
Archiwum kategorii 'Felietony'
Co by nie powiedzieć, to miniony tydzień przebiegał w łódzkich szkołach i placówkach w cieniu zbliżających się ferii zimowych. Nie ma co komentować tegorocznych studniówek, bo te – jak choćby ta trzecioklasistów z III LO im. T. Koś- ciuszki w Łodzi, która odbyła się w miniony piątek w Domu Towarzystwa Kredytowego przy ul. Pomorskiej, a nazwana przez autora, kryjącego się pod literkami mek na portalu naszemiasto.pl nie wiedzieć czemu „balem maturalnym” – są imprezami zamkniętymi, odbywającymi się poza terenem szkoły, organizowanymi przez „komitety organizacyjne rodziców”, które w żaden sposób nie mają charakteru imprezy szkolnej. Jako takie nie stanowią obiektu zainteresowania felietonisty OE. Pozostaje skomentować stan gotowości infrastruktury wolnoczasowej naszego miasta do podjęcia zadań oferty zajęć dla dziesiątków tysięcy uczniów łódzkich szkół, pozostających na okres ferii w mieście.
Zacznę od obszernego cytatu artykułu pt. „Mniej pieniędzy na ferie 2015 w Łodzi od UMŁ”, zamieszczonego 22 sty- cznia, na przywoływanym już raz portalu naszemiasto.pl :
UMŁ przekazał mniej pieniędzy na ferie zimowe w Łodzi w 2015 roku. […] UMŁ po raz pierwszy od kilku lat nie wsparł organizacji pozarządowych w przygotowaniu oferty dla dzieci na ferie zimowe. Władze miasta w ogóle nie ogłosiły konkursu na zimowe zajęcia dla organizacji pozarządowych. Rok temu dostały one na ten cel 180 tys. zł.
Nie mogę pozostawić bez rozwinięcia ostatniego akapitu, jakim zakończyła się informacja z czwartku, 22 stycznia, zatytułowana „Brytyjczycy będą budowali edukacyjną drugą Polskę?” oto ten akapit:
I pomyśleć tylko, że zanim rząd premiera Buzka zafundował Polsce reformę systemową szkolnictwa, dziesiątki ministerialnych ekspertów i dyrektorów polskich szkół jeździło na wyjazdy studyjne do Szkocji i Walii…
Doskonale pamiętam ten czas „czterech wielkich reform” rządu premiera Jerzego Buzka, a zwłaszcza reformę, zwaną od nazwiska ówczesnego ministra edukacji „reformą Handkego”. Był to czas mojej szczególnej aktywności i zaangażowania w różne dzieła, których celem było zawsze zmienianie zastanej rzeczywistości, oczywiście głównie edukacyjnej, na lepszą. Nie mówię, że zawsze były to zmiany, które ostały się próbie czasu, ale ten tylko się nie myli, kto nic nie robi!
Niewiele osób dziś pamięta jakimi meandrami wiła się ta nasza edukacyjna rzeka przemian, od skostniałej, scentralizo- wanej i zideologizowanej oświaty PRL-u, do tej dzisiejszej, na której też „psy wieszamy”, ale której już tak bardzo Polacy nie muszą się wstydzić.
Tytuł tego felietonu nie pozostawia wątpliwości o czym będzie dalej. Niech mi Szanowni Czytelnicy wybaczą, że postąpię protekcyjnie: jak dotąd nigdy tematem felietonu nie było pożegnalne wspomnienie zmarłego, łódzkiego nauczyciela. Ale ten Nauczyciel był na tyle niezwykłym, i tylokrotnie moje drogi życiowe przecinały się z Jego drogami, że muszę – do wielu wspomnień, jakie o zmarłym 14 stycznia profesorze Januszu Boisse, emerytowanym nauczycielu geografii w I Liceum Ogólnokształcącym im. M. Kopernika w Łodzi, już powstały i jeszcze powstaną – dołożyć i moje wspomnienia.
Foto: Jakub Milczarek
Strużnica, 1996 rok
To był taki nietypowy, krótki tydzień. Tylko nieliczne szkoły prowadziły w poniedziałek lekcje, większość podjęła normalną pracę dopiero od środy, po święcie Trzech Króli. Ale i w nich, poza codziennością dydaktyki, co najwyżej była szansa opisać ostatnie próby przed jasełkami, jakie w niektórych z nich – przykładowo w SP Nr 36 – odbywały się tym czasie.
Za to w „Centrali”, jak można się było o tym dowiedzieć także z <Aktualności> w OE, co i raz kolejny news: a to objęcie obowiązków i pierwsze publiczne wystąpienia nowej sekretarz stanu i pełnomocniczki ds. bezpieczeństwa w szkołach, a to promocja filmików promujących zawody „dziewczęce dla dziewcząt i chłopięce dla chłopców”, albo jeszcze poważniej – sejmowe prace nad kolejną nowelizacją ustawy o systemie oświaty.
Gdy tak siedzę w to niedzielne popołudnie nad klawiaturą mojego laptopa i rozmyślam nad naszym edukacyjnym podwórkiem, to, nie po raz pierwszy, mam odczucie, że istnieje ono – to podwórko, żeby nie powiedzieć „świat edukacji” – w prawie nie mających ze sobą kontaktu trzech obszarach: tym kreowanym przez polityków, tym, który jawi się z wypowiedzi – rzadziej badań – naukowców i tym funkcjonującym na co dzień w szkolnym realu. Nie po raz pierwszy, gdyż na przełomie 2009 i 2010 roku dałem temu wyraz w opublikowanej w „Gazecie Szkolnej” trylogii „Trzy światy edukacji”. Były to trzy obszerne artykuły, z których pierwszy, zatytułowany „Świat polityki edukacyjnej” ukazał się w „GSz” Nr 50/2009. Oto fragment swoistej introdukcji tego „tryptyku” :
Niech mi Szanowni Czytelnicy wybaczą, ale nie mogę dziś poświęcić tyle czasu co zwykle na pisanie kolejnego felietonu. Powodem jest deadline, który wyznaczyła mi redakcja „Kształcenia Zawodowego” na dosłanie artykułu, tym razem poświęconego kwalifikacyjnym kursom zawodowym jakie od dwu lat mogą być prowadzone dla osób dorosłych, które pragną uzyskać kwalifikacje zawodowe, a które z różnych powodów nie ukończyły bądź nigdy nie uczyły się w szkołach zawodowych. Jednym z podmiotów, które mają prawo takie kursy organizować są publiczne szkoły zawodowe.
Ambitnie postanowiłem, że artykuł będzie oparty o aktualne i źródłowo zebrane informacje, obrazujące stan faktyczny i opinie samych zainteresowanych problemem. Moim pierwszym krokiem w tym kierunku było złożenie 1 grudnia w łódzkiej OKE wniosku w trybie przewidzianym w Ustawie o dostępie do informacji publicznej, z prośbą o dostarczenie mi wykazu wszystkich kwalifikacyjnych kursów zawodowych, oraz podstawowych informacji o nich, jakie na podstawie nałożonego przez Ustawę o systemie oświaty obowiązku zgłoszenia tam w terminie 14 dni od daty rozpoczęcia kursu, w latach 2013 i 2014 Ośrodek pozyskał z terenu województw: łódzkiego i świętokrzyskiego. Już 11 grudnia otrzymałem e-mail z oczekiwanymi załącznikami: wykazami kursów kwalifikacyjnych, których w roku 2013 było 127, a w 2014 już tylko 59!
Także 1 grudnia rozesłałem do wszystkich (a jest ich 19) zespołów szkół zawodowych jakie działają w naszym mieście prośbę o udzielenie odpowiedzi na kilka pytań, zamieszczonych w załączonym kwestionariuszu ankiety. Dotyczyły one oczywiście kwalifikacyjnych kursów zawodowych i uwzględniały zarówna sytuację, gdy szkoła takie kursy prowadziła, jaki przypadki, gdy takich doświadczeń nie ma. Poprosiłem, aby odpowiedzi wpłynęły do 10 grudnia. Jak myślicie, ile otrzymałem zwrotów w tym terminie? Ani jednego!!!
Dobiegający końca świąteczny tydzień nie przyniósł istotnych, godnych komentowania, wydarzeń w edukacyjnym świecie. Jedyny temat, który wywołał u mnie żywą reakcję, to artykuł pt. „Pełnoletni uczeń może spędzać przerwy poza szkołą”, jaki zamieszczono w tych dniach na portalu oswiata.abc . Jest to właściwie promocja publikacji Michała Łyszczarza z najnowszego numeru miesięcznika „Dyrektor Szkoły”. Oto jego fragmenty:
Ustanowienie w szkole zakazu opuszczania w czasie przerw terenu placówki przez ucznia pełnoletniego wydaje się nadmiernym ograniczeniem jego swobody osobistej. Szkoła może wprowadzić takie ograniczenia w sytuacjach wyjątkowych, wyłącznie jeżeli wymagają tego względy bezpieczeństwa.[…] Ograniczenie wolności poruszania się powinno wprost wynikać z regulacji ustawy, tymczasem tak nie jest, bowiem art. 39 u.s.o. nakazuje wyłącznie zapewnienie bezpieczeństwa, to zaś nie musi się wiązać z zakazem opuszczania szkoły.
Warto przeczytać całą tą publikację, gdyż wiedzy prawnej, zawłaszcza tej, która odnosi się do codziennych sytuacji, jakie mają miejsce w szkołach ponadgimnazjalnych nigdy za dużo. Zwłaszcza świadomość konsekwencji, jakie mogą nieść za sobą zdarzenia, w których bierze udział taki uczeń po opuszczeniu terenu szkoły podczas planowych zajęć:
W piątek po raz ostatni w tym roku zadzwoniły dzwonki w polskich szkołach. Ponownie zabrzęczą dopiero 7 stycznia przyszłego roku. Jest tak, jak pamiętam z moich szkolnych czasów: wolne od wigilii do Trzech Króli. Ale było tak tylko do 1960 roku, kiedy to władza ludowa uznała, że świętowanie 6 stycznia nie jest konieczne. Tyle tylko, ze wówczas, gdy także przerwa świąteczna tak długo trwała, nikomu do głowy nie przyszło, aby szkoły organizowały w tym czasie zajęcia świetlicowe, choć były to lata, gdy o wiele więcej matek pracowało – i to często na trzy zmiany. Ale za to prawie zawsze był mróz, leżał śnieg, dzieciarnia z sankami spędzała czas w parkach i na pobliskich górkach, albo przykręciwszy do butów łyżwy – ślizgała się po zamarzniętych sadzawkach i większych kałużach, jakie pozostały po deszczowej jesieni.
Ale to działo się w czasach „słusznie minionych”. Dzisiaj nasze demokratyczne państwo prawa, które zapisało w preambule swej Konstytucji, że uchwalają ją „zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary”, działać powinno zgodnie z treścią i duchem art. 25.3, w którego punkcie trzecim czytamy: „Stosunki między państwem a kościołami i innymi związkami wyznaniowymi są kształtowane na zasadach poszanowania ich autonomii oraz wzajemnej niezależności każdego w swoim zakresie, jak również współdziałania dla dobra człowieka i dobra wspólnego.”
Po co o tym napisałem? Bo od dłuższego czasu obserwuję w naszych szkołach publicznych nasilające się zjawisko zacierania granicy owej konstytucyjnej rozdzielności tego co świeckie od tego co boskie.
Jak poinformowano 11 grudnia na internetowej stronie MEN, „Joanna Kluzik-Rostkowska wzięła […] udział w posiedzeniu Rady Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego. W trakcie spotkania rozmawiano o kształceniu nauczycieli oraz roli samorządu w organizacji edukacji.” Dalej można tam przeczytać przytoczone fragmenty jej wypowiedzi:
„Cieszę się z deklaracji współpracy w kwestii kształcenia nauczycieli. […] Dobre propozycje uzupełniania kwalifikacji są pierwszoplanowe. Chciałabym żeby zawód nauczyciela był elitarny. Będzie się tak działo. Rozmawiamy już jak kształcić nauczycieli inaczej, np. w kwestii radzenia sobie z przemocą w szkole itp. Ktoś kto chce być nauczycielem powinien mieć więcej praktyk.”
Cieszyć może, nie tylko takiego „starego praktyka” jak ja, co to z niejednego pedagogicznego pieca jadł chleb, że szefowa MEN przypomniała temu gremium o pomyśle jakim są szkoły ćwiczeń: „Będą na to pieniądze w nowej perspektywie finansowej. Chcemy, by najlepsze szkoły były szkołami ćwiczeń.”
W miniony piątek, czego dowodem jest bogato ilustrowana relacja, uczestniczyłem w gali, podczas której oficjele i przedstawiciele Zarządu Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Łodzi wręczali nagrody pieniężne (w postaci symbolicznych czeków) laureatom licznych konkursów z dziedziny ekologii i ochrony środowiska. Najważniejszym gościem był na tej fecie Marszałek Województwa Łódzkiego Witold Stępień.(PO) Nikt nie mógł mieć w tej materii wątpliwości, gdyż licznie przybyli uczniowie, ale także nie mniej liczne delegacje przedszkolaków – nie tylko z naszego miasta – były zmuszone czekać na rozpoczęcie uroczystości ponad 15 minut po wyznaczonym czasie, bez słowa wyjaśnienia ze strony organizatorów. Starsi domyślili się powodu spóźnienia, gdy na salę, gorliwie witany przez zajmujących pierwszy rząd gości – wszedł tenże Pan Marszałek. Pierwsza osoba samorządowej władzy wojewódzkiej nie uznała za właściwe przeproszenie zgromadzonych za spóźnienie – ani po wejściu, ani nawet podczas swego oficjalnego wystąpienia.
Mam jeszcze inne, związane z obecnymi tam oficjelami, refleksje. Najpierw okazało się, że na galę z ważnych powodów służbowych nie mógł przybyć osobiście Prezes Zarządu WFOŚiGW pan Tomasz Łysek i że reprezentuje go jeden z czterech zastępców prezesa – pan Wiesław Łukomski. Przypomniałem go sobie, po głosie, że to ten sam Wiesław, którego poznałem przed 24-ema laty w Unii Demokratycznej, jako nauczyciela historii w XXVI liceum Ogólnokształcącym. Potem jego drogi z tą partią się rozeszły, gdy uznał, ze jest ona zbyt mało antykomunistyczna, i przeniósł swą aktywność do tzw. „Inicjatywy ¾” – ruchu sprzeciwu wobec kandydatury Aleksandra Kwaśniewskiego na Prezydenta RP. Kwaśniewski prezydentem został i był dwie kadencje, a ja pana profesora od historii straciłem z oczu. Przyznam, że w piątek przeżyłem szok dwukrotnie: najpierw, gdy zobaczyłem go na scenie Kina ŁDK w tej roli (jak się okazało – „z ramienia” PO), ale i później, gdy już w domu przeczytałem na stronie WFOŚiGW taką o nim notatkę:
Jak szybko ten czas leci… Mam na myśli mój czas subiektywny. Bo to oczywiście ja mam takie wrażenie, jakbym tak niedawno pisał poprzedni felieton, a tu już kolejna niedziela i pora na następny. Ale nie narzekam, bo to oznacza, że moje godziny i dni wypełnione są zajęciami, więc czas mi się nie dłuży. A, warte odnotowania, edukacyjne wydarzenia ubiegłego tygodnia w zasadzie wiernie odzwierciedlają zamieszczane w OE wiadomości i relacje. Z jednym wyjątkiem, któremu poświęcę lwią część tego felietonu.
Tym tematem jest informacja, którą jako pierwsza podała „Gazeta Wyborcza”, o planach resortu edukacji pozbawienia profitów, jakie mają nauczyciele pracujący (niekoniecznie tam mieszkający) na terenach wiejskich, jakie od ponad 30 lat gwarantuje im Karta Nauczyciela. Są to dodatki do pensji (200 – 300 zł miesięcznie) i prawo do (dożywotniego) dysponowania „działką przyzagrodową” o powierzchni 250 m² Jak podaje gazeta przywilej ów dotyczy około 200 tys. nauczycieli.

