
O Juliuszu Cyperingu, Człowieku z Krainy Łagodności – w 20. rocznicę Jego śmierci
Dzisiaj także nie będę pisał o sytuacji w oświacie, bo mam potrzebę podzielenie się z Wami bardzo osobistymi wspomnieniami o Człowieku, którego droga życiowa dwukrotnie przecięła się z moją, i którego przedwczesna śmierć stała się okolicznością, która sprawił, iż teraz mogę redagować „Obserwatorium Edukacji” i pisać ten esej. A przyczyną napisania tego wspomnienia właśnie dzisiaj jest 20. rocznica Jego śmierci, o której powinienem pamiętać w poprzedni piątek – 13 lutego, a o której moja starcza głowa zapomniała. Także data 18 lutego, kiedy minęła 20. rocznica Jego pogrzebu, także wyleciała z mojej pamięci. Tym Człowiekiem był Juliusz Cyperling.
I stała się rzecz nieprawdopodobna. W środę rano obudziłem się ze wspomnieniem snu, w którym występował . . . Julek. Szanowni Czytający – ja sam nie potrafię uznać tego za sygnał z „tamtego świata”, ale nic tu nie zmyślam: Julek NAPRAWDĘ przyśnił mi się w środowy poranek , tuż przed tym jak obudzeniem się. I to właśnie wtedy przypomniałem sobie, że przecież minęła 20 rocznica Jego Śmierci!
Dlatego dzisiaj MUSZĘ opowiedzieć najważniejsze fakty z dwu okresów naszej znajomości, a w zakończeniu oświadczyć, że stałem się internetowym publicystą, reporterem i redaktorem, bo… bo Julka zabrakło, i uznano, że mam kontynuować Jego rolę – jako redaktora „Gazety Edukacyjnej”. W tych wspomnieniach będę wykorzystywał fragmenty wspomnień, ktore już wcześniej zamieszczałem przy innych okazjach, a przede wszystkim z okazji 15. rocznicy Jego śmierci.
Zacznę od przywołania mojego felietonu nr 360, zatytułowanego „Przed piętnastoma laty zmarł Julek Cyperling. Ale pamięć o nim żyje!”. I tam moje wspomnienie rozpocząłem od odesłania do wcześniejszego tekstu, zatytułowanego „Mój rok 1969, czyli lato w Poddąbiu z Leokadią”. Dla potrzeb dzisiejszego eseju przytoczę fragmenty tamtego wspomnienia o moim pierwszym, samodzielnie prowadzonym obozie harcerskim – kursie drużynowych, który poprowadziłem w piątym miesiącu po objęciu funkcji zastępcy komendanta Hufca ZHP Łódź-Polesie.:
„… muszę cofnąć się do okresu przygotowań do obozu, a konkretnie do rekrutacji kadry. W zasadzie nie ulegało wątpliwości, że osobą numer dwa będzie na nim szef referatu drużyn harcerskich Komendy Hufca Łódź-Polesie dh. Andrzej Gawart. Ale to właśnie on przeforsował, że koniecznie powinien znaleźć się w kadrze tego kursu jego dobry znajomy, wtedy mi zupełnie nieznany Julek Cyperling – dziewiętnastolatek, który właśnie zaliczył drugi rok studiów na filologii polskiej Łódzkiego Uniwersytetu. Na obozie miał pełnić funkcję „instruktora k-o” (kulturalno-oświatowego).
Była to typowa propozycja „nie do odrzucenia”, więc Julek na obóz przyjechał. Ze względów praktycznych został on zakwaterowany w jedynym dużym namiocie – siedzibie komendy obozu, (tzw. „dziesiątka”), który był nie tylko miejscem odpraw komendy obozu, ale także „sypialnią” komendanta i… instruktora k-o. […]
Julek przywiózł ze sobą kilka książek. Z oczywistych powodów (przypomnę, że i ja, choć tylko jeden rok -1962/63 – studiowałem na UŁ filologię polską) wieczorami, nim zasnęliśmy, rozmawialiśmy o łódzkiej polonistyce, o znanych nam obu profesorach i adiunktach, o literaturze… I tak pewnego dnia, zaraz na początku obozu, Julek zaczął opowiadać o jednej z przywiezionych przez niego książek, którą gorąco mi polecił, twierdząc, że koniecznie powinienem ją przeczytać, bo jest niesamowita. To była książka autorstwa Joanny Kulmowej p.t. „Wio Leokadio”.
Już następnego dnia, gdy uczestnicy kursu działali gdzieś w terenie, przeczytałem kilka pierwszych opowiastek z tej książki i… i byłem oczarowany. I racjonalnie, zwłaszcza tradycyjną metodyką harcerską, nie da się wytłumaczyć decyzji: „Będą każdego dnia wieczorem w namiocie obozowej „świetlicy” czytał kursantom jeden rozdział tej książki, jedną opowiastkę z Leokadią w roli głównej”. I już od najbliższego wieczora, bez względu na to czym danego dnia żyli kursanci, czytałem im jeden rozdział tej książki. […] Dalej – w pewnym sensie – sytuacja wymknęła się spod kontroli. Uczestnicy kursu zostali Leokadią (lub, jak kto woli, Kulmową) oczarowani i od wysłuchania kolejnej wieczornej porcji jej tekstu uzależnieni.[…]
[Źródło: www.obserwatoriumedukacji.pl/]
A teraz fragment felietonu nr 360.:
…po powrocie do Łodzi Julek pełnił w Komendzie Hufca Polesie tę sama jak na obozie funkcję – instruktora k-o. To przede wszystkim z jego inspiracji budynek Komendy był nie tylko bazą centrali organizującej i koordynującej działalność wszystkich drużyn i szczepów, miejscem odpraw i szkoleń kadry instruktorskiej, ale również – w pewnym stopniu – także ośrodkiem kultury. Obok tradycyjnych konkursów piosenki harcerskiej i przeglądu małych form scenicznych, Julek wprowadził zwyczaj wieczorów poezji – w tym najbardziej pamiętnym był ten poświęcony poezji Krzysztofa Kamila Baczyńskiego – zorganizowany w roku, gdy harcerzom kazano świętować stulecie urodzin Lenina (sławna kampania „Iskra 70”), a książek z poezją tego „ideowo obcego” poety w zasadzie nie było. To także Julek stał za pomysłem zorganizowania projekcji filmów oświatowych o tematyce wychowawczej, autorstwa Wojciecha Fiwka z łódzkiej WFO, na której był ich twórca, z którym mogliśmy o jego pracy porozmawiać. Gdy w 1971 r. zrezygnowałem z pracy w ZHP, nasze drogi rozeszły się. […]
[Źródło: www.obserwatoriumedukacji.pl]
W 1972 roku Julek skończył studia na filologii polskiej UŁ i od razy został zatrudniony w „Dzienniku Łódzkim” jako dziennikarz-publicysta, a po kilku latach także w roli recenzenta teatralnego. Pracował tam aż do 1990 roku. Nie wdając się w szczegóły okoliczności które Go do tego doprowadziły – odszedł z pracy w łódzkiej prasie i rozpoczął nowy etap swej aktywności. W 1991 roku podjął próbę działalności na rynku wydawców i założył Wydawnictwo dla Młodzieży „Cypniew”. Jednak – po wydaniu zaledwie dwu książek – musiał zrezygnować z dalszej walki o obecność na tym rynku. Już wcześniej podjął pracę jako dyrektor regionalny Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych w Łodzi. Kolejnym zbiegiem okoliczności był fakt, że siedzibą jego biura było nieduże pomieszczenie na terenie Łódzkiego Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego, którego dyrektorem był Janusz Moos, wcześniej działający w kierowanym przeze mnie od 1993 roku Zespole Szkół Budowlanych nr 2. Adresy tych dwu placówek dzieliło zaledwie kilkaset metrów…
I to dzięki Januszowi Moosowi, od którego dowiedział się kto jest dyrektorem tej pobliskiej szkoły, po 28 latach braku kontaktów, jesienią 2000 roku, Julek zawitał do mojego gabinetu z wizytę. Skracając tę opowieść – po wstępnym etapie wspomnień Julek przedstawił mi, w imieniu swojej żony Małgorzaty, propozycję przyjęcia pod nasz dach Centrum Szkoleniowo-Promocyjnego „EDUKACJA”, które, jako pierwszy w Łodzi niepubliczny ośrodek doskonalenia nauczycieli, zamierzała ona utworzyć i poprowadzić. Nie miałem żadnych oporów i ofertę przyjąłem, Tak zaczął się ów drugi etap naszych częstych kontaktów, a później współpracy. Ośrodek „Edukacja” nie tylko rozpoczął swoją działalność, ale bardzo szybko się rozwijał. Pomocnym w jego promocji okazała się, założona i redagowana przez Julka „Gazeta Edukacyjna”, na której łamach nie tylko informowano o kolejnych kursach kwalifikacyjnych dla nauczycieli, ale zamieszczane były artykuły pedagogów i relacje z łódzkich szkół i placówek oświatowych. Gazeta ta była, za pośrednictwem skrytek w Wydziale Edukacji, bezpłatnie kolportowana do wszystkich łódzkich szkół.
I to wtedy Julek zaproponował mi, abym i ja napisał kilka tekstów, które zostały tam zamieszczone. Był to także czas, kiedy Julek zaczął , regularnie przed każdym skierowaniem nowego numeru do druku, konsultować ze mną przygotowane teksty.
Bardzo szybko, bo już w roku 2003, Centrum Szkoleniowo-Promocyjne „EDUKACJA” zostało przekształcone w Wyższą Szkołę Pedagogiczną w Łodzi, której właścicielami byli Cyperlingowie, a której kanclerzem – oczywiście – była Julka żona – Małgorzata.
Ale „Gazeta Edukacyjna”, na dotychczasowych zasadach, wychodziła nadal. Aż do jesieni 2005 roku, kiedy Julek zachorowało – jak się okazało – na nieuleczalną chorobę tętniaka mózgu. Mimo wielomiesięcznego pobytu w szpitalu, dwóch operacji, Julek zmarł, I właśnie minęła 20 rocznica tej tragedii…
Jego śmierć stała się okolicznością, która spowodowała decyzję Jego żony, aby kontynuować Julka dzieło i nadal wydawać „Gazetę Edukacyjną”, ale już w e-wersji, jako portal internetowy. I w czerwcu 2006 roku zaproponowała mi, wraz z ówczesnym rektorem WSP – prof. Bogusławem Śliwerskim – abym został jego redaktorem naczelnym. I tak we wrześniu tego roku pojawiła się internetowa wersja „Gazety Edukacyjnej”, a potem wszyto potoczyło się tak, że zostałem także publicystą „Gazety Szkolnej”, „Głosu Pedagogicznego”, dwumiesięcznika „Kształcenie Zawodowe”, a po zamknięciu (z przyczyn finansowych” strony „Gazety Edukacyjnej” do mojej decyzji o założeniu – w 2013 roku – własnego „Obserwatorium Edukacji”.
Ale – takie mam przekonanie – za tą moją nową formą aktywności zawsze stał Julek Cyperling.
I dlatego mam potrzebę podtrzymywania pamięci o Nim, jako Nieprzeciętnym Człowieku.
Zakończę ten okolicznościowy esej przytoczeniem fragmentów wspomnień o Nim (wraz ze zdjęciem), jakie zamieszczałem jeszcze na stronie „Gazety Edukacyjnej”:
[…] W rok po tym, jak nas zostawił, składałem deklarację w felietonie, zatytułowanym By nie zaprzepaścić dzieła, pisząc: „Idea kontynuacji dzieła Juliusza, jakim była „Gazeta Edukacyjna” legła u źródeł inicjatywy stworzenia Portalu Wiedzy o Edukacji. Po kilku miesiącach przygotowań Portal ruszył […] Na miarę naszych umiejętności, redagujemy dzień po dniu, tydzień po tygodniu, już pół roku, Gazetę Edukacyjną w jej nowej, elektronicznej formule.[…] Dziś zaświadczamy, że to w co wierzył, co tworzył – nie zostało zaprzepaszczone!”
Rok później przywołałem obraz Julka – „Jasnego Człowieka”. Pisałem: Straciliśmy radość obcowania z „Jasnym Człowiekiem”. Bo Juliusz w każdej sytuacji, prywatnej czy oficjalnej, był zawsze po prostu Julkiem – pogodnie uśmiechającym się do każdego, życzliwym światu i ludziom człowiekiem! To prawda. Życie toczy się dalej. Nawet głębokie rany się zabliźniają. Ale świat bez Juliusza to nie ten sam…”
Przed rokiem wspominałem Juliusza – „Człowieka z krainy łagodności”: „Dzisiaj stanął mi przed oczyma obraz Juliusza – niestrudzonego mediatora, człowieka kompromisu, niezdolnego do jakiejkolwiek formy agresji. […] Warto, trzeba, nie tylko kontynuować Jego testament „pedagogiki uśmiechu”, ale także uczyć się od Niego owej łagodności i „miękkiej stanowczości” w osiąganiu swych celów. Bez tak typowych dla otaczającego nas świata: arogancji, dominacji, agresji…” […]
Wiem, bo takim Go pamiętam, że Julek był człowiekiem niezastąpionym! Człowiekiem, którego brak, zapewne nie tylko ja, dotkliwie dzisiaj odczuwam. Bo był On „katalizatorem relacji międzyludzkich”, kimś, kto samą swą obecnością wprowadzał klimat życzliwości, którego słynny uśmiech rozbrajał najbardziej bojowo nastawionych oponentów, a jego niezapomniane „rozumiesz-wiesz” sprawiało, że ludzie czuli się dowartościowani. Wierzę, że świat jaki mnie otacza, zdarzenia, których jestem świadkiem, także te których jestem uczestnikiem, wszystko to mogłoby być inne, lepsze… Gdyby Juliusz był nadal z nami…
Włodzisław Kuzitowicz
Zostaw odpowiedź


