Temat tego felietonu narodził się wczoraj, kiedy na fejsbuku zobaczyłem taki oto postulat Wiesława Mariańskiego:

Źródło: www.facebook.com
Wiedziony tym impulsem zareagowałem na ten pomysł taką oto „propozycją”:

Źródło: www.facebook.com
Po jakimś czasie pod jednym i pod drugim obrazkiem pojawiły się komentarze. Pod postulatem likwidacji liceów ogólnokształcących jako pierwsze pojawiło się – ze wszech miar zrozumiałe – pytanie znanej liderki grupy „Budzący się Poloniści”, podpisującej się Aneta Ja-Pa:
„Dlaczego?”
Bardzo szybko pojawiła się odpowiedź Janusza Cichego – nauczyciela w Zespole Szkół Spożywczych i Hotelarskich w Radomiu.
Bo coraz słabiej przygotowują do studiów.
Bo produkują bezrobotnych bez kompetencji zawodowych.
Bo dają bezradność życiową.
Bo technika (dawniej zwane liceami zawodowymi) dają lepsze przygotowanie, łącząc wiedzę z umiejętnościami praktycznymi i też są drogą do studiów akademickich.
Ale najbardziej „wzruszył” mnie komentarz Doroty Zarębskiej-Piotrowskiej (doktor na Uniwersytecie Jagiellońskim, psycholog kliniczny/społeczny; zajmuje się kreatywnością, psychologią twórczości):
A może wszystkie szkoły. Zlikwidować. Zostaną kółka parafialne. I jednoznaczny, gładki przekaz. Bez przeszkód. Ksiądz da radę. A co..?
Mój postulat także doczekał się kilku komentarzy, ale ten pierwszy, który okazał się najbardziej „diagnostycznym” był pytaniem, jakie zadała mi pewna st.. znajoma o długim stażu znajomości:
Włodek, co Tobie…
No właśnie. Pora na na wywiązanie się ze złożonego w odpowiedzi na to pytanie zobowiązania: „Ale pełnej wypowiedzi na ten temat udzielę w jutrzejszym felietonie””.
A więc – do dzieła!
Czytaj dalej »

Foto: www.p.lodz.pl/arch/pl/
W tym budynku, przy ul. Worcella (dziś ul. ks. Skorupki) w okresie mojej tam pracy mieścił się Państwowy Dom Dziecka im. Hanki Sawickiej w Łodzi.
Zaznaczyłem okno, za którym znajdowała się „uczelnia” grupy II, gdzie spędziłem najwięcej godzin w roli wychowawcy.
Tak naprawdę to pierwszym dniem mojej pracy jako pedagoga był właśnie ten dzień 1 września 1972 roku. Poprzednie miesiące zatrudnienia w Łódzkim Domu Kultury miały co prawda pewne aspekty pracy wychowawczej, ale jedynie w tym szerokim tego pojęcia znaczeniu, lansowanym przez pedagogikę społeczną. Dopiero w pałacyku przy ulicy Worcella mogłem sprawdzić się w realnych, codziennych sytuacjach roli opiekuna-wychowawcy. To była ta rola, której po raz pierwszy, amatorsko i intuicyjnie, podjąłem się latem 1961 roku, jako komendant kolonii zuchowej w Złockiem k. Muszyny. Byłem teraz o 11 lat starszy, bogatszy o wiedzę zdobytą podczas pierwszych lat moich studiów pedagogicznych i już wiedziałem, że w marcu przyszłego roku będę ojcem.
Oczywiście – o specyfice pedagogiki opiekuńczej nie miałem żadnej wiedzy teoretycznej – musiałem zdać się na „przywarsztatowe” przyuczanie do tego zawodu przez starszych – koleżanki i kolegę, pracujących w tym domu dziecka już od wielu lat.
Przydzielono mi obowiązki trzeciego wychowawcy w grupie II. Wspominając te dwie koleżanki, z którymi zapewnialiśmy opieką wychowawczą nad około dwudziestoosobową grupą dziewczynek i chłopców z klas III, IV i V pobliskich szkół podstawowych, dziś mogę po imieniu, przywołać tylko jedną z nich – tę starszą, o imieniu Wanda. Bo to ona stała się – określając tę rolę dzisiejszą nazwą – moją mentorką. Była wieloletnią wychowawczynią w tym domu dziecka, a w sąsiedniej grupie (starszaków) pracował, także jako wychowawca, jej mąż – Tadeusz. On także, na zasadzie „męskiej solidarności”, wielokrotnie służył mi radą i wspierał mnie w trudnych sytuacjach zawodowych.
A praca – pozornie – na tzw. „pierwszy rzut oka” nie wydawała się być trudną. Jednak zanim ją opiszę, nie mogę nie opowiedzieć jak w tamtych czasach funkcjonował dom dziecka.
Była to placówka – jak to się wtedy nazywało – „całkowitej opieki nad dzieckiem”, co w praktyce sprowadzało się do zapewnienia podopiecznym wychowankom wszelkich potrzeb: biologicznych – w tym wyżywienia, snu, także ubrania, ale też odpoczynku, zabawy, starszym także rozrywki, i – oczywiście – wychowankom w wieku szkolnym – warunków do realizowania „obowiązku szkolnego”.
Gdy spojrzycie na fotografię pałacyku, który był siedzibą tej placówki, będzie mi łatwiej opisać lokalową organizację życia wychowanków. Na piętrze mieściły się sypialnie. Były to duże pomieszczenia, podobne do tych na koloniach letnich, w których stało po kilkanaście łóżek. Pomieszczenia te funkcjonowały jedynie na czas przygotowania do snu, podczas ciszy nocnej i w okresie porannej toalety oraz przygotowania wychowanków do wyjścia do szkoły. Gdy dzieci, po zaścieleniu łóżek, schodziły do jadalni na śniadanie (mieściła się ona, obok kuchni, w pomieszczeniach „niskiego parteru” – bo trudno nazwać je „piwnicznymi”), sypialnie były zamykane i pozostawały niedostępne dla wychowanków aż do wieczora. Wychowawcy (po jednej osobie na grupę) przychodzili do pracy na pobudkę na 7. rano, dopilnowywali toalety porannej, ubierania się, ścielenia łóżek, schodzili z dziećmi do stołówki, jedli z nimi śniadanie i dopilnowywali, aby uczniowie starszych klas wyszli o właściwej porze do pobliskich szkół. Wychowawcy klas I i II odprowadzali dzieci do szkoły. Tylko z wychowankami w wieku przedszkolnym zostawała wychowawczyni na dyżurze. Pozostali wychowawcy wracali do swoich domów.
Głównym czasem pracy wychowawczej z dziećmi w wieku szkolnym był okres od ich powrotu ze szkoły, do ciszy nocnej. Gdzie dzieci przebywały w tym czasie? – W tzw. „uczelniach”, czyli salach, gdzie były stoliki z krzesłami do odrabiania lekcji, szafy z pomocami „naukowymi” i stół wychowawców grupy. „Uczelnie” były zlokalizowane na wysokim parterze. Do naszych obowiązków, obok nadzorowania i pomocy w odrabianiu lekcji, należało także spożywanie, wspólnie z dziećmi, obiadów i kolacji, organizowanie im czasu wolnego (była – też na parterze – świetlica, z kolorowym dużym telewizorem), w tym umożliwianie zabaw w ogrodzie, wychodzenie z nimi na spacery do pobliskiego parku, organizowanie wspólnych wyjść do kina, czasem i teatru. Na indywidualne rozmowy z wychowankami nie było warunków i sprzyjających okoliczności…
Jeśli pamięć mnie nie zawodzi – cisza nocna zarządzana była o godzinie 21-ej – wtedy pieczę nad dziećmi przejmowała tzw. „niania nocna”. Wychowawcy kończyli pracę – mogli wracać do swoich domów.
Wniosek z tak zarysowanej organizacji funkcjonowania domu dziecka jest oczywisty: najczęściej główny dyżur trwał – przynajmniej w mojej grupie – od 13-ej do 21-ej, czyli 8 godzin, a poranny – te tak zwane „pobudki” – od 7-ej do 8:30. W dniu w którym miało się „pobudkę”, do pracy już się nie przychodziło. No, chyba że zaistniała jakaś nadzwyczajna potrzeba, np. zastępstwo chorej osoby…
Proszę pamiętać, że w tamtym czasie w soboty dzieci chodziły normalnie do szkoły. I że były jeszcze dyżury niedzielne…
Etat wychowawcy w domu dziecka wynosił wówczas 36 godzin tygodniowo. Proste obliczenie pozwala wykazać, że dla zapewnienia opieki nad grupą wychowanków według takiej organizacji pracy placówki – gdyby miał to być jeden człowiek – musiałby pracować: 6 x1,5 godz. + 6 x 8godz. = 7,5 + 48 = 55,5 godziny. Wniosek – to prawie 2 etaty, a konkretnie 72 godziny. Ale przy „odrabiankach” i do godzin wieczornych musiały z grupą pracować dwie osoby… A pozostawały jeszcze dyżury niedzielne…
Właśnie takie potrzeby były powodem zatrudnienia w grupie trzeciego wychowawcy. A i tak wszyscy „wyrabialiśmy” nadgodziny…
Myślę, że ten opis pozwoli Czytelnikowi tych wspomnień lepiej wyobrazić sobie charakter i specyfikę mojej pracy w PDDz im. Hanki Sawickiej – bo taką patronkę miała tamta placówka. Piszę o tym, aby niezwłocznie złożyć oświadczenie, że podczas mojej pracy ani razu nie spotkałem się, aby w jakiejkolwiek formie była tam kultywowana pamięć owej patronki. Przeciwnie – znaczna część wychowanków należała do ZHP, a drużynę prowadziła tam przez wiele lat druhna Hanka Miecznikowska – żona Jerzego Miecznikowskiego, w latach 1967–1969 zastępcy komendanta hufca Łódź-Polesie, osoby o jednoznacznej, antykomunistycznej biografii…
x x x
Gdy zacząłem intensywnie poszukiwać w mej pamięci jakichś interesujących historii z okresu mojej tam pracy, którą – jak to czyniłem w poprzednich częściach moich wspomnień – mógłbym teraz przywołać, to – z jednym wyjątkiem – nic takiego nie udało mi się przypomnieć. Bo tak naprawdę to była to taka „praca u podstaw”, dzień do dnia podobny, „proza dnia powszedniego”.
Ale było takie jedno zdarzenie, które dziś, z perspektywy minionych lat, oceniam jako swoisty egzamin w roli opiekuna-wychowcy, a które w ocenie koleżanek i kolegów, a przede wszystkim pani dyrektor Ireny Możejko, stało się źródłem opinii, że Włodek to „człowiek do zadań specjalnych”. A było to tak:
Pewnego dnia wieczorem sprowadziłem moją grupę na kolację do stołówki. A tam zastaliśmy sytuację niczym z horroru: W pustej przestrzeni między stolikami zobaczyłem ośmiolatka z „najmłodszej” grupy, który – czerwony na twarzy – trzymając krzesło za oparcie, obracał się z nim dookoła, krzycząc przeraźliwie. Już wcześniej słyszałem, że są z nim problemy, że miewa ataki agresji. Wychowankowie stali w bezpiecznej odległości i czekali na rozwój wydarzeń. Koleżanki wychowawczynie także. Na ich wezwania, aby odstawił krzesło i się uspokoił – reagował jeszcze głośniejszym wrzaskiem i szybszymi obrotami.
Nie pamiątam już jak ów „problemowy” wychowanek miał na imię, ale na potrzeby tego wspomnienia przyjmijmy, że Sławek. Byłem jedynym dorosłym facetem w tym pomieszczeniu. Nie miałem wyboru. Widząc, że kilku starszych chłopców zmawia się „na stronie”, aby go „siłowo” obezwładnić, postanowiłem działać. Trzymając ręce podniesione przed sobą, trochę w intencji samoobrony, ale także jako taką „mowę ciała”, deklarację wobec Sławka: „nie chcę cię skrzywdzić”, zacząłem, powoli, zbliżać się do niego, mówiąc spokojnym, nie podniesionym głosem: „Sławku, postaw krzesło i chodź do mnie. Nic ci nie zrobię. Pójdziemy do sypialni i się położysz.” Powtarzałem te słowa kilkakrotnie, jak zaklęcia, spokojnym głosem… I poskutkowało. Sławek postawił krzesło, ja najpierw go przytuliłem, a po chwili wziąłem go za rękę i wyprowadziłem ze stołówki…
Po kilku tygodniach, jako konkluzja badań lekarskich, zapadła decyzja o skierowaniu Sławka w celu terapii na oddział dla dzieci do Specjalistycznego Szpitala dla Nerwowo Chorych w Miliczu na Dolnym Śląsku. I kogo pani dyrektor wydelegowała, aby go tam zawiózł? Oczywiście – mnie, choć nie był on wychowankiem naszej II grupy! Podróż (koleją, z przesiadką) odbyła się bez żadnych incydentów, w pełnej komitywie. W szpitalu na Sławka czekało już wolne miejsce, a ja – po pożegnaniu z moim podopiecznym – miałem jeszcze dość czasu, aby zwiedzić Milicz, zobaczyć jeden ze słynnych milickich stawów rybnych – konkretnie ten najbliższy miasta i wysłuchać opowieści mieszkańców, jak to najsławniejszy polski kolarz szosowy – Ryszard Szurkowski – swoją karierę zaczynał w LZS Milicz, trenując na szosach w okolicach tej miejscowości…
x x x
Również i w tym okresie losy mojej pracy zawodowej i życia osobistego potoczyły się tak, że wypadło mi godzić jedne i drugie obowiązki. Bo krótko po północy we wtorek 20 marca, w szpitalu położniczym na łódzkim Karolewie, przyszedł na świat nasz synek – Kubuś. Jako że i w tamtych czasach nie wypisywano tak szybko matki po trudnym porodzie, a przy niej pozostawał także noworodek, świeżo upieczony tatuś, gdy już przygotował w domu wszystko co potrzebne do przyjęcia noworodka, mógł w niedzielę wybrać się ze swoimi wychowankami z domu dziecka na zorganizowany przez Komendę Hufca Łódź-Polesie jednodniowy rajd „Marzanna 1972”, który zaczynał się w podłódzkiej Kolumnie (dojechaliśmy tam i z powrotem pociągiem), a którego finałem było topienie słomianej kukły „Marzanny” w stawie przy młynie w Baryczy, na rzece Grabia.
Krysię z Kubusiem odebrałem ze szpitala w poniedziałek.
Następne tygodnie, aż do wakacji, upłynęły mi na – ograniczonym do niezbędnego minimum – wykonywaniu obowiązków zawodowych w domu dziecka, i przede wszystkim na, realizowanych przy moim pełnym zaangażowaniu, obowiązkach ojca. Powiem tylko, że to ja wykonałem pierwszą kąpiel (Krysia bała się, że zrobi mu krzywdę…), prałem solidarnie z Krysią pieluchy (nie było jeszcze „jednorazówek”), chodziłem na spacery z Kubusiem w wózeczku, a gdy taka była potrzeba – karmiłem synka z butelki…

Ale nie były to wszystkie moje obowiązki. Wszak cały czas byłem studentem – III roku zaocznej pedagogiki na UŁ. I przy moim zaangażowaniu w rolę taty i obowiązkach zawodowych, musiałem znajdować czas nie tylko na uczestnictwo w zajęciach (co drugie weekendy), ale także na zaliczenia, a przede wszystkim na przygotowanie się do sesji egzaminacyjnych – po V i VI semestrze! Na moje nieszczęście plan studiów przewidział w sesji zimowej tylko jeden egzamin (z literatury – oczywiście zdałem na 5), zaś w sesji letniej było ich aż cztery! I tu już nie miałem szansy zabłysnąć. Z dwu – jak by nie było – podstawowych przedmiotów: dydaktyki i psychologii zdałem tylko na trójki, dużo lepiej poszło mi z historii wychowania – na 4+. Jedyną ocenę 5 w tej sesji dostałem z … ekonomii politycznej. I tu muszę wyjaśnić, że to nie znaczy, iż tak się „obryłem” z ekonomii socjalistycznej. Ocena ta była owocem znakomitych wykładów mgr Stanisława Rudolfa – młodego jeszcze ekonomisty z Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego UŁ, zafascynowanego ekonomią kapitalizmu. Za nic miał on oficjalny program tego przedmiotu – dzielił się z nami swoją wiedzą, zdobywaną przez niego podczas przygotowań do jego pracy doktorskiej, którą na temat „Próba weryfikacji celów państwa dobrobytu na przykładzie Szwecji” obronił w 1974 roku. Jego wykłady były tak frapujące, że same zapadały w pamięć. Do egzaminu nie musiałem się uczyć, tym bardziej, że egzaminator nie przepytywał z zapamiętanych treści wykładów, a zadawał pytania problemowe. [Więcej o późniejszym profesorze Stanisławie Rudolfie – TUTAJ]
x x x
Kolejny rok studiów zaliczyłem już w połowie czerwca, a wakacje były z każdym tygodniem coraz bliżej. W Komendzie Hufca Polesie zaszła kolejna zmiana na stanowisku komendanta. Na początku tego roku mój następca – Maciej Łukowski – został szefem nowopowstałej Rady Wojewódzkiej Socjalistycznych Związków Młodzieży Polskiej w Łodzi, a na jego miejsce powołano nikomu nieznaną w naszym środowisku, „importowaną z hufca Łodź-Bałuty – Annę Błaszczyk. Nie wnikając w szczegóły powiem tylko, że zostałem zaproszony do komendy hufca, gdzie nowa komendantka długo i sugestywnie prosiła mnie, abym zgodził się poprowadzić, w II turnusie, zgrupowanie obozów w Strużnicy, w Karkonoszach. Była bardzo zdeterminowana, gdyż jako „spadochroniarka” nie miała kontaktów w tym nowym dla niej środowisku, a akcja letnia zbliżała się wielkimi krokami. Strużnica, to było to miejsce, które przed rokiem wynalazł Maciek Łukowski, a które wśród poleskich instruktorów nie było jeszcze „oswojone”. Dlatego nowa szefowa hufca kandydatów na funkcję komendanta zgrupowania w II turnusie nie miała. I turnus zgodził się poprowadzić Jacek Broniewski (prywatnie syn bibliotekarki w mojej podstawówce na Nowym Złotnie).
Czytaj dalej »

Skan.Źródło:www.facebook.com/PRUS21
Uczniowie kl. IIa z XXI LO im. B. Prusa w Łodzi. „Inspiracja helem – wiersz, epopeja czy in? Klasa2a, niby humanistyczna, a trochę chemiczna... „
Aleksandra Pucułek z łódzkiej redakcji „Gazety Wyborczej” jest autorką zamieszczonego dziś w dodatku „Łódź Tygodnik” artykułu „Powrót do szkoły zaskoczeniem dla uczniów. ‚Szkoła w końcu jest fajna, ale jak długo to potrwa?’ „. Oto jego fragmenty i link do pełnej wersji:
[…] W I LO im. Staszica w Zgierzu wychowawcy mają przyzwolenie, wręcz nakaz, żeby wychodzić z uczniami na dwór, gdy tylko się da. Z polonistką zrobili więc śniadanie na trawie. Przygotowali coś do jedzenia, zorganizowali piknik, jednocześnie nie zapomnieli o podstawie programowej. Temat lekcji? Natura jako motyw tekstów kultury.
W ramach historii klasa chodzi do muzeum, ale nie tylko oglądać eksponaty. Młodzież sama pomaga przygotowywać wystawy. Szkoła zaprosiła też młodszych uczniów, ósmoklasistów, na Festiwal Nauki. Uczniowie będą mogli skorzystać z zajęć z różnych przedmiotów, np. na chemii zobaczą eksperymenty, na polskim porozmawiają o mitologii w popkulturze, a na geografii omówią piosenkę jednego z raperów o podróżach.[…]
–Lekcje były luźniejsze, było dużo rozmowy, każdy nauczyciel pytał, jak się czujemy z tym, że wróciliśmy do szkoły – opowiada o pierwszych dniach w ławce szkolnej Emilia, licealistka z XXI LO. A Hania dodaje: – Zero stresu.[…]
Jak powrót do szkoły widzą uczniowie? Zwracają uwagę też na to, że teraz w końcu można porozmawiać i podyskutować z nauczycielem, nawet odchodząc od tematu lekcji. […]
Czytaj dalej »

fot. Unsplash[www.dadhero.pl]
Wczoraj udostępniliśmy tekst, który „Portal Samorządowy” uznał, że jest na tyle istotny dla szerokich kręgów społeczeństwa, aby zamieścić go i udostępnić te informacje swoim czytelnikom. Dziś będziecie mogli porównać, czym w tym samym czasie żyli redaktorzy „równoległego” portalu „Serwis Samorządowy PAP”
Otóż portal ten zamieścił wczoraj tekst Aleksandry Banasik, zatytułowany „Spada liczba nauczycieli WDŻ; MEiN chce zmienić przepisy”. Oto ten tekst, bez skrótów:
Placówki doskonalenia nauczycieli będą mogły prowadzić kursy kwalifikacyjne z zakresu wychowania do życia w rodzinie – przewiduje projekt rozporządzenia Ministerstwa Edukacji i Nauki. To reakcja na ubytek kadr.
Chodzi o nowelizację rozporządzenia Ministra Edukacji Narodowej z dnia 28 maja 2019 r. w sprawie placówek doskonalenia nauczycieli. Resort planuje rozszerzyć katalog kursów kwalifikacyjnych, które mogą być prowadzone przez te placówki.
Projektowane rozporządzenie wprowadza możliwość prowadzenia kursów kwalifikacyjnych w zakresie wychowania do życia w rodzinie (WDŻ), a także przygotowania pedagogicznego dla nauczycieli prowadzących zajęcia edukacyjne artystyczne w szkołach artystycznych.
Umożliwienie prowadzenia kursów z popularnie zwanego WDŻ spowodowane jest „zauważalnym spadkiem” liczby nauczycieli prowadzących takie zajęcia.
„W ciągu ostatnich dwóch lat ubyło prawie 3500 nauczycieli posiadających kwalifikacje do prowadzenia zajęć z wychowania do życia w rodzinie, w tym ponad 2700 nauczycieli ze szkół podstawowych” – wylicza ministerstwo. O ile we wrześniu 2018 r. takich nauczycieli było w systemie informacji oświatowej 20,7 tys., o tyle w ubiegłym roku już tylko 17,2 tys.
Według resortu na spadek liczby nauczycieli posiadających kwalifikacje do prowadzenia zajęć z WDŻ w rodzinie wpływa m.in. fakt, że obecnie tylko nieliczne uczelnie realizują kształcenie nauczycieli przygotowujące do prowadzenia tych zajęć.
„Gwarantem wysokiej jakości organizowanych kursów kwalifikacyjnych jest możliwość ich prowadzenia wyłącznie przez akredytowane placówki doskonalenia nauczycieli” – podkreśla MEiN.
Źródło: samorzad.pap.pl
x x x
Wszystkim czytelnikom, którzy nie śledzą na co dzień sytuacji w tym obszarze szkolnej edukacji proponujemy kilka, niestety „nie pierwszej świeżości” tekstów na ten temat:
Czytaj dalej »

Bardzo serdecznie zapraszamy Was na Dni Centrum Edukacji Obywatelskiej. Nasze wydarzenie online skierowane jest do nauczycieli, nauczycielek, dyrektorów, dyrektorek, uczniów i uczennic oraz wszystkich zainteresowanych mądrą edukacją.
Podczas spotkania podzielimy się z Wami doświadczeniami z całorocznej pracy naszych w programach, z których korzysta około 40 tysięcy nauczycieli oraz dyrektorów z około 10 tysięcy szkół z całej Polski.
Porozmawiamy o najskuteczniejszych metodach nauczania oraz poruszaniu z uczniami tematów kluczowych dla ich dobrego funkcjonowania we współczesnym świecie.
Motywem przewodnim wszystkich spotkań będzie w tym roku wspólnota.Będziemy rozmawiać o jej różnych aspektach. Tym, co łączy nas z innymi, może być klasa, szkoła, najbliższa okolica, kraj czy planeta, na której mieszkamy.
Oczywiście szczególne miejsce poświęcimy wspólnocie szkolnej: nauczaniu i (d)ocenianiu, rozmowie, wzajemnym relacjom, włączaniu wszystkich uczniów i uczennic w życie szkoły.
Dołączajcie do wydarzenia: https://fb.me/e/1pq7oFsKei nie czekajcie z rejestracją na webinaria i konferencje, która najbardziej Was interesują.
Danuta Sterna zamieściła 24 maja na swoim blogu „Oś Świata” bardzo interesujący tekst:

Rysunek: Danuta Sterna
Naprawiać, czy przyspieszać?
Liczne badania edukacyjne wskazują na to, że postępy uczniów zmniejszyły się podczas pandemii. Powszechnie mówi się o konieczności naprawienia, powrotu do omówienia pojęć i kształcenia umiejętności, których uczniowie nie opanowali w poprzedniej klasie. Zachęcam do zapoznania się z inna strategią, możliwe, że będzie użyteczna od września.
Rysuje się jednak inna strategia, którą można nazwać – przyspieszeniem. Polega ona na realizacji bieżącego programu danej klasy przy jednoczesnym wracaniu tylko do tych treści z poprzedniego okresu, które są niezbędne do kontynuacji.
Chodzi o to, aby można było realizować dalej program i uniknąć sytuacji, w której uczniowie mający luki, uczą się osobno i nie realizują programu.
Dotychczasowe doświadczenia z „przyspieszeniem” pokazują, że można zrealizować więcej i uczniowie mają mniej trudności z nauką.
Przeprowadzono badania na ponad 50 000 uczniach klas III-V, którzy objęci byli programem „Zearn” (więcej w linku poniżej), polegającym właśnie na przyspieszeniu. Wszyscy uczniowie biorący udział w badaniu stracili w 2020 roku, co najmniej jedną trzecią treści matematycznych.
Czytaj dalej »

Wczoraj na „Portalu Samorządowym” zamieszczono informacje, zatytułowaną „Edukacja włączająca? Dobrze, ale jeszcze nie teraz”. Oto jej obszerne fragmenty i link do pełnej wersji:
Związek Nauczycielstwa Polskiego zamierza 1 czerwca rozpocząć zbieranie podpisów pod petycją dotyczącą wstrzymania prac nad projektowanymi zmianami w edukacji włączającej i poddanie ich rzeczywistym konsultacjom. W liście, skierowanym dziś do premiera, związkowcy wskazują, że ogólnodostępne placówki nie są do tego przygotowane – brakuje w nich pedagogów, psychologów, logopedów i terapeutów. Niewielu nauczycieli potrafi pracować z dziećmi wymagającymi specjalistycznego wsparcia.
ZNP chce wstrzymać prace nad projektem edukacji włączającej, którego pilotaż ma już ruszyć już 1 września.
Związkowcy obawiają się, że szkoły i placówki ogólnodostępne nie będą w stanie zapewnić dzieciom ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi odpowiednich warunków do nauki.
Zdaniem ZNP wdrożenie programu edukacji włączającej wymaga dalszych konsultacji – m.in. dlatego, że wiąże się z dużymi wydatkami, o których nikt nie mówi.
Czytaj dalej »

Foto: www.wachtyrz.eu
Marcin Polak – twórca i redaktor portalu EDUNEWS.PL
Wczoraj (26 maja 22921r) Marcin Polak zamieścił na redagowanym przez siebie portalu EDUNEWS artykuł, zatytułowany „Edukacja zdalna zredukowała myślenie o nauce?”
Sytuacja starszych uczniów w szkołach podstawowych jest może poważniejsza niż można było sądzić. Miesiące izolacji oraz zanurzenia w małych i dużych ekranach zrobiły swoje. Raczej in minus. Narzucenie odgórnie takiego modelu zdalnej edukacji, w którym uczniowie są zmuszeni codziennie, zgodnie z planem lekcji, do kilkugodzinnego wpatrywania się mniej lub bardziej monotonne wystąpienia i filmiki nie wpłynęło dobrze na uczenie się. Chyba wielu młodych (zwłaszcza tych w trudnym okresie dojrzewania) straciło resztki chęci do nauki.
Problem ma zasięg globalny, gdyż spadek motywacji do nauki jako skutek pandemii jest dostrzega znany także w innych krajach. Badań naukowych jeszcze nie ma i przez wiele miesięcy nie będzie, więc na razie można opierać się na opiniach i obserwacjach nauczycieli. Być może to, co teraz obserwujemy, to dopiero czubek góry lodowej. Może minąć wiele miesięcy, zanim ujawnią się kolejne (ukryte) deficyty w nauce.
Uczniom się na serio nie chce myśleć. Już nie czytać. Nie mówić. Nie pisać. Ale myśleć! – zauważa jedna z nauczycielek po powrocie uczniów do ławek szkoły podstawowej.
Robiłem dziś mapę myśli w 7 klasie. Mądre chłopaki. Tragedia – mapy wyszły jak w przedszkolu… – zauważa nauczyciel informatyki.
Dzieciaki zapomniały troszkę, jak to jest w szkole i czeka ich długa droga, zanim wejdą na właściwe tory. U mnie dzisiaj się śmiali, że zapomnieli, jak się pisze... – mówi nauczycielka angielskiego.
Na forach i w grupach społecznościowych sporo jest takich odczuć nauczycieli po pierwszych dniach w klasach. Czy w Waszych szkołach obserwacje są podobne?
Długotrwałe przebywanie w onlajnach (najczęściej w trybach równoległych: „grający” monitor z wykładem nauczyciela, a równoległe czatowanie i rozmawianie z kolegami i koleżankami), brak umiejętności samodzielnego uczenia się (dość powszechnie kulejąca kompetencja), a nieraz i fizyczna izolacja od rówieśników, mogły wpłynąć i zapewne wpłynęły na motywację do nauki. Tylko niektórzy skorzystali na trybie online (na szczęście znamy sporo budujących przypadków), ale wygląda na to, że dla wielu uczniów edukacja zdalna była jednak (zbyt) dużym wyzwaniem i istnieje ryzyko, że to był jednak bezpowrotnie stracony czas.
A może obserwujemy globalne zjawisko „spłycenia umysłów”, o którym już dekadę temu pisał Nicolas Carr w „Płytkim umyśle”?
Przyzwyczailiśmy się do ciągłego strumienia informacji, a nasza uwaga podąża dziś głównie za nowościami. W ten sposób tracimy jednak to, co stanowi o głębokim myśleniu – możliwość podjęcia świadomej decyzji, o czym w ogóle chcemy myśleć – pisze Nicolas Carr na łamach najnowszego numeru miesięcznika ZNAK.
Jak zapomnimy, jak myśleć, czy grozi nam powrót do średniowiecza?
Źródło: www.edunews.pl
Na portalu Prawo.pl zamieszczono dziś ważną informację: „Szkolenia dla nauczycieli wyłączone z zakazu zgromadzeń”. Oto jej pełna treść:


W Dzienniku Ustaw opublikowano 25 maja br. zmienione rozporządzenie Rady Ministrów w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii. Wchodzi ono w życie z dniem następującym po ogłoszeniu, czyli w środę 26 maja.
Nowa regulacja wprowadza wyjątek od zakazu zgromadzeń dotyczącego organizowania zajęć szkoleniowych dla nauczycieli związanych z zapobieganiem wśród dzieci i młodzieży negatywnym skutkom pandemii wywołanej zakażeniami wirusem SARS-CoV-2, prowadzonym na podstawie programów i przedsięwzięć ustanawianych przez ministra edukacji i nauki lub zadań zleconych przez ministra na podstawie przepisów ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce.
Rozporządzenie umożliwia ponadto m.in. prowadzenie przez biblioteki publiczne i naukowe działalności polegającej na organizacji spotkań i wydarzeń. Warunkiem jest zapewnienia udziału nie więcej niż 15 osób, przy zachowaniu odległości 1,5 m pomiędzy uczestnikami; zakrywania nosa i ust oraz niespożywania napojów i posiłków.
Źródło: www.prawo.pl/oswiata/
Tekst Rozporządzenia Rady Ministrów z dnia 25maja2021r.zmieniające rozporządzenie w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii – TUTAJ
Komentarz redakcji:
Niestety, decyzja ta nie dotyczy wszelkich szkoleń dla nauczycieli, a jedynie szkoleń, związanych z zapobieganiem wśród dzieci i młodzieży negatywnym skutkom pandemii wywołanej zakażeniami wirusemSARS-CoV-2, prowadzonych na podstawie programów i przedsięwzięć ustanawianych przez Ministra Edukacji i Nauki lub zadań zleconych przez Ministra Edukacji i Nauki
Dzisiaj, w miejsce publikacji czy multimediów, zamieszczamy apel Centrum Edukacji Obywatelskiej:

Weź udział w badaniu i opowiedz o pierwszych dniach w stacjonarnej szkole!
Szanowni Państwo,
powrotowi do stacjonarnej szkoły towarzyszą rozmaite emocje, wyzwania i zadania. By skutecznie wspierać Was w radzeniu sobie z nimi, chcemy dowiedzieć się więcej o Waszych doświadczeniach z pierwszych dni w szkole.
Przygotowaliśmy krótką (10 minut) anonimową ankietę:
– dla nauczycielek i nauczycieli – TUTAJ
–dla uczniów i uczennic(z kl. 6-8 szkoły podstawowej oraz szkół średnich) – TUTAJ
Prosimy Was o jej wypełnianie (bez względu na to, czy bierzecie udział w naszych programach, czy nie) oraz przekazanie wszystkim zainteresowanym nauczycielkom, nauczycielom oraz młodym ludziom.
Dzięki wypełnieniu ankiety:
– pomożecie nam udoskonalić oferowane przez nas wsparcie,
– przyczynicie się do tego, że głos nauczycieli, nauczycielek oraz uczniów i uczennic będzie silniej słyszany w rozmowie o edukacji.
Źródło: www.ceo.org.pl/aktualnosci