Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'

Wczoraj na stronie „Gazety Prawnej” zamieszczony został tekst Artura Radwana, w którym jego autor zawarł informacje o reakcji dyrektorów szkół na projekt zmian w Prawie oświatowym. Oto jego fragmenty i link do pełnej wersji:

 

 

Dyrektorzy mówią „nie” radom szkół, które będą mogły opiniować nauczycieli, i rzecznikowi praw ucznia

 

[…]

 

Zakończyły się konsultacje kolejnego projektu nowelizacji Prawa oświatowego (t.j. Dz.U. z 2024 r. poz. 737 ze zm.) przygotowanego przez resort edukacji. Na nowelizacji suchej nitki nie zostawili dyrektorzy szkół. Krytycznie do zaproponowanych rozwiązań odniosły się też organizacje związkowe. Stowarzyszenia rodziców popierają zaproponowane rozwiązania, ale pod warunkiem, że ich wpływ na szkoły będzie realny, a nie fasadowy. [[…]

Duży opór dyrektorów budzi zaproponowany w ustawie katalog praw i obowiązków uczniów. Dyrektorzy uważają, że ta zmiana doprowadzi do centralizacji zarządzania placówkami oświatowymi. Jako przykład nadmiernej regulacji wskazują rozwiązanie, zgodnie z którym szkoła może ograniczyć do trzech miesięcy udział ukaranego ucznia w wydarzeniach szkolnych, w tym sportowych. […]

 

Nie wszyscy jednak krytycznie podchodzą do tego rozwiązania. – Pozytywnie oceniamy ustalenie katalogu praw i obowiązków na poziomie ustawy. W projekcie powinny być też wskazane obowiązki wychowawcze rodziców, bo w przypadku niepełnoletnich uczniów to oni odpowiadają za wychowanie i realizację obowiązku szkolnegomówi Sławomir Wittkowicz, członek prezydium Forum Związków Zawodowych, przewodniczący WZZ „Forum-Oświata”.

 

MEN proponuje, by instytucja rzecznika praw ucznia powstała na poziomie krajowym, wojewódzkim i szkolnym. Ma jednak na to tylko częściową zgodę dyrektorów, którzy nie mają nic przeciw rzecznikom krajowym i wojewódzkim, ale w swoich szkołach taką funkcję widzą niechętnie. Ich zdaniem niezależność i obiektywizm szkolnego rzecznika będą wątpliwe, jeśli jego przełożonym ma być dyrektor szkoły, a przedmiotem oceny – zastrzeżenia wobec koleżanek i kolegów z jednego zespołu nauczycielskiego. – Protestujemy zwłaszcza przeciwko wyposażeniu rzecznika w uprawnienia związane z postępowaniami dyscyplinarnymi nauczycieli – już teraz występują problemy z antynauczycielską postawą rzecznika praw dziecka – dodaje Sławomir Wittkowicz. Dodatkowo pojawia się pytanie o zasadność rzecznika w małej szkole, w której problemy są wyjaśniane na bieżąco. […]

 

MEN chce doprowadzić do większego uspołecznienia systemu oświaty. Projekt przewiduje obowiązek tworzenia w każdej placówce rady szkoły – gremium składającego się w równej liczbie z nauczycieli, rodziców i uczniów. Obecnie jest taka możliwość, ale niewiele placówek z niej korzysta. Rada miałaby uprawnienia m.in. do uchwalania statutu szkoły, opiniowania planu jej pracy oraz występowania z wnioskami do dyrektora, rady pedagogicznej, organu prowadzącego szkołę oraz do wojewódzkiej rady oświatowej, w szczególności w sprawach organizacji zajęć. Wskutek proponowanych zmian rada szkoły będzie miała kompetencje do opiniowania nauczycieli, a przecież rodzice i uczniowie często nie mają odpowiedniej wiedzy i kwalifikacji do tegoobawia się Krzysztof Baszczyński ze Związku Nauczycielstwa Polskiego. Dodaje, że już 25 lat temu próbowano wpisać do prawa oświatowego obligatoryjne rady szkoły, których się nie udało powołać.

 

Sceptycy uważają, że rola rodziców we wspieraniu szkół po znowelizowaniu przepisów wcale nie wzrośnie. – Tymi zmianami na siłę chce się ich uszczęśliwić. Gdzie tu jest miejsce na autonomię rodziców, uczniów oraz nauczycieli. Jak zaczynałam być dyrektorem, była możliwość tworzenia rad, tylko nie było chętnych do zasiadania w nich. Obawiam się, że obecnie mogłoby być podobniemówi Izabela Leśniewska, prezes OSKKO. [….]

 

Zupełnie inaczej zapatrują się na to stowarzyszenia rodziców. – Bez przygotowania szkół takie rady nie zadziałają. Aby je wprowadzić, trzeba dać większą autonomię szkole i rodzicom, a następnie je budować, co nie jest takie łatwe i oczywiste – mówi Elżbieta Piotrowska-Gromniak, prezes Stowarzyszenia Rodzice w Edukacji. Dodaje, że odbiera wiele telefonów od rad rodziców, którzy się żalą, że są bojkotowani i niewiele mogą zdziałać.

 

 

 

Cały tekst „Dyrektorzy mówią „nie” radom szkół, które będą mogły opiniować nauczycieli, i rzecznikowi praw ucznia”  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.serwisy.gazetaprawna.pl/

 



Dzisiaj rano, na portalu „Strefa Edukacji” zamieszczono tekst Magdaleny Konczal, w którym autorka dokonała syntezy aktualnej sytuacji, w jakiej znajdują się dyrektorzy szkół i nauczyciela na nieco ponad  trzy tygodnie przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego. Oto jego obszerne fragmenty i link do pełnej wersji:

 

 

Likwidacja godzin czarnkowych pod znakiem zapytania. A to dopiero początek chaosu

 

Na niespełna miesiąc przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego dyrektorzy szkół i nauczyciele wciąż nie wiedzą, jak będą wyglądały podstawowe zasady organizacji pracy. Brakuje podpisów pod kluczowymi rozporządzeniami, a część regulacji wprowadzana jest w środku wakacji – bez szansy na spokojne wdrożenie. W centrum tego chaosu znalazły się również tzw. godziny czarnkowe, które miały zniknąć. Ale nie wiadomo, czy tak się stanie. Potrzebny jest jeszcze podpis prezydenta. […]

 

Jak alarmują szefowie placówek oświatowych, sytuacja przed nowym rokiem szkolnym jest wyjątkowo trudna. – Wciąż mamy wiele projektów rozporządzeń i ustaw czekających na podpis prezydentazwraca uwagę Marek Pleśniar z OSKKO w Dzienniku Gazecie Prawnej. Bez nich nie można legalnie planować szkoleń, układać planów zajęć ani wdrażać zmian w programach. Jedną z najbardziej oczekiwanych decyzji jest likwidacja obowiązkowych godzin konsultacyjnych, zwanych potocznie „czarnkowymi”. Obowiązek organizowania jednej godziny tygodniowo na spotkania z rodzicami i uczniami od początku budził sprzeciw nauczycieli – i to niemal jednogłośnie.

 

Z danych ZNP wynika, że aż 96 proc. pedagogów opowiada się za rezygnacją z tego rozwiązania. Spotkań jest mnóstwo, ale odbywają się wtedy, gdy rzeczywiście są potrzebne – przyznaje jedna z nauczycielek. – Ta godzina to sztuczny twór. Ale likwidacja tzw. godzin czarnkowych czeka jeszcze na podpis prezydenta. Czy Karol Nawrocki się na to zdecyduje?

 

Niepewność potęgują zmiany w podstawach programowych i planowana reforma edukacji. Ministerstwo organizuje konsultacje w samym środku sezonu urlopowego, co wielu nauczycieli odbiera jako brak szacunku dla ich pracy i prawa do wypoczynku. – Czuję, że wymusza się na nas gotowość do działania przez cały rokmówi Magdalenie Ignaciuk jedna z nauczycielek.To nie jest w porządku. Reforma ma być „dla nauczycieli i z nauczycielami”, ale większość z nas nawet nie ma możliwości w niej uczestniczyć, bo właśnie odpoczywamy po bardzo trudnym roku.

 

Lipcowe i sierpniowe konsultacje zbiegają się z okresem rekrutacji, egzaminów poprawkowych i rad pedagogicznych. Na spokojny urlop często brakuje miejsca. […]

 

Nowy rok szkolny 2025/2026 może rozpocząć się w atmosferze zamieszania, niepewności i poczucia braku kontroli nad rzeczywistością edukacyjną.

 

 

Cały tekst „Likwidacja godzin czarnkowych pod znakiem zapytania. A to dopiero początek chaosu”  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.strefaedukacji.pl

 

 

 



Foto: www.be.edu.pl/

 

Tekst, którego obszerne  fragmenty zamieszczamy poniżej, został dzisiaj opublikowany na stronie tygodnika „Newsweek”. Jednak z powodu konieczności wykupienia dostępu do jego treści, odsyłamy linkim do jego pełnej wersji na stronę portalu „Onet”. Autorką tej publikacji jest znana nam jeszcze z czasu, gdy była dziennikarką „Gazety Wyborczej” Aleksandra Pezda. Zapraszamy do lektury:

 

 

Awantura o nową listę lektur. MEN wypiera się pracy własnych ekspertów

 

[…]

 

Wakacje w pełni, ale to nie przeszkoda, żeby się awanturować o lektury szkolne. Poloniści zatrudnieni przez MEN postanowili zostawić wolną rękę w wyborze książek nauczycielom i uczniom. Na prawicy zawrzało, że będzie „odmóżdżanie”. Zaatakowany rząd Donalda Tuska odciął się od własnego projektu. A MEN ze strachu przed polityczną awanturą – wypiera się własnej pracy.

 

Nowa lista lektur to „systemowe odmóżdżanie”?

 

Chodzi o nową podstawę programową, która ma wejść do szkół podstawowych od września 2026 r. (najpierw w klasach 1-4). Ma obowiązywać każdego nauczyciela, w każdej szkole w kraju. Dotyczy też naturalnie języka polskiego, w tym – kanonu lektur. Tym razem eksperci MEN naprawdę postanowili zrobić rewolucję. To nauczyciele, wspólnie z uczniami, mieliby sami wybierać, co będą czytać. Z grubsza – bo nawet reformatorzy zostawili wyjątki. Ale o tym za chwilę.

 

W żadnym innym kraju lista lektur nie urasta do rangi kryzysu państwowego. Ale u nas? Nic bardziej nie rozgrzewa polskich polityków jak kanon literatury narodowej. Szkoda tylko, że politycy jak dzieci. Czytają tylko tytuły.

 

I tak – szefowa zespołu pracującego nad nową podstawą programową z języka polskiego, dr Kinga Białek, pochwaliła się w środę „Gazecie Wyborczej”. Mariusz Błaszczak musiał czytać do śniadania, bo już przed godz. 10 ubolewał na platformie X, że „To będzie to krok w stronę społeczeństwa, które czyta coraz mniej, rozumie coraz mniej i daje się prowadzić byle sloganom. A może o to chodzi Platformie Obywatelskiej?”. Natychmiast po nim przyłożył Mateusz Morawiecki: „Wiele można wybaczyć lekkomyślnym politykom, ale tego systemowego odmóżdżania, które chce zafundować młodym Polakom Barbara Nowacka, wybaczyć nie można grzmiał były premier.

 

Do obiadu była już gotowa replika rzecznika rządu Donalda Tuska:Kanon lektur pozostaje bez zmian. Ministerstwo edukacji nie wykreśla żadnych tytułów z listy lektur” – napisał Adam Szłapka.

 

Reakcja ministra edukacji Barbary Nowackiej była wobec tego do przewidzenia: Co się zmienia w kanonie lektur? Nic” – napisała po rzeczniku na platformie X. I odcięła się od własnych ekspertów: „Propozycje ekspertów, nawet te najbardziej emocjonujące, pozostają propozycjami ekspertów, a nie działaniem MEN– napisała. […]

 

Od środy MEN tłumaczy się z cięć w lekturach na wszelkie sposoby. W przekazanym PAP stanowisku czytamy: „Nie jest prawdą, że eksperci wśród swoich recenzowanych propozycji postulują likwidację obowiązkowości lektur lub całych list lektur, włącznie z kanonem polskiej literatury (…) Eksperci (…) wskazują na konieczność obowiązkowych pozycji i tekstów – w tym fragmentów Biblii, wybranych mitów greckich (…) . Ponadto każdy uczeń musiałby poznawać klasyków polskiej literatury”.

 

W Radiu TOK FM wiceministra edukacji Katarzyna Lubnauer również zapewniała, że MEN nie wprowadziło żadnych zmian na liście lektur. Przyznała jednak, że nad zmianami pracują zespoły ekspertów. „Te propozycje nawet do nas jeszcze nie trafiły” – mówiła. Jednak już w następnym zdaniu – odpowiadając na pytanie prowadzącej – wymieniała szczegóły propozycji i ich broniła. „Zależy nam, aby młodzi ludzie czerpali nie z bryków, nie ze skrótów tylko z prawdziwych źródeł” – mówiła. „Naszym celem jest wyrobienie nawyku czytania” – podkreślała.

 

Wszyscy komentatorzy odnoszą się do medialnych wypowiedzi dr Białek. Nikt nie cytował projektu. Jeszcze wczoraj, gdy drążyłam w MEN, jaki jest jego status, usłyszałam, że projektu jeszcze nie ma, że dopiero powstaje. W końcu go jednak znalazłam.

 

Prezentacja projektu jest dostępna – całkiem oficjalnie – na stronie Instytutu Badań Edukacyjnych, który nadzoruje prace nad nową podstawą programową. Był już nawet webinar dla nauczycieli, podczas którego autorzy przedstawiali szczegóły propozycji. I – co tu kryć – są w nim założone cięcia na liście lektur.

 

Co zniknie z listy lektur w podstawówce?

 

Poloniści zatrudnieni przez MEN zostawili na liście lektur obowiązkowych w szkole podstawowej tylko kilka pozycji, w tym raptem trzy większe utwory: „Balladynę”, „Kamienie na szaniec” i „Dziady” (do czytania w klasach VII-VIII). Nie licząc drobniejszych tekstów czy fragmentów innych dzieł (np. „Pana Tadeusza”) – ale o tym za chwilę. Z listy obowiązkowej na tym etapie edukacji wypadną w gruncie rzeczy tylko: „Zemsta”, „Mały książę” i „Opowieść wigilijna”.

 

Z kolei w klasach IV-VI zniknie lista obowiązkowa, na której były: „Akademia Pana Kleksa”, „Kajko i Kokosz”, „Opowieści z Narnii”, „Chłopcy z Placu Broni” i „Hobbit”, a z mniejszych form: „Mikołajek”. Znikną – bo na tym etapie miałoby nie być w ogóle listy lektur obowiązkowych. Co nie znaczy, że tych książek nadal nie będzie się w szkole czytało.

 

Eksperci zalecili, by na każdym etapie – w klasach IV-VI i VII-VIII – uczniowie czytali co najmniej cztery dłuższe teksty literackie w każdym roku. Co daje w sumie minimum 20 książek przez całą drugą część podstawówki (bez edukacji I-III).

 

To sporo – biorąc pod uwagę nastawienie polskich uczniów do czytania. Według badania PIRLS 2021 (Międzynarodowe badanie osiągnięć czwartoklasistów w czytaniu), emocje polskich uczniów wobec czytania plasują ich na 50 miejscu, wśród rówieśników z 57 krajów.

 

Chcemy przeciwdziałać temu, że dzieci zamiast lektur czytają bryki (…) Ale do tego potrzebna jest rezygnacja z liczby lektur na rzecz jakościowej edukacji czytelniczej– mówiła dr Kinga Białek na stronie IBE.

 

Lista lektur do podstawówki już teraz nie jest obszerna. Wiele tytułów jest właśnie na liście do wyboru. Czy w nowej podstawie też znajdzie się lista lektur do wyboru? – Będzie, ale w odrębnym dokumencie, wraz ze wskazówkami metodycznymiodpowiada mi jedna z osób, które pracowały przy projekcie.

 

Co ciekawe, na odchudzonej liście lektur pozostały pozycje, o które zazwyczaj bije się prawica. Jest „Reduta Ordona”, w której obronie stoczono bitwę już w maju ubiegłego roku. Nadal więc przeciętny polski uczeń będzie w stanie rozpoznać cytat „Nam strzelać nie kazano”. Została też „Śmierć Pułkownika” – jeden z nielicznych przykładów kobiecej bohaterki narodowej. No i zostały „Kamienie na szaniec” – formacyjne teksty, które „każdy Polak znać powinien”. Jest oczywiście „Pan Tadeusz” – choć we fragmentach. I również obowiązkowe fragmenty Biblii.

 

Projekt jest już gotowy. W najbliższych dniach miał zostać poddany tzw. konsultacjom społecznym. Czy tak się stanie? Nie wiadomo – właśnie wybuchła polityczna awantura.[…]

 

Jakie będą dalsze losy projektu? Na razie MEN wypiera się faktów, a podlegający mu IBE na swoich platformach, w osamotnieniu broni MEN-owskich ekspertów.*  „Apelujemy o zaufanie polonistom”pisze dr Białek. I tłumaczy, co stoi za ideą wolnego wyboru lektur: „Dzieci muszą przede wszystkim zrozumieć, że literatura może opowiadać o ich życiu, że książki są blisko nich„.

 

Rozmawiam z dwoma ekspertkami, które pracowały przy projekcie.

 

Czuję się wykorzystana, bo słyszę, że nasza praca nie ma znaczenia, a decyzje i tak są politycznemówi jedna z nich.Za PiS-u przynajmniej było wiadomo, kto jest wrogiem – mówi.

 

Druga podkreśla, że nie chodziło o to, który tytuł jest ważniejszy. – Celem było, aby pozostawić nauczycielom jak najwięcej autonomii a uczniom dać sprawczość. Ścisłego kanonu lektur nie ma w krajach, na których edukacji chcielibyśmy się wzorować, jak np. Finlandia. Zdecydowaliśmy w końcu, żeby kilka kanonicznych tekstów i tylko z literatury polskiej zostawić. A to i tak nie wystarczyło – mówi rozgoryczona.

 

Nad nową podstawą programową do szkoły podstawowej pracuje powołany przez MEN zespół 200 ekspertów i praktyków, zebranych w 22 zespołach przedmiotowych. Za całość odpowiada ministerialny Instytut Badań Edukacyjnych. MEN reformą się chwali, na stronie ministerstwa jest dedykowana jej zakładka, z przesłaniem: „Wyniki międzynarodowych badań wskazują, że w ostatnich latach polska szkoła znalazła się w poważnym kryzysie, dlatego potrzebne są mądre i odpowiedzialne działania naprawcze„. Według MEN, dzięki tej reformie, „absolwenci polskich szkół będą przygotowani do życia w zmieniającym się świecie”. Finalne wersje 22 projektów przedmiotowych mają być opublikowane we wrześniu tego roku. […]

 

 

 

Cały tekst „Awantura o nową listę lektur. MEN wypiera się pracy własnych ekspertów”  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.onet.pl/informacje/newsweek/

 

 

 

*Zamieszczony 30 lipca na stronie IBE tekst, zatytułowany „Nowa podstawa programowa z języka polskiego: dzieci mają czytać chętniej”  –  TUTAJ

 

 

 



Nawiązując do treści pierwszej części niedzielnego felietonu, w którym redaktor OE napisał, że „ nie tylko w sporcie, także w osiąganiu sukcesów w poszczególnych dyscyplinach naukowych (przedmiotach szkolnych) płeć jest ważnym determinantem potencjalnych możliwości osiągania sukcesów w rywalizacji – na niekorzyść uczennic” uznaliśmy, że należy pokazać problem „płeć a efekty edukacyjne” także i z drugiego punktu widzenia – nie z poziomu olimpiad międzynarodowych a powszechnej, szkolnej codzienności.

 

Zaczniemy od przytoczenia wczorajszego posta na fanpage „Nie dla chaosu w szkole”:

 

 

 

Sporo piszemy o błyskotliwych sukcesach naukowych chłopaków, którzy wracają z międzynarodowych olimpiad z medalami, bo oni stanowią przytłaczająca większość olimpijczyków. Jest jednak i druga strona medalu. Statystycznie chłopcy w polskiej szkole mają gorsze wyniki w nauce, gorzej wypadają na egzaminach, częściej repetują, lub nawet rzucają naukę. Rzadziej podejmują też naukę w szkołach wyższych. Mówi się o rosnącej z roku na rok luce edukacyjnej. Problem dostrzega min. Nowacka. O możliwych drogach zapobiegania nierównościom w szkołach pisze Katarzyna Mazur:

 

>Potrzeba edukacji nauczycieli w zakresie nieświadomych uprzedzeń płciowych – chodzi o uważność na sposób oceniania, formułowania oczekiwań i udzielania informacji zwrotnej.

 

>Równie istotne jest systematyczne monitorowanie danych: analiza wyników i rekrutacji pod kątem dysproporcji płci mogłaby dostarczyć podstaw do działań wyrównawczych już na wczesnych etapach edukacji.

 

>Dużo uwagi poświęca się także czytelnictwu – chłopcy rzadziej sięgają po książki, a szkolne lektury często nie odpowiadają ich zainteresowaniom. W tym kontekście proponuje się dobór materiałów bardziej zróżnicowanych, również pod względem formy i tematyki.

 

 

>Coraz częściej mówi się też o potrzebie wzmacniania pozytywnych wzorców męskości w edukacji – obecność zaangażowanych mężczyzn w roli nauczycieli, tutorów czy mentorów może pełnić ważną funkcję społeczną i psychologiczną, pomagając chłopcom zbudować pozytywną relację ze szkołą i nauką.

 

>Równość szans nie polega na jednakowym traktowaniu, lecz na dostrzeganiu realnych potrzeb i barier. Celem jest szkoła, która wspiera wszystkich uczniów – niezależnie od płci, temperamentu czy stylu uczenia się.

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/NIEdlachaosuwszkole/

 

 

Post ten jest skrótem obszernego tekstu Katarzyny Mazur, zamieszczonego 25 lipca na portalu „Strefa Edukacji”:

 

Luka edukacyjna chłopców jest coraz większa. Nowacka przyznaje, że widać ją wyraźnie”  –  TUTAJ

 



Oto tekst, zamieszczony rzez kolegę Jarosława Pytlaka na jego blogu, w dniu ogłoszenia przez premiera składu zreorganizowanego rządu:

 

 

Win win Barbary Nowackiej

 

Muszę przyznać samokrytycznie, że moje prognozy w dziedzinie polityki nie grzeszą trafnością. Półtora roku temu byłem przekonany, że nowa władza odmieni oblicze polskiej edukacji, a teraz pozostało mi już tylko poczucie zawodu. Po kilku udanych ruchach na początku (podwyżka płac nauczycieli, wymiana kuratorów), obecnie mam wrażenie deja vu, tylko z odmiennym zwrotem ideologicznym. Owszem, jest więcej uśmiechu i padają piękne deklaracje, ale brakuje konkretnych działań, wychodzących naprzeciw największym bolączkom systemu. W zamian oferuje się nam reformę programową, po której – jeśli wierzyć ministrze Nowackiej – wszyscy: uczniowie, rodzice, nauczyciele, pokochają szkołę i będą szczęśliwi. Taki ma być skutek precyzyjnego zaprojektowania profilu absolwenta dla kolejnych etapów edukacji oraz wyposażenia nauczycieli w doskonałe podstawy programowe, metody nauczania i nowoczesne narzędzia pomiaru.

 

Niestety, ta wizja do mnie nie przemawia. Dużo jest w niej „czucia i wiary” czołowych reformatorów, luźno związanych z praktyką szkolną, za to mało konkretnych podstaw naukowych dla przygotowywanych nowinek. Na to nakłada się jeszcze brak nadziei na znaczące nakłady finansowe, a są one po prostu niezbędne, jeśli chce się wprowadzić zmiany na skalę systemową. W świetle tego optymistyczna narracja ministry jest po prostu kartką wyjętą z elementarza populizmu.

 

Na podstawie tych obserwacji z dużą dozą pewności prognozowałem dymisję Barbary Nowackiej. No i ponownie nie sprawdziło się. Teraz próbuję dojść do tego, dlaczego się pomyliłem. Jeden błąd dostrzegam w założeniu – ja po prostu cały czas myślę, że edukacja jest najważniejsza na świecie i musi stanowić „oczko w głowie” władzy państwowej. Nie musi i najwyższa pora, żebym to zrozumiał! Edukacja jest mało atrakcyjna dla polityków, (pozornie) nie przekłada się na gospodarcze wskaźniki, wymaga długiej perspektywy czasowej w planowaniu i wdrażaniu. Ma ogromną bezwładność, a przez swoją złożoność jest też niewdzięcznym obiektem do zarządzania. A że politycy każdą swoją aktywność traktują jako kolejny krok w karierze – z racji tych swoich cech stanowi marną trampolinę do bardziej prestiżowych funkcji.

   

Gdyby była jakaś szansa na zmianę kursu, powiązaną z niezbędnym dosypaniem grosza, być może Donald Tusk postawiłby na nową osobę. Że takiego zwrotu najwyraźniej nie przewidziano, pozostawienie ministry Nowackiej na stanowisku było rozwiązaniem oczywistym. Widzę to dopiero po fakcie, ale człowiek uczy się przez całe życie…

 

Mamy teraz dwa możliwe scenariusze. W pierwszym nowelizacja ustawy wprowadzająca reformę zostaje uchwalona w parlamencie (to można przyjąć za pewnik), a następnie uzyskuje podpis prezydenta. IBE realizuje dalej swoje zadanie i pomimo napiętego kalendarza reforma programowa rusza zgodnie z planem w roku 2026. Jej skutki objawią się w bezpiecznej politycznie perspektywie kilku lat, a nazwisko pani Nowackiej zostanie połączone z kolejną zmianą w edukacji, analogicznie jak stało się to w przypadku Anny Zalewskiej. Miejsce w historii zapewnione, o kontrowersjach z czasem wszyscy zapomną. Win.

 

W drugim scenariuszu prezydent wetuje rzeczoną ustawę, stawiając w ten sposób tamę szkodliwym zdaniem prawicy działaniom ministry. Zostajemy z nowymi podstawami programowymi jak Himilsbach z angielskim, ale… Barbara Nowacka może spokojnie podjąć narrację, że tylko obstrukcja ze strony prezydenta przeszkodziła jej w dokonaniu epokowej zmiany. Ponownie win.

 

Tak sobie tłumaczę przyczyny pozostawienia na stanowiskach dotychczasowego kierownictwa MEN. Politycy, jak widać, sobie poradzą. Osobiście zyskałem pewność, że żaden wybór polityczny nie rokuje nadania narodowej edukacji priorytetu, na który zasługuje. Tylko młodych, którzy są przyszłością narodu, trochę szkoda…

 

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/w



Wczoraj portal „Strefa Edukacji” zamieścił wart odnotowania tekst Katarzyny Mazur, zatytułowany „Najlepsze i najgorsze szkoły. Nie dajmy się zwieść rankingom maturalnym”.  W czasie, gdy w instytucjach oświatowych niewiele się dzieje warto wrócić do naprawdę ważnych tematów,  które poprzednio nie miały szans na przebicie się.  Oto wybrane (subiektywnie) fragmenty tego tekstu:

 

 

Przyjmują orłów i szczycą się wynikami matury. Rankingi szkół oparte o wyniki matury, w tym wyłanianie elitarnych liceów i wskazywanie najsłabszych szkół w rejonie, budzą zastrzeżenia natury etycznej. Łatwo przykleić łatkę, a wiadomo, że średni wynik, nie pokazuje ani pracy, ani zaniedbań, które za nią stoją. Wiele zależy przecież od tego, z jakimi umiejętnościami uczniowie przychodzą do danej placówki. Dlatego metoda edukacyjnej wartości dodanej (EWD) pomaga ułatwić ocenę rzeczywistego wkładu szkoły w rozwój ucznia – niezależnie od jego punktu startowego. […]

 

Czym właściwie jest EWD? Porównywanie szkół tylko po wynikach to za mało

 

EWD (edukacyjna wartość dodana) to narzędzie statystyczne, które umożliwia oszacowanie postępu uczniów na danym etapie edukacji. W odróżnieniu od prostego porównywania wyników egzaminacyjnych, EWD uwzględnia, jakie były wcześniejsze osiągnięcia uczniów. Innymi słowy – nie chodzi tylko o to, jaki wynik ktoś uzyskał na maturze, ale o to, jak duży krok zrobił między egzaminem ósmoklasisty a maturą.

 

Taka perspektywa pozwala trafniej odpowiedzieć na pytanie: jak szkoła wspiera uczniów w rozwoju, niezależnie od ich wyjściowego potencjału.

 

Średnie wyniki matur czy egzaminów ósmoklasisty bywają mylące. Wysoka średnia w jednej szkole może być efektem selekcji – przyjmowania uczniów z najlepszymi wynikami na wejściu. Inna szkoła, pracując z uczniami o niższych początkowych osiągnięciach, może osiągać niższe wyniki końcowe – mimo dobrze prowadzonego procesu dydaktycznego. EWD pozwala uwzględnić te różnice i rzetelniej ocenić skuteczność pracy szkoły. […]

 

Wskaźniki EWD są informacją zwrotną, nie oceną. Nie służą do porządkowania szkół w rankingi ani do rozliczania pojedynczych nauczycieli. Raczej – do refleksji nad tym, na ile szkoła wykorzystuje potencjał swoich uczniów.

 

Dla dyrektorów EWD może być narzędziem wspierającym planowanie rozwoju szkoły. Dla samorządów – źródłem danych do analiz lokalnych polityk edukacyjnych. Dla uczniów i rodziców – sposobem na bardziej świadomy wybór szkoły, oparty nie tylko na prestiżu czy średnich wynikach.

 

Jak sprawdzić wskaźnik EWD swojej szkoły?

 

Metoda edukacyjnej wartości dodanej (EWD) pozwala ocenić, czy uczniowie osiągnęli na egzaminie końcowym wyniki lepsze, czy gorsze, niż można było się spodziewać na podstawie ich wcześniejszych osiągnięć (np. z egzaminu ósmoklasisty). To narzędzie dostępne jest publicznie – każdy może z niego skorzystać w serwisie prowadzonym przez zespół badaczy przy Instytucie Badań Edukacyjnych.

 

 

W TYM MIEJSCU ZACZYNA SIĘ NAJBARDZIEJ DYSKUSYJNA CZĘŚĆ TEGO TEKSTU:

 

 

Na stronie znajdziesz*:

 

>wyszukiwarkę szkół – wystarczy wpisać nazwę miejscowości, typ szkoły i nazwę placówki,

 

>wyniki EWD dla liceów i techników, osobno dla wybranych przedmiotów (np. język polski, matematyka, język angielski),

 

>czytelny wykres, który pokazuje, czy szkoła „dodała wartość” – czyli przyczyniła się do postępu uczniów.

 

Po wybraniu szkoły zobaczysz wykres z dwiema osiami. Oś pozioma to średni wynik matury z danego przedmiotu, oś pionowa to wartość EWD – czyli czy uczniowie osiągnęli wynik lepszy (dodatnia wartość) czy gorszy (ujemna wartość), niż się spodziewano na podstawie wcześniejszych egzaminów.

Punkt szkoły pokazuje jej pozycję na tle innych. Możesz też pobrać szczegółowy raport w formacie PDF.

 

Dla dyrektora EWD może pomóc w analizie, które przedmioty wymagają wsparcia, a gdzie szkoła działa. […]

 

 

 

Źródło: www.strefaedukacji.pl

 

 

*Problem polega na tym, że po kliknięciu w link otwierający serwis prowadzonym przez zespół badaczy przy Instytucie Badań Edukacyjnych, ukazuje się tekst, który przede wszystkim informuje o sytuacji w okresie istnienia gimnazjów i szkół ponadgimnazjalnych, czyli głównie wg stanu na 2020 rok. Wpisując dane konkretnej szkoły najczęściej  otrzymujesz informację, ze brak danych. A jeżeli nawet wykresy ukaż się, to nie tak prosto zinterpretować nieprzygotowanemu do tego rodzicowi ukazujący się tam wykres, który ilustruje wskaźnik EWD dla konkretnej szkoły ponadpodstawowej. Zobaczcie sami

TUTAJ.

 

Przykład:

 

 

Źródło: www.ewd.edu.pl/wskazniki/matura/wykres-szkoly/?id=80873

 



Dzisiaj proponujemy lekturę krótkiego i zawsze aktualnego, a przy tym  treściwego tekstu, zamieszczonego na fanpage  grupy „Dealerzy Wiedzy”*:

 

 

Jeszcze o świadectwach – tym razem w Internecie.

 

Mam wrażenie, że w tym roku tych publikacji jest wyjątkowo dużo, a trend podchwytują nawet osoby znane publicznie (patrz link 1). Zrozumiałe jest, że dumni rodzice chcą pochwalić się sukcesami swoich dzieci i samej chęci chwalenia się nie potępiam (nie jestem aż takim radykałem, żeby atakować każdego rodzica, który rąbek świadectwa ujawni po 27 czerwca). Gorzej, jeśli do social mediów trafia cała pierwsza strona świadectwa – tam jest dokładna nazwa szkoły oraz data urodzenia dziecka. Niby niewiele, ale spróbujcie sobie wyobrazić, jak może zostać uśpiona/osłabiona czujność dziecka, jeśli pod szkołą po lekcjach zaczepi je nieznajomy wręczając niespodziewanie prezent w dniu urodzin… a w razie podejrzliwości doda parę pochwał na temat świetnej nauki w poprzednim roku albo wspomni, że zna jego wychowawcę i wymieni go z imienia i nazwiska (to jest na drugiej stronie świadectwa).

 

Jeśli już musicie się pochwalić sukcesami dzieci, anonimizujcie ich dane, proszę. My ich uczymy na co dzień, że to kwestia ich bezpieczeństwa, więc im mniej konkretnych danych osobowych podają w sieci, tym lepiej, najtęższe głowy prowadzą świetne kampanie w tym temacie (patrz link 2), więc i Wy pokażcie im, jak (i że w ogóle) się to stosuje w praktyce.

 

 

1.Przekonajcie np. Posła Tomasz Trela, że nie daje dobrego przykładu swoim wpisem na FB  –  TUTAJ

 

 

2.Jak zawsze mądrego dobrze posłuchać – więc posłuchajcie długiej rozmowy Joanna Ćwiek-Świdecka z Konrad Ciesiołkiewicz właśnie na temat publikacji wizerunku dziecka w Internecie  –  TUTAJ

 

 

3.W tym świetle za jeszcze bardziej zasadny uważam pomysł odejścia od wręczania świadectw promocyjnych, o którym pisałem  –  TUTAJ

 

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/DealerzyWiedzy/

 

 

*Robert Górniak, nauczyciel j. angielskiego i wicedyrektor Zespołu Szkół Prywatnych „Twoja Przyszłość” w Sosnowcu, prowadzący serwis „Dealerzy Wiedzy”

 



Oto tekst znanej już nam dobrze Zyty Czechowskiej, zamieszczony wczoraj na portalu „Edunews”:

 

 

                                  Indywidualizacja w szkole i przedszkolu jest możliwa, jeśli tego chcemy

 

 

Obraz, którego autorką jest Lisa Aisato mówi więcej niż tysiąc słów. Mówi o tym, jak bardzo chcemy mierzyć wszystkich jedną miarą. Jak bardzo lubimy porządek, ujednolicenie, równiutkie rzędy, łatwe odpowiedzi. A przecież dzieci to nie są cegły w murze. Każde z nich jest inne – z inną wrażliwością, innym tempem rozwoju, innym pomysłem na siebie. A indywidualizacja? To nie slogan z podstawy programowej. To trudna, wymagająca sztuka – ale jedyna droga, by naprawdę zobaczyć dziecko.

 

Czy indywidualizacja w szkole i przedszkolu jest możliwa?

 

Może nie zawsze, nie w pełni, nie od razu. Ale czy to znaczy, że mamy przestać próbować?

 

Indywidualizacja to nie znaczy „specjalne traktowanie” czy „nierealne wymagania”. To znaczy: dostrzeżenie drugiego człowieka w dziecku. Jego tempa, jego stylu uczenia się, jego mocnych i słabych stron. To gotowość do zadania sobie pytania: czego naprawdę potrzebuje to dziecko, tu i teraz?

 

To uważność, że nie każdy potrzebuje tego samego, żeby się rozwijać. Że jedno dziecko zbuduje wieżę – wysoką, spektakularną – bo ma ku temu potencjał. A drugie z tych samych klocków zbuduje zamek. I to też będzie wartość.

 

Ale co, jeśli nikt tego zamku nie zauważy?

 

Dlaczego tak trudno nam indywidualizować?

 

Bo system jest stworzony pod przeciętność, nie pod wyjątkowość.

 

Bo mamy gotowe szablony, arkusze, wymagania – a nie mamy przestrzeni na refleksję.

 

Bo czasami łatwiej dopasować dziecko do tabelki niż tabelkę do dziecka.

 

Bo nikt nas nie nauczył, jak różnicować, jak planować, jak oceniać sprawiedliwie, ale nie jednakowo.

 

Bo się boimy – że nie zdążymy, że nie podołamy, że to za trudne.

 

Bo mamy przeładowane treściami podstawy programowe.

 

Bo mamy zbyt liczne klasy, w który wiele dzieci potrzebuje dostosowań, a to kolejne wyzwanie.

 

Ale co, jeśli właśnie na tym polega nasza praca?

 

Nie tylko uczyć, ale towarzyszyć.

 

Nie tylko wymagać, ale inspirować.

 

Nie tylko mierzyć, ale zachwycić się.

 

Zmieńmy punkt widzenia

 

Nie każdy musi być w czymś najlepszy, ale każdy powinien dostać szansę, by być sobą.

 

Nie oceniajmy dzieci wyłącznie według jednej miary. Zamiast tego – pytajmy: co cię interesuje? czego potrzebujesz? co chcesz zbudować z tych klocków, które masz?

 

Nie bójmy się różnicować – w zadaniach, w formach, w tempie, w sposobie pracy. Bo równe nie znaczy takie samo.

 

Twórzmy warunki, by rozwijało się nie tylko to dziecko zdolne, ale też to nieśmiałe, to pogubione, to z trudnościami. One wszystkie są warte naszego czasu.

 

Na koniec: indywidualizacja to nie wielkie słowa. To codzienne, drobne wybory nauczyciela, które pokazują dziecku: jesteś ważne. Widzę cię. Wierzę w ciebie.

 

Nie pozwólmy, by jakikolwiek zamek zbudowany z pasji, zapału i marzeń – został zignorowany tylko dlatego, że nie był wystarczająco „wysoki”. Bo może to właśnie on okaże się najpiękniejszy.

 

 

 

Źródło: www.edunews.pl



Oto tekst, zamieszczony wczoraj na blogu „Pedagog”, w którym prof. Boguslaw Śliwerski – znając już wynik sondażu, w którym Barbara Nowacka zajęła I miejsca w rankingu… najgorszych ministrów obecnego rządu –wymienił aż 14 powodów, które do tego „sukcesu” doprowadziły. A tekst poprzedza screen zdjęcia z konferencji prasowej prezesa ZNP – Sławomira Broniarza z 10 czerwca:

 

                                                          Ważne jest, jak się kończy… rok szkolny

 

Nadchodzący rok szkolny 2024/2025 zapowiadał się fatalnie. Danuta Pawłowska opublikowała w dn. 30 sierpnia 2024 roku artykuł na temat wyników ubiegłorocznego egzaminu ósmoklasisty. Okazało się, że najgorzej wypadł sprawdzian wiedzy i umiejętności z  matematyki. „Średni wynik w skali całego kraju wyniósł zaledwie 52 proc. rozwiązanych zadań. A wynik na poziomie 73 proc. lub wyższym uzyskano tylko w 718 szkołach, na ponad 11 tys. wszystkich placówek.

 

Polska była po trudnej kampanii wyborczej do Parlamentu, którą wygrało Prawo i Sprawiedliwość, ale nie było w stanie powołać rządu, w związku z czym władzę objęła Koalicja Obywatelska. Już podgrzewano postulat, by usunąć matematykę z egzaminu maturalnego, by młodzi dorośli maturzyści nie doświadczali stresu.

 

W ramach zawartej umowy koalicyjnej przydzielono resort edukacji oraz szkolnictwa wyższego i nauki partyjnej nomenklaturze, która obsadziła stanowiska kierownicze osobami pozbawionymi kompetencji, a nawet wyobraźni. W III RP szeroko pojmowana edukacja i nauka są tą sferą usług publicznych, które najlepiej nadają się do odwracania uwagi opinii publicznej od spraw kluczowych dla gospodarki i społeczeństwa. Rządzący przyjęli strategię populistycznego zarządzania oświatą, bo zdecydowana większość przyszłych wyborców ma dzieci, wnuki lub prawnuki, które uczęszczają do przedszkoli, szkół lub studiują. Wystarczy zatem zapewnić ich rodzicom adekwatną do wyników sondaży diagnostycznych parcjalną zmianę z zapowiedzią poważniejszych a koniecznych reform w nieco późniejszym okresie.

 

Jeszcze nie rozpoczął się rok szkolny, a już wypuszczano „populistyczny balon obietnic”, z których część, co gorsza, najgorsza, została wprowadzona w życie. Nie pamiętano, jak deformatorka polskiej edukacji Anna Zalewska przyznała przed laty, że jeśli chce się mieć w polityce sukces, a tym była obietnica ulokowania jej na I miejscu na liście kandydatów partii w wyborach do Parlamentu Europejskiego, to trzeba bez skrupułów, pod pozorem konsultacji z ekspertami, wprowadzić w jak najkrótszym czasie oczekiwaną przez wyborców zmianę. Elektorat PiSu żądał likwidacji gimnazjów i przywrócenia poprzedniego ustroju szkolnego. Lud chciał. Lud dostał.

 

Nowa ministra edukacji nie wyciągnęła z tego wniosku, bo nie zna się na zarządzaniu oświatą, co publicznie przyznała, a nawet poszła w swej szczerości jeszcze dalej zapowiadając, że po zwycięstwie Rafała Trzaskowskiego opuści MEN, by pracować u boku przyszłego prezydenta. Zaczął się zatem festiwal błędów, które doprowadziły Barbarę Nowacką w czerwcu 2025 roku do zajęcia I miejsca w rankingu… najgorszych ministrów obecnego rządu. Jednak b. premier RP Leszek Miller (z jej formacji politycznej) miał rację mówiąc, że „nie jest ważne, jak się zaczyna, ale, jak się kończy”.

 

Jakie to były błędy?

 

1.Jak na ironię losu, 1 kwietnia 2024 roku wprowadzono ograniczenie w zadawaniu uczniom prac domowych. Lud chciał. Lud ma. Tylko nie wzięto pod uwagę fundamentalnego prawa nauczycieli do decydowaniu o tym, w jaki sposób mają kształcić dzieci i młodzież. Nic bardziej ich zranić nie mogło.

 

2.Polityka kadrowa zorientowana na przetrzymanie w zawodzie najstarszych stażem nauczycieli. Obietnica wypłacenia im po 45 latach survivalu szkolnego jednorazowej 300 proc. pensji. Powiększa to lukę pokoleniową w profesji, w której zarabia się na wejściu do niej na poziomie minimalnej płacy krajowej. Na domiar wszystkiego zapowiedziano wprowadzenie testów psychologicznych dla nauczycieli na wniosek… „Okrągłego Stołu Uczniowskiego”. Niezły cyrk.

 

3.Zapowiedź darmowych podręczników dla uczniów szkół średnich w czasach, w których nastolatkowie nie potrzebują już żadnych podręczników, tym bardziej tak beznadziejnych, jak za czasów ministerek: Krystyny Szumilas i Joanny Kluzik-Rostkowskiej.

 

4.Działania na rzecz usunięcia religii z edukacji szkolnej w ramach prowadzenia „bezpartyjnej polityki” oddzielenia państwa od Kościoła.

 

5.Szkoła jest więzieniem (Foucault), toteż zapowiedziano podniesienie progu wymaganej do promocji frekwencji uczniów w szkole z 50 proc. do 70 proc.

 

6.”Odchudzenie” podstaw programowych kształcenia ogólnego metodą kreatywnej statystyki. W duchu bezpartyjnej, aideologicznej polityki oświatowej zmiany w kanonie lektur szkolnych, w tym czytania ich fragmentów. wewnątrzkoalicyjny spór o edukację zdrowotną, wychowanie patriotyczne czy łączenie np. geografii z biologią w szkole podstawowej.

 

7.Lekceważenie fluktuacji kadr nauczycielskich stwierdzeniem, że „jest to umowne okno transferowe”. W sierpniu szkoły publiczne zgłaszały 25 tys. wakatów.

 

8.Wymiana kuratorów i wicekuratorów oraz dyrektorów dyrektorów w nadzorze, który z pedagogiką nie ma wiele wspólnego, ale określany jest mianem nadzoru pedagogicznego. Nadzór ma tak nadzorować, by nie nadzorował, z wyjątkiem tych szkół, w których były najniższe wyniki egzaminu ósmoklasisty, bo te trzeba kontrolować a ich nauczycieli zdyscyplinować.

 

9.Kontynuacja programu „Podróże z klasą” ale bez wynagrodzenia nauczycieli za godziny ponadwymiarowe. Przełomowa uchwała sądu Najwyższego w związku z niepłaceniem nauczycielom za godziny ponadwymiarowe.

 

10.Zrządzanie zarządzeniami o powołaniu zespołów np. Zespołu do spraw Praw i Obowiązków Ucznia czy Zespołu do spraw Pragmatyki Zawodowej Nauczycieli.

 

11.Kontrole w szkołach dotyczące wdrożenia przepisów ustawy „Lex Kamilek”.

 

12.Zamiast utworzenia Komisji Edukacji Narodowej zgodnie z podpisanym w 2022 roku Obywatelskim Paktem dla Edukacji, nadano powołanej przy IBE „Radzie do spraw monitorowania wdrażania reformy edukacji  im. Komisji Edukacji Narodowej”.

 

13.Spór o tzw. „godziny czarnkowe”.

 

14.Polityka sondowania poziomu akceptacji społecznej dla chaotycznie, niekompetentnie projektowanych zmian w edukacji.

      

Ciekaw jestem świadectwa, jakie wystawi ministerce prasa, bo poprzednikom nie udzielano promocji na następny rok szkolny. Do dymisji podała się już wiceministra edukacji Joanna Mucha. PR ma odciążyć Barbarę Nowacką od przyczynienia się przez nią i jej gabinet do fatalnej, bo niekompetentnej polityki oświatowej.

 

 

 

Źródło: www.sliwerski-pedagog.blogspot.com/

 



W ramach remanentu kończącego się roku szkolnego, dzisiaj proponujemy zapoznanie się a tekstem i filmem z wystąpienia jego autorki Joanny Goc (wcześniej znana pod nazwiskiem Apanasewicz) na konferencji „INSPIR@CJE WCZESNOSZKOLNE 2025”, która odbyła się w marcu w Warszawie. Tekst ten pochodzi z portalu „Edunews” i został tam zamieszczony w minioną sobotę:

 

 

 

Strategie współpracy szkoły i rodziców na rzecz bezpiecznego rozwoju cyfrowego dziecka

 

Współczesne dzieci nie są „cyfrowe” – są po prostu dziećmi, które dorastają w świecie technologii, tak jak wcześniejsze pokolenia dorastały w świecie książek, radia czy telewizji. Ich naturalna obecność w środowisku online nie oznacza, że mają wrodzoną umiejętność mądrego korzystania z narzędzi cyfrowych. Przeciwnie – to środowisko pełne pokus, bodźców i ryzyka, które wymaga wsparcia, przewodnictwa i refleksji ze strony dorosłych. To, jak dzieci nauczą się korzystać z technologii – czy będzie to rozwijające i bezpieczne doświadczenie, czy źródło napięcia i uzależnienia – zależy przede wszystkim od nas.

 

Dlatego nie wystarczą proste rozwiązania, takie jak zakazy, limity czasowe czy demonizowanie smartfonów. Potrzebujemy strategii – przemyślanego, empatycznego podejścia, które łączy troskę o rozwój dziecka z rozumieniem cyfrowego świata. To również troska o równowagę między światem online i offline, wspieranie dobrostanu psychicznego, rozwijanie kompetencji cyfrowych, a przede wszystkim – tworzenie przestrzeni do rozmowy.

 

Współczesne dzieci potrzebują dorosłych, którzy nie tylko będą znać zagrożenia, ale też pokażą, jak mądrze i etycznie korzystać z technologii. Mądre towarzyszenie to wspólne odkrywanie możliwości, jakie niesie technologia: nauki, komunikacji, tworzenia, budowania relacji. To właśnie świadomość, rozmowa i obecność dorosłego sprawiają, że dziecko nie zostaje samo w cyfrowym świecie – ale uczy się w nim poruszać z uważnością, krytycznym myśleniem i odpowiedzialnością.

 

Bezpieczny rozwój cyfrowy dziecka to zadanie, którego żadna strona – ani szkoła, ani rodzina – nie jest w stanie zrealizować samodzielnie. Dlatego kluczowa staje się współpraca między nauczycielami i rodzicami. Nie jako jednorazowe spotkanie czy seria dyrektyw, ale jako długofalowy proces budowania zaufania, wspólnego szukania rozwiązań i wymiany doświadczeń. Wymaga to zmiany myślenia – rezygnacji z podejścia opartego na kontroli i lęku, na rzecz świadomego kształtowania postaw i nawyków. Bo technologia sama w sobie nie jest ani dobra, ani zła – to sposób, w jaki z niej korzystamy, nadaje jej znaczenie.

 

Zamiast pytać, jak ochronić dzieci przed technologią, warto zapytać: jak możemy przygotować je do korzystania z niej w sposób odpowiedzialny, uważny i bezpieczny? Odpowiedzi nie znajdziemy w gotowych schematach. Ale możemy je wypracować wspólnie – krok po kroku – zaczynając od refleksji nad własnymi nawykami i przekonaniami.

 

Jak – posłuchajcie mojego wystąpienia na INSPIR@CJACH WCZESNOSZKOLNYCH 2025: 

 

 

Joanna Goc, Strategie współpracy szkoły i rodziców na rzecz bezpiecznego rozwoju cyfrowego dziecka – plik na YouTube  –  TUTAJ

 

 

Pani Joanna prowadzi także bloga „Dla kreatywnych i nie tylko”  –  TUTAJ