Na przedpołudnie przedostatniego dnia w 2021 roku proponujemy lekturę dość obszernego tekstu, jaki wczoraj zamieścił na swoim fejsbukowym profilu Paweł Łęcki. Ten nauczyciel j.polskiego w II Liceum Ogólnokształcącym im. Bolesława Chrobrego w Sopocie, znany głólnie z ostrych tekstów, których tematem częściej są wydarzenia polityczne niż edukacyjne, tym razem skoncentrował się na systemie polskiej edukacji, na tym jak wpływa on na szkolną codzienność, a w końcowej części tekstu zamieścił taki apel:

 

Choć edukacja wymaga mądrej cierpliwości, to naprawdę kluczowe zmiany powinny zacząć być wprowadzane jak najszybciej, gdyż polska szkoła coraz bardziej będzie odklejać się od nadchodzącej i już istniejącej rzeczywistości.

 

Oto ów tekst bez żadnych skrótów – redakcja OE pozwoliła sobie jedynie na zaznaczenie niektórych jego fragmentów pogrubionymi czcionkami:

 

Foto: Paweł Łęcki/Facebook/

 

Paweł Łęcki – nauczyciel języka polskiego w II Liceum Ogólnokształcącym

im. Bolesława Chrobrego w Sopocie

 

 

Jednym z największych problemów polskiej szkoły jest uczynienie z egzaminów narodową i niepodwa- żalną świętością. To dlatego połowa szkoły podstawowej i cała szkoła średnia są głównie kursem nauki rozwiązywania różnego rodzaju testów i arkuszy.

 

Znika gdzieś w odmętach słupków procentowych wyników z egzaminów cała przygoda edukacji. Dlatego tak znaczna część zajęć jest po prostu nudna, bo nawet jak się chce eksperymentować, to prędzej czy później trzeba zejść na ponurą ziemię egzaminów.

 

Również dlatego oceny są świętością i prowadzą do wyścigu, w którym nikt tak naprawdę nie chce brać udziału, ale wszyscy w jakiś sposób muszą.

 

To nawet nie oceny są problemem same w sobie, ale to, w jaki sposób je traktujemy. Nie jako informację o stopniu opanowania danego zagadnienia, ale jako dowód na wartość ucznia.

 

W polskiej szkole nie rozmawiają ze sobą przedmioty. Nawet jeśli jest jakiś ułomny dialog między językiem polskim a historią, to nie ma w zasadzie żadnego między tak zwaną humanistyką a tak zwanymi przedmiotami ścisłymi. Polski nie rozmawia z fizyką, choć mógłby się wiele od niej nauczyć, podobnie jak zresztą w drugą stronę. Dzielimy klasy na profile i każemy je wybierać młodym ludziom, gdy mają trzynaście lat. Na jakiej podstawie mają dokonać tego wyboru, nikt tak naprawdę nie wie. Tak jest i już.

 

Wyobraźmy sobie sytuację, że w szkole nie ma lekcji religii, dzięki czemu mogą być dwie lekcje z podstaw psychologii i relacji międzyludzkich. Zajęcia z tych zagadnień czasem pojawiają się na lekcjach z wychowawcą, ale jest to pozorowanie edukacji. Młodzi ludzie w zasadzie w szkole nie uczą się systemowo o sobie samych, jak radzić sobie z własnymi lękami, problemami, różnego rodzaju zachowaniami.

 

Wyobraźmy sobie sytuację, że system jest tak skonstruowany, że dwóch nauczycieli może jednocześnie prowadzić lekcję. Najlepiej właśnie z tych dwóch tylko pozornie odległych światów – humanistów i ścisłowców. Do tego potrzebna jest zmiana systemu, gdyż klasa w szkole nie może siedzieć sama, bo jak jest pozbawiona opieki nauczyciela, to od razu ktoś umiera, ktoś inny mdleje, ktoś łamie krzesło, a ktoś inny wchodzi w ryzykowne zachowania seksualne. Jest to szczególnie absurdalne na późniejszych etapach edukacji.

 

Nie myśli się w Polsce o nauczycielach wspomagających nie tylko w kontekście uczniów z problemami. Tacy nauczyciele wspomagający, na przykład już po licencjacie, mogliby pełnić wspaniałą rolę zastępców lub organizatorów różnego rodzaju wydarzeń. Oczywiście do tego potrzebne są pieniądze, a tych jak zawsze brakuje na oświatę.

 

Wyobraźmy sobie, że uczniowie w jednej części egzaminu końcowego muszą przedstawić pełen projekt interdyscyplinarny. Na przykład grę komputerową, z pełnym opisem działań finansowych, z oprawą muzyczną, graficzną, literacką. W tej chwili takie przygody z edukacją najczęściej pojawiają się w ramach jakichś konkursów, a powinny być jedną z podstawowych części edukacji.

 

Wyobraźmy sobie, że uczniowie nie muszą wkuwać na pamięć wszystkich możliwych regułek, a uczą się wyszukiwania informacji i ich krytycznego odbioru. Wszyscy siedzimy w internecie, a nie ma przedmiotu, który by tego uczył. Z bliżej nieznanych powodów podstawy przedsiębiorczości są traktowane jako niewiele znaczący przedmiot, a później ludzie nie wiedzą, skąd biorą się pieniądze w budżecie, co to jest inflacja lub jak prowadzić finanse osobiste.

 

Od dawna traktujemy muzykę i plastykę jako zło konieczne, choć sztuka uczy o wiele większej wrażliwości niż kolejny sprawdzian z wszystkich dopływów jakiejś rzeki. Informatyka jest często przedmiotem widmem, po czym pozorni cyfrowi tubylcy nie potrafią wyjustować tekstu, o obsłudze Excela nie wspominając. Dziś wiele firm poszukuje specjalistów IT, inżynierów oprogramowania, ekspertów cyberbezpieczeń- stwa. Jednak także od kandydatów na inne stanowiska oczekują kwalifikacji cyfrowych. Zwracają też uwagę na kompetencje miękkie, na umiejętność współpracy w zespole i gotowość do podnoszenia kwalifikacji, kreatywność, mówi Wioletta Marciniak-Mierzwa.

 

Eksperci firmy doradczej McKinsey przewidują, że do 2030 roku 375 milionów pracowników na świecie będzie musiało się przekwalifikować, a 70 procent dziś uczących się dzieci będzie pracowało w zawodach, które jeszcze nie powstały, można przeczytać w Polityce i nie wyciągnąć z tego żadnych wniosków w polskiej edukacji. W Polsce, po dwóch latach edukacji zdalnej, nadal mamy liczne białe plamy wykluczenia cyfrowego.

 

Potrzeby pojawiają się w ramach zmieniającego się świata. Polska szkoła się nie zmienia, nie uczy na przykład obsługi starości, choć ludzie żyją coraz dłużej, o ile nie umrą z powodu pandemii. Wyjątkowo ważne są analizy dużych zbiorów danych i wyciąganie z nich wniosków. Wyciąganie wniosków jest jedną z największych bolączek polskiej edukacji. Będą potrzebni etycy, chociażby po to, żeby sprawdzać, czy przestrzegane są normy etyczne w danej firmie lub w ramach jej produktu.

 

Wyobraźmy sobie, że polska szkoła zaczyna myśleć przyszłością, a nie tylko historią i teraźniejszością. Święte polskie egzaminy zastępuje cykliczną diagnozą wiedzy i umiejętności, która nie jest narodowym wydarzeniem, ale czymś w rodzaju bilansu intelektualnego zdrowia. W Polsce reformy wprowadza się bez ładu i składu, wszystko ma działać już tu i teraz, nawarstwia się ilość materiału, nie zwracając uwagi na jego jakość. Zmiany w edukacji muszą być rozpisane na lata i dopiero po dłuższym czasie można oczekiwać rezultatów.

 

Choć edukacja wymaga mądrej cierpliwości, to naprawdę kluczowe zmiany powinny zacząć być wprowadzane jak najszybciej, gdyż polska szkoła coraz bardziej będzie odklejać się od nadchodzącej i już istniejącej rzeczywistości.

 

 



Zostaw odpowiedź