Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'

Naszą dzisiejszą propozycją lektury na sobotę 9 marca 2024 roku jest tekst Sylwii Żmijewskiej-Kwiręg, zamieszczony na blogu CEO. Autorka przedstawiła tam szereg argumentów, uzasadniających jej tezę, że współpraca szkoły z organizacjami pozarządowymi może przynosić im wiele korzyści. Poniżej zamieściliśmy jedynie kilka jego fragmentów, gorąco polecając zapoznanie się z całym tekstem, do którego zamieściliśmy link:

 

 

Mądra i zgodna z prawem współpraca szkoły i organizacji społecznej może działać pozytywnie na wszystkie obszary działania szkoły. Zarówno na procesy edukacyjne i wychowawcze, jak i zarządzanie przestrzenią, prowadzenie aktywności sportowej czy profilaktykę zdrowotną. Jak zatem prowadzić współpracę szkoły z organizacją społeczną, by doskonalić działanie szkoły?

 

Aż 73% organizacji społecznych jako główną grupę docelową wskazuje dzieci i młodzież, ale tylko 13% z nich prowadzi działania w obszarze edukacji i wychowania

 

Jednocześnie z badań prowadzonych w 2021 roku przez Centrum Edukacji Obywatelskiej (CEO) i Fundacji Pole Dialogu wynika, że aż 25% nauczycieli nie zna żadnej organizacji społecznej. A te osoby, które współpracują w szkole z organizacjami, wskazują na różne bariery w podejmowaniu takiej współpracy.

 

Dodatkowo, podejmowane są próby zwiększenia nadzoru nad decyzjami dyrektora dotyczącymi współpracy z organizacjami społecznymi, co może doprowadzić do zmniejszenia zakresu tej współpracy. Mimo tego, że przynosi ona obopólne korzyści. Organizacje poprzez wspieranie systemu edukacji mają bowiem realny wpływ na zmianę społeczną. Z kolei szkoły wzbogacają swoją ofertę edukacyjną oraz mają szansę na profesjonalizację kadry i poszerzenie działań, nie tylko w obszarze edukacji, ale też wychowania. Taka współpraca jest też rekomendowana w programie „Szkoła dostępna dla wszystkich” realizowanym przez Instytut Badań Edukacyjnych i UNICEF jako interwencja wspierająca budowanie klimatu szkoły. […]

 

Co współpraca z organizacją społeczną wnosi do szkoły?

 

Nauczyciele i dyrektorzy uznają organizacje społeczne za ekspertów w określonych dziedzinach (np. prawa człowieka, ekologia, edukacja poprzez sztukę) oraz źródło nowoczesnych narzędzi i metod do pracy z młodzieżą (np. w zakresie oceniania czy angażowania uczniów uczenie się).

 

Współpraca z organizacjami pozwala szkole kreować nowe usługi edukacyjne i budować markę szkoły konkurencyjną na rynku lokalnym i wzmacniającą pozycję szkoły jako innowacyjnej w skali ogólnopolskiej. Pomaga szkole przyciągać nowych „klientów” uczniów poszukujących miejsca gdzie mogą rozwijać swoje zainteresowania i kompetencje przydatne w życiu oraz wzmacniać motywację nauczycieli, którzy szukają rozwojowego miejsca pracy.

 

Organizacje chcą współpracować ze szkołą, bo wierzą, że poprzez pracę z dyrektorem, nauczycielami, uczniami i rodzicami mają realny wpływ na zmianę społeczną.

 

Najczęstszymi barierami we współpracy są:

 

-brak realnego partnerstwa w tej współpracy,

 

-ograniczenia komunikacyjne między szkołą a organizacją społeczną,

 

-przeciążenie nauczycieli i dyrektorów,

 

-ograniczone zaufanie do organizacji społecznych,

 

-odpłatność za projekty.

 

Potrzeby szkoły a oferta organizacji społecznej

 

Czytaj dalej »



Oto fragmenty z obszernego tekstu Mikołaja Marceli, który zamieścił wczoraj (7 marca 2024 r.) na swoim blogu „Eduopticum”:

 

                                                                  Coś więcej

 

 

Serwisy informacyjne i masową wyobraźnię zdominowały ostatnio doniesienia o planowanych i wprowadzanych przez nową administrację „rewolucyjnych zmianach w systemie edukacji”. Rzeczywiście, z pewnej perspektywy, zapowiadane posunięcia mogą wydawać się przełomowymi. Zniesienie, bądź ograniczenie prac domowych, rewizja podstaw programowych i oczywiście znaczące (rzecz względna) podwyżki nauczycielskich płac oraz wywołana tym wszystkim dyskusja społeczna, to zupełnie odmienny styl w porównaniu do deformy, która naznaczyła swym piętnem minione osiem lat. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że są to posunięcia podyktowane bardziej chęcią szybkiego i efektownego spełnienia wyborczych obietnic niż zamiarem dokonania jakiegokolwiek przeobrażenia systemu. Nie można mieć pretensji do poszczególnych partii o wywiązywanie się z realizacji swoich programów, ale o efekciarstwo i zajmowanie elektoratu kwestiami w sumie drugorzędnymi już tak.

 

Problem w tym, że, jak zwykle, takie pretensje wysuwają jedynie zainteresowani detalami funkcjonowania szkoły profesjonaliści, a nie jej bezpośredni użytkownicy. Ci na ogół zadowalają się właśnie przekazem dla nich skrojonym, czyli niekończącą się opowieścią, jaką to troską i jakimi cudami rządzący ich obdarzą. Uświadomienie im nieuniknionego fałszu tych obietnic jest utrudnione, a składają się na to dwa czynniki: Pierwszy, to właśnie niekwestionowana, zawsze aktualna atrakcyjność każdego przekazu populistycznego – wiadomo, dobrzy rządzący pomyślą za nas, nadadzą prawa, odejmą obowiązki, przejmą koszty i od jutra szkoła będzie mlekiem wiedzy (pardon, kompetencji) i miodem poprawnych relacji płynąć. Drugi, to narracja tylko z pozoru konkurencyjna do poprzedniej, kolportowana przez całe mrowie koperników, którzy właśnie odkryli, że oświata nie kręci się wokół ich wyobrażeń i chętnie (bo często wcale nie bezinteresownie) się tym odkryciem podzielą.

 

Trudno stwierdzić, która z tych bajek jest bardziej szkodliwa dla samego podmiotu oświaty, ale obydwie doskonale służą swoim twórcom – pierwsza pozwala bez końca utrzymywać potężne narzędzie wpływu niemal bez żadnych znaczących inwestycji, zarówno finansowych, jak i intelektualnych; druga zapewnia popularność i byt wielu „ekspertom”, żyjącym z krytyki sposobu, w jaki to narzędzie jest stosowane. Obydwie pozostają jeśli nie w ścisłej symbiozie, to przynajmniej w relacji zwanej komensalizmem – zapewniają sobie trwanie. Gdyby, jakimś cudem, oświata publiczna przeszła jutro znaczącą metamorfozę, cała armia zmieniaczy straciłaby z dnia na dzień źródło utrzymania i nieustającej satysfakcji zbawiania ludzkości. Straty odnotowałby także towarzyszący im przemysł poradnictwa, kołczingu i ich reklamy, nie mówiąc już o mediach te dobrodziejstwa umożliwiających. Jak widać, zmiany realne nie leżą tak naprawdę niemal w niczyim interesie. […]

 

Szukając recepty na szkołę, można na przykład zacząć od „metody małych kroków”, narad, konferencji, konsultacji i… bez końca się zastanawiać, co w programach szkół jest potrzebne, a co mniej lub w ogóle, czy jedynkę stawiać czerwonym czy jednak zielonym długopisem, a jutro zaczynać tę dyskusję od nowa. Można uszczęśliwiać podmiot edukacji co raz to nowymi udogodnieniami, rezygnować z dotychczasowych wymagań… i za rok musieć znów renegocjować pozostałe. Można zdecydować, że w szkole powinno się czytać jedynie książki o współczesnym i aktualnym przesłaniu, zgodnym z dzisiejszą wykładnią moralności, pisane językiem zrozumiałym dla użytkownika Tik-Toka, tylko po to, by przy maturze za lat cztery móc popsioczyć na poziom wypowiedzi i postulować następne zmiany w kanonie lektur. Można również rzucać się od ściany do ściany, raz zabraniając korzystania z komórek, a raz wykazując ich edukacyjną przydatność, zmieniając zdanie pod naciskiem akurat silniejszego lobby. Moim zdaniem, nie tędy droga. […]

 

Czytaj dalej »



Dzisiaj (7 matca 202 r.) na stronie „Gazety Wyborczej” znaleźliśmy artykuł, którego fragmenty i link do pełnej wersji zamieszczamy poniżej:

 

Na korepetycje rodzice wydają majątek. Ojciec: To tańsze, niż wizyta u psychiatry

 

Foto: Adam Kozak/Agencja Wyborcza.pl

 

 

Na korepetycje rodzice wydają majątek. – To tak, jakby ktoś wierzył, że wystarczy się leczyć wyłącznie na NFZ. A nie wystarczy. Trzeba wizyt prywatnych – tłumaczą rodzice. […]

 

Według badania Polaków Portfel Własny: edukacja przyszłości inspirowanego przez Santander Consumer Bank, aż 55 proc. rodziców chce posyłać dzieci na korepetycje. Najczęściej są to prywatne lekcje języka angielskiego (aż 83 proc. chętnych tak deklaruje) oraz matematyki (57 proc.), fizyki (16 proc.), języka polskiego (9 proc.) oraz chemii (6 proc.). Niemal jedna trzecia badanych przyznała, że w ciągu roku szkolnego wydaje na korepetycje 11 tys. złotych.

 

To konieczność, czy owczy pęd?

 

Raczej efekt zapaści edukacji – słyszę od Katarzyny, matki uczennicy renomowanego liceum. – Bardzo chętnie przeznaczyłabym pieniądze na coś innego, ale jeśli w klasie córki od kilku tygodni nie ma matematyka, więc klasa nie ma lekcji, to co zrobić? Większość klasy ma prywatne lekcje, więc my też poszukałyśmy korepetytora. Czy wolałabym wydać pieniądze na coś innego? Oczywiście! W tym roku zrezygnowałam z zimowego płaszcza, żeby opłacić korepetytora. […]

 

Katarzyna Felde, nauczycielka matematyki i dyrektorka IV LO w Łodzi, przyznaje, że rzadko spotyka uczniów, którzy korepetycji nie mają. – Moim zdaniem korepetycje to nie jest konieczność. Często, nawet jeśli młody człowiek radzi sobie całkiem nieźle i komunikuje to rodzicom, ci mówią: „korepetycje nie zaszkodzą, najwyżej pomogą”. A ja się zastanawiam, czy nie pomagają bardziej rodzicom, którzy czują, że zrobili coś dla dziecka.

 

Inna sprawa, że – jak zauważa nauczycielka – uczniowie mają problemy ze skupieniem, więc z lekcji wynoszą mniej, niże można by oczekiwać. – Zdarza się, że dodatkowe zajęcia są potrzebne, bo dziecko ma zaległości i mocno sobie nie radzi. Ale bywa i tak, że te lekcje mają zająć dziecko, zwiększyć jego szanse w na przyszłość, a może doprowadzić do tego, że wygra konkurs przedmiotowy.

 

 

 

Cały tekst „Na korepetycje rodzice wydają majątek. Ojciec: To tańsze, niż wizyta u psychiatry”  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.lodz.wyborcza.pl/lodz/

 



Jak nasza wypracowana już przez wiele miesięcy tradycja każe – także dzisiaj informujemy o wczorajszym spotkaniu w „Akademickim Zaciszu”. Tym razem, jak o tym poinformował jego Gospodarz – prof. Roman Leppert, świadomie, na dwa dni przed Dniem Kobiet, rozmowa odbyła się na temat  ojcostwa, tacierzyństwa i rodzicielstwa.

 

Do tej rozmowy  zasiadł Marcin Perfuński, znany w sieci jako supertata.tv .  On sam tak siebie przedstawia:

 

Zmieniacz świata na lepsze – tak napisałem o sobie w swoim jedynym CV. […] Z zamiłowania, wykształcenia i doświadczenia jestem dziennikarzem, który chce zrozumieć świat, wytłumaczyć go innym i zostawić po sobie choć odrobinę odmienionym.

 

Zaczynałem w gazetce szkolnej, przeszedłem przez prasę lokalną, agencję informacyjną, wydawnictwo, studio radiowe aż zostałem freelancerem. W ciągu 20 lat przez moje redaktorskie ręce przeszło około tysiąca książek.

 

Od dekady jestem twórcą online. Jako influencer prowadzę od 2014 projekt  < supertata.tv – Marcin Perfuński >, w ramach którego dzielę się patentami na to, jak stawać się coraz lepszym rodzicem. Realizuję to poprzez webinary, live’y, podcasty, bloga oraz profile w mediach społecznościowych i spotkania offline.”

 

Jak zwykle zamieszczamy poniżej link do zapisu tej rozmowy, aby zainteresowane/ni, które/rzy wczoraj nie mogli śledzić tej rozmowy „na żywo”, o dowolnej porze mogli to nadrobić:

 

 

Ojcostwo, tacierzyństwo, rodzicielstwo  –  TUTAJ

 



Wczoraj (6 marca 2024 r.) Mikołaj Marcela na swoim Fb profilu napisał taki oto tekst, dzieląc się w nim kilkoma swoimi przemyśleniami na temat skutków niedookreśloności pojęcia „prawa ucznia”:

 

 

 

W TEMACIE KOLEJNEJ INBY O PRAWA UCZNIA. Bardzo lubię, jak ktoś pyta (rzecz jasna retorycznie, bo wiadomo, jaka jest odpowiedź), czy nauczyciel może zabrać uczniowi telefon, gdy ten LEKCEWAŻY PEDAGOGA, MAJĄC CZELNOŚĆ NIE SŁUCHAĆ GO NA LEKCJI, a zaraz potem – by komuś nie pomyliły się przypadkiem odpowiedzi – przyrównuje tę sytuację do konfiskaty scyzoryka, którym ktoś wymachuje na korytarzu, powodując zagrożenie dla innych uczniów, lub do konfiskaty ekierki, którą ktoś bije inną osobę.

 

Jak sami widzicie, to są IDENTYCZNE SYTUACJE, przede wszystkim dlatego, że w tej pierwszej zraniona może zostać duma lub ego nauczyciela, który przecież jest OBDARZONY AUTORYTETEM FORMALNYM i trzeba go słuchać i generalnie trzeba WYWIĄZYWAĆ SIĘ Z OBOWIĄZKÓW(!!!). No dobra, kiedyś też go wiele osób nie słuchało, ale przynajmniej nie demonstrowali tego patrząc w ekran smartfona…

 

Jest oczywiście bardzo fair pisać takie rzeczy, zestawiać takie sytuacje, a potem na ich podstawie pytać o sens niektórych praw uczniów. Fair jest też po oburzeniu ludzi na taką (och, drobniutką) manipulację pisać o rozczarowaniu, że tu nie ma woli dialogu i w ogóle to, O CO WAM CHODZI Z TYMI PRAWAMI?!

 

Bo jak wiadomo, w szkole mamy do czynienia z logiką, zgodnie z którą MOŻESZ EWENTUALNIE KORZYSTAĆ Z PRAW, JEŚLI… WYWIĄZUJESZ SIĘ Z OBOWIĄZKÓW. A często nawet jak się wywiązujesz, też musisz liczyć się z ewentualnym łamaniem prawa (jest wszak ŚWIĘTY STATUT SZKOLNY).

 

 

Źródło: www.facebook.com/mikolajmarcela.oficjalna.strona/

 



Wczoraj (5 marca 2024 r.) pan poseł Marcin Józefaciuk zamieścił na swoim poselskim  Fb profilu taką informację:

 

 

I tylko dzięki koleżance Anecie Jamiałkowskiej- Pabian – inicjatorce powstania grupy „Budzących się Polonistów”dowiedzieliśmy się, że istnieje zapis filmowy tego wydarzenia. Poniżej umożliwiamy zapoznanie się z nim:

 

 

Posiedzenie Parlamentarnego Zespołu ds. Nowoczesnego Kształcenia  –  TUTAJ

 



Wczoraj (4 marca 2024 r.) w krakowskiej „Gazecie Wyborczej” zamieszczono zapis rozmowy red. Olgi Szpunar z Gabrielą Olszowską – nową Małopolską Kuratorką Oświaty. Oto obszerne fragmenty tego wywiadu i link do jego pełnego zapisu na stronie „Gazety Wyborczej”:

 

 

Kuratorium po Barbarze Nowak. Gabriela Olszowska: „Na korytarzach martwa cisza, ludzie prosili o schowany ekspres do kawy”

 

 

Foto: Konrad Kozłowski/Agencja Wyborcza.pl

 

Gabriela Olszowska

 

 

Doprowadziliśmy do tego, że wszyscy kopiemy w oświatę. Jedziemy po niej równo, jak po burej suce. Bez hamulców. Każdy się zna na szkole, bo przecież do niej chodził. Z tym trzeba skończyć – mówi Gabriela Olszowska, małopolska kurator oświaty. Przejęła kuratorium po rządach najbardziej kontrowersyjnej kuratorki w kraju, Barbary Nowak. Wie, od czego zacząć zmiany.

Olga Szpunar: – Aleksandra Sutkowska, była dyrektorka szkoły w Dobczycach, właśnie została oczyszczona z zarzutów.

 

Gabriela Olszowska, małopolska kurator oświaty: – Byłam na ogłoszeniu tego wyroku i sprawił mi radość. O tej sprawie było głośno w całej Polsce. Za panowania małopolskiej kurator oświaty Barbary Nowak Sutkowska stanęła przed komisją dyscyplinarną dla nauczycieli, bo pozwoliła uczniom uczestniczyć w lekcji o konstytucji. Rzecznikiem dyscyplinarnym dla nauczycieli była wtedy Dorota Skwarek, dyrektorka  wydziału nadzoru pedagogicznego w Małopolskim Kuratorium Oświaty. Już nie jest.

 

Od czasu, gdy kurator Nowak została odwołana, pani Skwarek przebywa na zwolnieniu lekarskim. Nie przeszkodziło mi to zaocznie odwołać jej z funkcji rzecznika i powołać na to stanowisko nową osobę. To był jeden z moich pierwszych ruchów po objęciu obowiązków kuratora. Trzech wicerzeczników złożyło wypowiedzenia. […]

 

– Czy inni dyrektorzy szkół i nauczyciele, którzy czują się pokrzywdzeni przez komisję dyscyplinarną działającą za panowania kurator Nowak, mogą liczyć na ponowne rozpatrzenie ich spraw i ewentualne oczyszczenie z zarzutów?

 

Jeśli się odwołali od wyroku i sprawy są ponownie rozpatrywane, to tak. Jeśli tego nie zrobili i przyjęli orzeczenie, nic już nie możemy zrobić. Takie są procedury.

 

– Ile spraw dyscyplinarnych toczy się obecnie?

 

To jest przedziwna historia. Jeszcze w sierpniu kurator Nowak informowała oficjalnie, że jest ich 20. W styczniu poprosiłam o ponowne przeliczenie i znów dostałam odpowiedź, że 20. Coś mi nie grało. […]

 

– Kiedy powoła pani swoich zastępców?

 

Rozmawiam na ten temat z wojewodą, bo to on musi ich zaakceptować.

 

– Artur Pasek, były pracownik kuratorium, obecny dyrektor Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 19 w Krakowie, to pani kandydat. Koalicja, która tyle mówiła o odpartyjnieniu kuratoriów, chce na stanowisku wicekuratora Katarzynę Mitkę, dyrektorkę szkoły w Sance i członkinię PSL.

 

Tak jak powiedziałam: rozmowy z wojewodą trwają. Bardzo bym chciała jak najszybciej mieć wicekuratorów, bo jest multum rzeczy do załatwienia. Na razie działam jak w tym przysłowiu: sprawy beznadziejne załatwiam od ręki, na cuda potrzebuję trochę czasu.[…]

 

– Mówi pani o porządkach w kuratorium. Będą zwolnienia osób blisko współpracujących z byłą kurator?

 

Pani wicekurator Halina Cimmer, podobnie jak pani Skwarek, przebywa na zwolnieniu lekarskim. Nie będę kryć, że myślę o zmianie dyrektorów w delegaturach. Generalnie chciałabym dokonać przeglądu kadr, ale to nie będzie rewolucja. Raczej spokojne i przemyślane decyzje. Będę rozmawiała z pracownikami, wielu z nich widzi się w kuratorium w innym miejscu niż dotychczas. […]

 

– Jednym z pierwszych pani ruchów było powołanie specjalistki do spraw polityki równościowej. Została nią Sylwia Rapicka. Była kurator Nowak alarmuje w mediach społecznościowych, że była ona asystentką transpłciowej posłanki Anny Grodzkiej i martwi się, że nastąpi segregacja uczniów a wsparcie dostaną tylko ci, którzy zadeklarują inną orientację.

 

Czytaj dalej »



Oto post z FB profilu Mikołaja Marceli, zamieszczony tam wczoraj (4 marca 2024 r.), który polecamy jako impuls do Waszych przedpołudniowych  refleksji

 

 

Wiecie, co jest najbardziej wkurzające w polskiej edukacji? Że nieustannie od lat wyrzucamy w błoto miliardy złotych, finansując system, w którym dominuje nieefektywny i absolutnie przestarzały model szkoły, i przeznaczając pieniądze na miejsca, w których na co dzień nierzadko poniża się młodych ludzi i łamie ich prawa (mimo że wywiązują się ze swoich obowiązków, co tak uwielbiają podkreślać nauczyciele). Finansujemy szkoły, w których uczennice i uczniowie czują się źle, w którym młodzi ludzie są nieustannie zestresowani i przez funkcjonowanie w tym przestarzałym modelu często nie mają czasu wolnego – nie mają nawet czasu żyć…

 

W tym samym czasie wspaniałe autorskie szkoły, magiczne inicjatywy w ramach edukacji domowej, niezwykle miejsca edukacyjne, w których dzieci uczą się radośniej, rozwijają w swoim tempie i są dzięki temu szczęśliwe, muszą drzeć o przetrwanie. Miejsca, które powinny być obiektem szczególnej troski ze strony rządzących, często muszą liczyć grosz do grosza i mieć nadzieję, że wszystko się zepnie finansowo. To miejsca, które mogłyby pomagać dzieciom, ale brakuje im jakiegoś wsparcia.

 

Wkurzające jest też to, że ilekroć podważamy sens zmian, ilekroć bronimy tych bezsensownych obowiązkowych zadań domowych, przywiązujemy wagę do rankingów szkół, podniecamy się wynikami na egzaminach centralnych i opowiadamy o tym, jak ważne są oceny i średnie na świadectwach, ilekroć bronimy tego przestarzałego modelu szkoły, który tak wielu młodych (i dorosłych) ludzi czyni nieszczęśliwymi, przykładamy rękę do tego stanu rzeczy. Sprawiamy, że ludzie boją się zmian i zamiast wspierać miejsca dobre dla dzieci. Sprawiamy, że wierzą, że szkoła musi być miejscem stresu i lęku, w którym ważne są obowiązkowi, a prawa (człowieka, dziecka i ucznia) już nieszczególnie…

 

To taki post pod wpływem chwili, pewnie kiedyś go rozwinę, a póki co puszczam w świat, bo mam dziś taką potrzebę.

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/mikolajmarcela

 



Foto: fotGround Picture / hutterstock[www.bankier.pl]

 

Na „Portalu Samorządowym – Portalu dla Edukacji” zamieszczono dzisiaj (4 marca 20024 r.) tekst Jacka Krzemińskiego, informujący o zaprezentowanym 16 stycznia, podczas Sejmowej Komisji Cyfryzacji stanowisku 10 organizacji pozarządowych wobec postulatów zawartych w „Raporcie otwarcia”. Organizacje te powiadają się za wprowadzenia ogólnopolskiego zakazu używania przez uczniów  smar fonów na terenie szkół. Oto obszerne fragmenty tego tekstu:

 

 

Chcą od września zakazać używania smartfonów w szkołach. Jest apel do ministra

 

 

[…]

 

 

Na posiedzeniu sejmowej Komisji Cyfryzacji, które odbyło się 16 stycznia, 10 organizacji pozarządowych przedstawiło swój „raport otwarcia”, dotyczący polityki cyfryzacji Polski. Te organizacje, współpracujące w ramach „Forum Prawo dla Rozwoju”, to m.in. Instytut Spraw Cyfrowych, Instytut Spraw Obywatelskich, Związek Inicjatyw Biznesowych oraz Fundacja Healthcare Poland. […]

 

W ramach raportu przedstawiły one swoje rekomendacje dla polityki cyfryzacji Polski na lata 2024-2027. Wśród nich znalazło się m.in. wprowadzenie ogólnopolskiego zakazu używania smartfonów przez uczniów w szkołach, a nawet wnoszenia przez nich smartfonów do szkół. Kolejny postulat to wycofanie programu „Laptop dla ucznia”.

 

Liczne badania wskazują na szkodliwy wpływ smartfonów na zdrowie, wyniki w nauce i sukcesy w życiu dziecipowiedział Rafał Górski, prezes Instytutu Spraw Obywatelskich. – Państwo nie powinno zwiększać ani ułatwiać ekspozycji dzieci i młodzieży na świat cyfrowy poprzez programy ułatwiające dostęp do komputerów i zezwalanie na używanie przez uczniów smartfonów w szkołach. Naszym zdaniem program „Laptop dla ucznia” był błędem.[…]

 

Górski dodał, że organizacje pozarządowe apelowały już do poprzedniego ministra edukacji Przemysława Czarnka o wprowadzenie ogólnopolskiego, centralnego zakazu używania przez uczniów smartfonów w szkołach. Ale minister wtedy nie zdecydował się na to. […]

 

Liczymy, że nowy rząd przychylniej odniesie się do tej propozycji – mówił szef Instytutu Spraw Obywatelskich. – Będziemy o tym rozmawiać zarówno z nowym kierownictwem resortu edukacji, jak i resortu cyfryzacji. Zakaz używania smartfonów w szkołach obowiązuje od 1 stycznia tego roku w Holandii, a ogólnokrajowe rozwiązania w tym zakresie obowiązują także we Francji, Włoszech, Grecji, Portugalii i Chinach. Teraz czas na Polskę. […]

 

 

Źródło: www.portalsamorzadowy.pl/edukacja/

 

x          x          x

Poniżej zamieszczamy fragment zapisu posiedzenia Komisji Cyfryzacji z dn. 16 stycznia 2024 roku:

 

[…]

Screen ze strony 20 dokumentu.

 

Źródło: www.orka.sejm.gov.pl/



Wczoraj (3 marca 2024 r.) Jarosław Pytlak zamieścił na swoim blogu dwa teksty – powiązane tematycznie ze sobą.      I oba są zainspirowane książką  p.t. „Prawo Marcina, autorstwa Marcina Kruszewskiego. Postanowiliśmy zachęcić Was do ich przeczytania, zamieszczając poniżej fragmenty pierwszego z nich. Link do drugiego podał Jarosław Pytlak w zakończeniu pierwszego tekstu:

 

 

Oto okładka książki, która stała się inspiracją do wypowiedzi kolegi Jarosława Pytlaka

 

 

                                                                  Wyzwanie dla prawnika

 

Marcina Kruszewskiego ujrzałem po raz pierwszy w jednym z jego tiktokowych filmików z cyklu „Prawo Marcina”, udostępnionym na fejsbuku w grupie Ja, Nauczyciel. Zwracał się z ekranu do uczniów, ze swadą opisując jakiś wycinek ich szkolnych praw.

 

Powiedzieć, że nie spodobał mi się jego występ, to nic nie powiedzieć. Odrzuciła mnie retoryka, w której nauczyciele jawili się pełni złej woli, wręcz wrogowie uczniów. Odruch buntu wzbudziło we mnie przesłanie, wzywające młodych ludzi do przeciwstawienia się opresji. Szkolnej, oczywiście. Osłupiałem, słuchając przykładu z życia, którym autor zilustrował swój wywód, a który z mojej belferskiej perspektywy wydał się absurdalny. Z kilku minut oglądania pozostała we mnie głównie pamięć burzy własnych emocji oraz spontaniczna niechęć do autora.

 

Nawiązanie do fatalnego wrażenia z pierwszego kontaktu z Marcinem Kruszewskim nie oznacza, że zamierzam tutaj mieszać z błotem jego działania. Opisuję tylko swoje ówczesne odczucia, w których – sądząc po dużej liczbie i ostrym tonie komentarzy pod postem – nie byłem osamotniony. Zarazem proszę wszystkich Czytelników, w tym bezkrytycznych apologetów „Prawa Marcina” oraz jego najzagorzalszych krytyków, o cierpliwość. Mam nadzieję, że w ostatecznym rozrachunku ten artykuł będzie miał wydźwięk konstruktywny. Spirali negatywnych emocji pomiędzy nauczycielami, uczniami (i rodzicami na dokładkę) mam już serdecznie dosyć i widzę potrzebę poszukania czegoś innego.

 

Cała historia nie miałaby dalszego ciągu, gdyby autor nie postanowił zdyskontować sieciowej popularności swoich filmików, nadając „Prawu Marcina” formę książkową. W tej postaci pojawiło się ono w moim polu widzenia powtórnie. Prawdę mówiąc, również ten drugi kontakt odebrałem zrazu fatalnie, bo z okładki spojrzał na mnie młody człowiek z wyciągniętym palcem, niczym wzięty z socrealistycznego plakatu „Coś ty zrobił dla realizacji planu?”, tyle że w wersji „Znaj swoje prawa w szkole!”. Machnąłbym lekceważąco ręką z wyżyn mojej bańki informacyjnej na takie wezwanie, gdyby nie to, że patronem medialnym książki okazała się Fundacja „Ja, Nauczyciel’ka”, którą znam i cenię, a zarekomendował ją, między innymi, były Rzecznik Praw Obywatelskich, Adam Bodnar. Jego słowa, wydrukowane na ostatniej stronie okładki, podziałały na mnie mobilizująco: „Ta książka ma szansę zakopać pokoleniową przepaść. Drodzy dorośli – czytajcie, słuchajcie i oglądajcie Marcina Kruszewskiego!”. Co prawda za oglądanie i słuchanie na TikToku od razu w duchu podziękowałem, zachęcony jednak rekomendacją postanowiłem książkę przeczytać. Dodatkowej motywacji dostarczyło mi niezależnie od siebie kilkoro znajomych, od których usłyszałem, że dla młodzieży w ich rodzinach Marcin Kruszewski stał się prawdziwym autorytetem, którego filmiki oglądają z wypiekami na policzkach. […]

 

Dla tych, którzy książki nie mieli w ręku, kilka zdań opisu. Jest to pozycja obszerna, bo licząca ponad trzysta stron. Wydana przez „Agorę” z dużą starannością edytorską. Treści ujęte są w krótkich rozdziałach, poświęconych osobnym zagadnieniom prawnym, pogrupowane według zbliżonej tematyki w sześć obszernych lekcji. Zastosowanie różnych kolorów stron, dużej czcionki i rozmaitych wyróżnień fragmentów tekstu powoduje, że czyta się to dobrze, czemu sprzyja także potoczysty język autora, zaadaptowany z tik tokowych wystąpień. Lekturę porządkują krótkie rekapitulacje na końcach rozdziałów. Trzeba przyznać, że dla tych młodych ludzi, których ciekawość skłoni do wyjścia poza ramy TikToka, jest to atrakcyjna propozycja, która ma szansę przyczynić się do lokalnego zwiększenia poziomu czytelnictwa, a przy okazji świadomości prawnej.

 

W tym miejscu mógłbym zakończyć, zostawiając uczniów z książką napisaną specjalnie dla nich, gdyby nie wspomniana już rekomendacja Adama Bodnara. Pozwolę sobie zatem spojrzeć na nią z drugiego brzegu „pokoleniowej przepaści”. Z tej perspektywy mam trzy poważne zastrzeżenia.

 

Pierwsze, to skrajnie nieżyczliwy szkole i nauczycielom sposób narracji. Otwieram oto książkę i czytam pierwsze zdanie wstępu: „Znaj swoje prawa i nie daj wykorzystać swojej niewiedzy w szkole!”. Nie twierdzę, że jako nauczyciel działam bezbłędnie, ale na pewno nie wykorzystuję nieznajomości prawa przez uczniów dla świadomego osiągnięcia jakichkolwiek celów, tym bardziej na ich szkodę. Podobnie uważam, że świadome łamanie praw uczniów w złej wierze ma miejsce jedynie w przypadkach patologicznych nauczycieli. Nawet jeśli jest ich zbyt dużo, to na pewno nie stanowią większości kadry pedagogicznej. […]

 

Drugie zastrzeżenie dotyczy podawanych przykładów, stanowiących kanwę do omawiania poszczególnych zasad prawnych. Nader często autor opisuje jakieś działania nauczyciela, oceniając je jako niedopuszczalne z punktu widzenia prawa, ale nie daje dostatecznych wskazówek, jak można by lege artis dany problem – realny w życiu – rozwiązać. Na przykład, powołując się na konstytucję Marcin Kruszewski pisze, że „szkoła nie powinna zabraniać uczniowi skonsumowania posiłku [podczas lekcji – przyp. JP]”. Wysnuwa z tego wniosek, że jeśli „uczeń nie dezorganizuje swoim posiłkiem zajęć ani nie przeszkadza klasie oraz nauczycielowi, to zjedzenie kanapki nie powinno być żaden sposób karane czy wytykane. Podstawą w tym przypadku jest wzajemny szacunek”. […]

 

Zastrzeżenie trzecie jest natury bardziej ogólnej. Prawa ucznia prezentowane przez Marcina Kruszewskiego mają charakter absolutny. Rozumiem prawnika, że tak uważa, ale obserwuję też społeczeństwo i widzę, jak rozbieżne bywają interpretacje różnych przepisów, włącznie z konstytucją. Nie raz, nie dwa podczas czytania miałem ochotę zadać autorowi pytanie „Czy naprawdę to jest takie jednoznaczne?!”. Przytoczony wyżej przykład z jedzeniem w pracowni chemicznej ilustruje także to zastrzeżenie.

 

Z trzech powyższych względów książka mi się po prostu nie podoba. Z drugiej strony jednak, może dlatego, że poświęciłem jej lekturze wiele czasu i uwagi, pozbyłem się już negatywnych emocji. Jestem nawet gotowy oświadczyć, że to pozycja cenna poznawczo i potrzebna. Rozumiem też dostosowanie retoryki do odbiorców czyli uczniów. Gdyby narracja tej książki była inna, gdyby pojawiało się w niej zbyt wiele znaków zapytania, gdyby szczegółowo ważyła różne punkty widzenia, to… po prostu stałaby się niestrawna dla młodych czytelników i nie podniosła ich świadomości prawnej. A to ostatnie wydaje się bardzo na czasie. Podobnie jednak, jak potrzeba zakopania pokoleniowej przepaści. Z tym wszakże jest gorzej. […]

 

W tym miejscu stawiam Marcinowi Kruszewskiemu wyzwanie, tak modny w ostatnich latach challenge. Jestem gotowy z perspektywy nauczyciela podzielić się swoimi wątpliwościami, dotyczącymi różnych spraw poruszonych w jego książce. Oczekiwałbym odpowiedzi, wyjaśnienia, konstruktywnej porady, która będzie mogła trafić do nauczycieli. Wierzę, że koniec końców będzie to dla dobra uczniów.

 

Mam nadzieję, że Fundacja „Ja, Nauczyciel’ka” wesprze moje wyzwanie. Jeśli nie zechce podjąć go autor „Prawa Marcina”, to może uda się zainteresować pana Adama Bodnara, a może panią Monikę Horna-Cieślak, Rzecznika Praw Dziecka. Bo świadomy praw uczniów, ale nie pozostawiony samemu sobie z wieloma realnymi problemami nauczyciel, to lepszy partner w dziele unowocześnienia polskiej szkoły. Spróbujmy wspólnie przysypać naturalną przepaść międzypokoleniową, z rewolucyjnym zapałem systematycznie pogłębianą dzisiaj w publicznej debacie.

 

Na dobry początek, oto moje wyzwanie zainspirowane pierwszym rozdziałem „Prawa Marcina”: Czy nauczyciel może Ci zabrać telefon?!

 

 

 

Cały tekst „Wyzwanie dla prawnika”  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/