
Foto: www.haloursynow.pl
Autor opublikowanego na stronie Haloursynow.pl artykułu Bunt w ursynowskiej podstawówce. „Tato, czemu pani dyrektor kłamie?” – Sławek Kińczyk – zamieścił dziś wywiad z dr Marzeną Żylińską, w którym ta liderka ruchu Budzących się Szkół wyjaśnia historię współpracy, a właściwie jej braku, ich środowiska z panią dyrektor Krzyżanowską. Oto obszerne fragmenty tej rozmowy:
Jak rozpoczęła się współpraca ze szkołą na Ursynowie?
Marzena Żylińska, Budząca Się Szkoła: Pani dyrektor Wioletta Krzyżanowska zgłosiła się do nas na samym początku, czyli mniej więcej trzy lata temu, ale zasady są takie, że szkoła, która przystępuje do naszego ruchu, pozostaje z nami w kontakcie, przesyła krótkie relacje z opisem wprowadzanych zmian, nauczyciele biorą udział w spotkaniach, konferencjach, zapraszają do swojej szkoły, dzielą się doświadczeniami. Niestety żadnych kontaktów, poza jednym spotkaniem, nie było.
Mniej więcej dwa lata temu dyrektor Krzyżanowska przyszła na spotkanie w Szkole No Bell w Konstancinie, w czasie którego rozmawialiśmy o zasadach współpracy i tworzeniu centrów BSS. Była dyskusja o tym, kto może posługiwać się naszą nazwą i używać logo. Zdarza się, że szkoły przystępują do Budzącej Się Szkoły dla samej nazwy, a potem słuch o nich ginie. Takie szkoły musimy usuwać z naszej mapy i takich przypadków było dotychczas kilka.
Dlaczego?
Bo ideą „Budzącej się szkoły” jest współpraca, budowanie relacji, wzajemne inspirowanie się. A w przypadku SP nr 323 w Warszawie tego nie było, nie można tu mówić o jakiejkolwiek współpracy. Dlatego prosiliśmy panią dyrektor, żeby nie używała nazwy Budząca Się Szkoła. Wielu rodziców pyta nas o rekomendacje, dlatego tak ważne jest, żeby na naszej mapie były placówki, o których coś wiemy. […]
W naszym artykule opisaliśmy skargi rodziców na to, co dzieje się w szkole. Brak komunikacji, oceny programu, pretensje o odgórne jego narzucanie. Jak powinno to wyglądać zgodnie z filozofią Państwa ruchu Budzącej się szkoły?
Ruch Budzących Się Szkół powstał oddolnie, i zmiany, które szkoły wprowadzają też są mają oddolny charakter. Nie da się ich zadekretować wolą dyrekcji, nie da się ich wprowadzić bez dialogu z nauczycielami i rodzicami. Dlatego odejście od „pruskiego” modelu szkoły jest takie trudne, bo wymaga kultury dialogu i relacji opartych na wzajemnym zaufaniu i szacunku.
Podam przykład dobermana mojej znajomej. Przez kilka dni próbowała wcisnąć mu do pyska tran, pies nie chciał go połknąć. Rzucał się, próbował się wyrwać, wytrącił jej z ręki butelkę i tran rozlał się po podłodze. Moja znajoma zdesperowana siadła na krześle i wtedy zobaczyła, że pies zlizuje z podłogi to, co się rozlało. Problemem nie był zatem tran, ale przemocowe metody. Nawet najlepszych idei nie można wprowadzać na siłę. Ale jeszcze raz powtórzę, że nie mam żadnych informacji o tym, jak wprowadzanie zmian wygląda w szkole na Ursynowie. […]
Wróćmy do szkoły na Ursynowie. Czy może ona używać szyldu „Budząca się szkoła”?
Przytoczę zasady, które można zaleźć na naszej stronie i które omawialiśmy mniej więcej dwa lata temu na spotkaniu w Konstancinie, w którym brała udział dyr. Krzyżanowska.
„Szkoła, która weszła na drogę oddolnych zmian, pozostaje w regularnym kontakcie z zespołem BSS poprzez wyznaczoną do tego osobę. Przynajmniej raz na trzy miesiące przesyłana jest informacja dotycząca realizacji wytyczonych przez szkolną społeczność celów. W przesłanym materiale powinny znaleźć się treści dotyczące zarówno sukcesów jak i ewentualnych błędów lub niepowodzeń. Przedstawiciele szkół należących do BsS regularnie uczestniczą w spotkaniach i dzielą się swoimi doświadczeniami z innymi.”
Do naszego ruchu należą szkoły, które spełniają te warunki. Ze SP nr 323 w Warszawie nikt się z nami nie kontaktuje i nikt nie bierze udziału w naszych spotkaniach.
Po Państwa artykule, zgłaszają się do nas zaniepokojeni rodzice i pytają o naszą opinię. Niestety o tej szkole nie możemy nic powiedzieć, nie znamy żadnego pracującego tam nauczyciela, a panią dyrektor widzieliśmy jeden raz. […]
Cały wywiad z dr Marzeną Żylińska „Budząca Się Szkoła o ursynowskiej podstawówce: ,Nie było współpracy’ ” – TUTAJ
Źródło: www.haloursynow.pl
W niedziele doczekaliśmy się nowego postu na blogu Jarosława Pytlaka. Tytuł jest trochę mylący: „Najlepiej być młodym, pięknym, bogatym, mądrym i zdrowym!”, acz metaforyczny. Z resztą – przekonajcie się sami o czym nasz ulubiony dyrektor-redaktor-autor tym razem napisał:
Ilekroć słyszę rozmaite postulaty pod adresem współczesnej polskiej szkoły, tylekroć przychodzi mi na myśl fraza, która zawarłem w tytule tego artykułu. Oczywiście społeczna presja na zmiany jest niezbędna, bez niej ryzykujemy pozostanie na wieki wieków w epoce pedagogiki łupanej, ale doprawdy, niektóre tematy budzą już tylko moje znużenie. Należy do nich kwestia lektur szkolnych i w ogóle roli szkoły w promowaniu czytania książek. W swoim czasie poświeciłem temu artykuł w papierowej wersji „Wokół szkoły” […]
Do ponownego zajęcia się kwestią lektur skłonił mnie post napotkany na profilu fejsbukowym Fundacji EDU-klaster, autorstwa CEO tej organizacji Wojtka Gawlika. Nasunął mi on cały szereg refleksji, więc postanowiłem skorzystać z okazji i dokonać na blogu „Wokół szkoły” lokowania swoistej marki, jaką stanowi autor rzeczonego artykułu. Z nutą polemiki wobec jego tez, co wcale nie wyklucza szacunku i uznania „za całokształt”. […]
Mimo tych rozbieżności sądzę, że zarówno poglądy, jak rozmaite inicjatywy pana Wojtka Gawlika warto propagować, bowiem najgorszą rzeczą, jaka nam się może przytrafić w czasach, gdy polska oświata znalazła się w miejscu ciemnym i ponurym, to pokorne urządzanie się tamże. Ferment jest niezbędny i wcale nie będzie od rzeczy, jeśli jedni (WG) szczepić będą i propagować idee rewolucyjne, a inni (JP) tonować czasami ich płomienny zapał wskazując, że nie wszystko, co we współczesnej szkole jest poddawane krytyce, zasługuje na tak surową ocenę.
Tyle wstępu, a teraz już ad rem. Najpierw zapowiedziany cytat:
Mitologia szkolna cz. 1
W myśl zapisów Podstawy Programowej uczniowie czytają około 8 książek na rok. Są to książki podstawowego kanonu lektur. Według Podstawy Programowej „Szkoła podejmuje działania mające na celu rozbudzenie u uczniów zamiłowania do czytania oraz działania sprzyjające zwiększeniu aktywności czytelniczej” (Podstawa programowa – Preambuła str. 6). Czy tak rzeczywiście jest?
Biblioteka Narodowa publikuje co roku dane dotyczące czytelnictwa w Polsce. Z raportu za 2016 rok można wyczytać, że:
63% badanych nie przeczytało w ciągu ostatniego roku ani jednej książki,
>w tym 16% nie przypomina sobie, żeby czytało książkę, gazetę, czasopismo, wiadomości w sieci czy nawet tekst o objętości przynajmniej TRZECH stron,
>przynajmniej jedną książkę przeczytało zaledwie 37% Polaków,
>10% czytało 7 lub więcej pozycji.
Rys. www.facebook.com/eduklasterpl /Ewa Gawlik/
Już po raz trzeci w Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych Nr 2 w Piotrkowie Trybunalskim zorganizowano Konkurs Mechaniczny. Jego ideą, obok rozbudzenie motywacji do pogłębiania wiedzy technicznej i rozwijanie zainteresowań mechaniką wśród jego uczestników, jest promocja wśród uczniów gimnazjów, a ostatnio także starszych klas szkół podstawowych, kierunków kształcenia, prowadzonych w piotrkowskim ZSP nr.2.
Do konkursu przystąpiło czterdziestu siedmiu uczniów z trzech szkół podstawowych o numerach: 2, 3 i 10 z Piotrkowa Trybunalskiego oraz z trzech gimnazjów: z Woli Krzysztoporskiej, Szydłowa oraz Moszczenicy.
Konkurs przebiegał w dwóch etapach. Etap pierwszy to część teoretyczna, w której sprawdzano wiedzę z zakresu podstaw techniki oraz ogólnej wiedzy mechanicznej i odlewniczej. Nie zabrakło też pytań z przepisów ruchu drogowego.
Swoistym urozmaiceniem tej części było zadanie praktyczne, polegające na montażu szczęk w uchwycie tokarskim trójszczękowym samocentrującym – na czas.
Oto oświadczenie, jakie dziś na swym fejsbukowym profilu zamieściła dr Marzena Żylińska:
Dyr. SP nr 323 na warszawskim Ursynowie pani Wioletta Krzyżanowska po raz kolejny informuje media, że jej szkoła jest Budzącą Się Szkołą i realizuje program BSS.
Informujemy, że SP nr 323 w Warszawie nie należy do naszego ruchu i w żadnej formie z nami nie współpracuje. Dyr. Krzyżanowska swoimi wypowiedziami pokazuje, że nie rozumie naszej idei oddolnych zmian. Programu BSS nie ma i być nie może, bo każda z naszych szkół idzie własną drogą, ale robi to we współpracy z nami.
Właśnie ukazał się kolejny artykuł, w którym dyr. Krzyżanowska mówi, że jest Budzącą Się Szkołą. Dlatego informujemy, że ze SP nr 323 w Warszawie nie mamy nic wspólnego.
W imieniu Budzącej Się Szkoły
Marzena Żylińska
Foto: www.sp323waw.edupage.org
Dyrektor Wioletta Krzyżanowska podczas uroczystości zakończenia roku szkolnego 2016/2017
Półtora roku temu, 16 października 2016 r. zamieściliśmy materiał informujący o pewnej szkole na warszawskim Ursynowie. Nadaliśmy mu optymistyczny tytuł „Pierwsza „Budząca się Szkoła” w Warszawie – pełna pozytywnych zmian” i zaprezentowaliśmy obszerne fragmenty artykułu, zaczerpniętego z portalu mama:Du, który zamieszczono tam pod tytułem „Brak pracy domowej? To możliwe! Pierwsza taka szkoła w Warszawie, pełna pozytywnych zmian”.
Dziś czujemy się w obowiązku wrócić do tego tematu, gdyż pojawiły się kolejne publikacje o dalszych losach owego warszawskiego eksperymentu, sygnowanego imiennie przez dyrektorkę tej szkoły – panią Wiolettę Krzyżanowską. Choć najpierw na facebooku trafiliśmy – także na mama:Du – na artykuł „Rodzice zdradzają kulisy rewolucji i „pozytywnej zmiany”. Dyrekcja szkoły odpowiada”, to jednak skorzystaliśmy ze wskazówki, zamieszczonej w jego zakończeniu: „Źródło Halo Ursynów”.
Oto obszerne fragmenty i linki do źródła z tego lokalnego portalu, do tekstu który napisał Sławek Kińczyk:„Bunt w ursynowskiej podstawówce.”Tato, czemu pani dyrektor kłamie?”
Przepraszamy, że cytaty tak obszerne, ale nie mogliśmy się zdecydować na większe cięcia:
Podstawówka przy Hirszfelda jest w ostatnich miesiącach najbardziej medialną szkołą w Polsce. Dziennikarze opisują zalety nauczania bez prac domowych. Problem w tym, że to obraz jednostronny. – Prace domowe są zadawane, a eksperyment „Budząca się szkoła” spowodował, że nasze dzieci uczą się nie w szkole, a na korepetycjach – mówią nam rodzice. […]
Z materiałów dziennikarskich, które ukazały się niemal we wszystkich ogólnopolskich mediach wynika, że w Szkole Podstawowej nr 323 dokonała się prawdziwa rewolucja, z której wszyscy bez wyjątku – od dyrekcji, przez nauczycieli, po uczniów i rodziców – są zadowoleni. Nic bardziej mylnego.[…]
Do naszej redakcji zgłosili się rodzice, którzy chcą opowiedzieć o ciemniejszej stronie rewolucji pedagogicznej, która trwa w ich podstawówce. Zaznaczając, że nie są przeciwni zmianom w systemie oświaty, ale przeciwko fatalnemu – ich zdaniem – sposobowi realizacji programu w szkole przy Hirszfelda. […]
To w tym roku szkolnym atmosfera się bardzo zmieniła – mówią rodzice, z którymi rozmawialiśmy. – Jest coraz większe niezadowolenie z realizacji programu. Wygląda na to, że wszystko wymknęło się spod kontroli – mówi ojciec 10-letniej uczennicy.
Ostatnio jego córka, widząc w telewizyjnych wiadomościach kolejny wywiad z dyrektorką szkoły Wiolettą Krzyżanowską na temat braku prac domowych, zapytała go: „Tato, dlaczego pani dyrektor kłamie?”.
Bo jak mówią rodzice – to nieprawda, że w szkole nie ma prac domowych. One były i są, nauczyciele wciąż je muszą zadawać, choć w zmienionej formie. W starszych klasach nie dałoby się zrealizować podstawy programowej. […]
Zdaniem coraz większej grupy rodziców, niezadowolonych z tego co dzieje się w szkole, rewolucją zniechęceni są także pedagodzy. Zwłaszcza ci nowi, którym nie do końca tłumaczy się ideę „Budzącej się szkoły”.
Mój zeszłotygodniowy short-felieton zakończyłem słowami: „Bardzo chciałem odnieść się jeszcze do jakości, a przede wszystkim – przydatności, imprez towarzyszących. Ale muszę to zostawić na później – dziś już nie daję rady!” Tydzień minął, od wtorku uznałem się „za nie chorego”, co wcale nie oznacza, że jestem już zdrowy. Oszczędzę Wam szczegółów – poprzestanę na stwierdzeniu, że nadal normalne funkcjonowanie uprzykrzają mi typowe dla przeziębieniowych infekcji objawy – z kaszlem na czele!
Odpuszczam więc ów sygnalizowany temat – napiszę czy nie napiszę o żenująco upadającym z roku na rok poziomie oferowanych imprez towarzyszących – z „flagowym” dla ŁCDNiKP „Forum pracodawców i dyrektorów szkół zawodowych” *na czele – i tak nie będzie to , niestety, miało większego znaczenia dla przyszłości tej imprezy!
W to miejsce podzielę się moimi refleksjami wokół informacji, dla której nie znalazłem miejsca na stronie OE, ale do której postanowiłem wrócić – nie tylko dlatego, że dotyczy szkolnictwa zawodowego. Otóż 2 marca, w ramach Aktualności, na głównej stronie UMŁ zamieszczono informację, której tytuł sam w sobie mówił wiele: „Na nowe wyposażenie, staże i specjalistyczne szkolenia. Ponad 13 mln zł dla szkół zawodowych”. Jak czytamy dalej „Dzięki temu uczniowie będą odbywać praktyki i staże u pracodawców, nauczyciele doskonalić swój warsztat, a szkoły zyskają wyposażenie do pracowni nauki zawodu.”
Aby nie było żadnych wątpliwości, w ramach autoreklamy, zacytowano wypowiedź Tomasza Treli – wiceprezydenta (SLD) odpowiedzialnego za łódzką edukacje, że „Łódź jest liderem regionu ponieważ startowała we wszystkich konkursach o unijne dofinansowanie jakie były ogłoszone. I to z powodzeniem, dzięki czemu nasze szkoły są coraz nowocześniejsze, a uczniowie zyskują umiejętności cenione przez pracodawców. […] Inwestujemy w szkoły zawodowe i nadal będziemy to robić, ponieważ chcemy zachęcić uczniów, by przekonali się do tego rodzaju kształcenia. Zyskują zawód, szansę na pracę, czyli samodzielność, a nic nie stoi na przeszkodzie, by dalej się kształcili.”
Gdyby to było takie proste… Rzecz w tym, że te kolejne unijne miliony wcale nie muszą zmienić utrzymującego się od kilkunastu lat trendu malejącej popularności kształcenia zawodowego, jako atrakcyjnej drogi kariery zawodowej. O ile w przypadku kilku zawodów, cieszących się tradycyjnie popularnością (gastronomia, informatyka, czy od pewnego czasu ładnie brzmiąca mechatronika), to – nie tylko łódzkie zawodówki – od lat mają problemy z naborem do klas pierwszych . Często, aby utworzyć klasę, muszą uciekać się do tworzenia klas dwu- lub nawet trzyzawodowodowych. I nic nie zmieniła w tej sprawie nowa nazwa „szkoły branżowe” – nadal rodzice wolą posłać swoje dzieci do liceum, którego nazwy trudno szukać w rankingu „Perspektyw”, niż do „Budowlanki”, do klasy dekarzy, gdzie po trzech latach zdobędą zawód, pozwalający im na zarobki porównywalne nie tylko z lekarzami rezydentami…
Jednak moją uwagę przykuł inny fragment tej informacji:
Bardzo ciekawy jest konkurs dla szkół zawodowych ze strefy rewitalizacji, oczywiście będziemy aplikować o te środki, ponieważ takiego konkursu jeszcze nie było, a szkoły mogą wiele zyskać – mówi Agnieszka Lewandowska z Biura Strategii UMŁ.
Nie wiem od jak dawna pani Agnieszka Lewandowska pracuje w Biurze Strategii UMŁ, nie wiem jaki jest tam jej szczegółowy zakres obowiązków. Wiem jednak, że nie ma zielonego pojęcia o tym, o czym się wypowiedziała! Bo nawet taki emeryt jak ja, karmiony od dawna informacjami o programach rewitalizacji obszarowej, niejednokrotnie widział, zaznaczone na planie miasta, te obszary i wie, że nie działa tam ŻADNA łódzka szkoła zawodowa! Są natomiast, i to aż 6, szkoły podstawowe, które przede wszystkim stracą na parę lat swą „bazę społeczną” – wszak z remontowanych kamienic i oficyn mieszkańcy już zostali, lub wkrótce zostaną wyprowadzeni, a nowi zamieszkają tam dopiero za kilka lat…
Tylko czy pieniądze z programów unijnych cokolwiek im w rozwiązaniu tego problemu pomogą? Czy ich dotychczasowi uczniowie, którzy od lat tam chodzą, mają swych kolegów, przyjaciół, ulubionych nauczycieli, będą zmuszeni kończyć szkołę pod innym adresem? A może miasto załatwi im dowóz do dotychczasowych szkół?
A szkoły zawodowe nie miały i nie będą miały z terenami rewitalizacji obszarowej miasta Łodzi nic wspólnego…
Włodzisław Kuzitowicz
*Zamiast moich komentarzy niech wystarczy porównanie frekwencji i programu forum z 2015 roku do tegorocznego.
Na oficjalnej stronie Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność” w dniu 8 marca zamieszczono komunikat z obrad Prezydium Rady KSOiW, które odbyły się 5 marca w Warszawie. Oto jego „sztandarowe” treści:
Prezydium KSOiW NSZZ „Solidarność” ponowiło żądanie podjęcia niezwłocznych negocjacji w sprawie podwyższenia uposażeń i uproszczenia systemu płac nauczycieli oraz jego skorelowania z przeciętnym miesięcznym wynagrodzeniem w gospodarce narodowej. Członkowie Prezydium negatywnie zaopiniowali projekt kryteriów oceny pracy nauczyciela.
Dalej dowiadujemy się, że Prezydium KSOiW oczekuje pilnego spotkania w tej sprawie z minister Anną Zalewską. Okazuje się, że minister Zalewska także i ten związek nie traktuje poważnie, gdyż, to wystąpienie do MEN w sprawie podjęcia negocjacji w sprawie płac jest konsekwencją braku odpowiedzi na Stanowisko Prezydium KSOiW NSZZ „Solidarność” z dnia 14 lutego br. Oto jeszcze kilka akapitów tego komunikatu:
– Wzywamy Ministerstwo Edukacji Narodowej do konstruktywnego dialogu ze stroną związkową. W przypadku braku satysfakcjonujących efektów negocjacji w terminie do 30 kwietnia 2018 r. nasz Związek podejmie czynną akcję protestacyjną – podkreślił przewodniczący KSOiW Ryszard Proksa.
Prezydium Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność”, po przeprowadzeniu szczegółowej analizy i dogłębnej dyskusji w środowisku związkowym w całej Polsce, negatywnie zaopiniowało przedstawiony przez MEN projekt kryteriów oceny pracy nauczyciela.
– Propozycje wymogów na ocenę wyróżniającą są zbyt wygórowane i przy tak rażąco niskich wynagrodzeniach będą rodzić jedynie frustrację, poczucie zaniżenia własnej wartości, jak również doprowadzą do niezdrowej rywalizacji wśród nauczycieli. Tym samym nie spowodują podniesienia poziomu nauczania w placówkach oświatowych. Proponowane wymogi ze względu na zróżnicowane warunki pracy nie mają szans być zrealizowane w chwili obecnej w polskiej szkole! Uważamy, że należy najpierw zapewnić podobne warunki pracy wszystkim nauczycielom, a dopiero później wprowadzić proponowane przepisy – stwierdził przewodniczący KSOiW Ryszard Proksa
Ponadto w opinii członkowie Prezydium KSOiW zwrócili uwagę, że pomysł obligatoryjności oceniania pracy nauczyciela co trzy lata spowoduje z jednej strony dodatkową biurokrację (której i tak jest już za dużo w szkole), jak również to, że dyrektorzy szkół będą musieli zajmować się głównie ocenianiem pracy i zabraknie im czasu na zarządzanie szkołą.[…]
Cały Komunikat Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność” z obrad Prezydium Rady KSOiW w dniu 5 marca 2018 r. – TUTAJ
Źródło: www.solidarnosc.org.pl
Stanowisko z Rydzyny 14.02.2018 r. w sprawie braku postępów w negocjacjach płacowych – TUTAJ
Opinia Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność” dotycząca zaproponowanych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej podczas prac Zespołu ds. statusu zawodowego pracowników oświaty kryteriów oceny pracy nauczyciela i dyrektora szkoły – TUTAJ
Foto: www.google.pl
Radio Kielce na swej stronie zamieściło informację, która powinna zainteresować nie tylko byłych i potencjalnych maturzystów, ale także nauczycieli – członków komisji egzaminacyjnych:
Sprawą unieważnionych matur w Ostrowcu Świętokrzyskim zajmie się Europejski Trybunał Praw Człowieka. Jak poinformowała Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Trybunał uznał, że skargi spełniają wymogi formalne i można je przesłać polskiemu rządowi z prośbą o ustosunkowanie się do podniesionych zarzutów.
Sprawa sięga 2011 roku, kiedy Okręgowa Komisja Egzaminacyjna w Łodzi uznała, że maturzyści z dwóch ostrowieckich liceów ściągali podczas egzaminu. W sumie łódzka OKE unieważniła aż 53 matury z chemii na poziomie rozszerzonym. Uczniowie nie zgadzali się z tymi zarzutami, zgłosili sprawę prokuraturze. Jednak ostatecznie decyzja OKE nie została zmieniona. Byli maturzyści zdecydowali się zgłosić sprawę do Trybunału w Strasburgu. Do instytucji wpłynęło 18 skarg.[…]
Europejski Trybunał Praw Człowieka prawdopodobnie zajmie się tylko kwestią braku możliwości odwołania się od decyzji OKE. Maturzyści z Ostrowca starali się wcześniej o zweryfikowanie decyzji o unieważnieniu egzaminu, jednak wojewódzki sąd administracyjny stwierdził, że prawo nie przewiduje takiej możliwości. Naczelny Sąd Administracyjny uznał tak samo. […]
Jak można przeczytać na stronie internetowej Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka: ”W swoich skargach (…) maturzyści zarzucają, że przez brak kontroli sądowej decyzji komisji egzaminacyjnych doszło do naruszenia gwarancji zawartych w Europejskiej Konwencji Praw Człowieka: prawa do sądu, prawa do prywatności, prawa do skutecznych środków ochrony prawnej oraz prawa do nauki.”
Cały materiał „Czy prawa maturzystów w naszym kraju są łamane? …” – TUTAJ
Źródło: www.m.radio.kielce.pl
Skomentował to na swym blogu także Dariusz Chętkowski: „Maturzyści odwołali się do Strasburga” – TUTAJ
Więcej o tym, mającym już długą historię, procederze przeczytacie w materiale z lipca 2015 roku „Masowe ściąganie na maturze. Unieważniono prawie wszystkie testy z matematyki w jednej ze szkół w Ostrowcu Świętokrzyski”, jaki zamieszczono wtedy na stronie wPolityce.pl – TUTAJ
Kolejnym etapem w sprawie było odwołanie owych „pechowych” maturzystów do Trybunału Konstytucyjnego. W 2015 roku, zamieszczono na stronie Polskiego Radia informację: „Twierdzą, że nie ściągali. Unieważniona matura w Trybunale Konstytucyjnym” – TUTAJ
Foto: www.google.pl
Na stronie portalu oswiata.abc.com można przeczytać takie zdania: „Zmieniona ustawa o IPN przewiduje odpowie- dzialność karną za pomawianie narodu polskiego o współodpowiedzialność za zbrodnie. Choć przewiduje wyjątki, nie dotyczą one nauczycieli.”
Warto, aby nie tylko nauczyciele historii przeczytali ten tekst, a zwłaszcza przytoczone tam opinie dr Łukasza Chojniaka z katedry Kryminologii i Polityki Kryminalnej Uniwersytetu Warszawskiego. Ale przedtem autorzy tej notatki przypomnieli zapisy podstawy programowej:
[…] W ostatecznej wersji nowej podstawy programowej nie uwzględniono części poprawek Polskiego Towarzystwa Historycznego, które sugerowało podkreślenie faktu, że społeczeństwo prezentowało zróżnicowane postawy wobec Holokaustu, oraz proponowało, aby wpisać do rozporządzenia, że uczeń pozna także przykłady negatywnych zachowań, jak bierność wobec Zagłady czy działalność szmalcowników. Autorzy podstawy nie uznali tego za niezbędne – zagwarantowali jedynie, że na lekcji będzie się mówiło o działalności Polaków ratujących Żydów. […]
Skoro podstawa programowa nie przewiduje treści innych niż gloryfikujące czyny naszych przodków, dobrze, aby do czasu ewentualnych zmian w obowiązującym prawie, każdy nauczyciel uświadamiał sobie jakie zagrożenia dla jego wolności zawodowej kryje owa znowelizowana ustawa o IPN:
– Nowy przepis w ust. 3 przewiduje wyjątek, że nie popełnia przestępstwa ten, kto powołuje się na okoliczności, które są penalizowane, o ile robi to w ramach działalności naukowej lub artystycznej. W przypadku nauczyciela nie możemy jednak mówić o pracy naukowej – podkreśla dr Łukasz Chojniak z katedry Kryminologii i Polityki Kryminalnej Uniwersytetu Warszawskiego – Trzeba tu też zrobić zastrzeżenie, że ustawa jest wyjątkowym bublem legislacyjnym, z tego powodu trudno ocenić, jak to się w praktyce rozwinie. Warto zwrócić uwagę, jak został skonstruowany wyjątek dotyczący działalności naukowej – nie popełni przestępstwa osoba, która umyślnie i wbrew faktom pomawia naród polski o udział w Holokauście, czyniąc to w ramach działalności naukowej. Jak można robić coś naukowo, a jednocześnie wbrew faktom? Taka konstrukcja intelektualnie jest trudna do pojęcia – dodaje ekspert. […]
– Nie jestem pewien, jak poradziłyby sobie z tym sądy, gdyby nauczyciele musieli się z takiego czynu tłumaczyć. Póki jednak nie ma orzecznictwa, uważam, że nauczyciel podlega pod tę ustawę, ponieważ nie prowadzi działalności naukowej, to jest dydaktyka. Nawet na uczelni rozdziela się te dwie kwestie – podkreśla dr Chojniak.
Cała tekst „Wyjątek w ustawie o IPN nie chroni nauczyciela przed odpowiedzialnością” – TUTAJ
Źródło: www.oswiata.abc.com.pl
Foto: www.facebook.com/elzbieta.manthey.
Elżbieta Manthey
Dzisiaj prezentujemy fragmenty tekstu, którego nie wolno przeoczyć: „Siódmoklasiści – rocznik spisany na straty?” Jego autorką jest nasza dobra znajoma – Elżbieta Manthey, dla której punktem wyjścia do bolesnych konstatacji stała się opowieść Anny Dąbrowskiej – mamy czternastolatka, która w swojej walce o trochę normalnego życia dla swojego syna i jego rówieśników dotarła do Rzecznika Praw Dziecka.
Przeczytajcie, KONIECZNIE:
[…] Nikt nic nie wie, wszyscy się boją
Kiedy obecni siódmoklasiści będą kończyć szkołę podstawową równocześnie do szkół średnich pójdzie ostatni rocznik gimnazjów – obecne drugie klasy gimnazjalne. Dwa roczniki będą rywalizować o miejsca w szkołach, a tych miejsc nie będzie dwa razy więcej niż zwykle. […]
To tak, jakby przygotowywać się do podróży, nie wiedząc, dokąd się jedzie. Na wszelki wypadek trzeba zabrać wszystko i być gotowym tak na tropiki, jak i tęgi mróz. Nic nie wiadomo, więc na wszelki wypadek trzeba jak najwięcej zrealizować. Bo nikt nie wie, jakie będą wymagania na egzaminie. Bo nikt nie wie, jakie dzisiejsze działania mogą pomóc dzieciom w dostaniu się do szkół średnich za rok. Promowane przez MEN szkoły zawodowe mogą stać się dla wielu uczniów koniecznością, albo jedyną szansą na jakąkolwiek naukę ponadpodstawową. Nie dlatego, że edukacja zawodowa jest przepustką do dobrego zawodu, lecz dlatego, że uczniowie nie będą mieli wyboru.
Sami uczniowie również nie wiedzą, co ich czeka. Nauczyciele często straszą uczniów i rodziców wizją niezwykle trudnego egzaminu i podsycają atmosferę niepewności. „Będzie strasznie, będzie źle, dostaną się tylko najlepsi” – mówią. W tak ogromnym stresie nastolatkowie muszą zmierzyć się z ogromem materiału do opanowania – w dwa lata zrobić to, co przedtem było rozłożone na trzyletnie gimnazjum. Trudno tu mówić o prawdziwej nauce i rozumieniu czegokolwiek – na to nie ma czasu. Trzeba po prostu zakuwać, zaliczać i się bać. […]
Dalej czytamy o tym, jak żyją uczniowie z klas siódmych:













