Z dwudniowym „poślizgiem” zamieszczam najnowszy post Jarosława Pytlaka z jego bloga „Wokół Szkoły”:

 

 

Tydzień projektowy z kompasem i napędem z prestiżu

 

Kości zostały rzucone – ministra Nowacka podpisała dwa rozporządzenia wprowadzające reformę „Kompas Jutra”. Instytucje i firmy szkoleniowe już są pod parą, bo przecież trzeba wytłumaczyć nauczycielom meandry nowej koncepcji, nawet jeśli oficjalna narracja jest taka, że to wszystko już dzieje się w szkołach, tylko będzie działo się bardziej. Niestety, ma to niewiele wspólnego z prawdą, a za przykład może posłużyć wpisana do rozporządzenia o ramowym planie nauczania koncepcja tygodnia projektowego, która nie ma oparcia w żadnej dotychczasowej praktyce.

 

Nie wiem, kto wymyślił tę innowację, ale idę o zakład, że była to osoba, która w życiu nie układała planu zajęć, nie zmagała się z regulującymi to przepisami oraz problemami z kadrą nauczycielską. Musiał to być ktoś święcie przekonany, że skostniałe ciało pedagogiczne trzeba odgórnie rozruszać, a kilka dni, podczas których szkoła stanie na głowie, to będzie chwalebne zerwanie z rutyną, dzięki czemu zapanuje atmosfera radosnej aktywności naukowej i społecznej.

 

Koncepcja tygodnia projektowego skupia w sobie wszystkie braki reformy „Kompas Jutra”. Jest to pomysł wydumany w jakimś gabinecie, niemający oparcia ani w teorii, ani w praktyce szkolnej. Choć oparty na słusznym założeniu, że projekty są dobrą metodą dydaktyczną, narzuca ramy organizacyjne, które skutecznie utrudnią realizację. Jego wprowadzenie nie zostało poparte żadnymi analizami możliwości organizacyjnych, ani rzetelnym pilotażem. Owszem, w końcu 2025 roku, w ramach projektu „Moc relacji w edukacji”, niewielka grupa placówek podjęła się pewnej namiastki pilotażu, ale sądząc z dostępnych informacji, były to działania nieskoordynowane, często fragmentaryczne, np. dzień projektowy zamiast tygodnia, albo tydzień, ale w klasach 1-3 szkoły podstawowej, w których akurat „Kompas Jutra” tej formy zajęć nie wprowadza.

 

Najkrótszą krytyczną recenzję tygodnia projektowego zamieścił profil fejsbukowym Pokój Nauczycielski w postaci mema przedstawiającego zdjęcie Adama Słodowego z napisem: „Dzisiaj pokażemy, jak przy pomocy kartki A4, kompasu i odrobiny prestiżu zrobić tydzień projektowy”. I byłoby to nawet śmieszne, gdyby nie było smutne. Oto bowiem pojawiły się już oferty szkoleń w zakresie organizacji tej formy pracy. Biorąc pod uwagę, że nie ma ludzi posiadających praktyczne doświadczenie w organizacji tygodni projektowych, bo nikt tego wcześniej nie robił, szkolenie będzie sprowadzało się do wymyślania, co można by zrobić, żeby ta koncepcja miała sens. Szkolący być może nawet pokieruje tym myśleniem, jednak bez żadnej odpowiedzialności za jego efekty i wdrożenie. Nauczyciele, jakby za mało już mieli na głowach, będą szkolić się w myśleniu, jak dopasować praktykę do wydumanej teorii. Podpowiem w tym miejscu, że powinno to wyglądać inaczej – do teorii, jaką jest po prostu projekt jako metoda dydaktyczna, powinno się dobudowywać – lokalnie w każdej szkole – sposób wdrażania jej w praktyce. I tyle.

 

Moje spojrzenie na ten problem jest szczególnie wyostrzone, bowiem sam organizuję pracę nauczycieli. Układam grafik zajęć dla blisko stu osób i 27 oddziałów. Dopasowuję do możliwości kadrowych – bo nawet w luksusowych warunkach szkoły niepublicznej nie wszyscy nauczyciele pracują wyłącznie u mnie, a zatem muszę uwzględnić wiele konkretnych ograniczeń. A moja szkoła liczy zaledwie 470 uczniów – z trudem wyobrażam sobie wyzwanie, jakim będzie organizacja tygodnia projektowego w placówce dwu albo trzykrotnie większej. Przewiduję istny wysyp rozmaitych pomysłów racjonalizatorskich, co dyrektorzy mają już opanowane na wielu frontach. Tak będzie z pewnością i tym razem. I tym optymistycznym akcentem mógłbym zakończyć ten felieton, gdyby nie mina, jaką w rozporządzeniu umieścili jego twórcy. Oto bowiem, modyfikując organizację zajęć podczas tygodnia projektowego, trzeba będzie respektować takie oto ograniczenie, zapisane w art. 7a ust. 3:

 

W trakcie tygodnia projektowego zajęcia wychowania fizycznego, edukacji zdrowotnej, religii lub etyki, zajęcia rewalidacyjne dla uczniów niepełnosprawnych oraz zajęcia z zakresu pomocy psychologiczno-pedagogicznej są prowadzone zgodnie z tygodniowym rozkładem zajęć.

 

Ilekroć sobie pomyślę, że stopień komplikacji mojej pracy na stanowisku dyrektora szkoły osiągnął już szczyt, pojawia się minister edukacji, płci dowolnej, cały na biało, i rzecze: „Potrzymajcie mi piwo, Pytlak!”…

 

x          x           x

 

I jeszcze komentarz Agnieszki Barbasiewicz, jaki pojawił się pod  tym postem:

 

Jakkolwiek zgadzam się z diagnozą, że w szkole, zwłaszcza publicznej, tydzień projektowy będzie bardzo trudny do zorganizowania, to jednak ze sformułowaniem „nikt wcześniej tego nie robił” absolutnie nie mogę się zgodzić! Od wielu już lat prowadzimy w naszych szkołach tygodnie projektowe. Jest to bardzo przemyślany i skutecznie wdrożony w szkole sposób na wyzwolenie w uczniach i nauczycielach bardzo dużo entuzjazmu kreatywności, na pogłębianie przez uczniów tematów, które ich interesują i w końcu – sic! – na realizację podstawy programowej. Mamy po trzy lub cztery takie tygodnie w każdym roku. Dotyczy to uczniów szkoły podstawowej z klas 4-6 oraz wszystkich uczniów liceum.

 

 

Wdrażaliśmy ten projekt bardzo ostrożnie, poprzedziliśmy to pilotażem i jego ewaluacją, zatrudniamy koordynatorkę szkolnych projektów, uprzedzeni są rodzice. W środowisku naszych szkół powstała też na ten temat znakomita książka p.t. Metodą projektu. Podręcznik” autorstwa Hanny Buchner i Justyny Józefowicz. Z powodzeniem implementujemy nasz pomysł na „tydzień projektowy” zarówno w środowisku szkół Montessori, jak i czasem również w zainteresowanych szkołach poza nim.

 

Mamy w tym naprawdę już duże doświadczenie i właśnie z tego doświadczenia wiemy, jak bardzo trzeba szkołę na taki sposób pracy przygotować. U nas to świetnie działa – od kiedy nauczyliśmy się to ogarniać organizacyjnie wciąż pracujemy nad coraz większą jakością uczniowskich projektów. I to też się udaje. Mogę na ten temat naprawdę długo, bo jest to jedno z dużych naszych osiągnięć i widzimy mnóstwo profitów dla całej szkolnej społeczności. Tylko jest jeden warunek: do tego trzeba mieć naprawdę przekonanego dyrektora i wdrażać to powoli, zgodnie ze wszystkimi regułami wdrażania zmiany. No i trzeba mieć kogoś, kto umie to zrobić lub gotów jest się szybko uczyć. Również na błędach.

 

I, żeby było jasne, uważam że wprowadzenie tygodnia projektowego nie ma nic wspólnego z reformą. Możliwość pracy metodą projektową i odchodzenia od systemu klasowo-lekcyjnego jest od lat wpisana w szkolne dokumenty.

 

 

Jarosław Pytlak zareagował na ten komentarz:

 

Mea culpa! Powinienem napisać „niewiele placówek, głównie niepublicznych”. Cieszę się, że Wam wychodzi; u mnie realizujemy z kolei pomysł cotygodniowej godziny projektowej, a przede wszystkim wplatamy metodę projektową do rozmaitych działań, bez formalizowania tego. Podtrzymam jednak tezę, że na skalę systemową pomysł jest pozbawiony wzorca i pilotażu. Nawiasem mówiąc, ciekawe, czy Wasze doświadczenia z tygodniem projektowym znalazły jakieś zastosowanie w pracach nad reformą? Czy zaproszono (IBE) Was do współpracy? Czy zaproponowano prowadzenie szkoleń?!

 

Przepraszając raz jeszcze za nieświadomość, że istnieją jednak doświadczenia z tygodniem projektowym, podpiszę się z przekonaniem pod tezą, że z dyrektorem przekonanym i pełnym chęci da się to zrobić, i w ogóle niemal wszystko. Jakkolwiek szczególnie w szkole publicznej przekonstruowanie planu na tydzień może być bardzo kłopotliwe także formalnie.

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/



Zostaw odpowiedź