Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'

Dzisiaj po północy prof. Bogusław Ślwierski zamieścił na swoim blogu tekst, który postanowiliśmy przybliżyć także naszym Czytlniczkom i Czytelnikom – bez skrótów:

 

 

Czyżby opinia na temat polityki oświatowej MEN była już wyeksploatowanym tematem?

 

W dniu 26 listopada br. autoryzowałem rozmowę nagraną przez dziennikarza „Gazety Wyborczej”. Kiedy po ponad dwóch tygodniach nie dał oznak życia na temat publikacji mojej wypowiedzi, zapytałem o przyczynę, bo mogła umknąć mojej uwadze.

 

Redaktor odpowiedział z wielką kulturą, za co jestem mu wdzięczny, bo redaktorka innej gazety ogólnopolskiej (DGP) nagrała wywiad, autoryzowała jego treść 8 listopada, po czym opublikowała tylko trzy zdania, które pasowały do własnej narracji. Czyżby była zmowa mediów, by nie publikować opinii na temat działań polityków obecnej władzy?

 

Bardzo dziękuję za wartościową rozmowę i poświęcony czas. Niestety, podjęto decyzję, że w ostatnim czasie – zarówno na łamach „Gazety Wyborczej”, jak i w innych mediach – temat został szeroko omówiony i uznany za wyeksploatowany„.

 

Skoro tak, to publikuję treść tego wywiadu, żeby czytelnicy sami osądzili, czy rzeczywiście jest już wyeksploatowany.  

 

„Prof. Bogusław Śliwerski, kierownik Katedry Teorii Wychowania na Uniwersytecie Łódzkim miał okazję uczestniczyć w spotkaniu interdyscyplinarnym, podczas którego omawiano wprowadzenie nowego przedmiotu – edukacji zdrowotnej. Jak zaznacza, proces ten został przygotowany przez zespół naukowców pod przewodnictwem prof. Zbigniewa Izdebskiego, co z naukowego punktu widzenia zapowiadało solidne podstawy merytoryczne. Jednak zdaniem prof. Śliwerskiego, obecne działania Ministerstwa Edukacji Narodowej odbiegają od założeń, na których powinno opierać się konstruowanie i wdrażanie każdego przedmiotu kształcenia.

 

Minister Barbara Nowacka, mimo dobrych intencji, popełniła błąd, wprowadzając zmiany motywowane przede wszystkim deklaracjami politycznymi – zauważa profesor. W jego opinii, takie decyzje niosą ryzyko instrumentalnego traktowania edukacji, podporządkowując ją bieżącym interesom politycznym zamiast naukowym. Jak podkreśla, edukacja zdrowotna, która ma obejmować zarówno kwestie zdrowia fizycznego, jak i psychicznego czy społecznego, wymaga dobrze przemyślanego programu oraz odpowiednio przygotowanej kadry.

 

Brak przygotowania i kadry

 

Prof. Śliwerski zwraca uwagę na kluczowe braki, które mogą wpłynąć na skuteczność realizowania nowego przedmiotu. – Nie można wprowadzać tak kompleksowych zmian bez odpowiednio wykwalifikowanych nauczycieli. W Polsce od lat brakuje biologów, matematyków, a teraz dodatkowo będziemy potrzebować specjalistów, którzy zintegrowaliby wiedzę z różnych dziedzin – mówi. Dodaje, że szybkie kursy czy szkolenia mogą jedynie doraźnie wypełnić luki, ale nie zastąpią solidnego przygotowania merytorycznego i metodycznego.

 

Jego zdaniem, edukacja zdrowotna powinna obejmować zarówno aspekty biologiczne, jak i społeczne, ale bez popadania w skrajności. – Nie można ani nadmiernie biologizować tego przedmiotu, ani ograniczać go do kwestii kulturowo-społecznych. Taki zbalansowany program wymaga jednak czasu na stworzenie i wdrożenie, a tego niestety brakuje – ocenia.

 

Polityka zamiast nauki

 

W opinii profesora, polska edukacja od lat cierpi na podporządkowanie jej bieżącej polityce. – Brakuje nam narodowej strategii edukacyjnej, która byłaby wolna od wpływów partyjnych. To, co obserwujemy teraz, to kolejny przykład, jak ideologia przesłania merytoryczne podejście do reform – zaznacza. Zdaniem Śliwerskiego, taki sposób działania prowadzi do konfliktów społecznych oraz nieufności wobec systemu oświaty.

 

Profesor podkreśla, że brak odpowiednich badań nad skutecznością dotychczasowego przedmiotu WDŻWR dodatkowo utrudnia ocenę zasadności wprowadzenia edukacji zdrowotnej w obecnej formie. – Nie wiemy, jakie były faktyczne efekty nauczania WDŻWR, bo nikt tego nie zbadał. Wprowadzanie zmian w oparciu o przypuszczenia i populistyczne argumenty jest niewłaściwe – zaznacza.

 

Konflikty wśród nauczycieli

 

Według prof. Śliwerskiego, nowy przedmiot może spotkać się z oporem części nauczycieli. – Wielu z nich nie będzie gotowych do realizacji programu zgodnie z założeniami. Niektórzy z przekonania będą pomijać pewne treści, inni po prostu nie będą wiedzieć, jak je przekazać. To zapowiedź chaosu, a nie merytorycznego wdrażania zmian – podsumowuje.

 

Profesor podkreśla, że edukacja zdrowotna jest potrzebna, ale wymaga odpowiedniego przygotowania, dialogu i czasu na wdrożenie. Bez tych elementów grozi nam powielanie błędów przeszłości i dalsza instrumentalizacja systemu edukacji”.

 

 

Źródło: www.sliwerski-pedagog.blogspot.com

 



Dzisiaj prezentujemy tekst autorstwa Jarosława Kordzińskiego, który został zamieszczony na portalu „HOLISTIC” 16 grudnia 2024 roku:

 

 

                                      „Dobrze wiedziałem, że tak będzie”. Trudny rodzic z wizytą w szkole

 

 

Foto: Fot. Mikhail Nilov / Pexels

 

Szkoła to miejsce, od którego oczekuje się działań sprzyjających rozwojowi kolejnych pokoleń. Nie bez znaczenia jest także rola dorosłych. Pytanie brzmi, jaki udział w całym procesie powinni mieć rodzice uczniów. Czy wystarczy, że będą wymagać właściwej pracy od nauczycieli, czy powinni sami się zaangażować? Bywa, że jedna i druga postawa odbierana jest jako „trudna”. Bez względu na to, czy chodzi o lekceważenie czy o nadmierne zaangażowanie – zawsze jest nie tak, jak należy. Dlatego czas zadbać o nowe relacje na linii dom – szkoła.

Trudny rodzic i nauczyciele

 

Społeczność szkolną budują uczniowie oraz ich rodzice i nauczyciele. Pozornie kluczowe znaczenie mają ci najmłodsi. Praktycznie o całości decydują w zasadzie tylko dorośli. Ci zaś reprezentują na ogół bardzo różne interesy. Szczególną rolę odgrywają rodzice. Co więcej, ich pozycja jest na wiele sposobów potwierdzona prawnie. Problem zaczyna się, gdy nabierają przekonania, że mają szczególne prawo do dokonywania niepodważalnych ocen i narzucania jedynie słusznych rozwiązań. Tym bardziej że przekonania te w skuteczny sposób wykorzystują ich dzieci, wpływając na zakres wymagań, jakie próbuje stawiać wobec nich system szkolny.

 

Rodzice postrzegają na ogół sytuację szkolną swoich pociech poprzez obraz, jaki one odmalowują podczas rozmów w domowych pieleszach. Szkoła jest dobra lub zła, nauczyciele mądrzy bądź nadmiernie wymagający, nauka to coś ciekawego albo zupełnie bez sensu. Co więcej, ogląd rodziców na temat szkolnej kariery dzieci naznaczony jest na ogół własnymi resentymentami albo chęcią ucieczki od szkolnych problemów swoich latorośli. Rzadko kiedy towarzyszy mu głębsza refleksja oraz weryfikacja uzyskanych informacji.

 

Nawiasem mówiąc, nauczyciele też mało kiedy pomagają we wspólnym rozwiązywaniu dylematów. Wyrażają poglądy o charakterze zero-jedynkowym. Zdarzenia i fakty interpretują na niekorzyść uczniów czy ich środowiska. Delegują całą odpowiedzialność za dostrzeżone braki na ucznia oraz jego rodziców. Dokładają do tego komentarze nasycone pedagogiczną nowomową, która ani nic nie wyjaśnia, ani niczemu nie służy. Ich zdaniem „trudny” rodzic ma się przyznać do poniesionych win, przeprosić i wziąć się po prostu do roboty. Pytanie, czy to jest rzeczywiście rozwiązanie najlepsze? Czy nie lepiej spróbować się jakoś dogadać?

 

Od manipulacji do dobrej komunikacji

 

Formy dialogu dorosłych są związane z różnymi postawami. Bywa, że wynikają z potrzeby narzucenia własnych poglądów i chęci dominacji nad innymi. Odmiennym postawom towarzyszą najczęściej różne formy manipulacji. Z jednej strony mogą opierać się na wywieraniu presji, z drugiej – na uległości. W pierwszym przypadku jeden rozmówca stara się narzucić swoją pozycję drugiemu poprzez:

 

-traktowanie tego drugiego jak przeciwnika;

 

-upieranie się za wszelką cenę przy swoim;

 

-wywoływanie poczucia zagrożenia, lęku, podporządkowania;

 

-zastraszanie, lekceważenie, wyśmiewanie i obrażanie.

 

W drugim przypadku w grę wchodzi: 

 

-wycofywanie, podporządkowanie, obrażanie się i stosowanie szantażu emocjonalnego;

 

-ograniczanie własnych praw, ale i własnej odpowiedzialności;

 

-pozwalanie, aby na własne terytorium wkraczali inni, nie bez próby późniejszego uzależnienia ich od siebie.

 

Koniec końców w obu przypadkach chodzi o wywołanie u strony przeciwnej poczucia, że nie jest w stanie w żaden sposób racjonalnie zareagować. Osoba poddana takiej presji musi się podporządkować. Wszystko wskazuje bowiem na to, że druga strona albo zacznie po prostu krzyczeć i tupać nogami, albo rzuci się na podłogę i będzie płakać.

 

Rozwiązaniem w obu przypadkach jest szczere mówienie o swoich emocjach. Otwarte wyrażanie się na temat swoich odczuć oraz dostrzeżonych faktów. Uczciwe oraz stanowcze prezentowanie swojego stanowiska, swoich oczekiwań oraz podglądów. Skuteczne ograniczanie nieuzasadnionej aneksji swojego terytorium i jednoczesnego szacunku dla terytorium drugiej strony.

 

W co gra trudny rodzic. Trzy postawy

 

Kiedy rodzic przyprowadza dziecko do szkoły, liczy na rzetelną opiekę, współpracę i szanowanie jego zdania. Problemem są role opisane w kultowej książce pt. W co grają ludzie amerykańskiego psychiatry Erica Berne’a. Stworzona przez niego koncepcja analizy transakcyjnej zakłada, że każdy z nas reprezentuje mentalnie trzy różne postawy przekładające się na trzy role: Rodzica, Dziecka bądź Dorosłego. Rodzic – to nasz wewnętrzny zbiór zasad, nakazów i zakazów. Podstawa akceptowanego przez nas postępowania. Dziecko – to emanacja naszej wewnętrznej potrzeby doświadczenia rzeczy nowych, a nade wszystko zabawy. Dorosły – to ta część nas, która odpowiada za równowagę pomiędzy potrzebami Dziecka i nakazami Rodzica.

 

Rodzic pojawia się najczęściej, kiedy chcemy podkreślić, że to inni są odpowiedzialni za określony stan rzeczy. Mówimy wówczas: „Nie trzeba było…”, „Szkoda, że mnie państwo nie posłuchaliście”. Lubimy z tej perspektywy pouczać oraz oceniać: „Dobrze wiedziałem, że tak będzie”, „Nauczyciele tej szkoły są niestety kompletnie do niczego”. Dziecko pojawia się, kiedy próbujemy całą winę za zaistniałą sytuację przerzucić na innych: „W tej szkole uczniowie nigdy do niczego nie dojdą”. Bywa, że kokietujemy bądź pozwalamy sobie na wyrażenie emocji: „Ja się chyba do niczego nie nadaję”, „Ja chyba oszaleję”.

 

W przypadku trudnych rozmów o dzieciach, a zarazem uczniach, optymalna byłaby postawa Dorosłego. Odpowiedzialna, skupiona na faktach, koncyliacyjna, sprzyjająca wypracowaniu porozumienia. Każdy element manipulacji podejmowany z poziomu Dziecka („Musi mi pan pomóc, ja już naprawdę nie daję rady”) albo Rodzica („Musi mi pan pomóc albo zwrócę się do pańskich przełożonych”) powinien trafić na odpowiedź typu: „Rozumiem, spróbujmy razem temu zaradzić”, albo: „Wszystko, co robię, wynika ze stosownych przepisów prawa. Gdybyśmy oparli na nich nasze wspólne wysiłki, na pewno osiągnęlibyśmy więcej”.

 

Model komunikacji według Petera Colemana 

 

Sposób poszukiwania i uzgadniania wspólnych rozwiązań opisał w opracowanym przez siebie modelu komunikacji Peter T. Coleman, profesor psychologii i edukacji na Uniwersytecie Columbia. Proponowana przez niego struktura opisuje pięć poziomów.

 

Pierwszy to atakowanie. Obejmuje zachowania postrzegane przez drugą stronę jako wrogie. Ich celem jest pokazanie przewagi oraz siły. Tu pojawiają się: groźby, obelgi, ośmieszanie, protekcjonalne traktowanie i korzystanie ze stereotypów.

 

Poziom drugi to ignorowanie. Występuje w dwóch wersjach. Ignorowaniu wrogiemu towarzyszy lekceważenie pytań, nieudzielanie odpowiedzi czy wręcz opuszczanie miejsca rozmowy. Drugi wariant – pozornie neutralny – stosuje odkładanie tematu na później, podejmowanie tematów łatwiejszych, proszenie o czas do namysłu lub zebranie informacji.

 

Trzeci poziom to informowanie. Zakłada objaśnianie reprezentowanej perspektywy oraz sposobu rozumowania. Towarzyszy mu dzielenie się informacjami, które dotyczyć mogą zarówno potrzeb, emocji i wartości, jak i konkretnych stanowisk czy uzasadnień.

 

Czwarty poziom to otwieranie. Obejmuje takie zachowania jak zadawanie pytań dotyczących stanowiska drugiej strony oraz jej potrzeb czy wartości. Uważne słuchanie. Sprawdzanie wartości zrozumienia drugiej strony poprzez wykorzystanie metod aktywnego słuchania (na przykład parafrazy, klaryfikacji czy podsumowywania).

 

Wreszcie poziom kluczowy – jednoczenie. To odkreślanie relacji między stronami. Pomost prowadzący do współpracy. Tworzenie relacji i współdziałanie. Odnalezienie tego, co łączy. Znajdowanie nowych ram dla kwestii spornych. Wypracowanie nowych, akceptowanych przez obie strony rozwiązań.

 

Trudny rodzic może być dobrym sojusznikiem

 

Kłopoty z „trudnymi” rodzicami (ale chyba też nauczycielami) wynikają na ogół z faktu, że obie strony żywią się przekonaniem, że wiedzą lepiej, jakie są potrzeby ich podopiecznych. I to właśnie oni (a nie „tamci”) wiedzą, jak je najlepiej zaspokoić. Podstawą rozwiązania wynikających z tego powodu problemów jest rezygnacja z potrzeby narzucania swoich pomysłów i skupienie się na wspólnych celach. Obie strony powinny zachowywać się po prostu jak dorośli. Chcieć wspólnie zrobić coś, co uważają za ważne, potrzebne i korzystne dla swoich wychowanków.

 

 

 

 

Cały tekst „’Dobrze wiedziałem, że tak będzie’. Trudny rodzic z wizytą w szkole”  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www .holistic.news



Dziś prezentujemy fragmenty obszernego wywiadu z Agnieszką Ciesielską – ekspertką koalicji stowarzyszeń „SOS dla Edukacji”, zamieszczonego na stronie „Gazety Wyborczej”. Jeśli po przeczytaniu tych fragmentów ta rozmowa Was zainteresowała  – odsyłamy linkiem do jej pełnego zapisu:

 

 

Foto: www.szkolenia.wolterskluwer.pl

 

Agnieszka Ciesielska*

 

 

Szybkie wrzutki, szybka reforma. Nauczycielka: Zmiany w szkole wciąż dyktuje polityka

 

[…]

Karolina Słowik: – Premier Donald Tusk przeprosił nauczycieli. Mówił o tym, że należy im się godna zapłata, a rząd chce pracować nad odbudową prestiżu nauczyciela. Jednak podwyżki od stycznia mają być na poziomie 5 proc. – niższym niż oczekiwali nauczyciele. Czy uda się odbudować prestiż w inny sposób?

 

Agnieszka Ciesielska  – Przy myśleniu, które zauważam na górze, uważam, że to nie zadziała. Szykujemy się do wielkiej reformy, która ma być za chwilę. A już tempo wprowadzanych zmian sugeruje, że wiele rzeczy może nie wyjść. Dodatkowo, frustracje nauczycielskie podkręcane są przez małe i częste zmiany.

 

Aby prestiż naszego zawodu wzrósł, to my sami – nauczycielki i nauczyciele – musimy uwierzyć, że to się stanie. A my w to nie wierzymy, bo nie ma siły, energii, by pracować więcej, wydajniej. Jeśli mam robić wielkie rzeczy, to muszę być do nich przekonana. Tu wszystkie znaki na niebie i ziemi pokazują, że ta reforma albo nie wyjdzie, albo wyjdzie w taki sposób, że będziemy mieć poczucie, że to nie jest szkoła, o którą nam chodziło.

 

K.S. – Powiedzmy konkretnie, co to za małe zmiany. Najpierw było ograniczanie zadań domowych – pomysł z wiecu wyborczego.

 

A.C. – Żałuję, że na te wiece nie jeździłam i nie zabrałam głosu. Zwróciłabym uwagę na coś ważniejszego: żeby szkoła bardziej dopasowała się do życia. Aby były mniejsze klasy, więcej praktyki, więcej projektów. Aby zniesiono rankingi, które podkręcają międzyszkolną rywalizację i w sporym stopniu wpływają na dobrostan młodych ludzi.

K.S. – To akurat trudno osiągnąć jednym rozporządzeniem.

 

A.C. –  Oczywiście, dlatego te prace domowe to dla mnie rodzaj populistycznej zagrywki. Naprawdę tego nie rozumiem.

 

K.S. – Dalej: edukacja zdrowotna zamiast wychowania do życia w rodzinie, edukacja obywatelska zamiast przedmiotu historia i teraźniejszość. Oprócz tego ma zmienić się podstawa programowa do WF. Usłyszałam, że zmiany dotyczące religii w szkole mają być jedyną zmianą światopoglądową, którą uda się wprowadzić rządowi do wyborów prezydenckich.

 

A.C.Dla szkoły to zmiany punktowe. Szkoda, że nie patrzy się szerzej na system edukacyjny. Być może te działania są nastawione na rodziców, którzy jako wyborcy bardziej się liczą. Jest ich więcej. Kiedy było jasne, że mamy nową ministrę Barbarę Nowacką, to spodziewałam się całościowej zmiany, która będzie wynikała z wizji, polityki edukacyjnej rozpisanej na kilka lat, znacznie dłużej niż kadencja polityczna. Gdy usłyszałam, że ta wielka zmiana nastąpi już od września 2026 r., to mnie przeraziło. Edukacja jest procesem. A gdy na szybko coś dodajemy, na szybko coś wyrzucamy, to obojętnie, czy chodzi o usuwanie gimnazjów czy prac domowych – w szkole to nie zadziała. Nie przełoży się na jakość. I my, którzy pracujemy w szkole, to wiemy.

 

Mamy doświadczenia europejskie: reformy oświaty w Irlandii, we Włoszech, w Walii. Tam reformy trwały po sześć, osiem lat. Ponadto w Polsce w oczekiwaniu na wielką reformę są wrzucane mniejsze zmiany, które mają zmienić szkołę jeszcze przed wrześniem 2026 roku. Różne głosy praktyków, badaczy, ekspertów edukacyjnych powinny wybrzmieć i powinien być na to czas. Szkoła to naprawdę nasza wspólna sprawa. Tą zmianą zarządza za duży pośpiech.

 

Myślałam, że do 2026 roku będzie cisza, że w spokoju w szkołach będziemy przygotowywać się do zmian podstaw programowych, do zmiany filozofii uczenia. Tymczasem mamy sporo wrzutek już od września. Ludzie szkoły się w tym gubią, a społeczeństwo to już w ogóle. Jak rozmawiam ze znajomymi rodzicami, to oni pytają, czy reforma już się rozpoczęła. Chętnie spytałabym szefową MEN, o jaką całościową zmianę tu chodzi. Bo się pogubiłam.

 

Dobrze, że premier przyszedł do nauczycieli. Ale z drugiej strony widzę to, co za czasów Przemysława Czarnka: polityka i kalendarz wyborczy dyktują nam, co ma się w szkole zmienić. I nad tym ubolewam. Naprawdę staram się włączać optymizm, bronię się przed marudzeniem na wszystko, co obecnie dotyczy szkoły. Dostrzegam zmiany na lepsze po październiku 2023 roku. Ze szkół zniknęły strach, ideologizacja i to wszystko, czego metaforą były działania kurator Nowak. Te zmiany na lepsze są! Jednak wskutek ich wielości i tempa, jakby przestają znaczyć. Trudno się z nich cieszyć. […]

 

 

W dalszej części rozmowy podejmowano  tematy kolejnych pomysłów MEN.

Poniżej zamieścimy jedynie kilka  wybranych  pytań i odpowiedzi:

 

 

K.S. – Zaczęło się od odchudzania podstaw programowych. Była pani w zespole odpowiedzialnym w tym procesie za język polski. Jest pani zadowolona z efektów?

 

A.C. – Tak. Spełniłam swoje marzenie: mam mniej lektur do analizy. Mogę ją pogłębić. Mnie to odciążyło. Ale widzę też, że mimo odchudzenia podstawy z języka polskiego na niektórych lekcjach niewiele się zmieniło. […]

 

K.S. -Przez ostatnie lata sporo przeszliście jako grupa zawodowa.

 

A.C.Po likwidacji gimnazjów był strajk. Był dla nas wielką nadzieją na zmianę. Myśleliśmy, że społeczeństwo zacznie inaczej, przychylniej patrzeć na nasz zawód.

K.S. – A stało się odwrotnie?

 

A.C.Strajk bardzo nas zmienił, podzielił, sfrustrował. W publicznym liceum, w którym pracowałam ponad dwadzieścia lat, zawsze były fajne relacje. Rodzice stali za nami murem. Ale kiedy doszło do strajku, to ja, jako wicedyrektorka, wpadałam w stany schizofreniczne. Przychodzili rodzice z tortem, kwiatami, mówili: „Jesteśmy z wami”. A za chwilę przychodzili rodzice maturzystów i wręcz grozili, że jeśli nie odbędą się matury, to pożałujemy. Widziałam, że wiele osób nas rozumie, ale zwycięża troska o dziecko. I ja to rozumiałam, bo też jestem matką. Ale było to trudne do uporządkowania w głowie. Przez cały okres strajku pisałam pamiętnik. Niekiedy wracam do tych zapisków, z perspektywy czasu widzę, jakie to było totalne wyniszczenie ogromnej energii szkoły.

 

Potem przyszła pandemia. Proszę sobie wyobrazić, że w jakiejś wielkiej firmie, która całkiem nieźle funkcjonuje, nagle – z dnia na dzień – trzeba się przestawić na zupełnie inny system pracy. W mojej szkole było wtedy ok. 500 osób. A były przecież szkoły dużo większe. Ja i tak pandemię wspominam dobrze, bo licealiści i licealistki to często dojrzali ludzie. To, co musiało dziać się w szkołach podstawowych, nie mieści mi się w głowie. Wszystkich nas, ludzi związanych ze szkołą, to psychicznie osłabiło. Wtedy zaczęłam myśleć, by dać sobie spokój z zarządzaniem szkołą. Bo nie jest to warte ani zdrowia, ani tych pieniędzy. […]

 

K.S. – Nauczyciele są gotowi na reformę? To oni będą ją wdrażać.

 

A.C. – Na kilku konferencjach z udziałem MEN pytałam o tempo zmian i o to, kto ma to robić. Zwracałam uwagę na potrzebę kształcenia i przygotowania nauczycielek i nauczycieli. To nieco pomijana kwestia, dziś jeszcze słabo wybrzmiewa. Każda kolejna reforma pomija ten wątek. Góra mówi nam: „My wam powiemy, jaka jest zmiana, a wy to jakoś zrobicie”. I właśnie na to „jakoś” się nie zgadzam. W szkole stawiajmy na jakość, nie jakoś!

 

Ja mogę zrozumieć, że coś się zmienia w mojej pracy. Mogę znaleźć na to przestrzeń. Ale skoro pracuję trzy razy tyle, dopasowuję te zmiany do struktury organizacji szkoły, wprowadzam zmiany na lekcji, dokształcam się, by podążać za zmianą, i nic za to nie dostaję, to myślę o tym z niechęcią. Rozumiem tych, którzy zaczynają się przed tym buntować i krytykować każde działanie IBE lub MEN.

 

Ta reforma bez kadry pedagogicznej, bez jej odpowiedniego przygotowania i sensownego wynagrodzenia po prostu się nie wydarzy. Moje doświadczenie, wynikające z ponad 20 lat pracy w dwóch szkołach – publicznej i niepublicznej, daje mi tę pewność. Ponadto mój edukacyjny aktywizm, to, że traktuję szkołę jako ważną społecznie przestrzeń każą mi patrzeć na edukację z szerszej perspektywy, raczej ptaka niż żaby. Chciałabym, by moje mówienie o tym, nie było odbierane tylko i wyłącznie jako marudzenie, krytyka. Strategiczne myślenie o szkole w długiej perspektywie po prostu nam wszystkim się opłaci.

 

 

 

 

Cały tekst „Szybkie wrzutki, szybka reforma. Nauczycielka: Zmiany w szkole wciąż dyktuje polityka”  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.wyborcza.pl

 

 

 

*Agnieszka Ciesielska przez ćwierć wieku polonistka w liceum im. Witkiewicza w Warszawie, od 2022 roku pracuje w Społecznym Liceum Ogólnokształcącym nr 99 w Zespole Szkół STO na warszawskim Bemowie. Postutorka w Szkole Edukacji Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności i Uniwersytetu Warszawskiego, ekspertka „SOS dla Edukacji” – koalicji ponad 66 organizacji, które działają na rzecz mądrzejszej i lepszej szkoły. Współpracuje także z Edukacyjną Fundacją im. R. Czerneckiego, jest członkinią Zespołu Dydaktycznego Rady Języka Polskiego przy Polskiej Akademii Nauk.



Tradycyjnie, w poniedziałek najczęściej prezentujemy najnowszy post z bloga „Wokół Szkoły”. Dziś zamieszczamy fragmenty, bardzo obszernego tekstu, który Jarosław Pytlak zamieścił wczoraj. Oczywiście – odsyłamy linkiem do pełnej wersji:

 

 

Jedna dobra wiadomość – w librusie będzie sukces!

 

Zapowiedziana przez władze Ministerstwa Edukacji Narodowej zmiana programowa w polskich szkołach, planowana na wrzesień 2026 roku, powoli się konkretyzuje. Poznaliśmy już profil absolwenta, który ma stać się jej kamieniem węgielnym. Właśnie kończy się poprawianie tego konstruktu, bo w ramach konsultacji społecznych wpłynęło sporo krytycznych opinii, włącznie z dyskwalifikującą ogólnie i w szczegółach, sygnowaną przez Komitet Nauk Pedagogicznych Polskiej Akademii Nauk. Determinacja kierownictwa MEN, by wykazać się sprawczością w reformowaniu, doprowadziła jednak do szczęśliwego powstania wersji 2.0. Wśród poprawek uwzględniono także część szczegółowych sugestii zgłoszonych przez czcigodne grono uczonych, ignorując jednak ich fundamentalne obiekcje, że wspomnę tylko brak „spójnego modelu teoretycznego, który mógłby stanowić podstawę myślenia o edukacji dziecka na miarę XXI wieku” (z całością uwag KNP PAN można zapoznać się TUTAJ).

 

Równolegle powstaje awangarda zmiany w postaci dwóch nowych przedmiotów, edukacji obywatelskiej i edukacji zdrowotnej, mających wejść do szkół z rocznym wyprzedzeniem. Dołączy do nich zapewne „stare” wychowanie fizyczne, zapowiedziano bowiem ekspresowe opracowanie zupełnie nowej podstawy programowej tego przedmiotu. Minister sportu Sławomir Nitras zdradził, że będzie ona „prosta, zrozumiała dla rodziców i uczniów”, wyjaśniając, że „tylko wtedy będziemy w stanie wyegzekwować realizację tego planu od nauczycieli. Nie objaśnił, co prawda, kto konkretnie będzie egzekutorem, urzędnicy, rodzice, czy może sami uczniowie, ale za to niedwuznacznie dał do zrozumienia, czyja nieudolność leży u źródła fatalnej kondycji fizycznej młodych Polaków.

 

Przytoczona tutaj wypowiedź ministra nie była lapsusem, lecz świadectwem głębokiego przekonania rządzących, że nauczyciele nie są partnerami w dziele reformowania polskiej szkoły. W ten sposób politycy obecnej koalicji twórczo kontynuują linię swoich poprzedników, realizowaną od wielu kadencji ponad podziałami partyjnymi. Szkopuł w tym, że z nierozwiązanymi problemami zawodu nauczyciela doszliśmy już do ściany.

   

Niech nikogo nie zmyli pozorna normalizacja na pedagogicznym rynku pracy. Jak co roku udało się załatać większość luk personalnych w przedszkolach i szkołach, a to dzięki powszechnemu zatrudnianiu emerytów – dorabiających póki sił i zdrowia do skromnych wypłat z ZUS, a przede wszystkim, dzięki pracy nauczycieli w wymiarze większym od etatu, często w dwóch czy trzech placówkach. Braki są jednak nadal mocno odczuwalne, co ilustruje fragment artykuł Aleksandry Pezdy „Wypożyczalnia nauczycieli” („Newsweek” nr 50/2024):[…]

 

Niech nikogo nie uspokoi pozorne ogarnięcie większości problemów z obsadą kadrową. Praca w zwiększonym wymiarze, nierzadko połączona z wędrówkami od szkoły do szkoły, daje nauczycielom możliwość wyższych zarobków, nawet, mój Boże, przekraczających średnią krajową, ale za cenę ogromnego wysiłku. To nie tylko kwestia zmęczenia, mniejszej efektywności i ograniczonego czasu na zajęcie się problemami poszczególnych uczniów, ale także efekty uboczne, w postaci chociażby rosnącej absencji chorobowej, a w dłuższym okresie czasu – wypalenia zawodowego. […]

 

Niech nikogo nie zwiodą liczne pomysły edukacyjnych innowatorów, pojawiające się w przestrzeni publicznej. Nawet doskonałe, ale niemal zawsze napędzane wysiłkiem nielicznych entuzjastów lub względami biznesowymi, a często jednym i drugim naraz, przynoszą korzyści co najwyżej lokalne. Ważne i cenne, ale nie rokujące uzdrowienia sytuacji na skalę systemową. Tym bardziej, że obok przeciążenia pracą ponad etat, nauczyciele borykają się także z lawiną orzeczeń o potrzebie kształcenia specjalnego, nakładających na nich dodatkowe zadania i obowiązki, odczuwanymi w każdej szkole skutkami kryzysu psychicznego dzieci i młodzieży, oraz coraz częstszymi konfliktami z rodzicami uczniów. Wszystko to dodatkowo absorbuje uwagę i skutecznie gasi u większości chęć podejmowania. […]

 

Przypadkiem lub nie przypadkiem, niemal w rocznicę objęcia funkcji przez ministrę Nowacką pojawiła się jaskółka pozytywnej zmiany w pragmatyce zawodu nauczyciela. Zgodnie z oświadczeniem prezesa ZNP, Sławomira Broniarza, będzie nagroda jubileuszowa za 45 lat pracy, zmienią się na korzystniejsze zasady rozliczania godzin ponadwymiarowych, skrócony do jednego roku zostanie okres zatrudnienia nauczyciela początkującego na czas określony. Bardzo ważną zapowiedzią jest też uporządkowanie zasad postępowania związanych ze sprawami dyscyplinarnymi, których liczba wzrosła w ostatnich latach lawinowo. Ponadto kilka innych uzgodnień; część ma wejść w życie od września 2025, pozostałe rok później. Nie jest to oczekiwana rewolucja, jaką byłoby powiązanie płac nauczycielskich ze średnią krajową, ani postulowane oddolnie zlikwidowanie tzw. godziny dostępności, jako pozbawionej w obecnej formule racji bytu, na pewno jednak w sferze kompetencji związków zawodowych coś drgnęło i to jest dobra wiadomość.

 

Odmiennie wygląda sytuacja w sferze merytorycznej. Wyraźnym votum nieufności do nauczycieli szkół podstawowych była ingerencja rozporządzeniem w zasady zadawania prac domowych. Przy okazji planowanej reformy ma być podobno inaczej, głos nauczycieli ma się liczyć. Ale czy będzie?! Póki co, zaproszono ich do recenzowania profilu absolwenta. Bez większego odzewu, co zupełnie nie dziwi, bo o tym, że będzie taki profil, i że stanie się on fundamentem zmian, dyskusji żadnej nie było. Jak to ktoś napisał – „poinformowano mnie, że zajmują mój samochód, a następnie zaproszono do dyskusji o zasadach jego użytkowania”. Podobnie wygląda sytuacja z nowymi podstawami programowymi – można je było recenzować, ale nie w zakresie formy, bo ta jest podobno najlepsza z możliwych. W rezultacie kroi się reforma, której fundamenty zostały narzucone. Być może zresztą jest to godne i sprawiedliwe, bo ogół nauczycieli to masa dość amorficzna, pozbawiona merytorycznego przedstawicielstwa, ale dlaczego w takim razie zapowiada się, że dyskusji na temat zasad oceniania głos nauczycieli będzie niechybnie wzięty pod uwagę?! Abstrahując nawet od tego, że obecne zasady oceniania, zapisane w prawie oświatowym, wcale nie są złe, a tylko (podobno) źle stosowane, czy w tej kwestii głos nauczycieli będzie akurat szczególnie kompetentny? Wizja setek tysięcy ludzi, wypowiadających się na ten temat w jakiejś ankiecie za pośrednictwem Systemu Informacji Oświatowej, wydaje mi się absurdalna. Nie tędy droga do mobilizacji nauczycielskich szeregów. […]

 

Fundamentem rzetelnej reformy narodowej edukacji powinno być przemyślane i wieloaspektowe dowartościowanie nauczycieli. Zanim jeszcze zostaną oni skierowani do wdrażania zmiany. Niestety, takie działanie wymaga czasu i ogromnych funduszy. Pierwszego nie mamy, bo kadencja polityków krótka, drugiego, bo trzeba wypłacić się za uzbrojenie dla armii. Będziemy więc mieli kolejną reformę krótkoterminową, wziętą z ambicji i wyobrażeń polityków, z założeniami (cytuję z pamięci wypowiedzi ministrów sprzed lat ośmiu i piętnastu) „w pełni nowoczesnymi, odpowiadającymi na wyzwania, stanowiącymi jakościową zmianę na lepsze”.

 

Czego innego spodziewałem się po działaniach zwycięzców ostatnich wyborów na niwie edukacji. Negatywnie oceniam wiele ich posunięć, choć nie zarzucam braku dobrej woli. Uważam, że przyjęty kurs opiera się po prostu na fatalnym rozeznaniu rzeczywistych potrzeb i możliwości, nawet jeśli założenia są najpiękniejsze z możliwych.

 

Chociaż moja sprawczość w przestrzeni publicznej jest żadna, będę uparcie przestrzegał, że zmiana, którą planuje wprowadzić w życie ekipa pani Nowackiej, nie rozwiąże żadnego z najważniejszych problemów polskiej szkoły. Zamiast tego wprowadzi ogromny chaos i tylko spotęguje znużenie kadr nauczycielskich. Ostatnio modna jest instytucja sygnalisty, więc będę takim sygnalistą. Co najmniej po to, żeby nieco ograniczyć liczbę przyszłych zdziwionych.

 

Dla reformatorów mam jednak również dobrą wiadomość, choć nie jest ona raczej dobra dla społeczeństwa. Otóż w szkołach są dzienniki elektroniczne, zwane potocznie librusami. Te zmyślne ustrojstwa potrafią podpowiadać nauczycielom tematy kolejnych zajęć i wskazują, jakie wymagania z podstawy programowej zostają w ten sposób zrealizowane. Każde wydawnictwo dostarcza stosowne bazy danych, powiązane ze swoimi podręcznikami. Niezależnie więc od tego, że realizacja kilkudziesięciu obowiązkowych wymagań w zakresie edukacji obywatelskiej w czasie jaki będzie do dyspozycji jest fizycznie niemożliwa, wystarczy tylko sumiennie wpisywać kolejne podsuwane tematy. W ten sposób nauczyciel niezawodnie wykaże się sukcesem, a dyrekcja podczas kontroli z satysfakcją stwierdzi „zrealizowanie podstawy”. Dzięki temu wspólnie dopiszemy kolejny rozdział do dziejów szkolnej hipokryzji. W librusie dowolną reformę da się wdrożyć z sukcesem!

   

A uczniowie? Będzie jak zwykle – jedni nauczą się więcej, inni mniej, niektórzy w ogóle. Nihil novi sub sole… A rozstrzygną o tym tylko w niewielkim stopniu programy nauczania. Decydujący będą ludzie: rodzice i nauczyciele, w tej właśnie kolejności. Niestety, na tym obszarze inwestycji kroi się jednak niewiele.

 

 

 

Cały tekst „Jedna dobra wiadomość – w librusie będzie sukces”  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl

 

 

P. s. 

 

Polecamy także zapoznanie się z zamieszczonym  na blogu „Wokół Szkoły” w sobotę 14 grudnia tekstem „Skąd w szkołach tyle biurokracji?!”  –  TUTAJ

 



„Gazeta Wyborcza” zamieściła tekst Karoliny Słowik, z którego dowiadujemy się o planach MEN w zakresie reformy systemu oceniania uczniów i o tym, że resort zamierza zwrócić się o pinie w tej sprawie do nauczycieli. Tak nawiasem – szkoda, że nie zapytają o to psychologów i pedagogów, empirycznie, a więc obiektywnie badających skutki cyfrowego oceniania. Oto obszerne fragmenty tego tekstu i link do pełnej ersji:

 

Foto: www.epedagogika.pl

 

 

Będzie rewolucja w ocenianiu? MEN spyta nauczycieli, czy zawsze warto stawiać stopnie

 

System oceniania wywiera na dzieciach dużą presję. Mimo świetnych wyników nie wierzą we własne siły. Resort edukacji chce zapytać nauczycieli, co zmienić w sposobie stawiania stopni. – Nie chcemy niczego narzucać – podkreśla MEN.

 

Czy oceny bieżące w trakcie semestru powinny być cyfrowe, czy opisowe? Czy w klasach I-III szkoły podstawowej oceny cyfrowe powinny być dopuszczalne, skoro stosuje się tam ocenianie opisowe? Czy w starszych klasach ocena cyfrowa na półrocze jest potrzebna? A może powinna być opisowa?

 

Czy taka sama skala ocen powinna dotyczyć wszystkich przedmiotów? Czy wszystkie przedmioty, zwłaszcza w szkołach średnich, powinny być na ocenę, czy może na zaliczenie?

 

Czy ocena zachowania może być opisowa? A może w ogóle ma jej nie być? Bo przecież trudno opisać zachowanie ucznia, szczególnie w wieku dojrzewania, jednym czy dwoma wyrazami.

 

A świadectwa? Czy druki państwowe są konieczne po każdej klasie? Może zastąpić je elektronicznymi, a te papierowe zostawić tylko na koniec szkoły?

 

Takie pytania Ministerstwo Edukacji chce zadać nauczycielkom i nauczycielom. – Nie chcemy niczego narzucać zastrzega Kacper Lawera, dyrektor ministerialnego departamentu komunikacji. A w przypadku ograniczania zadań domowych takie zarzuty padały ze strony środowiska oświatowego. Przy ocenianiu ma być inaczej. MEN chce się wsłuchać w głos szkolnej kadry. Jak?

 

Planujemy konferencje merytoryczne, w tym wojewódzkie, ankiety przez System Informacji Oświatowej – wymienia Lawera. Dyskusja ma trwać do wiosny, a potencjalne zmiany mają być skorelowane z nową podstawą programową, którą MEN chce zacząć wdrażać w 2026 roku. […]

 

Rodzice oczekują ocen

 

Skoro przepisy są dobre, po co je zmieniać? Być może dlatego, że szkoły stosują się do nich po swojemu. A nacisk na bieżące oceny cyfrowe jest duży.

 

Są nauczyciele, którzy sobie nie wyobrażają, by z danego przedmiotu nie mieć 10-11 ocen bieżących w semestrze.  Niektórzy dyrektorzy mają taką politykę i z góry dają taką informację na radzie pedagogicznej – mówi polonistka i aktywistka edukacyjna Agnieszka Ciesielska. – Gdybyśmy stosowali się do przepisów, rewolucja nie byłaby potrzebna. Nie ma nigdzie takiego zapisu, że nauczyciel musi stawiać cyfrowe oceny bieżące. A wciąż spotykam doświadczonych nauczycieli i nauczycielki, którzy o tym nie wiedzą – dodaje. […]

 

I przyznaje, że sama ocen cyfrowych nie wyeliminowała. Przez rodziców. – Wielokrotnie słyszałam od nich, że świetnie, że ocena jest wyrażona w procentach, albo jest obszerna informacja zwrotna przy wypracowaniu, ale pada pytanie: „Tak naprawdę to na jaką to jest ocenę?”. Rodzice potrzebują bardzo konkretnych i szybkich informacji. Im bardziej nauczyciel chciałby trzymać się przepisów oświatowych dotyczących oceniania, tym więcej musi zużyć energii, żeby wytłumaczyć – mówi. […]

 

Chodzi więc o to, żeby dzieci i młodzież nie bały się popełniać błędów. A system oceniania raczej polega na wytykaniu błędów. O tym, że bez nich można niczego się nauczyć, eksperci mówili podczas XIII Forum Klubu Młodego Odkrywcy „Bądźmy razem”. Najważniejsze wnioski?

 

-Błędy są niezbędne do rozwoju w procesie edukacyjnym.

 

-Uczniowie i uczennice mają prawo popełniać błędy, a nauczyciele mają pomagać im przez te błędy przechodzić.

-Warto mówić o własnych błędach, żeby pokazać młodym, iż wszyscy je popełniają.

 

-Niechęć do popełniania błędów może być hamująca – ktoś, kto nie lubi popełniać błędów, woli robić rzeczy, które dobrze umie, i nie próbuje nowych.

 

-Wiele osób nie obawia się robić błędów tylko wtedy, kiedy wiedzą, że nie będą oceniane.

 

[…]

 

 

Cały tekst „Będzie rewolucja w ocenianiu? MEN spyta nauczycieli, czy zawsze warto stawiać stopnie”  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.wyborcza.pl/

 

 

x           x           x

 

Przeglądając stronę „Gazety Wyborczej” znaleźliśmy jeszcze dwa inne teksty, także autorstwa Karoliny Słowik, podejmujące tematy z obszaru oświaty, które polecamy:

 

 

 

„Po co jest ten miś?”, czyli historia MEN-owskiego kółka za 3 mln zł  –  TUTAJ

 

 

 

„Kamień milowy” pod reformę Nowackiej. Wiemy, jak ma kształcić szkoła przyszłości  –  TUTAJ

 



Oto zasługujący na niezwłoczne upublicznienie post, zamieszczony wczoraj na fanpage „Budzącej się Szkoła”:

 

 

 

Zbliżają się najważniejsze w naszej tradycji święta. To czas wyciszenia, zadumy, skupienia uwagi na tym, co najważniejsze.

 

Pozwólmy również dzieciom i młodym ludziom przeżyć ten czas godnie, zatrzymać codzienną gonitwę, zwolnić, wyciszyć myśli.

 

To nie znaczy, że w tym czasie uczniowie nie mają się uczyć, wręcz przeciwnie! Przeznaczmy ten czas na spokojną, pogłebioną naukę, a tradycyjne sprawdziany zastąpmy doagnozami w procesie, które z metodycznego punktu widzenia są dużo efektywniejsze.

 

Czym różni się tradycyjny sprawdzian od diagnozy w procesie?

 

Celem sprawdzianu jest kontrola zakończona wystawieniem stopnia. Jeśli uczeń dostaje 1, zazwyczaj musi sobie z problemami radzić sam.

 

Celem diagnozy w procesie jest stwierdzenie, co uczeń już umie, a czego jeszcze nie opanował i praca nad tymi brakami NA LEKCJACH, w szkole, pod okiem nauczyciela, czyli fachowca, eksperta, który najlepiej wie, jak pomóc w przypadku trudności.

 

Na lekcjach, na których przeprowadzana jest diagnoza w procesie, uczniowie dowiadują się, czego nie wiedzą i jednocześnie nad tym pracują. Jeśli będą chcieli, to po uzupełnieniu braków mogą sobie wystawić stopień.[…] Nie ten przedświąteczny czas również dla dzieci będzie dobrym czasem.

 

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/budzacasieszkola/

 



Dzisiaj proponujemy lekturę najnowszego tekstu prezesa Zarządy CEO – dr Jędrzeja Witkowskiego, zamieszczonego na blogu tej Fundacji:

 

 

Odpolitycznienie szkół i wyrzucenie z nich działalności propagandowej po 1989 r. było niewątpliwie konieczne. Również dzisiaj większość Polaków myśli o polityce krytycznie, podpisując się pod postulatem separacji jej od szkoły. Paradoksalnie jednak dla skuteczności edukacji obywatelskiej konieczne jest znalezienie w programie nauczania miejsca dla politycznych zagadnień.

 

Edukacja obywatelska nie cieszy się w ostatnich latach dobrą opinią. Krytyczne słowa na jej temat padają ze wszystkich stron – nauczycieli i dyrektorów, ekspertów edukacyjnych, władz oświatowych, wreszcie polityków różnych opcji, a także opinii publicznej. Krytyka ta jest odbiciem negatywnej oceny tego, co dzieje się w przestrzeni publicznej oraz pokazuje rozczarowanie dorosłych poglądami młodzieży i formami jej (niewielkiego) zaangażowania społecznego. Szczegółowa analiza tej złej sytuacji wykracza poza ramy tego tekstu, warto jednak wskazać na jedną, podstawową przyczynę nieadekwatności obecnego podejścia do edukacji obywatelskiej. Chodzi o jej zupełne odseparowanie od sfery polityki, szczególnie krajowej.

 

Cztery filary

 

Na program edukacji obywatelskiej w najbardziej ogólnym ujęciu składać się powinny cztery filary: lokalny, krajowy, europejski i globalny. Jesteśmy bowiem nie tylko obywatelami Polski, ale też swojej miejscowości, Unii Europejskiej, coraz częściej też czujemy się obywatelami świata.

 

1.Wymiar lokalny. Pierwsze lata po upadku komunizmu to powrót do idei samorządności lokalnej (reforma samorządowa w 1990 r.). W tym kontekście naturalne było, że budowanie edukacji obywatelskiej zaczęło się w wolnej Polsce właśnie od skupienia na poziomie lokalnym, w tym na promocji samorządności i tożsamości lokalnej. Pierwszy kompleksowy program edukacji obywatelskiej nosił tytuł „Kształcenie Obywatelskie w Szkole Samorządowej” i był typowym przykładem koncentracji tej edukacji na poziomie lokalnym.

 

2.Wymiar europejski. W związku z perspektywą bliskiej akcesji do Unii Europejskiej, pod koniec lat 90. i na początku XXI w. edukację obywatelską uzupełniono o poziom europejski (często niesłusznie redukowany do tematów dotyczących unijnych instytucji i folkloru państw członkowskich). Masowy ruch związany z wejściem Polski do UE doprowadził do trwałego zakorzenienia tego elementu edukacji obywatelskiej w szkołach.

 

3.Wymiar globalny. Z powodu postępującej globalizacji naszej gospodarki i społeczeństwa (oraz pod wpływem unijnej polityki rozwojowej), od ok. 2005 r. zaczęto do szkół wprowadzać elementy edukacji globalnej, której celem jest wyjaśnienie młodym ludziom, jak funkcjonuje współczesny, zglobalizowany świat, a także przygotowanie ich do życia w nim. Edukacja globalna nie stała się dotychczas tak popularna jak europejska, ale od dekady widzimy powolny proces jej upowszechnienia w polskich szkołach.

 

4.Wymiar krajowy. Przez cały ten okres edukacja obywatelska związana z poziomem krajowym nie cieszyła się dużym zainteresowaniem ani władz oświatowych, ani organizacji pozarządowych. Była skoncentrowana na sposobie funkcjonowania instytucji publicznych i ich formalnych prerogatywach oraz prawach obywatela, więc stanowiła raczej edukację prawną niż sensu stricto obywatelską. Nieliczne ważne inicjatywy związane były z wyborami powszechnymi, dostrzegano bowiem oczywistą wagę aktu wyborczego i zaskakująco niską w Polsce frekwencję wyborczą. Nigdy jednak nie podjęto próby uzupełnienia edukacji obywatelskiej dotyczącej poziomu krajowego o kwestie polityczne dotyczące sztuki rządzenia krajem, dzielenia ograniczonych zasobów czy dbania o dobro wspólne. Ambitnie prowadzone inicjatywy pojedynczych nauczycieli, którzy starali się z uczniami śledzić politykę i o niej rozmawiać, pozostały raczej wyjątkiem potwierdzającym regułę.

 

Unikanie tematu

 

Prawdopodobnie jednym z najważniejszych powodów systemowego zaniedbywania rozmów o polityce są kontrowersje wiążące się z tym tematem. Wielu nauczycieli nie czuje się też dobrze przygotowanych do ich prowadzenia. Dlatego zwykle w szkole nie dyskutuje się o wysokości podatków, usługach społecznych (takich jak zdrowie czy edukacja), polityce zagranicznej, kulturalnej i historycznej, migracjach czy kwestiach światopoglądowych. W obawie przed kontrowersjami usunięto z edukacji obywatelskiej elementy dotyczące meritum (twardego jądra) polityki, które w dojrzałych demokracjach stanowią jeden z głównych filarów tejże edukacji i umożliwiają poruszanie się w świecie polityki (ang. political literacy). Tymczasem w sytuacji, gdy nic nie jest czarno-białe, łatwe do zrozumienia i zinterpretowania – szkoła powinna przygotować młodzież do radzenia sobie ze złożonością otaczającego ich świata, w tym również sfery politycznej. W tym kontekście edukację o polityce rozumiemy jako część edukacji obywatelskiej, która ułatwia młodemu człowiekowi wyrobienie własnego zdania na istotne kwestie dotyczące życia publicznego.

 

Rozczarowana młodzież

 

Młodzież krytycznie ocenia polityków i politykę, jest rozczarowana jej kształtem. W badaniu CBOS prowadzonym w 2016 r. ponad czterech na pięciu uczniów kończących szkołę stwierdziło, że większość polityków dba wyłącznie o swoją karierę, a partie nie interesują się opiniami wyborców. Tym krytycznym ocenom towarzyszył brak zainteresowania sztuką rządzenia państwem – prawie dwie trzecie respondentów miało trudność z określeniem swoich poglądów politycznych na skali lewica – centrum – prawica.

 

Braki w edukacji obywatelskiej nie są oczywiście jedynym powodem takiego stanu rzeczy. Trudno nie odnieść wrażenia, że wpływ na niego ma również sposób uprawiania polityki przez główne ugrupowania oraz ich brak zainteresowania problemami młodego pokolenia. Nie ulega jednak wątpliwości, że nie tłumaczyliśmy w wystarczającym stopniu młodym ludziom, czym jest polityka i na czym polega, nie uczyliśmy analizowania spraw publicznych, nie ułatwialiśmy wyrobienia sobie własnych poglądów na ten temat. Zostawiliśmy to pole goniącym za sensacją mediom i oferującym proste odpowiedzi ruchom politycznym. Odejście od ignorowania tematów

 

Pomimo oczywistych przeciwności i okoliczności, które temu nie sprzyjają, przynajmniej z kilku powodów warto tworzyć w szkole przestrzeń dla mądrej edukacji o polityce:

 

1.Jest to konieczne, jeśli chcemy przygotować młodzież do funkcjonowania jako świadomi, aktywni i odpowiedzialni obywatele. Rozmowy i dyskusje są najlepszym sposobem, by zwiększyć zainteresowanie uczniów polityką, a w konsekwencji pomóc zrozumieć zagadnienia z nią związane.

 

2.Dyskutowanie o kontrowersyjnych problemach pomaga młodym ludziom rozwijać krytyczne myślenie, analizować różne punkty widzenia, formułować własne opinie, a także rozpoznawać wartości, którymi sami się kierują. Takie rozmowy można więc wpisać w promowany przez resort edukacji nurt wychowania do wartości.

 

3.Konfrontacja w bezpiecznym środowisku klasy z różnymi opiniami stwarza szansę rozwijania szacunku dla odmiennych poglądów oraz umiejętności debatowania – tak bardzo potrzebnych zarówno młodzieży, jak i dorosłym. Ponadto dyskusje na temat zagadnień, które uczniowie uznają za istotne, mogą zaangażować osoby zwykle mniej aktywne.

 

Neutralność polityczna

 

Od szkoły zwykle wymagamy apolityczności, rozumianej jako jasne oddzielenie od sfery polityki. Edukacji politycznej od polityki jednak oderwać nie można, kluczowe jest natomiast zachowanie neutralności, czyli równe traktowanie wszystkich idei, koncepcji i poglądów obecnych w przestrzeni publicznej (o ile są one zgodne z obowiązującym porządkiem prawnym). Odpowiedzialność za przestrzeganie tej zasady spoczywa przede wszystkim na nauczycielu, który projektuje proces uczenia się i towarzyszy w nim uczniom. Nie wolno przekonywać ich do konkretnych poglądów, ale na równi prezentować oraz włączać do analizy i dyskusji różne programy i opinie (nawet dalekie od naszych).

 

Aby zadbać o podstawowe warunki neutralności, nauczyciel powinien:

 

>zebrać fakty, rzeczowe i rzetelne informacje na dany temat, także związane z tłem historycznym, politycznym, ekonomicznym;

 

>dobrać materiały wskazujące odmienne opinie i poglądy na dany temat, wykorzystać kilka źródeł, np. zestawić artykuły pochodzące z mediów reprezentujących różne opcje polityczne;

 

>odróżniać opinie od faktów i ćwiczyć tę umiejętność z uczniami przed rozpoczęciem dyskusji oraz w jej trakcie;

 

>przywołać kilka, kilkanaście argumentów uzasadniających różne stanowiska w danej kwestii i traktować je na równi;

 

>adekwatnie reagować na pojawiające się trudne wypowiedzi i powstrzymywać się od komentarzy, emocji, żartów, które mogłyby stawiać jedną z dyskutowanych opcji w niekorzystnym świetle. Przygotowując materiały do zajęć, warto skonsultować je z osobą reprezentującą odmienny światopogląd. Da to większą szansę na zachowanie neutralności.

 

Otwarta dyskusja

 

Jedną z metod, która świetnie realizuje założenia i postulaty edukacji o polityce, jest metoda otwartych dyskusji z uczniami, ponieważ:

 

a)pokazuje młodzieży, że na wiele pytań dotyczących wspólnoty politycznej nie istnieje jedna prawidłowa odpowiedź;

 

b)zachęca do analizowania alternatywnych rozwiązań i poszukiwania konsensusu między nimi;

 

c)przyczynia się do rozwijania tzw. tolerancji politycznej (czyli uznania poglądów innych niż nasze własne za legitymizowane w dyskursie publicznym), która jest kluczowa dla odbudowy wspólnoty – przekraczania istniejących w społeczeństwie podziałów oraz przywracania pierwotnych znaczeń pojęciom takim jak „polityka” i „konflikt”.

 

Kontrowersyjne tematy dotyczą ważnych i realnych kwestii publicznych, które wzbudzają emocje i wywołują znaczącą niezgodę w społeczeństwie. Przyszłość polityki prorodzinnej i programów społecznych, wiek emerytalny, wysokość podatków, priorytety polityki zagranicznej, kwestie światopoglądowe – każda z tych kwestii nadaje się do dyskusji z uczniami.

 

Uda się ona, jeśli:

 

>będzie dotyczyła istotnego dla uczestników zagadnienia, jako części edukacji obywatelskiej oraz podjęcie próby nadrobienia zaległości w tym obszarze wydaje się absolutnie kluczowe, choć przy obecnym stopniu polaryzacji sceny politycznej i opinii publicznej będzie to bardzo trudne. Jest jednak konieczne, jeśli chcemy odbudować głęboko podzieloną wspólnotę.

 

 

Cały artykuł w październikowym wydaniu Dyrektora Szkoły   –  TUTAJ 

 

 

 

 

Źródło: www.ceo.org.pl

 



Oto fragmenty tekstu (i link do pełnej wersji) zamieszczonego w miniony poniedziałek na „Portalu da Edukacji”:

 

 

Osiem godzin pracy dziennie i ani minuty dłużej. Nauczyciele domagają się zmian

 

 […]

 

>Do Sejmu RP wpłynęła petycja, której autor wnosi o rozwiązanie problemu „jakim jest wykorzystywanie przez dyrektorów w celu mobbingu braku dobowej normy pracy nauczycieli”.

 

>Petytor uważa, że nauczyciele lubiani przez dyrektora dostają bardzo korzystne godziny zajęć, podczas gdy inni muszą pozostawać w placówce ponad 8 godzin dziennie.

 

>Domaga się 8-godzinnej normy czasu pracy nauczyciela, rozumianego jako czas pozostawania w szkole lub do dyspozycji pracodawcy albo kontrolowania przez kuratoria planów zajęć i wychwytywania przypadków, w których „okienka” i niekorzystne godziny pracy są konsekwentnie przydzielane konkretnym nauczycielom.

 

Autor petycji (nie zgodził się na ujawnienie danych osobowych), która niedawno wpłynęła do Sejmu RP, zwraca się do Ministerstwa Edukacji Narodowej z prośbą o rozwiązanie problemu „jakim jest wykorzystywanie przez dyrektorów w celu mobbingu braku dobowej normy pracy nauczycieli”.

 

Przypomina, że praca nauczycieli nie jest regulowana Kodeksem pracy, ale Kartą Nauczyciela, która określa tygodniowy wymiar czasu pracy nauczyciela (40 godzin w etacie), ale nie określa normy dobowej. I ta luka prawna – zdaniem petytora – jest wykorzystywana przez dyrektorów placówek do nadużyć i mobbingu. […]

 

Autor przekonuje, że w szkołach stosowana jest również forma mobbingu polegająca na tym, że nauczyciele lubiani przez dyrektora dostają bardzo korzystne godziny zajęć, podczas gdy inni muszą pozostawać w placówce ponad 8 godzin dziennie.

 

Zjawisku temu towarzyszy często duża liczba tzw. „okienek”, czyli godzin niedydaktycznych między zajęciami, przydzielanych tylko niektórym nauczycielom. W czasie „okienek” nauczyciel pozostaje do dyspozycji dyrektora i często otrzymuje inne zadania” – wskazuje. „Tworzy to sytuację mocno patologiczną, w której niektórzy pracownicy szkoły są zmuszani do pracy w wymiarze ponad 40 godzin i analizując plany zajęć można łatwo stwierdzić, że do takich form mobbingu dochodzi”. […]

 

Wskazuje dwa sposoby rozwiązania tego problemu. Po pierwsze MEN mogłoby wprowadzić przepisy, które wprowadzają wyraźną 8-godzinną normę czasu pracy nauczyciela, rozumianego jako czas pozostawania w szkole lub do dyspozycji pracodawcy.

 

Te przepisy mogłyby dopuszczać wyjątkowe przedłużenie dobowego czasu pracy np. na czas rady, wycieczki, specjalnej imprezy itd., ale powinny zabraniać stałego układania planów zajęć w taki sposób, aby stale, po kilka razy w tygodniu przydzielać komuś więcej niż 8 godzin czasu pozostawania w placówce” – uważa autor petycji.

 

 

Cały tekst: „Osiem godzin pracy dziennie i ani minuty dłużej. Nauczyciele domagają się zmian”  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.portalsamorzadowy.pl/edukacja/

 

 



Na dzisiejszą poranną lekturę proponujemy tekst Danuty Sterny – trochę  „pod prąd” decyzjom ministerstwa edukacji.

 

6 sposobów na znaczącą pracę domową

 

 

W tym wpisie dalsza dyskusja na temat zadań domowych. Jak uczynić prace domową efektywną formą nauczania?

 

Jak się okazuje nie tylko w Polsce stosunek nauczycieli do prac domowych bywa zróżnicowany. Wielu nauczycieli opowiada się za jej całkowitym wyeliminowaniem, inni twierdzą, że zapewnia uczniom dodatkową praktykę, i jest niezbędna. Jak znaleźć dla siebie złoty środek?

 

1.Nieobowiązkowa i zachęta

 

To znaczy – bez wyciągania konsekwencji z jej niewykonania, ale z zachętą. Czyli warto zadać uczniom prace domową, która będzie dla nich intersująca i która będzie dla uczniów sensowna, czyli warta wykonania.

 

Zamiast polecenie wykonania kilku zadań z podręcznika, warto podać polecenie w innej ciekawej formie. Może to być gra, którą mogą uczniowie wykonać wspólnie, która zachęca do poszukiwania intersujących materiałów.

 

Można też zaproponować uczniom ciekawą formę przedstawienia wykonanej pracy w klasie, może to być prezentacja, gra dla innych uczniów, film, mapa myśli, graficzne przedstawienie itp.

 

2.Oddanie odpowiedzialności uczniom

 

Nauczyciele zniechęcają się, gdy widzą, że uczniowie prac domowych nie odrabiają. Czują się w obowiązku „przymuszenia” uczniów do wykonania prac. A prawdą jest, że praca domowa powinna być odpowiedzialnością ucznia. Co jednak nie zwalnia nauczyciela z wyjaśnień, dlaczego warto tę pracę wykonać. Zachęty mogą być różne, od prostej: To będzie na egzaminie, po – Przyda nam się to na następnej lekcji lub Przyda się Wam to do… .

 

Moim zdaniem dobrą praktyką jest pokazanie uczniom zależności pomiędzy liczbą wykonanych przez nich prac domowych i wynikiem sprawdzianu. Przeważnie taka klaryfikacja jest przekonywująca. Można też na sprawdzianie dawać zadania podobne do tych w pracach domowych.

 

3.Mniej znaczy więcej

 

Ta zasada sprawdza się prawie wszędzie. Czy mniejsza praca domowa, tym większa szansa, że uczeń ją wykona i daje mu szansę na osiągniecie sukcesu. Poza tym zadawanie kilkudziesięciu podobnych zadań do wykonania jest nużące.

 

Badanie z 2017 r. pokazały, że nauczyciele często źle oceniają czas potrzebny uczniom na wykonanie zadania. Sami potrafią wykonać zadanie, które polecili uczniom i nie biorą pod uwagę, że uczniowie będą potrzebowali czasu na zrozumienie polecenia i znalezienie rozwiązania. W mojej praktyce stosowałam przelicznik: 4 razy dłużej niż ja sama wykonuję zadanie.

 

Nauczyciel powinien zastanowić się, czy i jak praca domowa jest konieczna dla procesu uczenia się, i tylko taką polecać. Może dla uczniów, którzy są aktywni zaproponować dodatkowe zdania. Ale uczeń musi mieć pewność, że te podstawowe trzeba zrobić, aby dalej się uczyć.

 

4.Wybór

 

Wybór ma magiczne konsekwencje w nauczaniu. Uczniowie mający wybór zadań, sami podejmują decyzje i stają się za wybór odpowiedzialni. Wielu nauczycieli twierdzi, że jeśli dają wybór, to uczniowie z własnej woli wykonują więcej zadań.

 

Nauczyciel może zaznaczyć stopień trudności zadania, aby wybór był bardziej dostosowany do możliwości ucznia.

 

Polecenie może wyglądać w ten sposób: Wybierz 2 do 4 pytań, na która zdecydujesz się odpowiedzieć. Pracując na następnej lekcji z pracą domową uczniowie mogą uczyć się od siebie wzajemnie z odpowiedzi na pytania, których nie wybrali.

 

Inną formą może być poproszenie uczniów, o wymyślenie prac domowych, a następnie wybranie z nich pracy, którą sami wykonają w domu.

 

5.Sprawdzona, ale nie oceniana

 

Nauczycielom wydaje się czasami, że jeśli praca nie jest oceniana, to również nie musi być sprawdzana. To błąd, jeśli uczeń nie wie, czy dobrze wykonał pracę, to nie widzi sensu jej wykonania w przyszłości.

 

Sprawdzanie pracy domowej może odbywać się poprzez samoocenę – nauczyciel przedstawia prawidłowe wykonanie zadania lub zestaw odpowiedzi i poleca uczniom sprawdzenie samodzielne, co zrobili dobrze, a co nie.

 

Uczniowie mogą sprawdzać swoje prace domowe oceną koleżeńska. Oczywiście nie na stopnie, gdyż wystawianie stopni nie jest potrzebną dla dziecka umiejętnością, a może zaowocować zepsuciem relacji w klasie.

 

Przeważnie nauczycielom nie przychodzi do głowy zaproponowanie uczniom poprawy pracy domowej, a jeśli uczniowie nie wykonali jej dobrze, to błąd może z nimi zostać. Praktyka poprawiania jest wskazana.

 

6.Wykonywana wspólnie

 

Wykonanie pracy domowej w parach lub małych grupach znacznie ją uatrakcyjnia. Nie ma powodu, aby w trakcie procesu uczenia się uczeń pracował samotnie. W czasie wykonywania wspólnie pracy uczniowie uczą się od siebie wzajemnie i ich pracy jest z reguły lepsza.

 

 

Inspiracja  artykułem  Andrew Boryga

 

 

 

 

Źródło: www.oknauczanie.pl

 



Przed udostępnieniem tekstu zamieszczonego wczoraj na fanpage „Nie dla chaosu w szkole”. zaprezentujemy screenny  fragmentów  dwu  innych tekstów:

 

Fragment Kalendarza roku szkolnego 2024/2025

 

 

 

 

Fragment tekstu Dariusza Chętkowskiego p.t. „Wyjątkowo długie wolne po Nowym Roku. Rodzice oburzeni. Dla szkół to konieczność”, zamieszczonego 4 grudnia b.r. na stronie tygodnika „Polityka”:

 

 

 

A teraz zapowiadany post:

 

 

 

System jest tak skonstruowany, aby zaniedbany przez pracodawcę nauczyciel, niewyposażony w niezbędne narzędzia pracy, harujący często w złych warunkach, w przeładowanych klasach, w razie kryzysu ratował się dniem wolnym. Odbierzcie nauczycielom dni wolne, pożałujcie im odpoczynku między Nowym Rokiem i świętem Trzech Króli, a uciekną ze szkół, gdzie pieprz rośnie. Zresztą wielu uciekło, gdyż nie mogło znieść tej zawiści. Doprawdy nie ma czego nauczycielom zazdrościć – pisze Dariusz Chętkowski o dniach dyrektorskich.

 

Większość szkół zrobi sobie wolne po Nowym Roku. Kalendarz 2025 tak się szczęśliwie układa, że między 1 (środa) a 6 (poniedziałek) stycznia są tylko dwa dni pracy. Gdy 2 i 3 stycznia ogłosi się wolnymi od zajęć, zimowe ferie świąteczne będą trwały dwa tygodnie i jeden dzień. Ktoś zapewne będzie musiał przyjść do pracy, aby zaopiekować się przypadkowymi uczniami, ale reszta będzie miała wolne.

 

Decyzja o przedłużeniu świąt Bożego Narodzenia została podjęta już w sierpniu, aby nauczyciele wiedzieli, jak planować odpoczynek. Rodzicom wiedza o dniach wolnych nie jest specjalnie potrzebna, bo rzadko kto ogląda się na organizację pracy szkoły. Jak rodzice chcą przedłużyć dzieciom ferie, to nie proszą nauczycieli o pozwolenie. W ostatnich latach frekwencja na lekcjach w pierwszych dniach stycznia była tak niska, że szkoda było otwierać szkołę i włączać ogrzewanie.

 

Nieraz nauczyciele siedzieli w pustych salach, czasem zbierali uczniów ze wszystkich klas i w jednej sali prowadzili wspólne zajęcia albo oglądali film. Jeżeli ktoś oburza się, że nauczyciele robią sobie wolne 2 i 3 stycznia, udowadnia, że nie zna realiów polskiej oświaty. Fakty są takie, że sale lekcyjne po Nowym Roku są puste. Oficjalne ogłoszenie tych dni wolnymi to oszczędność dla budżetu. Byłoby najlepiej, gdyby ferie świąteczne trwały w całej Polsce od 20 grudnia do 6 stycznia.

 

Kto zna warunki nauki i pracy w szkołach, ten wie, że dzieci uczą się ponad siły, a nauczyciele harują znacznie ponad etat często w kilku miejscach. Dni wolne to nasze koło ratunkowe. Jeżeli szkoła nie bierze z puli jakiegoś dnia i nie ogłasza go wolnym od lekcji, rodzice sami każą dziecku zostać w domu. Opiekunowie uważają, że po pięciu–sześciu tygodniach intensywnej nauki dziecku należy się odpoczynek.

 

W weekendy rzadko kto odpoczywa, nieraz w sobotę i niedzielę ma więcej obowiązków, gdyż uczy się na dodatkowych zajęciach lub ma korepetycje. Ambitne nastolatki uczą się więc bez dnia przerwy przez cały tydzień, zarywając noce, zatem po takim maratonie robią sobie kilka dni wolnego, czy to się komuś podoba, czy nie. Taki system stworzyliśmy dzieciom, a zakaz zadawania prac domowych wcale tej harówki nie zmniejszył.

 

Nauczyciele pracują podobnie. Mało kto ma wolną sobotę czy niedzielę, najczęściej to dni na dorobienie. Tak się tyra w dużych miastach, a zapewne podobnie pracuje się w mniejszych miejscowościach, choć powody mogą być inne. Popyt na usługi nauczycielskie jest obecnie tak duży, że grzechem byłoby odesłać chętnych z kwitkiem, przecież nie wiadomo, jak długo ten trend się utrzyma.

 

Wszyscy bardzo dobrze pamiętamy głodowe pensje w oświacie. Teraz jest lepiej, ale przecież mamy kredyty do spłacenia, inflacja nie spada, no i tak długo zaciskaliśmy pasa, że mamy już tego dość. Nauczyciele chcą żyć bez strachu, że zabraknie im do pierwszego, a to oznacza, że muszą dłużej pracować. Dodatkowe dni wolnego od lekcji to często jedyne naprawdę wolne dni.

 

Nauczycieli w szkole trzymają na pewno nie zarobki i nie atmosfera w pracy, w tych sprawach jest jeszcze wiele do zrobienia. Magnesem są wolne dni. Nie bez powodu ustawodawca dał dyrektorom aż 8–10 dodatkowych dni „na zaspokojenie potrzeb społeczności lokalnej”. Zdarza się, że w liceach, gdzie pracuje wielu egzaminatorów, jeden dzień wolny dyrekcja wyznacza po maturach, aby nauczyciele mogli odpocząć. Zwykle jest to 1 czerwca. Ktoś mógłby pomyśleć, że to prezent dla uczniów na Dzień Dziecka, prawda jednak jest taka, że najbardziej wolnego potrzebują pracujący przez siedem dni w tygodniu egzaminatorzy (w weekendy oceniają arkusze). Taki mamy obecnie styl pracy, że nauczycieli leczy się przed wypaleniem zawodowym, dając im wolne. Inne metody są albo nieznane, albo mało skuteczne.

 

Higiena pracy jest zerowa, powszechne jest przepracowanie, a następnie ratowanie się nicnierobieniem raz w miesiącu lub rzadziej. Żyje się od dni wolnych do dni wolnych. Między te ferie są wciskane lekcje i korepetycje. Tak niehigienicznie dla zdrowia fizycznego i psychicznego uczą się uczniowie i podobnie pracują nauczyciele.

 

Jeśli ktoś się oburza, że w szkołach tak często są przerwy w nauce, niech zatrudni się w oświacie, a już po paru miesiącach będzie się zarzekał, że rzuci tę robotę, jeśli nie dostanie dnia wolnego ekstra. Powtórzę: sobota i niedziela to w edukacji dni pracujące zarówno dla uczniów, jak i dla nauczycieli. Taki system władza narzuciła nauczycielom, a my się tylko w nim urządziliśmy.

 

 

 

Źródło: www.facebook.com