
Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'
Wczoraj wieczorem Paweł Łecki – do południa nauczyciel języka polskiego w II LO im. Bolesława Chrobrego w Sopocie, po pracy – fejsbukowy, popularny i często kontrowersyjny komentator naszej społeczno-politycznej codzienności, zamieścił na swoim profilu tekst, który zwrócił naszą uwagę połączeniem aktualnych, ale i mało nagłośnionych wydarzeń ze świata polityki i edukacji z refleksją o szkole i postkowidowej rzeczywistości. Oto ten tekst – bez skrótów:
Jarosław Gowin odmraża Polskę, a Lewica zdradziła demokrację lub zbudowała 75 tysięcy mieszkań, w zależności, kto i jak patrzy. Mniej więcej w tym samym czasie, w cieniu wielkich , sporów medialnych i gorących komentarzy, odbywało się posiedzenie Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży.
Debatowano nad trudną sytuacją związaną z egzaminami. Ponieważ to i tak do niczego sensownego nie doprowadzi, gdyż zajmują się tym ludzie średnio kompetentni, moją uwagę przyciągnął pan poseł Zbigniew Dolata. Stanął w obronie nauczycieli, co zawsze jest miłe i wyjątkowo szczere, gdy płynie z ust polityków Prawa i Sprawiedliwości.
Jednocześnie bohatersko stanął w obronie rozbudowanych podstaw programowych, a w szczególności tej z języka polskiego, gdyż uważa, że jeśli ktoś ma aspiracje, to musi zapoznać się z dużą liczbą lektur, nawet jeśli później zostanie murarzem lub fizykiem jądrowym. W zasadzie można się zgodzić z panem posłem Dolatą, że czytanie poszerza horyzonty, choć pytanie pozostaje otwarte, co konkretnie należy czytać i co poszerza na przykład Odprawa posłów greckich.
Można długo dyskutować, czy znajomość Wesela, którego w zasadzie nikt nie kuma, sprawi, że ktoś będzie lepszym murarzem lub chirurgiem naczyniowym. Warto byłoby zadumać się nad tym, czy umiejętność rozpoznawania środków stylistycznych przydaje się piekarzom lub farmaceutom. Generalnie można długo dyskutować nad tym, co i do czego jest komuś potrzebne, ale najciekawsze w wypowiedzi pana posła Zbigniewa Dolaty były jego akty strzeliste odnośnie potu. Otóż, żeby być człowiekiem wykształconym i umiejętnie wykonywać swój zawód, to trzeba się napocić. W kontekście szkoły na przykład wykonywać dużo prac domowych.
Gdy tak patrzę na polityków, to odnoszę wrażenie, że chyba coś się nie napocili zbytnio, gdyż trudno tam znaleźć ludzi jakoś szczególnie uzdolnionych. Biorąc pod uwagę, że politycy decydują o tym, jak wygląda edukacja, wydawałoby się, że na tym polu będą sami eksperci. Nigdy nie było z tym dobrze, ale ostatnio czołowe miejsca zajmowali Anna Zalewska, Dariusz Piontkowski, Tomasz Rzymkowski i Przemysław Czarnek, czyli ludzie, o których można powiedzieć w zasadzie wszystko, poza tym, żeby mieli jakiekolwiek kompetencje.
Foto: www.mmsyslo.pl
4 marca 2018 roku – prof. dr hab. Maciej M. Sysło podczas wykładu pt. „Maszyny, roboty i zabawki matematyczno-informatyczne”.
Wczoraj (26 kwietnia 2021r) portal EDUNEWS zamieścił tekst Macieja M. Sysło, zatytułowany „ O tzw. powrocie do normalności w szkole”. Udostępniamy go bez skrótów:
Co to znaczy „powrót do normalności” rozważany w wielu wypowiedziach, nie tylko związanych ze szkołą? Czy świat cyfrowy nie stał się „normalnością” ludzkości? Czy ktoś jest sobie w stanie wyobrazić czas zarazy bez komunikacji cyfrowej? Tak – niewielka społeczność Wrocławia poradziła sobie z epidemią w 1963, ale może dlatego, że komunikacja i przemieszczanie się były znacznie ograniczone. Dzisiaj powrót do szkoły siłą rzeczy nie będzie powrotem do szkoły zamkniętej w murach. Wcześniej, wcale nie tak dawno temu, szkoła i świat cyfrowy uczniów to były jakby niezależne światy. Szkoła nie miała ani wpływu, ani narzędzi, aby zaproponować wspólne działania. Badania tylko odnotowywały stan, a nieśmiałe sugestie miały niewielki wpływ na rozwój i zmianę sytuacji.
Czas zarazy pokazał, że są już odpowiednie narzędzia, by szkoła nadal realizowała swoje cele nauczania, przynajmniej w jakimś stopniu. Podobnie może być z wychowaniem i pojawiającymi się problemami. To nie jest źle, że klasa stała się zbiorem jednostek, bo przecież tak jest i powinno być, może teraz większą uwagę będzie można poświęcać pojedynczym uczniom poznawszy ich indywidualne problemy. Tworzenie się społeczności nauczających i uczących się nie powinno zabijać indywidualności.
Pewien przykład. Słysząc o uczniach, którzy „zaginęli” w zdalnej edukacji w ostatnim roku, zaciekawiło mnie, w jakim stopniu byli oni „obecni” w klasie, gdy zajęcia były w szkole. Podzieliłem się tym ze znajomą dyrektorką szkoły podstawowej. Potwierdziła niemal w 100% – to uczniowie, których na lekcjach w szkole prawie nie było, w niczym się nie udzielali, nic ich nie interesowało. Znajoma znalazła znakomite wyjście w tej sytuacji obecnie – ci uczniowie są zapraszani na zajęcie hybrydowe prowadzone w szkole pod nadzorem nauczyciela. Myślę, że takich „plusów” obecnej sytuacji można znaleźć wiele.
W żadnej dziedzinie życia nie można oczekiwać powrotu do normalności. Tym bardziej, szkoła nie powinna na powrót zamknąć się w murach, mając na uwadze teraźniejszość i przyszłość swoich uczniów w thttps://www.edunews.pl/badania-i-debaty/opinie/5419-o-tzw-powrocie-do-normalnosci-w-szkoleym coraz bardziej nie-normalnym świecie.
Źródło: www.edunews.pl
Wczoraj wieczorem (25 kwietnia 2021r.) Marcin Stiburski udostępnił na swoim profilu tekst z fanpage „Szkoła Minimalna”, który postanowiliśmy zaprezentować także czytelnikom OE, którzy nie maja zwyczaju systematycznego zaglądania na tamten profil. Podkreślenia i pogrubienia czcionek fragmentów przytoczonego tekstu – redakcja OE:
Archetypy
„Archetyp to formuła symboliczna, która zaczyna funkcjonować wszędzie tam, gdzie albo nie występują żadne pojęcia świadome, albo w ogóle nie mogą one zaistnieć ze względu na powody natury wewnętrznej lub zewnętrznej. Treści nieświadomości zbiorowej reprezentowane są w świadomości przez wyraziste skłonności czy ujęcia. Indywiduum z reguły traktuje je jako uwarunkowane przez przedmiot – jest to mylne ujęcie, ponieważ pochodzą one z nieświadomej struktury psyché, tyle że zostają wyzwolone przez oddziaływanie przedmiotu. Te subiektywne skłonności i ujęcia są jednak silniejsze od wpływu przedmiotu, a ich wartość psychiczna jest wyższa, tak że narzucają się one wszystkim wrażeniom.” – C. G. Jung.
Szkoła jako instytucja to także archetyp.
Wrył się w naszą świadomość, zadomowił i gdy pada słowo „szkoła”, to w głowie pojawia się OBRAZ. Ten obraz to właśnie archetyp.
Bardzo trudno zauważyć archetyp i stanąć obok niego, nabrać dystansu. Zauważyć, że bez archetypu można też żyć i świat się wtedy nie zawala.
Tak samo jak można żyć pracując od projektu do projektu, nie uczestnicząc w pracy na etat, który to etat także jest archetypem złudzenia stabilności w życiu.
Wspominam tu o archetypie szkoły bo przeczytałem dziś na stronie Wolnej Szkoły Harmonia FAQ, czyli krótkie odpowiedzi na częste pytania. [Zobacz – TUTAJ]]
„Nasza szkoła nie chce mieć statusu szkoły formalnej”, „Dzieci przez większość czasu się bawią.”, „Szkoła to przede wszystkim czas spędzany z innymi ludźmi.”, „Dzieci nie muszą pytać, czy mogą wyjść do ogrodu”, „Ucząc się według własnych reguł i pomysłu, dziecko ma szansę odkryć prawdziwą wytrwałość, płynącą z chęci zrobienia czegoś, a nie z przymusu.”, „absolwenci wolnych szkół nie różnią się istotnie od absolwentów szkół systemowych.”
Takimi zdaniami trzeba tłumaczyć rodzicom, którzy chcą oddać dziecko to tego typu szkoły.
Ale pamiętajmy, że są to już rodzice poszukujący, którzy uciekają od SYSTEMU i wiedzą jakie ma on wady. Mimo to, tłumaczy się takim rodzicom, że szkołą WOLNA to nie choroba trądu, że dziecko po takiej szkole także będzie szczęśliwie i w życiu odniesie sukces.
Pomyślcie jednak o tym, jak na taką ofertę szkoły zareagowałby rodzic SYSTEMOWY, który nie szuka alternatywy i jest święcie przekonany, że szkoła SYSTEMOWA to najlepsze co mogło się przydarzyć i mu i jego dzieciom.
Taki rodzic, całkowicie nie zrozumie istoty działania takiej szkoły. Jest on zanurzony w ARCHETYPIE SZKOŁY.
Szkoła to stres, znój, ból łamanych charakterów. To kuźnia w której wykuwa się LEPSZE ŻYCIE. Dlatego, gdy patrzy na szkoły alternatywne dla systemowych, nie widzi nawet kosmitów.
On widzi GRZECH, widzi sprzeniewierzenie się zasadom. Przecież i kosmici mają ławki, mają nauczycieli, mają tablice, mają zadania domowe, mają klasówki. Przecież we wszystkich wizjach futurologicznych, szkoła dla nich wygląda cały czas tak samo.
Ale w tych wizjach widać wyłącznie ARCHETYP SZKOŁY.
Aby go dostrzec, należy stanąć obok, i spojrzeć na niego z dystansu.
W zanurzeniu nie dostrzega się faktu, że jest się jego więźniem.
Źródło: www.facebook.com/groups/
Screen z pliku Yoy Tube „O co chodzi w szkole? Moja perspektywa.”
Profesor dr hab. Bogusław Śliwerski
Już po północy, więc już 23 kwietnia, profesor Bogusław Śliwerski zamieścił na swoim blogu post, zatytułowany „Wypaleni nauczyciele nie wspomagają w rozwoju swoich uczniów”. Oto jego fragmenty i link do oryginalnej, pełnej wersji:
Ktoś zadał takie pytanie, a ja bym je poszerzył:
CZY PAŃSTWOWA/QUASIPUBLICZNA SZKOŁA KIEDYKOLWIEK BYŁA DLA UCZNIA?
Coraz częściej zamieszczane są w mediach artykuły i potoczne komentarze wskazujące na to, że polscy nauczyciele są już wypaleni przedłużającą się edukacją w formie zdalnej. Jak ktoś jest wypalony, to nie powinien pracować, tylko zatroszczyć się o własne zdrowie, bo jest w stanie permanentnego wyczerpania, co zagraża nie tylko jem, ale i jego najbliższym.
Podlegającym jego wpływom osobom zagraża w sposób szczególny, gdyż nie tylko nie ma motywacji, chęci, woli do poświęcenia im uwagi i wsparcia ich w znacznie trudniejszej sytuacji życiowej, tylko ich tym bardziej włącza w stan własnej apatii, depresji, poczucia beznadziei. Za to też otrzymuje, liche, bo liche, ale jakieś wynagrodzenie.[…]
W środę posłuchałem znakomitej rozmowy prof. Romana Lepperta w jego akademickim zaciszu na Facebooku z dyrektorem szkoły STO w Warszawie Jarosławem Pytlakiem,* który prowadzi ją od 28 lat i jakoś nie było mowy o tym, że jest wypalony, zmęczony, zniechęcony, zdegustowany, itp. itd. Wprost odwrotnie, mogliśmy spotkać nauczyciela z krwi i kości, kogoś odpowiedzialnego za siebie i uczniów kierowanej przez siebie szkoły (ponad 400 uczniów), komu nawet przez myśl by nie przeszło, że należy w sytuacji społecznego i państwowego kryzysu narzekać na samego siebie i współpracowników, tak innych nauczycieli, jak i personelu administracyjno-technicznego placówki.
Rysunek: Danuta Sterna
Wczoraj (21 kwietnia 2921r) na portalu EDUNEWS zamieszczony został tekst naszej dobrej znajomej – Joanny Krzemińskiej – nauczycielki j.polskiego w Szkołach Prywatnych „Mikron” w Łodzi, którego tytuł „Bez tej oceny można żyć…” wyjaśnia wszystko, czego dotyczy. Jako że nie jest on „przegadany” – zamieszczamy go bez skrótów:
Bez tej oceny można żyć…
Bieżące ocenianie i ocena wyrażona cyfrą. Narzędzie sprawowania kontroli? Informacja o stanie uczniowskiej wiedzy? Waluta wymienna na różne dobra i towary? A może tylko nic nieznaczący znaczek? O tym, czy jest ocenianie, a czym mogłoby być. Z perspektywy osoby, która kochała zapełniać rubryczki kolejnymi wynikami…
Eksperyment zwany edukacją
To prawda. Gdy trafiłam do szkoły, w pierwszych latach swoje pracy uwielbiałam wystawianie ocen. Zamieszczanie w dzienniku kolejnych cyferek, odzwierciedlających, jak ki się zdawało, poziom uczniowskiej wiedzy i umiejętności napawało mnie spokojem, budowało poczucie bezpieczeństwa i sprawiedliwości. Pozwalało dostrzec to, czego młody człowiek jeszcze nie umie. Jakoś nie miałam wtedy pomysłu, by bazować na tym, co już potrafi i wspólnymi siłami na tym fundamencie wznosić gmach wiedzy ogólnej (że użyję takiej górnolotnej metafory). Było, minęło….
Zawsze byłam niespokojnym duchem. Próbowałam nowych metod pracy, wprowadzałam co rusz elementy innych form. Dziś myślę: poszukiwałam siebie i bogaciłam warsztat. Dobrze, że trafiłam do szkoły, w której wolno mi było być sobą (i nadal wolno, wszak nie zmieniłam miejsca pracy). Czy wszystko, co zaplanowałam działało? Nie. A może inaczej: nie każdy z zespołów klasowych w równym stopniu wykorzystywał lub odrzucał proponowane przeze mnie ćwiczenia. Czasami to, co działało znakomicie w jednej grupie, nie sprawdzało się w innej. To naturalne. Teraz to wiem. Kiedyś mnie to frustrowało, nie ustawałam jednak w poszukiwaniu jak najlepszych rozwiązań i w ten sposób trafiłam na ocenianie kształtujące.
Porzucone cyferki
17 kwietnia 2021r. Tomasz Tokarz zamieścił na swoim fejsbukowym profilu „odkrywczy” post:
Co robimy, a nie musimy w szkole.
Prawo nie nakłada na nauczycieli obowiązku sporządzania rozkładów materiału nauczania * z prowadzonych przez nich zajęć edukacyjnych. Nie zakłada także obowiązku sporządzania planów wynikowych. Jedynym wymaganym dokumentem jest program – może być autorski.
Prawo nie nakłada na nauczycieli wstawiania ocen bieżących w postaci cyfr. O formie oceniania bieżącego decydują sami nauczyciele. System oceniania jest ustalany w statucie, a statut tworzy rada szkoły lub rada pedagogiczna (czyli nauczyciele).
Prawo nie nakłada na nauczycieli obowiązku stosowania ocen jako odpowiednika nagród i kar. Przeciwnie. Oceny mają mieć charakter informacyjny: dla ucznia i nauczyciela. „Ocenianie bieżące z zajęć edukacyjnych ma na celu monitorowanie [obserwowanie] pracy ucznia oraz przekazywanie uczniowi informacji o jego osiągnięciach edukacyjnych pomagających w uczeniu się, przez wskazanie, co uczeń robi dobrze, co i jak wymaga poprawy oraz jak powinien dalej się uczyć” (Dz. U. 2017, poz. 1534).
Prawo nie nakłada na nauczycieli obowiązku robienia kartkówek, odpytywania przy tablicy, przeprowadzania sprawdzianów. Monitorowanie pracy uczniów i udzielanie im informacji zwrotnej może się odbywać w dowolny sposób.
Prawo nie nakłada na uczniów obowiązku poszatkowania pracy z uczniami na lekcje. „W organizacji pracy szkoły można uwzględnić również takie rozwiązanie, które zakłada, że w określonym czasie w szkole nie są prowadzone zajęcia z podziałem na poszczególne lekcje, lecz są one realizowane metodą projektu”. (Podstawa programowa).
Prawo nie nakłada na nauczycieli obowiązku zadawania zadań domowych.
Prawo nie nakłada na nauczycieli prowadzenia lekcji z uczniami usadzonymi w jednolitych rządach ławek.
Prawo nie nakłada na szkołę prowadzenia lekcji zawsze w odcinkach 45 minutowych. Mogą trwać 30 lub 60 minut jeśli jest taka potrzeba. („Godzina lekcyjna trwa 45 minut. W uzasadnionych przypadkach dopuszcza się prowadzenie zajęć edukacyjnych w innym wymiarze”)
Prawo nie wymaga stosowania podręczników ani kart pracy.
Prawo nie nakłada na nauczycieli prowadzenia lekcji w grupach jednolitych wiekowo.
Prawo nie nakłada na nauczycieli stosowania dzwonków ani jakichkolwiek sygnałów dźwiękowych.
Prawo nie wymaga nieklasyfikowania uczniów z powodu niskiej frekwencji.
Prawo nie wymaga realizowania podstawy programowej poprzez podawanie szczegółowych danych i egzekwowanie ich znajomości. W podstawie nie ma takich danych.
Źródło: www.facebook.com/tomasztokarzIE/
*Podkreślenia fragmentów przytoczonego tekstu – redakcja OE
Jeszcze tego samego dnia tak na ten tekst tak zareagowała Katarzyna Majewska
Pewnie nie wszyscy wiecie, że wiele z tradycyjnych rytuałów odbywających się w szkole nie ma żadnego uzasadnienia w przepisach prawa? […] Zwrócił mi na to uwagę już lata temu Łukasz Srokowski. Bardzo mnie to wtedy poruszyło. To są tylko anachroniczne zwyczaje. Robimy tak tylko dlatego, że zawsze się tak robiło!!! Ciągle tak niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę. Jest możliwa prawdziwa rewolucja w każdej zwykłej szkole bez żadnej rewolucji w podstawie programowej! Teoretycznie możemy zmienić jakość życia naszych dzieci od dziś. W praktyce jest jedna ogromna bariera – w utartych ścieżkach naszego myślenia. W naszych głowach. Tam tkwi jedyna bariera uniemożliwiająca zmianę…
Źródło: www.facebook.com/katarzyna.majewska
Czego prawo nie wymaga – wersja filmowa – TUTAJ
Foto: www.i.wpimg.pl
W sobotę Jarosław Bloch zamieścił na swoim blogu „Co z tą edukacją” post, zatytułowany „ A po maturze pójdziemy na piwo…”. Jest to jego wizja skutków majowej matury. Oto fragmenty tego tekstu i link do pełnej wersji:
Przed nami matura. Kolejna w reżimie sanitarnym. Jestem przekonany, że po maturze będzie zwiększona liczba zakażeń wśród młodych ludzi (choć pewnie ich nie przetestują) oraz ich rodzin, będą też kolejne zgony. Dlaczego tak sądzę? Bo od roku obserwuję zachowanie młodzieży. Dlatego uważam , że matury na początku maja, to zbyt wczesny termin. […]
Nie mam wątpliwości. Młodzież w dużej części traktuje pandemię jak wymysł dorosłych. Nie zachowają reżimu sanitarnego przed i po maturze, bo nie robią tego na co dzień, bo dawno się nie widzieli, bo część nie wierzy w pandemię, bo uważają problem za wyolbrzymiony, bo myślą że ich nie dosięgnie, bo są tym wszystkim zmęczeni (jak każdy). Ale wirus nie wie, że wszyscy mają dosyć, że są zmęczeni, lub nie wierzą. On atakuje, gdy obok siebie jest dużo ludzi nieprzestrzegających zasad zachowania w pandemii. Po prostu. Tylko tyle i aż tyle. […]
Nie mam więc wątpliwości. Przed maturą młodzież wymieni się wirusami, odsiedzi trzy godziny w reżimie sanitarnym, a potem pójdzie wspólnie spędzić czas, znowu wymieniając się wirusami. Niektórzy zaczną chorować, (lub ich rodzice). Część wyląduje pod respiratorami, przeżyje z nich 10%.
A może egzaminy odwołać? Zarówno maturę i egzamin ósmoklasisty. Tyle, że rekrutacja na kolejny etap edukacji na podstawie świadectwa to jeszcze głupszy pomysł, bo… oceny z dwóch ostatnich lat są niewiarygodne. Będzie parodia sprawiedliwej rekrutacji. Maturę trzeba zrobić, bo pandemiczne świadectwa są do niczego. Z tym, że w zeszłym roku, przy znacznie mniejszej skali zagrożenia, maturę przeniesiono na czerwiec. Aż prosi się o kolejny czerwcowy termin, kiedy znacznie więcej osób będzie zaszczepionych, a zakażenia będą niższe aniżeli na początku maja. Tymczasem w szczycie trzeciej fali mówi się, że nie ma powodów do przekładania. Gdzie logika? A jaka jest logika w mówieniu, że dziecko w przedszkolu jest bezpieczne w przedszkolu, ale w pierwszej klasie w szkole już nie? Tu w ogóle nie ma logiki. Rządzi chaos.
Cały tekst „ A po maturze pójdziemy na piwo…” – TUTAJ
Źródło: www.jaroslawbloch.ovh
We wczorajszym (16 kwietnia 2021r.) dodatku „Gazety Wyborczej” – „Tygodnik Łódź”, a dzisiaj na stronie <www.lodz.wyborcza.pl> zamieszczono zapis rozmowy, jaką Aleksandra Pucułek przeprowadziła z Tomaszem Bilickim – prezesem Zarządu Fundacji INNOPOLIS, koordynatorem Punktu Interwencji Kryzysowej dla Młodzieży RE-START.
W wersji drukowanej wywiad ma tytuł „Pokolenie płatków śniegu”*, zaś w cyfrowej – „Pomagam dzieciom, które nie chcą żyć”. Samobójstwo to druga najczęstsza przyczyna zgonów wśród polskich nastolatków”.
Oto fragmenty tego wywiadu i link do pełnej wersji „u źródła”:
Foto: Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta [www.lodz.wyborcza.pl]
Tomasz Bilicki
Aleksandra Pucułek: – Jest pan interwentem kryzysowym, czyli?
Tomasz Bilicki – Pomagam dzieciom, które nie chcą żyć, tną się, mają objawy depresji albo bardzo się czegoś boją.
-Kiedy dochodzi do samobójstwa ucznia, jedzie pan do szkoły.
-Często tak, ale to nie musi być zamach samobójczy zakończony śmiercią, to może być nieudana próba samobójcza, albo teraz – w okresie COVID-u – śmierć nauczyciela. Prowadzę spotkania z uczniami, nauczycielami albo ze wszystkim, w zależności od potrzeby. To nie jest tak, że jestem jedyny w kosmosie. Moim zadaniem jest też zaktywizowanie specjalistów na miejscu.
-Co pan zastaje na miejscu?
–Na początku jest szok. Niektórzy obwiniają się, bo np. robili krzywdę tej osobie.
-Naprawdę robili krzywdę?
–Koleżanki, koledzy z klasy często wyolbrzymiają, ale to jest naturalne. Obwiniają się np., że nie pożyczyli długopisu temu uczniowi, że go przezywali albo że wiedzieli o tym, że planuje śmierć. Nauczyciele z kolei są obwiniani przez wszystkich, więc są w fatalnym stanie.
W najgorszej sytuacji psychicznej są z reguły dyrektor, psycholog i pedagog szkolny. Panuje powszechne przekonanie, że to oni powinni zauważyć i pomóc uporać się dziecku z problemem, ale łatwo jest oceniać.
Martwią się też rodzice. Zastanawiają się, czy ich dziecko nie popełni samobójstwa. Często stają się paranoiczni, wyolbrzymiają wiele lęków i przelewają je na dzieci. Nie potrafią sobie poradzić z kryzysem, szukają nieraz rozwiązania problemu w alkoholu.
Zamach samobójczy to nagła sytuacja, żadne szkolenie nie jest w stanie przygotować na to uczniów, rodziców, nauczycieli. W jednej szkole miałem spotkanie szkoleniowe o samobójstwie. Dwa tygodnie później doszło tam do zamachu samobójczego. Najbardziej wsparcia potrzebowali rodzice, bo nie wiedzieli, jak rozmawiać z dziećmi o tym, co się stało. Najpierw telefonicznie pomagałem, potem pojechałem na miejsce. Jedynym wolnym terminem była niedziela, ale wszyscy przyszli.[…]
Przasnyski Portal Społecznościowo-Informacyjny <infoprzasnysz.com> zamieścił 7 kwietnia 2021r. tekst, zatytułowany „Zdalne lekcje w ZSP w Przasnyszu to atrapa nauki? Uczniowie i nauczyciele przesyłają do siebie maile”. Postanowiliśmy udostępnić go na stronie OE, jako przykład realiów zdalnego nauczania w środowisku małego miasta.
Przasnysz to miasto powiatowe, położone w województwie mazowieckim, na północny wschód od Ciechanowa, nad rzeką Węgierką, zamieszkałe przez ok. 17 tys. mieszkańców. Działają tam 3 szkoły podstawowe, dwa licea, zespół szkół (ze szkołami zawodowymi), szkoła muzyczna i zespół policealnych szkół medycznych.
Jeden z budynków w którym działa Zespół Szkół Powiatowych w Przasnyszu
Tytułowe ZSP, to skrót Zespołu Szkół Powiatowych im. mjra Henryka Sucharskiego, w sklad którego wchodzą: technikum, szkoła branżowa, oraz liceum ogólnokształcące dla młodzieży i dla dorosłych.
Oto ta publikacja:
Zdalne lekcje w ZSP w Przasnyszu to atrapa nauki? Uczniowie i nauczyciele przesyłają do siebie maile
Do naszej redakcji zgłosili się rodzice uczniów Zespołu Szkół Powiatowych w Przasnyszu, którzy – jak wszystkie dzieci i młodzież w naszym kraju – korzystają z „dobrodziejstw” zdalnych lekcji. Jak relacjonują rodzice, w tym w przypadku nauka ze zdobywaniem wiedzy ma tyle wspólnego, co słonica z baletem. Często w ramach „zajęć” uczniowie otrzymują materiał do przeczytania lub filmy do obejrzenia, a brak kontaktu z nauczycielem sprawia, że nauka jest fikcją. Co na to dyrekcja?
Zdalne lekcje klas w liceach i technikach trwają już ponad rok, z krótką przerwą we wrześniu. To długi czas, który powinien zapewnić usprawnienie przebiegu domowych zajęć i zapewnić efektywną naukę. Tak stało się w większości szkół, ale jak relacjonują rodzice – „nowa normalność” nie dotarła do ZSP, gdzie część zajęć stanowi kaleką atrapę. W przypadku dużej liczby lekcji, uczniowie ZSP nie mają możliwości łączenia się z nauczycielami za pośrednictwem komputera, ale przesyłają sobie wiadomości. Jak nietrudno się domyślić uniemożliwia to choćby częściowe wytłumaczenie materiału.
–Na kilkanaście przedmiotów, zdecydowana większość lekcji odbywa się bez kontaktu z nauczycielem, co zgodnie z wytycznymi Ministerstwa Edukacji nie powinno mieć miejsca. Zajęcia odbywają się na zasadzie wysyłania maili i oglądania filmików. To nie jest nauka, bo jak w takiej sytuacji przekazać uczniowi wiedzę? Gdyby to dotyczyło przedmiotów mniejszej wagi, można byłoby przymknąć na to oko, ale chodzi o przedmioty obowiązkowe na egzaminie maturalnym – język polski, matematykę, angielski i przedmioty zawodowe, które uczeń musi mieć opanowane – wymienia mama ucznia.
Jak zauważa kobieta, jej druga pociecha ucząca się w szkole podstawowej ma normalne, regularne lekcje przed komputerem. Choć nie jest to rozwiązanie idealne, nauczyciele dwoją się i troją, aby wytłumaczyć materiał i wtłoczyć wiedzę do młodych głów, a nauka przynosi efekty. Podobnie jest w przypadku zajęć w LO KEN, gdzie lekcje online są maksymalnie zbliżone do tradycyjnych i odbywają się w normalnym wymiarze czasu.
Fot. Adam Stępień /Agencja Gazeta [www.wyborcza.pl]
Sala plenarna Sejmu podczas czytania projektu ustawy ograniczającej niezależność sądownictwa (18 lipca 2017r.)
Dzisiaj proponujemy dwugłos o atrofii sztuki prowadzenia rzeczywistej dyskusji o naszej rzeczywistości – w tym o edukacji. Jako pierwszy o tym groźnym zjawisku napisał profesor Stanisław Czachorowski w tekście „Dlaczego nie dyskutujemy? I kiedy?”, opublikowanym w ubiegłym tygodniu (7 kwietnia 2021r.) przez portal EDUNEWS:
Od dłuższego czasu nurtuje mnie pytanie, dlaczego nie dyskutujemy*. Pytanie rodzi się w odniesieniu do edukacji i środowiska akademickiego. Obie sfery teoretycznie rzecz biorąc powinny być wypełnione dialogami, dysputami, dyskusją. Mam na myśli także edukację zdalną. A gdy zalega cisza, to rodzi się powyższe pytanie. Zadawałem je wielokrotnie.
Niedawno dostałem taką (moim zdaniem trafną) odpowiedź: „dyskusje się dzieją, ale rzeczywiście w kontakcie 1-1, albo w mniejszych grupach, gdzie można sobie ponarzekać – upuścić ciśnienie, które się generuje wskutek zmian i chyba tego, o czym Pan Profesor wspomniał – braku wpływu na otaczającą rzeczywistość. Zapewne wracamy do punktu wyjścia: jeśli mamy poczucie braku wpływu to nie dyskutujemy – bo po co? A z drugiej strony brak dyskusji sprawia, że ten wpływ, który mógłby być oddala się. Moja akademicka historia jest relatywnie krótka stąd nie wiem, czy tak nie było, a jest obecnie, czy też wskazany przez Pana Profesora brak dyskusji jest „chroniczny”…”
Brak poczucia wpływu oraz strach, obawa przed restrykcjami, złą oceną, skrytykowaniem. Nie mówimy, bo nikt nas nie słucha. I w konsekwencji nie mamy poczucia wpływu na rzeczywistość, nie mamy poczucia sprawstwa. Nie odzywamy się, bo boimy się konsekwencji (bo nie tylko nie oczekują naszego zdania, ale jeśli jest inne niż oczekiwane, to spotkamy się z restrykcjami). Nie traktują nas podmiotowo, lecz przedmiotowo, mamy być tylko potakiwaczami z dużym zapasem wazeliny. I w końcu milczymy… bo nie mamy nic sensownego, wartościowego do powiedzenia.
Przyczyn jest wiele: sprawstwo, bezpieczeństwo, kompetencja. A pewnie i jeszcze więcej.
*Owszem, trochę dyskutujemy. Ale za mało według mojego, subiektywnego odczucia.
Źródło:www.edunews.pl
x x x
W następnym tygodniu (13 kwietnia 2021r.) dołączył na blogu EDUOPTICUM swoje na ten temat przemyślenia Robert Raczyński. Ten obszerny tekst zatytułował po łacinie: „Non est disputandum?”. Poniżej zamieszczamy jedynie fragmenty, odsyłając linkiem do pełnej wersji tej wypowiedzi:
Prof. Stanisław Czachorowski poruszył ostatnio na edunews.pl kwestię istotną, która mnie również zastanawia i do której kilkukrotnie już się odnosiłem. Pomyślałem jednak, że warto potraktować ją jako temat wiodący. Mowa o dyskusji. W edukacji i środowisku akademickim, o ile dobrze profesora zrozumiałem. Tezą postawioną w jego krótkim wpisie jest rzeczonej dyskusji brak, a przynajmniej jej niedosyt.
Nie posądzam profesora o naiwność – pytanie, które postawił, jest najprawdopodobniej wynikiem wkurzenia merytoryczną nijakością tzw. dialogu, a nie jedynie jego założoną, statystycznie nikłą reprezentacją, mierzoną w stosunku do innych przejawów życia intelektualnego w tym kraju. Zresztą, ledwo teza wybrzmiała, autor sam udzielił sobie całkiem trafnej odpowiedzi na tytułowe pytanie: Dyskusji nie ma, bo potencjalni dyskutanci nie mają poczucia sprawczości, boją się o swoją pozycję, a czasami brakuje im kompetencji.










