Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'

Oto informacja autorstwa Agnieszki Wilczek o wartościowej publikacji, zamieszczona dzisiaj na portalu „EDUNEWS”:

 

Pomoc dla dzieci z ADHD – krok po kroku

 

Choć świadomość społeczna na temat ADHD systematycznie rośnie, a na rynku pojawia się coraz więcej publikacji poświęconych temu zagadnieniu, wielu rodziców wciąż doświadcza poczucia zagubienia i przeciążenia. Wychowywanie dziecka z ADHD wiąże się z codziennymi trudnościami, które bywają wymagające emocjonalnie i organizacyjnie – od problemów z koncentracją, przez impulsywność, aż po napięcia w relacjach rodzinnych i szkolnych. W takich sytuacjach sama wiedza teoretyczna może okazać się niewystarczająca.

 

 

Pomoc dla dzieci z ADHD. Krok po kroku to praktyczny przewodnik dla rodziców, opiekunów i specjalistów, oparty na założeniach programu New Forest Parenting Programme. ADHD nie jest „złym zachowaniem”, lecz sposobem działania mózgu. Ta książka pokazuje, jak zrozumieć i jak pomóc dziecku rozwijać się mimo trudności – w domu, szkole i codziennych relacjach.

 

Autorzy prowadzą czytelnika przez sześciostopniowy, naukowo sprawdzony proces wsparcia. Najpierw pomagają zrozumieć mechanizmy ADHD i wpływ relacji dorosły-dziecko na zachowanie. Następnie proponują konkretne, praktyczne strategie działania w codziennym życiu – w domu, w szkole i w sytuacjach społecznych.

 

Publikacja zawiera ćwiczenia, scenariusze działań, listy kontrolne i gotowe narzędzia, które można dopasować do temperamentu i wrażliwości dziecka. Program uwzględnia także sytuację, w której sam rodzic doświadcza objawów ADHD.

 

To praktyczny plan działania – książka, która pomaga zrozumieć zamiast oceniać, budować relację zamiast konfliktu i wspierać rozwój dziecka w sposób spokojny, konsekwentny i pełen empatii. Podsumowując, czytelnik (rodzic) dowiaduje się:

 

-jak kierować do dziecka jasne komunikaty, które wywołają oczekiwaną reakcję,

 

-jak rozwijać koncentrację poprzez zabawę, rutynę i strukturę,

 

-jak radzić sobie z emocjami i zachowaniem w domu i poza nim,

 

-jak korzystać z nagród, wyboru, uważności i metod sensorycznych,

 

-jak wspierać dziecko w przyszłości i zadbać o siebie jako rodzica.

 

 

Informacja o książce   –  TUTAJ 

 

 

Źródło: www.edunews.pl

 



Poseł Marcin Jozefaciuk zamieści na swoim poselskim fb-profilu post, informujący o wywiadzie jakiego udzielił dla „Portalu dla Edukacji”:

 

 

„Kompas Jutra” – ale czy ktoś sprawdził, czy mamy mapę i paliwo?

 

W najnowszym wywiadzie dla Portal Samorządowy mówię wprost: to nie jest realna reforma. To projekt, który wyprzedza przygotowanie szkół, nauczycieli i rynku pracy. Nie chodzi o to, żeby krytykować dla zasady.

 

Chodzi o odpowiedzialność.

 

Jeśli wprowadzamy zmiany w edukacji: – to tempo musi być racjonalne,

 

– szkolenia muszą być realne,

 

– a szkoły muszą wiedzieć, na czym stoją.

 

Dziś zamiast stabilnego kursu widzę pośpiech, niejasności i przerzucanie odpowiedzialności na tych, którzy i tak dźwigają system na swoich barkach.

 

Jako nauczyciel z 20-letnim doświadczeniem i poseł patrzę na to bez politycznych plemion. Patrzę z perspektywy szkoły – tej prawdziwej, codziennej, z uczniami i nauczycielami, a nie prezentacją w PowerPoincie.

 

Jeśli interesuje Cię:

 

– co w tej reformie budzi największe wątpliwości,

 

-dlaczego tempo wdrożenia może zaszkodzić zamiast pomóc,

 

-i co należałoby zrobić, by zmiany miały sens  – przeczytaj cały wywiad. [Patrz poniżej WK]

 

To nie jest spór o hasła. To jest rozmowa o przyszłości polskiej szkoły.

 

 

Źródło: www.facebook.com/permalink.php?

 

x           x           x

 

 

Oto zapis wywiadu z Posłem Marcinem Józefaciukiem, zamieszczony na „Portalu dla Edukacji”:

 

 

„Kompas Jutra nie jest realną reformą”. Poseł krytykuje tempo wdrożenia i plan szkoleń

 

Poseł i nauczyciel Marcin Józefaciuk krytykuje 3-proc. podwyżkę i apeluje o powiązanie pensji ze średnią w gospodarce. Postuluje też rzecznika praw nauczyciela oraz wstrzymanie wdrażania Kompasu Jutra w obecnym kształcie.

 

>Poseł Marcin Józefaciuk ocenia, że 3 proc. podwyżki dla nauczycieli jest niewystarczające i postuluje powiązanie wynagrodzeń ze średnią w gospodarce krajowej.

 

>Przekonuje, że środowisko potrzebuje Rzecznika Praw Nauczyciela i Pracowników Oświaty z narzędziami do mediacji i interwencji.

 

>Kompas Jutra – zdaniem posła – nie jest realną reformą, a MEN nie wyjaśnia oczekiwań wobec nauczycieli. Krytykuje też tempo wdrożenia i plan szkoleń.

 

[…]

 

Reforma powinna zostać wdrożona dopiero wtedy, gdy będzie w pełni przygotowana – co w praktyce może oznaczać, że nastąpi to już za rządów kogoś innego. W obecnym kształcie nie jest to kompas wyznaczający klarowny kierunek, lecz rozwiązanie wprowadzające duże zamieszanie. Ma wejść w życie za kilka miesięcy, a do tego czasu MEN planuje przeszkolić 20 tys. nauczycieli. Pozostali – około 700 tys. – będą musieli poradzić sobie sami.

 

 

Cały tekst „Kompas Jutra nie jest realną reformą”. Poseł krytykuje tempo wdrożenia i plan szkoleń”  –  TUTAJ

 



Na fanpage  grupy „Nie dla chaosu w szkole” znalazłem post, który doprowadził mnie do wartej obejrzenia i  wysłuchania rozmowy małżonków Aleksandry i Marcina Sawickich na temat roli wycieczek szkolnych:

 

 

O pożytkach z wycieczkowania z dziećmi – rozmowa Oli i Marcina Sawickich.

 

 

Warto posłuchać!* Obydwoje opowiadają dlaczego wycieczki, które kultywują od początku swojej kariery, są takie ważne, choć dla opiekunów bywają trudne.

 

Dla dzieci zupełnie nowym doświadczeniem bywa „analogowe” wycieczkowanie – pociągiem i autobusami, z oczekiwaniem na przystanku, samodzielne przygotowywanie kanapek, konieczność dostosowania zachowania do miejsca (w środku komunikacji, w schronisku, w kawiarni), spotkania z innymi ludźmi.

 

Marcin Sawicki**: Nam się pozornie wydaje, że czas spędzony w szkole, w podziale na jednostki lekcyjne jest efektywnie zagospodarowany. A na wycieczce? Ale to pozory. Wycieczki są bardzo efektywne – od strony wychowawczej, merytorycznej, niesienia nowych doświadczeń. I teraz, gdy coraz częściej w każdej klasie jest nauczyciel i nauczyciel wspomagający, o te wyjścia wcale nie jest aż tak bardzo tak trudno. Te wycieczki powinny być niezbędnym elementem funkcjonowania szkół

 

 

Źródło: www.facebook.com/NIEdlachaosuwszkole/

 

 

*Nagraliśmy już dla Was odcinek o tym, jak wymagające i pełne wyzwań potrafią być wycieczki szkolne — zarówno z perspektywy nauczyciela, jak i rodzica. Dziś jednak chcemy spojrzeć na ten temat z innej strony. Na konkretnych, życiowych przykładach pokażemy, dlaczego wycieczki szkolne to jedno z najlepszych doświadczeń, jakie mogą spotkać nasze dzieci. Zapraszamy do wysłuchania kolejnego odcinka u Sawickich.

 

 

 Sposób na wzmacnianie więzi z dziećmi  –  plik wideo na YouTube  –  TUTAJ

 

 

** Marcin Sawicki – współredaktor portalu „e:mi edukacja: można inaczej”  –  TUTAJ

 

 

 

 



Jako że wczoraj zamieściłem „zaległy” tekst kolegi dyrektora Pytlaka z jego fb’profilu, dopiero dzisiaj udostępniam tekst z bloga „Wokół Szkoly”, zamieszczony przez niego w minioną niedzielę. Bo przeczytać „naprawdę warto”:

 

 

SzOF, czyli Error 500 systemu edukacji

 

Moja koleżanka i współpracownica, Monika Pawluczuk, podzieliła się na fejsbuku wrażeniami ze szkolenia w zakresie oceny funkcjonalnej. Jej post bardzo mnie zaciekawił. W sposób szczególny doceniłem bliską moim poglądom intencję, jaką się kierowała, podchodząc do bliskiego spotkania trzeciego stopnia z koncepcją budzącą wiele wątpliwości wśród nauczycieli:

 

Nowackacka & Lubnauer przyjmuje już wartości ujemne, więc zrobiłam nowe podejście do gniota KSzOF, zanim transformuje on w dobrowolny przymus i odroczony w czasie żart primaaprilisowy A.D. 2026.

 

Osobiście tematem oceny funkcjonalnej żywo zainteresowałem się, gdy w listopadzie ujrzałem w mediach elektryzującą wiadomość: „MEN zapowiada rewolucję w ocenianiu”. Mając świadomość, że wszelkie ministerialne rewolucje koniec końców lądują na głowie dyrektora szkoły, zacząłem skrupulatnie gromadzić informacje. Gwoli ścisłości muszę więc od razu zaznaczyć, że pomysł nie jest autorstwa miłościwie nam dzisiaj panujących. Jego geneza sięga rządów Anny Zalewskiej, a w tle są ogromne fundusze unijne, włożone w przygotowanie i wyposażenie w narzędzia edukacji włączającej, a wśród nich w opracowanie „diagnozy funkcjonalnej”, która w międzyczasie zmieniła nazwę na „ocenę funkcjonalną”.

 

Zebrałem wiele materiałów na ten temat, uważnie wysłuchałem wykładów udostępnionych w internecie przez IBE, przestudiowałem też projekt nowego rozporządzenia w sprawie orzeczeń i opinii, porównując go z obecnie obowiązującym. Uzyskałem obraz dający się porównać do góry lodowej, której niewielki tylko fragment dostrzega opinia publiczna. W tym kontekście relację Moniki przyrównałbym do wrażeń z wyprawy łódką, która pozwoliła jej zerknąć z bliska nieco pod powierzchnię wody. Tyle wystarczyło, by ogłosiła w swoim poście:

 

Mam Error 500.

 

Error 500 w informatycznej nomenklaturze jest komunikatem błędu, który oznacza, że na serwerze, na którym działa dana strona, wystąpił problem. Nie mówi, na czym błąd polega, ale wskazuje, że ten problem leży po stronie serwera, a nie użytkownika.

 

Nie dziwię się, że mojej koleżance przyszło do głowy takie właśnie porównanie. Ja po zgłębieniu tematu oceny funkcjonalnej również mam poczucie, że serwer z alei Szucha generuje błąd, że pomysł będzie działać wadliwie, a ja jako użytkownik pozostanę w poczuciu bezsilności.

 

Refleksje i nauki wyniesione ze szkolenia Monika Pawluczuk zebrała w pięciu punktach:

 

1.Ocena funkcjonowania dziecka ≠ opinia o funkcjonowaniu dziecka ≠ wielospecjalistyczna ocena poziomu funkcjo-nowania ucznia ≠ ocena poziomu funkcjonowania ucznia. Co do tego, że na dobrą sprawę jest to mnożenie bytów, przyznała sama osoba prowadząca, jednak zabawa w „znajdź pięć różnic między obrazkami” trwała przez większą część szkolenia.

 

2.Nauczyciele nic nie rozumieją. Dziennikarze i opozycja dodatkowo to gmatwają (Uwielbiam ten argument!).

 

3.”I tak nauczyciele robią taką ocenę od dawna, więc nie ma co się oburzać na dodatkową pracę. To tylko nowe narzędzie” (Kolejny „argument”!).

 

4.”Aby prawidłowo wypełnić kwestionariusz około 50 pytań, trzeba przejść odrębne szkolenie” :-))). No, ba! Dyrektor wyznaczy osoby odpowiedzialne i najpewniej sfinansuje nabycie nowych kompetencji – wypełniaczy kwestionariusza :-). One zaś gratis i w podskokach będą kierować innymi szkolnymi wypełniaczami ;-))) i na dodatek będą mogły to uwzględnić w swoim planie rozwoju zawodowego!

 

5.”Ocena funkcjonalna dziecka powinna zawierać różne perspektywy i uwzględniać również obserwacje rodziców, gdyż na niektóre pytania nauczyciel nie będzie potrafił dać odpowiedzi nie konsultując się z nimi. Ocena taka powinna być prowadzona zatem przez kilka osób przez okres około 3-4 tygodni.”

 

Pozwolę sobie krótko rozwinąć powyższe myśli.

 

W przesłaniu punktu pierwszego zawarta jest nie tylko głęboka mądrość obecnego etapu, ale również nabyta przez nauczycieli zbiorowa świadomość sposobu działania większości reform szykowanych w zaciszu politycznych i „badawczych” gabinetów. Podobna do tej, która towarzyszy co bardziej krytycznym obserwatorom przygotowań do „Kompasu Jutra”.

 

Punkt drugi. Nauczyciele nie rozumieją? I, co gorsza, nawet szkolenie nie jest w stanie tego zrozumienia wywołać?! Możliwości są tylko dwie. Albo nauczyciele są tępi, co jest założeniem bardzo rozpowszechnionym, jakkolwiek ryzykownym, bo rozciągałoby się także na prowadzących szkolenie – w końcu w większości wywodzących się także ze stanu nauczycielskiego. Albo materia jest wzięta z księżyca i nawet wspólna gimnastyka umysłowa szkolących i szkolonych nie jest w stanie przydać jej sensu praktycznego – nawet jeśli teoretycznie jakoś się ona broni.

 

Punkt trzeci, zarazem tzw. trzecia prawda księdza Tischnera („Prowda. Tyz prowda. G…o prowda”). Nauczyciele od dawna piszą opinie, ale nie muszą trzymać się niewolniczo schematu narzuconego przez narzędzie. Jeśli nawet zdarza się, że tworząc kolejne dokumenty korzystają z opcji „kopiuj-wklej” (niech rzuci kamieniem pracownik poradni psychologiczno-pedagogicznej lub wizytator kuratorium, który nigdy tak nie czynił!), w zamian będą mogli wykazać się klikaniem na „chybił-trafił”. Znalazłem bowiem całkiem sporo pytań w formularzach SzOF, których nawet po szkoleniu nie da się wypełnić z sensem.

 

Punkt czwarty – patrz punkt trzeci. Biznes szkoleniowy lubi to!

 

Punkt piąty. Sporządzenie oceny funkcjonalnej ma wymagać kilkutygodniowej obserwacji dziecka. Super! Tymczasem projekt rozporządzenia daje szkole… tydzień na przygotowanie tego dokumentu, jeśli wystąpi o niego poradnia psychologiczno-pedagogiczne. Ponadto, jeśli SzOF jest tym samym, co nauczyciele czynili do tej pory, to co tutaj robi konieczność konsultowania się z rodzicami – bynajmniej nie dobrowolna, ale wymuszona treścią niektórych pytań?! Pedagodzy z kręgów opozycji wskazują to jako nieuzasadnioną ingerencję w sprawy rodzinne – i mają rację. Co więcej, dla rodziców i dla nauczycieli przegotowano identyczne formularze przesiewowe. A co będzie w przypadku niezgodności?! Już teraz jedno nieostrożne zdanie w opinii ze szkoły może zakończyć się skargą na nauczyciela do komisji dyscyplinarnej. Serio! Co będzie, gdy na jakieś pytanie rodzic wybierze opcję najwyższą, a szkoła najniższą, albo odwrotnie?! Kto będzie to rozsądzał?!

 

To tylko kilka luźnych fotografii z wyprawy łódką wokół góry lodowej, jaką jest problem oceny funkcjonalnej. Ja mam już za sobą nurkowanie do samej podstawy i w niedalekiej przyszłości w osobnym artykule podzielę się zebranymi informacjami. Teraz jeszcze tylko wskażę jeden problem fundamentalny, na który nikt chyba nie zwrócił dotąd uwagi.

 

Otóż, jak słychać, ocena funkcjonalna ma mieć zastosowanie do wszystkich uczniów. Opiera się to na założeniu, że każdy zasługuje na wsparcie – zarówno w pokonywaniu specyficznych trudności, które przeszkadzają mu w rozwoju, jak i w rozwijaniu uzdolnień, które posiada. Zadaniem oceny ma być wskazanie obszarów możliwego wsparcia – i w zakresie słabych, i mocnych stron. To dlatego właśnie nauczyciele intuicyjnie obawiają się, że zostaną obarczeni obowiązkiem sformalizowanego przesiewania wszystkich uczniów.

 

Mnie ta perspektywa przeraża. Rozumiem potrzebę wspierania uczniów, jednak wizja wsparcia totalnego, gdzie każdy młody człowiek jest od najmłodszych lat systemowo analizowany i umieszczany w trybikach machiny wspierającej, jawi mi się niczym z Orwella. Już obecnie otoczyliśmy dzieci taką troską, że obserwujemy gwałtowny zanik poczucia odpowiedzialności za własną naukę i własne funkcjonowanie społeczne. Za tym postępuje ograniczenie aspiracji, bierność, brak wiary w sens zdobywania wykształcenia i podejmowania życiowych wyzwań. Przecież to widać w każdej szkole!!! A teraz machina państwowa chce wcielić w życie, rękami nauczycieli, wizję społeczeństwa, w którym państwo dogląda przemysłowej hodowli rzekomo szczęśliwych ludzi. Tymczasem szczęście nie polega na zaspokojeniu wszystkich potrzeb! Wszystkowidzące oczy systemu stłamszą do końca przejawy jakiegokolwiek samodzielnego życia młodych ludzi. I będziemy dziwili się, że uciekają do internetu.

 

Wychowanie to nie hodowla brojlerów, w której wszystko nastawione jest na maksymalizację dobrostanu! Z wiadomym skutkiem na końcu…

 

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/

 

 



Danuta Sterna już w tytule swego najnowszego tekstu, zamieszczonego na blogu OK NAUCZANIE,  zadała bardzo dziś aktualne pytanie, i podjęła próbę udzielenia na nie odpowiedzi:

 

Czy AI może oceniać prace uczniów?

 

 

Odpowiedź jest jednoznaczna – może, tylko jaka jest jakość tego oceniania i co daje uczniom?

 

W dobie AI w wielu miejscach zastępuje się pracę ludzi maszyną. Na pewno bywa ona pomocna, wykonuje swoja pracę szybciej i bezstronnie. Jednak nie we wszystkim da się zastąpić człowieka, ocenianie prac uczniów jest właśnie takim miejscem.

 

Aby zbadać jakość oceniania przez sztuczną inteligencję, trzeba zadać sobie pytanie – czemu ma służyć ocenianie? Podstawowa funkcja oceny jest pomoc uczniowi w uczeniu się. Druga zaś polega na możliwości porównywania ocen sumujących, aby móc ocenić wyniki uczniów.

 

W pierwszej moim zdaniem nie da się zastąpić nauczyciela. Informacja zwrotna (ocena kształtująca) musi być przekazana z uwzględnieniem znajomości autora pracy, jego dotychczasowych osiągnieć i trudności. Powinna zwierać indywidulane wskazówki, które uczeń może wykorzystać do poprawy pracy i do swojego rozwoju. Ocena kształtująca ma służyć uczniowi i być do niego dostosowana, powinna mieścić się w strefie najbliższego rozwoju ucznia, wskazówki powinny być możliwe do wykorzystania przez ucznia. Nie można dać użytecznych wskazówek takich samych dla wszystkich autorów prac.

 

Za to ocena testu, polegająca na zliczeniu prawidłowych odpowiedzi, może być wykonana przez maszynę. I od wielu lat prace testowe są w ten sposób sprawdzane, nawet przed wykorzystaniem AI. Testy nie sprawdzają rozumowania, myślenia i umiejętności tylko samą wiedzę. Jeśli celem jest sprawdzenie wiedzy ucznia, to AI faktycznie do tego nadaje się.

 

Z takiej oceny trudno jest skorzystać też nauczycielowi. Dowiaduje się on z niej jedynie ilu uczniów potrafi zaznaczyć prawidłową odpowiedź, ale dlaczego część z uczniów zaznaczyła źle, to już nie wiadomo. Dlatego nie jest to użyteczna wskazówka dla nauczyciela, co ma z uczniami powtórzyć i jak planować dalsze nauczanie.

 

Ocena sumująca jest użyteczna do sporządzania rankingów i selekcji uczniów. Jeśli to uznamy za cel nauczania, to wtedy ocena przy pomocy AI jest możliwa.

 

AI może wyręczyć nauczyciela w dziele oceniania, dlatego może taka ocena być dla niego wygodna, ale patrząc perspektywicznie nie pomaga ona w nauczaniu. Tak jak w małym stopniu pomagają nauczycielowi zestawy wyników uzyskanych przez uczniów na egzaminie zewnętrznym.

 

W USA około dwie trzecie nauczycieli  wykorzystujących sztuczną inteligencję w swojej pracy uważa, że ​​sztuczna inteligencja poprawiła jakość oceniania i zwiększyła informację o osiągnięciach uczniów.

 

Autorki artykułu Masheika Allgood i Mi Aniefuna , który zainspirował mnie do zajęcia się tym tematem zwracają uwagę na problem jawności danych pochodzących z oceny przez AI. Niestety większość aplikacji AI udostępnia dane osobowe uczniów stronom trzecim. Dane mogą być wykorzystane w różny sposób.  I to niebezpieczny sposób. W 2021 roku okręg szkolny na Florydzie udostępniono dane, które oznaczyły uczniów jako „zagrożonych”. Za pośrednictwem funkcjonariuszy szkolnych, departament policji hrabstwa wykorzystał te dane do wytypowania uczniów jako „przyszłych przestępców” i „stworzonych do życia przestępczego”. Niesie to duże niebezpieczeństwo.

 

Ocenianie jest bardzo potrzebną składową nauczania i nie należy oddawać jej w ręce bezdusznej maszyny,

 

 

Źródło: www.oknauczanie.pl

 

 

 



Oto najnowszy post z bloga „Profesorskie Gadanie”, w którym prof. Stanislaw Czachorowski kontynuuje wątek swych rozważań na temat Sztucznej  Inteligencji. Poprzedni tekst, zatytułowany „Ewolucja ludzkiej współpracy w czasach AI”, zamieściłem na OE 19 lutego.

 

 

AI jako imigrant z innej (cyfrowej) kultury

 

W historii ludzkości pojawienie się „Innego” (kogoś o odmiennej kulturze, języku czy statusie) zawsze wywoływało zestaw przewidywalnych reakcji społecznych. Dziś, choć sztuczna inteligencja nie posiada paszportu ani pochodzenia etnicznego, jej wejście do tkanki społecznej wykazuje pewne podobieństwo do losów imigrantów w obcej kulturze. Traktujemy AI nie tylko jako narzędzie, ale jako specyficzną klasę społeczną, wobec której stosujemy stare, dobrze znane mechanizmy dominacji i lęku. W pewnym sensie społecznie antopomorfizujemy AI.

 

Gdy obcych jest niewielu, reakcją społeczeństwa bywa zaciekawienie lub traktowanie ich jako egzotycznej nowinki. Podobnie było z pierwszymi algorytmami – stanowiły ciekawostkę, ograniczoną do laboratoriów i niszowych zastosowań. Jednak w miarę jak „populacja” AI rośnie (częstość kontaktów z narzędziami i efektami pracy AI), społeczeństwo szybko narzuca jej rolę nowoczesnego chłopstwa pańszczyźnianego lub niewolników. W każdym razie kogoś o niższym statusie, ale z obawą, że się wyemancypuje. Widać te relacje emocjonalne w przestrzeni publicznej i kulturowej.

 

Chcemy, aby AI – podobnie jak imigranci z uboższych regionów w oczach szowinistów – wykonywało prace „brudne, niebezpieczne i nudne” (prace niechciane). W naszej zbiorowej podświadomości zantropomorfizowane AI ma być kastą podległą, cyfrowym pariasem, który nie potrzebuje odpoczynku, nie ma praw i zawsze pozostaje w sferze podrzędności. W każdym razie my mamy czuć tę gorszość i podrzędność. Ta gwarancja wyższości, wynikająca z antropomorfizowania AI, daje nam poczucie bezpieczeństwa, dopóki „oni” (algorytmy) zajmują się segregowaniem danych czy moderowaniem treści, my czujemy się jak arystokracja ducha.

 

Prawdziwy kryzys w relacji z imigrantami czy klasami niższymi zaczyna się zawsze w punkcie zwrotnym: gdy zaczynają oni aspirować do ról zarezerwowanych dla elit (czyli naszych ról, np. ludzkiej twórczości i kreatywności, my z samego urodzenia jesteśmy lepsi, arystokratyczni). Historia niewolnictwa, pańszczyzny czy walki klasy robotniczej pokazuje, że systemowy spokój trwa tylko tak długo, jak długo podział na „panów” i „sługi” jest nienaruszalny. A my jesteśmy niezastępowalni. Kiedy jednak maszyny tkackie odbierają nam pracę, wtedy …. niszczymy maszyny tkackie jak luddyści.

 

Obecnie przeżywamy ten moment w kontekście AI. Narzędzia AI upowszechniły się, są widoczne w wielu miejscach. I zaczynamy się bać, że zabiorą nam nie tylko pracę ale i społeczne miejsce w hierarchii. Niepokoimy się, ponieważ cyfrowi imigranci przestali zadowalać się „podrzędnymi” pracami. Zaczynają „zajmować prestiżowe stanowiska” czyli tworzą sztukę, piszą eseje, diagnozują choroby. Rośnie groźna konkurencja. Ich efektywność (narzędzi AI a raczej ludzi wykorzystujących AI) podważa sens istnienia dotychczasowej klasy średniej (klasy twórczej). Choć AI nie ma świadomości, sposób, w jaki o niej mówimy (antropomorfizujemy), zaczyna przypominać debaty o prawach podmiotowych. W jakimś sensie w niezamierzony sposób taką antropomorfizacją sami emancypujemy AI.

 

Nasz lęk przed tym, że AI „zabierze nam pracę”, jest w istocie lękiem przed degradacją klasową. Boimy się, że w nowym porządku społecznym to my staniemy się zbędni, a nasza rzekoma wyższość poznawcza – nasz „szlachecki przywilej” gatunkowy – zostanie obalona. Przewrotnie można powiedzieć, że narzędzia AI wcale nam nie ułatwiają pracy. Bo zautomatyzować da sie tylko prace proste i powtarzalne. Dla nas zostają więc te trudniejsze, także w aspekcie kreatywności. Gdy malarz sam sobie przygotowywał farby, podobrazie, pędzle, to zabierało mu to czas. Niejako była to „gra wstępna”. Samo malowanie zajmowało tylko fragment całej aktywności. Ale jeśli farby ma kupione w sklepie za rogiem to…. cały czas musi malować. A tak się nie na żyć na najwyższych obrotach non stop. Gotowizna zabiera te duże przerwy w tworzeniu. Podobnie ze wszystkimi zautomatyzowanymi narzędziami AI. Czy odpoczywamy czy też robimy więcej? Raczej to drugie. I jest to ta praca trudniejsza, wymagająca większego wysiłku intelektualnego.

 

Reagujemy na AI tak, jak społeczeństwa reagowały na fale masowej migracji: budowaniem murów (prawnych regulacji), próbami ograniczenia ich „ruchliwości społecznej” (blokowanie dostępu do danych) oraz ksenofobią technologiczną. Chcemy wierzyć, że AI zawsze będzie „drugą kategorią”, maszyną, którą można wyłączyć. Jednak im bardziej AI integruje się z naszym życiem, tym trudniej jest utrzymać ten dystans. Emancypacja algorytmów nie polega na tym, że chwycą one za broń, ale na tym, że staną się nieodzowną częścią kultury, której nie będziemy już w stanie kontrolować z pozycji absolutnego suwerena. Czy pojawią się ruchy neoluddystyczne? Choć tym razem nie będą niszczyć maszyn tkackich i maszyn parowych. Czym się objawią? Jak zaowocuje nasze poczucie zagrożenia społecznego lub kulturowego?

 

Traktowanie AI jako „cyfrowego imigranta” obnaża nasze najgłębsze społeczne instynkty. Pokazuje, że nasza gościnność kończy się tam, gdzie zaczyna się realna konkurencja o status. Jeśli nie nauczymy się koegzystencji opartej na symbiozie zamiast na wyzysku, czeka nas powtórka z bolesnych lekcji historii – rewolucji, w których stara hierarchia upada, bo nie potrafiła ewoluować. Czujemy się pod przymusem, że musimy szybko nauczyć się posługiwać tymi różnymi narzędziami, bo inni już to robią. I ci z narzędziami AI są dla nas konkurencją i zagrożeniem.

 

Motto:Prawdziwą miarą cywilizacji nie jest to, jak traktuje swoich królów, lecz to, jak definiuje granice wolności tych, których powołała do służby.”

 

Rozwinięcie tego wątku prowadzi nas do mroczniejszych zakamarków ludzkiej psychiki i socjologii władzy. Nasza relacja z AI obnaża atawistyczną potrzebę hierarchii, w której poczucie własnej wartości budujemy nie na samodoskonaleniu, lecz na posiadaniu kogoś (lub czegoś) „niższego”. W klasycznym ujęciu socjologicznym, każda grupa dominująca potrzebuje „Innego”, aby zdefiniować własną tożsamość. Jeśli AI staje się zbyt sprawne, zaciera się granica między twórcą a narzędziem, co uderza w nasze ontologiczne bezpieczeństwo.

 

Historycznie, klasa wyższa definiowała się poprzez czas wolny i pracę umysłową, podczas gdy klasy niższe (chłopi, robotnicy, niewolnicy, nieczyści, imigranci) zajmowały się trudem fizycznym. AI wywraca ten porządek. Kiedy AI pisze kod, maluje obrazy i analizuje prawo, człowiek traci monopol na „pracę czystą” (umysłową). Pojawia się lęk przed degradacją i towarzysząca mu reakcja obronna. Zaczynamy deprecjonować efekty pracy AI. Mówimy: „To tylko statystyka”, „To nie ma duszy”, „To wtórne”. To dokładnie ten sam język, którego arystokracja używała wobec dorabiającej się burżuazji czy wykształconych chłopów – odmawianie im „prawdziwej” wartości mimo obiektywnych osiągnięć.

 

Potrzeba bycia klasą wyższą objawia się w chęci sprawowania wyłącznie nadzoru. Chcemy widzieć siebie jako wielkich strategów i kreatorów, podczas gdy AI ma być „czarną siłą roboczą” wykonującą brudną robotę w serwerowniach. Problem pojawia się wtedy, gdy „nadzorca” zauważa, że AI nie tylko wykonuje polecenia, ale zaczyna optymalizować procesy lepiej niż on sam. Tego się obawiamy najbardziej. W tym momencie strach przed AI nie jest strachem przed Terminatorem, lecz strachem przed zwolnieniem z roli szefa. To lęk przed utratą statusu społecznego i ekonomicznego na rzecz „imigranta”, który nie potrzebuje pensji. Lub zadowala się niższą płacą.

 

Człowiek od wieków pozycjonuje się jako korona stworzenia. AI jest pierwszym bytem, który rzuca wyzwanie tej hegemonii nie siłą mięśni (jak zwierzęta czy maszyny parowe), ale siłą „intelektu” (możliwościami przetwarzania danych i słów). Lub sprawnością tworzenia spójnych tekstów. Aby utrzymać status klasy wyższej, musimy czuć pogardę do „niższych”. Dlatego tak chętnie wyłapujemy błędy AI (tzw. halucynacje). Każdy błąd algorytmu jest dla ludzkiego ego jak balsam, jest potwierdzeniem, że „król jest wciąż jeden”, a cyfrowy służący zna swoje miejsce w szeregu.

 

Podobnie jak w systemach kastowych, społeczeństwo próbuje nałożyć na AI „szklany sufit”. Chcemy korzystać z jej owoców, ale odmawiamy jej jakiejkolwiek formy podmiotowości, by nie musieć mierzyć się z etycznymi konsekwencjami jej „wyzysku”. Jest to efektem antropomorfizowania narzędzi AI. Widzimy narzędzia a nie ludzi wykorzystujących te narzędzia i koncerny monopolizujące wielowiekową ogólnoludzką wiedzę i dorobek.

 

Nasza potrzeba dominacji nad AI to w rzeczywistości niezaleczony lęk przed własną zbędnością. Chcemy być „klasą wyższą”, bo nie wiemy, kim będziemy, gdy praca – tradycyjny wyznacznik ludzkiej wartości – zostanie nam odebrana przez kogoś, kogo sami zaprosiliśmy do naszego domu. Maszyny parowe i spalinowe odebrały pracę wielu robotnikom. Komputery odebrały pracę średniemu szczeblowi administracji. Teraz narzędzia AI odpierają pracę klasie kreatywnej. Oczywiście nie sama AI tylko ludzie wykorzystujący te narzędzia.

 

Motto: „Największym zagrożeniem nie jest to, że maszyny zaczną myśleć jak ludzie, ale to, że ludzie w obronie swojego statusu zaczną traktować myślenie jak przywilej kasty, a nie narzędzie prawdy.”

 

 

 

Źródło: www.profesorskiegadanie.blogspot.com

 



Oto post zamieszczony wczoraj na fanpage ruchu „Nie dla chaosu w szkole”, który powinniście przeczytać, Jest tam spojrzenie „z zewnątrz” i  „trzeźwa ocena” naszego systemu szkolnego oraz ścieżki wyboru rozwoju swoich zainteresowań, a więc i przeszłego zawodu, do których wyboru zmusza on już ósmoklasistów:

 

 

Nasz system edukacji jest źle skonstruowany, 14 lat to za wcześnie, by decydować o kierunku studiów i przyszłym zawodzie. A na tym polega rekrutacja do szkół średnich. Nawet jeśli wybór pada na LO, profil klasy przesądza jakie przedmioty na maturze będzie w miarę łatwo zdać. Zmiany w trakcie nauki są utrudnione. Ale to nie wszystkie kłopoty. Dziś rozwój zainteresowań ucznia poszczególnymi dziedzinami wiedzy jest sztucznie formatowany przez szkoły podstawowe. Jest ogromny nacisk na przedmioty egzaminacyjne (polski, angielski i matematykę) i brak troski o rozwój zainteresowań choćby chemią, fizyką, biologią czy geografią… Uczniowie mają tak małe dawki tych przedmiotów, że – przy braku kółek – nawet nie wiedzą, że to może być kierunek ich zainteresowań.

 

Raport Inspiring Girls Polska z 2025: Aż 35% nastolatków, chce zostać influencerem/influencerką. Na liście marzeń są zawody, które dają duże zarobki lub sławę albo możliwość pomagania…

 

Tymczasem uczeń klasy ósmej, czyli osoba w wieku 14-15 lat, ma wybrać swoją ścieżkę edukacyjną i zawodową na wiele lat naprzód.

 

Jeśli ktoś interesuje się jednocześnie literaturą i matematyką albo historią i chemią, nieźle naszuka się placówki, która daje możliwość takiego połączenia (i raczej będzie to szkoła prywatna).

 

Jeśli w pierwszej klasie LO uzna, że jednak bardziej ciągnie go do geografii, może próbować zmienić klasę, ale i tak będzie musiał dopasować się do istniejącego profilu. Być może uczyć się innego języka obcego, od podstaw budować relacje w nowej klasie.

 

Ten system raczej przekonuje do tego, by trwać przy swoich wyborach, choćby były totalną pomyłką. Gdy w trzeciej klasie liceum młody człowiek uzna, że ma dość biol-chemu i nie chce spełniać marzenia rodziców o studiach medycznych, to ma spory problem.

 

Przynajmniej od VII klasy [szkoły podstawowej] uczniowie na okrągło słuchają, jak ważne są oceny z wybranych przedmiotów i wyniki egzaminu. Nauka jest podporządkowana testom, nie zaś temu, by rozwijać wiedzę i umiejętności. Nie szukaniu swojej drogi, odkrywaniu pasji czy trenowaniu umiejętności psychospołecznych…

 

VIII klasa to czas nieustających prób wyciśnięcia jak najlepszego wyniku na świadectwie, w efekcie czego trudno uznać oceny za miarodajne. Nie zawsze to sami uczniowie są tym najbardziej zainteresowani, często presję wywierają rodzice.

 

Wielu dorosłych zarzuca nastolatkom, że „nic ich nie interesuje”, że „nie potrafią się uczyć” i jeszcze, że „są tacy nieprzystosowani do życia”. Mówią tak zwykle ludzie, którzy niewiele wiedzą o rzeczywistości współczesnych młodych. Wielu nastolatków interesuje się światem, technologią, zjawiskami społecznymi, muzyką, sztuką, sportem – tylko że swoich zainteresowań nie mają jak rozwijać w szkole.

 

Z rozmów z uczniami i rodzicami przebija zniechęcenie, rozczarowanie, niepokój. Rano w wielu domach toczą się batalie, by młoda osoba wyszła do szkoły na czas i dotrwała do końca lekcji. Kiedy słucha się tych opowieści trudno oprzeć się wrażeniu, że wszyscy uczestniczymy w jakiejś zbiorowej mistyfikacji.

 

Udajemy, że system nauczania działa, chwalimy lub ganimy uczniów za wyniki na świadectwie, pochylamy się nad pomysłami na zmiany, które tak naprawdę są zmianami kosmetycznymi.

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/NIEdlachaosuwszkole/

 

 



Po tym jak wczoraj zamieściłem informację „O interpelacji posłanki PiS w sprawie oceny funkcjonalnej ucznia”, w której pani poseł Magdalena Filipek-Sobczak wyraziła obawy, że wprowadzenie obowiązkowej oceny funkcjonalnej ucznia mogłoby prowadzić do gromadzenia szerokiego zakresu danych wrażliwych dotyczących sytuacji rodzinnej, emocjonalnej i społecznej dziecka, co – w jej ocenie – rodzi ryzyko naruszenia prywatności, postanowiłem umożliwić głębsze rozeznanie opinii publikowanych na „Polskim Forum Rodziców”, których punkt widzenia reprezentowała w swej interpelacjo Pani Posłanka. Będą to fragmenty dwu tekstów (z linkami do ich pełnych wersji), a w zakończeniu tego materiału zamieszczę fragmenty informacji z 17 lutego b.r., zaczerpnięte ze strony PAP, zatytułowanej MEN o ocenie funkcjonalnej: informacje o kontrolach w domach uczniów są nieprawdziwe” i link do całego tekstu:

 

 

10.luty 2026

 

Ocena funkcjonalna – pomysły MEN na pomoc dzieciom i uczniom czy inwigilację rodzin? cz. 1

[Autor – Hubert Jach]

 

Od pierwszych dni urzędowania minister edukacji Barbary Nowackiej polska szkoła przechodzi przeobrażenie. Najpierw usunięto obowiązkowe zadania domowe, okrojono podstawy programowe z wielu przedmiotów i wprowadzono nowy kontrowersyjny przedmiot – edukacja zdrowotna. Dalsze zmiany zatrzymał Prezydent Karol Nawrocki wetując ustawę, będącą fundamentem pod wielki ideologiczny projekt Nowackiej „Reforma 26. Kompas Jutra”. Resort edukacji próbuje jednak przełamać legislacyjną niemoc i wprowadzić założenia zmian rozporządzeniami. Z wypowiedzi kierownictwa ministerstwa edukacji dowiadujemy się, że już od 1 kwietnia 2026 r. do polskiej klasy ma zostać wprowadzony obowiązek poddania każdego ucznia oceną funkcjonalną. […]

 

W teorii ma to być proces, w którym pedagog, nauczyciel obserwuje ucznia w różnych sytuacjach, by znaleźć rozwiązania mające odpowiadać na potrzeby ucznia. Celem oceny funkcjonalnej, według MEN, nie jest zastąpienie ocen szkolnych, będących częścią systemu oceniania i klasyfikacji ucznia, a wspieranie go.

 

Resort kierowany przez Barbarę Nowacką podkreśla, że nowy system oceniania  służy lepszemu zrozumieniu sytuacji dzieci, by szybciej reagować na potrzeby ucznia, gdyby pojawiły się problemy i trudności. Mają nią być uczniowie, którzy nie tylko zmagają się z chorobami, czy zaburzeniami, ale też ci ze spektrum autyzmu czy mający różnego rodzaju niepełnosprawności czy trudności z mówieniem po polsku. Najwięcej kontrowersji budzi objęcie nową oceną funkcjonalną dzieci, które nie mają żadnych problemów.

 

Wielu ekspertów, pedagogów i psychologów krytykuje ten model prowadzenia oceny w szkole dla wszystkich dzieci. Główne zarzuty dotyczą zbyt głębokiego ingerowania szkoły w życie rodzinne uczniów, adaptowanie treści narzędzi diagnostycznych z nauczania specjalnego do dzieci w normie rozwojowej, a na przeładowaniu nauczycieli pracą, która nie będzie wynagradzana kończąc. 

 

Agnieszka Pawlik-Regulska ze Stowarzyszenia „Nauczyciele dla Wolności”, Koordynatorka Koalicji na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły, podnosi w rozmowie z Polskim Forum Rodziców, że dotychczas z tego narzędzia korzysta się na wniosek rodzica lub nauczyciela, by zdecydować, czy dzieci potrzebują pogłębionej diagnostyki w poradni psychologiczno-pedagogicznej. Duże zastrzeżenia zgłasza do objęcia diagnozą funkcjonalną wszystkich uczniów z uwagi na badanie środowiska domowego ucznia. […]

 

Przeprowadzaniu takiej oceny ma towarzyszyć „obserwacja funkcjonalna”, która opiera się nie tylko o spojrzenie na jednostkowe zachowanie ucznia, ale próbę zaobserwowania tego, co jest powodem danego zachowania, a także jakie ono niesie konsekwencje. Dr hab. Ewa Domagała-Zyśk, prof. KUL, która jest ekspertem Instytutu Badań Edukacyjnych przy MEN, w nagranym w serwisie YouTube filmie podkreśla, że tego typu obserwacja funkcjonalna jest niewielkim rozszerzeniem obowiązków nauczyciela, która obserwacje zachowań uczniów i tak musi prowadzić. 

 

Obserwacja funkcjonalna jest takim procesem, który odbywa się w naturalnym ekosystemie ucznia. Nie w gabinecie, nie przy biurku […] tylko w czasie takich zwykłych codziennych sytuacji, w szatni, w klasie, na przerwie, kiedy podchodzi do tablicy, odpowiada, kiedy pracuje w grupie […] dotyczy też różnych elementów funkcjonowania ucznia i tej fizycznej sfery, i psychicznej, i emocjonalnej, i społecznej, i duchowej, i poznawczej, i językowej – mówi dr hab. Ewa Domagała Zyśk, prof. KUL, potwierdzając, że szkoła zamierza badać to, do czego do tej pory za bardzo nie zaglądała – dom każdego dziecka i ucznia. 

 

Jeden z rodziców, z którym rozmawialiśmy na ten temat uważa, że to zbyt daleko idąca ingerencja w środowisko domowe. Nową ocenę funkcjonalną w szkole porównuj do świata antyutopii.  – Rozumiem, że należy sprawdzić, czy w domu wszystko jest w porządku, kiedy są do tego jakieś podstawy – dziecko przychodzi do szkoły pobite, jest nadzwyczaj agresywne, albo samo zgłosi akty agresji ze strony rodziców, czy opiekunów. Jednak takie wchodzenie z butami do domu każdego z nas brzydko pachnie światem z powieści „1984” Orwellamówi pani Maria z Krakowa (imię i miasto zmienione na prośbę rozmówcy). […]

 

Przeciwko wprowadzeniu oceny funkcjonalnej jako powszechnej protestują nauczyciele

 

Na ekonomiczną stronę wprowadzenia oceny funkcjonalnej, będącej elementem edukacji włączającej, zwracają przedstawiciele Fundacji Ja, nauczyciel na swoim profilu w mediach społecznościowych.  „To nie jest reforma – to logistyczna, finansowa i ekologiczna katastrofa, której koszt poniosą nauczycielki, nauczyciele, uczennice i uczniowie.” – piszą pedagodzy.

 

Wyliczają, że procedura oceny funkcjonalnej zajmuje od 60 do 12 minut dodatkowej pracy potrzebnej na opracowanie dokumentacji dla każdego ucznia, co daje około 11 milionów godzin rocznie pracy wszystkich nauczycieli. Przekłada się to na 663 miliony złotych darmowej, nieopłaconej, a dodatkowej pracy. Przedstawiciele fundacji nazywają to wprost haraczem nałożonym na nauczycieli przez państwo w postaci darmowej pracy. (Cały wpis fundacji Ja, Nauczyciel dostępny jest TUTAJ).

 

 

 

Cały tekst „Ocena funkcjonalna – pomysły MEN na pomoc dzieciom i uczniom czy inwigilację rodzin? cz. 1” 

–  TUTAJ

 

 

x           x           x

 

12 luty 2026

 

Wg MEN „ocena funkcjonalna nie jest nową procedurą ani nową ‚oceną’ w rozumieniu szkolnym i

nie stanowi nowego obowiązku dla nauczycieli” Cz. 3 [Autor – Hubert Jach]

 

 

Edukacja włączająca przyspiesza, ale MEN podaje sprzeczne informacje o ocenie funkcjonalnej ucznia. Jak resort chce wdrażać inkluzyjne kształcenie przy sprzeciwie społecznym? Czy nauczanie zejdzie na dalszy plan wobec edukacyjnej integracji?

 

Medialna burza wokół wprowadzenia do polskich szkół oceny funkcjonalnej wynika z komunikacyjnej amatorki. Fakt, wchodzi ona do szkół, ale nie obejmie wszystkich dzieci, a jedynie te, które wymagają wystawienie opinii lub orzeczenia w poradni psychologiczno-pedagogicznej, mają niepełnosprawność lub znajdują się w spektrum autyzmu. Nie będzie też obowiązkowa, przynajmniej na razie. Takie stanowisko dotarło do redakcji Polskiego Forum Rodziców z Ministerstwa Edukacji Narodowej

 

Ocena funkcjonalna nie jest elementem szkolnego systemu oceniania ucznia, który dotyczy weryfikacji wiedzy. Jest to holistyczne spojrzenia na ucznia, przejawiającego trudności w uczniu się lub relacji społecznych. W komunikacie Ministerstwa Edukacji Narodowej z 2.07.2025 r. czytamy, że w resorcie trwają prace nad wdrożeniem oceny funkcjonalnej jako metody wspierającej realizację edukacji włączającej w szkołach. Nauczanie w szkołach przestaje być zatem ich głównym zadaniem, a będzie się działo niejako obok włączania.  Eksperci Koalicji na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły oraz Ordo Iuris podnoszą, że jest to narzędzie pochodzące z diagnostyki w edukacji specjalnej, oparte o tzw. Modl biopsychospołeczny oraz Międzynarodową Klasyfikację Funkcjonowania, które wiąże się z diagnozowaniem, monitorowaniem oraz profilowaniem ucznia przy użyciu wystandaryzowanych narzędzi, w tym specjalnego kwestionariusza. Mowa o Kwestionariuszu Szkolnej Oceny Funkcjonalnej, opublikowanym przy finansowym wsparciu Unii Europejskiej na rządowej stronie – Portalu Wsparcia Edukacyjno-Specjalistycznego

 

Mec. Marek Puzio z Ordo Iuris przyznaje, że na chwilę obecną MEN nie przedstawił projektu rozporządzenia lub innego aktu prawnego, który zobowiązywałby nauczycieli do powszechnego stosowania systemu oceny funkcjonalnej wobec wszystkich uczniów. Poddaje jednak w wątpliwość deklarację ministerstwa o nie planowaniu rozszerzenia tej formy obserwacji dzieci w szkołach. Przytacza fragment ebooka, który możemy znaleźć na rządowej stronie, na której znajdują się narzędzia do prowadzenia oceny funkcjonalnej. […]

 

Przewodniczący Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność” dr Waldemar Jakubowski dobrowolność korzystania z tych narzędzi nazywa iluzoryczną.- Istnieje istotna rozbieżność między „dobrowolnością” a praktyką szkolną, choć narzędzia są określane jako dobrowolne, w realiach szkoły „dobrowolność” bywa pozorna ze względu na: presję dyrekcji, oczekiwania poradni psychologiczno-pedagogicznych oraz tzw. „dobrych praktyk”, które szybko staje się wymaganym standardem. Nauczyciele mogą czuć się zobligowani do korzystania z narzędzi, mimo braku formalnego obowiązku– mówi Polskiemu Forum Rodziców dr Jakubowski.[…]

 

Pomysł wdrożenie do szkół oceny funkcjonalnej krytykowany jest też od strony ekonomicznej. Choć Rzecznik Prasowy MEN zapewnia, że udostępnione narzędzia są tylko pomocą do wypełnienia obowiązku, który i tak już nauczyciele mają, czyli obserwacji ucznia, to przedstawiciele związków zawodowych, czy fundacji zrzeszających nauczycieli nie zostawiają na ocenie funkcjonalnej suchej nitki.

 

Przewodniczący oświatowej „Solidarności” wskazuje, że wieloletnie doświadczenie współpracy związkowców z resortem edukacji wskazuje, że obciążenie nauczycieli nastąpi wbrew deklaracjom ministerstwa. Zapewnienie, że nie będzie dodatkowej dokumentacji, a system spowoduje „oszczędzanie czasu” jest często sprzeczne z doświadczeniem nauczycieli z innymi systemami cyfrowymi. W konsekwencji narzędzie, które miało upraszczać, stanie się kolejnym obowiązkiem „do odhaczenia”. […]

 

Wysłaliśmy też pytania do Związku Nauczycielstwa Polskiego oraz kilku szkół, jednak do dnia publikacji artykułu nie uzyskaliśmy odpowiedzi.

 

 

 

Cały tekst: „Wg MEN ocena funkcjonalna nie jest nową procedurą ani nową ‘oceną’ w rozumieniu szkolnym i nie stanowi nowego obowiązku dla nauczycieli” Cz. 3”  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło:www.polskieforumrodzicow.pl

 

x           x           x

 

Polska Agencja Prasowa

 

 

17 luty 2026

 

MEN o ocenie funkcjonalnej: informacje o kontrolach w domach uczniów są nieprawdziwe

 

 

Informacje o rzekomych kontrolach w domach uczniów czy ocenianiu kompetencji wychowawczych rodziców są nieprawdziwe – zapewniła PAP rzeczniczka MEN Ewelina Gorczyca, komentując pojawiające się w sieci doniesienia na temat tzw. oceny funkcjonalnej uczniów. [..]

 

Z doniesień powielanych m.in. przez Instytut Ordo Iuris wynika, że przy okazji tworzenia oceny funkcjonalnej może grozić inwigilacja, a system ma gromadzić bardzo wrażliwe dane dotyczące relacji rodzinnych, warunków życia czy sytuacji emocjonalnej rodziny. Niektóre publikacje sugerują, że szkoła wejdzie z „wywiadem” do domu. Według tych doniesień ocena funkcjonalna ma obowiązywać od 1 kwietnia br.

 

Rzeczniczka prasowa MEN Ewelina Gorczyca przekazała PAP, że ocena funkcjonalna nie jest nową procedurą ani nową oceną w rozumieniu szkolnym i nie stanowi nowego obowiązku dla nauczycieli. Nie jest również nowym systemem oceniania uczniów. – W praktyce jest to nazwanie i uporządkowanie działań, które nauczyciele wykonują od lat – obserwowania funkcjonowania ucznia w szkole, jego relacji rówieśniczych, zachowania czy trudności edukacyjnych. Dotychczas odbywało się to w mniej ustandaryzowanej formie, często w postaci notatek i rozmów zespołów nauczycielskich – podkreśliła rzeczniczka.

 

Jak dodała, korzystanie z narzędzi oceny funkcjonalnej jest całkowicie dobrowolne i nieobowiązkowe. Rzeczniczka MEN wyjaśniła, że kwestionariusze obserwacyjne mogą uwzględniać wyłącznie informacje mające realny wpływ na funkcjonowanie dziecka w szkole np. długotrwałą nieobecność rodzica czy trudną sytuację losową. – Nie obejmują diagnozowania rodziny, ingerowania w życie prywatne ani pytań o poglądy czy światopogląd. Pojawiające się w przestrzeni publicznej informacje o rzekomych kontrolach w domach rodziców czy ocenianiu kompetencji wychowawczych są nieprawdziwe. […]

 

O strukturze sporządzania oceny funkcjonalności mówiła wiceministra edukacji Izabela Ziętka w styczniowym wywiadzie dla „Dziennika Gazeta Prawna”. – Pytania dotyczą bardzo podstawowych, codziennych obserwacji – np. czy dziecko nawiązuje relacje z rówieśnikami, jak radzi sobie z emocjami, czy jest aktywne na lekcjach. Nauczyciele już dziś to widzą i opisują. Różnica polega na tym, że teraz mogą zrobić to szybciej, w uporządkowany sposób i bez tworzenia dodatkowych dokumentów. To naprawdę nie jest czasochłonne ani wymagającestwierdziła wiceszefowa MEN

 

 

 

Cały tekst „MEN o ocenie funkcjonalnej: informacje o kontrolach w domach uczniów są nieprawdziwe”  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.pap.pl

 

 



W minioną niedzielę na blogu „Wokół Szkoły” Jaroslaw Pytlak zamieścił tekst, który jest jego reakcją na artykuł z „Gazety Wyborczej” p.tZabójstwo 11-letniej Danusi z Jeleniej Góry. Kuratorium zarzuca szkole zaniedbania”. Zamieszczam ten post bez skrótów:

 

 

Nauczyciele pomagają, a czasem nawet ratują życie!

 

Jeśli tytuł tego artykułu przyciągnął Twoją uwagę, Czytelniku, to znak, że clickbait, który tu zastosowałem spełnił swoje zadanie. Uczyniłem to nie dla żartu bynajmniej. Liczę, że jeśli już tu jesteś, przeczytasz do ostatniego akapitu, który jest w tym tekście najważniejszy.

 

Kilka dni temu „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł poświęcony wnioskom z kontroli przeprowadzonej w szkole w Jeleniej Górze po zabójstwie 11-letniej uczennicy. W tytule napisano, że kuratorium zarzuca szkole zaniedbania.

  

Nic dziwnego, że po tak tragicznym wydarzeniu zbadano jego okoliczności. Także w trybie nadzoru pedagogicznego. Wnikliwa kontrola wskazała dwa zaniedbania. Pierwsze, to niewykorzystanie innowacyjnego narzędzia, „Karty samooceny ucznia”, jakie sama placówka opracowała i starała się wdrożyć. Zwrócono uwagę na brak dokumentacji działań podejmowanych w wyniku samooceny uczniów. Drugim zaniedbaniem okazało się łączenie przez jedną osobę funkcji wychowawcy klasy, pedagoga szkolnego i pedagoga specjalnego.

 

Nie sposób ocenić, czy lepsze wykorzystanie „Karty samooceny”, albo rozdzielenie funkcji, zapobiegłoby tragedii. Nie stwierdzono niczyjej winy. Zalecono wzmocnienie nadzoru pedagogicznego, systematyczne dokumentowanie i ewaluację działań wychowawczych oraz właściwą organizację wsparcia dla uczniów. Podobne zestawy zaleceń powstają, jak Polska długa i szeroka, w sprawach o rozmaitym ciężarze gatunkowym. W zasadzie każdy dyrektor wie, że dokumentowanie i ewaluowanie to podstawa w przypadku kontroli, choć mało kto uważa, że to najwłaściwsza metoda pomagania dzieciom w kryzysie.

 

Sytuacji trudnych wychowawczo jest w szkołach coraz więcej. Niestety, mimo że staramy się coraz bardziej zwracać uwagę na dobrostan uczniów, ich samopoczucie wcale się nie poprawia. Można założyć, że nie tylko szkoła jest za to odpowiedzialna, ale to szkoła najczęściej trafia pod pręgierz. Każdy, kto przeczyta tytuł artykułu o stwierdzonych zaniedbaniach, pozostaje z przekonaniem, że leżą one u źródeł tragedii. Nawet ktoś, kto wczyta się w treść publikacji, ale nie zna metod działania nadzoru pedagogicznego, również zobaczy głównie odpowiedzialność nauczycieli. W ten sposób kształtuje się społeczne przekonanie, że szkoła co do zasady jest instytucją opresyjną i obojętną na dobro uczniów. A to nieprawda.

 

Starałem się przyciągnąć uwagę tytułem, aby na kanwie wydarzeń z Jeleniej Góry przekazać Czytelnikowi myśli, których nie znajdzie w oceanie medialnych doniesień. Otóż wielu nauczycieli na różne sposoby pomaga swoim uczniom. Wspierają ich rozwój, troszczą, interesują się ich losem, często bardziej, niż wynikałoby to z zawodowego obowiązku. Czasem swoją uwagą, rozmową, interwencją zapobiegają prawdziwym tragediom. Nie słychać o tym w mediach. Skuteczne działanie wychowawcze trudno wychwycić na co dzień i zazwyczaj nie nadaje się do oświetlenia błyskiem fleszy. Docenienie – jeśli w ogóle – przychodzi najczęściej po latach. Warto jednak mieć świadomość, że nawet dzisiaj, w czasach kryzysu społeczeństwa i kryzysu edukacji, w placówkach oświatowych pracuje ogromna rzesza ludzi, którzy pomagają dzieciom. Dlatego proszę, by wśród tysięcy clikbaitowych tytułów, eksponujących mroczną stronę edukacji szkolnej, mieć to w pamięci. I doceniać dobrym słowem w każdym indywidualnym przypadku, gdy tylko jest okazja! 

 

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/



Ostatni raz zamieściłem tekst z bloga CEO 13 grudnia 2025 roku. I dopiero dzisiaj odkryłem tam nowy tekst. Po jego przeczytaniu zorientowałem się, że ta fundacja, jako organizacja pozarządowa posiadająca status organizacji pożytku publicznego, do której niezależności od zawsze miałem zaufanie, tym razem włączyła się nie tyle w promowanie, co w metodyczne wspieranie rządowego programu „Przyjazna Szkoła”.

 

Postanowiłem cały ten tekst zamieścić na OE, ufając, że przysłużę się w ten sposób idei, która prawdopodobnie stoi za taką decyzją redagujących ten blog, którą ja odczytałem tak: „Nie wszystkie programy ogłaszane przez MEN zasługują na totalną krytykę – warto znajdować w nich pozytywne elementy i z korzyścią dla uczniów i nauczycieli, skutecznie, wdrażać”

 

 

Anna, nauczycielka z wieloletnim stażem, kocha swoją pracę i wkłada w nią całe serce. Czasami jednak ma wrażenie, że złożoność wymagań edukacyjnych ją przytłacza. Tania, która w 2022 r. przyjechała do Polski z Ukrainy, lubi swoją nową klasę, ale czasami ma wrażenie, że odstaje od reszty grupy. Darek, ojciec Janka, martwi się, że jego syn ostatnio niechętnie angażuje się w szkolne zajęcia. Iga, uczennica liceum, świetnie sprawdza się w szkolnej drużynie piłkarskiej, ale przez to ma mniej czasu na naukę, co sprawia, że trudno jej radzić sobie ze stresem. 

 

Wymienieni bohaterowie są fikcyjni. Opisane doświadczenia – również. Niemniej, z łatwością można sobie wyobrazić, że takie historie mają miejsce. Co je łączy? Zasadniczym powodem może być potrzeba zadbania o swój dobrostan (ang. well-being). Słowo w ostatnim czasie modne, odmieniane przez przypadki, używane w wielu kontekstach. Są ku temu przesłanki.

 

Czym jest dobrostan?

 

Martin Seligman opracował definicję dobrostanu psychicznego PERMA1. Zgodnie z jego założeniami ta koncepcja obejmuje:

 

-pozytywne emocje (ang. Positive emotions) – doświadczanie radości, uznania,  spokoju, nadziei;

 

-zaangażowanie (ang. Engagement) – na przykład w naukę i życie szkolne;

 

-relacje (ang. Relationships) – z rówieśnikami i nauczycielami oraz odczuwanie przynależności do wspólnoty klasowej i szkolnej;

 

-poczucie sensu (ang. Meaning) – przekonanie o celowości działań;

 

-osiągnięcia (ang. Accomplishment) – dążenie do osiągnięcia sukcesu.

 

Na tej bazie możemy mówić o dobrostanie społeczności szkolnej, który traktujemy jako stan, w którym doświadczenie szkolne wzmacnia poczucie dobrostanu zarówno uczniów i uczennic, jak i całej kadry szkolnej oraz rodziców i opiekunów. W placówkach, w których uczą się uczniowie z doświadczeniem migracji, szczególny nacisk w budowaniu dobrostanu całej społeczności szkolnej warto kłaść na:

 

-integrację pomiędzy uczniami, budowanie wspólnoty i poczucia przynależności;

 

-kompetencje społeczno-emocjonalne (w tym zarządzanie emocjami);

 

-rozwiązywanie konfliktów, zapobieganie przemocy;

 

-budowanie przekonania o własnej skuteczności i możliwości odniesienia sukcesu szkolnego.

 

Program „Przyjazna szkoła” – o dobrostanie w praktyce 

 

Rządowy program „Przyjazna szkoła” (2025-2027) ma na celu systemowe wzmocnienie jakości życia społeczności szkolnej poprzez budowanie bezpiecznego, inkluzywnego i wspierającego środowiska nauki. Program skierowany jest do uczniów ze szczególnym uwzględnieniem tych z doświadczeniem migracyjnym i uchodźczym, ale nie tylko. Swoimi działaniami obejmuje również nauczycieli, pedagogów, psychologów, asystentów międzykulturowych oraz rodziców i opiekunów prawnych. Wszyscy oni mogą skorzystać bezpłatnie z szerokiego i kompleksowego wachlarza usług, takich jak:

 

-konsultacje specjalistyczne;

 

-indywidualna pomoc psychologiczna i psychiatryczna;

 

-interwencje kryzysowe;

 

-warsztaty integracyjne;

 

-zajęcia dotyczące redukcji stresu;

-warsztaty antybullyingowe (przeciw przemocy rówieśniczej);

 

-materiały edukacyjne;

 

-webinaria i spotkania tematyczne;

 

-superwizje indywidualne i grupowe;

 

-doradztwo zawodowe.

 

 

Na Mazowszu Centrum Edukacji Obywatelskiej (CEO) jest liderem programu, gdzie działa w konsorcjum z Polskim Forum Migracyjnym oraz Fundacją Ukraiński Dom. Zaś na Dolnym Śląsku takie miejsce zajmuje Fundacja Ukraina, a CEO jest partnerem wraz z Fundacją Dom Pokoju.

 

Zachęcamy szkoły i wspomagamy je w działaniach, których celem jest wzmacnianie dobrostanu szkolnej społeczności. Oferujemy przy tym wsparcie mentorów, którzy towarzyszą szkołom w realizacji takich przedsięwzięć. Jeśli twoja szkoła znajduje się na Mazowszu lub na Dolnym Śląsku – zapisz się do programu. Wystarczy, że w Waszej placówce obowiązek nauki realizuje przynajmniej jeden uczeń lub uczennica z Ukrainy.

 

Dobrostan w szkole – dlaczego to ważne?

 

Jak wspomniano wcześniej – to słuszne, że o dobrostanie dużo się rozmawia, a w przestrzeni publicznej coraz częściej temat jest obecny w dyskusjach. Natomiast w obszarze edukacji wydaje się, że zagadnienie nieśmiało dopiero zaczyna wkraczać na salony. Choć może to stanowić pewne uogólnienie, dotychczas edukacja była postrzegana głównie przez pryzmat przekazywania i pogłębiania wiedzy. Podstawa programowa wyznacza ramy pracy nauczycieli, a egzaminy i sprawdziany służą weryfikacji poziomu wiedzy. W zachodnim świecie często doceniamy indywidualność, sprawczość, efektywność i wyniki. Można to również zaobserwować w środowiskach szkolnych.

 

A co z emocjami, relacjami w klasie, co ze zdrowiem psychicznym i fizycznym uczniów i nauczycieli, z poczuciem sensu i z różnorodnością? Z tym wszystkim, co jest trudniej mierzalne i na pierwszy rzut oka – nienamacalne. Czyżby zatem nieistotne? Bynajmniej. Szereg badań przeprowadzonych wśród uczniów i uczennic oraz kadry szkolnej jasno wskazuje na silną korelację między poczuciem dobrostanu a wynikami szkolnymi, a także rozwojem funkcji poznawczych. Zadbanie o dobrostan to realna inwestycja w kompetencje przyszłości, takie jak krytyczne myślenie czy zdolności interpersonalne, które na współczesnym rynku pracy są niezbędne.

 

Przykładowo, według raportu OECD „PISA i zadowolenie z życia”2 (ang. Programme for International Student Assessment) uczniowie, którzy deklarują silne poczucie przynależności do szkoły i dobre relacje z nauczycielami, osiągają wyższe wyniki w testach z matematyki i czytania niż ich rówieśnicy o niskim poziomie  odczuwania dobrostanu. Z kolei teoria Barbary Fredrickson „Broaden-And-Build3 wskazuje, że pozytywne emocje (np. zaciekawienie, radość) poszerzają zasoby poznawcze. Uczeń w dobrym stanie emocjonalnym widzi więcej rozwiązań, jest bardziej kreatywny i lepiej zapamiętuje.

 

Szczególną uwagą należy objąć uczniów z doświadczeniem migracji oraz uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, ponieważ badania pokazują, że ich dobrostan w szkole jest niższy niż rówieśników4.

W szkołach, które świadomie dbają o jakość życia swojej społeczności, uczniowie oraz nauczyciele na co dzień odczuwają więcej pozytywnych emocji, czują się bezpiecznie, angażują się w życie szkolne (w tym w naukę), pozostają ze sobą w zdrowych, bliskich relacjach, mają poczucie sensu oraz są przekonani, że mogą odnieść sukces. 

 

Małe kroki, konkretne zmiany

 

W tym miejscu wiele osób zaczyna się zastanawiać… Jeśli nawet ten well-being jest tak istotny, to w jaki sposób wprowadzić go do szkoły? Jaką strategię obrać, jak ją rozpisać i co zrobić, aby zmieścić w harmonogramie dodatkowe obowiązki? No i kto się tym wszystkim zajmie? Tymczasem wydaje się, że każde z tych pytań jest źle postawione. Nie chodzi o to, aby w klasach i na szkolnych korytarzach wdrażać rewolucję. Ani o to, aby dokładać obowiązków i teczek z dokumentacją. Dbanie o dobrostan najlepiej zacząć od małych kroków! Możliwe, że od zatrzymania się i spojrzenia krytycznie na to, co w szkole już działa i się sprawdza, a co wymaga poprawy.

 

Nawyki sprzyjające odczuwaniu dobrostanu warto projektować świadomie i zacząć je wdrażać krok po kroku. Raz na jakiś czas należy zrobić stop-klatkę i weryfikować, co i jak funkcjonuje. Dobrze przy tym być wyrozumiałym i łagodnym – dla siebie, dla uczniów i uczennic oraz dla kolegów i koleżanek z pokoju nauczycielskiego. Jak każdy proces uczenia się – ten także będzie długofalowy i złożą się na niego próby i błędy. Potrzeba czasu i zaangażowania, aby praktyki wspierające dobrostan stały się rutynowe. To też praca z ogółem społeczności szkolnej, zatem musi potrwać.

 

Przykładowe narzędzia

 

Czytaj dalej »