
W minioną środę na fb-profilu dr Marzeny Żylińskiej pojawił się post, którego pierwsza część jest autorstwa Doroty Rusim – nauczycielki ze Szkoły Podstawowej nr 11 w Przemyślu. Oto cały ten post:
Dzieci nie potrzebują stopni.
„Cztery lata temu zrezygnowałam z ocen cyfrowych. Chciałabym opowiedzieć, dlaczego podjęłam taką decyzję, co dzięki niej zyskały dzieci, a co zyskałam ja jako nauczycielka.
W poprzednich latach prowadziłam klasę, w której zrezygnowałam z oceniania z pomocą stopni. Moi uczniowie chętnie przychodzili do szkoły, angażowali się w to, co robiliśmy na lekcjach, aktywnie uczestniczyli w projektach, które zaplanowałam i … nigdy nie pytali o stopnie. Naprawdę nie były im do niczego potrzebne. Dzięki temu proces nauki był dla nich naturalny, był źródłem satysfakcji, a nie stresu.
Dzieci nie porównywały się z sobą, nie stresowały się ocenami, a jednocześnie nie trzeba ich było „gonić” do nauki, ani stosować metody kija i marchewki. Każdy nauczyciel, który stosuje podobne metody wie, że dzieci nie trzeba do nauki zmuszać, ONE NAPRAWDĘ CHCĄ SIĘ UCZYĆ. Co więcej, okazało się, że nie osiągały gorszych wyników niż ich rówieśnicy uczący się w systemie tradycyjnego oceniania. Dziś to dla mnie oczywiste, że dzieci nie potrzebują cyferek, ale informacji, które pomagają im w nauce. Potrzebują informacji, co robią dobrze, a nad czym trzeba jeszcze popracować, co poprawić. Po tych trzech latach wiem również, że stopnie odwracają uwagę od tego, czego dzieci się uczą, to one stają się celem. A to dla nikogo nie jest dobre.
Tradycyjne ocenianie zabiera też bardzo dużo czasu, który lepiej przeznaczyć w szkole na naukę.
Obecnie znów prowadzę klasę pierwszą. Dzieci przyszły do szkoły z przedszkola, więc nie znały ocen cyfrowych. Od samego początku chciałam im pokazać, że celem szkoły nie są stopnie, ale ich rozwój, to czego się nauczą, co zostanie im głowie. Zależało mi też na tym, żeby nauka dobrze im się kojarzyła, żeby odbywała się w dobrej, bezpiecznej i przyjaznej atmosferze. Model oceniania bez stopni jest dla uczniów klasy pierwszej naturalny i zgodny z ich dotychczasowymi doświadczeniami edukacyjnymi, ponieważ wspiera ciekawość, daje poczucie bezpieczeństwa i opiera się na motywacji wewnętrznej.
Warto podkreślić, że ocenianie opisowe często budzi wśród nauczycieli negatywne skojarzenia, ponieważ wielu osobom kojarzy się z dodatkową pracą. Dlatego w naszej praktyce wolimy nazywać je ocenianiem wspierającym rozwój albo po prostu ocenianiem bez cyferek. Takie podejście bardzo zmienia nastawienie uczniów do nauki i nie stanowi dla nauczyciela większego obciążenia. Chciałabym jeszcze dodać, że bez stopni dużo łatwiej o dobre relacje między nauczycielem a uczniami i ich rodzicami. Gdy znikają cyferki, niejako automatycznie znika wiele problemów, które wszystkim – również nauczycielom – utrudniają życie.
Stosowane przeze mnie podejście jest zgodne z pedagogiką Celestina Freineta, który podkreślał, że uczeń powinien być aktywnym uczestnikiem procesu edukacyjnego, rozwijać się poprzez doświadczanie świata, jego wielozmysłowe poznawanie, samodzielne odkrywanie i pracę twórczą. Freinet często mówił, że nauka powinna przebiegać w atmosferze współpracy i bezpieczeństwa, a nie presji i rywalizacji. Podobnie jak w moim podejściu, w pedagogice Freineta ważne jest wspieranie dziecięcej ciekawości, samodzielności i motywacji wewnętrznej oraz wykorzystanie pracy projektowej i realnych doświadczeń edukacyjnych do rozwijania różnych kompetencji. Dzieci potrzebują ciekawych lekcji i inspirujących wyzwań. Gdy ten warunek jest spełniony każde rozwija się na miarę swoich możliwości i stopnie nie są do niczego potrzebne.”
Dorota Rusin, edukacja wczesnoszkolna
To tekst Doroty Rusin, ja od siebie dodam, że stopnie nie są do niczego potrzebne dzieciom / uczniom, ale … są potrzebne wielu dorosłym (Rodzic: A skąd mam wiedzieć, jak moje dziecko wypada na tle klasy? Skąd mam wiedzieć, czy dziecko zasługuje na nagrodę, czy na karę?) Wielu dorosłych jest od stopni uzależnionych. Bo stopnie są jak cukier, tak samo jak cukier niepotrzebne, ale… uzależniają. Dlatego chciałabym mieć czarodziejską różdżkę. Wtedy mogłabym przenieść dorosłych, którzy nie wyobrażają sobie szkoły bez stopni do klas, w których ich nie ma, żeby zobaczyli, jak wygląda nauka, gdy celem jest rozwój, a nie stopnie. Bo stopnie uczą chodzenia na skróty, choć to może ich najmniejsza wada i odwracają uwagę od prawdziwego celu szkoły.
Bardzo trudno zrozumieć to dorosłym, którym nie dane było doświadczyć radości, jaką daje rozwój i którzy uczyli się tylko po to, żeby dostać nagrodę w postaci najlepszych stopni lub uniknąć kary w postaci jedynek. Kto zna tylko taką motywację do nauki, ten nie umie uwierzyć w to, że dzieci naprawdę chcą się uczyć, o ile tylko szkoła nie stanie się dla nich nieprzyjaznym miejscem, w którym są ciągle kontrolowane, oceniane i porówywane z innymi. Bo gdy tak się dzieje, to… już nie chcą.
P.S.
Jeśli chcielibyście zobaczyć na własne oczy, jak funkcjonuje Budząca Się Szkoła, może zainteresuje was nasze spotkanie inspirujące w Strzyżowicach na Śląsku?
Źródło: www.facebook.com/marzena.zylinska/
Zostaw odpowiedź

