Na portalu „Juniorowo” zamieszczono we wtorek 9 lutego 2021 r. tekst, zatytułowany „Homeschooling po polsku – czego nie wiecie o edukacji domowej…”. Poniżej udostępniamy go naszym czytelniczkom i czytelnikom bez zbędnych skrótów:

 

Foto: www.juniorowo.pl

 

 

Homeschooling po polsku – czego nie wiecie o edukacji domowej…

 

Podstawa programowa jest ogólnie dostępnym dokumentem. Młodzi ludzie mają dostęp do podręczników, bibliotek i nieograniczonej ilości materiałów w Internecie. Szkoła nie jest niezbędna, by zdobywać wiedzę. Nie jest też niezbędna dla kontaktów społecznych. Młodzi ludzie nie muszą chodzić do szkoły, żeby się spotykać, rozmawiać, czy robić coś razem. Zamiast tłoczyć się w klasach, szatniach i na korytarzach, mogą się odwiedzać w domach, spotkać w parku, albo online. Zagrać razem w kosza, pojeździć na desce, zbudować wspólnie szałas…

Coraz więcej rodziców to dostrzega. Że szkoła nie jest niezbędna. Że młody człowiek może samodzielnie, we własnym tempie, w wybranym przez siebie czasie, w wybrany przez siebie sposób, ze źródeł które sam wybierze uczyć się i zdobywać nowe umiejętności. I to jest właśnie edukacja domowa.

 

 

Edukacja domowa ma różne oblicza

 

Część rodzin przenosi szkołę do domu, włącznie ze wszelkimi artefaktami związanymi z tą instytucją np.: codzienny plan zajęć z podziałem na 45 minutowe lekcje,  podręczniki, a nawet testy i oceny.

 

Na drugim krańcu leży radykalny unschooling, który polega na odrzuceniu podstawy programowej i narzucanych przez rozkład materiału treści i przekazanie dziecku możliwości decydowania o tym czy, czego, kiedy i z kim będzie się uczyć.

 

No i oczywiście istnieje całe spektrum postaw pośrednich.

 

Wraz z nabywanym doświadczeniem i czasem spędzonym w edukacji domowej te postawy mogą się zmieniać. Zazwyczaj, w kolejnych latach rodzice nabierają zaufania do własnego dziecka oraz odchodzą od nawyków, które wynieśli ze szkoły. Proces ten nazywany jest odszkolnianiem i potrafi trwać wiele miesięcy, a zdarza się, że nigdy się nie kończy.

 

Niezależnie od przekonań, wyznawanych wartości i poziomu odszkolnienia, każda rodzina ma pewne obszary i umiejętności, których odkrywanie i poznanie przez dziecko chciałaby mieć pod kontrolą. Wynika to z potrzeby zapewniania dziecku bezpieczeństwa, przekonania o umiejętnościach i kompetencjach, które w ocenie rodziców dziecko powinno nabywać w określonym tempie i czasie.

 

 

Homeschooling po polsku

 

Czytaj dalej »



Dzisiaj (10 lutego 2021 r.) na stronie UMŁ zamieszczono informację, zatytułowaną „Kiedy łódzcy maturzyści wrócą do szkół? Podkreślenia i pogrubienia fragmentów przytoczonego tekstu – redakcja OE:

 

Foto: www.m.facebook.com/MoskwaWodnicka/

 

Małgorzata Moskwa-Wodnicka – wiceprezydent miasta Łodzi

 

 

4 maja to początek matur, a 25 – 27 maja – egzaminy klas 8 szkół podstawowych, a nadal nie wiadomo kiedy i czy w ogóle uczniowie wrócą do szkół na zajęcia stacjonarne.

 

Małgorzata Moskwa-Wodnicka, wiceprezydent miasta Łodzi wysłała list do Ministerstwa Edukacji i Nauki z pytaniem kiedy uczniowie oraz ich rodzice poznają plany resortu odnośne klas 8 i maturalnych. „Zdalna nauka nie dla każdego jest odpowiednią mobilizacją, a trwające od tygodnia konsultacje nie budzą zainteresowania uczniów” – argumentuje w liście wiceprezydent miasta Łodzi.

 

W ciągu tygodnia 601 uczniów szkół podstawowych z 4 789 kończących w tym roku klasę 8 uczestniczyło w konsultacjach. Największe zainteresowanie było w Zespole Szkolno-Przedszkolnym nr 7, gdzie z indywidualnych spotkań z nauczycielami skorzystało 71 uczniów, w SP 199 – 57, w SP 205 – 39, ale w SP 79 – 2, a w SP 3 – 1.

 

W szkołach średnich na 1 411 uczniów klas maturalnych techników najwięcej  chętnych do udziału w konsultacjach było w Technikum nr 3, licealiści stawiają jednak na indywidualną naukę w domach, bo na razie na konsultacjach zjawiają się pojedyncze osoby. W ostatnich klasach liceów jest 3 035 uczniów.

 

20 szkół zorganizowało też próbny egzamin 8-klasisty oraz próbne matury. Wzięło w nich udział ogółem 225 licealistów, 166 uczniów techników oraz 378 8-klasistów.

 

 

List Małgorzaty Moskwa-Wodnickiej do do ministra Przemysława Czernka TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.uml.lodz.pl/aktualnosci/

 



Nie ukrywamy, że poniższy tekst, zamieszczony na stronie Fundacji „Szkoła z klasą” 8 stycznia 2021 r. udostępniamy (w obszernych fragmentach i linkiem do całości) dopiero dzisiaj, gdyż bez tej lektury nie będzie można obiektywnie odebrać przekazu, płynącego z tekstu, jaki na blogu „Eduopticon” zamieścił w miniony poniedzialek (8 lutego 2021r.) Robert Raczyński, nadając mu, sugerujący konkluzję, tytuł: „Ku pokrzepieniu?”

 

Ale po kolei. Najpierw tekst ze strony „Szkoła z klasą”:

 

Źródło: www.szkolazklasa.org.pl

 

Projekt pomnika „Wniebowstąpienie” Jarka Kubickiego przygotowany w ramach projektu #OdNasZależy2020 „Polska 2060”

 

Wizja edukacji w przyszłości według Fundacji Szkoła z Klasą

 

Wyobraźcie sobie przyszłość, wymarzoną, nawet utopijną, w której cel Waszych działań jest zrealizowany. Jak taka przyszłość by wyglądała? Czym by się różniła od dzisiejszej rzeczywistości? Poniższa wizja została stworzona przez Fundację Szkoła z Klasą w ramach projektu #OdNasZależy „Polska 2060

 

Szkoła w 2060 roku jest wspólnotą, opartą na autentycznych relacjach, jest miejscem, w którym wszyscy, nauczyciele i nauczycielki, uczniowie i uczennice, czują się dobrze. Jest przeciwieństwem obecnego modelu, opartego na promowaniu indywidualizmu i rywalizacji, panuje tam atmosfera sprzyjająca wspólnej nauce i działaniu współpracy.

 

Szkoła wyrównuje szanse uczniów i uczennic, […]

Szkoła oddana jest tym, którzy faktycznie ją tworzą. Nauczyciel/ka jest tu przewodnikiem, towarzyszem, nie jest ponad, ale jest razem z uczniami. […]

Szkoła pomaga zrozumieć młodym ludziom, kim są, jaka jest ich rola i miejsce w świecie. […]

Szkoła nie jest samotną wyspą, ale częścią lokalnej wspólnoty.[…]

Podstawa programowa rozumiana jak dotychczas legła w gruzach. W 2060 podstawą edukacji są wartości,[…]

W 2060 szkoła dostosowuje się do zmieniającego się świata: […]

 

 

Jak mogłyby wyglądać konkretne kroki realizowania się powyższej wizji? Od czego one zależą?

 

Zmiany powinny dziać się równolegle na kilku poziomach:

 

>nowa podstawa programowa, stworzona od zera, na innych fundamentach

>sposób kształcenia nauczycieli i przygotowywania ich do zawodu

>zmiana narracji o zawodzie nauczyciela, społeczne uznanie dla ich roli

>ocenianie w służbie rozwoju intelektualnego i społecznego, nie ocenianie dla oceniania

>relacje w szkole to fundament życia szkolnego, buduje wspólnotę uczniów i nauczycieli

>szkoła jako laboratorium obywatelstwa, poczucia sprawstwa, odpowiedzialności

>stawia na zespołowość, pokazuje siłę różnorodności

 

 

Co dzisiaj może robić każdy, każda z nas, żeby przyczynić się do realizowania tej wizji?

 

Rodzicu, spójrz na szkołę przychylnym okiem, poczuj się jej częścią. Zmianę podejścia do nauczycieli i nauczycielek zacznij od siebie. Nie bądź zawsze “na nie”, nie mów źle o zawodzie nauczyciela. Nie pozwól, żeby poczucie, że zawód nauczyciela niewiele jest warty, Twoje dzieci wyniosły z domu.

 

Nauczycielko i nauczycielu, mimo niewydolności systemu, zmęczenia i przeciążenia, otwórz się na rozmowę. Zapomnij na chwilę o podstawie programowej i posłuchaj swoich uczniów i uczennic, posłuchaj rodziców. Stawiaj na nawiązywanie, wzmacnianie i rozwijanie relacji zawsze, kiedy jest to możliwe. Otwórz się na korzystanie z kompetencji swoich uczniów, na uczenie się od nich, na ich talenty i umiejętności.

 

Uczniu i uczennico, to Wy przede wszystkim tworzycie szkołę. Postarajcie się wziąć tę szkołę w swoje ręce i tam, gdzie to możliwe, wychodzić z inicjatywą, proponować dobre rozwiązania, zmieniać. Uczcie się też od siebie nawzajem, wspierajcie się, bądźcie dla siebie życzliwi i życzliwe. Dzielcie się kompetencjami między sobą i z nauczycielem.

 

 

 

Cały tekst „Wizja edukacji w przyszłości według Fundacji Szkoła z Klasą” TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.szkolazklasa.org.pl

 

 

x           x           x

 

 

A teraz trzy fragmenty tekstu Roberta Raczyńskiego:

 

Czytaj dalej »



Foto: www.belchatow.pl

 

Łódzki Kurator Oświaty Waldemar Flajszer (z prawej), w towarzystwie wiceprezydenta Bełchatowa Łukasza Politańskiego i dyrektorki odwiedzanej szkoły Marii Łazugi – podczas wizyty w bełchatowskiej Szkole Podstawowej nr 8

 

 

Od dłuższego czasu obserwowaliśmy niespotykaną dotąd u kuratorów oświaty aktywność Waldemara Flajszera – powołanego 26 października 2020 r.na urząd Łódzkiego Kuratora Oświaty: w wybranych powiatach i gminach składa „gospodarskie wizyty”.

 

Zdecydowaliśmy zebrać informacje o tej formie realizowania obowiązków szefa łódzkiego nadzoru pedagogicznego, bo w czasie pandemii i zaleceń ograniczania mobilności to zjawisko warte jest odnotowania.

 

Oto zestawienie, odnotowanych na oficjalnej stronie ŁKO, pod zakładką <Aktualności> relacji z tych wizyt – w układzie chronologicznym:

 

8 lutego: Gościnny powiat opoczyński

 

8 lutego: Zgierz – samorządowy lider edukacji

 

8 lutego:W szkołach powiatu bełchatowskiego

 

1 lutego: Ksawerów – kolejny samorząd wspierający szkoły

 

22 stycznia: Kutnowskie perły

 

22 stycznia: „Przyjechałem, by was wesprzeć”. Spotkania w Wieluniu

 

 

Ferie zimowe: od 4 do 17 stycznia

 

 

Czytaj dalej »



Rysunek: Danuta Sterna

 

W niedziele (7 lutego 2021r.) Danuta Sterna zamieściła na swoim blogu „Moja oś świata” tekst, zatytułowany „Trudne rozmowy nauczycieli”. Uznaliśmy, że – niezależnie od tego, czy ten model komunikowania się nauczycieli „z dyrekcją” jest tylko idealistyczną wizją, czy można go potraktować jako „receptę” dla nastawionych konsyliacyjnie dyrektorek i dyrektorów – zamieścimy ten post z drobnymi „wycięciami”, podając link do źródła z jego pełną wersją:

 

Trudne rozmowy nauczycieli

 

Stworzenie środowiska, w którym każdy czuje się swobodnie, mówiąc prawdę i gdzie rozmowa o trudnościach jest codziennością, a nie wyjątkiem, jest jednym z najważniejszych i najtrudniejszych wyzwań przywódcy. W szkole, gdzie nauczyciele i dyrektor podlegają wielu presjom i wymaganiom, na które nie mają wpływu jest to szczególnie ważne i stanowi niezbędny warunek tworzenia kultury współpracy.[…]

 

Rozmowy na trudne tematy są trudne, raczej ich unikamy.

 

Nauczyciele zwykle zdają sobie sprawę z występujących problemów, ale nie ujawniają ich. Ktoś powinien inicjować takie trudne rozmowy, może to być dyrektor i wtedy łatwiej będzie dołączyć nauczycielom.

 

8 kroków, pomocnych w podejmowaniu trudnych rozmów:

 

1.Szczera rozmowa

Dyrektor może naświetlić problem i zaproponować szczerą rozmowę. Ale najpierw musi przekonać nauczycieli, że nie będzie szukania winnych, że celem rozmowy jest poszukiwanie pomysłów na rozwiązanie problemu.

Wyraźnie trzeba podkreślić, że nikt nie będzie krytykowany, oceniany. Prowadzący rozmowę zobowiązany jest do pilnowania, aby nikt nie był oskarżany. Hasło: „Nie szukamy winnych, szukamy rozwiązań.”

 

2.Akceptacja problemu

Czasami problem jest bardzo poważny i trudno znaleźć drogę do jego rozwiązania. Sukcesem jest wtedy już zaakceptowanie problemu i tego, że jest bolesny. Czasami problemy nie są możliwe  do rozwiązania (np. wynikające z pandemii)przez zespół. Poczucie, że jesteśmy z tym razem jest pomocne. Hasło: „Jesteśmy z tym razem”

 

Czytaj dalej »



Foto: iStock[www.prawo.pl/oswiata]

 


W dzisiejszym „papierowym” wydaniu „Gazety Wyborczej” – pod tytułem „”Gigantyczne zaległości uczniów” oraz w e-wersji – „Gigantyczne zaległości uczniów. Ucząc się zdalnie opanowali nawet 70 proc. materiału mniej” opublikowano artykuł Karoliny Słowik, w którym zawarto wiele „twardych danych”, obrazujących rzeczywistość zdalnego nauczania – nie tylko w Polsce. Oto wybrane fragmenty tego materiału – pogrubienia i podkreślenia cytowanego tekstu – redakcja OE:

 

Podczas zdalnych zajęć nawarstwiają się zaległości. Roczny przyrost wiedzy spadł o 60-70 proc. – szacuje Bank Światowy. Naukowcy z Evidence Institute chcą sprawdzić, jak to wygląda w Polsce.

 

Na 100 uczniów 50 jest nieklasyfikowalnych mówi Arkadiusz Janowski z Gryfic. Uczy polskiego i historii w zespole szkół, który łączy technikum samochodowe i liceum. – Bo po prostu nie uczestniczą w zajęciach. Połowa wypadła z systemu, mają po pięć jedynek na koniec semestru. Nie zdadzą, to zaczną od początku, jakoś to będzie. Nie umiem im pomóc bardziej. Wysyłałem pisma, bez odzewu. Pierwszaków widziałem parę razy w życiu, trudno powiedzieć, co to za młodzież – dodaje. […]

 

Ja zrealizowałem cały materiał. Ale nie wiem, czy to samo mogą powiedzieć moi uczniowie. Nie mam pewności, czy wszyscy wszystko załapali. Sprawdziany online tego nie oddają. Robię krótkie kartkówki przez specjalny portal do testów. Udostępniam je w godzinach pracy rodziców, żeby nie pomagali. Od razu ogłaszam, że z podręczników i notatek mogą korzystać, bo i tak by to robili. Na ile ta wiedza im w głowach zostanie? Nie wiem – przyznaje.

 

Podobne wątpliwości ma polonistka z liceum w Pile Katarzyna Włodkowska. Też nie jest pewna, czy uczniowie wszystko przyswoili. – Podejrzewam, że w mniejszym stopniu niż podczas tradycyjnej nauki.Martwię się o uczniów, izolacja im nie sprzyja. Czują się gorzej, są podminowani. W takim stanie trudniej im się uczyć – mówi.[…]

 

Już po pierwszym miesiącu e-lekcji na ten problem wskazywali badacze z Centrum Cyfrowego. Na podstawie odpowiedzi ok. tysiąca nauczycieli szkół podstawowych z całej Polski ustalili, że jedynie 23 proc. nie widziało potrzeby powtarzania materiału przerabianego z uczniami w trybie zdalnym. 17 proc. było zdania, że materiał będzie trzeba powtórzyć w znacznej części.

 

Według czerwcowego raportu badaczy z projektu „Lekcja: Enter” 69 proc. przebadanych dyrektorów szkół odpowiedziało, że udało im się zrealizować większość materiału. 19 proc. z nich odpowiedziało, że połowę. 6 proc. – mniej niż połowę. […]

 

W czerwcu swój raport opublikował też Bank Światowy. Czytamy w nim: „COVID-19 może spowodować utratę 0,6 roku nauki w szkole skorygowanej pod względem jakości, a efektywne lata nauki w szkole podstawowej, które dzieci osiągają w życiu szkolnym, z 7,9 do 7,3 lat„. Mówiąc prościej: według szacunków ekspertów Banku Światowego zdalna edukacja powoduje u uczniów takie luki, jakby z całego okresu edukacji wycięto im ponad semestr. I to mimo że lekcje cały czas się odbywają. […]

 

Czytaj dalej »



 

Autora tekstu, którego fragmenty zamieszczamy poniżej, nie musimy specjalnie przedstawiać – dobrze nam znany dyrektor Zespołu Szkół STO na warszawskim Bemowie – Jarosław Pytlak zamieścił w sobotę (6 lutego 2021r.) na swoim blogu „Wokół Szkoły” tekst, z kategorii „Tak dłużej być nie może!”, zatytułowany I Ty, nauczycielu, możesz przegrać z systemem…”. Oto te fragmenty oraz link do wartej przeczytania pełnej wersji tego tekstu:

 

[…] Zdecydowałem się opisać ten przypadek, ponieważ okazało się właśnie, że to również SIO zadecyduje o dostępie do upragnionego przez wielu nauczycieli dobra, jakim jest szczepionka przeciw COVID-19. Tym razem nie będzie to już kwestia utraty kilkuset złotych, tylko znacznego przedłużenia stanu zagrożenia dla zdrowia. Uważam też za więcej niż pewne, że w przyszłości pojawią się kolejne sytuacje, w których SIO będzie decydować o sprawach pracowników oświaty, więc tym bardziej jest ważne, by jego błędy wykrywać, wskazywać i poprawiać, a rosnący zakres wszechwiedzy i wszechwładzy – ograniczać.

 

Poniższy tekst nie będzie łatwy w lekturze, bo moją intencją jest również zainspirowanie interpelacji poselskiej oraz zarysowanie pola dla prawników, pod kątem ewentualnej batalii sądowej,* ale zachęcam do przeczytania. Na sprawę warto bowiem spojrzeć również z perspektywy rosnącego uzależnienia całego społeczeństwa od systemów informatycznych, które nie są (bo nie mogą być) bezbłędne. I chodzi o to, by ludzie mieli szansę owe błędy korygować.

 

Nieco więcej o SIO

 

To zintegrowany system baz danych o placówkach oświatowych, nauczycielach i uczniach, stworzony na podstawie ustawy uchwalonej w 2011 roku. Zakres gromadzonych informacji zawarty jest w rozporządzeniu z roku 2012, trzykrotnie następnie nowelizowanym.

 

Warto wiedzieć, że na mocy ustawy dane gromadzone są bez osobnej zgody nauczycieli i uczniów. Nie ma żadnych klauzul RODO, prawa wglądu i korekty itp.*. To baza państwowa, służąca państwu, podobnie jak PESEL i wiele innych. [,…]

 

Czytaj dalej »



W poniedziałek 1 lutego, opatrując ten materiał tytułem Raczyński demaskuje prawdę o przyczynach problemów psychicznych uczniów” zamieściłem post z bloga Roberta Raczyńskiego „Eduopticum”, zatytułowany „Wirus zrobiony w kozła”.

 

Pierwszym zdaniem, od którego zacząłem wprowadzenie do przytaczanego tekstu było: „Robert Raczyński, tajemniczy bloger, którego biografii nawet Googl nie zna...”

 

Wkrótce po pojawieniu się tego materiału na stronie OE pan Robert Raczyński zamieścił taki oto komentarz:

 

Dziękując Gospodarzowi za zainteresowanie i atencję, chciałbym uchylić rąbka tajemnicy, sugerując, że być może moja biografia nie jest warta uwagi Google’a, być może nie mam w niej nic, co takiej uwagi by wymagało, być może wreszcie nie mam najmniejszej ochoty spowiadać się Sieci ze szczegółów własnej psychologii i fizjologii, jak to obecnie jest powszechnie przyjęte. Szczerze mówiąc, to ostatnie wydaje się najbliższe prawdy – taki ekshibicjonizm mnie po prostu mierzi. Pozdrawiam serdecznie, RR.

 

Nie był to pierwszy raz… Nie pierwszy raz odoływałem się na stronie OE do tekstu pana Raczyńskiego, i nie pierwszy raz zareagował on na to nieomal natychmiast. Ten pierwszy raz miał miejsce 20 maja ub. roku, kiedy zamieściłem materiał, zatytułowany Druzgocąca krytyka publicystyki, promującej zmiany w edukacji. Prowokacja?” Cztery dni później – 24 maja, napisałem felieton zatytułowany „Kładka porozumienia między blogerem Raczyńskim a różowym kisielem”, i jeszcze tego samego dnia, o godz. 22:38, pojawił się pod moin tekstem baaardzo długi komentarz. Jeśli kogoś ciekawi tamta wymiana poglądów – odsyłam do źróda, czyli do linku tamtego materiały z 20 maja oraz do felietonu. Dla potrzeb dzisiejszego tekstu przypomnę jedynie, że i wtedy usiłowalem dowiedzieć się więcej kim jest ten surowy krytyk naszej edukacyjnej i okołoedukacyjnej rzeczywistości, ale i wtedy miałem z tym trudności. Napisałem wtedy:

 

Kolego Raczyński – aktualnie najprawdopodobniej nauczycielu w którejś łódzkiej szkole. Tylko nie wiem w której konkretnie, bo jak informuje Googl mogą to być nawet dwie: XXIII LO – ale tam nie figuruje Pan w wykazie członków rady pedagogicznej, a na pewno w VIII LO im. A. Asnyka, prowadzącym nauczanie w klasach dwujęzycznych – ale tym drugim językiem jest j. niemiecki.

 

Tamten komentarz z 24 maja 2020 r. Robert Raczyński zakończył takimi słowami:

 

Robert Raczyński (niefigurujący w wykazie członków rad pedagogicznych XXIII i VIII LO – wszystkim swoim koleżankom i kolegom przesyłam ukłony).

 

Wtedy nie prostowałem tej, nie do końca trafionej, aluzji do moich wątpliwości (niefigurujący w wykazie członków rad pedagogicznych XXIII i VIII LO), ale doszedłem do wniosku, że pisząc dzisiejszy felieton, nie ukrywam – zmotywowany poniedziałkowym komentarzem „blogującego anglisty” – najpierw doprecyzuję jak to było wtedy, i co dzisiaj ustaliłem;

 

Przypomnę co napisałem w maju ub. roku: „jak informuje Googl mogą to być nawet dwie: XXIII LO – ale tam nie figuruje Pan w wykazie członków rady pedagogicznej, a na pewno w VIII LO im. A. Asnyka, prowadzącym nauczanie w klasach dwujęzycznych”

 

I nie wycofuję tych słów, bo właśnie Googl wtedy, i teraz, informowal, że w XXIII LO w Łodzi, w roku szkolnym 2019/2020 j. angielskiego uczyły dwie panie: Monika Gajewska i Małgorzata Szczecińska. Natomiast wyraźnie napisałem, że w VIII LO im. A. Asnyka ten pan pracuje na pewno!

 

Żeby zakończyć ten fragment „śledczy” dodam, że dzisiaj ponownie wszedłem na stronę mojego ulubionego XXIII LO im.ks. prof. Józefa Tischnera, poszukałem „głębiej”, cofnąłem się do wykazu kadry nauczycielskiej z roku szkolnego 2017/2018 i JEST!

 

Czytaj dalej »



Od kandydata na murarza do marynarza. Cz. II c – wątek służby w Marynarce Wojennej

( od maja 1965 do kwietnia 1968)

 

Niech początkiem tego odcinka wspomnień będzie to zdanie z poprzedniej ich części:

 

28 kwietnia 1965 roku, odprowadzany nie tylko przez rodziców, ale także przez.. druhnę Rosel-Kicińską oraz jej zastępcę, wsiadłem do pociągu i wyruszyłem na spotkanie „nieznanego”…

 

Niewiele z tej podróży pamiętam, Jechałem przez wiele godzin sam, był to pociąg osobowy, bezpośredni – z Łodzi do Ustki. Pasażerów było niewielu, nie tak jak w sezonie wakacyjno-urlopowym.Pewnie i inni poborowi jechali tam gdzie ja, ale nikogo nie zidentyfikowałem.

 

Na peronie dworca w Ustce czekał już „komitet powitalny” w granatowych mundurach – jakiś podoficer i kilku marynarzy, którzy poprowadzili całą grupę – bo jednak okazało się, że było nas tam z kilkanaście osób „z biletem w jedną stronę”. Do bramy Centrum Szkolenia Specjalistów Marynarki Wojennej (CSSMW) nie było bardzo daleko, ale tak „na oko” ok. 4 km, które przebyliśmy pieszo, w milczeniu…

 

Dalej było typowo: wstępna rejestracja, przydział do konkretnej kompanii i odprowadzenie do miejsca zakwaterowania. Mnie przydzielono do kompanii 10. Jej kwaterą był drewniany, parterowy barak, który wraz z innymi, bliźniaczo do niego podobnymi, znajdował się kilkaset metrów od murowanych obiektów Centrum, w otaczającym go lesie. A potem – strzyżenie „na zero”, przebieranka w wyfasowane ubrania – oczywiście nie „wyjściowe”, a płócienne, acz w kroju „marynarskim”: spodnie z szerokimi nogawkami, bez rozporka, za to z klapą z przodu, zapinaną po bokach na dwa guziki, bluza z prostokątnym kołnierzem, opadającym z tyłu na barki. Następnie każdego z nas przydzielono do określonej sali, na konkretne łóżko. Łóżka były piętrowe – ja miałem szczęście dostać to „na parterze”.

 

I niewiele więcej mam do opowiedzenia z pierwszych prawie dwu miesięcy tzw. „szkolenia unitarnego” – z grubsza jednakowego we wszystkich formacjach i jednostkach LWP. Musztra, w tym krok defiladowy, składanie i rozkładanie oraz czyszczenie broni (pmK), kilka wyjść na pobliski poligon „Lendowo”, jedno ostre strzelanie na strzelnicy. I na koniec – w drugiej połowie czerwca – przysięga. Zgodnie z tradycją i ówczesnym przebojem „Przyjedź mamo na przysięgę..” – do mnie mama też przyjechała, ale w towarzystwie taty.

 

Muszę jeszcze wyjaśnić, że na owej 10. kompanii w „lesie” byli rekruci, dla których zaplanowano kontynuowanie szkolenia w dwu „specjalnościach”: na pisarzy i na kucharzy okrętowych. Gdy się o tym dowiedziałem, że dla mnie zaplanowano szkolenie na pisarza (w znaczeniu sekretarza-kancelisty), rozpocząłem „podchody” pod oficera politycznego, aby namówić go, by coś zrobił, aby skiwerowano mnie na inne szkolenie. Już nie pamiętam jakich użyłem argumentów, ale okazało się, że chyba go przekonałem, bo w ostateczności wylądowałem na cyklu (taką nazwę nosiły szkolenia w określonych specjalnościach) dla przyszłych operatorów radiolokacji.

 

Po przysiędze, na 4 miesiące, zamieszkałem w jednym z murowanych bloków koszar, zbudowanych w latach 1936 – 1937 dla ośrodka szkoleniowego Luftwaffe. Wtedy wszystkie obiekty (budynki i drewniane baraki) mogły pomieścić 7,5 tys. żołnierzy. Za moich czasów było na, tak szacunkowo, grubo ponad tysiąc chłopa…

 

Foto: www.ustka.naszemiasto.pl

 

Budynki CSSMW z lotu ptaka – zdjęcie współczesne. 1 – w tym bloku byliśmy zakwaterowani; 2 – w tym bloku był „cykl” radarzystów.  Pomarańczową obwódką zaznaczono kompleks czterech kuchni i zblokowane z nimi stołówki.

 

Opowiem o tym okresie, w którym Ojczyzna Ludowa zrobiła ze mnie – humanisty i antytalencia technicznego – radarzystę, tylko trzy historie. Jedna będzie o tym, jak zastosowałem radę doświadczonego, starszego kolegi, jak bezproblemowo „przeżyć” wojsko. Powiedział: „Trzy kategorie ludzi mają dobrze w wojsku: muzycy, sportowcy i ‚aktywiści’”. Szybko doszedłem do wniosku, że skoro „słoń mi nadepnął na ucho”, wątłe zdrowie i postura uniemożliwiają mi uprawianie sportu – pozostało mi być „aktywistą”.

 

W całej II kompanii (taki numer miał pododdział mieszkających w tym bloku) było nas takich dwóch: Andrzej Niedziela z Bytomia (też po maturze), i ja. Andrzej został przewodniczącym koła KMW na kompanii, a ja… przewodniczącym… Rady Świetlicowej. Bo była świetlica a w niej telewizor. Nie pamiętam na czym konkretnie ta nasza „aktywność” polegała, ale wiem jedno: musiala zdobyć uznanie naszego zastępcy dowódcy batalionu ds. polityczno-wychowawczych, skoro po kilku tygodniach uznał, że powinniśmy (Andrzej i ja) mieć warunki do naszej działalności, i … wychodząc po dniu pracy (ok. 16-ej) do domu, zostawiał nam klucz do swojego gabinetu.Taki to był „równy gość”. Po jakimś czasie zwierzył się nam, że jest tu w Centrum „zesłany” za karą, (nie powiedział gdzie i jakie miał stanowisko), że go zdegradowano do stopnia majora (komandor podporucznik w mar-wojce). Cały kontekst jego opowieści kazał nam przypuszczać, że powodem jego zesłania nie były przewiny dyscyplinarne, ale „ideologiczne”…

 

I tam był nasz azyl, w którym mogliśmy być poza „bieżączką” życia kompanijnego…

 

Ta informacja jest niezbędna, jako kontekst trzeciej historii, o której za chwilę. Ale póki co – jeszcze jedna opowieść z cyklu „przypadek, czy…”:

 

 

x           x           x

 

Otóż dowódcą klasy radarzystów był młody podporucznik, świeży absolwent Oficerskiej Szkoły Wojsk Radiotechnicznych (OSWR) w Jeleniej Górze. Jego nazwisko pamiętam, pewnie nie zapomnę do śmierci, ale okażę litość i go tutaj nie wymienię. Dalej będzie występował jako podporucznik Ł. Ten szybko zorientował się, że ma wśród uczniów swojej klasy dwu chłopaków po maturze, i do tego „aktywistów”. Poprosił nas któregoś dnia, chyba to było jeszcze w lipcu, i zaczął nam opowiadać jaka to fajna fucha być oficerem, a zwłaszcza takim specjalistą od radarów. Że to przyszłość armii, że oficerowie tej specjalności to będzie elita wojska… W konkluzji zaproponował nam, abyśmy nie marnowali swego życia jako marynarze z poboru i zgłosili się, jako kandydaci, do szkoły oficerskiej, oczywiście tej, którą on ukończył. Pierwszym krokiem są aktualne badania lekarskie o przydatności do szkoły oficerskiej – on nam to załatwi, pojedziemy do Szpitala Marynarki Wojennej w Gdańsku-Oliwie, a potem on nam pomoże załatwić wszystkie dalsze formalności.

 

I co? Jego „nawijka” trafia na podatny grunt, bo obaj byliśmy jeszcze w pierwszej fazie „stresu pourazowego”, czyli lęków wobec wizji trzyletniej, zasadniczej służby w Marynatce Wojennej. Przystaliśmy na tę propozycję. Dostaliśmy rozkaz wyjazdu do Gdańska (upoważniał do bezpłatnych przejazdów wszystkimi środkami komunikacji publicznej) i po kilku godzinach, po wcześniejszym pobraniu krwi do analizy, siedzieliśmy już w poczekalni do prześwietlenia. Tam jak wiadomo – siedzi się już bez górnej części ubrania. Po chwili wszedł jeszcze jeden, też goły od pasa w górę, młodo wyglądający facet. Wywiązała się rozmowa, w formule „per ty” On zapytał co tu robimy. Usłyszał nasze dumne „My na badania przed zgłoszeniem do OSWR w Jeleniej Górze. A ty?”. Po chwili milczenia powiedział: „A ja jestem tegorocznym absolwentem tej właśnie szkoły. I jestem tu po to, abym miał „podstawy zdrowotne” do ‚bezkarnej’ rezygnacji z dalszej służby zawodowej w wojsku”. Zaczęliśmy go przepraszać, że nie wiedzieliśmy, iż jest oficerem, na co on odparł tylko: „Nieważne. Ale teraz wiecie, że to co wam powiem, to wiem z własnego doświadczenia.” I opowiedział nam o wielkiej szkodliwości dla zdrowia (w tym o tym, że facet staje się bezpłodny!) codziennego przebywania w zasięgu szkodliwego promieniowania, jakie wydziela magnetron w radarze, o tym, że absolwenci tej szkoły najczęściej lądują na całe lata na bezludziu, bo tam zazwyczaj budowane są stacje radiolokacyjne.

 

Przekonał nas. Wróciliśmy do Ustki i oświadczyliśmy naszemu podporucznikowi Ł, nie informując o przyczynie naszej rezygnacji z ubiegania się o przyjęcie do szkoły oficerskiej. Był niepocieszony, jeszcze kilka razy usiłował namówić nas na zmianę stanowiska. Bezskutecznie.

 

x           x           x

 

I trzecia historia o tym jak nasz ambitny podporucznik Ł. chciał wygrać współzawodnictwo o tytuł „Klasy służby socjalistycznej” – w skali całego CSSMW. Musieliśmy być najlepsi we wszystkim: w wynikach w nauce, w pracy społecznej, w dyscyplinie, i… w procencie „upartyjnienia” klasy.

 

Pewnego dnia, na początku września, podczas czegoś w rodzaju „godziny wychowawczej”, stanął przed nami i wygłosił mowę o tym, że wszyscy powinniśmy dołożyć starań, aby wygrać to współzawodnictwo. A już mamy wielkie szanse na to, ale powinniśmy być także najlepsi z wszystkich klas w Centrum – także w ilości marynarzy należących do PZPR. „Chyba wam zależy, abyśmy wygrali? No, to kto chce zapisać się do Partii niech wstanie!” Ja z Andrzejem siedzieliśmy w pierwszej ławce. Nagle usłyszeliśmy za sobą rumor, jaki robią odsuwane podczas wstawania krzesła… Oglądamy się, a tam – wszyscy stoją… Tylko my dwaj siedzimy.

 

Na to nasz dowódca klasy, patrząc na nas, gniewnie zapytał: „A wy co, nie chcecie się zapisać?” Nim Andrzej zdążył zareagować, ja, w typowej dla choleryka reakcji, poderwałem się i wyrecytowałem: „To co tu się dzieje, to owczy pęd. A wśród baranów nie widzę dla siebie miejsca” – i usiadłem.

.Koledzy, jedni urażeni – wychodzili nie patrząc na mnie, inni – podchodzili i zaczynali się tłumaczyć, że oni… Przerywałem im, mówiąc: „Nie tłumacz się, rozumiem…”

 

Jeszcze tego samego dnia, po obiedzie, zameldowałem się w pokoju naszego zaprzyjaźnionego zastępcy ds. politycznych i opowiedziałem mu o tym wydarzeniu, komentując jeszcze, że jestem tym oburzony, bo moim zdaniem podporucznik w swej nadgorliwości zrobił więcej złego niż dobrego „dla Sprawy”. Powiedziałem, że przyszedłem po radę, bo nie wiem, może postąpiłem niewłaściwie? Taki byłem „cwany”….

 

Co było dalej? Nasz major podziękował mi za właściwą postawę i… i jak się wkrótce okazało – przekazał tę informację komu trzeba we władzach PZPR w CSSMW. Podporucznik Ł.dostał naganę partyjną i pewnie jeszcze jakąś inną karę „po linii służbowej”, bo w następnych dniach chodził wściekły. Raz „przyuważył mnie” bez świadków na korytarzu cyklu i teatralnym szeptem wycedził: „Już ja cię załatwię. Od października resztę służby będziesz odbywał na ‚wyspie kawalerów’!” Wyspą kawalerów nazywano helski cypel: z trzech stron morze, z czwartej WSW (Wojskowa Służba Wewnętrzna – takie wojskowe MO).

 

Cóż mogłem na to dictum zrobić? Oczywiście opowiedziałem o tej groźbie ukarania mnie tym zesłaniem na Hel „naszemu” majorowi-komandorowi ppor., który uspokoił mnie, że to „strachy na lachy”, że nie „tamten” będzie o tym decydował.

 

I faktycznie – wkrótce odbyły się egzaminy końcowe i po kilku dniach każdy z nas dowiedział się w jakiej jednostce i gdzie będzie dalej służył. Andrzej – że idzie na okręty podwodne, a ja – na OH „Bałtyk” w Szefostwie Hydrografii Marynarki Wojennej – w obu przypadkach do portu wojennego Gdynia-Oksywie.

 

Po raz kolejny mogę powiedzieć, że w tym okropnym systemie „dyktatury proletariatu” (sic!) na mej drodze spotkałem „porządnego człowieka”. Choć i s…syna także spotkałem…

 

x           x           x

 

W ostatnich dniach października 1965 roku eszelon wojskowy relacji Ustka – Gdynia-Oksywie, przewiózł z CSSMW do garnizonu Portu Wojennego na Oksywiu kilkusetosobową grupę „absolwentów” szkolenia z wszystkich cyklów i w pełnym wachlarzu specjalności, aby uzupełnili braki kadrowe na stacjonujących w tym porcie jednostkach pływających, jak również w znajdujących się tam bazach lądowych.

 

Na peronie stacyjnym czekał już na nas bosman okrętowy, który po odliczeniu wszystkich, z rozkazem wyjazdu na OH „Baltyk” –  zaprowadził nas – dwunastoosobową grupę – do basenu portowego Stoczni Marynarki Wojennej, gdzie nasz „nowy dom” … stał w pływającym suchym doku.

 

Foto:www.google.com

 

Tak to wyglądało – zdjęcie obrazuje inną, „cywilną” jednostkę podobnych rozmiarów, w takim właśnie suchym doku.

 

Już następnego dnia, ubrani w robocze kombinezony i uzbrojeni w ręczne skrobaczki, dołączyliśmy do załogi, która czyściła podwodną część kadłuba z narosłych glonów i muszelek. Po całkowitym oskrobaniu kadłub został pomalowany czerwoną farbą podkładową, a następnie właściwą farbą ochronną.

 

A później moje okrętowe życie potoczyło się „normalnie”. Ja i moi koledzy z „rocznika” przez kolejne 6 miesięcy byliśmy tzw. „baniakami” – tak na okrętach nazywało się marynarzy najmłodszego rocznika – odpowiednik „kotów” w wojskach lądowych. Nie powiem że to było moje najlepsze pół roku na okręcie, ale zgrzeszyłbym, gdybym napisał, że bylimy jakość szczególnie poniżani czy fizycznie gnębieni. No, może tylko pewien mat Daniel (to nazwisko). Nie wiem od kogo się dowiedział, że ten młody radarzysta, był studentem. W dni gdy pełnił służbę podoficera dyżurnego, lubił udowadniać mi, że tutaj to on ma władzę! Podczas wieczornej zbiórki do sprzątania rejonów nie miałem wątpliwości, że padnie: „Kuzitowicz – WC na dziobie”! Jakbym to szczególne pomieszczenie (z kilkoma sedesami, umywalkami) nie sprzątnął – już po kilku takich „razach”wiedziałem, że gdy mat Daniel przyjdzie „na odbiór” – zawsze „coś” znajdzie i padnie: „Do poprawki – meldować!”. I sytuacja zwykle powtarzała się kilkakrotnie, czasem długo po ogłoszeniu ciszy nocnej.

 

Ale szybko go rozpracowałem. Po każdym „Do poprawki – meldować” wymykałem się na papierosa (wtedy jeszcze paliłem), potem brałem wąż, polewałem wszystko wodą i szedłem meldować. Szybko i jemu się nudziło, wolał siedzieć na dyżurce i drzemać…

 

Mógłbym tak jeszcze długo wspominać i opowiadać szczegółu okrętowego życia. Na teraz na tym poprzestanę. Jak wiecie – w dwu poprzednio zamieszczanych tekstach „rocznicowych”:

 

50. rocznica powrotu ‚do cywila’!” i .”Dziś obchodzę 50-lecie mojego debiutu w roli dziennikarza-publicysty” zawarłem wiele opowieści o najróżniejszych sytuacjach i wydarzeniach, w których uczestniczyłem. Dla pragnących przypomnieć sobie te teksty proponuję ich skrócone wersje – w załączonych plikach pdf: TUTAJ  i  TUTAJ

 

 

x            x           x

 

 

Teraz poszerzę te wspomnienia o kilka fleszy pamięci i jedną dłuższą opowieść:

 

 

O.H. „Bałtyk na pełnym morzu.

 

Zacznę od tego, że na mój chrzest na „wilka morskiego”, czyli pierwszy pełnomorski rejs, musiałem czekać ponad trzy miesiące. Przez ten czas trwała konserwacja kadłuba, potem było wodowanie i następnych kilka tygodni różnych prac remontowo-konserwatorskich – w tym malowanie nadbudówek. Jak informowałem o tym w poprzednich wspomnieniach – OH „Bałtyk” był jednostką badawczą, tyle, że należał do Marynarki Wojennej. Jego rejsy były realizowane w ramach porozumienia, które było pokłosiem międzynarodowej współpracy, zapoczątkowanej w ramach III Międzynarodowego Roku Geofizycznego. W jego wyniku, o stałych, uzgodnionych terminach okręt wypływał w morze z cywilną ekipą pracowników Gdańskiego Oddziału Instytutu Hydrologii i Meteorologii. I właśni takim pierwszy w roku 1966 rejsem był rejs lutowy. Był to okres zimowych sztormów na Bałtyku.

 

Czytaj dalej »



 

Dziś (5 stycznia 2921r.) portal Prawo.pl zamieścił artykuł Moniki Sewastianowicz, zatytułowany „Nauczyciel detektywem – sprawdzi, czy szkoła dobrze prowadzi księgowość”. Oto jego obszerne fragmenty:

 

[…] W 2019 r. Związek Nauczycielstwa Polskiego przeprowadził badanie*, w którym wzięło udział 18 405 nauczycieli. Wskazali w nim, że do piętrzenia się biurokratycznych obowiązków przyczyniają się same szkoły. Nauczyciele w odpowiedzi na ankietę wskazali 50 dokumentów, które utrudniają im wykonywanie obowiązków – w tym tylko 5 z nich wynika stricte z przepisów, pozostałe należą do obowiązków dyrektora lub w ogóle nie obowiązują, a dyrektor lub organ nadzoru wymaga ich przedstawiania. […]

 

Swoje wnioski związkowcy przekazali resortowi oświaty, który obiecał odbiurokratyzowanie szkół, ale póki co – również z powodu pandemii – niewiele w tej kwestii zrobiono. […]

 

O tym, jak wygląda kontrola zarządcza w danej szkole decyduje dyrektor, który w ramach prowadzonej kontroli zarządczej ustala sposób samooceny prowadzonej wśród pracownikówmówi Ewa Halska, prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty.Decyduje też, czy ma to być np. ankieta anonimowa, czy jakaś inna forma pozyskania informacji. Jest jednak duży kłopot ze zrozumieniem filozofii kontroli zarządczej i w ankietach pojawiają się czasem pytania, które kompletnie nie mają nic wspólnego z pracą nauczyciela, jak np. o kontrolę procesów finansowych – tłumaczy. I dodaje, że takie bezrefleksyjne podejście sprawia, że dobre narzędzie zarządcze, jakim jest kontrola zarządcza zostaje sprofanowane poprzez tworzenie nadmiernej papierologii tak, że traci czasem sens. […]

 

Dyrektor powinien zawsze przejrzeć procedury pod kątem ochrony danych osobowych i zastanowić się chociażby, czy taka informacja nie będzie podlegać potem udostępnianiu w trybie dostępu do informacji publicznejmówi dr Marlena Sakowska-Baryła, radca prawny, partner w Sakowska-Baryła, Czaplińska Kancelaria Radców Prawnych Sp.p.[…]

 

Dodaje, że przez to, że taka ankieta jest nieanonimowa, a jednocześnie zawiera pytania niekoniecznie adekwatne z punktu widzenia celu samej procedury i wiedzy oraz obowiązków nauczyciela, szkoła może spotkać się zarzutem, że pozyskuje dane nadmierne, do których pozyskania nie ma podstaw.

 

 

Cały artykuł „Nauczyciel detektywem – sprawdzi, czy szkoła dobrze prowadzi księgowość” – TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.prawo.pl/oswiata/

 

*Pogrubienia fragmentów przytoczonego ytekstu – redakcja OE.

 

 

Zarządzenie w sprawie ustalenia zasad i funkcjonowania kontroli zarządczej w szkole TUTAJ

 

 

O kontroli zarządczej przeczytaj także  –   TUTAJ