
Foto: Max Zieliński / Greenpeace Polska [www.krytykapolityczna.pl]
Na stronie „Krytyki Politycznej” zamieszczono dziś tekst, zatytułowany „Młodzież wyraża swój wspólny interes: chce przeżyć”. Jest to zapis rozmowy Magdy Majewskiej – redaktorki „Krytyki Politycznej” z Edwinem Bendykiem – publicystą działu naukowego tygodnika „Polityka”. Poniżej zamieszczamy fragmenty tego wywiadu i link do pełnej wersji:
[…]
Magda Majewska: Tuż przed wyborami PiS podpisał się pod trzema z pięciu postulatów Młodzieżowego Strajku Klimatycznego. Wśród nich znalazł się ten o prowadzeniu polityki „zgodnie ze stanowiskiem naukowców”. Czy sprawa kryzysu klimatycznego stała się tak istotna, że nawet tak mało postępowa partia nie mogła się do niego nie odnieść? A może to tylko pusty przedwyborczy gest?
Edwin Bendyk: Ewidentnie politycy liczą się już z faktem, że ruch klimatyczny nie wygasa. Po pierwszym spektakularnym wzmożeniu 15 marca, kiedy protesty odbyły się w kilkudziesięciu miastach w całej Polsce, mogło się jeszcze wydawać, że to jedynie flash mob, że zaraz przyjdą matury, wakacje i te dzieciaki się rozejdą.
Ale wróciły.
Tak, po wakacjach pojawiły się znowu, z jeszcze większą siłą. Przez ten czas ci młodzi ludzie rozwijali kompetencje w zakresie koordynacji i pracy z mediami. Dzięki temu przygotowanie do protestów 20 września było już bardzo profesjonalne. To była lekcja odrobiona wzorowo przez ludzi, którzy wiedzą, jak się buduje poparcie. Przecież zanim poszli do polityków z postulatami, wysłali do nich list otwarty, który nagłośnili, korzystając z poparcia mediów.
A potem był 20 września, protesty klimatyczne w 70 miastach w Polsce i 6 milionów ludzi na całym świecie.
To wszystko pokazuje, że z tym ruchem trzeba się liczyć – z tego prostego względu, że powód jego powstania nie wygaśnie. Tu nie da się przyjąć odpowiedniej ustawy i zamknąć tematu. Mierzymy się z wyzwaniem, które wymaga zupełnie innego podejścia, a z tym mają problem wszyscy, poczynając od skrajnej prawicy, która reaguje w sposób aberracyjny. Nie potrafi się do problemu odnieść, więc odpowiada hejtem i szuka wyjaśnień w teoriach spiskowych.
Kto na przykład?
Tygodnik „Do Rzeczy”, który pisze o tym, „jak ekolodzy grają dziećmi”, czy nieżyjący profesor Szyszko, który mówił, że taka akcja jest podejrzana i że powinny się nią zająć MEN i organy ścigania. Widać jakiś lęk przed tym ruchem, bo politycy nie rozumieją, skąd się wziął. Przecież w Polsce młodzież w wieku 16–17 lat nie powinna umieć się w ten sposób zachowywać, bo gdzie się miała tego nauczyć?
Ale jest też inny powód, który nie pozwolił zbagatelizować postulatów MSK: te dzieci mają rodziców i dziadków, nauczycieli – a to są wyborcy, i to już się liczy politycznie.
„Gazeta Prawna” poinformował dziś w artykule „Kuratoria oświaty: Protest włoski bez wpływu na pracę szkół” na podstawie informacji z kuratoriów oświaty: w Katowicach, Warszawie, Szczecinie, Rzeszowie i Krakowie, że urzędy te nie są w posiadaniu informacji o zakłóceniu pracy szkół w wyniku tzw. protestu włoskiego. Oto fragmenty tego artykułu, zawierające cytaty z cytowanymi tam wypowiedziami kuratoryjnych rzeczników prasowych:
Foto: www.us.edu.pl
Anna Kij – rzecznik prasowy Kuratorium Oświaty w Katowicach
[…] Rzecznik prasowa Kuratorium Oświaty w Katowicach Anna Kij poinformowała PAP, że proces dydaktyczny i wychowawczy w szkołach województwa śląskiego odbywa się normalnie. „Nie ma też informacji o nieorganizowaniu wycieczek. Wpływają zawiadomienia o wycieczkach zagranicznych. Organizowane są też konkursy.” Dodała, że szkoły, jak co roku, proszą kuratorium o zamieszczanie na stronie internetowej informacji o organizowanych przez nie konkursach plastycznych czy muzycznych. „Nie jest to typowa działalność dydaktyczna, a wiele szkół w dalszym ciągu to robi. Nie zauważamy pod tym względem żadnych zmian w stosunku do lat poprzednich.
Natomiast rzecznik prasowy Kuratorium Oświaty w Warszawie Andrzej Kulmatycki powiedział:
Podobne informacje z kuratoriów oświaty w Szczecinie i w Rzeszowie otrzymała Polska Agencja Prasowa.
[…] Z kolei rzecznik prasowa Kuratorium Oświaty w Krakowie Jolanta Michalska napisała, że „nie są znane przypadki w Małopolsce, gdzie byłby realizowany zapowiadany przez ZNP strajk włoski. Do Kuratorium Oświaty w Krakowie nie wpłynęły żadne informacje na temat strajku. Jeżeli je otrzymamy, kuratorium oświaty będzie mogło się do nich odnieść” – poinformowała. […]
Cały artykuł „Kuratoria oświaty: Protest włoski bez wpływu na pracę szkół” – TUTAJ
Źródło: www.serwisy.gazetaprawna.pl
W niedziele, 27 października, portal EDUNEWS.PL zamieścił obszerną relację redaktora naczelnego tego portalu – Marcina Polaka z zakończonej właśnie, dwudniowej Konferencji Kreatywnej Edukacji. Tekst ten, zatytułowany „Edukacja? Wszystko w naszych rękach!”, postanowiliśmy upowszechnić także na naszej stronie, gdyż może on wszystkim, którzy nie uczestniczyli w tym wydarzeniu – choć w takiej formie – przekazać idee, których promowanie było celem owej konferencji.
Poniżej zamieściliśmy obszerne, ale jednak fragmenty tej relacji, odsyłając linkiem do pełnej jej wersji:
W szkołach różnego typu, w całej Polsce, dzieją się autonomiczne i oddolne działania, które prowadzą do zmian sposobów uczenia się / nauczania. O tym, jak (powoli) zmieniają się szkoły, rozmawialiśmy w Warszawie podczas Konferencji Kreatywnej Edukacji. Byłoby świetnie, żeby coraz więcej dyrektorów i nauczycieli (o ministrach i uczestnikach nie wspominając) korzystało z tych doświadczeń i próbowało powielać, „podkradać” dobre pomysły i rzeczywiście zmieniać szkolnictwo. Dla dobra naszych dzieci. […]
Chciejmy zmieniać edukację
„Mamy jako ludzie ukryte talenty i naszą rolą jest stworzenie warunków do ich ujawnienia i rozkwitu” – mówił Ken Robinson, zwracając uwagę na to, że w sztywnym systemie edukacyjnym nie ma sensu szczegółowo planować i organizować wszystkiego uczniom. „Jeśli spojrzymy na swoje życie – czy faktycznie planowaliśmy dojść do tego miejsca, w którym się znajdujemy? Trudno przewidzieć co się wydarzy. Podążamy często w niespodziewanych kierunkach. Trafiamy w inne miejsca. (…) Ludzie są niepowtarzalni. Nasze dzieci są inne od nas. Każde z żyć to odrębny proces i to powinno wpływać na nasze myślenie o edukacji.” […]
Ken Robinson skrytykował dość powszechne na świecie podejście rządów i polityków do systemów edukacji. „Edukacja jest procesem społecznym. Dużym błędem polityków i urzędników jest próba odpersonalizowania tego procesu. Poprzez testy, struktury i próby sprowadzenia edukacji do pomiarów. To wbrew istocie i logice edukacji. Ale możemy to zmienić.” – mówił. „Standaryzacja nie jest drogą do rozwoju systemu edukacji. Wśród polityków jest potworne niezrozumienie jak funkcjonuje edukacja i jak powinno na nią wpływać państwo.” [..
Współczesny świat zmienił się zbyt mocno, abyśmy pozostali przy starym systemie edukacji. Musimy wymyśleć na nowo szkoły – apelował Ken Robinson. Mamy do czynienia z czterema wyzwaniami:
1.Podstawa programowa – musimy ją dopasować do realiów. Mamy takie przypadki na świecie, że podstawa programowa rzeczywiście wspiera, a nie na papierze, wielowymiarowy rozwój talentów dzieci. Powinniśmy korzystać z dobrych pomysłów z innych krajów.
2.Pedagogika – w sercu edukacji jest relacja pomiędzy nauczycielem i uczniem. Trzeba czasem przyznać: „nie wiem, zastanówmy się razem nad tym”. „Nauczyciel nie musi znać odpowiedzi na wszystkie pytania, nie jest alfą i omegą. Wiemy tak naprawdę bardzo niewiele! Trzeba umieć to przyznać. Wielcy nauczyciele są także uczniami i odwrotnie wielcy uczniowie są także nauczycielami” – mówił Robinson.
3.Ocenianie – większość zasad oceniania opiera się na bardzo sztywnych koncepcjach. Często jest też źle rozumiane, zarówno formalne, jak i nieformalne. „Niestety uważamy, że testy i egzaminy są odpowiednią formą oceniania. W ocenianiu muszą być zrównoważone elementy opisowe (co uczeń potrafi, umie) i porównawcze (jak wypada na tle). Problem jeśli te drugie przeważają. Akademickie podejście do oceniania w szkole nie jest dobre. To potworny błąd” –podkreślał Robinson.
4.Kultura szkoły. Musimy budować społeczność uczniów, nauczycieli i rodziców. Opierać edukację na wartościach.
„Potrzebujemy naprawdę wielkiej zmiany – musimy w końcu przejść od industrialnego modelu edukacji do modelu opartego na rozwoju talentów i kultury osobistej.” – mówił Robinson. Mamy trzy opcje:
1.zmienić system taki jaki jest teraz – poprzez zmiany oddolne. Jeśli nauczyciel zmieni coś, zmienia się system. Tak samo dyrektor – małe zmiany mogą mieć wielkie konsekwencje
2.można wyjść z systemu – tworzyć własne szkoły łącząc się z ludźmi, którzy myślą podobnie. Tu dobrym przykładem są szkoły demokratyczne, alternatywne, kreatywne.
3.Możemy wymyśleć system od nowa – na przykład założyć swoją szkołę.
To od nas zależy, jaka będzie szkoła
„Zmiana w szkole zależy od nas. Jestem dowodem na to, że w każdej szkole możemy robić zmiany. Warto jest marzyć i zmieniać świat. Warto mówić o swoich marzeniach.” – mówiła Ewa Radanowicz, dyrektor Szkoły Podstawowej w Radowie Małym.
„Portal Samorządowy” opublikował dziś zapis rozmowy z wiceministrem edukacji Maciejem Kopciem, zatytułowany „Rząd gwarantuje 6-proc. podwyżkę dla nauczycieli w 2020 roku, reszta jest kwestią negocjacji”.
Oto początkowy fragment tego materiału, poprzedzający treść wywiadu (podkreślenia i pogubienia tekstu – redakcja OE):
Foto: screen ze strony www.portalsamorzadowy.pl
Maciej Kopeć – sekretarz stanu w MEN
–Rząd* nie wycofa się z 6-proc. podwyżki wynagrodzeń dla nauczycieli w 2020 roku, ale nie mogę obiecać niczego więcej – mówił Maciej Kopeć, sekretarz stanu w MEN, podczas obrad zespołu problemowego RDS ds. usług publicznych, który zajmował się płacami nauczycieli w 2020 r. Zapowiedział jednocześnie, że ta podwyżka na pewno nie pojawi się w styczniu, a raczej we wrześniu.
Z rozmowy PortalSamorzadowy.pl z ministrem Kopciem można wywnioskować, że nowy rząd raczej nie będzie chciał przystać na propozycje płacowe związkowców, bo te wygenerują olbrzymie koszty dla budżetu. Nie zmienia to jednak faktu, że rząd jest gotowy do rozmów na temat zmian w systemie wynagradzania nauczycieli. […]
Rozmowa z ministrem Maciejem Kopciem na tle spotkania w ramach zespołu problemowego RDS w sprawie wysokości nauczycielskich wynagrodzeń w 2020 roku – czytaj – TUTAJ
Źródło: www.portalsamorzadowy.pl
*Tylko nie wiadomo który rząd miał na myśli pan sekretarz stanu: ten, w którym aktualnie jest on wiceministrem, czy ten, który będzie rządził Polską w 2020 roku?
Wczoraj na portalu „Superbelfrzy RP” zamieszczono artykuł „Zmiana w szkole”, autorstwa Ewy Przybysz-Gardyzy – nauczycielki języka angielskiego i edukacji wczesnoszkolnej w Szkole Podstawowej im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Stojadłach k. Mińska Mazowieckiego, pasjonatki nowych technologii, autorki bloga „Dla nauczycieli”. Oto jego obszerne fragmenty:
Foto: www.etwinning.pl
Ewa Przybysz-Gardyza
Często spotykam się z pasjonatami nauczania, czy to na konferencjach, czy na spotkaniach grup mastermind. Są to ludzie, “którym się chce”. Zdecydowana większość z nich jednak narzeka na brak współpracy i zrozumienia w swoich szkołach.
W większości szkół w Polsce jest kilkoro nauczycieli aktywnych, ciągle się uczących, sięgających po nowe metody pracy, nowoczesne technologie, realizujących ciekawe projekty. Narzekają oni jednak na resztę grona pedagogicznego, która nie dość, że pracuje przestarzałymi metodami, to jeszcze często patrzy na tych aktywnych z niechęcią, czasami z zawiścią. Niejednokrotnie to dyrektor blokuje aktywność, samemu bojąc się zmian.
Co nam pozostaje w takiej sytuacji? Czy nic nie da się zrobić, bo, cytując wypowiedzi nauczycieli, “system edukacji jest sztywny”, bo “szkoły są niedofinansowane, a dyrektorom brak możliwości motywowania pracowników”? Zawsze jest jakiś wybór. W tym przypadku możemy zostawić wszystko, jak jest i dalej narzekać. Ale możemy też próbować małymi krokami zmieniać sytuację nawet, jeśli nie sprzyja nam dyrekcja.
Co może zrobić nauczyciel, aby zachęcić swoich kolegów i koleżanki
do zmiany metod pracy?
Poniżej kilka przykładów działań oddolnych.
To dzięki „Serwisowi Samorządowemu PAP” dowiedzieliśmy się, że w MEN powstał projekt rozporządzenia w sprawie sposobu podziału części oświatowej subwencji ogólnej dla jednostek samorządu terytorialnego w roku 2020 i że trafił on już do uzgodnień międzyresortowych i opiniowania przez Komisję Wspólną Rządu i Samorządu Terytorialnego. Oto fragmenty informacji „Tak ma wyglądać podział subwencji oświatowej w 2020 r.”, jaka została tam dziś zamieszczona:
[…] W przyszłym roku kwota subwencji przypadająca na jednego ucznia przeliczeniowego ma wynosić 5986 zł. Wysokość subwencji oświatowej, która trafi do JST, uzależniona jest od liczby uczniów przemnożonych przez określane przez MEN wagi i wskaźniki (m.in. z uwzględnieniem stopnia awansu zawodowego nauczycieli). W tym roku resort edukacji wprowadził lub zmodyfikował kilkanaście z nich. […]
Utrzymano zasadę zastosowaną w 2019 r., tj. połączenie wskaźnika zamożności ustalanego na podstawie dochodów podatkowych i wskaźnika określającego wielkość szkoły dla dzieci i młodzieży (limit 18 uczniów średnio na klasę szkoły podstawowej, liceum ogólnokształcącego, technikum i BS I).
„Ustalono wartości wagi w taki sposób, aby kwota dodatkowej subwencji na ucznia wynosiła trzykrotność kwoty przewidzianej z tego tytułu w roku 2019” – wyjaśnia MEN.
[…] Przy podziale subwencji uwzględnione ma być też finansowanie świadczenia dla nauczycieli stażystów „na start”. W tym przypadku również wprowadzono analogiczne rozwiązanie jak w ostatnich miesiącach 2019 r.
„Aby poziom finansowania nauczyciela stażysty był taki sam jak w 2019 r., wprowadzono wagę dla nauczycieli stażystów zatrudnionych w przedszkolach, szkołach i placówkach, dla których organem prowadzącym są jednostki samorządu terytorialnego o wartości 0,21”
Foto: www.facebook.com/marzena.zylinska
Sala konferencyjna Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku podczas wykładu dr Marzeny Żylińskiej na XXV Konferencji Programowej Społecznego Towarzystwa Oświatowego.
Jarosław Pytlak zamieścił w sobotę na swym blogu „Wokół Szkoły”, w drugim dniu odbywającej się w Gdańsku trzydniowej XXV Konferencji Programowej Społecznego Towarzystwa Oświatowego, kolejny tekst o prowokacyjnym tytule: „Czy można (i warto) pracować coraz więcej?” . Tradycyjnie – zamieszczamy poniżej fragmenty tego postu i link do pełnej jego wersji. Pogrubienie i podkreślenia w cytowanym tekście – redakcja OE. Przy okazji – poczytajcie komentarze pod tekstem niejakiego Xawera – zaskakujące. Zaskakujące niezrozumieniem istoty sprawy:
Doroczne spotkanie dyrektorów szkół i prezesów kół Społecznego Towarzystwa Oświatowego, tym razem w Gdańsku. Bardzo interesujące, bo organizatorzy świetnie dobrali wykładowców (Marzena Żylińska, Jan Wróbel), a zwieńczyli to wisienką na torcie w postaci udziału obojga w panelu dyskusyjnym, w którym dodatkowo mieliśmy okazję posłuchać m.in. profesorów: Marii Mendel i Tomasza Szkudlarka, oraz wieloletniej prezes i wiceprezes Zarządu Głównego STO Anny Okońskiej-Walkowicz. Lejtmotywem całości było pytanie „Oczywistość czy herezja?”, odniesione do obecnej kondycji polskiej szkoły i postulowanych zmian w jej sposobie funkcjonowania. Rzecz cały czas żywa w obliczu gonitwy emocji i myśli dotyczących szkolnictwa, buzujących zarówno w skali całego społeczeństwa, jak najbliższego mojemu sercu środowisku STO.
Nie miejsce tutaj i nie moja rola, by relacjonować treść wykładów i wypowiedzi dyskutantów. Pragnę natomiast podzielić się myślami, które przyszły mi w tym czasie do głowy, cały czas bowiem szukam możliwie prostego wyjaśnienia sytuacji, w której tyle jest dobrych pomysłów na zmiany w edukacji, a rzeczywistość skrzeczy, może nawet coraz bardziej. […]
W wykładzie inauguracyjnym pani Żylińska postawiła pytanie dlaczego, choć świat się bardzo zmienia, szkoła wciąż pozostaje taka jak przed wielu laty? Osobiście nie bardzo zgadzam się z tą tezą, bowiem uważam, że wiele cech różni dzisiejszą szkołę od tej, do której chodziłem; pod licznymi względami jest (jednak) lepiej, pod niektórymi – jak mi się wydaje – gorzej. Jednak pamiętam oglądane wielokrotnie w internecie sugestywne zestawienie fotografii dwóch izb szkolnych, sprzed lat kilkudziesięciu i współczesnej, ukazujące podobne rzędy ławek stojących karnie przed tablicą. Tak jest faktycznie, a sposób postawienia pytania podczas wykładu zdawał się sugerować, że jest w tym stanie rzeczy czyjaś wina. Możemy uznać, że społeczeństwa jako całości, ale ja jako nauczyciel odbieram je raczej jako zarzut, że sam godzę się na pracę w skostniałej instytucji, która wygląda i działa tak jak sto lat temu.
Piszę ten felieton w kilka godzin po dorocznej zmianie czasu – z letniego na zimowy. Spałem więc godzinę dłużej… Teoretycznie, bo moja psica Sendi usiłowała nakłonić mnie do wyjścia na poranny spacer o „wczorajszej” porze, czyli wg nowego czasu – już ok. godzinie szóstej! Należę do tej większości Polaków i Europejczyków, którzy opowiadają się za odejściem od tego systemu i przyjęcia na stałe jednego sposobu określania czasu.
I tylko nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego większość z nich opowiada się za pozostawieniem na stałe czasu „letniego”. Widać już nie pamiętają, że naturalnym czasem, od milinów lat wyznaczającym w Europie dobowe rytmy funkcjonowania organizmów żywych, był czas, który dziś nazywany jest czasem zimowym. To czas letni jest wymysłem XX-wiecznych „mądrusiów”, którzy dzięki cofnięciu o godzinę wskazówek na zegarach okłamywali czas astronomiczny, zyskując oszczędność na energii elektrycznej – o godzinę później trzeba było włączać oświetlenie.
Kochani! Apeluje do Was – jeśli zastanowicie się nad konsekwencjami decyzji pozostawienia na zimę czasu letniego: że spowoduje to, iż w okolicach 20 grudnia słońce będzie wschodziło ok. godziny 8:45, (praktycznie dwie pierwsze lekcje w szkole przy sztucznym świetle!) – umocnijcie się w przekonaniu, że należy pozostawić czas zgodny z czasem astronomicznym, t.zn. że godzina 12-a będzie mniej więcej wtedy, gdy słońce jest najwyżej nad horyzontem, a wschód i zachód – symetrycznie, przed i po dwunastej. I starajcie się przekonać innych do pozostawienia czasu naturalnego, astronomicznego, czyli dziś określanego nazwą „zimowego” – już na zawsze….
x x x
A teraz przechodzę do głównego tematu tego felietonu, którym jest – wywołany zamieszczonym wczoraj wywiadem z Agnieszką Stein – nauczanie domowe. Bo mam krańcowo odmienny od prezentowanego tam przez ową panią psycholog, propagatorkę „Rodzicielstwa Bliskości”, pogląd na temat nauczania dzieci przez rodziców w domach, a szczególnie – na poziomie licealnym.
Tylko pod jednym wypowiedzianym przez Agnieszką Stein zdaniem mogę podpisać się obiema rękami: „Mam wrażenie, że my przywiązujemy jakąś ogromną wagę do szkoły ponadpodstawowej, a moim zdaniem to, do której szkoły nasze dziecko pójdzie ma minimalne znaczenie.” Ale już nie mogę zaakceptować wniosku, który z tej prawdziwej generalnie tezy wyprowadziła rozmówczyni Elżbiety Manthey: „Jeśli ktoś jest wytrwały, bystry, lubi się uczyć i się rozwijać, potrafi budować relacje z ludźmi to szkoła nie jest mu do niczego potrzebna. Musi jedynie spełnić obowiązek edukacyjny, który państwo na niego nakłada.”
Nie prowadziłem badań naukowych nad losami absolwentów liceów, tych funkcjonujących w aureoli wybitnych (cokolwiek miałoby to oznaczać) i tych, jak to je określiła Stein – „piątego wyboru”. Jednak opierając się na wiedzy, zgromadzonej przez lata mojego funkcjonowania w obszarach edukacji, jestem gotów stwierdzić, że i te ostatnie mogą poszczycić się „znanymi” nazwiskami absolwentów, którzy osiągnęli w życiu sukces, z powodzeniem zrealizowali swoje życiowe plany.
Parafrazując stare powiedzenie, że „dobrego i karczma nie zepsuje, a złego i kościół nie naprawi”, można by, posługując się słowami Agnieszki Stein, powiedzieć, iż uczniowi „jeśli jest wytrwały, bystry, lubi się uczyć i się rozwijać”, to i „słabe” liceum nie przeszkodzi w rozwoju, a jeśli ktoś nie ma tych wszystkich właściwości, to nawet najlepsza szkoła mu nie pomoże”.
Ale jednak z takim twierdzeniem także nie mogę się do końca zgodzić, bo musiałbym zaprzeczyć całej mojej pedagogicznej edukacji i doświadczeniom, dotyczącym wpływu zorganizowanego środowiska wychowawczego na rozwój osobowy człowieka. Z tego wniosek prosty: nawet uczeń nie posiadający wybitnych – jak to się kiedyś nazywało – „predyspozycji”, pod wpływem bodźców, których źródłem są nauczyciele wspierający, ale także koleżanki i koledzy z grupy „klasowej”, może osiągnąć więcej w swym rozwoju, niż gdyby był tego pozbawiony.
Redaktor Maciej Kalach w zamieszczonym dziś w „Dzienniku Łódzkim” artykule informuje o tym, że „toczą się negocjacje w sprawie kształtu dodatków przyznawanych przez samorząd nauczycielom – także dyrektorom”. Oto fragmenty tego, zatytułowanego „Dyrektorzy szkół także chcą wyższych dodatków od władz Łodzi. Trwają też negocjacje w sprawie wychowawców z łódzkich przedszkoli” artykułu:
[…] Przedstawiciele kilku oświatowych związków zawodowych spotkali się w mijającym tygodniu, by uzgodnić wspólną strategię. Ale nie wobec protestu włoskiego (czyli koordynowanej przez Związek Nauczycielstwa Polskiego akcji niepodejmowania zadań, których od pedagoga wprost nie wymaga prawo), lecz w sprawie regulaminu dodatków wypłacanych przez miasto.
Związkowcy upominają się m.in. o nauczycieli przedszkoli. Ci dostają tylko po 100 zł (stawki podajemy brutto) za przydzielenie do opieki nad oddziałem przedszkolnym (w Łodzi jedna taka grupa ma dwóch opiekunów), podczas gdy w szkole wychowawca klasy ma 300 zł – to efekt zmiany przepisów krajowych po wiosennym strajku.
Ponadto magistrat czuje nacisk ze strony dyrektorów. Ci, z którymi rozmawialiśmy w tym tygodniu, nie chcą „podpadać” urzędnikom i nie podają nazwisk. Ale szefom szkół i przedszkoli nie podobają się dwa zjawiska. Po pierwsze, jak argumentują, ich stawki dodatków funkcyjnych nie zmieniły się od dekady.[…]
Wczoraj na portalu JUNIOROWO zamieszczono zapis rozmowy, jaką Elżbieta Manthey przeprowadziła z Agnieszką Stein – psycholożką, ale też mamą nastoletniego syna, który uczy się w edukacji domowej. Rozmowa dotyczy edukacji domowej – jako alternatywy dla sytuacji, w której córka lub syn w tegorocznej rekrutacji do liceów nie odstał(-a) się i jest zmuszona(-y) do pobierania nauki w liceum „piątego wyboru”. Przytaczamy cały ten tekst:
Agnieszka Stein
Przepełnione licea, lekcje od świtu do wieczora na trzy zmiany, zbyt liczne klasy i wielu nastolatków, którzy nie dostali się do tych szkół, do których chcieli. Rekrutacyjny chaos, jaki mieliśmy tego lata to był dopiero początek. Być może w końcu twoje dziecko dostało się do szkoły, w której dobrze się czuje, „nie jest tak źle”, albo okazało się, że jest nawet lepiej niż się spodziewaliście. A jeśli nie? Jeśli ta szkoła to nie jest miejsce, które dobrze służy rozwojowi i edukacji twojego nastoletniego dziecka? Szukacie innych opcji? Jedną z nich jest edukacja domowa. I zanim powiesz „to nie dla mnie”, przeczytaj tę rozmowę. Rodzice, którzy nie mają doświadczenia czy kontaktu z edukacją domową, zwykle na dźwięk tych słów reagują poważnymi wątpliwościami: przecież to niemożliwe jednocześnie uczyć własne dzieci i pracować na etacie, dzieci w edukacji domowej na pewno nie mają wystarczających kontaktów z rówieśnikami i to szkodzi ich rozwojowi społecznemu, może i da się uczyć w domu 7-9-latki, ale jak sobie poradzić z bardziej skomplikowanymi zagadnieniami z zakresu klasy 7. czy 8. szkoły podstawowej, albo tym bardziej szkoły średniej? Rozumiem te obawy. Dlatego aby dowiedzieć się, jak jest naprawdę, a nie teoretyzować i polegać na wyobrażeniach, postanowiłam porozmawiać na ten temat z kimś, kto ma takie doświadczenia i to całkiem spore. Zapytałam Agnieszkę Stein – psycholożkę, ale też mamę nastoletniego syna, który uczy się w edukacji domowej, jak to jest z taką edukacją w przypadku nastolatka.
Elżbieta Manhey: Co robić, jeśli szkoła średnia, do której ostatecznie dostało się nasze dziecko to nie jest miejsce, które dobrze służy jego rozwojowi i edukacji?
Agnieszka Stein: Mam wrażenie, że my przywiązujemy jakąś ogromną wagę do szkoły ponadpodstawowej, a moim zdaniem to, do której szkoły nasze dziecko pójdzie ma minimalne znaczenie. Jeśli ktoś jest wytrwały, bystry, lubi się uczyć i się rozwijać, potrafi budować relacje z ludźmi to szkoła nie jest mu do niczego potrzebna. Musi jedynie spełnić obowiązek edukacyjny, który państwo na niego nakłada. A jeśli ktoś nie ma tych wszystkich właściwości, to nawet najlepsza szkoła mu nie pomoże. Żyjemy w czasach, kiedy edukacja formalna naprawdę niewiele komukolwiek może dać, ale dorośli w swoich przekonaniach tkwią jakieś trzydzieści lat wstecz.
Ale żyjemy też w czasach, kiedy rodzice większą część dnia spędzają w pracy. I szkoła dla nich oznacza, że w tym czasie inni dorośli zaopiekują się ich dzieckiem, zadbają o jego potrzeby i o edukację. Dzięki temu mamy poczucie, że nasze dziecko jest bezpieczne – teraz, bo ktoś się nim opiekuje i na przyszłość, bo ktoś dba o jego rozwój i przygotowuje do dorosłego życia.
Jeśli mówimy o nastolatkach, to to nie jest prawda, bo po pierwsze, dziecko może wcale nie być w szkole. Dzieci w tym wieku zwykle już same jeżdżą do szkoły i to, czy do niej dotrą, czy nie, zależy właściwie wyłącznie od ich woli. Po drugie – w szkole dzieje się o wiele więcej niebezpiecznych sytuacji niż w domu, a nawet mam wrażenie, że więcej jest tam niebezpieczeństw niż na ulicy. Szkoła to wcale nie jest takie bezpieczne miejsce, jak nam się wydaje. Po trzecie szkoła generuje zagrożenia natury psychicznej – stres, presja na wyniki, rywalizacja.
Nie chodzi mi tutaj o straszenie szkołą i pokazywanie, jaka ona jest zła. Ale nasze przekonania o tym, że dziecko chodzące do szkoły jest bezpieczne, zaopiekowane i na dobrej drodze ku pięknej przyszłości może się mijać z rzeczywistością. Szkoła nie jest żadnym gwarantem bezpieczeństwa dziecka.
x x x
Jeśli szkoła nie daje nam gwarancji ani bezpieczeństwa, ani dobrego rozwoju dziecka to równie dobrze, a czasem może i lepiej, możemy zapewnić dziecku rozwój poza szkołą, w edukacji domowej. Tylko wyobrażenie nastolatka, który uczy się sam, podczas kiedy jego rodzice są w pracy budzi sporo obaw u rodziców – czy on się sam czegoś nauczy, czy sobie poradzi, czy my sobie poradzimy.
Źródło: www.juniorowo.pl









