Natalia Boszczyk autorka książki „Dobre relacje w szkole” i bloga „Szkoła Dobrej Relacji”

 

 

Natalia Boszczyk na swoim blogu „Szkoła dobrych relacji” 1. września zamieściła post, zatytułowany „Dwie szkolne wizje na początek roku – strzeżmy się ich!”, w którym przywołała dwie metafory szkoły.

 

Najpierw przywołała wizję z utworu Pink Floyd „We don’t need no education”:

 

[…] W teledysku  do utworu bezwolni uczniowie stoją w posłusznej kolejce do wchłonięcia przez bezduszną machinę edukacji. Oni sami zresztą nie mają dusz (ani nawet twarzy), tak jak występujący w tym filmie nauczyciel – stosujący dobrze znane z historii narzędzia opresji – kary cielesne, sarkazm i krzyk.

 

Zespołowi Pink Floyd (z mistrzem Rogerem Watersem na czele) udało się uchwycić najczarniejszy sen o edukacji – takiej edukacji, którą można zmienić tylko rewolucją – walką, zniszczeniem, pożogą. Tak zresztą kończy się ten teledysk, a może ta rewolucja to jedynie sen umęczonych uczniów…? Dobra sztuka nigdy nie daje jednoznacznych odpowiedzi…

 

Ale zaraz po tym odwołała się do współczesności:

 

[…] Wiele mówimy o „dobrych zmianach” w edukacji, widzimy, w jak wielu szkołach (nie tylko w edukacji alternatywnej czy szkolnictwie niepublicznym) wdrażane są nowe koncepcje i odważne rozwiązania, ale mówi się też wiele o „powrocie do średniowiecza” i o triumfie „pruskiego drylu”. Pewnie oba te bieguny współwystępują w rzeczywistości i może jest to znak „czasów wielkiej zmiany”? Tym bardziej warto uważnie przyglądać się swojej szkolnej codzienności i zadawać sobie pytanie: do którego bieguna mi bliżej i czy to jest to, czego chcę jako nauczyciel/nauczycielka?

 

Gdy przyglądam się współczesnej szkolnej rzeczywistości, na myśl przychodzi mi jeszcze jedna metafora – dzisiejsza szkoła przypomina mi bardzo fast foodową restaurację. Co skłania mnie do takiego porównania? – oto punkty styczne:

 

nadmiar – chodzi głównie o wiadomości do przyswojenia, czyli umęczenie uczniów przeładowaną podstawą programową. Nie macie wrażenia, że uczniowie są niejako „futrowani” przez nas nauczycieli wiedzą, która – notabene – niekoniecznie jest przez nich rozumiana i niekoniecznie przyda im się w życiu? Bardzo rzadko spotyka się szkoły, w których można “rozsamkować się” w nauce, poczuć przygodę odkrywania…

-przebodźcowanie – w szkole, która jest McDonaldsem w żadnej sferze nie może królować minimalizm – ma być w niej mnóstwo gadżetów (też związanych z nowymi technologiami – wszak to dowód tego, na jak wysokim poziomie stoi szkoła), ma być wiele metod, aplikacji, pomocy dydaktycznych, ćwiczeń, kart pracy (chora „kultura kart pracy”). Uczeń ma być opleciony pajęczyną tego wszystkiego, żeby nie miał chwili na nudę. I żeby było jasne – nie chodzi tu o to, że szkoła ma stać się klasztorem, a sala szkolna – mnisią celą. Chodzi o umiar i danie przestrzeni na odpoczynek psychiczny, a także przestrzeń do prostych rozmów i budowania relacji…

 

szitowy” pokarm – nie dość, że porcje (wiedzy) są wielkie i nie do przejedzenia, to jeszcze jest to najsłabsze i najmniej zdrowe pożywienie, bo wysoce przetworzone. Uczniowie, którym nie stwarza się okazji do zdobywania wiedzy poprzez odkrywanie, poprzez zaangażowanie intelektualne i emocjonalne – tacy uczniowie „puchną” od wiedzy, uzależniają się nawet czasem od jej „ćpania”, ale ta wiedza nie zmienia nic na głębszym poziomie. Taki szkolny pokarm nie odżywia, tylko zapycha, pozostawia biernym i ociężałym umysłowo…

-uzależnienie – uczniowie przyzwyczajają się, że takie wysoce przetworzone jedzenie, taka homogeniczna papka (na myśl przychodzi tu między innymi Marshall McLuhan) jest nawet smaczna, łatwiejsza do przyswojenia niż kilogram obranej marchewki i szybko uzależniają się od niej. Przestają już czuć prawdziwe smaki… W takiej fast foodowej szkole „słodyczowym szitem” są też oceny (a także inne formy nagród, kar, gróźb, “konsekwencji”). […]

 

-samotność – w fast foodowej szkole nie stawia się na budowanie relacji i tworzenie wspólnoty – nie o to przecież chodzi w McDonaldzie. Chodzi o to, by odstać swoje w kolejce, zrealizować zamówienie (program), napchać klienta i różnymi metodami sprawić, by wrócił. Na relacje w przestrzeni fast foodowej nie ma miejsca.

 

pośpiech – jak sama nazwa mówi „fast” food musi być szybki. Dla wielu uczniów/uczennic i nauczycieli/nauczycielek szkoła kojarzy się właśnie z hasłem „czas, czas, czas”. Trzeba się spieszyć, by przerobić program, by przeczytać lektury, by przerobić podręcznik. Trzeba zdążyć z poprawianiem ocen, z wystawianiem ocen, z wypisywaniem świadectw. Przestoje, przerwy nie są mile widziane…

 

zaduch – last but not least: fast foodowa szkoła to szkoła, w której panuje zaduch intelektualny i emocjonalny; w której ludzie stłoczeni są na małej przestrzeni i kiszą się w oleistych oparach. To jest szkoła, w której wartość ruchu i przebywania na świeżym powietrzu nie jest w ogóle brana pod uwagę.

 

 

Każdy z nas czasem odwiedza McDonaldsa. Każdy czasem pozwala sobie „poćpać” fast foodową papkę. Każdy z nas pozwala czasem swoim dzieciom na te „przyjemności”. Czy jednak świadomie wybralibyśmy tego typu restauracje jako podstawowe miejsce żywienia? Fast food nie jest wartościowym jedzeniem, ono przejdzie, „ujdzie w tłoku” (dosłownie i w przenośni), ale ono nie odżywia, czyli: nie daje życia, jest niebezpieczne dla naszego zdrowia – fizycznego i psychicznego. Nie twórzmy takich miejsc w edukacji, nie budujmy szkolnych McDonaldsów.

 

 

To jak? Odchudzamy szkołę? Odchudzamy edukację?

 

Zanim zaczniemy działać w obszarze edukacji warto zadać sobie pytanie, czemu ma służyć przebywanie w szkole? We współczesnych czasach odpowiedź przestaje być oczywista. Czy szkoła ma przede wszystkim nauczyć? Wyposażyć w wiedzę? Czy może powinna odpowiadać za coś więcej? W książce „Dobre relacje w szkole” pochylam się z uważnością nad tymi pytaniami…

 

Jeśli założymy, że szkoła jest czymś więcej niż pasem transmisyjnym do przekazywania wiedzy, musimy podjąć się trudu odchudzenia edukacji z wszystkiego, o czym pisałam powyżej. Uczniowie przebywają w szkole 80% czasu przypadającego na dzieciństwo i młodość – to musi być czas wolny od chronicznego stresu i napięcia, ale też czas wolny od permanentnej nudy. Koniec z zaduchem, pośpiechem i przeładowaniem. Koniec ze słabym pokarmem intelektualnym i emocjonalnym.

 

Szkolne lata powinny uczyć nas rozumienia świata – we wszystkich jego wymiarach. To powinien być czas, w którym próbujemy nowego, w którym sprawdzamy się, otwieramy na kreatywne działania i podejmujemy życiowe i naukowe wyzwania. I to wszystko robimy we wspólnocie – wspierającej się i życzliwej wspólnocie.

 

Każdy z nas, nauczycieli i nauczycielek, może codziennie podejmować trud odchudzania edukacji i tworzenia jej zdrowego wymiaru. Codziennie możemy łapać się na starych nawykach i przyzwyczajeniach, gdy zamieniamy się w „przerabiaczy materiału”, „odpytywaczy” i „wypełniaczy obowiązków”. Możemy też proponować uczniom takie działania, które mają głębszy (a przede wszystkim – szerszy) sens:

 

Co by się stało, gdyby szkoły zrezygnowały z wbijania uczniom do głów błahostek i zamiast tego zaczęły realizować przedsięwzięcia o dużym znaczeniu dla całej społeczności? Gdyby wszyscy uczniowie mieli czas pomyśleć o tym, jakie działania mogą mieć największy wpływ na ich przyszłość, tak, by po ukończeniu szkoły średniej nie zaczynali po prostu wyścigu donikąd? (G. McKeown, „Esencjalista”, s. 34).

 

No właśnie – co by się stało, gdybyśmy postawili na samodzielność uczniów, na ich działanie, a nie bierne przyjmowanie wiedzy? Co by się stało, gdyby uczniowie – oprócz wysiłku szkolnego (zamiast?) – mogli postawić na rozwój swoich pasji i zainteresowań. I dla jasności warto zaznaczyć: nie chodzi o rezygnację z podstawy, bo jej realizacja jest naszym obowiązkiem, ale chodzi o to, byśmy nie stali się jej niewolnikami i każdego dnia sprawdzali, czy tak właśnie się nie dzieje.

 

Możemy świadomie wybierać, jaką szkołę chcemy tworzyć, co chcemy proponować naszym uczniom. Uciekajmy w edukacji jak najdalej od smutnej wizji szkoły z utworu Pink Floyd, ale też od kusząco kolorowej, a jednak zabójczej – edukacyjnej makdonaldyzacji.

 

 

 

Źródło: www.szkoladobrejrelacji.pl

 



Jedna odpowiedź to “Natalia Boszczyk o naszej szkole jak o McDonaldsie”

  1. Natalia Boszczyk napisał:



    Dziękuję za udostępnienie tekstu! Jestem ciekawa zdania nauczycieli – czy moje metafory wydają się trafne?
    Pozdrawiam serdecznie wszystkich!

Zostaw odpowiedź