Warto – mając świadomość, że MEN wkrótce zakaże uczniom używania w szkołach telefonów – zaoznać się z zamieszczonym dzisiaj na portalu „EDUNEWS” tekstem dr Macieja Dębskiego, – założyciela i prezesa fundacji „Dbam o Mój Zasięg, socjolog problemów społecznych, wykładowca akademicki w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Gdańskiego. Oto ten tekst bez skrótów, wzbogacony o linki do jeszcze dwu, na podobne tematy:

 

 

 

Cyfrowy szelest w krzakach – ciekawość i domykanie niepewności

– powiadomienia push (Higiena Cyfrowa #3)

 

 

Wyobraź sobie naszego praprzodka Homo sapiens, który siedzi przed swoją kamienną jaskinią. Wokół jest cisza, ogień trzaska, a on ma chwilę spokoju. Nagle coś się poruszyło w krzakach. To może być nic, ale może też być coś bardzo ważnego. I właśnie dlatego mózg reaguje błyskawicznie: zanim zdążysz pomyśleć, ciało już jest w gotowości. W takim świecie sprawdzenie „co to było?” miało sens, bo stawką mogło być jedzenie albo życie. Jeśli zignorujesz królika, tracisz szansę. Jeśli zignorujesz drapieżnika, możesz zginąć. Więc natura wbudowała w nas mechanizm: gdy pojawia się nagły, niejasny sygnał, skup się na nim natychmiast.

 

Powiadomienia push są cyfrową wersją tego szelestu. Pojawiają się nagle, wtrącają się w to, co robisz, często są niedopowiedziane: „Masz nową wiadomość”, „Ktoś zareagował”, „Wspomnienie”, „Nowe informacje”, „Zobacz, co przegapiłeś”. Dokładnie tak jak krzaki: wiesz, że coś się wydarzyło, ale nie wiesz co. I mózg tego nie lubi, bo niepewność to napięcie. Dlatego chce jak najszybciej sprawdzić, co tam „szeleści” — nawet jeśli stawka jest dziś symboliczna. Mechanizm jest ten sam, tylko środowisko się zmieniło: zamiast realnego zagrożenia masz sygnał społeczny albo nowość, ale układ uwagi reaguje tak, jakby chodziło o coś pilnego.

 

Co gorsza, powiadomienia są projektowane tak, żeby maksymalnie podbić ten efekt. Po pierwsze, są przerywające: wpadają w środek myśli, nauki, rozmowy, odpoczynku. Po drugie, są często niepełne: nie mówią wszystkiego, tylko zostawiają haczyk. Po trzecie, są „oznaczone ważnością” przez dźwięk, wibrację, znaczek, baner na górze ekranu, ekran, który się rozświetla. To działa jak czerwone światło ostrzegawcze: nawet jeśli wiesz, że to nic krytycznego, organizm reaguje mikro-pobudzeniem. A mikro-pobudzenie w ciągu dnia sumuje się w zmęczenie i rozproszenie.

 

Powiadomienia nie tylko odciągają uwagę w danej chwili. One uczą mózg nawyku: „gdy coś zasygnalizuje, przerywam i sprawdzam”. Z czasem wystarczy sam dźwięk, wibracja albo nawet myśl „może coś przyszło”, żeby pojawił się impuls sięgnięcia po telefon. I tu jest ważny szczegół: uwaga nie wraca do poprzedniego zadania jak gumka, która od razu wraca na miejsce. Po przerwaniu aktywności mózg potrzebuje chwili, żeby znowu wejść w głębsze skupienie. Każde „szybkie sprawdzenie” wygląda na niewinne, ale rozbija koncentrację na kawałki: robisz rzeczy bardziej płytko, szybciej się męczysz, częściej uciekasz w autopilota.

 

U nastolatków ten efekt jest jeszcze mocniejszy, bo w tym wieku relacje rówieśnicze i sygnały społeczne mają ogromną wagę. Powiadomienie to nie tylko informacja, ale potencjalny komunikat o statusie: „ktoś do mnie pisze”, „ktoś mnie widzi”, „czy wypadam z obiegu?”. Dlatego „cyfrowy szelest” w ich głowie jest bardziej natarczywy: telefon nie jest tylko urządzeniem, ale bramą do grupy. I to sprawia, że ignorowanie powiadomień bywa odczuwane jak ryzyko: „jeśli nie sprawdzę, ominie mnie coś ważnego”. Tak powstaje FOMO w wersji mikro: nie wielkie wydarzenie, tylko setki małych obaw „czy coś się dzieje?”.

 

Jest jeszcze jedna pułapka: powiadomienia rzadko są równomierne. Czasem jest ich dużo, czasem są specjalnie opóźniane lub powtarzane, czasem następuje długa i świadoma cisza — i właśnie ta nieprzewidywalność wzmacnia sprawdzanie. Mózg uczy się, że „czasem trafia się coś istotnego”, więc lepiej kontrolować sytuację częściej. Z tego rodzi się stan czuwania: nie czekasz na informację, tylko ją polujesz. A to łatwo przekłada się na stres, bo organizm jest w gotowości, nawet gdy nic się nie dzieje.

 

Pamiętaj, że nagły bodziec automatycznie przechwytuje Twoją uwagę (to tzw. reakcja orientacyjna) i dzieje się to szybciej, niż zdążysz włączyć refleksję. Pamiętaj też o luce informacyjnej: gdy powiadomienie jest niedomknięte, mózg naturalnie chce jak najszybciej domknąć niepewność, bo niepewność to napięcie. I wreszcie pamiętaj, że dźwięk lub wibracja podbijają rangę bodźca, przez co dużo trudniej go zignorować — a im częściej uczysz mózg „sprawdzaj natychmiast”, tym bardziej telefon staje się automatyczną reakcją, a nie świadomym wyborem.

 

Jak się przeciwstawić:

 

-Zostaw tylko powiadomienia od ludzi (połączenia/SMS/wybrane komunikatory), resztę wyłącz.

 

-Ustaw tryby skupienia: praca/sen (bez wyjątków poza „pilnymi” kontaktami).

 

-Wyłącz podgląd treści na ekranie blokady („masz nowe…” bez szczegółów mniej ciągnie).

 

x           x           x

 

W porozumieniu z dr Maciejem Dębskim z Fundacji Dbam o mój zasięg publikujemy w 15 odcinkach cykl poświęcony higienie cyfrowej młodych i dorosłych, który jest przeredagowaną wersją opracowania pt. „Kiedy zdrowe popędy stają się złymi nałogami – jak w prosty sposób zrujnować higienę cyfrową?” (tutaj).

 

W tym cyklu opisujemy wybrane mechanizmy biologicznego i psychologicznego „uwodzenia” nas ludzi jako użytkowników cyfrowych rozwiązań. Nie po to, żeby demonizować internet, ale po to, żeby odzyskać własną sprawczość także w sieci. Bo higiena cyfrowa zaczyna się od prostej zasady: „jeśli rozumiesz, jak działasz, trudniej tobą sterować.”

 

Przeczytaj pozostałe artykuły z tego cyklu:

 

#1 Stado w kieszeni

 

#2 Wioska vs globalny ranking

 

 

 

Źródło: www.edunews.pl

 



Oto zamieszczona dzisiaj (3 marca) na stronie MEN informacja o kolejnym projekcie zmian  podstaw programowych kształcenia ogólnego – tym razem dla branżowej szkoły I stopnia, szkoły specjalnej przysposabiającej do pracy oraz szkoły policealnej oraz o tym, że jego opiniowanie i konsultowanie zakończy się 10 kwietnia, czyli potrwa  19 dni – w tym  7 dni wiosennej przerwy świątecznej oraz jeden dwudniowy weekend:

 

 

20 marca br. został skierowany do uzgodnień, konsultacji publicznych i opiniowania projekt rozporządzenia Ministra Edukacji w sprawie podstawy programowej kształcenia ogólnego dla branżowej szkoły I stopnia, szkoły specjalnej przysposabiającej do pracy oraz szkoły policealnej. Konsultacje potrwają do 10 kwietnia br.

 

Projektowane rozporządzenie jest konieczne ze względu na nowe rozporządzenie Ministra Edukacji z dnia 11 marca 2026 r. w sprawie podstawy programowej wychowania przedszkolnego oraz podstawy programowej kształcenia ogólnego dla szkoły podstawowej, w tym dla uczniów z niepełnosprawnością intelektualną w stopniu umiarkowanym lub znacznym (oczekujące na publikację w Dzienniku Ustaw) i  zastąpi rozporządzenie MEN z dnia 14 lutego 2017 r. w sprawie podstawy programowej wychowania przedszkolnego oraz podstawy programowej kształcenia ogólnego dla szkoły podstawowej, w tym dla uczniów z niepełnosprawnością intelektualną w stopniu umiarkowanym lub znacznym, kształcenia ogólnego dla branżowej szkoły I stopnia, kształcenia ogólnego dla szkoły specjalnej przysposabiającej do pracy oraz kształcenia ogólnego dla szkoły policealnej (Dz. U. poz. 356, z późn. zm.), w zakresie dotyczącym podstawy programowej wychowania przedszkolnego oraz podstawy programowej kształcenia ogólnego dla szkoły podstawowej, w tym dla uczniów z niepełnosprawnością intelektualną w stopniu umiarkowanym lub znacznym.

 

W pozostałym zakresie (branżowa szkoła I stopnia, szkoła specjalna przysposabiająca do pracy oraz szkoła policealna) rozporządzenie z 2017 r.  zastąpi projektowane. W efekcie całość utraci moc 1 września 2026 r.

 

Dlatego konieczne jest wydanie osobnego rozporządzenia z dotychczasową podstawą programową kształcenia ogólnego dla branżowej szkoły I stopnia, szkoły specjalnej przysposabiającej do pracy oraz szkoły policealnej – obowiązujące od 1 września 2026 r.

 

 

 

Źródło: www.gov.pl/web/edukacja/

 

 

Te informacje udostępnił redaktor OE:

 

>PROJEKT Rozporządzenia Ministra Edukacji w sprawie podstawy programowej kształcenia ogólnego dla branżowej szkoły I stopnia, szkoły specjalnej przysposabiającej do pracy oraz szkoły policealnej

 

 

>Uzasadnienie do projektu

  –  TUTAJ

 

 

Swój komentarz do powyższego projektu możesz wysłać  wypełniają formularzu na stronie Rządowego

Centrum Legislacji  –  TUTAJ

 

 



Oto obszerne fragmenty tekstu Jarosława Pytlaka, zamieszczonego na jego blogu w minioną sobotę, w którym dzieli się z czytelnikami informacją o jego uczestnictwie w Dnu Otwartym Instytutu Badań Edukacyjnych. Zachęcam do kliknięcia w załączony link i przeczytania całości:

 

 

Jak IBE chce zmienić polską szkołę ? Część 1.

 

Piekło zamarzło! Oto ja, pryncypialny krytyk reformatorskich działań Instytutu Badań Edukacyjnych, poszedłem na Dzień Otwarty tej instytucji, zorganizowany 19 marca pod hasłem „Jak zmienia się szkoła?”. Skusiła mnie  możliwość posłuchania debaty uczonych pedagogów o tym, czego potrzebuje polska szkoła, a także wzięcia udziału w pokazowej lekcji przyrody. W pakiecie dostałem jeszcze kilka innych atrakcji.

 

Zapis przebiegu imprezy znajduje się na stronie Instytutu; każdy może sobie obejrzeć. Jest to jednak długie nagranie, więc na użytek osób niedysponujących czasem i/lub niezbędną determinacją, zaprezentuję tutaj relację naocznego świadka, wraz z subiektywnym komentarzem do niektórych punktów programu.

 

[…]

 

Jako pierwszy wystąpił wicedyrektor IBE, pan Tomasz Gajderowicz (początek w nagraniu: 14’ 00’’). Podkreślił, że jego instytucja przygotowuje jedynie propozycje rozwiązań, natomiast za ich finalny kształt i wdrożenie odpowiada ministerstwo. Nawiasem mówiąc, wypowiedział przy tym słowa, które zazwyczaj głoszą tacy jak ja – malkontenci: „Łatwo jest projektować rozwiązania, a trudno czasem je wdrożyć”… Jest mi to bardzo bliskie, bowiem po raz piąty w swojej karierze będę wdrażać wiekopomną koncepcję, jak zawsze opartą o najnowsze… wizje aktualnie rządzących. Czwartą, do której zupełnie nie mam przekonania.

 

Zasadnicza część wystąpienia pana Gajderowicza bazowała na prezentacji pt. „Edukacja bez fikcji – rola badań naukowych”. Prelegent był pełen ekspresji, znamionującej ogromny entuzjazm dla własnego przekazu. Ogłosił, że szykowana przez IBE reforma jest wyrazem udanego dążenia do odpolitycznienia edukacji, chęci zerwania z pokutującymi w niej mitami i oparcia nowych rozwiązań o wyniki badań naukowych. Posłużył się przy tym porównaniem z medycyną, w której skuteczność leków i procedur jest bardzo starannie weryfikowana przed dopuszczeniem ich do stosowania w praktyce. Dzięki temu już od lat lekarze dysponują zasobami sprawdzonej wiedzy i na niej opierają leczenie, podczas gdy edukacja, jak stwierdził, wciąż bazuje na tradycji. Zadeklarował, że misją obecnego kierownictwa IBE jest oparcie działań polskich nauczycieli o wyniki badań, dostarczających wiedzy o skuteczności rozmaitych metod działania. Zastąpienie mitów twardymi świadectwami naukowymi. Nie ukrywał przy tym, że podstawowym źródłem inspiracji dla obecnej reformy są doświadczenia reformatorskie innych krajów OECD, jakkolwiek w przyszłości mają być one uzupełniane danymi gromadzonymi w kraju, oczywiście za sprawą IBE.

 

[…]

 

Tyle pan wicedyrektor Instytutu, teraz mój komentarz.

 

Nie dziwię się, że wdrażana obecnie koncepcja reformy znalazła entuzjastki we władzach Ministerstwa Edukacji Narodowej. Oparcie o badania – cóż może być większą atrakcją w oczach polityka, szczególnie takiego, który szkołę zna wyłącznie z własnych czasów uczniowskich, ewentualnie doświadczeń w roli rodzica?! A do tego szczery i zaraźliwy entuzjazm czołowego rzecznika zmiany, oraz zapewnienie, że wszystko, czego potrzeba w tym zakresie, leży w obszarze OECD niemal na wyciągnięcie ręki. […]

   

Jeszcze kilka zdań o tezie, która padła w wystąpieniu pana Gajderowicza, a rozpowszechniana jest również przez ministrę Nowacką, że reforma ma przede wszystkim upowszechnić dobre praktyki, dziejące się w szkołach. W mojej ocenie  przypomina to sytuację arcydzieła literatury. Dla chętnych czytelników – porywającego. Po wpisaniu na listę lektur obowiązkowych – dla większości jedynie kolejnej papierowej cegły do „przerobienia”. W polskich szkołach istotnie dzieje się wiele dobrego, ale upowszechnienie tych praktyk wymaga innej strategii niż ujęcie ich w rozporządzeniach. Najlepsza edukacja opiera się na ludziach mających pomysły i inicjatywę, ale tych nie da się sklonować żadnym aktem prawnym. Można i trzeba ich wspierać, doceniać, także materialnie, upowszechniać dobre praktyki. Trzeba tworzyć systemowe zachęty do autonomicznego działania, ale przymuszanie do naśladownictwa tych działań, skrojonych przecież na własną miarę ich inicjatorów, grozi podobnym skutkiem, jak umieszczenie arcydzieła na liście lektur obowiązkowych.

 

[…]

 

Jako kolejna zabrała głos pani Elżbieta Strzemieczna (od 36’ 05’’ nagrania). Jak zaanonsowano, podjęła się opowiedzenia o tym, jak z punktu widzenia IBE cała zmiana w edukacji „dzieje się konkretnie”, oraz „co robimy, co zrobiliśmy i co jeszcze przed nami”. […] W wystąpieniu pani Strzemiecznej pojawiła się „szkoła przyjazna i wymagająca”, którą będziemy tworzyć wraz z reformą, a IBE nam to umożliwi. Ma ona być oparta na ośmiu filarach: podstawach programowych, wsparciu nauczycieli, ocenianiu (oczywiście sensownym), wzmocnieniu wychowawców, mądrych  egzaminach, dobrych podręcznikach, wspomaganiu pracy szkół oraz, uwaga „autonomii, wsparciu i nadzorze”. Konkretniej była mowa o pierwszych trzech, co do pozostałych, to odebrałem je raczej jako deklaracje „chcemy, aby” niż zapowiedź konkretnych działań. Może z wyjątkiem kwestii wymarzonej zmiany roli kuratoriów, które mają wspierać i inspirować, a nie tylko nadzorować. Tu pozwolę sobie zauważyć, że w obecnych warunkach nie ma takiej siły, która mogłaby osłabić ich rolę nadzorczą, ponieważ taką wymusza zapotrzebowanie społeczne, ucieleśnione w ogromnej rzeszy rodziców niezadowolonych z działania placówek oświatowych. Nie zmienią tego szlachetne intencje najlepszych nawet kuratorów. Zmiana, o ile w ogóle możliwa, musiałaby zaistnieć na poziomie aktów prawnych, a o tym w ogóle nie ma mowy.

 

[…]

 

Kolejnym punktem programu było wystąpienie online pani Janet Looney, ekspertki OECD i Komisji Europejskiej, poświęcone koncepcji Mastery learning. Prelegentka opowiedziała, co pokazują badania dotyczące tej metody dydaktycznej, jakie ma ona mocne i słabe strony, jak można ją praktycznie implementować. Można tego wysłuchać (początek: 56’ 30’’), choć ja raczej rekomendowałbym zapoznanie się z publikacją na ten temat („MASTERY LEARNING czyli stopniowe osiąganie biegłości”), którą IBE udostępniło na swojej stronie internetowej.[…] Ten punkt programu uznaję za pouczającą ciekawostkę, choć nie wróżę wielkiej kariery samej metodzie. Zresztą, sądząc po przytaczanych publikacjach, nie znajduje się ona w głównym nurcie międzynarodowych prac nad unowocześnianiem edukacji. Z drugiej strony, zdaje się natomiast wychodzić naprzeciw współczesnym oczekiwaniom indywidualizacji pracy z uczniem, ale sposób, jaki proponuje, mnie osobiście nie przekonuje. Zachęcam do wyrobienia sobie własnej opinii poprzez obejrzenie wystąpienia pani Looney albo lekturę wspomnianej wyżej publikacji IBE.

 

x           x           x

 

O ile Mastery learning uznałem za ciekawostkę, o tyle wystąpienie dr Agnieszki Kopacz, Nauczycielki Roku 2025, prowadzącej zajęcia z języka polskiego i informatyki w I LO w Sopocie, było dla mnie prawdziwą atrakcją, bowiem odnosiło się w sposób twórczy i pozytywny do tego, co może dziać się w każdej szkole. Pani Agnieszka opowiedziała (od 103′ 00” w zapisie wideo) m.in. o tym, jak radzi sobie z wyzwaniem, jakim jest posiadanie w klasie wychowawczej ponad połowy uczniów wymagających dostosowań w procesie dydaktycznym. Niestety, takie sytuacje będą coraz częstsze i wszelkie pozytywne doświadczenia w tym zakresie są na wagę złota. A jeśli przekaz zostaje wzmocniony przez osobowość prelegentki, tym bardziej staje się pożyteczny i pouczający. W wystąpieniu pani Kopacz mowa była jeszcze m.in. o zgniotkach, które wykorzystuje podczas zajęć, ale powrócę do tego w drugiej części artykułu, w którym zrelacjonuję także i skomentuję Radę Pedagogiczną, jaką na moich oczach odbyło pięcioro profesorów pedagogiki, oraz lekcję przyrody, w której miałem możliwość uczestniczyć.

 

Po wystąpieniu Agnieszki Kopacz ogłoszono przerwę, więc i ja w tym miejscu zakończę pierwszą część relacji, już teraz zapowiadając część drugą, zdecydowanie bardziej odległą od bieżących problemów związanych z reformą „Kompas Jutra”.

 

 

 

 

Cały tekst „Jak IBE chce zmienić polską szkołę ? Część 1.”  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/

 



 

Uzasadnienie mojego stanowiska w sprawie zbędności targów edukacyjnych

 

Najbliższy wtorek, w godzinach 12:00 –  18:00, w „mojej Budowlance” odbędzie się  „Dzień Otwarty”. Druga szansa poznania  tej szkoły „w realu” będzie 16 kwietnia. Nie ukrywam, że zaczynam tą informacją nieprzypadkowo – stali czytelnicy OE wiedzą, że ów przymiotnik „mojej” używam od dawna, i nie bez powodu. Bo nie tylko byłem  przez 12 lat (1993 – 2005) jej dyrektorem, kiedy nazywała się Zespołem Szkół Budowlanych nr 2 (a po wprowadzeniu gimnazjów została przemianowana przez organ prowadzący na Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych nr. 15), ale także dlatego, że byłem (w latach 1958 – 1962) uczniem tej szkoły, gdy funkcjonowała pod nazwą Technikum Budowlane nr 1 i miała w swej ofercie 3-letnią Szkołę Rzemiosł Budowlanych i 3-letnie Technikum Budowlane. Jestem absolwentem owej SRB – w zawodzie murarz-tynkarz, a w owym trzyletnim technikum byłem tylko jedno półrocze – do końca stycznia 1962 roku, kiedy w bardzo dla mnie stresujących okolicznościach podjąłem decyzję o przeniesieniu się do XVIII LO. Więcej  o tym okresie mojej biografii napisałem w Eseju wspomnieniowym: od kandydata na murarza do marynarza. Cz. I

 

Ale nie jest dzisiaj  moim zamiarem wspominanie tego, w czym uczestniczyłem przed ponad sześćdziesięcioma laty. Owa informacja o „Dniu Otwartym” jest tylko pretekstem do podjęcia wątku procesu decyzyjnego, przed jakim stoją dzisiejsi ósmoklasiści, zanim dokonają wyboru swojej dalszej drogi edukacyjnej, a w dalszej perspektywie – zawodowej, a nawet życiowej. Nieprzypadkowo zamieściłem w minioną środę materiał zatytułowany „To pomoże skuteczniej w znalezieniu szkoły po podstawówce niż Targi Edukacyjnew którym informując o Łódzkiej Bazie Edukacyjnej, właśnie w owym tytule zawarłem mój pogląd o fasadowości przedsięwzięć łódzkiego magistratu, jakimi były Łódzkie Rejonowe Targi Edukacyjne – w ich pięciu wydaniach, a później nowa formuła dawnych Łódzkich Targów Edukacyjnych, noszących w tym roku nazwę  festiwalu „Future Up! Fest.”

 

A teraz przypomnę  mój refleksyjny esej nr 9, zatytułowanyMoje rozmyślania o szansach dokonania trafnego wyboru swojej przyszłości”, w którym zawarłem swoje poglądy na sformułowany w jego tytule problem. I tak go zakończyłem:

:

„Ot – takich czasów dożyliśmy, w których „nie ma mądrych”, a przyszłość jest nieodgadniona, stanie się to, co będzie mogło, lub musiało, się stać….

 

A dzisiejszym ósmklasistom nie pomogą w trafnym wyborze ich dalszej drogi kształcenia rejonowe targi edukacyjne, ani nawet najnowszy projekt łódzkich władz, czyli trzydniowy festiwal – Future Up!Festw w Hali EXPO…”

 

Właśnie dzisiaj postanowiłem dodać jeszcze kilka moich uwag i opinii do tematu określonego w tamtym eseju, ale poczynionych w oparciu o przywołanie wydarzeń z niedalekiej przeszłości.

 

Zacznę od tego, że idea organizowania Targów Edukacyjnych powstała 32 lata temu. Ich prapoczątkiem były targi łódzkich szkół zawodowych, adresowane do uczniów ósmych klas szkół podstawowych, zorganizowane z inicjatywy dyrektora Janusza Moosa w 1994 roku w  sali gimnastycznej Zespołu Szkół Budowlanych nr 2, którego bylem wówczas dyrektorem, a gdzie swą siedzibę miał, kierowany przez wicedyrektora WODN Janusza Moosa Zespół Doradców Metodycznych Kształcenia Zawodowego. Oczywiście – nie bez wkładu szkoły- gospodarza tego przedsięwzięcia.

 

Rok później odbyły się kolejne takie targi – tym razem w pomieszczeniach Szkoły Podstawowej nr 32 przy ul. Kopcińskiego 54. Ich organizatorem  była prywatna firma, której właścicielem był syn ówczesnej dyrektorki tej szkoły.

 

W kolejnym 1996 roku odbyły się pierwsze Łódzkie Targi Edukacyjne, zorganizowane już przez władze miasta – w nowo wybudowanej (dziś już nieistniejącej) hali targowej przy ul. Stefanowskiego.

 

A po tych pierwszych targach były kolejne i kolejne, zawsze organizowane w tym samym miejscu, czyli w Centrum Wystawienniczo-Handlowym, nazwanym  EXPO-Łódź.do roku 2012, kiedy ich miejscem stało się nowo wybudowane przy Al. Politechniki 4 Centrum Konferencyjno-Wystawiennicze MTŁ, także nazwane EXPO-Łódź, w którym w marcu  odbyły się XV Łódzkie Targi Edukacyjne. I od tamtej daty, aż do roku 2018, kolejne Targi tam się odbywały.  Bo – z nieznanych mi powodów – w 2019 roku  XXII ŁTE odbyły się w… w łódzkiej hali widowiskowo sportowej, noszącej nazwę Atlas Arena.

 

I tam, zbierając materiały do relacji z tego wydarzenia, przeprowadziłem mini wywiad z ówczesnym wiceprezydentem Łodzi Tomaszem Trelą, mającym w zakresie swoich obowiązków także łódzką oświatę. Oto zapis tej rozmowy:

 

Włodzisław Kuzitowicz: Czy ma Pan przekonanie, że organizowanie tych targów, w czasach nam współczesnych, ma jeszcze sens?

 

Tomasz Trela: Sens na pewno ma, chociaż wymiar tych targów i informacja która kiedyś, dziesięć czy piętnaście lat temu, miała zdecydowanie większą wartość. Dzisiaj dostępność do Internetu, powszechna praktyka „Drzwi Otwartych”, witryny internetowe każdej szkoły, dają bardzo duże możliwości, ale tu jest moment, żeby przyszedł młody człowiek – przyszły absolwent gimnazjum czy szkoły podstawowej i choćby porozmawiał ze swoimi rówieśnikami, którzy już uczą się w tej szkole, porozmawiał z jej nauczycielami. Ja uważam, że to jest takie uzupełnienie tej technologicznej zmiany, z którą mamy do czynienia w czasie cyfryzacji, powszechnego dostępu do wiedzy, informacji poprzez Internet. W moim przekonaniu nie powinniśmy odchodzić od targów edukacyjnych, bo one mają swój wymiar.

 

WK: Ale przecież na owych „Dniach Otwartych”, na organizowanych w szkołach zawodowych „Dniach Doradztwa Zawodowego” uczniowie mają czas na dłuższy kontakt i o wiele odpowiedniejsze warunki na zdobycie zindywidualizowanej informacji i porady…

 

TT: Ale wie pan, ja liczę na to, że jeżeli ktoś przyjdzie na takie targi i ma już jakąś swoją wyrobioną opinię czy wiedzę o danej szkole, to tu może ją sobie pogłębić, albo tu zainteresować się szkoła, do której może udać się na „Dni Otwarte”. Ja uważam, że jedno nie wyklucza drugiego i to jest inicjatywa dobra, potrzebna i warta kontynuacji.

 

WK: Czy Miasto Łódź widziałoby taką możliwość, aby zlecić, na przykład Łódzkiemu Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego, aby przeprowadziło na początku nowego roku szkolnego badania sondażowe w klasach pierwszych szkół ponadpodstawowych, w których uczniowie odpowiadaliby by na pytania o motywy, a także o źródła informacji, z których czerpali przy podejmowaniu decyzji o wyborze taj, a nie innej szkoły?

 

TT: Ja myślę, że to nie jest żaden problem. To jest słuszna inicjatywa. Ja uważam, że warta rozważenia.

 

Źródło: www.obserwatoriumedukacji.pl

 

 

Moje pytanie o możliwość zlecenia przeprowadzenia  sondażu wśród uczniów klas pierwszych liceów i techników z pytaniem o źródła informacji, w oparciu o które podjęli decyzję o wyborze szkoły, nie zadałem przypadkowo, Już rok wcześniej, w „Felietonie nr 209 Komu służą targi. Czy z tych powodów warto je organizować?”, sformułowałem następujące tezy:’’

Teza 1.

Targi edukacyjne nie są do niczego potrzebne szkołom. Z nieoficjalnych źródeł w WE UMŁ wiem, że prowadzono tam badania sondażowe, w których pytano pierwszoklasistów z jakich źródeł czerpali wiedzę, która zadecydowała o wyborze tej, a nie innej szkoły ponadgimnazjalnej. Okazało się, że na pierwszym miejscu znaleźli się koledzy, na drugim – internet, a na jednym z końcowych – targi edukacyjne!

 

Teza 2.

Najbardziej organizacją targów są zainteresowane… Targi! Znaczy – Międzynarodowe Targi Łódzkie, którym za powierzchnię wystawienniczą zajmowaną przez placówki oświatowe, dla których organem prowadzącym jest UMŁ, płaci… Urząd Miasta Łodzi! Właściciel Spółki MTŁ! No i wejściówki odwiedzających także wpływają na ich konto.

 

Teza 3.

Targi podobają się niektórym mediom, dla których blichtr tej imprezy  i malownicze obrazki pokazywane na fotkach i filmowych migawkach są przyciągającym wzrok czytelników i widzów surogatem pogłębionej informacji.

 

Teza 4.

Chętnie uczestniczą w targach edukacyjnych szkoły wyższe, zwłaszcza te prywatne, dla których jest to jeszcze jedna, w generalnym rozliczeniu nie tak droga, forma reklamy i pozyskiwania przyszłych studentów. Na „moje oko” wśród tegorocznych odwiedzających tę imprezę przeważali uczniowie ostatnich klas szkół średnich…

 

Teza 5

Wizyty na targi bardzo lubią przyprowadzani tam w zorganizowanych  grupach uczniowie, którzy zamiast siedzieć w szkole na lekcjach, mieć jakąś kartkówkę lub odpytywanko, mają to przedpołudnie zagospodarowane bezstresowo…

Źródło: www.obserwatoriumedukacji.pl

 

 

Powtórzę informację zawartą w pierwszej tezie: „Z nieoficjalnych źródeł w WE UMŁ wiem, że prowadzono tam badania sondażowe, w których pytano pierwszoklasistów z jakich źródeł czrpali wiedzę, która zadecydowała o wyborze tej, a nie innej szkoły ponadgimnazjalnej. Okazało się, że na pierwszym miejscu znaleźli się koledzy, na drugim – internet, a na jednym z końcowych – targi edukacyjne!

 

Przypomnę, że ten felieton zamieściłem 4 marca 2018 roku! Od tamtej daty minęło 8 lat. Nie tylko, że Wydział Edukacji nigdy nie opublikował owych „tajnych” wyników sondażu, to rok później wiceprezydent Trela ich nie znal, a jego poparcie do mojej propozycji, aby taki sondaż przeprowadziło –  na zlecenie UM –  ŁCDNiKP na nic się zdało.

 

Bo nie o wsparcie ósmoklasistów i maturzystów w podejmowaniu przez nich decyzji o dalszej drodze edukacyjnej organizatorom owych Targów chodzi. Już wtedy nazwałem to „po imieniu”, pisząc, że  Najbardziej organizacją targów są zainteresowane… Targi! Znaczy – Międzynarodowe Targi Łódzkie, którym za powierzchnię wystawienniczą zajmowaną przez placówki oświatowe, dla których organem prowadzącym jest UMŁ, płaci… Urząd Miasta Łodzi! Właściciel Spółki MTŁ! No i wejściówki odwiedzających także wpływają na ich konto.”

 

Co się przez tych osiem lat zmieniło? Jeśli chodzi o organizowanie Targów, to w kolejnym roku zrobiła swoje pandemia COVID19, z powodu której odwołano XXIII LTE. W następnym 2021 roku odbyły „e-Targi Edukacyjne Łódź 2021”. W tej samej formule odbyły się targi  w roku 2022 2023.

 

Rok 2024 był rokiem, w którym łódzka władza oświatowa wpadła na pomysł Rejonowych Targów Edukacyjnych. Oto ich pierwszy kalendarz  –  TUTAJ Już wtedy można było zdobywać potrzebne informacje o ofercie szkół ponadpodstawowych z Łódzkiej Bazy Edukacyjnej.

 

I dwa następne lata to czas organizowania tychże targów rejonowych. Określenie „rejonowych, to zastępcza nazwa dawnego podziału Łodzi na pięć dzielnic administracyjnych, zlikwidowanego w 1993 roku. Ale dopiero w tym roku decydenci postanowili zabłysnąć nowatorskim pomysłem tego, ponownie zorganizowanego w Hali EXPO, „Future Up! Fest.”

 

Tylko czy i w tym przypadku najwięcej korzyści z tego „odpustu” nie mieli jego organizatorzy, a nie uczniowie?

 

Bo ja nadal podtrzymuję moją krytyczną, od lat prezentowaną, opinię o braku uzasadnienia dla dalszego organizowania tych spędów i budzenia złudnych nadziei dla szkół nie cieszących się nadmiarem kandydatów w kolejnych rekrutacjach do klas pierwszych. Dzisiaj jeszcze bardziej jestem przekonany o zbędności Targów Edukacyjnych, tak w ich wersji „rejonowej”, jak i ogólnołódzkiej.

 

Dlaczego? Bo dzisiaj każdy uczeń ma swoim smartfonie swobodny dostęp nie tylko do informacji zawartych w Łódzkiej Bazie Edukacyjnej, ale może także wejść na stronę każdej szkoły ponadpodstawowej, gdzie dowie się o wiele więcej nie tylko o jej ofercie, ale – najczęściej na jej fanpage – o wszystkich wydarzeniach i inicjatywach, które lepiej mówią o jakości tej placówki niż najlepiej urządzone ich stoiska na targach

 

W tej e-reczywistości ja zalecałbym wzmocnienie roli doradcy zawodowego i zadbałbym nie tylko o zwiększenie ich liczby, ale przede wszystkim o ich kompetencje – nie tylko orientację w ofercie łódzkich szkół, ale przede wszystkim o znajomość trendów cywilizacyjnych, skutkujących wygaszaniem zapotrzebowania na jedne zawody i tworzeniem nowych obszarów zapotrzebowania na dziś nieznane jeszcze kompetencje. A  także  bardzo przydatna owym doradcom byłaby jeszcze, przynajmniej te najbardziej w jego roli potrzebne, kompetencja coacha…

 

Ale nie likwidowałbym „Dni Otwartych”, bo stwarzają one możliwość zapoznania się „w realu” z ewentualnym późniejszym miejscem nauki, porozmawiania w o wiele bardziej komfortowych warunkach z ich uczniami, nauczycielami, a także zobaczenia na własne oczy bazy dydaktycznej szkoły.

 

 

Napisałem ten tekst, aby już nikt nie mógł powiedzieć, ze Kuzitowicz, to zdziecinniały staruszek, który – jak przedszkolak – mówi Targom Edukacyjnym „NIE BO NIE!”

 

 

 

Włodzisław Kuzitowicz



 Na sobotnią lekturę proponuję dwa najnowsze teksty z bloga „Pedagog”. W obu prof. Boguslaw Śliwerski zajął się zawodem „nauczyciel”. Ten z dzisiejszą datą przytaczam w całości, zaś wczorajszy jedynie we fragmentach, odsyłając linkiem do pełnej wersji:

 

 

Zawód bez progu, kariera bez selekcji, stabilność bez wyjścia

 

 

W każdym państwie istnieją zawody, do których się wchodzi, i takie, do których się dopuszcza. Różnica między nimi nie jest tylko formalna, ale cywilizacyjna, ustrojowa. Wyznacza bowiem granicę między profesją, która dokonuje profesjonalnej selekcji, a systemem, który ją absorbuje. W polskiej oświacie mamy do czynienia z tym drugim przypadkiem.

 

Zawód nauczycielski jako zawód bez progu

 

System prawny – oparty na Karcie Nauczyciela oraz Prawie oświatowym zakłada posiadanie kwalifikacji nauczycielskich. Jednocześnie dopuszcza sytuację, w której dyrektor szkoły może zatrudnić osobę bez kwalifikacji, jeśli wymaga tego sytuacja kadrowa. To nie jest wyjątek od systemu, ale jego zawór bezpieczeństwa dla władzy, a nie dla jakości procesu kształcenia.

 

W efekcie zawód nauczyciela nie posiada realnej bariery wejścia. Nie ma egzaminu państwowego, nie ma obowiązkowego okresu selekcyjnego zakończonego oceną pozytywną jako realną możliwością i koniecznością wejścia do zawodu. Następuje zatem nie po przejściu próby, lecz przed nią. Zawód, który nie ma progu wejścia, nie może budować elity, natomiast zapewnia ciągłość działania instytucji.

 

Nauczycielski awans też bez selekcji

 

W tej logice należy czytać system awansu zawodowego. Uregulowany w art. 9a–9g Karta Nauczyciela tworzy strukturę kolejnych etapów: od nauczyciela początkującego do dyplomowanego. Na poziomie formalnym wygląda to jak system różnicowania jakości. W praktyce jest to system przejścia przez procedurę.

Nie ma progów liczbowych, chyba że są ukryte przez samorządy. Nie ma realnych ograniczeń liczby awansów, z wyjątkiem przyznawania tytułu Honorowego Profesora Oświaty. Nie ma powiązania awansu z efektami pracy uczniów czy trwałymi wskaźnikami jakości. Kluczowe znaczenie mają: wymiar temporalny, a więc czas tzw. stażu zgodnie z art. 9c; dokumentacja i poprawność proceduralna.

 

To nie jest selekcja. To jest trajektoria, dlatego większość nauczycieli,  jeśli wytrwa w szkole, osiąga jego najwyższe poziomy. System nie eliminuje, ale utrwala większościowy stan nauczycieli mianowanych (co załatwiła sobie nomenklatura związkowa w 1999 roku) i pochodny tego procesu stan nauczycieli dyplomowanych.

 

Stabilność bez wyjścia

 

Moment przełomowy następuje wraz z mianowaniem (art. 10 Karta Nauczyciela), w którym nauczyciel uzyskuje stabilność zatrudnienia. W swojej konstrukcji przypomina to pragmatykę w służbach publicznych, ale w przeciwieństwie do służb mundurowych, stabilność ta nie jest efektem intensywnej selekcji, tylko przejścia przez system.

 

W tym miejscu uruchamia się mechanizm głębszy, łączący psychologię i ekonomię: stabilność zmniejsza skłonność do ryzyka, do innowacyjności, autotelicznego samokształcenia, zaś lata inwestycji tworzą efekt utopionych kosztów. Kompetencje stają się coraz bardziej „wewnątrzsystemowe”, toteż maleją alternatywy zawodowe. Powstaje zjawisko „zatrzaśnięcia” (lock-in).

 

Nauczyciel nie pozostaje w systemie wyłącznie dlatego, że jest on atrakcyjny. Trwa w nim, ponieważ koszt odejścia staje się wysoki psychologicznie, zawodowo i ekonomicznie. Co więcej, mechanizm ten działa selektywnie.

 

Najłatwiej odchodzą ci, którzy mają alternatywy rynkowe – informatycy, językowcy, specjaliści STEM. Najczęściej pozostają ci, których kompetencje są silnie związane ze szkołą jako instytucją zorientowana na przygotowywanie do egzaminów państwowych (ósmoklasisty, maturalnego i zawodowego). Nie bez znaczenia jest też miejsce zamieszkania nauczycieli i odległość z domu do szkoły.

 

System nie tylko nie wzmacnia w nim najlepszych, gdyż stabilizuje przede wszystkim tych, którzy mają najmniej alternatyw poza nim. 

 

Ukryta ekonomia 

 

Dopełnieniem tej struktury jest mechanizm finansowy. Najniższy stopień awansu oznacza najniższe wynagrodzenie. Dla organów prowadzących, które działają w warunkach ograniczonych budżetów, oznacza to naturalną preferencję dla zatrudniania nauczycieli początkujących. W efekcie etap, który powinien być najsilniejszą próbą jakościową, staje się jednocześnie najbardziej opłacalnym oszczędnościowo elementem systemu.

 

Czas tzw. próby staje się elementem zarządzania kosztami.

 

System bez funkcji elitarnej

 

Zestawienie tych trzech elementów, a więc braku progu wejścia, proceduralnego awansu i stabilizującego mianowania prowadzi do wniosku, który trudno zignorować. System awansu nauczycieli nie jest skonstruowany jako mechanizm wyłaniania i inwestowania w elity nauczycielskie. Jest mechanizmem zapewniania ciągłości kadrowej, regulowania kosztów i względnego stabilizowania zatrudnienia.

 

 

Elita może w nim istnieć, ale władze nie są zainteresowane kapitałem niezależności najlepszych profesjonalistów. Tam, gdzie nie ma progu wejścia, selekcja zostaje zastąpiona czasem, zaś tam, gdzie czas zastępuje selekcję, stabilność zastępuje rozwój. W następstwie tych procesów szkolnictwo zarządza procesami przetrwania w nim nauczycieli różnych kategorii: od pasjonatów, miłośników, przez rzemieślników po wypalonych.

 

Źródło: www.sliwerski-pedagog.blogspot.com

 

x           x           x

 

 

Po co nam pozorny system awansu zawodowego nauczycieli?

 

 

Badaczka systemu awansu zawodowego nauczycieli w Polsce prof. UWM Hanna Kędzierska przywołała socjologiczną teorię z 1948 roku Maxa Webera, który stwierdził, że tak naprawdę świat jest skonstruowany z trzech typów systemów: systemów prostych, skomplikowanych i złożonych. W istocie teoria ta powstała w latach 20. XX wieku i dotyczyła m.in. legalnego panowania władzy nad społeczeństwem, które przyjmuje rozmaite formy strukturalne.

 

 […]

 

Awans zawodowy nauczycieli w Polsce został unieważniony przez manipulację władz oświatowych. Nauczyciele nie odrzucają go dlatego, że nie chcą się rozwijać, lecz dlatego, że nie widzą w nim drogi do bycia lepszym nauczycielem, a jedynie sposób, by trochę mniej stracić, skoro nie ma dla nich innej oferty pracy lub lubią tę profesję.

 

System awansu zawodowego nauczycieli wprowadzono pod pozorem rzekomej troski państwa o ich profesjonalizację, ale w praktyce przekształcił się w mechanizm administracyjno-płacowy, który w ograniczonym stopniu wpływa na jakość edukacji, a zarazem pozwala władzy i związkowcom podtrzymywać przekonanie, że tę jakość wspierają. […]

 

 

Cały tekst „Po co nam pozorny system awansu zawodowego nauczycieli?”  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.sliwerski-pedagog.blogspot.com

 

 



 

Na portalu „Strefa Edukacji” opublikowano dzisiaj tekst, informujący o powstaniu (już, czy dopiero?) podręcznika do wychowania zdrowotnego Oto obszerne fragmenty tego tekstu, link do jego  pełnej werskji oraz link do pliku PDF z tekstem tego podręcznika:

 

Źródło: https://www.umw.edu.pl/

 

 

Pierwszy podręcznik do edukacji zdrowotnej już gotowy. Za darmo, ale czy się spodoba?

 

Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu poinformował, że oddaje do rąk nauczycieli, dyrektorów szkół i całego środowiska edukacyjnego pierwszą w kraju, kompleksową publikację przygotowaną specjalnie na potrzeby nowego przedmiotu, jakim jest edukacja zdrowotna. Nowy podręcznik łączy aktualną wiedzę medyczną, psychologiczną i społeczną z realnymi potrzebami edukacji.

 

Spis treści artykułu:

 

>Krycjata przeciw infodemii

 

>Holistyczne spojrzenie na zdrowie

 

>Inspiracja dla uczniów i rodziców

 

>Dzieło kilkudziesięciu ekspertów jest dostępne bezpłatnie

 

 

Krycjata przeciw infodemii

 

Wraz z wprowadzeniem do szkół nowego przedmiotu – edukacji zdrowotnej – polska oświata stanęła przed wyzwaniem, z którym wcześniej nie musiała się mierzyć: jak rzetelnie, odpowiedzialnie i nowocześnie uczyć dzieci i młodzież o zdrowiu – w jego fizycznym, psychicznym, społecznym i środowiskowym wymiarze.

 

Odpowiedzią na tę potrzebę jest książkaEdukacja zdrowotna. Podręcznik dla nauczycieli”, przygotowany pod redakcją dr Jolanty Grzebieluch, dr Barbary Grabowskiej i dr Alicji Basiak-Rasały z Wydziału Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu i wydany przez Wydawnictwo UMW.

 

Powstanie tego podręcznika doskonale wpisuje się w misję Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu oraz prowadzoną przez nas kampanię „Zdrowiej wiedzieć”przekonuje prof. Agnieszka Piwowar, prorektor ds. studentów i dydaktyki UMW. – Naszym celem jest wzmacnianie kompetencji zdrowotnych społeczeństwa i przeciwdziałanie dezinformacji poprzez upowszechnianie rzetelnej, naukowej wiedzy o zdrowiu. Jako najlepsza uczelnia medyczna w Polsce nie możemy pozostać obojętni wobec postępującej obecnie epidemii informacyjnej, zwanej infodemią.

 

Zdaniem dr hab. Łukasza Rypicza, dziekana Wydziału Nauk o Zdrowiu UMW, wprowadzenie edukacji zdrowotnej do szkół to niezwykle ważny krok w kierunku budowania bardziej świadomego i zdrowszego społeczeństwa. Aby jednak ten przedmiot spełnił swoją rolę, nauczyciele muszą mieć dostęp do aktualnych i naukowo zweryfikowanych źródeł wiedzy.

 

Edukacja zdrowotna w szkole daje szansę, by już od najmłodszych lat uczyć krytycznego myślenia. Tylko w ten sposób możemy przygotować młodych ludzi do podejmowania odpowiedzialnych decyzji dotyczących własnego zdrowia w przyszłościpodkreśla dr Rypicz.

 

Holistyczne spojrzenie na zdrowie

 

Podręcznik, który powstał na UMW, jest pierwszą w Polsce publikacją zaprojektowaną od podstaw jako merytoryczne zaplecze dla nauczycieli realizujących nową podstawę programową obowiązującą od marca 2025 r. Nie tylko porządkuje wiedzę, ale też wprowadza do polskiej szkoły holistyczne, naukowo ugruntowane spojrzenie na zdrowie.[…]

Inspiracja dla uczniów i rodziców

 

Choć publikacja powstała przede wszystkim z myślą o nauczycielach, jej autorzy zaznaczają, że może stać się także wartościowym źródłem wiedzy i inspiracji dla uczniów, rodziców oraz innych grup i środowisk, którym bliska jest troska o zdrowie i świadome wybory.

 

Edukacja zdrowotna powinna koncentrować się na bezpieczeństwie i dobrostanie dzieci i młodzieżypodkreśla dr hab. Agnieszka Mastalerz-Migas, prof. UMW, kierownik Katedry i Zakładu Medycyny Rodzinnej UMW. – Zdrowie psychiczne, pierwsza pomoc, uzależnienia, dojrzewanie, odżywianie, aktywność fizyczna, relacje, higiena cyfrowa i profilaktyka – to są realne kwestie z którymi młodzi ludzie stykają się na co dzień, a podręcznik został zaprojektowany właśnie jako całościowe kompendium obejmujące te obszary. […]

 

Dzieło kilkudziesięciu ekspertów jest dostępne bezpłatnie

 

Projekt podręcznika jest także jednym z filarów ogólnopolskiego programu studiów podyplomowych dla nauczycieli, finansowanego przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. UMW został zaproszony do współtworzenia tego przedsięwzięcia jako jedna z wiodących instytucji w kraju w obszarze nauk o zdrowiu. Sama publikacja powstała dzięki współpracy kilkudziesięciu ekspertów, w tym lekarzy, położnych, psychologów, pedagogów, dietetyków, fizjoterapeutów i specjalistów zdrowia publicznego.

 

Publikacja jest dostępna bezpłatnie online na stronie UMW: Edukacja zdrowotna. Podręcznik dla nauczycieli | Uniwersytet Medyczny im. Piastów Śląskich we Wrocławiu […]

 

 

 

Cały tekst „Pierwszy podręcznik do edukacji zdrowotnej już gotowy. Za darmo, ale czy się spodoba?”  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.trefaedukacji.pl

 

 

 

Edukacja Zdrowotna – Podręcznik dla nauczycieli  –  plik PDF dostępny   –  TUTAJ



Wczoraj na portalu „EDUNEWS”  zamieszczono tekst mgr Aliny Guzik –  doktorantki w Szkole Doktorskiej na Politechnice Gdańskiej, którego tematem jest proces zapamiętywania i funkcja sprawdzianów wiedzy. Oto ta publikacja – bez skrótów:

 

 

Czy testowanie pomaga w uczeniu się?

 

Czy zdarzyło się wam kiedyś, że przeczytaliście dobrą książkę, po czym nie potrafiliście opowiedzieć znajomemu, o czym właściwie była? Albo może braliście udział w ciekawej konferencji i z wielkim trudem próbowaliście sobie przypomnieć, czego się dowiedzieliście? Mam złą wiadomość. Doświadczyliście zjawiska psychologicznego określanego iluzją kompetencji, które pojawia się, gdy np. z łatwością śledzimy argumentację nauczyciela i jesteśmy przekonani, że dobrze poznaliśmy materiał, ale w rzeczywistości niewiele się nauczyliśmy. Jak zatem sprawdzić, czy coś naprawdę umiemy? Jest na to prosty sposób!

 

Jak działa pamięć?

 

Miarą jakości chirurga, który stoi przy stole operacyjnym albo pilotki samolotu dostrzegającej alarm sygnalizujący awarię silników, jest zdolność do przywołania posiadanej specjalistycznej wiedzy w takiej sytuacji. Ta sama zasada dotyczy każdego z nas. Dlaczego niektóre dane szybko ulatują z naszej pamięci, podczas gdy inne pozostają w niej na dłużej? Aby lepiej zrozumieć ten proces, przyjrzyjmy się bliżej trzem systemom pamięci, które funkcjonują w naszych umysłach. 

 

Pierwszym z nich jest pamięć sensoryczna. Przechowuje ona informacje odbierane przez nasze zmysły np. wzrok lub słuch i działa głównie poza naszą świadomością. Jest ultrakrótkotrwała i niezwykle ulotna, ponieważ przetwarza niezliczoną ilość bodźców, a zapamiętanie ich wszystkich mogłoby nas niebezpiecznie przeciążyć.

 

Drugim systemem jest pamięć robocza, która przez kilkadziesiąt sekund przechowuje informacje przydatne w danej chwili. One też są podatne na zapomnienie, a przeniesienie ich do trzeciego systemu – pamięci długotrwałej wymaga dodatkowych działań. Dokładny mechanizm tego przejścia, pozostaje wciąż tematem sporów między ekspertami. Wiemy jednak, że trwale zapamiętujemy dane, które umysł uznał za istotne i przy których musiał w sposób świadomy lub podświadomy „napracować się”. Wiemy też, że to prawdopodobnie proces przekodowania i konsolidacji, czyli nadawania znaczenia i wewnętrznej spójności, odpowiada za przeniesienie danych z pamięci krótkotrwałej do pamięci długotrwałej. W tym kontekście można zakładać, że to, co zostaje zapamiętane na dłużej, jest częścią większej całości i jest powiązane z innymi danymi, które już znamy. W skrócie – to nie jest tak, że informacje są od siebie oddzielone; one są skojarzone, dlatego właśnie głębokie zrozumienie tego, czego się uczymy, jest tak ważne. Co ciekawe proces konsolidacji odbywa się u człowieka w fazie snu wolnofalowego, zwanego też snem głębokim[1]. Pamiętajcie o tym, następnym razem, gdy powiecie komuś, że nic nie robi, tylko ciągle śpi. W świetle współczesnych badań całkiem możliwe, że wtedy właśnie najbardziej intensywnie się uczy!

 

Rys. 1. Uproszczony model procesu uczenia się

 

Ukryta moc samotestowania

 

Aby uczyć się skutecznie, potrzebujemy dwóch rzeczy. Po pierwsze, dzięki przekodowaniu i konsolidacji materiał z naszej pamięci krótkotrwałej jest przenoszony do pamięci trwalej. To oznacza nie tyle zapamiętanie informacji, ale także solidne ich zakorzenienie. Po drugie, musimy nauczyć się łączyć materiał z różnym zestawem sygnałów, które spowodują, że będziemy w stanie przywołać daną wiedzę, kiedy jej potrzebujemy. To, jak szybko możemy przypomnieć sobie potrzebną wiedzę z naszego wewnętrznego „archiwum”, jest związane między innymi z tym, jak dawno temu z niej korzystaliśmy oraz z jakością sygnałów i bodźców, z którymi tę wiedzę powiązaliśmy.

 

Dobrą metodą, aby uczyć się ich rozpoznawania, jest właśnie samotestowanie. O edukacyjnej wartości takiego podejścia mówił już dawno temu Arystoteles i Francis Bacon. Współcześnie też powinniśmy częściej wracać do tej metody, zważywszy, że badania z obszaru psychologii pamięci wskazują, że odtwarzanie z pamięci jest skuteczniejszym sposobem uczenia się niż np. wielokrotne powtarzanie[2].

 

Zaskakujące jest to, że takie testowanie się pomaga w nauce, nawet gdy nie znamy jeszcze poprawnej odpowiedzi, a np. poznajemy ją po zakończeniu testu. Wysiłek, który wkładamy w przywołanie informacji (ang. memory retrieval), powoduje, że szybciej zapamiętamy prawidłowa odpowiedź, kiedy już się z nią zetkniemy[3]. Okazuje się, że próbując przywołać informacje z pamięci, wzmacniamy naszą zdolność do zapamiętywania ich w przyszłości!

 

Lekarstwo na zapomnienie

 

Regularne samotestowanie pomaga zwalczać też krzywą zapominania. Niemiecki psycholog Hermann Ebbinghaus dociekliwe szukał odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak szybko zapominamy niektóre rzeczy i jak temu zapobiegać. Aby zobrazować zjawisko, posłużył się rysunkiem krzywej, z której wynika, że po pierwszym zapoznaniu się z materiałem, następuje gwałtowny spadek zapamiętanych informacji. Jednak, jeśli są one odświeżane w odpowiednich odstępach to, tempo zapominania spada, a krzywa staje się bardziej płaska. To oznacza, że dzięki przywoływaniu z pamięci, np. poprzez testowanie, informacje są utrwalane w naszej pamięci.

 

Rys. 2. Krzywa zapominania

 

Jak testować najlepiej?

 

Nie powinniśmy odchodzić od różnego rodzaju testowania także w szkole i na uczelni. Niektóre rodzaje testów i sprawdzianów przynoszą większe edukacyjne korzyści niż inne. Logika podpowiada, że lepsze są problemowe pytania otwarte niż zamknięte typu ABCD, bo motywują do głębszego zrozumienia i wymagają większego wysiłku, a to pomaga w trwałym zapamiętywaniu.

 

Dużo korzystniej jest też mieszać pytania z różnych tematów z danego obszaru niż blokować podobne zagadnienia. Uczy to lepiej oceniać kontekst i dostrzegać różnice pomiędzy schematami i problemami, a to jest bardzo cenne w rozwoju myślenia. Przemyślane testowanie wiąże się również z zastosowaniem wiedzy w różnych kontekstach, co uczy wykorzystywać ją w inn

 

Również samo układanie pytań jest też świetną metodą uczenia się. Proces ich formułowania wymaga zrozumienia materiału w takim stopniu, aby móc wyodrębnić kluczowe informacje i zorganizować je w logiczne treści. Dobrym pomysłem jest, poprosić grupy ćwiczeniowe, aby układały testy dla siebie nawzajem. Dzięki temu wszyscy skorzystają, a może też poczują dreszczyk emocji wywołany przez rówieśniczą rywalizację.

 

Czy testy na ocenę to dobry pomysł?

 

Chociaż sprawdziany, kolokwia i kartkówki obrosły złą sławą, to badania wskazują, że uczniowie zazwyczaj uzyskują lepsze wyniki w testach na ocenę niż w samotestowaniu. Może być to spowodowane motywującą determinacją, która podnosi ciśnienie krwi i wyostrza nasze zmysły. Jednak, gdy test wiążę się z negatywnymi skutkami np. oceną, której nie da się już poprawić, to pojawia się negatywny stres, a ten skutecznie zniechęca i powoduje, że testowanie nieprzyjemnie nam się kojarzy. Dlatego ważne jest, aby podczas nauki zapewnić odpowiedni poziom stresu – nie za niski, bo wtedy tracimy motywację do działania, ale też nie za wysoki, powodujący strach, wyczerpanie, a nawet wypalenie.

Ciemna strona testowania

 

Testowanie w edukacji ma też niestety swoje słabe strony. Skupienie wyłącznie na przygotowaniu się do zapowiedzianych testów może prowadzić do powierzchownego uczenia się. Kiedy celem staje się zaliczenie quizów, studenci często skupiają się na zapamiętywaniu faktów, bez głębszego zrozumienia materiału. W ten sposób informacje mogą być tylko tymczasowo utrzymane w pamięci.

 

Stały nacisk na sprawdziany i kartkówki może prowadzić też do uczucia presji. Zamiast promować zdobywanie wiedzy w sposób pozytywny, nadmierne testowanie może spowodować, że nauka staje się czymś, co wywołuje lęk.

 

Dlatego oprócz tradycyjnych sprawdzianów i quizów stosujmy także alternatywne metody, takie jak projekty, prace pisemne czy prezentacje ustne. Te formy wymagają nie tylko zapamiętania faktów, ale także umiejętności ich zastosowania i interpretacji.

 

Wreszcie, ważne jest, abyśmy zdawali sobie sprawę, jak ważna jest równowaga między testami a innymi formami uczenia się. Dążenie do zrozumienia materiału powinno być głównym celem procesu edukacyjnego, a to można najskuteczniej zapewnić poprzez połączenie różnych metod i technik.

 

Przydatne narzędzia

 

Narzędzi do tworzenia testów w Internecie mamy całkiem sporo, przykładowo:

 

-Google Forms (zob. eNauczanie)

 

Platforma Moodle (wbudowane mechanizmy do tworzenia testów)

 

-Socrative (zob. eNauczanie)

 

-Kreatory fiszek, takie jak np. Quizlet, Memozora, Chegg

 

-Quizy zgamifikowane, np. Kahoot, Quizziz (obecnie nazywa się Wayground)

 

Mentimeter

 

-Kursy online uzupełnione o testy (np. Udemy, Coursera, edX)

 

-Generatory pytań na podstawie tekstu (współpraca z AI), np. FilloutQuizgecko, Revisely 

 

 

Możemy wykorzystać te narzędzia zarówno do samotestowania, jak i do tworzenia testów dla naszych uczniów i studentów.

 

 

Przypisy:

 

[1] Matthew P Walker. The Role of Slow Wave Sleep in Memory Processing. Journal od Clinical Sleep Medicine. 2009. 15;5(2 Suppl). https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC2824214/

 

[2] Shannon Palmer, Youn Chu, Adam M Persky. Comparison of Rewatching Class Recordings versus Retrieval Practice as Post-Lecture Learning Strategies. American Journal of Pharmaceutical Education. 2019; 83 (90:7217. Doi: 10.5688/ajpe7217

 

[3] Paul W Frankland, Sheena A Josselyn, Stefan Köhler. The neurobiological foundation of memory retrieval. Nature Neuroscience. 2019 Sep 24;22(10):1576–1585. doi: 10.1038/s41593-019-0493-1

 

 

 

Źródło: www.edunews.pl

 

 



Foto: Shutterstock/Anatoliy Karlyuk

 

 

Oto obszerne fragmenty z tekstu zamieszczonego dzisiaj na „Portalu dla Edukacji”:

 

 

 

MEN bierze się za normy ubioru w szkołach. Zasady muszą być zapisane w statucie

 

– Uczeń ma ubierać się zgodnie z ogólnie przyjętymi normami społecznymi. Szkoła nie będzie mogła narzucać m.in. fryzur i kolorów ubrań – o ile nie naruszą jasno określonych zasad – poinformowała ministra edukacji Barbara Nowacka. Zaznaczyła, że nowelizacja ma na celu uregulowanie luki w przepisach o ubiorze uczniów.

 

>MEN nie planuje w żaden sposób centralnie ustalać tego, jak uczniowie mają wyglądać i jak się ubierać. Projekt precyzuje konkretne granice swobody – mówi Barbara Nowacka.

 

>Zgodnie z projektem o prawach i obowiązkach ucznia, szkoła nie będzie mogła narzucać m.in. fryzur i kolorów ubrań – o ile nie naruszą jasno określonych zasad – wskazuje.

 

>Niedozwolone jest noszenie stroju nawołującego do nienawiści, dyskryminującego, sprzecznego z przepisami prawa lub stwarzającego zagrożenie dla bezpieczeństwa – wyjaśnia.

 

Interpelację w sprawie przygotowywanej przez Ministerstwo Edukacji Narodowej nowelizacji ustawy – Prawo oświatowe, ustawy o systemie oświaty oraz niektórych innych ustaw złożyły posłanki Prawa i Sprawiedliwości.

 

Oceniły w niej, że planowane zmiany legislacyjne dotyczące wyglądu i stroju uczniów, choć przedstawiane jako próba uporządkowania szkolnego życia, budzą poważne kontrowersje społeczne i mają szersze implikacje historyczne i kulturowe.

 

Z proponowanej regulacji wynika, że uczeń szkoły podstawowej, ponadpodstawowej, artystycznej lub określonej w przepisach placówce ma prawo w szczególności do:

 

-kształtowania własnego stroju

 

-kształtowania własnego wyglądu.

 

Przysługuje mu wolność od dyskryminacji z jakiegokolwiek powodu, a w szczególności ze względu m.in. na wygląd.

 

MEN zaznaczyło jednak, że uczeń ma ubierać się zgodnie z ogólnie przyjętymi normami społecznymi. Niedozwolone jest noszenie stroju:

 

-nawołującego do nienawiści,

 

-dyskryminującego,

 

-sprzecznego z przepisami prawa,

 

-stwarzającego zagrożenie dla bezpieczeństwa innych osób przebywających w szkole lub placówce lub samego ucznia.

 

Posłanki PiS zapytały m.in. jakie kryteria autorytatywnie określają ogólnie przyjęte normy społeczne, jaka jest podstawa ich zastosowania w praktyce szkolnej oraz kto będzie odpowiedzialny za ich definiowanie i egzekwowanie, a także – czy doświadczenia z prób wprowadzenia obowiązkowych mundurków szkolnych w przeszłości – zarówno w kontekście rządów Romana Giertycha, jak i epoki PRL – nie uczą, że narzucanie wyglądu z zewnątrz może prowadzić do społecznego niezrozumienia i oporu.

 

W odpowiedzi Nowacka zaznaczyła, że Ministerstwo Edukacji Narodowej nie planuje w żaden sposób centralnie ustalać tego, jak uczniowie mają wyglądać i jak się ubierać. Podkreśliła, że projektowane rozwiązania zakładają bowiem autonomię każdej społeczności szkolnej w tym zakresie. […]

 

Projekt, wyjaśniła ministra, jasno wskazuje, że uczeń ma prawo do swobodnego kształtowania stroju i wyglądu, ale jednocześnie precyzuje konkretne granice tej swobody, wprowadzając dwa obowiązki dla uczniów w zakresie stroju i wyglądu zgodnego z ogólnie przyjętymi normami społecznymi, który jednocześnie nie zagraża bezpieczeństwu, nie nawołuje do nienawiści czy dyskryminacji, ani nie narusza obowiązującego prawa.[…]

 

Jak czytamy w odpowiedzi szefowej MEN, ustawa celowo posługuje się przy tym pojęciem ogólnie przyjętych norm społecznych, bo system oświaty w Polsce jest bardzo zróżnicowany – inne realia ma szkoła branżowa, inne liceum, inne szkoła artystyczna. […]

 

Oznacza to, wyjaśniła, że żadna szkoła nie będzie mogła samodzielnie wymyślać norm.

 

Ich interpretacja będzie podlegała ocenie zewnętrznej i jednolitym standardom konstytucyjnym, w tym zasadzie poszanowania godności ucznia. Tak czy inaczej jednak zachowana zostanie szkolna autonomia w tym wymiarze – podkreśliła.[…]

 

 

Cały tekst „MEN bierze się za normy ubioru w szkołach. Zasady muszą być zapisane w statucie”  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.portalsamorzadowy.pl/edukacja/

 



Dzisiaj proponuję lekturę na bardzo aktualny temat: wykorzystywanie AI w szkole, ale nie tylko przez uczniów, ale także przez nauczycieli. Tekst (i rysunek) Danuty Sterny, zaczerpnięty z bloga „OK. NAUCZANIE”:

 

Badanie nad korzystaniem ze sztucznej inteligencji

 

 

W miarę jak wzrasta wykorzystanie sztucznej inteligencji (AI), coraz trudniej rozróżnić dzieło maszyny od dzieła człowieka. W tym artykule wyniki badań nad korzystaniem z AI w szkole.

 

Przeżyliśmy wiele buntów dotyczących nowości. Już Sokrates krytykował posługiwanie się pismem w miejsce wypowiedzi ustnych. Potem widziano zagrożenie w książkach drukowanych, telewizji, kalkulatorów i komputerów. Teraz generatywna sztuczna inteligencja wydaje się intelektualną katastrofą.

 

Ale pisanie nie osłabiło pamięci, kalkulatory nie zniszczyły matematyki, a komputery nie sprawiły, że książki stały się przestarzałe. Pytaniem nie jest, czy sztuczna inteligencja jest dobra, czy zła, ale w jakich warunkach wspiera – lub utrudnia – uczenie się.

 

Niektóre badania wskazują na ryzyko, polegające na niewkładaniu żadnego własnego wysiłku w wykonanie zadania i przekazanie go AI. Inni odkrywają w AI szansę użytecznego narzędzia, które może pobudzić myślenie uczniów, a nauczycielom pomóc tworzyć użyteczne materiały. W tym artykule same badania (zaczerpnięte z artykułu Youki Terada) , bez wyciąganie z nich wniosków na temat korzyści i zagrożeń wynikających z używania AI.

 

Badania sugerują, że wygoda i szybkość mogą mieć wysoką cenę, odpowiedzi, które są udzielane bez wysiłku, są również poznawczo nieuchwytne, co prowadzi do słabego zapamiętywania i płytkiego zrozumienia.

 

Badania nad procesem uczenia się pokazują, że w uczeniu się pomaga zaznaczanie w tekście ważniejszych pojęć, ponowne czytanie tekstu i częste powtarzanie. Tego nie ma, gdy AI podaje swoje rozwiązanie. Uczącemu może się wydawać, że opanował zagadnienie, gdyż otrzymał odpowiedź na pytanie, ale tak nie jest. Gotowe rozwiązanie hamuje dociekanie, które jest niezbędne w procesie uczenia się.

 

Przeprowadzono badaniena 1000 uczniów, połowa uczniów rozwiązywała zadanie z pomocą ChatGP, a druga samodzielnie. Pierwsza z grup zrobiła zadanie znacznie szybciej i lepiej, uzyskując o 48 procent wyższe wyniki niż druga grupa, korzystająca tylko z materiałów i notatek.

 

Jednak, gdy poproszono wszystkich uczniów o rozwiązanie samodzielne podobnego zadania, uczniowie którzy wcześniej korzystali z AI, wypadli teraz słabiej.

 

Używając AI uczniowie pozbawili się możliwości doskonalenia swoich umiejętności matematycznych.

 

Inne badanie przeprowadzone przez naukowców z MIT doprowadziło do podobnych wniosków. Poproszono uczniów o napisanie esejów, jako odpowiedzi na pytanie: „Czy idealne społeczeństwo jest możliwe, a nawet pożądane?”. Ci, którzy mieli dostęp do ChatGPT, mieli tendencję do przepisywania odpowiedzi stworzonej przez AI, ich eseje były do siebie podobne. Tylko 17 procent uczniów używających w tym doświadczeniu sztucznej inteligencji potrafiło przypomnieć sobie choćby jedno zdanie z „własnego” eseju. Pozostali uczniowie, którzy nie korzystali z AI, i pisali eseje samodzielnie, potrafili sobie przypomnieć 83 i 89 procent swojego eseju.

 

W innym badaniu z 2025 roku , uczniowie, którzy zdobywali wiedzę na dany temat za pomocą streszczenia wygenerowanego przez sztuczną inteligencję, zdobywali „płytszą” wiedzę niż w przypadku standardowego wyszukiwania w internecie lub korzystania z innych materiałów.

 

Naukowcy przestrzegają przed „lenistwem metapoznawczym”, polegającym na nawykowym unikaniem świadomego wysiłku poznawczego, poprzez przerzucanie na innych nie tylko samego wykonania zadania, ale także monitorowania swoich postępów w nauce. Popełnianie błędów jest niezbędnym elementem uczenia się, jeśli ktoś korzysta z AI, to nie ma możliwości sprawdzania własnej pracy i korygowaniu błędnych przekonań. Uczniowie korzystający z AI polegają nadmierne na sztucznej inteligencji, co ogranicza ich zdolność do monitorowania i refleksji nad swoją nauką.

Czytaj dalej »



Od czasu do czasu zaglądam (z ciekawości) co dzieło się w Łódzkim Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego – tak na jego oficjalną stronę (gdzie są zapowiedzi wydarzeń), jak i na jego fanpage – gdzie można dowiedzieć się, czym – z tego co się odbyło –  uznano, że należy się pochwalić. Dzięki temu zobaczyłem tam taką informację, którą postanowiłem upowszechnić na OE:

 

 

Wielu uczniów i uczennic ósmych klas szkół podstawowych, ich rodziców oraz nauczycieli i nauczycielek nie wie, że istnieje Łódzka Baza Edukacyjna. Dlatego chcemy polecić Wam tę stronę, która może okazać się istotnym wsparciem dla osób stojących przed wyborem szkoły ponadpodstawowej.

 

Oto ona! Poznajcie Łódzką Bazę Edukacyjną:

 

1.Czym jest Łódzka Baza Edukacyjna?

 

To innowacyjne na skalę Polski informacyjne narzędzie cyfrowe wspierające uczniów i rodziców w poszukiwaniu ofert szkół ponadpodstawowych oraz przydatnych informacji na temat placówek.

 

2.Co można w niej znaleźć?

 

W ŁBE najdziecie pełną ofertę liceów, techników i szkół branżowych na rok szkolny 2026/2027, lokalizację placówek na mapie Łodzi, linki do stron internetowych oraz terminy Dni Otwartych.

 

Ponadto odnajdziecie tam:

-test temperamentu umożliwiający poznanie siebie i swoich preferencji edukacyjnych,

-listę zawodów z opisem kwalifikacji zawodowych w łódzkich technikach i szkołach branżowych,

-informacje o przebiegu rekrutacji z obowiązującymi terminami.

 

3.Komu i gdzie się to przyda?

 

ŁBE przyda się zarówno uczniom, rodzicom, jak i nauczycielom doradztwa zawodowego.

-W domu – do przeanalizowania ofert na nowy rok szkolny i stworzenia listy preferencji wymarzonych szkół.

-W szkole – na lekcjach doradztwa zawodowego jako atrakcyjne narzędzie wspierające odpowiadanie na pytania ósmoklasistów.

 

4.W czym może pomóc ŁBE?

 

Baza pomoże szybko – na miarę dzisiejszych czasów – dotrzeć do informacji. Klikasz w pinezkę i gotowe!

 

ŁBE ułatwi sprawdzenie oferty liceów, techników i szkół branżowych w Łodzi oraz ich porównanie. Pomoże zorientować się, jakie rozszerzone przedmioty do matury oferuje dana szkoła i klasa oraz dopasować swój wybór do zainteresowań lub planów zawodowych,

 

5.Co wyróżnia ŁBE?

 

Szybka i rzetelna informacja, przejrzystość, pomysłowość, dostępność…

 

 

Źródło: www.facebook.com/lcdnikp/

 

 

 

Oto link na stronę Łódzkiej Bazy Edukacyjnej  –  TUTAJ