
Portal <dziennik.pl> zamieścił informację o dzisiejszym wystąpieniu ministra Czarnka w Programie Pierwszym Polskiego Radia:
Czarnek: Chcemy uczyć historii własnej gminy czy parafii
„Chcemy stworzyć dwa programy nauczania historii lokalnej: jeden to poznawanie ziem lokalnych m.in. w muzeach, dzięki funduszowi uchwalonemu przez Sejm, drugi to nauczanie przez organizacje pozarządowe” – powiedział minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek.
Szef MEN pytany był w poniedziałek w Programie Pierwszym Polskiego Radia o zapowiedziane w Polskim Ładzie wprowadzenie do nauczania historii w szkołach elementów historii lokalnej.
–Rzeczywiście pojawił się taki pomysł, taka idea, żeby bardziej uczyć dzieci, młodzież historii lokalnych, historii własnych ziem (…). Wiadomo, że w szkołach podstawy programowe i programy nauczania historii dotyczą historii ogólnej państwa polskiego, historii powszechnej również, natomiast w mniejszym stopniu, bądź niekiedy w bardzo małym stopniu, dotyczą historii lokalnych ziem – powiedział Czarnek.
-Chcemy stworzyć co najmniej dwa programy – zapowiedział. – Jeden z nich to będzie z funduszu, który został uchwalony w Sejmie RP w ubiegłym tygodniu, za co posłom bardzo serdecznie dziękuję, a który pozwoli od 1 września – jeśli ustawa przebrnie przez Senat i zostanie podpisana przez pana prezydenta – tworzyć programy i przedsięwzięcia ministra, nacechowane, nakierowane również, nie tylko, ale również, na ten element nauczania, czyli historię ziem lokalnych, odwiedzanie muzeów regionalnych, lokalnych, muzeów miast i miasteczek. Wszystko po to, żeby uczyć się historii tych ziem lokalnych – mówił.
Drugi program uczenia historii lokalnej to – jak mówił Czarnek – program pozaszkolny realizowany przez organizacje pozarządowe działające w gminach, miastach i miasteczkach.
Według szefa MEN mogłyby one „prowadzić takie nauczanie już bardzo lokalne: historii własnego OSP, historii własnej gminy, administracji własnej gminy, administracji własnego powiatu czy historii własnej parafii, tworzenia się wspólnot na terenie poszczególnych regionów, ale też historii konkretnego krzyża, konkretnego parkanu, konkretnego pomnika„.
Źródło: www.edukacja.dziennik.pl
Nagranie wystąpienia ministra Przemysława Czarnka w „Sygnałach Dnia” w Programie I Polskiego Radia w dniu 31 maja 2021 r. – TUTAJ
Foto: Grzegorz Gałasiński [www.expressilustrowany.pl]
Dzisiejszy, „historyczny” dzień, ilustrujemy fragmentami artykułu „Expressu Ilustrowanego” pt. „Wszyscy uczniowie znów w szkole – tak nie było od połowy października”:
[…] – Przyszło około 90 procent z 518 naszych uczniów – szacował przed południem Krzysztof Durnaś, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 35. – Jest gwar, szkoła żyje. Nieobecnych nie ma zbyt wielu, a powody są różne. Nie otrzymaliśmy od rodziców informacji wprost, że obawiają się zakażenia i nie przyślą dzieci.
-U nas także frekwencja 90-procentowa – mówi Maria Włodarczyk, dyrektor III Liceum Ogólnokształcącego. – Młodzież wróciła, nauczyciele też, lekcje będą do końca roku odbywać się normalnie. Każda klasa spotkała się z pedagogiem szkolnym, aby porozmawiać o swoich obawach i oczekiwaniach, związanych z powrotem do szkoły. Uczniowie chętnie by gdzieś wyjechali, ale na razie wycieczek dalszych nie planujemy. W ostatnim tygodniu tylko będą mogli się gdzieś wybrać, np. na spacer do lasu, parku czy zorganizować ognisko czy piknik.
Pikniki na świeżym powietrzu wiele szkół zaplanowało na wtorek 1 czerwca. Odbędą się m.in. na terenie szkolnych boisk i ogrodów.
[…] Uczniowie wrócili do szkół, ale to nie znaczy, że teraz siedzą tylko w ławkach. Wręcz przeciwnie. Większość klas ze swoimi wychowawcami spędza czas na różnego rodzaju aktywnościach. Zarówno grupy ze szkół podstawowych, jak i średnich można spotkać na ulicach Łodzi, jak zmierzają w różnych kierunkach – do parków, lasów, ogrodu botanicznego itd. Wychodzą na boiska, gry terenowe. Wszystko po to, by po wielu miesiącach odosobnienia, grupy się od nowa zintegrowały. […]
–Prawie wszystkie klasy już zdążyły gdzieś się razem wybrać – podsumowuje Marcin Chrabelski, wicedyrektor I Liceum Ogólnokształcącego. – To były wypady jednodniowe m.in. do Borysewa, Rogowa, Tomaszowa Mazowieckiego. Ale nie tylko. Organizowano ogniska klasowe. […]
Cały artykuł „Wszyscy uczniowie znów w szkole – tak nie było od połowy października!” – TUTAJ
Źródło: www. expressilustrowany.pl
Wczoraj (30 maja 2021r.) na portalu EDUNEWS zamieszczono tekst, zatytułowany „Dzieci w pandemii”. Jest to syntetyczna informacja o wynikach sondażu przeprowadzonego przez firmę Difference na zlecenie Radia ZET w ramach kampanii społecznej #Razemzawszelepiej. Oto fragmenty tego opracowania redakcji portalu:
Troje na czworo dzieci częściej niż wcześniej nie radziło sobie z emocjami w czasie izolacji. 67% z nich uprawiało mniej sportu i aktywności fizycznych niż przed pandemią. Aż 38% spędzało ponad 8 godzin przed ekranem! 82% rodziców krytycznie oceniło poziom nauki zdalnej, a dzieciom najbardziej brakowało kontahttps://www.makeadifference.com.pl/ktu z rówieśnikami – tak rysuje się obraz dzieci i młodzieży w sondażu „Dzieci w pandemii” przeprowadzonym przez firmę Difference na zlecenie Radia ZET w ramach kampanii społecznej #Razemzawszelepiej.
To kolejne dane ukazujące kondycję psychiczną polskich dzieci w czasie pandemii. Problemy emocjonalne, brak kontaktu z rówieśnikami, godziny spędzone przed ekranami, ograniczenie aktywności fizycznej, problemy z nadwagą, słaba jakość nauki zdalnej… Z takim bagażem wracają do szkoły uczniowie. Poniżej podsumowanie najważniejszych wyników. […]
Zdalna szkoła poniżej oczekiwań
Zdalna szkoła nie spełniła oczekiwań dzieci i ich rodziców. Ośmiu na dziesięciu rodziców uznało ją za gorszej jakości niż edukację stacjonarną. 37% z nich uważało, że w okresie izolacji nauczyciele wymagali mniej od uczniów. Jednocześnie 48% twierdziło, że dzieci potrzebowały więcej pomocy w nauczaniu niż wcześniej, a 61% z nich zadeklarowało, że pomagało im w pisaniu sprawdzianów. Z kolei aż 75% uczniów zadeklarowało, że korzystało z pomocy opiekunów w lekcjach. Blisko połowa z nich uznała, że na zajęciach online łatwo było ściągać, a 23% robiło to często. Uczniowie tęsknią za powrotem do szkoły. Powrotu do nauczania stacjonarnego chce 62% uczniów, a tylko 26% pozostałaby przy nauczaniu zdalnym.
W badaniu poruszono także wątek zaangażowania rodziców w zdalną naukę – co jest niezwykle istotne. Wielu rodziców z dnia na dzień stało się „nauczycielami wspierającymi” swoich dzieci lub „kuratorami”, nadzorującymi swoje dzieci. Nie można powiedzieć, że taka jest „naturalna” rola rodziców w szkole. […]
Pogorszenie relacji z rówieśnikami i rutynowy kontakt z rodzicami
Mimo obecności dziecka i rodziców w domu, w ostatnim czasie spędzali oni wspólnie mało czasu. Dla prawie połowy (45%) było to mniej niż 2 godzinny dziennie. Wspólnie wykonywane czynności to najczęściej codzienna rutyna i obowiązki: jedzenie posiłków, sprzątanie i zakupy, a najczęstszą wspólną rozrywką było oglądanie filmów i seriali. Do tego pogorszyły się relacje dzieci z rówieśnikami. Uważa tak aż 46% rodziców. Pogorszenie tych relacji objawiało się między innymi wycofaniem i częstszymi konfliktami. Brak kontaktów rówieśniczych w szkole nie spowodował jednak zerwania ich relacji. One przeniosły się mocniej do wirtualnej rzeczywistości. Dla 29% dzieci to jedyny sposób, w jaki utrzymywały wzajemne kontakty, ale aż 64% zdarzało się spotykać z kolegami „w realu”, choć takie spotkania były znacznie rzadsze. Okazuje się, że to właśnie braku spotkań z rówieśnikami najbardziej brakowało uczniom w okresie pandemii. Aż 64% z nich zadeklarowało taką potrzebę. Nieco mniej wskazań uzyskała tęsknota za chodzeniem bez maseczek (58%). Wszystkie inne ograniczone przyjemności i rozrywki były przy tym drugorzędne
Cały tekst „Dzieci w pandemii” z portalu EDUNEWS – TUTAJ
Źródło: www.edunews.pl
Pełen raport z badania „Dzieci w pandemii” – plik PDF – TUTAJ
Wideo-prezentacja raportu „Dzieci w pandemii” – kampania społeczna – TUTAJ
Temat tego felietonu narodził się wczoraj, kiedy na fejsbuku zobaczyłem taki oto postulat Wiesława Mariańskiego:
Źródło: www.facebook.com
Wiedziony tym impulsem zareagowałem na ten pomysł taką oto „propozycją”:
Źródło: www.facebook.com
Po jakimś czasie pod jednym i pod drugim obrazkiem pojawiły się komentarze. Pod postulatem likwidacji liceów ogólnokształcących jako pierwsze pojawiło się – ze wszech miar zrozumiałe – pytanie znanej liderki grupy „Budzący się Poloniści”, podpisującej się Aneta Ja-Pa:
„Dlaczego?”
Bardzo szybko pojawiła się odpowiedź Janusza Cichego – nauczyciela w Zespole Szkół Spożywczych i Hotelarskich w Radomiu.
Bo coraz słabiej przygotowują do studiów.
Bo produkują bezrobotnych bez kompetencji zawodowych.
Bo dają bezradność życiową.
Bo technika (dawniej zwane liceami zawodowymi) dają lepsze przygotowanie, łącząc wiedzę z umiejętnościami praktycznymi i też są drogą do studiów akademickich.
Ale najbardziej „wzruszył” mnie komentarz Doroty Zarębskiej-Piotrowskiej (doktor na Uniwersytecie Jagiellońskim, psycholog kliniczny/społeczny; zajmuje się kreatywnością, psychologią twórczości):
A może wszystkie szkoły. Zlikwidować. Zostaną kółka parafialne. I jednoznaczny, gładki przekaz. Bez przeszkód. Ksiądz da radę. A co..?
Mój postulat także doczekał się kilku komentarzy, ale ten pierwszy, który okazał się najbardziej „diagnostycznym” był pytaniem, jakie zadała mi pewna st.. znajoma o długim stażu znajomości:
Włodek, co Tobie…
No właśnie. Pora na na wywiązanie się ze złożonego w odpowiedzi na to pytanie zobowiązania: „Ale pełnej wypowiedzi na ten temat udzielę w jutrzejszym felietonie””.
A więc – do dzieła!
Foto: www.p.lodz.pl/arch/pl/
W tym budynku, przy ul. Worcella (dziś ul. ks. Skorupki) w okresie mojej tam pracy mieścił się Państwowy Dom Dziecka im. Hanki Sawickiej w Łodzi.
Zaznaczyłem okno, za którym znajdowała się „uczelnia” grupy II, gdzie spędziłem najwięcej godzin w roli wychowawcy.
Tak naprawdę to pierwszym dniem mojej pracy jako pedagoga był właśnie ten dzień 1 września 1972 roku. Poprzednie miesiące zatrudnienia w Łódzkim Domu Kultury miały co prawda pewne aspekty pracy wychowawczej, ale jedynie w tym szerokim tego pojęcia znaczeniu, lansowanym przez pedagogikę społeczną. Dopiero w pałacyku przy ulicy Worcella mogłem sprawdzić się w realnych, codziennych sytuacjach roli opiekuna-wychowawcy. To była ta rola, której po raz pierwszy, amatorsko i intuicyjnie, podjąłem się latem 1961 roku, jako komendant kolonii zuchowej w Złockiem k. Muszyny. Byłem teraz o 11 lat starszy, bogatszy o wiedzę zdobytą podczas pierwszych lat moich studiów pedagogicznych i już wiedziałem, że w marcu przyszłego roku będę ojcem.
Oczywiście – o specyfice pedagogiki opiekuńczej nie miałem żadnej wiedzy teoretycznej – musiałem zdać się na „przywarsztatowe” przyuczanie do tego zawodu przez starszych – koleżanki i kolegę, pracujących w tym domu dziecka już od wielu lat.
Przydzielono mi obowiązki trzeciego wychowawcy w grupie II. Wspominając te dwie koleżanki, z którymi zapewnialiśmy opieką wychowawczą nad około dwudziestoosobową grupą dziewczynek i chłopców z klas III, IV i V pobliskich szkół podstawowych, dziś mogę po imieniu, przywołać tylko jedną z nich – tę starszą, o imieniu Wanda. Bo to ona stała się – określając tę rolę dzisiejszą nazwą – moją mentorką. Była wieloletnią wychowawczynią w tym domu dziecka, a w sąsiedniej grupie (starszaków) pracował, także jako wychowawca, jej mąż – Tadeusz. On także, na zasadzie „męskiej solidarności”, wielokrotnie służył mi radą i wspierał mnie w trudnych sytuacjach zawodowych.
A praca – pozornie – na tzw. „pierwszy rzut oka” nie wydawała się być trudną. Jednak zanim ją opiszę, nie mogę nie opowiedzieć jak w tamtych czasach funkcjonował dom dziecka.
Była to placówka – jak to się wtedy nazywało – „całkowitej opieki nad dzieckiem”, co w praktyce sprowadzało się do zapewnienia podopiecznym wychowankom wszelkich potrzeb: biologicznych – w tym wyżywienia, snu, także ubrania, ale też odpoczynku, zabawy, starszym także rozrywki, i – oczywiście – wychowankom w wieku szkolnym – warunków do realizowania „obowiązku szkolnego”.
Gdy spojrzycie na fotografię pałacyku, który był siedzibą tej placówki, będzie mi łatwiej opisać lokalową organizację życia wychowanków. Na piętrze mieściły się sypialnie. Były to duże pomieszczenia, podobne do tych na koloniach letnich, w których stało po kilkanaście łóżek. Pomieszczenia te funkcjonowały jedynie na czas przygotowania do snu, podczas ciszy nocnej i w okresie porannej toalety oraz przygotowania wychowanków do wyjścia do szkoły. Gdy dzieci, po zaścieleniu łóżek, schodziły do jadalni na śniadanie (mieściła się ona, obok kuchni, w pomieszczeniach „niskiego parteru” – bo trudno nazwać je „piwnicznymi”), sypialnie były zamykane i pozostawały niedostępne dla wychowanków aż do wieczora. Wychowawcy (po jednej osobie na grupę) przychodzili do pracy na pobudkę na 7. rano, dopilnowywali toalety porannej, ubierania się, ścielenia łóżek, schodzili z dziećmi do stołówki, jedli z nimi śniadanie i dopilnowywali, aby uczniowie starszych klas wyszli o właściwej porze do pobliskich szkół. Wychowawcy klas I i II odprowadzali dzieci do szkoły. Tylko z wychowankami w wieku przedszkolnym zostawała wychowawczyni na dyżurze. Pozostali wychowawcy wracali do swoich domów.
Głównym czasem pracy wychowawczej z dziećmi w wieku szkolnym był okres od ich powrotu ze szkoły, do ciszy nocnej. Gdzie dzieci przebywały w tym czasie? – W tzw. „uczelniach”, czyli salach, gdzie były stoliki z krzesłami do odrabiania lekcji, szafy z pomocami „naukowymi” i stół wychowawców grupy. „Uczelnie” były zlokalizowane na wysokim parterze. Do naszych obowiązków, obok nadzorowania i pomocy w odrabianiu lekcji, należało także spożywanie, wspólnie z dziećmi, obiadów i kolacji, organizowanie im czasu wolnego (była – też na parterze – świetlica, z kolorowym dużym telewizorem), w tym umożliwianie zabaw w ogrodzie, wychodzenie z nimi na spacery do pobliskiego parku, organizowanie wspólnych wyjść do kina, czasem i teatru. Na indywidualne rozmowy z wychowankami nie było warunków i sprzyjających okoliczności…
Jeśli pamięć mnie nie zawodzi – cisza nocna zarządzana była o godzinie 21-ej – wtedy pieczę nad dziećmi przejmowała tzw. „niania nocna”. Wychowawcy kończyli pracę – mogli wracać do swoich domów.
Wniosek z tak zarysowanej organizacji funkcjonowania domu dziecka jest oczywisty: najczęściej główny dyżur trwał – przynajmniej w mojej grupie – od 13-ej do 21-ej, czyli 8 godzin, a poranny – te tak zwane „pobudki” – od 7-ej do 8:30. W dniu w którym miało się „pobudkę”, do pracy już się nie przychodziło. No, chyba że zaistniała jakaś nadzwyczajna potrzeba, np. zastępstwo chorej osoby…
Proszę pamiętać, że w tamtym czasie w soboty dzieci chodziły normalnie do szkoły. I że były jeszcze dyżury niedzielne…
Etat wychowawcy w domu dziecka wynosił wówczas 36 godzin tygodniowo. Proste obliczenie pozwala wykazać, że dla zapewnienia opieki nad grupą wychowanków według takiej organizacji pracy placówki – gdyby miał to być jeden człowiek – musiałby pracować: 6 x1,5 godz. + 6 x 8godz. = 7,5 + 48 = 55,5 godziny. Wniosek – to prawie 2 etaty, a konkretnie 72 godziny. Ale przy „odrabiankach” i do godzin wieczornych musiały z grupą pracować dwie osoby… A pozostawały jeszcze dyżury niedzielne…
Właśnie takie potrzeby były powodem zatrudnienia w grupie trzeciego wychowawcy. A i tak wszyscy „wyrabialiśmy” nadgodziny…
Myślę, że ten opis pozwoli Czytelnikowi tych wspomnień lepiej wyobrazić sobie charakter i specyfikę mojej pracy w PDDz im. Hanki Sawickiej – bo taką patronkę miała tamta placówka. Piszę o tym, aby niezwłocznie złożyć oświadczenie, że podczas mojej pracy ani razu nie spotkałem się, aby w jakiejkolwiek formie była tam kultywowana pamięć owej patronki. Przeciwnie – znaczna część wychowanków należała do ZHP, a drużynę prowadziła tam przez wiele lat druhna Hanka Miecznikowska – żona Jerzego Miecznikowskiego, w latach 1967–1969 zastępcy komendanta hufca Łódź-Polesie, osoby o jednoznacznej, antykomunistycznej biografii…
x x x
Gdy zacząłem intensywnie poszukiwać w mej pamięci jakichś interesujących historii z okresu mojej tam pracy, którą – jak to czyniłem w poprzednich częściach moich wspomnień – mógłbym teraz przywołać, to – z jednym wyjątkiem – nic takiego nie udało mi się przypomnieć. Bo tak naprawdę to była to taka „praca u podstaw”, dzień do dnia podobny, „proza dnia powszedniego”.
Ale było takie jedno zdarzenie, które dziś, z perspektywy minionych lat, oceniam jako swoisty egzamin w roli opiekuna-wychowcy, a które w ocenie koleżanek i kolegów, a przede wszystkim pani dyrektor Ireny Możejko, stało się źródłem opinii, że Włodek to „człowiek do zadań specjalnych”. A było to tak:
Pewnego dnia wieczorem sprowadziłem moją grupę na kolację do stołówki. A tam zastaliśmy sytuację niczym z horroru: W pustej przestrzeni między stolikami zobaczyłem ośmiolatka z „najmłodszej” grupy, który – czerwony na twarzy – trzymając krzesło za oparcie, obracał się z nim dookoła, krzycząc przeraźliwie. Już wcześniej słyszałem, że są z nim problemy, że miewa ataki agresji. Wychowankowie stali w bezpiecznej odległości i czekali na rozwój wydarzeń. Koleżanki wychowawczynie także. Na ich wezwania, aby odstawił krzesło i się uspokoił – reagował jeszcze głośniejszym wrzaskiem i szybszymi obrotami.
Nie pamiątam już jak ów „problemowy” wychowanek miał na imię, ale na potrzeby tego wspomnienia przyjmijmy, że Sławek. Byłem jedynym dorosłym facetem w tym pomieszczeniu. Nie miałem wyboru. Widząc, że kilku starszych chłopców zmawia się „na stronie”, aby go „siłowo” obezwładnić, postanowiłem działać. Trzymając ręce podniesione przed sobą, trochę w intencji samoobrony, ale także jako taką „mowę ciała”, deklarację wobec Sławka: „nie chcę cię skrzywdzić”, zacząłem, powoli, zbliżać się do niego, mówiąc spokojnym, nie podniesionym głosem: „Sławku, postaw krzesło i chodź do mnie. Nic ci nie zrobię. Pójdziemy do sypialni i się położysz.” Powtarzałem te słowa kilkakrotnie, jak zaklęcia, spokojnym głosem… I poskutkowało. Sławek postawił krzesło, ja najpierw go przytuliłem, a po chwili wziąłem go za rękę i wyprowadziłem ze stołówki…
Po kilku tygodniach, jako konkluzja badań lekarskich, zapadła decyzja o skierowaniu Sławka w celu terapii na oddział dla dzieci do Specjalistycznego Szpitala dla Nerwowo Chorych w Miliczu na Dolnym Śląsku. I kogo pani dyrektor wydelegowała, aby go tam zawiózł? Oczywiście – mnie, choć nie był on wychowankiem naszej II grupy! Podróż (koleją, z przesiadką) odbyła się bez żadnych incydentów, w pełnej komitywie. W szpitalu na Sławka czekało już wolne miejsce, a ja – po pożegnaniu z moim podopiecznym – miałem jeszcze dość czasu, aby zwiedzić Milicz, zobaczyć jeden ze słynnych milickich stawów rybnych – konkretnie ten najbliższy miasta i wysłuchać opowieści mieszkańców, jak to najsławniejszy polski kolarz szosowy – Ryszard Szurkowski – swoją karierę zaczynał w LZS Milicz, trenując na szosach w okolicach tej miejscowości…
x x x
Również i w tym okresie losy mojej pracy zawodowej i życia osobistego potoczyły się tak, że wypadło mi godzić jedne i drugie obowiązki. Bo krótko po północy we wtorek 20 marca, w szpitalu położniczym na łódzkim Karolewie, przyszedł na świat nasz synek – Kubuś. Jako że i w tamtych czasach nie wypisywano tak szybko matki po trudnym porodzie, a przy niej pozostawał także noworodek, świeżo upieczony tatuś, gdy już przygotował w domu wszystko co potrzebne do przyjęcia noworodka, mógł w niedzielę wybrać się ze swoimi wychowankami z domu dziecka na zorganizowany przez Komendę Hufca Łódź-Polesie jednodniowy rajd „Marzanna 1972”, który zaczynał się w podłódzkiej Kolumnie (dojechaliśmy tam i z powrotem pociągiem), a którego finałem było topienie słomianej kukły „Marzanny” w stawie przy młynie w Baryczy, na rzece Grabia.
Krysię z Kubusiem odebrałem ze szpitala w poniedziałek.
Następne tygodnie, aż do wakacji, upłynęły mi na – ograniczonym do niezbędnego minimum – wykonywaniu obowiązków zawodowych w domu dziecka, i przede wszystkim na, realizowanych przy moim pełnym zaangażowaniu, obowiązkach ojca. Powiem tylko, że to ja wykonałem pierwszą kąpiel (Krysia bała się, że zrobi mu krzywdę…), prałem solidarnie z Krysią pieluchy (nie było jeszcze „jednorazówek”), chodziłem na spacery z Kubusiem w wózeczku, a gdy taka była potrzeba – karmiłem synka z butelki…
Ale nie były to wszystkie moje obowiązki. Wszak cały czas byłem studentem – III roku zaocznej pedagogiki na UŁ. I przy moim zaangażowaniu w rolę taty i obowiązkach zawodowych, musiałem znajdować czas nie tylko na uczestnictwo w zajęciach (co drugie weekendy), ale także na zaliczenia, a przede wszystkim na przygotowanie się do sesji egzaminacyjnych – po V i VI semestrze! Na moje nieszczęście plan studiów przewidział w sesji zimowej tylko jeden egzamin (z literatury – oczywiście zdałem na 5), zaś w sesji letniej było ich aż cztery! I tu już nie miałem szansy zabłysnąć. Z dwu – jak by nie było – podstawowych przedmiotów: dydaktyki i psychologii zdałem tylko na trójki, dużo lepiej poszło mi z historii wychowania – na 4+. Jedyną ocenę 5 w tej sesji dostałem z … ekonomii politycznej. I tu muszę wyjaśnić, że to nie znaczy, iż tak się „obryłem” z ekonomii socjalistycznej. Ocena ta była owocem znakomitych wykładów mgr Stanisława Rudolfa – młodego jeszcze ekonomisty z Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego UŁ, zafascynowanego ekonomią kapitalizmu. Za nic miał on oficjalny program tego przedmiotu – dzielił się z nami swoją wiedzą, zdobywaną przez niego podczas przygotowań do jego pracy doktorskiej, którą na temat „Próba weryfikacji celów państwa dobrobytu na przykładzie Szwecji” obronił w 1974 roku. Jego wykłady były tak frapujące, że same zapadały w pamięć. Do egzaminu nie musiałem się uczyć, tym bardziej, że egzaminator nie przepytywał z zapamiętanych treści wykładów, a zadawał pytania problemowe. [Więcej o późniejszym profesorze Stanisławie Rudolfie – TUTAJ]
x x x
Kolejny rok studiów zaliczyłem już w połowie czerwca, a wakacje były z każdym tygodniem coraz bliżej. W Komendzie Hufca Polesie zaszła kolejna zmiana na stanowisku komendanta. Na początku tego roku mój następca – Maciej Łukowski – został szefem nowopowstałej Rady Wojewódzkiej Socjalistycznych Związków Młodzieży Polskiej w Łodzi, a na jego miejsce powołano nikomu nieznaną w naszym środowisku, „importowaną z hufca Łodź-Bałuty – Annę Błaszczyk. Nie wnikając w szczegóły powiem tylko, że zostałem zaproszony do komendy hufca, gdzie nowa komendantka długo i sugestywnie prosiła mnie, abym zgodził się poprowadzić, w II turnusie, zgrupowanie obozów w Strużnicy, w Karkonoszach. Była bardzo zdeterminowana, gdyż jako „spadochroniarka” nie miała kontaktów w tym nowym dla niej środowisku, a akcja letnia zbliżała się wielkimi krokami. Strużnica, to było to miejsce, które przed rokiem wynalazł Maciek Łukowski, a które wśród poleskich instruktorów nie było jeszcze „oswojone”. Dlatego nowa szefowa hufca kandydatów na funkcję komendanta zgrupowania w II turnusie nie miała. I turnus zgodził się poprowadzić Jacek Broniewski (prywatnie syn bibliotekarki w mojej podstawówce na Nowym Złotnie).
Skan.Źródło:www.facebook.com/PRUS21
Uczniowie kl. IIa z XXI LO im. B. Prusa w Łodzi. „Inspiracja helem – wiersz, epopeja czy in? Klasa2a, niby humanistyczna, a trochę chemiczna... „
Aleksandra Pucułek z łódzkiej redakcji „Gazety Wyborczej” jest autorką zamieszczonego dziś w dodatku „Łódź Tygodnik” artykułu „Powrót do szkoły zaskoczeniem dla uczniów. ‚Szkoła w końcu jest fajna, ale jak długo to potrwa?’ „. Oto jego fragmenty i link do pełnej wersji:
[…] W I LO im. Staszica w Zgierzu wychowawcy mają przyzwolenie, wręcz nakaz, żeby wychodzić z uczniami na dwór, gdy tylko się da. Z polonistką zrobili więc śniadanie na trawie. Przygotowali coś do jedzenia, zorganizowali piknik, jednocześnie nie zapomnieli o podstawie programowej. Temat lekcji? Natura jako motyw tekstów kultury.
W ramach historii klasa chodzi do muzeum, ale nie tylko oglądać eksponaty. Młodzież sama pomaga przygotowywać wystawy. Szkoła zaprosiła też młodszych uczniów, ósmoklasistów, na Festiwal Nauki. Uczniowie będą mogli skorzystać z zajęć z różnych przedmiotów, np. na chemii zobaczą eksperymenty, na polskim porozmawiają o mitologii w popkulturze, a na geografii omówią piosenkę jednego z raperów o podróżach.[…]
–Lekcje były luźniejsze, było dużo rozmowy, każdy nauczyciel pytał, jak się czujemy z tym, że wróciliśmy do szkoły – opowiada o pierwszych dniach w ławce szkolnej Emilia, licealistka z XXI LO. A Hania dodaje: – Zero stresu.[…]
Jak powrót do szkoły widzą uczniowie? Zwracają uwagę też na to, że teraz w końcu można porozmawiać i podyskutować z nauczycielem, nawet odchodząc od tematu lekcji. […]
fot. Unsplash[www.dadhero.pl]
Wczoraj udostępniliśmy tekst, który „Portal Samorządowy” uznał, że jest na tyle istotny dla szerokich kręgów społeczeństwa, aby zamieścić go i udostępnić te informacje swoim czytelnikom. Dziś będziecie mogli porównać, czym w tym samym czasie żyli redaktorzy „równoległego” portalu „Serwis Samorządowy PAP”
Otóż portal ten zamieścił wczoraj tekst Aleksandry Banasik, zatytułowany „Spada liczba nauczycieli WDŻ; MEiN chce zmienić przepisy”. Oto ten tekst, bez skrótów:
Placówki doskonalenia nauczycieli będą mogły prowadzić kursy kwalifikacyjne z zakresu wychowania do życia w rodzinie – przewiduje projekt rozporządzenia Ministerstwa Edukacji i Nauki. To reakcja na ubytek kadr.
Chodzi o nowelizację rozporządzenia Ministra Edukacji Narodowej z dnia 28 maja 2019 r. w sprawie placówek doskonalenia nauczycieli. Resort planuje rozszerzyć katalog kursów kwalifikacyjnych, które mogą być prowadzone przez te placówki.
Projektowane rozporządzenie wprowadza możliwość prowadzenia kursów kwalifikacyjnych w zakresie wychowania do życia w rodzinie (WDŻ), a także przygotowania pedagogicznego dla nauczycieli prowadzących zajęcia edukacyjne artystyczne w szkołach artystycznych.
Umożliwienie prowadzenia kursów z popularnie zwanego WDŻ spowodowane jest „zauważalnym spadkiem” liczby nauczycieli prowadzących takie zajęcia.
„W ciągu ostatnich dwóch lat ubyło prawie 3500 nauczycieli posiadających kwalifikacje do prowadzenia zajęć z wychowania do życia w rodzinie, w tym ponad 2700 nauczycieli ze szkół podstawowych” – wylicza ministerstwo. O ile we wrześniu 2018 r. takich nauczycieli było w systemie informacji oświatowej 20,7 tys., o tyle w ubiegłym roku już tylko 17,2 tys.
Według resortu na spadek liczby nauczycieli posiadających kwalifikacje do prowadzenia zajęć z WDŻ w rodzinie wpływa m.in. fakt, że obecnie tylko nieliczne uczelnie realizują kształcenie nauczycieli przygotowujące do prowadzenia tych zajęć.
„Gwarantem wysokiej jakości organizowanych kursów kwalifikacyjnych jest możliwość ich prowadzenia wyłącznie przez akredytowane placówki doskonalenia nauczycieli” – podkreśla MEiN.
Źródło: samorzad.pap.pl
x x x
Wszystkim czytelnikom, którzy nie śledzą na co dzień sytuacji w tym obszarze szkolnej edukacji proponujemy kilka, niestety „nie pierwszej świeżości” tekstów na ten temat:
Bardzo serdecznie zapraszamy Was na Dni Centrum Edukacji Obywatelskiej. Nasze wydarzenie online skierowane jest do nauczycieli, nauczycielek, dyrektorów, dyrektorek, uczniów i uczennic oraz wszystkich zainteresowanych mądrą edukacją.
Podczas spotkania podzielimy się z Wami doświadczeniami z całorocznej pracy naszych w programach, z których korzysta około 40 tysięcy nauczycieli oraz dyrektorów z około 10 tysięcy szkół z całej Polski.
Porozmawiamy o najskuteczniejszych metodach nauczania oraz poruszaniu z uczniami tematów kluczowych dla ich dobrego funkcjonowania we współczesnym świecie.
Motywem przewodnim wszystkich spotkań będzie w tym roku wspólnota.Będziemy rozmawiać o jej różnych aspektach. Tym, co łączy nas z innymi, może być klasa, szkoła, najbliższa okolica, kraj czy planeta, na której mieszkamy.
Oczywiście szczególne miejsce poświęcimy wspólnocie szkolnej: nauczaniu i (d)ocenianiu, rozmowie, wzajemnym relacjom, włączaniu wszystkich uczniów i uczennic w życie szkoły.
Dołączajcie do wydarzenia: https://fb.me/e/1pq7oFsKei nie czekajcie z rejestracją na webinaria i konferencje, która najbardziej Was interesują.
Źródło: www.facebook.com/fundacjaCEO
Danuta Sterna zamieściła 24 maja na swoim blogu „Oś Świata” bardzo interesujący tekst:
Rysunek: Danuta Sterna
Naprawiać, czy przyspieszać?
Liczne badania edukacyjne wskazują na to, że postępy uczniów zmniejszyły się podczas pandemii. Powszechnie mówi się o konieczności naprawienia, powrotu do omówienia pojęć i kształcenia umiejętności, których uczniowie nie opanowali w poprzedniej klasie. Zachęcam do zapoznania się z inna strategią, możliwe, że będzie użyteczna od września.
Rysuje się jednak inna strategia, którą można nazwać – przyspieszeniem. Polega ona na realizacji bieżącego programu danej klasy przy jednoczesnym wracaniu tylko do tych treści z poprzedniego okresu, które są niezbędne do kontynuacji.
Chodzi o to, aby można było realizować dalej program i uniknąć sytuacji, w której uczniowie mający luki, uczą się osobno i nie realizują programu.
Dotychczasowe doświadczenia z „przyspieszeniem” pokazują, że można zrealizować więcej i uczniowie mają mniej trudności z nauką.
Przeprowadzono badania na ponad 50 000 uczniach klas III-V, którzy objęci byli programem „Zearn” (więcej w linku poniżej), polegającym właśnie na przyspieszeniu. Wszyscy uczniowie biorący udział w badaniu stracili w 2020 roku, co najmniej jedną trzecią treści matematycznych.
Wczoraj na „Portalu Samorządowym” zamieszczono informacje, zatytułowaną „Edukacja włączająca? Dobrze, ale jeszcze nie teraz”. Oto jej obszerne fragmenty i link do pełnej wersji:
Związek Nauczycielstwa Polskiego zamierza 1 czerwca rozpocząć zbieranie podpisów pod petycją dotyczącą wstrzymania prac nad projektowanymi zmianami w edukacji włączającej i poddanie ich rzeczywistym konsultacjom. W liście, skierowanym dziś do premiera, związkowcy wskazują, że ogólnodostępne placówki nie są do tego przygotowane – brakuje w nich pedagogów, psychologów, logopedów i terapeutów. Niewielu nauczycieli potrafi pracować z dziećmi wymagającymi specjalistycznego wsparcia.
ZNP chce wstrzymać prace nad projektem edukacji włączającej, którego pilotaż ma już ruszyć już 1 września.
Związkowcy obawiają się, że szkoły i placówki ogólnodostępne nie będą w stanie zapewnić dzieciom ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi odpowiednich warunków do nauki.
Zdaniem ZNP wdrożenie programu edukacji włączającej wymaga dalszych konsultacji – m.in. dlatego, że wiąże się z dużymi wydatkami, o których nikt nie mówi.














