I ten tydzień zaczynam od zamieszczenia najnowszego tekstu Jarosława Pytlaka z Jego bloga „Wokół Szkoły”. Także i dzisiaj nie zdecydowałem się na skróty – poniżej zamieszczam w całości:

 

 

Wyboista droga ku edukacji włączającej

 

Wszyscy, którzy interesują się losem rodzimej oświaty – niestety, zapewne tylko skromne kilka procent dorosłej populacji, i to wliczając nauczycieli – doskonale wiedzą, że lada moment wystartuje reforma „Kompas Jutra”. Niektórzy nawet wierzą w jej powodzenie, które ma ucieleśnić się w tym, że polska szkoła będzie – jak zapewnia ministra Nowacka – „wymagająca, ale przyjazna”, a w ogóle to „najlepsza na świecie”. Jest też grupa aktywnych sceptyków, głoszących, że zmiana jest źle pomyślana, przygotowywana w pośpiechu i nie rokuje osiągnięcia deklarowanych celów. Zdecydowanie najliczniejsi są jednak weterani walki i pracy w polskiej szkole – nauczyciele, którzy podchodzą do „Kompasu” obojętnie. Większość z nich wdrażała już niejedną reformę i wie, że piękne zapowiedzi nie wróżą żadnej istotnej zmiany w ich codziennej pracy. Co najwyżej, jeszcze więcej biurokracji, a na pewno wciąż marne zarobki.

 

Osobiście zaliczam się do sceptyków, bo nie potrafię spokojnie patrzeć, jak polska edukacja pogrąża się w kryzysie, a my tracimy czas na działania, które nie rozwiązują żadnego z jej istotnych problemów. Doskonale jednak rozumiem postawę obojętnej większości nauczycieli, którzy mają minimalne poczucie wpływu na rozwój sytuacji, za to maksymalne poczucie lekceważenia ich pracy przez władze i społeczeństwo. I tak bez cienia entuzjazmu czekamy w placówkach oświatowych na odpalenie „Kompasu Jutra”, nie zwracając należytej uwagi na inną zmianę, która może mieć skutki daleko bardziej namacalne. Oto bowiem wśród trapiących nas problemów poczesne miejsce zajmuje szybko rosnąca liczba uczniów, u których orzeczono specjalne potrzeby edukacyjne. Odpowiedzią na to zjawisko ma być upowszechnienie i wsparcie edukacji włączającej (EW).

 

EW opiera się na założeniu, że zdecydowana większość młodych ludzi z orzeczeniami nie powinna trafiać do przedszkoli i szkół specjalnych, ale należy zapewnić im możliwość nauki i rozwoju w naturalnym, różnorodnym środowisku społecznym, w placówkach ogólnodostępnych. Do przygotowania odpowiednich rozwiązań programowych i organizacyjnych zaangażowano zespoły naukowo-badawcze i znaczne środki finansowe, w dużej części unijne. Prace trwają od kilku lat i są obecnie na ukończeniu. Nadchodzi czas wdrożenia efektów, co odbywać się będzie równolegle z „Kompasem Jutra”, choć ta zbieżność czasowa wyszła raczej przypadkiem. Warto mieć świadomość, że o ile reforma dotknie początkowo tylko niewielką część nauczycieli, o tyle upowszechnianie i doskonalenie edukacji włączającej zaangażuje niemal wszystkich.

 

Reklamując „Kompas Jutra” wskazuje się, że reforma ma upowszechnić praktyki już teraz spotykane w wielu placówkach. Kto chce, niechaj wierzy. Natomiast faktem niezbitym jest mimowolne praktykowanie już teraz edukacji włączającej we wszystkich szkołach i przedszkolach integracyjnych i ogólnodostępnych, gdzie są dzieci z orzeczeniami. A ponieważ liczba tych ostatnich znacznie przekroczyła trzysta tysięcy (6% populacji uczniów) i rośnie z miesiąca na miesiąc, zjawisko zyskało wymiar systemowy.

 

 Przedszkola, szkoły i zatrudnieni w nich nauczyciele uginają się obecnie pod ciężarem obowiązku realizacji działań zaleconych w orzeczeniach. Jest to po prostu efekt skali, wobec której brakuje funduszy, wykwalifikowanych kadr, możliwości organizacyjnych, a czasem także entuzjazmu i umiejętności pokonywania barier. Władze doskonale zdają sobie z tego sprawę i również systemowo chcą problem rozwiązać, albo chociaż załagodzić.

 

Jak wspomniałem, przygotowania trwają od kilku lat. EW nie jest więc konstruktem, który nagle pojawi się w placówkach oświatowych, wprost z uniwersyteckich i urzędowych gabinetów. Teraz ma jednak stać się ważnym elementem polityki oświatowej państwa, zyskać nowy kontekst prawny oraz wsparcie organizacyjne i metodyczne. Tyle teoria, a w praktyce…? No cóż, jest we mnie ogromna niepewność.

 

To, o czym tu piszę nie przyciąga uwagi opinii publicznej. W środowisku nauczycielskim zainteresowanie budzą przede wszystkim zapowiedzi wprowadzenia tzw. oceny funkcjonalnej (OF). Ma ona być najważniejszym ogniwem edukacji włączającej, zmieniając organizację diagnostyki, wsparcia i orzekania. Mimo że już od pewnego czasu dostępne są materiały informacyjne na ten temat, oraz organizuje się szkolenia, wielu nauczycieli, o ile w ogóle o tym słyszało, to przede wszystkim w kontekście obawy przed kolejną pozycją dopisaną do katalogu swoich obowiązków.Ministerstwo dwukrotnie przekładało zapowiadany termin wprowadzenia oceny funkcjonalnej – najpierw z początkiem obecnego roku szkolnego, potem z 1 kwietnia 2026, co każdorazowo uśmierzało niepokoje. Nie wszyscy więc zdają sobie sprawę, że nowa organizacja pracy w zakresie diagnostyki i orzekania została ostatecznie ujęta w podpisanej w marcu nowelizacji rozporządzenia w sprawie orzeczeń i opinii poradni psychologiczno-pedagogicznych. Nowe rozwiązanie wejdzie w życie 1. września 2026 roku.

 

x           x           x

 

Edukacja włączająca w ogóle, a ocena funkcjonalna w szczególności są przedmiotem krytyki ze strony konserwatywnego środowiska obecnej opozycji. Trudno się dziwić, skoro stanowi praktyczny wyraz równościowych i liberalnych trendów europejskich. Zarzuca się m.in. nadmierną ingerencję w sferę życia rodzinnego. Niestety, debata odbywa się głównie za pośrednictwem internetowych „rolek” i nie rokuje szansy zbliżenia stanowisk. Moim zdaniem, edukacja włączająca posiada głęboki sens pedagogiczny i społeczny, jest też pragmatycznym wyjściem naprzeciw lawinowo rosnącej liczbie młodych ludzi, u których stwierdzono specjalne potrzeby edukacyjne. O ile jednak idea jest słuszna i szlachetna, o tyle jej realizacja w polskich warunkach niekoniecznie musi się udać.

 

Czytaj dalej »



 

O szkodliwości listy lektur obowiązkowych – pod wpływem Roberta Sowińskiego

 

 

Po tym jak na fb-profilu Roberta Sowińskiego obejrzałem i wysłuchałem jego wypowiedź w sprawie zmuszania przez system szkolny uczniów do czytania lektur obowiązkowych, nie miałem wątpliwości: ja także podzielę się z Wami co o tym myślę. Zacznę jednak od propozycji, abyście także wysłuchali Roberta:

 

 

KLIKNIJ  –  T U T A J

 

 

Wypowiedź ta pozwala z zupełnie innego punktu widzenia spojrzeć na problem –  nie tylko na listy lektur szkolnych:  obowiązującą aktualnie i  tę zawartą w nowej podstawie programowej, ale w ogóle – na „odwieczną” zasadę lektur obowiązkowych (i jakie są jej „owoce”), ale w ogóle – na skuteczność „zmuszania  konia aby napił się wody”.

 

Zacznę od  oświadczenia, że nie tylko nie będę polemizował z Robertem, ale że mam taki sam jak on pogląd na efektywność metody zmuszania uczniów do czytania tzw. „lektur obowiązkowych”. Każdy, kto nie ma zaników pamięci i jest uczciwy, może sam z własnej biografii przytoczyć przykłady na zastępowanie samodzielnego czytania nakazanej książki przeczytaniem tzw. bryku, czyli jej streszczenia. Współcześnie każdy uczeń ma nieograniczone możliwości znalezienia takiej „protezy” czytelnictwa

 

Nawet ja, który maturę zdawałem w łódzkim XVIII LO w 1963 roku, pamiętam taką sytuację, kiedy – z dziś już nieznanych mi powodów – nie potrafiłem zmusić się do przeczytania trzytomowej powieści Elizy Orzeszkowej  „Nad Niemnem”, ale zdobyłem gdzieś broszurkę z jej streszczeniem, i klasówkę sprawdzającą jej znajomość napisałem na piątkę! A całą powieść przeczytałem dopiero ćwierć wieku później – po obejrzeniu filmu pod tym samym tytułem. I bardzo żałowałem, że dopiero wtedy…

 

Myślę, że pora nareszcie spojrzeć prawdzie w oczy: dzisiejsi uczniowie to nie ci sprzed półwiecza, dla których zbudowano system szkolny. Zresztą i wtedy przymus robienia czegoś nie wywoływał potrzeby czynienia tego, tyle tylko, że ówczesna młodzież była bardziej „wytresowana” w posłuszeństwie wobec żądań dorosłych. Dzisiaj dzieci w ogóle są bardziej „autonomiczne”, a i trend w domowym wychowaniu jest raczej pajdocentryczny.

 

I w tym momencie przypomniałem sobie pamiętną nazwę telewizyjnego programu Jurka Owsiaka „Robta co chceta, czyli rockandrollowa jazda bez trzymanki”. Hasło stało się nieformalnym mottem WOŚP, oznaczającym zaufanie do ludzi i działanie z sercem. A może to jest właściwy trop, nie tylko w sprawie lektur, ale w ogóle – w szkolnej edukacji drugiej „ćwierci” XXI wieku?

 

I tak doszedłem do pytania pryncypialnego: Czy edukacja w systemie szkół państwowych ma być indoktrynacją światopoglądowo-polityczna, czy stwarzaniem optymalnych warunków do rozwoju każdego ucznia – na miarę jego możliwości, predyspozycji, zainteresowań i chęci?

 

Nie będę teraz i tutaj podejmował się odpowiedzi na nie, a zawężę się jedynie do sformułowania mojego poglądu na problem lektur szkolnych w tej właśnie, wspierającej rozwój, wersji edukacji.

 

Wiem, wiem – nie jestem dla nikogo z decydentów z MEN żadnym autorytetem a i w szkole ostatni raz podejmowałem decyzje ponad dwadzieścia lat temu. Jednak jestem przekonany – nie tylko w oparciu o własne doświadczenia życiowe, ale także na podstawie  – wkrótce dwudziestoletniego – okresu obserwowania polskiej oświaty z pozycji dziennikarza internetowego, że w XXI wieku, w czasach e-kultury powinniśmy uczniów zachęcać, a nie zmuszać do zdobywania wiedzy i umiejętności. A więc także do czytania tradycyjnych książek.

 

W miejsce listy lektur obowiązkowych powinna byś sformułowana lista lektur zalecanych (proponowanych), natomiast rolą nauczycielki/nauczyciela j. polskiego powinno być takie zaprezentowanie ich fragmentów, aby wzbudzić ich ciekawość i zmotywować do wzięcia tej książki do ręki i jej przeczytania.

 

Że ta metoda może zadziałać wiem, bo miałem, w „Budowlance”, w której byłem uczniem Szkoły Rzemiosł Budowlanych (odpowiedniczki dzisiejszych branżówek) taką właśnie polonistkę – Panią Wiktorię Kupisz. To ona wobec mnie i trzech moich przyjaciół z tej klasy stosowała daleko idącą indywidualizację procesu dydaktycznego. Polegała ona nie tylko na tym, że stawiała przed nami dodatkowe zadania i wymogi, ale przede wszystkim stosowała pozaszkolne bodźce, stymulujące nasz ogólnokulturalny rozwój, inicjując nasze wizyty w teatrze, filharmonii, muzeum…

 

Dziś trudno w to uwierzyć, ale to Pani Wiktorii ja i moi koledzy zawdzięczamy, że na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ub. wieku, byliśmy na przedstawieniu Teatru 13 Rzędów Jerzego Grotowskiego, gdy ten przyjechał do Łodzi i dał przedstawienie w pałacyku przy Piotrkowskiej. W czasach, kiedy jeszcze niewielu wiedziało kto to Henryk Tomaszewski – my widzieliśmy pierwsze etiudy jego Teatru Pantomimy… Do dziś mam w domowym archiwum program z koncertu w Łódzkiej Filharmonii, z autografem Wandy Wiłkomirskiej…

 

Dziś nie zdołam wymienić wszystkich tytułów książek, które przynosiła nam ze swojej domowej biblioteki Pani Profesor. Ale pamiętam, ze to z tego źródła czytałem książki Sartre’a („Drogi wolności”), jego żony Simone de Beauvoir („Mandaryni”) i wiele, wiele innych, niebędących przecież w wykazie lektur, zalecanych uczniom SRB…

 

 

Wniosek oczywisty:

 

Zmuszanie młodego człowieka do czegokolwiek rodzi naturalny odruch sprzeciwu, zachęcanie – rozbudza ciekawość i rodzi autonomiczną decyzję – „zobaczę, spróbuję”…

 

 

 

Włodzisław Kuzitowicz



Do dyskusji, wywołanej informacją MEN o przygotowywanej ustawie, która od września tego roku zakaże używania w szkołach przez uczniów podstawówek telefonów (należałoby mówić o smartfonach – zaawansowanych urządzeniach  mobilnych, łączących funkcje telefonu komórkowego z komputerem kieszonkowym) włączyła się Danuta Sterna. Oto jej tekst, w którym dzieli się, nie tylko swoimi, na ten temat opiniami:

 

 

Czy zakaz używania telefonów komórkowych załatwi sprawę?

 

Temat używania telefonów komórkowych nabrał rozpędu. MEN wydał rozporządzanie o zakazie używania telefonów komórkowych w szkołach podstawowych.

 

Każdy, kto zerkał na telefon w czasie słuchania wykładu, wie jak to ogranicza uważne słuchanie. Człowiek nie jest wielofunkcyjny i robienie dwóch rzeczy na raz oznacza nierobienie żadnej dobrze.

 

W wielu szkołach w różnych krajach wydano zakaz używania telefonów w czasie lekcji w szkole. Są one oddawane na przechowanie w czasie trwania lekcji.

 

Uczniowie wtedy więcej ze sobą rozmawiają, lepiej się skupiają, a nauczyciele zauważają efektywniejszą naukę. Ale gdy lekcje się kończą uczniowie odzyskują swoje telefony i całkowicie się w nich pogrążają.

 

Zakaz korzystania z telefonów komórkowych w szkole nie sprawia, że uczniowie mniej są od nich zależni. Często po szkole jeszcze bardziej wchodzą w interakcje z telefonem, jakby nadrabiali stracony czas.

 

Anna Lembke, psychiatra specjalizująca się w leczeniu uzależnień zauważa, że smartfon to współczesna igła podskórna, dostarczająca cyfrową dopaminę 24 godziny na dobę i 7 dni w tygodniu.

 

Zakaz używania telefonu tylko podczas części dnia nie pomaga w wyrobieniu zdrowszych nawyków. Potrzeba spójnych limitów w różnych kontekstach, a nie tylko okresowej abstynencji. Uczniowie zauważają brak spójności pomiędzy domem a szkołą, widzą sprzeczne wartości, zwyczaje i oczekiwania w różnych środowiskach Ten rozdźwięk wpływa na obniżenie ich samooceny, krytyczny stosunek do siebie, brak optymizmu, a także na osiąganie gorszych wyników w nauce.

 

Potrzeba wspólnego frontu w szkole i w domu, promowania zdrowych nawyków korzystania z telefonu komórkowego.

 

Polityka musi iść w parze z partnerstwem rodzinnym – wspólnymi oczekiwaniami, przewidywalnymi procedurami i wskazówkami, które pomogą uczniom nauczyć się kontrolować korzystanie z telefonu. Kiedy rodzice wzmacniają te wysiłki w domu, dzieci mają większe szanse na rozwinięcie zdrowszych zachowań związanych z technologią.

 

Pierwsze co można i trzeba zrobić, to wyjaśnić rodzinom uczniów, dlaczego zakaz jest wprowadzany i jakie są konsekwencje nadmiernego używania telefonów.

 

Wyjaśnienie, dlaczego ograniczenia w szkole i w domu mają znaczenie dla procesu uczenia się, jakości snu, nastroju, a nawet zdrowia psychicznego i jakie są zagrożenia.

 

Niedawno widziałam rodzinę z małym dzieckiem, która przy każdym posiłku stawiała telefon przed oczyma dziecka, aby zachęcić je do jedzenia. Widziałam też post z psychiatrą dziecięcym, która mówiła o tym, że ma małych pacjentów, których trzeba nauczyć jeść bez telefonu. Jest takich i podobnych przykładów bardzo dużo. Uzależnienie samo nie przejdzie bez pomocy rodzin.

 

Można wspólnie określić pewne wskazówki i ograniczenia, na przykład: ładowanie urządzeń poza sypialniami, ustawienie limitów aplikacji, dostosowywanie zakresu powiadomień i ustalanie godzin bez ekranu. Takie i podobne ograniczenia mogą stać się zdrowymi nawykami obowiązującymi w szkole i w domu.

Bardzo ważny jest przykład, jaki dają dorośli. Jeśli rodzice poświęcają dużo czasu na śledzenie wiadomości w telefonie lub używają go do gier, to dzieci zaczynają też to robić i nie rozumieją ograniczeń i zakazów.

 

Zakaz korzystania z telefonów komórkowych w szkołach nie wymaże cyfrowego świata, do którego uczniowie wracają każdego popołudnia.

 

Trzeba również rozmawiać z samymi uczniami, jakie są konsekwencje nadużywania telefonów. Uczniowie sami powinni narzucać sobie ograniczenia i widzieć dobre ich strony. Można przeprowadzić z uczniami doświadczenie polegające na słuchaniu wykładu z i bez telefonów, a potem wykonanie testu – ile w każdym z przypadków uczniowie zapamiętali. Można też zaproponować uczniom zrobienie projektu badawczego dotyczącego skutków używania telefonów. Najbardziej przekonujące jest własne doświadczenie, choć przekazanie uczniom wyników badań może też być przemawiające.

 

Uczniowie potrzebują spójnych i jasnych oczekiwań w stosunku do używania  telefonów komórkowych w szkole i rozsądnych limitów w domu.

 

Inspiracja  artykułem  Ayesha Hashim

 

 

Źródło: www.oknauczanie.pl



W zamieszczonym dzisiaj na portalu „Strefa Edukacji” tekście Katarzyna Mazur podjęła mało nagłośniony,ale bardzo ważny, problem luki edukacyjnej chłopców. Niechaj mi redakcja tego portalu wybaczy, ale przytaczam go poniżej bez skrótów – nie mogłem się zdecydować który z jego fragmentów mam wyciąć:

 

 

Wyniki egzaminów pokazują problem. Chłopcy tracą szanse wcześniej

 

 

Foto: freepik.com

 

Chłopcy coraz częściej wypadają z edukacyjnego głównego nurtu, ale ich trudności wciąż nie doczekują się równie uważnej diagnozy jak problemy innych grup. Zamiast namysłu nad przyczynami zbyt łatwo pojawia się uproszczenie: że są mniej pracowici, mniej zdyscyplinowani, mniej zainteresowani nauką. Tymczasem luka edukacyjna chłopców nie bierze się z jednej cechy ani jednego wyboru. To splot szkolnych doświadczeń, społecznych oczekiwań, stereotypów i braku wsparcia, które zaczynają działać dużo wcześniej, niż młody człowiek podejmuje decyzję o dalszej drodze.

 

O luce edukacyjnej chłopców najczęściej mówi się przy okazji danych o wyższym wykształceniu. Wśród młodych dorosłych kobiet z dyplomem jest dziś wyraźnie więcej niż mężczyzn. Problem zaczyna się jednak dużo wcześniej, już na poziomie szkoły podstawowej i rekrutacji do szkół ponadpodstawowych. – Na egzaminie ósmoklasisty dziewczynki mają średnio 8–9 punktów więcej z języka polskiego i 3 z angielskiego, a przy tym bez różnic na matematyce. Czyli ten stereotyp o dziewczynkach i matematyce zupełnie się nie potwierdza w wynikach. Natomiast różnice w wynikach przekładają się na szanse dostania się do lepszej szkoły – mówi dr Michał Gulczyński ze Stowarzyszenia na rzecz Chłopców i Mężczyzn, współautor (? WK) raportu „Przemilczane nierówności”.

 

To właśnie tu widać jeden z mechanizmów, który później porządkuje dalsze losy edukacyjne. Większość dziewcząt trafia do liceów, większość chłopców częściej wybiera technika. Taki podział bywa przedstawiany jako naturalny efekt preferencji, ale w rzeczywistości trudno mówić o całkowicie swobodnym wyborze. Na decyzje wpływają wcześniejsze wyniki, wyobrażenia o własnych możliwościach, oczekiwania otoczenia i bardzo wcześnie przyswojone role. – To nie są całkowicie wolne, autonomiczne wybory. Wyniki egzaminów, presja społeczna, stereotypy – to wszystko kształtuje decyzje. Chłopcy często już na etapie podstawówki wiedzą – albo myślą – że ich droga to zawód, technikum, szybka praca, zarabianie. Bez tej wizji dalszego kształcenia, bez marzeń o studiach.

 

W tym sensie edukacyjny dystans nie zaczyna się na studiach, ale dużo wcześniej: w codziennych szkolnych doświadczeniach, w relacji do języka, czytania, oceniania i w tym, co chłopiec słyszy o sobie od otoczenia.

 

Jednym z największych problemów jest to, że trudności chłopców bywają opisywane w języku winy, a nie diagnozy. Zamiast pytać, dlaczego część z nich słabiej radzi sobie w szkole, częściej przypisuje się im lenistwo, niedojrzałość albo brak ambicji. Taki sposób myślenia nie tylko zubaża debatę, ale utrudnia też szukanie rozwiązań.– Przede wszystkim: to są dzieci. Jeśli mniej się uczą, warto zadać pytanie: dlaczego? Jak możemy im pomóc? Nie można ich po prostu obarczać winą, nawet jeśli faktycznie uznamy ich za leniwych, choć to ogromne uproszczenie i stereotypizacja.

 

Znaczenie mają również rodzinne i środowiskowe oczekiwania. W wielu miejscach nadal silne jest przekonanie, że dziewczynka ma się pilnie uczyć, a chłopiec raczej myśleć o zawodzie i zarabianiu. To wpływa nie tylko na aspiracje, ale również na codzienny stosunek do nauki. W części grup społecznych chłopcy uczą się, że wysiłek nie buduje prestiżu, a większe uznanie daje pozór swobody i naturalnego talentu.

 

Nie bez znaczenia są też różnice środowiskowe. Tam, gdzie luka edukacyjna między dziewczętami a chłopcami jest mniejsza, trudniej bronić tezy, że mamy do czynienia z jakąś nieuchronną prawidłowością. Duże zróżnicowanie między regionami pokazuje raczej, że źródeł problemu trzeba szukać w warunkach społecznych i kulturowych. – W dużych miastach luka edukacyjna chłopców jest mniejsza niż w powiatach wiejskich. To pokazuje, że przyczyny są środowiskowe.

 

Jeśli tak, tym bardziej nie da się sprowadzić całego zjawiska do prostego osądu, że chłopcy „po prostu nie chcą się uczyć”. Szkoła wciąż za rzadko przygląda się temu, w jaki sposób stereotypy dotyczące męskości wpływają na motywację, samoocenę i wyobrażenia o przyszłości.

 

Problem luki edukacyjnej nie dotyczy wyłącznie wyników i ścieżek kształcenia. Równie ważna jest kwestia relacji, a zwłaszcza obecności dorosłych, którzy potrafią stworzyć młodym ludziom bezpieczną przestrzeń rozmowy. W wielu szkołach właśnie tego najbardziej brakuje. W szkołach brakuje też tak zwanych „zaufanych dorosłych”. I to jest w ogóle strukturalny problem szkoły – nie tylko w Polsce, ale u nas szczególnie wyraźny. Uczniowie nie mają osoby, do której mogliby pójść z problemem, porozmawiać, poczuć, że ktoś ma dla nich czas i empatięzauważa dr Gulczyński.

 

To szczególnie istotne w przypadku chłopców, którzy często są wychowywani do większej powściągliwości emocjonalnej i rzadziej otrzymują przyzwolenie na mówienie o słabości, lęku czy zagubieniu. Jeśli w szkole nie spotkają dorosłego, który będzie umiał to dostrzec, łatwo mogą zostać sami ze swoim wycofaniem, frustracją albo poczuciem porażki.

 

W debacie o edukacji regularnie wraca temat braku męskich wzorców w szkole. Nie ma przekonujących dowodów, że sam wzrost liczby nauczycieli-mężczyzn automatycznie poprawiłby wyniki chłopców, ale relacyjny wymiar tej obecności trudno zlekceważyć. Wielu chłopców przez lata spotyka w szkole mężczyzn głównie na obrzeżach procesu dydaktycznego. – Często w szkole podstawowej tymi mężczyznami są tylko woźny, ksiądz i nauczyciel WF-u. Rzadko są to osoby, które kojarzyłyby się z nauką.

 

To nie tylko problem reprezentacji, lecz także pewien symboliczny porządek: mężczyzna w szkole pojawia się częściej jako ktoś od dyscypliny, spraw organizacyjnych albo sportu niż jako przewodnik po świecie wiedzy, języka i rozwoju. Trudno nie postawić pytania, czy to również nie osłabia identyfikacji chłopców ze szkolnym sukcesem.

 

 

Źródło: www.strefaedukacji.pl

 

*Przeczytaj także tekst Katarzyny Mazur, zamieszczony na tym portalu 10 marca 2026, zat. „’Uczenie się też może być męskie’. Chłopcy zbyt wcześnie wypadają z edukacji”  –  TUTAJ

 



Kontynuując wątek wyboru przez ósmoklasistów drogi dalszej edukacji proponuję dziś lekturę najnowszego posta z bloga prof. Bogusłwa Śliwerskiego

 

 

Sezon wyboru szkoły ponadpodstawowej

 

Co roku wiosną w polskiej przestrzeni publicznej rozpoczyna się rytuał, który można by nazwać sezonem edukacyjnych porad. Media publikują rankingi liceów, portale eksperckie podpowiadają „jak dobrze wybrać szkołę”, nauczyciele i doradcy zawodowi organizują spotkania, a rodzice — często po raz pierwszy — stają wobec pytania, które brzmi poważnie: jaką szkołę powinno wybrać moje dziecko?

 

Pytanie to zakłada jednak coś, co rzadko bywa problematyzowane. Zakłada, że mamy do czynienia z wyborem, a to nie zawsze jest prawdą. Badania naukowe demistyfikują iluzję wyboru.  W debacie publicznej dominuje przekonanie, że decyzja o wyborze szkoły ponadpodstawowej jest rezultatem racjonalnej analizy, znajomości rankingów, rozmowy rodziców z dzieckiem.

 

W tej narracji rodzic staje się doradcą, dziecko — decydentem, a szkoła — ofertą do wyboru. Problem polega jednak na tym, że jest to obraz normatywny, a nie rzeczywisty. W rzeczywistości decyzja edukacyjna młodego człowieka jest wynikiem przecięcia co najmniej trzech porządków, które rzadko są uświadamiane w publicystycznych poradach.

 

1.Nie można pominąć logiki relacyjnej (psychologicznej) nastolatka, a więc tego, czy rodzice rozmawiają z dzieckiem na ten temat, czy wspierają jego autonomię, czy może narzucają własną decyzję. Badania psychologiczne są tu dość jednoznaczne: dialog, uznanie perspektywy dziecka i wspólne dochodzenie do decyzji sprzyjają trafniejszym i trwalszym wyborom, ale to jest tylko pierwszy poziom tego procesu.

 

2.Drugi poziom dotyczy logiki systemowej w ustroju szkolnym, który oparty jest na selekcji a nie wolnym wyborze, a zatem nie jest już tak „romantyczny” jak pierwszy. Nastolatek musi bowiem brać pod uwagę wyniki egzaminu ósmoklasisty, a tym samym także progi punktowe, które określają w ramach kryteriów przyjęć licea i technika o najwyższym poziomie aspiracji młodzieży, która chciałaby się do nich dostać.

 

Można mieć duże chęci i nawet wysokie wyniki z egzaminu ósmoklasisty, ale kluczowa jest też dostępność do pożądanej szkoły w miejscu zamieszkania. W tym przypadku kończy się często opowieść o wolnym wyborze.

 

Uczeń z wysokim wynikiem egzaminu państwowego wybiera, uczeń ze średnim — negocjuje wybór z rodzicami, zaś uczeń z niskim poziomem osiągnięć zostaje skazany na dostępną mu w systemie placówkę, choć język publiczny nadal nazywa to „wyborem”.

 

 

Tabela 1. Szanse dostania się do szkoły średniej w zależności od wyniku egzaminu ósmoklasisty

                i progiem punktowym przyjęć do niej (źródło: opracowanie we współpracy z AI)  

 

3.Do tego dochodzi jeszcze tzw. logika rodzinna, a więc ekonomia i warunki socjobiograficzne. Trzeci poziom jest niemal nieobecny w debacie publicznej, a w wielu przypadkach bywa rozstrzygający. Nie jest bowiem bez znaczenia możliwość rodziców udzielenia wsparcia finansowego nastolatkowi, by mógł kontynuować obowiązkową edukację przez trzy lata, a być może nawet dłużej, chociaż już fakultatywnie,

 

Co z tego, że nastolatek chciałby uczyć się w technikum czy liceum ogólnokształcącym o interesującym go profilu, skoro barierą może okazać się wykluczenie komunikacyjne lub – z racji dużej odległości od rodzinnego domu –  dostępu do internatu. Są rodziny, które z racji potrzeb gospodarstwa domowego, interesu ekonomicznego (rodzinna firma, warsztat, gospodarstwo rolne czy turystyczne itp.), wymagają od własnego nastolatka wybór szkoły zgodnej z tym interesem.

 

Nie bez znaczenia jest też styl życia i rytm funkcjonowania rodziny. W wielu przypadkach to właśnie ten poziom decyduje o tym, czy dziecko w ogóle może rozważać szkołę poza miejscem zamieszkania lub w dotychczasowym miejscu, które musi być zmienione ze względu na przeprowadzkę czy długoterminowy wyjazd rodziców z kraju.

 

Wybór szkoły średniej przestaje zatem być wyborem dopiero w wyniku zestawienia tych trzech logik, co rzadko pojawia się debatach publicznych. Im silniejsze są ograniczenia systemowe i ekonomiczne, tym mniejszy ma sens pytanie „jak wybrać szkołę średnią?”. Natomiast bardziej sensowne jest dociekanie „co w tej sytuacji jest w ogóle możliwe?”.

 

Z powyższych przyczyn w jednych rodzinach rozmowa o wyborze szkoły ma charakter dialogu i eksploracji, a w innych jest raczej procesem oswajania się z koniecznością. Nie bez znaczenia jest też rola rankingów szkół średnich, które przyciągają lub zniechęcają do dokonania wyboru, skoro publikowane dane mają jedynie wymierny charakter.

 

Szkoła zaś jest jednak czymś więcej niż tylko liczbą miejsc, rodzajami przedmiotowych profili przewidzianych oddziałów, wynikami egzaminu maturalnego czy wizualizacją  web-strony. Z prowadzonych badań dotyczących wyborów szkoły, wbrew pozorom, rankingi rzadko są rzeczywistą podstawą decyzji. Raczej pełnią funkcję uproszczenia, uzasadnienia czy społecznej legitymizacji wyboru.

 

Liczy się też opinia rodziców, którzy  nie tyle wybierają szkołę średnią dla własnego dziecka dlatego, że jest wysoko w rankingu, ile raczej potwierdzają zasadność lub możliwość wyboru uwarunkowanego przez jego sytuację społeczną, ekonomiczną i biograficzną. Warto też powiedzieć rzecz niewygodną dla liberalnej narracji o autonomii jednostki. Nastolatek nie wybiera szkoły w próżni. Często jego decyzja wpisana jest w strategię utrzymania statusu społecznego (możliwe rozstanie z dotychczasowym kręgiem rówieśników), próbę awansu albo po prostu konieczność przetrwania.

 

W jednych rodzinach będzie to strategia „musisz iść do tego a nie innego liceum czy technikum lub szkoły branżowej, bo…”. W innych  – „musisz tu zostać, bo nie mamy możliwości, by było inaczej”. Jest to zatem najtrudniejszy moment decyzyjny między koniecznością a godnością.

 

Największe wyzwanie pedagogiczne nie dotyczy samego wyboru, ale sytuacji, w której możliwości w tym zakresie są ograniczone, a każda decyzja nie będzie tą idealną, raczej mniejszym złem. Młodzież doświadcza jej jako niesprawiedliwość, a wówczas kluczowe staje się nie „co wybrać”, lecz jak rozmawiać, by nie zamienić konieczności w poczucie porażki.

 

Dlatego warto, by każdy rodzic znalazł odpowiedź na pytania: Jakie są realne możliwości mojego dziecka — nie wyobrażone, lecz rzeczywiste? Co w tej decyzji wynika z jego potrzeb, a co z sytuacji rodziny?  Jak mogę jej/mu towarzyszyć tak, by nie odebrać jej/jemu poczucia sprawstwa, nawet jeśli wybór jest ograniczony?

 

Nie każdy uczeń wybiera szkołę, gdyż część spośród absolwentów podstawówki wybiera tylko sposób, w jaki ma przyjąć decyzję, którą podjęły za niego system, ekonomia i historia rodziny. Od tego, jak tę decyzję przeżyje, zależy więcej niż od tego, jaką szkołę ostatecznie wybierze.

 

 

Źródło: www.sliwerski-pedagog.blogspot.com

 

 



Oto obszerne fragmenty tekstu Magdaleny Konczal, zamieszczonego dzisiaj na portalu „Strefa Edukacji”, o obserwowalnych coraz wyraźniej skutkach malejącej liczby uczniów:

 

 

 

Nadciąga kryzys, który uderzy w szkoły. „Wybuchnie w ciągu najbliższych lat”

[…]

 

Według prognoz przekazanych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej liczba uczniów w polskim systemie oświaty będzie w kolejnych kilkunastu latach wyraźnie spadać. Resort szacuje, że między rokiem szkolnym 2026/2027 a 2042/2043 liczba dzieci i młodzieży zmniejszy się o ponad 1,5 mln. Oznacza to średni spadek o około 110 tys. uczniów rocznie.[…]

 

Najwięcej takich przypadków odnotowano w województwie lubelskim. Z danych tamtejszego kuratorium wynika, że w 2025 roku jednostki samorządu terytorialnego skierowały do zaopiniowania 85 uchwał dotyczących likwidacji lub przekształcenia placówek oświatowych. Pozytywnie oceniono 76 z nich. W tej grupie 54 dotyczyły likwidacji, a 22 przekształcenia. […]Jak dodaje, tylko w latach 2023–2025 liczba dzieci w publicznych przedszkolach spadła o tysiąc. To w kolejnych latach może oznaczać konieczność zamykania najpierw przedszkoli, a później także szkół.

 

Niepokojące dane napływają także z województwa śląskiego. W roku szkolnym 2024/2025 do kuratorium oświaty w Katowicach wpłynęło 56 uchwał organów prowadzących dotyczących likwidacji lub przekształcenia szkół. Pozytywną opinię uzyskało 50 z nich. Prezydent Sosnowca nie ma wątpliwości, że obecna skala zmian to dopiero zapowiedź znacznie większego problemu. […]

 

W Małopolsce do kuratorium oświaty w Krakowie wpłynęły 53 wnioski dotyczące likwidacji lub przekształcenia szkół i przedszkoli. Pozytywnie zaopiniowano 28 z nich.

 

Na Dolnym Śląsku od 4 marca 2025 roku do 3 marca 2026 roku z 39 wniosków pozytywną opinię uzyskało 25. Tyle samo, bo 25 pozytywnych opinii, wydano również w województwie opolskim. W województwie lubuskim było ich 24, a w Wielkopolsce 29.

 

Pozostałe dane pokazują, że problem obejmuje cały kraj. Pozytywne opinie do uchwał o zamiarze likwidacji lub przekształcenia szkoły wydano także w województwach: kujawsko-pomorskim – 18, podkarpackim – 9, zachodniopomorskim – 15, warmińsko-mazurskim – 7, świętokrzyskim – 22, pomorskim – 15 i podlaskim – 11.

 

[…]

 

Na postępujący niż demograficzny reaguje też Ministerstwo Edukacji Narodowej. Resort przygotował projekt ustawy, która ma pomóc ratować małe szkoły przed likwidacją. MEN chce dopuścić możliwość wykorzystywania budynków szkolnych także do innych celów niż edukacyjne. Obowiązkowe mają być również konsultacje z rodzicami w przypadku zamiaru likwidacji szkoły.

 

W tej chwili w Polsce funkcjonuje 131 szkół, w których uczy się poniżej 25 dzieci, a uczniowie z ponad 230 szkół mieszczą się w przedziale liczebnym 25–50. To są bardzo małe szkoły. Niemniej dla małej miejscowości, dla wsi, szkoła stanowi centrum życia. Kiedy nie ma szkoły, nie ma też powodów, by w danej miejscowości się osiedlać i żyć. Szkoła pełni też inne funkcje w centralnym myśleniu o miejscowości. Oczywiście widzimy też tendencję samorządów do uważnego przyglądania się inwestycjom w oświatę i kalkulacjom” – przyznała ministra edukacji Barbara Nowacka.

 

Samorządowcy oceniają te propozycje ostrożnie. Przyznają, że dodatkowe funkcje dla szkolnych budynków mogą pomóc w ich czasowym utrzymaniu, ale nie zatrzymają samego procesu likwidacji placówek.

 

Program MEN nie uratuje ani świata, ani kraju. To jedynie przedłuży możliwość funkcjonowania budynków, w których znajdują się szkoły” – przyznaje prezydent Sosnowca Arkadiusz Chęciński.

 

Zdaniem Grzegorza Kubalskiego, wicedyrektora biura Związku Powiatów Polskich, potrzebne są przede wszystkim jasne standardy finansowania zadań oświatowych. „Takie kalkulacje nie powstały, bo wówczas skończyłyby się polityczne mrzonki o tym, że da się ratować małe szkoły” – podsumował Grzegorz Kubalski.

 

 

Cały tekst „Nadciąga kryzys, który uderzy w szkoły.’Wybuchnie w ciągu najbliższych lat’”  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.strefaedukacji.pl

 



Dzisiaj tekst, zamieszczony wczoraj na fanpage grupy „Nie dla chaosu w szkole”:

 

Dziennikarka „Wysokich Obcasów” podjęła niełatwy temat. Chodzi o dzieci z potwierdzonymi trudnościami w funkcjonowaniu, które – tak się rodzicom wydawało – mogłyby trafić do szkół prywatnych oferujących przyjazne warunki, sprzyjające indywidualizacji. To są często dzieci już pokiereszowane, np. po wielu zmianach przedszkoli. Okazuje się, że prywatne szkoły robią uniki, zasłaniając się brakiem warunków. Dzieje się to wszystko w sferze niedomówień. Wysoka subwencja nie jest argumentem za, gdy szkoła kalkuluje, że może stracić innych uczniów, jeśli przyjmie dzieci z problematycznymi zachowaniami. Natomiast wypowiadający się w artykule prawnik przekonuje, że prywatne szkoły absolutnie nie mają prawa odrzucać podań dzieci z orzeczeniami, bo to godzi w konstytucyjne zapisy. Rzeczywistość jest jednak o wiele bardziej skomplikowana.

 

E-mail do rodziców w sprawie rekrutacji, prywatna szkoła w Warszawie, z dobrymi opiniami. Gruby druk, na czerwono: UWAGA: W ROKU SZKOLNYM 2024/2025 NIE PLANUJEMY PRZYJĘĆ UCZNIÓW Z ORZECZENIEM O POTRZEBIE KSZTAŁCENIA SPECJALNEGO.

 

Mama Kuby, 7-latka (spektrum autyzmu i ADHD):

Byłam z Kubą na dniu próbnym. Był pod uważną obserwacją. Dyrektor później poinformował mnie, że niestety, wygląda na to, że Kuba się nie odnajdzie, więc – dla jego dobra – nie może go przyjąć. Odpowiedź wysłał e-mailem

 

Rodzice są w pułapce: chcieli dla dziecka jak najlepiej, małych klas, wspierających nauczycieli, a na to szkoły publiczne zwykle nie mają czasu i pieniędzy, myślą więc: może szkoła prywatna. A tam słyszą: nie przyjmujemy. Rozwiązaniem nie jest szkoła specjalna, bo dzieci w spektrum są bardzo często w normie intelektualnej lub ją przewyższają. Nigdzie nie pasują.

 

System nie działa, choć subwencje nie są małe. Nauczyciele, którzy mają w klasie kilkoro dzieci z orzeczeniami, mierzą się z wieloma wyzwaniami, a wsparcia mają mało. W szkołach, zarówno publicznych, jak i prywatnych, rodzice naciskają, by ich dzieci – te bez orzeczeń – uczyły się w klasach, w których dzieci z orzeczeniami nie ma, bo „utrudniają lekcje” oraz „zaniżają poziom”.

 

Dyrektorka prywatnej szkoły:

Wie pani, zapraszamy, zrobimy weryfikację, nasz zespół oceni dziecko, bo jeśli jest wysokofunkcjonujące, to możemy przyjąć. Orzeczenie orzeczeniu nierówne.

 

Maria Kowalewska, nauczycielka:

Znam przypadki dzieci, które trafiały do szkół publicznych po tym, jak szkoła prywatna rozwiązała umowę albo wydaliła dziecko. Były też przypadki, że dziecko było przyjmowane do szkoły prywatnej na „okres próbny”, co samo w sobie jest absurdem – przyjmowano je na trzy miesiące, a jeśli się „nie sprawdziło”, zostawało bez szkoły.

 

Żaneta Hertz, pedagożka specjalna:

Teoretycznie szkoły nie powinny odmawiać przyjęcia dziecka ze względu na specyficzne potrzeby wynikające z realizacji wskazań w orzeczeniu. Jednak przyjęcie takiego dziecka nakłada na placówkę konieczność realizacji zaleceń: szkoła musi zapewnić uczniowi wszelkie terapie i konkretne wsparcie wynikające ze specyficznych potrzeb dziecka. Placówka powinna więc zatrudniać specjalistów z poszczególnych dziedzin z uprawnieniami do realizacji wymienionych terapii, w rzeczywistości jednak nie jest w stanie sprostać tym wymogom, a dotacje należne dziecku z tytułu posiadania orzeczenie niestety nie pokrywają autentycznych potrzeb finansowych.

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/NIEdlachaosuwszkole/



Oto zamieszczona dzisiaj na stronie MEN informacja o konsultacjach publicznych projektu ustawy o zakazie korzystania z telefonów w publicznych szkołach podstawowych

 

 

Projekt ustawy dotyczący telefonów komórkowych w szkołach skierowany do konsultacji publicznych

 

Minister Edukacji Barbara Nowacka skierowała do 30-dniowych konsultacji publicznych projekt ustawy o zakazie korzystania z telefonów w publicznych szkołach podstawowych. Każdy zainteresowany może wyrazić swoją opinię do 23 kwietnia 2026 roku.

 

Obecnie w szkołach nie obowiązywał jednolity, formalny zakaz korzystania z telefonów komórkowych. Projektowana zmiana ma na celu uporządkowanie tej sytuacji i zapewnienie szkołom jasnego umocowania prawnego.

 

W oparciu o badania naukowe wykazujące pozytywny wpływ zakazu korzystania z telefonów komórkowych i innych urządzeń elektronicznych na uczniów, ich zdrowie psychiczne, relacje społeczne oraz wyniki edukacyjne, w projekcie ustawy zaproponowano:

 

1.Zakaz korzystania przez uczniów z telefonów komórkowych i innych urządzeń elektronicznych umożliwiających porozumiewanie się na odległość lub rejestrowanie obrazu lub dźwięku w publicznych szkołach podstawowych podczas pobytu na ich terenie (czyli podczas lekcji i podczas przerw).

 

2.Możliwość wprowadzenia takiego zakazu albo określenia innych warunków korzystania z ww. urządzeń elektronicznych przez publiczne szkoły ponadpodstawowe i wszystkie szkoły niepubliczne w ich statucie.

 

3.Jasne wyjątki od zakazu w postaci:

1.zgody nauczyciela (zarówno prowadzącego zajęcia, jak i np. dyżurującego na korytarzu podczas przerwy) uzasadnionej celami dydaktyczno-wychowawczymi (np. nauka bezpiecznego korzystania z Internetu, przeprowadzenie quizu z wykorzystaniem nowoczesnych technologii, konieczność skontaktowania się z rodzicem);

2.sytuacji zdrowotnych w dwóch przypadkach:

-pisemnej zgody dyrektora szkoły, aby uczeń ze względu na chorobę, niepełnosprawność lub inne szczególne potrzeby mógł korzystać z telefonu komórkowego lub innego urządzenia elektronicznego,

-wystąpienia bezpośredniego zagrożenia dla zdrowia lub życia osób przebywających na terenie szkoły.

 

4.Wskazanie wprost, że w razie naruszenia zakazu szkoła stosuje:

-działania wychowawcze (np. upomnienia ustne, kontrakt wychowawczy);

-kary statutowe;

-obniżenie oceny zachowania (w związku z nieprzestrzeganiem zasad obowiązujących w szkole).

 

Szczegółowe zasady egzekwowania zakazu nie będą narzucane odgórnie. Każda szkoła będzie mogła wybrać rozwiązania najlepiej dopasowane do własnych potrzeb (np. półki, kieszonki na telefony czy inne rozwiązania przyjęte w szkole).

 

Planuje się, aby projekt ustawy wszedł w życie 1 września 2026 roku.

 

Projektowane rozwiązania są częścią spójnej polityki edukacyjnej. Równolegle w szkołach uczniowie poznają więcej zagadnień dotyczących higieny cyfrowej i edukacji medialnej. Działania te wzajemnie uzupełniają się oraz mają na celu wspieranie bezpiecznego oraz odpowiedzialnego rozwoju uczniów w świecie nowych technologii.

Projekt ustawy wraz z uzasadnieniem i oceną skutków regulacji jest dostępny w Rządowym Portalu Legislacyjnym.

 

Każdy zainteresowany może wyrazić swoje zdanie na temat tego projektu ustawy w terminie 30 dni (do 23 kwietnia 2026 roku) poprzez wysłanie ich pocztą elektroniczną na adres: konsultacje.dk@men.gov.pl

 

 

 

Źródło: www.gov.pl/web/edukacja/



Wczoraj na stronie „Wyborcza.pl. ŁÓDŹ” zamieszczono tekst wywiadu, jaki red. Katarzyna Stefańska przeprowadziła z Jarosławem Durszewiczem – Prezesem Fundacji „Szkoła bez ocen”, ekspertem prawa oświatowego. Oto obszerne fragmenty tego zapisu i Ink do pełnej wersji:/

 

 

„Zajechani uczniowie boją się szkoły”. Bo ta produkuje stres zamiast sensu

 

 

Zmęczone dziecko (shutterstock.com)

 

[…]

 

Polska szkoła coraz częściej produkuje stres zamiast sensu – wynika z raportu  „Diagnoza Młodzieży 2026″, zrealizowanego na zlecenie Ministerstwa Edukacji Narodowej. Wnioski z badania mają być jednym z elementów tworzenia Krajowej Strategii Młodzieżowej, nad którą prace resort zapowiada na jesień tego roku.

 

O presji wyników, fikcji „realizowania podstawy” i uczniach, którzy uczą się głównie unikania porażki, rozmawia z Jarosławem Durszewiczem, prezesem Fundacji Szkoła bez Ocen.

 

Katarzyna Stefańska: – Wnioski wynikające z raportu są brutalne. Chociaż może nie zaskakują?

 

Jarosław Durszewicz: Nie. Przecież to codzienność szkoły. To widać.

K.S. – Garść faktów: 70 procent młodych twierdzi, że szkoła stresuje ich codziennie, bardziej niż problemy rodzinne czy relacje z rówieśnikami. 55 procent uczniów szkół ponadpodstawowych mówi zaś o stresie chronicznym, wyczerpaniu i wypaleniu szkolnym.

 

J.D. – Te liczby mówią o strukturalnej presji. Ale wczytując się w raport głębiej, okazuje się, że szkoła jest źródłem wiedzy, a nie kompetencji społecznych. Tylko co trzeci uczeń uważa, że przygotowuje go do współpracy. A wszystko wynika z tego, że uczniowie poddani są presji na wynik, zapamiętywanie i odtwarzanie. I pogoni za „wiedzą”, która żadną wiedzą nie jest, tylko uczeniem treści mających przygotować do egzaminów, co oczywiście jest fikcją.

 

K.S. – Dlaczego fikcją?

 

J.D. – Bo przecież uczniowie na egzaminie nie są tylko odpytywani z treści, ale też na przykład z kompetencji tworzenia wypowiedzi argumentacyjnej. I z innych rzeczy, których się nie uczą, bo nauczyciel skupiając się na tym, że „jesteśmy rozliczani” przez dyrektora, radnych i kuratorium, i „jest presja na wyniki” goni z materiałem, byleby zrealizować rzeczy, które na tym egzaminie mogą się pojawić.

 

Jak to wygląda w praktyce? Dział, rozdział, powtórka, sprawdzian. Przeciętny uczeń funkcjonuje w szkole od sprawdzianu do sprawdzianu. Przecież nikt nie jest w stanie pomieścić w głowie wszystkich informacji z podstawy programowej. To niemożliwe.

 

K.S.  Ten wątek jest bardzo widoczny: „Szkoła przygotowuje przede wszystkim do egzaminów”. System edukacji został sprowadzony do selekcji, a nie do uczenia?

 

J.D. – Może nie do selekcji, ale system edukacji jest maszyną, podporządkowaną temu, żeby zrealizować treści i żeby nauczyciel mógł włożyć w głowę ucznia jak najwięcej wiedzy. Młodzi nie widzą sensu tego, czego się uczą i pytanie „Po co mi to?” jest bardzo częste. Żeby mózg mógł coś przyjąć, musi widzieć znaczenie. Nie widzi korzyści, odrzuca. Proste i uwarunkowane neurobiologicznie. Bezznaczeniowe uczenie abstrakcji wywołuje poczucie bezcelowości. A takich treści jest przecież w szkole masa.

 

K.S. – To też potwierdza badanie. Jedynie 14 procent uczniów uznaje metody stosowane w szkole za skuteczne.

 

J.D. – No tak. Bo funkcjonuje tradycyjny model nauczania. Wystarczy wejść do jakiejkolwiek szkoły i jak na dłoni widać stosowane metody. W cywilizowanym edukacyjnie kraju nie ma takiego modelu, że ławki są ustawione w trzech rzędach, przed nimi biurko nauczyciela, który ex cathedra wykłada. Wcale nie zaskakuje mnie, że uczniowie to artykułują, bo metody pracy nauczyciel w większości przypadków są nieskuteczne. Jeśli metoda ma być aktywna, to uczeń musi działać. Żeby mógł działać, musi mieć zorganizowaną lekcję tak, żeby ona była teatrem tych działań – ma pracować, pozyskiwać i przetwarzać. Coś robić, być aktywnym  uczestnikiem, a nie tylko słuchać wykładu nauczyciela.  […]

 

K.S. – Czy to nie paradoks? Z jednej strony uczeń ma być aktywny, kreatywny i krytyczny. A jednocześnie ma wkuwać i zdawać.

 

J.D. – To jest właśnie absurd. Albo to, albo to. Jeśli uczeń ma umieć poszukiwać, umieć oceniać, myśleć, trzeba zmienić sposób pracy. I znów wrócę do egzaminów i z uporem maniaka będę to powtarzał – one są największym źródłem problemów.

 

Współczesne nauczanie mówi, że najbardziej efektywną metodą pracy jest praca projektowa. Uczeń ma wówczas relacje, autonomię, ma sprawczość, elementy, które powodują, że mu się chce i czuje się ważny. Tymczasem wielu nauczycieli uważa, że praca projektowa to strata czasu, a tego czasu zawsze brakuje. Ministerstwo może ustalać profil absolwenta, może mówić o kompetencjach przyszłości, ale jeśli lekcja będzie wyglądać jak w XIX wieku, to problem, który porusza raport, będzie istniał zawsze.

 

[…]

K.S. – Z opinii uczniów wynika, że nie zastanawiają się też nad źródłem napięć. Tylko 9 procent młodych twierdzi, że nauczyciele zakładają, że stres jest kluczowym problemem uczniów.

 

J.D.- Bo oni nie postrzegają szkoły z perspektywy miejsca, które jest stresogenne. Bo szkoła była zawsze. „Przecież my też chodziliśmy do szkoły” – mówią – „Stres jest nieodłącznym elementem życia”, że tak było, jest i będzie. I dlaczego ma być inaczej. Tylko tu nie chodzi o stres sam w sobie, ale o presję, która ten stres powoduje. Ona jest zupełnie niepotrzebna. Fundamentalną barierą jest presja na wyniki, stałe porównywanie się szkół. Wszyscy rozliczają szkołę z wyników.

 

K.S. – Można mówić o tym, że szkoła dokłada cegiełkę do kryzysu zdrowia psychicznego młodych?

 

J.D. – Patrząc na to, co się dzieje z uczniami, którzy nie osiągają takich wyników, jakich oczekują od nich rodzice i nauczyciele, jak się porównują między sobą, to myślę, że zdecydowanie tak. Na pewno cegiełkę. Dzieci chcą bardziej ludzkiego i podmiotowego traktowania.

K.S. – Tymczasem spędzają między 32 a 39 godzin tygodniowo w szkole i prawie siedem godzin dziennie na nauce w domu.

 

J.D. – To zajechanie, to ponad 40 godzin pracy. Do tego dochodzą zajęcia dodatkowe, basen, konie, tańce, korepetycje. Nie ma czasy na rozwój zainteresowań, nie ma czasu na relacje, nie ma czasu na wypoczynek.

 

K.S. – Jeśli źródłem problemów są egzaminy, widzisz możliwość odejścia od nich?

 

J.D. – Nie wiem. Patrząc na to, w jaki sposób wprowadzane są reformy edukacji, nie wiem, czy komukolwiek starczyłoby odwagi, żeby radykalnie zmienić formułę egzaminu. Tu nie chodzi o to, żeby tego egzaminu nie było w ogóle. To jakieś symboliczne zakończenie etapu edukacji. Jakiś element selekcjonujący przed wyborem szkoły.

 

Problem polega na tym, że kiedy dziecko idzie do szkoły ponadpodstawowej, rekrutacja jest przeprowadzana bezosobowo. Tam nie ma przestrzeni na dziecko, tylko dane o jego wyniku i średniej ocen. Ucznia sprowadza się do wyniku w tabelce. To jest podstawowy element selekcji. To stanowi ramę systemu. I teraz pytanie, w jaki sposób zmienić ten egzamin, żeby jednocześnie pozwalał na taką selekcję i traktował podmiotowo? Wiem, że trwają prace nad zmianą formuły egzaminacyjnej. Może dobrym rozwiązaniem byłaby rozmowa rekrutacyjna do szkoły średniej.

 

Jeżeli uczeń określiłby swoje zainteresowania, miałby jakiś wyznaczony cel, miał świadomość mocnych stron, świadomość tego, co chce robić w życiu, taka rozmowa upodmiotowiłaby ucznia i pozwoliła, żeby on szedł taką drogą. Najprościej jest policzyć wyniki, wrzucić do Exela i automatycznie przydzielić do szkoły. System przelicza, wskazuje jedną, drugą, trzeci a szkołę, bezdusznie przydziela do szkoły, którą wyliczy algorytm. To nie ma nic wspólnego z ludzkim podejściem.

 

 

Cały tekst „Zajechani uczniowie boją się szkoły”. Bo ta produkuje stres zamiast sensu”  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.lodz.wyborcza.pl/lodz

 

 

 

 

 



Wczoraj „Portal dla Edukacji” poinformował o wywiadzie, jakiego w TVN udzieliła Ministra Barbara Nowacka, gdzie była pytana także o przyszłość przedmiotu wychowanie zdrowotne. Oto obszerny fragment tego tekstu:

 

 

 

MEN myśli o wprowadzeniu obowiązkowego przedmiotu w szkole. Ta lekcja może uratować życie

 

[…]

 

Ministra edukacji Barbara Nowacka zapowiedziała w TVN24, że do końca marca ogłosi decyzję, czy w następnym roku szkolnym edukacja zdrowotna będzie przedmiotem obowiązkowym. – Przedstawię swoją decyzję za dni dosłownie kilka. Do końca marca. Obiecałam to też nauczycielom i dyrektorom, bo to jest też dla nich ważne, jak układają ramówki – powiedziała Nowacka.

 

 

Pytana, dlaczego w tym roku szkolnym przedmiot nie jest obowiązkowy, odparła: – jeżeli jest decyzja najwyższych władz w Koalicji Obywatelskiej, żeby jednak zrobić nieobowiązkowo, to minister tutaj niewiele może zrobić. Ale rok przekonywania mam nadzieję zadziałał – dodała szefowa MEN.

 

Zaznaczyła, że ważne jest wprowadzenie mądrego, dobrze przygotowanego przedmiotu. – Moje przekonanie jest oczywiste. Nie bez powodu też pokazywałam Radzie Ministrów diagnozę młodzieży, czyli raport wykonany na zlecenie Ministerstwa Edukacji Narodowej, żeby zobaczyli, jak wiele problemów młodego pokolenia wiąże się ze zdrowiem – zaznaczyła

 

Tak wiem, że młodzież będzie narzekała – dodatkowa godzina. Ale to może być ta godzina, która komuś uratuje życie i to naprawdę nie ma ceny – podkreśliła Barbara Nowacka. […]

 

Cały tekst „MEN myśli o wprowadzeniu obowiązkowego przedmiotu w szkole. Ta lekcja może uratować życie” 

–  TUTAJ

 

 

Źródło: www.portalsamorzadowy.pl/edukacja/