
Właśnie otrzymaliśmy z Centralnego Wojskowego Centrum Rekrutacji – Ośrodka Zamiejscowego w Łodzi – organizatora tego wydarzenia – prośbę o zamieszczenie poniższej informacji:
To właśnie Zgierz będzie gospodarzem jednej z 16 wojskowych gier terenowych, które odbędą się 11 listopada na terenie całego kraju z okazji Narodowego Święta Niepodległości.
11 listopada w tym roku zapowiada się niezwykle atrakcyjnie. Wojskowa Gra Terenowa jest przygotowywaną na ten dzień specjalną propozycją Ministerstwa Obrony Narodowej oraz Wojska Polskiego. W 16 wybranych lokalizacjach w kraju będzie można wziąć udział w wojskowej rywalizacji i jednocześnie w gronie rodziny i przyjaciół uczcić Biało-Czerwoną.
Na terenie jednostki wojskowej w Zgierzu przed uczestnikami gry zostanie postawionych szereg wyzwań. Będą oni mieli okazję sprawdzić swoją orientację w terenie, wcielić się w niebezpieczną rolę sapera czy sprawdzić celność w rzucie granatem. Wśród konkurencji zaplanowano również naukę maskowania, składania i rozkładania broni i budowy schronienia w warunkach ekstremalnych.
Z członkami startujących w grze zespołów spotkają się również goście specjalni, mistrzowie, żołnierze-sportowcy! Wielokrotny Mistrz Polski i złoty medalista na światowych igrzyskach wojskowych w Wuhan w ratownictwie wodnym – szer. Adam DUBIEL, mistrz olimpijski w sztafecie mieszanej – szer. Kajetan DUSZYŃSKI oraz badmintonistka – szer. Zuza JANKOWSKA.
Na osoby zainteresowane możliwością podjęcia służby wojskowej, w wyznaczonym punkcie informacyjno-rekrutacyjnym będą czekali specjaliści, którzy odpowiedzą na wszelkie pytania oraz wskażą możliwe drogi rozwoju w szeregach Wojska Polskiego.
Pierwsza zarejestrowana drużyna wystartuje o godzinie 10.00 z punktu przy ul. Konstantynowskiej 85 w Zgierzu* bez względu na warunki atmosferyczne. Z uwagi na temperaturę oraz mając na uwadze sportowy charakter zawodów, warto zadbać o odpowiedni ubiór. Koniec zawodów planowany jest o godz. 16:00.
Udział drużyn jest całkowicie bezpłatny, ale konieczna jest wcześniejsza rejestracja. Informacje i zapisy: tel.: 669 164 950, mail: t.bartczak@ron.mil.pl
Więcej szczegółów: www.mon.gov.pl
*Z łodzi najlepszy dojazd autobusem linii 6 – początek trasy przy Dworcu Łódź-Kaliska – Dworzec Autobusowy od ul. Włókniarzy – TUTAJ
Foto: Agnieszka Bohdanowicz [www.lodz.tvp.pl]
Zarejestrowaliśmy najnowszy post (4 listopada 2022 r.) prof. Śliwerskiego, którego nieomal w całości zamieszczamy poniżej:
Radykalny spadek zainteresowania studiami pedagogicznymi i nauczycielskimi
Powstanie luka pokoleniowa w kształceniu kadr pedagogicznych i nauczycielskich. Tak wynika z opublikowanej przez Ministerstwo Nauki i Edukacji informacji o tegorocznej rekrutacji na studia wyższe na rok akademicki 2022-2023. Już kilkanaście lat mineło od „złotego wieku” polskiej pedagogiki, kiedy to ten kierunek studiów zajmował pierwszą lokatę w najczęściej wybieranym przez maturzystów spośród wszystkich oferowanych kierunków kształcenia w naszym kraju.
Wg stanu na dzień 1 października 2022 r., przyjęto na studia licencjackie i jednolite studia magisterskie łącznie 326 349 osób, zaś na studia drugiego stopnia – 103 468 osób. Tym samym studia wyższe rozpoczęło prawie 430 tys. osób (429 817), a pamiętam czasy, kiedy było ich 2 miliony! Niż wynika także z procesów demograficznych, a nie tylko z aspiracji i właściwego poziomu wykształcenia młodzieży.
W uczelniach państwowych studiować będzie stacjonarnie 235 085 osób, a niestacjonarnie (odpłatnie) – 56 768 osób. W wyższych szkołach niepublicznych na studiach odpłatnych zostało zarejestrowanych ponad dwukrotnie więcej osób, bo 137 964. Ból czesnego może łagodzić przyznane niektórym studentom stypendium socjalne czy za wyniki w nauce.
Trudna sytuacja w kraju będąca następstwem bardzo wysokiej inflacji (17,9%) sprawia, że już studiujący niestacjonarnie rezygnują z kształcenia, przerywają je, gdyż nie stać ich na pokrycie czesnego i związanych z wyjazdami na zjazdy kosztami podróży i utrzymania. Nie ma zatem powodu do radości, bowiem młodzi ludzie przyjęci nawet na studia stacjonarne w uczelni z dala od własnego miejsca zamieszkania, mają problemy socjalne z utrzymaniem się na studiach. Wiele osób podejmuje pracę na nocną zmianę i w weekendy. Przemęczeni nie mają czasu na studiowanie, wyjście do biblioteki uniwersyteckiej, czytanie literatury fachowej i wykonywanie zadań w ramach realizacji poszczególnych przedmiotów czy projektów.
Warto zauważyć, że w trzech kategoriach w ogóle nie została odnotowana pedagogika czy którykolwiek z kierunków nauczycielskich, socjalnych, opiekuńczych.
Według ogólnej liczby zgłoszeń kandydatów w ramach dyscypliny naukowej
(dyscypliny wiodącej, do której przypisany jest kierunek studiów) (powyżej 20 tys.):
1.nauki o zarządzaniu i jakości – 76 047
2.informatyka techniczna i telekomunikacja – 67 524
3.ekonomia i finanse – 52 661
4.językoznawstwo – 49 814
5.inżynieria mechaniczna – 42 954
6.psychologia – 42 148
7.nauki prawne – 38 665
8.nauki medyczne – 30 835
9.inżynieria lądowa i transport – 27 605
10.automatyka, elektronika i elektrotechnika – 27 505
11.nauki o polityce i administracji – 24 395
12.nauki o zdrowiu – 20 857
2) Według ogólnej liczby zgłoszeń kandydatów na kierunek studiów (powyżej 8 tys.):
1.informatyka – 44163
2.psychologia – 40642
3.zarządzanie – 36532
4.prawo – 22066
5.kierunek lekarski – 21017
6.ekonomia – 18166
7.budownictwo – 13682
8.finanse i rachunkowość – 13438
9.filologia angielska – 13077
10.ogistyka – 11317
11.fizjoterapia – 10687
12.pielęgniarstwo – 10595
13.biotechnologia – 10216
14.administracja – 9775
15.zarządzanie i inżynieria produkcji – 8979
16.automatyka i robotyka – 8426
17.informatyka stosowana – 8311
18.mechanika i budowa maszyn – 8187
19.stosunki międzynarodowe – 8180
3) Według liczby zgłoszeń kandydatów na jedno miejsce (pięć i więcej zgłoszeń) – TUTAJ
NIE OPŁACA SIĘ STUDIOWAĆ NA KIERUNKU NAUCZYCIELSKIM, PEDAGOGICZNYM, SOCJALNYM, NAUK O RODZINIE, TEOLOGII, PIELĘGNIARSTWA.
Źródło: www.sliwerski-pedagog.blogspot.com
Wczoraj (2 listopada 2022 r.) na fb-profilu Wiesi Mitulskiej zobaczyliśmy i utrwaliliśmy takie oto pliki, informujące o dwu listach 19 nauczycielek i nauczycieli, którzy od 2002 roku zdobywali Tytuł „Nauczyciela Roku”. Są to listy otwarte do Posłów i Senatorów RP oraz do Prezydenta PP:
Źródło: www.facebook.com/wiesia.mitulska/
Wczorajsze (2 listopada 2022 r.) spotkanie w „Akademickim Zaciszu” poświęcone było pedagogii Marii Montessori. Gospodarz – prof. Roman Leppert – zaprosił do rozmowy na ten temat osoby bardzo kompetentne „w tym temacie”:
– Prof. UW Annę Jaroszewską – autorkę książki „Kultura szkoły Montessori w XXI wieku” (Oficyna Wydawnicza IMPULS, Kraków 2022);
– Doktora Jarosława Jendzę z Uniwersytetu Gdańskiego – absolwenta studiów magisterskich z pedagogiki Marii Montessori w University of Girona, posiadacza dyplomu AMI 6-12;
– Monikę Pawluczuk-Solarz – montessoriankę z przekonania i wykształcenia.
– Ewelinę Donatti – kierującą Międzynarodową Akademią Montessori we Wrocławiu.
Plik z YoyTube z nagraniem „Pedagogia Marii Montessori na cztery głosy” – TUTAJ
W dniu 1 listopada na blogu „Moja oś świata”, prowadzonym przez Danutę Sternę pojawił się kolejny tekst, inspirowany anglojęzycznymi publikacjami. W tym przypadku był to tekst Elisy McDonald pt. „3 Habits to Make Teacher Teams More Impactful” [3 nawyki, dzięki którym zespoły nauczycieli będą bardziej skuteczne] Oto ten post Danuty Sterny – bez skrótów:
Wspólnie o nauczaniu w zespole nauczycieli
Rysunek: Danuta Sterna
Temat współpracy nauczycieli w zespołach stale powraca i niestety nie następują w nim spektakularne zmiany. Kiedyś uczyłam w naprawdę wspanialej szkole, gdzie jedynym mankamentem była właśnie współpraca nauczycieli. Przez lata nic nie dało się zrobić, ze szkodą dla uczniów i nauczycieli. Nie mam na myśli pracy w zorganizowanych zespołach zadaniowych, bo taka w szkołach występuje, chodzi mi raczej o współpracę pedagogiczną, dyskusję i wspólne doskonalenie procesu nauczania.
Panuje pogląd, że nauczyciela współpracują ze sobą, gdyż biorą udział w radach pedagogicznych, szkoleniach i są członkami zespołów zadaniowych. Moim zdaniem kultura współpracy nauczycieli wokół nauczania nie jest w Polsce powszechna. W innych krajach myślę, że jest jej więcej, gdyż jest wbudowana w organizacje pracy szkoły.
Przedstawiam wskazówki konsultantki edukacyjnej – Elisy MacDonald (jej książka „Intentional Moves: How Skillful Team Leaders Impact Learning”) – jak budować współpracę nauczycieli wokół nauczania. Jej zdaniem, główne punkty to: czytać wspólnie teksty edukacyjne, prowadzić wzajemne obserwacje lekcji i wspólnie przyglądanie się pracy uczniów. Nie są to łatwe do realizacji wskazówki. Bardzo ambitne, ale znam szkoły, które je z powodzeniem wykorzystują. Do wskazówek dołączę informacje o naszych propozycjach w programie Szkoła ucząca się (SUS).
W skrócie trzy wskazówki.
1.Nawyk wspólnego czytania
Samodzielne czytanie tekstów edukacyjnych oraz oglądanie filmów i podcastów jest oczywiście niezmiernie pożądane. Jednak nie przeceniajmy tego sposobu doskonalenia nauczyciela. Zmiana nawyków nauczania pod wpływem przeczytanego tekstu występuje niezwykle rzadko. Za to, jeśli nauczyciele omawiają przeczytany tekst, to mogą podzielić się pomysłami zastanowić wspólnie nad tekstem. Bez konsultacji z innymi nauczycielami zwykle „wyczytany” pomysł „upada”. Dlatego warto omówić z innymi nauczycielami tekst, przedyskutować i może rozwinąć wykorzystując zasoby innych. Jednocześnie wspólne studiowanie tekstu zwiększa szansę na zastosowanie dobrych pomysłów w całej szkole.
W programie Szkoła ucząca się rekomendowaliśmy Rozmowy o nauczaniu. Opracowaliśmy 27 krótkich tekstów, które polecaliśmy nauczycielom przeczytać przed spotkaniem, a w czasie spotkania proponowaliśmy dyskusję na temat tekstu (z wykorzystaniem lub nie scenariuszy spotkania). Byłam autorka tego pomysłu, ale spotkałam się z powątpiewaniem innych członków zespołu SUS, czy da się ten pomysł wykorzystać w polskich szkołach. Okazało się, że kilka szkół podjęło wyzwanie i powstały nawet kluby Rozmów o nauczaniu. Wykorzystują je również szkoły biorące udział w Całościowym Rozwoju Szkoły. Wszystkie teksty i scenariusze i wskazówki do Rozmów o nauczaniu można znaleźć na blogu – Oś świata pod adresem:
Wracając do wskazówek Elisy MacDonald, przekazuję jej rady dla lidera podejmującego się organizacji wspólnego czytania tekstów:
>Zacznij od krótkich tekstów. Zaproponuj krótki angażujący tekst (np. komiks, kontrowersyjny cytat, inspirujący fragment podcastu), jeśli nauczyciele podejmą dyskusję, to można potem przejść do dłuższych tekstów (np. fragment rozdziału z książki, artykułu, streszczenie pracy badawczej lub opracowanych wyników badań). Najważniejsze jest, aby teksty były poruszające dla nauczycieli i zachęcały do dyskusji.
>Zorganizuj rozmowę w sposób sprzyjający dyskusji. Czasami, aby rozpocząć opartą na tekście dyskusję zespołową, wystarczy dobre pytanie. Lepiej jest, gdy dyskusja od razu wywiąże się po przeczytaniu tekstu. Odwlekanie może zobojętnić nauczycieli na tekst. W Rozmowach o nauczaniu polecaliśmy zorganizować spotkanie przy kawie w milej atmosferze.
>Nawiązanie do tekstu. Może się okazać, że inne ważne wydarzenia odciągną dyskutantów od tekstu. Jednak warto wrócić do niego, aby było widać, że sensowne było jego przeczytanie. Można powrócić poprzez pytania: „Czy widzicie jakieś połączenie z tekstem?”, „Gdzie w tekście to występuje?”, „Co cię w tekście zaciekawiło?”, „Z czym się zgadzasz, a z czym nie?”, „Co mówi autor na ten temat?”.
Z naszych doświadczeń z Rozmów o nauczaniu wynika, że te spotkania nie powinny być obowiązkowe i narzucane, wystarczy, gdy weźmie w nich udział tylko kilka osób. Z czasem inne osoby mogą mieć chęć przyłączenia się.
2.Nawyk obserwacji koleżeńskiej
25 października zamieściliśmy materiał, zatytułowany „Oto dowód, że nie wolno przekreślać szans żadnego ucznia na jego rozwój”. Były tam obszerne fragmenty tekstu, opublikowanego w kolportowanej na terenie łodzi bezpłatnej gazetce „ŁÓDŹ.pl, zatytułowanego „Nauczyciel ma tę moc”. Jego bohaterem był Bartek Rosiak – jak tam napisaliśmy „najmłodszy nauczycielu – w Łodzi na pewno, a nie wykluczone, że i w całym kraju.”
Pod tekstem zamieściliśmy informację, ze 26 października 0o 16:30, w Fabryce Aktywności Miejskiej przy ul. Tuwima, odbędzie się spotkanie z Bartkiem. Jednak z przyczyn obiektywnych nie mogliśmy w nim uczestniczyć i dlatego z radością powitaliśmy dzisiaj (2 listopada 2022 r.) na stronie łódzkiego dodatku do „Gazety Wyborczej” < wyborcza.pl ŁÓDŹ > zamieszczono dzisiaj artykuł Justyny Mysior-Pajęckiei pt.„Najmłodszy nauczyciel w Polsce: Nie chcę, żeby uczniowie wchodzili na moje lekcje z bólem brzucha”.
Oto jego obszerne fragmenty i link do pełnej wersji, której lekturę bardzo polecamy:
Foto: Tomasz Stańczak/Agencja Wyborcza[www lodz.wyborcza.pl/lodz/]
Bartek Rosiak w przystosowanej do pacy metodami aktywizującymi sali lekcyjnej
Szkoły Podstawowej nr 182 im. im. Tadeusza Zawadzkiego „Zośki”,
w budynku „B” przy ul. Traktorowej 35
[…]
Najmłodszy nauczyciel pierwsze zajęcia prowadził w wieku 17 lat
– Myślałem o tym zawodzie, kiedy nie działo się jeszcze tak źle w oświacie i nauczycieli było sporo, szczególnie polonistów. Żartowano, że dyrektor ma w czym przebierać i nie przyjmuje np. za brzydki nos. To były takie czasy. Pomyślałem sobie: „Skończysz studia, pójdziesz z dyplomikiem i co dalej, nawet nie zaprosi cię na rozmowę, bo po co”. Uznałem, że muszę uprzedzić fakty i wtedy na pewno zostanę zapamiętany jako młody z doświadczeniem – przyznaje Rosiak.
W wieku 17 lat poszedł do podstawówki, którą ukończył i powiedział, że chce tam uczyć. Dyrekcja dobrze go znała, więc wyrażono zgodę, żeby w ramach wolontariatu prowadził dodatkowe lekcje. Podkreśla więc, że w praktyce ma cztery lata doświadczenia.
– To, że mi tam nie płacono i nie prowadziłem klas na stałe nie ma żadnego znaczenia. Byłem nauczycielem. Prowadziłem olimpijczyków – mówi. – Szczególnie specjalizowałem się w wyciąganiu dzieci, które mają tróje, a później wygrywają olimpiady.
Nie ukrywa, że sam był marnym uczniem, ale usłyszał od polonistki, że on również mógłby zostać polonistą, i w to uwierzył. – Mocno wierzę w psychologię i efekt aureoli. Są dzieci, które jeśli im się powie, że są w czymś dobre, to zadziałają tak jak ja w dzieciństwie. Zrobią wszystko, żeby ktoś nie zmienił zdania. Czasami warto w dziecku zbudować pewien mit tego, że ma jakąś umiejętność – zaznacza – To jest jak z jazdą na rowerze. Ktoś słyszy „trzymam cię”, chociaż nikt nie trzyma tego kija i dzięki temu się uczy. Nie wchodzę do sali z myślą: „ja was wyuczę”, ale „zainspiruję was do tego, żebyście sami to pociągnęli”. Myślę, że można mieć dyplom filologii polskiej, ale jeśli nie ma się wrażliwości polonistycznej, to najlepiej wyuczone teorie literatury czy poetyki w niczym nie pomogą.
Bartek Rosiak ma duże plany. Mówi wprost, że chce zostać dyrektorem szkoły, kiedy tylko nadarzy się taka możliwość. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, mogłoby mu się to udać jeszcze przed trzydziestką.[…]
Dr Marzena Źylińska zamieściła w miniony poniedziałek (31 października 2022 r) na swoim fb-profilu tekst, który tylko pozornie jest reklamą książki dostępnej w księgarni internetowej „Edukatorium”. Polecamy jego lekturę, gdyż dotyczy on bardzo powszechnego wśród rodziców uczniów przekonania o zasadności dążenia „za wszelką cenę” do uzyskiwania przez ich dzieci świadectw „z paskiem”.
Ela C. – Ale jeśli pozwolimy uczniom skupić się na tym, co ich interesuje, to nie dostaną 7 punktów za świadectwo z paskiem!”
Ja – I co wtedy?
Ela C. – Wtedy nie dostaną się do swojej wymarzonej szkoły!
Ja – I co wtedy?
Ela C. – Będą musieli pójść do jakiejś innej.
Ja – I co wtedy?
Ela C. – Wtedy nie dostaną się na wymarzone studia.
Ja – Jest Pani pewna?
Ela C. – No nie, ale mogą się nie dostać, więc trzeba walczyć o te 7 punktów, uczyć się wszystkiego, zamiast zajmować się tylko tym, co kogoś interesuje. Po co tak ryzykować?
Autorka książki Julie Lythcott-Haims przez wiele lat była dziekanem i opiekunem studentów na Uniwersytecie Stanforda. Dzięki temu obserwowała, jak radzą sobie na studiach studenci, jak inaczej wygląda droga tych, którzy są samodzielni, wewnątrzsterowni, którzy sami potrafią wyznaczać sobie cele, a jak na studiach funkcjonują ci, którzy dotychczas skoncentrowani byli na realizacji celów wyznaczonych im przez dorosłych i robili to, za co byli nagradzani.
Julie Lythcott-Haims pokazuje, jak na uczelni funkcjonują młodzi ludzie skrzywdzeni przez nadopiekuńczych rodziców. Ci rodzice chcą dobrze, zbyt dobrze, ale koszty ich dobrych chęci ponoszą dzieci
Gdy czytałam „Pułapkę nadopiekuńczoście” wiele razy myślałam o pewnej nauczycielce często komentującej moje posty na FB Budzącej Się Szkoły.
Pod postami, w których wyjaśniam, dlaczego nie warto zmuszać dzieci do gonienia za wysoką średnią, pani Ela C. zawsze pisze to samo: „Ale za świadectwo z paskiem można dostać 7 punktów!”
To przykład zawężonego rozumienia słowa sukces, któremu Julie Lythcott- Haims poświęca w swojej książce wiele miejsca. Z tego zawężenia, którego skutkiem jest skupianie się na ocenach, średnich, świadectwach i elitarnych uczelniach i pomijanie wszystkich innych aspektów spełnionego życia, wynika wiele nieszczęść.
Dlatego polecam „Pułapkę nadopiekuńczości” wszystkim rodzicom, którzy już wybrali swoim dzieciom kierunek studiów i którzy wożą je popołudniami na wybrane przez siebie dodatkowe zajęcia. W ten sposób dzieci tracą kontakt z samym sobą i przestają słyszeć swój wewnętrzny głos, który mówi im, co jest w życiu dla NICH SAMYCH ważne. Ten sam błąd, w dobrej wierze popełnia też wielu nauczycieli.
Więc książkę tę polecam wszystkim dorosłym, którzy wiedzą lepiej, czego potrzebują w życiu dzieci i młodzi ludzie, którzy wiedzą, co zapewni im szczęśliwe życie. Kluczem do tego błędnego myślenia jest zawężone rozumienie słowa sukces.
Książkę Julii Lythcott- Haims „Pułapka nadopiekuńczości” znajdziecie w księgarni internetowej Edukatorium. To jedna z książek otwierających oczy.
Źródło: https://www.facebook.com/marzena.zylinska
1 listopada 2018 r. w zamieszczonym z okazji Dnia Pamięci o Zmarłych tekście napisałem:
Odwiedzając dzisiaj cmentarze, na których znajdują się groby naszych bliskich zmarłych: rodziców, krewnych, przyjaciół, wspomnijmy także naszych nauczycieli, tych, którzy byli dla nas przewodnikami w wędrówce od niewiedzy ku wiedzy, od nieodpowiedzialnego dzieciństwa do dojrzałości.
Szczególne wspomnienie i zapalonego pod cmentarnym krzyżem znicza poświęćmy zwłaszcza tym, którzy odegrali w naszych biografiach role przewodników, mentorów, mistrzów. Bo choć Oni żyją w nas tym co w nas zasiali, to niechaj dziś nasza o Nich pamięć będzie spłatą kolejnej raty zaciągniętego u nich kredytu…
I dzisiaj, przypominając ten tekst, przywołam moje wspomnienia o zmarłych Osobach, które w mojej biografii odegrały pewne, często znaczące, role, albo których biografie przecinały się wielokrotnie z moją drogą zawodową, a które zamieszczałem na „Obserwatorium Edukacji” w minionych latach:
1 listopada 2015 r. – Felieton nr 97. Dzień Wspomnień o Tych Którzy Odeszli – poświęcony Pani dr Aleksandrze Majewskiej
1 listopada 2016 r. – Wspomnienie o rzeczywistej twórczyni gimnazjów – Irenie Dzierzgowskiej
1 listopada 2017 roku – Wspomnienie o nauczycielce, wiceministrze edukacji – arystokratce nie tylko z nazwiska!
1 listopada 2018 roku – poinformowałem – za prof. Bogusławem Śliwerskim – o niedawnej (31 października 2018) śmierci prof. dr hab. Marii Dudzikowej [TUTAJ]
1 listopada 2019 roku – Dzień Pamięci o Naszych Bliskich i Znajomych, którzy odeszli. – poświęcone Pani Danucie Falak – wieloletniej dyrektorce XXVI LO w Łodzi
1 listopada 2020 roku – Felieton nr 345. Dr Aleksandra Majewska – zapomniana pedagog nie tylko poradnictwa [Świadomy powrót do wspomnień tej samej osoby, ale zawierający nowe treści]
1 listopada 2021 roku – Dzień Wspomnień o Tych Którzy Odeszli – Władysława Matuszewska
Na zdjęciu – Anna Rosel-Kicińska na portrecie, znajdującym się w siedzibie Komisji Historycznej KChŁ ZHP przy ul. Stefanowskiego nr 19.
W dzisiejszym wspomnieniu przywołam pamięć zmarłej przed nieomal dwoma laty (9 listopada 2020 roku) hm Anny Rosel-Kicińskiej, która miała wpływ na koleje moich losów życiowych, „dzięki” której zaliczyłem 3 lata służby w Marynarce Wojennej, ale też dzięki której mogłem rozpocząć pierwszy etap mojej drogi zawodowej, jaki od pracy „zawodowego harcerza” doprowadził mnie do zawodu pedagoga-wychowawcy.
A wszystko działo się w latach, kiedy Ona pełniła funkcję Komendantki Chorągwi Łódzkiej ZHP (20.12.1962 – 07.06.1968), a ja znalazłem się w trudnym okresie „zawieszenia” – po rezygnacji ze studiów na polonistyce w UŁ, a przed podjęciem nowych – na pedagogice.
x x x
Nie będę w tym wspomnieniu prezentował szczegółowej biografii Anny Rosel-Kicińskiej, tym bardziej, że – zazwyczaj wiedzący wszystko Googl – niewiele dostarczył mi na ten temat informacji. Przywołam jedynie kilka najważniejszych faktów:
Anna Rosel urodziła się 22 lipca 1932 r. we wsi Branica, dzisiejszym powiecie zduńsko-wolskim. Po burzliwych przeżyciach okresu II Wojny Światowej* zamieszkała w Łodzi, gdzie na początku lat pięćdziesiątych ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Łódzkim. Po studiach – w latach 1954 – 1958 pracowała jako nauczycielka w Szkole Podstawowej nr 51 w Lodzi. Ale dla moich wspomnień najważniejszą informacją jest ta, że decyzją ówczesnej I Sekretarz KŁ PZPR Michaliny Tatarkówny-Majkowskiej 20 grudnia 1962 – w wieku 30 lat – została Komendantką Chorągwi Łódzkiej ZHP.
Ja w tym czasie byłem w XI klasie XVIII LO, przygotowywałem się do matury i egzaminu wstępnego na filologię polską na UŁ.
Po raz pierwszy spotkaliśmy się „twarzą w twarz” – tak to zapamiętałem – jesienią 1963 lub zimą 1964 roku. Byłem już wtedy studentem, a w Komendzie Hufca Łódź- Polesie byłem instruktorem namiestnictwa zuchowego – pełniłem obowiązki przewodniczącego Kręgu Pracy Drużynowych Zuchowych, czyli byłem taką „prawą ręką” namiestniczki zuchów – Lili Madalińskiej.
I w owym czasie, pewnego popołudnia, do siedziby KH przy Kopernika 60 przyjechała z niezapowiedzianą wizytą druhna Rosel-Kicińska. Po krótkim pobycie w pokoju komendantki hufca – hm Haliny Lech, przyszła – w jej towarzystwie – do pokoju gdzie siedziałem za biurkiem i coś tam czytałem. Zostałem przedstawiony Druhnie Komendant, a następnie – już tylko „w cztery oczy” – potoczyła się nasza pierwsza, długa rozmowa.
Streszczając: Na wstępie komendantka oświadczyła, że nie miała dotąd do czynienia z pracą drużyn zuchowych, prawie nic o tej metodyce nie wie. A że jako komendantka chorągwi powinna znać się na wszystkich pionach pracy Związku – postanowiła „dokształcić się w tym temacie”. Powiedziano jej, że na Polesiu działa taki Kuzitowicz, który zna się na tym świetnie i jest godny zaufania. I właśnie przyjechała, abym ją „podszkolił”…
Co wykonałem – z pełnym zaangażowaniem, bo wszak byłem pasjonatem pracy z zuchami. Przypomniałem to wydarzenie, aby na tym przykładzie pokazać, że nie wszyscy nominaci partyjni byli na swoich podwórkach zadufanymi w sobie kacykami. Anna Rosel-Kicińska była wśród takich pozytywnym wyjątkiem.
Od tamtego dnia miałem dobre relacje z „moją” Komendantką.
Minęło kilka miesięcy. Po wakacjach 1964 roku podjąłem – brzemienną w skutki – decyzję o rezygnacji ze studiów polonistycznych, W konsekwencji niezaliczenia I roku studiów (dwukrotnie „oblany” egzamin ze staro-cerkiewno-slowiańskiego) w początkach października znalazłem się w swoistej próżni edukacyjnej. Na pedagogikę dostać się już nie mogłem – musiałem czekać do przyszłorocznej rekrutacji. Ale uświadamiałem sobie groźbę powołania do wojska – wszak miałem kategorię B – „Zdolny do służby wojskowej z ograniczeniami”.
I wtedy wpadłem na pomysł, aby zwrócić się do „mojej Komendantki” o zaprotegowanie mnie na I rok Studium Nauczycielskiego.
Najczęściej w poniedziałkowy poranek udostępniamy na naszej stronie najnowszy post z bloga „Wokół Szkoły”. Tak jest i dzisiaj – oto tekst Jarosława Pytlaka, zamieszczony tam przez niego w minioną sobotą – 29 października 2022 roku:
Znikający nauczyciele
Nie, nie będzie to kolejny tekst o tym, że nauczyciele odchodzą z pracy z powodu niskich zarobków, braku prestiżu, wyzwań przerastających możliwości oraz innych powodów, o których wiele mówi się i pisze w mediach bliższych realiom życia codziennego niż minister Czarnek. Znikanie nauczycieli niejedno bowiem ma imię.
Biorąc udział w jednej z internetowych konferencji miałem okazję usłyszeć z ust pani Anny Stalmach-Tracz, szefowej ośrodka doskonalenia nauczycieli, refleksję zasłyszaną przez nią od pewnej dyrektorki szkoły. Osoba ta wskazała, że jeszcze kilka lat temu liczba członków dużej rady pedagogicznej, wszechstronnie angażujących się w życie szkoły, mogła sięgać nawet połowy składu. Teraz aktywnych na tym polu daje się policzyć na palcach, czasem nawet tylko jednej ręki. Pani Anna nazwała to zjawisko wewnętrznym znikaniem nauczycieli. Nadal są w zespole, ale jakoś tak mniej niż dawniej.
Szkoła ma dziś tak fatalną opinię, że mało kto docenia aktywność tej instytucji na innych polach niż nauczanie. Ba, tradycyjne formy uroczystości szkolnych traktowane są z lekceważeniem lub nawet pogardą, jako bezwartościowy rytuał albo teatr dorosłych, odgrywany z udziałem (i kosztem) uczniów. Na pewno jest w tym odrobina prawdy, ale wspólne świętowanie nadal jest dość naturalną aktywnością społeczną; ponadto w szkołach dzieją się także inne wydarzenia: festyny, konkursy, przedstawienia, imprezy rozrywkowe, często bardzo wartościowe. Za niemal wszystkimi stoi (także) wysiłek nauczycieli. Dodajmy, że z reguły entuzjastów, czyniących to bez osobnego wynagrodzenia.
Czas pandemii zredukował niemal do zera tak rozumianą aktywność społeczności szkolnych, ale powrót do normalności nie przywrócił jej do stanu wyjściowego. Na pewno po części wynika to z ogólnego znużenia, wypalenia – wszyscy w szkołach, młodzi i starzy, wyszli z obostrzeń covidowych mocno poturbowani. Jest jednak również ubocznym efektem obecnej sytuacji kadrowej.
Mówiąc o ponadwymiarowej pracy nauczycieli liczy się przede wszystkim godziny spędzone przy tablicy. Tylko niekiedy dodaje, że idzie za tym również większa liczba prac do sprawdzenia, ocen do wystawienia, dostosowań do przygotowania – a jest to dodatkowy czas, który trzeba poświęcić na pracę. Część nauczycieli dorabia sobie do niskiej pensji poza szkołą, czy to udzielaniem korepetycji, co otoczone bywa odium społecznej niechęci, czy pracą w sklepie albo punkcie usługowym. W wszystkich tych przypadkach nie starcza już pary, by robić coś więcej w macierzystej placówce.
Świadomość powyższego może pomóc lepiej odczytywać informacje o brakach kadrowych w oświacie. W opublikowanym ostatnio zestawieniu pani Renata Kaznowska, wiceprezydent Warszawy, odpowiedzialna m.in. za edukację, podała, że w mieście brakuje 2861,73 nauczycieli (ten ułamek to wynik sumowania wakujących kawałków etatu). Poinformowała również o 1790 nauczycielach pracujących na półtora etatu i 2024, którzy pracują jeszcze więcej. Z tym wiąże się efekt domina. Brakuje nauczycieli, więc trzeba ich zastępować innymi. Ci inni – dociążeni obowiązkami – przestają mieć głowę do angażowania się w życie społeczne szkoły, podobnie zresztą, jak stachanowcy wyrabiający mnóstwo nadgodzin. Niemal od razu dadzą się zauważyć lekcje, które prowadzą osoby przysłane na zastępstwo, często specjaliści od zupełnie innych przedmiotów. Dopiero trochę później okaże się, że w szkołach dzieje się już niewiele więcej poza zwykłymi lekcjami, bo mało kto z nauczycieli ma czas, siły i chęci, by to organizować.
Pragniemy mądrej, sensownej edukacji. Póki co, oferujemy jakąś, o ile się uda. Aby mieć nadzieję na lepsze, musimy nie tylko znaleźć nowych adeptów zawodu nauczyciela, ale również odzyskać tych, którzy znikli wewnętrznie. To dodatkowe wyzwanie, z którego warto sobie zdawać sprawę myśląc o jakiejkolwiek przyszłości rodzimego szkolnictwa.
Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl
Moja znajoma dr hab. Beata Szczepańska, prof. UŁ, pracująca w Katedrze Historii Wychowania i Pedeutologii na Wydziale Nauk o Wychowaniu Uniwersytetu Łódzkiego zamieściła w sobotę 29 października 2022 r. na fanpage Grupy „Historia Edukacji” taki obrazek:
Foto: www.facebook.com/groups/HISTORYofEDUCATION/?
Obraz z 1909 roku, zatytułowany „Próba”
Rosyjski malarz Nikolai Pietrowicz Bogdanov Belski
I to on, w kontekście z postem z fb-profilu Borysa Binkowskiego, jaki zamieściłem na OE w piątek pt. „Borys Binkowski twierdzi, że sprawdziany sprawiają, że uczymy się szybciej” sprawił, iż w dzisiejszym felietonie postanowiłem ujawnić mój osobisty pogląd na temat szkodliwości lub przydatności sprawdzianów wiedzy, jako elementu procesu uczenia się uczniów. Bo – jak widać na obrazku – ma ta forma długą tradycję…
Zacznę od tego, że jako uczeń polskich szkół z lat PRL-u (podstawówkę ukończyłem w 1958 r, maturę zdałem w 1963 r.) pisałem dziesiątki „prac klasowych”, i „kartkówek”. Testów wtedy jeszcze nie znano. Jak ja to zapamiętałem? Co prawda minęło od tamtych dni więcej niż pół wieku, to jednak nie zapamiętałem tych sprawdzianów jako szczególnie traumatycznych sytuacji. I w zależności od tego czy była to klasówka z „moich” przedmiotów (j. polski, historia, geografia), czy sprawiających mi duże trudności (bo nielubianych) – matematyki, fizyki, chemii, odbierałem je – raz jako okazje do wykazania się moją wiedza, a w drugim przypadku – jako bodziec do nauczenia się pewnych treści, które mnie nie interesowały, ale których poznanie „system” ode mnie wymagał. Pewnie gdyby tych klasówek/kartkówek nie było, nie traciłbym czasu na czytanie tych podręczników.
I z takim „biograficznym bagażem wspomnień” zasiadłem do snucia dalszych rozważań na temat sprawdzianów wiedzy uczniowskiej.
Przypomnę jeszcze główne przesłanie tekstu Borysa Binkowskiego:
Czy ciągłe sprawdziany sprawiają, że uczymy się szybciej? […] Odpowiedź prawidłowa brzmi jednak – „tak, ciągłe sprawdziany sprawiają, że uczymy się szybciej„. Jednoznacznie przekonują o tym liczne eksperymenty. Jednak tu należy bardzo wyraźnie opisać jak powinien wyglądać sprawdzian, który pozwala na szybsze uczenie się:
Innymi słowy – nie sam sprawdzian, ale sposób jego stosowania jest niewłaściwy.
Stali czytelnicy „Obserwatorium Edukacji” mogą sobie łatwo przypomnieć, ze nie po raz pierwszy na tej stronie pojawił się temat sprawdzianów. Poprzednim materiałem jaki na ten temat zamieściłem 12 października był „Dwugłos dwojga doktorów o szkolnych testach wiadomości”
A tam najpierw oddałem glos dr Marzenia Żylińskiej, która po przywołaniu listu matki pewnego szóstoklasisty (moim zdaniem opisująca zupełnie nieadekwatny do głównego problemu przypadek swojego syna) taki wyłuszczyła swój pogląd:
[…] Testy, klasówki, sprawdziany to przerwa w procesie uczenia się. Gdyby w szkole syna pani Sylwii było mniej testów, uczniowie mogliby uczyć się w szkole, a nie w domu.
Na moich szkoleniach wyjaśniam, że robienie sprawdzianu po każdym przerobionym dziale jest błędem, że są dużo efektywniejsze metody powtórzenia materiału. Nie rozumiem, skąd wzięło się to klasówkowe szaleństwo, jako metodyczka nie rozumiem też. czemu ma służyć. Takich metod nie wytrzymują ani dzieci, ani ich rodzice. Dla wielu osób szkoła staje się prawdziwym horrorem. Powinniśmy to zatrzymać, mówić głośno o tym, jak wyglądają rodzinne popołudnia i wieczory, jak czują się dzieci.[…]
W tym samym materiale przytoczyłem pogląd dr. Tomasza Tokarza:
Nie zgadzam się z krytyką sprawdzianów jako takich. Sprawdziany to ważna część dobrej edukacji. Może nawet powinno być ich więcej. […]
Wiem, że sprawdziany często są wykorzystania w zły sposób – ale czy to wina młotka, że ktoś go używa nie do budowy domów lecz do walenia innych po głowie?
Sprawdzian nie jest ani dobry, ani zły, to tylko narzędzie, które można wykorzystać na różne sposoby – do karania, wymuszania posłuchu i dołowania, albo do wspierania rozwoju ucznia.[…]
x x x
Po takim „przygotowaniu artyleryjskim” wychodzą z okopów bezpiecznego obserwatora i z otwartą przyłbicą wykładam moje zdanie w sprawie sprawdzianów:
Od ponad siedmiu lat obserwuję i przekazuję na OE informacje o oddolnych nurtach zmieniania skostniałej, postpruskiej struktury polskiej szkoły. Pierwszym „zauroczeniem” było wysłuchanie podczas III Kongresu Polskiej Edukacji w Katowicach wieczorem 29 sierpnia 2015 roku pań: Margret Rasfeld – dyrektorki pierwszej „budzącej się szkoły” oraz Monii Ben Larbi – szefowej niemieckiej fundacji Schule im Aufbruch – „Budząca się szkoła”.
















