
Dzisiaj postanowiłem pominąć milczeniem „temat tygodnia”, czyli oskarżenie nauczycielki j. angielskiego w szkole w Kielnie, którą oskarżono o profanację krzyża – bo uważam iż jest to temat „rozgrzewany” z przyczyn nie tyle religijnych, co politycznych, i kontynuować wątek krajowej debaty o zawodzie nauczyciela, której elementem był post prof. Śliwerskiego, zamieszczony wczoraj przeze mnie na OE, zatytułowany „Po co polskiemu państwu nauczyciel”
Czytając ten tekst i wiele innych na ten temat artykułów i fejsbukowych postów doszedłem do wniosku, że, o pozycji zawodu „nauczyciel”, tak w nauczycielskiej samoocenie, jak i w ocenie społecznej, świadczy przede wszystkim ich wynagradzanie – w odniesieniu do wynagrodzeń w innych zawodach, zdobywanych po ukończeniu odpowiednich studiów wyższych, oraz wysokość tzw. „pensum godzin przy tablicy”.
Ja dzisiaj zajmę się owym pensum.
Na początek przypomnę, że pensum 18-godzinne wprowadziła Karta Nauczyciela z 1982 r. Przed tą datą na podstawie wprowadzonej w 1972 r Karty Praw i Obowiązków Nauczyciela, obowiązywało pensum 26 godzin w szkołach podstawowych, 22 w szkołach średnich i zawodowych a 30 w przedszkolach. Nauczyciele bibliotekarze pracowali aż 36 godzin, a wychowawcy w internatach – 42 godziny! Szczegóły – patrz Ustawa z dnia 27 kwietnia 1972 r. Karta Praw i Obowiązków Nauczyciela – TUTAJ [Dział VI, Rozdział 2]
Ja rozpocząłem moją drogę zawodową 1 września 1972 roku od pracy jako wychowawca w domu dziecka, gdzie obowiązywało pensum 36 godzin.
Takim prawdziwym bodźcem do podjęcia tego tematu stal się tekst, zamieszczony w miniony piątek późnym wieczorem na fanpage „Ja Nuczyciel” (prowadzi go grupa liderek i liderów edukacji działających na rzecz zmiany), którego fragmenty – jako „zaczyn” moich dalszych rozważań przedstawiam poniżej:
Sytuacja na profilach niektórych związków zawodowych i w popularnych grupach edukacyjnych jest alarmująca! Ruszyła tam lawina, która wiedzie nas niechybnie do wspólnej katastrofy i niestety leje wodę na młyn politykom oraz organom prowadzącym.
Rozmaici „eksperci” i moderatorzy zaczynają odgrywać w tej dyskusji rolę konia trojańskiego i często bezwiednie stają się pasem transmisyjnym dla szkodliwych idei – pod płaszczykiem niewinnych ankiet suflują nam rozwiązania, które mają zniszczyć resztki naszej zawodowej podmiotowości i nie realizują żywotnych potrzeb nauczycielek i nauczycieli!
[…]
Standard 18 godzin, wprowadzony Kartą Nauczyciela w 1982 r., był bezpośrednim wynikiem postulatów NSZZ „Solidarność” z lat 1980–1981. To związkowcy wywalczyli ten bezpiecznik, opierając się na normach UNESCO, by nauczyciel miał czas na bycie mistrzem, a nie tylko wyrobnikiem. To ostatni bastion naszej wolności, którego nie wolno nam oddać! […]
Gdy na profilach niektórych związków słyszymy o „micie osiemnastki”, mamy do czynienia z brutalną manipulacją. Badania IBE potwierdzają: już teraz polski nauczyciel pracuje średnio 47 godzin tygodniowo! […]
Dodam jeszcze, że należy sytuację polskich nauczycieli oceniać na tle wymiaru obowiązkowych godzin zajęć dydaktycznych w innych krajach Unii Europejskiej. Oto wybrane przykłady:
Finlandia 20
Szwecja 26
Łotwa 36
W pozostałych państwach czas pracy nauczycieli „przy tablicy” określany jest w skali roku szkolnego – zainteresowanych tymi informacjami zapraszam zapoznania się z tą publikacją:
Czas pracy nauczyciela w szkołach w Europie – TUTAJ
Po takim „przygotowaniu faktograficznym” pora na moje refleksje na temat narastającego sporu między nauczycielami i reprezentującymi ich związkami zawodowymi a rządzącymi w MEN, i w całym rządzie „Koalicji 15 października”.
Po dłuższych rozważaniach doszedłem do wniosku, że nauczyciele po wieloletnich rządach różnych opcji politycznych, od przynajmniej dwudziestu kilku lat, nigdy nie mieli podstaw do zadowolenia. Relatywnie (nie tylko w porównaniu do tzw. średniej krajowej”, ale przede wszystkim do zarobków w innych zawodach, w których wymagane jest wyższe wykształcenie) zawsze mieli poczucie niedowartościowania ich pracy, a wiele/u z nich po prostu nie było w stanie „związać końca z końcem” i były/li zmuszeni do podejmowania dodatkowego zatrudnienia w innych szkołach. Nierzadko w dwu lub trzech realizowali w tygodniu nawet ponad 36 godzin dydaktycznych – w każdej z nich wykonując także nie objęte pensum obowiązki – np. sprawdzanie klasówek, testów czy uczniowskich projektów.
Dlatego uważam, że dalsze przeciąganie liny MEN – związki zawodowe, albo „zasłony dymne” w postaci przeciągających się rzekomych konsultacji społecznych i sondaży opinii, jest bez sensu – najwyższa pora po prostu podnieść poziom nauczycielskich wynagrodzeń, co zachęci młodych do podejmowania pracy w szkołach, wtedy znacząco spadnie liczba wakatów (zasysających do pracy na drugim etacie), a podniesienie pensum – np. do poziomu 22 godzin nie będzie oprotestowywane przez związki zawodowe.
W moim przekonaniu innej drogi nie ma. Wszelkie uniki władzy doprowadzą prostą drogą do zapaści systemu – zwłaszcza w sytuacji zwiększającej się liczby odchodzących z pracy w szkołach (emerytury lub do innych zawodów) i zmniejszającej się liczby nowozatrudnionych absolwentów szkół wyższych, którzy nawet nie będą podejmowali się uzyskania przygotowania pedagogicznego – mając w perspektywie o wiele wyższe wynagrodzenia w innych miejscach zatrudnienia.
Są to wnioski długoletniego „obserwatora edukacji”, który w okresie swej aktywności zawodowej „z niejednego pieca (oświatowo-wychowaczego) jadł chleb….
Włodzisław Kuzitowicz
Zostaw odpowiedź

