Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'

Na dwa tygodnie przed rozpoczęciem kolejnego roku szkolnego powoli wracamy do nasych ulubionych tematów i cenionych autorów. Dzisiaj postanowiliśmy odnotować na „Obserwatorium Edukacji” najnowszy tekst dr Marzeny Żylińskiej, zamieszczony na jej fb profilu wczoraj – 18 sierpnia 2023 roku. Pogrubienia czcionek we fragmentach tekstu – dla podkreślenia ich treści – redakcja OE :

 

 

Wspólnie możemy zadbać o to, by szkoła była dla uczniów, ale również dla nauczycieli i rodziców bardziej przyjaznym miejscem. Dziś zbyt wielu uczniów szkoły nie lubi, albo się jej boi, zbyt wiele osób ze szkół ucieka. Jak to zmienić?

 

Wiele osób słysząc o przyjaznej szkole, zaczyna się bać o wyniki. Zupełnie niepotrzebnie.

 

Neurobiolog Gerald Hüther na spotkaniach z nauczycielami często mówi, że nasz mózg jest najbardziej złożoną strukturą, jaką znamy, ale kieruje się bardzo prostymi zasadami. Jedną z nich jest ta, która mówi: Powtarzaj to, co przyjemne, unikaj tego, co nieprzyjemne.

 

Jeśli ktoś nie rozumie matematyki, boi się jej, a na myśl o kolejnej klasówce boli go brzuch, to nie może uczyć się tego przedmiotu efektywnie.

 

Jeśli chcemy, żeby dzieci i młodzi ludzi, uczyli się w szkole efektywnie, to my, dorośli, musimy zrobić wszystko, żeby właśnie tu dostali wsparcie, którego potrzebują.

 

W najbliższych dniach będziemy pisać więcej o tym, co zrobić, by szkoła była przyjaznym miejscem, w którym uczniowie mogą się efektywnie uczyć.

 

Zbyt wielu uczniów i zbyt wielu nauczycieli ucieka dziś ze szkół, które stają się coraz bardziej opresyjne. Dlatego trzeba zacząć działać. I uczniowie i nauczyciele potrzebują wsparcia, a nie kontroli. Wspólnie możemy to zmienić!

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/marzena.zylinska/

 



Wczoraj (11 sierpnia 2023 r.) dr Tomasz Tokarz zamieścił na swoim fb profilu komentarz do materiału, udostępnionego na portalu Śląskie.pl. Oto ten tekst bez skrótów – podkreślenia i pogrubienia czcionek redakcja OE:

 

 

Czytam o rewolucji (prawdziwej!) edukacyjnej w jednym z miast. Że uczniowie będą chodzić do szkoły 4 dni i nie mieć lekcji 45 minut. I że nie będą dostawać stopni. Kolejne media to powtarzają…

 

W całej strategii edukacyjnej rzeczonego miasta tej kwestii jest poświęcono dwa zdania.

 

W celu upowszechnienia aktywizującej uczniów w wysokim stopniu metody projektowej należy zainicjować i wprowadzić stopniowo do praktyki szkolnej tzw. dzień projektowy, podczas którego uczniowie pod kierownictwem nauczycieli realizować będą projekty przedmiotowe lub międzyprzedmiotowe. Będzie to wymagać na ogół reorganizacji przestrzeni klas oraz odejścia od rutyny 45-minutowych lekcji oraz dzwonków na przerwę”

 

Fajnie, że są takie praktyki – ale ja o tym już słyszałem 15 lat temu.*

 

Że jest od czasu do czasu piątek projektowy, gdzie nie ma lekcji trwających 45 minut tylko jest nauczanie blokowe. Wiele szkół już to robiło lub robi.

 

Tu taki dzień ma być zainicjowany i stopniowo wprowadzany. Jak często? Może raz na miesiąc.

 

Pozostałe dni jak rozumiem – już normalnie.

 

To jest rewolucja? To tylko zapowiedź próby realizacji zasad zapisanych w podstawie programowej. W podstawie jest zapisana taka możliwość – projekty zamiast lekcji . I że lekcje nie muszą trwać 45 minut. i każda szkoła może skorzystać. Jeśli chce. O ile chce. Chce? Tu w sumie nie wiem, czy chcą.

 

Tu jest po prostu strategia miasta. Do realnego wdrożenia przez szkoły jeszcze dłuuuuuga droga.

 

A w szkołach lekcje będą trwały tyle ile trwają. I zwykłe oceny będą dalej wstawiane.

 

PS: To nie jest krytyka pomysłu. Tylko raczej dziennikarstwa i clickbajtów.

 

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/tomasztokarzIE/

 

 

*A na portalu „EDUNEWS” dr Tomasz Tokarz zamieścił tekst Edukacja bez stopni  w kwietniu 2016 roku



 

 

Wczoraj (6 czerwca 2023 r.) na portalu OKO.press zamieszczono tekst, który winien przeczytać każdy, kto będzie zmuszany do posłużenia się podręcznikiem do HiT autorstwa prof. Roszkowskiego. Oto fragmenty tej publikacji:

 

 

„Homoseksualizm podlega terapii”. Niebezpieczna bzdura w podręczniku Roszkowskiego do HiT

 

[…]

 

Do księgarń trafiła druga część podręcznika do przedmiotu Historia i Teraźniejszość autorstwa prof. Wojciecha Roszkowskiego, historyka i byłego europosła PiS. Przeznaczony dla uczniów drugich klas liceów i techników podręcznik obejmuje okres od 1980 do 2015 roku.

 

Już sama podstawa programowa przedmiotu wprowadzona przez ministra Przemysława Czarnka zawierała błędy, manipulacje i teorie spiskowe. Wymaga od uczniów na przykład rozpoznawania „ekologizmu”, czyli obelgi, którą katoliccy hierarchowie obrzucają działaczy ekologicznych.

 

Podręcznik do HiT napisany przez prof. Roszkowskiego w katechizacji młodych czytelników idzie jeszcze dalej. Jak policzyła Justyna Suchecka w tvn24.pl, w jego pierwszej części siedmiokrotnie pojawia się zdjęcie Jana Pawła II, choć wykład obejmuje jedynie pierwszy rok pontyfikatu Polaka-papieża. W drugiej części podręcznika do HiT Roszkowski jako oczywistość przedstawia katolickie poglądy na homoseksualizm. W tym przekonanie, że homoseksualizm to choroba, z której można się wyleczyć.

 

Dla ideologów LGBT homoseksualizm ma charakter genetyczny i nie daje się zmienić pod wpływem społeczeństwa i kultury. Tymczasem liczne badania wskazały, że jest to zjawisko bardziej skomplikowane i w wielu przypadkach, choć zapewne nie zawsze, podlegające terapii” – czytamy w książce „Historia i Teraźniejszość. Podręcznik dla liceów i techników. Klasa 2. 1980-2015.

 

Tego samego zdania, co prof. Roszkowski, jest Konferencja Episkopatu Polski. W 2020 roku wydała dokument „Stanowisko ws. kwestii LGBT+”, w którym czytamy:„Konieczne jest tworzenie poradni (również z pomocą Kościoła, czy też przy jego strukturach) służących pomocą osobom pragnącym odzyskać zdrowie seksualne i naturalną orientację płciową”.

 

Tego rodzaju poradnie już w Polsce istnieją. […] Ośrodki te, najczęściej katolickie, nie są objęte żadnym nadzorem ani kontrolą, a to prowadzi do wielu nadużyć. Młodzi chłopcy, którzy najczęściej tam trafiają, bywają molestowani seksualnie przez tzw. terapeutów pod pozorem uczenia ich „zdrowego dotyku męskiego”. […]

 

Światowa Organizacja Zdrowia wykreśliła homoseksualność ze spisu chorób i zaburzeń w 1993 roku. W 1998 roku Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne wydało stanowisko o szkodliwości terapii reparatywnej.

 

Ryzyko jest znaczące, włączając w to możliwość wystąpienia depresji, zaburzeń lękowych i zachowań autodestrukcyjnych. Wielu pacjentów, którzy poddali się »terapii reparatywnej«, relacjonuje, że podawano im mylną informację, że homoseksualiści są samotnymi, nieszczęśliwymi osobnikami, którzy nigdy nie osiągną akceptacji lub satysfakcji. Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne sprzeciwia się wszelkim formom terapii »reparatywnych« lub »konwersyjnych«, które opierają się na założeniach, że homoseksualizm jest zaburzeniem psychicznym i/lub że pacjent powinien zmienić swoją orientację homoseksualną”. […]

 

W jednym można przyznać rację prof. Roszkowskiemu: przyczyny kształtowania się orientacji seksualnej są skomplikowane. Wbrew jego zapewnieniom, genetyka ma jednak w nim znaczny udział. Jak tłumaczył w rozmowie z OKO.press prof. Jacek Kubiak, biolog z Centre National de la Recherche Scientifique (CNRS) i Université Rennes 1, kształtowanie się orientacji zależy od genów w około 50 procentach.

 

Reszta to pozostałe uwarunkowania biologiczne, a więc np. działanie hormonów (które de facto też zależy od genów), czy stosunkowo niedawno odkryty wpływ układu odpornościowego, i wreszcie – także istotne w tym względzie – uwarunkowania społeczne. Jest bowiem presja społeczna na to, żeby osoba, która wygląda jak kobieta, miała orientację w kierunku mężczyzn i odwrotnie” – mówił prof. Kubiak w rozmowie ze Sławomirem Zagórskim.

 

 

 

Cały tekst ’Homoseksualizm podlega terapii’. Niebezpieczna bzdura w podręczniku Roszkowskiego do HiT” 

–  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.oko.press



Wczoraj (4 sierpnia 2023 r.), po prawie miesięcznej przerwie na blogu Jarosław Pytlaka pojawił się obszerny tekst, którego fragmenty zamieszczamy poniżej, zachęcając do zapoznania się z jego pełną wersją. Podkreślenia i pogrubienia czcionek – dla wyróżnienia niektórych stwierdzeń – redakcja OE:

 

 

 

Wakacyjne przebudzenie publicysty

 

W końcu lat osiemdziesiątych XX wieku programy nauczania w szkole podstawowej nosiły wyraźne piętno nadmiernej naukowości, odciśnięte jeszcze w czasach nieudanej reformy wprowadzającej tzw. „dziesięciolatkę”. W zakamarkach pamięci przechowuję równanie, zapisane w ówczesnym podręczniku do biologii dla klasy czwartej: „biotop + biocenoza = ekosystem”. Jako pełen zapału początkujący nauczyciel ze wszystkich sił usiłowałem wytłumaczyć uczniom znaczenie tych pojęć, nie zastanawiając się nad sensem swojego wysiłku. Dopiero z perspektywy czasu pojąłem, że owa formułka świetnie nadawałaby się na symbol bezmyślnego wkuwania na pamięć.

 

Jako nauczyciel miałem wtedy niewielkie doświadczenie. Z drugiej strony, już od blisko dziesięciu lat prowadziłem drużynę harcerską i nie mogłem wyjść ze zdumienia, jak moi rezolutni, pełni entuzjazmu druhowie zmieniają się w klasie w rozmemłanych, pozbawionych życia uczniów. Gołym okiem widziałem, że coś jest nie tak. Moja myśl nie sięgała w owym czasie przewrócenia programu szkolnego do góry nogami – zbyt wielki miałem respekt dla obowiązujących przepisów. Za to w harcerstwie pozwalałem sobie na eksperymenty, bo blisko setka wychowanków, z których najstarsi wkraczali właśnie w wiek dorosły, szła za mną „jak w dym”, gotowa na wszelkie innowacje. Wtedy właśnie powstał pomysł Wszechnicy harcerskiej.[…]

 

Ćwierć wieku temu marazm państwowego systemu oświatowego przełamały szkoły niepubliczne. Dzisiaj te same placówki raczej utrwalają panujący system. Postulaty rewolucji zgłaszają publicznie tylko nieliczni pedagodzy i publicyści, do których świadomości dociera już, że w swoim obecnym kształcie polska oświata zupełnie nie odpowiada potrzebom współczesnego społeczeństwa. Niewiele jednak z tego wynika, bo pozornie wszystko wydaje się w porządku. Pod światłym przewodem władz oświatowych szkoły odkrywają talenty, zapewniają doskonałe warunki rozwoju dzieciom sześcioletnim, i wszystkim innym uczniom na dodatek, umożliwiają zdobywanie laurów w konkursach i oczywiście wszechstronny rozwój. O sukcesach zapewniają nas te same władze, możemy też o nich przeczytać na stronach internetowych praktycznie wszystkich placówek. Inny obraz sytuacji wyłania się, co prawda, z forów internetowych, szczególnie tych w pełni anonimowych, ale przecież powszechnie wiadomo, że w takich miejscach króluje tylko hejt.

 

Pogląd, że warunkiem skutecznego uczenia się jest zainteresowanie dziecka, powoli jednak toruje sobie drogę do świadomości nauczycieli. Popularyzują go zwolennicy neurodydaktyki, czyli nauczania zgodnego z wiedzą o sposobie pracy mózgu, na czele z dr Marzeną Żylińską. Co prawda ostatnio Komitet Neurobiologii PAN w liście do ministra edukacji narodowej zakwestionował jej kwalifikacje i twierdzenia, jako nie oparte na potwierdzonym, zdaniem autorów, stanie wiedzy, ale nie ma to w istocie większego znaczenia. Rosnąca popularność neurodydaktyki wyrasta bowiem ze zgodności jej przesłania z intuicją. Naprawdę nie trzeba wgłębiać się w chemiczne podstawy działania połączeń neuronalnych, aby zaakceptować twierdzenie, że najskuteczniej uczy się ten, kto chce się nauczyć. Pokolenia nauczycieli mogą też potwierdzić, że zdobywanie stopni motywuje tylko niewielką część populacji, głównie tych, których możliwości sięgają piątek i szóstek, zaś strach przed złą oceną paraliżuje umysły, niestety, zazwyczaj najmniej wierzących w swoje siły, a zarazem najbardziej potrzebujących wsparcia i poczucia sukcesu.

 

Mając świadomość opisanej wyżej sytuacji uczyniliśmy w naszej szkole krok w kierunku budowania dziecięcej radości z poznawania świata. Za sprawą dwóch nauczycielek, Magdaleny Klimek i Ewy Pytlak, w ramach tworzonego przez nie autorskiego programu pracy z sześciolatkami, wprowadzone zostały dni pracy indywidualnej. Od czasu do czasu, zamiast normalnych lekcji, uczniowie otrzymują do wyboru szereg zadań z czterech dziedzin: badawczej, językowej, matematycznej i artystyczno-manualnej. Propozycje mają różny poziom trudności, a każde dziecko – prawo do własnego tempa i intensywności pracy. Właśnie wybór, na różnych poziomach – dziedziny, poziomu trudności i tempa pracy, jest fundamentem całej koncepcji.

 

Wstępna ewaluacja tego pomysłu w moich dyrektorskich oczach dokonała się spontanicznie. Następnego ranka po pierwszym dniu pracy indywidualnej mijające mnie na korytarzu w drodze do stołówki pierwszaki gremialnie pochwaliły się nową przygodą i stwierdziły z entuzjazmem, że już czekają na następną.

 

Szczegóły swojej koncepcji i doświadczenia wypływające z praktyki Autorki z pewnością w przyszłości opiszą we własnej publikacji. Ja natomiast już teraz przymierzam się do przeniesienia ich pomysłu na pracę ze starszymi uczniami. Uważam, że nic nie stoi na przeszkodzie, by w klasach 4-6 regularnie organizować dni swobodnej aktywności uczniów. W stosunku do pracy z sześciolatkami widzę tylko dwie różnice. Praca dzieci nie musi być indywidualna; wręcz przeciwnie, lepiej, jeśli będą współdziałać przy realizacji różnych zadań. Ponadto uczniowie nie muszą być wyłącznie konsumentami zajęć przygotowanych przez nauczycieli. Pomysły mogą wypłynąć od nich samych i oni też mogą w niektórych przypadkach sami prowadzić zaproponowane przez siebie aktywności. Reszta koncepcji jest dawno gotowa – wystarczy sięgnąć po doświadczenia Wszechnicy harcerskiej.[…]

 

Muszę jeszcze dodać, że po przerwie spowodowanej pandemią w STO na Bemowie odbywają się kolejne Wszechnice szkolne, interdyscyplinarne i wolne od oceniania. Jako nowość wprowadziliśmy dodatkowo cotygodniowe zajęcia w pracowniach tematycznych (ukłony za inspirację dla Ewy Radanowicz!) oraz projekty w ramach godziny projektowej. Jedno i drugie także bez ocen. Więcej informacji na ten temat zainteresowany Czytelnik znajdzie w powstającym opisie funkcjonowania naszej placówki, o którym wspomniałem we wstępie do tego artykułu.

 

 

 

 

Cały tekst „Wakacyjne przebudzenie publicysty”  –  TUTAJ

 

 

 

Komentarz  Włodzimierza Zielicza:

 

Przecież większość przedmiotów w szkole, zarówno SP jak i LO, to NIE SĄ przedmioty egzaminacyjne. Za to, dzięki „prof.”Konarzewskiemu&p.Hall, mamy podstawy programowe dziesięciokrotnie bardziej szczegółowe niż programy czy minima programowe lat 80-tych czy 90-tych, na dodatek egzekwowane BIUROKRATYCZNIE wyłącznie (na podstawie wpisów!), bo w „reformie” Handkego-Dzierzgowskiej zniknęła z kuratoriów postać wizytatora przedmiotowego – zostali URZĘDNICY.

 

 

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl

 



Foto: www.lodz.wyborcza.pl/lodz/

 

Amelia Nowińska – 16-letnia autorka książki „Przekroczyć granice”,

od roku uczennica liceum w „Szkole w Chmurze”.

 

 

Dzisiaj publikujemy obszerne fragmenty tekstu znalezionego na stronie wyborcza.pl/lodz/. Jego bohaterką jest szesnastoletnia uczennica Szkoły w Chmurze, której książka została 26 czerwca br. wydana przez „Wydawnictwo Romantyczne:

 

 

Amelia w szkole miała ataki paniki. Przeszła do Szkoły w Chmurze. Dzisiaj jej książkę sprzedaje Empik

 

Amelia ma 16 lat. Rok temu przeniosła się do Szkoły w Chmurze. Jak mówi, w publicznym liceum nie czuła się komfortowo.

 

Przez ostatnie trzy lata Amelia pisała opowieści, które publikowała na platformie internetowej Wattpad. Zyskiwały zainteresowanie czytelników. Postanowiła zaryzykować i odezwać się do kilku wydawnictw. Szybko dostała odpowiedź od Wydawnictwa Romantycznego. W czerwcu napisana przez nią powieść „Przekroczyć granicę” trafiła na półki w Empiku.

 

Źródło: www.empik.com

 

Wydawnictwo nie dowierzało, że autorka książki ma 16 lat

 

Na początku nie dowierzali, ile mam lat, ale zdecydowali się mnie wydać. W grudniu podpisaliśmy umowę. Nawet nie liczę, ile razy w trakcie całego procesu wydawniczego przeczytałam moją książkę. Dopiero gdy dostałam do ręki egzemplarz, dotarło do mnie, że ja to zrobiłam. Osiągnęłam swój cel. To uczucie nie do opisania. Jestem z siebie dumna – przyznaje.   „

Przekroczyć granicę” to historia osób dorosłych. Amelia, która jest ponadprzeciętnie dojrzała jak na nastolatkę, podkreśla, że dużo łatwiej jest się jej wcielić w takie postacie niż pisać o rówieśnikach. – Wydaje mi się, że gdybym pisała to z perspektywy bohaterów, którzy byliby w moim wieku, nie wyszłoby to tak dobrze – mówi. […]

 

W szkole miała ataki paniki. Jej życie zmieniła Szkoła w Chmurze

 

Amelia nie ukrywa, że przeszłość bohaterki opisana w „Przekroczyć granicę” to jej własna historia. – Pisanie jej było dla mnie pewną formą terapii. Ta książka była mi bardzo potrzebna w pewnym momencie i stwierdziłam, że zaczerpnę coś ze swojego życia i dam bohaterce moją przeszłość. Jej dorosłe życie to już fikcyjna opowieść. Prolog jest wspomnieniem. Historia zaczyna się, kiedy Venus trafia do szpitala po zwichnięciu rzepki kolanowej. Budzi się po trudnej operacji, która trwała ponad dziewięć godzin. Widzi całe zakrwawione prześcieradło, które powinno zostać wymienione, ale nikt tego nie zrobił – opowiada. […]

 

Bohaterka „Przekroczyć granicę” we fragmentach, które są wspomnieniem, porusza się na wózku inwalidzkim. To także historia Amelii. […]

 

Nie było dla mnie warunków. Nie każdy chciał pomóc. Z nauczycielami też bywało różnie. Mama musiała siedzieć ze mną w szkole, bo nie było w niej opiekunki, która by mi pomagała, a powinna taka być. Tata pracuje, ale zmieniał mamę w dni wolne, żeby ją odciążyć. To było dla nich męczące – opowiada. – Z czasem w szkole przestałam się czuć komfortowo, co odbiło się na mojej psychice. Były ataki paniki. Źle znosiłam krzyki nauczycieli i pretensje. Z klasą też bywało różnie, nie wszystkie żarty mnie bawiły. Porozmawiałam z rodzicami o przeniesieniu do Szkoły w Chmurze. Zgodzili się. Po przejściu na edukację domową poczułam się lepiej psychicznie i dokończyłam moją książkę. […]

 

 

 

 

Cały tekst: „Amelia w szkole miała ataki paniki. Przeszła do Szkoły w Chmurze. Dzisiaj jej książkę sprzedaje Empik”  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www lodz.wyborcza.pl/lodz/https://

 

 



Z powodu wakacyjnego rozleniwienia dopiero dzisiaj zajrzeliśmy na fb profil dr Marzeny Żylińskiej. A tam, zamieszczony w poniedziałek 17 lipca tekst, który zasługuje na jego odnotowanie:

 

 

Pisać o wynikach Budzących Się Szkół, czy nie pisać? Oto jest pytanie!

 

Wiele osób, które nie znają Budzących Się Szkół, twierdzi, że jeśli szkoły są przyjazne, to wyniki muszą być słabe. Każdy może tak napisać. Internet jak papier, wszystko przyjmie. To zwyczajne kłamstwo, ale często powtarzane przez przeciwników zmian.

 

Jak można walczyć z takimi kłamstwami? Najprościej byłoby udostępnić wyniki z naszych szkół. Tylko, że wtedy, chwaląc się, wpisujemy się w rankingozę i w wyścig, który sami postrzegamy bardzo krytycznie.

Jeśli o wynikach nie piszemy, to osoby, które mają obsesję na punkcie rankingów, piszą: A u Was wyniki tak słabe, że nic o nich nie piszecie?

 

Twierdzenie, że w przyjaznych szkołach wyniki spadają, jest zwykłym mitem. Jednak wiele osób głęboko w niego wierzy. Ta wiara jest alogiczna, to znaczy nie poddaje się żadnym logicznym argumentom. Część przeciwników zmian swoje wyobrażenia o dobrej szkole bierze na prawdę, za naukowo potwierdzone fakty. Dla nich przyjazna szkoła, to słaba szkoła. Dlatego uczniów trzeba cisnąć, wywierać coraz większą presję, wszystko dla ich dobra. „Jeszcze nam kiedyś podziękują!”

 

Z takimi osobami już nie dyskutuję. To nie ma sensu. Ich przekonania są silniejsze od faktów. Ja formułuję moje opinie w oparciu o fakty, w oparciu o doświadczenia wielu szkół. Jeśli lekcje są ciekawe, nauczyciele dają uczniom wsparcie, jeśli celem nie są stopnie, ale rozwój, jeśli na lekcjach stosowane są metody aktywizujące, jeśli uczniowie się w szkole nie nudzą i nie boją, to … wyniki muszą być lepsze. I tak się właśnie dzieje. Na drogowskazie BSS napisaliśmy: „Zmieńmy nasze szkoły tak, żeby były przyjaznymi miejscami, w których uczniowie mogą się efektywnie uczyć.”

 

Ale wróćmy do pytania, jak można bronić się przed kłamstwami rozsiewanymi przez przeciwników przyjaznej, efektywnie uczącej szkoły, jeśli nie z pomocą wyników?

 

Macie jakieś pomysły?

 

Bo dla wielu osób jasne jest, że jeśli wyników nie publikujemy, to dlatego, że są słabe. Prawda jest inna, ale sama się nie obroni.

 

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/marzena.zylinska/



Także w minioną sobotę (8 lipca 2023 r.), po długiej przerwie (poprzedni post jest z 3 czerwca) Jarosław Pytlak zamieścił nowy tekst, w którym dzieli się z czytającymi swoimi przemyśleniami na temat ewentualnych zmian w edukacji, które powinny zajść po wyborczym zwycięstwie dzisiejszej opozycji. Oto ten tekst – w jego drugiej części okrojony o rozwinięcia głównych propozycji zmian:

 

 

Dziesięć haustów świeżego powietrza

 

Jesienne wybory parlamentarne mogą stanowić punkt zwrotny w dziejącej się na naszych oczach historii polskiej edukacji. Alternatywa jest prosta: albo zachowanie kursu zapoczątkowanego reformą Zalewskiej, twórczo kontynuowanego przez jej następców, albo zmiana, zapewne bardzo radykalna. Pierwsza możliwość oznacza trwałe osadzenie placówek oświatowych w służbie państwa, rozumianego jako obszar jedynowładztwa rządzącego obecnie ugrupowania. Druga daje nadzieję na powrót do idei oświaty w służbie społeczeństwa, a może nawet pójście dalej niż udało się to kiedykolwiek w historii III Rzeczpospolitej, czyli wyjęcia edukacji narodowej ze sfery bieżącego sporu politycznego.

 

O ile jednak wyborca Zjednoczonej Prawicy wie na pewno, że swoim głosem przyczyni się do wykorzenienia ze szkół i przedszkoli wszelkiego rodzaju przejawów liberalizmu w obyczajach i myśleniu, oraz opowie się za wychowaniem patriotycznym i narodowym, czego wyrazistą twarzą jest minister Przemysław Czarnek, o tyle wyborca partii opozycyjnej nie posiada żadnej pewności. Nie dlatego, że bliski mu nurt polityczny nie ma programu dla edukacji (większość ugrupowań go w jakiejś formie deklaruje), ale przede wszystkim ze względu na konieczność uzgodnienia poglądów w ewentualnej zwycięskiej koalicji powyborczej. A to wcale nie będzie proste.

 

Warto mieć świadomość, że stan systemu edukacji ma znikomy wpływ na decyzje w wyborach. Choć może to dziwić, zjawisko łatwo wytłumaczyć. Po prostu większość ludzi interesuje się edukacją jedynie przez pryzmat sytuacji swoich dzieci, ewentualnie wnuków, a to dzieje się głównie w mikroskali. Wakaty, przemęczenie uczniów, czy zaburzenia psychiczne młodych są zazwyczaj odbierane jako wina konkretnej placówki, jej dyrektora lub nauczycieli. Mało kto sięga myślą systemowych przyczyn swoich lokalnych kłopotów. W związku z tym, zapowiadanie zmian w tym obszarze nie jest – nawet przed wyborami – atrakcyjnym tematem dla partii opozycyjnych.

 

Poziom niezadowolenia ze stanu polskiej edukacji, do niedawna wysoki głównie wśród nauczycieli, wzrósł ostatnio także w grupie rodziców oraz uczniów. Wyrazem tego są liczne inicjatywy społeczne, ukierunkowane na wprowadzanie zmian, zarówno małych, możliwych w ramach obowiązującego prawa, jak większych, systemowych, wymagających jego zmiany. Paliwa dla tych działań dostarcza nie tylko rosnąca liczba lokalnych problemów, ale również retoryka ministra Czarnka, publicznie manifestującego przekonanie, że wszystko pod jego rządami układa się doskonale, a jeśli coś trzeba zmienić, on sam wie to najlepiej, i po ponownie wygranych wyborach niezawodnie wprowadzi optymalne rozwiązania.

 

Polski system edukacji nigdy za mojej pamięci nie był ikoną demokracji. Kolejne rządy, bez względu na orientację polityczną, realizowały swoje pomysły bez oglądania się na opozycję. Teraz jednak poziom frustracji jest tak wysoki, że oczekiwanie „tego samo co dotąd, tylko bardziej”, podobnie jak wyglądanie jeźdźca na białym koniu, który sam naprawi wszelkie zło tego systemu, stanowi wyraz naiwności. Jeśli w ogóle możliwa jest zmiana na lepsze, będzie wymagała w jednakowym stopniu dobrych decyzji władz i oddolnego zaangażowania wielu ludzi. Autorytarny styl zarządzania ministra Czarnka nie rokuje tchnięcia nowego ducha w oświatowe masy. Pytanie, czy opozycja jest w stanie zaoferować coś odmiennego?!

 

Gdybym miał odpowiedzieć na to pytanie, opierając się wyłącznie na działaniach partii politycznych, musiałbym zaprzeczyć. Szczęśliwie jednak pojawiło się pewne źródło nadziei, wypływające z aktywności organizacji pozarządowych, a także związków zawodowych i samorządów lokalnych. W roku 2022, z inicjatywy koalicji organizacji społecznych SOS dla Edukacji, powstał „Obywatelski Pakt dla Edukacji” – dokument opisujący wizję polskiej szkoły, postulowaną przez jego sygnatariuszy. W kolejnym kroku, w styczniu 2023 roku, wypracowano wiele konkretnych rozwiązań i rekomendacji działań, wynikających z przyjętych założeń. Wreszcie późną wiosną 2023 roku powstała propozycja 10 rozwiązań prawnych możliwych do wprowadzenia w ciągu 100 dni po wygraniu wyborów.

 

Dla zainteresowanych odsyłacze do źródeł:

 

Obywatelski Pakt dla Edukacji,    10 rozwiązań na 100 dni.

 

 

Czytaj dalej »



 Foto: www.pl.linkedin.com

 

Kacper Nowicki – założyciel i prezes Zarządu Fundacji Varia Posnania, dawniej Przewodniczący Młodzieżowej Rady Miasta Poznania, prowadzący Glantza – Podcast o Poznaniu

 

 

 

Kacper Nowicki jest autorem obszernego tekstu, zamieszczonego w sobotę (8 lipca 202 r.) na portalu OKO.press. Oto jego wybrane (subiektywnie) fragmenty i link do pełnej wersji:

 

 

Nie ma szkoły bez uczniów. Co mogą zmienić w edukacji

jeszcze przed upadkiem Czarnka i PiS-u

 

Co dzieje się, gdy głos społeczności uczniowskiej nie jest brany pod uwagę, pokazała sprawa nauczyciela z Sosnowca Andrzeja Skomorowskiego, znanego z niekonwencjonalnych metod nauczania. Gdy jedna z osób napisała “Pan Andrzej jest zajeb*sty”, został zwolniony.

 

Od publikacji pierwszego projektu Lex Czarnek na stronie Ministerstwa Edukacji i Nauki minęło ponad 900 dni. Powracający projekt nowelizacji Prawa Oświatowego był przedmiotem nieustannego przeciągania liny pomiędzy Przemysławem Czarnkiem, społeczeństwem obywatelskim i Pałacem Prezydenckim.

 

Prezydent instrumentalnie, acz słusznie, pierwszą próbę wprowadzenia go w życie zablokował. Po dwóch latach tej walki należy zastanowić się, czy nie lepiej zmienić w edukacji co się da. Jeszcze przed upadkiem PiS-u, o ile takowy nastąpi.

 

Choć ustawa firmowana nazwiskiem Ministra wciąż nie obowiązuje, debata publiczna nieustannie ogniskuje się na niej. Wszystkie demokratyczne partie opozycyjne mówią jak jeden mąż – Czarnek do dymisji! I na tym kończy się spora część dyskusji o zmianach, których kilkusetletni system szkolnictwa potrzebuje natychmiast.[…]

 

Władza jest w samorządach

 

Tymczasem opozycja, z przewagą Platformy Obywatelskiej, ma ogromną władzę kształtowania polskiej oświaty. Tą przewagą jest władza w samorządach, które szkołami na co dzień zarządzają.

 

W dyskusji o edukacji zapomina się bowiem, że pomimo skostnienia i silnej centralizacji, system oświaty ma szereg bezpieczników rozkładających decyzyjność w szkolnictwie pomiędzy MEiN, samorządy i poszczególne placówki.

 

Referenda szkolne, działania antydyskryminacyjne, czy finansowe wsparcie projektów młodzieżowych, to część z proponowanych przez poznańską Fundację Varia Posnania praktyk. […]

 

Miejscy rzecznicy praw ucznia

 

Czytaj dalej »



 

Wczoraj (5 lipca 202 r.) na stronie „Krytyka Polityczna” zamieszczono obszerny tekst autorstwa Katarzyny Przyborskiej o Szkole w Chmurze. Oto jego (subiektywnie wybrane przez redaktora OE) fragmenty:

 

 

Eksperyment Szkoła w Chmurze i jego wrogowie. Zaufanie dobre, kontrola lepsza?

 

[…]

 

System publicznej edukacji dosięgnął poważny kryzys. Ze szkół systemowych uciekają i uczniowie, i nauczyciele. Uciekają przed stresem, tłokiem, przeładowaną podstawą programową, coraz niższą jakością edukacji, kolejnymi – eksperymentalnymi i ideologicznymi – pomysłami kolejnych minister i ministrów edukacji, ale też przed brakiem czasu na swoje pasje, testozą, brakiem czasu na naukę, na czytanie książek. Bo i na to, kiedy pędzisz od klasówki do klasówki, nie ma czasu. Uciekają, krótko mówiąc, przed anachronicznym systemem, który pożera czas i energię, ale nie daje kompetencji potrzebnych we współczesnym świecie. Nauczycielom nie przynosi godziwych pieniędzy, zaś uczniom zbyt wielkiej nadziei na dobrą edukację i godne płace w dorosłym życiu.

 

Do liceów niepublicznych w ostatnim roku uczęszczało 72 265 uczniów, co oznacza wzrost, w stosunku do roku szkolnego 2013/2014, ponad trzykrotny (!). Co dziesiąty licealista uczy się zatem w szkole niepublicznej. Licząc razem z podstawówkami, poza szkołami publicznymi jest już 6,2 proc. uczennic i uczniów, czyli dokładnie 254 604.

 

Część z tych osób przeszła do edukacji domowej dlatego, że pojawiła się Szkoła w Chmurze, działająca już trzy lata. Zaczynała z grupą stu uczniów, w kolejnym roku było ich 1000, a na początku roku szkolnego 2022/2023 – już 10 000. Teraz przyrost, według dyrektorki Chmury Barbary Jędrusiak będzie mniejszy, bo szkoła nie promuje się już, a nowi uczniowie trafią tu zatem tylko z polecenia. Niemniej jednak zakłada, że w rok szkolny 2023/2024 wystartuje około 30 tysięcy chmurowiczów.

 

Szkoła jest bezpłatna. To rewolucja, bo dotychczas, żeby zabrać dziecko z systemu publicznego, trzeba było mieć pieniądze, albo przynajmniej dużo czasu i kompetencje, żeby uczyć dziecko w domu. Osobom, które pracują, ale nie mają wolnych przynajmniej 2 tysięcy miesięcznie na edukację niepubliczną, pozostawało ciułanie na korepetycje, które zabierały dzieciakom resztki wolnego czasu, sprowadzając ich dzieciństwo do ciężkiej pracy nieraz od siódmej rano, w przepełnionych po reformach szkołach, do późnych godzin wieczornych, kiedy to, przysypiając, kończyły odrabiać prace domowe. […]

 

Jednocześnie uczennice Chmury realizują tę samą co wszyscy podstawę programową, otrzymują świadectwa, przystępują do egzaminu ósmoklasistki i do matury.

 

Twórcy szkoły piszą o sobie: „Tworzymy społeczność ludzi, którzy uwierzyli, że edukacja może wyglądać inaczej. Wspólnie z uczniami, uczennicami, rodzicami, nauczycielami, nauczycielkami, edukatorami, edukatorkami i specjalistami i specjalistkami różnych dziedzin rozwijamy szkołę na miarę XXI wieku”.[…]

 

Platforma, jak się wydaje, zmienia wszystko. Zdejmuje bowiem z rodziców konieczność przygotowywania kolejnych lekcji, ślęczenia nad podręcznikiem, sprawdzania gdzie kończy się podstawa programowa, a zaczyna podręcznik. Tradycyjne podręczniki w dodatku pisane są różnie, wiele powiedziano już o abstrakcyjnym sposobie podawania wiedzy np. historii, po której dzieci nie rozumieją przyczyn, konsekwencji ani następstw wydarzeń, a jedynie wbijają sobie w pamięć kilka dat.

 

Platforma jest bardzo fajnie przygotowana. Dopasowana do podstawy programowej. Potrzebne są też oczywiście podręczniki, dodatkowe materiałyopowiada Agata, mama uczennicy ósmej klasy Szkoły w Chmurze.Moja córka czytała całe obszary podręcznika, co dawało jej ogólny pogląd, a potem rozwiązywała karty pracy, skupiając się na konkretnych informacjach.

 

Niektórzy uczniowie i rodzice mówią, że nie zdecydowaliby się na edukację domową bez tej platformy, to jest przejrzysta umowa między szkołą a uczniem, który wie, czego od niego chcemy, co nam ma pokazać na koniec roku – mówi Barbara Jędrusiak.

 

Osobiście potwierdzam: jedno z moich dzieci uczy się w Chmurze (drugie w szkole publicznej) i ja też nie zdecydowałabym się na ten eksperyment, gdyby nie platforma prowadząca przez podstawę programową. […]

 

Platforma też jest tylko narzędziem pomocniczym, nie obowiązkowym, nie ma punktów za to, że przeszło się przez wszystkie działy podstawy programowej, nie liczy się to do oceny końcowej.

 

I tak faktycznie jest. Szkoła w Chmurze dostarcza narzędzi, ale odpowiedzialność za edukację biorą na siebie rodzice. To na nich spoczywa obowiązek motywowania, dopilnowania, sprawdzania, wspierania. Na tym polega edukacja domowa. Potwierdza to Wojciech Kraszewski: – Oczywiście, nauka domowa nie jest dla wszystkich. Tylko dla tych, którzy chcą się uczyć. Tu trzeba systematyczności, własnego planu na to, jak się uczyć, jak zorganizować sobie plan nauki.

 

Samodzielności trzeba się nauczyć. Szkoła systemowa trenuje w uczeniu się na rozkaz, z przymusu, z konieczności, ze strachu, na czas, do egzaminu, do testu. Jeśli się ten przymus zdejmie, wola, świadomość, potrzeba nauki nie pojawiają się natychmiast. To jest proces: uwolnić ciekawość, przypomnieć sobie dziecięcą, przedszkolną radość poznawania, a do tego uwewnętrznić „dyrektora”, wypracować dyscyplinę, wyćwiczyć wolę, odnaleźć wewnętrzną motywację. O ciemnych stronach wewnętrznego „dyrektora” pisał obszernie Byung-Chul Han w Społeczeństwie zmęczenia, który przekonywał, że w sumie łatwiej człowiekowi mierzyć się z opresją zewnętrzną niż wewnętrzną, bo od wewnętrznej nie da się uciec – trudno się wobec niej zbuntować.[…]

 

Wolności trzeba się uczyć jak wszystkiego innego – i da się.

 

Czytaj dalej »



Wczorajsze (28 czerwca 2023 r.), ostatnie przed wakacjami, spotkanie w „Akademickim Zaciszu” poświęcone było  poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: „Czego oraz w jaki sposób uczymy się w przestrzeniach cyfrowych”. Na pytania gospodarza  – prof. Romana Lepperta odpowiadali:

 

 

Prof. PG Joanna Mytnik – kierująca Centrum Nowoczesnej Edukacji Politechniki Gdańkiej, organizatorka kultowych konferencji poświęconych dydaktyce akademickiej „Ideatorium”;

 

Doktor Lidia Bielinis z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, autorka książki „Uczenie się w przestrzeniach cyfrowych uniwersytetu

 

– Doktor Grzegorz Stunża z Uniwersytetu Gdańskiego, prezes Polskiego Towarzystwa Edukacji Medialnej.

 

 

Tradycyjnie – zapraszamy zainteresowanych, którzy wczoraj nie mogli przysłuchiwać się tej rozmowie na stronę „Akademickiego Zacisza”:

 

 

 

  O uczeniu (się) w przestrzeniach cyfrowych  –  TUTAJ

 

 

x           x           x

 

 

I jeszcze niezrealizowane w miniony czwartek udostępnienie spotkania w „Akademickim zaciszu”  z 21 czerwca br. Było ono poświęcone książce Bez-silna edukacja. O kształceniu kruchego. Jedynym rozmówcą prof. Lepperta był jej autor – dr hab. Krzysztof Maliszewski, profesor  Uniwersytetu Śląskiego:

 

 

 

O bez-silnej edukacji  –  TUTAJ