrektor szkoły prawidłowo realizuje swoje obowiązki. Liczba uczniów nieklasyfikowanych to również informacja publiczna, bowiem brak klasyfikacji zazwyczaj stanowi podstawę skreślenia z listy uczniów albo nieudzielenia promocji do następnej klasy.

 

Statystyka ocen niedostatecznych wystawionych na poszczególnych lekcjach to również obszar zainteresowania obywateli. Jak wyjaśnił sąd, ocenianie i wystawianie ocen to jeden z fundamentalnych obszarów działalności szkoły. Skoro pytania ze sprawdzianów, kartkówek, egzaminów państwowych stanowią informację publiczną (służącą do prawidłowej oceny realizacji programu nauczania), to każda ze stawianych uczniom ocen, w tym niedostateczna, półroczna, roczna, cząstkowa jest również informacją publiczną podlegającą udostępnieniu bez względu na przedmiot szkolny.

[…]

 

Sąd pierwszej instancji doszedł do przekonania o zasadności skargi – dyrektor podstawówki dopuścił się bezczynności, ale bez rażącego naruszenia prawa. Wszystkie odpowiedzi na pytania zawarte we wniosku o udostępnienie informacji publicznej, także na te pominięte stanowią informację publiczną i podlegają udostępnieniu w ramach ustawy o dostępie do informacji publicznej. Dlatego też dyrektor został zobowiązany do rozpoznania wniosku skarżącej również w pozostałym, zaniechanym uprzednio zakresie.

 

 

Cały tekst „Jedynki i dwójki stawiane uczniom stanowią informację publiczną”  TUTAJ

 

 

 

Źródło:www.prawo.pl/oswiata/

 



Wczoraj, rutynowo przeglądając różne stront w Internecie, zobaczyłem na fanpage grupy „Nie dla chaosu w szkole” post, informujący o rozmowie, którą Marcin Fijołek przeprowadził z ministrą Nowacką w programie „Graffiti” , wyemitowaną w telewizji Polsat News.

 

Oto ów post, będący syntezą informacji, jakie w tej rozmowie uzyskał red. Fijołek:

 

 

 

Marcin Fijołek pyta min. Nowacką o kwestie, których „odwrócenie” zapowiada PIS – powrót obowiązkowych prac domowych i WDŻ (zamiast EZ):

 

Prace domowe są, nie można ich tylko oceniać cyfrowo. Nauczyciele przyzwyczaili się już do tego i znają sposoby na wyegzekwowanie wiedzy. Czy nie znacznie większy wymiar ma to, że uczniowie mają częste sprawdziany i kartkówki? To jest własna wiedza uczniów i to ich przygotowuje do egzaminów. Sprawdzanie wiedzy to immanentna część naszego życia.

 

Z decyzją dotyczącą prac domowych czekam na rekomendację IBE, oni tam powołali zespół złożony z nauczycieli praktyków. Ten zespół jak na razie zgodził się tylko że nie może być jak wcześniej [przed 1 IV 2024].

 

Zmian – wielkich – raczej nie będzie. Z perspektywy moich rozmów z nauczycielami – te zmiany nie są im potrzebne, bo oni umieją egzekwować wiedzę innymi sposobami. Ten brak kary [dla ucznia] za brak pracy domowej im nie przeszkadza. Wszelkie inne metody są stosowane w szkole.

 

EZ to przedmiot szalenie potrzebny. Rzetelna wiedza, żadnej ideologii. Są obawy rodziców, ale przecież EZ jest prowadzona przez nauczycielki i nauczycieli. Do kogo mieć większe zaufanie, jak nie do tych profesjonalistów, którzy są z naszymi dziećmi po kilka godzin dziennie?

 

Uważałam i uważam, ze ten przedmiot musi być obowiązkowy. Decyzja o zmianie statusu EZ musi musi zapaść do końca marca – szkoły muszą wiedzieć ilu nauczycieli zatrudnić. Jestem otwarta na różne rozwiązania. Mam nadzieję, że nie będzie politycznej awantury, bo coraz więcej ludzi wie, co to jest za przedmiot.

 

Część poświęcona seksualności – tu jest znak zapytania jak zapewnić spokój, a dać jak najwięcej wiedzy. Potrzebny jest jakiś kompromis, ale to powinien być taki kompromis, w którym dzieci zyskują potrzebną wiedzę.

 

Nauczyciel to jest najważniejsza – jedna z najważniejszych – osób w życiu dziecka. Nie wolno podważać jego autorytetu, trzeba dbać, by nauczyciele czuli się w szkołach dobrze. To jest kwestia wynagrodzeń – do końca kadencji powiążemy je ze wskaźnikami. 40% nauczycieli, m.in. dzięki podwyżkom, zobaczyło II próg podatkowy. Nasi nauczyciele potrafią uczyć, szczególnie przedmiotów ścisłych i to wzmacnia gospodarkę.

 

 

Źródło: www.facebook.com/NIEdlachaosuwszkole/

 

x          x           x

 

 

Zapis filmowy wywiadu, przeprowadzonego z ministrą Barbarą Nowacką przez red. Marcina Fijołka

w programie „Graffiti”  –  TUTAJ

 

 



Dzisiaj na „Portalu dla Edukacji” zamieszczono tekst Bogdana Bugdalskiego, z którego dowiecie się o stanowisku kolejnego nauczycielskiego związku zawodowego o projektach reformy. Oto jego obszerne fragmenty i link do pełnej wersji:

 

 

Forum-Oświata ostro o projektach MEN. „Mogą uderzyć w autonomię i czas pracy nauczycieli”

 

 […]

 

Zdaniem WZZ „Forum-Oświata” przedstawione przez minister edukacji projekty rozporządzeń stanowią próbę wprowadzenia do systemu oświaty rozwiązań, które nie mają umocowania w ustawie, a więc nie mogą stanowić podstawy do zmian w aktach wykonawczych.

 

Związek podkreśla, że regulacje, na które powołuje się resort, nie weszły w życie z uwagi na weto Prezydenta RP, co wyklucza możliwość ich implementacji do systemu rozporządzeniem. Takie działanie jest naruszeniem konstytucyjnej hierarchii źródeł prawa i przekroczenie uprawnień przez ministra.

 

[…]

 

Z kolei w stanowisku odnoszącym się do rozporządzenia w sprawie ramowych planów nauczania, obok wskazanych wyżej zastrzeżeń, związek zwraca uwagę na to, że projekt ingeruje w ustawowe uprawnienia nauczycieli dotyczące czasu pracy, które są zawarte w art. 42 ust. 1-3 ustawy – Karta Nauczyciela.

 

WZZ zauważa również uwagę, że wyznaczony przez MEN termin opiniowania ww. projektów (7 dni), narusza ustawowe kompetencje związków zawodowych wyrażone w art. 19 ustawy o związkach zawodowych, który wskazuje jednoznacznie, że termin przedstawienia opinii nie może być krótszy niż 30 dni, a w wyjątkowych wypadkach 21 dni.

 

 

 

Cały tekst „Forum-Oświata ostro o projektach MEN. ‘Mogą uderzyć w autonomię i czas pracy nauczycieli’”  –  TUTAJ

 

 

Źródło:  www.portalsamorzadowy.pl/edukacja/

 

 



Dzisiaj proponuję lekturę tekstu, z bloga Jarka Blocha, który zobaczyłem wczoraj, choć był on zamieszczony w minioną środę – 4 lutego. Jest to efekt długiego okresu braku jego aktywności na blogu „Co z tą edukacją” – poprzedni post  p.t. „Wymagać” zamieścił w Wigilię – 24 grudnia!

 

 

                                                                                        Hipokryci kontratakują

 

Problemy demograficzne wpływają coraz bardziej na naszą rzeczywistość. MEN zaproponował w grudniu, aby wyludniające się szkoły wiejskie stały się szkołami filialnymi i pełniły także inne funkcje oprócz szkolnej (ośrodków kultury, miejsc spotkań seniorów, miejscami opieki nad małymi dziećmi). Samorządowcy pomysłowi przyklaskują, bo to ogranicza koszty. Prawica bije na alarm i mówi o ukrytej likwidacji szkół, oraz o utracie szans edukacyjnych dzieci wiejskich (?). Tyle że prawicowi politycy zapomnieli, że niedawno sami rozmontowali system, który te dzieci wspierał, czyli sieć gimnazjów

 

Po likwidacji gimnazjów wiejskie szkoły stały się na powrót 8 klasowe. Niestety współczynnik dzietności na wsi już pod koniec lat 90-tych spadł poniżej progu zastępowalności pokoleń, a obecnie „dogonił” współczynnik miejski. Dzieci rodzi się coraz mniej, uczniów  w szkołach ubywa, nauczyciele tracą godziny, a samorządom rosną koszty, bo mniej uczniów, to mniej pieniędzy, a pewne wydatki są stałe. Pomysł ministerstwa nie jest więc głupi. Szkoła filialna mogłaby pełnić kilka funkcji, być lepiej wykorzystywana przez lokalną społeczność, zamiast straszyć pustymi korytarzami. Dzieci by na tym raczej nie ucierpiały, a może zyskały poprzez kontakty z rówieśnikami z innych szkół. Także nauczyciele, oprócz pełnych etatów, zyskaliby sporo doświadczenia pracując z dziećmi z większego obszaru.

 

Oczywiście każdy projekt rządowy jest zwykle krytykowany przez opozycję. To nawet rozumiem, bo krytykować, to prawo opozycji. Z tym, że jest w tej prawicowej krytyce sporo hipokryzji. Wszak to prawica zlikwidowała gimnazja, które ważniejszą rolę odgrywały na wsi. Uczeń spędzał w podstawówce na wsi tylko 6 lat i jeśli podstawówka była słaba, to mógł nadgonić w gimnazjum, aby mieć szansę na dobrą szkołę średnią. Dziś uczniowie są uziemieni w 8 letnich podstawówkach, gdzie jeśli podstawówka jest słaba, to tracą szanse na dobrą szkołę średnią… Z drugiej strony 8 letnie rządy prawicy nie poprawiły sytuacji demograficznej i szkoły się wyludniły. A wyludniające się podstawówki wymuszają łączenie roczników, co nie sprzyja jakości. Na miejscu prawicowych polityków byłbym ostrożny w krytykowaniu pomysłów ministerstwa, bo niedługo sami mogą zostać z tym problemem, jeśli uda im się wygrać wybory w 2027. Te szkoły się w cudowny sposób nie wypełnią, więc dzisiejsi krytycy staną dokładnie przed tym samym problemem, utrzymania szkół, kadry i obsługi, przy „znikających” klasach. Szkoły filialne dają szansę na lepszą edukację, zamiast łączyć roczniki uczniów, być może w starszych klasach będzie można połączyć dzieci z tego samego rocznika ale różnych filii, wystarczy do tego zwykły bus (kiedyś gimbus). Edukacja byłaby bardziej wydajna, lepsza. Także nauczyciele pracujący z dziećmi z większego obszaru i tych samych roczników, mogliby pracować w normalniejszych warunkach. Ale przede wszystkim zyskają uczniowie. W końcu szkoła nie powinna służyć dla bieżących rozgrywek politycznych, a dla lepszej edukacji dzieci…

 

Historia zatoczyła koło. Gdyby koncepcja szkół filialnych przeszła, to postrzegałbym to jako powrót do koncepcji gimnazjów, ale bez gimnazjów. Eksperyment prawicy z likwidacją gimnazjów okazał się najbardziej szkodliwy dla terenów wiejskich. I tu nie chodzi o to, że ktoś miał złe intencje. Tak naprawdę przy dzisiejszym poziomie dzietności, to nie chęci, nie polityka, a demografia rozdaje karty… Lokalni politycy, niezależnie od poglądów, stają przed takim samym problemem. Nie ma dzieci, a budynki trzeba utrzymywać. Nie ma dzieci, a gmin nie stać na nauczanie w zbyt małych grupach. Czy w każdej malutkiej szkole da się zapewnić bardzo dobrą kadrę pedagogiczną (szczególnie przy dzisiejszych zarobkach)? A może dziecko zawiezione do sąsiedniej miejscowości trafi tam na nauczyciela, przy którym rozwinie skrzydła? Prawica likwidując gimnazja strzeliła sobie w stopę. Paradoksalnie na likwidacji gimnazjów mniej straciło miasto, a więcej obszary wiejskie, na których prawica ma najwięcej wyborców. Nie jestem osobiście zwolennikiem wszystkich pomysłów minister Nowackiej, ale tutaj chyba nie ma innego wyjścia. Krytykować oczywiście można, ale wypadałoby też zaproponować inne, lepsze rozwiązanie. Nie widzę go. Szkoły miejskie, przy zmniejszającej się ilości uczniów mogą jeszcze liczyć na dzieci imigrantów, bo imigranci skupiają się głównie w dużych miastach. Szkoły wiejskie nawet na to nie mogą liczyć. Dzietność na wsi spadła poniżej poziomu zastępowalności pokoleń (tj. 2,1 dziecka na kobietę) na przełomie wieków i dziś wynosi 1,15… Nic nie wskazuje na to, aby miało być lepiej. W tych nowych warunkach zamiast spierać się dla spierania, trzeba znaleźć taki model, aby szkoły nie stały puste, a dzieci w wiejskich szkołach nie traciły szans na dobrą edukację… Szkoły filialne to ciekawy pomysł, proponujący konkretne rozwiązania.

 

 

 

Źródło: www.jaroslawbloch.ovh



Oto post z fb-profilu Pawła Mrozka, w którym promuje swój obszerny tekst, opublikowany na stronie stowarzyszenia „Głos Pokolenia”:

 

 

Afera w Instytucie Badań Edukacyjnych. Awangarda kłamstw” – tekst nad którym pracowałem od dłuższego czasu. Ujawniam nowe nieprawidłowości w Instytucie, który odpowiada za reformę edukacji: 10 mln złotych w błoto, miażdżąca kontrola NIK, mobbing, manipulacje dokumentami…

 

[…] Zachęcam do przeczytania. Tekst jest długi, ale poruszający bardzo ważne problemy. Moi informatorzy wiele zaryzykowali, opowiadajac te historie. Obecnie trwa na nich „obława” w IBE. Pracownicy boją się zdemaskowania.

 

W ostatnich miesiącach zgłosiło się do mnie kilku obecnych oraz byłych pracowników Instytutu Badań Edukacyjnych – Państwowego Instytutu Badawczego (IBE-PIB), prosząc o pomoc i nagłośnienie poważnych problemów wewnętrznych w tej instytucji. Moi informatorzy – z obawy przed utratą pracy i wilczym biletem w środowisku – zdecydowali się zachować anonimowość. Dysponuję jednak obszerną dokumentacją oraz nagraniami, które potwierdzają stawiane zarzuty.

 

Dlaczego eksperci zajmujący się edukacją boją się mówić otwarcie? I co to mówi o instytucji odpowiedzialnej za kształtowanie przyszłości polskiej szkoły? Instytut realizuje obecnie sztandarowy projekt rządu w obszarze edukacji, reformę „Kompas Jutra”. Czy Ministra Edukacji Barbara Nowacka powinna powierzać tak kluczowe zadania takiej instytucji?

 

W reportażu znajdą Państwo m.in.:

 

-informacje dotyczące wydatkowania niemal 10 mln zł środków publicznych w sposób budzący poważne wątpliwości prawne;

 

-nowe ustalenia kontroli Najwyższej Izby Kontroli – zleconej na wniosek dyrekcji, która przyniosła nieoczekiwane i krytyczne wnioski wobec nich samych;

 

-relacje pracowników dotyczące mobbingu, kultury strachu oraz braku reakcji kierownictwa na zgłoszenia o znęcaniu się nad pracownikami, w tym niewykonany audyt i wyniki badania opinii pracowniczej – prawie, co druga osoba chce odejść;

 

-chaos organizacyjny – osiem zmian struktury od momentu powołania nowej dyrekcji, pracownicy nie wiedzą, w jakim dziale pracują i kto jest ich szefem;

 

-manipulacje dokumentacją: znikające i powracające pliki, podpisywanie dokumentów nazwiskami ekspertów bez ich wiedzy, używanie narzędzia AI do pracy na danych wrażliwych;

 

-kulisy sprawy rekomendacji dot. prac domowych i poszkodowanej wieloletniej dyrektorki szkoły, Danuta Kozakiewicz;

 

-przypadek tzw. „Profilu Absolwenta” – dokumentu, który wielokrotnie znikał i powracał, prowadząc do rezygnacji profesora przewodniczącego radzie i członków;

 

-kontrowersyjne zlecenia zewnętrzne (w tym umowy z firmą logistyczną realizującą usługi IT dla IBE-PIB), martwą licencję wartą ok. 1 mln zł oraz pomijanie działu prawnego;

 

-polityczne powiązania i funkcjonowanie Instytutu jako zaplecza Ministerstwa Edukacji – kontynuację patologicznych mechanizmów znanych z poprzednich lat.

 

 

W tekście przypominam również śledztwa

 

 

Anton Ambroziak,   Anna WittenbergJarosław Pytlak,   Roman Leppert,   Paweł Lęcki,              Radosław Potrac,   Dariusz Martynowicz,   Gabriel Wolosewicz,   Agnieszka Kopacz,                Urszula Woźniak,  Maria Kowalewska,   Iga Kazimierczyk,   Przemek Staroń,   Ola Korczak,               Anna Schmidt-FicLech Mankiewicz,   Protest z Wykrzyknikiem,   NIE dla chaosu w szkole,                                                                                     ZNP,   @wyróżnienie.

 

Źródło: www.facebook.com/pawelmrozek07/

 

 

 

 

Tekst Pawła Mrozka „Afera w Instytucie Badań Edukacyjnych. Awangarda kłamstw”,

zamieszczony na stronie stowarzyszenia „Głos Pokolenia”  –  TUTAJ

 

 

 

https://glospokolenia.pl/o-nas/

 

 



Kolejny tydzień zaczynam od zamieszczenia (bez skrótów) tekstu Danuty Sterny – tym razem z portalu „Edunews”, na którym pojawił się dzisiaj.

 

 

Czy ocenianie może być mniej stresujące dla ucznia?

 

Tradycyjne metody oceniania często wywołuje presję i stres ucznia, podważają poczucie jego kompetencji. Warto poczynić zmiany w ocenianiu zmieniając podejście na bardziej przyjazne uczniom, czyli: rzadsze ocenianie stopniami i oferowanie wartościowej informacji zwrotnej, ograniczanie testów ocenianych sumująco oraz umożliwianie popraw.

 

W procesie uczenia się bardzo ważne jest poczucie kompetencji, postrzeganie przez uczniów, że dobrze sobie radzą z nauką. Niestety tradycyjne ocenianie sumujące (stopniami, punktami, procentami itp.) pracuje dla poczucia niekompetencji. Obecnie jest duża presja na otrzymywanie dobrych ocen. Każdemu uczniowi zależy na ocenach. Każda niższa ocena odbierana jest jako porażka, co nasila stres i poczucie niekompetencji. Uczniowie zaczynają myśleć, że po prostu nie są mądrzy i zdolni.

 

Niektóre osoby uważają, że słabe stopnie motywują uczniów do pracy, prawie nigdy tak nie jest. Trudno być zmotywowanym, gdy nie ma się poczucia kompetencji, raczej nie wierzy się wtedy, że się uda nauczyć.

 

Można zneutralizować znaczną część stresującego wpływu tradycyjnego oceniania, wdrażając następujące przyjazne uczniom praktyki:

 

Mniej oceniania stopniami, a więcej informacji zwrotnych bez ocen

 

Gdy uczniowie się uczą nie potrzebują oceniania stopniami, wtedy potrzebna im jest informacja zwrotna – co robią dobrze oraz co i jak mogą poprawić. Na koniec procesu uczenia się ocena stopniami daje informacje końcową – czy się nauczyłem tego, czego ode mnie oczekiwano.

 

Konstrukcja pełnej informacji zwrotnej zaleca wyszczególnienie tego, co uczeń zrobił dobrze. To pozwala uczniowi przyjąć też uwagi krytyczne płynące z informacji zwrotnej i ograniczyć stres.

 

Mniej rywalizacji więcej pomocy

 

Ocenianie stopniami prowadzi do rywalizacji pomiędzy uczniami. Ona utrudnia uczniom nawiązywanie kontaktów i zakłóca ich potrzebę przynależności i akceptacji ze strony rówieśników. Trzeba stawiać na gotowość pomocy ze strony rówieśników. Pomoc i zrozumienie budują więź klasową, która jest pomocna w uczeniu się.

 

Przyzwolenie na błąd

 

Popełnianie błędów jest w szkole napiętnowane i oceniane słabymi stopniami. Utwierdza to uczniów w przekonaniu, że prawidłowa nauka musi być procesem bezbłędnym. A błędy są nieodzownym towarzyszem procesu uczenia się i mogą być wykorzystywane do poprawy i doskonalenia tego procesu. Duża tu rola nauczyciela w zrozumieniu błędu przez ucznia i dążeniu do poprawy.

 

Więcej indywidualnej rozmowy o pracy ucznia

 

Najlepiej, gdy informacja zwrotna (bez stopnia) jest przekazywana uczniowi w rozmowie w cztery oczy. W takiej rozmowie uczeń może zadać nauczycielowi pytania i uzyskać wskazówki. Poświęcenie czasu na udzielenie uczniowi indywidualnej informacji zwrotnej jest bardziej efektywne i wzmacnia relację nauczyciel-uczeń. Więcej oceny koleżeńskiej i samooceny

 

Znalezienie czasu na indywidualne rozmowy lub na formułowanie informacji zwrotnej pisemnej jest dla nauczyciela pracochłonne i czasochłonne. Informacja zwrotna bez ocen może również przybierać formę dyskusji z całą klasą, samooceny lub oceny koleżeńskiej. Do oceny koleżeńskiej i samooceny niezbędne jest określenie kryteriów sukcesu – po czym poznamy, że praca jest dobra.

 

Do oceny koleżeńskiej trzeba uczniów specjalnie przygotować i nie jest to krótki proces, ale korzyści warte są wysiłku.

 

Więcej testów bez oceny stopniami

 

Korzystna jest praktyka krótkich testów, które nie są oceniane przez nauczyciela. Nauczyciel pokazuje uczniom prawidłowe odpowiedzi, a oni sami dokonują samooceny.

 

Taka informacja jest dla uczniów bezpieczna i pomaga im w poprawieniu ich uczenia się.

 

Warto polecić uczniom, aby w małych grupach omówili nieprawidłowe odpowiedzi i wyjaśnili sobie wzajemnie popełnione błędy.

 

Częstsze sprawdziany, ale mniej obszerne

 

Uczniowie potrzebują wiedzieć, jak przebiega ich proces uczenia się. Potrzebują wiedzieć, co już opanowali dobrze i nad czym muszą jeszcze popracować. Dlatego warto często przeprowadzać sprawdziany oceniane poprzez samoocenę.

 

Więcej powtórzeń i możliwości poprawy

 

Ogłoszenie sprawdzianu bez przygotowania się uczniów do niego podnosi wyraźnie stres. Aby go zmniejszyć ważne jest, aby postrzegać naukę jako proces, a nie jednorazowe wydarzenie. W czasie powtarzania i przygotowywania się ucznia do sprawdzianu następuje intensywna nauka. Czym więcej powtórek, podsumowań i przywoływania tym lepiej. Również sprawdzian nie może być jednorazową szansą. Uczeń powinien mieć szanse poprawy.

 

Nie tylko sprawdzian

 

Przyjęło się, że jedynym wymiernym sprawdzeniem wiedzy ucznia jest sprawdzian/klasówka. Istnieje więcej możliwości wykazania się wiedzą przez ucznia. Może to być prezentacja, podsumowanie projektu, a nawet graficzne przedstawienie tego, czego uczeń się nauczył.

 

Podnoszą się głosy, że nie należy eliminować stresu z życia ucznia. Życie dziecka ocenianego w szkole pełne jest stresu, obojętnie jak byśmy się starli go zmniejszyć. Czym mniej stresu, tym człowiek zdrowszy. Powyższe wskazówki, mogą pomóc w ograniczeniu tego stresu, choć oczywiście nie w tym rzecz, żeby w ogóle uczniowie nie doświadczali go w szkole.

 

 

Źródło: www.edunews.pl

 

 

 

 

 



 

Wczoraj, dwa nasze ulubione portale zamieściły teksty, poruszające ten sam problem:

 

 

> Strefa Edukacji  – „Szkoła w transmisji na żywo. Nękanie nauczycieli stało się trendem”  –  TUTAJ

 

 

> Portal dla Edukacji  –  „Nagrywają nauczycieli bez ich wiedzy. Transmisji są dziesiątki”  –  TUTAJ

 

 

 

Jako że w obu tych materiałach autorzy przyznają, że informacje czerpali z tego samego źródła – z fanpage grupy „Protest z Wykrzyknikiem”, uznałem, że po prostu zamieszczę cały ów tekst źródłowy – bez skrótów:

 

 

Nauczycielu, nauczycielko, rozejrzyj się dobrze, bo bardzo możliwe, że właśnie jesteś nagrywany. Tak, Ty! Tak, teraz! A konkretnie – może właśnie jesteś bohaterem, bohaterką drugiego planu podczas live’a na TikToku, który w tej chwili prowadzi jeden z Twoich uczniów. Jesteś w szkole, na lekcji? Trudno. Po prostu w tym czasie pętasz się po ich życiu.

 

Pod wpływem sygnału na skrzynkę kontaktową wybraliśmy się w kilkudniową podróż do świata naszych uczniów i uczennic. Świata istniejącego równolegle do szkolnej rzeczywistości.

 

Pani Iwona przysłała nam filmik, na którym zarejestrowany jest fragment live’a. Trafiła na niego przypadkowo na TikToku. Akcja toczy się w klasie, podczas lekcji. Na filmie widać, że uczniowie podczas relacji na żywo dokuczają nauczycielce pod wpływem zachęt płynących od komentujących. W klasie panuje chaos, telefon z kamerką ukryty jest na kolanach, widać podłogę i nogi pod ławką. Nauczycielka wydaje się całkowicie bezbronna i bezradna, bo nie wie, jakie jest źródło tych chuligańskich zachowań i wulgarnych odzywek. Jak się czuje ta nauczycielka? To nękanie było jednorazowe czy powtarza się regularnie? Może po lekcji weszła do pokoju nauczycielskiego i nie podzieliła się z nikim swoim doświadczeniem, bo przecież inni sobie na pewno radzą, więc pomyślą o niej, że jest nieudolna?

 

Nie udało się nam ustalić szkoły, w której odbyła się ta pokazywana na żywo lekcja. Pani Iwona zgłosiła sprawę na stronę dyżurnet.pl [to zespół ekspertów NASK-a działający jako punkt kontaktowy do zgłaszania nielegalnych treści w Internecie].

 

Nie pokazujemy nagrań ani screenów, żeby nie promować “bohaterów” tego procederu oraz nie spowodować wtórnej wiktymizacji nauczycielki. Postanowiliśmy natomiast sprawdzić, jaka jest skala tego zjawiska, czy jest ono incydentalne, czy masowe. Pani Iwona napisała, że takich filmików widziała mnóstwo.

 

Instalujemy więc aplikację (przyznajemy, że dotąd omijaliśmy TikTok szerokim łukiem).

 

Trzymajcie się mocno! Ruszamy!

 

Po zalogowaniu się klikamy w przycisk “LIVE” w lewym górnym narożniku aplikacji. Jest godzina dziesiąta – czas, kiedy nauczyciele i uczniowie są w szkołach. Klik i jest! Relacja na żywo. Z klasy. Trwa lekcja geografii. Scrollujemy i są kolejne live’y. Informatyka, chemia, język polski, język angielski, religia, matematyka, lekcja wychowawcza. Co czwarty, piąty live w godzinach przedpołudniowych nadawany jest z jakiejś klasy, gdzieś w Polsce. Niekończąca się lista relacji na żywo z polskiej szkoły. W tle słychać nauczycieli prowadzących lekcje. Na ekranie twarze uczniów, uczennic – najczęściej z ostatnich klas szkół podstawowych lub początkowych klas szkół ponadpodstawowych (w odpowiedzi na pytania z czatu streamerzy mówią, z której są klasy, stąd i nasza wiedza). Szkoły podstawowe, licea, technika, szkoły branżowe.

 

TAPUJEMY, TAPUJEMY!

 

Podczas live’a na ekranie widać zazwyczaj dwie osoby, rzadziej jedną. Główną zasadą jest odpowiadanie komentującym, trzeba więc cały czas śledzić czat. Komentujący wysyłają tak zwane “gifty”, zadają pytania, wydają polecenia. Streamerzy odpowiadają, dziękują, zachęcają do “tapowania” (forma reakcji). Składają różne obietnice za określone wartości. Czasem się targują, negocjują cenę poszczególnych zachowań. Coś powiedzieć do pani? Zależy co i za ile. To wszystko półgłosem lub szeptem, w zależności od tego, na co pozwalają warunki lekcji.

 

Czujemy się jak Plastuś, który dyskretnie uchyla wieko piórnika i podgląda ukradkiem przez szparkę. Wtem słyszymy swój nick – prowadzący głośno zauważył, że dołączyliśmy. To nas na chwilę speszyło, ale na prowadzącym nasza obecność nie robi żadnego wrażenia – jesteśmy tylko kolejnym cennym numerkiem zwiększającym liczbę osób oglądających live’a.

 

TAK, ŻEBY NAUCZYCIEL NIE ZAUWAŻYŁ

 

Live’y są robione bardzo dyskretnie. Telefon czasem znajduje się na kolanach pod ławką, ale najczęściej leży gdzieś na ławce – można się domyślać, że bywa ukryty w torbie, w piórniku, w szaliku, w czymś maskującym urządzenie. Uczniowie siedzą w ławkach i najczęściej zachowują porządek, stosują się do poleceń nauczyciela, nawet coś notują (lub udają) w zeszytach, ale ich uwaga jest gdzie indziej. Patrzą w telefon leżący na ławce, więc trudno z pozycji nauczyciela dostrzec, że coś jest nie tak. Obserwującym odpowiadają przyciszonym głosem, żeby nauczyciel się nie zorientował, nie zauważył. Myślisz, że u Ciebie to niemożliwie, bo uczniowie odkładają telefony? Nie bądź tego pewna. Mają po dwa.

 

CELEM NIE SĄ NAUCZYCIELE

 

Nie natknęliśmy się w naszych obserwacjach na podobnie przemocowe zachowania wobec nauczycieli jak te z nadesłanego filmiku. Może po prostu mieliśmy szczęście albo pecha. Podczas live’ów komentujący co prawda zachęcają do prowokowania nauczycieli, ale prowadzący zazwyczaj ignorują te polecenia. Najwyraźniej to nie zwiększa zainteresowania, nie przynosi “giftów”. Deklarują za to darczyńcom różne nieoczywiste formy podziękowań, np. że pokażą gołe stopy czy pocałują się przed kamerą.

 

WAY OF LIFE

 

Nagrywanie live’ów wydaje się być jakby częścią ich życia, codzienną rutyną. Do południa transmisje ze szkoły, z klas, z toalet, ze szkolnych szatni i korytarzy, bo tam spędzają czas młodzi ludzie. Po południu przenoszą się do domów. Odnieśliśmy wrażenie, że to ma charakter naturalnej, życiowej czynności, koniecznej do dostarczenia niezbędnej do życia energii. Czasem ma się wrażenie, że prowadzącym live’a nie towarzyszą żadne emocje, a czasem widać wyraźne pobudzenie, nerwowe tiki i kompulsywne zachowania. Liczba viewersów ich ekscytuje. Podczas live’ów można zarabiać. Walutą są “gifty”. Być może prowadzenie takich live’ów jest też sposobem na zarabianie pieniędzy.

 

WULGARYZMY NIE ROBIĄ WRAŻENIA

 

Podczas transmisji na pytania o nic prowadzący odpowiada odpowiedziami o niczym. Bo to są live’y o niczym. Wieje nudą. Jaka lekcja? Która klasa? Kiedy ferie? Jak ma imię ten w białej bluzie? Wulgaryzmy oraz obraźliwe komentarze zdają się zupełnie nie dotykać prowadzących, spływają po nich jak po kaczce, nawet powieka im nie drgnie. Na wulgarne komentarze czasem odpowiadają w podobnie wulgarny sposób, ale najczęściej je ignorują.

 

LIVE’Y NIE SĄ DOMENĄ “PATOLOGII”

 

Bohaterami dziesiątek obejrzanych przez nas live’ów są dzieci o bardzo różnym kapitale społecznym, co widać i słychać w języku, którym się posługują, w strojach, dodatkach, po sposobie zachowania wobec siebie i nauczycieli. To również uczniowie z tzw. dobrych szkół i dobrych domów.

 

Streamerzy są całkowicie wyłączeni z udziału w lekcji – skupiają się na ekranie telefonu. Choć trafiliśmy też na relację, podczas której dwoje prowadzących kontroluje zarówno live, jak i lekcję, a w pewnym momencie wciągają się w rozmowę z nauczycielką, odpowiadając pełnymi zdaniami na temat podatków i płacy minimalnej – prowadzą bardzo sensowną dyskusję i używają bogatego języka. Można powiedzieć, że ten jeden live miał nawet walor edukacyjny. Trafialiśmy też na takie, przy których uszy więdły od wulgaryzmów. Pojawiały się seksualne podteksty i język przemocy. Mieliśmy więc szeroki przegląd młodych osób na różnych poziomach kapitału kulturowego i społecznego. Wszyscy zajęci tym samym – nie bardzo wiadomo czemu służącym transmitowaniem fragmentu ich szkolnego dnia.

 

NIEBEZPIECZNE ZWIĄZKI

 

Obserwującym może być każdy. Tak jak my. Zorientowaliśmy się, że częścią obserwujących są inni uczniowie w tych samych klasach, którzy najwyraźniej też potajemnie korzystają w trakcie lekcji z telefonów. Prowadzący ma też możliwość dodania na ekran osoby obserwującej i toczy z nią wówczas “pojedynek”.

 

Widzieliśmy siwego staruszka, który dzielnie zachęcał do tapowania. Zapytany przez prowadzące live’a dziewczynki, gdzie pracuje, powiedział, że jest emerytem. Zachichotały. Widzieliśmy milczącego gościa – na oko czterdziestoletniego – który nakładał na twarz coraz to inne przerażające nakładki i co jakiś czas pociągał łyk piwa z butelki. Notabene wielokrotnie trafialiśmy też na live’y, podczas których uczniowie i uczennice palili ukradkiem elektroniczne papierosy. Tak, na lekcji!

 

OSZUSTWO I BRAK WERYFIKACJI

 

Teoretycznie live’y na TikToku mogą robić tylko użytkownicy, którzy ukończyli 18 lat. Czyli wszystkie, które obejrzeliśmy, prowadzone są na kontach stworzonych przez młode osoby poświadczające nieprawdę. Po drugie, operator w żaden sposób nie weryfikuje informacji przy zakładaniu konta, poza identyfikacją adresu email. Młode osoby nie są więc chronione przez TikTok, co od dawna podnoszą organizacje zajmujące się ochroną praw i wizerunku młodych osób w internecie.

 

LIVE’Y W DOMACH

 

Rodzice powinni mieć świadomość, że dzieci nagrywają live’y również z domów. Że dokumentują czasem ich rodzinne życie. Takie live’y mogą być źródłem wielu informacji dla potencjalnych przestępców. Czasem to rodzice lub opiekunowie stają się tematem i obiektem live’ów. Na jednym z nich widzieliśmy scenę kręconą w kuchni. Prowadzący nagrywa z tyłu postać mamy lub babci. Gdy zachęcony przez obserwujących kłuje ją palcem w pośladki, ta przestrzega go, że zachowuje się jak “pe..ał” i może mieć z tego powodu nieprzyjemności wśród kolegów. I każdy użytkownik TikToka mógł sobie śledzić tę rodziną scenkę rodzajową odbywającą się w kuchni pewnego domu.

 

TO TYLKO TELEFON

 

Uderzający jest brak tremy, niczym nieskrępowana odwaga udziału w publicznej transmisji w roli głównego aktora, bycia jak na scenie, wystawienia się na ocenę publiczną przy tak dużym potencjalnie zasięgu. Bo jednocześnie dobrze wiemy, że nasi uczniowie mają ogromne trudności z publicznymi wystąpieniami w świecie rzeczywistym, z komunikowaniem się z innymi, nawet z rówieśnikami, jeśli komunikacja nie odbywa się za pośrednictwem elektronicznych nośników.

 

Zastanawia nas, czy młodym osobom towarzyszy świadomość konsekwencji wystawiania się na widok publiczny. Czy na pewno rozumieją, że każdy może to obejrzeć, nagrać i wykorzystać w różnych celach? Odnosimy wrażenie, że mają złudne poczucie bezpieczeństwa i kontroli, przekonanie o chwilowości, nietrwałości, nieprawdziwości. Wydaje się im, że w każdym momencie mogą live wyłączyć, obserwujących zablokować, dać bana, unieszkodliwić, zakończyć transmisję, wyjść z aplikacji i ostatecznie wyłączyć telefon.

 

ZASIĘG MIĘDZYNARODOWY?

 

Z ciekawości zrobiliśmy szybką próbę w innych krajach europejskich, żeby sprawdzić, czy to tylko polska domena. W Holandii, Hiszpanii, Norwegii, Szkocji i Anglii nie trafiliśmy na szkolne live’y. We Włoszech jednak młode osoby też je nagrywają podczas lekcji. Czy ma to związek z zasadami dotyczącymi używania telefonów w szkołach obowiązującymi w poszczególnych krajach? Wydaje się, że tak.

 

x           x           x

 

Refleksja 1.

 

Sprawa walki o ochronę wizerunku młodych osób nabiera w tym kontekście szerszego znaczenia. To nie jest tylko kwestia wykorzystania wizerunku dzieci przez dorosłych, ale również problem tego, że dzieci same czynią swój wizerunek (i nie tylko swój) publicznym bez wiedzy i zgody dorosłych. I z tej odpowiedzialności za brak ich bezpieczeństwa, za brak ograniczeń, za przyzwolenie na swobodne korzystanie przez młode osoby z mediów społecznościowych i pełen dostęp do platform cyfrowych – z tej odpowiedzialności nikt nas, dorosłych nie zwolni.

 

Refleksja 2.

 

Na obejrzanych filmikach rzadko kiedy nauczyciele reagują. Najczęściej zdają się robić swoje i nie wnikać. Powód? Może dyskrecja uczniów jest na tyle duża, że nauczyciele naprawdę niczego nie zauważają, nie słyszą. A może świadomie ignorują sygnały, bo niby co nauczyciel ma zrobić w sytuacji, gdy uczeń używa telefonu do bezprawnego relacjonowania lekcji albo pali elektronicznego papierosa? Odebrać nie może, bo nie można dotykać własności ucznia. Wrzucić do kosza nie wolno, bo jeszcze przypadkiem ozdobiony byłby znakiem krzyża i nauczyciel mógłby zostać oskarżony o obrazę uczuć religijnych i zawieszony w obowiązkach. Policji wezwać też nie może, bo gdyby przypadkiem policjant zadzwonił kajdankami albo i nie, to jednak nauczyciel mógłby zostać oskarżony o spowodowanie traumy. I oczywiście ze wszystkiego musiałby się tłumaczyć przed wszelkimi możliwymi instancjami od dyrektora, kuratora, po rodziców. Także z faktu, że był ofiarą nękania przez uczniów. To oczywiście skrajne scenariusze, ale -jak wiemy – wcale nie hipotetyczne. Ryzyko jest ogromne. I nauczyciele mają tego świadomość. Wiedzą też, że w kryzysowych sytuacjach nikt w systemie oświaty się za nimi nie wstawi.

 

Refleksja 3.

 

Potrzebujemy natychmiastowego wsparcia. Konieczne są pilne działania. Wewnętrzne regulacje statutowe określające zasady używania telefonów na terenie szkoły to walka z wiatrakami. W przypadku ich łamania nauczyciele i dyrektorzy są bezradni, nie mają wystarczających narzędzi, a potencjalne konflikty oznaczają dalsze pogarszanie warunków pracy i jeszcze większe zniechęcenie do wykonywania zawodu.

 

Można skorzystać z dobrych praktyk i rozwiązań funkcjonujących w innych krajach. Kierunek sejmowych prac nad ograniczeniem używania mediów społecznościowych do 15 roku życia jest dobry, ale pamiętajmy, że wszystkie konta, z których korzystają dziś na TiktToku osoby małoletnie, są zadeklarowane jako konta co najmniej 18-latków. Zatem bezwzględnie konieczne są regulacje nakładające na platformy cyfrowe obowiązek realnej weryfikacji wieku użytkowników i zakładające dotkliwe sankcje za niedopełnienie tego obowiązku.

 

x           x           x

 

 

Przypominamy, że działa Bezpłatny Telefon Zaufania dla Nauczycieli prowadzony przez Fundację Twarze Depresji i oferuje wsparcie psychologiczne pod numerem +48 510 338 182. Linia działa w każdy poniedziałek w godzinach 13:00–17:00. Możecie tam uzyskać pomoc i emocjonalne wsparcie w trudnych sytuacjach.

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/protestzwykrzyknikiem/

 



W minioną środę na fb-profilu dr Marzeny Żylińskiej pojawił się post, którego pierwsza część jest autorstwa Doroty Rusim – nauczycielki ze Szkoły Podstawowej nr 11 w Przemyślu. Oto cały ten post:

 

 

Dzieci nie potrzebują stopni.

 

Cztery lata temu zrezygnowałam z ocen cyfrowych. Chciałabym opowiedzieć, dlaczego podjęłam taką decyzję, co dzięki niej zyskały dzieci, a co zyskałam ja jako nauczycielka.

 

W poprzednich latach prowadziłam klasę, w której zrezygnowałam z oceniania z pomocą stopni. Moi uczniowie chętnie przychodzili do szkoły, angażowali się w to, co robiliśmy na lekcjach, aktywnie uczestniczyli w projektach, które zaplanowałam i … nigdy nie pytali o stopnie. Naprawdę nie były im do niczego potrzebne. Dzięki temu proces nauki był dla nich naturalny, był źródłem satysfakcji, a nie stresu.

 

Dzieci nie porównywały się z sobą, nie stresowały się ocenami, a jednocześnie nie trzeba ich było „gonić” do nauki, ani stosować metody kija i marchewki. Każdy nauczyciel, który stosuje podobne metody wie, że dzieci nie trzeba do nauki zmuszać, ONE NAPRAWDĘ CHCĄ SIĘ UCZYĆ. Co więcej, okazało się, że nie osiągały gorszych wyników niż ich rówieśnicy uczący się w systemie tradycyjnego oceniania. Dziś to dla mnie oczywiste, że dzieci nie potrzebują cyferek, ale informacji, które pomagają im w nauce. Potrzebują informacji, co robią dobrze, a nad czym trzeba jeszcze popracować, co poprawić. Po tych trzech latach wiem również, że stopnie odwracają uwagę od tego, czego dzieci się uczą, to one stają się celem. A to dla nikogo nie jest dobre.

 

Tradycyjne ocenianie zabiera też bardzo dużo czasu, który lepiej przeznaczyć w szkole na naukę.

 

Obecnie znów prowadzę klasę pierwszą. Dzieci przyszły do szkoły z przedszkola, więc nie znały ocen cyfrowych. Od samego początku chciałam im pokazać, że celem szkoły nie są stopnie, ale ich rozwój, to czego się nauczą, co zostanie im głowie. Zależało mi też na tym, żeby nauka dobrze im się kojarzyła, żeby odbywała się w dobrej, bezpiecznej i przyjaznej atmosferze. Model oceniania bez stopni jest dla uczniów klasy pierwszej naturalny i zgodny z ich dotychczasowymi doświadczeniami edukacyjnymi, ponieważ wspiera ciekawość, daje poczucie bezpieczeństwa i opiera się na motywacji wewnętrznej.

 

Warto podkreślić, że ocenianie opisowe często budzi wśród nauczycieli negatywne skojarzenia, ponieważ wielu osobom kojarzy się z dodatkową pracą. Dlatego w naszej praktyce wolimy nazywać je ocenianiem wspierającym rozwój albo po prostu ocenianiem bez cyferek. Takie podejście bardzo zmienia nastawienie uczniów do nauki i nie stanowi dla nauczyciela większego obciążenia. Chciałabym jeszcze dodać, że bez stopni dużo łatwiej o dobre relacje między nauczycielem a uczniami i ich rodzicami. Gdy znikają cyferki, niejako automatycznie znika wiele problemów, które wszystkim – również nauczycielom – utrudniają życie.

 

Stosowane przeze mnie podejście jest zgodne z pedagogiką Celestina Freineta, który podkreślał, że uczeń powinien być aktywnym uczestnikiem procesu edukacyjnego, rozwijać się poprzez doświadczanie świata, jego wielozmysłowe poznawanie, samodzielne odkrywanie i pracę twórczą. Freinet często mówił, że nauka powinna przebiegać w atmosferze współpracy i bezpieczeństwa, a nie presji i rywalizacji. Podobnie jak w moim podejściu, w pedagogice Freineta ważne jest wspieranie dziecięcej ciekawości, samodzielności i motywacji wewnętrznej oraz wykorzystanie pracy projektowej i realnych doświadczeń edukacyjnych do rozwijania różnych kompetencji. Dzieci potrzebują ciekawych lekcji i inspirujących wyzwań. Gdy ten warunek jest spełniony każde rozwija się na miarę swoich możliwości i stopnie nie są do niczego potrzebne.”

 

 

Dorota Rusin, edukacja wczesnoszkolna

SP nr 11 w Przemyślu

 

 

 

To tekst Doroty Rusin, ja od siebie dodam, że stopnie nie są do niczego potrzebne dzieciom / uczniom, ale … są potrzebne wielu dorosłym (Rodzic: A skąd mam wiedzieć, jak moje dziecko wypada na tle klasy? Skąd mam wiedzieć, czy dziecko zasługuje na nagrodę, czy na karę?) Wielu dorosłych jest od stopni uzależnionych. Bo stopnie są jak cukier, tak samo jak cukier niepotrzebne, ale… uzależniają. Dlatego chciałabym mieć czarodziejską różdżkę. Wtedy mogłabym przenieść dorosłych, którzy nie wyobrażają sobie szkoły bez stopni do klas, w których ich nie ma, żeby zobaczyli, jak wygląda nauka, gdy celem jest rozwój, a nie stopnie. Bo stopnie uczą chodzenia na skróty, choć to może ich najmniejsza wada i odwracają uwagę od prawdziwego celu szkoły.

 

Bardzo trudno zrozumieć to dorosłym, którym nie dane było doświadczyć radości, jaką daje rozwój i którzy uczyli się tylko po to, żeby dostać nagrodę w postaci najlepszych stopni lub uniknąć kary w postaci jedynek. Kto zna tylko taką motywację do nauki, ten nie umie uwierzyć w to, że dzieci naprawdę chcą się uczyć, o ile tylko szkoła nie stanie się dla nich nieprzyjaznym miejscem, w którym są ciągle kontrolowane, oceniane i porówywane z innymi. Bo gdy tak się dzieje, to… już nie chcą.

 

 

P.S.

 

Jeśli chcielibyście zobaczyć na własne oczy, jak funkcjonuje Budząca Się Szkoła, może zainteresuje was nasze spotkanie inspirujące w Strzyżowicach na Śląsku?

 

 

Źródło: www.facebook.com/marzena.zylinska/