
Wczoraj (17 lutego 2021r.) na portalu OKO.press zamieszczono artykuł, w którym zamieszczono informację o wynikach najnowszego sondażu Ipsos dla OKO.press, zatytułowany „Polki i Polacy nie ufają publicznej oświacie. Ponad połowa wybrałaby płatną szkołę prywatną”. Oto fragmenty tej publikacji i link do pełnej wersji artykułu:
[…]
Zadaliśmy pytanie:
Czy gdyby pieniądze nie były przeszkodą posłałaby Pan/Pani dziecko do płatnej szkoły społecznej lub prywatnej?
Wyniki są porażające. Aż 55 proc. badanych odpowiedziała twierdząco, z czego co czwarta osoba wybrała odpowiedź „zdecydowanie tak”. Odsetek negatywnych odpowiedzi wyniósł 35 proc.
Źródło:Source: Ipsos dla OKO.press
[…] Szkołę prywatną najchętniej wybraliby młodzi (18-29 lat), dla których wspomnienia edukacji wciąż są żywe. W tej grupie odsetek pozytywnych odpowiedzi wynosi aż 65 proc. […]
Na płatną edukację najczęściej wskazywali mieszkańcy największych miast, w których oferta edukacyjna jest najbogatsza (62 proc.), a także mieszkańcy mniejszych ośrodków miejskich (20-100 tys. mieszkańców).
27 stycznia 2021 r. wydawnictwo JS & CO Dom Wydawniczy wypuściło na rynek najnowszą, już trzecią, książkę Jarka Szulskiego, zatytułowaną „Nauczyciel z Polski”. Oto jak reklamuje ją empik:
Pierwsza taka książka o szkole! Zobaczcie, co może się w niej wydarzyć, jeśli otworzymy się na relację i dialog. I jak piękny może to być kawałek świata…
Jarek Szulski – nauczyciel z pasją, współtwórca Akademii Psychologii Przywództwa i autor bestsellerowych powieści „Zdarza się” i „Sor”, powraca z praktycznym poradnikiem i jednocześnie wciągającą opowieścią o miłości do szkoły. Bazując na własnych doświadczeniach, we wzruszający sposób pokazuje drogę dorastania i rozwoju nieco szalonego nauczyciela, dotyka jasnych i ciemnych stron „najpiękniejszego zawodu świata” oraz zachęca do zupełnie nowego kształtowania szkolnej codzienności, tak by każda godzina spędzona z uczniami stała się dla wszystkich niesamowitą przygodą. I udowadnia, że jest to możliwe!
Pełen humoru, barwnych anegdot, inspiracji do dalszego rozwoju oraz praktycznych pomysłów na pracę z młodzieżą poradnik, zawiera także szereg rozmów z wybitnymi specjalistami oraz kilkanaście poruszających esejów napisanych przez uczennice i uczniów liceów ogólnokształcących. Całość graficznie spinają ilustracje i doodle 16-letniego Eryka Kiepuszewskiego.[…] WIĘCEJ – TUTAJ
Ale my postanowiliśmy udostępnić recenzję tej książki, jaką na swoim blogu „Profesorskie Gadanie” 7 lutego 2021r. zamieścił dr hab. Stanisław Czachorowski, opatrzywszy ja tytułem „Nauczyciel z Polski czyli poradnik dla nauczycieli i kandydatów”. Oto jej fragmenty i link do pełnej wersji:
„Dziennik Łódzki” zamieścił dziś na swej e-stonie artykuł Macieja Kałacha zatytułowany „W Łodzi w ciągu bieżącego roku szkolnego 12 tysięcy uczniów zrezygnowało z religii. To jedna trzecia zapisanych na nią we wrześniu 2020 r.!” Zamieszczamy obszerne jego fragmenty i link do pełnej wersji:
Foto: Biuro Poselskie Krzysztofa Piątkowskiego[www.dzienniklodzki.pl]
Krzysztof Piątkowski – poseł Koalicji Obywatelskiej, w latach 2010 – 2018 był wiceprezydentem Łodzi, w latach 2010 – 2014 odpowiadał m.in. za edukację.
W Łodzi, w ciągu bieżącego roku szkolnego, 12 tys. uczniów zrezygnowało z zajęć religii. To jedna trzecia z tych, którzy zapisali się na katechezę we wrześniu 2020 r. Dane te dotyczą szkół miejskich, kształcących w Łodzi ogółem 60 tys. uczniów – na lekcjach religii pozostaje 24 tys. z nich, czyli mniej niż połowa.
Temat szkolnej katechezy w Łodzi powrócił w środę (17 lutego) w związku z danymi, które przedstawił Krzysztof Piątkowski, poseł Koalicji Obywatelskiej. Krzysztof Piątkowski uważa, że rezygnacje z zajęć religii to m.in. efekt odbierania przez młodych Kościoła jako instytucji związanej z jednym ugrupowaniem politycznym. […]
„Dla mnie jako katolika to dramatyczne dane i ogromny zarzut do mojego Kościoła. Kościoła, który nie rozumie młodych ludzi, który mówi językiem anachronicznym, który w ogóle nie odnajduje się w nowej rzeczywistości. Który w tych trudnych czasach odpycha zamiast przyciąga i płaci ogromną cenę za mariaż z obecną władzą, Kościoła, który zamiast twarzy arcybiskupa Rysia ma twarz dyrektora Rydzyka” – stwierdził Krzysztof Piątkowski. […]
Z drugiej strony kilkoro rodziców uczniów, z którymi rozmawialiśmy po środowym wystąpieniu łódzkiego posła, przyznało, że owszem wypisało rezygnację na prośbę nastolatków, bo uważają, że „zdalna” religia jest jeszcze bardziej „bez sensu” niż przedmioty obowiązkowe… […]
Skąd łódzki poseł wziął liczbę 12 tys. rezygnacji? Dokładnie było ich 12052. To suma wypisów z katechezy złożonych przez przedstawicieli prawnych uczniów niepełnoletnich oraz złożonych przez tych pełnoletnich. Krzysztof Piątkowski zacytował ją za Fundacją Wolność od Religii, która z kolei pytania o rezygnacje zadaje samorządom w całej Polsce (także przywołanemu dla porównania Poznaniowi). Odpowiedź z Urzędu Miasta Łodzi (UMŁ) napłynęła do tej fundacji 8 lutego 2021 r. […]
W środę potwierdziliśmy w magistracie, iż cytowane przez Krzysztofa Piątkowskiego 12 tys. należy odjąć od 36 tys. uczniów, zapisanych na początku bieżącego roku szkolnego. Zatem, według danych UMŁ, liczba aktualnych uczestników katechezy w Łodzi (24 tys.) jest mniejsza niż połowa uprawnionych (czyli 60 tys.).
Przypomnijmy, iż już raz – jesienią 2018 r. – władze miasta podały dane, z których wynikało, że w Łodzi większość uczniów zrezygnowała z katechezy, ale wtedy spotkało się to z gorącym zaprzeczeniem Archidiecezji Łódzkiej (zwłaszcza odnośnie statystyk z podstawówek, w których też, według magistratu, przeważali wówczas niezapisani na religię). Natomiast Kościół w Łodzi uznawał samorządowe dane z jesieni 2020 r. za mogące dobrze odzwierciedlać sytuację w mieście.
Cały artykuł „W Łodzi w ciągu bieżącego roku szkolnego 12 tysięcy uczniów zrezygnowało z religii…” – TUTAJ
Źródło: www.dzienniklodzki.pl
Dzisiaj (17 lutego 2021r.), na prowadzonym przez siebie portalu EDUNEWS, Marcin Polak zamieścił tekst, informujący o kolejnym badaniu sondażowym efektow zdalnej edukacji w czasie pandemii, zatytułowany „Uczenie się uczniów a edukacja zdalna”. Oto jego fragmenty:
Źródło: www.edunews.pl
Teoretycznie można założyć, że podczas edukacji zdalnej zwiększyły się kompetencje uczniów w zakresie uczenia się, szczególnie z wykorzystaniem technologii edukacyjnych. Ale może to założenie na wyrost – czy rzeczywiście taka pozytywna i trwała zmiana ma miejsce? Szkoły, nauczyciele i uczniowie (oraz rodzice) – wszyscy w związku z pandemią doświadczyliśmy szczególnego zaburzenia procesu edukacji. System szkolny nie mógł być przygotowany na taką ewentualność, ale chyba też nadal nie jest (na kolejne wstrząsy…). Co moglibyśmy zmienić?
Lista postulowanych zmian jest dość spora i ciągle pojawiają się nowe pomysły, które być może doczekają się kiedyś zdalna realizacji. Jeśli mamy być gotowymi na kolejne zaburzenia procesu edukacji (bo nikt chyba nie przypuszcza, że na tej pandemii się skończy i będzie „jak dawniej”), moim zdaniem szkoła powinna w większym stopniu skupić się na uczeniu uczniów, jak mają się efektywnie uczyć.[…]
Coś złego dzieje się z uczeniem się uczniów, ale mało się o tym w Polsce mówi. Może to „wina” samej formuły edukacji zdalnej, która nie jest odpowiednia dla uczniów w wieku szkolnym?
Rodzice zauważają, że coś się dzieje z edukacją – chyba świadczą o tym ostatnie sondaże CBOS (Newsletter 7/2021):
Nieco ponad połowa badanych rodziców dzieci, które uczyły się zdalnie, uważa, że jesienią 2020 roku szkoły radziły sobie z nauką zdalną lepiej niż wiosną, mniej więcej co czwarty – że porównywalnie, a relatywnie niewielu sądzi, że gorzej.[…]
Wydaje mi się, że na już, na cito, potrzebne są w szkołach programy zajęć dla uczniów poświęcone różnym metodom i technikom uczenia się. To się im naprawdę przyda teraz i potem, przez całe życie.
Cały tekst „Uczenie się uczniów a edukacja zdalna” – TUTAJ
Źródło: www.edunews.pl
10 lutego na stronie MEiN zamieszczono komunikat, zatytułowany „Edukacja dla wszystkich – kompleksowa pomoc dla każdego dziecka, ucznia i jego rodziny”. Oto jego pierwsze akapity:
Ministerstwo Edukacji i Nauki pracuje nad nową, lepszą formułą wsparcia dziecka, ucznia – szczególnie z niepełnosprawnością i jego rodziny. Przyświeca nam idea, aby każde dziecko miało zagwarantowaną pomoc, w tym psychologiczno-pedagogiczną dostosowaną do jego potrzeb. Wśród naszych propozycji ważną rolę odgrywają poradnie psychologiczno-pedagogiczne i placówki specjalne. Nie ma planów ich likwidacji…
Stawiamy sobie 3 cele:
-stworzenie międzyresortowego systemu działań na rzecz dzieci, uczniów i rodziny,
-zagwarantowanie dostępu do pomocy psychologiczno-pedagogicznej dla dzieci i uczniów na terenie szkoły, placówki,
-poprawienie jakości kształcenia wszystkich uczniów, w tym z niepełnosprawnościami. […]
Naszą uwagę zwrócił szczególnie ten projekt:
Centra Dziecka i Rodziny
Co chcemy zrobić? Chcemy przygotować system wczesnego wspomagania rozwoju dziecka i wsparcia rodziców. W każdym powiecie powstaną międzyresortowe instytucje – Centra Dziecka i Rodziny (CDR). Głównym zadaniem Centrów będzie zdiagnozowanie potrzeb dziecka, przygotowanie dla niego i jego rodziny wsparcia.[…]
Źródło: www.gov.pl/web/edukacja-i-nauka/
x x x
Niestety – resort nie udostępnił przygotowanego dokumentu, obszernie informującego – m.in.- o tym projekcie Pozostało nam poszukiwanie w mediach. Oto najobszerniejsze źródło informacji – z portalu < Dziennik Warto Wiedzieć > (wybrane fragmenty):
Ministerstwo Edukacji Narodowej zaprosiło do zapoznania się z dokumentem „Edukacja dla Wszystkich” oraz proponowanymi obszarami założeń zmian legislacyjnych w zakresie edukacji włączającej.
Dokument przewiduje szereg zmian i nowych rozwiązań w zakresie funkcjonowania polskiej oświaty w perspektywie najbliższych 10 lat.
Nowe akty prawne:
1.ustawa o centrum dziecka i rodziny;
2.ustawa o wsparciu dziecka i ucznia;
3.ustawa o wczesnym wspomaganiu rozwoju dzieci i wsparciu rodzin.
Nowe instytucje:
–specjalistyczne centra wspierania edukacji włączającej w każdym powiecie– s. 36, s. 42-44 (rolę SCWEW będą mogły pełnić przedszkola, szkoły i ośrodki specjalne, będą mogły powstać jako nowe placówki lub powstać w wyniku przekształcenia placówki specjalnej);
–centra dziecka i rodziny – s. 36, s. 44-46 (powstaną z przekształcenia publicznych poradni psychologiczno-pedagogicznych (z wyłączeniem poradni specjalistycznych) oraz powiatowych centrów pomocy rodzinie – powiat zdecyduje na bazie której placówki zostanie utworzone CDR). Do zadań CDR będzie należało stworzenie powiatowej sieci wczesnego wspomagania rozwoju (WWR) w którą zaangażowane będą instytucje z różnych sektorów – s. 74 i nast.;
Dziś (16 lutego 2021r.) na fanpage pasjonatów i zainteresowanych edukacją według planu daltońskiego, czyli na stronie < www.facebook.com/PlanDaltonski/ > Anna Sowińska zamieściła udokumentowane wspomnienie sprzed 20-u lat:
Minęło 20 lat od tamtego artykułu w Dzienniku Łódzkim. Co takiego zostało, a co się zmieniło oprócz mojego wyglądu?
DZIURA CZASOWA?
A może czarna dziura, która wciągnęła te 20 lat zmian edukacyjnych jakby ich w ogóle nie było?
Bo skoro nadal nieliczni robią to co trzeba a liczni to co zwykle, to trochę szkoda tych 20 lat. Ewolucja nic nie pomaga w tym obszarze. Nadal skansen z chlubnymi wyjątkami, które nadal jednak nie mają przełożenie na tzw system
Źródło: www.facebook.com/PlanDaltonski/
Komentarz redakcji:
2001 rok – pierwszy rok XXI wieku: Właśnie kiełkował nowy typ szkoły – gimnazja, Premierem, już nie koalicyjnego rządu (po wyjściu Unii Wolności z koalicyjnego rządu AWS-UW) był Jerzy Buzek, ministrem edukacji – Edmund Wittbrodt (od lipca 2020 r. – po odwołaniu Mirosława Handke), Łódzkim Kuratorem Oświaty – lider oświatowej „Solidarności” Regionu Łódzkiego – Leszek Surosz, [WK]
Dziś (15 lutego 2021r.), na blogu PEDAGOG, znaleźliśmy tekst, którego tytuł zwrócił naszą uwagę: „O tym, jak markuje się kształcenie nauczycieli w Polsce po 2019 r.”. Jako że jego autor – prof. dr hab. Bogusław Śliwerski – jest kierownikiem Zakładu i Katedry Teorii Wychowania na Uniwersytecie Łódzkim, uznaliśmy, że opinia osoby, która na co dzień uczestniczy w pracy uczelni, kształcącej nauczycieli, jest warta upublicznienia. Oto ten post – z niewielkimi „wycięciami”:
Osoby ubiegające się o zatrudnienie w szkole lub o wyższy stopień awansu zawodowego dowiadują się w wyniku analizy ich dyplomów o nieposiadaniu kwalifikacji nauczycielskich, w tym pedagogicznych do wykonywania tego pięknego zawodu.
Jak dyrektor potrzebował nauczyciela do określonego przedmiotu, to nie musiał martwić się o to, czy posiada ów kwalifikacje czy też nie, gdyż ustawa Karta Nauczyciela mu na to. Także dzisiaj można zatrudniać osoby bez odpowiednich kwalifikacji.
Co gorsza, można kształcić pozorując uzyskanie stosownych kwalifikacji. W dn. 2 sierpnia 2019 r. ówczesny minister edukacji D. Piontkowski* wydał rozporządzenie w sprawie standardu kształcenia przygotowującego do wykonywania zawodu nauczyciela. Nie przytaczam go tutaj, bo każdy może je przestudiować w całości. Odnotowuję jedynie dwa punkty:
1.1.Standard ma zastosowanie do kształcenia przygotowującego do wykonywania zawodu nauczyciela przedmiotu, nauczyciela teoretycznych przedmiotów zawodowych, nauczyciela praktycznej nauki zawodu, nauczyciela prowadzącego zajęcia i nauczyciela psychologa.
1.2.Standard nie ma zastosowania do kształcenia przygotowującego do wykonywania zawodu nauczyciela przedszkola i edukacji wczesnoszkolnej (klasy I–III szkoły podstawowej), nauczyciela pedagoga specjalnego, nauczyciela logopedy i nauczyciela prowadzącego zajęcia wczesnego wspomagania rozwoju dziecka. […]
Natomiast kształcenie nauczycieli innych przedmiotów może być prowadzone albo w ramach studiów kierunkowych np. dla historyków, matematyków, geografów itd., albo na studiach podyplomowych. Niestety, uniwersytety w większości zrezygnowały z kształcenia nauczycielskiego, zlikwidowały zakłądy czy pracownie dydaktyczne, przerzucając to zadanie na osoby zainteresowane pracą w szkolnictwie. To one mają pokryć koszty uzyskania nauczycielskich kwalifikacji udając się na studia podyplomowe. Te zaś liczą co najmniej 540 godzin.
Program kształcenia na studiach podyplomowych musi odpowiadać takim samym wymaganiom merytorycznym, jak na studiach kierunkowych, ba, ma zapewnić osiągnięcie takich samych efektów. Nie da się rzetelnie poprowadzić studiów podyplomowych w sposób adekwatny do wymagań, gdyż każdy przedmiot nauczania ma swoją odrębną dydaktykę przedmiotową. Rozporządzenie określa obowiązek zapewnienia studentom co najmniej 150 godzin dydaktyki przedmiotu nauczania plus drugie tyle praktyki dydaktycznej/zawodowej.
Tymczasem na tego typu studia podyplomowe przychodzi przykładowo jeden chemik, dwóch historyków, 4 biologów, 7 filologów itp., a każdej z tych osób trzeba zapewnić metodykę nauczania ich własnego przedmiotu. […] Rektorzy szkół wyższych przymykają oczy i zezwalają na stosowanie nieuczciwego zabiegu, który ma niewiele wspólnego z adekwatnym do dydaktyki przedmiotowej przygotowaniem osób do pracy nauczycielskiej w ramach konkretnego przedmiotu. Tworzy się bowiem tzw. względnie „jednorodne” grupy przedmiotów humanistycznych czy matematyczno-przyrodniczych, ale każdy absolwent tych studiów uzyskuje prawo do nauczania tylko tego przedmiotu, który wynika z jego kierunkowego wykształcenia, a nie do pracy w ramach grupy przedmiotów.
Nie dziwmy się zatem jako rodzice, że nasze dzieci kształcone są przez metodycznie niekompetentnych nauczycieli. Owszem, mają wiedzę kierunkową, ale brak kompetencji metodycznych sprawia, że ich zajęcia są nudne, beznadziejne, nieefektywne, ot, po prostu są dla uczniów stratą czasu, za którą płaci się takim nauczycielom równie kiepską pensję.
To nie nauczyciele są temu winni, tylko resort edukacji*, który w ten sposób pozoruje rzekomo właściwe standardy przygotowania do zawodu przyszłych nauczycieli. Szkoły wyższe zaś markują ów proces, by cokolwiek na tym zarobić. Tracą na tym młode pokolenia, traci na tym społeczeństwo i polska kultura.
Źródło: www.sliwerski-pedagog.blogspot.com
*Rozporządzenia Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego z dn. 25 lipca 2019 r.w sprawie standardu kształcenia przygotowującego do wykonywania zawodu nauczyciela podpisał ówczeny Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego Jarosław Gowin – zobacz – TUTAJ
Foto: www.business-designers.pl
Dr Piotr Rycielski – członek zespołu projektu RESQL – powstałego na uniwersytecie SWPS systemu zapobiegania przemocy rówieśniczej w szkołach.
Na portalu EDUNEWS zamieszczono wczoraj zapis rozmowy Wiktora Szczepaniaka (PAP) z psychologiem doktorem Piotrem Rycielskim – członkiem zespołu, powstałego na uniwersytecie SWPS projektu RESQL. Oto jego obszerne fragmenty i link do pełnej wersji:
Agresja szkolna ma więcej twarzy niż myślisz
Wiktor Szczepaniak: Jak dużo dzieci szkolnych w Polsce doświadcza przemocy?
Piotr Rycielski: Z ogólnopolskich analiz Instytutu Badań Edukacyjnych wynika, że najczęściej doświadczaną przez dzieci szkolne formą przemocy jest obgadywanie, izolowanie, a także nastawianie klasy przeciwko nim, a więc tzw. przemoc relacyjna. Doświadcza jej ponad 50 proc. polskich uczniów szkół podstawowych. Na drugim miejscu, jeśli chodzi o częstość występowania (nieco poniżej 50 proc.) znajduje się przemoc werbalna, czyli wyzywanie, obrażanie i krzyczenie. Ponadto, duży odsetek uczniów polskich podstawówek (około 40 proc.) deklaruje też doświadczanie różnych form ośmieszania i poniżania, a także tzw. agresji materialnej (np. niszczenie, zabieranie ich rzeczy). Na tym niestety nie koniec. Blisko jedna trzecia dzieci przyznaje, że doświadcza przemocy fizycznej (bicie, celowe potrącanie, zamykanie gdzieś), a jedna czwarta tzw. agresji elektronicznej (np. umieszczenie niechcianego, kompromitującego zdjęcia za pośrednictwem mediów społecznościowych, blokowanie dostępu do grupy w mediach społecznościowych). Rzadziej zdarza się w szkołach podstawowych przemoc seksualna (np. podglądanie, ściąganie ubrań, obmacywanie), a także inne formy przemocy, takie jak przymuszanie do czegoś czy groźby. Jest to obraz ponury. […]
WS: Skąd się w ogóle bierze tyle agresji u dzieci?
PR: Zachowania przemocowe u dzieci szkolnych mają różne przyczyny. W części mogą wynikać z cech indywidualnych danego dziecka, czyli np. skłonności do reagowania agresją na frustrację lub też wysokiego poziomu impulsywności. Kolejnym czynnikiem zwiększającym ryzyko występowania agresji u dzieci jest uczenie się jej poprzez obserwację osób dorosłych, w tym m.in. swoich rodziców. Przyczyn agresji jest jednak znacznie więcej. Badania pokazują, że bardzo istotne, o ile nie najbardziej istotne, są w tym przypadku czynniki sytuacyjne, począwszy od tzw. klimatu panującego w danej klasie czy też w szkole, a więc m.in. obowiązujących tam zasad komunikacji oraz zwyczajów dotyczących radzenia sobie z problemami i rozwiązywania konfliktów, a na wysokiej temperaturze powietrza lub zatłoczeniu pomieszczenia skończywszy. Oczywiście klimat szkoły zależy w największym stopniu od jej dyrektora, a klimat danej klasy od jej wychowawczyni.
WS: Przemoc stereotypowo kojarzona jest częściej z płcią męską. Ile w tym powszechnym przekonaniu jest prawdy, przynajmniej w odniesieniu do polskich szkół?
PR: Warto wiedzieć, że agresja jest też naturalną, ewolucyjnie uwarunkowaną formą walki o wysokie miejsce w hierarchii społecznej, czyli np. w klasie. Dotyczy to przede wszystkim chłopców, których m.in. stymuluje do rywalizacji, w tym także do fizycznej agresji, testosteron, czyli znany męski hormon. W praktyce jednak agresja, być może w nieco bardziej subtelnej formie, występuje dość powszechnie także wśród dziewczyn.
Dzisiejszy felieton będzie inny od tych, do których przyzwyczaiłem czytelników. Jego tematem nie będzie żadne wydarzenie minionego tygodnia, ani „gorący” problem polskiej edukacji. Postanowiłem, że będzie to tekst, który w całości poświęcę pamięci Juliusza Cyperlinga – Człowieka, z którym moja znajomość datuje się na lat kilkadziesiąt – poznaliśmy się latem 1969 roku, co odnotowałem w eseju wspomnieniowym „Mój rok 1969, czyli lato w Poddąbiu z Leokadią”.
Do opisanych tam faktów dodam dziś jeszcze, że po powrocie do Łodzi Julek pełnił w Komendzie Hufca Polesie tę sama jak na obozie funkcję – instruktora k-o. To przede wszystkim z jego inspiracji budynek Komendy był nie tylko bazą centrali organizującej i koordynującej działalność wszystkich drużyn i szczepów, miejscem odpraw i szkoleń kadry instruktorskiej, ale również – w pewnym stopniu – także ośrodkiem kultury. Obok tradycyjnych konkursów piosenki harcerskiej i przeglądu małych form scenicznych, Julek wprowadził zwyczaj wieczorów poezji – w tym najbardziej pamiętnym był ten poświęcony poezji Krzysztofa Kamila Baczyńskiego – zorganizowany w roku, gdy harcerzom kazano świętować stulecie urodzin Lenina (sławna kampania „Iskra 70”), a książek z poezją tego „ideowo obcego” poety w zasadzie nie było. To także Julek stał za pomysłem zorganizowania projekcji filmów oświatowych o tematyce wychowawczej, autorstwa Wojciecha Fiwka z łódzkiej WFO, na której był ich twórca, z którym mogliśmy o jego pracy porozmawiać.
Gdy w 1971 r. zrezygnowałem z pracy w ZHP, nasze drogi rozeszły się. Rok później Julek został magistrem polonistyki i rozpoczął, trwającą kilkadziesiąt lat, pracę dziennikarza w „Dzienniku Łódzkim”. Po początkowym okresie, w którym zdobywał doświadczenie jako reporter „terenowy”, działający na obszarze ówczesnego województwa skierniewickiego, wyspecjalizował się w roli recenzenta teatralnego. I przez wiele, wiele lat tylko z tego źródła zdobywałem informacje o redaktorze Juliuszu Cyperlingu.
Foto: Zbiory Piotra Sobczaka
Juliusz Cyperling jako dziennikarz-reporter
Kolejny rozdział naszej współpracy zaczęliśmy pisać, z Jego inicjatywy, już w III RP. Wszystko zaczęło się jesienią 1999 roku, kiedy, bez zapowiedzi, Julek odwidził mnie w ZSB nr 2, której to szkoły byłem wtedy szósty rok dyrektorem. Tak jakby tych 28 lat nie było – od pierwszych minut spotkania znów rozmawialiśmy jak „starzy, dobrzy znajomi”. A celem Jego wizyty było wysondowanie możliwości ulokowania w „mojej” szkole siedziby projektowanego przez Jego żonę – Małgorzatę – Centrum Szkoleniowo-Promocyjnego „Edukacja” – pierwszego w Łodzi, niepublicznego ośrodka doskonalenia nauczycieli. Nie będzie to zaskoczeniem, gdy potwierdzę, że już wkrótce ośrodek ten rozpoczął – pod kierunkiem Małgorzaty Cyperling – swoją działalność, a nasze systematyczne kontakty stały się regułą.
Muszę tu wyjaśnić, że w tym czasie Juliusz nie pracował już jako dziennikarz w redakcji żadnej łódzkiej gazety – był Dyrektorem Regionalnym Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych w Łodzi, a jego biuro mieściło się nieopodal – przy ul. Kopcińskiego 29 (na posesji, administrowanej przez ŁCDNiKP). Wcześniej Juliusz założył wydawnictwo edukacyjne dla dzieci i młodzieży „Cypniew”. Zwracam uwagę, że nie nie było to wydawnictwa o tematyce teatralnej, a nawiązujące do tematów z obozu w Jarosławcu, do pamiętnej „Wio Leokadio”…
Wkrótce po rozpoczęciu działalności CSz-P „Edukacja” powstało czasopismo „Gazeta Edukacyjna” – wychodzący nieregularnie periodyk, bezpłatnie kolportowany do łódzkich szkół – której redaktorem naczelnym został Juliusz Cyperling, a wydawcą było Centrum „Edukacja”. Przy oczywistej funkcji promocyjnej – informowanie nauczycieli o ofercie Centrum – stała się ona miejscem popularyzowania dorobku nauczycieli, a także upowszechniania postępu pedagogicznego.
Po utworzeniu w 2003 roku Wyższej Szkoły Pedagogicznej – to ona stała się wydawcą tej gazety, a Julek nadal był jej naczelnym. Wszystko toczyło się harmonijnie aż do lata 2005 roku. To wtedy rozpoznano u Julka złośliwy nowotwór mózgu, który, mimo intensywnej terapii i dwu zabiegów chirurgicznych, stał się przyczyną Jego przedwczesnej – bo w wieku 55-u lat – śmierci. Stało się to właśnie 13 lutego 2006 roku.
O tym w jakim stopniu to tragiczne wydarzenie miało wpływ na moje, emeryckie, życie opisałem już w Felietonie nr 275. „W 13-ą rocznicę „poczęcia” mojego nowego wcielenia…”. Nie dziwcie się przeto, że utrwalanie pamięci o Juliuszu Cyperlingu uważam za mój obowiązek. Ale nie tylko z tego powodu – bo swoim niespektakularnym, ale dziś już tak rzadko spotykanym – po prostu dobrym – życiem na to zasłużył.
Od kandydata na murarza do marynarza
Wątek pierwszych doświadczeń edukacyjno-wychowawczych
Dzisiejszy tekst został zapowiedziany w post scriptum, kończącym poprzednią część II c – wspomnieniowego wątku „marynarskiego”:
Podczas pisania poprzedniego wspomnienia – wątku „harcerskiego” uświadomiłem sobie, że zapomniałem o jeszcze jednym ciągu zdarzeń, jakie były moim udziałem w latach 1963 – 1965. A bez tych informacji mogą nie być odpowiednio „genetycznie naświetlone” fakty z mojej przyszłej, zawodowej i naukowej drogi życiowej.
Tym przeoczonym wątkiem są moje doświadczenia w roli korepetytora i …nieformalnego asystenta pani pedagog z Okręgowej Poradni Wychowawczo-Zwodowej w Łodzi – dr Aleksandry Majewskiej. Pisałem już o tym ostatnim we wspomnieniu poświęconym dr Majewskiej, ale chciałbym ten wątek poszerzyć i wzbogacić o pominięte tam fakty.
Zacząć muszę od cofnięcia się do czasów, gdy sam byłem jeszcze uczniem w „Budowlance”, a konkretnie uczniem I klasy 3 TB przy TB nr 1 przy Kopcińskiego w Łodzi. Działal tam wtedy gabinet dentystyczny, w którym pracowała sympatyczna pani doktor. Sympatyczna, bo miałem z nią taki „układ”, że w sytuacji, gdy nie chciałem być na jakiejś lekcji, mówiłem, że mam wizytę u dentysty, a ona zawsze udzielała mi tam azylu. Przypominam, że pełniłem wtedy funkcję przewodniczącego szkolnego samorządu uczniowskiego i … i byłem uczniem polonistki – pani Wiktorii Kupiszowej.
Było to chyba tuż po końcu pierwszego semestru nauki (bo wtedy rok szkolny dzielił się na cztery semestry), czyli na początku listopada, gdy owa lekarka zapytała mnie, czy zechciałbym pomóc w nauce pewnemu uczniowi podstawówki. Nie pamiętam kim dla niej był ów uczeń, ale pewnie bardzo jej na tym zależało. Ja, kiedy dowiedziałem się że ta pomoc nie będzie za darmo, przyjąłem ofertę, acz z lekkimi obawami – czy dam radę.
I to był mój pierwszy w życiu występ w roli „tego który uczy”, czyli – na razie – w wersji korepetytora. Nic z tego jak te korepetycje wyglądały nie pamiętam, wiem tylko, że mój uczeń mieszkał na piętrze przedwojennej kamienicy przy ul. Dębowej – krótkiej uliczki odchodzącej w lewo od ul. Przybyszewskiego, za kinem „Wolność”. Korepetycji tych nie udzielałem długo – tylko przez kilka tygodni, gdyż – jak to już opowiedziałem – w lutym przestałem być uczniem „Budowlanki”, a po zmianie szkoły sam musiałem zająć się swoją edukacją.
Drugie podejściem do tej roli, i to od razu w wersji „grupowej”, miałem w roku 1964, kiedy będąc już studentem polonistyki otrzymałem bardzo ciekawą propozycję od… od nikogo innego, jak od pani Wiktorii Kupiszowej – wielokrotnie już wspominanej przeze mnie polonistki z „Budowlanki”.
W tym czasie szukała ona, jeszcze nie rezygnując całkowicie z pracy w szkole kierowanej przez dyrektora Hałłamejkę, innych możliwości zawodowych. Skorzystała z faktu, że właśnie otwierano nowe technikum – Technikum Elektryczne. Na starcie tej szkoły nie mogła jeszcze zatrudnić się na całym etacie – w tym pierwszym roku miała tam jedynie kilka godzin – oczywiście z klasami pierwszymi. I to właśnie dla słabeuszy z ortografii (sic!) zaproponowała mi pani Wiktoria prowadzenie „kompletów” pisania ortograficznego, za – pamiętam ogólne wrażenie, nie konkretną kwotę – wtedy znaczące dla mnie wynagrodzenie. Tych grup miałem kilka – tyle ile było, klas pierwszych. Spotkania odbywały się w tymczasowej siedzibie tego technikum, czyli w gmachu przedwojennej szkoły zawodowej „Salezjanów” przy ul. Wodnej, w którym do niedawna działała jeszcze salezjańska Zasadnicza Szkoła Metalowo-Odlewnicza. Decyzją ówczesnych władz, w jej miejsce, od 1962 roku, działala państwowa Zasadnicza Szkoła Zawodowa Nr 2
To za tymi drzwiami gmachu przy ul. Wodnej w Łodzi działa się opisana poniżej historia.
Pamiętam znakomitą organizację tego przedsięwzięcia. Zajęcia z grupami wszystkich klas pierwszych (chyba były trzy) odbywały się tego samego dnia, a plan lekcji był tak ułożony, że uczniowie żadnej z klas nie musieli czekać na moje zajęcia – każda grupa po swojej ostatniej „planowej” lekcji po prostu zostawała w tej samej sali. Ja przychodziłem najpierw do pokoju nauczycielskiego, tam rozbierałem się, witałem z nauczycielami, a po dzwonku (choć bez dziennika) szedłem no moje „lekcje”. Przerwy także spędzałem w pokoju nauczycielskim.
Taka pierwsza przymiarka studenta do roli nauczyciela…
Uprzedzając pytania – informuję, że pani Kupiszowa dokładnie wiedziała komu powierzyła tą „fuchę”. Wszak to ona przez wszystkie lata kiedy była moją nauczycielką j. polskiego stawiała mi – z wypracowań – zazwyczaj dwie oceny: dwójkę za ortografię i piątkę za treść.A z dyktanda nieomal zawsze miałem dwóję…
Ale ona zadziałała według tej samej zasady, która powoduje, że najlepszym prowadzącym grupę AA jest były alkoholik. Tylko on może zrozumieć uczestnika grupy i najlepiej mu doradzić…
I ja kimś takim w tej sprawie byłem. Na własnej skórze poznałem nie tylko objawy tej „choroby”, ale także skuteczne i nieskuteczne sposoby jej „leczenia”. Oto pierwszy tego przykład: Do dziś pamiętam jak pani Wiktoria po którymś sprawdzaniu zeszytów, trzymając mój w ręce, kazała mi podejść do tablicy i napisać takie oto wyrazy, które ja napisałem tak:
alkochol, lektóra. architektóra…
„Dlaczego tak?” – wykrzyknęła Pani Profesor. A ja ze spokojem eksperta: „Przecież się odmienia!” Ona, ze zgrozą: „Jak?” – Ja na to: „Lektóra – bo odmienia się na lektor, a architektóra – bo żona architekta to architektowa!”
Cala klasa w śmiech, ona także chwilę się „obśmiała”, ale – dociekliwie – pyta: „No dobrze, ale dlaczego napisałeś przez ch słowo alkohol?” No, tu mnie złapała – pomyślałem przez chwilę. Ale mam! I mówię, już w konwencji „na wesoło”: „Żeby było go więcej”…
I, jak widzicie, tych słów już nigdy z błędem nie napiszę. A pisanie poprawne, wcześniej błędnie napisanego, słowa po 100 i więcej razy – wielokrotnie wobec mnie stosowane jako metoda nauczenia poprawnej pisowni – przynajmniej na mnie nigdy nie podziałało.
I dlatego prowadziłem te „komplety ortograficzne” według mojej autorskiej, innowacyjnej, metody. Opierała się ona na zasadzie skojarzeniowej. Konkretny „trudny” wyraz musiał uczniowi „wmontować się” w pamięć (jak powinien poprawnie być napisany) nie „na siłę”, a w drodze skojarzeń z określoną sytuacją, kontekstem, okolicznościami. Tak jak ja do dziś wiem jak pisać wyrazy: alkohol, lektura, architektura…
A sposób ten polegał na układaniu tekstów kolejnych dyktand w formule serialu kryminalnego, którego bohaterami byli młodzi ludzie, wplątani w środowisko przestępcze. Niestety, rękopisy tej dydaktyczno-terapeutycznej twórczości bezpowrotnie zaginęły „w pomroce przeprowadzkowych dziejów”. Dziś mogę jedynie bardzo ogólnie opowiedzieć jak one powstawały.
A à propos fabuły – przypominam, że działo się to już po tym, jak pracowałem na kolonii letniej dla nieletnich przestępców (patrz: „Przypadek czy Palec Boży…”), a w tym czasie odwiedzałem Tolka – byłego grupowego z Grabowna Wielkiego – w Zakładzie Wychowawczym „na Łucji” i trochę inspiracji tematycznych z tych źródeł miałem…
Jak to wyglądało? Zaczynałem od przygotowania wykazu wyrazów, z którego będę czerpał pisząc odcinek opowiadania, zawierającego – dla przykładu – wyrazy z tzw. „o kreskowanym”.
Główną postacią wszystkich odcinków był chłopak o imieniu Will – świadomie nazwałem go tak po „zagranicznemu””. I od niego zaczynały się wszystkie opowiadane historie. Dziś nie jestem w stanie odtworzyć tamtych tekstów, ale zaryzykuję taką próbkę naśladowczą, ilustrującą „metodykę” tych dyktand:
„Gdy już wszyscy byli na miejscu Will powiedział półgłosem: Dziś podejmiemy próbę włamania do tamtego garażu, gdzie ostatnio wypłoszyła nas wiewiórka. Józek dowiedział się, że stróż nie będzie miał obchodu jak robi to zazwyczaj, bo dziś cały mózg ma zajęty myśleniem o zdrowiu córki, która poparzyła sobie wrzątkiem skórę twarzy. Jeśli brama będzie zamknięta na kłódkę – najpierw podejmiemy próbę jej otwarcia wytrychem. Jak to się nie uda – trzeba będzie ją równo uciąć.…”
Na kolejnym spotkaniu rozdawałem kartki z napisanymi przez uczniów dyktandami, na których podkreślone na czerwono były słowa napisane z błędem. Każdą taka „pracę” omawiałem indywidualnie i przy tej okazji wielokrotnie „żonglowałem” tymi błędnie napisanymi słowami, w najróżniejszych kontekstach, aby na długo (na zawsze?) utkwiły one uczniowi w pamięci. Bo moja metoda właśnie na tym polegała: na skojarzeniu tego właśnie słowa, słowa zawierającego literę „ó”, dla której to pisowni nie ma innego uzasadnienia, jak zapamiętanie, że „tak się pisze – i już!” – z tą właśnie historią o włamaniu, w której były właśnie te wyrazy – z nieodmienialnym „o” z kreską.














