Wczoraj na swoim blogu „Wokół Szkoły” Jarosław Pytlak zamieścił tekst, w którym, nawiązując do wywiadu Magdaleny Bigaj, sformułował swoje poglądy i obawy, dotyczące przygotowywanego przez MEN w projekcie ustawy, nazywanej potocznie ustawą „o prawach i obowiązkach uczniów”, zakazu używania przez uczniów na terenie szkoły smartfonow. Oto obszerne fragmenty tego tekstu i link do jego pełnej wersji:

 

 

Czy ustawa coś zmieni w kwestii smartfonów?

 

Cenię panią Magdalenę Bigaj, prezeskę Fundacji „Instytut Cyfrowego Obywatelstwa”, za jej działania na rzecz krzewienia higieny cyfrowej w środowisku edukacyjnym, więc z tym większym zainteresowaniem przeczytałem wywiad, jakiego udzieliła Magdalenie Ignaciuk w „Strefie Edukacji. Mile zaskoczyło mnie w nim echo naszego spotkania w pewnej debacie. Wspomniałem wówczas o zasadzie obowiązującej nauczycieli w mojej szkole, że korzystać ze smartfonów do celów prywatnych mogą tylko w czasie, kiedy nie sprawują opieki nad uczniami i znajdują się w miejscu, w którym uczniów nie ma. Regulacji oczywistej z punktu widzenia roli, jaką pełnią w szkole, a przy tym zdroworozsądkowej, bowiem nie ma powodu, by ograniczać osoby dorosłe w czasie, kiedy nie sprawują opieki nad swoimi podopiecznymi. Miło, że moja rozmówczyni zachowała to w pamięci.

 

Co do wywiadu, przyznam, że tytuł – Zakaz telefonów pomija nauczycieli i budzi wątpliwości. Bez przykładu z góry zmiana nie zadziała” – postawił moje uszy w słup. Konkretnie słowa: „pomija nauczycieli” oraz „bez przykładu z góry”. I rzeczywiście, w środku znalazłem kilka stwierdzeń, które mnie zaniepokoiły. Ponieważ temat jest ważki i dotyczy praktycznie każdej szkoły, a debata publiczna trwa (i dobrze!), postanowiłem podzielić się tutaj swoimi spostrzeżeniami.

 

x            x            x

 

W ciągu ostatnich dziesięciu lat przeszedłem długą drogę od liberalnego traktowania korzystania przez dzieci i młodzież w szkole z osobistych urządzeń elektronicznych, ze szczególnym uwzględnieniem smartfonów, do postawy restrykcyjnej. W tym czasie nabrałem przekonania, że przynoszą one wielorakie szkody, przewyższające – skądinąd niezaprzeczalne – pożytki. Mając za sobą fiasko kilku prób tworzenia w tej kwestii umów społecznych, które nie wytrzymywały próby lojalności ze strony uczniów, uważam dzisiaj za konieczne formalne ograniczenie możliwości korzystania z tych urządzeń podczas pobytu w szkole. Na etapie szkoły podstawowej dopuszczam jedynie niewielkie wyjątki, pozostawiając więcej swobody – ale w granicach ściśle określonych reguł – młodzieży starszej.

 

Problem jest bardzo złożony, ponieważ smartfony stały się codziennym narzędziem wielu osób, trafiając również – za sprawą rodziców – w ręce dzieci, nawet bardzo małych. Są wygodne: pozwalają zająć czymś małoletnią pociechę, pozostać z nią w stałym kontakcie; dają poczucie bezpieczeństwa i kontroli. Raczej złudne. Czasem służą jako źródło wiedzy i rozrywki, co oczywiście byłoby zjawiskiem pozytywnym, gdyby nie łatwy dostęp do treści absolutnie dla młodych niewskazanych. Stanowią użyteczne narzędzie ułatwiające organizację życia, ale równocześnie forum kontaktów za pośrednictwem mediów społecznościowych. W tej ostatniej sferze zachodzi najwięcej niebezpiecznych zjawisk, nad którymi dorośli – rodzice i nauczyciele, jak dotąd, nie potrafią zapanować.[…]

 

We wspomnianym na początku wywiadzie Magdalena Bigaj dała wyraz swojego niedosytu:

 

Ministerstwo poszło raczej w stronę ogólnych sformułowań nazwanych zakazem, zamiast – jak rekomenduje środowisko zajmujące się higieną cyfrową – konkretnych zasad, czyli zestawu rozwiązań dostosowanych do wieku uczniów i obejmujących wszystkich. 

 

Osobiście, czytając projekt ustawy, mam uczucia ambiwalentne. Z jednej strony, obciążenie szkoły – po raz nie wiem już który – koniecznością samodzielnego tworzenia zapisów statutowych, nie budzi mojego zachwytu. Z drugiej strony jednak, nie bardzo wyobrażam sobie jak szczegółowe, a zarazem zróżnicowane musiałby być zapisy ustawowe, by dało się dopasować je do różnych sytuacji w poszczególnych placówkach. Nie podzielam więc tutaj niedosytu pani Magdaleny. Co nie znaczy, że nie wietrzę kłopotów, ale ich źródło upatruję w czymś innym. Przede wszystkim w upadku autorytetu szkoły, która jawi się ogółowi społeczeństwa jako instytucja opresyjna, a rodzicom – nie partnerem w edukacji ich dzieci, ale zagrożeniem, przed którym należy je za wszelką cenę uchronić.

 

Jest symptomatyczne, że regulacja dotycząca smartfonów pojawia się w projekcie ustawy określanej potocznie mianem „o prawach i obowiązkach uczniów”. Ma ona wprowadzić m.in. instytucję Rzecznika Praw Uczniowskich oraz zamknięty katalog kar, jakie można będzie stosować w szkołach. To kolejne działania władz wpisujące się w konsekwentną narrację o opresyjnym charakterze instytucji, której – w istocie nauczycielom – należy nakładać kolejne ograniczenia, aby zapobiec krzywdzeniu uczniów. Ta sama szkoła ma jednak zmierzyć się z problemem smartfonów, chociaż w celu wykonania tego zadania nie otrzymuje żadnych narzędzi.[…]

 

Nie wiem, czy jest w ogóle możliwość wyposażenia nauczycieli w jakieś prawa w tym zakresie, bez łamania konstytucji. Pewnie nie i dlatego właśnie można zrozumieć tak ogólnikowy zapis w projekcie ustawy. Tym bardziej, że autonomia szkoły i dyrektora świetnie sprawdza się jako listek figowy w sytuacjach szczególnie trudnych. W świetle tego jedno tylko wydaje mi się pewne – zapis ustawowy niewiele zmieni. Szkoły będą musiały radzić sobie tak jak dotąd – perswazją, karami porządkowymi za naruszenie zasad, bezbronne w sytuacji, gdy rodzice odmówią wsparcia wychowawczego, albo gdy podejmą działania prawne skierowane przeciwko nauczycielom. Taki mamy klimat i ustawa tego nie zmieni. A może zmieni o tyle, że przybędzie jeszcze jedna instancja do składania skarg – Rzecznik Praw Uczniowskich…

 

 x           x           x

 

Ślad narracji niechętnej nauczycielom pojawia się również w wypowiedzi Magdaleny Bigaj. Mówi ona:

W projekcie ministerialnym czytamy, że zakaz nie obejmuje nauczycieli. Tymczasem mamy wiele informacji zwrotnych od uczniów, którzy opowiadają, że nauczyciel rzuca piłkę na WF-ie i gra w gry, ktoś inny robi zakupy na Zalando, a w jednej ze szkół wychowawczyni klas 1–3 pokazywała dzieciom, co kupiła na Temu. Problem sygnalizuje nam też wielu dyrektorów. To znowu pokazuje sytuację, w której całą odpowiedzialność przerzucamy na dzieci – to one poniosą główne konsekwencje tych zmian i zobaczą, że dorosłych prawa nie obowiązują, a jednocześnie zapominamy o tym, o czym często mówimy w teorii, że to dorośli modelują zachowania dzieci.  

 

Nie bardzo wyobrażam sobie, jak w ustawie można by rozciągnąć zakaz na nauczycieli. Odwoływanie się do „wielu informacji zwrotnych od uczniów” nie jest przekonujące. Być może dyrektorzy widzą ten problem, choć nie wiem, czy wyposażeni w ustawowy zakaz (czego dokładnie?), dotyczący nauczycieli, byliby w stanie lepiej sprawować nadzór pedagogiczny. Ja w każdym razie nie uważam zrównywania w prawach na siłę dzieci i dorosłych za działanie roztropne. A już stwierdzenia o przerzuceniu odpowiedzialności na dzieci kompletnie nie rozumiem. Tak, są prawa, które nie dotyczą wszystkich. Dziecko nie ma prawa kierować samochodem, dorosły ma. Nie ma prawa pić alkoholu, dorosły ma. I – uprzedzając polemikę – tak, dorosły nie ma prawa pić alkoholu w pracy, ale jeśli ktoś potraktuje tę czynność jako równoważną z korzystaniem ze smartfona do celów służbowych, to ja już naprawdę nie pomogę mu lepiej ogarnąć tematu. Dość na tym, że obowiązujące u mnie w szkole rozwiązanie, o którym wspomniała sama pani Bigaj, wydaje mi się wystarczające, jeśli chodzi o nauczycieli. […]

 

x           x           x

 

Tyle obaw, teraz kilka zdań o wątkach wywiadu, na które chciałbym tutaj po prostu zwrócić uwagę.

 

Musimy wziąć pod uwagę jedną rzecz. Zakaz – czy szerzej: uregulowanie korzystania z telefonów w szkole – nie rozwiązuje problemu dostępu dzieci i młodzieży do treści w internecie, do których nie powinny mieć dostępu. 

 

Pełna zgoda! Dlatego należy usilnie lobbować za nałożeniem przez władze państwowe ograniczeń na dostawców internetowego „kontentu”. Nie wierzę, że przy obecnym poziomie profilowania użytkowników nie jest możliwe odcinanie dzieci i młodzieży od treści, z którymi nie powinny mieć do czynienia!

 

Mówi się, na przykład, o zakazie korzystania z mediów społecznościowych przez osoby poniżej piętnastego roku życia. Tyle tylko, że tego problemu nie da się zrzucić na „autonomię” dyrektorów. Trzeba zmierzyć się z Big Techami, co wykracza poza kompetencje MEN. Bez tego jednak wszystko, co zrobimy w szkołach, będzie tylko pudrowaniem trupa.

 

 I jeszcze:

 

Cóż, wybór należy do nas (prawodawców). Jeśli państwo naprawdę nie może obejść się bez założenia młodemu obywatelowi elektronicznej smyczy, w postaci wspomnianych tu usług publicznych, to rzeczywiście, nie pozostanie nam nic innego, jak manewrować pomiędzy Scyllą i Charybdą, choć mało kto ma zadatki na Odyseusza. A może by jednak owe usługi państwowe, a także bankowe, również oferować dopiero po osiągnięciu jakiegoś minimalnego wieku, rzędu piętnastu lat?! Choć pewnie będzie trudno, bo i władze, i banki mają w sobie wiele z Big Techów…[…]

 

Też chciałbym, żeby wypracowane rozwiązanie było spójne i uczciwe. Pewnie trochę z panią Magdaleną różnimy się w rozumieniu tych dwóch słów, ale na pewno łączy nas troska dotycząca obecnej sytuacji. Oboje zgadzamy się, że szkoły potrzebują wsparcia w radzeniu sobie z opisanymi tutaj wyzwaniami. Ja – pełniąc służbę na pierwszej linii – marzyłbym tylko, by nawet ze wsparciem nie zostały obarczone zadaniem samodzielnego rozwiązania problemu, który generuje całe społeczeństwo.

 

I Big Techy, nie zapominajmy o roli Big Techów!

 

 

Cały tekst „Czy ustawa coś zmieni w kwestii smartfonów?”  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/

 



Zostaw odpowiedź