Dzisiaj na stronie MEiN zamieszczono informację, zatytułowaną „Podpisano list intencyjny dotyczący współpracy na rzecz edukacji ekologicznej i klimatycznej”. Oto jej obszerne fragmenty i link do pełnej wersji:

 

Screen z relacji filmowej [www.facebook.com/ministerstwo.edukacji.nauki/]

 

Minister Edukacji i Nauki Przemysław Czarnek oraz Minister Klimatu i Środowiska Michał Kurtyka podpisali dziś list intencyjny wyrażający wolę współpracy na rzecz edukacji ekologicznej i klimatycznej.

 

W uroczystości wziął udział również Pełnomocnik Rządu ds. polityki młodzieżowej Piotr Mazurek oraz Doradca Prezydenta RP Łukasz Rzepecki, a także przedstawiciele środowisk młodzieżowych. Głównym celem podjętej inicjatywy jest zwiększanie świadomości ekologicznej i klimatycznej młodego pokolenia, a także zainicjowanie kolejnego etapu w dotychczasowej współpracy obu resortów.

 

Edukacja ekologiczna i klimatyczna to ważne elementy kształcenia. Chcemy je wzmacniać i promować – podkreślił Minister Edukacji i Nauki. – Warto podkreślić, że wiedza o zasadach zrównoważonego rozwoju jest obecna w prawie oświatowym, a kompleksowo zaprojektowana edukacja ekologiczna to obowiązkowy obszar nauczania wpisany w podstawę programową. Dodatkowo w ramach kierunków polityki oświatowej państwa wyróżniliśmy wzmocnienie edukacji ekologicznej w szkołach i rozwój postawy odpowiedzialności za środowisko naturalne – zaznaczył minister Przemysław Czarnek.

 

Minister Klimatu i Środowiska Michał Kurtyka zwrócił uwagę, że głównym celem tej inicjatywy jest dalsze pogłębianie wiedzy dzieci i młodzieży na temat środowiska naturalnego oraz ochrony klimatu.[…]

 

Minister Piotr Mazurek podkreślił, że wprowadzenie do podstawy programowej wiedzy z zakresu edukacji ekologicznej jest spełnieniem jednego z najważniejszych oczekiwań młodych ludzi, które zgłaszali w czasie trwających konsultacji rządowej strategii na rzecz młodego pokolenia. […]

 

 

List intencyjny dotyczący współpracy na rzecz edukacji ekologicznej i klimatycznej

 

Czytaj dalej »



Dzisiaj (17 sierpnia 2021 r.) na fesbukowym profilu Tomasza Tokarza znaleźliśmy taki post, który koresponduje z informacjami o tym, jakie zmiany w kanonie lektur są przygotowywane w MEiN *:

 

 

Od wczoraj znowu wrzenie na forach nauczycielskich dotyczące zmian w kanonie lektur.

 

Nie chce mi się po raz 254 powtarzać, że ma żadnego nowego kanonu. Nie wprowadzono żadnych znaczących zmian do zbioru lektur obowiązkowych. Niczego nie wycofano (tu akurat szkoda).

 

Modyfikacje dotyczą tylko tzw. propozycji. Jakie to ma znaczenie skoro i tak nauczyciel może wprowadzić dowolne teksty kultury. I na tym polega problem. Na połączeniu anaflabetyzmu funkcjonalnego, wąskich horyzontów i mentalności funkcjonariusza, który wykonuje polecenia.

 

Bo czytam wciąż:

 

„Nie będę mogła teraz omawiać książki X!”

 

„Wycofano daną lekturę, a była wartościowa – to skandal!”

 

„Pozbawiono uczniów możliwości kontaktu z wartościowymi dziełami”

 

Tu chodzi o urzędniczą mentalność, która polega na myśleniu tym, że jeśli nie ma czegoś w wykazie lektur obowiązkowych to… się tego, nie robi. CZEMU? Nie wiadomo.

 

 

Czy dlatego, że robi się tylko to, co minister każe?

 

Skoro nauczyciel może realizować dowolne dzieło – to jakie ma znaczenie, co znika z kanonu???

 

I tak ROBISZ CO CHCESZ!

 

Dopóki nikt nic nie dołoży do lektur obligatoryjnych (a nic nie zostało dołożone) – Twoja wolność rośnie! Skorzystaj z niej – warto.

 

 

*Zobacz: „Zmiany w kanonie lektur – rozporządzenie podpisaneTUTAJ

 

 

Pod tym wpisem pojawiło się kilka komentarzy. Oto niektóre z nich:

 

 

Marta Jermaczek-Sitak

Nie kumam, czemu nauczyciel nie może tych niefajnych lektur omówić w kilka minut, a poświęcić więcej czasu na to, co ciekawe.

 

Monika Małecka

Też nie jestem w stanie pojąć, o co tyle krzyku. Na forach polonistycznych aż wrze, a przecież wykaz lektur uzupełniających można mieć w nosie. W podstawie jest zwrot „lub inne utwory literackie i teksty kultury wybrane przez nauczyciela” i nadal można czytać choćby Kleinbaum, a odrzucić Wojtyłę (uff, na szczęście).

 

Agnieszka Kwaśniewska

Tak naprawdę wszystko zależy od nauczyciela. Nie ma co się przejmować i trzeba robić swoje. Osobiście bardzo mi się podoba i uczniom też ,, Robinson Crusoe.

 

 

Źródło: www.facebook.com/tomasztokarzIE



Portal „POLSKA TIMES” zamieścił dzisiaj (16 sierpnia 2921 r.) zapis wywiadu z ministrem Przemysławem Czarnkiem. Oto jego fragmenty i link do pełnej wersji:

 

Foto: Adam Jankowski[www.polskatimes.pl]

 

Przemysław Czarnek – Minister Edukacji i Nauki na stanowisku pracy

 

[…]

 

Lidia Lemaniak: – Czy na tę chwilę – w związku z sytuacją koronawirusową – na sto procent uczniowie szkół podstawowych i ponadpodstawowych wrócą do nauki stacjonarnej od 1 września?

 

Przemyslaw Czarnek: – Nie zmienia się nic w stosunku do tego, co nastąpiło 25 czerwca – nie będziemy wydawać żadnego nowego rozporządzenia – wszyscy uczniowie i wszyscy nauczyciele wracają stacjonarnie do szkół. […]

 

 

-Co musiałoby się stać, żeby decyzja o powrocie od 1 września do nauki stacjonarnej została zmieniona, czyli żeby uczniowie zostali odesłani na naukę zdalną?

 

Musiałaby się dramatycznie pogorszyć sytuacja pandemiczna i zbliżyć się do tej, którą mieliśmy podczas trzeciej fali, tzn.: przepełnione szpitale, karetki oczekujące w kolejkach z osobami chorymi na Covid-19, mnóstwo osób umierających każdego dnia i dziesiątki tysięcy zakażeń. Do tego musiałaby dojść rekomendacja służb medycznych, z ministrem zdrowia na czele oraz decyzja premiera – to są te warunki, którym w żaden sposób minister edukacji i nauki nie może się sprzeciwiać. Dzisiaj w ogóle nie przewidujemy takiej sytuacji. Jesteśmy w stałym kontakcie z Ministerstwem Zdrowia, czwarta fala nadejdzie, ale nie przewidujemy takich perturbacji, jak przy trzeciej fali. […]

 

 

-Czy jest Pan zwolennikiem obowiązkowych szczepień przeciwko Covid-19 dla nauczycieli?

 

Nie, nie jestem. Powtarzam – nauczyciele wykazali się wielką odpowiedzialnością i blisko 80 proc. środowiska nauczycielskiego jest już zaszczepionych. Przy tym poziomie zaszczepienia wśród nauczycieli, nie potrzeba absolutnie żadnego obowiązku. Jest mnóstwo grup społecznych, które mają dużo słabszy poziom zaszczepienia i tam się skupmy na ewentualnym obowiązku, a nie w szkole.

 

 

-A obowiązkowe szczepienia wśród dzieci?

 

W ogóle nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Dzieci będziemy zachęcać, będziemy tworzyć punkty szczepień w szkołach, jeśli dyrektorzy będą sobie tego życzyć, a rodzice będą chcieli dzieci szczepić. Ale absolutnie nie ma mowy o żadnym obowiązku i żadnego podziału na dzieci zaszczepione i niezaszczepione też nie będzie. […]

 

 

-Przejdźmy teraz do nauczycieli. Kiedy obejmował Pan tekę ministra edukacji i nauki, za jeden ze swoich celów postawił Pan sobie przywrócenie prestiżu tego zawodu. Co już w tym temacie udało się zrobić i jakie są najbliższe plany?

 

Plany są bardzo ambitne. Rozwiązania legislacyjne są już w części gotowe. Brakuje tylko woli współpracy związków zawodowych z ministrem. Zanim zaczęły się rozmowy na temat statusu nauczyciela w grupach, to związkowcy je zbojkotowali i wyszli. To trudne do zrozumienia, bo związki zawodowe nie są same dla siebie, tylko są dla nauczycieli. My chcemy rozmawiać o propozycjach kierunkowych, w ramach których chcielibyśmy wypracować końcowe, korzystne dla nauczycieli rozwiązania. Ta sytuacja, w której rozmowy zostały zignorowane, pokazuje, jakie są przynajmniej niektóre związki zawodowe w Polsce – są same dla siebie. To jest przykre dla wielu nauczycieli, z którymi rozmawiam, bo to nie jest moja ocena. Te związki mnie nie reprezentują. Ale propozycje są, a trzy z nich trzeba wprowadzić natychmiast.

 

 

-Jakie to propozycje?

 

Po pierwsze – tutaj już jest gotowy akt prawny i za chwilę będzie wydawany – rozporządzenie ewaluacyjne. Chcemy zdjąć z nauczycieli wszystkie te koszmarne obowiązki biurokratyczne, które powodowały, że nauczyciele mieli mnóstwo nikomu niepotrzebnej pracy i ją wykonywali. Były to obowiązki biurokratyczne generowane ewaluacją zewnętrzną i wewnętrzną, czyli zarówno przez kuratoria oświaty (w mniejszości), jak i dyrektorów szkół. Dyrektorzy na podstawie rozporządzenia, wymagali od nauczycieli sprawozdań, ankiet i Bóg wie czego jeszcze. Kuriozalną sytuacją było sprawozdanie, którego życzył sobie dyrektor szkoły – przez litość nie powiem której – od nauczyciela wychowana fizycznego. Było to sprawozdanie z nauki skoku przez kozła w trybie zdalnym. To mogłoby być częścią jakiegoś kabaretowego przedstawienia, a takie sytuacje naprawdę się zdarzają. Zdjęcie biurokracji z nauczycieli ograniczy obowiązki, których wypełniać nie powinni. Po drugie – w ślad za tym nauczyciele powinni być bardziej dostępni dla uczniów. Sytuacja, w której rodzic ucznia klasy siódmej czy ósmej, musi uczyć się podstaw fizyki, żeby obrobić pracę domową ze swoim dzieckiem, jest sytuacją absolutnie niedopuszczalną. Rodzice chcą, aby szkoła uczyła, a nie wymagała od rodziców, aby sami się uczyli, żeby przekazać wiedzę swoim dzieciom. Nauczyciel ma być dla ucznia, a nie dla biurokracji. Po trzecie – wynagrodzenia. Mniej biurokracji, więcej pracy z uczniem i zdecydowanie większe wynagrodzenia – to wszystko jest w komplecie naszych propozycji zmian kierunkowych w statusie zawodowym nauczyciela. To wszystko trzeba wprowadzić już od przyszłego roku i najpóźniej od 1 września 2022 roku, muszą w całości obowiązywać, bo prestiż zawodu nauczyciela musi być radykalnie podniesiony. Zawód nauczyciela ma być zdecydowanie bardziej atrakcyjny, żeby trafiali do tego zawodu absolwenci uczelni jeszcze lepsi niż dzisiaj.

 

 

-Coś jeszcze?

 

Czytaj dalej »



Piszę ten felieton szczególnego dnia, w równie szczególnym tygodniu. Dwa słowa są przebojem tych dni: reasumpcja i kumulacja. To pierwsze zrobiło karierę dzięki naszej starej znajomej, koleżance, nauczycielce historii w szkołach w Jaworze, która zrobiła o wiele większą karierę od innej belferki – „pani od niemieckiego” w krakowskim I LO im. B. Nowodworskiego, która co prawda nazywana jest „pierwszą damą”, ale nie jest – tak jak pani marszałek Elżbieta Witek – „drugą osobą w państwie”.

 

To co pani marszałek Witek zrobiła w środę 11 sierpnia przejdzie do historii, jako majstersztyk w żonglowaniu regulaminem Sejmu dla przeforsowania woli Prezesa. Jako że wszyscy którzy to czytają doskonale wiedzą co działo się w siedzibie polskiego parlamentu przy Wiejskiej owego wieczora nie muszę nic więcej pisać.

 

Ale dlaczego uważam, ze drugim słowem tego tygodnia jest kumulacja? Bo w piątek – nomen omen – 13-ego, media doniosły, że w losowaniu Eurojackpot, w którym skumulowała się rekordowa kwota wygranej – w przeliczeniu na naszą walutę – 410 mln zł, padły dwie wygrane: jedna w Polsce a druga w Finlandii. Każda z tych osób stała się posiadaczem kwoty 206 550 000 zł, oczywiście pomniejszonej (w przypadku Polski) o 10-o procentowy podatek, co oznacza, że ktoś z województwa śląskiego stał się tego dnia multimilionerem, posiadającym kapitał w wysokości ok. 186 mln zł.!

 

Dziś jest także kumulacja dwu świąt: państwowego – Święta Wojska Polskiego i święta kościelnego – Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny. Gdy to piszę wiem tylko, że z okazji tego pierwszego nie odbędzie się tradycyjna defilada – jak poinformował minister Błaszczak – z powodu pandemii. Widziałem także wiernych uczestniczących w obchodach tego drugiego święta – pod Jasną Górą w Częstochowie i wnioskuje, że tam jakimś cudem pandemia nie jest groźna – nikt nie stał w tym tłumie z maseczką na twarzy! O przekazie słownym podczas wystąpień „osób znaczących” na każdym z tych obchodów nie będę się wypowiadał – uczynią to lepiej zawodowcy w wolnych mediach…

 

O czym więc będzie w moim felietonie? O ambiwalencji. To znaczy o tym z jakimi to ambiwalentnymi uczuciami przyszło mi się zmierzyć, kiedy dowiedziałem się o najnowszej decyzji niemiłościwie nam (ludziom oświaty) panującego ministra Czarnka. A takie sprzeczne uczucia wzbudziła we mnie informacja z 10 sierpnia o tym, że został powołany zespół roboczy dla wypracowania rządowego programu wsparcia Młodzieżowych Drużyn Pożarniczych.

 

Tak naprawdę pierwszym moim komentarzem do tej wiadomości był tytuł, jakim opatrzyłem ten materiał, zamieszczając go w OE: MEiN inwestuje w przyszłość… Przyszłość wyborów na wsiach i małych miasteczkach…Już te słowa sygnalizują moją negatywną oceną tego przedsięwzięcia. Znając dotychczasowe przykłady wykorzystywania przez aktualnie rządzących każdej okazji „dojścia” do różnych środowisk dla budowania sobie poparcia w najbliższych wyborach, nie mam cienia wątpliwości, że po Kołach Gospodyń Wiejskich, właśnie Ochotnicze Straże Pożarne we wsiach i małych miastach (po wypchnięciu z nich PSL) są takim środowiskiem kupowania sobie poparcia. A teraz wymyślili sobie, że trzeba jeszcze zainwestować w młode pokolenie. Bo Związek Harcerstwa Rzeczypospolitej gromadzi ten typ młodzieży głównie w dużych miastach, a koła ministrantów to zbyt „elitarne” formuły indoktrynowania młodych ludzi. I nie ma tam dziewcząt…

 

Niech nikogo nie zwiedzie deklaracja, że to wsparcie ma tam trafiać wyłącznie po to, aby Młodzieżowe Drużyny Pożarnicze „mogły prowadzić zajęcia z pierwszej pomocy oraz uczestniczyć w przedsięwzięciach, których celem jest poznawanie kultury i historii swojego regionu.” W tym ostatnim sformułowaniu zakamuflowana jest wszak znana nam panaczarnkowa wizja tej historii i tradycji. Bo inaczej nie podkreśliłby, że ich działalność powinna mieć systematyczny charakter, że mu bardzo zależy, by spotykali się nie tylko okazjonalnie w związku z zawodami strażackimi, ale na zbiórkach cały rok.”

 

I to są powody, które stały się źródłem moich emocji sprzeciwu, woli wyrażenia protestu, delikatnie to określając – niechęci….

 

A gdzie ta ambiwalencja uczuć?

 

Otóż czytając tamtą informację o wsparciu dla Młodzieżowych Drużyn Pożarniczych natychmiast przypomniałem sobie pierwsze miesiące mojej przynależności do ZHP na Nowym Złotnie – peryferyjnej dzielnicy Łodzi. Wtedy to, w ramach naszej 60 LDH, powstał zastęp pożarniczy, którego zostałem członkiem. Naszą „bazą” co prawda nie była OSP, ale jednostka Zawodowej Straży Pożarnej, która właśnie wtedy zaczęła swą działalność w świeżo zbudowanym obiekcie przy ul. Czołgistów. Jej pracownicy prowadzili z nami szkolenia p.pożarowe, udostępnili nam hełmy, pasy i toporki strażackie. A raz w roku, w maju, z okazji Dnia Strażaka, na zabytkowym samochodzie z wysuwaną drabiną, uczestniczyliśmy w paradzie po ulicy Piotrkowskiej.

 

Do dziś pamiętam te chwile, jak bardzo było to dla nas atrakcyjne, ale także jak mocno „wdrukowały się” (przynajmniej w moją) pamięć otrzymywane tam nauki. Ale choć to były lata 1958/1959, czasy PRL, nikt przy tej okazji nie przekonywał nas do panującej wtedy w Polsce władzy.

 

I to było to drugie, przeciwstawne poprzednio opisanemu, uczucie: sentymentalnej życzliwości do projektu, że także i dziś chłopcy i dziewczęta będą mogli, choć w takie formule, realizować swe dziecięce marzenia: „kim chciałbyś zostać”…

 

I tak – jak to powyżej udokumentowałem – „przepracowałem” moje spontaniczne ambiwalentne stany emocjonalne, podtrzymując tylko jedną emocję: sprzeciwu i protestu!

 

 

Włodzisław Kuzitowicz



Osiem lat w akademickim świecie. Od dumy do rozczarowania

 

O tym, że nie tylko dydaktyką i pracą naukową żyłem w czasie pracy na UŁ

 

Zgodnie z zapowiedzią, którą zakończyłem poprzednią część moich wspomnień – Esej wspomnieniowy IV.3. O studenckich obozach naukowych, zapraszam do ich kolejnego fragmentu, którego tematem jest moja, prowadzona równolegle z pracą nauczyciela akademickiego, działalność społeczna.

 

Zacznę od opowiedzenia o mojej aktywności świeżo upieczonego magistra pedagogiki w roli – jak to się wówczas określało – prelegenta Towarzystwa Wiedzy Powszechnej. Wielu z czytających tę informację ma prawo mieć bardzo złe konotacje tego stowarzyszenia – jako „miękkiej” przybudówki propagandowej ówczesnej władzy. Nie przecząc tej opinii, muszę jednak powiedzieć, że – jak wszystko – także i to czym konkretnie zajmowały się poszczególne oddziały TWP zależało od osób nimi kierujących. I właśnie w Łodzi ton nadawali ludzie, którzy w ramach w jakich przyszło im działać – robili dobrą robotę.

 

Wszystko zaczęło się od tego, że podczas studiów była ze mną na roku koleżanka, która pracowała w biurze łódzkiego oddziału TWP przy ul.Piotrkowskiej. I to ona namówiła mnie, abym po ukończeniu studiów odwiedził ją tam – bo oni rozwijają właśnie nurt pracy oświatowej z rodzicami łódzkich szkół (pedagogizacja rodziców) i poszukują osób dobrze przygotowanych merytorycznie do prowadzenia pogadanek – nie tylko z rodzicami, ale i uczniami – na różne, intreresujące te środowiska, tematy. W ofercie chcieliby mieć także odczyty, wspierające nauczycieli w ich pracy wychowawczej

.

Jeszcze jesienią 1975 roku złożyłem wizytę w siedzibie Łódzkiego Oddziału TWP gdzie zostałem przedstawiony jego prezesce, którą okazała się… moja znajoma, była komendantka Hufca ZHP Łódź-Widzew (z pierwszych lat po reaktywowniu ZHP w 1956 roku)  – Freda Sołtysiak. Od razu dostałem konkretne propozycje tematów oraz adresy placówek, do których będę umawiał się na spotkania. Moją pierwszą prelekcję odbyłem w świetlicy środowiskowej na Chełmach pod Zgierzem. Słuchaczami byli okoliczni mieszkańcy w „wieku rodzicielskim”, a mówiłem – tak to dziś pamiętam – „o rozsądnym wspieraniu ich dzieci w roli ucznia”.

 

Muszę jeszcze wyjaśnić, że realizacja zadań prelegenta TWP, choć w swych funkcjach miała charakter działalności społecznej, to – w potocznym tego słowa znaczeniu – „społeczną” nie była, gdyż wygłoszenie prelekcji było usługą płatną. Każdy prelegent, dostając „zlecenie” konkretnej prelekcji, otrzymywał jednocześnie druk „delegacji”, na której były wymienione: adres, termin i temat prelekcji, oraz pozostawione miejsce na potwierdzenie jej przeprowadzenia – podpisem osoby upoważnionej oraz pieczątką instytucji, na terenie której ona się odbyła.Nie były to duże kwoty, z tego co pamiętam – dwadzieścia kilka złotych…

 

Ale nie ze względu na te pieniądze stałem się stałym i „pracowitym” prelegentem. Po prostu – każda prelekcja był swoistą premierą w teatrze „jednego aktora”. Nawet jeśli wygłaszałem kilka (a bywało, że kilkanaście, a nawet więcej) prelekcji na ten sam temat – każda z nich była do innej „widowni”, towarzyszyły jej różne okoliczności, inne były reakcje słuchaczy. I za każdym razem było to dla mnie wyzwaniem, było źródłem adrenaliny. A ta, jak wiadomo, potrafi uzależniać.

 

Niezbyt obciążający tygodniowy plan zajęć na uczelni stanowił dodatkową okoliczność sprzyjającą mojej tewupowskiej aktywności. Mogłem wieczorami upowszechniać kulturę pedagogiczną wśród rodziców uczniów, ale także nie miałem trudności, aby przyjmować zamówienia na prelekcje przedpołudniowe: do uczniów – podstawówek, liceów i zawodówek, a także wygłaszać pogadanki do nauczycieli na zebraniach rad pedagogicznych tych szkół.

 

Bardzo szybko wyrobiłem sobie markę „wziętego” prelegenta, zwłaszcza wtedy, gdy podjąłem się tematów, które – i w tamtych czasach – były swego rodzaju „gorącym kartoflem”: „Problemy dojrzewania” – w ostatnich klasach szkół podstawowych, i „Wychowanie seksualne” – w szkołach ponadpodstawowych. Prelekcje na takie tematy były bardzo chętnie zamawiane przez szkoły, bo niewielu nauczycieli było przygotowanych do tej problematyki, a także – bardzo często – krępowali się oni rozmawiać ze swoimi uczniami na „te” tematy. Zanim ja podjąłem się roli prelegenta z tego obszaru tematycznego – TWP poszukiwało prelegentów wśród lekarzy. A tych – z przygotowaniem z zakresu seksuologii – też prawie nie było. A jeśli już podejmowali się tego zadania lekarze innych specjalności, najczęściej interniści, to później do TWP docierały dość krytyczne recenzje, że „mówią fachowym, niezrozumiałym dla dzieci językiem”, że „wypowiadają się wyłącznie na tematy fizjologii organów płciowych”, że „nie chcą odpowiadać na większość zadawanych przez uczniów pytań”.

 

Wyjaśnię jeszcze jak do tego doszło, że akurat do mnie (wszak nie seksuologa) skierowano ofertę podjęcia się tych tematów prelekcji. Otóż wszystkiemu była winna owa pracująca w TWP koleżanka ze studiów, której jeszcze wtedy opowiedziałem o przypadku nastoletniego chłopca z „mojego” domu dziecka, którego przyłapano na podglądaniu dziewczynek w WC, z którym odbywałem wizyty u doktora Barczewskiego w poradni seksuologicznej, i o tym, że częste wizyty tam składane spowodowały moje zainteresowanie problematyką okresu dojrzewania oraz, że – dzięki wskazówkom doktora – przeczytałem wtedy wiele wartościowych, popularno-naukowych książek na ten temat. A ona te opowieści zapamiętała i teraz, w sytuacji kierowanych przez szkoły zapotrzebowań na prelekcje o tej tematyce, przypomniała sobie o tym. Więcej o owej historii z domu dziecka –TUTAJ

 

W okresie dwudziestu kilku lat mojej prelegenckiej aktywności takich spotkań z obszaru wychowania seksualnego odbyłem kilkaset…

 

Ale nie tylko na „te tematy” wygłaszałem prelekcje. Bardzo lubiłem i chętnie podejmowałem się spotkań, także cyklicznych, w których realizowałem misję „pedagogizacji rodziców”. Były takie szkoły, które zapraszały mnie na kolejne „okresowe” wywiadówki. Były one organizowane w ten sposób, że rodzice, zanim poszli na spotkanie z wychowawcą klasy swojego dziecka, uczestniczyli w ogólnym zebraniu, organizowanym zazwyczaj w szkolnej sali gimnastycznej. A tam, po krótkim wystąpieniu „dyrekcji” szkoły i organizacyjnych komunikatach Komitetu Rodzicielskiego – czekałem już ja, z kolejną pogadanką…

 

I muszę jeszcze pochwalić się odniesionym w tej działalności sukcesem. Otóż Zarząd Główny TWP zorganizował konkurs na najlepszą prelekcję. Namówiono mnie, abym do niego przystąpił. Pamiętam, że na ten konkurs przygotowałem prelekcję pt. „Czy to musiało się tak skończyć”. Adresatami byli rodzice jednej z „moich” szkół, a przekaz owej pogadanki dotyczył problemu samobójstw wśród dzieci i młodzieży oraz sposobów zapobiegania im. Powiem krótko: Moja prelekcja w ocenie trzyosobowej komisji konkursowej (która in corpore uczestniczyła w spotkaniu w tylnym rzędzie) zdobyła w ich ocenie maksymalną liczbę punktów i w konsekwencji zajęła pierwsze miejsce! W skali ogólnopolskiej było tylko kilka takich wyróżnień…

 

Oprócz nagrody finansowej, owocem tego sukcesu było włączenie mnie do grona „zespołu konsultantów”, co obok prestiżu i bywaniu na ogólnopolskich spotkaniach tychże, skutkowało zwiększoną stawką wynagrodzenia za każdą prelekcję…

 

No i nie będę krył, że moja działalność w TWP została doceniona poprzez przyznanie mi w 1982 roku Srebrnej Odznaki Honorowej „Zasłużony Popularyzator Wiedzy TWP:

 

 

Już po zakończeniu pracy na UŁ stałem się łódzkim specjalistą od jeszcze jednego tematu prelekcji. Była nim problematyka narkomanii wśród młodzieży – w wydaniu „jak nie dać się wkręcić w branie”. Ale o tym opowiem więcej w kolejnej części moich wspomnień (w części V – z lat 1983 – 1988), bo jest o czym opowiadać…

 

x            x           x

 

Jeśli ma się w swej osobowości „gen społecznego ADHD”, to długo nie wytrzyma się bez możliwości „rozładowania” tej potrzeby aktywności. Tak było i ze mną w czasie funkcjonowania w społeczności nauczycieli akademickich Instytutu Pedagogiki i Psychologii UŁ. Wystarczyły dwa lata, a ja dałem się namówić na pełnienie funkcji Zakładowego Społecznego Inspektora Pracy – funkcji, na którą jest się wybieranym przez ogół pracowników – członków związku zawodowego. W tamtym czasie jedynym związkiem zawodowym, do którego należeli nieomal wszyscy pracownicy IPiP, był Związek Nauczycielstwa Polskiego. I to właśnie oni wybrali mnie na zwołanym w tym celu zebraniu, na okres 4 lat, takim SIP-owcem. Nie pamiętam czyj to był pomysł – kto mnie zgłosił…

 

Jednak abym mógł swoje nowe obowiązki wykonywać kompetentnie, zostałem wysłany na specjalne – chyba dwutygodniowe – szkolenie. Pamiętam, że odbywało się ono w jakimś ośrodku w Wieliczce. Nie wnikając w merytorykę tego „dokształtu” powiem, że nie byłbym sobą, gdybym nie skorzystał z tej szansy, aby najpierw zwiedzić słynną kopalnię soli, ale także – i to nie jeden raz – pobliski Kraków.

 

Samo pełnienie obowiązków SIP-owca nie było zbyt angażujące czasowo i emocjonalnie. Nie przypominam sobie żadnego „wypadku przy pracy”, a okresowe przeglądy stanowisk pracy były tylko cykliczną formalnością.

 

x           x           x

 

Kolejną opowieścią o mojej, wykraczającej poza obowiązki pracownika naukowo-dydaktycznego, działalności będzie historia mojej niespodzianej „kariery” w PZPR i jeszcze szybszego i definitywnego jej końca. Z dalekosiężnymi konsekwencjami tegoż.

 

Czytaj dalej »



Foto: Jakub Czermiński /Fotorzepa[www.rp.pl]

 

Dariusz Piontkowski – od 23 października 2020 r Sekretarz Stanu w MEiN – autor odpowiedzi na pytania ZG ZGW

 

 

Nawiązując do zamieszczonej we wtorek (10 sierpnia 2021r.) informacji o przesłaniu przez Związek Gmin Wiejskich RP do MEiN pytań dotyczących projektu zmian Prawa oświatowego, przekazujemy fragmenty informacji, jaka wczoraj pojawiła się na oficjalnej stronie ZGW:

 

Odpowiedź MEiN na pytania ZGW RP ws. ustawy o zmianie ustawy – Prawo oświatowe oraz innych ustaw

 

W okresie opiniowania bardzo kontrowersyjnego projektu ustawy o zmianie ustawy – Prawo oświatowe oraz niektórych innych ustaw, Przewodniczący ZGWRP wystosował do Ministerstwa Edukacji i Nauki, za pośrednictwem Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego szereg pytań natury prawnej i technicznej.

 

Od odpowiedzi na te pytania uzależniona była opinia ZGWRP dotycząca projektu ustawy j.w. Jest to o tyle istotne, gdyż to reprezentant ZGWRP – Pani Anna Grygierek, Wiceprzewodnicząca ZGWRP, Burmistrz Strumienia, jest w ramach Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego Współprzewodniczącą Strony Samorządowej Zespołu ds. Edukacji, Kultury i Sportu.

 

W dniu dzisiejszym Ministerstwo przesłało odpowiedzi na zadane przez nas pytania. W celu indywidualnej oceny treści pytań i udzielonej na nie odpowiedzi zapraszamy do analizy dwóch dokumentów załączonych dokumentów.

 

 

Pytania ZG ZGW do MEiN  –  TUTAJ

 

 

Odpowiedzi MEiN na pytania ZG ZGW  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.zgwrp.pl

 

x           x           x

 

 

Informację o odpowiedzi MEiN na pytania ZG ZGW zamieścił dziś Serwis Samorządowy PAP. Oto jej obszerne fragmenty. Podkreślenia fragmentów przytoczonego tekstu – redakcja OE:

 

Czytaj dalej »



Foto: John D. & Catherine T. MacArthur Foundation[www.behavioralscientist.org]

 

Angela Duckworth – profesor nadzwyczajny psychologii na University of Pennsylvania

 

 

Portal <Bankier.pl> zamieścił dzisiaj (13 sierpnia 2021r.) artykuł pt. „Młodzież ucząca się zdalnie gorzej radzi sobie emocjonalnie, społecznie i edukacyjnie”, będący streszczeniem raportu z badania, przeprowadzonego przez zespół uczonych z Uniwersytetu Pensylwanii w Stanach Zjednoczonych pracujących pod kierunkiem prof. Angeli L. Duckworth, którego celem było pozyskanie informacji o tym w jaki sposób nauczanie online mogło wpłynąć na młodzież w innych sferach życia niż edukacja, szczególnie z perspektywy nastolatków.

 

Oto obszerny fragment tej publikacji – podkreślenia i pogrubienia czcionek we fragmentach przytoczonego tekstu redakcja OE:

 

[…] Badacze przeanalizowali dane od ponad 6,5 tys. uczniów szkół średnich. Młodzież wypełniała ankiety w lutym 2020 r., gdy pojawiły się pierwsze niepokoje związane z rozprzestrzenianiem się wirusa i ponownie w październiku 2020 r., gdy już panowała pandemia. W czasie drugiego badania 2,3 tys. uczniów uczęszczało do szkoły stacjonarnie, a 4,2 tys. uczyło się w domu.

 

Uczniów pytano o ich doświadczenia w trzech sferach – społecznej, emocjonalnej i szkolnej. Dzięki uzyskanym informacjom badacze byli w stanie porównać dobrostan wśród uczniów korzystających z nauki zdalnej i tych, którzy uczęszczali do niej stacjonarnie. Pod uwagę wzięto też takie zmienne jak jak płeć, status społeczno-ekonomiczny i średnią ocen.

 

Wyniki wyraźnie pokazały, że uczniowie uczący się zdalnie wykazują gorsze wyniki we wszystkich badanych sferach – społecznej, szkolnej i emocjonalnej – w porównaniu z młodzieżą, która mogła uczęszczać na lekcje w szkole. Uczniowie uczący się w domach czuli mniejszą więź z rówieśnikami, nie czuli się częścią społeczności szkolnej i zgłaszali mniejsze wsparcie ze strony dorosłych. Odczuwali też więcej emocji negatywnych (np. smutku), a mniej pozytywnych, takich jak radość. Entuzjazm związany ze szkołą również był znacznie niższy – uczniowie uczący się zdalnie uważali, że są mniej zdolni i mają mniejsze szanse na osiągnięcie sukcesu.

 

Warto zaznaczyć, że zauważone różnice w dobrostanie uczniów i ich samopoczuciu ujawniły się głównie u starszej młodzieży. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że dopiero co rozpoczęli naukę w szkole średniej, lub też ze względu na utrudnienie utrzymywania bezpośrednich kontaktów z rówieśnikami, co w tym wieku ma szczególne znaczenie.

 

Opracowujemy programy interwencyjne i naprawcze, które, owszem, są bardzo ważne dla wsparcia młodzieży, ale musimy zdać sobie sprawę że młodzież to po prostu cierpiący młodzi ludzie mówi Duckworth. – Zaspokojenie ich wewnętrznych potrzeb psychologicznych w zakresie więzi społecznych, pozytywnych emocji i zaangażowania w naukę jest wyzwaniem, z którym musimy się zmierzyć” – dodaje. […]

 

 

 

Źródło: www.bankier.pl

 

 

 

Link do oryginalnego tekstu na stronie Educational Researcher TUTAJ

 



Foto: www.taniaksiazka.pl/

 

Okładka książki Zofii Kossak „Pożoga. Wspomnienia z Wołynia 1917-1919”

 

Na portalu < wnp.pl > (ale nie tylko tam) zamieszczono dzisiaj (11 sierpnia 2021r.) informację: „Czarnek: Jesteśmy na końcowym etapie tworzenia rozporządzenia dotyczącego kanonu lektur”. Oto jego fragment – podkreślenia fragmentów przytoczonego teksu – redakcja OE:

 

Szef MEiN Przemysław Czarnek w wywiadzie opublikowanym w środę wieczorem w wPolityce.pl odniósł się m.in. do zmian w szkolnym kanonie lektur.

 

Jesteśmy na końcowym etapie tworzenia rozporządzenia dotyczącego kanonu lektur, głównie zmienionego w obszarze lektur uzupełniających, w bardzo minimalnym zakresie w obszarze lektur obowiązkowych. Tego nie robi minister edukacji, tylko zespół ekspertów specjalnie do tego powołanych. Teraz po zakończeniu konsultacji przyjrzę się wszystkim opiniom i podejmę ostateczną decyzję” – powiedział Czarnek. W jego ocenie to, że na liście lektur brakowało do tej pory Zofii Kossak-Szczuckiej,* „to był błąd, który naprawiamy„. […]

 

Screen ze strony www.wpolityce.pl

 

 

Szef MEiN dodał, że uzupełnienie kanonu lektur jest po to, żeby nadrobić dwie dekady straconego czasu, w którym – według Czarnka – karmieni byliśmy pedagogiką wstydu zamiast dumy, która powinna nas charakteryzować. […]

 

 

 

Źródło: www.wnp.pl

 

 

 

*Zobacz także:

 

Portal <OKOpress> – „Pożoga” Kossak-Szczuckiej na liście lektur. Barbarzyńscy chłopi, źli Żydzi i szlachetni polscy panowie”TUTAJ

 

Portal <wPolityce.pl> – „OKO.press atakuje ministra Czarnka. Powód? Na nowej liście lektur Kossak-Szczucka, Wojtyła i Sienkiewicz. Odpadł Kołakowski” – TUTAJ

 



 

W Dzienniku Ustaw opublikowano wczoraj (10 sierpnia 2021r.) jednolity tekst rozporządzenia Ministra Edukacji Narodowej w sprawie wymagań, jakim powinna odpowiadać osoba zajmująca stanowisko dyrektora oraz inne stanowisko kierownicze w publicznym przedszkolu, publicznej szkole podstawowej, publicznej szkole ponadpodstawowej oraz publicznej placówce.

 

W rozporządzeniu uwzględniono zmiany wprowadzone rozporządzeniem Ministra Edukacji Narodowej z dnia 28 sierpnia 2019 r. zmieniającym rozporządzenie w sprawie wymagań, jakim powinna odpowiadać osoba zajmująca stanowisko dyrektora oraz inne stanowisko kierownicze w publicznym przedszkolu, publicznej szkole podstawowej, publicznej szkole ponadpodstawowej oraz publicznej placówce (Dz. U. Poz. 1661).

 

 

Tekst obwieszczenia i załącznik z tekstem jednolitym – TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.samorzad.pap.pl

 



 

31 lipca 2021zamieściliśmy fragmenty posta z bloga Roberta Raczyńskiego „Eduopticum”, zatytułowany „Podstawy współczesnej pedagogiki”. Jak można było w tamtym tekście przeczytać, autor już wówczas zapowiedział, że to dopiero początek „większej całości”:

 

W tym i trzech następnych wpisach, chciałbym przyjrzeć się wybranym, pseudonaukowym korzeniom pedagogicznych mitów, dobrym, bo modnym trendom, niezweryfikowanym koncepcjom i narzędziom, które stały się tak popularne i wpływowe, że ich kwestionowanie może na przykład stać się przyczyną niezdanego egzaminu, nieprzychylnej oceny dorobku zawodowego (a w mniejszej skali, przeprowadzonych zajęć) lub ostracyzmu w miejscu pracy.”

 

Najwyższy czas, abyśmy udostępnili owe trzy zapowiedziane teksty. Oto ich fragmenty i linki do pełnych wersji na stronie bloga „Eduopticum”. Pogrubienia czcionek i podkreślenia fragmentów cytowanego tekstu – redakcja OE:

 

 

5 sierpnia 2021 r. – „Zmiana ci wszystko wybaczy”

 

Charakterystyczną dla pop-pedagogiki i jej mesjaszy, a zupełnie obcą działaniom naukowym strategią, jest zestawianie ekstremów, tworzenie sztucznych opozycji i wyciąganie z nich rzekomo wiążących wniosków. Wszystko jest tam czarne lub białe i jedno wyklucza drugie, tak jak w przypadku wspomnianych już miękkich i twardych kompetencji.

 

Jak motywacja wewnętrzna uznana została za tę jedynie słuszną, to mimo zmiany warunków i okoliczności, jakakolwiek zewnętrzna jest już obrazą dla podmiotu. Skoro bezpośrednie nauczanie jest na cenzurowanym, to jedyne, do czego bywa jeszcze przydatne, to regulamin pracowni chemicznej. Analogicznie, jeśli nauczycielska instrukcja werbalna jest niezalecana i ma być ograniczana, to nauczyciel powinien tak zorganizować zajęcia, by uczeń zasady dynamiki sformułował sobie sam, bo w końcu, jeśli Newton mógł, to dlaczego nie kto inny? Każde zdarzenie edukacyjne musi być sprowadzone albo do praktycznego banału, albo do absurdu – jeśli np. do zebrania informacji o patronie przydała się metoda projektu, to z pewnością sprawdzi się również przy czytaniu lektury. […]

 

Niespójność i niekonsekwencja to znak firmowy wielu pedagogicznych poczynań. Na przykład, wspomniany już Hattie (nie uwziąłem się na niego, jest po prostu osobą uważaną w środowisku za prominentnego badacza) wyraża poparcie dla bezpośredniego nauczania. Jak mu się to nie kłóci z nieistotnością wiedzy nauczyciela, doprawdy nie wiem, ale w tym przypadku nikt się tym jakoś nie ekscytuje i nie podkreśla na każdym kroku – pedagogika nigdy takimi drobiazgami się nie przejmowała, a środowisko jej teoretyków ma raczej wybiórcze, czytaj praktyczne, podejście do jej założeń – co z grubsza pasuje do przyjętej ideologii, jest nagłaśniane, co byłoby niewygodne, zostaje zapomniane. Delikatnie mówiąc, w pedagogicznych dociekaniach, najważniejsza jest słuszna teza, której, wobec wsparcia ponowoczesnej publiczności, nie trzeba nawet zbyt usilnie dowodzić – wystarczy słowo-klucz: Zmiana!

 

Warto przez chwilę zastanowić się, skąd wzięła się nieprawdopodobna popularność i nośność tego jakże bojowego, wręcz rewolucyjnego zawołania. Dlaczego coś ewoluującego dotąd w tempie zgodnym z dynamiką realnego rozwoju społecznego, co działało i jakoś tam sprawdzało się przez tysiąclecia, raptem musi ustąpić, i to w wyniku rewolucyjnego przewrotu? Dlaczego dotychczasowe tempo przemian w edukacji przestało wystarczać? Żeby było jasne, nie pytam, dlaczego w szkole nie bije się już dzieci, ani dlaczego uznaliśmy, że w toku procesu edukacyjnego, to ich rozmaicie pojmowane dobro jest najważniejsze – zaryzykuję twierdzenie, że to nie luminarze pedagogiki to sprawili, a historyczny proces dojrzewania społeczeństwa do takich idei. To prawda, że nasz gatunek jest niezmiernie ekspansywny i zawsze musi sprawdzić, co jest za następnym wzgórzem, jednak w wymiarze jednostkowym jesteśmy dość konserwatywni i dążymy raczej do homeostazy, małej stabilizacji jak długo się da, skąd więc ta nagła potrzeba wywracania do góry nogami naturalnego porządku uczeń-mistrz, który spokojnie doprowadził nas do małego kroku Armstronga?

 

Prawdziwą przyczyną była obserwacja nieskuteczności szkoły, w konfrontacji z rosnącymi oczekiwaniami emancypującego się przedmiotu/podmiotu jej działań, który do pewnego momentu niewiele poza prostą alfabetyzacją od szkoły wymagał. Wraz z umasowieniem szkolnictwa, szybko okazało się, że możliwości nauczanych pozostają z grubsza takie same, ale pretensje do społecznego awansu (jeszcze z edukacją związanego) nieproporcjonalnie się zwiększają. Wraz ze wzrostem dobrobytu społeczeństwa industrialnego, edukacja, początkowo kulturo- i elitotwórcza, traciła swe podstawowe funkcje na korzyść usprawiedliwiania i formalizowania tego awansu. Paradoksalnie, demokratyzacja oświaty, kojarzona przecież z cywilizacyjnym postępem, stała się nie tyle przyczyną upowszechnienia, co swoistej ochlokracji wykształcenia. W świecie kultury Zachodu, edukacja stała się taką samą oczywistością, co ogólnie dostępne dobra konsumpcyjne, czy służba zdrowia. I tu docieramy do sedna problemu. Podczas gdy za chleb i mleko trzeba jednak z reguły zapłacić i naprawdę trzeba się postarać, by znaleźć kogoś, kto nie chce być zdrowy, wykształcenie, jako tani abstrakt, łatwo jest rozdawać, nawet tym, którzy nie wyciągają po nie ręki. […]

 

No cóż, nie trzeba być Kenem Robinsonem, ani innym światłym wykładowcą na YouTube University, żeby udzielić szybkiej, celnej i oczekiwanej odpowiedzi: Tempo przemian w naszym sztucznym środowisku stało się tak szybkie, że przekroczyło zdolności adaptacyjne gatunku i jakiekolwiek próby intelektualnego nadążenia za nim są z góry skazane na niepowodzenie; co więcej, równie szybkie i iście rewolucyjne zmiany dokonują się na rynku pracy, poddając w wątpliwość zasadność nabywania specyficznych, konkretnych umiejętności. Wszystko to prowadzi do oczywistego wniosku, że nie ma sensu próbować zdobywać jakiejkolwiek wiedzy, gdyż jest ona obecnie dostępna na zawołanie (trzeba jedynie mieć taką potrzebę i umieć to zrobić – taki drobiazg) i tylko wtedy jest w miarę aktualna – pracę i powodzenie mogą nam więc zapewnić tylko kompetencje ludzkie (wiadomo, że podłogi myją skrzaty): kreatywność, współpraca w zespole, nawiązywanie i utrzymywanie relacji, analiza i selekcja informacji, radzenie sobie w zmiennych warunkach, etc. Trzeba natychmiast zmienić ten dziewiętnastowieczny system edukacji, bo zginiemy!

 

Prawda, że oczywiste? Jasne. […]

 

x           x           x

 

5 sierpnia 2021 r. „Projekt inteligentny inaczej”

 

Czy, zanim wspomniany na końcu poprzedniego wpisu moment nastąpi, dzisiejszej pedagogice wystarczy czasu, by zrozumieć, że rozmaite kompetencje są komplementarne i faworyzowanie jednych kosztem drugich jest krótkowzroczne? Nie założyłbym się o to. Zbyt wielu już ludzi zaangażowanych w edukację nie rozumie, że jakąkolwiek wiedzę buduje się na innej wiedzy, a nie algorytmie wyszukiwarki. Zbyt wielu nie rozumie wielu innych rzeczy.

 

Czytaj dalej »