
Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'
I tym razem dr Tomasz Tokarz nas nie zawiódł. Oto tekst, który zamieścił na swoim fejsbukowym profilu w minioną niedzielę wieczorem:
Dziękuję Gabriela Olszowska za doprecyzowanie, że w polskim prawie odnoszącym się do SP i szkół średnich nie ma w ogóle niczego takiego jak półrocza czy semestry. Jest co najwyżej klasyfikacja śródroczna, która nie dzieli roku ani na semestry ani na półrocza, ale jest tylko czymś w rodzaju stopklatki informującej na jakim poziomie w określonym momencie jest uczeń.
To nie studia, gdzie po pół roku jest sesja.
W szkole (SP i średniej) rok jest ciągły. Nie oceniamy osobno okresu wrzesień-luty i osobno okresu marzec-czerwiec. Oceniamy całościowo.
Ale to też oznacza, że jeśli zrealizuję podstawę w 3 miesiące (a tak robię i nie jest to trudne) to mogę na podstawie pracy ucznia w tym czasie wystawić mu od razu ocenę roczną. Jeśli zrobię tym czasie np. kartkówki sprawdzające osiągnięcia z zakresu całej pp… i uczeń zaliczy je na 3 to oznacza, że opanował podstawę na 3.
Uczniów informuje na pierwszej lekcji o takiej możliwości. Daję jasne kryteria i wymagania.
Jeśli uczeń weźmie się solidnie do roboty, przystąpi do sprawdzianów i osiągnie pozytywną ocenę zaliczającą – na podstawie wymagań, które przedstawiłem – to świetnie.
Jeśli ta ocena mu wystarcza to nie mam powodów go dalej męczyć przedmiotem. Zrobił co należało. Natomiast jeśli uważa, że umie na więcej może pracować dalej i osiągać lepsze wyniki.
Czy to znaczy, że uczeń który opanował podstawę na 3 w ciągu pierwszych trzech miesięcy nie musi już chodzić na przedmiot?
Podejdźmy do tego logicznie. Ucznia obowiązuje obowiązek nauki – ale nie obowiązek frekwencyjny.
Gdyby nie realizował obowiązku nauki i nie uzyskał podstawy do klasyfikacji z powodu frekwencji to mogę go gdzieś zgłosić, ale skoro zrealizował już podstawę czyli spełnił obowiązek nauki w zakresie danego przedmiotu.. to jaka mam do tego podstawę?
Źródło: www.facebook.com/tomasztokarzIE/
I dzisiaj także zaczynamy nowy tydzień od propozycji lektury tekstu Jarosława Pytlaka, zamieszczonego na jego blogu w sobotę, 1 czerwca 2024 r. Zamieszczamy ten tekst bez skrótów; wyróżnienie jego fragmentów podkreśleniem lub pogrubioną czcionką – redakcja OE:
Screen z relacji filmowej spotkania Donalda Tuska z wyborcami w Krakowie,
gdzie do premiera zwrócił się uczeń Alex
Kto kreuje politykę edukacyjną?!
Wciąż jeszcze wielu nauczycieli śledzi z nadzieją poczynania ministry Barbary Nowackiej oraz spija zapewnienia i zapowiedzi z ust jej wice-, Katarzyny Lubnauer. Co i raz władze MEN spotykają się z różnymi przedstawicielami środowiska, którzy prezentują swoje oczekiwania i zgłaszają propozycje, niezawodnie słysząc o pełnym zrozumieniu i poparciu. Najbardziej spektakularnym plonem tych wydarzeń są komunikaty ministerstwa oraz wpisy jego gości w mediach społecznościowych, obowiązkowo ilustrowane grupową fotografią radosnych uczestników.
Są też inicjatywy oddolne. Powstają kolejne petycje kierowane do MEN. Koalicja organizacji społecznych „SOS dla Edukacji” zorganizowała szczyt edukacyjny poświęcony tworzeniu nowej podstawy programowej, na której ma się opierać reforma zapowiadana na 2026 rok. W środowisku cały czas tli się nadzieja na zwiększenie poszanowania pracy nauczycieli oraz docenienie ich, materialne i moralne. Daje się też odczuć oczekiwanie jakiegoś cudownego posunięcia władz, które poprawiłoby fatalne dzisiaj relacje społeczne w placówkach oświatowych. Wszystko to stanowi materię polityki, jaką w powszechnej opinii prowadzi ministra ze swoimi współpracownikami. Czy jednak rzeczywiście za wszystkie sznurki pociąga się w gmachu MEN?! Otóż chyba jednak nie.
Realnymi kreatorami polityki edukacyjnej są w ostatnim czasie Maciej, Aleks, Paweł i Donald. Ten ostatni to premier, a miejscem, w którym wykuwa przyszłość polskiej edukacji, są jego wiece wyborcze. Pozostali, to małoletni uczestnicy takich spotkań. Zgłaszają problem, a premier obiecuje nadać mu bieg. I nadaje. Inicjatywie Macieja polscy uczniowie zawdzięczają wyzwolenie z opresji prac domowych. Częściowe tylko, ale jednak. Dzięki Aleksowi cała Polska dowiedziała się, że źli dyrektorzy szkół zamiatają niezwykle ważne problemy pod dywan, a powołane do kontroli instytucje również pozostają bierne. Donald obiecał, że sprawą zainteresuje Prokuratora Generalnego, Rzecznika Praw Dziecka i ministrę Nowacką, bo krzywda musi być naprawiona. Niestety, dla dobra dziecka nie dowiedzieliśmy się, i pewnie nigdy nie dowiemy, czy rzeczywiście kilka instytucji zlekceważyło wydarzenie, czy może jednak nie. W opinii publicznej pozostanie jedynie świadomość, że w szkołach powszechnie tuszuje się niewygodne problemy. Wreszcie Paweł, licealista z klasy pierwszej, zdołał dotrzeć do Donalda z przesłaniem, że najlepiej zapytać samych uczniów o to, co chcieliby zmienić w szkołach. Inicjatywa została podchwycona, a jej autor doraźnie mianowany „autorem pilotażu”, który w najbliższych dniach ma uruchomić ministra Nowacka. Czekamy więc na okrągły stół dotyczący edukacji, przy którym ze wszystkich stron zasiądą uczniowie.
Ani trochę nie wierzę w szczerość zainteresowania premiera Tuska sprawami edukacji. Przyznaję jednak, że niezwykle sprawnie korzysta z pojawiających się okazji. W opisanych tutaj sytuacjach wykorzystał, że opinia publiczna bardzo żywo i pozytywnie reaguje na życzliwość i partnerstwo manifestowane przez polityków wobec młodych ludzi. Wykazał się także świadomością, że na krytyce szkoły w ogóle, a nauczycieli w szczególności, można dzisiaj sporo ugrać w słupkach wyborczego poparcia. Nie sądzę, że opisane wydarzenia były ustawkami. To raczej Maciej podsunął pomysł. Jego sukces w kwestii prac domowych zachęcił następnych. Wywodzące się z zamierzchłych czasów monarchii absolutnej przekonanie, że łaskawy władca może wszystko, w dobie panującego populizmu jest wciąż jak najbardziej aktualne.
Uważam, że nie jest w porządku wykorzystywanie młodych ludzi do osiągania politycznych celów. Szczególnie, jeśli dla poklasku opinii publicznej przeciwstawia się ich dorosłym. Skutki tego boleśnie odczuwamy już na co dzień w placówkach oświatowych, gdzie dzieci i młodzież coraz częściej stają się świadkami konfliktów pomiędzy nauczycielami i rodzicami. Zanika solidarność w realizowaniu wspólnej misji wychowawczej, w zamian padają ciężkie słowa i oskarżenia, bez nadziei na porozumienie. Donald Tusk podłączył się do odgórnego ruchu emancypacji młodych ludzi z rzekomo opresyjnego świata organizowanego im przez dorosłych. Uczynił to z zamysłem politycznym. Z kolei „Agora”, wydając i promując książkę „Prawo Marcina”, wykorzystała tę tendencję w zamyśle biznesowym, lekceważąc złe skutki uboczne. Chciałem o tym porozmawiać publicznie z autorem, toczyły się nawet rozmowy w kwestii ustalenia terminu, ale po jego kolejnych unikach przekonałem się, że mu na tym nie zależy. Szkoda tylko, że wydawcy, chlubiącemu się piękną kartą w historii i misją opartą na wierze w wolność, równość i szacunek dla każdej osoby, także nie zależy – tym bardziej, że z szacunkiem wobec nauczycieli z pewnością w tym przedsięwzięciu coś nie wyszło.
Rosnąca bezradność rodziców wobec własnych dzieci, połączona z poczuciem obowiązku chronienia ich za wszelką cenę przed jakimkolwiek dyskomfortem, zderza się dzisiaj boleśnie z realiami szkoły, w której nauczyciele zobowiązani są do tego, by stawiać wymagania i je realizować. W nowych realiach wychodzi im to coraz gorzej, a instytucjonalnych źródeł zła wskazuje się bardzo wiele. Prace domowe, oceny, nadmierne przeciążenie nauką, brak należytego wsparcia ze strony nauczycieli, przestarzałe programy nauczania, zaniedbywanie indywidualnych zaleceń, których jest wciąż więcej i więcej. Na tym tle nietrudno o konflikty. Skłóceni dorośli pozostawiają w rezultacie młodych ludzi bez swojego moderującego wpływu. Nauczyciele obrywają bardziej, ale rodzice powinni mieć świadomość, że zanik autorytetu, na który pracują, obróci się także przeciwko nim.
Ilekroć zwracam uwagę na niepokojące zjawiska dotyczące wychowania młodego pokolenia, zawsze pojawia się komentarz, że od wieków starzy lamentowali nad zachowaniem młodych. W domyśle – jestem dziadersem, który powinien zrozumieć prawa rozwoju społecznego. Tyle tylko, że ja nie narzekam na zachowanie młodych, ale starych! To my, dorośli, zachłyśnięci nowoczesnością (w tym jakże dogodnymi, acz złudnymi w skutkach środkami kontroli), zalęknieni, zajęci sobą i w ogóle pragnący żyć jak najwygodniej, pozbawiamy dzieci swojego mądrego wpływu. To przez taką postawę Donald Tusk może wciągać młodzież w swoje polityczne działania, a „Agora” zarabiać pieniądze.
To prawda, starzy zawsze narzekali na młodych, a świat jakoś toczył się dalej. Nigdy jednak skala dostępnej dla młodych zmiany nie była tak ogromna. A tych wszystkich możliwości dostarczamy im my – dorośli, bez żadnej refleksji, czy są gotowi mentalnie na ich przyjęcie. Czasem myślę, że nawet my nie jesteśmy gotowi, a co dopiero młode pokolenie.
Po raz kolejny dzielę się w artykule refleksjami dotyczącymi funkcjonowania świata, w którym jestem zanurzony. Próbuję w ten sposób uporządkować swoje spostrzeżenia i przemyślenia, licząc, że komuś się to przyda. Z powyższego wywodu można jednak wyciągnąć także wniosek praktyczny. Oto Fundacja Wolność od Religii skierowała petycję do MEN. Najkrócej mówiąc chodzi w niej o to, by lekcje religii była organizowane w sposób niezmuszający dzieci, które nie biorą w nich udziału, do bezproduktywnego spędzania czasu w szkole. Niestety, petycje do władz najczęściej trafiają w próżnię. Może jej autorzy powinni rozważyć, by na kolejnym wiecu wyborczym Donalda Tuska jakiś nastoletni Janek, Franciszek albo Ksawery, a może eksperymentalnie Zosia, Marysia albo Łucja, w każdym razie, żeby ktoś małoletni opowiedział premierowi o swoich frustracjach z powodu konieczności czekania godzinę, gdy część klasy jest na religii?! Być może i tym razem uda się tą drogą nadać nowy impuls polityce edukacyjnej. Trzeba się tylko pospieszyć, bo wybory europejskie już niedługo. A jeśli skuteczność tej metody potwierdzi się po raz kolejny, wystarczy przygotować zastępy młodych ludzi, którzy odpowiednio dobranymi pytaniami i prośbami ukierunkują prace nad reformą, korzystając z kampanii wyborczej przed wyborami prezydenckimi. Co z wisielczym humorem proponuję, poważnie jednak prosząc, by problemów powszechnej edukacji nie rozwiązywać w trybie wiecowym, oraz – przy całym szacunku dla młodych – zaufać jednak trochę mądrości dorosłych. Jako memento zalecałbym lekturę „Władcy much”; zresztą bliższy polskiemu sercu „Król Maciuś Pierwszy” także niesie odpowiednie przesłanie.
x x x
Na marginesie tych rozważań chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na popularne ostatnio, podpierane nawet Korczakiem przekonanie, że młodzież jest równie mądra, jak dorośli. To w gruncie rzeczy bardzo pesymistyczny pogląd. Wynika z niego logiczny wniosek, że w miarę dorastania i starzenia się ludzie nie stają się mądrzejsi. Może jednak bezpieczniej byłoby założyć, że wiek i doświadczenie życiowe uzupełniają jednak zasoby intelektu człowieka? I nie wmawiać młodym ludziom, w różnych niecnych intencjach, że sami najlepiej wiedzą, co jest dla nich dobre. W istocie tę wiedzę zdobywać powinni na długiej, mozolnej drodze do dojrzałości. W towarzystwie mądrych dorosłych.
Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/
Dzięki „porannikowi” Romana Lepperta dowidzieliśmy się, że dzisiaj jest nie tylko Światowy Dzień Dziecka, ale także Światowy Dzień Rodziców, ustanowiony przez ONZ w 2012 roku.
Oto co proponujemy z tej okazji do lektury. Jest to kolejny tekst autorstwa Doroty Sterny, który zamieściła na swoim blogu „OK. NAUCZANIE”. Wyjątkowo – w miejscu gdzie zwykle zamieszcza ona swoje rysunki, tym razem jest zdjęcie strony czasopisma „Hejnał Oświatowy”, w którym ów tekst został pierwotnie opublikowany:
Rodzice – pomoc czy udręka?
Artykuł, który ukazał się w majowym Hejnale Oświatowym numer 5/233
Rodzice – pomoc czy udręka?
Badania pokazują, że dobra współpraca szkoły z rodzicami wpływa na osiągnięcia uczniów i na ich zachowanie. Warto o nią zadbać. W artykule – jak to zrobić, jak przejść od tradycyjnych spotkań z rodzicami do takich, które będą owocowały korzyściami dla rodziców i uczniów i nie będą źródłem stresu dla nauczyciela.
92% procent rodziców pragnie aktywnie uczestniczyć w życiu szkolnym swojego dziecka (badania w USA z 2008 roku). Tak samo jest pewnie też i u nas. Szczególnie w klasach początkowych widać to wyraźnie. Rodzice chcą być zaangażowani w edukację swoich dzieci, ale nie zawsze wiedzą, jak to zrobić. Aktywniejsi zapisują się do Rady Rodziców, ale nie zawsze nawet Rada ma wpływ na szkołę. Pozostali przychodzą na spotkania z wychowawcą. Boją się tego spotkania obie strony. Rodzice, że nie zostaną wysłuchani i dowiedzą się tylko o trudnościach z ich dzieckiem, a nauczyciele, gdyż obawiają się roszczeń i ataku ze strony rodziców.
Niestety niektórzy z rodziców po złych doświadczeniach często idą prosto do dyrektora szkoły lub nawet do Kuratorium Oświaty. Nawet mały problem zaczyna być rozdmuchiwany. Utrwala się pozycja dwóch stron: rodzice kontra nauczyciele.
Koniec narzekania, od tego nic się nie zmieni.
Mój artykuł powinien być raczej zatytułowany – ZAUFANIE i SZACUNEK PO OBU STRONACH. To jest jedyne rozwiązanie. Prawda jest taka, że obie strony chcą dla dziecka dobrze. Przypadki, gdy tak nie jest, to jest raczej zupełny margines i patologia.
Skąd bierze się brak szacunku rodziców do nauczycieli?
Rodzice, nie czują, że nauczyciel chce dla ich dziecka dobrze, oczekują (i często słusznie) tylko krytycznych uwag. Spotkanie odbierają jako stratę czasu. Otrzymuje jedynie „obsługę klienta”, przekazywane są informacje, które równie dobrze mogłyby być przekazane drogą korespondencyjną. Czasami są namawiani do udziału w uroczystościach szkolnych lub na pomoc szkole np. poprzez udział w wycieczkach. Jest to trudna dla nich sytuacja, bo często praca im to uniemożliwia i muszą odmówić. Uwagi przekazywane przez nauczyciela dotyczą całej klasy, a nie pojedynczego dziecka. W rozmowach indywidualnych dowiadują się jedynie, co POWINNI zrobić w domu z dzieckiem.
Forma i poruszane tematy podczas spotkań z rodzicami muszą się zmienić.
Nauczyciel powinien angażować rodziny ucznia poprzez rozmowę o uczniu, o jego życiu, problemach i radościach i potrzebach. Warto zapytać rodziców, co widzą w swoim dziecku dobrego i jakie mają nadzieję z nim związane.
Tematy warte poruszenia to:
-Po co zdaniem rodziców dziecko chodzi do szkoły?
-Co to znaczy dla rodzica dobra edukacja?
-Jaki wpływ na uczenie się ucznia mają: relacje, szacunek, szczerość i zaufanie?
-Jakie potrzeby i oczekiwania ma uczeń i jego opiekunowie?
Tak, wiem, że to zajmuje czas, ale nie mamy wyjścia, inaczej się nie dogadamy. Jeśli pozostajemy na komunikowaniu pretensji do ucznia i rodziców, to nie mamy szans wpłynąć na naukę i zachowanie ucznia.
Prawda jest taka, że to szkoła musi wyjść do rodziców, a nie rodzic przyjść do szkoły.
Klika wskazówek, które mogą pomoc w komunikacji z rodzicami:
Foto: www.eska.pl/krakow/
Poniżej zamieszczamy obszerne fragmenty i link do pełnej wersji tekstu, zamieszczonego 30 maja na stronie „Gazety Wyborczej ŁODŹ”:
Nie chcą studiować i być trybem w korpo, kasa ich nie kręci. Pokolenie Z zdało maturę
[…]
Pokolenie Z: Studia to tylko papier, ważniejsze są pasje i zainteresowania
[…] – Gdy Michał rozpoczął naukę w trzeciej klasie liceum, zaczęliśmy z mężem rozmawiać z nim o studiach – mówi łodzianka. – Syn zaskoczył nas stwierdzeniem, że nie wie, czy w ogóle chce studiować. Mówił, że studia to tylko papier, który ludziom z mojego pokolenia wypadało mieć, natomiast jego generacja nie przywiązuje do niego aż takiej uwagi. Nie mogliśmy go zrozumieć, kilka razy pokłóciliśmy się i to mocno.[….]
Pokolenie Z nie wierzy, że wyższe wykształcenie zapewni im dobrą pracę
To, że Michał nie jest wyjątkiem, potwierdza badanie „Świadomość ekonomiczna maturzystów 2024″ przeprowadzone przez firmę BIG InfoMonitor. Wynika z niego, że o ile jeszcze 6 lat temu nawet 95 proc. maturzystów planowało kontynuować naukę na uczelniach, to obecnie jedynie 56 proc. deklaruje, że zamierza studiować jesienią. Zdawać na studia stacjonarne chce 36 proc. z nich, a na zaoczne 20 proc. Wielu ma jednak inne plany.
– Młodzi nie są już tak bardzo przekonani do studiowania, jak ich rodzice, a zapewnienia, że wyższe wykształcenie da im dobrą pracę, już dawno nie są prawdziwe – tłumaczy prof. Waldemar Rogowski z SGH i główny analityk BIG InfoMonitor. – Co piąty Polak z wyższym wykształceniem pracuje poniżej swoich kwalifikacji. Coraz częściej widać też, że dobry rzemieślnik już na początku kariery może zarobić więcej niż absolwent szkoły wyższej, nawet ten pracujący w zawodzie. Jeden na trzech maturzystów zdaje sobie sprawę z tego, że na rynku pracy coraz bardziej liczy się doświadczenie, więc zamierza podjąć pracę na pełen etat, często łącząc to ze studiami zaocznymi.
Jak mieszka pokolenie Z i z czego się utrzymuje?
Z badania wynika także, że co piąty nastolatek nie mieszka już z rodzicami lub innymi opiekunami. Większość usamodzielnionych maturzystów dzieli jednak mieszkanie ze znajomymi, a tylko 7 proc. mieszka zupełnie samodzielnie. Nie znaczy to jednak, że zarabiają na własne utrzymanie: 53 proc. mieszkających osobno i 42 proc. dzielących lokum ze znajomymi przyznaje, że rodzice nie muszą, ale jednak wspierają ich finansowo. Spośród osób dzielących gospodarstwo domowe z opiekunami jedna czwarta nie poradziłaby sobie finansowo bez pomocy, a co trzeci maturzysta mógłby utrzymać się samodzielnie. […]
Zdaniem twórców badania pokolenie Z nie jest tak leniwe i roszczeniowe jak wynika z obiegowej opinii. Podkreślają, że nie dość, że większość z nich podejmuje pierwszą pracę w wieku kilkunastu lat, by odciążyć domowe budżety, to ich oczekiwania finansowe nie odbiegają od rzeczywistości. Niezależnie od tego, czy mieszkają na wsi, czy w dużym mieście, młodzi deklarują, że aby móc się usamodzielnić muszą zarabiać około 4 tys. zł na rękę. Jedynie mniej niż co szósty badany uznał, że potrzebuje w tym celu co najmniej 6 tys. zł.
– Może to być pozytywnym efektem edukacji finansowej, bo zetki już w szkole podstawowej podejmowały tematy związane z finansami osobistymi – zauważa prof. Waldemar Rogowski. – Sami uważają edukację w tym obszarze od najmłodszych lat za ważną. Jest to istotna zmiana na tle starszych pokoleń, których wiedza o inwestowaniu, oszczędzaniu czy zaciąganiu kredytów nie jest, niestety, wysoka. […]
Cały tekst „Nie chcą studiować i być trybem w korpo, kasa ich nie kręci. Pokolenie Z zdało maturę” – TUTAJ
Źródło: www.lodz.wyborcza.pl/lodz/
Dziś, w miejsce tradycyjnych tekstów, zaczerpniętych od naszych stałych znajomych, publikujemy ten oto plakacik, jako przykład zasady „maksimum w minimum”. Zamieściła ten „poradnik” na swoim fb profilu Magdalena Grzeszkiewicz-Brzęcka – nauczycielka j. polskiego w Niepublicznej Szkole Montessori „Odkrywcy Świata” w Koninie. My publikujemy go, nieprzypadkowo, w przededniu Dnia Dziecka:
Źródło: www.facebook.com/Magda.brzecka/
Wczorajsze (29 maja 2024 r.) spotkanie w „Akademickim Zaciszu” było poświęcone Żywej Bibliotece – fenomenowi powstałemu w Danii od 2000 r., obecnemu w Polsce od roku 2007.
Do rozmowy prof. Roman Leppert zaprosił dr Kamilę Prociów, autorkę książki „Żywa biblioteka. Uczenie się (o) inności w społecznościach praktyki”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Naukowego DSW..
Autorka rozpoczyna swoją książkę słowami: „Prosta koncepcja spotkania i rozmowy z nadzieją na zmianę społeczną. Dialog, który grozi zrozumieniem„.
Zainteresowani tym tematem, którzy wczoraj przeoczyli owo spotkanie, albo byli „nieczasowi”, mogą o dowolnej dla siebie porze obejrzeć i wysłuchać – link poniżej:
Żywa biblioteka – uczenie się (o) inności – TUTAJ
Foto :Daniel Gębala [www.mojaswidnica.p]
Oto młodzi „funkcyjni” na procesji Bożego Ciała….
Nie ukrywamy, że nie przypadkiem zamieszczamy właśnie dzisiaj obszerne fragmenty tekstu Klaudii Kierzkowskiej, zamieszczonego 10 maja 2024 r. na portalu <mama:Du>. Dla autorki to przykład czyichś zaniedbań wychowawczych, ale dla nas to signum temporis :
Współczesne pokolenie nastolatków wyginie. Wystarczy zapytać o Boże Ciało
[…]
Za komunikacją miejską nie przepadam. Ale gdy nie mam wyjścia, korzystam z niej i nie marudzę. Jednak ten tłok, ścisk i brak powietrza jakoś do mnie nie przemawiają. Mam wrażenie, że zaraz się uduszę albo zemdleję. Wczorajszą podróż autobusem „umiliła mi” grupa nastolatków, która odciągnęła moją uwagę od tego, co niekomfortowe.
W godzinach popołudniowych autobusy są zatłoczone. Starsi wracają z pracy, młodzież ze szkoły, zajęć dodatkowych czy spotkań towarzyskich. W sumie mało istotne. Autobus podjechał stosunkowo szybko, o dziwo nie miał opóźnienia. Wsiadłam tylnymi drzwiami i stanęłam obok grupy nastolatków. Pięć, może siedem osób. Towarzystwo mieszane.
Od razu zwrócili moją uwagę, bo dość głośno dyskutowali. Śmiali się, nie zwracali uwagi na pozostałych. Nie przejmowali się nikim ani niczym, ale nie mogę powiedzieć, że zachowywali się niekulturalnie. Nie robili niczego złego. Byli swobodni, niczym nieskrępowani. Wyluzowana młodzież. […]
Poruszyli temat Bożego Ciała, a dokładniej tego, kiedy w tym roku przypada. I ku mojemu zaskoczeniu, nie zastanawiali się w który czwartek, tylko w jaki dzień tygodnia. – Boże Ciało obchodzimy w tym roku w ostatnim tygodniu maja. Ale w jaki dzień, to nie mam pojęcia – powiedziała jedna z dziewczyn. Zaczęła się dyskusja. Jeden z chłopaków był przekonany, że w poniedziałek. Drugi zaprzeczał. – Obiło mi się o uszy, że wypada w środę – dodał. Zastanawiali się, analizowali. Wspólnymi siłami próbowali znaleźć odpowiedź.
Koniec końców ustalili, że w sumie nieważne, w jaki to będzie dzień. Najważniejsze, że tego dnia zajęcia lekcyjne się nie odbywają.
Spuściłam głowę i uśmiechnęłam się pod nosem. Nie wtrącałam się, bo w końcu to nie moja sprawa. Jednak starszy pan, który siedział w pobliżu, nie wytrzymał: – Wy nie macie pojęcia o życiu. Boże Ciało zawsze obchodzimy w czwartek – powiedział oburzonym głosem. […]
Myślałam, że się zawstydzą, ucichną, czy jakoś mądrze skomentują. Owszem skomentowali, ale jak. – Ekstra, to może i piątek będzie wolny – powiedział jeden z chłopaków, a reszta wybuchła śmiechem. Na następnym przystanku wysiedli. […]
Rozumiem, że można o pewnych sprawach zapomnieć, czegoś nie być świadomym. Jednak to, że Boże Ciało co roku odchodzimy w czwartek, wydawało mi się czymś oczywistym. To nie były dzieci, które tak naprawdę o wielu sprawach nie mają jeszcze pojęcia. To nastolatki, które za 3, może 4, lata podejdą do egzaminu dojrzałości. Skończą szkołę i rozpoczną kolejny rozdział życia. Ta niewiedza, być może lekceważenie pewnych spraw, dają do myślenia.
Źródło: www.mamadu.pl
Jędrek Witkowski zamieścił wczoraj (28 maja 2024 r.) na swoim fb profilu tekst, w którym poinformował o wynikach badania opinii młodych ludzi o polityce oraz o kampanii CEO „Młodzi głosują”:
WNIOSEK Z BADAŃ: MŁODZI = ROZCZAROWANI DEMOKRACI
Dzisiaj w prawie 500 szkołach odbywa się finał kampanii „Młodzi głosują” organizowanej przez Centrum Edukacji Obywatelskiej (CEO). Prawie 100 000 młodych ludzi głosuje w szkolnych wyborach wybierając spośród tych samych partii, na które będziemy głosowali 9 czerwca w wyborach do Parlamentu Europejskiego.
To nasz wkład w edukację obywatelską i neutralną edukacją o polityce. W CEO jesteśmy przekonani, że to bardzo ważny element szkolnych doświadczeń. Badania pokazują, że mamy w tym zakresie wiele do zrobienia. Wg danych ICCS 2022:
> 73% ósmoklasistów jest przekonana, że demokracja to najlepsza forma rządów
> 33% uważa, że system polityczny w Polsce działa dobrze
> 79% uważa, że posłowie i senatorowie zwykle zapominają o potrzebach ludzi, którzy na nich głosowali
> tylko 25% ósmoklasistów uważa, że posłowie i senatorowie dobrze reprezentują interesy młodych ludzi
Podobnie niepokojące są wyniki zaufania do kluczowych instytucji:
– rządowi ufa 28% badanych (Komisji Europejskiej 54%)
– sejmowi i senatowi ufa 25% badanych (Parlamentowi Europejskiemu 56%)
– partiom politycznym 18%,
– władzom lokalnym 56%
Kampania „Młodzi głosują” przybliża młodym świat polityki, pozwala go analizować z bezpiecznej neutralnej pozycji, pomaga zrozumieć kampanię wyborczą, poznać programy partii, wyrobić sobie własną opinię w tej sprawie. Dzięki samemu głosowaniu wyrabia też nawyk uczestnictwa w święcie demokracji i zachęca do głosowania po osiągnięciu pełnoletniości. Ukłony i gratulacje dla zespołu realizującego projekt: Michał Tragarz, Michał Mazur, Lena Wojciechowska, Paulina Pękalska, Paulina Górska.
Wyniki szkolnych wyborów ogłosimy 10 czerwca (wszystko po to, by zachować neutralność akcji w szkołach).
Mówiłem o tym kilka dni temu w rozmowie z PAP przedrukowanej teraz między innymi przez serwis internetowy NOIZZ.pl.
Źródło: www.facebook.com/jedrek.witkowski.3/
Wczoraj prof. Bogusław Śliwerski zamieścił na swoim blogu tekst, w którym zadeklarował jednoznaczne poparcie dla wykorzystania sztucznej inteligencji w edukacji szkolnej:
Samozachwyt nie tylko diagnostów kompetencji cyfrowych
Prof. dr Jarosław Janio z Kalifornii połączył się z USA z uczestnikami niezwykle ważnej konferencji, jaka odbyła się w ub. tygodniu w Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie, by podzielić się własnym projektem kształcenia nauczycieli w zakresie wykorzystywania sztucznej inteligencji w edukacji szkolnej. W odróżnieniu od polskiego ciemnogrodu, w którym ustawicznie straszy się społeczeństwo patologiami jako rzekomo powszechnym przejawem i skutkiem nowych technologii, opowiada się po raz n-ty wyniki sondaży opinii wśród młodzieży na temat korzystania przez nią z internetu i AI, by zbijać na tym kasę, nie włącza się AI do procesu edukacyjnego.
Wszystkie krajowe badania, które były prowadzone pod auspicjami uniwersytetów i podmiotów oświatowych na ten temat są dziś tyle warte, co papier lub bajty rejestrujące ich wyniki. Najłatwiej jest narzekać, biadolić, straszyć, bo w ten sposób wprawdzie poprawia się własną sytuację materialną, ale powstrzymuje procesy koniecznych zmian w polskiej edukacji.
Jaroslaw Janio nie narzeka tylko prowadzi zdalnie (za pośrednictwem aplikacji ZOOM) zajęcia ze studentami i nauczycielami akademickimi, nie tylko w USA, ale i za granicą, spotkania, wykłady, dyskusje, konferencje, w trakcie których uczy ich, w jaki sposób kształcić u ich przyszłych lub obecnych uczniów kompetencje w zakresie wykorzystywania AI w procesie uczenia się. Ma za sobą tysiące godzin rozmów, analiz, wymiany doświadczeń pogłębionych o własną praktykę akademicką.
Jeszcze półtora roku temu nie rozmawiano o sztucznej inteligencji, ale dzisiaj nie wolno unikać nie tylko pozytywnych debat na jej temat, ale czas przejść do ofensywy, by przekonać się, że AI może być znakomitym wsparciem dzieci i młodzieży w ich rozwoju indywidualnym i społecznym a zarazem sprzyjać skutecznemu przeciwdziałaniu nie tylko możliwym patologiom, ale przede wszystkim może realnie wzmocnić motywację do uczenia się, rozwój zainteresowań młodych pokoleń, odkrywanie i wspomaganie ich pasji poznawczej, talentów, zainteresowań.
Nie będę tu referował wykładu prof. J. Janika, bo zapewne będzie dostępny na portalu Zespołu Pedagogiki Medialnej, którym kieruje przy Komitecie Nauk Pedagogicznych PAN prof. APS Maciej Tanaś wraz z zespołem współpracowników własnej uczelni oraz Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Rzeszowskiego.
Rewolucja edukacyjna trwa, toteż jej powstrzymywanie, by wzmacniać procesy wykluczenia społecznego, analfabetyzmu informacyjnego, kulturowego, ekonomicznego, technicznego itp. jest niczym innym jak sabotażem z udziałem polskiej szkoły, jej nauczycieli i władz oświatowych. Naukowcy koncentrujący się na diagnozach wiedzy i umiejętności zamiast na łączeniu wszystkich możliwych sił społecznych i politycznych, by wyrwać polską edukację z „rąk staroświeckich cyników”, sami uczestniczą w powiększaniu zjawisk patologii cyfrowej w środowiskach socjalizacyjnych i edukacyjnych.
Od 2011 roku wydatkowano z budżetu państwa miliony złotych na diagnozy, cyfrową szkołę, hybrydowe kształcenie, rozdawnictwo sprzętu elektronicznego uczniom klas czwartych i ich nauczycielom, a przy okazji dochodziło do malwersacji pieniędzy publicznych, o czym świadczą liczne afery za rządów PO/PSL, Zjednoczonej Prawicy i obawiam się, że nadal ten proces będzie miał miejsce, bo kolejne środowiska czekają na swoje zyski.
Tymczasem w skali powszechnej nie ma żadnej strategii rozwoju młodych pokoleń oraz koniecznej zmiany w edukacji szkolnej. Uciekają nam sąsiadujący z Polską młodzi Czesi, Niemcy, Ukraińcy, Litwini, że nie wspomnę o absolwentach szkół z nieco odleglejszych państw. Z przerażeniem konstatuję narcystyczny zachwyt nad własnymi badaniami sondażowymi, także longitudinalnymi diagnostów kompetencji cyfrowych, których wnioski powinny służyć przede wszystkim politykom i władzy wykonawczej a nie ignorantom i cynicznym populistom do utrzymania się u władzy kosztem trudnych do odrobienia strat w (wy-)kształceniu polskiej młodzieży.
Źródło: www.sliwerski-pedagog.blogspot.com
Oto fragmenty tekstu, zamieszczonego dzisiaj (27 maja 2024 r.) na stronie wyborcza/pl ŁÓDŹ, oraz link do jego pełnej wersji:
„Chcą zarabiać 7-8 tys. zł na rękę, a nie wiedzą nic”. Rynek pracy szuka techników
Foto. Pixabay.com
Zdobyć technika z doświadczeniem to jest dramat. Niektórzy mają papiery zawodowe i się zatrudniają, wówczas okazuje się, że nic nie umieją i idą na zwolnienie lekarskie – mówi Radosław Ochej, właściciel firmy Electro Point z Łodzi. Jego firma specjalizuje się w obsłudze technicznej obiektów, na rynku istnieje od 10 lat. Radosław Ochej jest jednym z moich rozmówców, których zapytałam o to, jak wyglądają poszukiwania pracowników na stanowiska techniczne. […]
– W zawodach technicznych kształci się mało osób, a jeszcze mniej ma pojęcie o trzymaniu młotka i wkrętarki – zauważa przedsiębiorca. – Przychodzili do mnie studenci z innych branż, dramatycznie to wygląda. Nie ma techników, a tzw. technik budynkowy musi umieć wszystko z grubsza, mieć wiedzę na każdy temat. Ludzi tak naprawdę interesują tylko zarobki, a wiedzy nie mają żadnej. Chcą zarabiać 7-8 tys.zł na rękę, a nie wiedzą nic. […]
O problemach ze znalezieniem techników mówi także Monika Banyś z agencji pośrednictwa pracy Personnel Service. Widoczne jest to także w badaniu „Barometr Polskiego Rynku Pracy”, który prowadzi agencja.
– Był taki moment, gdy niemal wszyscy młodzi ludzie szli na studia, taki był trend – mówi Monika Banyś. – Często wybierali studia typu: socjologia, ekonomia, przez długi czas mieliśmy nadwyżkę ekonomistów. Rynek pracy ich weryfikował, a obecnie jest tak, że ludzie, którzy decydują się na zdobyciu konkretnego fachu, mogą osiągnąć zarobki, których dla ludzi po studiach typu: filozofia, socjologia nie są po prostu osiągalne.
Aż 12 z 29 deficytowych zawodów należy do kategorii: specjaliści z fachem w ręku. Są to cieśle, stolarze, dekarze i blacharze budowlani, elektrycy, elektromechanicy i elektromonterzy, pracownicy robót wykończeniowych w budownictwie, spawacze, ślusarze, kucharze, mechanicy pojazdów samochodowych, monterzy instalacji budowlanych, murarze i tynkarze, operatorzy i mechanicy sprzętu do robót ziemnych oraz operatorzy obrabiarek skrawających. […]
Praca w Łodzi dla technika elektryka
Na podstawową pensję w wysokości 7 tys. zł brutto może liczyć w Łodzi elektryk-instalator. Pracodawca nie wymaga nawet CV, liczą się dla niego umiejętność wykonywanie instalacji do systemów CCTV, SSWiN oraz KD, a także montażu i naprawy instalacji teletechnicznych i elektrycznych w budynkach komercyjnych. Na liście wymagań są także diagnozowanie i usuwanie usterek w instalacjach, praca z różnymi typami przewodów, kabli, gniazd i wyłączników oraz zapewnienie zgodności z obowiązującymi przepisami i normami bezpieczeństwa.
Kandydaci muszą mieć wykształcenie zawodowe lub techniczne w dziedzinie elektryki, stosowne uprawnienia oraz doświadczenie.
Takich ofert na rynku jest dużo, kandydaci mogą w nich przebierać.
Cały tekst „Chcą zarabiać 7-8 tys. zł na rękę, a nie wiedzą nic”. Rynek pracy szuka techników” – TUTAJ
Źródło: www.lodz.wyborcza.pl/lodz/











