
Archiwum kategorii 'Felietony'
Dzisiaj będzie o tym, że kluczem do sukcesu polskiej szkoły są nie komputery, a nauczyciele, a właściwie ich kompe- tencje, w które winni być wyposażani już na etapie przygotowania do tego zawodu. Dlaczego akurat o tym? Jak zawsze – inspiracja przyszła z zewnątrz.
Podczas sobotniego, porannego spaceru z moją goldenką wysłuchałem w Radiu Tok FM wywiadu z prezesem Związku Nauczycielstwa Polskiego Sławomirem Broniarzem. Ten pełniący już piątą pięcioletnią kadencję lider lewicowego związku nauczycielskiego, nie wszyscy wiedzą – absolwent pedagogiki na Uniwersytecie Łódzkim (promotorem jego pracy magisterskiej był prof. Bogusław Śliwerski), został zaproszony przed mikrofony TOK FM z okazji przewidywanej na ponad 20 tys.uczestników manifestacji nauczycieli, jaka miała tego dnia przejść ulicami Warszawy. Mnie z tego co tam usłyszałem zainteresowała pierwsza część owego wywiadu, w której pan prezes mówił: [Jest to zapis z nagrania dźwiękowego zamieszczonego na stronie http://audycje.tokfm.pl/audycja/131]
Jakość edukacji stoi na polskim nauczycielu. […] Nie mamy powodu by mówić, ze ta edukacja czymś co nas kompromituje […], skoro co roku minister edukacji narodowej bierze udział w szczycie dwudziestu najlepiej edukujących państw świata. […] Od roku dwutysięcznego do dzisiaj, jak pokazują badania PISA, poczyniliśmy ogromne postępy. Nie znaczy to, że nie mamy mankamentów. Jednym z istotniejszych mankamentów jest sposób kształcenia nauczycieli w warunkach polskich, ale muszę powiedzieć, ze poza ZNP nikt nie chce z nami na ten temat rozmawiać. Nauczyciel jest solą, istotą, najważniejszym elementem systemu edukacyjnego, systemu oświaty, więc nie ulega wątpliwości, że jego poziom przygotowania zawodowego, jego warunki pracy, jego wynagrodzenie, otoczenie w którym on funkcjonuje, także prawo lokalne stanowione przez władze samorządowe, warunki funkcjonowania szkoły, także kapitał kulturowy rodziców […], to wszystko wpływa na jakość. […]
Witam Szanownych Czytelników moich felietonów po dwutygodniowej przerwie. Tym razem nie mam wątpliwości – w dzisiejszym felietonie podzielę się z Wami informacjami, które wyjaśnią skąd wziął się tytuł „Aktualności” z 7 kwietnia: „Kropla drąży kamień. Nareszcie ewaluacja bez etykietowania”. Przypomnę, że pod tym tytułem zamieszczona została notatka o tym, ze MEN przekazało do konsultacji społecznych rozporządzenie, regulujące sprawowanie nadzoru pedagogicznego. W projekcie tym jest m.in. zawarta pewna zmiana w dotychczas obowiązujących procedurach ewaluacji zewnętrznej, polegająca na tym, iż rezygnuje się z określania poziomu spełniania wymagań: niski, podstawowy, średni, wysoki, bardzo wysoki, którym odpowiadają symbole literowe E, D, C, B, A. W dołączonym do projektu uzasadnieniu napisano:
Z dotychczasowych doświadczeń wynika, że ocena w skali często nie służy poprawie pracy szkoły i jej rozwojowi. Koncentruje uwagę rady pedagogicznej na trafności przypisanej szkole oceny, odwracając uwagę od refleksji nad pracą szkoły i tworzenia planu jej rozwoju. […] Rezygnacja z przypisywania liter pozwoli również na ograniczenie obserwowanego zjawiska rankingowania szkół na podstawie wyników nadzoru pedagogicznego.
Nie mogę powstrzymać się od wyrażenia w tym miejscu satysfakcji z faktu, że od początku powstania obowiązującej już szósty rok procedury ewaluacji pracy szkół, przedszkoli i placówek oświatowo-wychowawczych należałem do jej zdecydowanych i konsekwentnych krytyków. I to także moje publikacje, te sprzed ponad pięciu lat, ale i ta sprzed roku, były tymi kroplami, drążącymi skałę samozadowolenia ministerialnych decydentów – twórców owej, sprowadzonej niemal do absurdu, zbiurokratyzowanej procedury diagnozowania i opisywania jakości pracy edukacyjnej szkół i placówek.
Najpierw przywołam fragment felietonu, zatytułowanego ”Komu tak naprawdę służy ankietowo-sondażowy nadzór?”, jaki został opublikowany w kwietniowym numerze ”Głosu Pedagogicznego” z 2014 roku:
Z wydarzeń minionego tygodnia najintensywniej pobudziła moje refleksyjne myślenie notatka na stronie MEN o tym, że pani minister edukacji wizytowała 27 marca Małopolskę, a konkretnie uczestniczyła w konferencji „Miejsce doradztwa zawodowego w systemie edukacji – nowa perspektywa finansowa”, która odbyła się w Krakowie w ramach trwających tam Targów Edukacyjnych – Festiwal Zawodów w Małopolsce.
Co w tym jest takiego, co zasłużyło na komentarz? Otóż uwagę moją przykuło to, jak pani minister uzasadniła swoją tam wizytę. Każe mi to inaczej spojrzeć na dokonania naszego łódzkiego podwórka. A powiedziała tam pani minister te oto słowa: „Chwalę się Małopolską wszędzie. To tutaj wykonano fantastyczną pracę, jeśli chodzi o szkolnictwo zawodowe. Inni dopiero zaczynają to, co u was od dawna funkcjonuje.” A ja, łodzianin nieświadomy tych krakowskich osiągnięć, żyłem dotąd w przekonaniu, że to Łódź jest liderem wszystkiego co nowe i wartościowe w polskim szkolnictwie zawodowym. Wszak od lat utwierdzano w tym, nie tylko mnie, na wszystkich kolejnych evntach organizowanych przez Łódzkie Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego. Aż tu nagle taki szok!
Tym razem nie mam żadnych wątpliwości – skomentuję jedno wydarzenie minionego tygodnia: współzorganizowaną przez Zarząd Okręgu Łódzkiego ZNP i ŁCDNiKP konferencję „Kształcenie zawodowe uczniów z niepełnosprawnością intelektualną w świetle przemian i oczekiwań rynku pracy” – którą w znacznej części jej przebiegu obserwowałem.
Pierwsza refleksja dotyczy jej współorganizatora – Zarządu Okręgu Łódzkiego ZNP. Zastanowiło mnie, co spowodowało tak wielkie zaangażowanie tego nauczycielskiego związku zawodowego akurat w tą – co by nie powiedzieć – niszową problematykę, jaką jest kształcenie zawodowe uczniów z niepełnosprawnością intelektualną. Z wielką uwagą wsłuchiwałem się w powitalne wystąpienie pana Marka Ćwieka – Prezesa Zarządu Okręgu Łódzkiego ZNP, oczekując, że tam znajdę tego wyjaśnienie. Niestety, choć dowiedziałem się , że nie jest to działanie incydentalne, bo ZOŁ ZNP był głównym organizatorem podobnych debat w latach poprzednich: w 2013 była to debata „Szanse, zagrożenia w edukacji uczniów z niepełno sprawnościami” a 2014 – „Efektywne kształcenie osób z niepełnosprawnościami szansą na ich sukces zawodowo-społeczny”, nie dowiedziałem się czemu związkowcy są tak zainteresowani kształceniem uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi.
I dopiero kilkakrotne odczytanie owej ostatniej formuły określania uczniów – nazwijmy to – nie w pełni sprawnych, których specjalne potrzeby edukacyjne wynikają z – przez całe dziesięciolecia określanych jako niepełnosprawności, mające swe źródła w wadach słuchu (ślepota, niedowidzenia), wzroku (głuchota, niedosłuch), w upośledzeniach umysłowych różnych stopni, czy inwalidztwie narządów ruchu, pozwoliły mi połączyć kilka jeszcze innych zjawisk w jeden obraz współczesnej rzeczywis- tości polskiego podsystemu szkół specjalnych i wysnuć z tego pewne przypuszczenia. Przecież od kilku już lat wdrażany jest w Polsce, przy niemałym nakładzie sił i środków Państwa, popularny w krajach Unii Europejskiej nurt edukacji włączającej. Jak wiadomo, polega ona na włączaniu dzieci ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi w normalny nurt kształcenia. W Polsce edukacja włączająca jest mylona z edukacją integracyjną.
Już raz miałem taką sytuację, że w niedzielę nie bardzo dysponowałem czasem na spokojne napisanie felietonu, gdyż także w niedzielę upływał termin, na który obiecałem pewnej redakcji posłać artykuł do drukowanego periodyku. Dziś mam sytuację podobną – także jeszcze nie ukończyłem obiecanego naczelnemu „Liberte” tekstu.
Przeto przechodzę do rzeczy, z marszu rozprawię się z tematami minionego tygodnia, możliwie w telegraficznym stylu. Prezydent podpisał nowelizację ustawy o systemie oświaty – nic tu do komentowania. Czy to dobrze czy źle – pożyjemy, zobaczymy. Rada Ministrów przyjęła harmonogram wydatków na tegoroczną realizację zadań planowanego na lata 2014-2016 programu „Bezpieczna i Przyjazna Szkoła” w wysokości 6 mil. zł. – i tak nigdy nie dowiemy się w której szkole i na jak długo zrobiło się za te pieniądze bezpieczniej. To, że pani minister edukacji z ZNP nie zasiadła do rozmów, a z nauczycielską „Solidarnością” zasiadła – także niewiele w sytuacji pani minister i nauczycieli zmienia. Tak czy siak podwyżek nie będzie, za to będą protesty! Tego, że jedna z najbardziej aktywnych w poszukiwaniu partnerów wśród pracodawców szkoła zawodowa podpisała kolejny dokument, zapowiadający świetlaną przyszłość, jak i dwunastych już z mistrzostw w szybkim czytaniu uczniów podstawówek także nie będę komentował, bo oba te wydarzenia zapewniają godną sobie uwagę „same przez się”!
Jak w każdą od ponad półtora roku niedzielę, także i dziś zasiadłem do napisania tego felietonu po dokonaniu przeglądu tematów minionego tygodnia. Odpuszczę sobie i tym razem news’y z ministerialnej strony, bo i co tu komentować: polsko-brytyjskie seminarium na temat szkolnictwa zawodowego, spotkanie Urszula Augustyn – Pełnomocnik Rządu ds. bezpieczeństwa w szkołach z inspektorem Grzegorzem Jachem – pełnomocnikiem Komendanta Głównego Policji oraz inicjatorem i koordynatorem programu „Profilaktyka a Ty”, czy udostępnienie projektu drugiej części bezpłatnego podręcznika do edukacji zintegrowanej, z którego w przyszłym roku szkolnym korzystać mają uczniowie drugich klas szkół podstawowych?
Pomyślałem, ze napiszę o tym, o czym MEN nie zająknął się nawet jednym zdaniem na swej stronie (także na swojej milczy CKE), a co dla znaczącej części Polaków – tych którzy już zdawali egzaminy maturalne, gimnazjalne, ale i sprawdziany szóstoklasisty, a zwłaszcza dla tych którzy do takich egzaminów przystąpią już w tym roku, a także w następnych, zapewne w niemniejszym stopniu dla ich rodziców – co jest dla nich wszystkich czymś bardzo ważnym: o tym jak są organizowane, a zwłaszcza jak sprawdzane wszystkie te egzaminy, o czym raport z kontroli tych procedur opublikowała właśnie Najwyższa Izba Kontroli!
Jeden jest temat, który zalega mi od piątku: Konkurs „Zawody Przyszłości” i wykaz tychże zawodów (w opinii organizatorów tegoż konkursu), zaproponowanych jego gimnazjalnym uczestnikom, jako obowiązkowy zestaw do wyboru.
Nie muszę streszczać o co chodziło w tym konkursie – wszystko można znaleźć w piątkowej relacji. Pomijając ocenę przebiegu tego finału, który odbył się bez widowni, a co za tym idzie – zmarnowano szansę na popularyzację lansowanych tam zawodów, nie zgłębiając pedagogicznych skutków braku pełnej informacji z prac jury konkursowego (wyniki przekazała prowadząca imprezę, nie przewodniczący jury, podała jedynie jakie miejsca zajęły startujące zespoły, nie informując o liczbie zdobytych przez nich punktów), a przede wszystkim nietrudnych do przewidzenia skutków przeniesienia uroczystości wręczenia dyplomów i nagród zwycięzcom na bliżej nieokreślony termin (w końcu czerwca), kiedy to ma się odbyć konferencja podsumowująca prace Ośrodka Doradztwa Zawodowego,(struktura organizacyjna ŁCDNiKP w ramach którego funkcjonuje organizatorka konkursu), zatrzymam dzisiaj uwagę Szanownych Czytelników wyłącznie na merytorycznym ładunku tego eventu.
Niech mi Szanowni Czytelnicy wybaczą, że po raz kolejny będę pisał o szkolnictwie zawodowym. Na moje usprawiedli- wienie nich świadczą dwa, determinujące to moje zainteresowanie, fakty: do 2005 roku, przez 12 lat, byłem dyrektorem zespołu szkół zawodowych, a prawie 54 lata temu ukończyłem Szkołę Rzemiosł Budowlanych, otrzymując dyplom murarza! I co? I w zawodzie murarza nie pracowałem ani jednego dnia… A dyrektorem szkoły, tej samej, w strukturze której działała owa SRB, byłem jako magister pedagogiki. Ale tamte trzy lata w szkole rzemiosł pozwoliły mi na znajdo- wanie wspólnego języka z nauczycielami przedmiotów zawodowych. Także praktycznych.
Co mnie tym razem tak pobudziło do zajmowania Waszej uwagi tym tematem? Nie mogłem nie podzielić się z Wami refleksjami, jakie zrodziły się w mojej głowie podczas czytania informacji o tym, czym zajmuje się pani minister edukacji i zapewne liczne grono jej współpracowników, aby wszem wobec wykazać, jaką wagę przykłada ona i kierowany przez nią resort do idei promowania kształcenia zawodowego – w ramach proklamowanego przez nią roku szkolnego 2014/2015 „Rokiem Szkoły Zawodowców”. Jednym z jego priorytetów miała być współpraca z pracodawcami, dopasowanie kształcenia zawodowego do potrzeb rynku pracy. Już na początku zadeklarowano wszak, że „będziemy aktywnie pośredniczyć we współpracy pracodawców i szkół”.
Pamiętam z lat mojej młodości taki dowcip: „Co się najpierw w Polsce zbiera, gdy nadchodzi czas żniw? – Biuro Polityczne!” Gdy tak obserwuję poczynania naszych współczesnych włodarzy mam wrażenia, że jedyna różnica między starymi a nowymi czasy to terminologia. Teraz nie zwołuje się już co prawda biura politycznego, ale nadal władzy wydaje się, że gdy zorganizuje spotkanie, konferencję, a najlepiej gdy powoła jakiś zespół lub komisję, to problem będzie rozwiązany. Bo jak inaczej można tłumaczyć to zatrzęsienie tego typu eventów, którymi co i rusz MEN chwali się na swojej stronie? Jeszcze nie wszyscy uczestnicy bardzo nagłośnionej uroczystości podpisania porozumienia czterech resortów: gospodarki, pracy i polityki społecznej, edukacji oraz skarbu, którego celem ma być współdziałanie na rzecz rozwoju kształcenia zawodowego, dostosowanego do potrzeb pracodawców (odbyło się 23 stycznia z udziałem prezesów specjalnych stref ekonomicznych i kuratorów oświaty) rozliczyli swoje delegacje, a już w miniony czwartek pani minister Kluzik-Rostkowska zaprosiła przedstawicieli tychże SSE i kuratorów oświaty, aby wygłosić kolejny frazes: „Tylko wtedy kiedy te dwa światy: pracodawcy i szkoły zawodowe zderzą się, możemy zdziałać więcej. Naszą intencją jest ścisła współpraca rynku pracy ze szkołami zawodowymi. To jedyny sposób na to, by przygotować możliwie najlepszą propozycję dla uczniów.” Żeby tylko ktoś sobie w tym zderzeniu guza nie nabił!
Niechaj ten felieton, wieńczący drugi tydzień zimowych ferii w Łodzi i okolicach, nie będzie – wtórnym wszak – powraca- niem do tematu jak uczniowie spędzili ten czas, wolny od szkolnego obowiązku, od szkolnej dyscypliny, od szkolnych… chciałoby się napisać – autorytetów! Po pierwsze dlatego, że nie dysponuję reprezentatywnym materiałem empirycznym, który pozwolił by obiektywnie ocenić jak zadziałał cały, z takim nakładem sił i środków zorganizowany, system oferty wolnoczasowej, a po drugie – co jest już wręcz niemożliwe – nie mam szans dowiedzieć się, jak te swoje ferie oceniają sami zainteresowani.
Dlatego podzielę sie dziś z moimi Czytelnikami kilkoma refleksjami wokół problemu, powracającego co jakiś czas jak przysłowiowy „niezapłacony weksel”, jakim jest ocenianie zachowania uczniów. Od razu przyznam się, że bezpośrednim bodźcem, który spowodował, iż akurat teraz ten właśnie temat zaprzątnął mój umysł, była lektura postu, datowanego na 13 lutego, jaki dziś dopiero przeczytałem na blogu „Pedagog”. Już sam tytuł „Komu należy się nieodpowiednia ocena zachowania?” zmobilizował mnie do wnikliwej jego lektury, a później do włączenia się w wymianę poglądów na opisany tam przypadek.
Miniony tydzień nie należał do najszczęśliwszych. Większość jego dni musiałem przeżyć z awarią na serwerze dostawcy usługi hostingowej, o tyle przykrą, że jej skutkiem był brak możliwości zamieszczanie zdjęć i nieczynna funkcja „Czytaj dalej”. A takie miałem plany: zajrzeć do Pałacu Młodzieży i zrelacjonować to co się tam dzieje podczas ferii, chodziło mi też po głowie aby zwizytować Zimową Szkołę Dziennikarstwa, jaką zorganizowała także w tym czasie Społeczna Akademia Nauk. Nic tych planów nie wyszło, musiałem zmienić koncepcje i skoncentrować się na wyszukaniu w bezmiarze Internetu, wartych przeczytania, artykułów.
A nawiązując do wypracowanej już tradycji komentowania w cotygodniowym felietonie najbardziej zasługujących na to wydarzeń jakie zaszły w obszarze edukacji, nie mogę nie ulżyć sobie na temat tego, co działo się w polskim Sejmie. Piszę z przymiotnikiem, bo Litwini tez mają swój Sejmas. Oczywiście mam na myśli okoliczności, które poprzedziły głosowanie nad ustawą upoważniającą Prezydenta RP do ratyfikowania Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, sporządzonej w Stambule 11 maja 2011 roku, którą Polska podpisała 8 grudnia 2012 r.
Pomijając argumenty, że nie jest nam ona potrzebna, bo mamy wystarczające swoje prawodawstwo w tej materii, że jak dotąd ratyfikowało ja tylko 11 państw Rady Europy (Albania, Księstwo Andory, Austria, Bośnia i Hercegowina, Czarnogóra, Dania, Hiszpania, Portugalia, Turcja, Serbia, i Włochy), a podpisana została, oprócz Polski, przez 22 państwa (w tym 16 członkowskich UE – w tym przez Francję i Niemcy), to najgłośniej podnoszonym powodem, przez przeciwników ratyfikacji przez Polskę tej konwencji był zarzut, że „promuje homoseksualizm i ideologię gender” [Beata Kempa] i że „konwencja nakazuje ślepe zwalczanie tradycji, religii i kultury, która rzekomo determinuje, a nawet prowokuje przemoc”. [Małgorzata Sadurska].

