Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'

Przeglądając ponownie Internet pod kątem  materiałów, w których można znaleźć warte upowszechnienia na OE wypowiedzi o aktualnej sytuacji w oświacie, odkryliśmy, ze naszej uwadze umknął tekst Katarzyny Mazur, zamieszczony w miniony wtorek na portalu „Strefa Edukacji” w którym jego autorka zawarła najważniejsze fragmenty z wypowiedzi, jakie podczas debaty poświęconej roli szkoły w budowaniu sprawczości uczniów udzielał Marek Pleśniar – dyrektor biura Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty.

 

Oto obszerne fragmenty tekstu Katarzyny Mazur, link do jego pełnej wersji oraz do filmowej relacji z debaty:

 

 

Coś złego zadziało się ostatnio wokół polskiej szkoły

 

Screen z filmowej relacji debaty

 

Marek Pleśniar podczas podczas debaty poświęconej roli szkoły w budowaniu sprawczości uczniów, zorganizowanej 19 sierpnia 2025 r. przez portal „Strefa Edukacji”

 

[…]

 

Podczas debaty poświęconej roli szkoły w budowaniu sprawczości uczniów Marek Pleśniar, dyrektor biura Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty, krytycznie ustosunkował się do działań resortu edukacji. Jego zdaniem obecne reformy i projekty ustaw pokazują wyraźny brak zaufania władzy do nauczycieli, prowadzą do nadmiernej centralizacji i odbierają szkołom realną autonomię.

 

Kryzys zaufania to mało powiedziane. Niemal wszystkie projekty aktów prawnych oraz wszystkie zmiany, których doświadczamy od roku świadczą o braku zaufania władzy do nauczycieli – powiedział podczas debaty Strefy Edukacji „Czy potrafimy zaufać szkole”.

 

Przykładów podał wiele, począwszy od słynnej regulacji prac domowych – która odbyła się bez wysłuchania nauczycieli. Odniósł się też do nowelizacji ustawy Prawo Oświatowe i niektórych innych ustaw z dn. 8 lipca, która wprowadza m.in. jednolite prawa i obowiązki ucznia.

 

Ta ustawa wprowadzi masę zmian w najdrobniejszych przejawach życia szkolnego, wprowadza centralistyczne regulacje dotyczące właściwie wszystkiego, jak mamy karać i nagradzać uczniów w tej a nie innej szkole – mówił jak my mamy na przykład karać i nagradzać uczniów w tej, a nie innej szkole. […]

 

Pleśniar przypomniał, że po 1989 roku polska szkoła miała być miejscem samorządnym, zakorzenionym w lokalnej społeczności.

 

Myśmy się kiedyś umówili na demokrację i na szkołę publiczną, samorządową, która jest tu, na miejscu i jest własnością nas, nauczycieli, uczniów, rodziców. W statucie każda szkoła ma prawo, zgodnie z ogólnymi przepisami, stworzyć swoją szkołę – to jest nasza konstytucja tu, w tej miejscowości, gdzie się znajdujemy. Teraz zachodzi proces centralizacji i usztywniania wszystkich tych rzeczy – podkreślił.

 

W jego ocenie obecne tendencje przypominają czasy PRL, kiedy każda szkoła stosowała identyczny regulamin ustalany w Warszawie.

 

Będzie tak jak w latach 70., gdy na ostatniej stronie dzienniczka drukowano regulamin, bo taki sam był w każdej szkole w Polsce. Jest to przeszkoda tak ogromna, że mówienie o tzw. sprawstwie, mówienie o autonomii, o tym, że my mamy pokazywać, jak być samodzielnymi, jest dla nauczycieli kpiną – ocenił. – Jest dla nas kpiną, że ludzie, którzy są pozbawiani wpływu, mają uczyć wpływu.

 

Sytuacja ta oczywiście rzutuje także na zaufanie nauczycieli i dyrektorów do rządu.Jesteśmy centralizowani i brak zaufania panuje także ze strony nauczycieli i dyrektorów do władzy, która tak i tak nam robi. Stąd mamy naprawdę duży problem z tą kwestią.

 

Marek Pleśniar świadomie dotyka dwóch delikatnych wątków: politycznej trwałości reform oraz fundamentalnych warunków pracy nauczyciela.

 

Pierwszy z nich to kwestia niepewności politycznej. Ekspert zwraca uwagę, że w perspektywie dwóch lat może zmienić się władza, a wraz z nią – kierunek lub nawet sam fakt realizacji zapowiadanych reform. Planowanie głębokich zmian w oświacie bez gwarancji ich ciągłości politycznej może się okazać fiaskiem. Reforma może zostać zatrzymana lub odwrócona, zanim zacznie realnie działać.

 

Drugi wątek, który ekspert nazywa wręcz „punktem zerowym”, dotyczy relacji nauczyciel–uczeń. Podkreśla on, że wszelkie programy kształtowania „umiejętności życiowych” czy „sprawczości” są puste, jeśli nauczyciel nie zna swoich uczniów. To jest argument strukturalny – przy obecnych, często przepełnionych klasach, indywidualne poznanie ucznia staje się nierealne. Pleśniar stawia tu tezę, że bez kontaktu i relacji nie ma edukacji w sensie wychowawczym czy rozwojowym. […]

 

Pleśniar zwrócił uwagę, że w procesie reformowania oświaty brakuje głosu rodziców. Mamy 16 kuratorów, którzy mogą zaprosić przedstawicieli rad rodziców na ogólnopolską konferencję. Oni przyjadą, bo chcą być wysłuchani. A my dziś tego głosu nie znamy – zaznaczył.

 

Mimo tej gorzkiej krytyki, widzi szansę na odwrócenie negatywnych tendencji, wskazując tu na duży udział pracy wykonywanej w Instytucie Badań Edukacyjnych przez wielu ekspertów oświatowych. – To wszystko naprawdę można jeszcze odkręcić. Można sobie powiedzieć: zacznijmy sobie ufać. Dostajecie narzędzia, macie ideę, ale wy macie swoje statuty i swoje grona, z którymi pracujcie i się przygotujcie podsumował.

 

 

 

Cały tekst „Coś złego zadziało się ostatnio wokół polskiej szkoły”  oraz relacja filmowa z  debaty „Czy potrafimy zaufać szkole” [56’20”]  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www. strefaedukacji.pl

.



Od dnia, w którym zamieściliśmy tekst Jarosława Pytlaka z jego bloga „Wokół Szkoły” minęły dwa miesiące i dwa dni. Jedynym wytłumaczeniem tego zaniedbania są trwające nadal wakacje. Ale nie możemy nie zamieścić, choćby fragmentów, jego najnowszego tekstu, który ukazał się wczoraj:

 

 

Dura lex, sed mala lex

 

Jak co roku, w połowie sierpnia znajduję w służbowej skrzynce mailowej kuszące propozycje doszkolenia się w sprawie zmian w prawie oświatowym, które w tym sezonie zachodzą tylko na poziomie rozporządzeń. Ustawy, nawet jeśli przeszły już przez parlament, to oczekują na podpis prezydenta, ale mogą się nie doczekać, bo nowemu lokatorowi Belwederu nie po drodze z ministrą Nowacką. Mimo to, jest o czym się szkolić. Od września kadra zarządzająca w oświacie będzie miała na głowie dwa nowe przedmioty – edukację zdrowotną i edukację obywatelską, błyszczącą od nowości podstawę programową wychowania fizycznego (jako obietnicę rewolucji do wdrożenia), zmniejszenie wymiaru zajęć z religii, z obowiązkiem lokowania tego, co pozostało, na skrajnych lekcjach, oraz nowelizację rozporządzenia o kwalifikacjach nauczycieli. To tylko niektóre wchodzące w życie zmiany, ale już te wystarczą, by zapragnąć zarówno szkolenia, jak i poczytania czegoś napisanego z pasją o prawie oświatowym i prawodawcach z ministerstwa.

 

Szkolić nikogo nie będę, natomiast napiszę coś z pasją. Szewską.

 

Zacznijmy od wychowania fizycznego. Już 22 lipca, a więc na całe 40 dni przed rozpoczęciem roku szkolnego, ministra Nowacka podpisała rozporządzenie w sprawie nowej podstawy programowej. Projekt znany był wcześniej, ale bez podpisu trudno było się nim zajmować. No więc dostaliśmy go w środku wakacji, a w myśl prawa już na początku września powinny być gotowe programy nauczania i zasady oceniania, które należy podać uczniom i ich rodzicom. Dobrze, że przynajmniej podręczników nie potrzeba. […] Nawet w tak sprzyjających okolicznościach ogłoszenie nowej podstawy programowej, na pięć tygodni przed wdrożeniem, trąci absurdem. Niestety, w naszym systemie edukacji nikogo to już nie dziwi i nie bulwersuje. W rezultacie będziemy mieli do czynienia z radosną improwizacją, o ile w ogóle ktokolwiek się tym przejmie, mając na głowie tysiąc jeden innych kłopotów. Najprędzej można spodziewać się wzmożonego popytu na opracowania programowe, które da się szybko rzucić na żer molochowi oświatowej biurokracji, poprzez wpisanie do zasobów librusa. […]

 

x           x           x

 

Szkoły są bez przerwy na cenzurowanym, jeśli chodzi o przestrzeganie prawa i jakość kodyfikowania swojej działalności w statutach. Z jednej strony nie bez racji, z drugiej jednak materia prawa oświatowego jest nader mętna i często oparta na bardzo idealistycznych i/lub biurokratycznych założeniach. Do takich należy wspomniany już wyżej obowiązek każdego nauczyciela podania uczniom i rodzicom, na początku roku szkolnego, informacji dotyczącej stawianych przez wymagań oraz oceniania. Takie jest prawo. Co zrobiła tymczasem 1 kwietnia 2024 roku ministra Nowacka?! Ano wprowadziła rozporządzenie w sprawie prac domowych, które w klasach 4-8 większości szkół podstawowych podważyło te wrześniowe ustalenia. I co? I nic! Prawo oświatowe sobie, a wola polityczna sobie. Wzburzenie było duże, bo pogwałcono przy okazji ustawową autonomię nauczycieli w zakresie stosowania uznanych narzędzi metodycznych, ale spłynęło to po MEN jak po kaczce, łącznie z całą litanią krytycznych opinii, jakie zgłoszono do ministerstwa na etapie opiniowania projektu tego rozporządzenia. Znowu klasyk: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobisz”?! [..]

 

x           x           x

 

Prawo oświatowe jest tak złożone i pogmatwane, że czasem przestrzeganie go rodzi zaskakujące skutki. Oto podstawa programowa jest z założenia tożsama w tej chwili z wymaganiami egzaminacyjnymi, choć przez 10 lat od reformy Handkego te ostatnie funkcjonowały osobno. Obecne rozwiązanie pojawiło się w 2009 roku, oczywiście w atmosferze epokowej zmiany. Utrzymała je Anna Zalewska, a teraz ten sam kurs zapowiada Barbara Nowacka. Osobiście uważam, że lepiej było, gdy wymagania egzaminacyjne formułowano osobno, ale jest jak jest i już! Co więcej, podstawa programowa stanowi, w myśl prawa oczywiście, jedyny punkt odniesienia przy formułowaniu w szkole wymagań edukacyjnych i ustalaniu ocen. W ramach działań prouczniowskich ogłoszono, że nauczyciel nie może wymagać więcej niż w podstawie, a treści poza nią wykraczające należy wyraźnie oznaczać w podręcznikach. No i na tym tle powstał ostatnio zonk.

 

Oto bowiem ogłoszona publicznie wstępna wersja nowej podstawy programowej matematyki dla szkoły podstawowej została, również publicznie, skrytykowana przez jedną ze współautorek, jako zbyt uproszczona, zamykająca drogę do edukacji matematycznej uczniów uzdolnionych, na miarę współczesności. I obok wyrazów niekłamanej radości przeciwników tego przedmiotu, podniósł się lament, że odbieramy wyzwania uczniom utalentowanym matematycznie, bo przecież jeśli czegoś nie będzie w podstawie (i na egzaminie), nie będzie tego w ogóle. Cóż, Szanowni Państwo, jeśli się powiedziało „a”, to trzeba powiedzieć „b”! Jeśli wykraczanie poza podstawę programową stanowi tylko hobby nauczyciela i ucznia, co więcej, jest w swoisty sposób piętnowane w prawie i w podręcznikach, to znaczy, że efekty edukacyjne zapisane w tym dokumencie będą coraz mniej ambitne intelektualnie. Nie pokryją tego strzeliste deklaracje o kompetencjach i sprawczości, bo bazą sukcesu w edukacji jest (jednak) pewien poziom wiedzy i mozół związany ze stawianiem sobie wyzwań i pokonywaniem trudności w trakcie nauki. […]

 

Wielokrotnie podnosiłem bardzo ważny zarzut pod adresem planowanej reformy, że powstaje ona zbyt szybko. Jak widać, zabrakło czasu na przygotowanie rzetelnej podstawy prawnej. Rozumiem prace studyjne nad rozwiązaniami programowymi, ale prowadzenie (i finansowanie) zaawansowanych prac w oparciu o rozwiązania pozbawione podstawy ustawowej, to wyraz politycznego woluntaryzmu i braku szacunku dla prawa. Delikatnie mówiąc.

 

Prawo oświatowe może jest twarde (dura lex), ale na pewno jest złe (mala lex). Z tego powodu wszelkie systemowe reformy edukacji należy zacząć od analizy prawa, dostosowania go do zamierzonych zmian, a akty prawne ogłaszać z takim wyprzedzeniem, by szkolenia pod kątem kolejnego roku szkolnego mogły odbywać się w lutym!

 

 

Cały tekst „Dura lex, sed mala lex”  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/

 



Wczoraj na stronie „Gazety Prawnej” zamieszczony został tekst Artura Radwana, w którym jego autor zawarł informacje o reakcji dyrektorów szkół na projekt zmian w Prawie oświatowym. Oto jego fragmenty i link do pełnej wersji:

 

 

Dyrektorzy mówią „nie” radom szkół, które będą mogły opiniować nauczycieli, i rzecznikowi praw ucznia

 

[…]

 

Zakończyły się konsultacje kolejnego projektu nowelizacji Prawa oświatowego (t.j. Dz.U. z 2024 r. poz. 737 ze zm.) przygotowanego przez resort edukacji. Na nowelizacji suchej nitki nie zostawili dyrektorzy szkół. Krytycznie do zaproponowanych rozwiązań odniosły się też organizacje związkowe. Stowarzyszenia rodziców popierają zaproponowane rozwiązania, ale pod warunkiem, że ich wpływ na szkoły będzie realny, a nie fasadowy. [[…]

Duży opór dyrektorów budzi zaproponowany w ustawie katalog praw i obowiązków uczniów. Dyrektorzy uważają, że ta zmiana doprowadzi do centralizacji zarządzania placówkami oświatowymi. Jako przykład nadmiernej regulacji wskazują rozwiązanie, zgodnie z którym szkoła może ograniczyć do trzech miesięcy udział ukaranego ucznia w wydarzeniach szkolnych, w tym sportowych. […]

 

Nie wszyscy jednak krytycznie podchodzą do tego rozwiązania. – Pozytywnie oceniamy ustalenie katalogu praw i obowiązków na poziomie ustawy. W projekcie powinny być też wskazane obowiązki wychowawcze rodziców, bo w przypadku niepełnoletnich uczniów to oni odpowiadają za wychowanie i realizację obowiązku szkolnegomówi Sławomir Wittkowicz, członek prezydium Forum Związków Zawodowych, przewodniczący WZZ „Forum-Oświata”.

 

MEN proponuje, by instytucja rzecznika praw ucznia powstała na poziomie krajowym, wojewódzkim i szkolnym. Ma jednak na to tylko częściową zgodę dyrektorów, którzy nie mają nic przeciw rzecznikom krajowym i wojewódzkim, ale w swoich szkołach taką funkcję widzą niechętnie. Ich zdaniem niezależność i obiektywizm szkolnego rzecznika będą wątpliwe, jeśli jego przełożonym ma być dyrektor szkoły, a przedmiotem oceny – zastrzeżenia wobec koleżanek i kolegów z jednego zespołu nauczycielskiego. – Protestujemy zwłaszcza przeciwko wyposażeniu rzecznika w uprawnienia związane z postępowaniami dyscyplinarnymi nauczycieli – już teraz występują problemy z antynauczycielską postawą rzecznika praw dziecka – dodaje Sławomir Wittkowicz. Dodatkowo pojawia się pytanie o zasadność rzecznika w małej szkole, w której problemy są wyjaśniane na bieżąco. […]

 

MEN chce doprowadzić do większego uspołecznienia systemu oświaty. Projekt przewiduje obowiązek tworzenia w każdej placówce rady szkoły – gremium składającego się w równej liczbie z nauczycieli, rodziców i uczniów. Obecnie jest taka możliwość, ale niewiele placówek z niej korzysta. Rada miałaby uprawnienia m.in. do uchwalania statutu szkoły, opiniowania planu jej pracy oraz występowania z wnioskami do dyrektora, rady pedagogicznej, organu prowadzącego szkołę oraz do wojewódzkiej rady oświatowej, w szczególności w sprawach organizacji zajęć. Wskutek proponowanych zmian rada szkoły będzie miała kompetencje do opiniowania nauczycieli, a przecież rodzice i uczniowie często nie mają odpowiedniej wiedzy i kwalifikacji do tegoobawia się Krzysztof Baszczyński ze Związku Nauczycielstwa Polskiego. Dodaje, że już 25 lat temu próbowano wpisać do prawa oświatowego obligatoryjne rady szkoły, których się nie udało powołać.

 

Sceptycy uważają, że rola rodziców we wspieraniu szkół po znowelizowaniu przepisów wcale nie wzrośnie. – Tymi zmianami na siłę chce się ich uszczęśliwić. Gdzie tu jest miejsce na autonomię rodziców, uczniów oraz nauczycieli. Jak zaczynałam być dyrektorem, była możliwość tworzenia rad, tylko nie było chętnych do zasiadania w nich. Obawiam się, że obecnie mogłoby być podobniemówi Izabela Leśniewska, prezes OSKKO. [….]

 

Zupełnie inaczej zapatrują się na to stowarzyszenia rodziców. – Bez przygotowania szkół takie rady nie zadziałają. Aby je wprowadzić, trzeba dać większą autonomię szkole i rodzicom, a następnie je budować, co nie jest takie łatwe i oczywiste – mówi Elżbieta Piotrowska-Gromniak, prezes Stowarzyszenia Rodzice w Edukacji. Dodaje, że odbiera wiele telefonów od rad rodziców, którzy się żalą, że są bojkotowani i niewiele mogą zdziałać.

 

 

 

Cały tekst „Dyrektorzy mówią „nie” radom szkół, które będą mogły opiniować nauczycieli, i rzecznikowi praw ucznia”  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.serwisy.gazetaprawna.pl/

 



Dzisiaj rano, na portalu „Strefa Edukacji” zamieszczono tekst Magdaleny Konczal, w którym autorka dokonała syntezy aktualnej sytuacji, w jakiej znajdują się dyrektorzy szkół i nauczyciela na nieco ponad  trzy tygodnie przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego. Oto jego obszerne fragmenty i link do pełnej wersji:

 

 

Likwidacja godzin czarnkowych pod znakiem zapytania. A to dopiero początek chaosu

 

Na niespełna miesiąc przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego dyrektorzy szkół i nauczyciele wciąż nie wiedzą, jak będą wyglądały podstawowe zasady organizacji pracy. Brakuje podpisów pod kluczowymi rozporządzeniami, a część regulacji wprowadzana jest w środku wakacji – bez szansy na spokojne wdrożenie. W centrum tego chaosu znalazły się również tzw. godziny czarnkowe, które miały zniknąć. Ale nie wiadomo, czy tak się stanie. Potrzebny jest jeszcze podpis prezydenta. […]

 

Jak alarmują szefowie placówek oświatowych, sytuacja przed nowym rokiem szkolnym jest wyjątkowo trudna. – Wciąż mamy wiele projektów rozporządzeń i ustaw czekających na podpis prezydentazwraca uwagę Marek Pleśniar z OSKKO w Dzienniku Gazecie Prawnej. Bez nich nie można legalnie planować szkoleń, układać planów zajęć ani wdrażać zmian w programach. Jedną z najbardziej oczekiwanych decyzji jest likwidacja obowiązkowych godzin konsultacyjnych, zwanych potocznie „czarnkowymi”. Obowiązek organizowania jednej godziny tygodniowo na spotkania z rodzicami i uczniami od początku budził sprzeciw nauczycieli – i to niemal jednogłośnie.

 

Z danych ZNP wynika, że aż 96 proc. pedagogów opowiada się za rezygnacją z tego rozwiązania. Spotkań jest mnóstwo, ale odbywają się wtedy, gdy rzeczywiście są potrzebne – przyznaje jedna z nauczycielek. – Ta godzina to sztuczny twór. Ale likwidacja tzw. godzin czarnkowych czeka jeszcze na podpis prezydenta. Czy Karol Nawrocki się na to zdecyduje?

 

Niepewność potęgują zmiany w podstawach programowych i planowana reforma edukacji. Ministerstwo organizuje konsultacje w samym środku sezonu urlopowego, co wielu nauczycieli odbiera jako brak szacunku dla ich pracy i prawa do wypoczynku. – Czuję, że wymusza się na nas gotowość do działania przez cały rokmówi Magdalenie Ignaciuk jedna z nauczycielek.To nie jest w porządku. Reforma ma być „dla nauczycieli i z nauczycielami”, ale większość z nas nawet nie ma możliwości w niej uczestniczyć, bo właśnie odpoczywamy po bardzo trudnym roku.

 

Lipcowe i sierpniowe konsultacje zbiegają się z okresem rekrutacji, egzaminów poprawkowych i rad pedagogicznych. Na spokojny urlop często brakuje miejsca. […]

 

Nowy rok szkolny 2025/2026 może rozpocząć się w atmosferze zamieszania, niepewności i poczucia braku kontroli nad rzeczywistością edukacyjną.

 

 

Cały tekst „Likwidacja godzin czarnkowych pod znakiem zapytania. A to dopiero początek chaosu”  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.strefaedukacji.pl

 

 

 



Foto: www.be.edu.pl/

 

Tekst, którego obszerne  fragmenty zamieszczamy poniżej, został dzisiaj opublikowany na stronie tygodnika „Newsweek”. Jednak z powodu konieczności wykupienia dostępu do jego treści, odsyłamy linkim do jego pełnej wersji na stronę portalu „Onet”. Autorką tej publikacji jest znana nam jeszcze z czasu, gdy była dziennikarką „Gazety Wyborczej” Aleksandra Pezda. Zapraszamy do lektury:

 

 

Awantura o nową listę lektur. MEN wypiera się pracy własnych ekspertów

 

[…]

 

Wakacje w pełni, ale to nie przeszkoda, żeby się awanturować o lektury szkolne. Poloniści zatrudnieni przez MEN postanowili zostawić wolną rękę w wyborze książek nauczycielom i uczniom. Na prawicy zawrzało, że będzie „odmóżdżanie”. Zaatakowany rząd Donalda Tuska odciął się od własnego projektu. A MEN ze strachu przed polityczną awanturą – wypiera się własnej pracy.

 

Nowa lista lektur to „systemowe odmóżdżanie”?

 

Chodzi o nową podstawę programową, która ma wejść do szkół podstawowych od września 2026 r. (najpierw w klasach 1-4). Ma obowiązywać każdego nauczyciela, w każdej szkole w kraju. Dotyczy też naturalnie języka polskiego, w tym – kanonu lektur. Tym razem eksperci MEN naprawdę postanowili zrobić rewolucję. To nauczyciele, wspólnie z uczniami, mieliby sami wybierać, co będą czytać. Z grubsza – bo nawet reformatorzy zostawili wyjątki. Ale o tym za chwilę.

 

W żadnym innym kraju lista lektur nie urasta do rangi kryzysu państwowego. Ale u nas? Nic bardziej nie rozgrzewa polskich polityków jak kanon literatury narodowej. Szkoda tylko, że politycy jak dzieci. Czytają tylko tytuły.

 

I tak – szefowa zespołu pracującego nad nową podstawą programową z języka polskiego, dr Kinga Białek, pochwaliła się w środę „Gazecie Wyborczej”. Mariusz Błaszczak musiał czytać do śniadania, bo już przed godz. 10 ubolewał na platformie X, że „To będzie to krok w stronę społeczeństwa, które czyta coraz mniej, rozumie coraz mniej i daje się prowadzić byle sloganom. A może o to chodzi Platformie Obywatelskiej?”. Natychmiast po nim przyłożył Mateusz Morawiecki: „Wiele można wybaczyć lekkomyślnym politykom, ale tego systemowego odmóżdżania, które chce zafundować młodym Polakom Barbara Nowacka, wybaczyć nie można grzmiał były premier.

 

Do obiadu była już gotowa replika rzecznika rządu Donalda Tuska:Kanon lektur pozostaje bez zmian. Ministerstwo edukacji nie wykreśla żadnych tytułów z listy lektur” – napisał Adam Szłapka.

 

Reakcja ministra edukacji Barbary Nowackiej była wobec tego do przewidzenia: Co się zmienia w kanonie lektur? Nic” – napisała po rzeczniku na platformie X. I odcięła się od własnych ekspertów: „Propozycje ekspertów, nawet te najbardziej emocjonujące, pozostają propozycjami ekspertów, a nie działaniem MEN– napisała. […]

 

Od środy MEN tłumaczy się z cięć w lekturach na wszelkie sposoby. W przekazanym PAP stanowisku czytamy: „Nie jest prawdą, że eksperci wśród swoich recenzowanych propozycji postulują likwidację obowiązkowości lektur lub całych list lektur, włącznie z kanonem polskiej literatury (…) Eksperci (…) wskazują na konieczność obowiązkowych pozycji i tekstów – w tym fragmentów Biblii, wybranych mitów greckich (…) . Ponadto każdy uczeń musiałby poznawać klasyków polskiej literatury”.

 

W Radiu TOK FM wiceministra edukacji Katarzyna Lubnauer również zapewniała, że MEN nie wprowadziło żadnych zmian na liście lektur. Przyznała jednak, że nad zmianami pracują zespoły ekspertów. „Te propozycje nawet do nas jeszcze nie trafiły” – mówiła. Jednak już w następnym zdaniu – odpowiadając na pytanie prowadzącej – wymieniała szczegóły propozycji i ich broniła. „Zależy nam, aby młodzi ludzie czerpali nie z bryków, nie ze skrótów tylko z prawdziwych źródeł” – mówiła. „Naszym celem jest wyrobienie nawyku czytania” – podkreślała.

 

Wszyscy komentatorzy odnoszą się do medialnych wypowiedzi dr Białek. Nikt nie cytował projektu. Jeszcze wczoraj, gdy drążyłam w MEN, jaki jest jego status, usłyszałam, że projektu jeszcze nie ma, że dopiero powstaje. W końcu go jednak znalazłam.

 

Prezentacja projektu jest dostępna – całkiem oficjalnie – na stronie Instytutu Badań Edukacyjnych, który nadzoruje prace nad nową podstawą programową. Był już nawet webinar dla nauczycieli, podczas którego autorzy przedstawiali szczegóły propozycji. I – co tu kryć – są w nim założone cięcia na liście lektur.

 

Co zniknie z listy lektur w podstawówce?

 

Poloniści zatrudnieni przez MEN zostawili na liście lektur obowiązkowych w szkole podstawowej tylko kilka pozycji, w tym raptem trzy większe utwory: „Balladynę”, „Kamienie na szaniec” i „Dziady” (do czytania w klasach VII-VIII). Nie licząc drobniejszych tekstów czy fragmentów innych dzieł (np. „Pana Tadeusza”) – ale o tym za chwilę. Z listy obowiązkowej na tym etapie edukacji wypadną w gruncie rzeczy tylko: „Zemsta”, „Mały książę” i „Opowieść wigilijna”.

 

Z kolei w klasach IV-VI zniknie lista obowiązkowa, na której były: „Akademia Pana Kleksa”, „Kajko i Kokosz”, „Opowieści z Narnii”, „Chłopcy z Placu Broni” i „Hobbit”, a z mniejszych form: „Mikołajek”. Znikną – bo na tym etapie miałoby nie być w ogóle listy lektur obowiązkowych. Co nie znaczy, że tych książek nadal nie będzie się w szkole czytało.

 

Eksperci zalecili, by na każdym etapie – w klasach IV-VI i VII-VIII – uczniowie czytali co najmniej cztery dłuższe teksty literackie w każdym roku. Co daje w sumie minimum 20 książek przez całą drugą część podstawówki (bez edukacji I-III).

 

To sporo – biorąc pod uwagę nastawienie polskich uczniów do czytania. Według badania PIRLS 2021 (Międzynarodowe badanie osiągnięć czwartoklasistów w czytaniu), emocje polskich uczniów wobec czytania plasują ich na 50 miejscu, wśród rówieśników z 57 krajów.

 

Chcemy przeciwdziałać temu, że dzieci zamiast lektur czytają bryki (…) Ale do tego potrzebna jest rezygnacja z liczby lektur na rzecz jakościowej edukacji czytelniczej– mówiła dr Kinga Białek na stronie IBE.

 

Lista lektur do podstawówki już teraz nie jest obszerna. Wiele tytułów jest właśnie na liście do wyboru. Czy w nowej podstawie też znajdzie się lista lektur do wyboru? – Będzie, ale w odrębnym dokumencie, wraz ze wskazówkami metodycznymiodpowiada mi jedna z osób, które pracowały przy projekcie.

 

Co ciekawe, na odchudzonej liście lektur pozostały pozycje, o które zazwyczaj bije się prawica. Jest „Reduta Ordona”, w której obronie stoczono bitwę już w maju ubiegłego roku. Nadal więc przeciętny polski uczeń będzie w stanie rozpoznać cytat „Nam strzelać nie kazano”. Została też „Śmierć Pułkownika” – jeden z nielicznych przykładów kobiecej bohaterki narodowej. No i zostały „Kamienie na szaniec” – formacyjne teksty, które „każdy Polak znać powinien”. Jest oczywiście „Pan Tadeusz” – choć we fragmentach. I również obowiązkowe fragmenty Biblii.

 

Projekt jest już gotowy. W najbliższych dniach miał zostać poddany tzw. konsultacjom społecznym. Czy tak się stanie? Nie wiadomo – właśnie wybuchła polityczna awantura.[…]

 

Jakie będą dalsze losy projektu? Na razie MEN wypiera się faktów, a podlegający mu IBE na swoich platformach, w osamotnieniu broni MEN-owskich ekspertów.*  „Apelujemy o zaufanie polonistom”pisze dr Białek. I tłumaczy, co stoi za ideą wolnego wyboru lektur: „Dzieci muszą przede wszystkim zrozumieć, że literatura może opowiadać o ich życiu, że książki są blisko nich„.

 

Rozmawiam z dwoma ekspertkami, które pracowały przy projekcie.

 

Czuję się wykorzystana, bo słyszę, że nasza praca nie ma znaczenia, a decyzje i tak są politycznemówi jedna z nich.Za PiS-u przynajmniej było wiadomo, kto jest wrogiem – mówi.

 

Druga podkreśla, że nie chodziło o to, który tytuł jest ważniejszy. – Celem było, aby pozostawić nauczycielom jak najwięcej autonomii a uczniom dać sprawczość. Ścisłego kanonu lektur nie ma w krajach, na których edukacji chcielibyśmy się wzorować, jak np. Finlandia. Zdecydowaliśmy w końcu, żeby kilka kanonicznych tekstów i tylko z literatury polskiej zostawić. A to i tak nie wystarczyło – mówi rozgoryczona.

 

Nad nową podstawą programową do szkoły podstawowej pracuje powołany przez MEN zespół 200 ekspertów i praktyków, zebranych w 22 zespołach przedmiotowych. Za całość odpowiada ministerialny Instytut Badań Edukacyjnych. MEN reformą się chwali, na stronie ministerstwa jest dedykowana jej zakładka, z przesłaniem: „Wyniki międzynarodowych badań wskazują, że w ostatnich latach polska szkoła znalazła się w poważnym kryzysie, dlatego potrzebne są mądre i odpowiedzialne działania naprawcze„. Według MEN, dzięki tej reformie, „absolwenci polskich szkół będą przygotowani do życia w zmieniającym się świecie”. Finalne wersje 22 projektów przedmiotowych mają być opublikowane we wrześniu tego roku. […]

 

 

 

Cały tekst „Awantura o nową listę lektur. MEN wypiera się pracy własnych ekspertów”  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.onet.pl/informacje/newsweek/

 

 

 

*Zamieszczony 30 lipca na stronie IBE tekst, zatytułowany „Nowa podstawa programowa z języka polskiego: dzieci mają czytać chętniej”  –  TUTAJ

 

 

 



Nawiązując do treści pierwszej części niedzielnego felietonu, w którym redaktor OE napisał, że „ nie tylko w sporcie, także w osiąganiu sukcesów w poszczególnych dyscyplinach naukowych (przedmiotach szkolnych) płeć jest ważnym determinantem potencjalnych możliwości osiągania sukcesów w rywalizacji – na niekorzyść uczennic” uznaliśmy, że należy pokazać problem „płeć a efekty edukacyjne” także i z drugiego punktu widzenia – nie z poziomu olimpiad międzynarodowych a powszechnej, szkolnej codzienności.

 

Zaczniemy od przytoczenia wczorajszego posta na fanpage „Nie dla chaosu w szkole”:

 

 

 

Sporo piszemy o błyskotliwych sukcesach naukowych chłopaków, którzy wracają z międzynarodowych olimpiad z medalami, bo oni stanowią przytłaczająca większość olimpijczyków. Jest jednak i druga strona medalu. Statystycznie chłopcy w polskiej szkole mają gorsze wyniki w nauce, gorzej wypadają na egzaminach, częściej repetują, lub nawet rzucają naukę. Rzadziej podejmują też naukę w szkołach wyższych. Mówi się o rosnącej z roku na rok luce edukacyjnej. Problem dostrzega min. Nowacka. O możliwych drogach zapobiegania nierównościom w szkołach pisze Katarzyna Mazur:

 

>Potrzeba edukacji nauczycieli w zakresie nieświadomych uprzedzeń płciowych – chodzi o uważność na sposób oceniania, formułowania oczekiwań i udzielania informacji zwrotnej.

 

>Równie istotne jest systematyczne monitorowanie danych: analiza wyników i rekrutacji pod kątem dysproporcji płci mogłaby dostarczyć podstaw do działań wyrównawczych już na wczesnych etapach edukacji.

 

>Dużo uwagi poświęca się także czytelnictwu – chłopcy rzadziej sięgają po książki, a szkolne lektury często nie odpowiadają ich zainteresowaniom. W tym kontekście proponuje się dobór materiałów bardziej zróżnicowanych, również pod względem formy i tematyki.

 

 

>Coraz częściej mówi się też o potrzebie wzmacniania pozytywnych wzorców męskości w edukacji – obecność zaangażowanych mężczyzn w roli nauczycieli, tutorów czy mentorów może pełnić ważną funkcję społeczną i psychologiczną, pomagając chłopcom zbudować pozytywną relację ze szkołą i nauką.

 

>Równość szans nie polega na jednakowym traktowaniu, lecz na dostrzeganiu realnych potrzeb i barier. Celem jest szkoła, która wspiera wszystkich uczniów – niezależnie od płci, temperamentu czy stylu uczenia się.

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/NIEdlachaosuwszkole/

 

 

Post ten jest skrótem obszernego tekstu Katarzyny Mazur, zamieszczonego 25 lipca na portalu „Strefa Edukacji”:

 

Luka edukacyjna chłopców jest coraz większa. Nowacka przyznaje, że widać ją wyraźnie”  –  TUTAJ

 



Oto tekst, zamieszczony rzez kolegę Jarosława Pytlaka na jego blogu, w dniu ogłoszenia przez premiera składu zreorganizowanego rządu:

 

 

Win win Barbary Nowackiej

 

Muszę przyznać samokrytycznie, że moje prognozy w dziedzinie polityki nie grzeszą trafnością. Półtora roku temu byłem przekonany, że nowa władza odmieni oblicze polskiej edukacji, a teraz pozostało mi już tylko poczucie zawodu. Po kilku udanych ruchach na początku (podwyżka płac nauczycieli, wymiana kuratorów), obecnie mam wrażenie deja vu, tylko z odmiennym zwrotem ideologicznym. Owszem, jest więcej uśmiechu i padają piękne deklaracje, ale brakuje konkretnych działań, wychodzących naprzeciw największym bolączkom systemu. W zamian oferuje się nam reformę programową, po której – jeśli wierzyć ministrze Nowackiej – wszyscy: uczniowie, rodzice, nauczyciele, pokochają szkołę i będą szczęśliwi. Taki ma być skutek precyzyjnego zaprojektowania profilu absolwenta dla kolejnych etapów edukacji oraz wyposażenia nauczycieli w doskonałe podstawy programowe, metody nauczania i nowoczesne narzędzia pomiaru.

 

Niestety, ta wizja do mnie nie przemawia. Dużo jest w niej „czucia i wiary” czołowych reformatorów, luźno związanych z praktyką szkolną, za to mało konkretnych podstaw naukowych dla przygotowywanych nowinek. Na to nakłada się jeszcze brak nadziei na znaczące nakłady finansowe, a są one po prostu niezbędne, jeśli chce się wprowadzić zmiany na skalę systemową. W świetle tego optymistyczna narracja ministry jest po prostu kartką wyjętą z elementarza populizmu.

 

Na podstawie tych obserwacji z dużą dozą pewności prognozowałem dymisję Barbary Nowackiej. No i ponownie nie sprawdziło się. Teraz próbuję dojść do tego, dlaczego się pomyliłem. Jeden błąd dostrzegam w założeniu – ja po prostu cały czas myślę, że edukacja jest najważniejsza na świecie i musi stanowić „oczko w głowie” władzy państwowej. Nie musi i najwyższa pora, żebym to zrozumiał! Edukacja jest mało atrakcyjna dla polityków, (pozornie) nie przekłada się na gospodarcze wskaźniki, wymaga długiej perspektywy czasowej w planowaniu i wdrażaniu. Ma ogromną bezwładność, a przez swoją złożoność jest też niewdzięcznym obiektem do zarządzania. A że politycy każdą swoją aktywność traktują jako kolejny krok w karierze – z racji tych swoich cech stanowi marną trampolinę do bardziej prestiżowych funkcji.

   

Gdyby była jakaś szansa na zmianę kursu, powiązaną z niezbędnym dosypaniem grosza, być może Donald Tusk postawiłby na nową osobę. Że takiego zwrotu najwyraźniej nie przewidziano, pozostawienie ministry Nowackiej na stanowisku było rozwiązaniem oczywistym. Widzę to dopiero po fakcie, ale człowiek uczy się przez całe życie…

 

Mamy teraz dwa możliwe scenariusze. W pierwszym nowelizacja ustawy wprowadzająca reformę zostaje uchwalona w parlamencie (to można przyjąć za pewnik), a następnie uzyskuje podpis prezydenta. IBE realizuje dalej swoje zadanie i pomimo napiętego kalendarza reforma programowa rusza zgodnie z planem w roku 2026. Jej skutki objawią się w bezpiecznej politycznie perspektywie kilku lat, a nazwisko pani Nowackiej zostanie połączone z kolejną zmianą w edukacji, analogicznie jak stało się to w przypadku Anny Zalewskiej. Miejsce w historii zapewnione, o kontrowersjach z czasem wszyscy zapomną. Win.

 

W drugim scenariuszu prezydent wetuje rzeczoną ustawę, stawiając w ten sposób tamę szkodliwym zdaniem prawicy działaniom ministry. Zostajemy z nowymi podstawami programowymi jak Himilsbach z angielskim, ale… Barbara Nowacka może spokojnie podjąć narrację, że tylko obstrukcja ze strony prezydenta przeszkodziła jej w dokonaniu epokowej zmiany. Ponownie win.

 

Tak sobie tłumaczę przyczyny pozostawienia na stanowiskach dotychczasowego kierownictwa MEN. Politycy, jak widać, sobie poradzą. Osobiście zyskałem pewność, że żaden wybór polityczny nie rokuje nadania narodowej edukacji priorytetu, na który zasługuje. Tylko młodych, którzy są przyszłością narodu, trochę szkoda…

 

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/w



Wczoraj portal „Strefa Edukacji” zamieścił wart odnotowania tekst Katarzyny Mazur, zatytułowany „Najlepsze i najgorsze szkoły. Nie dajmy się zwieść rankingom maturalnym”.  W czasie, gdy w instytucjach oświatowych niewiele się dzieje warto wrócić do naprawdę ważnych tematów,  które poprzednio nie miały szans na przebicie się.  Oto wybrane (subiektywnie) fragmenty tego tekstu:

 

 

Przyjmują orłów i szczycą się wynikami matury. Rankingi szkół oparte o wyniki matury, w tym wyłanianie elitarnych liceów i wskazywanie najsłabszych szkół w rejonie, budzą zastrzeżenia natury etycznej. Łatwo przykleić łatkę, a wiadomo, że średni wynik, nie pokazuje ani pracy, ani zaniedbań, które za nią stoją. Wiele zależy przecież od tego, z jakimi umiejętnościami uczniowie przychodzą do danej placówki. Dlatego metoda edukacyjnej wartości dodanej (EWD) pomaga ułatwić ocenę rzeczywistego wkładu szkoły w rozwój ucznia – niezależnie od jego punktu startowego. […]

 

Czym właściwie jest EWD? Porównywanie szkół tylko po wynikach to za mało

 

EWD (edukacyjna wartość dodana) to narzędzie statystyczne, które umożliwia oszacowanie postępu uczniów na danym etapie edukacji. W odróżnieniu od prostego porównywania wyników egzaminacyjnych, EWD uwzględnia, jakie były wcześniejsze osiągnięcia uczniów. Innymi słowy – nie chodzi tylko o to, jaki wynik ktoś uzyskał na maturze, ale o to, jak duży krok zrobił między egzaminem ósmoklasisty a maturą.

 

Taka perspektywa pozwala trafniej odpowiedzieć na pytanie: jak szkoła wspiera uczniów w rozwoju, niezależnie od ich wyjściowego potencjału.

 

Średnie wyniki matur czy egzaminów ósmoklasisty bywają mylące. Wysoka średnia w jednej szkole może być efektem selekcji – przyjmowania uczniów z najlepszymi wynikami na wejściu. Inna szkoła, pracując z uczniami o niższych początkowych osiągnięciach, może osiągać niższe wyniki końcowe – mimo dobrze prowadzonego procesu dydaktycznego. EWD pozwala uwzględnić te różnice i rzetelniej ocenić skuteczność pracy szkoły. […]

 

Wskaźniki EWD są informacją zwrotną, nie oceną. Nie służą do porządkowania szkół w rankingi ani do rozliczania pojedynczych nauczycieli. Raczej – do refleksji nad tym, na ile szkoła wykorzystuje potencjał swoich uczniów.

 

Dla dyrektorów EWD może być narzędziem wspierającym planowanie rozwoju szkoły. Dla samorządów – źródłem danych do analiz lokalnych polityk edukacyjnych. Dla uczniów i rodziców – sposobem na bardziej świadomy wybór szkoły, oparty nie tylko na prestiżu czy średnich wynikach.

 

Jak sprawdzić wskaźnik EWD swojej szkoły?

 

Metoda edukacyjnej wartości dodanej (EWD) pozwala ocenić, czy uczniowie osiągnęli na egzaminie końcowym wyniki lepsze, czy gorsze, niż można było się spodziewać na podstawie ich wcześniejszych osiągnięć (np. z egzaminu ósmoklasisty). To narzędzie dostępne jest publicznie – każdy może z niego skorzystać w serwisie prowadzonym przez zespół badaczy przy Instytucie Badań Edukacyjnych.

 

 

W TYM MIEJSCU ZACZYNA SIĘ NAJBARDZIEJ DYSKUSYJNA CZĘŚĆ TEGO TEKSTU:

 

 

Na stronie znajdziesz*:

 

>wyszukiwarkę szkół – wystarczy wpisać nazwę miejscowości, typ szkoły i nazwę placówki,

 

>wyniki EWD dla liceów i techników, osobno dla wybranych przedmiotów (np. język polski, matematyka, język angielski),

 

>czytelny wykres, który pokazuje, czy szkoła „dodała wartość” – czyli przyczyniła się do postępu uczniów.

 

Po wybraniu szkoły zobaczysz wykres z dwiema osiami. Oś pozioma to średni wynik matury z danego przedmiotu, oś pionowa to wartość EWD – czyli czy uczniowie osiągnęli wynik lepszy (dodatnia wartość) czy gorszy (ujemna wartość), niż się spodziewano na podstawie wcześniejszych egzaminów.

Punkt szkoły pokazuje jej pozycję na tle innych. Możesz też pobrać szczegółowy raport w formacie PDF.

 

Dla dyrektora EWD może pomóc w analizie, które przedmioty wymagają wsparcia, a gdzie szkoła działa. […]

 

 

 

Źródło: www.strefaedukacji.pl

 

 

*Problem polega na tym, że po kliknięciu w link otwierający serwis prowadzonym przez zespół badaczy przy Instytucie Badań Edukacyjnych, ukazuje się tekst, który przede wszystkim informuje o sytuacji w okresie istnienia gimnazjów i szkół ponadgimnazjalnych, czyli głównie wg stanu na 2020 rok. Wpisując dane konkretnej szkoły najczęściej  otrzymujesz informację, ze brak danych. A jeżeli nawet wykresy ukaż się, to nie tak prosto zinterpretować nieprzygotowanemu do tego rodzicowi ukazujący się tam wykres, który ilustruje wskaźnik EWD dla konkretnej szkoły ponadpodstawowej. Zobaczcie sami

TUTAJ.

 

Przykład:

 

 

Źródło: www.ewd.edu.pl/wskazniki/matura/wykres-szkoly/?id=80873

 



Dzisiaj proponujemy lekturę krótkiego i zawsze aktualnego, a przy tym  treściwego tekstu, zamieszczonego na fanpage  grupy „Dealerzy Wiedzy”*:

 

 

Jeszcze o świadectwach – tym razem w Internecie.

 

Mam wrażenie, że w tym roku tych publikacji jest wyjątkowo dużo, a trend podchwytują nawet osoby znane publicznie (patrz link 1). Zrozumiałe jest, że dumni rodzice chcą pochwalić się sukcesami swoich dzieci i samej chęci chwalenia się nie potępiam (nie jestem aż takim radykałem, żeby atakować każdego rodzica, który rąbek świadectwa ujawni po 27 czerwca). Gorzej, jeśli do social mediów trafia cała pierwsza strona świadectwa – tam jest dokładna nazwa szkoły oraz data urodzenia dziecka. Niby niewiele, ale spróbujcie sobie wyobrazić, jak może zostać uśpiona/osłabiona czujność dziecka, jeśli pod szkołą po lekcjach zaczepi je nieznajomy wręczając niespodziewanie prezent w dniu urodzin… a w razie podejrzliwości doda parę pochwał na temat świetnej nauki w poprzednim roku albo wspomni, że zna jego wychowawcę i wymieni go z imienia i nazwiska (to jest na drugiej stronie świadectwa).

 

Jeśli już musicie się pochwalić sukcesami dzieci, anonimizujcie ich dane, proszę. My ich uczymy na co dzień, że to kwestia ich bezpieczeństwa, więc im mniej konkretnych danych osobowych podają w sieci, tym lepiej, najtęższe głowy prowadzą świetne kampanie w tym temacie (patrz link 2), więc i Wy pokażcie im, jak (i że w ogóle) się to stosuje w praktyce.

 

 

1.Przekonajcie np. Posła Tomasz Trela, że nie daje dobrego przykładu swoim wpisem na FB  –  TUTAJ

 

 

2.Jak zawsze mądrego dobrze posłuchać – więc posłuchajcie długiej rozmowy Joanna Ćwiek-Świdecka z Konrad Ciesiołkiewicz właśnie na temat publikacji wizerunku dziecka w Internecie  –  TUTAJ

 

 

3.W tym świetle za jeszcze bardziej zasadny uważam pomysł odejścia od wręczania świadectw promocyjnych, o którym pisałem  –  TUTAJ

 

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/DealerzyWiedzy/

 

 

*Robert Górniak, nauczyciel j. angielskiego i wicedyrektor Zespołu Szkół Prywatnych „Twoja Przyszłość” w Sosnowcu, prowadzący serwis „Dealerzy Wiedzy”

 



Oto tekst znanej już nam dobrze Zyty Czechowskiej, zamieszczony wczoraj na portalu „Edunews”:

 

 

                                  Indywidualizacja w szkole i przedszkolu jest możliwa, jeśli tego chcemy

 

 

Obraz, którego autorką jest Lisa Aisato mówi więcej niż tysiąc słów. Mówi o tym, jak bardzo chcemy mierzyć wszystkich jedną miarą. Jak bardzo lubimy porządek, ujednolicenie, równiutkie rzędy, łatwe odpowiedzi. A przecież dzieci to nie są cegły w murze. Każde z nich jest inne – z inną wrażliwością, innym tempem rozwoju, innym pomysłem na siebie. A indywidualizacja? To nie slogan z podstawy programowej. To trudna, wymagająca sztuka – ale jedyna droga, by naprawdę zobaczyć dziecko.

 

Czy indywidualizacja w szkole i przedszkolu jest możliwa?

 

Może nie zawsze, nie w pełni, nie od razu. Ale czy to znaczy, że mamy przestać próbować?

 

Indywidualizacja to nie znaczy „specjalne traktowanie” czy „nierealne wymagania”. To znaczy: dostrzeżenie drugiego człowieka w dziecku. Jego tempa, jego stylu uczenia się, jego mocnych i słabych stron. To gotowość do zadania sobie pytania: czego naprawdę potrzebuje to dziecko, tu i teraz?

 

To uważność, że nie każdy potrzebuje tego samego, żeby się rozwijać. Że jedno dziecko zbuduje wieżę – wysoką, spektakularną – bo ma ku temu potencjał. A drugie z tych samych klocków zbuduje zamek. I to też będzie wartość.

 

Ale co, jeśli nikt tego zamku nie zauważy?

 

Dlaczego tak trudno nam indywidualizować?

 

Bo system jest stworzony pod przeciętność, nie pod wyjątkowość.

 

Bo mamy gotowe szablony, arkusze, wymagania – a nie mamy przestrzeni na refleksję.

 

Bo czasami łatwiej dopasować dziecko do tabelki niż tabelkę do dziecka.

 

Bo nikt nas nie nauczył, jak różnicować, jak planować, jak oceniać sprawiedliwie, ale nie jednakowo.

 

Bo się boimy – że nie zdążymy, że nie podołamy, że to za trudne.

 

Bo mamy przeładowane treściami podstawy programowe.

 

Bo mamy zbyt liczne klasy, w który wiele dzieci potrzebuje dostosowań, a to kolejne wyzwanie.

 

Ale co, jeśli właśnie na tym polega nasza praca?

 

Nie tylko uczyć, ale towarzyszyć.

 

Nie tylko wymagać, ale inspirować.

 

Nie tylko mierzyć, ale zachwycić się.

 

Zmieńmy punkt widzenia

 

Nie każdy musi być w czymś najlepszy, ale każdy powinien dostać szansę, by być sobą.

 

Nie oceniajmy dzieci wyłącznie według jednej miary. Zamiast tego – pytajmy: co cię interesuje? czego potrzebujesz? co chcesz zbudować z tych klocków, które masz?

 

Nie bójmy się różnicować – w zadaniach, w formach, w tempie, w sposobie pracy. Bo równe nie znaczy takie samo.

 

Twórzmy warunki, by rozwijało się nie tylko to dziecko zdolne, ale też to nieśmiałe, to pogubione, to z trudnościami. One wszystkie są warte naszego czasu.

 

Na koniec: indywidualizacja to nie wielkie słowa. To codzienne, drobne wybory nauczyciela, które pokazują dziecku: jesteś ważne. Widzę cię. Wierzę w ciebie.

 

Nie pozwólmy, by jakikolwiek zamek zbudowany z pasji, zapału i marzeń – został zignorowany tylko dlatego, że nie był wystarczająco „wysoki”. Bo może to właśnie on okaże się najpiękniejszy.

 

 

 

Źródło: www.edunews.pl