Wczoraj na stronie „Wyborcza.pl. ŁÓDŹ” zamieszczono tekst wywiadu, jaki red. Katarzyna Stefańska przeprowadziła z Jarosławem Durszewiczem – Prezesem Fundacji „Szkoła bez ocen”, ekspertem prawa oświatowego. Oto obszerne fragmenty tego zapisu i Ink do pełnej wersji:/

 

 

„Zajechani uczniowie boją się szkoły”. Bo ta produkuje stres zamiast sensu

 

 

Zmęczone dziecko (shutterstock.com)

 

[…]

 

Polska szkoła coraz częściej produkuje stres zamiast sensu – wynika z raportu  „Diagnoza Młodzieży 2026″, zrealizowanego na zlecenie Ministerstwa Edukacji Narodowej. Wnioski z badania mają być jednym z elementów tworzenia Krajowej Strategii Młodzieżowej, nad którą prace resort zapowiada na jesień tego roku.

 

O presji wyników, fikcji „realizowania podstawy” i uczniach, którzy uczą się głównie unikania porażki, rozmawia z Jarosławem Durszewiczem, prezesem Fundacji Szkoła bez Ocen.

 

Katarzyna Stefańska: – Wnioski wynikające z raportu są brutalne. Chociaż może nie zaskakują?

 

Jarosław Durszewicz: Nie. Przecież to codzienność szkoły. To widać.

K.S. – Garść faktów: 70 procent młodych twierdzi, że szkoła stresuje ich codziennie, bardziej niż problemy rodzinne czy relacje z rówieśnikami. 55 procent uczniów szkół ponadpodstawowych mówi zaś o stresie chronicznym, wyczerpaniu i wypaleniu szkolnym.

 

J.D. – Te liczby mówią o strukturalnej presji. Ale wczytując się w raport głębiej, okazuje się, że szkoła jest źródłem wiedzy, a nie kompetencji społecznych. Tylko co trzeci uczeń uważa, że przygotowuje go do współpracy. A wszystko wynika z tego, że uczniowie poddani są presji na wynik, zapamiętywanie i odtwarzanie. I pogoni za „wiedzą”, która żadną wiedzą nie jest, tylko uczeniem treści mających przygotować do egzaminów, co oczywiście jest fikcją.

 

K.S. – Dlaczego fikcją?

 

J.D. – Bo przecież uczniowie na egzaminie nie są tylko odpytywani z treści, ale też na przykład z kompetencji tworzenia wypowiedzi argumentacyjnej. I z innych rzeczy, których się nie uczą, bo nauczyciel skupiając się na tym, że „jesteśmy rozliczani” przez dyrektora, radnych i kuratorium, i „jest presja na wyniki” goni z materiałem, byleby zrealizować rzeczy, które na tym egzaminie mogą się pojawić.

 

Jak to wygląda w praktyce? Dział, rozdział, powtórka, sprawdzian. Przeciętny uczeń funkcjonuje w szkole od sprawdzianu do sprawdzianu. Przecież nikt nie jest w stanie pomieścić w głowie wszystkich informacji z podstawy programowej. To niemożliwe.

 

K.S.  Ten wątek jest bardzo widoczny: „Szkoła przygotowuje przede wszystkim do egzaminów”. System edukacji został sprowadzony do selekcji, a nie do uczenia?

 

J.D. – Może nie do selekcji, ale system edukacji jest maszyną, podporządkowaną temu, żeby zrealizować treści i żeby nauczyciel mógł włożyć w głowę ucznia jak najwięcej wiedzy. Młodzi nie widzą sensu tego, czego się uczą i pytanie „Po co mi to?” jest bardzo częste. Żeby mózg mógł coś przyjąć, musi widzieć znaczenie. Nie widzi korzyści, odrzuca. Proste i uwarunkowane neurobiologicznie. Bezznaczeniowe uczenie abstrakcji wywołuje poczucie bezcelowości. A takich treści jest przecież w szkole masa.

 

K.S. – To też potwierdza badanie. Jedynie 14 procent uczniów uznaje metody stosowane w szkole za skuteczne.

 

J.D. – No tak. Bo funkcjonuje tradycyjny model nauczania. Wystarczy wejść do jakiejkolwiek szkoły i jak na dłoni widać stosowane metody. W cywilizowanym edukacyjnie kraju nie ma takiego modelu, że ławki są ustawione w trzech rzędach, przed nimi biurko nauczyciela, który ex cathedra wykłada. Wcale nie zaskakuje mnie, że uczniowie to artykułują, bo metody pracy nauczyciel w większości przypadków są nieskuteczne. Jeśli metoda ma być aktywna, to uczeń musi działać. Żeby mógł działać, musi mieć zorganizowaną lekcję tak, żeby ona była teatrem tych działań – ma pracować, pozyskiwać i przetwarzać. Coś robić, być aktywnym  uczestnikiem, a nie tylko słuchać wykładu nauczyciela.  […]

 

K.S. – Czy to nie paradoks? Z jednej strony uczeń ma być aktywny, kreatywny i krytyczny. A jednocześnie ma wkuwać i zdawać.

 

J.D. – To jest właśnie absurd. Albo to, albo to. Jeśli uczeń ma umieć poszukiwać, umieć oceniać, myśleć, trzeba zmienić sposób pracy. I znów wrócę do egzaminów i z uporem maniaka będę to powtarzał – one są największym źródłem problemów.

 

Współczesne nauczanie mówi, że najbardziej efektywną metodą pracy jest praca projektowa. Uczeń ma wówczas relacje, autonomię, ma sprawczość, elementy, które powodują, że mu się chce i czuje się ważny. Tymczasem wielu nauczycieli uważa, że praca projektowa to strata czasu, a tego czasu zawsze brakuje. Ministerstwo może ustalać profil absolwenta, może mówić o kompetencjach przyszłości, ale jeśli lekcja będzie wyglądać jak w XIX wieku, to problem, który porusza raport, będzie istniał zawsze.

 

[…]

K.S. – Z opinii uczniów wynika, że nie zastanawiają się też nad źródłem napięć. Tylko 9 procent młodych twierdzi, że nauczyciele zakładają, że stres jest kluczowym problemem uczniów.

 

J.D.- Bo oni nie postrzegają szkoły z perspektywy miejsca, które jest stresogenne. Bo szkoła była zawsze. „Przecież my też chodziliśmy do szkoły” – mówią – „Stres jest nieodłącznym elementem życia”, że tak było, jest i będzie. I dlaczego ma być inaczej. Tylko tu nie chodzi o stres sam w sobie, ale o presję, która ten stres powoduje. Ona jest zupełnie niepotrzebna. Fundamentalną barierą jest presja na wyniki, stałe porównywanie się szkół. Wszyscy rozliczają szkołę z wyników.

 

K.S. – Można mówić o tym, że szkoła dokłada cegiełkę do kryzysu zdrowia psychicznego młodych?

 

J.D. – Patrząc na to, co się dzieje z uczniami, którzy nie osiągają takich wyników, jakich oczekują od nich rodzice i nauczyciele, jak się porównują między sobą, to myślę, że zdecydowanie tak. Na pewno cegiełkę. Dzieci chcą bardziej ludzkiego i podmiotowego traktowania.

K.S. – Tymczasem spędzają między 32 a 39 godzin tygodniowo w szkole i prawie siedem godzin dziennie na nauce w domu.

 

J.D. – To zajechanie, to ponad 40 godzin pracy. Do tego dochodzą zajęcia dodatkowe, basen, konie, tańce, korepetycje. Nie ma czasy na rozwój zainteresowań, nie ma czasu na relacje, nie ma czasu na wypoczynek.

 

K.S. – Jeśli źródłem problemów są egzaminy, widzisz możliwość odejścia od nich?

 

J.D. – Nie wiem. Patrząc na to, w jaki sposób wprowadzane są reformy edukacji, nie wiem, czy komukolwiek starczyłoby odwagi, żeby radykalnie zmienić formułę egzaminu. Tu nie chodzi o to, żeby tego egzaminu nie było w ogóle. To jakieś symboliczne zakończenie etapu edukacji. Jakiś element selekcjonujący przed wyborem szkoły.

 

Problem polega na tym, że kiedy dziecko idzie do szkoły ponadpodstawowej, rekrutacja jest przeprowadzana bezosobowo. Tam nie ma przestrzeni na dziecko, tylko dane o jego wyniku i średniej ocen. Ucznia sprowadza się do wyniku w tabelce. To jest podstawowy element selekcji. To stanowi ramę systemu. I teraz pytanie, w jaki sposób zmienić ten egzamin, żeby jednocześnie pozwalał na taką selekcję i traktował podmiotowo? Wiem, że trwają prace nad zmianą formuły egzaminacyjnej. Może dobrym rozwiązaniem byłaby rozmowa rekrutacyjna do szkoły średniej.

 

Jeżeli uczeń określiłby swoje zainteresowania, miałby jakiś wyznaczony cel, miał świadomość mocnych stron, świadomość tego, co chce robić w życiu, taka rozmowa upodmiotowiłaby ucznia i pozwoliła, żeby on szedł taką drogą. Najprościej jest policzyć wyniki, wrzucić do Exela i automatycznie przydzielić do szkoły. System przelicza, wskazuje jedną, drugą, trzeci a szkołę, bezdusznie przydziela do szkoły, którą wyliczy algorytm. To nie ma nic wspólnego z ludzkim podejściem.

 

 

Cały tekst „Zajechani uczniowie boją się szkoły”. Bo ta produkuje stres zamiast sensu”  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.lodz.wyborcza.pl/lodz

 

 

 

 

 



Zostaw odpowiedź